E-book
12.29
drukowana A5
86.63
drukowana A5
kolorowa
128.19
Siewca Ciszy

Bezpłatny fragment - Siewca Ciszy


5
Objętość:
606 str.
ISBN:
978-83-8155-584-5
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 86.63
drukowana A5
kolorowa
za 128.19
Ilustracja 1: Projekt okładki. Autor: Robert Mleczko

Siewca ciszy

Prolog

(13 maja 1918)

— Gdzie on jest?!

— Daj już spokój. Przed chwilą zemdlał, po tym jak Broniewicz potraktował go kolbą od Mausera.

— Ocucić gnoja!!! Wyrwę parszywej gnidzie ten zakłamany jęzor.

— Kazek, przestań wrzeszczeć bo jeszcze tamtych zwabisz.

— Zabiję!!! — Średniej budowy trzydziestolatek w upapranym błotem mundurze CK podoficera zdawał się w ogóle nie reagować na to, co mówił do niego drugi mężczyzna.

— Skąd ta pewność, że zrobił to celowo?

— Skąd ta pewność?! Przecież ten sukinsyn specjalnie poprowadził nas na te cholerne moczary. Przez niego trzech naszych utopiło się w bagnie.

Na chwilę obydwaj zamilkli. Po raz kolejny w przeciągu dwóch ostatnich dni w taki tylko sposób mogli uczcić śmierć towarzyszy broni.

— Przecież sam mówiłeś, że prawdopodobnie tą drogą nasi się wymknęli Niemcom…

— Tak. Ale nie tak blisko jeziora! Bardziej na wschód… Tam nie ma tych cholernych bagien. Pokazywałem gnojowi na mapie tę małą wioskę. Tamtędy można się wyrwać.

— Myślisz, że generał uciekał w tym kierunku?

— Ta droga wydaje się być najlepsza. Potem Keller z resztą korpusu na pewno odbił na zachód. Nie zaryzykuje zbyt bliskiego podejścia pod Kijów. Tam aż roi się pruskich oddziałów.

— Myślisz, że ich jeszcze dogonimy?

— Na pewno nie jeśli będziemy siedzieć tak bezczynnie. — Podoficer z zabłoconym mundurze chyżo ruszył w kierunku oddalonej od nich o kilkanaście metrów kępy wierzb, u podnóża której leżał tęgi mężczyzna w podartych chłopskich portkach i szarym, równie mocno sfatygowanym płóciennym kitlu. — Zaraz parszywy zdrajca pożałuje, że chciał nas wszystkich utopić w tym szambie. Wstawaj, chamie!!! — Coraz trudniej panujący nad sobą podoficer wymierzył mocnego kopniaka w udo nieprzytomnego przewodnika. — Rusz tą dupę!!!

— Spokojnie! — Drugi żołnierz zdecydowanym ruchem odciągnął swojego kompana od teraz już jęczącego z bólu chłopa. — Nie wrzeszcz tak! Co zrobimy, kiedy nas namierzą? Zostało nam tylko kilka naboi.

— Zobacz! Ten skurwiel cały czas był przytomny.

Podoficer wydobył z kabury pistolet. Jednym kolanem z całej siły naparł na klatkę piersiową wieśniaka, tak że ten natychmiast zawył z bólu. Osmolona lufa zdobycznego Lugera przywarła do jego nozdrzy. Oszołomiony mężczyzna otworzył przerażone oczy.

— Widzisz! Gnojek wszystko słyszał. Mów!!! Za ile chciałeś nas sprzedać?!

— Nie… Ależ panie kapitanie…

— Nie jestem kapitanem!

— Wielmożny panie… to nie tak… ja nic złego…

Podoficer dwukrotnie uderzył chłopa w twarz.

— Nie kłam!!! Czemu zaprowadziłeś nas na te cholerne bagna?! Przecież niedaleko Woroniwki jest inna wieś. Tamtędy na pewno można przedostać się na zachód.

— Panikarcha. Nie! Tam nie można… tam czerwoni… oni jeszcze gorsi od…

— Nie! Nie chodzi mi o Panikarchę. Tyle to i my wiemy. Miałeś nam pokazać drogę do tej małej wioski, na północ od Woroniwki. Pokazywałem ci na mapie…

— Tam nie można!!! — Nagle głos wieśniaka zmienił się. Nie był to już jęk torturowanego. Te trzy ostatnie słowa wypowiedział z trwogą, typową raczej dla małego dziecka, które panicznie boi się duchów z miejscowych podań. — Za żadne skarby świata… Nikt mnie nie zmusi, żebym tam poszedł…

— Jakie skarby?! Ty durniu!!! Będziesz miał szczęście, jak ci nie odstrzelę tego zakutego łba.

— Wszędzie… mogę was zaprowadzić wszędzie, do Kchalhy, gdzie stoją Prusacy albo nad sam Dniepr, gdzie roi się od bolszewików… Tylko nie tam!

— Pokarzesz nam tą cholerną drogę, albo zaraz cię tu rozwalę…

Podoficer zamachnął się na trzęsącego się ze strachu chłopa, kiedy nagle ktoś złapał go za pięść. Rozsierdzony obrócił się. To był jego kompan.

— Kazek, daj se spokój! Z chwilę naprawdę mu coś zrobisz.

— Puść!

— Nie przesadzaj!

— Puść!!! Ten gnojek zapłaci za to, że trzech naszych… — Żołnierz w zabłoconym mundurze przerwał, kiedy tylko dostrzegł kątem oka jak, jeszcze chwilę wcześniej kulący się ze strachu wieśniak, teraz szybkimi susami oddalał się w kierunku gęstych zarośli.

— Nie strzelaj! — Drugi podoficer wyrwał mu z ręki pistolet. — Tylko zdradzisz naszą pozycję

— Jak nie ja, to ten skurwiel to zrobi!

Chwilę później obydwaj zupełnie stracili z widzenia ich przewodnika.


***

Od ponad czterdziestu minut przedzierali się przez gęsty las. Według mapy, a raczej szczątków mapy, które dzień wcześniej udało im się zabrać z kieszeni kolegi zmasakrowanego kulami z ciężkiego karabinu maszynowego, szli mniej więcej na północny wschód. Gdzieś w tym rejonie mieli nadzieję znaleźć wioskę. Droga, która biegła przez tę małą osadę w kierunku Stritiwki, wydawała się jedynym bezpiecznym szlakiem wśród tych wszystkich bagien.

Chociaż było już grubo po dziewiątej, gęsta poranna mgła spowijająca rozległe mokradła wcale nie chciała odpuścić. Szli bardzo wolno. Nie tylko dlatego, żeby bardzo starannie sprawdzać czy grunt, po którym stąpają nie robi się coraz bardziej grząski, ale również po to, by nie hałasować. W pewnym momencie zdali sobie sprawę, że w tym lesie panuje głucha cisza. Nie do uwierzenia, że w środku maja, w tak bujnym zagajniku, nie mogli usłyszeć żadnego ćwierkania ptaków, brzęczenia owadów, czy też choćby krótkiego stukotu dzięcioła. Jak makiem zasiał. Każdy zaschnięty patyk pękający pod ich butami, czy też szelest przesuwanej gałęzi sprawiały wrażenie, że robią zgiełk na całą okolicę.

Nagle wszystkie drzewa i krzaki zostawili za sobą. Byli teraz na łące porośniętej gęstą trawą. Początkowo wydawało im się, że to następna przesieka, gdzie czyhają na nich liczne bagna. Wkrótce jednak odetchnęli z ulgą. W mlecznych tumanach mgły dostrzegli chałupę, kilka kroków dalej trzy kolejne. Nie widzieli jednak nikogo z mieszkańców. Nie usłyszeli choćby jednego psa ujadającego na obcych.

— Tam ktoś jest — wyszeptał kapral Broniewicz, trzeci z ocalałych żołnierzy.

— Gdzie? — Podoficer w zabłoconym mundurze zaczął nerwowo rozglądać się w każdą stronę.

— Tam, przy studni… ktoś siedzi tuż przy studni.

Nie zatrzymywali się, choć każdy kolejny krok był wolniejszy i coraz bardziej ostrożny. Mniej więcej pięć metrów od znieruchomiałej postaci zorientowali się, że to kobieta. Martwe oczy wydawały się wpatrywać w ciemnoczerwoną plamę, która rozlała się po całym jej brzuchu i udach. Dopiero teraz dostrzegli zastygłe w grymasie bólu niemowlę leżące na matczynych kolanach. Drugi z podoficerów ostrożnie podszedł do zwłok. Przez chwilę przyglądał się trupom, jakby szukał przyczyny ich śmierci. Wtem swój wzrok skierował na studnię. Z tego miejsca, gdzie stał, wydawało mu się, że coś z niej wystaje. Pochylił się nad dużą drewnianą cembrowiną. Niemal natychmiast odskoczył, jakby dotknął rozżarzone węgle.

— Niech to szlag! Ciała… tam są ciała… mnóstwo trupów.

Dwaj pozostali żołnierze od razu podeszli do studni. Okropny widok i jeszcze potworniejszy odór odrzucił obydwu z miejsca podobnie jak przed chwilą ich kompana.

— Co to za przeklęte miejsce?! — Podoficer w zabłoconym mundurze klął wciąż krztusząc się swoimi wymiocinami. — Cała studnia… cała… aż po brzegi pełna ciał… Co za potwory mogły to zrobić?!

— Ciii…

— Zwyrodnialcy!

— Ciiiiii. — kapral Broniewicz próbował go uspokoić. — Jeśli to czerwoni, to mogą tu jeszcze niedaleko być. Lepiej, żeby nie dowiedzieli się, że ktoś to odkrył…

— Patrzcie!!! — krzyknął drugi podoficer.

— Ciii…

— O tam! — Jego drżąca ręka wskazywała na osnutą mgłą stodołę znajdującą się około piętnaście metrów na lewo od nich. — Widzieliście?!

— Co?

— Tam ktoś był! Jestem pewien. Jeszcze chwilę temu…

— Przestań się wydzierać! — fuknął jego kompan.

— O, tam… Stał przy drzwiach. Klnę się na Najświętszą…

— Miał mundur? — zapytał Broniewicz — Pruski czy bolszewicki?

— Jaki pruski? Tylko te czerwone świnie byłyby w stanie coś tak okropnego uczynić…

— Nie! Żaden mundur — przerwał im drugi podoficer. — Był za mały na żołnierza. To jakiś chłopak, może dziewczyna… Za krótko widziałem. Przestraszył się nas. Pewnie myśli, że jesteśmy z tymi skurwysynami…

— Schował się w środku. — Broniewicz ostrożnie ruszył w kierunku stodoły.

— Gdzie leziesz?! — Prawie jednocześnie zaprotestowali jego kompani.

— Trzeba się dowiedzieć kto to zrobił i dokąd poszli. Nie chcę tym bydlakom wejść w drogę.

— Lepiej tam nie podchodź…

— Przecież to tylko miejscowy dzieciak. — Na krótką chwilę drwiący uśmiech wykrzywił usta kaprala. — Założę się, że sra teraz w gacie widząc jak idę w jego stronę…

Obydwaj podoficerowie popatrzyli po sobie, po czym ruszyli za Broniewiczem.


Okropny odór, wielokroć obrzydliwszy, niż ten przy studni, uderzył w nich już kilka kroków przed wejściem. Wszyscy zatrzymali się na progu. Pomimo wciąż sporej mgły, promienie majowego słońca były na tyle silne, aby rozświetlić przednią część stodoły. Tuż za drzwiami natknęli się na zwłoki starego mężczyzny. Obok niego leżały dwie martwe, nastoletnie dziewczyny. Dalej, w gęstniejącym półmroku, od trupów aż się roiło. W miejscu, gdzie ciemność zaczynała panować już niepodzielnie, nieboszczycy tworzyli makabrycznie wyglądający stos. Chociaż wcześniej trzej żołnierze bardzo krótko widzieli zabitych w studni, od razu zorientowali się, że zwłoki złożone tutaj różnią się od tamtych. Tam, na podwórku, w drewnianej cembrowinie tylko napuchnięte, trupio blade twarze oraz smród rozkładających się ciał wskazywały na to, że wszyscy są martwi. W tej stodole wieśniacy byli okropnie zmasakrowani: niektórzy z rozszarpanymi gardłami, inni z poćwiartowanymi członkami, jeszcze inni z podźganymi jak sito korpusami.

Nagle, z części budynku zupełnie zatopionej w mroku, dał się słyszeć słaby płacz. Teraz byli już prawie pewni, że to była dziewczyna. Broniewicz właśnie chciał ruszać w miejsce, z którego dochodził ten trwożny szloch, gdy wtem, gdzieś z boku, z równie zaciemnionej części stodoły, doszedł ich niesamowicie gwałtowny łomot. Jakby kilka rozwścieczonych bestii, zwiedzionych zapachem świeżej, ludzkiej krwi, za wszelką cenę próbowało wydostać się ze swojej niewoli.

— Stój!!! — Krzyknął jeden z podoficerów.

— Tam jest dziecko! Możemy jej pomóc. — Zaoponował Broniewicz.

— Ani kroku dalej!!! To może być pułapka…

— Ona może tu zginąć, jak ci wszyscy nieszczęśnicy..

— Trudno. — Zawyrokował mężczyzna w zabłoconym mundurze. — Nie będziemy jej szukać. Po prostu jak najszybciej wynośmy się stąd.


***

Dwie minuty później mijali ostatnią chałupę w tej martwej wiosce. Przez cały czas milczeli. Przerażający letarg, który panował w całej osadzie, wzmógł jeszcze bardziej ich czujność. Każdego z nich paraliżował strach. Wiedzieli, że prędzej, czy później będą musieli porozmawiać o tym, co tu zobaczyli, lecz teraz pragnęli tylko jak najszybciej opuścić to miejsce. Byli pewni, że nie są tu sami. Czuli na sobie spojrzenie. Ktoś lub coś czaiło się we mgle. Czy to była te jedyna ocalała? Może było ich więcej? Może to ci, którzy dopuścili się tego bestialskiego mordu? Jedna z bolszewickich band? Żaden z nich skrycie w to nie wierzył, chociaż ta ewentualność w tej chwili, gdy jeszcze nie zdążyli się stąd na dobre wynieść, nie była dla nich wcale najgorsza. Wycofując się z wioski nie zauważyli niczego, co wskazywałyby na to, żeby jej mieszkańcy stawili jakikolwiek opór. Wiedzieli, że nawet tak gęsta mgła nie mogłaby ukryć przed nimi wszystkich śladów przemocy, jakiej dopuściłyby się tu rozbestwione hordy czerwonych. Jeśli to jednak nie bolszewicy, to coś mogło tu nadal być, właśnie w tej chwili czaić się w mlecznych obłokach spowijających każdą chałupę, drzewo czy też płot.

Po chwili na twarzy podoficera w zabłoconym mundurze pojawił się lekki wyraz ulgi. On pierwszy usłyszał kojący śpiew słowika dochodzący gdzieś z gęstych zarośli, kilkadziesiąt metrów przed nimi, pośrodku pszenicznych pól, gdzie wschodził siew. Wszyscy trzej szli coraz raźniejszym krokiem. Jak najszybciej chcieli oddalić się od martwej osady. Już nie mogli doczekać się tego, co ich szalony i okrutny świat miał im z powrotem do zaoferowania. Pragnęli znowu słyszeć tętniący życiem las, szmer wiatru na polach i łąkach, zgiełk zatłoczonych ulic. Nawet świst kul, jęki rannych, czy też ogłuszające wybuchy pocisków artyleryjskich, nie były im teraz tak straszne.

Wszystko, tylko nie ta przerażająco głucha cisza.

Rozdział 1

1

(piątek, 17 kwietnia 1998)

…Ryk syren karetek pogotowia mieszał się z wyciem rannych pasażerów. Coraz liczniejsi gapowicze roili się po obydwu prowizorycznie zagrodzonych stronach szosy. Z trwogą i niedowierzaniem przyglądali się ratownikom medycznym, którzy narażając samych siebie, próbowali wydrzeć śmierci jak najwięcej istnień ludzkich z ogarniętych pożogą pojazdów. Syk topniejących w jaskrawopomarańczowym ogniu opon zdawał się coraz bardziej zagłuszać wrzaski wijących się w agonalnym bólu ludzi uwięzionych w ognistej kuli, która jeszcze kilka minut temu była autokarem. Z obydwu kierunków, już na dobre zakorkowanej drogi, z trudem przedzierały się kolejne pojazdy ratunkowe. Czerwono-niebieskie refleksy rytmicznie wystrzeliwane z ambulansów, wozów strażackich czy też radiowozów zaciekle cięły ciemnobursztynową poświatę ponuro unoszącą się nad miejscem katastrofy. Z upływem minut, w pośpiechu wywożeni do najbliższych szpitali ranni odsłaniali coraz więcej kałuż krwi na spękanej, asfaltowej jezdni.

Kwadrans później kręty odcinek krajowej dwudziestki ósemki, niecałe trzy kilometry za Bieczem w kierunku Nowego Sącza, wydawał się całkowicie pustoszeć, z jednym małym wyjątkiem. Kilkunastu strażaków, ratowników i policjantów nadal tłoczyło się między prawym bokiem już doszczętnie zniszczonego przez ogień autokaru, a średniej wielkości przydrożnymi drzewami — pierwszymi światkami tego najbardziej fatalnego w historii całego regionu wypadku. Kobieta, której próbowali pomóc, tego dnia miała wyjątkowego pecha. Wprawdzie wielu ludzi podróżujących w tym autobusie co ona już zginęło (niektórzy z nich w okropnych mękach, żywcem spaleni), jednakże ich agonia, nawet najbardziej bolesna, już się skończyła. Jej męki mogły jeszcze długo potrwać. Wyrzucona na zewnątrz niewiarygodnie silnym uderzeniem pojazdu, została nadziana na grubą gałąź stojącej nieopodal starej topoli. Bogato ugałęziona żerdź przeszła tuż obok serca, otarła się o jeden z kręgów piersiowych, po czym przebiła się na drugą stronę jej ciała. Gorące płomienie, teraz trawiące już doszczętnie autokar, zdążyły przypiec lewą część jej ciała zanim gałąź nie złamała się i nie runęła z całym impetem na twardą, zmrożoną jeszcze wiosennymi przymrozkami ziemię. Przeżyła i to.

Kobieta krzyczała bez przerwy. Nie ważne czy próbowano ją podnieść, czy też leżała niedręczona jakimkolwiek ruchem. Krew w jamie ustnej i krtani, zdarte od nieustannego wrzasku struny głosowe ale przede wszystkim rozdygotane, poparzone ciało sprawiały, że to co chciała powiedzieć, było tylko bełkotem w uszach ludzi starających się jej pomóc.

— Co wy, kurwa mać, tu wyprawiacie?! — Warknął postawny mężczyzna po pięćdziesiątce w mundurze, który wyglądał na oficerski. Przeraźliwe jęki poszkodowanej w wypadku kobiety musiały zwabić go tutaj aż z miejsca oddalonego o dobre kilkadziesiąt metrów.

— Komisarzu, ona oszalała. — Jeden z policjantów, zaciekle siłujących się ze zbroczoną na całym ciele krwią ranną, z trudem wysapał te kilka słów do swojego przełożonego.

— Puśćcie ją!

— Widzi pan tą gałąź? Jeśli pozwolimy jej się szarpać, będzie po niej.

— Puśćcie ją! Dla niej chyba tak będzie najlepiej.

— Może i tak. Boże, czemu ona to robi?! — Dodał równie zasapany ratownik. — Ciska się z taką siłą, jak te durne smarkacze po kwasie.

— Mówię wam! — Jeszcze bardziej stanowczym tonem odezwał się oficer. — Nie przyciskajcie jej tak mocno. Jeszcze nam tu zejdzie i będziemy mieli wszyscy przesrane. Widziałem tu już kilku pismaków z lokalnej prasy. Znowu będzie, że policja działa nieudolnie, ble, ble… i inne tam takie pierdoły.

Wszyscy popatrzyli po sobie. Raz. Dwa. Na trzy już nikt jej nie przytrzymywał. Zdziwili się, gdyż po tym kobieta nie zrobiła ani jednego gwałtownego ruchu. Teraz nie krzyczała. Mówiła, a raczej bełkotała, nieustannie łypiąc swoimi przestraszonymi oczyma na te wszystkie obce twarze.

— No, teraz jest spokojniejsza. — Prawie jowialnie zawyrokował kolejny z policjantów. Jeden z ratowników w średnim wieku od razu rzucił mu karcące spojrzenie.

— Nie takim tonem! Ta biedaczka jeszcze żyje. Może i nawet nas słyszy. — Jak najdelikatniej mógł, poprawił koc termiczny na oparzonej części jej ciała. — Wydawało mi się, że próbuje zapytać o kogoś. Jakby mówiła: „…on ...może być…”. Coś w tym stylu.

— Całkiem możliwe. — Zawyrokował komisarz. — Wielu podróżowało w tym autosanie z rodzinami.

Nagle do wszystkich uszu dobiegł piskliwy głos lekarki, która wyłoniła się zza spalonego wraku autokaru.

— Chodźcie wszyscy. W innym rozbitym aucie znaleźliśmy kolejną ofiarę. Możliwe, że jeszcze żyje.

Nie musiała powtarzać. Od razu ruszyli w kierunku wskazanym przez panią doktor. Wszyscy, z wyjątkiem jednego ratownika. Ten nadal kucał nad umierającą kobietą. Wciąż starał się zrozumieć coś więcej niż tylko te trzy słowa.

— Rogulski, do ciebie też mówiłam! — Ton nieznoszący sprzeciwu nie pozostawiał żadnych wątpliwości kto tu był szefem. — Szybko! Każda para rąk się liczy.

— Przecież nie zostawimy jej tutaj bez żadnej opieki.

— Dobra. Niech Lisowski z nią zostanie, a ty idziesz! Potrzebuję doświadczonych ludzi. Tamten tylko przeszkadza.

Młody Lisowski, dwudziestolatek bez przerwy żujący gumę, wcale nie przejął się uwagą szefowej. Dopiero od tygodnia pracował na pogotowiu jako sanitariusz, jednak już teraz miał tylko jeden, ale za to ściśle sprecyzowany cel. Jak długo nie groził mu pobór do wojska, zamierzał przezimować na tej posadzie bez żadnego zbędnego wychylania się. Właściwie więc pasowało mu to, że jego zadaniem jest jedynie asystowanie jakiejś śmiertelnie rannej kobiecie w jej ostatnich chwilach życia. Jak dobrze pójdzie nie będzie już dzisiaj musiał latać z wywieszonym językiem, wykonując polecenia tych wszystkich nadgorliwych łapiduchów.

— …on ...może być… — Jak mantrę powtarzała ranna. Wyciągnęła rękę, jakby chciała sprawdzić, czy ktoś przy niej jeszcze jest. Lisowski odniósł wrażenie, że kobieta już nie widzi. Nie chciał podać jej swojej dłoni, jednak, kiedy zaczynała panikować, ustąpił. „Jeszcze mi tylko tego trzeba, że znów zacznie wrzeszczeć”. Asfalt, choć suchy w tym miejscu, był bardzo wychłodzony w ten zimny, kwietniowy wieczór. Rozejrzał się dookoła. Na szczęście, ratownicy zostawili tu nierozpakowany koc termiczny. Położył go w miejscu, gdzie zamierzał usiąść. Zanim dopadnie ją śmierć, jeszcze trochę czasu mogło upłynąć.

— …on ...może być… tam… — coraz trudniej przychodziło jej mówić. Przez moment rozważał nawet zagadać do niej. Lecz od razu pomyślał sobie, że tylko zachęci ją do jeszcze bardziej szalonych spazmów. Wtem kobieta zamilkła. Przez krótką chwilę miał nadzieję, że to już koniec. Ona jednak czekała. Zbierała siły. Może do ostatniej już próby przekazania tego, co musiało być przekazane, zanim odejdzie.

— Mój syn… nie może tam być. — W końcu, z wielkim trudem, wyjęczała.

— Tak, oczywiście. — Nie siląc się na jakiekolwiek współczucie, młody sanitariusz postanowił zbyć ją najbardziej banalnymi słowami, jakie mu przyszły w tym momencie do głowy. — Nasi ludzie wszystko załatwią.

— Nie może być z innymi. To znowu się zacznie… — Kolejne słowa zniekształcił obfity strumień krwi, który wytryskiwał z jej ust za każdym razem, gdy chciała dokończyć.

— Proszę się nie martwić. — Widząc, że to już jej ostatnie chwile, postarał się o to, żeby barwa jego głosu była choć trochę cieplejsza. — Pani syn na pewno nie jest sam. Nasi ludzie już o to zadbają. W tym momencie z pewnością dojeżdżają już do szpitala ostatni ranni.

Mocno zacisnęła swoją dłoń na jego nadgarstku. Chciała zaprotestować. Choćby jednym słowem ostrzec. Jednakże, przez jej osłabione struny głosowe żaden dźwięk nie był już zrozumiały. Spoglądając na jej twarz, miał wrażenie, że już odpłynęła. Słyszał coraz rzadsze spazmatyczne oddechy zwiastujące rychłą śmierć. Strumień krwi, wypływający z jej ust słabł z każdym pulsem.

Umysł konającej już nie rejestrował rzeczywistości. Świadomość nikła w coraz gorzej dotlenionych płatach kory mózgowej. Trudno powiedzieć, czy to było jeszcze myślenie, czy już może tylko ostatni sen. Ktoś bardziej wrażliwy niż młody Lisowski, może by i serdecznie uścisnął jej bezwładną dłoń, może otarł krzepnącą krew z jej policzka, może i pomyślał z nadzieją, że w ostatnich chwilach złe przeczucia nie dręczyły jej matczynego serca.

2

Sanitariusz nie miał racji. Kiedy kobieta umierała, karetka z jej synem wcale nie dojeżdżała do pobliskiego szpitala. Chłopak był zaledwie kilkanaście metrów dalej. Leżał nieprzytomny w obskurnym mini-busie w przejściu między siedzeniami. Tej nocy wiele różnych pojazdów mknęło po drogach Powiatu Gorlickiego jako prowizoryczne karetki pogotowia. Na siedzeniach starego dodge’a rozlokowano przynajmniej dziesięć ofiar wypadku. Ich los nie wydawał się być taki najgorszy. W końcu siedzieli, więc nie było z nimi tak źle. Tylko Kamil Bednarz — siedemnastoletni chłopak nie pasował do tego taboru lekko rannych. U cały czas nieprzytomnego wstępnie zdiagnozowano wstrząs mózgu z możliwym urazem kręgosłupa i obrażeniami narządów wewnętrznych. Jego pech polegał na tym, że kiedy go wydobyto z rozbitego autobusu, na miejscu wypadku nie było ani jednego ambulansu. Ratownicy uznali, że lepiej będzie wysłać go jakimkolwiek pojazdem do szpitala tak szybko jak tylko to jest możliwe, zamiast czekać długie minuty na powrót karetek pogotowia.

W mini-busie tylko dwie osoby nie były ofiarami wypadku: kierowca i zarazem właściciel tego całkiem leciwego dodge’a (bez przerwy zrzędzący pod nosem na widok licznych, świeżych, krwawych plam na tapicerce) oraz młoda stażystka medycyny, która jeszcze do tej pory nie mogła odreagować tego, że jedynie po dwóch tygodniach pracy w szpitalu, zlecono jej tak poważne zadanie. Kiedy kazali jej samej jechać jednym z podstawionych pośpiesznie pod szpital pojazdów, wiedziała, że po raz pierwszy w jej bardzo krótkiej karierze medycznej będzie zdana jedynie na samą siebie. Gdy dotarli na miejsce, ogrom zniszczeń i liczba ofiar tego nieszczęścia były dla niej przytłaczające. Paraliżowała ją sama myśl, że za chwilę wniosą do jej mini-busa kilku ciężko rannych pacjentów, za których będzie całkowicie odpowiedzialna aż do chwili, kiedy dotrą do szpitala. Cały czas modliła się w myślach aby koordynujący akcją ratunkową nie przydzielili jej poszkodowanych z grupy czerwonej — tych wymagających natychmiastowej pomocy. Po kilku minutach, które wydawały się być godzinami, przekonała się, że jej prośby do wszechmogącego musiały być wysłuchane, gdyż kazano jej tylko asystować przy transporcie lekko rannych. Uczucie ulgi prysnęło ni stąd ni zowąd, kiedy w zamykające się automatycznie drzwi dodge’a załomotał jeden z ratowników.

— Musicie zabrać jeszcze jego — krzyknął sanitariusz, który natychmiast po otwarciu mini-busa zaczął ze swoim współpracownikiem wnosić do pojazdu nosze.

— Ten jest nieprzytomny — zaprotestowała. — Miałam przewozić tylko lekko rannych. On musi być w ambulansie. Z pewnością stan jego kategorycznie nie kwalifikuje się na…

— Gówno mnie to obchodzi do czego on się kwalifikuje, paniusiu! — Siła argumentów ratownika zdawała się być na tyle przekonywująca, że młoda pani doktor natychmiast uznała za bezsensowne kontynuowanie swojego wywodu. — Ten chłopak nie doczeka następnej karetki. Albo go bierzesz, albo równie dobrze możemy go już teraz wrzucić do rowu. Tylko, że wtedy to ty będziesz odpowiadać za jego śmierć.


***

Tak więc jechali teraz w kierunku szpitala powiatowego tak szybko, jak tylko stary mini-bus mógł. Chociaż kierowca cały czas wykrzesał ze starego dodge’a sto dziesięć procent mocy, nawet przez chwilę nie musiał się martwić tym, iż jego pojazd nie został wyposażony w syrenę alarmową. Dni świetności dodge spacevana z 1979 roku dawno już minęły. Jednakże, młodej stażystce — Karolinie Zając — w żaden sposób nie przeszkadzało to, że ten pordzewiały gruchot wlókł się tak niemiłosiernie wolno. Na szczęście, jej pacjenci (wszyscy, z wyjątkiem nieprzytomnego nastolatka na podłodze, zakwalifikowani do grupy żółtej) doznali tylko złamań kończyn, niegroźnych oparzeń czy też zmiażdżeń palców — nic takiego co mogło spowodować ich nagłe zejście z tego świata w czasie transportu do szpitala. W zaistniałych okolicznościach postanowiła zająć się przede wszystkim leżącym w przejściu mini-busa młodzieńcem. Oczywiście stwierdzenie „zająć się” było trochę na wyrost. Tak naprawdę, mogła tylko monitorować jego funkcje życiowe i modlić się, że do końca jazdy stan zdrowia jej pacjenta gwałtownie się nie pogorszy.

3

Waldemar Kosecki siedział na dwóch miejscach opierając się plecami o lekko zaparowane okno mini-busa. Prawym kolanem mocno napierał na oparcie siedzenia w sąsiednim rzędzie. W tych warunkach był to jedyny sposób unieruchomienia wyprostowanej lewej nogi. Otwarte złamanie golenia musiało okropnie boleć, szczególnie wtedy, gdy stary dodge spacevan przejeżdżał po wyboistej drodze. Biorąc pod uwagę to, iż podróżowali po powiatowych odcinkach pod koniec lat dziewięćdziesiątych, uszkodzona kończyna musiała mu dokuczać przez cały czas. Jednak nie narzekał. Nieliczne latarnie uliczne, rozjaśniające tylko na chwilę wnętrze pojazdu, wyłaniały z mroku na dwie, góra trzy sekundy, jego szalone spojrzenie. Nie patrzył on ani na paskudne złamanie, ani na kobietę w fartuchu, która już jakiś czas temu przyklękła nad jakimś z pewnością nieprzytomnym pacjentem położonym na podłodze tuż obok jego siedzenia. Swój wzrok nieustannie wbijał w faceta wkulonego w czerwoną, sztruksową kurtkę, prawie przyklejonego do drewnianego panelu rozdzielającego dwa okna mini-busa. Siedział naprzeciw niego, więc od razu zauważył jego okropnie zmiażdżoną prawą dłoń. Gdy bus wpadł w kolejną, tym razem jedną z głębszych dziur na tej drodze, w środku pojazdu rozbrzmiał chóralny jęk. Taki wstrząs na pewno przyprawił ich o nagły ból. Jednak Kosecki teraz milczał. Jakby zupełnie zapomniał o wystającym kawałku kości z jego lewej nogi. Gniew, jaki narastał w nim na widok człowieka trzęsącego się ze strachu po drugiej stronie dodge’a, zagłuszał jakiekolwiek inne jego doznania. Ich pojazd kolejny raz przez krótką chwilę przejeżdżał pod jasną latarnią. Przez mniej niż sekundę patrzyli na siebie. Tyle czasu starczyło mężczyźnie ze zmiażdżoną dłonią, żeby poczuć ciarki na całym ciele.

4

Ponad dwie godziny wcześniej Waldemar Kosecki wsiadał ze swoim o rok starszym bratem do autokaru relacji Krosno — Nowy Sącz. Już dawno nie widzieli takiego tłumu przed autobusem. Mogli się tego spodziewać tydzień wcześniej, kiedy to tabuny studentów zjeżdżały do domów na Święta, ale nie dzisiaj.

— Gdzie te wszystkie ludziska pchają się w piątek wieczorem? — Kiedy kilku pasażerów stojących w kolejce po bilety z pogardą zmierzyło go wzrokiem, Kosecki zamilkł.

— Twoja wina — odburknął jego brat.

— Jak to moja?

— A nie mówiłem, żeby pożyczyć auto od ojca?

— Nie. Tylko nie to. Znowu by coś znalazł w tym gracie i marudził cały kolejny miesiąc, że myśmy to zepsuli.

Kolejka przesunęła się o kolejne dwa kroki. Teraz stali już na schodku prowadzącym do prawie już pełnego autosanu. Oczy starszemu bratu zaświeciły się na widok dwóch pustych siedzeń mniej więcej na środku autokaru.

— Daj mi kasę! Ja kupię bilety. Szybko. Pchaj się tam! Tam są jeszcze dwa miejsca.

Kilkanaście sekund agresywnego slalomu pomiędzy pasażerami zakończyły się sukcesem. Waldemar Kosecki zajął miejsca ’21” i ’22”, albo przynajmniej przez chwilę tak mu się zdawało.

— Hej, ty. Nie widzisz, że tu są już czyjeś rzeczy? — Znikąd wyrosła przed nim średniej postury postać mężczyzny ubranego w czerwoną, sztruksową, wiosenną kurtkę.

— Widzisz tą torbę? — Tuż przy oknie leżała szara, najprawdopodobniej uszyta z brezentu, sporej wielkości torba podróżna. — To chyba znaczy, że byłem tu pierwszy, no nie?

Kosecki już chciał odstąpić jedno miejsce, kiedy dostrzegł w przedostatnim rzędzie jeszcze jeden niezajęty fotel. Od razu szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy.

— Niech pan patrzy tam, prawie na końcu. Wolne miejsce tuż obok ślicznej dziewczyny. Niech się pan śpieszy. Wielu dałoby dużo, żeby przysiąść się do takiej laski.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 86.63
drukowana A5
kolorowa
za 128.19