Początek
Nie słuchałem go.
Patrzyłem na gonitwę kropel po zmokniętej szybie, gdy Anabelle żywiołowo walczyła z onkologiem, próbując znaleźć rozwiązanie. Wyglądało to tak, jakby lekarz specjalnie ukrywał cudowny lek pod biurkiem, a nacisk, krzyk i łzy miały go przekonać, by w końcu go wyciągnął i podał.
Myślę, że po tych wszystkich terapiach i leczeniach naukowcy mogliby odkryć nowy pierwiastek w moim ciele. Tyle tego było — trzy lata prób, a wszystko jak krew w piach.
Słabłem.
— Panie Oliwer, nie mam dobrych wieści — powiedział doktor do mnie, próbując jednocześnie w jakikolwiek sposób uciszyć Anabelle.
Spojrzałem na niego miną, która mówiła wszystko.
Nigdy nie miałeś dla mnie dobrych wieści, konowale — pomyślałem, po czym sam się skarciłem. W końcu to nie była jego wina.
Nie zabija się posłańca za złe wiadomości. Po jego twarzy było widać, że to nie jest jego pierwsza taka rozmowa dzisiaj, a sądząc po późnym przedpołudniu — nie ostatnia. Zmęczone, smutne oczy świadczyły o traumach ciągnących się za nim jak smród za ciężarówką z drobiem.
Anabelle wypłakiwała w ciszy oczy obok mnie. Pogrążona w beznadziejnej rozpaczy. Nie wiedziałem, jak się zachować. Nigdy nie wiedziałem i nadal nie mam pojęcia. Przytulić ją? Dać jej jeszcze trochę ciepła? A może odpuścić, zdystansować się, żeby nagłe zerwanie po moim odejściu było gładkim, awaryjnym lądowaniem, a nie przywaleniem o ziemię z impetem?
Wszyscy troje milczeliśmy. Już dawno pojąłem, czym jest sound of silence.
Nie wiem, w jaki sposób znów znalazłem się w swoim łóżku. Zaczyna zacierać się granica między rzeczywistością a fantazją. Dopytuję tylko:
— Anabelle… to jest prawdziwe?
Wtedy ona docina mi:
— Ale żeby demencja w tym wieku? No kto to widział — odpowiada, wysilając się na uśmiech.
Potrzebuję tego.
Chyba oboje tego potrzebujemy. Dawki normalności i humoru w tym popapranym świecie. Profanacji choroby. Dystansu. Ośmieszenia jej.
Zadziwiające jest to, że ona wciąż walczy. Wciąż ma nadzieję. Modli się co noc i cicho płacze, drzemiąc obok mnie.
Jest przy mnie cały czas. Każdą chwilę i każdą resztkę sił poświęca temu, by mi było lepiej. Ale czy tak można? Co ja robię dla niej? Jak ja się odwdzięczam? Krzykiem z bólu, zalanym łóżkiem, przewróconą na świeżą koszulkę zupą, którą gotowała dla mnie ze trzy godziny.
Ostatnio znów wypełnialiśmy jakieś papiery i potrzebny był mój dowód osobisty. Spojrzałem na swoje zdjęcie sprzed trzech lat.
Blond włosy, zaczesane na bok, wygolone po bokach — wspomnienie. Delikatny zarost — wspomnienie. Bystre, przenikliwe spojrzenie teraz ginęło za mgłą ciągłego zmęczenia, ciągnięte w dół przez dwa worki, jakby napełnione piaskiem. Przynajmniej tak sądziłem po ich ciężarze.
Nos? Tak, mam go nadal. Chyba niewiele się zmienił. Uszy też. Ale usta… Wcześniej żywoczerwone, całuśne i wiecznie niedomknięte, teraz były sine i sklejone zastygłą śliną.
Reszta mojego ciała również się zmieniła. Mięśnie, tak długo wypracowywane na siłowni i w pracy, zostawiły po sobie obwisłą skórę. Gdybym studiował medycynę, mógłbym ściągać na egzaminie z anatomii, licząc żebra albo sprawdzając, jakie kości znajdują się w ręce czy nodze.
Skóra — podobnie jak usta — zmatowiała, stała się szorstka i wyschnięta. Odpadała płatami, pękała, dając mi coraz to nowe rodzaje bólu.
Nie mam nawet siły, by samodzielnie wstać i — jak zwierzę przeczuwające swoją śmierć — popełznąć do lasu i w samotności skonać, nie narażając swojego stada. Nawet to mi odebrano.
Anabelle.
Tyle razy jej mówiłem, powtarzałem, by oddała mnie gdzieś — na przykład do hospicjum — żeby było jej lżej. A prawda była taka, że jedyne, czego pragnąłem, to żeby była przy mnie i żebym mógł odejść spokojnie w jej ramionach.
Jedyną rzeczą, której się obawiam, jest wzrost mojej niedołężności. Jeszcze jako tako dawałem radę. Przy pomocy stolika na kółkach dochodziłem do toalety, w miarę samodzielnie się załatwiałem, podcierałem, zmieniałem przepocone gacie.
Nie wyobrażam sobie jednak, co będzie dalej. Gdy zabraknie mi siły i motywacji, by wstać z łóżka i zrobić cokolwiek.
Papieros. A za nim drugi i trzeci. Ciało nie wymaga już nikotyny — pozostał nawyk. Ostatnie przebłyski moich zachowań i przyzwyczajeń.
A mówiła, żebym nie palił. Że są alternatywy, mniej szkodliwe. Co prawda choroba zaczęła się w mózgu, ale i tak mam za swoje.
Teraz, gdy wkłada mi papierosa do ust, bo coraz trudniej po niego sięgnąć, robi to z miną „a nie mówiłam”. A jednak siedzi w tym zaduchu i dymie, co jakiś czas strzepując popiół do popielniczki.
Nieraz zasnąłem z papierosem. Zdarzało mi się przysypiać na kilka sekund. Nasz drewniany stół ma centki, podobnie jak podłoga. Każda moja pościel, prześcieradło czy ubranie ma wypalone dziury.
Na początku je cerowała. Teraz nie ma to już znaczenia.
Gdy bierze się za robotę, dotykam jej dłoni trzymających igłę, dając do zrozumienia, że są ważniejsze rzeczy i nie ma sensu zajmować się drobnostkami.
Mam jednoosobowe łóżko, na którym sam ledwo się mieszczę. A jednak zawsze, gdy widzę, że idzie spać obok mnie, przysuwam się do ściany. Do niewygodnej pozycji pełnej bólu. I zapraszam ją do łóżka.
Po lewej stronie, na łopatce, mam port, do którego podłączona jest pompa z morfiną. Po prawej leży jej śliczna główka.
Tylko wtedy może zasnąć w spokoju i cieple.
Ja też czuję się lepiej, obejmując ją ramieniem.
Czuję się jak potrącone zwierzę, które ostatnimi siłami chroni swoje młode przed światem.
Niecodzienność
Lato było upalne, lecz w moim combi panowała wręcz parność. Jej spocone piersi radośnie podskakiwały w rytm zagłuszającego nas radia. Było cholernie intensywnie, ale wierzyłem, że zawieszenie auta udźwignie i to wyzwanie.
Nie było granic — było za to życie.
Lubiliśmy to robić przy każdej sposobności. W toalecie pociągu, w przymierzalni, wśród tłumu na koncercie, przy barierkach. Zresztą kupiłem jej nawet dyskretny wibrator sterowany telefonem. Mogliśmy siedzieć w restauracji, a ja podczas jedzenia podkręcałem moc i patrzyłem, jak próbuje wytrzymać tę przyjemność.
Boże, jak mnie to jarało.
Raz udało nam się nawet w samolocie.
Dzień dobry, mile high club.
Ach, te ostatnie wolne miejsca. Tylko stewardesa chciała nas zabić spojrzeniem, gdy wysiadaliśmy lekko skonani.
Próbowałeś kiedyś tak?
Jedziesz na lotnisko, wybierasz losową linię i kupujesz bilety w jedną stronę. Otwarty paszport, otwarty umysł — dla innych głupota.
Pracownicy lotniska pukali się w czoło, gdy lecieliśmy bez bagażu. A przecież na miejscu też są sklepy, drogerie, apteki. Cudownie było obudzić się pełnym sił w zupełnie innym miejscu.
Anabelle.
Zawsze przy mnie.
Czasami na mnie.
Albo pode mną.
Nie mieliśmy zahamowań. Czy się kłóciliśmy?
O Panie. Pizgało jak w kieleckiem. Latały meble, talerze. A potem się godziliśmy — długo, głośno i w wielu pozycjach.
Po wszystkim nawet sąsiedzi wychodzili zapalić. Ciekawskie dupki. Nieraz w windzie albo na drzwiach wieszali kartki, że mamy zachować umiar, robić to ciszej.
Nie pozostawaliśmy dłużni. Rozwieszaliśmy prześmiewcze karteczki w stylu:
„Wyjdź z domu i zacznij żyć!”
Robiłem rzeczy, o których wstyd mi dziś mówić, ale cholernie miło je wspominam. Teraz myślę, że to wszystko było cholernie głupie.
Z normalniejszych spraw byłem stałym bywalcem siłowni. Stamtąd miałem większość znajomości. Jeśli przyszedłeś potrenować w ramach noworocznych postanowień i ktoś za twoimi plecami się naśmiewał — to pewnie byłem ja.
Anabelle napisała do mnie, pytając kiedy wrócę, bo było już dość późno i się martwiła. Obiecałem jej, że jeszcze jedna seria i że to już ostatni raz.
Wyciskałem sztangę, idąc po kolejny rekord. Sto sześćdziesiąt kilo nie było spacerkiem po parku. Ktoś jak zwykle mnie asekurował. Po pierwszej serii byłem lekko oklapły, więc dopiłem przedtreningowego shota i po dwóch minutach spróbowałem ponownie.
Tym razem, gdy sztanga — z delikatną pomocą — znalazła się w górze, a ja trzymałem ją w triumfie, zaatakował mnie ból głowy. Zdarzały mi się wcześniej, ibuprofen zwykle wystarczał. Ten był inny. Nagły. Ostry. Przeszywający.
Leżąc na plecach, zwymiotowałem.
Sztanga przygniotła mnie w sposób nie do końca kontrolowany, tak szybko, że nawet kolega zapatrzony w jakąś nową dupę nie zdążył zareagować. Walczyłem o tlen. W końcu jednym ruchem zrzucił ciężar na bok. Huk przyciągnął uwagę całej siłowni.
Ostatkiem sił zsunąłem się z ławeczki, by udrożnić drogi oddechowe. Po pierwszym wdechu padłem twarzą w wymiociny i zemdlałem.
Czy obudziłem się w szpitalu?
Coś ty. Głupi?
Koledzy wynieśli mnie na dwór, żebym ochłonął. Gdy się obudziłem, zaczęliśmy z tego żartować.
— Wy byście się zesrali, próbując tyle wycisnąć, więc zamknąć ryje — rzuciłem wesoło.
Jeden z nich wyciągnął papierosa. Dla mnie też. Wstałem, otarłem brudne usta i jak gdyby nigdy nic zacząłem palić.
Gdzieś w połowie papierosa, przy akompaniamencie śmiechu i przechwałek, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Przewróciłem się.
Zbagatelizowałem to.
Pewnie przeziębienie.
Albo niewyspanie.
Melodramatyzm Anabelle
— Przesadzasz, nic się takiego nie stało! — przekrzykiwałem emocje wylewające się z mojej drugiej połówki.
Nie przekonałem jej. Wręcz przeciwnie — z jeszcze większą ekspresją zaczęła machać rękami.
Papierosy znikały szybciej niż zwykle, a zawiasy w drzwiach balkonowych tego wieczoru miały naprawdę ciężką przeprawę.
Nawet nie musiałem brać prysznica — ona zmyła mi głowę. A gdy zobaczyła, że do mojego pustego łba nic nie dociera, obróciła się do mnie plecami, zabierając za karę całą kołdrę.
Tego dnia nie było seksu. Coś tam próbowałem, ale zmęczenie po siłowni i lekkie zawroty głowy szybko przekonały mnie, że łóżko lepiej wykorzystać w innym celu.
Pieprzony paradoks.
Nie mogłem spać, mimo wyczerpania. Na szczęście ból głowy ustąpił — dopiero po drugiej tabletce.
Anabelle była w kuchni, robiła poranną kawę. Przywitała mnie chłodnym spojrzeniem. Podszedłem i przytuliłem ją od tyłu. Topniała z każdą sekundą.
— Obiecaj chociaż, że zrobisz jakieś badania — powiedziała pojednawczo.
— Ciebie mogę zbadać — odparłem.
— To nie są żarty. Mówię poważnie — rzuciła, na tyle, na ile mogła, podczas kolejnych namiętnych buziaków w szyję.
— No dobrze. Dobrze. Wygrałaś.
Akcja przeniosła się do łóżka, które jeszcze niedawno było areną epickich bitew, a teraz służyło raczej do godzenia stron konfliktu.
I wtedy… nic się nie stało.
Dosłownie.
Penis — zawsze gotów, zawsze na baczność — tym razem dawał jedynie niemrawe oznaki życia. Zrobiłem to, co zrobiłby każdy na moim miejscu: zignorowałem problem i zająłem się nią. Ustami i rękami.
Nie wiem, czy zauważyła. Zwykle nie przemilczała niczego. Myślę jednak, że tonąc w spazmach przyjemności, gdzieś między jednym orgazmem a drugim, zwyczajnie o tym zapomniała.
Ja nie.
Po wysiłku szumiało mi w głowie. Ona jak zwykle rano poleciała pobiegać, a ja poszedłem na przegląd.
Do łazienki.
Złapałem go porządnie dłonią i, mając przed oczami jej falujące piersi, wziąłem się do działania. Nawet najbardziej intensywne wspomnienia nie pomogły. Im dalej w las, tym bardziej bolała mnie głowa.
Przypomniałem sobie, że tej nocy prawie nie spałem. Z szafki za lustrem wyciągnąłem mocniejsze środki przeciwbólowe.