E-book
20.48
drukowana A5
65.07
drukowana A5
Kolorowa
96.13
Signum Sanguinem. Geneza

Bezpłatny fragment - Signum Sanguinem. Geneza


Objętość:
395 str.
ISBN:
978-83-8126-205-7
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 65.07
drukowana A5
Kolorowa
za 96.13

As he walks along the trail

He’s still all alone

Tries to leave behind the demon

That he draws along

He knows it’s only in the mind

It won’t rain all the time

But nobody’s on the road

So he has to go alone

His cold look melts away

As he faces the sun

Tries to forget how long is

He on the lonely run

For a long time his homeward bound

Get lost but not found

But nobody’s on the road

So he’s still on the run

Make way for the morning sun

The ray of light shows the way to believing

Don’t be scared until it’s gone

If the rain comes back it washes away

All the pain

All the pain what you bear inside

Comes away with the night

All the night eats you up alive

Don’t you know you have to carry on the fight?

Paddy And The Rats, Pilgrim On The Road


Rodzina jest dla człowieka korzeniami, przyjaciele łodygą,
a miłość kwiatem.

Anna Rokita


Dom — to nie miejsce, gdzie mieszkasz, ale miejsce,
gdzie cię rozumieją.

Christian Morgenstern


Przeznaczenie — wymówka głupca w chwili klęski.

Ambrose Bierce

KSIĘGA I
ZBUNTOWANY CIEŚLA

Can you believe this, my friend?

I was empty and broken inside

She came to save me from the storm

When I heard she said

Three nights of hell

Immortality spell

Light up the skies

Make it through the darkness

Time belongs to you and I

There’s nowhere else

I wished I could be

Mountains high

Dark river flows

The wind will blow

Our fire will burn

Again

Lacuna Coil, Blood, Tears, Dust


Serce twarde na końcu dozna klęski,

a miłujący niebezpieczeństwo w nim zginie.

Syr 3, 26


Miłość to ojciec ratujący dzieci z płonącego budynku, wynoszący je i ginący przy tym. Kiedy kochasz, przestajesz żyć dla siebie, żyjesz dla innej osoby.

Philip Kindred Dick

Rozdział I

Październik, rok 1994


Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna szedł w ciszy, zostawiając ślady na pokrytej liśćmi ścieżce. Chociaż umiał mówić, siedział cicho całe swoje życie. Nigdy nie sprawiał problemów. Rodzice wychowali go tak, jak należy. Dobrze się uczył, był oczkiem w głowie każdego, kto go poznał. Inteligentny, silny. Takich stoickich ludzi potrzebowali mieszkańcy miasta. Wspaniałych żołnierzy, których będzie można posłać na wojnę. Cudownych pracowników, będących na każde skinienie przełożonego. Geniuszy. Przywódców. Autorytetów. Tego żądał świat.

Pomimo próśb, nikt nie przyszedł mu z pomocą, gdy tego potrzebował. Wszyscy, których miał, zniknęli. Odebrano mu rodziców, a właściwie… Oni sami odeszli. Mówili, że taki los czekał ich od dawna. Nikt nie był zainteresowany mężczyzną, gdy on również czekał na śmierć, przygnieciony ciężarem życia.

Wtedy pojawili się oni, oferując mu pomocną dłoń. Zaufał im. Nazywali siebie zgromadzeniem. Zapoznali go ze swoimi przyjaciółmi. Mężczyzna szybko zaakceptował nowe towarzystwo, porzucając dotychczasowy tryb życia. Dobrze bawił się wśród znajomych, dla których dążenie do przyjemności i unikanie przykrości stały się najważniejszymi celami istnienia. Dobre było to, czego chcieli. Złe było to, czego nie chcieli.

Miał dwadzieścia jeden lat. Chcieli, by wniósł coś do szarego społeczeństwa.

Wedle życzenia. Chociaż początkowo z nudów, stał się częścią zgromadzenia, które na zawsze zmieniło oblicze Auditum, miasteczka, w którym wkrótce odkrył sens swojego nędznego życia.

Andrzej Achim Zimmermann znalazł się na zamku skrywającym tajemnicę nocy, w którą wszystko się zaczęło. Nadano mu nowe imię, Andrei. Pamiętał pozbawione wyrazu twarze, ubrania zbryzgane lśniącą w płomieniach czarnych świec czerwonawą krwią. Stał pośród wybranych, sprowadzony przez tych, którzy ofiarowali mu przyjaźń, cierpliwość i zapewnili utrzymanie. Miał przygotowywać salę na rozpoczęcie ceremonii, co też uczynił. Umiał korzystać z noża. Posiadał wiele narzędzi. Był cieślą. Kiedyś rysunki techniczne walały się po jego izbie, gdy zastanawiał się, co dalej robić, obecnie wykonywane przez niego drewniane konstrukcje znalazły swoje zastosowanie.

Teraz, mając dwadzieścia cztery lata, zwyczajnie to wiedział. Stał pośród zgromadzenia, które postanowiło ochrzcić nowych członków. Andrei użył tego słowa prześmiewczo, widząc jak kapłan maluje na czołach przybyszów kręte znaki, maczając palce w ich własnej krwi. Nacięli swoje ciała, by ją dać. Ten rytuał był jednym z ważniejszych, jakie miały miejsce, gdy wszyscy członkowie zgromadzenia spotykali się w ruinach położonych na skraju miasta.

Mężczyzna wiedział, co nastąpi. Nowym przybyszom zostaną powierzone zadania, które będą musieli wykonać w ramach próby. Było to przejście do następnego etapu. Należało wyrzec się wszystkiego, co miało związek ze starym życiem — porzucić dawne przyzwyczajenia, bliskich i to, co niegdyś należało do człowieka. Teraz nowo ochrzczeni mieli inną rodzinę. Rodzinę, która zapewniała im bezpieczeństwo. A oni zapewniali jej ofiary.

Andrei również miał swoją misję. Musiał odnaleźć kobietę, która od jakiegoś czasu znajdowała się podejrzanie blisko zgromadzenia. Nie wiedział, kim jest. Wiedział tylko, że może stanowić zagrożenie, o czym powiedział mu przełożony. Andrei zdawał sobie sprawę z tego, że wszystkie tajemnice zgromadzenia muszą pozostać w ukryciu, inaczej zbyt wiele osób zacznie węszyć wokół miejsca, które stało się ich świątynią. Nie mógł na to pozwolić.

Gdy pozostali członkowie elity wsłuchiwali się w słowa zastępcy kapłana, mężczyzna wszedł za prowadzącym ceremonię do głównej sali. Cieśla spojrzał na mur, w którym czas wybił już dziury. Widział ciemny niczym smoła firmament, na którym znajdowało się kilka słabo pobłyskujących gwiazd oraz księżyc ukryty za chmurami szarymi niczym jego oczy.

— Wiesz, jakie jest twoje zadanie, Andrei.

— Odnajdę ją i sprowadzę tutaj.

— Pamiętaj, że to twój obowiązek względem nas wszystkich, twoich braci i sióstr — podkreślił kapłan, znikając w mroku. — Szczególnie względem naszego Pana.

— Tak, Ojcze Perduell — odparł mężczyzna, kłaniając się mu.

Niespokojny powiew wiatru poruszył krótkimi, ciemnymi włosami Andreia.

Widział, jak jego pobratymcy prowadzą na wyznaczone miejsce młodą kobietę, nową członkinię zgromadzenia, podczas gdy najwyższy kapłan odprawiał modły nad jej ciałem. Jej próbą było przejście przez drogę oczyszczenia. Tylko tak mogła pokazać, że jest silna, że zasługuje na to, by poznać sekrety zgromadzenia.

Andrei nie odwrócił oczu, gdy kobieta współżyła z innymi. Nie wzruszały go odgłosy, nie budziły w nim odrazy rzeczy, które widział. Czy to było prawdą, czy może kolejnym złudzeniem, które pojawiało się za sprawą substancji znajdującej się w amulecie noszonym przez niego na szyi? Przeklęta Superbia, była świętością i skarbem zgromadzenia. Nie mógł bez niej żyć. Nie mógł też żyć tutaj, nie słysząc imienia, jakim zwracał się do niego Ojciec — ojciec nie będący tylko jego ojcem, lecz wszystkich wyznawców Signum Sanguinem, wcieleniem ich Mistrza, poszukującym nowego ciała. Znak Krwi rozlał się na życiorysach tych ludzi, pozostawiając plamy w ich duszy. Od tej pory towarzyszyła im ciemność, w której mogli się skryć, gdy światło próbowało wyjawić ich uczynki całemu światu.

Andrei złożył obietnicę. Będzie jej wierny, dopóki jego imię nie znajdzie się w Księdze Ciemności, woluminie, który już na zawsze przypieczętuje jego wybór.

Gdy ceremonia skończyła się, mężczyzna chwycił płonącą pochodnię. Nie był człowiekiem niosącym światło, lecz spalającym wszystko, co mogło zostawić za sobą zgromadzenie. Był odpowiedzią, osłoną przed światem zewnętrznym. Niósł ogromne brzemię i tylko on wiedział, jaki to ciężar.

Po ceremonii Andrei znów stawał się Andrzejem, zwyczajnym człowiekiem kroczącym wśród śmiertelników. Wpatrywał się w ogień, w którym znikały kolejne fragmenty kryształów, niegdyś wypełnionych Superbią.

Wiesz, jakie jest twoje zadanie, Andrei.

Wtedy był pewien, że temu podoła, ponieważ towarzyszyła mu Ciemność powoli pochłaniająca Auditum.

Rozdział II

Listopad, rok 1994


Andrzej odnalazł kobietę, którą miał tropić z polecenia Ojca Perduella, najwyższego kapłana zgromadzenia. Nie sądził, by stało się to przypadkiem — nie wierzył w przypadki. On, cieśla, zatrudnił się do pracy w pewnej posiadłości. Ona, malarka, zajmowała się wykonywaniem obrazów na zamówienie dla właścicieli. Andrzej mijał ją czasem, gdy przechadzała się jesiennym ogrodem. Aniela… Była zdecydowanie zbyt pokorna. Mdliło go na sam dźwięk jej imienia, ale starał się tego nie okazywać. Nie powinien wzbudzać podejrzeń.

Planował, jak pozbyć się malarki. Dlaczego nie mógł od razu zabić tej kobiety, skoro wiedział, że stanowi zagrożenie dla zgromadzenia? Takie było jego zadanie. Nie chciał jednak sprzeciwiać się słowom Ojca Perduella, który stanowczo zabronił mu pozbywać się Anieli w taki sposób. Chciał jej żywej. Miał plan. Musiał wiedzieć, że jest specyficzna.

Andrzej odłożył narzędzia, stawiając w altanie wyrzeźbioną przez siebie jaskółkę. Zastanawiał się, czy jest piękna. To, co on nazywał pięknym, było brzydkie w oczach tego świata, który bał się niedoskonałości. Mężczyzna dokładał wszelkich starań, by wpasować się w jego oczekiwania. Ludzi tak łatwo można oszukać, zachowując pozory. Wszelkie tajemnice zawsze były schowane pod powłoką, której ci tchórze nie chcieli zerwać, bojąc się tego, co leży pod nią.

Andrzej uniósł głowę, czując, że malarka wpatruje się w niego od jakiegoś czasu. Ich oczy spotkały się. Nie mógł się przemóc, by spoglądać na nią dłużej niż kilka sekund. W końcu odwrócił się, chwytając za swój nóż. Poprawił nieco ptasi dziób, bardziej go ostrząc.

Gdy skończył, usiadł w cieniu, biorąc do ręki przygotowany wcześniej posiłek. Odwrócił głowę, zerkając na stojącą kilka metrów dalej sztalugę. Obrazy naniesione na płótno były żywym odbiciem świata widzianego przez Anielę. Andrzej musiał przyznać, że posiadała talent. Właśnie dlatego był coraz bardziej pewny, że nie była to jedyna umiejętność kobiety. Zastanawiał się, jak blisko musi się znaleźć, by poznać jej tajemnicę. Nie rozmawiali ze sobą, a mimo wszystko miał wrażenie, jakby znał ją od dawna.

Nie mówił wiele, ponieważ wystarczało mu to, co czuł. Całe spektrum istot znajdujących się wokół niego było mu bliższe niż kiedykolwiek. Zdolność wyczuwania aury, jaką odkrył w sobie, będąc dzieckiem, nie marnowała się. Dobrze wykorzystywał ją, służąc zgromadzeniu. Dzięki znajomości ludzkich uczuć łatwiej kontrolować ich zachowania i dalsze kroki. Aniela była jednak nie do przeniknięcia, wyjątkowa. Miał wrażenie, że coś ją chroni, jakby roztaczała się nad nią jakaś przedziwna tarcza, aura, przez którą nie mógł się przebić. Może to przez jej imię, którego przecież nie zmieniła, nie tak, jak on, gdy wstąpił w szeregi zgromadzenia. To imię miało w sobie moc. Andrzej nie lubił go wymawiać, miał wtedy wrażenie, że cały świat jest skierowany przeciw niemu.

Mężczyzna uniósł głowę. Wiedział, że nie może tu dłużej zostać. Jego siła i siła Anieli były zupełnie przeciwstawne i zwalczały się nawzajem. Jeśli on to czuł, ona również musiała.

Wziął swoją torbę i schował do niej małe narzędzia, pozostałe zostawił pod zadaszeniem. Spojrzał w niebo. Chociaż był listopad, słońce świeciło niemiłosiernie. Nie znosił go, wnosiło zdecydowanie za dużo światła w bezsensowne życia mieszkańców tego miasteczka.

Opuścił ogród, kierując się w stronę wyjścia. Gdy szedł chodnikiem w stronę swojej pracowni, miał wrażenie, że ktoś depcze mu po piętach. Nie mylił się. Stając na przejściu dla pieszych, odwrócił głowę. Aniela podążała jego śladem, niosąc w dłoniach swoją sztalugę. Zatrzymała się tuż obok, stawiając drewniane nogi na bruku. Andrzej zerknął na kobietę z ukosa. Wzrostem sięgała mu do czoła. Prychnął, gdy pył leżący na ulicy uniósł się lekko, ponieważ samochody stojące na światłach ruszyły przed siebie.

Znalazł się przed bramą pracowni. Odszukał w kieszeni klucze i już miał je włożyć do zamka, gdy usłyszał za sobą cichy głos.

— Andrzej, możesz mi pomóc?

Odwrócił się w stronę kobiety, która stała tuż za nim i rzucił jej uważne spojrzenie. Uśmiechnęła się. Nie odwzajemnił tego.

— Zastanawiałam się, czy mógłbyś naprawić moją sztalugę — kontynuowała, pokazując mu chwiejące się nogi. — Obawiam się, że długo nie wytrzyma, a mam do skończenia jeszcze kilka prac. Bardzo jej potrzebuję.

Mężczyzna myślał przez moment. Jeśli teraz wpuści ją do pracowni, kobieta zobaczy symbole, które nakreślił w różnych miejscach. Był do tego zobowiązany, należąc do zgromadzenia. Aniela mogła odkryć jego tajemnicę. Andrzej zastanawiał się, czy powinien ją trzymać na odległość.

Kazał jej usiąść w ogrodzie na ławce, którą kiedyś wykonał. Aniela nie miała nic przeciwko. Cierpliwie czekała, gdy on zabrał sztalugę do środka.

Szukając odpowiednich narzędzi, Andrzej przyjrzał się stojakowi, który został podpisany. Aniela Emilija Kraska. Mężczyzna stanął przy stoliku i położył na nim sztalugę, mocując drewniane elementy we właściwych miejscach.

Jego misją było odnalezienie jej, wykonał to zadanie. Jednak Ojciec Perduell nie poprzestał na tym. Wiązał z tą kobietą plan, o którym Andrzej niewiele wiedział.

Spał już z wieloma kobietami. Mógł posiąść każdą, gdyby tego chciał, co też czynił, gdy nadarzała się okazja. Mimo wszystko, jego partnerki nie były wiele warte. Nie chodziło tylko o seks, brakowało mu czegoś więcej. Tymczasem Aniela nadal znajdowała się poza jego zasięgiem, a nie była nawet bardziej urodziwa niż pozostałe kobiety, z którymi Andrzej sypiał. Jej długie włosy przypominały brudną miedź, w oczach odbijał się kolor wiosennych traw przypalonych słońcem, a na twarzy rozsypane były piegi. Widział piękniejsze okazy. Mimo wszystko żaden z nich nie umiał się tak uśmiechać. Andrzej zastanawiał się, dlaczego ten uśmiech rozjaśniał jego świat bardziej niż słońce, którego promienie nie dawały mu spokoju.

Może nie mylił się i kobieta faktycznie posiadała dar. Powinien to sprawdzić, nim postanowi zrobić coś, by odciągnąć ją od zgromadzenia lub po prostu zabić.

Wiedział, jak walczyć, bronić się i wykończyć człowieka. Lubił też wyzwania. Postanowił, że weźmie udział w tej grze.

Skończył skręcać sztalugę i wyszedł na zewnątrz, znajdując Anielę przy schowku. Stała na palcach, wpatrując się w to, co widziała za małym okienkiem. Andrzej podszedł do niej, bez słowa wręczając kobiecie jej własność. Zaskoczona, przeniosła wzrok na niego. Odwrócił głowę. Nie mogła mieć nad nim przewagi.

— Dziękuję ci — powiedziała Aniela, biorąc do ręki swoją sztalugę. — Jak mogę się odwdzięczyć?

— Nie musisz — uciął, wracając do pracowni. Zanim zdążył zamknąć drzwi, złapała go za rękę. Poczuł, że skóra zaczyna go piec, ale musiał to wytrzymać dla dobra sprawy. Wszystko na rzecz zgromadzenia.

— Bardzo mało mówisz. Czy coś cię trapi? — spytała łagodnie.

Milczał. Miał wrażenie, że rozmowa z nią tylko pogorszy sprawę. Może wątpił w swoje możliwości? Przecież jeśli dobrze ukryje swoje zamiary wobec niej, nie uda jej się go przejrzeć.

— Nie — odparł spokojnie, powoli wyswobadzając dłoń. — Po prostu mam sporo pracy przed sobą. A teraz wybacz, ale muszę zająć się projektem na jutro.

— Rozumiem. W takim razie… Pójdę już. — Czy to, co usłyszał w jej głosie, było nutą żalu? Czy ona czegoś od niego chciała?

Odwrócił głowę, ale Aniela zdążyła już zniknąć za rogiem. Jak na tak drobną osóbkę, była niezwykle szybka. I silna, skoro niosła sztalugę zupełnie sama. Andrzej zaczął się zastanawiać, czego ma się po tej kobiecie spodziewać.

Wrócił do pracowni i stanął jak wryty, widząc przed sobą cień Ojca Perduella. Złapał się za klatkę piersiową. Pojawianie się kapłana w odległych miejscach nagle i bez ostrzeżenia należało do jednego z wielu jego darów. Poza tym, że sam bytował w ciele człowieka, który już dawno powinien umrzeć. Tylko demoniczna siła utrzymywała go przy życiu. Pan szukał nowego naczynia, w które będzie mógł się przelać. Teraz wykorzystał lustro stojące w izbie Andrzeja, dzięki któremu obserwował poczynania mężczyzny.

— Pamiętaj o swoim zadaniu, Andrei. Nie pozwól, by jej spokój zburzył nasze plany.

— Co mam czynić, Ojcze? Wydaje się, że ona jest zbyt silna, bym mógł zrobić cokolwiek — odparł, pokazując dłoń, na której ukazał się ślad. Znalazł się w miejscu dotknięcia go przez Anielę.

Cień Perduella wyszedł ze zwierciadła i przechadzał się po izbie.

— Wiem, synu. Godzina przeznaczenia nadchodzi. Nasz Pan potrzebuje nowego naczynia. Aby złamać to, co ją chroni, musisz uśpić jej czujność. Zbliż się do niej.

Andrzej nie śmiał spojrzeć na cień, który właśnie stanął przed nim. Wiedział, co kryje się w pałających czerwienią oczach. Poczuł, że coś dotyka jego dłoni. Ślad po oparzeniu zniknął. Będzie musiał spłacić ten dług.

— Ukryj ją, Andrei. Ukryj Superbię. Schowaj ją tak, by kobieta nie miała do niej dostępu.

— Ależ… Czy ona nie płynie w mojej krwi?

Natychmiast pożałował tego pytania. Pan nie znosił sprzeciwu. Uderzony nagłym ciosem, Andrzej upadł na kolana, nie podnosząc głowy.

— Zrobię, co każesz, Ojcze. Będę podążał za nią jak cień. A kiedy nadejdzie właściwa godzina, oddam ją w twoje ręce — oznajmił.

Poczuł natychmiastową ulgę. Demoniczna siła przestała ściskać jego klatkę piersiową. Wydawało się, że jego żyły stały się wyraźniejsze, gdy przepływająca przez nie szkarłatna substancja wniknęła w amulet znajdujący się na szyi. Superbia poruszyła się nieznacznie, wtapiając się w szkło. Mężczyzna uniósł głowę, gdy cień znów wkroczył do zwierciadła.

— Złożyłeś obietnicę przez zgromadzeniem, Andrei.

Pamiętał o tym. Od jej wypełnienia zależało jego życie. Teraz, kiedy Superbię wyciągnięto z jego ciała i na powrót ukryto w amulecie, mógł podejść do Anieli bez odczuwania fizycznego bólu. Mógł z nią rozmawiać, nie obawiając się, że kobieta przejrzy jego zamiary. Musiał przystąpić do działania.

Wstał z ziemi, otrzepując spodnie. Podszedł do zwierciadła, przykrywając je płótnem, które spadło z niego, gdy cień wszedł do środka. Andrzej zerknął w lustro. W jego oczach nie było już czerwieni, która objawiała się zawsze w wyniku działania Superbii. Ojciec wystawił go na próbę. Powinien podołać zadaniu, jeśli nie chce zawieść Pana.

Uczucie, jakie towarzyszyło mu w tamtej chwili, było zupełnie nowe. Wyszedł na zewnątrz, zerkając na słońce. Nie paliło go tak, jak dotychczas. Gdyby zrezygnował z własnej woli, zgromadzenie przeklęłoby go i posłało za nim jednego ze swoich demonów. W tej sytuacji Andrzej po prostu poddał się woli ojca, więc chroniło go jego słowo. Został wybrany do wypełnienia tej jednej, specyficznej misji.

Wtedy po raz pierwszy zaczął zastanawiać się, czy jego rola w zgromadzeniu zakończy się razem z powierzonym mu zadaniem.

Rozdział III

Marzec, rok 1995


Andrzej wyruszył do posiadłości, w której obecnie pracował. Dzień wydawał mu się piękny, choć wcześniej tego nie doceniał. Wtedy wolał przebywać w cieniu. Odkąd Superbia spoczywała w amulecie, obecność słońca nie robiła mu różnicy.

Wszedł na teren ogrodu, podszedł do schowka i znalazł w nim swoje rysunki oraz narzędzia. Miał zająć się renowacją altany po zimie. Wiedział, że tę pracę może wykonać zupełnie sam. Znalazł się na podeście i rozłożył plany na blacie stolika, biorąc do ręki specjalny ołówek. Gdy rysował coś na papierze, usłyszał za sobą ciche kroki. Odwrócił głowę, widząc Anielę. Pokazała mu obraz, który skończyła. Rzucił na niego okiem.

Na płótnie znajdował się zachód słońca. Andrzej mógłby przysiąc, że taki sam widok towarzyszył mu wczoraj, gdy cień Pana zniknął w zwierciadle. Barwy w niezwykły sposób łączyły się ze sobą, sprawiając wrażenie żywych.

— Ładny — powiedział, jednocześnie nie mogąc uwierzyć w to, co mówi. Dotychczas nie skomentował żadnej z jej prac.

— Tak uważasz? — zapytała. — Co prawda nie jest idealny, ale… Chciałabym ci go dać w prezencie, w podziękowaniu za naprawę sztalugi.

Andrzej zastanawiał się, czy miał prawo przyjąć podarek. Nie słyszał jednak żadnego głosu sprzeciwu. Nie czuł żadnego uścisku, który powstrzymałby go przed wyciągnięciem rąk i chwyceniem za obraz. Gdy wreszcie ujął go w dłonie, nie poczuł, by cokolwiek go piekło. Mógł zrobić więcej, odkąd Ojciec ukrył Superbię w amulecie. Mimo wszystko wiedział, że stoi po przeciwnej stronie barykady, niż Aniela.

— Powiedz… — kontynuowała, kiedy odwrócił się, by zająć się pracą. — Dlaczego zostałeś cieślą?

— Chyba nie miałem wyboru. W końcu tego nauczył mnie ojciec — odparł mężczyzna, biorąc do ręki ołówek.

Jego prawdziwy ojciec, zanim odszedł. Później Andrzej miał nowego. Stary nie podołał swojemu zadaniu. Podobnie jak i matka, mimo że oboje należeli do zgromadzenia. Andrzej, jedyny z rodzeństwa, który przetrwał próbę czasu, przejął krwawe dziedzictwo pozostawione mu przez rodziców. Nie bez powodu Ojciec mówił, że Superbia płynie w jego krwi.

Ale tego nie musiał mówić Anieli.

Kobieta skinęła głową, przypatrując się jego pracy. Andrzej uniósł głowę, zerkając na nią z ukosa.

— Nie powinnaś siedzieć przy sztaludze?

— Chciałam popatrzeć, jak pracujesz. Może dzięki temu wpadnę na nowy pomysł.

— Jak chcesz — odparł obojętnie.

Nakreślał na papierze swoje notatki, gdy Aniela siedziała przy stole z łokciami opartymi o blat. W tej pozycji wyglądała jak pociecha obserwująca rodzica. Andrzej nie wiedział, jak ma na to reagować. Skończył pisać i wyprostował plecy.

— Muszę się przejść — oznajmił, wychodząc z altany. Aniela niemal wyskoczyła zaraz za nim. Miał wrażenie, że zachowuje się jak dziecko. A może to on był nazbyt poważny?

Szli przed siebie, obserwując ogrodników, którzy sadzili nowe rośliny. Jeszcze moment, a zaroi się tu od przeróżnych kwiatów. Ta posiadłość sama w sobie robiła wrażenie. Wszystko, co znajdowało się wokół, było tylko jej ozdobnikiem.

Andrzej zerknął na Anielę, która wpatrywała się w mijany krajobraz. Wydawało się, że jest przejęta każdym szczegółem. Największym zachwytem darzyła kwiaty. Nazywała je cudem. On nie widział w tym żadnych cudów. Zwykły wiecheć, zwiędnie kilka dni po zerwaniu, zostanie wyrzucony. Tak postępuje się z niepotrzebnymi rzeczami albo ludźmi.

Kobieta przykucnęła przy sadzonkach, przyglądając się im z uwagą. Andrzej stanął nad nią, trzymając dłonie w kieszeniach.

— A ty? Dlaczego zostałaś malarką? — zagaił w końcu, nie mając nic lepszego do roboty.

— Nie sądziłam, że zapytasz — zaśmiała się, unosząc głowę. — To moja pasja, chciałam to robić, odkąd byłam dzieckiem. Wtedy nie sądziłam, że mi się uda. A jednak… Jestem tutaj.

Podjęła decyzję sama. Dobrze wiedzieć. Andrzej nie miał takiego wyboru. Musiał przyjąć to, co pozostawili mu rodzice. Wiedział, że zostanie cieślą, odkąd skończył dwanaście lat. Ktoś musiał przejąć interes po ojcu. Tylko on się do tego nadawał. Nie sprzeciwił się, zresztą… Nie miał po co. Nie odczuwał potrzeby buntowania się, skoro zgromadzenie okazało mu swoją przyjaźń. Przynajmniej tak to nazywał.

Aniela podniosła się z ziemi, otrzepując długą spódnicę. Znów uśmiechnęła się do niego, jakby chciała mu coś powiedzieć. Mimo wszystko nie odezwała się ani słowem. Andrzej odprowadził ją wzrokiem, gdy usiadła przy swojej sztaludze, biorąc do ręki pędzel.

Zaczął zastanawiać się, co takiego maluje. Od początku wydawało mu się, że zamówienie złożone przez rodzinę chcącą wprowadzić się do tego domu jest niespecyficzne. Na płótnie znajdowały się kwiaty albo jakieś scenki rodzajowe. Z tych ostatnich Andrzej niczego nie rozumiał.

Podszedł do niej, zerkając na płótno, na którym widniała zagubiona w lesie postać, mały chłopiec.

— A to? Czy to też powieszą w domu?

— Nie, to inna praca, moja osobista. Czasem… Przekładam to, co widzę, na płótno.

— Twoje sny? — dopytywał, wpatrując się w obraz.

— Jeśli mogłabym tak to nazwać — odparła Aniela, maczając pędzel w farbie.

Jej sny były mniej koszmarne. Jego wizje były przepełnione ciemnością i grozą, do której zdążył się przyzwyczaić tak samo, jak do widoku krwi, niespokojnych nocy i poranków, w których budził się zlany potem, dziękując Ojcu, że to tylko koszmar.

Potrząsnął głową. Odkąd Superbia nie płynęła w jego żyłach, Andrzej odpływał myślami do miejsc, w których nie powinien się znaleźć. Musiał pamiętać, jaka jest jego prawdziwa misja, inaczej nie będzie mógł stanąć przed obliczem Ojca nigdy więcej. A jeśli stanie, nie wypełniając zadania, czeka go pewna śmierć. Czuł jej oddech na swoim karku od jakiegoś czasu. Musiał się spieszyć. Powinien zrobić coś, dzięki czemu Aniela mu zaufa. Poczynił już postępy, skoro ofiarowała mu swój obraz.

Późnym wieczorem, po skończeniu pracy, Andrzej zabrał go i wszedł z nim do swojej izby. Poszukał w szufladzie jakiegoś sznurka, po czym przybił go do drewienka przy płótnie i powiesił dzieło na ścianie. Prezentowało się całkiem ładnie.

Ostentacyjnie otrzepał dłonie, odwracając się. Zerknął w stronę lustra. Materiał, którym je okrył, znów leżał na ziemi. Andrzej podszedł do zwierciadła. Obraz Anieli odbijał się w nim, ukazując zupełnie coś innego, niż przedstawiał. Kula słońca w lustrze była bardziej ognista, jakby zaraz miała coś spalić. Gdy chciał przyjrzeć się jej bliżej, lustro nagle pękło, rozsypując się na kawałki. W ostatniej chwili Andrzej zdążył osłonić się leżącą obok deską, zanim ostre odłamki szkła wbiły się w jego skórę.

Mężczyzna odsunął się od ściany, oddychając głęboko. Spojrzał na swoje dłonie. Były lekko poranione. Odłożył deskę na bok i zerknął na leżące na podłodze resztki zwierciadła.

Wcześniej nic takiego się nie wydarzyło. Andrzej sądził, że to lustro jest niezniszczalne, w końcu należało kiedyś do Ojca Perduella. Wziął do ręki miotłę i zgarnął kawałki lustra na jedną stronę. Później umieścił je w koszu na zewnątrz. Zwierciadła nie dało się już złożyć, było bezużyteczne.

Andrzej wrócił do pracowni, wpatrując się w puste miejsce po zwierciadle. Zdjął ze ściany obraz Anieli i umieścił go tam, gdzie wcześniej wisiało lustro. Tutaj malowidło prezentowało się o wiele lepiej.

Był już pewien, że kobieta posiada dar. Nie wiedział tylko, w jaki sposób jej dziedzictwo miało się ujawnić. Poza tym, że ujawniło się właśnie teraz, niszcząc jedyne źródło jego łączności z cieniem Pana. To na pewno da mu do myślenia. Zgromadzenie było zagrożone.

Mieli do czynienia ze zwiastunem nowego porządku, a on został wysłany, by go zgładzić.

Andrzej postanowił, że będzie udawał sprzymierzeńca Anieli, póki sprawa nie dobiegnie końca. I właśnie on miał wyznaczyć ten koniec. Na razie postanowił czekać na dalszy rozwój wydarzeń.

Rozdział IV

Kwiecień, rok 1995


Andrzej znajdował się w lesie, stojąc nad dołem wykopanym przez członków zgromadzenia. To tutaj, w tę ciepłą noc, miał zostać pochowany jeden z buntowników, który chciał wydać Signum Sanguinem przed strażnikami, gdy został przyłapany na zuchwałej kradzieży kilku świątynnych sakraliów. Błagał o litość. Wysłano za nim demona, który prześladował zdrajcę niemal każdej nocy, pojawiając się w jego snach. W końcu mężczyzna nie wytrzymał. Zakończył swoje nędzne życie. Nie miał nikogo, kto by go poszukiwał. Stracił głowę z pomocą jednego nacięcia ostrza. Andrzej, będący pośrednim sprawcą tego wydarzenia, wiedział, co miało nastąpić. W końcu to on był jednym z najwierniejszych sług Ojca.

Wpatrywał się w zwłoki leżące w przygotowanej specjalnie mogile, trzymając w dłoniach swoją broń, która w tym momencie przypominała zwyczajny nóż. Znał tego człowieka, jednak wcale mu nie współczuł. Ojciec wiele razy mówił, że właśnie taki los spotyka zdrajców zgromadzenia, rychła śmierć.

Andrzej i kilku jego współbraci zakopali zwłoki, nie pozostawiając po sobie najmniejszych śladów. Miejsce zostało zapieczętowane tak, by żaden wścibski człowiek go nie odnalazł. Ofiara została spełniona, a żądanie Pana — zaspokojone. Do czasu, gdy jego cień zjawi się w świątyni na kolejnym rytuale.

Mężczyzna ruszył przed siebie w towarzystwie pozostałych członków zgromadzenia, niosąc w dłoni pochodnię.

Przez cały czas trwania pracy w posiadłości rozmawiał z Anielą na przeróżne tematy, poznając jej pasje i zainteresowania. Wciąż niewiele mówił o sobie, ale miał wrażenie, że kobieta zdążyła się do tego przyzwyczaić. Powiedziała mu, że przybyła do Auditum, by się rozwijać. Mieszkała z rodzicami na wsi, i chociaż tam mogła malować i sprzedawać obrazy wśród okolicznych mieszkańców, musiała zająć się czymś innym, by się utrzymać. Gdy znalazła się w mieście, została zauważona przez ulicznych artystów, którzy dali jej szansę rozwoju. Później dowiedziała się, że ktoś poszukuje malarza do wykonania obrazów mających ozdabiać posiadłość. W ten sposób dotarła do tych samych ludzi, dla których pracował Zimmermann. Właśnie tak się poznali.

Mężczyzna zastanawiał się, jak ta znajomość się potoczy. Ojciec dał mu wolną rękę, a to znaczy, że mu ufa. Dlatego też Andrzej wiedział, że nie może go zawieść.

Razem ze współbraćmi wszedł na teren starej posiadłości, w której wszyscy członkowie zgromadzenia spotykali się na corocznych obchodach jednego z ważniejszych świąt. Odnajdując odpowiedni pokój, mężczyźni stanęli przed Ojcem, kłaniając się. Kapłan obrócił się w swoim fotelu, każąc swoim amstaffom leżeć. Psy posłusznie wykonały polecenie, chociaż w ich oczach nadal czaiła się niebezpieczna czerwień.

Perduell ściągnął kaptur płaszcza, wpatrując się w zgromadzonych. Mógł przyjmować różne postacie. Raz był młodym mężczyzną, raz starszym dziadkiem, nie wzbudzającym niczyich podejrzeń. Cień Pana Mroku żyjący w jego wnętrzu pozwalał mu egzystować. Andrzej wiedział, że Ojciec oddał mrocznemu hegemonowi swoją duszę, by móc żyć wiecznie, jego ciało nie ulegało rozkładowi od kilkunastu lat. Jednak by było to możliwe, potrzebował sług, którzy wykonywali polecenia władcy ciemności.

Perduell przeszedł się po sali, krążąc wokół posłusznych mu ludzi. Rzucił okiem na Andrzeja, który przeniósł swój wzrok na pokryty ludzką krwią nóż.

— Doskonale, Andrei — oznajmił, wołając go do siebie. Mężczyzna skinął głową, idąc w stronę Perduella.

— Zdrajca został zlikwidowany, Ojcze — powiedział beznamiętnym głosem.

Perduell potarł wąs, po czym kazał wyjść z sali pozostałym członkom zgromadzenia. On i Andrzej zostali w pomieszczeniu sami. Najwyższy kapłan usiadł w swoim fotelu, obserwując ogień skrzący się w kominku. Jego amstaffy wpatrywały się w Zimmermanna. Nie warczały ani nie pokazywały mu kłów. Gdy podszedł do nich, odsunęły się lekko. To nie on bał się ich, to one bały się jego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 65.07
drukowana A5
Kolorowa
za 96.13