E-book
16.33
Sięgając gwiazd

Bezpłatny fragment - Sięgając gwiazd


Objętość:
412 str.
ISBN:
978-83-8155-648-4

Rozdział I

Dziewczyna siedząca w rogu pubu zwróciła jego uwagę. Z początku kątem oka zauważył jedynie jej blond włosy kontrastujące z ciemnym otoczeniem. Gdy usiadł przy swoim stoliku i wziął pierwszy łyk piwa, skierował wzrok znad kufla prosto w tamtą stronę. Było ich czterech. Dwóch siedziało na narożnikowej kanapie po obu stronach dziewczyny, dwóch następnych na krzesłach przy stole naprzeciw niej. Każdy z nich miał już mocno w czubie, a ich pijacki rechot zaczynał powoli przekraczać liczbą decybeli granicę tolerancji przeciętnego zjadacza chleba, a raczej w tym przypadku — smakosza chmielowego napitku. Omiótł ich wzrokiem jednego po drugim udając, że patrzy gdzie indziej. Ci przy stoliku mieli na sobie ciemne kurtki, z kieszeni których wystawały końcówki szalików z emblematami miejscowej drużyny piłkarskiej. Pod spodem ubrani byli w szare bluzy z kapturami zwisającymi luźno na plecach i gotowymi w każdej chwili zakryć twarze swych właścicieli. Z tyłu wyglądali jak para bliźniaków, z takimi samymi wygolonymi łbami, szerokimi barami, ubranych tak samo. Ci z kanapy natomiast zdecydowanie różnili się od siebie. Ten z lewej strony dziewczyny był mały, drobny, nosił okulary i sprawiał wrażenie rozkojarzonego. Cały czas bawił się trzymaną w dłoniach pustą szklanką przekładając ją z ręki do ręki. Przewracał przy tym oczami na wszystkie strony i mamrotał coś pod nosem. Ten dla odmiany miał na sobie ciemnoczerwoną bluzę, a jego kurtka leżała obok niedbale przerzucona przez oparcie kanapy. Drugi z nich był wysoki, na pewno mógł mieć sporo powyżej metra osiemdziesięciu i już z daleka wyglądał na stałego bywalca siłowni. Cały był ubrany na czarno, od koszuli poprzez spodnie do sportowych butów. Co chwilę przesuwał rękę w stronę leżącej obok niego niebieskiej kurtki, jakby się bał, że może mu ją ktoś ukraść. Drugą rękę trzymał wyciągniętą na oparciu tuż za głową dziewczyny i coraz mocniej przechylając się w jej stronę mówił coś do niej taksując ją bezczelnie błędnym wzrokiem. Grzegorz zauważył jej delikatny ruch w przeciwną stronę i oczy wbite w przeciwległy kąt lokalu. Zrozumiał, że nie chce zbyt ostentacyjnie okazywać niechęci, aby nie sprowokować ich do czegoś gorszego. Rozejrzał się po sali, oprócz nich zajęte były jeszcze dwa stoliki pod oknem. Przy jednym siedziały dwie smarkule nie wyglądające na więcej niż szesnaście lat, przy drugim jakaś parka nie widząca świata poza sobą. Ponownie zerknął w stronę dziewczyny o blond włosach i napotkawszy jej wzrok natychmiast uciekł z oczami przeklinając się za to w duchu, bo była to jedna z tych wielu rzeczy, których szczerze w sobie nienawidził. Przechylił kufel upijając spory haust piwa i znowu odwrócił głowę. Cały czas patrzyła na niego, ale tym razem wytrzymał jej spojrzenie wyczytawszy w nim nieme błaganie. Odstawił opróżnione do połowy naczynie i poczuł falę gorąca jak zwykle, gdy przychodził mu do głowy jakiś pomysł. Po chwili odsunął krzesło, nie spiesząc się wstał i powoli udał się do sąsiedniej sali, z której było wejście do łazienki. Po mniej więcej trzech minutach wrócił, stanął w przejściu i usiłując nadać głosowi jak najbardziej dramatyczny ton zawołał w kierunku czwórki typków:

— Panowie, w kiblu jakichś trzech warszawiaków bije naszego! Potrzebna pomoc!

Zerwali się wszyscy, nawet okularnik popędził przed siebie przewracając w zamieszaniu stołki. Grzegorz bał się, że któryś może zostać i nie miał na tę okoliczność przygotowanego planu „B”, ale szczęśliwie nie musiał się już nad tym zastanawiać. Kiedy ostatni z nich mijał go biegnąc w kierunku łazienki, skinął ręką na dziewczynę odzywając się po angielsku:

— Szybko! Nie mamy dużo czasu.

Nie wiedział dlaczego użył obcego języka, ale czuł, że postępuje właściwie. Chwyciła torebkę oraz kurtkę, którą cały czas trzymała na kolanach i biegiem ruszyła w stronę drzwi, które Grzegorz w międzyczasie otworzył i przytrzymał przepuszczając ją przodem. Mimo późnej pory na ulicy było sporo ludzi, w końcu to sobota, centrum miasta.

— Tędy — pociągnął ją w najbliższą poprzeczną uliczkę starając się biec tak, aby mogła dotrzymać mu kroku. O dziwo, szło jej całkiem nieźle pomimo butów na obcasach. Przed jednym z pubów stała liczna grupa przynajmniej kilkunastu osób. Wmieszali się w tłum i zwolnili, żeby się nie wyróżniać. Grzegorz nerwowo spojrzał przez ramię za siebie, ale na szczęście nie zauważył niczego podejrzanego. Zbliżali się właśnie do jedynej na tej ulicy bramy z wejściem do kamienicy. Drzwi były uchylone, prawdopodobnie nie działał domofon.

— Wejdź tutaj — zwrócił się do dziewczyny popychając ją lekko w kierunku bramy. — Schowaj się za drzwiami i nie ruszaj się. Pójdę po samochód i za pięć minut przyjadę po ciebie. W porządku? — Kiwnęła głową.

— Nie wychodź stąd, za parę minut jestem — powtórzył, by dodać jej otuchy i przymknął za sobą drzwi zostawiając szparę, przez którą mogła obserwować ulicę. Z miejsca ruszył biegiem, by jak najszybciej dotrzeć do auta, które zostawił parę przecznic stąd.

Zobaczył ich pokonując ostatni zakręt z zamiarem podjechania pod miejsce, w którym zostawił dziewczynę. Wszyscy czterej szli całą szerokością ulicy uważnie lustrując napotkane twarze. Zatrzymał się kilkanaście metrów przed bramą, którą oni właśnie mijali zbliżając się w jego kierunku. Przez ułamek sekundy przez myśl przebiegły mu dziesiątki możliwych wyjść z sytuacji, od gwałtownego dodania gazu po schylenie się i udawanie, że szuka czegoś w schowku. Ostatecznie zdecydował się w ogóle nie ruszać licząc na to, że przez szyby samochodu odbijające wszystkie okoliczne światła nie powinno być widać osób siedzących w środku. Z duszą na ramieniu obserwował zakazane gęby obskurnych typów, z których każdy pewnie w pojedynkę dałby sobie z nim radę. No, może oprócz małego, chociaż kto wie, zapewne po kieszeniach nie nosili wyłącznie powietrza. Minęli auto nie interesując się nim wcale. Śledził ich ruch w lusterkach tak długo, dopóki nie zniknęli za rogiem. Podjechał pod bramę i uchylił drzwi od strony pasażera. Wyszła pewnym krokiem i z gracją zajęła miejsce puszczając drzwi w odpowiednim momencie tak, aby zamknęły się same z lekkim tylko trzaśnięciem. Ruszył powoli ostrożnie manewrując po zatłoczonych uliczkach śródmieścia. Nie powiedziała dokąd ma jechać, a on nie pytał mając jednocześnie pewność, że jedzie we właściwym kierunku.

Zatrzymując się w zatoczce przed wejściem do hotelu odwrócił głowę w jej stronę. Widok za szybą wypełniały jasno oświetlone szklane drzwi wejściowe z wielkim „S” w samym środku wieńca laurowego. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się odsłaniając rząd białych, równych zębów. Jej szare oczy błyszczały.

— Dziękuję — odezwała się po raz pierwszy dźwięcznym głosem, którego barwa sprawiła, że Grzegorz zadrżał. Odwróciła się, wysiadła z samochodu i po chwili zniknęła w gmachu pięciogwiazdkowego hotelu.

Chciał włączyć się do ruchu, ale nagle zorientował się, że jest zupełnie ciemno, mimo iż wytrzeszczał oczy jak tylko się dało. Poczuł też, że leży na plecach i to wcale nie w samochodzie, a… w łóżku. Przez moment spoczywał nieruchomo jak kłoda usiłując pojąć, co właściwie się stało. Po chwili to do niego dotarło. To był sen.

Przekręcił się na bok i wyciągnąwszy rękę sięgnął po pilota od radia leżącego na półce. Wyświetlacz zajaśniał bursztynowymi cyframi pokazując czwartą dwadzieścia pięć. Zrezygnowany opadł ponownie na wznak. Skoro obudził się o tej godzinie, to znaczy, że o reszcie nocnego wypoczynku mógł już zapomnieć. Jak zwykle będzie się przewracał z boku na bok usiłując ponownie zasnąć, co faktycznie mu się uda, ale dopiero wtedy, kiedy trzeba będzie wstawać. Powrócił myślami do snu ze zdumieniem stwierdzając, że pamięta go w całości, co zdarzało mu się niezwykle rzadko. Jeszcze rzadsze było to, że nie był to koszmar. Koszmary też nieczęsto pamiętał, ale był pewien, że je śni, gdyż dominującym odczuciem, którego zwykle doznawał po przebudzeniu był strach. Motyw przewodni tych, które zapamiętywał był zawsze ten sam. Różniły się, jeśli można to tak nazwać, „fabułą”, występowały w nich różne miejsca i ludzie, ale chodziło zawsze o to samo. Wykonywał w nich coś pod ogromną presją czasu i otoczenia, coś czego nie mógł skończyć, gdyż wciąż i wciąż pojawiały się niespodziewane trudności uniemożliwiające mu zrealizowanie zadania. Czuł się jakby uciekał przed jakąś groźną bestią, która z każdym krokiem jest coraz bliżej, a on widząc przed sobą bezpieczne schronienie, w żaden sposób nie jest w stanie do niego dobiec, bo choćby nie wiem jak szybko biegł, ono oddala się z tą samą prędkością. A najgorsze w tym wszystkim było to, że trwało to całą wieczność, czas rozciągał się w nieskończoność, wydawało mu się, że mijają długie godziny narastającego strachu, choć przytomniejąc wiedział, że koszmar musiał trwać zaledwie kilka bądź kilkanaście minut, gdyż śnił go zwykle podczas powtórnego, krótkotrwałego zasypiania nad ranem. Budził się wtedy z walącym sercem, w stanie paraliżującego przerażenia i przez dłuższy czas nie mógł dojść do siebie.

Przypomniał sobie pewną książkę, którą czytał w dzieciństwie. Pozaziemska cywilizacja usiłowała w niej nawiązać kontakt z ludźmi. Kosmici nie przybierali żadnej materialnej formy, lecz występowali jedynie w postaci nieznanej siły, czy energii. Podobnie nie byli w stanie zarejestrować przejawów ludzkiej bytności poza jednym. Wyczuwali fale mózgowe wysyłane przez ludzi w trakcie przeżywania przez nich silnych emocji. A jako że stwierdzili, iż największe natężenie fal występuje, gdy ludzie odczuwają lęk i przerażenie, doprowadzali posiadaną przez siebie mocą do sytuacji, w których obserwowane istoty umierają w straszliwych katastrofach mając pełną świadomość nieuchronnego końca. Kosmici nie zdawali sobie sprawy, że zadają śmierć, odbierali jedynie najsilniejsze impulsy aktywności przedstawicieli obcej cywilizacji jakie mogli zarejestrować, nie wiedząc, że są one związane z ich agonią.

Koszmary Grzegorza nigdy nie prowadziły do żadnego końca. Ani nie udawało mu się osiągnąć w nich zamierzonego celu, ani nie kończyły się fiaskiem, czy rezygnacją z niego. Chodziło tylko o to, aby przez cały czas być w jakimś przeklętym zawieszeniu, jakby z głową na katowskim pniu w niekończącym się oczekiwaniu na świst topora. Gdy się budził, miał wrażenie, jak gdyby obca siła z tamtej książki usiłowała nawiązać z nim kontakt.

Sny przyjemne śniły mu się incydentalnie. Raz na kilka lat, może raz na pięć, nie częściej. Po przebudzeniu zwykle długo nie otwierał oczu pławiąc się w resztkach marzeń sennych, nurkując w nich jak w błękitnych i ciepłych wodach raf koralowych. Tematyka tych snów też zwykle była niezmienna. Wiązała się z pozytywnymi emocjami wywołanymi przez wspomnienia porywów serca, których adresatki w ten, czy inny sposób były kiedyś Grzegorzowi bliskie. I nie chodzi wcale o marzenia erotyczne. Występowały w nich przelotne spojrzenia, gesty, wymiana kilku słów, wyraz oczu, zapach. Czy można śnić zapach? Był pewien, że tak, w końcu tego doświadczał. No i najważniejsze: niebywale przyjemne uczucie błogostanu, wręcz euforii, czy ekscytacji jakże odmiennej od upiornych stanów po koszmarach.

Dzisiejszy sen niewątpliwie należał do tej drugiej kategorii. Choć był inny. Inny i dziwny. Nie znał dziewczyny, która mu się śniła. Nie wiedział dlaczego mówił do niej po angielsku. Czy była cudzoziemką? Nie miewał nigdy snów zupełnie fikcyjnych, zawsze — choć zdarzały się niebywale pokręcone — odnosiły się do realnych miejsc, zdarzeń i ludzi. A tej kobiety nie mógł umiejscowić w niczym rzeczywistym.

Przypomniał sobie to, co zrobiło na nim największe wrażenie. Zawsze u kobiet podobał mu się niższy głos. Nie jakiś męski bas, czy chrypa, ale melodyjny, przyjemnie brzmiący, trochę tylko obniżony niż przeciętne żeńskie głosy. Jeszcze raz ciarki mu przeszły po plecach, gdy przywołał z pamięci wypowiedziane przez nią to jedno, a właściwie dwa słowa — wszak były po angielsku.

— Thank you — zaakcentowała wyraźnie i oddzielnie każde z nich, a te dwa dźwięki zdały się być niebiańską sonatą zagraną na harfie jego wrażliwej na muzykę duszy.

— Dobra, zostawmy to — rzucił na głos w stronę jasnej plamy sufitu i dźwignął się z łóżka usiłując powrócić na dobre ze świata sennych mar do rzeczywistości. Poczłapał do kuchni i otworzywszy lodówkę nalał sobie soku, w którym utopił smak i zapach trupa w ustach. Za oknem trwała styczniowa noc, a nieliczne jeszcze światła aut z rzadka przecinały puste ulice.

Rozdział II

Po przekroczeniu drzwi wejściowych do firmy mieszczącej się na siedemnastym piętrze nowo wybudowanego biurowca w centrum miasta, od razu dało się wyczuć jakieś dziwne podekscytowanie i napiętą atmosferę wiszącą w powietrzu. Kilka osób stało pod szklaną taflą okna wypełniającego całą ścianę od podłogi po sufit szepcząc konspiracyjnie. Na widok wchodzącego Grzegorza zamilkli starając się przybrać naturalne miny tak nieudolnie, że dziecko by się zorientowało, że mówili właśnie o nim. Paulina z działu PR wracająca w tej chwili z kuchni z parującym kubkiem kawy w ręku kiwnęła mu na powitanie głową uśmiechając się szeroko i dyskretnie pokazując na grupkę przy oknie teatralnie przewróciła oczami. Gdy się mijali zdążyła jeszcze mrugnąć do niego i wznieść kciuk do góry tak, żeby ten gest mógł zobaczyć tylko on. Odwrócił się, ale ona jak gdyby nigdy nic właśnie znikała za drzwiami swojego pokoju.

— Dzień dobry pani Zosiu — Grzegorz zrobił kilkanaście kroków w drugą stronę holu, gdzie za szeroką ladą swoje królestwo miała pięćdziesięciokilkuletnia, korpulentna sekretarka, której wściekle rudą fryzurę widać było już z daleka.

— Czy jest coś, o czym nie wiem, a powinienem? — zapytał stawiając na blacie swój plecak i zaczął powoli odpinać paski.

— Cześć, Grzesiu — spojrzała na niego przez wielkie okulary śmiejącymi się oczami powiększonymi do rozmiarów małych spodków. — A co ty byś jeszcze chciał wiedzieć poza tym, że mamy przed sobą kolejny dzień nieustających wspólnych wysiłków nad wytyczaniem prostej i jasnej drogi, na końcu której znajdują się wrota do tego na czym każdemu z nas równie mocno zależy, i które to wrota dzięki osobistemu zaangażowaniu wszystkich bez wyjątku staną wkrótce otworem zapraszając nas do krainy sukcesu.

Roześmiali się oboje. Pani Zosia była nie tylko sekretarką, ale dobrym duchem całego zespołu i tak naprawdę pierwszą po Bogu, czyli po Iwonie, personą na pokładzie ich okrętu. Nikt tak jak ona nie potrafił rozładować atmosfery żartem, czy dowcipną uwagą, a jej parodie motywacyjnych przemówień szefowej przeszły już do legendy powodując u całej ekipy, nie wyłączając Iwony, niepohamowane spazmy śmiechu. Grzegorz przez chwilę gmerał w plecaku, po czym wyciągnął z niego papierową torebkę z pachnącą zawartością i przechylając się przez ladę położył ją obok klawiatury komputera.

— Z makiem, jeszcze ciepła — uśmiechnął się porozumiewawczo. Pani Zosia, jak każdy, miała swoje słabości, które umiejętnie wykorzystywane przynosiły wiele korzyści.

— Grzesiu, jak ty mnie dobrze znasz. Dziękuję — rozczuliła się, a oczy jej zwilgotniały.

— No to co tam nowego? — Grzegorz kuł żelazo, póki gorące, choć zdawał sobie sprawę, że pani Zosia i tak nigdy zbyt długo nie potrafiła utrzymać tajemnicy. Przyoblekła twarz w minę pozorowanej powagi, niemniej na kilometr było widać, że sensacyjne wiadomości, którymi jest przepełniona będą musiały za chwilę znaleźć z niej ujście. Pochyliła się w jego stronę kiwając palcem, by zrobił to samo. Grzegorz prawie położył się na ladzie nurkując głową w głąb królestwa sekretarki.

— Przyszedł faks w sprawie Nowej Zelandii — scenicznym szeptem zdradziła sekret pani Zosia. To mogło oznaczać tylko jedno: ich partner z antypodów wreszcie przysłał zaproszenie. Mówiło się już o tym od dawna. Najważniejszy szef wszystkich szefów przebywał przez wiele lat w Nowej Zelandii, gdzie zbierał doświadczenie na rynku tamtejszych mediów i zdobył sporo kontaktów. Po powrocie do Polski i stworzeniu własnego biznesu nawiązał ścisłą współpracę z New Zealand Media and News korzystając z zawartych znajomości. Opowieści o stażu w wyspiarskim kraju na końcu świata były stałym punktem mobilizacyjnych speechów kadry i na tyle zdążyły się już osłuchać i spowszednieć, że mało kto brał je jeszcze poważnie. Czyżby jednak słowo stało się ciałem?

— No więc, kto jest tym szczęśliwcem? — Grzegorz postanowił powiercić jeszcze dziurę w brzuchu pani Zosi.

— Z każdego oddziału ma jechać jedna osoba. A kto od nas poleci, o tym zadecyduje Iwona.

— A pani tę decyzję pozna prędzej od niej — uśmiechnął się porozumiewawczo.

— Ja?? — udała zdziwienie — no co ty Grzesiu, ja nic nie wiem. — Szybko podniosła słuchawkę telefonu, który się właśnie rozdzwonił. Ruszył w kierunku swojego pokoju. Zanim nacisnął klamkę zatrzymał go dobiegający z tyłu hałas. Odwrócił się, żeby zobaczyć jak pani Zosia jedną ręką trzymając telefon drugą waliła zszywaczem w blat biurka. Patrzyła w jego stronę i strojąc dziwaczną minę otwierała szeroko usta układając je bezdźwięcznie w słowa, które miał odczytać z ruchu warg. Zrozumiał. „Załatwiaj wizę.”

Przesłał jej dziękczynny grymas i wszedł do środka.

Stanął przy oknie i spojrzał na szary, smutny świat w dole. Padał śnieg z deszczem. Nieliczne, zgrubiałe płatki przylepiały się do szyby natychmiast zamieniając się w wodę, której wąskie strumyczki powoli torowały sobie drogę na szklanej tafli. Łącząc się w coraz szersze strugi przypominające nabrzmiałe żyły, przyspieszały płynąc pulsującym nurtem na spotkanie nieuniknionego. Przeistaczając się w wielkie krople brudnej cieczy odrywały się jedna po drugiej i obsuwały w przepaść. Zawieszone nisko ciemnoszare chmury szorowały swoimi obwisłymi brzuchami po dachach co wyższych budynków. Nasączone smogiem ciężkie i nieprzejrzyste powietrze uniemożliwiało dostrzeżenie choćby skrawka horyzontu zlewając niebo i ziemię w jedną bezkształtną, poszarzałą masę.

Szary błękit nieba, szara biel i czerwień flag — zanucił w myślach. W Nowej Zelandii widoki z okien zapewne są inne. I to nie tylko dlatego, że akurat jest tam pełnia lata. Jakoś nie mógł uwierzyć, że to właśnie on miałby tam polecieć. Starał się trzymać ekscytację na wodzy zanim nie otrzyma oficjalnej informacji z pierwszej ręki, choć trudno było mu powstrzymać galopujący natłok obrazów i myśli. Gdy kiedyś ktoś go pytał, w jakim innym miejscu na świecie chciałby zamieszkać, zawsze przychodziła mu do głowy Nowa Zelandia. Wymiennie z Kanadą. Chociaż z czasem państwo klonowego liścia zaczęło przegrywać tę rywalizację z powodu zbyt surowego klimatu. A kraj Maorysów z łagodnymi warunkami atmosferycznymi, brakiem upałów latem i mrozów zimą, ze swoimi przecudnymi krajobrazami, wspaniałą przyrodą i ukształtowaniem geograficznym, posiadał jeszcze jedną istotną, a może nawet decydującą cechę. On faktycznie i w przenośni znajduje się na końcu świata. Zupełnie poza głównym nurtem światowych wydarzeń politycznych, ekonomicznych, jakichkolwiek. Czasami wydawać by się mogło, że to kraj, którego nie ma. Bo kiedy docierają stamtąd jakieś wiadomości? Pierwszego stycznia można zobaczyć jak wita się Nowy Rok w Auckland, a poza tym cisza.

Chyba było jakieś duże trzęsienie ziemi w zeszłym roku — odświeżył pamięć, ale nawet wieści o klęskach żywiołowych rzadko z tego miejsca dochodziły. Przypomniał sobie „hakę” — bojową pieśń i taniec rugbistów nowozelandzkich robiące niezapomniane wrażenie na całym świecie, a także miejsca, gdzie kręcono „Władcę Pierścieni”, a które stały się obleganymi atrakcjami turystycznymi. Może udałoby mu się je zobaczyć? Na razie ujrzał swoje odbicie na mokrej powierzchni szkła. Ciemnobrązowe, trochę przydługawe włosy zsuwały mu się z czoła poza linię brwi, a jeden kosmyk uparł się, by dyndać mu nad okiem przesłaniając pole widzenia. Jednym, szybkim dmuchnięciem w górę przywrócił mu miejsce w szeregu. Przekręcił głowę i zezem ocenił profil sprawdzając, czy kilkudniowy zarost nie jest już zbyt zapuszczony. Nigdy nie golił się na gładko mając nadzieję, że dodaje mu to trochę lat, bo mimo że dawno miał za sobą wiek chrystusowy, to reakcją na ujawniany rok urodzenia zawsze było zdziwienie i niedowierzanie.

Pacnął dłonią w szybę i odwrócił się w stronę biurka. Trzeba ochłonąć i zająć się robotą. Ale nie dane mu było się skupić. Telefon zaświergotał zdecydowanie zbyt natarczywie. Podniósł słuchawkę.

— Zrób sobie kawę i chodź — w głosie Pauliny dało się słyszeć ledwo skrywane przejęcie.

— Nie mogę — odparł — nie chcę, aby Iwona musiała mnie szukać po całym biurze. W razie czego, oczywiście — zastrzegł.

— Ha, ha — zaśmiała się — dobra, ja przyjdę.

Weszła z kubkiem w dłoni, który postawiła na jego biurku i przysunęła sobie drugie krzesło.

— I jak? Niespodzianka, co nie? — upiła łyk kawy.

— Formalnie nadal nic mi nie wiadomo. A ty skąd wiesz? — starał się zachować beznamiętny ton.

Odstawiła kubek i założyła nogę na nogę.

— Weź przestań, czy kiedykolwiek informacje od Zosi nie sprawdziły się?

Fakt.

— Poza tym, to ona przecież odebrała faks i pobiegła z nim zaraz do Iwony, po czym przez dobre piętnaście minut nie wychodziła od niej — ciągnęła. — Mówi się przecież, że w ważnych sprawach Iwona zawsze konsultuje się z Zosią, więc pewnie i teraz tak było.

Czyżby słodkie drożdżówki z makiem miały aż taką siłę przebicia? Uśmiechnął się pod nosem i niemal rozczulił na myśl o pełnej ciepła, dobrodusznej istocie gotowej uchylić nieba każdemu, a jemu chyba w szczególności.

— To co mi przywieziesz z ciepłych krajów? — Paulina postanowiła przerwać te liryczne rozmyślania.

— Tam wcale nie jest aż tak ciepło — skorygował popadając z lekka w mentorski ton. — A co byś chciała?

— Najchętniej pojechać tam — popatrzyła mu w oczy.

Pewnie. I najchętniej razem z nim. To akurat wiedział.

— Pomarzyć dobra rzecz — mruknął po chwili krępującego milczenia i schylił się udając, że szuka czegoś w biurku.

— Niestety, mamy tylko jedno miejsce — dodał niezbyt zręcznie. Spuściła głowę przyglądając się swoim dłoniom.

— No, wiem. Ja tylko tak…

Spojrzał na nią. Miała drobną twarz o ostrych rysach, wąski nos i takie same usta. Włosy do ramion ufarbowane na kolor głębokiego burgunda spięła w małą kitkę. Wodniste oczy spoglądały dość smutno, choć gdy się śmiała potrafiły błyszczeć zalotnym blaskiem. Mogłaby uchodzić za ładną, ale ten rodzaj urody był dość odległy od kanonów kobiecego piękna bliskich Grzegorzowi. W wieku trzydziestu jeden lat miała za sobą nieudane, krótkotrwałe małżeństwo, szczęśliwie — jak mówiła — bezdzietne, choć było widać jak bardzo pragnie udanego związku i normalnej rodziny. Kolejne próby nawiązania relacji z facetami paliły na panewce, a Grzegorz wiedział, że i ta nie wypali. Źle się z tym czuł, chociaż nie było w tym jego winy. Nie było w tym niczyjej winy. Ale wiedział jak to jest, sam bywał w takich sytuacjach po drugiej stronie. Po prostu — do tanga trzeba dwojga.

Tym razem dzwonek telefonu powitał z ulgą i szybko przyłożył słuchawkę do ucha.

— Tak, już idę — rzucił krótko i dźwignął się z krzesła.

— Iwona? — spytała Paulina. Kiwnął głową.

— No więc chyba ostatecznie to do ciebie dotrze, niedowiarku — też wstała zabierając kubek. — I może w końcu zaczniesz się cieszyć.

Uniósł jednostronnie kącik ust prezentując minę, którą od biedy można by uznać za radosną. Odpowiedziała mu podobnie i wyszła z pokoju cicho zamykając za sobą drzwi.

W gabinecie szefowej zagłębił się w miękkim fotelu czekając, aż Iwona skończy rozmawiać przez komórkę. Zanim to nastąpiło podała mu kartkę papieru. Było to pismo, w którym informowała centralę, że osobą wyznaczoną przez nią do wyjazdu na staż do Nowej Zelandii jest Grzegorz Kawęcki. Przełknął ślinę i dopiero teraz zrobiło mu się gorąco. Jeszcze raz przebiegł oczami po treści pisma zwracając uwagę na terminy. Cały miesiąc?!? I to już w kwietniu?

— Muszę cię zapytać, czy się zgadzasz — Iwona odłożyła telefon i przyglądała mu się z nieodgadnionym wejrzeniem Mony Lizy. Jak zawsze biła od niej klasa eleganckiej i stylowej kobiety przed czterdziestką, dbającej o każdy szczegół swojego wizerunku.

— To można się nie zgodzić? — spróbował zażartować.

— Można, nic na siłę — zabębniła palcami o poręcz fotela. — Przymus nie jest skuteczną drogą na budowanie właściwych relacji w zespole, wiesz o tym.

No jasne. Co innego perswazja, przekonywanie, zachęta, empatia i wzajemne zrozumienie prowadzące do ukształtowania się wspólnego, jedynie słusznego spojrzenia na problem i sposoby jego rozwiązania. Stop. Żadnego prześmiewczego sarkazmu na temat coachingu, który dla niego nigdy nie będzie niczym innym, jak jednym wielkim gównianym bełkotem. W tej sytuacji nie jest to ani wskazane, ani do niczego potrzebne. Postanowił jednak nie rezygnować z nieco kpiarskiego tonu.

— Zaprawdę, nie wiem, czy jestem godzien — z udaną skromnością spuścił oczy. — Czyż nie znajdą się godniejsi tego zaszczytu spośród przezacnego grona naszej społeczności?

Podniósł wzrok zerkając w jej stronę. Obserwowała go mrużąc oczy i uśmiechając się półgębkiem. Za dobrze go znała.

— No, dobra — spoważniał — to powiedzmy, że wystąpię we własnej sprawie jako adwokat diabła. Nie mam tak dużego doświadczenia jak niektórzy koledzy, staż pracy w firmie też sporo osób ma o wiele dłuższy ode mnie, no i też są tacy, którzy władają angielskim lepiej niż ja. Chociażby Marek.

Podanie akurat tego przykładu przyszło mu z niejakim trudem, ale chciał być w tej sprawie uczciwy. Wobec siebie, wobec Iwony i wobec innych.

— Masz rację — zgodziła się — ale prawdą jest też to, że wraz z nabywaniem doświadczenia istnieje niebezpieczeństwo popadnięcia w rutynę, sztampę, swego rodzaju intelektualne lenistwo oraz wykształcenia postawy zamkniętej na nowe wyzwania, niechętnej wszelkim zmianom. Ja potrzebuję, aby pojechał tam ktoś możliwie jak najbardziej kreatywny, bystry, otwarty, nieszablonowy w rozwiązywaniu zadań, a jednocześnie rzeczowy i precyzyjny w myśleniu i działaniu. Dlatego to będziesz ty. Poza tym to, co przed chwilą powiedziałeś upewnia mnie tylko, że to był ze wszech miar właściwy wybór.

Grzegorz wyciągnął z kieszeni chustkę i pochylił głowę udając, ze wyciera nos. Nie spodziewał się takich słów i nie chciał, by zobaczyła na jego twarzy zaskoczenie.

— A jaki masz kłopot z językiem? Przecież dobrze znasz angielski.

— W piśmie tak, ale nie mam doświadczenia w konwersacji. Obawiam się, że zapomnę języka w gębie szukając słów i zwrotów — dodał ponuro.

— To chyba nie jest wielki problem? Masz trzy miesiące, znajdziesz sobie jakiś intensywny kurs i odpowiednio się podszkolisz. Wierzę w ciebie — zmotywowała go.

— No, skoro tak, to trudno — westchnął ciężko i wznosząc oczy do nieba przybrał minę cierpiętnika — nie pozostaje mi nic innego jak się zgodzić.

Wstał i podał Iwonie rękę.

— Dziękuję — rzekł już na poważnie — to dla mnie dużo znaczy.

Rozdział III

Nazywanie tego miejsca lasem było grubą przesadą. Był to raczej miejski zagajnik, który kiedyś znajdował się na skraju miasta, zaś obecnie był coraz ciaśniej otaczany zabudową mieszkaniową. Stał się czymś w rodzaju parku, miejsca spacerów i joggingu dla okolicznych mieszkańców. W soboty i niedziele na głównych alejkach panował spory ruch, mijali się rowerzyści, matki z wózkami, emeryci z pieskami. Ciężko było znaleźć miejsce, w którym nie byłoby słychać krzyków dzieci lub szczekania czworonogów. Dlatego w weekendy i święta Grzegorz już tam nie zaglądał. Natomiast w zwykłe, powszednie dni chętnie odwiedzał lasek szukając w nim samotności i wyciszenia. Znajdował je zwłaszcza taką porą jak teraz. Zimowe popołudnie, powoli gęstniejąca szarość, powietrze przepełnione wilgocią, uginające się pod stopami mokre, zeszłoroczne liście. Taka aura skutecznie odstraszała większość amatorów leśnych spacerów, dzięki czemu miał dla siebie więcej przestrzeni i komfortu.

Ptak smętnie siedzi na drzewie, leniwie pióra wygładza — zaśpiewał bezgłośnie na widok sikorki przyglądającej mu się z pobliskiej gałęzi.

Lubił to miejsce. I lubił przyrodę, naturę. Tutaj nieodmiennie czuł się jej częścią, doświadczał więzi łączącej go z każdym drzewem, liściem, źdźbłem trawy, ptakiem, czy owadem. Postrzegał otaczający go świat pozostałych żywych istot jak swoich bliskich będących jedynie innymi gałęziami wyrastającymi z tego samego wielkiego pnia życia.

— Trrr, trrr, trrr — zadarł głowę do góry. Na czubku wysokiej sosny siedział kruk i zdawał się go pozdrawiać swoim chrapliwym powitaniem. Para kruków osiedliła się w lesie przed paroma laty. Grzegorz wypatrzył na którym drzewie mają swoje gniazdo i zawsze sprawiały mu przyjemność ich charakterystyczne pokrakiwania, które odbierał jako swoiste „dzień dobry” rzucane na jego widok. Wydawało mu się, że te ptaki go poznają, i że nawiązał się między nimi jakiś rodzaj międzygatunkowej przyjaźni. Potrafił nieraz wałęsać się godzinami wzdłuż i wszerz lasu, by wreszcie usłyszeć głęboki szum skrzydeł przelatującego któregoś z nich, lub krótkie kraknięcie sygnalizujące, że gdzieś tam w ukryciu siedzą i już go widzą. Ptaki nie były jedynymi zwierzętami, które napotykał w lasku. Zimą można było się natknąć na dziki i sarny, które w poszukiwaniu pożywienia coraz odważniej zapuszczały się w pobliże ludzkich siedzib. W pobliżu oczek wodnych pomykały zaskrońce, raz dostrzegł nawet małą jaszczurkę, ale nie zdążył się jej przyjrzeć, bo błyskawicznie czmychnęła, gdy tylko się do niej zbliżył.

Miał swoją ulubioną trasę prowadzącą mniej uczęszczanymi ścieżkami i zataczającą pętlę wokół kilku specyficznych lokacji, którym ponadawał własne nazwy. Były tam więc: Brodate Uroczysko, Skrzyżowanie Pięciu Dróg, Moczary, czy Aleja Kalekich Brzóz. Ale najważniejsze miejsce znajdowało się mniej więcej w połowie drogi, niedaleko Moczarów, przy których należało zboczyć ze ścieżki i przedrzeć się przez pas zarośli wychodząc na niewielką polanę. Na jej środku rosło Drzewo. Było największe i prawdopodobnie najstarsze w całym lesie. Grzegorz nie wiedział jaki to gatunek, ale nie było to dla niego specjalnie istotne. Wyglądało jak uosobienie pogańskiego bóstwa czczonego przed wieloma wiekami w świętych gajach. Miało potężny pień, do którego objęcia potrzebnych byłoby kilka osób, wielkie konary tworzące rozłożystą koronę sięgającą, hen, ponad wierzchołki pozostałych drzew. Jego ciemnobrązowa kora wyrzeźbiona była w nieregularne, chropowate, mniejsze lub większe rowki. Gdy jej dotykał, zawsze doznawał nieodpartego wrażenia, że wyczuwa krążące wewnątrz soki, pulsującą przedwieczną energię, która od zawsze wypełnia wszystko, co żyje.

Lubił tu przychodzić, podziwiać pomnikową potęgę Drzewa, które o każdej porze roku imponowało swym majestatem roztaczając wokół jakąś magiczną aurę tajemniczej mocy. Wydawało mu się, że przebywając w pobliżu pozyskuje część tej siły, która pobudza go do intensywniejszego życia, aktywuje jego potencjał do działania na najwyższych obrotach.

Dzisiaj spacerował powoli, napawając się ciszą i odizolowaniem od miejskiego gwaru, dzięki czemu niczym nie skrępowane myśli mogły podróżować we wszystkich kierunkach z prędkością światła. A miał o czym rozmyślać zważywszy na dzisiejsze wydarzenia w firmie. Uwolniona z łańcucha wyobraźnia pogalopowała w kierunku południowej półkuli produkując mniej lub bardziej fantastyczne scenariusze nowozelandzkiej przygody. Łaził po podmokłych ścieżkach omijając wystające śliskie korzenie i zagłębienia błotnistej mazi, a jednocześnie duchem przebywał gdzie indziej wyobrażając sobie, że przemierza połacie wyspiarskiego kraju z antypodów. Tak się w tym zapamiętał, że stracił poczucie czasu i gdy w końcu zakończył pętlę wyszedłszy na brzeg lasu, wydawało mu się, iż uczynił to w jakimś rekordowym tempie. Tymczasem zapadał już zmierzch, więc chcąc nie chcąc skierował kroki w stronę domu.

— Trr — przystanął i odwrócił się. Kruk siedział na szczycie wysokiej, stalowej konstrukcji linii wysokiego napięcia. Wyglądał niczym zaklęty strażnik czarnoksięskiego rewiru sprawujący pieczę nad tajemnicami znanymi tylko im obu. Grzegorz na pożegnanie machnął ręką w jego kierunku i przyspieszył kroku marząc już o codziennym rytuale popołudniowej kawy.


Mieszkanie w bloku odziedziczone po ojcu miało właściwie tylko jedną zaletę. Było stosunkowo tanie. Poza tym charakteryzowało się wszystkimi niedogodnościami reprezentatywnymi dla tego typu lokali, mimo to Grzegorz przyzwyczaił się do niego i nie myślał na razie o żadnej zmianie. Sąsiedzi nie należeli do zbytnio uciążliwych, a odgłosy windy, lejącej się wody, ubijanych kotletów, pracujących odkurzaczy, wirujących pralek i tym podobnych przejawów zwykłego życia przyjmował z cierpliwością pogodzonego z losem stoika. Cisza w bloku była pojęciem względnym, sam zresztą pożądał jej jedynie w czasie snu, natomiast w ciągu dnia nie wyobrażał sobie, by przebywać w czterech ścianach nie wypełnionych muzyką. Różną muzyką, najważniejsze, żeby budziła emocje, poruszała od wewnątrz, pozwalała się w sobie zanurzyć i płynąć na swoich falach w nieznane. Warunki te spełniał zarówno Czajkowski jak i U2.

Kiedy już wygodnie ułożył się w głębokim fotelu, wziął pierwszy łyk kawy, takiej jak lubił, gorącej, słodkiej i z dużą ilością śmietanki oraz skosztował kawałek delikatnego sernika, przymknął oczy i zamruczał z lubością. Z głośników popłynęły niebiańskie dźwięki gitary Carlosa Santany i Grzegorz sam poczuł się jak w niebie. Sprawiało mu przyjemność celebrowanie takich chwil jak ta, wypełnionych zwykłymi, drobnymi przyjemnościami. Mógł to być smak kawy, szum drzew na wietrze, „rozmowa” z krukiem, albo gapienie się na chmury, kiedy przemierzając na rowerze okoliczne pola kładł się na rżysku z rękami pod głową, by wydyszeć zmęczenie. Nauczył się czerpać z takich momentów jak najwięcej i choć nie lubił używać wielkich słów, mógłby powiedzieć, że składa z tych okruchów własne szczęście. Akurat dzisiaj poczucie szczęścia trwało zdecydowanie dłużej niż krótka chwila i zapragnął się nim z kimś podzielić. Chwycił telefon i wybrał numer.

— Cześć Alex.

— Cześć — odpowiedział ciepły, choć trochę metaliczny głos po drugiej stronie. — Poczekaj chwilę…

Poczekał.

— No, jestem, co tam u ciebie?

— Łał, nie uwierzysz, sam zresztą wciąż chyba nie dowierzam — zapowietrzył się i trochę go przytkało, jak zwykle, gdy chciał za dużo powiedzieć w zbyt krótkim czasie.

— To może przejdź na Messengera, nie jestem sama w domu — zniżyła głos.

— Okay — rozłączył się.

Gdy mąż był w pobliżu, Alex wolała raczej pisać niż rozmawiać. Napisał jej zwięźle o swoim wyjeździe do Nowej Zelandii, po czym przeczytał, że „super, bardzo się cieszę i zazdroszczę, i że pogadamy jak się spotkamy i wtedy mi wszystko opowiesz.” No i to tyle jeśli chodzi o dzielenie się radością na tę chwilę. Zastanowił się jeszcze przez moment, czy nie zadzwonić do matki, ale po namyśle odłożył telefon. I tak ma kłopoty z zasypianiem, po co dawać jej kolejny powód do nieprzespania nocy. Resztę dnia i wieczór przesiedział w Internecie przeglądając oferty kursów, które umożliwiłyby mu ćwiczenie angielskiego i podniesienie umiejętności konwersacyjnych na akceptowalny przez siebie poziom. Przez tych parę miesięcy musi nauczyć się swobodnie dyskutować na każdy temat. Gdy po paru godzinach zaczęły go szczypać oczy od ciągłego gapienia się w ekran, miał już wypisanych kilka numerów telefonów do różnych szkół językowych, z którymi jutro od samego rana zamierzał się kontaktować. Zaburczało mu w brzuchu, więc przygotował sobie szybką kolację i zasiadł przed telewizorem przełączając kanały w tempie szybkostrzelnego karabinu. Zatrzymał się na jakimś filmie, w którym czarnowłosa dziewczyna biegała z łukiem po lesie. Przez chwilę oglądał, ale że nie mógł się skupić, wyłączył odbiornik i poszedł do kuchni pozmywać naczynia. Przed snem wyszedł na balkon schłodzić trochę emocje minionego dnia. Podniósł głowę z płonną nadzieją ujrzenia choćby najmniejszej oznaki przejaśniającego się nieba. Nic z tego, zapowiadał się ciąg dalszy typowej polskiej zimy. Mokrej, burej, mglistej, smętnej. Z rezygnacją wzruszył ramionami i cofnął się do pokoju. A może dziś przyśni mu się Nowa Zelandia?

Rozdział IV

Miał już za sobą kilka zajęć z angielskiego i musiał przyznać, że to był strzał w dziesiątkę. Mimo początkowych trudności z jasnym i składnym wyrażaniem myśli, z czasem nabierał coraz większej pewności siebie i już po kilku lekcjach uwierzył, że nie będzie mieć większych problemów z komunikacją werbalną za granicą. Spotykali się w kilkuosobowej grupie cztery razy w tygodniu w godzinach późnopopołudniowych i wczesnowieczornych. Lektorka — Jill — prowadziła zajęcia na luzie i potrafiła stworzyć swobodną i przyjazną atmosferę, w której wszyscy dobrze się poczuli. Współkursanci okazali się być sympatycznymi osobami i szybko wspólnie się zakolegowali. Po tygodniu umawiali się już na wspólne wypady do pubu, gdzie zdarzało im się dla zgrywy udawać zagranicznych turystów, dzięki czemu starali się nieformalnie szlifować swoje umiejętności językowe. Było z tym sporo zabawy, której apogeum nastąpiło, gdy Dominik chcąc zapłacić za rachunek swoją kartą raczył zabłysnąć znajomością literackiej polszczyzny wydzierając się na cały głos:

— No, co jest do chuja?!? Przeeż, kurwa, są środki!!!

Nieomal pospadali z krzeseł rycząc ze śmiechu. Biedak nie zorientował się, że dzień wcześniej karta straciła ważność.

Dominik — wysoki, chudy blondynek — prowadził z kilkoma podobnymi mu zapaleńcami małe kino organizujące pokazy filmów w oryginalnych wersjach językowych, ewentualnie z angielskimi napisami, jeśli obraz był w innym języku. Wiecznie chodził w powyciąganych swetrach, w których wyglądał niczym hipisowski abnegat z lat siedemdziesiątych.

Panny „M”, czyli Marta i Martyna, przyjaciółki od czasów szkolnej ławki w podstawówce pragnęły za wszelką cenę wyjechać z Polski, choć wciąż nie wiedziały jeszcze dokąd i po co.

Zbyszek i Basia, małżeństwo w średnim wieku mające córkę urządzoną od kilkunastu lat w Szkocji, która nieustannie namawia ich, by sprowadzili się do niej na stałe. Wciąż się wahają nie potrafiąc definitywnie zerwać wszystkich więzów łączących ich z krajem, ale języka się uczą „w razie czego”.

Grono bardzo różnych osób, które polubiły się nawzajem i spędzały miło czas w swoim towarzystwie. Grzegorzowi też odpowiadały te spotkania, zarówno w trakcie lekcji jak i poza nimi. Tym bardziej, że od czasu, gdy zapadła decyzja, że to on ma jechać do Nowej Zelandii, zaczął odczuwać coraz mniejszą ochotę do kontaktów ze znajomymi z pracy. Stosunek życzliwych mu osób, takich jak pani Zosia, czy Paulina nie zmienił się, jednak zauważył, że niektórzy zaczynają traktować go z coraz większym dystansem. Zwłaszcza doświadczał tego od tych, którzy sami liczyli mniej lub bardziej jawnie na wybór własnej kandydatury, a już najbardziej od kręgów zbliżonych do Marka. Sam Marek w towarzystwie Grzegorza nie dawał nic po sobie poznać. Odzywał się do niego rzadko, zresztą nigdy zbyt często ze sobą nie rozmawiali wyczuwając w sobie antagonistów na kilometr. Grzegorz nie miał złudzeń zdając sobie dokładnie sprawę z tego, jakie Marek może mieć o nim zdanie. Nie ruszało go to zbytnio, przeważnie miał głęboko w nosie opinie innych ludzi na swój temat. Czasami wystarczyło posłuchać co ten, czy ów mówi o kimś podczas jego nieobecności, by wiedzieć, że tak samo będzie się wypowiadać o każdym. Grzegorz starał się nie uczestniczyć w typowej i powszechnej rozrywce korporacyjnej jaką było obgadywanie innych i rozsiewanie plotek. Nie pytany nie zabierał głosu odnośnie spraw, które go nie dotyczyły, a zapytany zwykle ucinał krótko mówiąc, że to nie jego rzecz. Z Markiem praktycznie nie miał punktów wspólnych. Właściwie w każdej kwestii ich poglądy nie tyle, że się rozmijały, co znajdowały się zawsze na kursie kolizyjnym. Nie wiedział, czy Marek zdawał sobie z tego sprawę, w jego obecności Grzegorz starał się zachowywać powściągliwość, choć często otwierał mu się nóż w kieszeni, kiedy słuchał mądrości pana „Wiem Wszystko Na Każdy Temat”.

Któregoś ranka w sekretariacie Marek oprowadzał dwóch nowych pracowników ze swojego działu pokazując im co i gdzie mogą znaleźć. Grzegorz stał w pobliżu okna odwrócony tyłem do pomieszczenia i próbował wysłać faks, który jak na złość nie chciał przejść. Usłyszał charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi wejściowych.

— Dzień dobry — rozpoznał głos Karoliny z pionu reklamy.

— Noo, co taka ponura i zbolała mina. Ten twój nie dał ci w nocy pospać? — Markowi włączył się tryb „zabawny bawidamek”, z tym że zabawnym był chyba tylko we własnym mniemaniu.

Karolina zignorowała durną odzywkę i podeszła podpisać się na liście obecności.

— Uuu, zdaje się, że było ostre przyduszanie, bo nawet ci mowę odebrało — kontynuował pragnąc błysnąć humorem przed nowymi, którzy chcąc nie chcąc uśmiechali się głupkowato kiwając dwuznacznie głowami.

— Ciebie przydałoby się przydusić, i to tak żebyś skutecznie zamilkł na dłużej — odcięła się Karolina przechodząc w głąb korytarza w stronę swojego pokoju.

— Bardzo chętnie. Ciekawe, czy by ci się to udało. To u mnie, czy u ciebie? — wystąpił z propozycją, ale nie doczekał się odpowiedzi.

Faks wreszcie wypluł z siebie potwierdzenie wysłania i Grzegorz podszedł do szafy z dokumentacją, aby wyszukać odpowiedni segregator. Gdy wpinał do niego potwierdzenie do sekretariatu wpadła wyraźnie podenerwowana Paulina. Jej podkrążone, zaczerwienione oczy i rozwiane włosy wskazywały na stan wyjątkowego rozdrażnienia i irytacji.

— Jest tutaj gdzieś książka strategicznych klientów? Taka niebieska, wiecie… — zaczęła się rozglądać po szafach i stolikach.

— Może wiemy, może nie wiemy — przeciągając sylaby odrzekł Marek.

— Jak ją widziałeś, to mów, potrzebuję jej natychmiast! — widać było, że nie ma najmniejszego zamiaru przekomarzać się.

— No ale jak, tak za darmo? Co z tego będę miał? — Marek przeciwnie, wyczuł okazję do złośliwego droczenia się, które przychodziło mu tym łatwiej, jeśli widział, że ktoś nie ma na to ochoty.

— Marek, nie wygłupiaj się, zaraz będę mieć telefon od ważnego klienta, muszę mieć tę książkę na już — Paulina była bliska płaczu.

Grzegorz zamknął szafę i obrócił się w ich stronę. Przesunął wzrokiem po biurkach i półkach pod ladą niewidocznych od strony Pauliny i zauważył niebieską grubą teczkę leżącą tuż przed Markiem. Zrobił dwa kroki i wychylając się zza jego pleców chwycił ją i podał dziewczynie. Wyciągnęła rękę, ale Marek był szybszy, więc zdążyła złapać jedynie powietrze.

— Chwila, chwila, a znaleźne? — wyszczerzył zęby w drwiącym grymasie machając teczką przed sobą. — Znaleźliśmy twoją zgubę, a ty w rewanżu co? Powiesz tylko „dziękuję”?

— Kurwa, dawaj mi to, bo nie ręczę za siebie!!! — wydarła się tak przeraźliwie, że chyba było ją słychać na całym piętrze. Jednocześnie rzuciła się przez blat i błyskawicznie wydarła mu książkę z dłoni, po czym puściła się biegiem wracając do siebie.

— Baba bez bolca dostaje pierdolca — sarknął Marek na tyle głośno, że musiała to słyszeć zanim trzasnęła drzwiami.

— Zresztą, kto by chciał taką pacnąć — dodał. — Może tylko liczyć na plastikowe zabawki. No, ale jak widać, to nie to samo, więc nic dziwnego, że ma potem wiecznie humory. Co nie, Grzechu?

W Grzegorzu kotłowało się już od dłuższego czasu, ale teraz zagotował się dokumentnie. Bywają takie momenty, kiedy racjonalne myślenie i chłodna argumentacja zostają odrzucone w kąt i zastąpione emocjami, nad którymi nie da się już zapanować. Wiedział, że nie powinien dać się sprowokować, ale w tej chwili już nic się nie liczyło. Zmusił się jedynie do wzięcia dwóch głębszych oddechów, aby głos za bardzo mu nie drżał.

— Dziwne to jest to — powiedział cicho, ale wyraźnie — że nie zarobiłeś jeszcze po pysku.

— O, a od kogo? — zaciekawił się Marek.

— Od każdej z nich.

— A to niby dlaczego? — zaskoczenie na jego twarzy było niewątpliwie szczere. — Myślisz, że nie znają się na żartach? Nie takie teksty sprawiają im przyjemność. I za co ja mam dostawać po pysku? Za to, że jestem dowcipny, towarzyski i rozmowny, a nie mrukowaty milczek jak niektórzy?

— Co dla jednych może być poczuciem humoru, dla innych jest chamskim buractwem, ale takich subtelnych różnic między jednym, a drugim nie mogą pojąć ci, dla których wrażliwość to zbyt trudne słowo o niezrozumiałym znaczeniu.

Co powiedziawszy odwrócił się do Marka tyłem i zostawiając go z lekka skonsternowanego wrócił do swojego pokoju. Długo nie mógł się uspokoić łażąc od ściany do ściany, bo adrenalina nie pozwalała mu usiedzieć w jednym miejscu. Nie cierpiał popadać w konflikty z innymi ludźmi. Często wolał cofnąć się o pół kroku niż doprowadzać do konfrontacji. Ale był pewien, że w tej sytuacji postąpił jak trzeba, i że gdyby nie zareagował, przed samym sobą uważałby się za tchórza. Niewątpliwie jednak od tego momentu zyskał w osobie Marka śmiertelnego wroga, który nie odpuści żadnej okazji, aby w ten, czy inny sposób mu zaszkodzić.

Nie miał tego dnia zajęć z angielskiego, więc wracał do domu w zwarzonym humorze. Stojące w długim korku tramwaje z włączonymi światłami awaryjnymi nie poprawiły mu nastroju. Stanął na przystanku pośród gęstniejącego tłumu rozeźlonych pasażerów i zastanawiał się, czy czekać tutaj, czy przejść się kawałek do następnego. Zważywszy na fakt, że im dalej, tym tramwaje będą bardziej przepełnione zdecydował się czekać na miejscu na przywrócenie ruchu. Nie jeździł do pracy samochodem, po pierwsze dlatego, że trwałoby to dłużej, a po drugie, że nie miał go gdzie zaparkować. Połączenie tramwajowe miał dogodne, bezpośrednią linią dojeżdżał prawie pod samą firmę, a komunikacja była sprawna i punktualna, za wyjątkiem takich zdarzeń jak dzisiaj, które jednak nie przytrafiały się zbyt często.

Po jakichś dziesięciu minutach zauważył, że tramwaje powoli ruszają. Przepuścił kilka składów, żeby nie kisić się jak śledź w beczce i wsiadł do w miarę pustego. Stanął z tyłu gapiąc się w okno i nie zwracając uwagi na współpasażerów. Wyłączył się wodząc oczami po mijanych budynkach skutecznie przesłoniętych przez wszechobecne szpetne szyldy i tablice reklamowe mogące zdobywać najwyższe laury w przeróżnych konkursach brzydoty i kiczu. Gdyby to od niego zależało, natychmiast kazałby zlikwidować cały ten odpustowy bajzel i wprowadził jasne i rygorystyczne zasady określające wygląd, rozmiar, miejsce umieszczania i styl wszelkich reklam tak, aby pasowały one do przestrzeni miejskiej wzbogacając ją, a nie zamieniając w krzykliwy galimatias nieczytelnych treści i form.

Jakieś podniesione głosy wyrwały go z zamyślenia. Odkleił się od szyby i spojrzał w głąb wagonu. Na środku, opodal miejsca przeznaczonego na wózki stały dwie młode dziewczyny w hidżabach na głowach. Naprzeciwko nich, przy drzwiach, tkwił średniego wzrostu mężczyzna ubrany w polski strój narodowy, czyli rozmemłane spodnie od dresu i kurtkę z kapturem z napisem na plecach: „Bóg, honor, ojczyzna”. Kompletu stroju dopełniała kibolska czapeczka z daszkiem. W jednej ręce trzymał otwartą puszkę z piwem, a drugą kurczowo trzymał się poręczy usiłując zachować zachwianą alkoholem równowagę.

— Mówię chyba wyraźnie! Wypierdalać mi z tramwaju ciapate kurwy! Tu jest Polska! Biała, czysta, katolicka. Tu nie ma miejsca dla śmierdzących brudasów i islamskiego ścierwa. Spierdalajcie z powrotem na pustynię do swoich fagasów, jebanych kozojebców.

Muzułmanki nie reagowały, przestraszone skuliły się w kącie kierując spojrzenia we własne buty.

— Widzisz tam gdzieś napis „nur für ciapaty”, kurwa? — machnął puszką z piwem w stronę motorniczego.

Grzegorz szybko rzucił okiem na pozostałych pasażerów. Większość z nich udawała ślepych i głuchych z wzrokiem wbitym w okna, jakby na zewnątrz działo się coś, co całkowicie pochłaniało ich uwagę. Starsza para szeptała coś do siebie, a na ich twarzach malowało się oburzenie. Dwie nastolatki majstrowały przy swoich smartfonach próbując filmować zdarzenie z ukrycia. Najbliżej Grzegorza siedział dobrze zbudowany dwudziestokilkulatek wraz z dziewczyną. Oboje wyciągnęli telefony przed siebie i nie próbując tego ukryć nagrywali to, co się działo przed nimi. Po porannej sytuacji w pracy, Grzegorz wciąż był w stanie podminowania i niewiele brakowało, aby ponownie wyprowadzić go z równowagi.

Domorośli reporterzy, psiakrew! Zarżną kogoś na ich oczach, a ci będą szukać lepszego miejsca do nagrania, żeby tylko móc wrzucić filmik na Facebooka.

Zrobił dwa kroki do przodu i pochylił się nad chłopakiem ze smartfonem.

— Wygodnie jest tak sobie siedzieć z boku, gdy sprawa cię nie dotyczy, prawda? I co dalej? Pochwalisz się znajomym jak bohatersko trzymałeś w garści telefon?

Nie czekając na odpowiedź w dwóch susach podskoczył do napastnika, który nadal wywrzaskiwał swoje inwektywy. Otwartą dłonią pchnął go w ramię trzymające puszkę z piwem. Nie docenił chyba swojej siły albo nieświadomie zbyt wiele jej przyłożył powodowany wzburzeniem. Dość, że puszka wypadła z ręki awanturnika, a on sam zatoczył się i upadł w okolicach drzwi, w czym niewątpliwie pomogło mu to, że tramwaj zaczął hamować przed kolejnym przystankiem. Spieniony płyn sycząc i bulgocąc wypływał na podłogę, z której dresiarz powoli się gramolił.

— Ty stąd będziesz spierdalał złamasie! — Twarz Grzegorza wykrzywił grymas wściekłości. — Miejsca tu nie ma i nie będzie właśnie dla takich skurwysynów jak ty, pierdolony rasisto. Wyjdziesz sam, czy mamy cię wykopać?

Liczby mnogiej użył bezwiednie, ale jak się okazało adekwatnie do sytuacji, bo kątem oka dostrzegł obok siebie chłopaka, któremu przed chwilą przygadał. Ten nie trzymał już telefonu i zaciśniętymi pięściami pokazywał typowi, że słowa Grzegorza nie były rzucone na wiatr. W tej chwili tramwaj zatrzymał się, drzwi się otworzyły, a agresor chwyciwszy puszkę z resztką piwa wytoczył się na zewnątrz. Do środka zaczęli wchodzić kolejni pasażerowie. Grzegorz odsunął się, żeby zrobić im miejsce i wyciągnął dłoń w kierunku chłopaka, który mu pomógł. W milczeniu uścisnęli sobie ręce. Przeszedł z powrotem na tył wagonu, a mijając starszych państwa zainkasował od nich aprobujące uśmiechy i uniesione w górę kciuki. Klapnął na wolne miejsce i usiłował opanować drżenie rąk.

Co za dzień! Aż trudno było uwierzyć, że on, który zawsze tysiąc razy zastanawiał się nad każdym słowem i krokiem oraz analizował na milion sposobów potencjalne konsekwencje swoich poczynań, dzisiaj zadziałał impulsywnie pod wpływem emocji. Ale najbardziej zdumiało go niesamowite poczucie satysfakcji i zadowolenia z siebie. Przekonał się, że instynktowne zachowanie bez zbędnej kalkulacji często bywa najlepszym wyjściem z sytuacji i dodatkowo wyzwala ogromne pokłady endorfin dodających kolosalnej pewności siebie.

Mogę wszystko — pomyślał i ledwo się powstrzymał, by nie roześmiać się na głos.


Idąc w kierunku domu zauważył, że zanosi się na zmianę pogody. Wiał silniejszy wiatr ze wschodu, który przegonił chmury, a słupki rtęci w termometrach na pewno opuściły już dodatnie części skali. Wieczorem, gdy wyjrzał przez okno zobaczył pyzate oblicze wschodzącego księżyca, któremu do pełni brakowało jakichś dwu dni. Powietrze było czyste i przejrzyste, na czarnym niebie migotały punkciki gwiazd. Otworzył szafę w przedpokoju i wyjął z niej teleskop. Rozłożył statyw i umieściwszy na nim przyrząd starannie poprzykręcał wszystkie śruby. Założył kurtkę oraz buty i przeniósł się ze sprzętem na balkon. Oglądanie nieba w mieście nie miało większego sensu ze względu na potężne zanieczyszczenie światłem, ale pomyślał, że chociaż zerknie na Jowisza i najjaśniejsze gwiazdy. Fascynował go kosmos, zarówno ten bliższy jak i dalszy. Mógł bez końca wpatrywać się w odległą przestrzeń przesuwając wzrok od planet do gwiazd, od gwiazd do mgławic, od mgławic do galaktyk. Emocjonował się tą jedyną możliwością podróżowania w czasie i obserwowania obiektów astronomicznych takimi, jakimi były przed setkami, tysiącami, czy nawet milionami lat. Było coś metafizycznego w tym, że gdy spoglądał na gwiazdę oddaloną od Ziemi o tysiąc lat świetlnych, widział ją taką, jaką była w czasach pierwszych Piastów, a to co się z nią dzieje w tej chwili zobaczą dopiero jego następcy za kolejnych tysiąc lat. Kosmos uczył pokory. Cały świat człowieczych spraw, całość ludzkiego życia rozgrywa się w nieprawdopodobnie krótkim ułamku czasu w nieprawdopodobnie maleńkim fragmencie wszechświata. Ziemia ze swoim ogromem różnorodności natury, rodzajów i form życia, pustych przestrzeni oceanów, nieprzebytych morskich toni, niebosiężnych górskich szczytów, gęstwin puszcz i dżungli, lodowych mroźnych pustyń i gorących pustaci pełnych piasku i kamieni, zapierających dech w piersiach cudów przyrody i cudów stworzonych ręką człowieka, ta Ziemia, na której doświadczamy wszelkich możliwych uczuć, od tych najpiękniejszych i najwznioślejszych po smutne i najtragiczniejsze, ta Ziemia, dzięki której istniejemy, która jest naszym domem, i która zostanie naszym grobem, jest mikroskopijnym pyłkiem, odpryskiem z wybuchu potężnej gwiazdy sprzed miliardów lat. Jest tą małą bladoniebieską kropką, której zdjęcie zrobiła sonda Voyager 1, i które to zdjęcie powinno uświadamiać nam kim i czym jesteśmy wobec ogromu kosmosu. Nam, pełnym zacietrzewienia, irytacji, gniewu, nienawiści, tworzącym własne światy oderwane od rzeczywistości i nie mające nic wspólnego z naturą, której częścią jesteśmy, a od której tak często uciekamy walcząc z nią i sami ze sobą. Nie jesteśmy tej planecie do niczego potrzebni, ani nie możemy wyrządzić jej krzywdy. To ona jest potrzebna nam, a krzywdę wyrządzamy przede wszystkim sobie. A nawet jeśli naszym nieodpowiedzialnym działaniem zniszczymy sami siebie i wiele innych rodzajów życia, dla naszego globu niczego to nie zmieni. Życie i tak przetrwa w innych formach i wraz z Ziemią dotrwa aż do jej końca, który nastąpi za około pięć miliardów lat. A koniec Ziemi też nie będzie niczym wyjątkowym, niezliczone ilości innych drobin powstają i giną we wszystkich zakątkach wszechświata.

Miliardy lat, a po drugiej stronie nasze kilkadziesiąt lat życia. Nasz „cały” świat tu na Ziemi mieszczący się głównie w naszych głowach, a naprzeciwko okruch pyłu, na którym żyjemy obiegający swoją gwiazdę, ta zaś okruchem pośród miliardów podobnych i dużo większych gwiazd w galaktyce, ta zaś okruchem wśród miliardów pozostałych galaktyk… Tak, kosmos uczył pokory i prowokował do tego rodzaju przemyśleń.

Grzegorz uniósł głowę szukając jasnej, błyszczącej kropki największego z gazowych gigantów. Wycelował w nią teleskop i w jego oku ujrzał mglistą plamkę Jowisza z ledwo widocznymi pasami ułożonych równoleżnikowo chmur. Wokół olbrzyma widoczne były trzy małe punkty jego największych księżyców. Czwarty z nich krył się zapewne za planetą lub w jej cieniu. Po kilkuminutowej obserwacji postanowił jeszcze zerknąć na Plejady. Gromada kilkuset gwiazd skupiona na małej przestrzeni zawsze robiła na nim duże wrażenie. Zgodnie z mitologicznym przekazem, siedem najjaśniejszych z nich było córkami Atlasa przeniesionymi przez Zeusa na niebieski firmament. Zamrugały do niego, jak gdyby miały już dosyć zawieszenia w zimnej przestrzeni i pragnęły powrócić z powrotem na Ziemię. Przez chwilę zastanawiał się jeszcze, czy nie pogapić się na Księżyc, ale zrezygnował, gdyż znajdował się on po drugiej stronie nieba i nie chciało już mu się tarabanić z całym sprzętem do okna w kuchni.

— Na dzisiaj starczy, dobranoc — szepnął spoglądając w górę ku nieznanym światom, hen, gdzieś tam.

Nikt mu nie odpowiedział.

Rozdział V

— A jeśli tak ci się spodoba, że nie będziesz chciał wracać?

— To całkiem prawdopodobne — marzycielsko przymknął oczy. — To, że mi się spodoba jest chyba więcej niż pewne. Wrócić, wrócę, ale gdyby udało mi się zdobyć tam jakieś przyczółki, nawiązać znajomości, kontakty, poznać możliwości, dzięki którym dostrzegłbym chociaż cień szansy na ewentualne zarzucenie tam kotwicy, to przypuszczalnie długo bym się nie zastanawiał. Zwłaszcza, że tutaj powoli zaczyna mi się odechciewać wszystkiego. Chociaż — skrzywił się — znając siebie, równie dobrze mógłbym zatrzymać się w pół kroku i stchórzyć.

Tak jak zdarzało mi się to już tyle razy — pomyślał niemal z niechęcią do samego siebie.

Zamerdał parę razy słomką w stojącej przed nim szklance wypełnionej mojito i upił łyk pozwalając kubkom smakowym na delektowanie się smakiem drinka. „Czerwony żar” był niewielką knajpką, którą przypadkowo odkrył kilka lat temu. Położona w pewnym oddaleniu od centrum nie przyciągała wielkich tłumów gości, a Grzegorza ujęła kameralnością i wystrojem w klimacie muzycznym lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Na ścianach wisiały stare winyle i czarnobiałe fotografie polskich artystów z tamtych lat na przemian z fragmentami tekstów ich największych przebojów. Niedaleko wejścia stała stara szafa grająca, a półki na ścianie przy barze prezentowały imponującą kolekcję kilkudziesięcioletnich gramofonów. Siedzieli naprzeciwko siebie zanurzeni w głębokich, karmazynowych fotelach przy małym, okrągłym stoliku z imitacji czarnego marmuru. Krwiste świece w srebrzystym kandelabrze chybotliwym blaskiem uruchamiały grę świateł współgrających ze sobą barw czerni, srebra i czerwieni. Alex ubrana w czarny kostium i białą bluzkę kolorystycznie idealnie komponowała się z otoczeniem, a jej atramentowe, długie włosy i szkarłatna szminka na ustach dopełniały wrażenia estetycznej harmonii.

— Zdecydowałbyś się zostać tam na stałe, gdybyś miał taką okazję? — zapytała.

Zastanowił się przez chwilę przyglądając się z uwagą listkom mięty zanurzonym w szklance.

— Jeszcze kilka lat temu udzieliłbym na to pytanie przeczącej odpowiedzi. Kiedyś nie wyobrażałem sobie w ogóle, że mógłbym opuścić Polskę. Przepełniony byłem wzniosłymi ideami patriotyzmu, miłości ojczyzny, martyrologią ojców i dziadów walczących za wolność naszą i waszą. Miałem przed oczami Bogumiła Niechcica klękającego na polu i chwytającego w dłonie jak największą świętość skiby ziemi, tej ziemi…

Wydawało mi się, że korzenie mam zapuszczone tutaj tak głęboko, że po ich wyrwaniu będę usychał z tęsknoty do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych… Ale teraz czuję, że znajdują się one tuż pod powierzchnią przysypane zwykłym, luźnym piachem i odsłaniają się coraz bardziej pod wpływem bezustannych podmuchów wiatru.

Wziął jeszcze jeden łyk trunku.

— Nie wiem. Z jednej strony chciałbym, aby coś zmieniło się w moim życiu, a z drugiej… Nie wiem, na razie nie ma co gdybać, będę się zastanawiać, gdy przyjdzie na to czas.

Podniósł oczy znad szklanki i spojrzał na Alex uświadamiając sobie, że chyba powinien rozmawiać z nią trochę innym językiem.

— Dobra, zostawmy to — machnął ręką i uśmiechnął się do niej.

Poznali się dobrych kilkanaście lat temu, pracując wtedy razem i można chyba zaryzykować stwierdzenie, że coś wówczas zaiskrzyło między nimi.

— Pamiętasz nasze wyprawy do Karpacza? — zagadnął wracając pamięcią do wyjazdów integracyjnych i szkoleń w Karkonoszach, w których kilkakrotnie uczestniczyli.

— Dawne dzieje. Ale nie zapomina się takich rzeczy — filuternie przekrzywiła głowę.

W wolnych chwilach wypuszczali się często we dwójkę, aby połazić po górach. Pewnego razu, gdy się zmęczyli, Alex przysiadła na trawie podciągając kolana pod brodę i obejmując je rękoma, a on szwendał się naokoło i zrywał rosnące opodal kwiaty, najpewniej wszystkie chronione, czym niespecjalnie się wtedy przejmował. Przykucnął za nią i wplatał je w jej włosy nie bardzo wiedząc, czy bardziej odurza go ich zapach, czy uplecionego naprędce kwietnego bukietu. Gdy odchyliła do tyłu głowę, miała przymknięte oczy i rozchylone usta. Kiedy złączył je ze swoimi poczuł mrowienie w palcach i gęsią skórkę na całym ciele, a serce chciało mu wyskoczyć z piersi i pogalopować sobie po okolicznych wzgórzach. Do wieczora siedzieli opierając się o siebie plecami i gadali o wszystkim i o niczym albo w milczeniu sycili oczy malowniczymi widokami. Znajomi z firmy uważali ich za parę, chociaż Grzegorz mniej lub bardziej świadomie powstrzymywał się od kroków mogących skutkować daleko idącymi konsekwencjami, a i Alex nie traktowała ich relacji jakoś śmiertelnie poważnie. Zresztą niedługo później Grzegorz zmienił pracę, jakiś czas potem ona zrobiła to samo, a ich zażyłość samoistnie wygasła. Odnaleźli się po latach na Facebooku, ona jako żona i matka dorastającej córki, a on jako trochę wycofany indywidualista wmawiający sobie, że jest wiecznie młodym singlem z wyboru. Nie zmieniła się wiele, Grzegorz umiał docenić zadbane piękno dojrzałej kobiety, ale choć przyglądał jej się z dużą przyjemnością, w żaden sposób nie chciały do niego wrócić tamte drgania duszy z przeszłości. Gdy wstała od stolika, aby pójść do toalety, odprowadził ją wzrokiem z satysfakcją wodząc oczami po linii bioder i nóg. Dzwoneczki namiętności odezwały się tam, gdzie powinny, ale ze zwęglonej kupki popiołów w miejscu serca nie narodził się nowy feniks.

Spostrzegł, że opróżniła już swojego drinka, więc podsunął jej kartę.

— Wybierz sobie jakiś numerek — zaproponował.

— Może być szybki? — prędko złapała kontekst unosząc wargi w znaczącym uśmiechu i otworzyła menu.

— A lubisz?

— Czasami, pod wpływem chwili. A ty?

— A ja lubię przedłużać chwilę w nieskończoność. Celebrować i rozsmakowywać się w niej.

— Mmm, brzmi interesująco.

— I tak też jest. A oprócz tego ekscytująco, zmysłowo i obiecująco.

— Zaciekawiasz mnie. Aż bym chciała spróbować.

— Polecam się.

— Skoro tak, to chyba się skuszę — przesunęła listę drinków w jego stronę i karminowym paznokciem wskazała wybraną przez siebie pozycję. Pochylił się, żeby dojrzeć nazwę w drżącym świetle świec.

— Sex on the beach — przeczytał. — Doskonały wybór, dokładnie coś takiego miałem na myśli.

— Więc mam nadzieję, że się przyłączysz.

— Mam jeszcze — wskazał na resztkę mojito.

— Więc mam zakosztować go sama? — skrzywiła się. — Też lubię, ale skoro można smakować we dwoje, to wolę tak.

— A mnie wyobraźnia właśnie zaczęła podpowiadać jak samodzielnie odkrywasz wszystkie smaki i muszę przyznać, że taka myśl może rozpalić do czerwoności — na twarzy wykwitł mu figlarny uśmieszek.

— To musisz uważać, żeby nie spłonąć — kąciki jej ust powędrowały w górę.

— Myślę, że razem ugasilibyśmy jakoś ten pożar — odpowiedział i zanucił fragment piosenki będącej źródłem nazwy knajpki, w której tak miło spędzali czas.

— W czerwonym żarze rzewnych żądz płoniemy jak pochodnie… — zawiesił głos w nadziei, że Alex podejmie dalszy ciąg, ale przeliczył się. Chyba nie skojarzyła albo w ogóle nie znała. Wstał od stolika i podszedł do baru zamówić drinki.

— Jeszcze trochę tego smakowania i nie wyjdziemy stąd na własnych nogach — rzekł stawiając przed nią pucharek z pomarańczowożółtą zawartością.

— Powiedziałeś, że lubisz rozciągać tę chwilę w nieskończoność — chwyciła go za słówko.

— Nieskończoność się skończy, gdy w końcu urwie mi się film — mruknął kosztując nowego koktajlu.

— Taką masz słabą głowę? — spojrzała na niego znad szklanki przygryzając słomkę.

— To twoja obecność działa na mnie jak katalizator. Alkohol w moich żyłach zyskuje dodatkowej mocy. Taki odjazdowy turbo-dopalacz skutkujący podróżą w inne wymiary rzeczywistości — Grzegorz poczuł, że zaczyna się rozkręcać, w czym była niewątpliwa zasługa pojawiającego się przyjemnego szmeru pod czaszką.

— No proszę, nie wiedziałam, że mam takie magiczne właściwości. Jakoś wcześniej nie zauważyłam, abym tak na ciebie wpływała.

— Widocznie uaktywniły się z czasem, a być może, że i moja odporność osłabła — zastanowił się mrużąc oczy i kontemplując smukłość jej dłoni obejmującej szklankę.

— Hm, ciekawe jak tam jest, w tych innych wymiarach, może mi je pokażesz? — tajemniczy półuśmiech na twarzy Alex zdawał się być obietnicą spełnienia nienazwanej pokusy.

— Może… — popatrzył jej głęboko w oczy próbując dociec dokąd ich ta rozmowa zaprowadzi. — Pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Że nie zadasz mi tego okropnego pytania, po którym nic już nie będzie takie samo.

— To znaczy? — rzuciła mu zaciekawione spojrzenie.

— Co z nami będzie…? — kpiąco wydął wargi.

Prychnęła śmiechem.

— Ha, ha, ja dawno przestałam takie pytania zadawać. Nie mam już takiej potrzeby.

— To duży plus.

— Często musiałeś na nie odpowiadać?

— O tyle miałem pecha, że zawsze zbyt szybko padały — starał się utrzymać ton ironicznego prześmiewcy tylko w takim stopniu, aby nie było wiadomo, czy żartuje, czy mówi poważnie. — Co niestety oznaczało najwyższą porę na ewakuację.

— Innymi słowy spieprzałeś przed odpowiedzialnością gdzie pieprz rośnie.

— Skądże znowu — oburzył się — wręcz przeciwnie. Wykazywałem się niezwykle racjonalną i odpowiedzialną dojrzałością nie chcąc skazywać drugiej osoby na spędzenie reszty życia z kimś takim jak ja. Przecież to byłby koszmar.

— I oczywiście wszystkie twoje byłe niedoszłe powinny być ci wdzięczne z tego powodu — pokiwała głową.

— No cóż, nie wymagajmy zbyt wiele. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że przez całe życie jestem niezrozumiany.

— Tylko mi się tu nie użalaj.

— Nie mam zamiaru, bo nie mam na co — podniósł do ust szklankę — Za każde wspomnienie, co żyje w nas. Niech żyje jeszcze przez chwilę.

Stuknęli się szklaneczkami, a Grzegorz ruchem głowy wskazał jej okno. Na dworze zaczynała szaleć zadymka. Tumany drobniutkich śnieżnych igiełek wirowały na wietrze w świetle ulicznych latarni. Świat powoli zaczął pokrywać się białym całunem. Przygarbieni przechodnie szczelnie opatuleni w kaptury i czapki przemykali chodnikiem wtulając twarze w szale i kołnierze. Śnieg w mieście nawet w środku zimy był dużą rzadkością, dlatego zapatrzyli się przez chwilę na to niecodzienne zjawisko. Czas upływał im przyjemnie, ale i nieubłaganie, więc nadszedł wreszcie moment, kiedy sielsko-anielska atmosfera musiała osiągnąć swój kres. Wracając przystanęli na rogu czekając na taksówkę, którą przed chwilą dla niej zamówił. Podmuchy dokuczliwego wiatru zwiększały odczucie chłodu, więc ukrył jej dłonie w kieszeniach swojej puchowej kurtki i przytrzymał dzieląc się swoim ciepłem. Obłoki ich oddechów na ułamek sekundy łączyły się ze sobą, by po chwili rozpłynąć się w lodowatej nicości.

— Dziękuję za miły wieczór — powiedział.

— To ja dziękuję — odparła — było bardzo sympatycznie.

Taksówka zatrzymała się kilka metrów od nich. Alex pocałowała go w policzek i szybkim krokiem podeszła do samochodu. Odprowadził auto wzrokiem dopóki nie zniknęło za zakrętem i zostawiając dziewicze ślady na świeżym puchu wolnym krokiem udał się w stronę przystanku.

Rozdział VI

Zimowa aura nie utrzymała się długo. Dodatnie temperatury w ciągu dnia szybko rozprawiły się z baśniowym krajobrazem przywracając miastu tradycyjny o tej porze roku wygląd. Brudna, błotnista breja zmieszana z piachem i solą przylepiała się do butów, a zgniłe opary o smogowym posmaku wypełniały płuca przy każdym oddechu. Jedynie w lesie śnieg zagościł na trochę dłużej. Nagie gałęzie niechętnie pozbywały się swoich białych okryć, które mimo wszystko konsekwentnie zsuwały się z ich grzbietów opadając na ziemię z cichym szelestem. Trójpalczaste tropy ptaków tworzyły skomplikowaną mozaikę rozciągającą się u podnóża drzew i krzewów. Warstwa ubitego, mokrego śniegu wzdłuż ścieżek zaczynała z wolna przybierać coraz bardziej siną barwę upstrzoną gdzieniegdzie żółtymi świadectwami obecności najlepszych przyjaciół człowieka. Za kilka dni i te oznaki zimy będą musiały opuścić ostatnią enklawę jej pobytu. Tak więc wszystko miało powrócić do normy wyznaczającej podobne do siebie jak dwie krople wody posępne dni.

Zmiana nadeszła dopiero w połowie lutego. Temperatura mocno spadła, a oczy zaczął cieszyć widok błękitnego nieba i słońca coraz bardziej opóźniającego moment ukrycia się za horyzontem. Żadne jednak znaki na czystym niebie nie wskazywały, że zwrot może nastąpić nie tylko w pogodzie.

— O jakie ładne, bardzo w nich pani do twarzy — ujrzawszy panią Zosię Grzegorz nie omieszkał sprawić jej komplementu. Nowe, niebieskie okulary przykuwały wzrok stanowiąc niezwykły kontrast na tle marchewkowej burzy włosów. Wystudiowanym ruchem dłoni poprawiła oprawki na nosie prezentując paznokcie w tym samym kolorze.

— Ty jeden, Grzesiu, znasz się na rzeczy. Inni nawet nie raczyli zauważyć — machnęła lekceważąco ręką w nieokreślonym kierunku po czym obróciła głowę w prawo i w lewo sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu.

— Będziemy mieć nowego dyrektora — poinformowała go dramatycznym szeptem tym razem przykładając dłoń do ust.

— Dyrektora? — zdziwił się. — Zamiast Iwony?

— Regionalnego. Nad Iwoną — oznajmiła wszechwiedzącym tonem.

— Nigdy nie było żadnego dyrektora regionalnego.

— Bo to nowe stanowisko, dopiero co został powołany.

— Ach tak — Grzegorz pokiwał ze zrozumieniem głową. — Krewni i znajomi królika, co?

— Psst, nic więcej nie wiem, w przyszłym tygodniu ma nas nawiedzić, więc przekonamy się, co to za jeden.

Zamilkła, bo w głębi korytarza pojawił się Marek, który podszedł do nich uśmiechając się szeroko.

— Cześć — serdecznym tonem przywitał się z Grzegorzem wyciągając ku niemu rękę. — Jak leci?

— Dziękuję — zaskoczony machinalnie uścisnął mu dłoń. — Nie narzekam.

— Pani Zosiu, nie będę już potrzebował tego zestawienia — Markowi banan nie znikał z twarzy. — Znalazłem je sam i wydrukowałem. Dziękuję za pomoc.

Odchodząc odwrócił się na pięcie.

— Aaa, przy okazji, bardzo gustowne okulary, wygląda w nich pani niesamowicie elegancko. Miłego dnia.

— A jemu co się stało? — zapytał Grzegorz nie mogąc wyjść z osłupienia.

— No właśnie nie bardzo wiadomo. Podobno od rana tak się zachowuje. Zwariował, czy jak?

— Może chory?

— Jeśli tak, to trzeba mu powiedzieć, żeby się z tego, broń Boże, nie leczył — podsunęła myśl pani Zosia.

— Ja mu tego nie powiem — oświadczył na odchodnym udając się do swego pokoju. — Reakcja może być nieprzewidywalna. Zwłaszcza w tym stanie.


Dyrektora regionalnego faktycznie poznali kilka dni później. Niewysoki, szczupły trzydziestokilkulatek z pokolenia milenialsów o prezencji biznesowego wymoczka. Idealnie dopasowany garnitur leżał na nim niczym na modelu ze światowych wybiegów, a całości wizerunku bez skazy dopełniała fryzura typu pompadour model wiosna/lato 2019 oraz zadbany kilkudniowy zarost. Przyjechał przed południem i od kilkudziesięciu minut przesiadywał w gabinecie Iwony, co nie było niczym nadzwyczajnym. Natomiast zaskoczeniem dla wszystkich okazała się być jego zażyła znajomość z Markiem. Już w korytarzu powitali się jak serdeczni przyjaciele poklepując się po plecach i wymieniając luźne uwagi, z których mogło wynikać, że nie jest to spotkanie po latach, a ich kontakty są utrzymywane na bieżąco. Wkrótce wzmożoną działalność rozpoczęła poczta pantoflowa, a mniej lub bardziej sprawdzone pogłoski zaczęły żyć własnym życiem krążąc od ucha do ucha zainteresowanych. Podobno Marek z dyrektorem znali się ze studiów, podobno kończyli to samo liceum, podobno grali w piłkę na tym samym podwórku, podobno byli jednak daleką rodziną i tak dalej, i tak dalej.

Po trzynastej zebrali się wszyscy w salce konferencyjnej, gdzie miała nastąpić oficjalna prezentacja nowego zwierzchnika. Grzegorz przewidując nudne monologi w korpomowie usiadł z tyłu sali, aby z ziewaniem nie rzucać się za bardzo w oczy. Po dłuższej chwili drobnego rozgardiaszu związanego z zajmowaniem miejsc wszyscy umilkli i z większym lub mniejszym zainteresowaniem spoglądali w stronę dyrektora siedzącego naprzeciwko pod białą tablicą, wyjątkowo dzisiaj wyczyszczoną z różnokolorowych wykresów i rzędów liczb. Siedząca obok Iwona wstała z miejsca na znak, że pierwsza zabierze głos. Wydała się Grzegorzowi jakaś zmieniona, z kamienną, trochę bledszą niż zwykle twarzą zaprezentowała gościa jako Krzysztofa Żurawskiego, który przedstawi plany i wizję rozwoju firmy na najbliższe miesiące. Grzegorz zjechał lekko w dół na krześle i przesunął się trochę w lewo chowając się za osobę siedzącą przed nim. Spoglądając w stronę okna ujrzał Marka, który jako jedyny nie siedział, tylko opierając się o parapet bez zażenowania przesuwał kciukiem po ekranie smartfona. Dyrektor podziękował Iwonie i przez kilka minut nie wychodził poza rutynowe komunały nie różniące się praktycznie niczym od słyszanych wielokrotnie wcześniej oklepanych sloganów i frazesów. Pierwsze rzędy słuchały z uwagą lub, co bardziej prawdopodobne, stwarzały takie wrażenie, z tyłu specjalnie nikt się nie wysilał, żeby chociaż pozorować zainteresowanie. Na moment w expose nastąpiła przerwa, gdy jego autor napełnił sobie szklankę wodą i przez chwilę popijał ją małymi łykami. Ostre, zimowe słońce zajrzało do środka układając się jasnymi prostokątami na posadzce i ciesząc oczy energią życia, której tak brakowało w ostatnich tygodniach. Nie wszyscy jednak byli z tego zadowoleni, bo dyrektor oślepiony słonecznymi promieniami dał znak Markowi, aby ten zasłonił żaluzje. Jarzeniówki zabrzęczały cicho zalewając salę zimnym, białym światłem. Nastąpił ciąg dalszy prelekcji, której treść zaczynała powoli zajmować coraz większą liczbę słuchaczy. Po chwili nie było już osoby, która nie spoglądałaby na przemawiającego nie tyle z zainteresowaniem, co wręcz z rosnącym niepokojem. Ogólne poruszenie wzbudziły sformułowania o zmieniającym się rynku, o elastyczności i umiejętności szybkiego dostosowywania się do tych zmian, o reorganizacji, przeprofilowaniu, ograniczaniu kosztów, łączeniu stanowisk i optymalizacji zatrudnienia.

— W najbliższych dniach — ciągnął dyrektor — we wszystkich oddziałach przeprowadzony zostanie audyt, który da nam odpowiedź na pytanie, w jakim kierunku zmierzamy, z jaką prędkością, i czy aby na pewno do właściwego celu. Wprowadzone zostaną niezbędne korekty, a tam gdzie to będzie potrzebne wdrożymy stosowne plany naprawcze.

Wypowiadał się w tym tonie jeszcze przez kilka minut, po czym grzecznie podziękował za uwagę dając jednocześnie do zrozumienia, że nie oczekuje żadnych pytań oraz nie zamierza udzielać szczegółowych wyjaśnień.

Rozchodzili się w milczeniu po kolei znikając za drzwiami własnych pokoi i gabinetów. Nawet jeśli Grzegorza trochę zdziwiły nowiny, to specjalnie się nimi nie przejął. Zmiany? No cóż, podobno jedyna stała rzecz w życiu. Może nie zawsze je lubił, ale potrafił się do nich dopasować i szybko przestawić na nowe tory aktywności, które wyzwalały w nim dodatkowe pokłady adrenaliny związanej z podejmowaniem kolejnych wyzwań. Przez jakiś czas jeszcze trochę sobie o tym podumał, ale gdy po pracy zajadał się porcją ruskich w ulubionej pierogarni, praktycznie zapomniał już o wizycie nowego dyrektora i jego zapędach reorganizacyjnych.

Wracając do domu już z daleka zobaczył stojącego przed wejściem sąsiada z trzeciego piętra — Walczaka. Zwolnił kroku starając się posuwać noga za nogą, żeby tylko się na niego nie natknąć. Starszy, zażywny jegomość, od paru lat na zasłużonej emeryturze słynął w okolicy z dość kontrowersyjnych poglądów na niemal każdy temat, co jeszcze samo w sobie nie byłoby niczym złym, gdyby nie to, że z kimkolwiek by się nie spotkał, temu usiłował przedstawiać swoje doktryny niezależnie, czy ktoś ich chciał słuchać, czy nie. Kiedyś w korytarzu przytrzymał Grzegorza przez kilkanaście minut próbując mu udowodnić jakim to zamachem na wolności obywatelskie jest obowiązek zapinania pasów w samochodzie. Niestety Walczak też już go ujrzał i wyraźnie czekał na niego przy drzwiach. Grzegorz zaklął w duchu i chcąc nie chcąc doczłapał w końcu do wejścia.

— Witam, cześć, cześć. Plecaczek nosisz? Ja też lubię, wygodnie — Walczak chyba ze wszystkimi był na „ty”. Otworzył drzwi najszerzej jak się dało i wielkopańskim gestem przepuścił go do środka. Grzegorz przystanął przy skrzynce na listy opróżniając ją z niechcianych reklam i ofert kupna jego mieszkania mając złudną nadzieję, że Walczak tym razem odstąpi od wygłoszenia swojej pogadanki. Gdzie tam.

— Ładny dzień, prawda? Rześko, ale słonecznie, chce się żyć. Choć mnie tam żadna pogoda nie przeszkadza. To jedna, wielka bzdura, że aura ma wpływ na samopoczucie. To od człowieka zależy, jaki ma nastrój, jak postrzega świat wokół, a nie od tego, czy pada deszcz, czy świeci słońce.

Grzegorz potakująco pokiwał głową, bo w istocie rzeczy uważał tak samo.

— Grunt to się nie przejmować i trzymać z dala od ludzi — Walczak przyłożył dłoń do ust i zniżył głos. — Mówię ci to w zaufaniu, bo widzę, że też sam chodzisz tak jak ja, więc mnie zrozumiesz. Z własnego doświadczenia i z obserwacji innych doszedłem do przekonania, że ogromna większość, zdecydowanie ogromna większość problemów, które mają ludzie wynika z ich relacji z innymi ludźmi. Weźmy na przykład stosunki rodzinne z bliższą i dalszą rodziną. Kłopoty z małżonkami, dziećmi, awantury, ciche dni i tak dalej, i tak dalej… Nie na darmo mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Skoro o rodzinie, to może i szerzej, o kontaktach uczuciowych, damsko-męskich. Kłótnie, rozstania, powroty, zdrady, podejrzliwość, brak zrozumienia, nieszczerość, kłamstwa… Czy znajdzie się chociaż jedna osoba, która tego nie doświadczyła? Dalej tak zwani „przyjaciele” i „znajomi”, którzy zgodzą się z tobą ze wszystkim, by za chwilę za plecami skrytykować cię z kretesem.

Podeszli do windy i Grzegorz wcisnął przycisk z rezygnacją stwierdzając, że kabina zjeżdża z ostatniego piętra skazując go na maksymalnie długie przebywanie w obecności gadatliwego sąsiada. Na dole zaskrzypiały drzwi wejściowe i po chwili ukazała im się sylwetka znajomego taksówkarza z ósmego piętra. Gdy ten ujrzał ich czekających na windę, bąknął pod nosem „dzień dobry” i przeskakując po dwa stopnie czmychnął szybko na górę piechotą. Grzegorz pożałował, że też tego nie zrobił. Tymczasem Walczak kontynuował.

— Dodajmy do tego sąsiadów, przełożonych w pracy, kierowców na ulicach, i tak dalej i tak dalej, no i wszechobecną hipokryzję, zakłamanie oraz obłudę. Kontaktując się z tymi ludźmi, wchodząc z nimi w relacje nieustannie będziemy narażać się na kłopoty z tych kontaktów wynikające.

— No, wie pan — Grzegorz postanowił przestać grać niemowę i upozorować choćby cień zainteresowania tą gadaniną. — Nie żyjemy jednak na bezludnej wyspie. Nie da się tak zupełnie odciąć od ludzi, a poza tym jeżeli już, to odcinajmy się od tych, którzy czynią nasze życie toksycznym, a otaczajmy tymi, którzy dodają życiu wartości.

— Dziś dodają życiu wartości, a jutro je zatrują — Walczak lekceważąco machnął ręką. — Młody jeszcze jesteś, naiwny, sparzysz się raz, drugi, dziesiąty, to wtedy przyznasz mi rację.

W międzyczasie wsiedli do windy i Grzegorz w duchu dziękował losowi, że trzecie piętro jest tak blisko. Starszy pan jednak nie zamierzał tak szybko pozbawiać go swego towarzystwa. Otworzył kabinę i zablokował ją stojąc w przejściu.

— Jeśli większość problemów jest konsekwencją naszych relacji z innymi ludźmi, wystarczy zmniejszyć zbiór osób, z którymi się kontaktujemy, a tym samym spadnie i liczba kłopotów. Po prostu — matematyka. Ja staram się ograniczyć ten zbiór do absolutnie koniecznego minimum i zapewniam cię, że dobrze na tym wychodzę. Odpukać, nie mam jakichś ważkich problemów egzystencjalnych, finansowych, rodzinnych, sercowych, międzyludzkich itp. Przeciąłem je mieczem jak Aleksander przeciął węzeł gordyjski. I cieszę się życiem bez trosk.

— Gratuluję. Szczęściarz z pana — Walczak chyba nie odczytał ironii. Gdzieś z głębi szybu dało się słyszeć niecierpliwe walenie w blaszane drzwi windy.

— Życie wyglądać będzie tak, jak sam je ukształtujesz — sąsiad na zakończenie obdarował go złotą myślą i wreszcie skierował się w stronę swego mieszkania. — Cześć, do miłego.

Po wejściu do siebie Grzegorz rzucił plecak na półkę w przedpokoju, ściągnął kurtkę, buty i spojrzał w lustro. Zastygł bez ruchu analizując dopiero teraz to wszystko, o czym mówił Walczak. Dotarło do niego, że może trochę przesadzał i przejaskrawiał, ale w gruncie rzeczy było w tych rozważaniach sporo racji. A on sam? Czy unikał ludzi? Odwracał się od nich? Nie chciał ich towarzystwa? I tak i nie. Był nieufny, długo przekonywał się do ludzi, wolał gadać do Drzewa niż otwierać się przed innymi. Ale w grupie był raczej towarzyski, wydawało mu się, że wykazuje się poczuciem humoru, być może specyficznym, nie dla wszystkich zrozumiałym i akceptowalnym. To, co on postrzegał jako ironię i sarkazm, niektórzy odbierali jako złośliwości, co często prowadziło do tego, że gryzł się w język i wolał milczeć uśmiechając się najwyżej znacząco. Najgorzej wychodziły mu kontakty jeden na jeden, zwłaszcza z płcią przeciwną. Zapowiedziane przez Walczaka poparzenia miał już dawno za sobą. Z biegiem lat zaczął stopniowo zamykać się w szczelnej skorupie najeżonej kolcami, którymi kłuł każdego, kto zbliżył się na niebezpiecznie bliską odległość.

— Dobra, zostawmy to — poinformował swojego sobowtóra w lustrze. Nie miał ochoty po raz kolejny roztrząsać przeszłości i dzielić włosa na czworo. — Życie wyglądać będzie tak, jak sam je ukształtujesz.

Rozdział VII

W marcu dni stały się zauważalnie dłuższe. Nie przyniosło to, co prawda, dostrzegalnych zmian w pogodzie, ale przypominało, że nadejście wiosny jest już bliżej niż dalej. Dla Grzegorza czas i tak biegł zbyt szybko. Lekcje angielskiego powoli dobiegały końca, a resztę wolnego czasu zajmowały mu przygotowania do wyjazdu do Nowej Zelandii. Na razie cały czas miały one formę natłoku myśli i kotłującej się burzy w mózgu, z której niewiele wynikało, więc postanowił uporządkować ten bałagan i spisać w punktach najważniejsze sprawy do wykonania. Przekopywał Internet starając się zdobyć jak najwięcej wiadomości o celu swojej podróży. Tworzył listę niezbędnych rzeczy do zabrania ze sobą bojąc się jednocześnie, że o czymś zapomni, co wprawiało go w stan permanentnego podenerwowania. Co dziwne, okazało się, że więcej czasu i spokoju zaczął mieć w pracy. Po zapowiedzianym przez dyrektora audycie, z kilku projektów, którymi się zajmował ubyły mu dwa. Czynniki decyzyjne z bliżej niesprecyzowanych powodów doszły do wniosku, że ich kontynuowanie będzie nieuzasadnione. Zbytnio się tym nie przejął, akurat nie był jakoś specjalnie w nie zaangażowany emocjonalnie.

Siedział właśnie w swoim pokoju kiwając się na krześle i z nudów wystukując długopisem na blacie biurka jakiś skomplikowany rytm. W biurze było już prawie pusto, szesnasta minęła już jakiś czas temu, ale Iwona poprosiła, aby został kilkanaście minut dłużej i czekał teraz na telefon od niej. Podszedł do okna. Dzień był wyjątkowo piękny. Można powiedzieć, że zwiastował przedwiośnie słonecznym blaskiem, błękitem nieba i kilkunastostopniowym ciepłem. Przez szybę popołudniowe słońce promieniowało niemal gorącem. Odetchnął głęboko czując jak wraz z ciepłem przenika go poczucie wyjątkowo dobrego samopoczucia i optymizmu. Odwrócił się od okna na dźwięk telefonu. Po chwili szedł już cichym i wymarłym korytarzem stając pod drzwiami gabinetu szefowej. W środku zaskoczył go widok pani Zosi siedzącej na wielkiej sofie w pobliżu regałów z dokumentami i przewracającej jakieś papierzyska, których pełną teczkę trzymała na kolanach. Na widok wchodzącego Grzegorza nie podniosła nawet wzroku.

— Usiądź, proszę — Iwona wskazała mu fotel przed sobą. Głos miała zmieniony, choć nie umiałby określić na czym ta zmiana polegała. Wydawało mu się, że mówi szybciej niż zwykle usiłując ukończyć myśl na wydechu.

— Jak wiesz, po audycie konieczna stała się pewna modyfikacja profilu naszego oddziału. Zmuszeni byliśmy do wstrzymania niektórych prowadzonych przez nas projektów, w tym, niestety, kilku kluczowych twoich.

Lekko uniósł brew. Kluczowych?

— Nie oznacza to jednak, że zupełnie z nich zrezygnowaliśmy. Na razie zostały one w pewnym sensie zamrożone i wrócimy do nich, gdy zostaną spełnione określone warunki pozwalające na ich kontynuację.

Nie patrzyła na niego mając oczy utkwione w dokumentach leżących przed nią na biurku. Grzegorz przeciwnie, nie spuszczał z niej wzroku wywierając niemą presję i zmuszając Iwonę, by wreszcie spojrzała na niego. Gdy ich oczy się spotkały wiedział już do czego ta rozmowa zmierza. Z wyrazu jej twarzy wyczytał, że Iwona również ma świadomość, że on wie. Przełknęła ślinę i spuściła oczy.

— Jak pamiętasz, dyrektor regionalny wspominał na spotkaniu, że konieczne mogą się okazać reorganizacje oddziałów. Zadecydowano, że nastąpi u nas pewne połączenie kompetencji i obowiązków jednocześnie z likwidacją niektórych stanowisk nie będących priorytetowymi w obecnej wizji firmy. Tych parę projektów, które ci pozostały nie jest aż tak wymagających i koniecznych do utrzymywania odrębnego stanowiska. Dlatego podjęta została decyzja o rozdzieleniu ich pomiędzy innych pracowników oraz o zakończeniu naszej współpracy. Bynajmniej nie jest to podyktowane niską oceną twojej pracy, którą, wręcz przeciwnie, sklasyfikowano bardzo wysoko. Szalę przeważyły jednak względy oszczędnościowe, konieczność cięcia kosztów oraz organizacyjna optymalizacja. Po prostu wybrano mniejsze zło. Proszę podpisz jeden egzemplarz, drugi jest dla ciebie — przesunęła w jego stronę pismo o wypowiedzeniu umowy o pracę.

Właściwie był spokojny. Nie poczuł się walnięty obuchem między oczy, ani nic w tym guście. Nie spodziewał się oczywiście takiego obrotu spraw, ale specjalnego zaskoczenia jakoś nie poczuł. Może dlatego, że nie pierwszy raz znajdował się w takiej sytuacji i gdzieś w podświadomości zakorzeniła mu się jakaś swoista odporność, wytworzyły się jakieś specyficzne przeciwciała. Martwą ciszę, która wypełniała całe pomieszczenie przerwał nagle niespodziewany dźwięk dobiegający od strony okna. Obrócił głowę w tamtą stronę. Ciepłe smugi słonecznego światła wyrwały z zimowego snu tłustą muchę usiłującą bezskutecznie przebić niewidzialną zaporę dzielącą ją od reszty świata. Grzegorz bezwiednie uśmiechnął się na widok owada z uporem Syzyfa podejmującego nieustanny wysiłek, którego bezcelowości nigdy nie pojmie.

— To była twoja decyzja? — zapytał dając do zrozumienia, że nie przyjmuje do wiadomości bezosobowej formy wypowiedzi Iwony.

— Nie — odparła szybko.

— Więc czyja? –drążył.

Wzięła głębszy oddech, jak gdyby przypominając sobie przygotowaną wcześniej odpowiedź na spodziewane pytanie.

— Dyrektor autorytatywnie zapowiedział, że osobiście przejmie kontrolę nad zmianami w oddziale i bierze za nie pełną odpowiedzialność, także w kwestiach personalnych. Przygotował listę zmian i przedstawił ją do wykonania.

— Bez konsultacji z tobą? To od czego ty tutaj jesteś?

Lekko zmarszczyła czoło zdradzając pierwsze objawy irytacji. Splotła dłonie i pochyliła się w jego stronę opierając się łokciami o powierzchnię biurka.

— Grzegorz, jest mi niezmiernie przykro, że dotknęło to akurat ciebie. Pracujemy w takich realiach w jakich pracujemy. Znasz je dobrze. Z niektórymi decyzjami przełożonych się nie dyskutuje. Nie zdajesz sobie sprawy jakim człowiekiem jest nasz dyrektor w relacjach bezpośrednich, bez świadków. Nie będę ci tu teraz tego wyjaśniać, bo nie ma to w tej chwili najmniejszego sensu. Mogę ci tylko powiedzieć, że nikt z nas nie może być pewny, czy jutro będzie jeszcze mieć pracę. Również ja.

Ironicznie wykrzywił usta i ze zrozumieniem pokiwał głową.

— No tak. Priorytety, prawda? — grzbietem dłoni potarł podbródek. — Szybki rachunek zysków i strat. Chłodna kalkulacja i wybór najkorzystniejszej opcji. Oczywiście najkorzystniejszej dla siebie. Jak prędko szlachetne i wzniosłe hasła o rodzinnej wspólnocie dążącej ramię w ramię w tym samym kierunku rozwiewają się niczym dym z papierosa. Jak prędko stają się pustosłowiem, garścią nic nie znaczącego pyłu, komunałami obliczonymi na wypranie mózgów naiwnym, którymi przecież i tak zawsze były. Narzucają zmiany w twoim zespole, który znasz od podszewki, który sama stworzyłaś, wyrzucają ci pracowników, których ty zatrudniłaś, których sama wybrałaś, a ty nie odzywasz się nawet słowem? Pozwalasz się szarogęsić przywiezionemu w teczce dupkowi z Warszawy ze strachu o swój stołek i niespłacone kredyty. Tak, nie wiem jakim człowiekiem jest dyrektor, ale myślałem, że wiem jakim ty jesteś. Pomyliłem się.

— Nie rozumiesz…

— Daruj sobie — dał się już ponieść negatywnym emocjom i w tej chwili wcale nie zamierzał tego w sobie tłumić. Jego głos samorzutnie przybrał lodowatą barwę, a oczy zwęziły się przypominając ostrza sztyletów, którymi zdolny był zabić. — Właśnie w takich momentach prawda wypływa na wierzch, opadają maski, a także łuski z oczu ślepcom, którzy dzięki temu mogą zobaczyć u kogo wyczerpały się pokłady zwykłej, ludzkiej przyzwoitości, bo o honorze i godności nawet nie wspomnę. Nikt nie wymaga od ciebie darcia szat jak Rejtan, ale zachowania przynajmniej minimalnej lojalności wobec swoich pracowników, zajęcia jakiegoś stanowiska, wygłoszenia odrębnego zdania, zaproponowania innego rozwiązania. Do diabła, w końcu jesteś tu szefem! Utożsamialiśmy się z tobą, utożsamialiśmy się wszyscy ze sobą i z całą tą firmą oddając jej nasze umiejętności, zdolności i czas. A co ty zrobiłaś? Umyłaś ręce.

Milczała. Odniósł wrażenie, że nie chce kontynuować tej rozmowy i pragnie tylko, aby stąd już wyszedł.

Szarpnął za długopis przypięty do kieszeni i szybkim ruchem podpisał jeden egzemplarz wypowiedzenia. Drugi wziął ze sobą i podszedł do drzwi. Zatrzymał się z ręką na klamce.

— Co z Nową Zelandią? — zapytał cicho nie odwracając się.

Brzęczenie muchy nasiliło się, rytmicznymi pacnięciami o szybę zdawała się odmierzać upływający czas.

— Pojedzie Marek — głos Iwony przypominał pogłos wydobywający się ze studni.

Grzegorz nacisnął klamkę i spojrzał na panią Zosię. Patrzyła na niego oczami pełnymi łez.


Nie wrócił od razu do domu. Poszedł przed siebie bez specjalnego celu aż doszedł do placu w centrum miasta z futurystyczną, szklaną fontanną na jego środku. Usiadł na jednej z wolnych ławek, by w spokoju zjeść kupioną po drodze pitę z kurczakiem i sałatką. Na co dzień nie stołował się raczej w budkach z małą gastronomią, ale dzisiaj nie chciało mu się ani korzystać z żadnej knajpy, ani tym bardziej przygotowywać czegoś samemu w domu. W skupieniu odgryzał małe kawałki uważając, aby nie nadgryźć serwetki i nie upaćkać się sosem. Telefon zadzwonił akurat, gdy skończył. Spojrzał na wyświetlacz: Paulina. Przez dwie sekundy zawisnął kciukiem nad ikoną odbierania, aż w końcu przesunął ją w stronę czerwonej słuchawki. Nie miał ochoty na rozmowy z kimkolwiek. Wyciszył aparat i schował go do kieszeni. Zza pleców dobiegł go gwar dziecięcych głosów. Grupa kilkunastu maluchów w odblaskowych kamizelkach prowadzona przez przedszkolanki wmaszerowała na plac paradując przed miejscem, w którym siedział. Rozgadane, roześmiane, beztroskie i pogrążone we własnym świecie dzieciaki uosabiały naturalne, czyste i nieskażone brudami świata dorosłych szczęście. Ich widok podziałał na Grzegorza dziwnie kojąco. Rozluźnił się i wyciszył, a narastające uczucia żalu i złości wycofały się pod wpływem ciepła bijącego od dziecięcej niewinności.

Każdy przecież był takim kajtkiem. Dlaczego później tak się wszystko zmienia? Skąd biorą się zawiść, zazdrość, nienawiść, egoizm, obłuda? Czy nie można mieć dziecka w sercu przez całe życie?

Wstał i niespiesznym krokiem podążył w stronę przystanku tramwajowego. Zapragnął choć na chwilę powrócić do przeszłości.

Chodniki w dzielnicy, w której się wychował były inne niż kiedyś, każdy skrawek wolnego miejsca był skutecznie zajęty przez parkujące samochody. Witryny sklepów i zakładów usługowych zdążyły przez lata zmienić się wiele razy. Ale kamienice pozostały te same. Niektóre odnowione z jaśniejącym, świeżym tynkiem, inne w opłakanym stanie niezmienionym od czasów jego dzieciństwa. Przy tych przystawał i wpatrując się w znajome kontury przywoływał zaginiony świat szczenięcych lat. To tędy codziennie wędrował dzielnie do starej szkoły o murach z czerwonej cegły. Po starym kiosku, w którym kupował komiksy pozostał jedynie ślad dawnej podmurówki. Ale wciąż jest biblioteka. Ta sama. Pamiętał dobrze jak prowadzony przez matkę po raz pierwszy przekroczył jej próg mając bodajże siedem lat. Jeśli miałby wymienić najważniejsze wydarzenia w swoim życiu, to niewątpliwie znalazło by się pośród nich. Być może nawet na pierwszym miejscu. Bo właśnie wtedy przechodząc przez drzwi biblioteki wkroczył do innego świata. Świata wyobraźni, fantazji, wrażliwości i piękna. Świata, który odwiedzał do dnia dzisiejszego, w którym czuł się najlepiej, i którego za żadne skarby nie zamieniłby na żaden inny. Wspomnienia sprawiły, że zwilgotniały mu oczy i w ostatniej chwili powstrzymał się, aby nie wejść do wypożyczalni i nie rozkleić się sentymentalnie. Bibliotekarki niechybnie wzięłyby go za wariata. Skręcił w poprzeczną ulicę i skierował się w stronę rodzinnego domu.

Lubię wracać w strony, które znam,

Po wspomnienia zostawione tam.

Drewniane, wyślizgane stopnie starych schodów zaprowadziły go na górę. Rytuałem niezmiennym od kilkudziesięciu lat przeskoczył jeden z nich, po czym będąc na półpiętrze zatrzymał się i zszedł z powrotem, tym razem go nie omijając. Charakterystyczne skrzypienie utwierdziło go w przekonaniu, że pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

— Cześć, mamo — wszedł do kuchni otworzywszy drzwi własnym kluczem. Wyściskali się i wycałowali w policzki, jakby nie widzieli się lata. Miał trochę wyrzutów sumienia, że odwiedza ją zbyt rzadko, ale matka wciąż była na chodzie, trzymała się nieźle i mimo wiecznego narzekania na wszystko, ze zdrowiem w pierwszej kolejności, wyglądała i miała się o niebo lepiej od wielu innych kobiet w jej wieku. W ten sposób usprawiedliwiał się przed sobą, że nie musi wpadać do niej co drugi dzień.

— Jak się czujesz? — zadał sakramentalne pytanie wiedząc dokładnie, co usłyszy. Usiedli w pokoju w starych fotelach przy drewnianej ławie pamiętającej lepsze czasy, na której tradycyjnie leżała sterta krzyżówek, jakaś plotkarska gazetka i para drutów z rozpoczętą robótką. W worku przy fotelu kłębiło się kilka kul kolorowej wełny.

— Wszystko mnie boli. W nocy nie mogę spać, przewracam się z boku na bok, to chyba od żołądka, już sama nie wiem, co mam jeść. To pewnie ten zbyt świeży chleb tak mnie gniecie, chciałam kupić w piekarni wczorajszy, ale nie mieli. A może od tych kabanosów, tak za mną chodziły i coś mnie podkusiło, żeby wziąć parę, a takie ostre się okazały, a wiesz, że ja ostrego nie mogę, tak, to na pewno od tych kabanosów. I ząb mnie pobolewa, mówiłam temu konowałowi, że ma mi go wyrwać, a on nie, że będziemy leczyć i tak mi go już od roku leczy i wciąż się dziwnie patrzy, pewnie czeka aż przyjdę do niego prywatnie i zapłacę za wizytę, to od razu by mi wyrwał. Niedoczekanie jego. I z oczami już coraz gorzej, nawet na tych dużych paskach w telewizorze już literek nie widzę. Okulista tylko mi się pyta, czy kropelki biorę, a ten zabieg na zaćmę na prawe oko, to mam dopiero za dziesięć miesięcy.

Grzegorz kiwając głową jednym uchem wpuszczał ten słowotok, a drugim wypuszczał. Palcem wskazał na pusty kubek.

— Piłaś już kawę?

— Tak, ale zaraz ci zrobię, tam na półce obok telewizora biszkopty są, weź sobie.

— Sam sobie zrobię — poderwał się z fotela.

— W tej szafce przy oknie jest kawa.

— Przecież wiem, gdzie co jest, poradzę sobie — odrzekł idąc w stronę kuchni. Zakrzątnął się wśród znanych sprzętów i podszedł do okna czekając, aż zagotuje się woda. Stare podwórko wyglądało prawie tak samo jak przed laty. Nie było już jednak dawnego trzepaka, miejsca spotkań i prezentacji własnej siły i sprawności. To tutaj kręcąc niezliczoną liczbę kółek nauczył się jeździć na rowerze, a gumową piłką strzelał pierwsze gole do wyrysowanej kredą na murze bramki. Zimą co roku obok śmietnika lepił bałwana, bo kiedyś śnieg był normalnym i często występującym zjawiskiem. Spojrzał w prawo, gdzie zamknięte na cztery spusty stały zabudowania dawnego warsztatu produkującego jakieś gumowe części do samochodów. Codziennie o szóstej rano rozlegał się stamtąd stukot dziwnych maszyn, a w ciągu dnia ciekawskie dzieciaki zaglądały do środka wciągając głęboko do płuc zapach smarów, olejów i palonej gumy. Podwórko pełniło wielorakie funkcje w zależności od tego, czym akurat żyło najmłodsze pokolenie mieszkańców domu. Mogło być areną rycerskich walk na tekturowe miecze, wzburzonym oceanem, po którym zmagając się ze sztormem płynął piracki okręt, trasą kolarskiego wyścigu, gdzie zamiast kolarzy do mety pędziły różnokolorowe kapsle umiejętnie popychane do przodu zwinnymi palcami zawodników. Cały świat zamknięty na tej niewielkiej przestrzeni. I niczego więcej do szczęścia nie było wtedy potrzeba. Dźwięk bulgoczącej wody oderwał go od wspomnień. Z filiżanką pachnącego napoju wrócił do pokoju.

— Co z tego będzie? — siadając skinął głową na rozpoczętą robótkę.

— A, nie wiem — matka wzruszyła ramionami. — Tak coś tam próbuję, ale mi nie wychodzi.

Czyli jak co roku. Są chęci, ale nie ma umiejętności, taki trochę słomiany ogień. I na koniec wszystko zostanie sprute, a kłębki trafią z powrotem na dno szafy.

— I jak tam ci się żyje, synku, co w pracy? — przesunęła w jego stronę torebkę biszkoptów.

— Wszystko dobrze — upił łyk kawy i przegryzł ciastkiem. Wolał skłamać, by nie dostarczać jej pretekstu do nowych zmartwień. A drugim powodem, może nawet ważniejszym było to, że miast słów pocieszenia, podtrzymania na duchu, chociażby zwykłego „jakoś to będzie”, doczekałby się dodatkowego zdołowania i skrajnego czarnowidztwa w stylu: „i co ty teraz zrobisz”. Matka jako osoba o krańcowo pesymistycznym spojrzeniu na świat nie potrafiła dostrzegać w niczym jasnych stron, a wszelkie nieprzyjemności, które przytrafiały się w życiu traktowała niemalże jako koniec świata. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wspierała go w jakichś inicjatywach i przedsięwzięciach, z którymi za młodu często znienacka wyskakiwał. Zawsze działała jak ręczny hamulec: „a po co ci to, przecież to nie dla ciebie, nie nadajesz się, nic z tego nie będzie”. Nie należała do tych rodziców, którzy są podporą dla swoich dzieci, dodają im otuchy i popierają ich zamierzenia nawet wtedy, kiedy nie są przekonani, czy uda się je zrealizować. Z tego powodu przez lata ich relacje stały się powierzchowne, fasadowe, ograniczone do banalnych, pozbawionych treści frazesów wygłaszanych podczas coraz rzadszych spotkań.

— Chodzę na angielski, taki bardziej zaawansowany kurs, ćwiczymy swobodną konwersację.

— Na angielski? Po co? Przecież i tak nigdzie nie wyjeżdżasz.

— A może jednak wyjadę — zacisnął zęby. — Może w delegację, a może rzucę tu wszystko i zmienię klimat na cieplejszy i bardziej przyjazny.

— Dobrze, dobrze — oczywiście nie potraktowała poważnie tego, co powiedział. — Słuchaj, jadłeś coś? Kotlecik został na patelni w kuchni, w sam raz na dwa chapsy, zjedz z chlebkiem.

Zupa jest od obiadu, jaką lubisz, pomidorowa, dobra.

— Nie, dziękuję, jadłem na mieście — zrezygnowany spuścił głowę. — Będę już leciał — dopił resztkę kawy.

— Już? Posiedź jeszcze, tak rzadko przychodzisz.

— Mam jeszcze coś do załatwienia — wstał i założył kurtkę. — Niedługo wpadnę. Dzwoń, jeśli będziesz potrzebować, abym gdzieś cię zawiózł, do lekarza, czy gdziekolwiek.

— A tak, tak — poszła za nim do drzwi. — W przyszłym miesiącu mam wizytę u endokrynologa, to faktycznie mógłbyś mnie podwieźć.

— No, to pa — objął ją i delikatnie poklepał po plecach. — Zamknij drzwi na klucz. Do widzenia.

Stary stopień zatrzeszczał znowu, a podwórko będące kiedyś bezkresem bez granic, dziś zdało się jedynie zamkniętą enklawą, którą przemierzył w paru krokach zostawiając za sobą własne pradzieje.


Do późna siedział przed telewizorem gapiąc się trochę bezmyślnie w ekran. Nie mógł znieść głupiego gadania w programach informacyjnych, dlatego nastawił jakąś stację muzyczną. W końcu i tu także zirytowały go reklamy, więc odruchowo przeklikał kanały do pierwszego, który akurat dał sobie spokój z zawracaniem ludziom głowy i nadawał jakiś film.

No i znowu powtórki — zniechęcił się poznając dziewczynę z nieodłącznym łukiem, która już jakiś czas temu przelotnie migała mu na ekranie. Wcisnął info, żeby dowiedzieć się, co właściwie ogląda. „Igrzyska Śmierci” część druga. A więc chyba jednak nie powtórka. Wciągnęło go i obejrzał obraz do końca, mimo że przynajmniej połowy nie widział. Pomyślał, że będzie miał teraz sporo wolnego czasu, który mógłby wykorzystać na przykład na nadrabianie zaległości filmowych. Sprawdził w Internecie, czy film wyszedł na DVD i dowiedział się, że składa się z czterech części i akurat ukazała się promocyjna edycja zawierająca całość w jednym, gustownym pudełku.

No i pięknie. Elegancki czteropak na przynajmniej cztery wieczorne spotkania z dziesiątą muzą.

Może nie było to dzieło zapewniające doznania artystyczne z najwyższej półki, ale na obecną chwilę wystarczała mu porcja solidnej rozrywki. Złożył zamówienie i postanowił zakończyć dzień starając się nie myśleć, czy dzisiejsze wydarzenia pozwolą mu w ogóle zasnąć.

Rozdział VIII

Zerknął na kartkę leżącą przed nim na stole i poczuł jak oblewa się zimnym potem. Plątanina liczb i symboli kłębiła mu się przed oczami niczym gąszcz nieprzebytej dżungli. Nie miał zielonego pojęcia w jaki sposób i od której strony miałby zacząć się przez nią przedzierać. Rozejrzał się wokół stwierdzając, że wszyscy pracowicie pochyleni nad swoimi zadaniami rozpoczęli już pierwsze obliczenia. Jeszcze raz dokładnie przyjrzał się swojej pracy. Nic, zero, nul, żadnego punktu zaczepienia. Zaczęła ogarniać go panika, rękawy pod pachami zwilgotniały i miał już pewność, że zaczyna śmierdzieć strachem, którą to woń wkrótce poczują wszyscy i zaczną obrzucać go znaczącymi spojrzeniami. Ta świadomość jeszcze bardziej go zablokowała, nie miał nawet odwagi spojrzeć przez ramię sąsiadom w nadziei podejrzenia jakiejś podpowiedzi. Uniósł głowę, wskazówki wielkiego zegara wiszącego na ścianie nad tablicą niewzruszenie przesuwały się do przodu. Zostawało coraz mniej czasu, a on nie był w stanie nawet na milimetr zbliżyć się do znalezienia rozwiązania jakiegokolwiek z równań. Wyczuł na sobie wzrok nauczyciela, czy też osoby nadzorującej lub pilnującej spokoju i porządku. Kimkolwiek był, patrzył wprost na niego mając na twarzy złośliwy i kpiący uśmiech. Grzegorzowi wydawało się, że go zna, ale za nic nie mógł sobie uświadomić skąd. Zaczęło go przenikać dojmujące przeświadczenie, że jest kimś gorszym, że nie jest w stanie podołać temu, co innym przychodzi z łatwością, że się do niczego nie nadaje, że czegokolwiek się tknie, to wszystko zepsuje narażając się na śmieszność i przygniatające poczucie wstydu. Ogarnęło go przerażenie, gdy kątem oka dostrzegł nauczyciela stojącego tuż obok i rechoczącego z niego bez żadnego skrępowania. Nie śmiał podnieść oczu wbijając je w pustą kartkę i wiedząc, że niczym już jej nie zapełni. Z utęsknieniem czekał na dzwonek, który zakończy te męki, ale im bliżej było końca lekcji, tym dłużej na niego czekał. Niech to się już wreszcie skończy. Niech się skończy!

Nerwowo rzucił całym ciałem. Było mu strasznie gorąco. Gwałtownym ruchem odrzucił kołdrę i spuścił stopy na podłogę.

— Kurwa!!

Wstał i zgarbiony chwycił się ściany. Nogi mu się trzęsły i czuł zmęczenie jak po solidnym biegu. Nie wiedzieć czemu każdego ranka miast wstawać wypoczętym odczuwał wyczerpanie, które przechodziło dopiero po kilku minutach spędzonych w pozycji siedzącej na odzyskiwaniu sił i przestawieniu się organizmu na tryb dziennej aktywności. I jeszcze te cholerne sny. Dopiero teraz dotarło do niego kim był facet, który się z niego śmiał. Mimo, że we śnie nie kojarzył jego twarzy i w ogóle nie zapisała mu się w pamięci, to obecnie był w pełni świadom i bez żadnych wątpliwości mógł zidentyfikować tę osobę. To był Marek.

— Kurwa — jęknął zaciskając bezsilnie palce na framudze drzwi od pokoju.

W łazience stał nieruchomo pod prysznicem czekając, aż gorąca woda wypłucze z ciała zmęczenie, a z umysłu resztki koszmaru. Z głową pochyloną ku dołowi obserwował jak strumyki cieczy znikają w wirze odpływu i wyobraził sobie, że przechodzi jakąś specyficzną reinkarnację i wyjdzie z kabiny jako ktoś zupełnie inny. Gdy narzucił na siebie ręcznik i przez dłuższą chwilę z całych sił tarmosił nim głowę, poczuł się dużo lepiej. Z lustra spojrzał na niego wyjątkowo w tej chwili kudłaty łeb i znajoma gęba, której centralny punkt zajmował trochę zbyt kulfoniasty nos, zdecydowanie za szybko lubiący przybierać czerwoną barwę pod wpływem promieni słonecznych i para stalowych (czytaj: szarych) oczu. Mrugnął do niej okiem. Gęba odwzajemniła się tym samym.

Po śniadaniu wybrał się do lasu, żeby przemyśleć sprawy, a nigdzie indziej nie rozmyślało mu się lepiej niż tam. Nie pamiętał już kiedy przebywał tam o takiej porze. Zwykle były to popołudnia i wieczory, ale być może od teraz to się zmieni. Ludzi na pewno było mniej, chociaż na pierwszy rzut oka wydało mu się, że napotyka więcej oryginałów. Na przykład pies wyprowadzający swego pana na spacer. Grzegorz do tej pory był przekonany, że zwykle to bywa odwrotnie, gdy jednak zobaczył coś na kształt jamnika szorstkowłosego (nie był mocny w rozpoznawaniu ras) ciągnącego za sobą na smyczy jegomościa w staroświeckiej jesionce, musiał przewartościować swoje poglądy na temat tych czworonogów. Pies najwyraźniej prowadził wybierając trasę, która mu najbardziej odpowiadała. Gdy przyspieszał przechodząc w rachityczny trucht, jego pan ruszał za nim ciężkim kłusem od czasu do czasu przechodzącym w galop. Na przecięciu dwóch ścieżek jamnik zdecydował się na mały odpoczynek kładąc się wygodnie na środku drogi. Grzegorz już myślał, że obok psa położy się i człowiek, ale jednak nie. Akurat ich mijał i usłyszał jak nieznajomy przez cały czas przemawia do zwierzęcia.

— Tu już byliśmy, poznajesz? Chodź, pójdziemy na plac zabaw, popatrzysz sobie jak się bawią dzieci.

Jamnik w ogóle na niego nie patrzył, a minę przy tym miał tak znudzoną, jakby słyszał te paplaninę tysięczny raz. Grzegorz za zakrętem schował się za najbliższym drzewem i rozbawiony z ukrycia obserwował tę scenę. Jegomość w dalszym ciągu perorował włączając dodatkowo gestykulację, a pies w dalszym ciągu nic sobie z tego nie robił. Wreszcie chcąc nie chcąc dżentelmen w jesionce wziął psinę na ręce i ruszył w dalszą drogę. Po kilkunastu krokach psisko zeskoczyło na ziemię i pociągnąwszy pana za sobą pobiegło w swoją stronę. Grzegorz wychynąwszy zza drzewa zdążył jeszcze zobaczyć jak pędzą klucząc między drzewami i przeskakując nad wystającymi korzeniami. Kilkadziesiąt metrów dalej natknął się na kolejnego dziwnego osobnika. Starszy, łysy, przygarbiony, w dresowych spodniach, starych adidasach i znoszonej, beżowej kurtce, szedł szybkim krokiem trzymając przed sobą splecione dłonie. Gdy się mijali, dało się zauważyć, że mamrocze cały czas do siebie coś na kształt modlitwy. Łagodnie się uśmiechając skinął Grzegorzowi głową nie zwalniając kroku. Grzegorz przystanął, odwrócił się i uniósłszy dłoń w geście udawanego błogosławieństwa wyszeptał w kierunku prędko oddalających się pleców spacerowicza:

— Nadaję ci imię Modlitewnik — prychnął śmiechem postanawiając opatrzyć imionami wszystkich dziwaków, których dzisiaj spotka. Tym sposobem jamnik został Reksiopsem, a jesionkowy gość Reksiopanem, choć kto wie, czy Reksiopies nie zaprotestowałby uważając, że powinno być odwrotnie.

W pobliżu Moczarów do uszu Grzegorza doleciał osobliwy hałas ni to terkoczącej nieznanej maszyny, ni to charkotu przedpotopowego zwierzęcia. Gdy zza krzewów wyłoniła się samotna ławka, ujrzał siedzącego na niej dziadka pociągającego solidny łyk piwa z trzymanej w ręce puszki. Siwy staruszek nie zwrócił wcale uwagi na przechodzącego Grzegorza, tylko odłożywszy puszkę wyjął z kieszeni wielką, kraciastą chustkę i przyłożył ją do pokaźnych rozmiarów nosa. Trąbiący dźwięk, od którego zadrżały drzewa rozległ się po lesie niczym pogłos trąb jerychońskich.

A ty, dziadku, od dzisiaj zwał się będziesz Trąbofonem — akt chrztu dokonał się po raz trzeci.

Ciekawe, czy będę ich tu spotykał częściej, wyglądają na stałych bywalców.

Gdy stanął przed Drzewem i przyłożył dłoń do jego pnia, przez głowę przebiegła mu myśl za jakiego dziwoląga jego by uznano i jakie mógłby otrzymać imię.

Może Kopulujący z Drzewami?

Roześmiał się.

— Trr, tr — rozległo się gdzieś w górze.

— Cześć, przyszedłem pomyśleć, a zajmuję się głupotami — kruk spoglądał na niego z wysoka przekrzywiając dziób raz w prawo, raz w lewo.

Rozłożył ręce obejmując pień na tyle, na ile się dało i przywarł do niego opierając policzek o szorstką korę. Wziął głęboki wdech wypełniając płuca zapachem wilgoci. Zamknął oczy i stał tak przez chwilę wnikając do środka i czując jak jego skóra grubieje i twardnieje, ramiona wydłużają się i pokrywają nabrzmiałymi pąkami, które już niedługo napojone świeżymi sokami eksplodują nowym życiem. Otworzył oczy i rozejrzał się. Głowę miał teraz niemal w chmurach. Dookoła było widać czubki drzew kołysane łagodnymi podmuchami wiatru. Dalej wyrastały pudełka domów i wyglądające jak zbudowane z klocków osiedla mieszkaniowe. Za nimi rozciągały się bure pola stykające się z niebem na granicy horyzontu. Poruszył rękoma czochrając grzywy najbliżej rosnących sosen. Kępki miękkich igieł delikatnie pieściły mu dłonie. Coś połaskotało go w łokieć. Wiewiórka wdrapała mu się na rękę muskając go puszystym ogonem. Zaintrygowana przez chwilę przyglądała mu się ciekawie, po czym przebiegła mu po plecach na drugą rękę i przeskakując po gałęziach zniknęła mu z oczu. Poczuł ukłucie w okolicach kolana. Zerknął w dół i wytężył wzrok. Dzięcioł podskakiwał mu po nodze i sondującymi uderzeniami dzioba sprawdzał grubość skóry.

Ej, nie mam robaków, nie musisz mi robić punkcji.

Zdecydował, że pora wracać. Powoli obsunął się ku ziemi i oderwał od pnia. Kruk poderwał się z gałęzi i z szumem skrzydeł odleciał w swoją stronę. Grzegorz podobnie. Opuszczając las miał już podjętą decyzję, co do najbliższej przyszłości.

Rozdział IX

Krople deszczu wystukiwały nieregularny rytm na powierzchni parasola. Było już ciemno, ale przyjemnie ciepło jak na koniec marca. W powietrzu powoli dawało się wyczuć delikatne tchnienie nadchodzącej wiosny. Przechodnie pospiesznie dążyli w sobie tylko znanych kierunkach starając się unikać dłuższego kontaktu z wilgocią spadającą z nieba. Samochody pulsując rytmicznie wycieraczkami znaczyły ślady na mokrym asfalcie rozpylając spod kół niewielkie fontanny. Grzegorz stał w miejscu i zapatrzył się na mniejsze i większe okręgi tworzące się na powstających z wolna kałużach. W świetle ulicznych latarń rzadkie strugi siąpiącej wody raz po raz zmieniały nachylenie w zależności od kierunku niewielkiego wiatru. Dostrzegli się w tym samym momencie. Szybkim krokiem wyszedł jej naprzeciw i osłonił trzymanym w ręce parasolem.

— Zmokłaś?

— Trochę. Nie padało kiedy wybierałam się do kosmetyczki, więc nie zabrałam parasolki — złapała go za łokieć chroniąc się pod zbawienną osłoną.

— Ach, to dlatego tak ładnie wyglądasz — wyszczerzył zęby.

— Jasne. Gdyby nie to, wystraszyłbyś się mnie i uciekł — nie należała do obrażalskich.

— Zapewne. Jednak zdolny pacykarz potrafi zdziałać cuda.

— Żebyś wiedział. Gdzie idziemy?

Nie chciał ciągać jej w deszczu nie wiadomo gdzie, więc skręcili do najbliższej kawiarni. Wybrali odosobniony stolik pod oknem i zagłębili się w lekturze karty.

— Ja dziś tylko kawę — poinformowała go Alex.

— Po irlandzku? — zapytał.

— Nie, espresso.

— Dobrze, to ja wezmę latte. I koniecznie coś słodkiego, coś z kremem, i czekoladowymi wiórkami albo z galaretką, mmm…

— Taki z ciebie łakomczuszek i pies na słodycze? — zadrwiła.

— Nie na wszystkie — zaprotestował. — Bywam wybredny, taki bardziej francuski piesek. Babeczki na przykład lubię. Cytrynowe, marmurkowe, z posypką… Pies na babeczki, o, to tak! Ale, niestety, nie widzę żadnych w menu.

— A ja to pies?

— Nie wiem, czy jesteś strawna — rozejrzał się za kelnerką.

— Nie wiesz, bo nigdy nie spróbowałeś.

— A jaki masz termin przydatności do spożycia? — W rozmowie z Alex nie musiał przesadnie zważać na słowa.

— Zbliża się ku końcowi, więc zastanów się, bo możesz już nie mieć takiej okazji — puściła oko w jego kierunku.

Nie był do końca pewien, czy tego chce. Oczywiście w sensie dosłownym, fizycznym chciał jak najbardziej. Ale podobała mu się ich relacja, taka niedopowiedziana, może trochę ulotna, staroświecko platoniczna, oparta na zabawie słowami i niedomówieniami. Z doświadczenia wiedział, że spełnienie i odkrycie wszystkiego, co pozostaje do odkrycia skutkuje częstokroć zerwaniem niewidzialnych nici tworzących delikatną pajęczynę pozazmysłowych powiązań. Zdarza się, że traci się coś nienazwanego, nieuchwytnego, z czego początkowo nie zdaje się sprawy, a co może stanowić o wartości i jakości więzi między dwojgiem ludzi. I czego brak nagle sprawia, że nic już nie jest takie samo, a to co wydawało się być największą zdobyczą przestaje z czasem smakować i staje się bezbarwną codziennością. Im więcej, tym mniej. Kiedyś śmiał się z tego paradoksu, jednak z biegiem lat dostrzegł ukrytą w nim głęboką prawdę.

— I co teraz zamierzasz? — zmieniła temat przypuszczając zapewne, że w obecnej sytuacji może nie mieć ochoty na przekomarzanie się.

— Pofolgować wrodzonemu lenistwu — uśmiechnął się. — Będę leżał do góry brzuchem i oddawał się medytacji.

— Jakoś nie wyobrażam sobie ciebie w takiej roli.

— No widzisz, a ja siebie jak najbardziej — teraz to on mrugnął okiem.

— A poważnie? — spytała upijając łyk kawy, która w międzyczasie pojawiła się na stoliku.

— A poważnie, to myślę, aby zrobić sobie rok przerwy. Firma z tytułu odprawy, zaległego urlopu i czegoś tam jeszcze musi zabulić mi tyle, ile bym zarobił pracując przez jakieś sześć miesięcy. Mam też trochę oszczędności, więc z głodu nie powinienem umrzeć. A chcę nabrać trochę dystansu, przemyśleć i przewartościować różne sprawy. Potrzebuję też czasu, aby zrobić to ze spokojem i chłodną głową.

— Czyli faktycznie będziesz leżał na kanapie i gapił się w sufit.

— A nie mówiłem? Na jedno wychodzi — skupił uwagę na wielowarstwowym ciastku z galaretką, którego kawałek właśnie nałożył sobie na łyżeczkę.

— I jak? Spełnia twoje wysublimowane podniebienie łasucha?

Przymknął oczy i powoli żując słodką masę skoncentrował się na kontemplacji jej smaku.

— Może być. Dupy nie urywa — mruknął.

— Nie boisz się, że po roku możesz mieć kłopot ze znalezieniem pracy? — wróciła do tematu.

— Nie bardzo — wzruszył ramionami. — Ten rynek nie jest hermetyczny i zamknięty, myślę, że zawsze gdzieś będzie zapotrzebowanie na kogoś takiego jak ja. Mam też kuzyna w jednej z agencji w Warszawie, choć nie ukrywam, że opcję pracy w stolicy przyjąłbym wyjątkowo niechętnie.

Przez chwilę delektował się latte.

— A poza tym — dodał — zawsze mogę się przebranżowić i zacząć układać bruki albo pisać książki.

— Z pierwszego może wyżyjesz, z drugiego nie sądzę — skrzywiła się ironicznie.

— Ale pewnie będę mieć większą satysfakcję, a przecież o to w życiu chodzi, aby zajmować się tym, co sprawia przyjemność.

— Tak? — uniosła brew. — A ile napisałeś książek, żeby wiedzieć, że to przyjemne zajęcie?

Rozsiadł się wygodnie i wyprostował nogi pod stołem.

— Czuję takie wewnętrzne przekonanie płynące, o, gdzieś stąd — wskazał palcem okolice żołądka — które mi mówi, że bardziej realizowałbym się z gęsim piórem w ręku niż pukając po kolanach młotkiem w kamienie.

— To dobrze, że się nie załamałeś i nie opuszcza cię poczucie humoru. Niczego nie żałujesz?

Odłożył talerzyk i zagapił się w okno. Deszcz nie odpuszczał i zawzięcie atakował szybę znacząc ją unikatowymi wzorami. Na zewnątrz jakaś para kłóciła się ze sobą zawzięcie mocno gestykulując. Najpierw ona unosząc ręce do głowy otwierała usta w bezgłośnym krzyku i z wykrzywioną złością twarzą. Gestowi gwałtownie opuszczanych rąk towarzyszyło tupnięcie nogą. On nie pozostawał dłużny wymachując palcem przed jej twarzą, a następnie prostując ramię wskazał na coś za jej plecami. Na ułamek sekundy znieruchomiała, po czym błyskawicznie się odwróciła i pobiegła przed siebie. On zrobił trzy kroki do przodu, jakby chciał pospieszyć za nią, ale zatrzymał się, obrócił i ruszył szybkim krokiem w przeciwnym kierunku.

— Nigdy specjalnie nie przywiązywałem się do żadnej pracy. Starałem się być lojalny wobec pracodawców w takim stopniu w jakim oni byli lojalni wobec mnie. Zawsze uważałem, że praca pracą, a prawdziwe życie musi toczyć się poza nią. Straciłem robotę nie po raz pierwszy, więc w pewnym sensie można powiedzieć, że jestem przyzwyczajony. W każdym razie świat mi się nie zawalił. Jedyne czego faktycznie żałuję, to wyjazdu do Nowej Zelandii. Chociaż myślałem, że bardziej mnie to zaboli. Może dlatego, że cały czas traktowałem to jako zdarzenie z pogranicza fantazji i tak naprawdę uwierzyłbym w nie chyba dopiero na pokładzie samolotu.

Uśmiechnął się trochę smutno.

— Ponad dwa miesiące temu nie było mowy o żadnej podróży na południową półkulę, więc zakładam, że nic się nie stało i żyję dalej.

— Ja chyba bym tak nie potrafiła. Twardy jesteś — Alex pokiwała z uznaniem głową.

Nie był. A przynajmniej nie całkiem i nie zawsze. Ale to była część gry, której reguły nakładały obowiązek grania ról, przywdziewania masek, nie pokazywania swojego prawdziwego ja, ukrywania słabości i niedoskonałości. Nie on te reguły ustalał, i choć często się przeciw nim buntował, ulegał im bezwiednie wściekając się na siebie nie raz i nie dwa.

Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz

Maski coraz inne, coraz mylne się zakłada.

— Brat mojej koleżanki powiesił się, gdy stracił pracę — poinformowała go. — W tym samym czasie żona go zostawiła i wszystkiego razem już nie wytrzymał. Przygniotło go.

Kiwnął głową ze zrozumieniem.

— Zdarza się. I to, niestety, coraz częściej — zadumał się.

— Samobójstwo to dla ciebie wyraz tchórzostwa, czy odwagi? — spytał ciekaw jej zdania.

— Raczej tchórzostwa — odparła po krótkim namyśle. — Ucieczka od problemów, od wszystkiego.

— A miałabyś w sobie tyle odwagi, żeby skończyć ze sobą?

— Nigdy o tym nie myślałam i nie chciałabym nigdy musieć się nad tym zastanawiać. Za bardzo kocham życie.

— Jak bardzo trzeba się go bać i ile trzeba mieć w sobie siły, żeby definitywnie je sobie odebrać.

Przez chwilę w milczeniu popijali kawę. Grzegorz przełknął ostatnie kęsy ciastka.

— Czytałam, że znacznie więcej mężczyzn niż kobiet popełnia samobójstwo — stwierdziła.

— Mniej więcej pięć razy więcej — zgodził się.

— Ciekawe dlaczego?

— Bo mężczyźni są psychicznie słabsi.

— Nie myślałam, że to powiesz — zdziwiła się.

— Dlaczego mam nie mówić, skoro to prawda? — odrzekł. — Chociaż wydaje mi się, że nie tyle są słabsi, ile ich słabość nie jest tolerowana w społeczeństwie. Jest to wynikiem utrwalonych przez wieki kulturowych wzorców i stereotypów. Są silni mężczyźni i są słabi mężczyźni, podobnie jak kobiety. Tyle, że słabość kobiet wydaje się czymś naturalnym, prawidłowym, zgodnym z wzorcem. Kobieta z definicji, nieistotne, czy właściwej, w każdym razie ugruntowanej, jest słabą płcią, więc jej słabość nikogo nie dziwi, wręcz przeciwnie, nawet jest dobrze widziana i często pożądana. A słaby mężczyzna? Zupełnie nie pasuje do szablonu samca alfa, głowy rodziny, przewodnika stada, który zbuduje dom, zasadzi drzewo i spłodzi syna. Jest nieudacznikiem budzącym pogardę i śmiech, a co gorsza pod wpływem otoczenia sam siebie może za takiego uważać. Potem już naprawdę niewiele potrzeba. Jedno, drugie niepowodzenie życiowe, depresja, załamanie i… sznur na szyi.

— Możesz mieć rację — podniosła do ust filiżankę.

— Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego ludzie się wieszają wybierając w większości taki rodzaj śmierci. Jeśli już się zabić, to w taki sposób, aby jak najmniej cierpieć, żeby trwało to jak najkrócej. Powieszenie, czy uduszenie mimo wszystko trwa jakiś czas, w trakcie którego masz świadomość umierania i odczuwania bólu. Choćby było to nawet kilka sekund.

— Można nafaszerować się tabletkami nasennymi i zasnąć — podsunęła myśl.

— Można, ale nie masz wtedy pewności, czy cię nie odratują i nie wypłuczą żołądka — wyraził wątpliwość.

— To co byś proponował? — tym razem ona rozparła się wygodnie na krześle jak gdyby uczestniczyła w niezwykle zajmującej debacie intelektualnej.

— Na przykład skok z dużej wysokości — zasugerował. — Z dachu albo z wysokiego piętra, z tym że podłoże powinno być dostatecznie twarde. Asfalt lub płyty chodnikowe.

— Myślę, że i tak byś to poczuł — sceptycznie pokręciła głową.

— Tak, ale stosunkowo krótko. Śmierć powinna nastąpić na miejscu.

— Nie wydaje ci się, że ta rozmowa zbacza w dość patologiczne okolice? — wykrzywiła wargi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.