E-book
20.48
drukowana A5
68.44
drukowana A5
Kolorowa
102.59
Signum Sanguinem. Geneza

Bezpłatny fragment - Signum Sanguinem. Geneza


Objętość:
395 str.
ISBN:
978-83-8126-205-7
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 68.44
drukowana A5
Kolorowa
za 102.59

As he walks along the trail

He’s still all alone

Tries to leave behind the demon

That he draws along

He knows it’s only in the mind

It won’t rain all the time

But nobody’s on the road

So he has to go alone

His cold look melts away

As he faces the sun

Tries to forget how long is

He on the lonely run

For a long time his homeward bound

Get lost but not found

But nobody’s on the road

So he’s still on the run

Make way for the morning sun

The ray of light shows the way to believing

Don’t be scared until it’s gone

If the rain comes back it washes away

All the pain

All the pain what you bear inside

Comes away with the night

All the night eats you up alive

Don’t you know you have to carry on the fight?

Paddy And The Rats, Pilgrim On The Road


Rodzina jest dla człowieka korzeniami, przyjaciele łodygą,
a miłość kwiatem.

Anna Rokita


Dom — to nie miejsce, gdzie mieszkasz, ale miejsce,
gdzie cię rozumieją.

Christian Morgenstern


Przeznaczenie — wymówka głupca w chwili klęski.

Ambrose Bierce

KSIĘGA I
ZBUNTOWANY CIEŚLA

Can you believe this, my friend?

I was empty and broken inside

She came to save me from the storm

When I heard she said

Three nights of hell

Immortality spell

Light up the skies

Make it through the darkness

Time belongs to you and I

There’s nowhere else

I wished I could be

Mountains high

Dark river flows

The wind will blow

Our fire will burn

Again

Lacuna Coil, Blood, Tears, Dust


Serce twarde na końcu dozna klęski,

a miłujący niebezpieczeństwo w nim zginie.

Syr 3, 26


Miłość to ojciec ratujący dzieci z płonącego budynku, wynoszący je i ginący przy tym. Kiedy kochasz, przestajesz żyć dla siebie, żyjesz dla innej osoby.

Philip Kindred Dick

Rozdział I

Październik, rok 1994


Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna szedł w ciszy, zostawiając ślady na pokrytej liśćmi ścieżce. Chociaż umiał mówić, siedział cicho całe swoje życie. Nigdy nie sprawiał problemów. Rodzice wychowali go tak, jak należy. Dobrze się uczył, był oczkiem w głowie każdego, kto go poznał. Inteligentny, silny. Takich stoickich ludzi potrzebowali mieszkańcy miasta. Wspaniałych żołnierzy, których będzie można posłać na wojnę. Cudownych pracowników, będących na każde skinienie przełożonego. Geniuszy. Przywódców. Autorytetów. Tego żądał świat.

Pomimo próśb, nikt nie przyszedł mu z pomocą, gdy tego potrzebował. Wszyscy, których miał, zniknęli. Odebrano mu rodziców, a właściwie… Oni sami odeszli. Mówili, że taki los czekał ich od dawna. Nikt nie był zainteresowany mężczyzną, gdy on również czekał na śmierć, przygnieciony ciężarem życia.

Wtedy pojawili się oni, oferując mu pomocną dłoń. Zaufał im. Nazywali siebie zgromadzeniem. Zapoznali go ze swoimi przyjaciółmi. Mężczyzna szybko zaakceptował nowe towarzystwo, porzucając dotychczasowy tryb życia. Dobrze bawił się wśród znajomych, dla których dążenie do przyjemności i unikanie przykrości stały się najważniejszymi celami istnienia. Dobre było to, czego chcieli. Złe było to, czego nie chcieli.

Miał dwadzieścia jeden lat. Chcieli, by wniósł coś do szarego społeczeństwa.

Wedle życzenia. Chociaż początkowo z nudów, stał się częścią zgromadzenia, które na zawsze zmieniło oblicze Auditum, miasteczka, w którym wkrótce odkrył sens swojego nędznego życia.

Andrzej Achim Zimmermann znalazł się na zamku skrywającym tajemnicę nocy, w którą wszystko się zaczęło. Nadano mu nowe imię, Andrei. Pamiętał pozbawione wyrazu twarze, ubrania zbryzgane lśniącą w płomieniach czarnych świec czerwonawą krwią. Stał pośród wybranych, sprowadzony przez tych, którzy ofiarowali mu przyjaźń, cierpliwość i zapewnili utrzymanie. Miał przygotowywać salę na rozpoczęcie ceremonii, co też uczynił. Umiał korzystać z noża. Posiadał wiele narzędzi. Był cieślą. Kiedyś rysunki techniczne walały się po jego izbie, gdy zastanawiał się, co dalej robić, obecnie wykonywane przez niego drewniane konstrukcje znalazły swoje zastosowanie.

Teraz, mając dwadzieścia cztery lata, zwyczajnie to wiedział. Stał pośród zgromadzenia, które postanowiło ochrzcić nowych członków. Andrei użył tego słowa prześmiewczo, widząc jak kapłan maluje na czołach przybyszów kręte znaki, maczając palce w ich własnej krwi. Nacięli swoje ciała, by ją dać. Ten rytuał był jednym z ważniejszych, jakie miały miejsce, gdy wszyscy członkowie zgromadzenia spotykali się w ruinach położonych na skraju miasta.

Mężczyzna wiedział, co nastąpi. Nowym przybyszom zostaną powierzone zadania, które będą musieli wykonać w ramach próby. Było to przejście do następnego etapu. Należało wyrzec się wszystkiego, co miało związek ze starym życiem — porzucić dawne przyzwyczajenia, bliskich i to, co niegdyś należało do człowieka. Teraz nowo ochrzczeni mieli inną rodzinę. Rodzinę, która zapewniała im bezpieczeństwo. A oni zapewniali jej ofiary.

Andrei również miał swoją misję. Musiał odnaleźć kobietę, która od jakiegoś czasu znajdowała się podejrzanie blisko zgromadzenia. Nie wiedział, kim jest. Wiedział tylko, że może stanowić zagrożenie, o czym powiedział mu przełożony. Andrei zdawał sobie sprawę z tego, że wszystkie tajemnice zgromadzenia muszą pozostać w ukryciu, inaczej zbyt wiele osób zacznie węszyć wokół miejsca, które stało się ich świątynią. Nie mógł na to pozwolić.

Gdy pozostali członkowie elity wsłuchiwali się w słowa zastępcy kapłana, mężczyzna wszedł za prowadzącym ceremonię do głównej sali. Cieśla spojrzał na mur, w którym czas wybił już dziury. Widział ciemny niczym smoła firmament, na którym znajdowało się kilka słabo pobłyskujących gwiazd oraz księżyc ukryty za chmurami szarymi niczym jego oczy.

— Wiesz, jakie jest twoje zadanie, Andrei.

— Odnajdę ją i sprowadzę tutaj.

— Pamiętaj, że to twój obowiązek względem nas wszystkich, twoich braci i sióstr — podkreślił kapłan, znikając w mroku. — Szczególnie względem naszego Pana.

— Tak, Ojcze Perduell — odparł mężczyzna, kłaniając się mu.

Niespokojny powiew wiatru poruszył krótkimi, ciemnymi włosami Andreia.

Widział, jak jego pobratymcy prowadzą na wyznaczone miejsce młodą kobietę, nową członkinię zgromadzenia, podczas gdy najwyższy kapłan odprawiał modły nad jej ciałem. Jej próbą było przejście przez drogę oczyszczenia. Tylko tak mogła pokazać, że jest silna, że zasługuje na to, by poznać sekrety zgromadzenia.

Andrei nie odwrócił oczu, gdy kobieta współżyła z innymi. Nie wzruszały go odgłosy, nie budziły w nim odrazy rzeczy, które widział. Czy to było prawdą, czy może kolejnym złudzeniem, które pojawiało się za sprawą substancji znajdującej się w amulecie noszonym przez niego na szyi? Przeklęta Superbia, była świętością i skarbem zgromadzenia. Nie mógł bez niej żyć. Nie mógł też żyć tutaj, nie słysząc imienia, jakim zwracał się do niego Ojciec — ojciec nie będący tylko jego ojcem, lecz wszystkich wyznawców Signum Sanguinem, wcieleniem ich Mistrza, poszukującym nowego ciała. Znak Krwi rozlał się na życiorysach tych ludzi, pozostawiając plamy w ich duszy. Od tej pory towarzyszyła im ciemność, w której mogli się skryć, gdy światło próbowało wyjawić ich uczynki całemu światu.

Andrei złożył obietnicę. Będzie jej wierny, dopóki jego imię nie znajdzie się w Księdze Ciemności, woluminie, który już na zawsze przypieczętuje jego wybór.

Gdy ceremonia skończyła się, mężczyzna chwycił płonącą pochodnię. Nie był człowiekiem niosącym światło, lecz spalającym wszystko, co mogło zostawić za sobą zgromadzenie. Był odpowiedzią, osłoną przed światem zewnętrznym. Niósł ogromne brzemię i tylko on wiedział, jaki to ciężar.

Po ceremonii Andrei znów stawał się Andrzejem, zwyczajnym człowiekiem kroczącym wśród śmiertelników. Wpatrywał się w ogień, w którym znikały kolejne fragmenty kryształów, niegdyś wypełnionych Superbią.

Wiesz, jakie jest twoje zadanie, Andrei.

Wtedy był pewien, że temu podoła, ponieważ towarzyszyła mu Ciemność powoli pochłaniająca Auditum.

Rozdział II

Listopad, rok 1994


Andrzej odnalazł kobietę, którą miał tropić z polecenia Ojca Perduella, najwyższego kapłana zgromadzenia. Nie sądził, by stało się to przypadkiem — nie wierzył w przypadki. On, cieśla, zatrudnił się do pracy w pewnej posiadłości. Ona, malarka, zajmowała się wykonywaniem obrazów na zamówienie dla właścicieli. Andrzej mijał ją czasem, gdy przechadzała się jesiennym ogrodem. Aniela… Była zdecydowanie zbyt pokorna. Mdliło go na sam dźwięk jej imienia, ale starał się tego nie okazywać. Nie powinien wzbudzać podejrzeń.

Planował, jak pozbyć się malarki. Dlaczego nie mógł od razu zabić tej kobiety, skoro wiedział, że stanowi zagrożenie dla zgromadzenia? Takie było jego zadanie. Nie chciał jednak sprzeciwiać się słowom Ojca Perduella, który stanowczo zabronił mu pozbywać się Anieli w taki sposób. Chciał jej żywej. Miał plan. Musiał wiedzieć, że jest specyficzna.

Andrzej odłożył narzędzia, stawiając w altanie wyrzeźbioną przez siebie jaskółkę. Zastanawiał się, czy jest piękna. To, co on nazywał pięknym, było brzydkie w oczach tego świata, który bał się niedoskonałości. Mężczyzna dokładał wszelkich starań, by wpasować się w jego oczekiwania. Ludzi tak łatwo można oszukać, zachowując pozory. Wszelkie tajemnice zawsze były schowane pod powłoką, której ci tchórze nie chcieli zerwać, bojąc się tego, co leży pod nią.

Andrzej uniósł głowę, czując, że malarka wpatruje się w niego od jakiegoś czasu. Ich oczy spotkały się. Nie mógł się przemóc, by spoglądać na nią dłużej niż kilka sekund. W końcu odwrócił się, chwytając za swój nóż. Poprawił nieco ptasi dziób, bardziej go ostrząc.

Gdy skończył, usiadł w cieniu, biorąc do ręki przygotowany wcześniej posiłek. Odwrócił głowę, zerkając na stojącą kilka metrów dalej sztalugę. Obrazy naniesione na płótno były żywym odbiciem świata widzianego przez Anielę. Andrzej musiał przyznać, że posiadała talent. Właśnie dlatego był coraz bardziej pewny, że nie była to jedyna umiejętność kobiety. Zastanawiał się, jak blisko musi się znaleźć, by poznać jej tajemnicę. Nie rozmawiali ze sobą, a mimo wszystko miał wrażenie, jakby znał ją od dawna.

Nie mówił wiele, ponieważ wystarczało mu to, co czuł. Całe spektrum istot znajdujących się wokół niego było mu bliższe niż kiedykolwiek. Zdolność wyczuwania aury, jaką odkrył w sobie, będąc dzieckiem, nie marnowała się. Dobrze wykorzystywał ją, służąc zgromadzeniu. Dzięki znajomości ludzkich uczuć łatwiej kontrolować ich zachowania i dalsze kroki. Aniela była jednak nie do przeniknięcia, wyjątkowa. Miał wrażenie, że coś ją chroni, jakby roztaczała się nad nią jakaś przedziwna tarcza, aura, przez którą nie mógł się przebić. Może to przez jej imię, którego przecież nie zmieniła, nie tak, jak on, gdy wstąpił w szeregi zgromadzenia. To imię miało w sobie moc. Andrzej nie lubił go wymawiać, miał wtedy wrażenie, że cały świat jest skierowany przeciw niemu.

Mężczyzna uniósł głowę. Wiedział, że nie może tu dłużej zostać. Jego siła i siła Anieli były zupełnie przeciwstawne i zwalczały się nawzajem. Jeśli on to czuł, ona również musiała.

Wziął swoją torbę i schował do niej małe narzędzia, pozostałe zostawił pod zadaszeniem. Spojrzał w niebo. Chociaż był listopad, słońce świeciło niemiłosiernie. Nie znosił go, wnosiło zdecydowanie za dużo światła w bezsensowne życia mieszkańców tego miasteczka.

Opuścił ogród, kierując się w stronę wyjścia. Gdy szedł chodnikiem w stronę swojej pracowni, miał wrażenie, że ktoś depcze mu po piętach. Nie mylił się. Stając na przejściu dla pieszych, odwrócił głowę. Aniela podążała jego śladem, niosąc w dłoniach swoją sztalugę. Zatrzymała się tuż obok, stawiając drewniane nogi na bruku. Andrzej zerknął na kobietę z ukosa. Wzrostem sięgała mu do czoła. Prychnął, gdy pył leżący na ulicy uniósł się lekko, ponieważ samochody stojące na światłach ruszyły przed siebie.

Znalazł się przed bramą pracowni. Odszukał w kieszeni klucze i już miał je włożyć do zamka, gdy usłyszał za sobą cichy głos.

— Andrzej, możesz mi pomóc?

Odwrócił się w stronę kobiety, która stała tuż za nim i rzucił jej uważne spojrzenie. Uśmiechnęła się. Nie odwzajemnił tego.

— Zastanawiałam się, czy mógłbyś naprawić moją sztalugę — kontynuowała, pokazując mu chwiejące się nogi. — Obawiam się, że długo nie wytrzyma, a mam do skończenia jeszcze kilka prac. Bardzo jej potrzebuję.

Mężczyzna myślał przez moment. Jeśli teraz wpuści ją do pracowni, kobieta zobaczy symbole, które nakreślił w różnych miejscach. Był do tego zobowiązany, należąc do zgromadzenia. Aniela mogła odkryć jego tajemnicę. Andrzej zastanawiał się, czy powinien ją trzymać na odległość.

Kazał jej usiąść w ogrodzie na ławce, którą kiedyś wykonał. Aniela nie miała nic przeciwko. Cierpliwie czekała, gdy on zabrał sztalugę do środka.

Szukając odpowiednich narzędzi, Andrzej przyjrzał się stojakowi, który został podpisany. Aniela Emilija Kraska. Mężczyzna stanął przy stoliku i położył na nim sztalugę, mocując drewniane elementy we właściwych miejscach.

Jego misją było odnalezienie jej, wykonał to zadanie. Jednak Ojciec Perduell nie poprzestał na tym. Wiązał z tą kobietą plan, o którym Andrzej niewiele wiedział.

Spał już z wieloma kobietami. Mógł posiąść każdą, gdyby tego chciał, co też czynił, gdy nadarzała się okazja. Mimo wszystko, jego partnerki nie były wiele warte. Nie chodziło tylko o seks, brakowało mu czegoś więcej. Tymczasem Aniela nadal znajdowała się poza jego zasięgiem, a nie była nawet bardziej urodziwa niż pozostałe kobiety, z którymi Andrzej sypiał. Jej długie włosy przypominały brudną miedź, w oczach odbijał się kolor wiosennych traw przypalonych słońcem, a na twarzy rozsypane były piegi. Widział piękniejsze okazy. Mimo wszystko żaden z nich nie umiał się tak uśmiechać. Andrzej zastanawiał się, dlaczego ten uśmiech rozjaśniał jego świat bardziej niż słońce, którego promienie nie dawały mu spokoju.

Może nie mylił się i kobieta faktycznie posiadała dar. Powinien to sprawdzić, nim postanowi zrobić coś, by odciągnąć ją od zgromadzenia lub po prostu zabić.

Wiedział, jak walczyć, bronić się i wykończyć człowieka. Lubił też wyzwania. Postanowił, że weźmie udział w tej grze.

Skończył skręcać sztalugę i wyszedł na zewnątrz, znajdując Anielę przy schowku. Stała na palcach, wpatrując się w to, co widziała za małym okienkiem. Andrzej podszedł do niej, bez słowa wręczając kobiecie jej własność. Zaskoczona, przeniosła wzrok na niego. Odwrócił głowę. Nie mogła mieć nad nim przewagi.

— Dziękuję ci — powiedziała Aniela, biorąc do ręki swoją sztalugę. — Jak mogę się odwdzięczyć?

— Nie musisz — uciął, wracając do pracowni. Zanim zdążył zamknąć drzwi, złapała go za rękę. Poczuł, że skóra zaczyna go piec, ale musiał to wytrzymać dla dobra sprawy. Wszystko na rzecz zgromadzenia.

— Bardzo mało mówisz. Czy coś cię trapi? — spytała łagodnie.

Milczał. Miał wrażenie, że rozmowa z nią tylko pogorszy sprawę. Może wątpił w swoje możliwości? Przecież jeśli dobrze ukryje swoje zamiary wobec niej, nie uda jej się go przejrzeć.

— Nie — odparł spokojnie, powoli wyswobadzając dłoń. — Po prostu mam sporo pracy przed sobą. A teraz wybacz, ale muszę zająć się projektem na jutro.

— Rozumiem. W takim razie… Pójdę już. — Czy to, co usłyszał w jej głosie, było nutą żalu? Czy ona czegoś od niego chciała?

Odwrócił głowę, ale Aniela zdążyła już zniknąć za rogiem. Jak na tak drobną osóbkę, była niezwykle szybka. I silna, skoro niosła sztalugę zupełnie sama. Andrzej zaczął się zastanawiać, czego ma się po tej kobiecie spodziewać.

Wrócił do pracowni i stanął jak wryty, widząc przed sobą cień Ojca Perduella. Złapał się za klatkę piersiową. Pojawianie się kapłana w odległych miejscach nagle i bez ostrzeżenia należało do jednego z wielu jego darów. Poza tym, że sam bytował w ciele człowieka, który już dawno powinien umrzeć. Tylko demoniczna siła utrzymywała go przy życiu. Pan szukał nowego naczynia, w które będzie mógł się przelać. Teraz wykorzystał lustro stojące w izbie Andrzeja, dzięki któremu obserwował poczynania mężczyzny.

— Pamiętaj o swoim zadaniu, Andrei. Nie pozwól, by jej spokój zburzył nasze plany.

— Co mam czynić, Ojcze? Wydaje się, że ona jest zbyt silna, bym mógł zrobić cokolwiek — odparł, pokazując dłoń, na której ukazał się ślad. Znalazł się w miejscu dotknięcia go przez Anielę.

Cień Perduella wyszedł ze zwierciadła i przechadzał się po izbie.

— Wiem, synu. Godzina przeznaczenia nadchodzi. Nasz Pan potrzebuje nowego naczynia. Aby złamać to, co ją chroni, musisz uśpić jej czujność. Zbliż się do niej.

Andrzej nie śmiał spojrzeć na cień, który właśnie stanął przed nim. Wiedział, co kryje się w pałających czerwienią oczach. Poczuł, że coś dotyka jego dłoni. Ślad po oparzeniu zniknął. Będzie musiał spłacić ten dług.

— Ukryj ją, Andrei. Ukryj Superbię. Schowaj ją tak, by kobieta nie miała do niej dostępu.

— Ależ… Czy ona nie płynie w mojej krwi?

Natychmiast pożałował tego pytania. Pan nie znosił sprzeciwu. Uderzony nagłym ciosem, Andrzej upadł na kolana, nie podnosząc głowy.

— Zrobię, co każesz, Ojcze. Będę podążał za nią jak cień. A kiedy nadejdzie właściwa godzina, oddam ją w twoje ręce — oznajmił.

Poczuł natychmiastową ulgę. Demoniczna siła przestała ściskać jego klatkę piersiową. Wydawało się, że jego żyły stały się wyraźniejsze, gdy przepływająca przez nie szkarłatna substancja wniknęła w amulet znajdujący się na szyi. Superbia poruszyła się nieznacznie, wtapiając się w szkło. Mężczyzna uniósł głowę, gdy cień znów wkroczył do zwierciadła.

— Złożyłeś obietnicę przez zgromadzeniem, Andrei.

Pamiętał o tym. Od jej wypełnienia zależało jego życie. Teraz, kiedy Superbię wyciągnięto z jego ciała i na powrót ukryto w amulecie, mógł podejść do Anieli bez odczuwania fizycznego bólu. Mógł z nią rozmawiać, nie obawiając się, że kobieta przejrzy jego zamiary. Musiał przystąpić do działania.

Wstał z ziemi, otrzepując spodnie. Podszedł do zwierciadła, przykrywając je płótnem, które spadło z niego, gdy cień wszedł do środka. Andrzej zerknął w lustro. W jego oczach nie było już czerwieni, która objawiała się zawsze w wyniku działania Superbii. Ojciec wystawił go na próbę. Powinien podołać zadaniu, jeśli nie chce zawieść Pana.

Uczucie, jakie towarzyszyło mu w tamtej chwili, było zupełnie nowe. Wyszedł na zewnątrz, zerkając na słońce. Nie paliło go tak, jak dotychczas. Gdyby zrezygnował z własnej woli, zgromadzenie przeklęłoby go i posłało za nim jednego ze swoich demonów. W tej sytuacji Andrzej po prostu poddał się woli ojca, więc chroniło go jego słowo. Został wybrany do wypełnienia tej jednej, specyficznej misji.

Wtedy po raz pierwszy zaczął zastanawiać się, czy jego rola w zgromadzeniu zakończy się razem z powierzonym mu zadaniem.

Rozdział III

Marzec, rok 1995


Andrzej wyruszył do posiadłości, w której obecnie pracował. Dzień wydawał mu się piękny, choć wcześniej tego nie doceniał. Wtedy wolał przebywać w cieniu. Odkąd Superbia spoczywała w amulecie, obecność słońca nie robiła mu różnicy.

Wszedł na teren ogrodu, podszedł do schowka i znalazł w nim swoje rysunki oraz narzędzia. Miał zająć się renowacją altany po zimie. Wiedział, że tę pracę może wykonać zupełnie sam. Znalazł się na podeście i rozłożył plany na blacie stolika, biorąc do ręki specjalny ołówek. Gdy rysował coś na papierze, usłyszał za sobą ciche kroki. Odwrócił głowę, widząc Anielę. Pokazała mu obraz, który skończyła. Rzucił na niego okiem.

Na płótnie znajdował się zachód słońca. Andrzej mógłby przysiąc, że taki sam widok towarzyszył mu wczoraj, gdy cień Pana zniknął w zwierciadle. Barwy w niezwykły sposób łączyły się ze sobą, sprawiając wrażenie żywych.

— Ładny — powiedział, jednocześnie nie mogąc uwierzyć w to, co mówi. Dotychczas nie skomentował żadnej z jej prac.

— Tak uważasz? — zapytała. — Co prawda nie jest idealny, ale… Chciałabym ci go dać w prezencie, w podziękowaniu za naprawę sztalugi.

Andrzej zastanawiał się, czy miał prawo przyjąć podarek. Nie słyszał jednak żadnego głosu sprzeciwu. Nie czuł żadnego uścisku, który powstrzymałby go przed wyciągnięciem rąk i chwyceniem za obraz. Gdy wreszcie ujął go w dłonie, nie poczuł, by cokolwiek go piekło. Mógł zrobić więcej, odkąd Ojciec ukrył Superbię w amulecie. Mimo wszystko wiedział, że stoi po przeciwnej stronie barykady, niż Aniela.

— Powiedz… — kontynuowała, kiedy odwrócił się, by zająć się pracą. — Dlaczego zostałeś cieślą?

— Chyba nie miałem wyboru. W końcu tego nauczył mnie ojciec — odparł mężczyzna, biorąc do ręki ołówek.

Jego prawdziwy ojciec, zanim odszedł. Później Andrzej miał nowego. Stary nie podołał swojemu zadaniu. Podobnie jak i matka, mimo że oboje należeli do zgromadzenia. Andrzej, jedyny z rodzeństwa, który przetrwał próbę czasu, przejął krwawe dziedzictwo pozostawione mu przez rodziców. Nie bez powodu Ojciec mówił, że Superbia płynie w jego krwi.

Ale tego nie musiał mówić Anieli.

Kobieta skinęła głową, przypatrując się jego pracy. Andrzej uniósł głowę, zerkając na nią z ukosa.

— Nie powinnaś siedzieć przy sztaludze?

— Chciałam popatrzeć, jak pracujesz. Może dzięki temu wpadnę na nowy pomysł.

— Jak chcesz — odparł obojętnie.

Nakreślał na papierze swoje notatki, gdy Aniela siedziała przy stole z łokciami opartymi o blat. W tej pozycji wyglądała jak pociecha obserwująca rodzica. Andrzej nie wiedział, jak ma na to reagować. Skończył pisać i wyprostował plecy.

— Muszę się przejść — oznajmił, wychodząc z altany. Aniela niemal wyskoczyła zaraz za nim. Miał wrażenie, że zachowuje się jak dziecko. A może to on był nazbyt poważny?

Szli przed siebie, obserwując ogrodników, którzy sadzili nowe rośliny. Jeszcze moment, a zaroi się tu od przeróżnych kwiatów. Ta posiadłość sama w sobie robiła wrażenie. Wszystko, co znajdowało się wokół, było tylko jej ozdobnikiem.

Andrzej zerknął na Anielę, która wpatrywała się w mijany krajobraz. Wydawało się, że jest przejęta każdym szczegółem. Największym zachwytem darzyła kwiaty. Nazywała je cudem. On nie widział w tym żadnych cudów. Zwykły wiecheć, zwiędnie kilka dni po zerwaniu, zostanie wyrzucony. Tak postępuje się z niepotrzebnymi rzeczami albo ludźmi.

Kobieta przykucnęła przy sadzonkach, przyglądając się im z uwagą. Andrzej stanął nad nią, trzymając dłonie w kieszeniach.

— A ty? Dlaczego zostałaś malarką? — zagaił w końcu, nie mając nic lepszego do roboty.

— Nie sądziłam, że zapytasz — zaśmiała się, unosząc głowę. — To moja pasja, chciałam to robić, odkąd byłam dzieckiem. Wtedy nie sądziłam, że mi się uda. A jednak… Jestem tutaj.

Podjęła decyzję sama. Dobrze wiedzieć. Andrzej nie miał takiego wyboru. Musiał przyjąć to, co pozostawili mu rodzice. Wiedział, że zostanie cieślą, odkąd skończył dwanaście lat. Ktoś musiał przejąć interes po ojcu. Tylko on się do tego nadawał. Nie sprzeciwił się, zresztą… Nie miał po co. Nie odczuwał potrzeby buntowania się, skoro zgromadzenie okazało mu swoją przyjaźń. Przynajmniej tak to nazywał.

Aniela podniosła się z ziemi, otrzepując długą spódnicę. Znów uśmiechnęła się do niego, jakby chciała mu coś powiedzieć. Mimo wszystko nie odezwała się ani słowem. Andrzej odprowadził ją wzrokiem, gdy usiadła przy swojej sztaludze, biorąc do ręki pędzel.

Zaczął zastanawiać się, co takiego maluje. Od początku wydawało mu się, że zamówienie złożone przez rodzinę chcącą wprowadzić się do tego domu jest niespecyficzne. Na płótnie znajdowały się kwiaty albo jakieś scenki rodzajowe. Z tych ostatnich Andrzej niczego nie rozumiał.

Podszedł do niej, zerkając na płótno, na którym widniała zagubiona w lesie postać, mały chłopiec.

— A to? Czy to też powieszą w domu?

— Nie, to inna praca, moja osobista. Czasem… Przekładam to, co widzę, na płótno.

— Twoje sny? — dopytywał, wpatrując się w obraz.

— Jeśli mogłabym tak to nazwać — odparła Aniela, maczając pędzel w farbie.

Jej sny były mniej koszmarne. Jego wizje były przepełnione ciemnością i grozą, do której zdążył się przyzwyczaić tak samo, jak do widoku krwi, niespokojnych nocy i poranków, w których budził się zlany potem, dziękując Ojcu, że to tylko koszmar.

Potrząsnął głową. Odkąd Superbia nie płynęła w jego żyłach, Andrzej odpływał myślami do miejsc, w których nie powinien się znaleźć. Musiał pamiętać, jaka jest jego prawdziwa misja, inaczej nie będzie mógł stanąć przed obliczem Ojca nigdy więcej. A jeśli stanie, nie wypełniając zadania, czeka go pewna śmierć. Czuł jej oddech na swoim karku od jakiegoś czasu. Musiał się spieszyć. Powinien zrobić coś, dzięki czemu Aniela mu zaufa. Poczynił już postępy, skoro ofiarowała mu swój obraz.

Późnym wieczorem, po skończeniu pracy, Andrzej zabrał go i wszedł z nim do swojej izby. Poszukał w szufladzie jakiegoś sznurka, po czym przybił go do drewienka przy płótnie i powiesił dzieło na ścianie. Prezentowało się całkiem ładnie.

Ostentacyjnie otrzepał dłonie, odwracając się. Zerknął w stronę lustra. Materiał, którym je okrył, znów leżał na ziemi. Andrzej podszedł do zwierciadła. Obraz Anieli odbijał się w nim, ukazując zupełnie coś innego, niż przedstawiał. Kula słońca w lustrze była bardziej ognista, jakby zaraz miała coś spalić. Gdy chciał przyjrzeć się jej bliżej, lustro nagle pękło, rozsypując się na kawałki. W ostatniej chwili Andrzej zdążył osłonić się leżącą obok deską, zanim ostre odłamki szkła wbiły się w jego skórę.

Mężczyzna odsunął się od ściany, oddychając głęboko. Spojrzał na swoje dłonie. Były lekko poranione. Odłożył deskę na bok i zerknął na leżące na podłodze resztki zwierciadła.

Wcześniej nic takiego się nie wydarzyło. Andrzej sądził, że to lustro jest niezniszczalne, w końcu należało kiedyś do Ojca Perduella. Wziął do ręki miotłę i zgarnął kawałki lustra na jedną stronę. Później umieścił je w koszu na zewnątrz. Zwierciadła nie dało się już złożyć, było bezużyteczne.

Andrzej wrócił do pracowni, wpatrując się w puste miejsce po zwierciadle. Zdjął ze ściany obraz Anieli i umieścił go tam, gdzie wcześniej wisiało lustro. Tutaj malowidło prezentowało się o wiele lepiej.

Był już pewien, że kobieta posiada dar. Nie wiedział tylko, w jaki sposób jej dziedzictwo miało się ujawnić. Poza tym, że ujawniło się właśnie teraz, niszcząc jedyne źródło jego łączności z cieniem Pana. To na pewno da mu do myślenia. Zgromadzenie było zagrożone.

Mieli do czynienia ze zwiastunem nowego porządku, a on został wysłany, by go zgładzić.

Andrzej postanowił, że będzie udawał sprzymierzeńca Anieli, póki sprawa nie dobiegnie końca. I właśnie on miał wyznaczyć ten koniec. Na razie postanowił czekać na dalszy rozwój wydarzeń.

Rozdział IV

Kwiecień, rok 1995


Andrzej znajdował się w lesie, stojąc nad dołem wykopanym przez członków zgromadzenia. To tutaj, w tę ciepłą noc, miał zostać pochowany jeden z buntowników, który chciał wydać Signum Sanguinem przed strażnikami, gdy został przyłapany na zuchwałej kradzieży kilku świątynnych sakraliów. Błagał o litość. Wysłano za nim demona, który prześladował zdrajcę niemal każdej nocy, pojawiając się w jego snach. W końcu mężczyzna nie wytrzymał. Zakończył swoje nędzne życie. Nie miał nikogo, kto by go poszukiwał. Stracił głowę z pomocą jednego nacięcia ostrza. Andrzej, będący pośrednim sprawcą tego wydarzenia, wiedział, co miało nastąpić. W końcu to on był jednym z najwierniejszych sług Ojca.

Wpatrywał się w zwłoki leżące w przygotowanej specjalnie mogile, trzymając w dłoniach swoją broń, która w tym momencie przypominała zwyczajny nóż. Znał tego człowieka, jednak wcale mu nie współczuł. Ojciec wiele razy mówił, że właśnie taki los spotyka zdrajców zgromadzenia, rychła śmierć.

Andrzej i kilku jego współbraci zakopali zwłoki, nie pozostawiając po sobie najmniejszych śladów. Miejsce zostało zapieczętowane tak, by żaden wścibski człowiek go nie odnalazł. Ofiara została spełniona, a żądanie Pana — zaspokojone. Do czasu, gdy jego cień zjawi się w świątyni na kolejnym rytuale.

Mężczyzna ruszył przed siebie w towarzystwie pozostałych członków zgromadzenia, niosąc w dłoni pochodnię.

Przez cały czas trwania pracy w posiadłości rozmawiał z Anielą na przeróżne tematy, poznając jej pasje i zainteresowania. Wciąż niewiele mówił o sobie, ale miał wrażenie, że kobieta zdążyła się do tego przyzwyczaić. Powiedziała mu, że przybyła do Auditum, by się rozwijać. Mieszkała z rodzicami na wsi, i chociaż tam mogła malować i sprzedawać obrazy wśród okolicznych mieszkańców, musiała zająć się czymś innym, by się utrzymać. Gdy znalazła się w mieście, została zauważona przez ulicznych artystów, którzy dali jej szansę rozwoju. Później dowiedziała się, że ktoś poszukuje malarza do wykonania obrazów mających ozdabiać posiadłość. W ten sposób dotarła do tych samych ludzi, dla których pracował Zimmermann. Właśnie tak się poznali.

Mężczyzna zastanawiał się, jak ta znajomość się potoczy. Ojciec dał mu wolną rękę, a to znaczy, że mu ufa. Dlatego też Andrzej wiedział, że nie może go zawieść.

Razem ze współbraćmi wszedł na teren starej posiadłości, w której wszyscy członkowie zgromadzenia spotykali się na corocznych obchodach jednego z ważniejszych świąt. Odnajdując odpowiedni pokój, mężczyźni stanęli przed Ojcem, kłaniając się. Kapłan obrócił się w swoim fotelu, każąc swoim amstaffom leżeć. Psy posłusznie wykonały polecenie, chociaż w ich oczach nadal czaiła się niebezpieczna czerwień.

Perduell ściągnął kaptur płaszcza, wpatrując się w zgromadzonych. Mógł przyjmować różne postacie. Raz był młodym mężczyzną, raz starszym dziadkiem, nie wzbudzającym niczyich podejrzeń. Cień Pana Mroku żyjący w jego wnętrzu pozwalał mu egzystować. Andrzej wiedział, że Ojciec oddał mrocznemu hegemonowi swoją duszę, by móc żyć wiecznie, jego ciało nie ulegało rozkładowi od kilkunastu lat. Jednak by było to możliwe, potrzebował sług, którzy wykonywali polecenia władcy ciemności.

Perduell przeszedł się po sali, krążąc wokół posłusznych mu ludzi. Rzucił okiem na Andrzeja, który przeniósł swój wzrok na pokryty ludzką krwią nóż.

— Doskonale, Andrei — oznajmił, wołając go do siebie. Mężczyzna skinął głową, idąc w stronę Perduella.

— Zdrajca został zlikwidowany, Ojcze — powiedział beznamiętnym głosem.

Perduell potarł wąs, po czym kazał wyjść z sali pozostałym członkom zgromadzenia. On i Andrzej zostali w pomieszczeniu sami. Najwyższy kapłan usiadł w swoim fotelu, obserwując ogień skrzący się w kominku. Jego amstaffy wpatrywały się w Zimmermanna. Nie warczały ani nie pokazywały mu kłów. Gdy podszedł do nich, odsunęły się lekko. To nie on bał się ich, to one bały się jego.

— Aniela jest zwiastunem, Ojcze — oznajmił w końcu Andrzej, stojąc za fotelem Perduella. — Jej obraz zniszczył twoje zwierciadło. Musi być strzeżona przez przeciwne siły. Demony posłane za nią nie mogły osiąść w jej umyśle ani przebywać blisko niej. Czy należy ją zabić? Mogę to zrobić, zbliżyć się do niej na tyle, by…

— Dość, synu — uciszył go Perduell, unosząc dłoń. — Doceniam twoje zamiary, jednak twa buńczuczność jest bezużyteczna. Kobieta spodziewa się czegoś, dlatego przebywa blisko ciebie. Nie mylisz się, mówiąc, że jest zwiastunem.

Andrzej spojrzał na mężczyznę ze zdziwieniem. Jeśli Aniela faktycznie jest zwiastunem, oznacza to, że ma zdolności prorocze. Potrafi przewidzieć, co się wydarzy. Jednak nie zapobiegnie wydarzeniom związanym z nią samą, ponieważ pole przeznaczenia jest zbyt silne, by mogła się z niego wyrwać, szczególnie w Auditum, nad którym została rozciągnięta tarcza mroku.

— Dowiedz się, co jest jej celem. Wiesz, jak umiejętnie podejść ludzi.

— Tak, Ojcze — potwierdził Andrzej, wyciągając z kieszeni swój nóż. W ciemności broń wydłużyła się, stając się śmiercionośną kosą. Mężczyzna przełożył ją sobie przez ramię, zmierzając w stronę drzwi. Zanim wyszedł, spojrzał jeszcze na Perduella, który właśnie obrócił się w jego stronę.

— Pamiętam o swojej obietnicy.

Kapłan skinął głową, każąc mu opuścić pomieszczenie.

Andrzej szedł korytarzem, omijając idących nim ludzi. Wszyscy schodzili mu z drogi. Tak było zawsze. W dzieciństwie, ponieważ czuli wobec niego respekt. Teraz, ponieważ bali się go. Zdążył się przyzwyczaić do ich reakcji. Jedyną osobą, która kompletnie go nie unikała, była Aniela.

Mężczyzna złapał za swój kryształ. Wiedział, do czego został powołany. Dobre było to, czego chciał. Złe było to, czego nie chciał.

Opuścił teren posiadłości, gdy jego broń towarzyszyła mu w mroku nocy. Nie był zabójcą. Walczył z tym, czego nie mogło znieść społeczeństwo. A społeczeństwo nie znosiło nieróbstwa, bezużytecznych osób, psujących wizerunek miasta. On nie zabijał, tylko pozbywał się balastu. To samo zrobił ze zdrajcą zgromadzenia. I postąpi tak z każdym, kto stanie mu na drodze. Nawet, jeśli tym kimś jest kobieta.

Rozdział V

Maj, rok 1995


W maju prace w ogrodzie dobiegły końca, a Andrzej ukończył swoje kolejne dzieło. Altana prezentowała się niesamowicie po renowacjach, jakie przeszła. Mężczyzna był dumny z siebie. Został opłacony, mógł więc ruszać w dalszą drogę. Mimo wszystko nadal musiał obserwować Anielę. Kobieta oddała właścicielom swoje obrazy. Wszystkie zostały zaakceptowane.

Mężczyzna podążał jej tropem. Umiał wtopić się w tłum tak, by go nie zauważono. Mijał stojących na chodniku ludzi, kręcąc się przy budynkach i płotach. Zdolności prorocze nie obejmowały widzenia ludzi z oddali, więc nie musiał się niczego obawiać. Był niczym cień, znikał za każdym razem, kiedy Aniela odwracała się, by spojrzeć za siebie.

Dotarł za nią aż do świątyni pewnego zakonu. Wiedział, że jego noga tam nie postanie, w przeciwnym razie Superbia ukryta w amulecie mogłaby się ujawnić. Mimo wszystko musiał dowiedzieć się, dlaczego Aniela postanowiła tam wstąpić i jaki jest jej cel.

Wszedł do świątyni od przeciwnej strony, tam, gdzie nie było żadnych sakraliów. Mógł obserwować kobietę przez małe okienko znajdujące się w przejściu. Widział, że usiadła przed obrazem przedstawiającym niewiastę z wybrankiem jej serca oraz synem.

Zaczęła szkicować. Andrzej zastanawiał się, jak długo będzie musiał bezczynnie tkwić w przejściu. Nie zajęło mu to wiele czasu, ponieważ ostatecznie postanowił wejść do świątyni. Nie było w niej niemal nikogo, tylko kilka osób. Demon będący przy nim nie czuł się stłamszony, ponieważ jego reakcje zależały od wiary ludzi znajdujących się w budynku. A tych było niewielu, ich wiara zaś — zbyt słaba, by wyrządzić mu jakąkolwiek szkodę.

Mężczyzna usiadł z tyłu, po lewej stronie świątynnego ołtarza. Aniela siedziała po prawej stronie, nadal była zajęta szkicowaniem. Andrzej zastanawiał się, czy stróż, który nad nią czuwał, powiedział kobiecie, kto wszedł do kościoła. Mężczyzna wiedział, że każdy człowiek na ziemi otrzymał swojego patrona. Miał dar ich dostrzegania. Sam również kogoś zyskał, gdy nadano mu nowe imię. Jego stróż był panem mordu, dlatego Andrzej doskonale posługiwał się bronią, skazując nieposłusznych światu ludzi na śmierć w imię Mrocznego Pana.

Zerknął na amulet. Superbia siedząca w nim nie ujawniła się, chociaż Andrzej czuł jej ciężar na swojej klatce piersiowej. Wiedział, że nie może podejść bliżej Anieli, nie w tym miejscu.

Cierpliwie czekał, aż kobieta skończy swój szkic. W tym czasie nie ruszył się ani o milimetr, trwał w dziwnym transie, który nie pozwolił mu spuścić oka z malarki. Czasem jego wzrok przenosił się na figury postaci stojące w rogach świątyni lub wystrój budowli, jednak nic poza tym.

Czuł się tu obco. Nie przebywał w takich miejscach. Wiedział, że wielu jego współbraci, zaczynających swoje dzieło istnienia w zgromadzeniu, było wysyłanych do takich świątyń w poszukiwaniu sakraliów, które miały im posłużyć do rytuałów. To jednak zadania na tyle proste, że Andrzej ich nie wykonywał. Tym bardziej, że był synem ludzi należących do zgromadzenia od wielu lat, do jego zadań należały te o cięższym kalibrze. Po śmierci matki i ojca musiał przejąć dziedzictwo. Przecież nie mógł się buntować, widząc, co robili jego rodzice. Legat, którym został obarczony Andrzej, był zbyt ciężki, by mógł go z siebie zdjąć. Przynajmniej tak zawsze myślał.

Aniela wstała z ławki, kłaniając się przed obrazem. Andrzej wiedział, że jej stróż uczynił to samo. Mimo wszystko nie zostawił kobiety, idąc obok niej. Mężczyzna nie był w stanie do niej podejść, póki kobieta nie wyszła ze świątyni. Gdy w końcu opuściła budynek, Andrzej wyskoczył z ławki i podążył za nią.

Odnalazł jej mieszkanie. Znajdowało się w bloku położonym po przeciwnej stronie rzeki, niedaleko tej świątyni. Andrzejowi udało się dostać do przeciwległego gmachu, skąd mógł obserwować Anielę. Te budynki były tak złączone ze sobą, że przejście ułatwiało obserwację tego, co działo się po przeciwnej stronie. Będąc na klatce schodowej, Andrzej widział, jak kobieta kieruje się na piętro, otwierając drzwi od mieszkania. Nie zauważył żadnych innych ubrań, które mogłyby należeć do współlokatorów.

Okno kuchenne wychodziło na dwór, skąd mężczyzna przyglądał się poczynaniom Anieli. Prawdopodobnie mieszkała sama. Andrzej podsumował to, czego udało mu się dowiedzieć. Doszedł do wniosku, że Aniela nie obroni się przed wpływem zgromadzenia, jeśli znajdzie się na którymś z przynależących do niego ziem. To tam pole siłowe będzie na tyle silne, że jedna osoba pochodząca z innego grona nie da mu rady.

Andrzej musiał jednak sprawić, by kobieta mu zaufała. Domyślał się, że nie będzie miał z tym problemów, bowiem Aniela nie jeden raz udowodniła mu, że darzy go sympatią. Byłby idiotą, gdyby z tego nie skorzystał.

Światło w kuchni zgasło. Kobieta przeniosła się do innego pomieszczenia, do którego Andrzej nie miał już wzrokowego dostępu. Mężczyzna odwrócił się, idąc w stronę schodów prowadzących do wyjścia z klatki schodowej. Chwilę później znalazł się na chodniku. Ostatni raz spojrzał w okno, po czym ruszył na miasto.

Superbia, którą nosił w amulecie, ani razu nie dała mu znaku, że ma zaprzestać swoich działań. Dlatego też uznał, że żadne z nich nie było niezgodne z wolą Ojca. Uważał się za lepszego od pozostałych członków zgromadzenia, jeśli chodziło o tak delikatne misje, jak pozbywanie się niewygodnych osób. Tylko niektórych ludzi trzeba zabić, inni siedzieli cicho, gdy ich usta wypchane były mamoną lub uszy zatkane groźbami kierowanymi w stronę ich lub ich rodzin. Zwyczajni śmiertelnicy nie mieli pojęcia, co kryje się za wszystkimi zaginięciami lub kto jest winny tych mordów. Nikt niczego nie demonizował. I bardzo dobrze. Andrzejowi było to na rękę. Lubił, kiedy mieszkańcy Auditum powierzali wszystko losowi. To pojęcie najlepiej oddawało ich bezsilność, ponieważ potwierdzało, że nie mają wpływu na swoje życie.

Mężczyzna wrócił do izby. Zastał podwórze w rozsypce. Zdaje się, że banda okolicznych pijaków znów urządziła sobie balangę w okolicach jego pracowni, zostawiając na miejscu stertę rozbitych butelek i innych śmieci. Andrzej zaśmiał się gorzko. Właśnie tego spodziewał się po tych wywłokach. Wiedział jednak, gdzie się znajdowali.

Spokojnym krokiem ruszył w stronę mostu, pod którym spotykali się miejscowi pijacy. Widział ich kolejny raz. Mimo wszystko oni go nie rozpoznali. Wiara mężczyzn nie była na tyle silna, by Andrzej miał się czego bać. Zresztą, miał kogoś o wiele potężniejszego po swojej stronie.

Stanął naprzeciwko dwójki mężczyzn, trzymając nóż. Gdy pijacy zauważyli go, wydawali się gotowi do walki. Ich buńczuczność wskazywała na to, że w ich krwi znajdowało się zdecydowanie za dużo alkoholu.

— Czego tu szukasz, do diabła?

— Doskonale zadane pytanie, panowie — mruknął Andrzej z pewną nonszalancją. — Który z was zostawił taki śmietnik przy mojej pracowni?

— Nic ci do tego, kmiocie — warknął jeden z mężczyzn, biorąc do ręki metalową rurę leżącą pod skrzynką po piwie, na której siedział. Machnął nią kilka razy, jakby chciał załatwić Andrzeja, lecz on wcale nie był tym wzruszony.

— Chcecie załatwić to po dobroci czy po złości? — rzucił Andrzej znudzonym tonem.

— Co do kur… — zaczął wyższy mężczyzna, unosząc rurę po raz kolejny.

Tym razem Andrzej zareagował błyskawicznie. W ułamku sekundy rozłożył swój nóż, broniąc się przed ciosem. Podciął mężczyźnie nogę jednym wymachem. Pijak upadł na glebę, upuszczając rurę. Uderzył głową o skrzynkę. Chociaż nic mu się nie stało, spowolniona reakcja jego kolegi była prześmieszna. Drugi mężczyzna ruszył na Andrzeja z pięścią, ten jednak chwycił go za ramię i przerzucił przez swój bok.

— Nieładnie — zakończył, podnosząc z ziemi puszkę po piwie. Po chwili podszedł do jednego z mężczyzn i zmiażdżył aluminium na jego czole. Mężczyzna jęknął coś, jednak nie podniósł się.

Andrzej oddalił się, chowając nóż do kieszeni. Być może ci dwaj będą jutro niewiele pamiętać, jednak chciałby, by wiedzieli, że nie warto śmiecić pod jego pracownią.

Wrócił do izby, zmiatając wióry w jeden kąt. Gdy skończył, odłożył miotłę za szafę. Zerknął na obraz Anieli i podszedł do niego, wpatrując się w zachód słońca. Malowidło zaczęło go intrygować. Kilka sekund później zdjął je ze ściany, obracając płótno. Kiedy ustawił je na blacie stołu, słońce zamieniło się w coś, co przypominało studnię. Otworzył usta ze zdziwienia. Nie miał pojęcia, że można tworzyć takie wielowymiarowe obrazy. Zupełnie tak, jakby kobieta chciała w nich coś ukryć.

Czego dowiedziała się o zgromadzeniu, skoro zauważono ją na jego terenach? Dlaczego nie bała się tam krążyć? Zdaje się, że Andrzej miał przed sobą o wiele bardziej skomplikowane zadanie, niż przypuszczał. Tego się obawiał. Będzie musiał bardziej się zaangażować, by poznać techniki Anieli.

Rozdział VI

Czerwiec, rok 1995


Wczesnym rankiem Andrzej wyszedł pobiegać. Jego kondycja fizyczna oraz wytrzymałość nie brały się znikąd. Wszystkiego nauczył się, przebywając wśród najlepszych w swoim fachu mistrzów walki. Nie szkoliła go ulica ani żyjący na niej ludzie, lecz ci, którym zaufał. Zgromadzenie miało wiele możliwości, ponieważ jego członkowie funkcjonowali w różnych miastach. Wielu z nich nawet nie uczestniczyło w corocznych obrzędach, mimo wszystko podlegali władzy Ojca Perduella. Zgromadzenie przybierało różne nazwy, w Auditum — Signum Sanguinem, w języku śmiertelników — Znak Krwi. Należący do grupy członkowie znali piękno tej substancji płynącej w człowieku. Wiedzieli też, ile warte jest ludzkie życie. Czasem tyle, co nic. Dlatego uznali, że warto mieć kontrolę zarówno nad nim, jak i nad całym miastem.

Andrzej był samoukiem — nauczył się, jak posługiwać się bronią, kiedy za młodu obserwował ojca w warsztacie. Później odnalazł ludzi, którzy nauczyli go walczyć wręcz, stosując wschodnie sposoby odpierania ataku przeciwnika.

Mając przy sobie demonicznego stróża parającego się mordem, ciążyła nad nim nieustanna chęć zadawania komuś bólu. Umiał jednak pohamować swoje żądze, udawać kogoś, kim nie był. Stał się stoikiem, jakiego chciał Ojciec Perduell. Dzięki temu Andrzej faktycznie czuł się potrzebny i wykonywał jego polecenia bez mrugnięcia okiem.

Mężczyzna zatrzymał się na moście, wpatrując się we wschodzące słońce. Tuż za nim znajdowała się świątynia, w której ostatnio obserwował Anielę oraz budynek, w którym kobieta mieszkała. Zastanawiał się, czy śpi o tak wczesnej porze.

Odwrócił głowę. Firany w oknie były zasłonięte, co oznaczało, że mógł mieć rację. Prychnął pod nosem, na jego ustach pojawił się enigmatyczny uśmiech. Jak długo jeszcze będzie musiał przeciągać tę zabawę? Ojciec do tej pory nie dał mu żadnego wyraźnego polecenia. Jak zwykle musiał działać w pojedynkę.

Dwie godziny później wrócił do mieszkania. Wziął prysznic i ogolił się, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Cień demona krążył wokół niego. Wiedział, że nie był sam. Przynajmniej nie na tyle, by myśleć o sobie w taki sposób.

Ubrał się i zjadł śniadanie. Wkrótce postanowił ruszyć w stronę pobliskiej kwiaciarni, by kupić kilka tulipanów. Gdy przyglądał się zachowaniom Anieli w ogrodzie, wiedział, że kobieta zawsze zatrzymywała się przy tych kwiatach. Sądził więc, że będzie to najlepszy wybór.

Dotychczas nie musiał się tak bawić, by zbliżyć się do jakiejkolwiek kobiety. Mimo wszystko uznał, że będzie to wspaniała rozrywka przed aktem ostatecznym. Jeśli Ojciec przygotowywał wszystko do obchodów październikowej uroczystości, to Andrzej miał kilkanaście tygodni, by okręcić sobie Anielę wokół palca. Był tak pewien swojego sukcesu, że ani przez moment nie przyszła mu na myśl porażka. Nie mógł do niej dopuścić.

Około południa zapukał do drzwi jej domu. Otworzyła po paru sekundach, słyszał jeszcze, jak biegnie przez korytarz, by sprawdzić, kto to. Widząc Andrzeja, lekko rozchyliła usta, zdziwiona jego obecnością. Na jej twarz wstąpił rumieniec, przypominający ten sam róż, który miała na apaszce oplecionej wokół szyi.

Andrzej wyczuwał obecność jej stróża. Dopóki jednak nie miał wobec niej złych zamiarów, nie musiał się niczego obawiać. Jego planem nie było natychmiastowe wykrycie. Poza tym, stróż mógł dawać natchnienie, ale nie szeptał człowiekowi do ucha, co ten ma robić.

— Andrzej? Co ty tutaj robisz? — spytała speszona, zagarniając kosmyk rudawych włosów za ucho.

— Czy nie chciałaś się kiedyś lepiej poznać? — zapytał ze spokojem w głosie.

Nie skłamał. Powiedziała to jakiś czas temu, lecz między wierszami. Andrzej zastanawiał się, czy do tej pory będzie to pamiętać. Ku jego zaskoczeniu, Aniela uśmiechnęła się po chwili i zaprosiła go do środka. Tym się różnili. On nigdy nie wpuściłby jej do swojej pracowni.

— Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? Śledziłeś mnie? — zapytała, śmiejąc się na widok tulipanów. Weszła do przedpokoju, chwyciła za wazon i skierowała się do kuchni, by nalać do niego wody.

Uznał to pytanie za retoryczne. W przeciwnym razie musiałby kombinować, jak niezauważenie ją podejść. Mimo wszystko postanowił odpowiedzieć.

— Pracowaliśmy blisko siebie przez kilka miesięcy, musiałaś coś wspomnieć.

Rozejrzał się wokół. Powinien trzymać swoje odczucia na wodzy, ponieważ atmosfera panująca tutaj nieco go przytłaczała. W pomieszczeniu było za dobrze. Znając znaczenie tego słowa i konsekwencje płynące z doświadczeń z przeciwną siłą, Andrzej wolałby stąd wyjść. Mimo wszystko, czułby się znacznie gorzej, gdyby nie to, że Superbia znajdowała się teraz w jego amulecie.

Mieszkanie było urządzone dość przytulnie. Na ciemnych kuchennych szafkach znajdowały się własnoręcznie wykonane koronkowe serwetki, w oknie wisiały kolorowe firany. Ściany miały jasny kolor przypominający okoliczne pola, dzięki czemu całe pomieszczenie wyglądało tak, jakby ktoś ukrył w nim lato.

Gdy Aniela postawiła czajnik na gazie, Andrzej zerknął na znajdującą się w salonie półkę z książkami. Oprócz pewnej księgi zdradzającej zamiłowanie do zjawisk paranormalnych, mężczyzna ujrzał kilka książek naukowych. Nie miał pojęcia, że malarkę mogą interesować takie dziedziny jak astronomia czy medycyna albo rozmaite nauki społeczne. Zastanawiające było to, skąd zdobyła te książki. Wyglądały na zupełnie nowe i zawierały mnóstwo kartek poukrywanych między stronami. Aniela musiała je przeglądać, zaznaczając fragmenty literatury, które ją interesowały.

Z zamyślenia wyrwał go cichy gwizd oznajmiający, że woda w czajniku właśnie się zagotowała. Wedle życzenia, Aniela zaparzyła mężczyźnie kawę, sobie zaś przygotowała jaśminową herbatę. Usiedli w kuchni naprzeciwko siebie.

— Zastanawiam się, skąd u ciebie tyle rozmaitej literatury — zagaił, sięgając po łyżeczkę.

— Kiedyś chciałam zostać przedszkolanką — odpowiedziała z uśmiechem.

Przedszkolanką? Andrzej wątpił w to, by dzieciom w przedszkolu przekazywano taką specjalistyczną wiedzę. Puścił jednak tę uwagę mimo uszu. Nie tylko on miał coś do ukrycia, co jeszcze bardziej nadawało smaku tej dziwnej grze, jaką niedawno rozpoczął.

Gdy zaczęli ze sobą rozmawiać, Andrzej niemal kompletnie zapomniał, po co tu przyszedł. Nie miał pojęcia, że Aniela jest aż tak inteligentna. Tym właśnie różniła się od wszystkich kobiet, które do tej pory poznał, nawet tych należących do zgromadzenia. W międzyczasie dojrzał też, że jej uroda dopełnia tego obrazu. Wsłuchiwał się w jej głos, próbując wykryć jakąkolwiek oznakę załamania czy poszukiwania sensownej odpowiedzi, jednak nic takiego się nie stało. Aniela miała odpowiedź niemal na każde zadane pytanie. Co więcej, w niektórych sytuacjach wiedziała o rzeczach, o których mężczyzna nie słyszał.

Czy za jej malarskim zacięciem kryło się coś więcej, czy wyciągnęła tę wiedzę z książek, które spoczywały na jej półkach?

— Chciałabym kiedyś stworzyć miejsce, w którym wiedza będzie dostępna dla wszystkich — oznajmiła, zerkając na Andrzeja zza kubka z herbatą.

— Już zostało stworzone, nazywa się szkoła — odparł beznamiętnie.

— Nie o to mi chodzi — zaśmiała się, machając dłonią. — Ale… Masz rację. Nie wszyscy mają jednak szansę do niej uczęszczać.

— Nie mówisz o sobie, prawda?

Andrzej poczuł, jak Aniela wpatruje się w niego po zadaniu pytania. Chyba trafił w sedno. To było zbyt oczywiste. Nie nauczyłaby się tego wszystkiego, chodząc do przeciętnej placówki. Gdzie więc tkwiła tajemnica jej wiedzy, jeśli nie w przeszłości?

— Powiedzmy, że moja rodzina dała mi wybór. Wybrałam naukę, dlatego znalazłam się w mieście — ucięła kobieta, odstawiając pusty kubek do zlewu. — Wyjdźmy na spacer.

Andrzej skinął głową. Czyżby Aniela była buntowniczką? Tego się nie spodziewał. Zdaje się, że zupełnie jej nie doceniał. Sądził, że wywodząc się ze wsi, kobieta miała raczej małe pojęcie o życiu w mieście. Mylił się. Wiedziała więcej, niż przeciętny mieszkaniec Auditum.

Być może dlatego zgromadzenie zaniepokoiło się jej postawą. Zimmermann zaczął się zastanawiać, o co im chodziło. Przecież ludzi takich, jak Aniela, mogło być o wiele więcej. Mimo wszystko Ojciec Perduell uznał, że to ona jest największym zagrożeniem dla działania ich wspólnoty. Jego obawy do tej pory się nie potwierdziły, jednak Andrzej nie miał wystarczających dowodów, które zaprzeczałyby postawionej przez kapłana tezie.

On i Aniela wyszli z mieszkania, kierując się w stronę parku. Słońce prześwitywało przez korony liściastych drzew, gdy oboje ruszyli ścieżką przed siebie.

— Co miałaś na myśli mówiąc, że rodzina dała ci wybór? — zaczął w końcu Andrzej, kiedy znaleźli się na mostku nad rzeką.

— Wychowałam się na wsi, tam najważniejsza była praca na roli. Widziałeś kiedyś, jak ludzie reagują na artystę w takim środowisku? Nie jest on zbyt użyteczny — wyjaśniła Aniela, splatając dłonie.

Andrzej nie sądził, by był to jedyny powód, dla którego pojawiła się w Auditum.

Spacerowali razem do późna, rozmawiając o wszystkim i niczym. Po raz pierwszy docenił rozmowę z kobietą. Dotychczas nie rozmawiał, od razu przechodził do czynów. Z Anielą było inaczej, ona naprawdę miała coś do powiedzenia. Czy to właśnie jej wiedza miałaby stanowić wielkie zagrożenie dla zgromadzenia? Im bardziej Andrzej ją poznawał, tym bardziej Aniela wydawała mu się niegroźna, jak wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Nie chciał jednak usypiać swojej czujności.

Odprowadził ją do domu, żegnając przy drzwiach. Spojrzała na niego z uśmiechem, dziękując mu za miło spędzony dzień. Miała nadzieję, że kiedyś jeszcze się zobaczą.

Oczywiście, że się zobaczą. Andrzej nie chciał jednak mówić, w jakich okolicznościach. Jeszcze nie nadeszła pora, by jej to ujawnić.

Wrócił do domu późnym wieczorem. Przebrał się i usiadł przy biurku, biorąc do ręki kawałek drewna. Czasem tylko tak, rzeźbiąc coś swoim nożem, mógł odpocząć od codziennych myśli i skupić się.

Miał nadzieję, że nie daje się ponieść emocjom tylko dlatego, że Aniela okazała się inna, niż początkowo sobie wyobrażał. Może znajdowała się po przeciwnej stronie barykady, ale przecież zawsze mógł ją przeciągnąć na swoją stronę. Osoba o takiej wiedzy musiała coś wnieść tam, gdzie inteligencji brakowało.

Przed północą postawił na stoliku figurkę przypominającą sztalugę, której drewniane elementy skręcił za pomocą śrubek. Uśmiechnął się pod nosem i ruszył w stronę pokoju.

Wkrótce zaczął widywać się z Anielą coraz częściej.

Rozdział VII

Sierpień, rok 1995


On pracował przy łódkach w pewnej przystani, ona znów miała pełne ręce roboty, siedząc nad obrazami. Oboje znaleźli się nad jeziorem. Pracowali w ciszy, jednak ani jej, ani jemu to nie przeszkadzało. Aniela i tak odzywała się tylko wtedy, gdy miała mu do powiedzenia coś ważnego.

Przebywając z nią przez te kilka miesięcy, częściej się uśmiechał. Chociaż nie podobał mu się ani światopogląd, według którego czyjekolwiek cierpienie miałoby mieć sens, ani jej system wierzeń, który odrzucał zemstę i sprawiedliwość wymierzaną ludzką dłonią, obecność Anieli wpływała na niego dziwnie kojąco.

Mężczyzna czuł się inaczej, wiedząc, że pojawiło się w nim odmienne uczucie niż to, które zawsze prowadziło go do mordu. Nie potrafił go jednak nazwać. Nie mógł powiedzieć, by chciał Anielę chronić, ale według zgromadzenia była na tyle niebezpieczna, że musiał mieć na nią oko. Będąc na ziemiach niepodległych pieczęciom Signum Sanguinem, nie mógł wiele zrobić. Poza tym, przy kobiecie cały czas czuwał jej stróż, a Andrzej czuł się dość niepewnie w jego duchowej obecności, nawet jeśli wiedział, że ten byt nie może mu nic zrobić.

Czym stało się jego zadanie? Czy tego właśnie chciał Ojciec, by Andrzej zbliżył się do Anieli w taki sposób? Do czego miały doprowadzić ich wspólne schadzki i rozmowy? Chociaż mężczyzna nie chciał sprzeciwiać się woli kapłana, podejrzewał, że Aniela nie stanowi zagrożenia dla zgromadzenia. Być może znalazła się na terenach podległych, ponieważ szukała inspiracji dla swoich wielowymiarowych obrazów? Nie była raczej zdolna do innych działań. Osoba taka jak ona nie skrzywdziłaby muchy. Była drobna, swoją urodą przypominała nastolatkę. Nawet jeśli posiadała dar, nie mogła go wykorzystać, by zaszkodzić Signum Sanguinem. Nie miała takiej siły.

Andrzej, siedząc na moście z planami łodzi w dłoniach, odwrócił się w jej stronę. Właśnie mierzyła coś kciukiem, trzymając pędzel w dłoni. Mężczyzna poczuł, że uśmiech sam pojawia się na jego twarzy.

Aniela postanowiła zejść ze zbocza i potowarzyszyć mu na moście. Usiadła obok, wpatrując się w jego rysunek techniczny. Ogarnęły ich dźwięki okolicznego lasu, szum liści i śpiew ptaków, czasem przerywany pluskiem wody, w której czaiły się połyskujące ryby.

Dopiero teraz Andrzej dostrzegł złoty medalion znajdujący się na jej szyi. Grawer przedstawiał ptaka, najprawdopodobniej gołębicę, z gałązką oliwną w dziobie. To musiał być znak świątyni, do której duchowo należała. Mężczyzna nie winił Anieli, że mu go nie pokazała. On również nigdy nie powiedział jej o Superbii. Nie mógł zdradzać tajemnic zgromadzenia. Oboje byli o wiele bezpieczniejsi, gdy kobieta nie wiedziała o jego zamiarach względem niej.

Uniósł głowę, czując dreszcz przechodzący mu po plecach.

Nie znajdowali się tutaj sami i nie miał wcale na myśli właścicieli chatki nieopodal jeziora. Mężczyzna wstał, odwracając się w stronę lasu. On i Aniela byli obserwowani. Wyczuwał w okolicy obecność demonów, widział ich cienie przechadzające się pomiędzy pniami drzew i czerwone tęczówki ich właścicieli. Czy to możliwe, by jego współbracia wyruszyli za nim, by go pilnować? Ojciec chyba nie myślał, że Andrzej potrzebuje takich ludzi. A jeśli myślał, to mylił się, i to bardzo.

Andrzej zerknął na taflę jeziora, widząc w odbiciu swojego czarnego stróża. On również był wyczulony na obecność innych. Demony nie tylko szykanowały ludzi, za którymi były posłane, one nienawidziły siebie nawzajem, czasem także tych, którymi mieli się opiekować. Kontaktowały się ze sobą. Każdy z nich walczył o należne mu miejsce. Mężczyzna dobrze o tym wiedział, dlatego trzymał swojego stróża na wodzy. Tym razem jednak mógł go wypuścić, by ten na jego polecenie rozprawił się z innymi. Był wyższy klasą, już nie raz dał radę kilkunastu, zupełnie sam.

Aniela, zaniepokojona zachowaniem mężczyzny, również się podniosła.

— Co się dzieje? — spytała, rozglądając się dokoła.

Andrzej nie wierzył, by jej stróż nie był świadomy tego, co znajduje się wokół. Mimo wszystko nie odpowiedział na pytanie. Dotknął amuletu i zamknął oczy, wypowiadając w myślach słowa, które rozkazywały demonowi wyruszyć na łowy. Jego stróż posłusznie zniknął, by znaleźć się pośród drzew. Wkrótce Andrzej usłyszał donośny szelest liści i czyjejś kroki.

Byli tam, obserwowali go, miał tego świadomość. Zerknął na Anielę.

— Chodźmy stąd.

— Ale… Mamy to wszystko zostawić? — rzuciła zdziwiona kobieta, podążając za nim. Nie zatrzymała się jednak, by zabrać swoje przybory malarskie. On również zostawił wszystkie narzędzia. W tej chwili ich życie było ważniejsze niż rzeczy materialne.

Odczuwał walkę pomiędzy demonami na własnym ciele. Dobrze wiedział, że pozostali również to przeżywali. Byli połączeni ze stróżami duchowym łańcuchem. Andrzej jednak, w przeciwieństwie do nich, nie słabł. Wiedział, że nie bez powodu Ojciec wybrał go do tego zadania. Być może testował go właśnie w tej chwili.

Andrzej zatrzymał Anielę przy głównej drodze prowadzącej do miasta. W okolicy nie było żadnych innych ludzi, jednak on odczuwał obecność niepodległych mu demonów, które zbliżały się nieuchronnie. Jego stróż zatrzymywał je na tyle, na ile mógł. Jeśli je zaatakuje, porani też członków zgromadzenia. W tej chwili Andrzejowi było to na tyle obojętne, by mu na to pozwolić.

Potrzebował czegoś silniejszego, by móc się chronić. Potrzebował Superbii.

Bez słowa wyciągnął amulet spod koszuli i wbił go sobie w lewą dłoń. Kiedy krew spłynęła po jego skórze, poczuł, jak wzbiera w nim siła, którą do tej pory trzymał w ukryciu. W jego szarych oczach pojawiła się czerwień, przemykająca po tęczówce niczym błyskawica. Odwrócił się w stronę lasu.

Wiedział, że dzięki temu jego demon również nabrał sił. Słyszał czyjeś głosy dobiegające z oddali, jakby osoby idące za nim zbliżały się, jednak z wielkim bólem.

Na skraju lasu pojawiły się sylwetki współbraci Andrzeja — dwóch mężczyzn oraz jedna kobieta, z którą kiedyś łączyło go łóżko. Panowie rzucili przed siebie zniszczone płótno oraz rozerwaną sztalugę i kilkanaście narzędzi ciesielskich. Andrzej spojrzał na nich z pogardą. Widział ich z bliska oczami swojego stróża.

— Czyżbyś zmienił front, Andrei!? — krzyknęła kobieta, trzymając w dłoniach amulet. — Chyba nie zapomniałeś o obietnicy złożonej Ojcu?

— Nie, Jezebel. Nie powiesz mi chyba, że postanowiłaś wybrać się na łowy! — wrzasnął Andrzej, nie ukrywając wściekłości. — I to ja sprzeciwiam się Ojcu?

Demoniczna kobieta zaśmiała się, poprawiając swoje długie, ciemne włosy. W jej czarnych niczym węgiel oczach ukazała się złośliwa czerwień.

— Ja na twoim miejscu uważałabym, paniusiu — oznajmiła Jezebel, zerkając na Anielę. — Nie wiesz nawet, do czego zdolny jest Andrei. Nie jesteś jedyna. Musiałabym opowiedzieć ci, co ze mną robił. Wierz mi, że chwilami było bardzo przyjemnie — dodała, wyciągając język.

W tym momencie Andrzej poczuł na sobie spojrzenie Anieli. Kobieta cofnęła się o krok, wpatrując się w niego. W jej oczach nie było przerażenia. Mężczyzna nie wiedział, jak nazwać to uczucie. Być może widział je kiedyś w oczach nieżyjących już rodziców. Zawód? Obawa o przyszłość?

Andrzej pokręcił głową, wieszając swój amulet na szyi. Przywołał demona do siebie. Teraz ta czarna istota wiła się wokół niego i Anieli, jakby chciała osłonić ich ciemną siecią. Aniela stanęła obok niego tak, jakby w ogóle nie była zdziwiona tym, co się dzieje. Gniewnie zmrużyła oczy.

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni swój nóż, rozkładając go w dłoni. W tej samej chwili ostrze przybrało kształt ogromnej, śmiercionośnej kosy, jaka mogłaby należeć tylko do kostuchy. Andrzej stanął przed Anielą, kierując broń w stronę swoich współbraci. Chociaż w tym momencie mógłby ich nazwać raczej przeciwnikami.

— Wycofaj się, Jezebel. Chyba że chcesz, by tobie albo któremuś z twoich popychadeł stała się krzywda — powiedział Andrzej, wpatrując się w schodzących ze zbocza ludzi.

— Ja nigdy się nie wycofuję, znasz mnie — odparła kobieta, ostrzem amuletu rysując coś na swojej dłoni. Pojawiła się przy niej demoniczna postać przypominająca ją samą — była identycznie uwodzicielska i bezkompromisowa.

Andrzej zerknął na Anielę, która w przypływie nagłego bólu złapała się za głowę. Miał wrażenie, że kobieta nie da sobie rady z tym, co właśnie odczuwała. Ten świat nie był jej światem. Nie mogła w nim dobrze funkcjonować. Sprawiała wrażenie słabej psychicznie, ale Andrzej szczerze wierzył w to, że taka nie była.

Jezebel wydała z siebie waleczny okrzyk, po czym skierowała swojego demona na stróża Andrzeja. Mężczyzna ruszył naprzód, ściskając swoją broń w dłoni. Kobieta walczyła za pomocą krótszego sztyletu, który również był w stanie wyrządzić wiele krzywdy, jeśli stanęło się za blisko niego. Gdy oboje ruszyli na siebie, Andrzej zdał sobie sprawę, że Jezebel będzie chciała odwrócić jego uwagę od Anieli, by jej posłańcy mogli zająć się kobietą. Nie chciał do tego dopuścić.

Jezebel, zaskoczona nagłym zwrotem akcji, stanęła w bezruchu, gdy Andrzej odwrócił się i pobiegł z przeciwną stronę, unikając jej. Schował swój nóż do kieszeni i w biegu chwycił Anielę za dłoń, ciągnąc ją za sobą. Kobieta nie sprzeciwiła się, biegła razem z nim. Dotrzymywała mu kroku, kiedy brnęli przez las, unikając ostrzy biegnących za nimi ludzi. Pod ich stopami znajdowały się połamane gałęzie i zwiędnięte liście. Nad nimi — tarcza demona posłusznego Andrzejowi, który, o dziwo, wcale się nie buntował.

Zatrzymali się kilkadziesiąt metrów dalej, przy pewnej kapliczce, która znajdowała się blisko głównej drogi. Stróż Andrzeja na powrót ukrył się w amulecie, wchłaniając do środka całą Superbię. Aniela oparła się o płotek. Gdy w końcu złapała oddech, podniosła się i spojrzała na Andrzeja z wyrzutem. Zacisnęła usta w cienką linię.

Uniosła dłoń i potarła je kilka razy, jakby chciała wymazać ślady ich wspólnych pocałunków, jakiegokolwiek dotyku. Mężczyzna zerknął na nią pobłażliwie.

— Ścigają nas, ponieważ weszliśmy na ich teren — odparł po chwili, rozglądając się dokoła.

— Nas!? — Aniela podniosła głos. — To ciebie szukają, jesteś jednym z nich! Wiedziałam o tym od chwili, w której cię poznałam. Nie myliłam się.

— A mimo wszystko byłaś ze mną… — Urwał, odwracając się w jej stronę. — Moje kłopoty zaczęły się, kiedy pojawiłaś się na tej ziemi. Co cię tu sprowadziło?

— Przeczucie — odparła kobieta, wpatrując się w niego z irytacją. — Wiem coś o tajemniczych zaginięciach ludzi z Auditum i okolic. Wasza sekta jest za nie odpowiedzialna.

— Czy pójdziesz donieść na nas strażnikom? Na pewno uwierzą w twoją opowieść o demonach i aniołach — zaśmiał się Andrzej, pukając ją w czoło. Odtrąciła jego dłoń.

— Nie masz pojęcia, do czego zdolne jest Signum Sanguinem — kontynuował, tym razem już poważnie. — Sam mógłbym roznieść cię na kawałki, gdyby Ojciec wydał mi takie polecenie.

Aniela spojrzała na niego z politowaniem.

— Mój Ojciec dał mi wolną wolę. Twój ci ją odebrał. Nie masz pojęcia, za czyim głosem podążać. Naprawdę wierzysz w przeznaczenie? Musiałeś przejąć to krwawe dziedzictwo po swoich rodzicach?

Andrzej zamilknął. Czy naprawdę wiedziała o nim więcej, niż mógłby przypuszczać?

— Skąd… — zaczął, jednak Aniela położyła mu palec na ustach.

— Nie ty jeden masz dar — odparła, a na jej twarzy przez chwilę pojawił się uśmiech. — Jeszcze nie wszystko stracone. Możesz wrócić na dobrą drogę. Musisz tylko pozwolić działać tym, którzy wiedzą, jak ci pomóc.

Mężczyzna odwrócił się, nie chcą spoglądać jej w oczy.

— Jeśli chcesz żyć, wynoś się stąd. Odejdź z Auditum.

— Nie, proszę cię…

— JUŻ! — ryknął, wyciągając swój nóż. Zatrzymał ostrze tuż przed jej twarzą. — To moje ostatnie ostrzeżenie. Oni zaczęli cię ścigać. Jeśli jeszcze raz znajdziesz się na naszych ziemiach, zabiją cię albo… Zrobię to ja.

Aniela wpatrywała się w niego przez długi czas, póki nie opuścił ostrza. Wkrótce z jej oczu popłynęły łzy. W końcu otarła je rękawem swetra i odsunęła się od Andrzeja.

— Myślałam, że mogę cię kochać. Ale ty na to nie pozwalasz… — powiedziała jeszcze, zerkając na niego przed odejściem.

Andrzej spoglądał na jej znikającą w cieniu drzew sylwetkę. Odwrócił się do niej plecami i ruszył w przeciwną stronę w poszukiwaniu śladów Jezebel i jej współtowarzyszy. Uniósł amulet, wypuszczając swojego demona. Stróż natychmiast wskazał mu drogę prowadzącą do członków zgromadzenia.

Nie wierzył w to, że wysłał ich Ojciec. Jezebel często sama podejmowała takie wyzwania, by popisać się swoją mocą. Ona i jej dwa popychadła zawsze zazdrościły mu miejsca zajmowanego przy fotelu najwyższego kapłana. Andrzej uznał, że nie będzie ich za to zabijał. Jeszcze nie.

Myślałam, że mogę cię kochać. Ale ty na to nie pozwalasz…

Aniela nie miała racji, nie umiała rozpoznać swoich emocji, kiedy była przy nim. Owinął ją sobie wokół palca, a teraz musiał ją odepchnąć. Był na to przygotowany. Chociaż Ojciec spodziewał się po nim innego zachowania, Andrzej postanowił odsunąć kobietę od zgromadzenia. Skoro została zraniona, powinna dać sobie spokój z podążaniem jego śladem. Wcale jej nie kochał, jego głównym uczuciem była żądza mordu. Zorganizował tę farsę po to, by zyskać jej zaufanie, poznać ją, jej dar i motywy. Gra pozorów skończyła się, zastąpiła ją ponura rzeczywistość, on był jej panem i twórcą.

Dlaczego więc coś w jego wnętrzu mówiło mu, że tym razem nie ma racji?

Pokręcił głową, wyzbywając się tych myśli. To musiał być wpływ tamtej chwili. Andrzej nigdy nie kochał żadnej kobiety.

Rozdział VIII

Wrzesień, rok 1995


Andrzej po raz kolejny mijał dom, w którym mieszkała Aniela. W oknach nie paliły się światła, wobec tego mieszkanie stało się pustostanem czekającym na wynajem. Poznikały jakiekolwiek oznaki tego, że Aniela mogła tam kiedykolwiek przebywać. Mężczyzna nie wiedział, gdzie jest. Stracił z nią jakikolwiek kontakt, ale przecież… Sam tego chciał. Wszelkie wspomnienia z jej udziałem, jakie posiadał, powoli się zamazywały. Zastępowała je tylko gorycz, którą chciał zniwelować, łatając dziury w swojej egzystencji pracą na rzecz zgromadzenia, zabawą z innymi kobietami. Nie potrafił jednak cieszyć się z tego tak, jak kiedyś — o ile cieszył się ze spółkowania kiedykolwiek. To szczęście mijało tak szybko, jak się pojawiało, gdy tylko organizm uspokajał się, a oddech wracał do normy. Dlaczego biologia mu nie służyła, czym było to dziwne uczucie pustki, którego doświadczał? Pragnął wypełnić tę lukę czymś silniejszym niż Superbia, której działanie nie dawało mu żadnego zaspokojenia.

Po rozstaniu z Anielą dowiedział się, że pomysłodawcą niedawnego pościgu za nim i kobietą był sam Ojciec. Jezebel, jego najwierniejsza córka, robiła wszystko, co jej nakazano. Z polecenia Ojca poddała się rytuałowi, straciła osłonę niewinności. Jej arogancja i buńczuczność zaprowadziły nad przepaść niejedną osobę, zazwyczaj byli to mężczyźni. Andrzej nie lubił z nią współpracować. Ona i osoby, którymi się otaczała, były głośne, mało inteligentne i zbyt rubaszne, nawet jeśli wychowano go wśród takich ludzi, nienawidził ich całym sobą.

Mężczyzna znalazł się w pracowni. Położył torbę z narzędziami na stół i odwrócił się w stronę ściany, na której wisiał obraz, który dostał kiedyś od Anieli. Podszedł do niego i położył dłoń na płótnie, przejeżdżając palcami po wypukłościach pozostawionych przez farbę. Gdy to zrobił, poczuł na skórze nieprzyjemne mrowienie, ładunek elektryczny przeszedł mu po palcach. Andrzej odsunął się od obrazu, wpatrując się w niego jak zahipnotyzowany.

Czy nie powinno go dziwić, że kobieta będąca tak upartą i dążącą do wymarzonego celu istotą zniknęła tak szybko, jak się pojawiła? Czy to możliwe, by odpuściła tylko dlatego, że ją przegonił? Jej słowa, gesty, zachowanie — one nigdy nie wskazywały na to, by szybko się poddawała. Dlaczego więc nie daje znaku życia?

Andrzej spuścił głowę, wpatrując się w ziemię. Dlaczego się tym przejmował? Ludzie spotykają się i odchodzą, pożądają się i zdradzają, dlaczego właśnie jego miało to martwić.

Machnął ręką na obraz tak, jakby chciał przegonić swoje przemyślenia. Zamarł, widząc, jak płótno rozdziera się na jego oczach. Widział, jak zwisało na drewnianym wzmocnieniu, sączyła się z niego szkarłatna maź. Andrzej pokręcił głową z niedowierzaniem. Czyja krew spływała właśnie po podłodze jego pracowni, zabarwiając wszystko, co miała na swojej drodze? Czy to, co widział, działo się naprawdę?

Zamknął oczy. Po kilku sekundach otworzył je ponownie. Wizja krwi i rozdartego obrazu zniknęła. Andrzej dotknął malunku jeszcze kilka razy, jednak nic się z nim nie działo. Płótno było w całości, malowidło nadal przedstawiało zachód słońca.

— Co się ze mną dzieje? — zapytał na głos, nie bardzo wiedząc, do kogo ma skierować to pytanie.

Obrócił się na pięcie i stanął przed korkową tablicą, do której miał poprzyczepiane kartki z informacjami na temat kolejnych projektów. Westchnął ciężko. Był sam, zupełnie sam. W tej chwili nie czuł nawet obecności swojego demona. Wokół panowała pustka, gorsza od wszelkiego bólu, jakiego kiedykolwiek doświadczył.

Aby zająć czymś myśli, postanowił pracować. Szukając swojego ołówka, natknął się na miniaturkę sztalugi, którą sam kiedyś wykonał. Zacisnął zęby i cisnął nią w kąt. Figurka rozleciała się na kawałki pod wpływem jego siły. Mężczyzna usiadł przy stole i wziął do ręki kartkę oraz ołówek.

Nie zauważył, kiedy za jego plecami pojawił się dym przypominający cień, który powoli przerodził się w postać zbliżającą się do niego w całkowitej ciszy. Andrzej odłożył przybory i uniósł kartkę, by przyjrzeć się szkicowi. W tym samym momencie zobaczył coś ciemnego na białym papierze.

Ostrze sztyletu poszybowało w jego stronę, kiedy przewrócił taboret, odskakując od stołu. Wyciągnął z kieszeni swój nóż, broniąc się przed kolejnym ciosem. Jego siła rozwiała wszystko to, co znajdowało się dokoła. Andrzej uniósł wzrok, z wściekłością zerkając na swojego rywala.

Jezebel.

Odepchnął sztylet kobiety, chcąc ją ugodzić w miejsce, gdzie na szyi wisiał amulet. Uniknęła ciosu, z gracją obracając się wokół własnej osi. Skoczyła na stół znajdujący się za nią i stanęła nad Andrzejem. Mężczyzna otarł policzek, na którym pojawiła się mała szrama.

— Czego tu szukasz? — warknął, wpatrując się w Jezebel z wściekłością. Kobieta spojrzała na niego z enigmatycznym uśmiechem na ustach.

— Przyszłam odebrać ci funkcję, Andrei — oznajmiła, kładąc jedną dłoń na biodrze.

Mężczyzna zmrużył oczy i pokręcił głową w geście niedowierzania.

— Pierdol się.

— Niedobry chłopiec. Nie jesteś już prawą ręką Ojca — odparła grzecznie Jezebel, zeskakując z blatu. — Wciągnęły cię ludzkie sprawy. Zwątpiłeś w słowa najwyższego kapłana. Nie potrzebujemy słabych w szeregach zgromadzenia. Bierzcie go, chłopcy.

Najwyższy kapłan zarządził eliminację niepokornych.

Nim Andrzej zdążył się zorientować, przez jego ciało przeszły dwie ciemne istoty. Sprawiły, że zabrakło mu tchu. Nie miał siły unieść dłoni, by się bronić. Czuł, jak wszystkie jego wnętrzności się gotują, jakby same chciały krzyczeć. Upadł na kolana, kaszląc krwią. W tym czasie Jezebel podeszła do niego, zrywając mu amulet z szyi. Ścisnęła go w swojej dłoni, rozkruszając szkło, a cała Superbia znalazła się w jej posiadaniu.

Mężczyzna uniósł się z bólem, przyzywając swojego demona. Nie miał jednak nad nim żadnej władzy. Demon był teraz posłuszny kobiecie. Kosa śmierci znów stała się zwykłym, ziemskim nożem. Jezebel zaśmiała się, widząc daremne próby Andrzeja, po czym pchnęła go na ścianę. Mężczyzna uderzył w tablicę korkową czując, jak pinezki wbijają się w jego plecy.

Siła Jezebel mogłaby zmiażdżyć człowieka, pozostawiając z niego tylko krwawą plamę. Andrzej upadł na stół, znów staczając się bezwładnie na ziemię.

— Nasz Mistrz pokonał człowieka w raju. To samo zrobi z nim na ziemi — powiedziała Jezebel, pochylając się nad mężczyzną.

Andrzej zdążył ujrzeć jej niegdyś uwodzicielski uśmiech oraz dwie sylwetki, które pojawiły się obok kobiety, tym razem zdecydowanie bardziej ludzkie. Później czuł już tylko ból. Światło migającej żarówki w jego pracowni powoli znikało w ciemności.

Rozdział IX

…1995


Ciemność trwała wiecznie. Z oddali dochodziły jakieś ciche dźwięki. Stukanie, chlupot wody. Trzask. Kilka trzasków. Oddech. Jeden, drugi. Łapany uporczywie, z trudem. Światło.

Andrzej otworzył oczy, kaszląc. Minęło kilka chwil, nim zauważył, co z nim zrobiono. Stał przypięty do jakiejś machiny, która kontrolowała jego funkcje życiowe. Widział wiele ran na swoim ciele.

Gdzie się znajdował?

Odwrócił głowę w lewo i prawo. Zdaje się, że to jakiś tunel. Słabe światło wpadało do ogromnej rury prowadzącej nie wiadomo dokąd. Czy to był księżyc? Mężczyzna próbował się ruszyć, jednak więzy mu na to nie pozwalały. Szarpnął kilka razy. Poczuł ogromny ból w okolicach klatki piersiowej.

Co oni mu zrobili? Jak długo go tu trzymali? Który to dzień? Miesiąc?

Krzyknął z całej siły, chcąc zorientować się, czy ktoś jest w pobliżu. Nikt mu nie odpowiedział. Wrzasnął jeszcze raz. W okolicy rozległ się tylko jakiś stukot.

Ktoś się zbliżał. Mężczyzna odwrócił głowę, widząc ciemną postać stojącą na końcu przejścia. Sylwetka powoli się powiększała. Widząc szerokie ramiona i szramę na twarzy, Andrzej domyślił się, że to jedno z popychadeł Jezebel.

Mężczyzna stanął przed nim, ściskając swój amulet. W tej sposób kontaktował się z demonem. Andrzej chciał wiedzieć, co było teraz przekazywane do wiadomości Ojcu. Odkąd nie miał na sobie amuletu, był niemal bezsilny. Pozostała mu tylko ludzka siła, niewspółmierna do demonicznej.

Andrzej poczuł, jak na jego nadgarstkach zaciska się coś oślizgłego i sunie po jego ramionach. Miał wrażenie, że zaraz wyssie z niego wszystkie siły. Nie mylił się. Ból, który w tamtej chwili odczuł, był nie do zniesienia. Zabiłby się, gdyby tylko mógł. Nie miał jednak władzy nad tym, co robił, odkąd odebrano mu Superbię.

Stracił panowanie nad sobą. Wiedział tylko, że jego ciało jest wyciągane z żelaznych okuć. Wola nadal była uwięziona. Chociaż oczy widziały, on sam nie reagował.

Wyciągnięto z niego duszę.

Światła migotały, kiedy ciało Andrzeja posłusznie stanęło przy pozostałych członkach zgromadzenia, którzy właśnie kierowali się do wyjścia z tunelu. Podobnie jak on, nie byli w pełni świadomi swoich ruchów. Superbia, której dawki nie mogli teraz kontrolować, płynęła w ich żyłach, czyniąc ich poddanymi — poddanymi wszelkich żądz, jakie tylko mogły istnieć na ziemi, a w szczególności — żądzy mordu.

Ciało mężczyzny ruszyło razem z pozostałymi. Blaski oświetlały popękaną skórę członków zgromadzenia oraz tych, którzy do niego nie należeli. Wokół nich znajdowały się tylko mury zamczyska. Na gałęziach drzew oraz leżących gdzieniegdzie deskach usiadły kruki, obserwując to niezwykłe widowisko.

Oczy Andrzeja skierowały się na postać Ojca Perduella stojącą w okręgu na środku zamkowego placu. Na jego zmieniającą się w pobłyskach płomieni ognia twarz padało światło księżyca, mimo że cały czas próbował ukryć ją pod kapturem. Kapłan trzymał w dłoni swój amulet, oczekując na przybyłych. Ciało Andrzeja zostało zatrzymane razem z ciałami pozostałych niepokornych.

Pośród aktywnych członków zgromadzenia czaiła się Jezebel. Kobieta przemykała pomiędzy zebranymi, przypatrując się całej sytuacji. W końcu stanęła przy najwyższym kapłanie, składając mu pokłon. Wskazała dłonią na ciało Andrzeja oraz pozostałych uprowadzonych. Ojciec Perduell skinął głową. Na jego twarzy pojawił się demoniczny uśmiech.

W tłumie zadrżało kilka głosów. Nie wszyscy zgromadzeni tu ludzie należeli do Signum Sanguinem. Zostali uprowadzeni.

Ludzkie oczy wpatrywały się w ogień płonących pochodni trzymanych przez członków zgromadzenia. Przerażenie sięgało zenitu. Demony znajdujące się w okolicy oczekiwały na swojego największego Pana, który po raz kolejny miał narodzić się w ciele Perduella, potężniejszy niż kiedykolwiek.

Potrzebowali własnych ludzi. Najsilniejszych, najbardziej oddanych członków, którzy postanowili złożyć swoje życie w ofierze.

Ojciec Perduell zaczął wypowiadać słowa brzmiące jak klątwa rzucana na przybyłych. Ludzie odczuwali ból, który przechodził od ich głowy aż po stopy. Nie mogli się ruszyć. Mogli tylko krzyczeć. Wkrótce przestali szamotać się, walczyć. Stali się tylko ciałami. Niewielu pozostało prawdziwie żywych. Lecz na nich również przyjdzie pora, gdy kapłan nabierze sił, kosztując zemsty na niepokornych.

Wokół bezwładnie stojących ciał oczekujących na egzekucję zapłonął ognisty krąg, który otoczył ich z każdej strony. Świadomi jeszcze ludzie zaczęli się obracać. Nie mieli dokąd uciec. Członkowie zgromadzenia obserwowali ich, jednak powoli przechodzili w trans, który pozwalał im pochłaniać siły z przerażenia niewinnych istot.

Ciało Andrzeja oraz paru innych osób zostało zmuszone do tego, by wpajać innym Superbię, przeprowadzając ich przez próbę ognia. Ludzie szli jeden za drugim, wyrywając się ostatkami sił. Nie mieli jednak energii, by przeciwstawić się złu, które powoli pochłaniało to miejsce.

Wolna wola w postaci duchowego dymu powoli wychodziła z porwanych, kierując się w stronę Ojca Perduella stojącego na środku okręgu. Mężczyzna uniósł dłonie, chciał zagarnąć wszystkie dusze dla siebie. Demony panoszące się wokół zaganiały je w stronę jego amuletu. Superbia znajdująca się w nim nabierała coraz to bardziej szkarłatnego koloru, bowiem teraz nie przepełniała tylko kryształu, ale też ciało mężczyzny.

Wydawało się, że księżyc zbladł, widząc to. Schował się za chmurami, gdy pod jego świetlistym okręgiem płynęła ludzka krew.

Ciało Andrzeja pchało w ramiona demonów kolejne osoby. Nie miało pojęcia, że zakończeniem rytuału będzie jego własna śmierć, że spłonie żywcem wśród płomieni.

Wśród krzyków i słów wypowiadanych przez członków zgromadzenia oraz najwyższego kapłana niesłyszalny był jeden, buntowniczy głos, który zaginął pomiędzy tym, co rzeczywiste, a tym, co nieludzkie. Delikatny szept przerodził się w coś o wiele potężniejszego.

Dłoń Andrzeja złapała za nadgarstek kobiety, która właśnie została pchnięta w stronę płomieni. Uszy mężczyzny wyłapywały jakiś dźwięk poza tym, który dochodził zza jego pleców. Jednak świadomość Andrzeja nadal była za murem nie do przebicia. Beznamiętny uścisk sprawił, że kobieta zaczęła ronić łzy. W końcu z jej ust wydobył się krzyk.

— Zatrzymaj się, niech nie giną niewinni ludzie!

Lecz to nie krzyk sprawił, że oczy zniewolonego ciała skierowały się na kobietę, a to, co miała na swojej szyi. Medalion, a na nim gołębica z gałązką oliwną w dziobie.

Zbudziły się wspomnienia.

Ona, uśmiechnięta, uciekająca przed nim na łące. On, pełen sił, biegnący za nią. Oni, upadający w końcu pośród traw. Ciepło jej ciała i delikatność jej głosu. Jego świadomość. Świadomość tego, że łączy ich coś więcej, niż tylko cielesność. Świadomość tego, że ona jest realna. Świadomość tego, że doświadczył miłości.

Świadomość.

Nie było już tylko ciała. Wrócił duch, który odnalazł swoje miejsce w pustce.

Andrzej odtrącił od siebie Anielę i rzucił się na jednego z członków zgromadzenia, wyrywając mu amulet. Krąg został przerwany. Ludzie wpadli w popłoch, rozbiegając się po całym terenie. Andrzej zamachnął się i uderzył strażnika w głowę.

Płomienie osłabły. Wydawało się, że nie mają już tak wielkiej siły.

Demony rzuciły się, by wstąpić w uciekających, jednak nie mogły przebić się przez chroniącą ich barierę wolnej duszy. Wracały więc do swoich właścicieli.

Andrzej pobiegł przed siebie, uderzając w łańcuch okalający bramę. Nie wiedział, skąd ma siłę, jednak udało mu się zerwać metalowe okucie. Świadomi wszystkiego porwani ludzie zaczęli uciekać. Aniela podbiegła do niego, jakby próbowała go przed czymś ostrzec. Upadła, pchnięta na ziemię potężnym podmuchem wiatru. Stoczyła się po zboczu, lądując poza zasięgiem oczu atakującego.

Mężczyzna odwrócił się, widząc, jak demony atakują swoich właścicieli. Tylko jedna osoba nie była na to podatna. Jezebel. Demon znajdował się w niej od początku istnienia. Kobieta biegła przed siebie w szaleńczym tempie, chcąc dopaść Andrzeja. Rzuciła się na niego.

Nie wiedział, co powstrzymało Jezebel. Usłyszał huk, zupełnie tak, jakby ktoś rzucił butlę z gazem w stronę ognia. Światłość rozbłysnęła w ciemności, rażąc swoim blaskiem w oczy. Demoniczna osłona kobiety rozpadła się, a krzyk podległych jej demonów przeszył uszy uciekających ludzi. Gdy demony wróciły do Ojca Perduella, Jezebel była już martwa.

Najwyższy kapłan posiadł wszystkie demony, które opuściły amulety członków zgromadzenia. Jego siła nie miała sobie równych, gdy zbliżał się w stronę Andrzeja. Wszystko to, co znajdowało się na jego drodze, umierało.

Andrzej wycofywał się powoli. Nie miał jak się bronić. Nie mógł się poruszać. Jego ciało zdrętwiało, a demon już nie był mu posłuszny. Towarzyszył teraz Ojcu, który szedł ku niemu nieuchronnie, płonąc w gniewie. Cienie otaczały go z każdej strony.

Mężczyzna spojrzał na niego z powagą. Chociaż wcześniej tego nie zauważył, Perduell… zataczał się. Szedł tak, jakby nie był do końca pewien swoich kroków.

Nagle Andrzej zrozumiał. Ostatnia noc października, święto Samhain, noc największej ofiary. Najwyższy kapłan płonął, naprawdę się spalał. Nie zachowywał się jednak jak normalny człowiek, ponieważ nie był człowiekiem, lecz demonem ukrytym w człowieczej powłoce. Tak wypełniały się słowa klątwy, jakie wypowiedział do ludzi: Śmierć wszystkim tym, którzy sprzeciwiają się woli Mroku.

Perduell był największym zdrajcą z nich wszystkich.

Andrzej czekał na niego, stojąc w bramie. Pomimo tego, co zaraz miało się wydarzyć, na jego ustach pojawił się uśmiech. Jeśli zginie, zrobi to dla kogoś, dla kogo warto było się poświęcić.

Kątem oka zobaczył Anielę, która wyglądała tak, jakby chciała mu pomóc, jednak ktoś pociągnął ją do tyłu. Rozległ się krzyk. Andrzej nie czuł już bólu. Słyszał tylko szept Perduella.

Przeklęte niech będzie wasze życie. Przeklęte niech będzie wasze dziecko. Jego krew zostanie zatruta, a jego życie naznaczę śmiercią i wiecznym bólem, ponieważ ośmieliłeś przeciwstawić się przeznaczeniu, Andrei.

Błysnęło światło. I zgasło. Świat ogarnęła ciemność.

Rozdział X

Październik, rok 1995


Nie możemy przerwać egzorcyzmu.

JEGO CIAŁO JEST MOJE!

Jedynym antidotum na Superbię jest Humilitas.

JEGO CIAŁO JEST MOJE! PRECZ!

Podnieście się. Weźcie krucyfiks i wodę z naczynia.

PRECZ, ZABIERAJ TO! WEŹ TO Z MOICH OCZU!

W imieniu Wszechmogącego Pana, każę ci wypowiedzieć swoje imię!

WEŹ TO SPRZED MOICH OCZU, SŁYSZYSZ!?

Podaj mi swoje imię, demonie!

Andrzej tonął w bólu. Siedział w klatce tyle lat, myśląc, że właśnie takie życie da mu szczęście. Więc tak wyglądało piekło. Działając pod wpływem Superbii, zapewne na nie zasłużył.

Jego ciałem miotały siły, których nie był w stanie powstrzymać zupełnie sam. Walczył z kimś, uderzył kogoś, rozerwał komuś szaty, rzucił kogoś na ziemię. Ktoś płakał. Ktoś inny wypowiadał nieznane mu słowa. Ktoś klęczał. Inni ledwo stali.

Słyszał głosy, ale nie wiedział, do kogo należą. Nie istniał. Nie tak, jak tego chciał. To nie on patrzył, to ktoś używał jego oczu, by widzieć świat.

Twoje imię, demonie!

SALIGIA.

W imieniu Najwyższego Stwórcy, który jest Panem wszelkiego stworzenia, każę ci opuścić to ciało! Vade retro!

Czarna powłoka, gęsta jak smoła, zeszła z jego oczu. Opuściło go poczucie ciężkości. Spadał z wysokości, na której się unosił, wydostał się z otchłani, w której tonął. Oddychał.

Świat był piękniejszy, niż go zapamiętał. Z barw został ściągnięty kurz, który je pokrywał. Niemal niewidoczna folia pokryta pęknięciami zupełnie się zsunęła, ukazując mu nowe życie.

Andrzej leżał na zimnej posadzce, czując, jak światło wiszące na suficie razi go coraz bardziej. Nim naprawdę zorientował się, gdzie jest, minęło wiele ciężkich chwil. Słyszał tylko czyjąś modlitwę i oddech oznajmujący mu, że nadszedł czas spokoju. Ktoś odczuł wielką ulgę.

Jacyś ludzie pomogli mu usiąść. Był wycieńczony. Nie miał sił. Pot ściekał po jego ciele niczym woda. Bolała go każda część ciała. W jego głowie nie kłębiły się jeszcze żadne myśli dotyczące tej sytuacji. A jednak… Pustka, którą odczuwał, została zastąpiona czymś, co dało mu ciepło. Nie istniał już chłód, który niegdyś go otaczał.

Mężczyznę otoczyło kilku innych, mniej więcej trzydziestoletnich osobników. Mieli na sobie jasnobrązowe szaty przewiązane kremowymi sznurami. Nie nosili kapturów, a na ich łagodnych twarzach malował się uśmiech, uczucie ulgi. Dwóch miało krótkie ciemne włosy i ciemne oczy ukryte za okrągłymi okularami, jeden był blondynem o oczach jasnych jak poranne niebo.

Nagle Andrzej poczuł, że ktoś go ściska. Poczuł czyjś dotyk. Rozpoznał go niemal od razu.

Aniela wtulała się w niego, płacząc. Objął ją tak, jak umiał, ostatkiem sił.

Uniósł głowę, widząc, jak mężczyźni zgromadzeni w sali czekają na jego reakcję.

— Gdzie ja jestem?

— Chwała Panu — odparli, spoglądając po sobie.

Aniela odsunęła się od Andrzeja, zerkając w jego oczy.

— To Mikael, Rafael i Gavriel, bracia, do których należą ta świątynia i zakon — wyjaśniła.

— Co się ze mną działo? Gdzie byłaś? Dlaczego ja…

— Odpocznij — przerwała mu kobieta, uśmiechając się. — Obiecuję, że wszystko ci opowiemy, gdy tylko nabierzesz sił. Za tobą… Za nami jest kilkanaście męczących godzin.

— I to jeszcze nie koniec — rzucił jeden z braci, trzymając w dłoni krucyfiks. — Musimy być gotowi na wszystko, Anielo.

Kobieta skinęła głową. Odwróciła się w stronę Andrzeja.

— Wasz najwyższy kapłan zarządził morderstwo niepokornych członków sekty. Jezebel nie żyje. Ludzie, których porwali twoi pobratymcy… Nie jesteśmy pewni, co się z nimi stało.

Mężczyzna wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Skąd ona to wszystko wiedziała?

— Co to za miejsce, skąd się tu wzięłaś?

— Powiedziałam ci już, świątynia należy do braci. Ściągnęliśmy cię tutaj, zanim wasz kapłan cię odnalazł. Andrzej, on chciał cię zabić, nie widzisz tego? To jedyne, co potrafi Signum Sanguinem. Nie możesz być jego częścią.

Mężczyzna przypomniał sobie słowa najwyższego kapłana zgromadzenia.

Przeklęte niech będzie wasze życie. Przeklęte niech będzie wasze dziecko. Jego krew zostanie zatruta, a jego życie naznaczę śmiercią i wiecznym bólem, ponieważ ośmieliłeś przeciwstawić się przeznaczeniu, Andrei.

Spojrzał na Anielę. Nie, to niemożliwe. Czy najwyższy kapłan sekty znał ich przyszłość, czy chciał na nią wpłynąć?

— Co się stało z Perduellem?

— Zniknął — odparła Aniela, zaś na jej twarzy pojawiło się zmartwienie. — Zupełnie tak, jakby demony zabrały go ze sobą. Nie mamy nawet pojęcia, gdzie podziali się członkowie Signum Sanguinem. Gdy piekielne płomienie zniknęły, ci ludzie również. Chyba że… Nigdy ludźmi nie byli.

Andrzej wpatrywał się w Anielę bez słowa. Kobieta pomogła mu wstać, po czym zaprowadziła go do izby obok, gdzie znajdowało się łóżko złożone z drewnianych desek i materaca. Pokój musiał należeć do któregoś z braci.

— Musimy cię ukryć, póki nie skończy się noc. Oni będą cię szukać.

— Nie mogę tutaj zostać.

Aniela uśmiechnęła się, delikatnie przeczesując dłonią jego krótkie, czarne włosy.

— Tu jesteś bezpieczny, przynajmniej na razie…

— Nie, nic nie rozumiesz — przerwał jej łamiącym się głosem. — Jestem mordercą. Tu nie ma miejsca dla takich jak ja. Pewnych rzeczy nie da się wybaczyć.

— On wybacza — uśmiechnęła się Aniela, wskazując na swój medalion. — Musisz tylko zaufać.

Kazała mu odpocząć. Mężczyzna położył się na łóżku, wpatrując się w sufit. Ona usiadła obok, czekając, aż zaśnie.

Jego sen nie był spokojny. Miał koszmary. Wiele razy budził się, wypatrując w ciemności Ojca, który miałby go zabić. Wydawało się jednak, że w murach świątyni nic mu nie grozi. Zastanawiał się, co sprawia, że są tak silne. Sama obecność Anieli dawała mu spokój. Nigdy nie podejrzewałby, że tak drobna kobieta może tyle wnieść do jego życia. Życia, którego pustoty wcześniej nie zauważył.

Bracia byli niezwykle wyrozumiali. Czuwali nad nim razem z Anielą. Miał wrażenie, że się modlili, ale on sam nie potrafił. Nigdy nie uznał siły kogoś większego niż najwyższy kapłan.

— Tylko jedna rzecz może pomóc — szepnęła kobieta, odwracając się w stronę braci.

— Nie mówisz chyba o sakramencie złączenia dusz.

Aniela skinęła głową. Bracia spojrzeli po sobie ze smutkiem.

— Anielo, obawiam się, że to niemożliwe. Nie możesz się tak narażać. Nie możesz narażać życia swojego i bliskich… Dobrze wiesz, jakie słowa skierował do Andrzeja Perduell. On wie o wszystkim, co ma się wydarzyć wam i…

— Takie jest moje powołanie, bracie Mikael — przerwała mu Aniela. — Do tego zostałam wezwana. Jestem na to gotowa. Ratunkiem dla tej zagubionej duszy jest miłość, tylko ona będzie mogła ją ocalić. Kocham go. I nie mam zamiaru go opuścić.

Jedynym antidotum na Superbię jest Humilitas.

Pokora. To ją zawsze przedstawiała Aniela.

Andrzej poczuł, że po raz kolejny coś każe mu wyrządzić ludziom krzywdę. Dlaczego z jego ciałem działo się to, na co nie miał wpływu? Czy wszystko zależało od amuletu, który kiedyś na sobie nosił? Nie mógł być niczyją marionetką.

— Demon wrócił — powiedział z powagą jeden z braci. — Rafael, Gavriel, pomóżcie mi.

Ciało Andrzeja było teraz silniejsze od trójki mężczyzn. Trzymali go, próbując zająć się demonem, który znów się pojawił.

Gdy bracia chcieli powstrzymać demona przed rozdarciem ich szat i zniszczeniem całego pomieszczenia, Aniela ściągnęła z szyi medalion, w środku którego znajdował się specjalny olejek. Spojrzała na brata Mikaela. Skinął głową, udzielając jej zgody na dalsze działanie. Nałożyła sobie nieco olejku na czoło, po czym podeszła do Andrzeja, który wciąż się miotał.

— Na mocy nadanej mi władzy, orzekam o prawdziwości sakramentu złączenia dusz. Gdyby ktoś ośmielił się zaprzeczać jego ważności, niech będzie wyklęty — mówił głośno brat Mikael, gdy demon w ciele Andrzeja próbował protestować, wyrywając się.

— Przyrzekam bronić naszej wolności i stanąć w prawdzie przed wybrankiem, gdy nadejdzie czas na wypełnienie słów Księgi Światła — mówiła Aniela. — Albowiem nie może Zło rozdzielić tego, co złączyła Prawda.

— Amen — powiedzieli chórem bracia.

W tej samej chwili Andrzej wyrwał się braciom, rzucając się na Anielę. Przygwoździł ją do ziemi, chcąc udusić. Bracia nie mieli do nich dostępu, jakby osłaniało ich jakieś niewidoczne pole.

Wydawało się, że Aniela nie jest zaskoczona tym atakiem. Zdołała dotknąć czoła Andrzeja palcem, na który wcześniej nałożyła trochę olejku znajdującego się w medalionie.

Andrzeja odrzuciło na bok, jakby jakaś niewidzialna siła chciała uchronić Anielę przed jego ostatecznym ciosem. Mężczyzna stracił przytomność.

Chociaż nie mógł wiedzieć, co dzieje się w świecie ludzi, widział, co dzieje się w świecie dusz. Podczas gdy on siedział w mroku, w oddali zaczął dostrzegać pulsujące światło. Punkt powiększał się z każdą chwilą, podchodząc do niego. W końcu mężczyzna zdał sobie sprawę, że mrok starał się przysłonić to światło, jednak nie dawał mu rady. Powoli przezwyciężało panującą wokół ciemność.

W pewnym momencie Andrzej miał już świadomość, że nie jest odosobniony. Ktoś trzymał go za rękę, czuł tę obecność nawet w duchowym świecie. Obecność światła była tak silna, że nie mógł już zanegować jego istnienia. Nie mógł też powiedzieć, że pokona siedzącego w nim demona zupełnie sam.

Staję dziś przed Tobą, obmyj mnie z wszelkich niegodziwości, bo uznaję moją nieprawość, a przewinienia moje zawsze przed mymi oczyma. Zrodzony jestem z przewinień, ale naucz mnie, jak podążać za Twoją Prawdą. Przywróć mi radość i ocal mnie od rozlewu krwi. Ty bowiem nie żądasz ofiary, a radujesz się tymi, którzy zbłądzili, a odnaleźli drogę. Dzisiejszej nocy wracam na ścieżkę Dobra.

Już nigdy więcej nie wróci do zgromadzenia. Już nigdy nie zabije niewinnego człowieka. Już nigdy nie będzie samozwańczym sędzią.

W sali rozległ się bestialski krzyk, a ciemna kotara rozdarła się po raz ostatni, gdy wypaliło ją światło.

Dusza Andrzeja biegła przed siebie, uciekając przed ciemnością próbującą ratować się ostatkiem sił w mrocznym tunelu. Tym razem jednak nie była sama. Obok niej znajdowała się jeszcze jedna istota, która ruszyła naprzód razem z Andrzejem — Aniela, a towarzyszyły jej trzy świetlane byty, które prowadziły ich z powrotem do właściwych ciał.

Andrzej ocknął się, gdy światło słoneczne zawitało do sali. A przynajmniej on sądził, że to było słońce, promień nadziei po nocy pełnej śmierci.

Wymęczeni bracia odetchnęli z ulgą po raz ostatni. Andrzej spojrzał na Anielę, która siedziała obok niego, oparta o ścianę. Widział, jak na jej szyi jaśnieje medalion. Po chwili mężczyzna zerknął w dół, czując, jakby coś zaciskało się na jego nadgarstku. Świetlisty okrąg otoczył jego dłoń, jakby chciał spleść ją razem z dłonią Anieli, po czym zniknął. Andrzej poczuł w sobie niemożliwe do opisania ludzkimi słowami ciepło. Wszystkie emocje Anieli złączyły się z tym, co sam odczuwał. W tym momencie nie był już sam, lecz z nią, aż do końca świata.

Gdy Aniela wstała, mężczyzna również podniósł się z podłogi. Spojrzał na braci, widział jeszcze oznaki lekkiego przerażenia na ich twarzach. Po chwili jednak uśmiechnęli się. Nie mieli się już czego bać. Po mrocznej nocy nadszedł jasny dzień.

Andrzej zerknął na Anielę.

— Więc teraz nie jedno, a dwoje?

Uśmiechnęła się do niego promiennie, delikatnie muskając jego twarz swoją dłonią. Odwzajemnił uśmiech. Teraz wiedział, o co będzie walczył.

Rozdział XI

Kilka miesięcy później, rok 1996


Niebawem Aniela i Andrzej Zimmermannowie wprowadzili się do domku za miastem. Udało im się znaleźć coś, co pozwoliło im na ukrycie się przed całym światem. Budynek znajdował się pośród łąk, w oddali położony był las. Zimmermannowie nie bali się tego miejsca, kochali je za ciszę i spokój panujące wokół. Andrzej zajął się przygotowywaniem mieszkania, projektował wiele jego części składowych. Długi czas potrafił rozmyślać nad planami, rozmawiać z ludźmi na temat wykonania pracy. Aniela starała się w tym czasie siedzieć nad obrazami, które miały zawisnąć w mieszkaniu.

Od czasu egzorcyzmu i zawarcia sakramentu złączenia dusz, Andrzej ani razu nie doznał żadnych demonicznych dręczeń. Wiedział, że za swoje uczynki będzie wkrótce odpowiadał. Nie zdoła uniknąć kary — nie tylko ludzkiej. Mimo wszystko, nie chciał się poddawać. Postanowił, że jego życiem już nigdy nie zawładnie ciemność, chociaż ślady po zgromadzeniu zawsze mogły wskazać mu błędną drogę. Mężczyzna jednak nie zbaczał z dobrej ścieżki. Miał wolną wolę, której głosu nie mógł zagłuszyć nawet sam Perduell.

Andrzej przygotowywał się do zadania, które na niego czekało. Niewątpliwie należało do najbardziej wymagających, z jakimi musiał się zmierzyć w ciągu całego swojego życia. Rodzice nigdy go tego nie nauczyli. Sekta nigdy mu nie pomogła. Najprawdopodobniej wskazałaby mu złą drogę. Kazałaby pozbyć się tego, co dla mężczyzny najcenniejsze. Jednak Andrzej już nigdy nie chciał rezygnować z tego, co najbardziej w świecie ukochał. Tak, wreszcie mógł używać tego słowa, gdyż wiedział już, co ono oznacza. Chociaż za młodu nigdy nie doświadczył prawdziwej miłości, teraz, mając Anielę, mógł przekonać się, czym jest Prawda.

Wspominał to, jak bardzo pomogli mu bracia Mikael, Rafael i Gavriel. Gdyby nie oni, Andrzej nie miał pojęcia, co stałoby się podczas rytuału krwi. Do tej pory nie mógł sobie wybaczyć, że na polecenie Perduella ranił tyle osób. Niektórzy stracili życie, nawet jeśli nie bezpośrednio z rąk Andrzeja, to mężczyzna i tak obwiniał się, że nie miał odwagi, by zareagować. Aniela mówiła jednak, że nie byłby w stanie. Otumaniły go słowa Perduella. Najwyższy kapłan przejął władzę nad myślami wszystkich osób ze zgromadzenia. Nie dziwota, że nie potrafiły myśleć za siebie.

Od tamtego pamiętnego dnia Andrzej spędzał coraz więcej czasu w świątyni należącej do braci. Pomagał im w przygotowaniu pewnej sali. Nigdy nie interesował się, do czego owa sala miałaby służyć. Zawsze, gdy wspominał o tym przy Anieli, kobieta uśmiechała się mówiąc, że będzie mogła mu to zdradzić, gdy praca zostanie ukończona. To nie pierwszy raz, gdy Andrzej robił coś, nie znając podstaw zadania. Tym razem jednak wiedział, że stoi po dobrej stronie.

Wykonywał półki, na których — przynajmniej tak podejrzewał — miały się znaleźć książki. Zapewne braciszkowie posiadali jakieś zbiory starych woluminów, które musieli gdzieś segregować. Andrzej widział kiedyś te zakurzone księgi. Wyglądały tak, jakby znajdowała się w nich cała światowa wiedza, jakby ktoś chciał umieścić w Auditum kolejną bibliotekę aleksandryjską.

Mężczyzna często przyglądał się, jak Aniela zajmowała się obrazami, które później miały zawisnąć w korytarzu prowadzącym do rzeczonej sali. Jedno z malowideł było łudząco podobne do tego, które znajdowało się przy świątynnym ołtarzu. Andrzej pamiętał, że to wtedy śledził Anielę, gdy kobieta zajmowała się szkicem przedstawiającym rodzinę niebiańską. Wtedy nie myślał jeszcze, że zostaną złączeni na zawsze.

Zastanawiał się, jak można nosić jego nazwisko z dumą, skoro zostało splamione tyloma niegodziwymi uczynkami. Aniela miała jednoznaczną odpowiedź na to pytanie — kochała go, więc nic, co z nim związane, nie przerażało jej. Wiedziała, że się zmieniał.

Andrzej uśmiechnął się do siebie, kończąc wygładzać kolejną półkę. Od jakiegoś czasu on i Aniela przebywali w świątyni. Doskonale wiedział, że tylko to uchroni jego żonę przed tym, co może się wydarzyć ostatniego dnia października tak, jak rok temu.

Założył ręce na piersi, przyglądając się swojemu dziełu, gdy do sali wszedł jeden z braci, Gavriel. Podrapał się po swojej czuprynie i ostentacyjnie poprawił okulary.

— Zostałeś wezwany — oznajmił, zerkając na Andrzeja.

Mężczyzna skinął głową. Nie musiał pytać o nic więcej. Zostawił wszystkie swoje narzędzia w sali, po czym ruszył za bratem Gavrielem.

Czy był gotowy na to, co miało się wydarzyć? Miał nadzieję, że będzie godnie sprawował nową rolę.


***


Kilka godzin później, w ostatnią noc października, na świecie pojawił się nowy członek ich rodziny. Gdy Andrzej wziął syna na ręce, wiedział już, że będą go z Anielą ochraniać. Obiecał sobie, że nauczy go wszystkiego, by chłopak mógł żyć w świecie, który postawił przed nim niełatwe zadanie — przetrwać.

Mężczyzna spojrzał na Anielę. Chociaż była zmęczona, uśmiechała się. Andrzej usiadł obok niej na łóżku. Dostał najpiękniejszy prezent na urodziny, które obchodził zaledwie wczoraj.

Nieważne, co powiedział Perduell. Chłopiec przeżyje, chociażby Andrzej miał oddać za niego życie.

KSIĘGA II
POKORNA NIEWIASTA

Sometimes it’s hard to just keep going

But faith is moving without knowing

Can I trust what I can’t see

To reach my destiny

I want to take control but I know better

God, I want to dream again

Take me where I’ve never been

I want to go there

This time I’m not scared

Now I am unbreakable, it’s unmistakable

No one can touch me

Nothing can stop me

Forget the fear it’s just a crutch

That tries to hold you back

And turn your dreams to dust

All you need to do is just trust

Fireflight, Unbreakable


Moje śluby, złożone Panu, wypełnię przed całym Jego ludem. Drogocenną jest w oczach Pana śmierć Jego czcicieli.

Ps 116, 14 — 15


Matka byłaby zdolna wymyślić szczęście, aby je dać swoim dzieciom.

Madeleine Delbrer

Rozdział XII

Październik, rok 1996


Gdy na świecie pojawił się jej syn, Aniela wiedziała już, że przeznaczenie musi się wypełnić.

Wszystko zaczęło się dwa lata temu. To wtedy przybyła do Auditum razem ze swoimi przyborami malarskimi. W rzeczywistości było to tylko jedno z jej obliczy. Miała jeszcze drugie, lecz nie było ono znane szerszemu gronu. Jedyne, co miała do powiedzenia ludziom, to dwa słowa: „Jestem malarką”. Reszta nie miała znaczenia, a przynajmniej nie dla zwykłego śmiertelnika.

Drugim obliczem Anieli była jej niezwykła umiejętność, którą Księga Światła nazywała darem, charyzmatem. Kobieta potrafiła przewidywać wydarzenia. Już od dziecka umieszczała te niezwykłe przepowiednie na swoich obrazkach. Rodzice, niezwykle pracowici mieszkańcy wsi, byli pod wrażeniem talentu córki. Nie rozumieli jednak, jakie wiadomości chciała im przekazać, sądząc, że wyobraźnia Anieli dyktuje jej te twory. Dlatego też, aby nie obciążać rodziny swoim darem, Aniela postanowiła zamieszkać sama, w oddalonym dziesiątki kilometrów od jej wsi mieście. Wtedy jeszcze nie wiedziała, czy będzie jej grozić jakieś niebezpieczeństwo. Do czasu, gdy podczas wykonywania jednego z pokazowych obrazów, natknęła się na nieprzyjemnych ludzi.

Nie sądziła, że poznani przez nią osobnicy będą chcieli ją zabić. A jednak, gdy uciekała z polany, na której starała się uchwycić niezwykłe wydarzenia tamtej niefortunnej nocy, dowiedziała się, czym jest prawdziwe Zło. Prawdziwe Zło mordowało niewinnych, składając ich w ofierze złym duchom. Podczas ucieczki, Anieli udało się ukryć w domu pewnych starszych ludzi. Poznała wtedy Józefinę i Zachariasza Evansów. Nie zdawała sobie sprawy z tego, kim są. Wiedziała jednak, że uratowali jej życie. Chciała jakoś wyrazić swoją wdzięczność, więc zgodziła się namalować ich wspólny obraz, odwzorowując fotografię rodzinną.

Podczas wykonywania zlecenia Aniela dowiedziała się, że ma do czynienia z jedną z bogatszych rodzin w Auditum. Nie to jednak było największym zaskoczeniem. Kobietę powoli wprowadzono w świat jej własnego daru. Józefina, która również była posiadaczką charyzmatu, starała się pokazać jej, jak go wykorzystać. Aniela przystała na propozycję — miała malować obrazy, by przekazywać odbiorcom sztuki drugie dno wydarzeń dziejących się na ziemiach Auditum. Tylko niezwykli ludzie mogli rozgryźć pozostawione na płótnie zagadki.

Dwa lata po ich poznaniu Józefina postanowiła zapoznać Anielę ze swoim największym sekretem. Zaprowadziła ją do świątyni, w której znajdował się niezwykły zakon. Przebywający tam bracia, Mikael, Rafael i Gavriel, zajmowali się pomocą ludziom z Auditum; tym, którym udało się uciec z rąk sekty i chcieli zmienić swoje życie. Gdy mężczyźni poznali Anielę, wiedzieli już, że nie należy ona do zwykłych śmiertelników — zupełnie tak, jak oni i Józefina. Podczas obrzędu namaszczenia Aniela stała się posiadaczką medalionu zgromadzenia. Poznała historię Naznaczonych — ludzi, którzy posiadali dary mające pomóc Zagubionym odnaleźć drogę. Medaliony były przekazywane z pokolenia na pokolenie, niekoniecznie do rąk rodzin, lecz do tych, którzy naprawdę na nie zasługiwali. Z pomocą medalionu dar mógł być kontrolowany, medalion chronił też swojego właściciela przed działaniem sił Zła, które panoszyło się po Auditum i jego okolicach.

Aniela dowiedziała się o dalszych planach Józefiny. Kobieta miała zamiar zgromadzić w podziemiach świątyni wszelkie księgi, jakie mogłyby pomóc Naznaczonym w odkryciu Prawdy. Aniela znała Księgę Światła, mogła więc zająć się jej ilustrowaniem tak, by była dostępna dla każdego, kto znajdzie się w świątyni. To był początek niezwykłego planu.

Aniela niejako znała swoją najbliższą przyszłość. Wiedziała, z kim — albo czym — musi się zmierzyć. Nie wiedziała, jak trudna będzie to misja, jednak nie miała zamiaru się poddawać. Od powodzenia tego planu zależało życie niewinnych ludzi.

Wkrótce znalazła się na ziemiach podległych Signum Sanguinem, o których istnieniu dowiedziała się, pracując. Chociaż nie miała więcej informacji na temat należących do sekty ludzi, udało jej się nawiązać kontakt z jednym z członków zgromadzenia. Miał na imię Andrzej. Aniela nie znała jego przeszłości ani powodów, dla których miałby atakować niewinnych. Coś jednak ciągnęło ją w stronę mężczyzny, nie była to jego aparycja, lecz to, co skrywał w sobie. Kobieta wiedziała, że musi rozbić skorupę, by dostać się do środka tej fałszywej osoby i odkryć tajemnicę zgromadzenia Znaku Krwi.

To były długie i męczące miesiące, podczas których Aniela skupiała się nie tylko na pracy, ale też na śledzeniu Andrzeja. Nie miała łatwego zadania. Mężczyzna był prawą ręką najwyższego kapłana, mogła to wyczuć po jego aroganckim, pewnym siebie zachowaniu. Nie bał się niczego. Był nieprzewidywalny, wiedział, że przystojna twarz oraz dobrze zbudowane ciało stanowi jedną z jego mocnych stron i nie wahał się tego wykorzystywać. Aniela wiele razy widziała go w towarzystwie różnych kobiet. Wiedziała, że każda noc kończy się tak samo — Andrzej najpierw wykorzystywał te Bogu ducha winne istoty, a potem odchodził lub zabierał je ze sobą, a wtedy… Kobiety długo nie mogły ujrzeć światła dnia, stawały się bezwolnymi członkiniami sekty lub odchodziły na zawsze. Aniela nie wiedziała, czy to było jedno z zadań, jakie przydzielił mężczyźnie najwyższy kapłan. Nie mogła jednak pozwolić na to, by ten proceder kończył się za każdym razem tak samo — śmiercią cielesną lub duchową, pozostawiającą pustkę w bezbronnych istotach.

Andrzej szykował na nią pułapkę, wiedziała o tym. Dlatego pozwoliła się w nią wciągnąć — tylko po to, by rok później uciec z niej z wielkim hukiem. Ich związek był zależny od tego, co akurat działo się w zgromadzeniu, dzięki czemu Aniela mogła poznawać motywy Andrzeja. Ją chronił medalion, a jego — amulet, w którym znajdowała się najsilniejsza trucizna, jaką Signum Sanguinem mogło sobie przywłaszczyć, Superbia. To ona czyniła z ludzi istoty pozbawione wolnej woli i posłuszne każdemu słowu kapłana.

Andrzej wiedział, że nie może zbliżyć się do Anieli tak, jak kazał mu kapłan, więc obszedł nieco jego rozkazy. To sprawiło, że Aniela mogła w pełni przewidzieć jego następne ruchy, w czym pomagał jej dar. Dzięki niemu wiedziała, że Andrzej miał możliwość wykrywania obecności duchów. Niestety, znał również jej charyzmat. To było nieuchronne.

Z początku Aniela traktowała to zadanie wyłącznie jako powinność. Jednak im bardziej poznawała Andrzeja, tym bardziej wierzyła w to, że da radę wyciągnąć go z bagna, w jakie został wciągnięty. Nie zauważyła nawet, gdy zaczęła darzyć go cieplejszym uczuciem. Chociaż czytała wiele ksiąg i posiadała obszerną wiedzę z powodu przynależności do zgromadzenia Naznaczonych, nie mogła w pełni kontrolować swoich uczuć. Wiedziała, że jeśli będą dobre, przekaże je Andrzejowi.

Nie wszystko jednak poszło dobrze z planem, a przynajmniej… Nie wszystko mogła przewidzieć. Nie sądziła, że najwyższy kapłan Signum Sanguinem jest aż tak przepełniony kłamstwem, że oszuka nawet swojego najwierniejszego ucznia. W sierpniu zeszłego roku Andrzej i Aniela zostali napadnięci przez członków zgromadzenia. To wtedy Andrzej ujawnił swoją prawdziwą moc — a właściwie moc demona, którego mógł kontrolować. Odtrącił Anielę, każąc jej wynieść się z Auditum. Kobieta zdawała sobie sprawę z tego, że ona i jej stróż nie mogą się ujawniać, by nie zniszczyć tego, o czym mówiła Księga. Dlatego też nie broniła się, gdy odnaleźli ją członkowie zgromadzenia. Z dumą udała się tam, gdzie miał się odbyć rytuał. Wiedziała, że nie może umrzeć. Ta historia miała zupełnie inne zakończenie.

Podczas rytualnej nocy Andrzej sprzeciwił się najwyższemu kapłanowi, którego wcześniej zwykł nazywać Ojcem, tak jak pozostali członkowie sekty. Aniela nie sądziła, że mężczyzna będzie w stanie znieść ból, jaki został na niego karnie nałożony przez zdradę Signum Sanguinem. Nie miał już mocy, nie kontrolował przydzielonego mu demona, wszystko obróciło się przeciw niemu.

A jednak nie poddał się, stając w obronie Zagubionych. Pozwolił, by Demon Śmierci żyjący w najwyższym kapłanie zesłał na niego swoich podwładnych.

Aniela oraz bracia Mikael, Rafael i Gavriel nie mieli łatwego zadania. Chociaż udało im się wydostać Andrzeja z miejsca mordu, to jednak stara fabryka uległa spaleniu, jak wszystkie miejsca, w którym odbywały się rytuały — rytuał ognia zawsze był ostatnim z nich.

Andrzej przeszedł kilkadziesiąt potężnych egzorcyzmów. Tylko od woli opiekującego się Naznaczonymi Ducha Światła zależało, czy przeżyje. Aniela nigdy nie wątpiła w to, czego się dowiedziała. Wiara stanowiła podstawę nauk Wybrańców, a silne przekonanie o poznanej Prawdzie płynęło z wnętrza Anieli. Dlatego postanowiła poddać się sakramentowi złączenia dusz. Był to jeden z najsilniejszych obrzędów, jaki mógł odprawić brat Mikael. Dwie istoty stawały się jedną, połączone węzłem, którego nie miał prawa zerwać żaden śmiertelnik. Mimo obaw braci, Aniela zrobiła to dobrowolnie. Tylko miłość mogła pomóc jej i Andrzejowi. Postanowiła całkowicie zawierzyć słowom Księgi Światła. Poza słowami i przepowiedniami, do działania pobudziły ją własne uczucia.

Andrzeja udało się uratować tylko dlatego, że sam postanowił zerwać więzy łączące go z Signum Sanguinem. Aniela nie posiadała się z radości. Nie był to jednak koniec jej zadania.

Od tamtej pory dwudziestopięciolatka nazywała się Aniela Zimmermann. Pierwszymi literami imienia i nazwiska podpisywała każdą swoją pracę. Wiodła z dwudziestosześcioletnim Andrzejem szczęśliwe życie. Zdawała sobie sprawę, że Signum Sanguinem nie odpuści tak łatwo, nawet jeśli tamtej feralnej październikowej nocy Perduell zniknął. Zło nadal panoszyło się po uliczkach Auditum, chociaż sekta została rozbita. Superbia wciąż płynęła w żyłach zgromadzenia. Aniela i Andrzej musieli uciekać przed jego członkami.

Andrzej dowiedział się, kim właściwie są Naznaczeni i jaki jest ich cel. Dzięki temu, że dar nadal tlił się w jego wnętrzu, mógł wykorzystać go we właściwy sposób — wykrywać dobre i złe duchy, chronić rodzinę. W tym czasie kobieta spodziewała się dziecka. Za każdym razem, gdy według Kalendarza Ceremoniałów, sporządzonego z notatek na podstawie obserwacji sekty, miał odbywać się rytuał, ona i Andrzej ukrywali się w świątyni. Podczas tych niepewnych dni Aniela nadal tworzyła obrazy. Mężczyzna zajął się projektem drewnianych konstrukcji mających stworzyć Salę Światła — pomieszczenie, w którym znalazły się wszystkie księgi potrzebne Naznaczonym.

Aniela i Andrzej spędzali dużo czasu w towarzystwie braci czy Józefiny. Aniela wiedziała, że pomimo swojego stoicyzmu i braku chęci rozmowy z kimkolwiek, mężczyzna szanował plany pani Evans. Rozumiał też, dlaczego to ona była prekursorką pościgu za sektą. Miała wielkie serce. Andrzej zaczął się zmieniać — częściej się odzywał, a przede wszystkim — był szczęśliwy. Już nigdy nie powiedział, że doskwiera mu samotność. Kochał to, co robił. I kochał tych, z którymi przebywał.

Aniela spojrzała na swoje nowo narodzone dziecko. Cały ból zniknął, gdy tylko zobaczyła błysk w jego oczach. Chociaż znała słowa, które Perduell skierował do Andrzeja, nie obawiała się niczego, co miało się wydarzyć. Skoro ona i Andrzej odnaleźli cel swojego życia, będą chronić syna za wszelką cenę, nawet jeśli przypłacą za to życiem. On był odpowiedzią na wołanie Zagubionych.

Rozdział XIII

Grudzień, rok 1996


Światło przebijało się przez chmury, a lekki wiatr poruszał nagimi gałęziami drzew. Aniela i Andrzej stanęli u progu świątyni, wpatrując się w syna spoczywającego w ramionach kobiety. Był niezwykle spokojny. Nie spał, obserwował wszystko, co działo się wokół niego. W jego oczach kryło się to, o czym mogli wiedzieć tylko jego rodzice — przeznaczenie, mające się wypełnić. Chłopiec posiadał zielone oczy, w których kryła się żółć zmieszana z czerwienią. Kolory te zaczynały wybijać się z każdym dniem coraz bardziej. Szczególnie, gdy chłopiec w jakiś sposób okazywał swoją złość, domagając się uwagi rodziców. Aniela i Andrzej chcieli zrobić wszystko, by do tego nie dochodziło, ponieważ ta złość nie była czymś ludzkim, nie pochodziła z wnętrza dziecka.

Zimmermannowie weszli do świątyni, gdzie czekali na nich bracia Mikael, Rafael i Gavriel. Mężczyźni powitali ich z uśmiechem. Aniela rozejrzała się wokół. W świątyni znajdowało się niewiele osób, jednak nie martwiło jej to. Wszystko było przygotowane na przyjęcie ich syna do społeczności ludzi wierzących Słowu. Wiedziała, że tylko w ten sposób otworzy dziecku drogę do Prawdy i powstrzyma demony, które czekały na niego, odkąd tylko znalazł się w jej łonie.

Brat Mikael został ziemskim stróżem chłopca podczas ceremonii oczyszczenia. Wiedział, na co jest narażony i że Zimmermannowie długo zastanawiali się nad tym, jakie nadać mu imiona. Nie miał jednak wątpliwości, że ich decyzja będzie słuszna. W końcu mieli chronić swoje dziecko. A imiona były tarczą, ochraniały tych, którzy je noszą.

Zimmermannowie zbliżyli się do naczynia z wodą. Mikael spojrzał na rodziców.

— Jakie imiona wybraliście dla swojego dziecka?

— Joaquín Emil — odrzekli chórem.

Aniela i Andrzej odpowiadali na dalsze pytania Mikaela, zerkając na swojego syna. Wkrótce mężczyzna nakreślił na czole dziecka znak, który powtórzyli też jego rodzice. Odczytany został fragment Księgi, Mikael odprawił egzorcyzm, uświęcając olejek oraz wodę. Stanął przed Anielą i Andrzejem. Zimmermannowie po raz kolejny wyrzekli się wszelkiego zła, które mogłoby prowadzić do niegodziwych czynów. Wyznali swoją wiarę razem z pozostałymi ludźmi znajdującymi się w świątyni. Podczas trwania obrzędu dziecko ani razu nie odezwało się. Było zbyt zaabsorbowane tym, co działo się wokół niego.

Brat Mikael namaścił czoło chłopca olejkiem. Aniela wpatrywała się wtedy w oczy syna. Widziała, jak czerwień i żółć na chwilę zanikają. Nie dostrzegła też dodatkowych barw podczas polewania głowy niemowlaka wodą. Mimo wszystko chłopiec obruszył się lekko, jakby chciał tego uniknąć.

— Joaquínie Emilu. Niech twoi bliscy słowem i przykładem wskażą ci drogę do Prawdy — oznajmił brat Mikael. — Podtrzymywanie Światła wiary w jego życiu należy do waszych obowiązków — dodał, zwracając się do Anieli i Andrzeja. — Przyjmijcie je, by wasz syn postępował zawsze jak dziecko światłości.

Rodzice uśmiechnęli się do siebie, gdy mężczyzna podał im świecę. Jej płomień przez długi czas oświetlał ich twarze.

Po skończonej ceremonii Zimmermannowie spotkali się z Józefiną, która również brała udział w uroczystości. Kobieta spojrzała na Joaquína Emila, po czym uśmiechnęła się.

— Ucieka wzrokiem, lecz wydaje mi się, że będzie odważniejszy niż Eliasz Nicholas.

Aniela skinęła głową. Synowi Józefiny, Coreyowi, oraz jego żonie Robyn, również urodziło się dziecko. Józefina nie widywała go jednak tak często, gdyż Evansowie pobudowali się na przedmieściach i rzadko odwiedzali dziadków. Niemniej jednak Aniela była pewna, że Joaquín i Eliasz kiedyś się poznają. Księga Światła mówiła o wielu tajemniczych spotkaniach, lecz nie zawsze o datach, nie określała też, kto będzie kim — a przynajmniej nie mówiła tego wprost. Czasem Aniela malowała postacie, które ujrzała w swych wizjach. Gdy zobaczyła zdjęcie, na którym widniał Eliasz Nicholas, wiedziała, kim będzie chłopiec — miłosiernym samarytaninem i głosem serca ludzi, których pozna.

— Odważniejszy czy nie… Czeka was odpowiedzialne zadanie — wtrącił nagle brat Rafael, słysząc ich rozmowę.

— Niewątpliwie — zgodził się Andrzej, zerkając na syna.

Wszyscy zeszli po schodach prowadzących do Sali Światła, w której zgromadzono materiały mogące przydać się przyszłym Naznaczonym. Aniela i Józefina oraz bracia podnieśli swoje medaliony, by drzwi Sali otwarły się. Weszli do środka. Andrzej niósł syna, wpatrując się w dzieło stworzone razem z pozostałymi, zaś Aniela zatrzymała się na środku pomieszczenia, z uśmiechem zakładając ręce na piersi.

— Nasze dzieło życia zostało ukończone — oznajmiła, obejmując Salę Światła wzrokiem.

Józefina uśmiechnęła się, widząc leżące na biurku nieskończone notatki. Przejechała po nich dłonią, przecierając palce. Grafit. Tylko do niektórych prac Aniela wykorzystywała sangwinę. Te prace jednak miały zostać odnalezione, gdy nadejdzie czas.

Aniela obróciła głowę. Andrzej podszedł z Joaquínem Emilem do malowidła przedstawiającego rodzinę — matkę, ojca i syna prowadzonych przez ptaka, którego białe skrzydła lśniły w świetle. Dziecko zainteresowało się tym kawałkiem sztuki. Przez długi czas nie odrywało od niego wzroku, śmiejąc się.

Aniela podeszła do Andrzeja, przytulając się do niego. Mężczyzna spojrzał na nią z uśmiechem.

Kobieta wiedziała, że powinni cieszyć się czasem spędzanym razem. Chociaż nie mówiła o tym Andrzejowi, wiedziała, że kiedyś nadejdą wydarzenia, które na długo ich rozdzielą. Nie znała całej przyszłości, jednak słowa wypowiedziane przez Perduella w ostatnią październikową noc były przepełnione nienawiścią. To klątwa, której nie mieli siły przeciwstawić się samodzielnie, ponieważ byli tylko ludźmi. Nie oznaczało to jednak ich słabości. Mogli walczyć i właśnie to mieli zamiar zrobić.

Podszedł do nich brat Mikael, zerkając na Joaquína Emila przymykającego oczy ze zmęczenia. Trójka dorosłych stała przez chwilę w bezruchu, wpatrując się w namalowany przez Anielę obraz rodziny.

— On… Posiada dar, prawda? — spytał nagle Andrzej, przerywając ciszę.

Aniela i Mikael spojrzeli na mężczyznę ze zdziwieniem, jednak po dłuższej chwili skinęli głowami. Wiedzieli przecież, że Andrzej umiał rozróżnić dobre duchy od złych.

Zimmermannowie czuli, że przy dziecku czuwa dobry stróż. W końcu jego imiona miały go chronić. Stróż był odbiciem osoby, którą się opiekował, jej przewodnikiem. Andrzej nie wyobrażał sobie, by jego syn miał jakikolwiek kontakt z demonami, dlatego wyrzekł się wszystkiego, co miało związek z Signum Sanguinem. Aniela również nie chciała, by mały Joaquín Emil był narażony na niebezpieczeństwo związania się ze złym duchem.

— Na razie nie dowiemy się od niego zbyt wiele — uśmiechnęła się Aniela, gładząc niemowlę po policzku. — Gdy dorośnie, będziemy wiedzieli, czym jest ten dar i w jaki sposób nim kierować.

Brat Mikael skinął głową.

Gdy wszyscy opuścili Salę Światła, pomieszczenie zostało zamknięte. Pismo nie określiło dokładnej daty jego następnego otworzenia przez następców obecnych Naznaczonych. Nie wybierali ich ludzie, lecz Księga Światła. Ani Aniela, ani Józefina, ani bracia nie mieli pojęcia, kto przejmie medaliony po Wybrańcach. Ufali jednak słowom Księgi.

Po opuszczeniu świątyni, Aniela i Andrzej przystanęli na moment, by porozmawiać z Józefiną o jej planach założenia sierocińca. Kobieta czekała tylko na kilka oficjalnych papierów i zezwoleń. Znalazła siostry, które mogły zająć się tym dziełem. Słuchając słów pani Evans, Aniela była szczęśliwa. Spojrzała na swojego syna. Mimo poznanej już przepowiedni wiedziała, że zło nigdy nie wygra z dobrem, nawet jeśli śmiertelnikom łatwiej jest przyznać, że Wszechmogący ich opuścił. Wiara Anieli była zbyt silna, by cokolwiek mogło ją zachwiać. Bała się tylko o Andrzeja i Joaquína Emila, dlatego nieustannie za nich orędowała.

Józefina spojrzała na młodych rodziców, wyciągając coś ze swojej torebki.

— Proszę, to dla was. Chciałabym, żeby mały dobrze się rozwijał.

Andrzej spojrzał na kopertę, po czym pokręcił głową z dezaprobatą.

— Nie możemy tego przyjąć.

— Możecie. Joaquín Emil jest wyjątkowy i oboje dobrze o tym wiecie. Nie możemy narażać ani jego, ani innych ludzi, na działanie Zła — wyjaśniła Józefina z powagą. — Potraktujcie to jako prezent z okazji ceremonii oczyszczenia oraz dodatek do wypłaty Anieli za wykonanie obrazu mojej rodziny. To nic wielkiego, tylko kilka papierów.

Aniela i Andrzej spojrzeli po sobie, nic nie mówiąc. Wiedzieli jednak, że jeśli Józefina coś sobie zaplanuje, tak będzie. W końcu przyjęli podarunek, dziękując kobiecie za pomoc.

Obrócili głowy, słysząc głośne krakanie za swoimi plecami. Czarny ptak usiadł na gałęzi drzewa, obserwując ich. Andrzej odwrócił się do niego plecami, zasłaniając syna. Gdy należał jeszcze do Signum Sanguinem, te ptaki zawsze krążyły wokół rytualnych miejsc, w których miało się wydarzyć coś złego. Niewątpliwie kruk był niepokojącym zwiastunem.

Aniela spojrzała na Józefinę, po chwili przytulając się do niej.

— Dziękuję. Za wszystko.

Starsza kobieta pogładziła ją po głowie. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek jeszcze będą miały okazję zobaczyć się twarzą w twarz. Świat zwykłych śmiertelników różnił się od świata Naznaczonych, w którym każdy dzień mógł być zapowiedzią końca. Józefina również znała swoją przyszłość. Jednak tak, jak Aniela, nie miała zamiaru poddawać się siłom Zła, nawet jeśli nieustannie ją prześladowały.

— Proszę, pisz do mnie, jeśli kiedykolwiek będziecie mieli jakieś kłopoty. Wiesz, gdzie mnie znaleźć. Jeśli napotkasz jakąś trudność, przekaż wiadomość opiekunom świątyni — zakończyła Józefina, odsuwając się od Anieli. Uśmiechnęła się do niej. Aniela odwzajemniła to.

Gdy Zimmermannowie wyjeżdżali z Auditum, Andrzej skupił się na drodze, zaś Aniela trzymała syna w ramionach, bacznie się rozglądając. Jeśli Zło ich ścigało, musiało wiedzieć, gdzie mieszkają. Nie mogło jednak przebić się przez barierę, jaką stróż Anieli roztoczył nad ich mieszkaniem. Przynajmniej do czasu, gdy sekta znów się nie odrodzi lub… Dopóki Perduell znów nie zstąpi na ziemię w nowym wcieleniu.

Kilka godzin później Aniela i Andrzej czuwali nad kołyską malucha, wpatrując się w niego. Joaquín Emil przyglądał się zabawkom wiszącym u góry jego łóżeczka. Zasypiał przy dość nietypowym akompaniamencie muzyki celtyckiej — cichego fletu połączonego z grą harfy, flażoletu, buzuki, bodhrána czy skrzypiec. Gdy płakał, Aniela wiedziała, jak go uspokoić. Wioskę od jakiegoś czasu przemierzali wędrowni grajkowie chcący wrócić muzyką do dawnych czasów, więc nie sposób było uniknąć tych niezwykłych, kojących, a czasem energicznych, celtyckich rytmów. Grajkowie nauczyli Anielę pewnej melodii, ona zaś ułożyła specjalną kołysankę dla swojego syna — Nie lękaj się ciemności.

Gdy Joaquín Emil zasnął, Zimmermannowie stanęli przy oknie sypialni, wpatrując się w zimowy krajobraz. Zdążyli przybyć do domu, nim zaczął padać śnieg.

Andrzej objął Anielę, i przyciągnał ją do siebie. Kobieta spojrzała na niego z uśmiechem, gdy pochylił się, by ją pocałować. Odwzajemniła gest, po czym przytuliła się do niego.

— Jesteśmy bezpieczni, dopóki jesteśmy razem — szepnęła.

Skinął głową. Oboje wiedzieli, co to oznacza. Na razie Joaquín Emil nieustannie potrzebował ich obecności i opieki. Dlatego cieszyli się z pomocy Józefiny. Aniela mogła zająć się dzieckiem, a Andrzej spokojnie pracować.

Odeszli od okna, wyłączając muzykę wydobywającą się z magnetofonu, na którym Andrzej nagrał wędrownych grajków. Joaquín Emil spał spokojnie.

Rozdział XIV

Październik, rok 1997


Kolorowe liście wirowały wokół domu Zimmermannów, tańcując pomiędzy altaną a gankiem. Mały chłopiec biegał po dworze w swoich kaloszach i łapał owoce jesieni w dłonie. Raz po raz przechodził po kamieniach ustawionych przy altanie, unikając przeszkód. Bacznie przyglądała mu się matka pilnując, by nie zgubił po drodze szalika lub nie zrobił sobie krzywdy.

Aniela nie sądziła, że jej syn tak szybko zacznie chodzić i będzie aż tak zwinny. Owszem, czasem upadł, ale natychmiast się podnosił, nie oczekując pomocy, nie płacząc. Wszystko go interesowało. Pokazywał palcem wiele rzeczy, chciał wiedzieć, jak się nazywają. Po jego pokoju leżały porozrzucane różne książeczki, które zdążył już przejrzeć chyba setki razy. Uczył się nowych słów i używał ich, poprawnie nazywając poznane przedmioty. Uwielbiał kolorowe klocki, które wykonał dla niego Andrzej. Oczekiwał, aż tata wróci z pracy, by usiąść z nim na dywaniku i ułożyć jakąś budowlę. Często naśladował jego ruchy. Gdy Aniela siedziała przy swojej sztaludze, malując, mały Joaquín Emil brał w dłoń pędzle i bazgrał na kartkach, pokazując swoje dzieła mamie. Aniela uśmiechała się, widząc postępy. W końcu jej syn miał zaledwie rok, ale jego umiejętności sięgały już poziomu półtorarocznego lub dwuletniego dziecka.

Był bardzo wygadany, opowiadał własne historie — rzadko rozumiane przez dorosłych — a inne dzieci niespecjalnie go interesowały. Zupełnie tak, jakby chciał odkrywać świat w samotności. Był też buntownikiem, lubił robić wszystko sam, ale jednak potrzebował towarzystwa.

Miał bardzo delikatne rysy twarzy. Aniela i Andrzej często dyskutowali o tym, do kogo jest bardziej podobny. W końcu mężczyzna przyznał, że Joaquín Emil odziedziczył większość cech po Anieli — był śliczny, gadatliwy, buntowniczy i ciekawy świata. Oczy i piegi również miał po matce, a po obojgu rodzicach włosy, przypominały bowiem kasztany z nieco jaśniejszymi miedzianymi przebłyskami.

Aniela odwróciła się, słysząc chrzęst kamieni.

— Tata! — zawołał Joaquín Emil, drepcząc w stronę mężczyzny zbliżającego się do altany. Aniela uśmiechnęła się, widząc jak Andrzej bierze chłopca na ręce.

— Cześć, mały — powiedział. Syn wtulił się w niego. Aniela podeszła bliżej, całując męża na powitanie.

— Nie zgadniecie, kogo zgarnąłem po drodze — oznajmił Andrzej z uśmiechem, obracając głowę w stronę altany. — Słuchajcie, możecie wyjść!

Aniela zerknęła na zbliżających się mężczyzn. Byli to ludzie, których muzykę tak bardzo uwielbiał Joaquín Emil. Trzem mężczyznom towarzyszył brat Mikael, musiał pojawić się na pierwszych urodzinach chłopca. Spełniał obowiązki jego ziemskiego stróża bez zarzutów.

— Mika! — zawołał dzieciak, wyrywając się tacie. Andrzej postawił go na ziemi.

Chłopiec chciał dostać bodhrán. Aniela cieszyła się, że bracia znali muzyków, ponieważ pomogli im kiedyś zdobyć wymarzone instrumenty. Dzięki temu mężczyźni mogli pojawić się w domu Zimmermannów na tę szczególną okazję, jaką były pierwsze urodziny Joaquína Emila.

— Wejdźmy do domu — powiedziała Aniela, zapraszając wszystkich do mieszkania.

Gdy muzycy grali, dołączając się do życzeń, chłopiec zdmuchnął świeczkę na swoim torcie. Uradowany, że mu się to udało, okrążył cały pokój, w końcu wdrapując się na kolana ojca. Andrzej uśmiechnął się do syna. Aniela zaczęła kroić tort, wręczając wszystkim po kawałku. Żałowała, że nie ma z nimi Józefiny, jednak kobieta nie mogła przyjść. Jako babcia była zaabsorbowana dwuletnim Eliaszem Nicholasem. Poza tym, Evansowie mieszkali dość daleko, a Aniela utrzymywała bliskie kontakty tylko z Józefiną.

Siadając obok męża i syna, kobieta wróciła wspomnieniami do wydarzeń sprzed roku. Obchodzili nie tylko pierwsze urodziny Joaquína Emila. Ostatni dzień października był naznaczony wspomnieniami, do których przyczyniła się sekta. Aniela zastanawiała się, czy jest w stanie świętować cokolwiek, podczas gdy ktoś może planować, jak zgładzić jej rodzinę. W rzeczywistości żyła w ciągłym strachu, który starała się ukrywać. Wiedziała, że kiedyś nadejdzie dzień rozstania, ale nie chciała do niego dopuścić. Czasem przyłapywała się na tym, że ucieka myślami do innego świata, umieszczając go na swoich obrazach. Świata, w którym byłaby bezpieczna razem z synem i mężem. Tymczasem nie mogła być pewna następnych dni, pomimo znajomości przepowiedni. Słowa Księgi nie były szczegółowe, zupełnie jak klątwa rzucona przez Perduella, której działanie Aniela starała się z Andrzejem odwrócić, wychowując syna tak, jak potrafili najlepiej, wskazując mu drogę Prawdy i Światła.

Z zamyślenia wyrwał ją Joaquín Emil, który pojawił się obok mamy, domagając się, by wzięła go na ręce. Kobieta uśmiechnęła się do niego, sadzając go sobie na kolanach. Chłopiec obserwował rozmawiających ludzi, naśladując ich gesty. Gdy jeden z grajków pozwolił mu wziąć do ręki swój bodhrán, nie posiadał się z radości. Tym, co zadziwiło wszystkich był fakt, że maluch miał poczucie rytmu i gdy inni muzycy zaczęli przygrywać, Joaquín Emil prowadził całą grupę. Uderzał o bęben, którego średnica miała nieco ponad dwadzieścia centymetrów, więc Aniela pomagała mu go trzymać. Andrzej przyglądał się swojemu małemu grajkowi z uśmiechem. Zimmermannowie nie sądzili, że ich dom będzie aż takim artystycznym azylem.

Kobieta zerknęła na syna, który nagle stał się cichy, pomimo że mężczyźni nadal grali. Skierował swój wzrok na okno, wpatrując się w widoczny za nim las. Po chwili odłożył bodhrán i zeskoczył z kolan Anieli. Podszedł bliżej parapetu, stając na palcach. Rozejrzał się po pokoju. Wziął w dłoń swój taborecik i ostrożnie stanął na nim, trzymając dłońmi parapet.

— Mama, pan śpi — oznajmił Joaquín Emil, obracając głowę w stronę zgromadzonych przy stole dorosłych.

Aniela zerknęła na Andrzeja z niepokojem, po czym wstała od stołu, idąc w stronę syna. Gdy spojrzała przez okno, nikogo nie zobaczyła, tylko las.

— Pan śpi — upierał się chłopiec, pukając swoim palcem w szybę. Był tak niecierpliwy, że chciał wyjść na zewnątrz. Ruszył w stronę drzwi, chcąc dosięgnąć klamki. Gdy Aniela zabroniła mu tego, zaczął płakać.

— Pan śpi! — wołał, ciągnąc Anielę za spódnicę. — Tam!

— Idę to sprawdzić — oznajmił nagle Andrzej, wychodząc na korytarz. — Zostań z gośćmi, ja zobaczę, o co chodzi.

— Idę z tobą. Może on… Wskaże nam drogę — odparła Aniela, zakładając płaszcz. Szybko sięgnęła po kurteczkę syna, który chociaż na początku grymasił, to jednak w końcu pozwolił się ubrać.

Wszyscy byli zaniepokojeni dziwnym zachowaniem dziecka. Muzycy zostali na progu domu, zaś Mikael i Aniela ruszyli za Andrzejem, który niósł Joaquína Emila. Chłopiec wskazywał ojcu palcem, dokąd ma się kierować i grymasił za każdym razem, gdy mężczyzna chociaż trochę zszedł z drogi. Przez kilka minut marszu nikt nie wiedział, czego się spodziewać.

W końcu znaleźli to, co widział Joaquín Emil, a raczej — kogo. Andrzej oddał chłopca Anieli, podbiegając do mężczyzny, który leżał wśród liści, twarzą skierowaną w stronę lasu. Sprawdził jego puls. Wyczuł go, lecz był bardzo słaby.

— On oddycha. Musimy wezwać pogotowie! — zawołał Zimmermann, zerkając na brata Mikaela.

— Już biegnę! — Mężczyzna szybko skierował się w stronę domu, gdzie w korytarzu znajdował się telefon stacjonarny.

Aniela wpatrywała się w tę scenę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Zerknęła na Joaquína Emila, którego trzymała w ramionach. Chłopiec obserwował, jak ojciec próbuje uratować nieprzytomnego mężczyznę. W jego oczach lśnił zielony blask, który przyćmiewał żółć i czerwień. Aniela zmrużyła oczy, próbując sobie to jakoś wyjaśnić.

Czy jej syn posiadał dar telestezji? Być może jako dziecko nie potrafił odróżnić świata rzeczywistego od wyobrażeń, a jednak zobaczył tego mężczyznę. Kobieta zastanawiała się, jak działał ten charyzmat. Czy były to tylko przypadkowe przebłyski, czy chłopiec mógł jakoś kontrolować to, co widzi? Był zbyt młody, by zdawać sobie z tego sprawę. Mimo wszystko Aniela postanowiła, że będzie poświęcać jego wizjom więcej uwagi.

Jakiś czas później zjawiła się karetka. Ratownicy stwierdzili, że mężczyzna jest cukrzykiem i zasłabł podczas spaceru. Gdyby nie szybka reakcja, najpewniej już by się nie obudził. Zastanawiali się tylko, jakim cudem ktoś dostrzegł tego mężczyznę w głębi lasu. Andrzej i Aniela uznali, że najbezpieczniej będzie powiedzieć o spacerze rodzinnym. Ratownicy spojrzeli po sobie, rozglądając się wokół. Nie sądzili, że ktoś będzie chciał spacerować po lesie jesienią o zmroku. Cieszyli się jednak, że mężczyzna przeżył. Stwierdzili, że powinien pozostać pod obserwacją przez jakiś czas. Podziękowali Zimmermannom za pomoc w jego imieniu.

Andrzej i Aniela wciąż nie mogli uwierzyć w to, co się wydarzyło. Mężczyzna zerknął na syna, który bacznie wpatrywał się w znikający ambulans. Po chwili spojrzał na Anielę.

— Oni to widzieli — oznajmił, mając na myśli muzyków. — Myślisz, że utrzymają to w tajemnicy?

— Brat Mikael coś wymyśli. Uznają to za przypadek i niezwykłe szczęście — odparła Aniela, poprawiając czapeczkę na głowie Joaquína Emila. — Wróćmy do domu, nie chcę, żeby mały się przeziębił.

— Nie sądzę, żeby to było naszym największym zmartwieniem — westchnął Andrzej, podążając za żoną w stronę domu. — Mam złe przeczucia co do tego przypadku.

Ona również tak myślała. Jednak nie chciała mówić o tym w obecności Joaquína Emila. Był inteligentniejszy, niż mogłoby się wydawać.

Na szczęście brat Mikael wiedział, co powiedzieć. Posiadał dar przekonywania. Muzykom udało się wmówić, że to Andrzej zauważył mężczyznę i dlatego postanowił wyjść z domu. Mikael nie korzystał ze swojego daru często, tylko w szczególnych przypadkach, a ten do nich należał — nie chcieli narażać Joaquína Emila na niebezpieczeństwo związane z plotkami okolicznych mieszkańców.

Pierwsze urodziny chłopca dobiegły końca. Aniela jednak obawiała się, co miało nastąpić później. Andrzej prosił ją, by przestała się martwić tym, na co nie ma wpływu.

Późnym wieczorem Aniela nanosiła na płótno kolejny obraz. Andrzej siedział z synem na podłodze, razem z nim układając klocki. Kobieta zerknęła na nich z uśmiechem. Uwielbiała przyglądać się ich wspólnym zabawom. Andrzej, który był kiedyś bardzo zamknięty w sobie, otworzył się dzięki synowi. Umiał się z nim porozumieć, a Joaquín Emil wręcz ubóstwiał towarzystwo ojca.

Wkrótce chłopiec zaczął robić się śpiący. Aniela śpiewała jego ulubioną kołysankę w rytm celtyckiej muzyki. Wpatrywał się w rodziców, nim w końcu zamknął oczy, przytulając się do swojej ulubionej maskotki pingwina leżącej w łóżeczku.

Zimmermannowie wyszli z pokoju, przymykając drzwi.

— Martwi cię to, co się dziś stało, prawda? — zapytał Andrzej, schodząc za Anielą do salonu.

— Jego dar w końcu się ujawnił. Czy wiesz, co to oznacza?

— Kopuła ochronna zacznie słabnąć, jeśli demony go wyczują — odparł mężczyzna, zerkając przez okno.

Aniela skinęła głową, a na jej twarzy pojawił się smutek.

— Nie chcę odcinać go od świata, ale boję się. Jego dar jest czymś potężnym, z czym zwykły śmiertelnik nie poradziłby sobie. Jeśli Joaquín Emil zacznie przebywać z innymi dziećmi, one mogą się wystraszyć. Społeczny ostracyzm jest najgorszą rzeczą, jakiej mógłby doświadczyć.

— Wiem coś o tym — prychnął Andrzej, zakładając ręce na piersi. — Co zatem proponujesz?

— Musimy porozmawiać z braćmi i Józefiną. Być może oni będą wiedzieli, co robić.

Andrzej przytaknął, delikatnie ujmując jej dłoń.

— Skoro tak… Nie obawiaj się ciemności — powiedział, cytując słowa kołysanki, którą wymyśliła.

Uśmiechnęła się do niego. Razem jakoś sobie poradzą. Przynajmniej taką miała nadzieję.

Rozdział XV

Maj, rok 2000


Aniela siedziała w altanie razem z Joaquínem Emilem, który właśnie uzupełniał swoją książeczkę. Dużo pisał. Rozwiązywał proste zadania logiczne, które bardzo lubił. Łamigłówki sprawiały mu wiele radości, podobnie jak zabawy plastyczne, szczególnie, gdy Aniela pokazywała mu swoje obrazy. Gdy coś zepsuł, zazwyczaj starał się to naprawić lub dopytywał, jak to się zepsuło i dlaczego, nawet jeśli nie zawsze to pamiętał. Zachowywał się inaczej niż dzieci z okolicy, nauka nie była dla niego przymusem, chociaż miał dopiero cztery lata. Często sam brał jakieś książki z półki i siadał w kącie, przeglądając je. Aniela przyglądała się mu, gdy to robił. Zaskakiwał ją potem słowami, których nigdy w jego obecności nie użyła, a które dotyczyły na przykład fizyki czy chemii, chociaż nie zawsze umiał je poprawnie wymówić lub wiedział, co oznaczają.

Joaquín Emil lubił przesiadywać z ojcem — albo w łazience, udając, że goli się tak, jak on; albo w pracowni, gdy Andrzej miał chwilę wolnego czasu. Chłopiec był niezwykle zafascynowany wszystkim, co wiązało się z drewnem. Często sam próbował tworzyć jakieś projekty, podbierając ojcu papier techniczny i ołówki. Andrzej znajdował je później w pokoju chłopca, ułożone na biurku w idealnym porządku.

Gdy Joaquín Emil wyrzucił klocki z pudełka, a przestał się nimi bawić, wkładał je tam z powrotem. Często kręcił się wokół rodziców, próbując im pomóc. Nie mógł jednak wykonywać wszystkich zadań, które chciał, wtedy się buntował. Nie rozumiał, że jest zbyt młody, by dotykać niektórych narzędzi kuchennych czy rzemieślniczych. Było to jedyną normalną rzeczą dla dziecka w jego wieku. W przypadku innych umiejętności, chłopiec zdecydowanie odbiegał od normy.

Potrafił na przykład dostrzec rzeczy, których nie widzieli inni. Jego dar był doskonały, jeśli chodziło o poszukiwania. Gdy Andrzejowi lub Anieli coś zginęło, Joaquín Emil nie poddał się, póki tego nie znalazł, nawet jeśli była to rzecz tak drobna jak spinka do włosów czy od krawatu. Potrafił zajrzeć w każdy zakamarek domu czy ogródka, by odnaleźć zgubę, nawet jeśli inni już odpuścili. Samo szukanie sprawiało mu dużo radości.

Aniela uniosła głowę, widząc jak syn wychodzi z altany, idąc w stronę polany. Westchnęła ciężko, podążając za nim. To zdarzało się dość często, odkąd ujawnił się jego dar. Aniela nie wiedziała, kiedy może zostawić go samego, ponieważ nigdy dokładnie nie mówił, co widzi. Owszem, był bardzo gadatliwy, gdy Zimmermannowie wybierali się gdzieś samochodem, nie potrzebowali radia, zastępował je chłopiec — opowiadał coś, śpiewał, czy po prostu zadawał mnóstwo pytań. Mimo wszystko wolał mówić o innych, nie o sobie lub swoich wizjach.

Aniela cieszyła się, że Joaquín Emil potrafi już rozróżnić wyobrażenia od rzeczywistości, a przynajmniej rzeczywistość od wizji, które otrzymywał. Czasem jednak przychodziło mu to z trudem. Wtedy Andrzej i Aniela musieli sobie radzić z nietypowymi historiami. Nie były one czymś, co mogłoby stworzyć zwyczajne dziecko.

Bywały dni, gdy Aniela odnajdywała w jego pokoju rysunki przedstawiające budynki, przedmioty czy postacie znajdujące się daleko poza domem. Cieszyła się, że nie przedstawiają żadnych makabrycznych scen. Dzięki tym bazgrołom mogła też rozgryźć, jak mniej więcej działa dar Joaquína Emila — ujawniał się wtedy, gdy chłopiec był emocjonalnie związany z jakąś osobą, rzeczą, sytuacją. Musiała mu się spodobać lub go zaskoczyć, w jakiś sposób wpłynąć na uczucia. Wtedy właśnie jego wzrok przenosił się tam, gdzie pędziła dusza, a ciało zostawało na miejscu.

Andrzej często zastanawiał się, czy nie ściągnął na syna jakiegoś przeklętego dziedzictwa, ponieważ sam doświadczał kiedyś takich wizji. Brat Mikael powiedział mu jednak, że to niemożliwe.

Dary Naznaczonych ujawniały się dzięki pomocy ich stróżów, opiekunów nadanych im imion. Jeśli Joaquín Emil widział dobre rzeczy lub te, które sprawią, że komuś pomoże, znajdował się przy nim dobry duch. Jeśli zacząłby widzieć złe sytuacje lub osoby, to oznaczałoby tylko jedno…

Aniela zastanawiała się, jak mocna jest kopuła rozciągnięta nad ich domem. Światło miało chronić ich przed wpływem demonów. Miejsce, na którym stanął dom, zostało uświęcone przez ojca Mikaela i jego współbraci. Mimo wszystko, odkąd Joaquín Emil widział więcej dzięki swojemu charyzmatowi, Aniela nie mogła go upilnować. Dlatego cieszyła się, że może pracować w domu.

Dzięki pomocy Józefiny mogła uczyć chłopca sama. Miała szczęście, że naprawdę tego chciał. Często robił to na własną rękę. Być może wiedział więcej, niż wszystkim się wydaje.

Joaquín Emil zatrzymał się na polanie, odwracając się w stronę Anieli. Kobieta stanęła przy nim, wypatrując czegoś. W końcu dostrzegła sarnę, która kręciła się pomiędzy drzewami. Gdy zwierzyna zauważyła swoich obserwatorów, uciekła do lasu. A więc to ją widział chłopiec.

— Też chcę tak biegać — oznajmił, zerkając na Anielę. Uśmiechnęła się do niego, kręcąc głową z niedowierzaniem. Miała nadzieję, że jeśli jej syn zrealizuje kiedyś swoje plany, to nie połamie sobie nóg. I tak był wystarczająco ruchliwy, nie pamiętała już, ile opakowań kolorowych plasterków zdążył zużyć.

Największym problemem Joaquína Emila było to, że kiedy się skaleczył, wcale tego nie zauważał. Odczuwał ból, ale dopiero po jakimś czasie lub gdy faktycznie ujrzał ranę. Nie bał się krwi ani swojej, ani innych. Jej widok nie sprawiał mu jednak radości, co nieco uspokajało Zimmermannów.

Aniela wróciła do ogrodu, siadając przy sztaludze. Miała do dokończenia obraz. Zamówiła go żona mężczyzny, którego młody jubilat zobaczył w lesie trzy lata temu. Pani Zimmermann nigdy nie podejrzewała, że ten przypadek spowoduje zainteresowanie jej obrazami, a przynajmniej nie w takim stopniu.

Joaquín Emil przybiegł do ogrodu, wspinając się na huśtawkę, którą Andrzej umocował przy altanie na trzepaku. Poradził sobie bez problemu, potrafił nawet opuścić zabezpieczające go przed wypadnięciem drewienka. Czasem swoją zwinnością przypominał młodego szympansa. Kobieta roześmiała się na to skojarzenie.

Zastanawiała się, czy inne dzieci kiedykolwiek zaakceptują jej syna. Do tej pory spotykała się tylko z dziwnymi spojrzeniami innych matek, które nie wierzyły, że Joaquín Emil jest taki utalentowany w wieku czterech lat. Z tego powodu często bawił się sam. To sprawiało, że wpadał na niesamowite pomysły. Dzięki samodzielnej pracy był niezwykle kreatywny. Nie pytał, dlaczego inne dzieci nie chcą się z nim bawić lub dlaczego nie chodzi do przedszkola tak, jak one. Sam plątał się po okolicy, odnajdując różne ciekawe zakamarki w wiosce. Był zadowolony z tego, że mógł obserwować interakcje między ludźmi, nie musiał brać w nich udziału. Przynajmniej tak sądziła Aniela, gdy syn opowiadał jej o swoich wyprawach.

Skończyła ciągnąć pędzlem po płótnie, odkładając przybory na bok. Majowe słońce ukryło się za drzewami. Kobieta zerknęła na Joaquína Emila, który nadal wymachiwał nogami na huśtawce, wpatrując się w niebo.

Aniela przypomniała sobie o ich niedawnym wypadzie do miasta. Chłopiec był zachwycony wyglądem Auditum. Wpatrywał się w stare budowle, obserwując wszystkie otaczające go kształty. Zimmermannowie, jak co tydzień, zabrali go do świątyni. Biegał wokół ławek, przyglądając się wszystkiemu, co znajdowało się w budynku. Andrzej obiecał, że dzisiejszego dnia odwiedzi to miejsce znowu, dlatego też chłopiec niecierpliwił się od samego ranka.

Kobieta uniosła głowę, słysząc samochód. Andrzej zaparkował ciemnego renaulta na dróżce, wysiadając. Czterolatek wyrwał się z huśtawki, pędząc w jego stronę. Mężczyzna przywitał się z nim, biorąc go na ręce. Aniela z uśmiechem patrzyła na to, jak cieszy się, kiedy Andrzej lekko go podrzucał.

Zimmermann postawił syna na ziemi, idąc w stronę Anieli.

— Gotowa?

— Na co? — spytała zdziwiona, zerkając na chłopca, który biegał po ogródku, i skakał po kamieniach.

Andrzej uśmiechnął się enigmatycznie, przynosząc z samochodu bukiet czerwonych róż. Aniela wpatrywała się w kwiaty z niedowierzaniem. Przecież rano dostała laurkę od syna. Musiała pamiętać o swoich urodzinach.

Kilkanaście minut później wszyscy znaleźli się w samochodzie, jadąc do miasta. Joaquín Emil wpatrywał się w okno, grzecznie siedząc w swoim foteliku. Aniela raz po raz zerkała w jego stronę. Bywały dni, że gadał jak najęty. Czasem jednak był tak cichy, że Zimmermannowie musieli się upewniać, czy na pewno z nimi jest. Aniela brała pod uwagę to, że jej syn doświadczał nieprzyjemności związanych z chorobą lokomocyjną. Pierwsze objawy ujawniły się jakieś dwa lata temu i była to kolejna oznaka bycia normalnym, ludzkim dzieckiem.

Andrzej postanowił, że dzisiejszego wieczoru Joaquín Emil spędzi nieco czasu z Mikaelem i współbraćmi. Dzięki temu chłopiec mógł pokręcić się po świątyni, nie przeszkadzając nikomu. Mikael obiecał, że zajmie się nim na czas nieobecności rodziców, by Aniela mogła choć trochę odpocząć w swoje urodziny. Kobieta się zgodziła. Ufała Mikaelowi, który był przecież ziemskim stróżem jej syna. Wiedział, jak go przypilnować.

Chłopiec pomachał swoim rodzicom, stojąc obok brata Mikaela. Aniela odwzajemniła gest. Ich samochód zniknął za zakrętem.

— Poradzą sobie — zapewnił ją Andrzej, zerkając na żonę z uśmiechem. — Pamiętaj, że Mikael ma dar przekonywania.

— Próbowałeś kiedyś przekonać do czegoś Joaquína Emila? — odparła z lekkim przekąsem. Po chwili jednak skinęła głową, przyznając mu rację. Może za bardzo się martwiła.

Zimmermannowie wybrali się do restauracji położonej w centrum miasta, w której dzisiejszego wieczoru odbywały się tańce. Aniela była zachwycona tym pomysłem i Andrzej dobrze o tym wiedział. Cały swój czas poświęcała albo malowaniu, albo rodzinie i rzadko kiedy mogła wypocząć w ten sposób. Nie zapomniała jednak, jak tańczyć w rytm skocznej muzyki. Nie minęło nawet kilka minut od jej wejścia do pomieszczenia, a już zaciągnęła Andrzeja na parkiet.

Bywały dni, kiedy faktycznie mogła cieszyć się chwilą, nie rozpamiętywać przeszłości ani przyszłości, po prostu żyć. A to było ciężkie, gdy posiadało się dar. Całe istnienie podporządkowano temu, co dana osoba czuje lub myśli. Aniela zdała sobie sprawę, że nie może zamartwiać się przyszłością, nawet jeśli ją zna. Jeśli faktycznie zawierzyła Księdze Światła, dlaczego miałaby się smucić? Nie wątpiła w słowa skierowane do niej, chociaż czasem nachodziły ją myśli, które kazały jej wszystko rozważać. Ale który człowiek nie ugiąłby się pod takim ciężarem? Ona również była człowiekiem. Miała swoje prawa. Prawa, które nie mogły zostać odebrane jej ani jej rodzinie przez nikogo. Szczególnie przez członków Signum Sanguinem.

Gdy w końcu usiadła z Andrzejem przy stole, znów mogli rozmawiać tak, jak dawniej, gdy zaczęli się spotykać. Aniela pamiętała, jakie pytania zadawał jej mężczyzna, chcąc ją poznać. Teraz wypominała mu to z uśmiechem na ustach, jednak kilka lat wstecz to wcale nie było takie śmieszne. Musieli przeciwstawić się wszystkiemu, co na nich czyhało, stawić czoła przeciwnościom. A jednak udało się, są razem, mają syna i nigdy nie byli tak szczęśliwi, jak teraz.

Po kolacji Zimmermannowie wybrali się na spacer po mieście, wpatrując się w zachodzące słońce. Mieszkańcy wracali do mieszkań, witając się z rodzinami. Sklepy powoli zamykały się, a ich właściciele ruszali w drogę do domów.

Aniela zatrzymała się przed sklepem muzycznym, na wystawie którego zauważyła kilka bębnów, fletów i wiszące na ściance instrumenty smyczkowe. Zastanawiała się, czy Joaquín Emil kiedykolwiek będzie chciał kontynuować swoją przygodę z muzyką. Nadal go fascynowała, chociaż nie pamiętał już grajków. Przestali pojawiać się w okolicach wsi, gdy miał trzy lata. Mimo wszystko w domu pozostały stare nagrania, które chłopiec lubił odsłuchiwać, szczególnie w porze snu lub podczas nauki.

Aniela uniosła głowę, słysząc jakieś dźwięki dochodzące z pierwszego piętra, a właściwie z pomieszczenia, które znajdowało się nad sklepem. W oknie paliło się światło. Kobieta pociągnęła za sobą Andrzeja, chcąc ujrzeć człowieka, który wygrywał takie niesamowite melodie. Gdy znalazła się na krańcu chodnika, w końcu go dostrzegła.

— Niesamowite — szepnęła, wskazując głową na okno. — Przecież to jeszcze dziecko.

Andrzej przytaknął. Aniela lekko zmrużyła oczy, chcąc zobaczyć coś więcej. Chłopiec miał kruczoczarne włosy i ku jej zdziwieniu grał na skrzypcach. Aniela mogła zobaczyć czubek jego głowy, ponieważ stanęła na palcach po drugiej stronie ulicy. W pokoju oklejonym kosmiczną tapetą było też lustro, przed którym stał, co ułatwiało dostrzeżenie go. Na jej oko chłopiec miał jakieś siedem lat, a przynajmniej to sugerował jego wzrost.

Melodia, którą wygrywał, była bardzo radosna, jednak na ustach chłopca ani razu nie pojawił się uśmiech, co zmartwiło Anielę. Nie wiedziała, ile czasu gra lub kiedy zaczął, ale prawie w ogóle nie fałszował, musiał mieć dobry słuch muzyczny i niesamowity talent.

W którymś momencie chłopiec przestał grać i opuścił skrzypce, podchodząc do okna. Zauważył Zimmermannów, jednak wcale nie przejął się ich obecnością. Wpatrywał się w nich przez chwilę, ale jego twarz pozostała kamienna. Kilkanaście sekund później został wezwany przez swojego dziadka, właściciela sklepu muzycznego, na kolację. Odszedł od okna, a w jego pokoju zgasło światło.

Aniela stała przez chwilę w ciszy, rozmyślając nad znaczeniem imienia kruczowłosego chłopca, które przed momentem usłyszała. Andrzej również się nie poruszył, nie poganiał jej. W końcu kobieta spojrzała na zegarek ozdabiający jej lewy nadgarstek.

— Pora wracać — oznajmiła, zerkając na Andrzeja. Mężczyzna skinął głową.

Musieli zabrać Joaquína Emila ze świątyni, by nie zajmował braci, gdy nie mieli na to czasu.

Aniela wpatrywała się w mijany krajobraz, gdy Andrzej czekał na zmianę świateł. W końcu spytała męża, czy coś przy grajku wyczuł. Jego dar polegał przecież na rozpoznawaniu dobrych i złych duchów. Andrzej zaprzeczył. Słysząc to, Aniela westchnęła cicho i oparła głowę o szybę. Żałowała, że nie dostrzegła uśmiechu na tak młodej twarzy. Wewnątrz coś mówiło jej o nieszczęściu dziecka. Żadna kochająca matka by tego nie zniosła. Miała nadzieję, że się myli i szlachetny chłopiec — bo takie było znaczenie jego imienia — jednak jest szczęśliwy.

Zimmermannowie zaparkowali na parkingu przed świątynią i weszli do budynku, poszukując swojego syna. Nie znaleźli go ani w przedsionku, ani pod obrazem, więc skierowali się do pomieszczeń braci. Zastali Rafaela i Gavriela tłumaczących jakieś książki, ponieważ Rafael posiadał dar tłumaczenia języków, a Gavriel — retoryki. Jednak oni nie mieli pojęcia, gdzie są Mikael i Joaquín Emil. Zniknęli z ich pola widzenia kilka godzin temu. Aniela pokręciła głową, ciągnąc za sobą Andrzeja.

Zeszli po schodach na korytarz prowadzący do Sali Światła. Kobieta dostrzegła brata Mikaela, gdy ten przechadzał się wzdłuż przejścia razem z chłopcem. Dzieciak z uwagą przyglądał się obrazom wiszącym na ścianach i zamęczał Mikaela pytaniami. Mężczyzna był już najwyraźniej zmęczony ciekawością chłopca, więc udzielał mu nieco wymijających odpowiedzi.

Joaquín Emil zauważył swoich rodziców i postanowił pobiec w ich stronę.

— Mamo, tato! — zawołał, wskazując palcem na mężczyznę. — Mika pokazywał mi całą świątynię! Wiedzieliście, ile tajnych przejść można w niej znaleźć?

Chłopiec zaczął opowiadać o tym, co widział i słyszał od brata Mikaela o początkach świątyni, tym jak powstawała i kto się nią opiekował. Ten kiwał tylko głową, zgadzając się z jego słowami.

— Ale nie mogłem wejść tam — oznajmił nagle Joaquín Emil, wskazując ręką na drzwi prowadzące do Sali Światła. Aniela uśmiechnęła się, widząc oburzenie na twarzy chłopca z powodu niedostępności pomieszczenia.

— Nie martw się. Kiedyś zobaczysz, co tam jest — odparł Andrzej, biorąc syna na ręce. — Dziękujemy za pomoc — dodał, zerkając na Mikaela.

Mężczyzna potarł zmęczone oczy z uśmiechem na ustach.

— Wasz syn ma w sobie niewyczerpalne źródło energii, rzadko się poddaje.

Aniela skinęła głową. Dobrze o tym wiedziała. Czasem, kiedy Andrzej urządzał zawody, kto zrobi najwięcej okrążeń wokół domu, Joaquín Emil zawsze wygrywał. Nie chodziło o to, że rodzice byli od niego starsi i nie mieli już tyle sił, co on. Ten chłopiec walczył do samego końca, nawet jeśli kończyły się jego siły. Był naprawdę twardym zawodnikiem, o czym mówili też bracia zakonni, widząc jego starania.

Dzisiejszego dnia jednak zasnął, gdy tylko usiadł na tylnym siedzeniu. Aniela i Andrzej jechali do domu w ciszy, chcąc odpocząć od hałasu.

Aniela wpatrywała się w ciemniejący krajobraz. Z każdym dniem przepowiednia była coraz bliżej, niemal czuła oddech przeznaczenia na swojej skórze. Mimo wszystko postanowiła żyć w ten sposób i nie miała do siebie żalu. Wiedziała, że to, co robiła, było słuszne. Prawda musiała wyjść na jaw, jak powtarzała Józefina.

Aniela spojrzała w niebo, przypominając sobie o mężu kobiety. Miała nadzieję, że Zachariasz trafił do szczęśliwego miejsca. Gdy odszedł rok temu, Aniela wybrała się na jego pogrzeb sama, zostawiając Joaquína Emila z Andrzejem. Nie miała nawet okazji porozmawiać z Józefiną, więc po prostu złożyła kondolencje i zostawiła kwiaty. Przez jakiś czas zanosiła znicze na grób mężczyzny. Zachariasz i jego żona byli jak jej drudzy rodzice, więc bardzo ich szanowała. Obraz rodzinny, który wisiał w korytarzu domu Evansów, był jej autorstwa.

Mimo wszystko, kontakt z Józefiną był coraz rzadszy — nie dlatego, że kobieta sama go urwała, lecz dlatego, że po śmierci Zachariasza Evansowie wzięli ją do siebie. Aniela nie znała dobrze ani Coreya, ani jego żony Robyn, ponieważ byli bardzo zapracowanymi ludźmi, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie — nigdy nie mieli czasu na rozmowę z nią. Aniela miała nadzieję, że mają czas chociaż dla Józefiny albo swojego jedynego syna, Eliasza Nicholasa. Nie bała się o chłopca, miał dobrą opiekunkę — ukochaną babcię. Józefina często powtarzała, że wnuk spędza z nią dużo czasu, gdy jego rodzice przebywają w pracy. Niestety, wkrótce po śmierci Zachariasza Evansowie wysłali Eliasza do jakiegoś renomowanego przedszkola, co stworzyło kolejną przepaść pomiędzy nim a dziećmi z innych, mniej zamożnych rodzin i pogłębiło samotność Józefiny, która widziała go tylko wczesnym rankiem i wieczorem.

Aniela często zastanawiała się, czy Corey chce w ten sposób jakoś pozbyć się ciężaru, jakim jest jego matka. Nie chciała się jednak wtrącać w prywatne sprawy rodzinne Evansów. Dlatego właśnie Joaquín Emil nie miał kontaktu z ich synem. Mieszkali daleko od siebie i w ogóle się nie znali. Aniela wiedziała, że przez to, kim są ona i Andrzej, nie poznają się jeszcze przez długi czas. Evansowie oceniali wszystkich ludzi z góry, być może Joaquín Emil też byłby dla nich tylko dzieciakiem ze wsi. Oby dorosły Eliasz nie stał się takim nieczułym arystokratą, jak jego rodzice.

Zimmermannowie stanęli pod domem. Andrzej wyłączył silnik i wyszedł z samochodu, biorąc śpiącego syna w ramiona. Aniela poszła za nimi, trzymając klucze od domu.

Weszli do środka, niosąc chłopca do jego pokoju. Nie obudził się, gdy wnosili go po schodach. Było już późno, Aniela nie chciała budzić go tylko po to, by założył piżamę. Zimmermannowie wyszli, zamykając za sobą drzwi.

Usiedli w salonie. Trzymając się w ramionach, siedzieli tak przez jakiś czas w zupełnej ciszy. Wkrótce oboje zasnęli.

Rozdział XVI

Grudzień, rok 2002


Aniela stała przy pachnącej choince, pomagając Joaquínowi Emilowi założyć bombki na drzewko. Miał już sześć lat. Stawał na palcach lub na krzesełku, by dosięgnąć wyższych gałązek. Gdy nie mógł tego zrobić, prosił matkę o pomoc. W tym czasie maszerował do pudełka, by wyciągnąć z niego kolejne ozdoby. Kilka z nich wykonał sam. Łańcuch był zrobiony z kółek kolorowego papieru. Niektóre styropianowe bombki były oklejone różnymi materiałami i przypominały małe dzieła sztuki. Aniela przyglądała się chłopcu z uśmiechem, gdy planował, gdzie powiesi następną kulę.

Wyjrzała przez okno, widząc, jak kolejne płatki śniegu powiększają leżące na ziemi zaspy. Padało od kilku dni i Andrzej musiał męczyć się z odśnieżaniem. Nie był jednak sam. Zawsze, gdy ojciec wychodził, Joaquín Emil zbiegał na dół, szybko wsuwał buty, zakładał kurtkę i szalik, naciągał czapkę na głowę i wybiegał na dwór, szukając swojej zabawkowej łopaty. Gdy Andrzej wymachiwał sipą, chłopiec powtarzał jego ruchy, odgarniając śnieg ze ścieżki. Po skończonej pracy kładł się na śniegu, machał rękami i nogami, by utworzyć postać aniołka. Aniela nie martwiła się o jego zdrowie. Chociaż potrafił się przeziębić, takie osłabienie nie trwało dłużej niż trzy dni. Nie dotykały go żadne ostrzejsze choroby. Jak na dzieciaka o delikatnych rysach twarzy, był bardzo wytrzymały wewnętrznie.

Kobieta wróciła myślami do rzeczywistości, gdy syn oznajmił jej, że powiesił na drzewku ostatnią bombkę. Aniela skinęła głową i zapaliła światełka. Choinka wyglądała przepięknie, gdy błyszczały na niej wszystkie kolory tęczy. Wśród nich chłopiec najbardziej ukochał sobie zielony, a tuż po nim — granatowy. Dlatego większość jego rzeczy miała takie kolory. Teraz także ozdoby, które wykonywał. Kiedy Aniela pytała, dlaczego wybrał akurat takie barwy, wzruszał ramionami. Mimo wszystko kobieta wiedziała, skąd ten wybór. W letnie wieczory Andrzej i Joaquín Emil kładli się na kocu na zielonej polanie i wpatrywali w rozgwieżdżone niebo koloru indygo. Te wspomnienia rodzinnego wypoczynku wzbudzały w chłopcu ciepłe uczucia.

Aniela uśmiechnęła się do syna, po czym ruszyła do kuchni. Czekało na nią ciasto piernikowe. Dzieciak pobiegł za matką, wyciągając z szuflady różnego rodzaju foremki o świątecznych kształtach choinek, bombek, dzwoneczków i prezentów. Aniela wałkowała ciasto, a on zajmował się jego formowaniem.

Kobieta nigdy nie narzekała na to, że wszędzie go pełno. Zawsze był jakąś pomocą, ale często stawiał na swoim. Jego buńczuczność mogła być najbardziej irytująca, jednak Aniela wiedziała, że tak zachowuje się każde dziecko w jego wieku. Mogła się tylko cieszyć, że Joaquín Emil wykonuje większość zadań sam, chce się uczyć i nie buntuje się przeciwko ich decyzjom. Chociaż wyrusza na wyprawy wokół wsi w pojedynkę, zawsze wraca o określonej przez nich godzinie. Nie znając innych realiów, nie tęsknił za nimi.

Gdy ciastka były już poukładane na blaszce, Aniela wsadziła ją do piekarnika. Sześciolatek stanął na taborecie przy zlewie i umył ręce, wycierając je o spodnie. Kobieta zaśmiała się, widząc to. Czasem jednak chodził na skróty.

Zeskoczył z taboretu, lądując na podłodze i pobiegł do swojego pokoju. Aniela spojrzała na zegarek. Dochodziła piąta po południu. Niemal zawsze o tej porze Joaquín Emil przynosił z pokoju swój ulubiony kubek z rysunkiem pingwina i stawiał go na stole, prosząc o herbatę z mlekiem. Widział często, jak Andrzej i Aniela siedzieli razem na werandzie, sącząc napój ze swoich filiżanek w kwiatowe wzory, więc również zapragnął mieć swoją tradycję.

Gdy chłopiec miał trzy lata, herbata czekała na Andrzeja na stole w salonie. Jednak Joaquín Emil chciał ją dosięgnąć wcześniej. Pociągnął za obrus, i zanim Aniela zdążyła zareagować, herbata wylała się na prawą stopę chłopca. Ich dary były zupełnie przeciwstawne — nawet jeśli Aniela mogła przewidzieć, co chłopiec zrobi i ukrywała przed nim niebezpieczne przedmioty, on z pomocą własnego daru je odnajdywał. To wtedy znalazł się w szpitalu. Tamta noc była deszczowa i burzliwa, a on nie spał, tylko wpatrywał się w okno, wsłuchując się w dźwięki wichru i ulewy. Nucił pod nosem piosenkę. W pokoju szpitalnym znajdował się jeszcze jakiś starszy chłopiec, i to on bał się burzy bardziej niż sam Joaquín Emil. To wtedy Aniela doceniła wyjątkowość swojego syna. Po tym wydarzeniu na jego stopie pozostał ślad. Kobieta nie wracała do tej historii, a po tylu latach chłopiec nic nie pamięta. Jednak już nigdy nie ściągnął obrusu ze stołu.

Aniela zaparzyła herbatę, gdy jej syn postawił swój kubek na stole, siadając na taborecie.

— Kiedy wróci tata? — zapytał, rysując palcem po blacie stołu.

— Już niedługo — odparła Aniela, zerkając na zegar wiszący na ścianie w kuchni. Wskazywał południe.

— Obiecujesz?

— Tak, skarbie. Skoro tata ci coś obiecał, będzie na czas.

Wiedziała, że Joaquín Emil się niecierpliwi, ponieważ Andrzej przyrzekł mu, że przed kolacją pójdą na tor saneczkowy. Miała nadzieję, że dzisiejszego dnia wcześniej wyjdzie z pracowni. Ostatnio spędzał w niej dużo czasu, stercząc nad niezwykle skomplikowanymi meblami na zamówienie do biura jakiegoś biznesmena.

Joaquín Emil bawił się, kręcąc łyżeczką w kubku z herbatą, po czym dmuchał na nią, chcąc nieco schłodzić napój. Aniela usiadła naprzeciwko niego, sprawdzając zadania, które ostatnio skończył. Radził sobie z matematyką, chociaż wolał pisać i uczyć się nowych, nieznanych słówek. Zadania wymagające czytania ze zrozumieniem i logicznego myślenia nie sprawiały mu problemów. Był sześciolatkiem, który rozwiązywał zadania dla siedmiolatków. Aniela, ucząc go, miała okazję przekonać się, jak to jest być nauczycielem. Za młodu chciała być przedszkolanką. Cieszyła się jednak, że zmieniła zdanie, dzięki czemu mogła poświęcić czas synowi.

Nawet nie zauważyła, kiedy Joaquín Emil wypił całą herbatę. Odstawił kubek do zlewu i nalał do niego wody, opłukując go. Odwrócił się w stronę Anieli, pociągając nosem.

— Ciastka są gotowe! — zawołał, radośnie unosząc dłonie. Kobieta uśmiechnęła się do niego, chwytając za rękawice kuchenne. Otworzyła piekarnik, chcąc złapać za blaszkę. Syknęła, gdy przez nieuwagę dotknęła jej gorącej części. Lekko się poparzyła.

— Nie zostawiaj tego tak — oznajmił Joaquín Emil, ciągnąc ją nagle w stronę kranu. Stanął na palcach, by odkręcić kurek z zimną wodą. Wziął dłoń Anieli, każąc trzymać ją pod wodą.

— Skąd wiedziałeś, że tak trzeba? — zapytała, zdziwiona jego reakcją.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 68.44
drukowana A5
Kolorowa
za 102.59