E-book
16.38
Sięgając gwiazd

Bezpłatny fragment - Sięgając gwiazd


Objętość:
412 str.
ISBN:
978-83-8155-648-4

Rozdział I

Dziewczyna siedząca w rogu pubu zwróciła jego uwagę. Z początku kątem oka zauważył jedynie jej blond włosy kontrastujące z ciemnym otoczeniem. Gdy usiadł przy swoim stoliku i wziął pierwszy łyk piwa, skierował wzrok znad kufla prosto w tamtą stronę. Było ich czterech. Dwóch siedziało na narożnikowej kanapie po obu stronach dziewczyny, dwóch następnych na krzesłach przy stole naprzeciw niej. Każdy z nich miał już mocno w czubie, a ich pijacki rechot zaczynał powoli przekraczać liczbą decybeli granicę tolerancji przeciętnego zjadacza chleba, a raczej w tym przypadku — smakosza chmielowego napitku. Omiótł ich wzrokiem jednego po drugim udając, że patrzy gdzie indziej. Ci przy stoliku mieli na sobie ciemne kurtki, z kieszeni których wystawały końcówki szalików z emblematami miejscowej drużyny piłkarskiej. Pod spodem ubrani byli w szare bluzy z kapturami zwisającymi luźno na plecach i gotowymi w każdej chwili zakryć twarze swych właścicieli. Z tyłu wyglądali jak para bliźniaków, z takimi samymi wygolonymi łbami, szerokimi barami, ubranych tak samo. Ci z kanapy natomiast zdecydowanie różnili się od siebie. Ten z lewej strony dziewczyny był mały, drobny, nosił okulary i sprawiał wrażenie rozkojarzonego. Cały czas bawił się trzymaną w dłoniach pustą szklanką przekładając ją z ręki do ręki. Przewracał przy tym oczami na wszystkie strony i mamrotał coś pod nosem. Ten dla odmiany miał na sobie ciemnoczerwoną bluzę, a jego kurtka leżała obok niedbale przerzucona przez oparcie kanapy. Drugi z nich był wysoki, na pewno mógł mieć sporo powyżej metra osiemdziesięciu i już z daleka wyglądał na stałego bywalca siłowni. Cały był ubrany na czarno, od koszuli poprzez spodnie do sportowych butów. Co chwilę przesuwał rękę w stronę leżącej obok niego niebieskiej kurtki, jakby się bał, że może mu ją ktoś ukraść. Drugą rękę trzymał wyciągniętą na oparciu tuż za głową dziewczyny i coraz mocniej przechylając się w jej stronę mówił coś do niej taksując ją bezczelnie błędnym wzrokiem. Grzegorz zauważył jej delikatny ruch w przeciwną stronę i oczy wbite w przeciwległy kąt lokalu. Zrozumiał, że nie chce zbyt ostentacyjnie okazywać niechęci, aby nie sprowokować ich do czegoś gorszego. Rozejrzał się po sali, oprócz nich zajęte były jeszcze dwa stoliki pod oknem. Przy jednym siedziały dwie smarkule nie wyglądające na więcej niż szesnaście lat, przy drugim jakaś parka nie widząca świata poza sobą. Ponownie zerknął w stronę dziewczyny o blond włosach i napotkawszy jej wzrok natychmiast uciekł z oczami przeklinając się za to w duchu, bo była to jedna z tych wielu rzeczy, których szczerze w sobie nienawidził. Przechylił kufel upijając spory haust piwa i znowu odwrócił głowę. Cały czas patrzyła na niego, ale tym razem wytrzymał jej spojrzenie wyczytawszy w nim nieme błaganie. Odstawił opróżnione do połowy naczynie i poczuł falę gorąca jak zwykle, gdy przychodził mu do głowy jakiś pomysł. Po chwili odsunął krzesło, nie spiesząc się wstał i powoli udał się do sąsiedniej sali, z której było wejście do łazienki. Po mniej więcej trzech minutach wrócił, stanął w przejściu i usiłując nadać głosowi jak najbardziej dramatyczny ton zawołał w kierunku czwórki typków:

— Panowie, w kiblu jakichś trzech warszawiaków bije naszego! Potrzebna pomoc!

Zerwali się wszyscy, nawet okularnik popędził przed siebie przewracając w zamieszaniu stołki. Grzegorz bał się, że któryś może zostać i nie miał na tę okoliczność przygotowanego planu „B”, ale szczęśliwie nie musiał się już nad tym zastanawiać. Kiedy ostatni z nich mijał go biegnąc w kierunku łazienki, skinął ręką na dziewczynę odzywając się po angielsku:

— Szybko! Nie mamy dużo czasu.

Nie wiedział dlaczego użył obcego języka, ale czuł, że postępuje właściwie. Chwyciła torebkę oraz kurtkę, którą cały czas trzymała na kolanach i biegiem ruszyła w stronę drzwi, które Grzegorz w międzyczasie otworzył i przytrzymał przepuszczając ją przodem. Mimo późnej pory na ulicy było sporo ludzi, w końcu to sobota, centrum miasta.

— Tędy — pociągnął ją w najbliższą poprzeczną uliczkę starając się biec tak, aby mogła dotrzymać mu kroku. O dziwo, szło jej całkiem nieźle pomimo butów na obcasach. Przed jednym z pubów stała liczna grupa przynajmniej kilkunastu osób. Wmieszali się w tłum i zwolnili, żeby się nie wyróżniać. Grzegorz nerwowo spojrzał przez ramię za siebie, ale na szczęście nie zauważył niczego podejrzanego. Zbliżali się właśnie do jedynej na tej ulicy bramy z wejściem do kamienicy. Drzwi były uchylone, prawdopodobnie nie działał domofon.

— Wejdź tutaj — zwrócił się do dziewczyny popychając ją lekko w kierunku bramy. — Schowaj się za drzwiami i nie ruszaj się. Pójdę po samochód i za pięć minut przyjadę po ciebie. W porządku? — Kiwnęła głową.

— Nie wychodź stąd, za parę minut jestem — powtórzył, by dodać jej otuchy i przymknął za sobą drzwi zostawiając szparę, przez którą mogła obserwować ulicę. Z miejsca ruszył biegiem, by jak najszybciej dotrzeć do auta, które zostawił parę przecznic stąd.

Zobaczył ich pokonując ostatni zakręt z zamiarem podjechania pod miejsce, w którym zostawił dziewczynę. Wszyscy czterej szli całą szerokością ulicy uważnie lustrując napotkane twarze. Zatrzymał się kilkanaście metrów przed bramą, którą oni właśnie mijali zbliżając się w jego kierunku. Przez ułamek sekundy przez myśl przebiegły mu dziesiątki możliwych wyjść z sytuacji, od gwałtownego dodania gazu po schylenie się i udawanie, że szuka czegoś w schowku. Ostatecznie zdecydował się w ogóle nie ruszać licząc na to, że przez szyby samochodu odbijające wszystkie okoliczne światła nie powinno być widać osób siedzących w środku. Z duszą na ramieniu obserwował zakazane gęby obskurnych typów, z których każdy pewnie w pojedynkę dałby sobie z nim radę. No, może oprócz małego, chociaż kto wie, zapewne po kieszeniach nie nosili wyłącznie powietrza. Minęli auto nie interesując się nim wcale. Śledził ich ruch w lusterkach tak długo, dopóki nie zniknęli za rogiem. Podjechał pod bramę i uchylił drzwi od strony pasażera. Wyszła pewnym krokiem i z gracją zajęła miejsce puszczając drzwi w odpowiednim momencie tak, aby zamknęły się same z lekkim tylko trzaśnięciem. Ruszył powoli ostrożnie manewrując po zatłoczonych uliczkach śródmieścia. Nie powiedziała dokąd ma jechać, a on nie pytał mając jednocześnie pewność, że jedzie we właściwym kierunku.

Zatrzymując się w zatoczce przed wejściem do hotelu odwrócił głowę w jej stronę. Widok za szybą wypełniały jasno oświetlone szklane drzwi wejściowe z wielkim „S” w samym środku wieńca laurowego. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się odsłaniając rząd białych, równych zębów. Jej szare oczy błyszczały.

— Dziękuję — odezwała się po raz pierwszy dźwięcznym głosem, którego barwa sprawiła, że Grzegorz zadrżał. Odwróciła się, wysiadła z samochodu i po chwili zniknęła w gmachu pięciogwiazdkowego hotelu.

Chciał włączyć się do ruchu, ale nagle zorientował się, że jest zupełnie ciemno, mimo iż wytrzeszczał oczy jak tylko się dało. Poczuł też, że leży na plecach i to wcale nie w samochodzie, a… w łóżku. Przez moment spoczywał nieruchomo jak kłoda usiłując pojąć, co właściwie się stało. Po chwili to do niego dotarło. To był sen.

Przekręcił się na bok i wyciągnąwszy rękę sięgnął po pilota od radia leżącego na półce. Wyświetlacz zajaśniał bursztynowymi cyframi pokazując czwartą dwadzieścia pięć. Zrezygnowany opadł ponownie na wznak. Skoro obudził się o tej godzinie, to znaczy, że o reszcie nocnego wypoczynku mógł już zapomnieć. Jak zwykle będzie się przewracał z boku na bok usiłując ponownie zasnąć, co faktycznie mu się uda, ale dopiero wtedy, kiedy trzeba będzie wstawać. Powrócił myślami do snu ze zdumieniem stwierdzając, że pamięta go w całości, co zdarzało mu się niezwykle rzadko. Jeszcze rzadsze było to, że nie był to koszmar. Koszmary też nieczęsto pamiętał, ale był pewien, że je śni, gdyż dominującym odczuciem, którego zwykle doznawał po przebudzeniu był strach. Motyw przewodni tych, które zapamiętywał był zawsze ten sam. Różniły się, jeśli można to tak nazwać, „fabułą”, występowały w nich różne miejsca i ludzie, ale chodziło zawsze o to samo. Wykonywał w nich coś pod ogromną presją czasu i otoczenia, coś czego nie mógł skończyć, gdyż wciąż i wciąż pojawiały się niespodziewane trudności uniemożliwiające mu zrealizowanie zadania. Czuł się jakby uciekał przed jakąś groźną bestią, która z każdym krokiem jest coraz bliżej, a on widząc przed sobą bezpieczne schronienie, w żaden sposób nie jest w stanie do niego dobiec, bo choćby nie wiem jak szybko biegł, ono oddala się z tą samą prędkością. A najgorsze w tym wszystkim było to, że trwało to całą wieczność, czas rozciągał się w nieskończoność, wydawało mu się, że mijają długie godziny narastającego strachu, choć przytomniejąc wiedział, że koszmar musiał trwać zaledwie kilka bądź kilkanaście minut, gdyż śnił go zwykle podczas powtórnego, krótkotrwałego zasypiania nad ranem. Budził się wtedy z walącym sercem, w stanie paraliżującego przerażenia i przez dłuższy czas nie mógł dojść do siebie.

Przypomniał sobie pewną książkę, którą czytał w dzieciństwie. Pozaziemska cywilizacja usiłowała w niej nawiązać kontakt z ludźmi. Kosmici nie przybierali żadnej materialnej formy, lecz występowali jedynie w postaci nieznanej siły, czy energii. Podobnie nie byli w stanie zarejestrować przejawów ludzkiej bytności poza jednym. Wyczuwali fale mózgowe wysyłane przez ludzi w trakcie przeżywania przez nich silnych emocji. A jako że stwierdzili, iż największe natężenie fal występuje, gdy ludzie odczuwają lęk i przerażenie, doprowadzali posiadaną przez siebie mocą do sytuacji, w których obserwowane istoty umierają w straszliwych katastrofach mając pełną świadomość nieuchronnego końca. Kosmici nie zdawali sobie sprawy, że zadają śmierć, odbierali jedynie najsilniejsze impulsy aktywności przedstawicieli obcej cywilizacji jakie mogli zarejestrować, nie wiedząc, że są one związane z ich agonią.

Koszmary Grzegorza nigdy nie prowadziły do żadnego końca. Ani nie udawało mu się osiągnąć w nich zamierzonego celu, ani nie kończyły się fiaskiem, czy rezygnacją z niego. Chodziło tylko o to, aby przez cały czas być w jakimś przeklętym zawieszeniu, jakby z głową na katowskim pniu w niekończącym się oczekiwaniu na świst topora. Gdy się budził, miał wrażenie, jak gdyby obca siła z tamtej książki usiłowała nawiązać z nim kontakt.

Sny przyjemne śniły mu się incydentalnie. Raz na kilka lat, może raz na pięć, nie częściej. Po przebudzeniu zwykle długo nie otwierał oczu pławiąc się w resztkach marzeń sennych, nurkując w nich jak w błękitnych i ciepłych wodach raf koralowych. Tematyka tych snów też zwykle była niezmienna. Wiązała się z pozytywnymi emocjami wywołanymi przez wspomnienia porywów serca, których adresatki w ten, czy inny sposób były kiedyś Grzegorzowi bliskie. I nie chodzi wcale o marzenia erotyczne. Występowały w nich przelotne spojrzenia, gesty, wymiana kilku słów, wyraz oczu, zapach. Czy można śnić zapach? Był pewien, że tak, w końcu tego doświadczał. No i najważniejsze: niebywale przyjemne uczucie błogostanu, wręcz euforii, czy ekscytacji jakże odmiennej od upiornych stanów po koszmarach.

Dzisiejszy sen niewątpliwie należał do tej drugiej kategorii. Choć był inny. Inny i dziwny. Nie znał dziewczyny, która mu się śniła. Nie wiedział dlaczego mówił do niej po angielsku. Czy była cudzoziemką? Nie miewał nigdy snów zupełnie fikcyjnych, zawsze — choć zdarzały się niebywale pokręcone — odnosiły się do realnych miejsc, zdarzeń i ludzi. A tej kobiety nie mógł umiejscowić w niczym rzeczywistym.

Przypomniał sobie to, co zrobiło na nim największe wrażenie. Zawsze u kobiet podobał mu się niższy głos. Nie jakiś męski bas, czy chrypa, ale melodyjny, przyjemnie brzmiący, trochę tylko obniżony niż przeciętne żeńskie głosy. Jeszcze raz ciarki mu przeszły po plecach, gdy przywołał z pamięci wypowiedziane przez nią to jedno, a właściwie dwa słowa — wszak były po angielsku.

— Thank you — zaakcentowała wyraźnie i oddzielnie każde z nich, a te dwa dźwięki zdały się być niebiańską sonatą zagraną na harfie jego wrażliwej na muzykę duszy.

— Dobra, zostawmy to — rzucił na głos w stronę jasnej plamy sufitu i dźwignął się z łóżka usiłując powrócić na dobre ze świata sennych mar do rzeczywistości. Poczłapał do kuchni i otworzywszy lodówkę nalał sobie soku, w którym utopił smak i zapach trupa w ustach. Za oknem trwała styczniowa noc, a nieliczne jeszcze światła aut z rzadka przecinały puste ulice.

Rozdział II

Po przekroczeniu drzwi wejściowych do firmy mieszczącej się na siedemnastym piętrze nowo wybudowanego biurowca w centrum miasta, od razu dało się wyczuć jakieś dziwne podekscytowanie i napiętą atmosferę wiszącą w powietrzu. Kilka osób stało pod szklaną taflą okna wypełniającego całą ścianę od podłogi po sufit szepcząc konspiracyjnie. Na widok wchodzącego Grzegorza zamilkli starając się przybrać naturalne miny tak nieudolnie, że dziecko by się zorientowało, że mówili właśnie o nim. Paulina z działu PR wracająca w tej chwili z kuchni z parującym kubkiem kawy w ręku kiwnęła mu na powitanie głową uśmiechając się szeroko i dyskretnie pokazując na grupkę przy oknie teatralnie przewróciła oczami. Gdy się mijali zdążyła jeszcze mrugnąć do niego i wznieść kciuk do góry tak, żeby ten gest mógł zobaczyć tylko on. Odwrócił się, ale ona jak gdyby nigdy nic właśnie znikała za drzwiami swojego pokoju.

— Dzień dobry pani Zosiu — Grzegorz zrobił kilkanaście kroków w drugą stronę holu, gdzie za szeroką ladą swoje królestwo miała pięćdziesięciokilkuletnia, korpulentna sekretarka, której wściekle rudą fryzurę widać było już z daleka.

— Czy jest coś, o czym nie wiem, a powinienem? — zapytał stawiając na blacie swój plecak i zaczął powoli odpinać paski.

— Cześć, Grzesiu — spojrzała na niego przez wielkie okulary śmiejącymi się oczami powiększonymi do rozmiarów małych spodków. — A co ty byś jeszcze chciał wiedzieć poza tym, że mamy przed sobą kolejny dzień nieustających wspólnych wysiłków nad wytyczaniem prostej i jasnej drogi, na końcu której znajdują się wrota do tego na czym każdemu z nas równie mocno zależy, i które to wrota dzięki osobistemu zaangażowaniu wszystkich bez wyjątku staną wkrótce otworem zapraszając nas do krainy sukcesu.

Roześmiali się oboje. Pani Zosia była nie tylko sekretarką, ale dobrym duchem całego zespołu i tak naprawdę pierwszą po Bogu, czyli po Iwonie, personą na pokładzie ich okrętu. Nikt tak jak ona nie potrafił rozładować atmosfery żartem, czy dowcipną uwagą, a jej parodie motywacyjnych przemówień szefowej przeszły już do legendy powodując u całej ekipy, nie wyłączając Iwony, niepohamowane spazmy śmiechu. Grzegorz przez chwilę gmerał w plecaku, po czym wyciągnął z niego papierową torebkę z pachnącą zawartością i przechylając się przez ladę położył ją obok klawiatury komputera.

— Z makiem, jeszcze ciepła — uśmiechnął się porozumiewawczo. Pani Zosia, jak każdy, miała swoje słabości, które umiejętnie wykorzystywane przynosiły wiele korzyści.

— Grzesiu, jak ty mnie dobrze znasz. Dziękuję — rozczuliła się, a oczy jej zwilgotniały.

— No to co tam nowego? — Grzegorz kuł żelazo, póki gorące, choć zdawał sobie sprawę, że pani Zosia i tak nigdy zbyt długo nie potrafiła utrzymać tajemnicy. Przyoblekła twarz w minę pozorowanej powagi, niemniej na kilometr było widać, że sensacyjne wiadomości, którymi jest przepełniona będą musiały za chwilę znaleźć z niej ujście. Pochyliła się w jego stronę kiwając palcem, by zrobił to samo. Grzegorz prawie położył się na ladzie nurkując głową w głąb królestwa sekretarki.

— Przyszedł faks w sprawie Nowej Zelandii — scenicznym szeptem zdradziła sekret pani Zosia. To mogło oznaczać tylko jedno: ich partner z antypodów wreszcie przysłał zaproszenie. Mówiło się już o tym od dawna. Najważniejszy szef wszystkich szefów przebywał przez wiele lat w Nowej Zelandii, gdzie zbierał doświadczenie na rynku tamtejszych mediów i zdobył sporo kontaktów. Po powrocie do Polski i stworzeniu własnego biznesu nawiązał ścisłą współpracę z New Zealand Media and News korzystając z zawartych znajomości. Opowieści o stażu w wyspiarskim kraju na końcu świata były stałym punktem mobilizacyjnych speechów kadry i na tyle zdążyły się już osłuchać i spowszednieć, że mało kto brał je jeszcze poważnie. Czyżby jednak słowo stało się ciałem?

— No więc, kto jest tym szczęśliwcem? — Grzegorz postanowił powiercić jeszcze dziurę w brzuchu pani Zosi.

— Z każdego oddziału ma jechać jedna osoba. A kto od nas poleci, o tym zadecyduje Iwona.

— A pani tę decyzję pozna prędzej od niej — uśmiechnął się porozumiewawczo.

— Ja?? — udała zdziwienie — no co ty Grzesiu, ja nic nie wiem. — Szybko podniosła słuchawkę telefonu, który się właśnie rozdzwonił. Ruszył w kierunku swojego pokoju. Zanim nacisnął klamkę zatrzymał go dobiegający z tyłu hałas. Odwrócił się, żeby zobaczyć jak pani Zosia jedną ręką trzymając telefon drugą waliła zszywaczem w blat biurka. Patrzyła w jego stronę i strojąc dziwaczną minę otwierała szeroko usta układając je bezdźwięcznie w słowa, które miał odczytać z ruchu warg. Zrozumiał. „Załatwiaj wizę.”

Przesłał jej dziękczynny grymas i wszedł do środka.

Stanął przy oknie i spojrzał na szary, smutny świat w dole. Padał śnieg z deszczem. Nieliczne, zgrubiałe płatki przylepiały się do szyby natychmiast zamieniając się w wodę, której wąskie strumyczki powoli torowały sobie drogę na szklanej tafli. Łącząc się w coraz szersze strugi przypominające nabrzmiałe żyły, przyspieszały płynąc pulsującym nurtem na spotkanie nieuniknionego. Przeistaczając się w wielkie krople brudnej cieczy odrywały się jedna po drugiej i obsuwały w przepaść. Zawieszone nisko ciemnoszare chmury szorowały swoimi obwisłymi brzuchami po dachach co wyższych budynków. Nasączone smogiem ciężkie i nieprzejrzyste powietrze uniemożliwiało dostrzeżenie choćby skrawka horyzontu zlewając niebo i ziemię w jedną bezkształtną, poszarzałą masę.

Szary błękit nieba, szara biel i czerwień flag — zanucił w myślach. W Nowej Zelandii widoki z okien zapewne są inne. I to nie tylko dlatego, że akurat jest tam pełnia lata. Jakoś nie mógł uwierzyć, że to właśnie on miałby tam polecieć. Starał się trzymać ekscytację na wodzy zanim nie otrzyma oficjalnej informacji z pierwszej ręki, choć trudno było mu powstrzymać galopujący natłok obrazów i myśli. Gdy kiedyś ktoś go pytał, w jakim innym miejscu na świecie chciałby zamieszkać, zawsze przychodziła mu do głowy Nowa Zelandia. Wymiennie z Kanadą. Chociaż z czasem państwo klonowego liścia zaczęło przegrywać tę rywalizację z powodu zbyt surowego klimatu. A kraj Maorysów z łagodnymi warunkami atmosferycznymi, brakiem upałów latem i mrozów zimą, ze swoimi przecudnymi krajobrazami, wspaniałą przyrodą i ukształtowaniem geograficznym, posiadał jeszcze jedną istotną, a może nawet decydującą cechę. On faktycznie i w przenośni znajduje się na końcu świata. Zupełnie poza głównym nurtem światowych wydarzeń politycznych, ekonomicznych, jakichkolwiek. Czasami wydawać by się mogło, że to kraj, którego nie ma. Bo kiedy docierają stamtąd jakieś wiadomości? Pierwszego stycznia można zobaczyć jak wita się Nowy Rok w Auckland, a poza tym cisza.

Chyba było jakieś duże trzęsienie ziemi w zeszłym roku — odświeżył pamięć, ale nawet wieści o klęskach żywiołowych rzadko z tego miejsca dochodziły. Przypomniał sobie „hakę” — bojową pieśń i taniec rugbistów nowozelandzkich robiące niezapomniane wrażenie na całym świecie, a także miejsca, gdzie kręcono „Władcę Pierścieni”, a które stały się obleganymi atrakcjami turystycznymi. Może udałoby mu się je zobaczyć? Na razie ujrzał swoje odbicie na mokrej powierzchni szkła. Ciemnobrązowe, trochę przydługawe włosy zsuwały mu się z czoła poza linię brwi, a jeden kosmyk uparł się, by dyndać mu nad okiem przesłaniając pole widzenia. Jednym, szybkim dmuchnięciem w górę przywrócił mu miejsce w szeregu. Przekręcił głowę i zezem ocenił profil sprawdzając, czy kilkudniowy zarost nie jest już zbyt zapuszczony. Nigdy nie golił się na gładko mając nadzieję, że dodaje mu to trochę lat, bo mimo że dawno miał za sobą wiek chrystusowy, to reakcją na ujawniany rok urodzenia zawsze było zdziwienie i niedowierzanie.

Pacnął dłonią w szybę i odwrócił się w stronę biurka. Trzeba ochłonąć i zająć się robotą. Ale nie dane mu było się skupić. Telefon zaświergotał zdecydowanie zbyt natarczywie. Podniósł słuchawkę.

— Zrób sobie kawę i chodź — w głosie Pauliny dało się słyszeć ledwo skrywane przejęcie.

— Nie mogę — odparł — nie chcę, aby Iwona musiała mnie szukać po całym biurze. W razie czego, oczywiście — zastrzegł.

— Ha, ha — zaśmiała się — dobra, ja przyjdę.

Weszła z kubkiem w dłoni, który postawiła na jego biurku i przysunęła sobie drugie krzesło.

— I jak? Niespodzianka, co nie? — upiła łyk kawy.

— Formalnie nadal nic mi nie wiadomo. A ty skąd wiesz? — starał się zachować beznamiętny ton.

Odstawiła kubek i założyła nogę na nogę.

— Weź przestań, czy kiedykolwiek informacje od Zosi nie sprawdziły się?

Fakt.

— Poza tym, to ona przecież odebrała faks i pobiegła z nim zaraz do Iwony, po czym przez dobre piętnaście minut nie wychodziła od niej — ciągnęła. — Mówi się przecież, że w ważnych sprawach Iwona zawsze konsultuje się z Zosią, więc pewnie i teraz tak było.

Czyżby słodkie drożdżówki z makiem miały aż taką siłę przebicia? Uśmiechnął się pod nosem i niemal rozczulił na myśl o pełnej ciepła, dobrodusznej istocie gotowej uchylić nieba każdemu, a jemu chyba w szczególności.

— To co mi przywieziesz z ciepłych krajów? — Paulina postanowiła przerwać te liryczne rozmyślania.

— Tam wcale nie jest aż tak ciepło — skorygował popadając z lekka w mentorski ton. — A co byś chciała?

— Najchętniej pojechać tam — popatrzyła mu w oczy.

Pewnie. I najchętniej razem z nim. To akurat wiedział.

— Pomarzyć dobra rzecz — mruknął po chwili krępującego milczenia i schylił się udając, że szuka czegoś w biurku.

— Niestety, mamy tylko jedno miejsce — dodał niezbyt zręcznie. Spuściła głowę przyglądając się swoim dłoniom.

— No, wiem. Ja tylko tak…

Spojrzał na nią. Miała drobną twarz o ostrych rysach, wąski nos i takie same usta. Włosy do ramion ufarbowane na kolor głębokiego burgunda spięła w małą kitkę. Wodniste oczy spoglądały dość smutno, choć gdy się śmiała potrafiły błyszczeć zalotnym blaskiem. Mogłaby uchodzić za ładną, ale ten rodzaj urody był dość odległy od kanonów kobiecego piękna bliskich Grzegorzowi. W wieku trzydziestu jeden lat miała za sobą nieudane, krótkotrwałe małżeństwo, szczęśliwie — jak mówiła — bezdzietne, choć było widać jak bardzo pragnie udanego związku i normalnej rodziny. Kolejne próby nawiązania relacji z facetami paliły na panewce, a Grzegorz wiedział, że i ta nie wypali. Źle się z tym czuł, chociaż nie było w tym jego winy. Nie było w tym niczyjej winy. Ale wiedział jak to jest, sam bywał w takich sytuacjach po drugiej stronie. Po prostu — do tanga trzeba dwojga.

Tym razem dzwonek telefonu powitał z ulgą i szybko przyłożył słuchawkę do ucha.

— Tak, już idę — rzucił krótko i dźwignął się z krzesła.

— Iwona? — spytała Paulina. Kiwnął głową.

— No więc chyba ostatecznie to do ciebie dotrze, niedowiarku — też wstała zabierając kubek. — I może w końcu zaczniesz się cieszyć.

Uniósł jednostronnie kącik ust prezentując minę, którą od biedy można by uznać za radosną. Odpowiedziała mu podobnie i wyszła z pokoju cicho zamykając za sobą drzwi.

W gabinecie szefowej zagłębił się w miękkim fotelu czekając, aż Iwona skończy rozmawiać przez komórkę. Zanim to nastąpiło podała mu kartkę papieru. Było to pismo, w którym informowała centralę, że osobą wyznaczoną przez nią do wyjazdu na staż do Nowej Zelandii jest Grzegorz Kawęcki. Przełknął ślinę i dopiero teraz zrobiło mu się gorąco. Jeszcze raz przebiegł oczami po treści pisma zwracając uwagę na terminy. Cały miesiąc?!? I to już w kwietniu?

— Muszę cię zapytać, czy się zgadzasz — Iwona odłożyła telefon i przyglądała mu się z nieodgadnionym wejrzeniem Mony Lizy. Jak zawsze biła od niej klasa eleganckiej i stylowej kobiety przed czterdziestką, dbającej o każdy szczegół swojego wizerunku.

— To można się nie zgodzić? — spróbował zażartować.

— Można, nic na siłę — zabębniła palcami o poręcz fotela. — Przymus nie jest skuteczną drogą na budowanie właściwych relacji w zespole, wiesz o tym.

No jasne. Co innego perswazja, przekonywanie, zachęta, empatia i wzajemne zrozumienie prowadzące do ukształtowania się wspólnego, jedynie słusznego spojrzenia na problem i sposoby jego rozwiązania. Stop. Żadnego prześmiewczego sarkazmu na temat coachingu, który dla niego nigdy nie będzie niczym innym, jak jednym wielkim gównianym bełkotem. W tej sytuacji nie jest to ani wskazane, ani do niczego potrzebne. Postanowił jednak nie rezygnować z nieco kpiarskiego tonu.

— Zaprawdę, nie wiem, czy jestem godzien — z udaną skromnością spuścił oczy. — Czyż nie znajdą się godniejsi tego zaszczytu spośród przezacnego grona naszej społeczności?

Podniósł wzrok zerkając w jej stronę. Obserwowała go mrużąc oczy i uśmiechając się półgębkiem. Za dobrze go znała.

— No, dobra — spoważniał — to powiedzmy, że wystąpię we własnej sprawie jako adwokat diabła. Nie mam tak dużego doświadczenia jak niektórzy koledzy, staż pracy w firmie też sporo osób ma o wiele dłuższy ode mnie, no i też są tacy, którzy władają angielskim lepiej niż ja. Chociażby Marek.

Podanie akurat tego przykładu przyszło mu z niejakim trudem, ale chciał być w tej sprawie uczciwy. Wobec siebie, wobec Iwony i wobec innych.

— Masz rację — zgodziła się — ale prawdą jest też to, że wraz z nabywaniem doświadczenia istnieje niebezpieczeństwo popadnięcia w rutynę, sztampę, swego rodzaju intelektualne lenistwo oraz wykształcenia postawy zamkniętej na nowe wyzwania, niechętnej wszelkim zmianom. Ja potrzebuję, aby pojechał tam ktoś możliwie jak najbardziej kreatywny, bystry, otwarty, nieszablonowy w rozwiązywaniu zadań, a jednocześnie rzeczowy i precyzyjny w myśleniu i działaniu. Dlatego to będziesz ty. Poza tym to, co przed chwilą powiedziałeś upewnia mnie tylko, że to był ze wszech miar właściwy wybór.

Grzegorz wyciągnął z kieszeni chustkę i pochylił głowę udając, ze wyciera nos. Nie spodziewał się takich słów i nie chciał, by zobaczyła na jego twarzy zaskoczenie.

— A jaki masz kłopot z językiem? Przecież dobrze znasz angielski.

— W piśmie tak, ale nie mam doświadczenia w konwersacji. Obawiam się, że zapomnę języka w gębie szukając słów i zwrotów — dodał ponuro.

— To chyba nie jest wielki problem? Masz trzy miesiące, znajdziesz sobie jakiś intensywny kurs i odpowiednio się podszkolisz. Wierzę w ciebie — zmotywowała go.

— No, skoro tak, to trudno — westchnął ciężko i wznosząc oczy do nieba przybrał minę cierpiętnika — nie pozostaje mi nic innego jak się zgodzić.

Wstał i podał Iwonie rękę.

— Dziękuję — rzekł już na poważnie — to dla mnie dużo znaczy.

Rozdział III

Nazywanie tego miejsca lasem było grubą przesadą. Był to raczej miejski zagajnik, który kiedyś znajdował się na skraju miasta, zaś obecnie był coraz ciaśniej otaczany zabudową mieszkaniową. Stał się czymś w rodzaju parku, miejsca spacerów i joggingu dla okolicznych mieszkańców. W soboty i niedziele na głównych alejkach panował spory ruch, mijali się rowerzyści, matki z wózkami, emeryci z pieskami. Ciężko było znaleźć miejsce, w którym nie byłoby słychać krzyków dzieci lub szczekania czworonogów. Dlatego w weekendy i święta Grzegorz już tam nie zaglądał. Natomiast w zwykłe, powszednie dni chętnie odwiedzał lasek szukając w nim samotności i wyciszenia. Znajdował je zwłaszcza taką porą jak teraz. Zimowe popołudnie, powoli gęstniejąca szarość, powietrze przepełnione wilgocią, uginające się pod stopami mokre, zeszłoroczne liście. Taka aura skutecznie odstraszała większość amatorów leśnych spacerów, dzięki czemu miał dla siebie więcej przestrzeni i komfortu.

Ptak smętnie siedzi na drzewie, leniwie pióra wygładza — zaśpiewał bezgłośnie na widok sikorki przyglądającej mu się z pobliskiej gałęzi.

Lubił to miejsce. I lubił przyrodę, naturę. Tutaj nieodmiennie czuł się jej częścią, doświadczał więzi łączącej go z każdym drzewem, liściem, źdźbłem trawy, ptakiem, czy owadem. Postrzegał otaczający go świat pozostałych żywych istot jak swoich bliskich będących jedynie innymi gałęziami wyrastającymi z tego samego wielkiego pnia życia.

— Trrr, trrr, trrr — zadarł głowę do góry. Na czubku wysokiej sosny siedział kruk i zdawał się go pozdrawiać swoim chrapliwym powitaniem. Para kruków osiedliła się w lesie przed paroma laty. Grzegorz wypatrzył na którym drzewie mają swoje gniazdo i zawsze sprawiały mu przyjemność ich charakterystyczne pokrakiwania, które odbierał jako swoiste „dzień dobry” rzucane na jego widok. Wydawało mu się, że te ptaki go poznają, i że nawiązał się między nimi jakiś rodzaj międzygatunkowej przyjaźni. Potrafił nieraz wałęsać się godzinami wzdłuż i wszerz lasu, by wreszcie usłyszeć głęboki szum skrzydeł przelatującego któregoś z nich, lub krótkie kraknięcie sygnalizujące, że gdzieś tam w ukryciu siedzą i już go widzą. Ptaki nie były jedynymi zwierzętami, które napotykał w lasku. Zimą można było się natknąć na dziki i sarny, które w poszukiwaniu pożywienia coraz odważniej zapuszczały się w pobliże ludzkich siedzib. W pobliżu oczek wodnych pomykały zaskrońce, raz dostrzegł nawet małą jaszczurkę, ale nie zdążył się jej przyjrzeć, bo błyskawicznie czmychnęła, gdy tylko się do niej zbliżył.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.