E-book
13.65
drukowana A5
43.01
Signum Sanguinem. Mrok

Bezpłatny fragment - Signum Sanguinem. Mrok

Revamped


Objętość:
214 str.
ISBN:
978-83-8126-601-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.01

As I walk along the lonely shore

On life I’m wondering

Don’t know why is it so hard to let go

All that I believed

Leave the child inside me on the road

For the man I must become

I hope I find the place where I belong

A lighthouse on the coast

It should lead me and it’s light my mind

And drive away my ghosts

I early learned the power of love

But many times I’ve failed

As I could free myself from all my chains

My prideful mind is always false

to my pure and humble heart

Always leads me to the wrong decision ‘til I fall apart

Responsibility, it must win over happiness

But my idealistic soul won’t acquiesce

Here I go a castaway

Try to turn my storm to silence

Here I go against the dark to find the light

Here I go against the rain

To find my soaking soul asylum

‘Til I find peace for my broken heart

Paddy And The Rats, Castaway


Trzy trucizny: pożądanie, nienawiść, ignorancja.

Thomas Merton


W tym, w czym jedni widzieli abstrakcję, inni widzieli prawdę.

Albert Camus, Dżuma

Prolog

Zakład psychiatryczny, rok 2012


Ból. Szesnastolatek czuł go w całym ciele. Jego oddech był szybki, powoli jednak go uspokajał. Siedział na ziemi w kącie półnagi, okryty tylko cienkim kocem — w ciemności, która przesłoniła wszelkie światło.

Miejsce przypominało ścieżkę wytyczoną przez tornado. Wokół chłopaka leżały porozrzucane ubrania, kawałki materiałów i ostrych odłamków szkła.

Zacisnął usta, złapał się za głowę i położył ją na kolanach, które trzęsły się jeszcze pod okryciem. Nie mógł za jego pomocą stłumić cierpienia. Pozwolił naruszyć powłokę swojej prywatności. Czuł się upokorzony. Jego pojedyncze części ciała rozpadły się. On także powoli znikał. Musiał jednak zabić część siebie.

Wstał z podłogi, po omacku szukając zniszczonej bluzy. Miał wrażenie, że czas przestał płynąć, i to działało na jego niekorzyść. Choć słyszał nieustanne stukanie, nie wiedział już, czy dochodziło z mechanizmu wiszącego na ścianie zniszczonego zegarka, czy z jego wnętrza. Może serce nie dawało rady udźwignąć tego, co przeżył.

Stoczył się. Ciężki i raniący wstrząs, niczym upadek skaczącego z mostu samobójcy, który chciał o wszystkim zapomnieć. Chłopak nie liczył na to, myśląc, że jakoś uda mu się wybrnąć bez szwanku. Stało się inaczej: został zniszczony do cna. Nie mógł już przeżyć bez nakazu.

Zrób to teraz, jak najmocniej, byleby tylko bolało. Bylebyś mógł słyszeć krzyk. Przemoc jest lepsza od obojętności, której tak nienawidzisz.

Uzależnienie. Głębokie uzależnienie go wyniszczało. Czuł się brudny, ale wiedział, że nawet długi prysznic nic mu nie pomoże, pogłębi jedynie nabyte już, krwawiące rany. Wciąż nie mógł wydostać się z tej ohydnej pustki. Przedtem chciał czymś ją wypełnić. Nie potrafił jednak w odpowiedniej chwili powstrzymać odruchu. Znowu musiał walczyć, udawał.

Nie miał szczęścia. Prawdopodobnie minął się z nim jakiś czas temu wśród gniewu i rozpaczy, gdy ktoś wpakował jego największy skarb do grobu, którego sam już nigdy nie odnajdzie. Stał teraz w miejscu swojego upadku, samotny i załamany. Martwy.

Przyzwyczaisz się do bólu. Wkrótce będzie ci obojętny.

Okłamywano go. Wyobrażenia są inne od prawdy, rzeczywistość kaleczy. Dlatego tak często chciał ją odepchnąć. Ten pryzmat zmienia najpierw kolor oczu, sprawia, że widzi się świat w lepszych barwach, człowiek zapomina o prawdziwym sobie. A potem stopniowo zaczyna ślepnąć. Ciemność wkrada się w jego wnętrze powoli i ostrożnie. Dlaczego nie skorzystać, skoro jest tak otwarty?

Mrok zamknął za sobą drzwi i swoimi szponami złamał klucz, zakrył wszelkie wyjścia. Kazał cierpieć. Kazał krzyczeć. Kazał się poddać. Szesnastolatek wiedział więc, że nie przywoła już snów, na które liczył. Poznanie prawdy jest wejściem w inny wymiar. Nie ma odwrotu, gdy coś wciąga w sieć kłamstw. Dał się złapać.

Dziwne uczucie znowu rozrywało go od środka, ale kazano mu je zagłuszyć.

Dlaczego miałby słuchać tych, którzy chcą rzucać liny, kiedy sami toną? Ludzie nie dali mu porządnego przykładu, nie widział go nigdzie wokół.

To takie dziwne istoty. Gdy tylko poznają kogoś od innej strony, natychmiast traktują jak odmieńca i wyrzutka. Potrafią zmienić zdanie w kilka nędznych sekund. Szesnastolatek zaś był jednym z nich, człowiekiem. Tego najbardziej się wstydził. Nic nie jest tak upokarzające, jak bycie częścią zbiorowiska śmieci. Tego dziedzictwa nienawidził. Ale jak miałby je teraz odrzucić?

Rozdarcie jest okropne — nagle dzieli śmiertelnika na części i nawet nie wiadomo, z jakiego powodu. W tym stanie chłopak nie chciał pozostać za żadne skarby.

Nikt nie może poznać jego tajemnicy. Wolał ukrywać ją w worze kaźni, który rósł z każdym dniem i powoli zrywał się z powodu przygniatającego ciężaru. Czy koniecznie musi go targać przez życie jak inne, podobne istoty? Czyż nie był kowalem swojego losu, istotą z własną — wolną skądinąd — wolą?

A jeżeli ona nie istnieje? Jeżeli wszystko to, co mu do tej pory wmawiano, było kolejną ułudą?

Pies przywiązany do smyczy, będący na każde zawołanie właściciela, nigdy nie będzie wolny. Będzie więźniem ukrytym w mroku krat. Ale on… nie jest jedną z części śmietniska. Nigdy nie zgodzi się na to, by nią być. Był nieświadomy tylu rzeczy. Niewiedza jest przerażająca i potrafi zabić. Nie może stać się ofiarą po raz kolejny.

Szesnastolatek zacisnął pięści i szybko otarł twarz. Zapalił małą latarkę — lekko rozświetliła panujący w pokoju mrok. Błysnęła na ciemne niczym kasztany włosy i pełne nienawiści spojrzenie. Trochę małych, dla innych zupełnie niewidocznych piegów pokrywało zmęczoną twarz chłopaka. Zmierzwił swoją gęstą, brunatną czuprynę i zrzucił nieco włosów na oczy, próbując je zakryć.

Przetarł wszystkie rany jodyną znalezioną w apteczce. Największe skaleczenia owinął bandażem i narzucił na siebie rozciągniętą bluzę z kapturem. Zabrał z szafy zniszczone spodnie i buty. Przemył twarz wodą, znajdującą się w szklance na biurku, następnie otarł ją ręcznikiem. Naciągnął kaptur na głowę, wyjął spod materaca skonfiskowany niedawno nóż.

Wyłączył latarkę i otworzył szafkę. Włożył wszystkie swoje rzeczy do wiszącego na uchwycie sofy plecaka. Zarzucił go na siebie.

Podszedł do okna. Złapał za przerdzewiałą klamkę i uchylił je najciszej, jak tylko potrafił.

Noc pozwoli mu ukryć największe tajemnice.

Szesnastolatek zamknął okno za sobą, wchodząc na parapet. Spoglądając na położoną jakiś metr od okna drabinę, naciągnął na dłonie czarne mitenki i poprawił bandaże. Odetchnął głęboko i skoczył, uderzając o metalowe pręty. Chwycił za kratę i zdecydowanymi ruchami schodził na dół.

Wyciągnął swój nóż i powoli kręcił nim w okiennych kłódkach, które miały chronić wejście do pomieszczenia. Po kilku minutach męczącej pracy zasuwy ustąpiły. Chłopak odsunął kraty, dostał się do zaciemnionego wnętrza. Wskoczył do środka.

Włączył latarkę, kierując światło wprost na miejsce, w którym stały wielkie metalowe szafki z dokumentami. Spojrzał na zabezpieczenia. Pokręcił głową, wkładając do zamka czubek ostrza. Zastanawiał się przez chwilę, po czym ostro przekręcił nóż w lewo. Coś pstryknęło, szufladka odsunęła się, on zaś zobaczył jej zawartość.

Zaczął przeglądać to, co się w niej znajdowało. Przyświecał sobie latarką, szukając swojej teczki. Była jedyna w swoim rodzaju, zupełnie jak on. Oznaczono ją kilkoma kolorami, które świadczyły o kolejnych stopniach zagrożenia. Znalazł ją na samym końcu alfabetycznej listy. Wyciągnął teczkę ze środka, obejrzał ze wszystkich stron. To tutaj gromadzono informacje o pacjentach ośrodka. Niczego po sobie nie zostawi.

Jego najgorsze koszmary spełniły się. Słyszy i widzi rzeczy, które dla innych są niezrozumiałe. Oskarżony o utratę zmysłów, został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym.

Słysząc czyjeś kroki, szesnastolatek podszedł do wyjścia. Cofnął się do okna i spojrzał w dół. Wyszedł na parapet, zerknął na poruszającą się klamkę drzwi. Skoczył.

Odbił się od ściany i wylądował na ziemi.

Wstał, poprawił ramiączka materiałowego plecaka, w końcu rzucił okiem na okno, w którym zobaczył stojący przy kratach cień. Postać obserwowała go uważnie, jednak w ciemności chłopak nie mógł odgadnąć, jakie są jej intencje. Cofnął się powoli, wciąż spoglądając w okno. Istota nie zmieniała swojego położenia, wpatrując się w uciekiniera. Po chwili uniosła dłoń i przejechała palcem po swojej szyi.

Chłopak był obserwowany. Uwolnił własnego demona. Te bestie porozumiewały się ze sobą. Wiedziały, czego dokonał.

Nie miał zbyt wiele czasu.

Przebiegając po terenie ośrodka, rzucił się na płot, wprawiając w ruch splecione kawałki drutu. Omijając kolce, otarł się bluzą o siatkę, która urwała kawałek materiału na łokciu. Sfrunął na drugą stronę, twardo upadając na ziemię. Podniósł się i przebiegł przez krzewy. Spojrzał za siebie. Nikt za nim nie podążał. Znalazł się na otwartej przestrzeni.


***


Biegł, wdychając zimne nocne powietrze. Oddychał ciężko, wydawało mu się, że połknął wielki klucz, który zawadzał mu w przełyku. Jeszcze nigdy do tego nie doszło. Serce niemal wypychało mu żebra na zewnątrz. Ale ta ucieczka ratowała go, otwierała mu bramę do lepszego świata.

Tam, gdzie rasa ludzka spogląda na żyjące istoty przez pryzmat wewnętrznych wyobrażeń i tego, czego nie ma, cudze zdanie ląduje w koszu, w ogóle przestaje się liczyć. Człowiek to przedmiot, materiał wypełniający polecenia, by przeżyć.

On uciekał od tego.

Podbiegł do wysokiego muru, odbił się od niego i wskoczył na teren jakiegoś wysypiska, twardo lądując na ziemi porośniętej wysoką trawą. Teraz nikt nie dbał o to miejsce — nie zostało ponownie wykorzystane. Niesamowite, że zaszedł tak daleko.

Rozejrzał się wokół. Wszędzie widział tylko zniszczone przez czas budynki, powybijane szyby i rozrzucone drewno, grube łańcuchy i cementowe odłamki. Jedna z najbliższych latarni słabo rozświetlała mrok, w którym mógł kryć się każdy.

Nigdy nie będziesz taki, jak oni. Twoja krew została zatruta.

Szesnastolatek podszedł bliżej wielkiej beczki, niegdyś wypełnionej smołą. Rozłożył nóż i po kolei rozcinał brudne ubrania, często zakrwawione i pokryte dziwnymi plamami. Wrzucał je do środka trzęsącą się dłonią. Wyciągnął teczkę, traktując papiery swoim sztyletem.

Za wolność. Nigdy nie zapomni bólu, jakiego doznał, ale może zapomnieć o tym miejscu. Dzisiejsza noc stanowi ostatnią na długiej drodze pasma cierpień. Podobnie łzy: odejdą i już nigdy nie wrócą.

Nie przeżyjesz na własną rękę…

Chłopak chwycił zapalniczkę i rozpalił ogień. Płomienie powoli chłonęły wszystkie jego materiały, całą jego dotychczasową osobowość, z którą pragnął się pożegnać. Nie należał do śmieci, już nigdy nie będzie ofiarą.

Pociągnął nosem i założył kaptur, skierował swoje kroki w stronę muru. Wskoczył na niego, stanął wyprostowany.

…przeżyjesz na własną rękę…

W cieniu nocy obserwował ogień trawiący przeszłość. Łuna rozświetlała jego zmęczoną twarz.

Pod cielesną powłoką kryło się coś, czego nie chciał ujawnić. Coś, czego nie mógł zwalczyć, żyło w nim od lat i nie pozwalało normalnie funkcjonować, choć wiedział, że nigdy nie mógł należeć do Normalnych. Uśmiechnął się enigmatycznie i spojrzał w niebo.

...przeżyjesz…

Szesnastolatek ostatni raz rzucił okiem na wielką beczkę i zeskoczył z muru, po czym zniknął za drzewami lasu, słysząc głośne poszczekiwanie psów.


***


Wysoka postać w ciemnym płaszczu podeszła do płotu, spoglądając w mrok przed sobą. Wyciągnęła dłoń, zerwała z siatki kawałek materiału z bluzy chłopaka i włożyła go do kieszeni.

CZĘŚĆ I 
ZNAKI

Now tell me: how did all my dreams turn to nightmares?

How did I lose it when I was right there?

Now I’m so far that it feels like it’s all gone to pieces

Tell me why the world never fights fair

Machine Gun Kelly, X Ambassadors & Bebe Rexha, Home


Nie ma bowiem nic tajemnego, co by nie miało zostać ujawnione.

Nic też nie może być tak ukryte, aby nie wyszło na jaw.

Mk 4, 22–23


Anioł nie upada nigdy, Diabeł upada tak nisko, że nigdy się nie podniesie,

Człowiek upada i powstaje.

Fiodor Dostojewski

Renegat

Auditum, rok 2014


Słońce oświetlało kamienice i budynki miejskie. Ktoś otaczał płotkiem swój teren, by przechodnie nie podeptali krokusów i żonkili. Kwiaty pachniały naprawdę pięknie. Wiele osób przystawało, by powąchać rośliny rosnące w ogródkach. Niektóre z nich przypominały tereny bogów.

W miejskim parku delikatna zieleń cyprysów rosnących przy wejściach mieszała się z bogactwem kolorów berberysów i pelargonii. Tu i ówdzie rosły krzewy agrestowe lub drobne w swoich rozmiarach zbiory mięty czy melisy. Obudziły się do życia krzewy malin i kilka jabłoni, bujny bez lilak zdążył już zadomowić się przy siatce. W donicach na parapetach rosły fuksje.

Spieszący się ludzie przechodzili przez ulice najeżone autami. Oddychali miejskim powietrzem pełnym spalin, niosąc w dłoniach siatki z zakupami. Biegające wokół dzieciaki domagały się kolejnego batonika leżącego na dnie reklamówki. Z pobliskiego rynku ulatniał się zapach małych zapiekanek i bułeczek.

Na jednym z rogów ulic stał mężczyzna w czarnej koszuli i spodniach; trzymał dudy. Muzyka rozbrzmiewała wokół kamiennego mostu, a przechodnie zatrzymywali się niekiedy, by spojrzeć na grajka.

Przez jezdnię przebiegła kura, którą hodowca nieopatrznie wypuścił z klatki. Ktoś zatrzymał się tuż przed nią, krzyczał coś o rosole.

Na targu odbywały się rozmowy. Mieszkańcy narzekali, handlarki znowu miały spotkanie na rynku miasta Auditum. Głosy kobiet, mężczyzn i dzieci przenikały się nawzajem.

— Kochana! Co się dzieje? Piszą coś w gazecie?

— Burmistrz nie chce się wypowiadać. Tak mówią — odparła starsza pani, poprawiając swoje krótkie jasne włosy. — Pewnie nic nie wie, trzęsie kolanami pod stolikiem. I ja mam się nie bać o własne sprawy?

— Kopę lat! Słyszałeś, że synalek szefa złamał nogę? Nie? Jak to? Twój sąsiad, nie mój! Na nartach się skosił, niedojda. Słuchaj, szukam dziś garniaka na wesele dla kuzyna.

— Pójdziesz w ten pierwszy dział, a potem… — Osobnik rozglądał się na boki, wymachując palcem tak, jakby liczył kierunki. — …w lewo. No, trzymaj się.

Wysoki mężczyzna ruszył przed siebie, potrącając niskiego młodzieńca, który obserwował ludzi przechodzących przez gęste alejki pośród ubrań poukładanych w równe rządki.

Ciepły wiatr dmuchnął chłopakowi w twarz. Garść włosów mieniących się w kolorach kasztanu spadła mu na czoło, zakrywając oczy. Zacisnął usta i milczał gniewnie. Nie znosił takich niebosiężnych ludzi. Między innymi dlatego, że jego wzrost w wieku niemal osiemnastu lat nie przekraczał stu sześćdziesięciu jeden centymetrów. Przyzwyczaił się do tego, że inni spoglądali na niego z góry. Był człowiekiem, który całe swoje życie spędził na dole.

Poprawił kaptur rozciągniętej zielonej bluzy. Zatrzymał się przy niedużej, nieczynnej już fontannie stojącej na środku targowiska i usiadł. Schował ręce w kieszeniach szarych bojówek. Spojrzał w dół, obserwując swoje buty, których czerń pokrywała teraz warstwa pyłu z ulicy. Na obrzeżach widział błoto, w które musiał wdepnąć po drodze; jakiś papierek przykleił się do podeszwy chyba razem z gumą, a sznurówki były ubrudzone piachem.

Uniósł głowę, czując zapach gorącej herbaty o aromacie jabłka. Uwielbiał herbaty, bez nich dzień był dla niego stracony. Spojrzał przed siebie, próbując zlokalizować miejsce, z którego wydobywał się zapach.

Alejkami przechadzała się kobieta z wózkiem, w którym woziła gorące napoje. Chłopak wstał z oparcia fontanny, obserwując otoczenie. Teraz musiał tylko znaleźć pieniądze.

Mijał rozwrzeszczane dzieciaki, które domagały się kolejnej porcji frytek, rurki z kremem lub zabawki; zatroskanych rodziców, którzy dokładali wszelkich starań, by ich dziecko przestało krzyczeć; handlarzy pilnujących swoich wystaw i stękających coś w poszukiwaniu innego rozmiaru lub modelu. Chłopak przyspieszył kroku i przepchnął się pomiędzy dwiema młodymi panienkami tarasującymi mu drogę. Mruknęły coś pod nosem, on zaś osłonił twarz kapturem. Nie znosił tłumów, ale to tłumy nie powinny znosić jego.

Masa wygłodniałych ludzi gęstniała, wszyscy przeciskali się pomiędzy kolejnymi osobnikami, próbowali dostać się do miejsca, które było najbardziej oblegane. Chłopak, widząc ten tumult, uśmiechnął się pod nosem.

Wyciągnął rękę i zwinął coś z kieszeni stojącego przed nim mężczyzny. Ścisnął zdobycz w garści i obrócił się na pięcie. Spojrzał na swoje dłonie odziane w czarne mitenki. Trzymał w nich kilka złożonych razem banknotów. Nieźle. Przeczucie nie zawiodło go i tym razem.

Rozejrzał się na boki. Ludzie byli zbyt zajęci sobą, by zauważyć, jak coś znika z ich półek. Idealnie.

Wziął nieco pożywienia, puszkę kociej karmy, zręcznie zwinął też opakowanie miedzianej farby do włosów.

Niebawem znalazł kobietę rozwożącą herbatę.

Z kubkiem gorącego i aromatycznego napoju szedł po skwerku, obserwując siedzących na ławkach emerytów. Po drodze minął młodą kobietę, która rozdawała aktualny numer gazety miejskiej. Zerknął na nią z ukosa, jakby przekazywała mu wiadomość sprzed kilku miesięcy, i wziął zwitek stron do ręki.

Przypatrywał się spisom ostatnich wydarzeń. Jeden z artykułów dotyczył kradzieży i włamań, do jakich dochodziło na terenie Auditum. Winnych do tej pory nie odnaleziono, lecz podejrzewano, że to sprawka jakiejś zorganizowanej grupy.

Chłopak, czytając te komentarze, prychnął pod nosem.

Zorganizowanej grupy? Zawsze pracował sam.

Poruszono także temat kilku zaginięć młodych osób, za miastem znaleziono ciało podtrutego jakąś nieznaną substancją nastolatka. Strażnicy byli pewni tylko jednego — w niektórych przypadkach naprawdę ciężko stwierdzić, czy ich dedukcja nie jest jedynie kolejnym, czasem bezmyślnym, przypuszczeniem.

A więc… To, co zaczęło się po jego ucieczce, wciąż się działo.

Musiał położyć temu kres, chociaż… Nie wiedział jeszcze, jak.

Poprawił kaptur na głowie, zauważywszy przechadzających się po ścieżce strażników. Odetchnął z ulgą, gdy skręcili na parking, szukając czegoś w swoich małych notesach. Wyrzucił pusty papierowy kubek do kosza.

— Hej, zatrzymaj się!

Odwrócił głowę i zobaczył zmierzających w tę stronę mężczyzn z odznakami na ramionach. Zdaje się, że mieli do niego jakiś interes.

Spojrzał na swoją torbę. Nie zapiął zamka. Wszystkie skradzione z targu rzeczy były widoczne. Powinien bardziej uważać.

Nie mógł na nich czekać.

— Cholera, łapcie go!

Ominął auta, przeskoczył przez krzaki i zbiegł ścieżką pomiędzy drzewami. Biegł po murkach, trenując przy tym swoją równowagę, przeskakiwał je z lewej i prawej, chwytał za gałęzie i skakał najdalej, jak tylko potrafił, niemal fruwając w powietrzu.

Spojrzał za siebie. Strażnicy, o dziwo, nie dawali za wygraną.

Chłopak przemknął przez wejścia pomiędzy blokami i zniknął w uliczkach, wspinając się na drabinę jednego z gmachów. Przebiegł po dachu tuż przy gzymsie, spoglądając w dół.

Strażnicy zatrzymali się przed zatłoczonym przejściem, bezradnie rozkładając ręce — nastoletni banita zniknął w ciemnych uliczkach.

Chłopak zszedł po drabinie i zeskoczył na dach jakiegoś blaszanego garażu.

Minął ludzi przechodzących po pasach. Dostrzegł mężczyznę, który prowadził za rękę roześmianego syna i rozmawiał z kobietą, prawdopodobnie swoją żoną. Jasnowłosa niewiasta uśmiechnęła się serdecznie i wzięła dziecko za rękę, jej towarzysz zaś mówił do niej dalej.

Bezimienny renegat. Odszczepieniec. Człowiek bez twarzy.

Chłopak założył na głowę kaptur, biegnąc przez most nad rzeką.


***


Sąsiad włączył kosiarkę i ruszył naprzód. Nie hałasowała tak koszmarnie jak ostatnio, a zapach trawy koił zmysły. Była ona jednym z niewielu źródeł zieleni w tej części miasta. Rosnące wokół drzewa zostały ścięte już kilka lat temu. Teraz pozostał tu tylko otoczony granitem kawałek łąki i zimny asfalt. Wszystkie budynki dzielnicy wybudowane zostały ściana przy ścianie, mur przy murze. Miały wejścia przednie i tylne. Garaże stanowiły dobudówki, zaś chodniki prowadzące do drzwi nie miały wielu metrów.

Mężczyzna wyciągnął wtyczkę z gniazdka i podprowadził kosiarkę do schowka, zamknął blaszane drzwiczki na kłódkę. Otrzepał dłonie i wszedł do domu.


Chłopak zatrzymał się przed furtką jednego z ogrodów, spojrzał na tuję rosnącą przy płocie. Ogarnął wzrokiem okolicę. Na ulicy nie było nikogo, wspiął się więc na płot i przeskoczył go. Podbiegł do budynku i wdrapał się po drzewie, przeskakując na ścianę. Chwycił za rynny. Podciągnął się, stawiając stopy na starych dachówkach, skąd dał susa przez otwarte okno, wskakując do pokoju.

Rozejrzał się wokół. W rogu znajdowała się zniszczona szafa i coś, co przypominało stolik lub biurko. Dokładniej rzecz ujmując, były to zbite razem deski, złożone w miarę sprawnie i dokładnie. Meble sprawiały wrażenie zimnych, podobnie jak i reszta tego pustego mieszkania.

W gruncie rzeczy nic lepszego nie posiadał. Pokój na poddaszu nie dawał mu większych możliwości. Kiedy padało, wszystko słyszał jako pierwszy, krople bębniły mu w uszach. Gdy świeciło słońce, nie mogło do niego dotrzeć. Posłanie tutaj było jednak wygodniejsze od tych, na których miał okazję spać w ostatnich latach — składało się z przyjemnego w dotyku koca i grubego materaca oraz miękkiej poduszki. Spał na poddaszu, ponieważ było mu cieplej, a to wszystko ze względu na brak stałego ogrzewania.

Zastanawiał się, czemu jeszcze stacjonuje w tej melinie. Ludzie nie wiedzieli, co stało się z właścicielem tego lokum. Mówiono, że wyjechał, więc chłopak mógł tu mieszkać, póki sąsiedzi lub miasto nie zainteresują się budynkiem.

Rzucił torbę na podłogę w pokoju, gniewnym wzrokiem spoglądając na posadzkę.

Przyszłość rysowała się wspaniale, lecz było mu to obojętne. Na ulicy żyje już od kilku lat. Sam. I jest mu z tym dobrze.

Prychnął pod nosem. Czy istota, która nienawidzi śmiertelników, musi z nimi przebywać? Po co? By nauczyć się funkcjonować? Stał się aspołeczny. Lubił samotność i nie potrzebował innych ludzi. Doskonale radził sobie sam.

Przeczesał potargane przez wiatr włosy, gdy w pomieszczeniu pojawił się młody kot. Majestatycznym ruchem wskoczył na krzesełko, potem zaś na stół. Chłopak uniósł brew, spoglądając na niego z ukosa.

Zapomniał o Natanie.

Kot przybliżył się do ramienia chłopaka. Przechylił główkę na bok i przez jakiś czas wpatrywał się w jego oczy. Jego człowiek ukrył twarz w dłoniach. Natan zaczął mruczeć.

— Już idę, wybacz.

Odwrócił się, sięgając po swoją torbę. Wyciągnął z niej puszkę kociej karmy. Natan uniósł głowę do góry i wpatrywał się w nią niczym myśliwy w zwierzynę, którą zamierza upolować.

Chłopak usiadł na posłaniu. Włożył dłoń do kieszeni i wyciągnął z niej swój nóż. Przez chwilę obracał nim w dłoni, spoglądając na odbijającą się w jego ostrzu twarz. Przyjrzał mu się uważnie, gdy stal błysnęła, roznosząc światło po ścianach pokoju. Nadal była ostra.

Delikatnie wsunął nóż w puszkę, po czym zaczął nim obracać.

Sięgnął po jedną z leżących w kącie misek i napełnił ją. Natan przydreptał bliżej i powąchał swój posiłek, po czym przesunął pojemnik na bok i zaczął jeść.

Chłopak wyciągnął z torby nektarynkę i potarł ją o bluzę, po czym odgryzł kawałek. Natan przytulił się do nóg człowieka, mrucząc cicho, a ten pogłaskał go lekko.

Po chwili wstał z posadzki i ruszył do pomieszczenia obok, które było tak małe, że kilka osób ściskałoby się w nim na siłę. Przetarł zmęczoną twarz. Ściągnął z głowy kaptur i spojrzał na człowieka w lustrze — we własne, pozbawione jakiejkolwiek radości oczy.

Pokręcił z niezadowoleniem głową, zerkając na kolory tęczówek. Były one jednym z powodów, dla których nie uważał się za normalnego. Ktoś zdrowo w nich namieszał — barwy zalewały się nawzajem. Zielona otoczka wchodziła na żółty odcień, który tuż przy źrenicy rodził czerwień. Nienawidził tego dziedzictwa. Postanowił, że nigdy nie zetnie włosów, by móc ukrywać tę denerwującą go skazę.

Przemył twarz wodą i wysuszył ją. Natan wskoczył na toaletę, przyglądając mu się uważnie.

— Ty jeden rozumiesz to wszystko, Nat — mruknął chłopak, puszczając oko do kota.

Ten przeciągnął się lekko, obserwując swojego człowieka. Po chwili zeskoczył na ziemię. Chłopak uśmiechnął się pod nosem.

Wszedł do pokoju, wyciągając z torby stary notatnik, z którego wypadały już pożółkłe strony. Poskładał wszystkie w równym rządku i włożył z powrotem w oprawkę. Wziął do ręki ołówek, który niedawno ostrzył swoim nożem. Okręcił go w prawej dłoni i wypisał na kartce kilka słów.

Przelewał na papier to, co przychodziło mu do głowy. Linie, kreski i zawijasy tworzyły kontury postaci. W tej chwili zajmował się uwiecznianiem podobizny swojego kota. Szkoda że szarością grafitu nie zaznaczy, jak bardzo rude jest jego futro. Gdyby Natan ukrył się w składzie z miedzią, kto wie, czy ktokolwiek by go odnalazł. Potrafił doskonale się kamuflować, zupełnie jak jego właściciel.

Chłopak pogłaskał Natana, który wylegiwał się na poduszce. Naciągnął na dłonie czarne mitenki i chwycił za barierki balkonu, po czym powoli zszedł w dół. Skoczył na trawę i pobiegł przed siebie.

Miał coś do zrobienia.


***


Lekki wiatr delikatnie poruszał gałęziami drzew otaczających mały plac, na którym zbierały się dzieciaki.

Chłopak obserwował rampę, po której małolaty pomiatały na swoich deskach, gdy w parkowych głośnikach rozbrzmiewał energiczny rock.

Spojrzał na wysokiego blondyna w czarnej czapce na potarganych nieco włosach, w koszuli w kratę, spodniach z jeansu sięgających za kolana, błyszczących nowością granatowych tenisówkach i z entuzjazmem wypisanym na twarzy. Biegł on w stronę rampy. Rzucił deskorolkę na ziemię i wskoczył na nią, wjeżdżając na górę. Zrobił kilka efektownych trików, wzbudzając zachwyt dziewczyn stojących w okolicy i dezaprobatę obserwujących go z zazdrością chłopców.

Zakapturzony obserwator pokręcił głową, zastanawiając się, co ludzie w tym widzą. Ruszył przed siebie, zupełnie niezauważony.

Miasto powoli okrywała szarówka.

Krótkowzroczność

Okolice posiadłości Reuterów, Auditum


Architektura ogrodowa tej posiadłości była przemyślana, dopracowana — elegancka w każdym calu. Na posesję prowadziła ścieżka usypana z granitu, wokół niej rosły wspaniale przystrzyżone tuje. Nieodłączny element miejsca stanowiły róże w kolorze bordo i fantastycznie wykuta furtka. Jej ekskluzywność podkreślały przede wszystkim metalowe przęsła, inne niż u sąsiadów. W kątach przy wjeździe na teren ogrodu zasadzono białe róże. Pomiędzy ozdobnymi kamieniami samoistnie wyrastały tulipany, dodające obrazowi czerwieni. Magnolie i orchidee zajmowały większą część działki, a dość niedawno podrównano żywopłot. Na samym środku działki stała ogromna altana, obok niej znajdowała się mała fontanna. Właśnie dzięki temu ogród wyglądał tak cudownie.

Furtka była uchylona, więc chłopak wszedł na teren posesji. Słyszał głośne bębnienie muzyki i śmiechy ludzi. W takich miejscach wszystko było możliwe. Właśnie dlatego nienawidził ich całym sercem. Z podwórka dobiegały dźwięki utworu Pink, Raise Your Glass, w rytm których ludzie wylewali benzynę na gałęzie rzucane przy altanie, podpalając je.

Ktoś chwycił chłopaka za ramię. Wzdrygnął się i poprawił kaptur na swojej głowie. Nie lubił, gdy spoglądano mu w oczy, na twarz. Ludzie mogliby dojrzeć w niej coś, czego nie chcą widzieć. Odwrócił się przodem do wysokiego blondyna o włosach ustawionych na żelu, ubranego w jeansową kurtkę i mającego na twarzy tajemniczy uśmiech.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.01