E-book
13.65
drukowana A5
43.01
Signum Sanguinem. Mrok

Bezpłatny fragment - Signum Sanguinem. Mrok

Revamped


Objętość:
214 str.
ISBN:
978-83-8126-601-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.01

As I walk along the lonely shore

On life I’m wondering

Don’t know why is it so hard to let go

All that I believed

Leave the child inside me on the road

For the man I must become

I hope I find the place where I belong

A lighthouse on the coast

It should lead me and it’s light my mind

And drive away my ghosts

I early learned the power of love

But many times I’ve failed

As I could free myself from all my chains

My prideful mind is always false

to my pure and humble heart

Always leads me to the wrong decision ‘til I fall apart

Responsibility, it must win over happiness

But my idealistic soul won’t acquiesce

Here I go a castaway

Try to turn my storm to silence

Here I go against the dark to find the light

Here I go against the rain

To find my soaking soul asylum

‘Til I find peace for my broken heart

Paddy And The Rats, Castaway


Trzy trucizny: pożądanie, nienawiść, ignorancja.

Thomas Merton


W tym, w czym jedni widzieli abstrakcję, inni widzieli prawdę.

Albert Camus, Dżuma

Prolog

Zakład psychiatryczny, rok 2012


Ból. Szesnastolatek czuł go w całym ciele. Jego oddech był szybki, powoli jednak go uspokajał. Siedział na ziemi w kącie półnagi, okryty tylko cienkim kocem — w ciemności, która przesłoniła wszelkie światło.

Miejsce przypominało ścieżkę wytyczoną przez tornado. Wokół chłopaka leżały porozrzucane ubrania, kawałki materiałów i ostrych odłamków szkła.

Zacisnął usta, złapał się za głowę i położył ją na kolanach, które trzęsły się jeszcze pod okryciem. Nie mógł za jego pomocą stłumić cierpienia. Pozwolił naruszyć powłokę swojej prywatności. Czuł się upokorzony. Jego pojedyncze części ciała rozpadły się. On także powoli znikał. Musiał jednak zabić część siebie.

Wstał z podłogi, po omacku szukając zniszczonej bluzy. Miał wrażenie, że czas przestał płynąć, i to działało na jego niekorzyść. Choć słyszał nieustanne stukanie, nie wiedział już, czy dochodziło z mechanizmu wiszącego na ścianie zniszczonego zegarka, czy z jego wnętrza. Może serce nie dawało rady udźwignąć tego, co przeżył.

Stoczył się. Ciężki i raniący wstrząs, niczym upadek skaczącego z mostu samobójcy, który chciał o wszystkim zapomnieć. Chłopak nie liczył na to, myśląc, że jakoś uda mu się wybrnąć bez szwanku. Stało się inaczej: został zniszczony do cna. Nie mógł już przeżyć bez nakazu.

Zrób to teraz, jak najmocniej, byleby tylko bolało. Bylebyś mógł słyszeć krzyk. Przemoc jest lepsza od obojętności, której tak nienawidzisz.

Uzależnienie. Głębokie uzależnienie go wyniszczało. Czuł się brudny, ale wiedział, że nawet długi prysznic nic mu nie pomoże, pogłębi jedynie nabyte już, krwawiące rany. Wciąż nie mógł wydostać się z tej ohydnej pustki. Przedtem chciał czymś ją wypełnić. Nie potrafił jednak w odpowiedniej chwili powstrzymać odruchu. Znowu musiał walczyć, udawał.

Nie miał szczęścia. Prawdopodobnie minął się z nim jakiś czas temu wśród gniewu i rozpaczy, gdy ktoś wpakował jego największy skarb do grobu, którego sam już nigdy nie odnajdzie. Stał teraz w miejscu swojego upadku, samotny i załamany. Martwy.

Przyzwyczaisz się do bólu. Wkrótce będzie ci obojętny.

Okłamywano go. Wyobrażenia są inne od prawdy, rzeczywistość kaleczy. Dlatego tak często chciał ją odepchnąć. Ten pryzmat zmienia najpierw kolor oczu, sprawia, że widzi się świat w lepszych barwach, człowiek zapomina o prawdziwym sobie. A potem stopniowo zaczyna ślepnąć. Ciemność wkrada się w jego wnętrze powoli i ostrożnie. Dlaczego nie skorzystać, skoro jest tak otwarty?

Mrok zamknął za sobą drzwi i swoimi szponami złamał klucz, zakrył wszelkie wyjścia. Kazał cierpieć. Kazał krzyczeć. Kazał się poddać. Szesnastolatek wiedział więc, że nie przywoła już snów, na które liczył. Poznanie prawdy jest wejściem w inny wymiar. Nie ma odwrotu, gdy coś wciąga w sieć kłamstw. Dał się złapać.

Dziwne uczucie znowu rozrywało go od środka, ale kazano mu je zagłuszyć.

Dlaczego miałby słuchać tych, którzy chcą rzucać liny, kiedy sami toną? Ludzie nie dali mu porządnego przykładu, nie widział go nigdzie wokół.

To takie dziwne istoty. Gdy tylko poznają kogoś od innej strony, natychmiast traktują jak odmieńca i wyrzutka. Potrafią zmienić zdanie w kilka nędznych sekund. Szesnastolatek zaś był jednym z nich, człowiekiem. Tego najbardziej się wstydził. Nic nie jest tak upokarzające, jak bycie częścią zbiorowiska śmieci. Tego dziedzictwa nienawidził. Ale jak miałby je teraz odrzucić?

Rozdarcie jest okropne — nagle dzieli śmiertelnika na części i nawet nie wiadomo, z jakiego powodu. W tym stanie chłopak nie chciał pozostać za żadne skarby.

Nikt nie może poznać jego tajemnicy. Wolał ukrywać ją w worze kaźni, który rósł z każdym dniem i powoli zrywał się z powodu przygniatającego ciężaru. Czy koniecznie musi go targać przez życie jak inne, podobne istoty? Czyż nie był kowalem swojego losu, istotą z własną — wolną skądinąd — wolą?

A jeżeli ona nie istnieje? Jeżeli wszystko to, co mu do tej pory wmawiano, było kolejną ułudą?

Pies przywiązany do smyczy, będący na każde zawołanie właściciela, nigdy nie będzie wolny. Będzie więźniem ukrytym w mroku krat. Ale on… nie jest jedną z części śmietniska. Nigdy nie zgodzi się na to, by nią być. Był nieświadomy tylu rzeczy. Niewiedza jest przerażająca i potrafi zabić. Nie może stać się ofiarą po raz kolejny.

Szesnastolatek zacisnął pięści i szybko otarł twarz. Zapalił małą latarkę — lekko rozświetliła panujący w pokoju mrok. Błysnęła na ciemne niczym kasztany włosy i pełne nienawiści spojrzenie. Trochę małych, dla innych zupełnie niewidocznych piegów pokrywało zmęczoną twarz chłopaka. Zmierzwił swoją gęstą, brunatną czuprynę i zrzucił nieco włosów na oczy, próbując je zakryć.

Przetarł wszystkie rany jodyną znalezioną w apteczce. Największe skaleczenia owinął bandażem i narzucił na siebie rozciągniętą bluzę z kapturem. Zabrał z szafy zniszczone spodnie i buty. Przemył twarz wodą, znajdującą się w szklance na biurku, następnie otarł ją ręcznikiem. Naciągnął kaptur na głowę, wyjął spod materaca skonfiskowany niedawno nóż.

Wyłączył latarkę i otworzył szafkę. Włożył wszystkie swoje rzeczy do wiszącego na uchwycie sofy plecaka. Zarzucił go na siebie.

Podszedł do okna. Złapał za przerdzewiałą klamkę i uchylił je najciszej, jak tylko potrafił.

Noc pozwoli mu ukryć największe tajemnice.

Szesnastolatek zamknął okno za sobą, wchodząc na parapet. Spoglądając na położoną jakiś metr od okna drabinę, naciągnął na dłonie czarne mitenki i poprawił bandaże. Odetchnął głęboko i skoczył, uderzając o metalowe pręty. Chwycił za kratę i zdecydowanymi ruchami schodził na dół.

Wyciągnął swój nóż i powoli kręcił nim w okiennych kłódkach, które miały chronić wejście do pomieszczenia. Po kilku minutach męczącej pracy zasuwy ustąpiły. Chłopak odsunął kraty, dostał się do zaciemnionego wnętrza. Wskoczył do środka.

Włączył latarkę, kierując światło wprost na miejsce, w którym stały wielkie metalowe szafki z dokumentami. Spojrzał na zabezpieczenia. Pokręcił głową, wkładając do zamka czubek ostrza. Zastanawiał się przez chwilę, po czym ostro przekręcił nóż w lewo. Coś pstryknęło, szufladka odsunęła się, on zaś zobaczył jej zawartość.

Zaczął przeglądać to, co się w niej znajdowało. Przyświecał sobie latarką, szukając swojej teczki. Była jedyna w swoim rodzaju, zupełnie jak on. Oznaczono ją kilkoma kolorami, które świadczyły o kolejnych stopniach zagrożenia. Znalazł ją na samym końcu alfabetycznej listy. Wyciągnął teczkę ze środka, obejrzał ze wszystkich stron. To tutaj gromadzono informacje o pacjentach ośrodka. Niczego po sobie nie zostawi.

Jego najgorsze koszmary spełniły się. Słyszy i widzi rzeczy, które dla innych są niezrozumiałe. Oskarżony o utratę zmysłów, został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym.

Słysząc czyjeś kroki, szesnastolatek podszedł do wyjścia. Cofnął się do okna i spojrzał w dół. Wyszedł na parapet, zerknął na poruszającą się klamkę drzwi. Skoczył.

Odbił się od ściany i wylądował na ziemi.

Wstał, poprawił ramiączka materiałowego plecaka, w końcu rzucił okiem na okno, w którym zobaczył stojący przy kratach cień. Postać obserwowała go uważnie, jednak w ciemności chłopak nie mógł odgadnąć, jakie są jej intencje. Cofnął się powoli, wciąż spoglądając w okno. Istota nie zmieniała swojego położenia, wpatrując się w uciekiniera. Po chwili uniosła dłoń i przejechała palcem po swojej szyi.

Chłopak był obserwowany. Uwolnił własnego demona. Te bestie porozumiewały się ze sobą. Wiedziały, czego dokonał.

Nie miał zbyt wiele czasu.

Przebiegając po terenie ośrodka, rzucił się na płot, wprawiając w ruch splecione kawałki drutu. Omijając kolce, otarł się bluzą o siatkę, która urwała kawałek materiału na łokciu. Sfrunął na drugą stronę, twardo upadając na ziemię. Podniósł się i przebiegł przez krzewy. Spojrzał za siebie. Nikt za nim nie podążał. Znalazł się na otwartej przestrzeni.


***


Biegł, wdychając zimne nocne powietrze. Oddychał ciężko, wydawało mu się, że połknął wielki klucz, który zawadzał mu w przełyku. Jeszcze nigdy do tego nie doszło. Serce niemal wypychało mu żebra na zewnątrz. Ale ta ucieczka ratowała go, otwierała mu bramę do lepszego świata.

Tam, gdzie rasa ludzka spogląda na żyjące istoty przez pryzmat wewnętrznych wyobrażeń i tego, czego nie ma, cudze zdanie ląduje w koszu, w ogóle przestaje się liczyć. Człowiek to przedmiot, materiał wypełniający polecenia, by przeżyć.

On uciekał od tego.

Podbiegł do wysokiego muru, odbił się od niego i wskoczył na teren jakiegoś wysypiska, twardo lądując na ziemi porośniętej wysoką trawą. Teraz nikt nie dbał o to miejsce — nie zostało ponownie wykorzystane. Niesamowite, że zaszedł tak daleko.

Rozejrzał się wokół. Wszędzie widział tylko zniszczone przez czas budynki, powybijane szyby i rozrzucone drewno, grube łańcuchy i cementowe odłamki. Jedna z najbliższych latarni słabo rozświetlała mrok, w którym mógł kryć się każdy.

Nigdy nie będziesz taki, jak oni. Twoja krew została zatruta.

Szesnastolatek podszedł bliżej wielkiej beczki, niegdyś wypełnionej smołą. Rozłożył nóż i po kolei rozcinał brudne ubrania, często zakrwawione i pokryte dziwnymi plamami. Wrzucał je do środka trzęsącą się dłonią. Wyciągnął teczkę, traktując papiery swoim sztyletem.

Za wolność. Nigdy nie zapomni bólu, jakiego doznał, ale może zapomnieć o tym miejscu. Dzisiejsza noc stanowi ostatnią na długiej drodze pasma cierpień. Podobnie łzy: odejdą i już nigdy nie wrócą.

Nie przeżyjesz na własną rękę…

Chłopak chwycił zapalniczkę i rozpalił ogień. Płomienie powoli chłonęły wszystkie jego materiały, całą jego dotychczasową osobowość, z którą pragnął się pożegnać. Nie należał do śmieci, już nigdy nie będzie ofiarą.

Pociągnął nosem i założył kaptur, skierował swoje kroki w stronę muru. Wskoczył na niego, stanął wyprostowany.

…przeżyjesz na własną rękę…

W cieniu nocy obserwował ogień trawiący przeszłość. Łuna rozświetlała jego zmęczoną twarz.

Pod cielesną powłoką kryło się coś, czego nie chciał ujawnić. Coś, czego nie mógł zwalczyć, żyło w nim od lat i nie pozwalało normalnie funkcjonować, choć wiedział, że nigdy nie mógł należeć do Normalnych. Uśmiechnął się enigmatycznie i spojrzał w niebo.

...przeżyjesz…

Szesnastolatek ostatni raz rzucił okiem na wielką beczkę i zeskoczył z muru, po czym zniknął za drzewami lasu, słysząc głośne poszczekiwanie psów.


***


Wysoka postać w ciemnym płaszczu podeszła do płotu, spoglądając w mrok przed sobą. Wyciągnęła dłoń, zerwała z siatki kawałek materiału z bluzy chłopaka i włożyła go do kieszeni.

CZĘŚĆ I 
ZNAKI

Now tell me: how did all my dreams turn to nightmares?

How did I lose it when I was right there?

Now I’m so far that it feels like it’s all gone to pieces

Tell me why the world never fights fair

Machine Gun Kelly, X Ambassadors & Bebe Rexha, Home


Nie ma bowiem nic tajemnego, co by nie miało zostać ujawnione.

Nic też nie może być tak ukryte, aby nie wyszło na jaw.

Mk 4, 22–23


Anioł nie upada nigdy, Diabeł upada tak nisko, że nigdy się nie podniesie,

Człowiek upada i powstaje.

Fiodor Dostojewski

Renegat

Auditum, rok 2014


Słońce oświetlało kamienice i budynki miejskie. Ktoś otaczał płotkiem swój teren, by przechodnie nie podeptali krokusów i żonkili. Kwiaty pachniały naprawdę pięknie. Wiele osób przystawało, by powąchać rośliny rosnące w ogródkach. Niektóre z nich przypominały tereny bogów.

W miejskim parku delikatna zieleń cyprysów rosnących przy wejściach mieszała się z bogactwem kolorów berberysów i pelargonii. Tu i ówdzie rosły krzewy agrestowe lub drobne w swoich rozmiarach zbiory mięty czy melisy. Obudziły się do życia krzewy malin i kilka jabłoni, bujny bez lilak zdążył już zadomowić się przy siatce. W donicach na parapetach rosły fuksje.

Spieszący się ludzie przechodzili przez ulice najeżone autami. Oddychali miejskim powietrzem pełnym spalin, niosąc w dłoniach siatki z zakupami. Biegające wokół dzieciaki domagały się kolejnego batonika leżącego na dnie reklamówki. Z pobliskiego rynku ulatniał się zapach małych zapiekanek i bułeczek.

Na jednym z rogów ulic stał mężczyzna w czarnej koszuli i spodniach; trzymał dudy. Muzyka rozbrzmiewała wokół kamiennego mostu, a przechodnie zatrzymywali się niekiedy, by spojrzeć na grajka.

Przez jezdnię przebiegła kura, którą hodowca nieopatrznie wypuścił z klatki. Ktoś zatrzymał się tuż przed nią, krzyczał coś o rosole.

Na targu odbywały się rozmowy. Mieszkańcy narzekali, handlarki znowu miały spotkanie na rynku miasta Auditum. Głosy kobiet, mężczyzn i dzieci przenikały się nawzajem.

— Kochana! Co się dzieje? Piszą coś w gazecie?

— Burmistrz nie chce się wypowiadać. Tak mówią — odparła starsza pani, poprawiając swoje krótkie jasne włosy. — Pewnie nic nie wie, trzęsie kolanami pod stolikiem. I ja mam się nie bać o własne sprawy?

— Kopę lat! Słyszałeś, że synalek szefa złamał nogę? Nie? Jak to? Twój sąsiad, nie mój! Na nartach się skosił, niedojda. Słuchaj, szukam dziś garniaka na wesele dla kuzyna.

— Pójdziesz w ten pierwszy dział, a potem… — Osobnik rozglądał się na boki, wymachując palcem tak, jakby liczył kierunki. — …w lewo. No, trzymaj się.

Wysoki mężczyzna ruszył przed siebie, potrącając niskiego młodzieńca, który obserwował ludzi przechodzących przez gęste alejki pośród ubrań poukładanych w równe rządki.

Ciepły wiatr dmuchnął chłopakowi w twarz. Garść włosów mieniących się w kolorach kasztanu spadła mu na czoło, zakrywając oczy. Zacisnął usta i milczał gniewnie. Nie znosił takich niebosiężnych ludzi. Między innymi dlatego, że jego wzrost w wieku niemal osiemnastu lat nie przekraczał stu sześćdziesięciu jeden centymetrów. Przyzwyczaił się do tego, że inni spoglądali na niego z góry. Był człowiekiem, który całe swoje życie spędził na dole.

Poprawił kaptur rozciągniętej zielonej bluzy. Zatrzymał się przy niedużej, nieczynnej już fontannie stojącej na środku targowiska i usiadł. Schował ręce w kieszeniach szarych bojówek. Spojrzał w dół, obserwując swoje buty, których czerń pokrywała teraz warstwa pyłu z ulicy. Na obrzeżach widział błoto, w które musiał wdepnąć po drodze; jakiś papierek przykleił się do podeszwy chyba razem z gumą, a sznurówki były ubrudzone piachem.

Uniósł głowę, czując zapach gorącej herbaty o aromacie jabłka. Uwielbiał herbaty, bez nich dzień był dla niego stracony. Spojrzał przed siebie, próbując zlokalizować miejsce, z którego wydobywał się zapach.

Alejkami przechadzała się kobieta z wózkiem, w którym woziła gorące napoje. Chłopak wstał z oparcia fontanny, obserwując otoczenie. Teraz musiał tylko znaleźć pieniądze.

Mijał rozwrzeszczane dzieciaki, które domagały się kolejnej porcji frytek, rurki z kremem lub zabawki; zatroskanych rodziców, którzy dokładali wszelkich starań, by ich dziecko przestało krzyczeć; handlarzy pilnujących swoich wystaw i stękających coś w poszukiwaniu innego rozmiaru lub modelu. Chłopak przyspieszył kroku i przepchnął się pomiędzy dwiema młodymi panienkami tarasującymi mu drogę. Mruknęły coś pod nosem, on zaś osłonił twarz kapturem. Nie znosił tłumów, ale to tłumy nie powinny znosić jego.

Masa wygłodniałych ludzi gęstniała, wszyscy przeciskali się pomiędzy kolejnymi osobnikami, próbowali dostać się do miejsca, które było najbardziej oblegane. Chłopak, widząc ten tumult, uśmiechnął się pod nosem.

Wyciągnął rękę i zwinął coś z kieszeni stojącego przed nim mężczyzny. Ścisnął zdobycz w garści i obrócił się na pięcie. Spojrzał na swoje dłonie odziane w czarne mitenki. Trzymał w nich kilka złożonych razem banknotów. Nieźle. Przeczucie nie zawiodło go i tym razem.

Rozejrzał się na boki. Ludzie byli zbyt zajęci sobą, by zauważyć, jak coś znika z ich półek. Idealnie.

Wziął nieco pożywienia, puszkę kociej karmy, zręcznie zwinął też opakowanie miedzianej farby do włosów.

Niebawem znalazł kobietę rozwożącą herbatę.

Z kubkiem gorącego i aromatycznego napoju szedł po skwerku, obserwując siedzących na ławkach emerytów. Po drodze minął młodą kobietę, która rozdawała aktualny numer gazety miejskiej. Zerknął na nią z ukosa, jakby przekazywała mu wiadomość sprzed kilku miesięcy, i wziął zwitek stron do ręki.

Przypatrywał się spisom ostatnich wydarzeń. Jeden z artykułów dotyczył kradzieży i włamań, do jakich dochodziło na terenie Auditum. Winnych do tej pory nie odnaleziono, lecz podejrzewano, że to sprawka jakiejś zorganizowanej grupy.

Chłopak, czytając te komentarze, prychnął pod nosem.

Zorganizowanej grupy? Zawsze pracował sam.

Poruszono także temat kilku zaginięć młodych osób, za miastem znaleziono ciało podtrutego jakąś nieznaną substancją nastolatka. Strażnicy byli pewni tylko jednego — w niektórych przypadkach naprawdę ciężko stwierdzić, czy ich dedukcja nie jest jedynie kolejnym, czasem bezmyślnym, przypuszczeniem.

A więc… To, co zaczęło się po jego ucieczce, wciąż się działo.

Musiał położyć temu kres, chociaż… Nie wiedział jeszcze, jak.

Poprawił kaptur na głowie, zauważywszy przechadzających się po ścieżce strażników. Odetchnął z ulgą, gdy skręcili na parking, szukając czegoś w swoich małych notesach. Wyrzucił pusty papierowy kubek do kosza.

— Hej, zatrzymaj się!

Odwrócił głowę i zobaczył zmierzających w tę stronę mężczyzn z odznakami na ramionach. Zdaje się, że mieli do niego jakiś interes.

Spojrzał na swoją torbę. Nie zapiął zamka. Wszystkie skradzione z targu rzeczy były widoczne. Powinien bardziej uważać.

Nie mógł na nich czekać.

— Cholera, łapcie go!

Ominął auta, przeskoczył przez krzaki i zbiegł ścieżką pomiędzy drzewami. Biegł po murkach, trenując przy tym swoją równowagę, przeskakiwał je z lewej i prawej, chwytał za gałęzie i skakał najdalej, jak tylko potrafił, niemal fruwając w powietrzu.

Spojrzał za siebie. Strażnicy, o dziwo, nie dawali za wygraną.

Chłopak przemknął przez wejścia pomiędzy blokami i zniknął w uliczkach, wspinając się na drabinę jednego z gmachów. Przebiegł po dachu tuż przy gzymsie, spoglądając w dół.

Strażnicy zatrzymali się przed zatłoczonym przejściem, bezradnie rozkładając ręce — nastoletni banita zniknął w ciemnych uliczkach.

Chłopak zszedł po drabinie i zeskoczył na dach jakiegoś blaszanego garażu.

Minął ludzi przechodzących po pasach. Dostrzegł mężczyznę, który prowadził za rękę roześmianego syna i rozmawiał z kobietą, prawdopodobnie swoją żoną. Jasnowłosa niewiasta uśmiechnęła się serdecznie i wzięła dziecko za rękę, jej towarzysz zaś mówił do niej dalej.

Bezimienny renegat. Odszczepieniec. Człowiek bez twarzy.

Chłopak założył na głowę kaptur, biegnąc przez most nad rzeką.


***


Sąsiad włączył kosiarkę i ruszył naprzód. Nie hałasowała tak koszmarnie jak ostatnio, a zapach trawy koił zmysły. Była ona jednym z niewielu źródeł zieleni w tej części miasta. Rosnące wokół drzewa zostały ścięte już kilka lat temu. Teraz pozostał tu tylko otoczony granitem kawałek łąki i zimny asfalt. Wszystkie budynki dzielnicy wybudowane zostały ściana przy ścianie, mur przy murze. Miały wejścia przednie i tylne. Garaże stanowiły dobudówki, zaś chodniki prowadzące do drzwi nie miały wielu metrów.

Mężczyzna wyciągnął wtyczkę z gniazdka i podprowadził kosiarkę do schowka, zamknął blaszane drzwiczki na kłódkę. Otrzepał dłonie i wszedł do domu.


Chłopak zatrzymał się przed furtką jednego z ogrodów, spojrzał na tuję rosnącą przy płocie. Ogarnął wzrokiem okolicę. Na ulicy nie było nikogo, wspiął się więc na płot i przeskoczył go. Podbiegł do budynku i wdrapał się po drzewie, przeskakując na ścianę. Chwycił za rynny. Podciągnął się, stawiając stopy na starych dachówkach, skąd dał susa przez otwarte okno, wskakując do pokoju.

Rozejrzał się wokół. W rogu znajdowała się zniszczona szafa i coś, co przypominało stolik lub biurko. Dokładniej rzecz ujmując, były to zbite razem deski, złożone w miarę sprawnie i dokładnie. Meble sprawiały wrażenie zimnych, podobnie jak i reszta tego pustego mieszkania.

W gruncie rzeczy nic lepszego nie posiadał. Pokój na poddaszu nie dawał mu większych możliwości. Kiedy padało, wszystko słyszał jako pierwszy, krople bębniły mu w uszach. Gdy świeciło słońce, nie mogło do niego dotrzeć. Posłanie tutaj było jednak wygodniejsze od tych, na których miał okazję spać w ostatnich latach — składało się z przyjemnego w dotyku koca i grubego materaca oraz miękkiej poduszki. Spał na poddaszu, ponieważ było mu cieplej, a to wszystko ze względu na brak stałego ogrzewania.

Zastanawiał się, czemu jeszcze stacjonuje w tej melinie. Ludzie nie wiedzieli, co stało się z właścicielem tego lokum. Mówiono, że wyjechał, więc chłopak mógł tu mieszkać, póki sąsiedzi lub miasto nie zainteresują się budynkiem.

Rzucił torbę na podłogę w pokoju, gniewnym wzrokiem spoglądając na posadzkę.

Przyszłość rysowała się wspaniale, lecz było mu to obojętne. Na ulicy żyje już od kilku lat. Sam. I jest mu z tym dobrze.

Prychnął pod nosem. Czy istota, która nienawidzi śmiertelników, musi z nimi przebywać? Po co? By nauczyć się funkcjonować? Stał się aspołeczny. Lubił samotność i nie potrzebował innych ludzi. Doskonale radził sobie sam.

Przeczesał potargane przez wiatr włosy, gdy w pomieszczeniu pojawił się młody kot. Majestatycznym ruchem wskoczył na krzesełko, potem zaś na stół. Chłopak uniósł brew, spoglądając na niego z ukosa.

Zapomniał o Natanie.

Kot przybliżył się do ramienia chłopaka. Przechylił główkę na bok i przez jakiś czas wpatrywał się w jego oczy. Jego człowiek ukrył twarz w dłoniach. Natan zaczął mruczeć.

— Już idę, wybacz.

Odwrócił się, sięgając po swoją torbę. Wyciągnął z niej puszkę kociej karmy. Natan uniósł głowę do góry i wpatrywał się w nią niczym myśliwy w zwierzynę, którą zamierza upolować.

Chłopak usiadł na posłaniu. Włożył dłoń do kieszeni i wyciągnął z niej swój nóż. Przez chwilę obracał nim w dłoni, spoglądając na odbijającą się w jego ostrzu twarz. Przyjrzał mu się uważnie, gdy stal błysnęła, roznosząc światło po ścianach pokoju. Nadal była ostra.

Delikatnie wsunął nóż w puszkę, po czym zaczął nim obracać.

Sięgnął po jedną z leżących w kącie misek i napełnił ją. Natan przydreptał bliżej i powąchał swój posiłek, po czym przesunął pojemnik na bok i zaczął jeść.

Chłopak wyciągnął z torby nektarynkę i potarł ją o bluzę, po czym odgryzł kawałek. Natan przytulił się do nóg człowieka, mrucząc cicho, a ten pogłaskał go lekko.

Po chwili wstał z posadzki i ruszył do pomieszczenia obok, które było tak małe, że kilka osób ściskałoby się w nim na siłę. Przetarł zmęczoną twarz. Ściągnął z głowy kaptur i spojrzał na człowieka w lustrze — we własne, pozbawione jakiejkolwiek radości oczy.

Pokręcił z niezadowoleniem głową, zerkając na kolory tęczówek. Były one jednym z powodów, dla których nie uważał się za normalnego. Ktoś zdrowo w nich namieszał — barwy zalewały się nawzajem. Zielona otoczka wchodziła na żółty odcień, który tuż przy źrenicy rodził czerwień. Nienawidził tego dziedzictwa. Postanowił, że nigdy nie zetnie włosów, by móc ukrywać tę denerwującą go skazę.

Przemył twarz wodą i wysuszył ją. Natan wskoczył na toaletę, przyglądając mu się uważnie.

— Ty jeden rozumiesz to wszystko, Nat — mruknął chłopak, puszczając oko do kota.

Ten przeciągnął się lekko, obserwując swojego człowieka. Po chwili zeskoczył na ziemię. Chłopak uśmiechnął się pod nosem.

Wszedł do pokoju, wyciągając z torby stary notatnik, z którego wypadały już pożółkłe strony. Poskładał wszystkie w równym rządku i włożył z powrotem w oprawkę. Wziął do ręki ołówek, który niedawno ostrzył swoim nożem. Okręcił go w prawej dłoni i wypisał na kartce kilka słów.

Przelewał na papier to, co przychodziło mu do głowy. Linie, kreski i zawijasy tworzyły kontury postaci. W tej chwili zajmował się uwiecznianiem podobizny swojego kota. Szkoda że szarością grafitu nie zaznaczy, jak bardzo rude jest jego futro. Gdyby Natan ukrył się w składzie z miedzią, kto wie, czy ktokolwiek by go odnalazł. Potrafił doskonale się kamuflować, zupełnie jak jego właściciel.

Chłopak pogłaskał Natana, który wylegiwał się na poduszce. Naciągnął na dłonie czarne mitenki i chwycił za barierki balkonu, po czym powoli zszedł w dół. Skoczył na trawę i pobiegł przed siebie.

Miał coś do zrobienia.


***


Lekki wiatr delikatnie poruszał gałęziami drzew otaczających mały plac, na którym zbierały się dzieciaki.

Chłopak obserwował rampę, po której małolaty pomiatały na swoich deskach, gdy w parkowych głośnikach rozbrzmiewał energiczny rock.

Spojrzał na wysokiego blondyna w czarnej czapce na potarganych nieco włosach, w koszuli w kratę, spodniach z jeansu sięgających za kolana, błyszczących nowością granatowych tenisówkach i z entuzjazmem wypisanym na twarzy. Biegł on w stronę rampy. Rzucił deskorolkę na ziemię i wskoczył na nią, wjeżdżając na górę. Zrobił kilka efektownych trików, wzbudzając zachwyt dziewczyn stojących w okolicy i dezaprobatę obserwujących go z zazdrością chłopców.

Zakapturzony obserwator pokręcił głową, zastanawiając się, co ludzie w tym widzą. Ruszył przed siebie, zupełnie niezauważony.

Miasto powoli okrywała szarówka.

Krótkowzroczność

Okolice posiadłości Reuterów, Auditum


Architektura ogrodowa tej posiadłości była przemyślana, dopracowana — elegancka w każdym calu. Na posesję prowadziła ścieżka usypana z granitu, wokół niej rosły wspaniale przystrzyżone tuje. Nieodłączny element miejsca stanowiły róże w kolorze bordo i fantastycznie wykuta furtka. Jej ekskluzywność podkreślały przede wszystkim metalowe przęsła, inne niż u sąsiadów. W kątach przy wjeździe na teren ogrodu zasadzono białe róże. Pomiędzy ozdobnymi kamieniami samoistnie wyrastały tulipany, dodające obrazowi czerwieni. Magnolie i orchidee zajmowały większą część działki, a dość niedawno podrównano żywopłot. Na samym środku działki stała ogromna altana, obok niej znajdowała się mała fontanna. Właśnie dzięki temu ogród wyglądał tak cudownie.

Furtka była uchylona, więc chłopak wszedł na teren posesji. Słyszał głośne bębnienie muzyki i śmiechy ludzi. W takich miejscach wszystko było możliwe. Właśnie dlatego nienawidził ich całym sercem. Z podwórka dobiegały dźwięki utworu Pink, Raise Your Glass, w rytm których ludzie wylewali benzynę na gałęzie rzucane przy altanie, podpalając je.

Ktoś chwycił chłopaka za ramię. Wzdrygnął się i poprawił kaptur na swojej głowie. Nie lubił, gdy spoglądano mu w oczy, na twarz. Ludzie mogliby dojrzeć w niej coś, czego nie chcą widzieć. Odwrócił się przodem do wysokiego blondyna o włosach ustawionych na żelu, ubranego w jeansową kurtkę i mającego na twarzy tajemniczy uśmiech.

— Nie dotykaj mnie, Reuter — mruknął, zaciskając pięści, gdy dreszcz przeszył całe jego ciało.

Blondyn wyciągnął zapalniczkę, podpalając papierosa, którego włożył sobie do ust. Szarówka okryła ogród mgłą, gdy ludzie słuchali przejeżdżających w oddali aut.

— Jojo… raz na górze, raz na dole — zaśmiał się, wydmuchując dym.

Jojo zastygł w bezruchu. Od dawna nikt nie odezwał się do niego w ten sposób, nikt nie odezwał się do niego w ogóle. To było… bardzo dziwne uczucie.

Wyrwał Reuterowi peta z ust, po czym rzucił niedopałek na ziemię i zdecydowanym ruchem zdeptał.

— Pokurczysz się — syknął. — Chcę się tylko ogarnąć.

— Mam nadzieję. Przyda ci się prysznic — mruknął blondyn kpiąco, kiedy Jojo przeszedł obok ustawionych w rządku puszek, zerkając na nie bez zbędnego zachwytu.

— Nienawidzę tego wszystkiego! — oznajmił, siadając na stole. Wziął do ręki wodę i odkręcił korek, pijąc prosto z butelki. — I ciebie też nienawidzę.

Reuter prychnął z uśmiechem.

— Ja ciebie też. Co z przesyłką?

Jojo odwrócił głowę w jego stronę tak energicznie, że w jego oczach można było dojrzeć trójkolorową błyskawicę. Odstawił butelkę na bok i uśmiechnął się ironicznie, wyciągając z kieszeni swój nóż. Wpatrywał się w niego długo, jakby miał do czynienia z najdroższym skarbem. Nigdy nie powiedział, co naprawdę się z nim wiąże. Sztylet był jego jedynym prawdziwym przyjacielem, który jeszcze nigdy go nie zdradził.

Zerknął na Reutera z ukosa i zmrużył oczy.

— Nie było mnie tutaj, jasne? — odparł sucho, chowając sztylet w dłoni.

Wyciągnął z torby paczkę, którą wcześniej zawinięto w szary papier. Rzucił ją. Reuter skinął głową, łapiąc pakunek w swoje dłonie. Długo go obracał, sprawdzając zawartość.

— Ścigany? — odezwał się w końcu. Miał jednak wrażenie, że nawet jeśli, nikt nie dostałby chłopaka w swoje łapy. Był za szybki i zbyt nieprzewidywalny. — Dobra robota. Wiesz, jak trafić na górę — mruknął Reuter, przekazując mu zwinięte w rulon banknoty.

Jojo zmierzył go wzrokiem i pokręcił głową, po czym zeskoczył ze stołu. Po chwili długiej ciszy odezwał się:

— Odchodzę.

Reuter stanął w bezruchu.

— Żartujesz? Ty jeden mogłeś się wcisnąć w miejsca, w które żaden człowiek nie ma dostępu. Nigdy nie schrzaniłeś żadnego zlecenia. Jesteś do tego stworzony, Jojo.

— To koniec, Reuter — powtórzył sucho chłopak, chowając ręce do kieszeni.

Reuter zerknął na niego z ukosa. Niezależność…

Pokręcił głową i machnął ręką, zmierzając w stronę ogniska. Usiadł obok ciemnowłosej panienki. Przyszła pora na stały punkt programu — przyjmowanie zakładów. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, zgodnie kiwając głowami. Wyciągnęli zawartość swoich kieszeni na tacę. Bilony uderzyły o metal, banknoty zaczęły szeleścić.

Jojo spoglądał na nich sceptycznie. Zbiorowisko śmieci.

Szedł korytarzem domu Reuterów, czując coś dziwnego. Skądś wydobywał się okropny smród, jakby ktoś od lat składował tu najgorszy syf, jaki tylko znalazł na wysypisku za miastem. I ten rażący zapach kwasu żołądkowego, którego Jojo nienawidził. Wiele razy musiał go znosić.

Niektórzy po prostu nie powinni dotykać alkoholu, jeśli nie umieją rozsądnie pić. To tyczyło się jakichkolwiek używek.

Zatrzymał się przed drzwiami jednego z pomieszczeń, uchylając je lekko. Wszedł do toalety i zamknął za sobą drzwi, rzucając torbę na podłogę. Wyciągnął ręcznik z szafki.

Odkręcił kurek, czując, jak letnia woda oblewa każdy skrawek jego poharatanego ciała. Orzeźwiający strumień — takiego potrzebował.

Jego sylwetka odbijała się w jasnych płytkach, którymi obudowano prysznic. Spojrzał na siebie.

Wiedział, że jest odmieńcem. Nie tylko przez to, czym się stał, ale też przez to, co widzi. Za każdym razem, gdy myślał o zdarzeniach sprzed lat, targał nim gniew, który wyżynał coraz większe rany w jego psychice. Nienawidził ludzkich spojrzeń.

Istoty ludzkie. Tak kruche, a tak bardzo dociskane — do samego końca. Doskonale się bawią, nawet jeśli obok ktoś umiera.

Fragment tej rasy, człowiek, posiada wiedzę na temat niebezpieczeństwa, jednak wchodzi na tory pędzących pociągów po to, by przekonać się, czym jest ból. A gdy go już zazna, chce go odrzucić, ponieważ jest dla niego najgorszym koszmarem. Ale wtedy… jest już za późno. Krótkowzroczność tej egoistycznej bestii nie zna granic.

Stając przed lustrem, Jojo wziął do ręki foliowe rękawiczki. Rozciął opakowanie z farbą i wlał do pojemniczka jego zawartość, po czym zamieszał wszystko i spojrzał na papkę, porównując jej kolor do tego na kartoniku. Nakładał pojedyncze warstwy na swoje włosy. Miał nadzieję, że uzyska zamierzony efekt. Miedź na kasztanowych włosach sprawiła, że poczuł się inaczej.

Schylił głowę pod kranem, spłukując farbę z włosów. Spoglądał na spływające w stronę studzienki lodowate miedziane potoki przelewające się po obdrapanej powierzchni umywalki. Gdy skończył, wyczyścił wszystko dłonią, która także lekko się zabarwiła. Otarł ją o ręcznik i wyprostował się.

Włosy mieniły się w dwóch barwach. Zdecydowanie polubił ten inny kolor. Może odciągnie uwagę od różnokolorowych tęczówek. Nie pozwoli też na szybką identyfikację.

Jojo zawinął włosy w ręcznik, plącząc go na swojej głowie przez jakiś czas. Ostrożnie naciągnął na siebie koszulkę i bluzę.

Wyszedł na zewnątrz, cicho zamykając drzwi. Ścisnął swój nóż leżący w kieszeni, oddalając się od towarzystwa. Te obrazy wolał usunąć z pamięci. Kiedyś obiecał sobie, że wyrwie się z marginesu, chociaż to właśnie na drogach miasta poznał charaktery ludzi. Ostatni raz ich spotyka — są przecież wolni.

Wolność. Kończy się tam, gdzie zaczynają się prawa innych. A on miał prawo do tego, by odejść.

Założył kaptur i dotarł do furtki, po czym ostatni raz spojrzał na wszystkich i wybiegł, omijając po drodze porastające okolicę krzewy. Ulice oświetlały tylko porozstawiane gdzieniegdzie latarnie — ich moc powoli słabła. Przeskakiwał przez płotki działek, chcąc uciec jak najdalej od tego miejsca.

Nagle stanął jak wryty, czując okropny ból głowy. Oparł plecy o pobliskie drzewo i próbował odetchnąć. Poczuł, że coś jest nie w porządku. To znowu go niszczyło. Miał wrażenie, że zaraz zwróci wszystkie organy. Dziwna gęsia skórka nagle wstrząsnęła jego ciałem, a przed oczyma pojawił się czyjś cień. Potrząsnął głową i próbował się skupić.

Wszystko wokół ucichło.

Miał wizję.


Był w zupełnie innym miejscu. Błyszczące kawałki szkła mieniły się czerwienią. Kurz, brud podłóg i leżące na jednej z nich martwe ciało pokryte ubraniami obryzganymi bordową mazią. Coś jakby krzyk przeszło przez jego uszy. Zakrył je dłońmi, próbując odpędzić od siebie te myśli. Mgła zeszła z jego oczu.


Wizja urwała się.

Jojo odepchnął się dłońmi od pnia i ruszył naprzód.

Słyszał niepokojący szum, ale nie był to powiew groźnego wiatru, który postanowił przewracać gałęzie na boki. Spojrzał na ziemię. Jej twardość dawała mu się we znaki — odczuwał teraz potworny ból głowy i miał nudności. Przetarł oczy i podszedł bliżej gęstwiny krzaków.

Przystanął, czując pod stopami dziwny nacisk. Nadepnął na coś. Podniósł znalezisko, kierując je w stronę światła księżyca.

Z daleka przypominało jakiś metalowy element. Z pozoru nic nie znaczący śmieć, jednak po dłuższej obserwacji i kilku potarciach Jojo zauważył wygrawerowane na płytce skrzydła o średnicy kilkunastu milimetrów. Prawdopodobnie był to jakiś wisiorek.

Włożył znalezisko do kieszeni i zaklął. Ktoś przyglądał mu się uważnie, siedząc na motocyklu obok wyjścia z ogrodów działkowych. Jojo zacisnął w dłoni nóż i pokręcił głową.

— Ej! — krzyknął, próbując wyzwać nieznajomego. Nagle otworzył oczy szerzej, słysząc dźwięk uruchamianego silnika. Podmuch powietrza rozwiał opadłe liście. Światło rozbłysło na twarzy chłopaka. Motocyklista ruszył prosto na niego.

Samotność

Opuszczone mieszkanie, przedmieścia Auditum


Jojo zerwał się, oddychając głęboko. Wystraszony Natan zeskoczył z posłania, jeżąc sierść. Prychnął z wyrzutem i usiadł na podłodze.

To, co stało się wczoraj wieczorem, było przeszłością. Jojo nie pamiętał jej zbyt dokładnie.

Pokręcił głową i zrzucił z siebie koc, podchodząc do okna. Był wykończony, chociaż spał dość długo — słońce zdążyło już dotknąć samego czubka nieba. Przetarł twarz, czując na twarzy rumieńce. Odchylając pokryte kurzem żaluzje, spojrzał przez szybę.

Właściciele psów spokojnie spuszczali pupili ze smyczy, mając gdzieś uwagi strażników. Nie było powodów, by obawiać się czegokolwiek. Nie dbano o przedmieścia Auditum. Niektóre dzielnice były zapuszczone, dawny skwerek stał się wysypiskiem. Brakowało kogoś, kto zatroszczyłby się o to wszystko.

Jojo spojrzał na swoje dłonie, po wczorajszej ucieczce całe pokaleczone. Biegnąc, wpadł na jakieś krzaki. I zdaje się, że były to róże, które porastały wejście do czyjegoś ogrodu działkowego. Otarł się o nie niemal do krwi, więc gdy wrócił, musiał owinąć wszystko skrawkami materiałów i naciągnąć na nie swoje mitenki. Najgorsze było odkażanie, lecz do bólu zdążył się już przyzwyczaić. Pokonując spore odległości, nieraz zdarzyło mu się wylądować na płocie lub twardej kamienistej powierzchni.

Wziął do ręki wisiorek z grawerunkiem i obejrzał go ze wszystkich stron. Był lekko zanieczyszczony, pokrywał go jakiś brud, którego nie dało się teraz zetrzeć palcem.

Chłopaka ciekawiło, czego widziany przez niego człowiek szukał. Ktokolwiek to był, cokolwiek lub kogokolwiek chciał znaleźć — uciekł. Wyjechał z ogrodów, niemal szturmując bramę.

Jojo narzucił na siebie ulubioną bluzę, po czym wziął do ust skradzionego wczoraj rogala.

Spojrzał na Natana. Kucnął przy nim i podał mu dłoń z kawałkiem pieczywa. Kot przez chwilę wpatrywał się w chłopaka bez zbędnego entuzjazmu, mrużąc swoje ślepia. Odwrócił się do niego tyłem i ruszył w stronę posłania, pociągając za nie swoimi pazurami.

— Niewdzięcznik — mruknął Jojo z pewną ironią w głosie. Zabrał swoją zmechaconą lnianą torbę i opuścił mieszkanie.


***


Wiosenny dzień był w miarę słoneczny. Idąc przez zaśmiecone papierami i ulotkami aleje, Jojo obserwował ludność podążającą przez miasto. Stając na skrzyżowaniu ulic, poczuł zapach, za którym przepadał. Przyspieszył kroku i zniknął za rogiem, zatrzymując się przy herbaciarni.

Spojrzał na wystawę. Rozłożono na niej bogato zdobione i delikatne filiżanki, filigranowe dzbanuszki i podstawki, herbaty w rozmaitych puszkach o przeróżnych kształtach i kolorach, papierowe serwetki z kwiecistymi wzorkami.

Okrągłe mahoniowe stoły nakryto koronkowymi obrusami, dostawiono do nich antyki — krzesła poobijane starym już materiałem z kwiatowymi ornamentami. Na ścianie znajdowała się półeczka z książkami, obok zaś — ubarwione farbami serwisy do herbaty. W dalszej części pomieszczenia ustawiono wieszak, na którym w chłodniejsze dni goście trzymali swoje płaszcze. Półki naprzeciwko wypełniały słoiki z pachnącymi herbatami, a także wszelkiego rodzaju kawami o przeróżnych właściwościach. Przez otwarte okno wyczuwalne były delikatne zapachy migdałowe — słodkie aromaty mieszały się ze sobą. Dziewczyna we włosach spiętych w kok postawiła na stole porcelanowy dzbanek, filiżankę i cukiernicę, przetarła blat.

W pewnym momencie Jojo zauważył tam blondyna z parku. Chłopak zakrył twarz jakąś kartką, widząc zmierzającą w jego stronę postać w kraciastej spódnicy, rozprutych tenisówkach i dłuższej białej koszulce, przykrytej krawatem. W krótkie ciemne włosy do ramion wplecione miała fioletowe kosmyki. Dziewczyna, bo niczym innym nie mogło być to rozemocjonowane stworzenie, podeszła do niego, wskazując na jakiś artykuł w świeżej gazecie. Chyba chciała udowodnić, że ma rację. Blondyn wyglądał jak przerażony żołnierz, który dopiero przed sekundą zauważył, że go postrzelono. Stanął przed dziewczyną, zdejmując czapkę z głowy. Poprosił o przebaczenie, dostojnie zginając się w pół. Dziewczyna zmrużyła oczy z lekkim rumieńcem na twarzy i usiadła przy stole, rozkładając strony gazety.

Jojo został wyrwany z zamyślenia, gdy w herbaciarni znowu dał o sobie znać mały dzwonek doczepiony do drzwi. Szybko odskoczył od okna, siadając na pobliskim chodniku.

Zaczął myśleć o ostatnich wydarzeniach. Wielu ludzi wierzy w intuicję, która pomaga im przewidzieć, co stanie się za kilka chwil. On musiał uczyć się na własnych błędach. Jak każdy, kto podejmuje ryzyko. Obojętne było to, jakie owo ryzyko jest. Mogło być nawet śmiertelne, byleby tylko czegoś uczyło. Doświadczył tego na swoim ciele i bardzo żałował. Inni też ponosili klęski. Mniejsze, większe, zawsze jakieś. Pomimo wszystkich zależności, uważał swoje cierpienie za nieporównywalne z cierpieniami innych. Ludzie mogli unikać przykrości i bólu, póki mieli ku temu okazję.

Potrząsnął głową i wstał, ruszając przed siebie. Nie miał ochoty na dalsze rozmyślanie. Człowiek zawsze wykorzysta sytuację, by inni ponieśli klęskę. Czy było to istotą mądrości czy agresji? Dlaczego miałby się nad tym zastanawiać?

Wiele takich stworzeń spotkał przez lata. Nie były niczym więcej niż tylko kolejnymi bytami żerującymi na innych. Nie miały problemów z wykorzystywaniem, zabieraniem tego, co najważniejsze. Nikogo to nie obchodziło. Oto środowisko, które znał. Zatrute. Istna wylęgarnia śmierci, w którym nawet najmniejsza iskra była duszona, aż całkiem zgasła.

Szedł przez park, próbując zagłuszyć głosy przenikające jego umysł. To jednak nic nie dawało.

On jest groźny. Spójrz w jego oczy! Czy widzisz nich cokolwiek, co cię przypomina? Nie! Gdybym był tobą, już dawno bym coś z tym zrobił…

Nawet jeśli tak byłoby bezpieczniej… nie wykonam tego wyroku… A jeśli on nie jest taki, jak myślicie? Jeśli potrafi… ratować, nie zabijać?

Chłopak pokręcił głową i zacisnął usta, ale szept nie chciał ustąpić. Ten męski głos wrył się w jego umysł niczym wiertło. Z gniewnym wyrazem twarzy przyspieszył kroku.

Łatwo jest żyć na tym świecie. Trudno jest żyć bez przynależności do jego śmietnika. Ja nie chcę być jego częścią. Róbcie, co uważacie, ja odchodzę.

Jojo poczuł, że pieką go oczy. Zatrzymał się. Spojrzał w dół, przez chwilę obserwował bruk. Poruszył stopą, jakby próbował zgarnąć niewidoczne drobinki, które zalegały mu na bucie. W pewnym momencie zacisnął usta i uderzył pięścią w pień drzewa, czując przechodzący przez jego ciało ból. Upadł na ławkę i oparł głowę o dłonie. Gapił się w ziemię, kaptur znów zakrył pół jego twarzy. Spojrzał przed siebie z gniewem w oczach i zmarszczył brwi.

Miał tego dosyć.

Wyciągnął z kieszeni wisiorek, który znalazł. Odbijały się od niego promienie wpadające pomiędzy drzewa. Oplótł go wokół dłoni, czując chłód, który ulżył zranionej skórze. Potrząsnął głową, wpatrując się w wygrawerowany na płytce obraz.

Schylił się i wziął do ręki leżący obok ławki patyk. Zaczął rysować skrzydła na piasku.

Nie mogły być tylko czyimś wymysłem. Ciekawe, co miały oznaczać?


* * *


Młoda dziewczyna pożegnała ostatnich klientów herbaciarni i sprzątnęła puste filiżanki. Stając nad jednym ze stołów, wzięła do ręki prasę, którą przeglądało dwoje nastoletnich ludzi. Wyszła na ulicę, by zobaczyć, czy jeszcze ich dogoni, ale oni zniknęli już za rogiem. Wzruszyła ramionami i otworzyła gazetę, trafiając na artykuł o nieznanym jej bliżej rzadkim środku, którego spora dawka dostarczona organizmowi uchodziła za toksynę.

Władze podejrzewają, że to młodzi rozprowadzają narkotyki wśród swoich rówieśników za odpowiednią sumę. Możliwe, że ci, którym brakuje adrenaliny, sporo zaryzykują, by je otrzymać. Ale czy trucizna jest tego warta? Za dużo ludzi padało jej ofiarą. Sprawiała ona, że człowiek zażywający ją znajdował się w odmiennej rzeczywistości. Miał wrażenie, że śni na jawie, jest królem własnego świata, jego panem i władcą. Stopniowo tracił jednak kontrolę, nawet o tym nie wiedząc. Nie odróżniał rzeczywistości od fikcji, nie przejawiał chęci do życia, podejmował drastyczne w skutkach decyzje. Z pysznego króla przeradzał się w pokornego żebraka, by w końcu paść na polu bitwy w walce, w której był z góry skazany na porażkę.

Kto jest twórcą trucizny? Dlaczego to robił i co postanowił zyskać kosztem niewinnych? Oby strach nie powstrzymał ludzi przed odkryciem prawdy. Lęk… W małych ilościach ratuje życie, lecz w wielkich… odbiera je.

Furia

Gdzieś w centrum Auditum


Księżyc rozświetlił korony drzew. Coraz to większe listki poruszały się pod wpływem delikatnego wiatru, jak za dotknięciem delikatnego, bezbarwnego szala. Powiew głaskał nawet połacie trawy, które zdawały się chichotać po cichu, przechylając z lewej strony na prawą. Światła w oknach gasły jedno po drugim. Auditum postanowiło zasnąć, zaczerpnąć świeżego powietrza, które nocą orzeźwiało zmęczone twarze mieszkańców.

Pojedyncze latarnie stały samotnie w mroku. Mrugały nieznacznie, jakby wstydząc się tego, że rażą swoim światłem. Szum aut powoli zanikał. Prawie niesłyszalny, odbijał się tylko od ścian wysokich budynków, podniszczonych i obdartych z farby i tynku kamienic, w cieniu których ukrywali się jeszcze ludzie trzymający w ręku szklane butelki. Ulatniał się z nich aromat chmielu. Mężczyźni ocierali korki o krawężnik, próbując oddzielić je od szkła. Mamrotali coś pod nosem, a gdy nie dochodzili do porozumienia, rzucali mięsem jeden na drugiego. Po paru nieudanych bójkach znikali za bramami, opierając się o pokryte graffiti ściany.

Po ulicach przechadzał się jeszcze jeden osobnik, zaciągając zębami swoje mitenki na pokaleczonych dłoniach. Nie musiał nawet zbliżać się do obywateli nocy, by wiedzieć, co robią. Uśmiech na jego ustach sugerował, że wcale nie musi. Obserwował ich na odległość.

Jojo posiadał nietypowy dar. Widział rzeczy dziejące się w innych miejscach. Dziwna sprawność, lecz dzięki niej znajdował w kieszeniach ludzi to, co chciał. Wiedział, dokąd idą, co robią i kiedy może się włamać do danego pomieszczenia. Chociaż to wszystko wymagało ogromnego skupienia — przebywając w samotności przez lata, wyrobił w sobie tę umiejętność, udoskonalając ją.

Unikając świateł latarni miejskich, podskoczył i pobiegł przed siebie. Poruszając się po murkach, odbijał się od ścian, przeskakiwał przez działki bloków i znikał za płotami mieszkańców, którzy kładli na poduszkach swoje ciężkie głowy.

Ścieżki pokryte były wszystkim — od śmieci aż po zeschłe liście. Jojo obszedł po drodze jeden z opuszczonych budynków, przebiegł pod porysowanym przez grafficiarzy mostem i ominął porośnięte bluszczem ogrody działkowe. Przemknął obok rzeki i dotarł na skraj odlanej z asfaltu ścieżki obudowanej ze wszystkich stron starymi kamienicami. Jej dwa końce łączyły ze sobą jedne z najbardziej ruchliwych ulic w mieście, jednak nocą było tu cicho, jak makiem zasiał.

Jojo rzucił okiem w stronę mostu, przy którym znajdowały się drewniane zabudowania. Poprawił kaptur zniszczonej bluzy. Słyszał czyjeś zachrypnięte głosy, pełne gniewu. Słowa brnęły w powietrze w zwolnionym tempie, wśród zwodniczych dźwięków szumiących drzew. Ruszył przed siebie.

Wkrótce pomiędzy blokami pojawili się niszczący wszystko na swojej drodze i wrzeszczący nocą pod oknami mieszkańców dresiarze. Dwaj ustawili się wokół wątłego nastolatka w czapce z daszkiem, żądając czegoś. Milczał, wiedząc, że oczekiwali znacznie więcej, niż tylko pieniedzy. Uderzyli go w twarz, a on osunął się na ziemię.

Ludzie nie chcieli nawet wyglądać zza zasłon, zresztą w tę część miasta mało kto zaglądał. Mieszkańcy uciekali przed odpowiedzialnością, nikt nie chciał stać się męczennikiem. Zachowania katów rozpraszał i wymazywał czas. Nieubłagalny, przesypywał się niczym piasek w klepsydrze i pokrywał Auditum złowrogim fatum.

Jojo obserwował poczynania dręczycieli, przyglądając się osaczonej ofierze. Nasłuchiwał.

Chwycił za gałęzie drzewa i powoli zaczął schodzić coraz niżej. Lekkim ruchem zeskoczył na metalowy garaż, stanął na kupie gruzów. Zmrużył oczy, zaciągając kaptur. Poprawił rękawice i ścisnął nóż. Zeskoczył na ziemię, podnosząc jeden z kamieni; powoli ruszył w stronę oprawców, podrzucając go w jednej dłoni, a w drugiej, z tyłu pleców, ściskając ostrze. Światło księżyca błysnęło w zakrytych włosami tęczówkach.

— Dawaj… to… co… masz — dukał jeden z bandziorów, dusząc niemal nieprzytomnego młodzieńca.

On skamlał tylko pod nosem, zakrywając głowę rękoma. Coś w okolicy zagruchotało, może były to jego kości. Nie był w stanie uciec. Musiał chronić to, co zdobył.

W pewnej chwili wandale usłyszeli zgrzytnięcie. Odwrócili głowy, widząc przed sobą niskiego osobnika, który w dłoni trzymał kamień. Na oko był młody, może nawet młodszy od nich. Spojrzeli po sobie, gdy ich ofiara próbowała się uwolnić, i rzucili ją na ziemię, zerkając na przybysza.

— Czego tu chcesz, gnoju?!

Zauważyli dziwny uśmiech, jakby przed chwilą zakapturzony odszczepieniec zażył jakiś środek odurzający.

Jojo wyprostował plecy, zmieniając pozycję. Podszedł bliżej.

Oprawcy postanowili nie czekać na jego odpowiedź ani chwili dłużej. Wyższy bandzior podbiegł do niego, chwytając za bluzę i przycisnął go do ściany tak, że chłopak niemal wisiał nad ziemią.

— To jest nasz rewir, mały! — warknął oprych, planując zadać mu cios pięścią.

— Chyba śnisz — szepnął Jojo.

Chłopak spojrzał na osiłka ze złością, po czym zamachnął się nogami i odepchnął go, wbijając swój nóż w jego ramię. Ostrze rozdarło materiał. Bandzior zawył. Jego dres pokrył się rosnącą ciemną plamą. Próbując go zdjąć, zaczął panikować.

— Nigdy więcej… mnie nie dotykaj — syknął Jojo. W jego oczach zalśniła trójkolorowa błyskawica.

Drugi napastnik z duszą na ramieniu wycofał się, uciekając. Jedyne, co słyszał, to głośne bicie swojego serca i uderzenia butów o glebę. Chwilę później upadł z przytłumionym plaśnięciem, jego grube ciało jakby rozlazło się po ziemi. Ktoś po nim deptał, coś małego wgniatało się w jego plecy.

Wątły, zbity przez bandę chłopak, podniósł się z ziemi, pocierając twarz. Spojrzał przed siebie. Nieznajomy z furią naskoczył na próbującego się bronić bandziora i chwycił za swój nóż, przytykając go do krtani ofiary, która szamotała się, jęcząc pod nosem. Jednak zamiast przejechać ostrzem po szyi zakładnika, chłopak zadał mu jeden cios w głowę, powalając swojego więźnia na kamienistą ziemię.

Przerażony i poturbowany młodzieniec wolał zniknąć z pola widzenia zakapturzonego oprawcy. Nie był przekonany co do jego zamiarów — zachowywał się jak szaleniec, który uciekł z zakładu psychiatrycznego.

W oczach Jojo coś zabłysło. Wstał z ziemi i zerknął na jęczących z bólu mieszkańców dzielnicy. Zrobił krok w tył, otarł z noża krew i złapał się za głowę, kręcąc nią.

Wybiegł zza bramy, wskoczył na drzewo i odbił się od niego, lądując przed uciekającym chłopakiem. Wyciągnął nóż.

Przestraszony nastolatek upadł na ziemię. Spojrzał na Jojo, zadrżał na całym ciele.

Wśród szumu gałęzi nie dało się słyszeć niczyjego głosu.

Jojo poprawił kaptur i schował złożone ostrze do kieszeni. Rzucił czapkę z daszkiem jej właścicielowi.

Ranny nastolatek odwrócił się, widząc znikającego w mroku nieznajomego, który biegł tak cicho, że w oddali słychać było tylko lekkie tupanie, jakby ktoś delikatnie uderzał dłonią w puchową pościel.

Chłopak ścisnął czapkę w dłoniach. Po chwili naciągnął ją na głowę. Wstał, kierując się w stronę bloków, w których paliło się jeszcze światło.

Amulet

Blokowiska w centrum Auditum


Kamienice tego dystryktu to budynki ukryte za drzewami, otoczone pogryzionymi przez psy krzakami i pozamykanymi na cztery spusty garażami. Były niedostępne dla mieszkańców, którzy nie znali Auditum zbyt dobrze. Miasteczko skrywało w sobie wiele dróg, które kończyły się ślepymi zaułkami, gdzie za zwykłe słowo można było zostać ofiarą napadu lub rabunku. Fakt, tej dzielnicy również nie można było nazwać bezpieczną. Opuszczone kamienice odstraszały już samym swoim wyglądem. Obsiadane były przez zawzięte gołębie walczące o każdy, najmniejszy ułamek chleba, który wypadł z ręki przechodnia. Ślady śliskiej ptasiej mazi odnajdywano potem na pokrytych śmieciami chodnikach.

Mimo późnej pory w jednym z okien nadal paliło się światło. Lokatorka siedziała przy biurku, przeglądając niedawno zrobione zdjęcia. Porównywała je ze swoim zbiorem, wpatrując się w ekran monitora. Postacie na fotografiach wykonanych nocą były zamazane. Owszem, niewygodnie jest stawać w miejscu, gdy pomyka się przez miasto jak gepard, do tego z aparatem w dłoni.

Sprzęt też nie należy do łatwych w obsłudze, dlatego to jej zlecono odcyfrowanie zawartości zdjęć.

Wzięła do ręki kubek z gorącym kakao. Odsunęła z twarzy swoje ciemne włosy, gdy do ust wszedł jej fioletowy kosmyk — wyciągnęła go i odrzuciła do tyłu, prychając pod nosem. Zdjęła czarny krawat i ziewnęła lekko, przecierając oczy.

Chwyciła za aparat i obróciła go w dłoni.

Gdyby chociaż udało się zdobyć potrzebną wiedzę. Mieszkańcy Auditum niczego nie powiedzą. Ślepi przewodnicy ślepych. Byli zbyt przerażeni, by podjąć jakiekolwiek działania. Zostawiali wszystko w rękach strażników, którzy nie różnili się od nich ani trochę, będąc przesiąknięci strachem do szpiku kości.

Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek. Z mozołem podniosła się do góry i przeciągnęła lekko, wstając z krzesła. Podeszła do słuchawki i podniosła ją, naciskając klawisz.

— Aggie… wpuść mnie, błagam…

Przeszły ją ciarki, ale mimo to zwolniła przycisk, słysząc na klatce schodowej czyjeś kroki. Ktoś doszedł, a może raczej doskoczył do drzwi, pukając w nie cicho.

Zmrużyła oczy, cofając się po rakietę tenisową. Przekręciła zamek w drzwiach i uchyliła je lekko, unosząc dłonie do góry i biorąc zamach.

— Chryste… Maks!!! — krzyknęła szeptem, widząc opierającego się o framugę chłopaka.

Odłożyła rakietę na bok i pomogła mu wejść do środka, zamykając drzwi. Posadziła go na łóżku w swoim pokoju i pobiegła do kuchni po apteczkę. Przeszukała szafki w poszukiwaniu jakiegoś środka odkażającego i znalazła spirytus. Wyciągnęła z walizki bandaże i plastry. Zabrała szklankę i butelkę z wodą, zamknęła drzwi i ruszyła do swojego pokoju, siadając obok zbitego Maksa. Cała jego twarz pokryta była brudem; pod nosem widziała zakrzepłą krew.

Dziewczyna namoczyła spirytusem wacik i przyłożyła go do największego skaleczenia, każąc chłopakowi przez jakiś czas trzymać gazik. Kiwnął głową, przecierając swoje czoło. Czerwone plamy powoli znikały.

— Ledwo co wyzdrowiałeś… — powiedziała, spoglądając na niego z ukosa. Odkręciła korek i nalała nieco wody do czystej szklanki, podając mu ją do ręki. — Pij.

Stęknął, odstawiając szkło na bok. Podparł twarz dłońmi.

— Mamy kolejny trop — zaczął i rzucił okiem w stronę zegara. Dochodziła północ.

Wyciągnął z kieszeni to, co udało mu się zdobyć. Podniósł łup, pokazując go dziewczynie. Aggie nachyliła się nad nim, biorąc do ręki nieduży przedmiot na sznurku. Podłużny kryształ błysnął w świetle lampy.

Zmrużyła oczy. Wiedziała, że Maks nie powinien szukać kłopotów. To, co napisano na powłoce wahadełka, nie prorokowało nic dobrego.

— Nie dostałeś pozwolenia na samotne poszukiwania.

Zerknął na nią z ukosa, przewracając oczami.

— Czy ty musisz kopać leżącego? — spytał z przekąsem, wyrywając jej amulet z ręki. — To martwy język, ale uda nam się go odczytać. Właśnie dzięki temu jesteśmy coraz bliżej rozwiązania. To jest naszym celem, Aggie. Po to nas, Naznaczonych, powołano.

Dziewczyna spuściła głowę, podchodząc do okna. Wypuściła z ust powietrze, po czym pogładziła swoją spódniczkę w kratę i zdjęła z niej kilka pyłków, które się tam osadziły.

— Jak udało ci się uciec?

— Nie było łatwo, co zresztą sama wiesz. Drzewa i most zagłuszają wszystkie dźwięki, zaś w ciemności trudno jest trafić gdziekolwiek. Od ścian odbija się echo i nawet gdybyś chciała, nie dojdziesz tam, skąd dochodzi dźwięk. Gdyby nie on, nie wiem, czy jeszcze byś ze mną rozmawiała. Aggie… nawet nie wiesz, jaką furię trzeba w sobie nosić, by załatwić dwóch takich na raz; mógłby ich zabić, gdyby tylko chciał!

Dziewczyna przerwała mu.

— Ale jak… Był tam ktoś jeszcze? Widziałeś jego twarz?

— Żartujesz? Chciałabyś zbierać moje szczątki z ziemi? — odparł Maks i spojrzał na nią z powagą.

Aggie chrząknęła lekko i oparła plecy o szafkę, patrząc w podłogę.

— To nie był normalny człowiek — kontynuował chłopak. — Początkowo myślałem, że pakuje się w kłopoty, ale on doskonale wiedział, co robi. Znał każdy ruch tych gości, ich dokładne położenie. Nawet stojąc tyłem, widział, dokąd idą, wiedział też, że zacząłem uciekać. Co najważniejsze — był bardzo niski, zadziwiająco szybki i przeskakiwał przeszkody w taki sposób — zakończył Maks, unosząc rękę do góry i skacząc palcami po poduszce.

Dziewczyna zmrużyła oczy, obserwując go.

Maks wstał nagle, wpatrując się swoimi piwnymi oczyma w tablicę wiszącą nad biurkiem, pełną rozmaitych wycinków z gazet i zdjęć.

— Kim on jest? — mruknął w końcu. — Nikt w tym dystrykcie Auditum nie jest na tyle szybki, wobec tego on nie pochodzi z tej części miasta. Nie należy też do tych, którzy biegają nocami po ścieżkach obcych dzielnic — jest zbyt bystry. Dlaczego obchodziła go moja sytuacja? Czemu postanowił mi pomóc i wygrać ten pojedynek?

Dziewczyna wzruszyła ramionami, dając mu do zrozumienia, że nie ma pojęcia, choć bardzo ją to ciekawi.

Maks wziął z biurka kartkę i ołówek, po czym chwycił za jedną z książek, robiąc sobie z niej podkładkę. Pokreślił na kartce kilka linii, tworząc niejasny obraz. Przedstawiał on koło albo owal, być może kształt twarzy przykryty do połowy kapturem. Włosy nachodziły na oczy postaci, nie można było więc stwierdzić, kim jest w rzeczywistości. Obok niej pojawił się szkic noża. Biała broń wyglądała na jeden ze specyficznych okazów niezbędnika militarnego. Solidna, zapewne łatwo było schować ją w dłoni.

— Tylko to umiem rysować dokładnie — powiedział Maks, wskazując sztylet. — Widok krwi z jakiegoś powodu uspokajał tego człowieka. Jakby chciał się zemścić… — dodał jeszcze, zerkając na obraz. — Bo on… był człowiekiem, prawda?

Aggie spojrzała na chłopaka z niepokojem, zamyślając się za chwilę.

Żadne z nich tego nie wiedziało.

Ciężar

Przedmieścia Auditum


Jojo obudził się przepocony. Czuł, że ubrania przykleiły się do jego ciała, strasznie zmarzł. Księżyc wciąż świecił, strzępki jego światła przenikały przez zasłonięte żaluzje.

Był środek nocy. Chłopak podniósł się ostrożnie, nie chcąc budzić śpiącego na wycieraczce Natana. Jednak gdy wyjrzał zza posłania, kota nie było. Zmrużył oczy i wstał, podchodząc do okna. Było otwarte. Wyjrzał na skrytą w mroku okolicę. Nic podejrzanego.

Kolejny koszmar. Znów mu się coś śniło… Albo nie?

Ruszył w stronę zlewu, zapalając latarkę w kształcie żarówki, która wisiała na haczyku przybitym do ściany. Zanurzył dłonie w zimnej wodzie i plusnął nią sobie prosto w twarz. Spojrzał w lustro, opierając dłonie o zlew. Był zarumieniony. Jego włosy wcale nie opadły — teraz sterczały jeszcze wyżej, odsłaniając oczy. Chwycił za ręcznik.

Podobno w obliczu ciemności istota ludzka zmienia się gwałtownie. Ze strachu przed agonią potrafi nawet zdradzić siebie, wyprzeć się wyznawanych dotychczas wartości. Pewne rzeczy traci zbyt wcześnie. Brak kontroli nad sobą sprawia, że staje się potworem.

Mimo protestu trudno zapomnieć. Nie było już powrotu. Jojo pozwolił sobie pociągnąć za spust i rozbić chroniącą go szybę. Czy mógł czuć satysfakcję z czyjegoś lub swojego cierpienia? Było mu to obojętne.

Wrócił na posłanie. Tamtego dnia, gdy obserwował palące się pozostałości rzeczy, obiecał sobie, że już nie pozwoli manipulować swoim życiem. Miał zamiar dotrzymać słowa. Wiedział, że może to stanowić trudność, ale nie chciał wracać do opuszczonego przez siebie światka. Chociaż robił wszystko, by do tego nie dopuścić, wciąż przegrywał. Wciąż nie mógł zapomnieć. To bolało. Chciał wydostać się z tej pułapki, wyrzec się wszystkiego, co związane z przeszłością.

Zamknął oczy, próbując się wyciszyć. Nie mógł zasnąć.

Spojrzał w stronę leżących na podłodze spodni i wyciągnął z nich swój nóż, przyglądając mu się w świetle księżyca. Nagle otworzył szeroko oczy i podniósł się szybko.

— Cholera… — szepnął, widząc na ostrzu ślady zakrzepłej krwi. Przetarł je dłonią.

Pokręcił głową, próbując zaprzeczyć samemu sobie. Więc to nie był sen. To stało się naprawdę.

Naprawdę ruszył nocą na miasto i pobił dwóch kolesi, by pomóc tamtemu chłopakowi. Niech to szlag! Jeśli on widział cokolwiek, mógłby donieść o wszystkim strażnikom…

Jojo zacisnął zęby. Po co to robił? By udowodnić sobie, że jest jeszcze czegoś wart, że nie stał się demonem w ciele człowieka?

Był inny. Tego nigdy nie zmieni.

Milcząc przez chwilę, pustym wzrokiem wpatrywał się w ścianę.

Powinien poszukać innego miejsca zamieszkania, chociaż tutaj czuł się bardzo dobrze; nawet Natan zdążył polubić swoje posłanie w kącie i teren, po którym mógł spacerować, te strome dachy budynków położonych jeden przy drugim — ale to wciąż nie był ich dom. Nie mieli go.

Jojo położył się na posłaniu, narzucając na siebie koc. Czuł, jakby ciężki głaz ciążył na nim, a on nie mógł go nawet ruszyć. Zamknął oczy, myśląc nad możliwymi rozwiązaniami. Pójdzie szukać nowego lokum — to najlepsze wyjście.

W różnych zakątkach miasta istniały opuszczone budynki, które zamurowywano lub nie. Wszystkie jednak stanowiły dość antyczną wizytówkę, której społeczeństwo Auditum nie tolerowało. Według lokalnych najlepiej byłoby wyburzyć kamienice, w których już nikt nie mieszka. Często stanowiły one siedlisko gołębi. Wybite szyby i samotne krzewy nie zachęcały do wejścia do środka żadnego śmiałka — nikt nie decydował się nawet na wizytę w gruzowiskach. Poza tym zbyt często kręcą się tam strażnicy. Jojo nie mógł sobie pozwolić na wymianę spojrzeń.

Złe strony swoich decyzji łatwo jest zatuszować — ci ludzie robili to doskonale. Strach sprawiał, że każdy był dla nich winny. Nie było nikogo, kto by ich oświecił, kto miałby chociaż odrobinę odwagi, by powiedzieć, co naprawdę myśli. Chłopaka to bawiło.


* * *


Biegł mało uczęszczanymi uliczkami, obserwując płynącą rzekę, aż dotarł do parku. Stanął wyprostowany przed budynkiem z oknami wypełnionymi witrażem — zawsze wpadało przez nie kolorowe światło tworzące wyjątkową atmosferę. Strzelista budowla przyciągała wzrok. Katedra została wybudowana w stylu gotyckim, jego ulubionym. Przyglądał się wysokim, niebosiężnym wieżom. Świetne punkty obserwacyjne — można było z nich obserwować całą okolicę. Wielki portal pokrywały niezwykle dopracowane zdobienia, które w tej chwili odnawiano.

Jojo chwycił za rusztowanie, kończące się tuż przy oknach sąsiedniego budynku, i wspiął się na górę, w miejsce okryte gęstą koroną pobliskiego drzewa. Usiadł na spadzie dachu i zerknął przed siebie. Miał przed sobą panoramę całego miasta.

Siedział na budynku dość długi czas, obserwując poruszające się na dole istoty. Na schodach obok wielkiego miejskiego ogródka siedzieli ludzie z gazetami lub telefonami w rękach. Dzieciaki biegały slalomem wokół drzewek, kwiaciarki układały kolejne bukiety. Kilkoro nastolatków przejechało obok na rowerach, przeganiając szukające odłamków pożywienia gołębie. Z ratusza wyszły dwie kobiety; zmierzały do pobliskiej restauracji.

Żaden z mieszkańców nie wzbudził jego zainteresowania. Wszyscy byli do siebie podobni, zajęci tymi samymi sprawami — pracą, obowiązkami, konwersacją. On zaś przebywał sam. W całym Auditum rozumiał go tylko Natan, którego zresztą poszukiwał. Kot zapodział się gdzieś, Jojo zaś nie miał pojęcia, dokąd powędrował futrzak. Zawsze chodził własnymi drogami, ale teraz był potrzebny tutaj.

Chłopak spojrzał na ławki, które zajęte były przez ludzi przeglądających książki. Dawno nie miał żadnej w dłoni, brakowało mu tego. Nie mógł jednak wrócić. Musiała mu wystarczyć wiedza, którą zdobył do tej pory, choć nie uważał jej za dostateczną.

Zaczął schodzić na dół, trzymając się za metalowe przęsła. Cieszył się, że buty są dość ciche i może skakać po dachach budynków niezauważony. Ludzie mogli go widzieć tylko wtedy, gdy naprawdę tego chciał, a to zdarzało się doprawdy rzadko.

Zatrzymał się przed cukiernią na rynku ratuszowym.

Podszedł bliżej. Przyłożył dłoń do szyby i spojrzał w głąb.

Cukiernicy krzątali się pośród wystaw. Na kolorowej tacy ustawiono dość spory tort pokryty słodką masą, płatkami białej czekolady i kakaowymi rurkami. Jedna z kobiet zawinęła opakowanie i zapięła kartonik. Inna podała jej banknot o sporej wartości i wyszła na zewnątrz. Jojo poczuł roznoszący się wokół zapach marcepana, migdałów i skórek pomarańczy. Kolorowe perełki cukrowe błyszczały w szkle pod ladą, cukiernik ustawiał zaś ciasto kokosowe na półce.

Przyprawy pachniały dość aromatycznie. Chłopak zrobił krok do tyłu, czując za sobą czyjąś obecność. Odwrócił się i spojrzał w dół.

Pod wsadzonym w drewnianą donicę drzewkiem siedział dzieciak, na oko miał jakieś siedem lat, może więcej. Oparł plecy o obudowę, splótł ramiona na swoich posiniaczonych kolanach i patrzył przed siebie. Jego delikatna twarz była obojętna na otoczenie. Obrócił ciemną czapkę daszkiem do tyłu. Kasztanowe włosy zaplątały się w rzep, zgarnął je więc na czoło. Podciągnął czarne skarpetki aż za łydki i otarł nos. Miał zaczerwienione oczy, Jojo domyślił się więc, że dzieciak płakał.

Przykucnął przy nim. Chłopiec spojrzał na niego spode łba. W jego zielonych oczach coś zaiskrzyło, chwilę później jednak zgasło tak, jakby stracił wszelkie szczęście.

— Co ci jest?

Dzieciak pokręcił głową i zerknął w stronę placu pokrytego kolorowymi kwiatami. Tworzyły one bajeczny dywan tuż przed budynkiem ratusza miejskiego, zajmując zaszczytne miejsce wśród antycznych budynków.

— Jak ci na imię?

— Franciszek — odparł dzieciak, spoglądając mu w oczy. — A tobie?

Jojo poczuł, jak to spojrzenie go przeniknęło. Było tak niewinne, że poczuł wyrzuty sumienia. Dzieciak miał w sobie coś, co zaczęło go intrygować. Kiwnął głową na znak, że rozumie, po czym rozejrzał się na boki. Nie miał ochoty trafić na ludzi w mundurach.

— Jojo — powiedział w końcu. Usiadł przy nim, spoglądając w stronę gotyckiego kościoła.

Nagle usłyszał burczenie w brzuchu. Na pewno to nie jego układ pokarmowy domagał się kolejnej porcji jedzenia, chociaż i tak zawsze był głodny, zerknął więc na Franciszka, który objął swój brzuszek rękoma i mruczał do niego, by był cicho. Dzieciak pociągnął nosem, wdychając powietrze, jakby chciał przyznać się do jakiegoś mało chwalebnego czynu.

Jojo włożył dłoń do kieszeni, szukając w niej jakichś drobniaków. Wstał powoli i podniósł chłopaka z ziemi. Malec spojrzał na niego z ukosa, po czym potarł twarz, gapiąc się w chodnik.

— Chodź ze mną.

Franciszek wiercił butem w dziurze, po chwili jednak złapał go za rękę. Jojo poczuł ciepło jego małej dłoni, palce, które desperacko oplotły jego własne. Dzieciak powoli ruszył za nim.

Przy ladzie stały dwie kobiety, rozmawiały ze sobą. Franciszek podbiegł do szybki, za którą znajdowały się marcepanowe figurki różnych postaci. Przyglądał się wszystkiemu z nieukrywaną ciekawością. Całe pomieszczenie wypełniał obecnie śmietankowy aromat do ciasta i zapach cynamonu, którym posypywano szarlotkę. Serniki, bananowe ciasta, babeczki w przeróżnych kształtach i kolorach, owoce i kolorowe dodatki — to wszystko sprawiło, że brzuszek malucha wydawał nieposkromione odgłosy. Spojrzał na ciasteczka wiśniowe polane czekoladą i posypane lśniącymi migdałami.

— Jej! — krzyknął, niemal stukając palcem w szybę. Jojo zerknął na pieniądze, podając je kobiecie. Widział w jej oczach niepewne spojrzenie, jakby coś ją przerażało. Zabawne, ile można wyczytać z ludzkich gestów.

Chwilę później Franciszek wyszedł z cukierni z drożdżówką wypełnioną po brzegi kruszonką, podgryzając ją powoli. Chłopak obserwował jego wesołą minę i małe dłonie, które malec wycierał o spodnie, brudząc je lekko.

Jojo nie podejrzewał, że dzieciak mu zaufa. Ta zadziwiająca ufność sprawiła, że zaczął się martwić. Francis był wierny i mógł brać za dobrą monetę słowo każdego — to dla niego zbyt niebezpieczne. Miasto pełne krętych, ślepych czasami uliczek, jest pułapką dla niewinnych.

Spojrzał na swoje dłonie, na których zadrapania i szramy ukrywały rękawice.

Był takim samym głupcem. Doświadczenie tamtych lat nadal serwowało mu koszmary.

Poczuł, że Franciszek zatrzymał się nagle. Spojrzał na niego.

— Co się dzieje? Widziałeś coś? — spytał Jojo. Nie zauważył nic podejrzanego. Poczuł natomiast, jak coś ściska mu głowę. Próbował się skupić, ale widział tylko idących przed siebie ludzi. Nic szczególnego. — Francis?…

Dzieciak podniósł głowę i pokazał mu palcem na katedrę. Jojo zerknął na niego zdziwiony. Siedmiolatek chwycił go za rękę i prowadził przed siebie. Chłopak podążał za nim wolnym krokiem, dopóki nie doszli do żelaznej bramy, która prowadziła do starej kamienicy. Napis przy dzwonku głosił, że jej właściciele przyjmowali do siebie porzucone dzieciaki.

Jojo poczuł się nieswojo. Przykucnął przy Franciszku, ale nie miał pojęcia, co powiedzieć. Jakaś pustka wypełniła jego umysł i nie potrafił wykrzesać z siebie nawet jednego maleńkiego słowa pocieszenia. Z drugiej strony domyślał się, co czuło dziecko bez obojga rodziców. Trwanie w identycznej sytuacji przytłaczało go od kilkunastu lat.

Ku jego zdziwieniu, Franciszek uśmiechnął się szczerze. Niemal rozdawał uśmiechy, jakby ich nieograniczona ilość mogła naprawić wszelakie usterki. Jojo nie miał pojęcia, czy odwzajemnić gest, może nawet nie byłby do tego zdolny. Coś stłamsiło go wewnątrz.

— Hej… — powiedział nagle — boisz się czegoś?

Franciszek zaczerwienił się lekko, jego uśmiech niemal natychmiast zniknął.

— Nie umiem… pływać — bąknął z wyrzutem, najwyraźniej wstydząc się tego faktu. Wypuścił powietrze z ust, szukając odpowiednich słów. — To… nie fair — wydukał zaczerwieniony. — Zawsze bałem się wody — zakończył, pocierając oczy grzbietem dłoni.

— Ej, ej — powiedział Jojo, masując swoje czoło. — Wolałem, kiedy się uśmiechałeś.

Franciszek zerknął na niego z nadzieją, pocierając twarz piąstkami. Chłopak spojrzał mu w oczy. Miał wrażenie, że dostrzegł w nich coś znajomego. Niewinność, dobroć? Taką samą, jaką widział kiedyś w oczach osoby, która kochała go ponad wszystko.

Chciał poprawić humor malucha. Wstał powoli, gdy nagle coś przyszło mu do głowy.

— Nauczyć cię czegoś?

— Tak! — odparł bez namysłu Franciszek.

Jojo założył kaptur na głowę, odwrócił się do malca plecami, po chwili pobiegł przed siebie i wykonał przewrót bokiem. Zatrzymał się w miejscu, zerknął w stronę roześmianego dzieciaka.

— Chcę to umieć, chcę to umieć, naucz mnie! — ucieszył się Francis, podskakując do góry. Podbiegł do niego i stanął wyprostowany, zaciskając piąstki z emocji.

Jojo położył dłonie na ziemi i kiwnął głową, by dzieciak zrobił podobnie. Pokazał mu parę ruchów — w ten sposób Franciszek zaczął od prostych skoków w lewo i prawo, by móc unosić stopy jeszcze wyżej. Otrzepywał dłonie z piachu, by po chwili znów je ubrudzić. Jojo obserwował jego poczynania, śmiejąc się w duchu. Dzieciak wyglądał naprawdę pociesznie.

Francis wypowiedział coś pod nosem i stanął pomiędzy drzewami. Uniósł dłonie wysoko w górę i po chwili to samo zrobił ze stopą. Chłopak spojrzał na niego — rzeczywiście udało mu się wykonać przewrót. Francis podskoczył do góry i pobiegł slalomem między słupkami, by świętować swoje zwycięstwo nad grawitacją.

— Umiem! Widziałeś!? — spytał, ciągnąc chłopaka za bluzę.

Jojo z uśmiechem pokiwał głową, z aprobatą unosząc kciuk do góry.

Franciszek stanął obok kamienicy, chcąc zawiązać sznurowadła swoich tenisówek. Poprawił czapkę na jasnobrązowych włosach i pociągnął w dół rękawy koszulki.

— Jojo… spotkamy się jeszcze? — spytał, wciskając guzik od domofonu.

Furtka bzyczała trochę, w końcu została pchnięta do przodu.

— Ja… nie mogę ci tego obiecać.

Franciszek spuścił głowę, trzymając za klamkę. Odwrócił się w stronę chłopaka i podszedł do niego, przytulając go lekko. Jojo spoglądał na małą głowę, nie wiedząc do końca, co ma teraz zrobić. Franciszek puścił go w końcu i wbiegł na teren ogródka. Zanim zniknął za masywną bramą, uśmiechnął się szeroko.

Jojo usiadł na murku, zerkając w okno kuchni kamienicy. Rzucił okiem na zegar ratuszowy i chwilę później pobiegł w stronę skrzyżowania, by zniknąć w pustych uliczkach.

Wskoczył na murek otaczający jeden z bloków i spojrzał przed siebie. Właściciel właśnie przechadzał się po terenie. Chłopak uśmiechnął się i założył kaptur, dając susa na dół. Gdy mężczyzna go zauważył, Jojo odbił się od ściany i przemknął mu tuż przed nosem. Chwycił za najgrubszą gałąź dębu i zakołysał się, a potem zniknął za siatką. Mężczyzna machnął ręką i rzucił mu na pożegnanie parę siarczystych słów.

Nieczułość

Zakład karny w Auditum


Psy rozbiegły się po dziedzińcu, pilnując spacerujących za siatką mężczyzn. Warczały niemiłosiernie, gdy którykolwiek z nich próbował podejść bliżej. Strażnik obserwował wszystkich, raz po raz spoglądając w więzienne okna.

Cały budynek stanowił zabytek, wybudowany został w XIX wieku. Otoczono go wysokim murem, który rozsypywał się tak samo jak ceglane ściany, z których odpadał tynk. Kraty pordzewiały z powodu ulewnych deszczów, ich kwas wyżerał strukturę osłon i osłabiał je, kruszył, czasem nadłamywał.

Mur pokrywały rysy po buntach, do których doszło w ostatnich latach. Skazani spacerowali w klatce. Na samym środku ustawiono dla nich ławkę. Z warownych wież obserwowali ich strażnicy, gotowi stłumić rebelię, gdyby tylko zobaczyli jej rozpalaną iskrę. Wokół fortecy zaś, tuż za kilkumetrowym murem otoczonym gęstym kolczastym drutem, kwitnęło zwyczajne życie mieszkańców małej mieściny zwanej Auditum.

Koniec przechadzki — strażnik zwołał wszystkich do kąta i z pomocą swoich towarzyszy zaprowadził więźniów do budynku. Poważni mężczyźni o różnych pozach — zwykłych, krępych, poważnych i chorych — podążali za nimi po ścieżce do środka. Strażnik pośpieszył jednego z nich, gdyż strasznie się ociągał. Ten stęknął coś pod nosem i zniknął za drzwiami budowli.

Był wysoki, ciemne włosy miał nieco przerzedzone, lekko przeczesane na bok, powoli bielejące. Szare oczy komponowały się ze zmęczeniem widocznym na jego twarzy, zmarszczki na czole unosiły się i opadały, informując o zmianach nastroju ich właściciela.

Ziewnął lekko. Znowu nie zaznał snu przez koszmary. Okropne jak zawsze. Dręczyły jego umysł.

Uniósł głowę. Wnętrze budynku było mocno oświetlone ze względu na liczbę okien znajdujących się na ścianie głównej. Wąskie alejki, po których więźniowie prowadzeni byli do środka swoich cel, otaczało mocne ogrodzenie. Całość pokrywała druciana siatka, by nikomu nie przyszło do głowy skakać. W dawnych czasach łamano sobie kości.

— Już, do środka! — mruknął strażnik, zamykając za nim stalowe drzwi.

Mężczyzna podszedł do swojego łóżka i złapał za ramę. Wskoczył na górę, potem usiadł powoli.

W celach umieszczono nawet do czterech łóżek. Wszystkie stołki, oparcia i blaty były porysowane, farba łuszczyła się jak nigdy dotąd — żyła własnym życiem. Stare koce pokrywały jeszcze bardziej wiekowe materace. Na ścianach wisiały plakaty roznegliżowanych kobiet, które tu i ówdzie przemycało się z zewnątrz.

Największą cechą wspólną wszystkich cel była ciemność; nieprzenikniona, panosząca się po korytarzach zaglądała w oczy więźniów.

Pozostali aresztanci zostali wprowadzeni do pomieszczenia. Usiedli przy stoliku i chwycili za rozrzucone na blacie karty, układając je w swoich dłoniach. Ich ogolone głowy oświetlały docierające czasem do celi promienie słońca, liczne tatuaże zaś jasno wskazywały, co było ich hobby. Śmiali się, komentując coś głośno. Mięso latało od jednej ściany do drugiej, mężczyzna zaś obserwował ich z góry.

— Siadasz, czy czekasz na obiad? — spytał jeden z nich, spoglądając w jego stronę.

— Zbutwiały chleb i jakieś kluchy na kawałku szkła? Pewnie, czemu nie — odparł.

Pozostali wzruszyli ramionami, nie czekając na jego dalsze wywody.

Andrzej zawsze był inny niż pozostali. Siedział, milczał i tylko rozmyślał, nic więcej. Stoik bez odrobiny temperamentu. Mimo tego znał odpowiedzi na pytania, które mu zadawano. Był denerwującą zagadką.

Gdy więźniów zwołano do jadalni na ciepłą zupę, rzucili karty na stół i wyszli z celi. Andrzej poszedł z nimi. Mógł zrezygnować z posiłku, ale to pozbawiłoby go pewnej przewagi siłowej, którą wolał nadal posiadać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.01