E-book
7.88
drukowana A5
22.16
Skałokrążca

Bezpłatny fragment - Skałokrążca


Objętość:
59 str.
ISBN:
978-83-8455-403-6
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 22.16

Kasi i Emilce

*

Jestem Pablo, Pablo Skałokrążca. Kręcę się często po jurajskich zakamarkach. Czasem nawet zapuszczę się gdzieś dalej. Pod skałą rozmawiam ze wspinaczami, robię im zdjęcia, trochę się powspinam i zmykam dalej. Uczestniczę w obwoźnym teatrze wspinaczkowym. Jesteśmy w nim aktorami i widzami jednocześnie, sami tworzymy scenę i jej zasady. Często je zmieniamy. Taka to już jest nasza specyfika. W ostatecznym rozliczeniu publiczność jednak znika, a najważniejszy ruch wspinaczkowy odbywa się w głowie, często też bez świadomego udziału mięśni.

To tak jak z fotografią. W głowie noszę wiele kadrów niedokończonych aparatem. Pewnie tyle samo mam nieutrzymanych mięśniami ruchów w skale.

O tym teraz opowiem.

We wspinaniu podoba mi się, że to, czy zrobię drogę, zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Nie ma żadnych wymówek, żadnych znajomości i rozwiązań połowicznych. Nikt nie pomoże ani nie załatwi. Robię albo nie. Układ zero-jedynkowy. Jestem ze swoją formą tu i teraz. Nie ma nic, co było wcześniej, ani nic, co będzie jutro czy za godzinę. Prosto i czytelnie, jak w filozofii zen.

Obserwuję ludzi dookoła, siedzimy pod skałą, czasem w słońcu, a czasem w deszczu, czekając, aż niebo zachmurzy się lub przetrze. Ile już się nasłuchałem tych zaklęć rzucanych niby do kogoś, niby do siebie, a może do mnie: „Przejaśnienia widzę, jakby mniej już pada, szybko przejdzie. „Po deszczu, jak przeschnie, to najlepsze tarcie jest, czekamy”. „Nie, to chyba nie jest śnieg. No dobra, śnieg, za to lepiej będzie trzymać”.

Ja was proszę.

Ale krążę i trzaskam kilometrówki. Nabijam licznik w samochodzie rano przed pracą, po południu po pracy i zamiast pracy. Jadę, bo jest forma, a idzie załamanie pogody. Jadę, bo sezon się kończy i zaraz nie będzie się dało. Jadę, bo sezon się zaczyna i jest zapas. Jadę, bo sezon się zaczyna i nie ma zapasu, ruchy kwadratowe, więc trzeba metry po łatwym zrobić. Zdzieram opony tak jak gumę w butach wspinaczkowych na trasie przez Siewierz, Porębę, Myszków albo Olkusz i Pieskową Skałę. Filmy tu kręcą, jaka piękna jest ta dolina. A ja mijam i nie zauważam tego uroku. Stamtąd bowiem już tylko szesnaście zakrętów do jedynie słusznej skały w postaci Pochylonego. W głowie siedzi słynna krawądka. Utrzymam ją dziś czy nie? I tak lecą kolejne lata, auta, ekipy, a finalnie całe życie. O rytuał chodzi. Cykl powtarzalny.

Koło Dharmy. Początek roku, śnieg za oknem. Oj, jak wtedy cieszy dzień wyrwany na Jurze. Zapominam na chwilę, że ślisko, że bolą palce, i biegnę pod skałę. Zmiany pogody są widoczne gołym okiem, dziś rozpoczęcie sezonu w lutym, a nawet w styczniu nie jest niczym spektakularnym. Krótki rękaw na 
„Magnetowidzie” zimą już nie dziwi. Jura wtedy pachnie przygodą, resztką dawnej dzikości i przestrzeni.

Wiosna. Zaczyna się slalom pogodowy, bo deszcze, burze, bo słońce, bo resztki zimy. Jest też slalom czasowy, bo kogoś do asekuracji potrzeba, bo przecież nikt ze mną nie pojedzie na akurat tę skałę.

— Co to w ogóle za parch jest?

— Nie, nie mam już co tam robić.

— Nie, bo lecę do Hiszpanii.

— Nie, bo wróciłem z Hiszpanii.

Taka klasyka. Element spektaklu.

Lato. Pora cytrynowa, oblepiająca nasz wapień skwarem lub ulewami. Tarcie z postaci iluzji zamienia się w niebyt. Nie ma go. Zero absolutne. Stopnie stają się homeopatyczne. Może da się rano albo późno wieczorem. Ale za to są wakacje ze swoimi polami jagód, krzakami poziomek oraz kępkami macierzanki.

Jesień. Gdy się wie gdzie, to grzyby można kosą wycinać. Borowiki, podgrzybki, maślaki, rydze, co chcecie i co sobie wymyślicie. Jura dostaje kolorów, wjeżdżają czerwienie i żółcie w dowolnym zmieszaniu, powraca tarcie, sypią się przejścia sezonu, życiówki i życióweczki. Wisząca nad głową perspektywa bardziej ponurego i nieodległego oblicza jesieni w postaci listopada generuje kumulację wysiłków oraz motywacji.

Zima. Aż przychodzi taki dzień lub tydzień, że sezon w pełnym wymiarze się kończy. Często jest to jeden wieczór z konkretnym oberwaniem chmury. Budzimy się rano i wiemy. Szarość zalewa pejzaż. Wprawdzie można i w śniegu, koneserzy potrafią, boulderowcy potrafią, ale większość wspinaczy wraca do ładowni. Koło domknięte na chwilę. Jak u ogrodników: przycinanie, plewienie, sadzenie, flancowanie, bieganie, by przykryć pomidory, bieganie, by odsłonić pomidory, pierwsze śliwki robaczywki, zbieranie plonów, gonienie szpaków, docinanie gałązek. Grabienie, okrywanie, ścielenie. I tak w kółko. Fundament utrzymujący chęć do życia. Żyjesz, bo jest cel, znika cel — przestajesz żyć.

*

Dawno temu. Wbijam do kina. Grają „Krzyk kamienia”. Wychodzę stamtąd z poczuciem, że zostanę alpinistą. Coś zaskakuje wewnątrz. Film jest dla mnie i całej naszej ekipy bardzo ważny. Jest aż tak istotny, że na Kołoczku powstaje droga „Krzyk wapienia” autorstwa Rafała z lokalnej pakerni. Kołoczek, którego nie lubię i który był świadkiem konkretnej tragedii, ale o tym później.

Zaczynam samodzielne skałokrążenie. Kucyk na głowie, a na nogach obcięte korkery. Wiatr swobodnie hula między uszami. Nie znajduje tam za wiele oporu. Nie wiem, na jakiej podstawie dokonujemy wyboru, ale stajemy pod Ptakiem — skałą niezbyt wielką, ale nawet jak na dzisiejsze standardy trudno dostępną. Samotna iglica bez możliwości wejścia z drugiej strony ścieżką. Wspinam się z Markiem, kolegą ze szkoły. Zawiązuję się liną statyczną złożoną w pół dla bezpieczeństwa. Do uprzęży przypinam dwa repiki z lat sześćdziesiątych, dwa stalowe karabinki z tego samego okresu. Dodatkowo zabieram ze sobą jedną nową różową taśmę, z której buduję ekspres ze stalówek, oraz jeden zakręcany karabinek w kolorze złota i ósemkę kolegi. Nie jesteśmy zbyt mądrzy w tym momencie, ale za to wbijamy na Ptaka w stylu OS. „Safety third” — tak mówią tu i tam. Wiadomo. Wtedy nie wiemy, że jest w ogóle taki styl jak OS. Chwilę później tak samo pokonujemy drugą drogę — „Błękitne loty”.

Wieczorem wracamy do domu pekaesem i pociągiem w przeświadczeniu, że właśnie staliśmy się taternikami. Szczęście sprzyja nieświadomym.

Niedługo później zasuwamy z tym samym kolegą piechotą z Rzędkowic na Jastrzębnik, by zrobić „Życie na gorąco” według dzisiejszego nazewnictwa tak zwanym tradem, a w zasadzie półtradem, bo na dole można się wpiąć do dwóch spitów z dopiero co poprowadzonej drogi „Falstart”. Dodam też, że jest to kurs skałkowy. Drogę stanowią dwa krótkie, ale wymagające wyciągi, jest tam dużo rysy, a my mamy mało umiejętności wspinaczkowych, w zasadzie w ogóle ich nie mamy. Zbyszek, nasz instruktor, rzuca pod skałą mimochodem:

— Tu pod kamieniem chowam klucze. Jak coś, to dajcie je mojej żonie.

Moc truchleje, ze strachu nogi wpadają w rezonans. Ówczesnemu nastolatkowi Jastrzębnik jawi się jako nieskończona pionowa połać przerażającej skały.

Po dłuższej wspinaczce siadamy na wierzchołku, a wieczorem, na zakończenie kursu, dostajemy wpis w autorskiej książce naszego instruktora pt. „Biwak nad Białą Wodą”: „Oby w życiu jak na Jastrzębniku: ciężko, ale do góry”. Zbyszka już nie ma, ale książka stoi na ważnym miejscu w biblioteczce.

Jako że jestem z miasta, w którym powstała najstarsza sztuczna, zadaszona i zamknięta ścianka wspinaczkowa w Polsce, bardzo szybko ląduję w gliwickim „szybie”. Ścianka została wybudowana około 1987 r. w kamienicy przy ul. Zwycięstwa, w starym szybie transportowo-wentylacyjnym. Stąd jej nazwa. Lokalizacja nie jest do końca przypadkowa: na ostatnim piętrze już wtedy swoją siedzibę ma Klub Wysokogórski w Gliwicach. Otwarcie „szybu” jest więc wydarzeniem ogromnego kalibru i ściąga do Gliwic kilka postaci z ówczesnej polskiej czołówki wspinaczkowej. W „szybie” zjawia się sam Piotr „Szalony”. Dla nas, młokosów zaczytanych w magazynach wspinaczkowych, postać absolutnie mityczna.

Z powodu trudności z zakupem niektórych materiałów do budowy wiele elementów zostaje zaimprowizowanych. Jedną z nich są sztuczne chwyty, które powstają z drewna lub są wykute w ścianie. Przybierają one formy przypominające ich naturalne odpowiedniki — takie, które można spotkać podczas wspinania po prawdziwej skale. Są to więc małe krawądki, dziurki mieszczące trzy, dwa palce, a nawet tylko jeden. Znajdą się zarówno podchwyty, jak i fragment rysy. Do koncepcji wytwarzania drewnianych chwytów powróci się wiele lat później.

W „szybie” spędzamy cały wolny czas. „My” to znaczy nasza szkolna paczka: Jacek z bratem Piotrkiem, Łukasz, Szczepan i wiele innych przewijających się osób. Jesteśmy tam przed szkołą, po szkole, podczas szkoły oraz w święta i inne wolne dni. Pewnego razu, gdy zapominamy kluczy do drzwi na dole, wchodzimy do „szybu” przez fasadę budynku i małe okienko do szatni.

Jako że wiążemy się liną do uprzęży tylko przez pojedynczy karabinek, to zdarzają się różne nieprzewidziane sytuacje. Jednemu koledze w środku drogi nagle lina się wypnie i ucieknie do góry, drugiemu uda się cudownie zlecieć z samej góry i wbić w perforowaną podłogę bez ponoszenia żadnych konsekwencji zdrowotnych. Niezależnie od tego, w naszym ówczesnym rozumieniu ładujemy, a jako że obiekt dość dobrze symuluje jurajskie pasaże, to przekłada się nam szybko na skałę.

W krótkim bowiem czasie wiążę się pod potencjalną życiówką na Bibliotece. Prowadzenie „Robót drogowych” jest moją inauguracją w stopniu VI,2+, cyfry takiej, że jak to niektórzy dziś mówią: „Wstyd spaść, a zrobić — żadna chwała”. Ale dla mnie jest to poważna sprawa. Pierwsza droga w takiej wycenie. Tak się spinam powagą sytuacji, tak się trzęsę, że w kluczowym miejscu o mało co sam się nie zrzucam z obłego stopnia na prawą nogę. Stopnia, który wtedy wydaje mi się niezmiernie małym i śliskim kawałkiem wapienia. Wręcz jakby był narysowany. Jak powszechnie wiadomo: tak stoisz, jak się trzymasz. Wtedy nie znam jeszcze tej reguły. Poznam ją niedługo, aż za dobrze.

W wyjściowej i łatwej już rysie jest tylko zatarta kostka, więc tak nie chcę polecieć, że prawie tracę przytomność. Mroczki tańczą przed oczami, opustoszałe z powietrza płuca wyją pod ringiem zjazdowym, ale robię. Wola chce bardziej, niż nie chcą zalane kwasem mięśnie. Tego samego dnia do kapownika wpisuję jeszcze „Myśliwych z Jurgowa” w tej samej wycenie.

Kilka tygodni później pokonuję nieodległy „Telewizor”, przeskakując tym samym stopień VI,3 od razu do VI,3+. Tuż przede mną drogę prowadzi moja przyszła Szanowna Małżonka. Utrzymuję pacnięcie ręką, wyżej nie da się już zlecieć.

*

Krążąc po Jurze, dowiaduję się oczywiście o odległych turniach. Sny przekuwają się dość szybko w rzeczywistość i hokus-pokus stoję po murem Céüse.

Podróż do Céüse jest moim pierwszym wyjazdem do Francji i pierwszym na tak zwany wspinaczkowy west. Jest to południe tego kraju, przedgórze Alp, echo Prowansji. Wrzosowiska wiją się dookoła. Widzę w tym kraju uśmiech u starszych osób w wioskach i na ulicach miasteczek. Robi to na mnie potężne wrażenie. Krzątają się po swoich ogrodach, siedzą z kawą w ręku. Dadzą nam jakieś owoce, czasem i bagietkę, zagadują. Niewiele pamiętam z lekcji francuskiego z liceum, ale odpowiadam im ochoczo jakimiś komicznymi zlepkami słów i zdań. Od razu robi się wesoło. Bujamy się po kolorowej okolicy. Jest to kontrast dla szarości, z której pochodzę. Te kolory są tak intensywne, że mam wrażenie nierealności. Jak w filmach Wesa Andersona. Kolorowy mikroświat.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 22.16