E-book
9.56
drukowana A5
21.53
Czakrasnoludki

Bezpłatny fragment - Czakrasnoludki


Objętość:
60 str.
ISBN:
978-83-8126-673-4
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 21.53

Historia ta wydarzyła się dość dawno temu. W czasach, kiedy ulubioną zabawą dzieci było skakanie po kałużach, łowienie raków na patyk i budowanie domków na drzewach. Trwało właśnie upalne lato, a ten czas Wojtek lubił najbardziej (z całą pewnością nie tylko on).

Wojtek mieszkał na skraju wielkiej puszczy i zapewne właśnie z tej przyczyny posiadanie domku na drzewie było dla niego tak oczywiste, jak wkładanie czapki zimową porą. Kiedy więc którejś wiosny jego tato przybił ostatnią deskę, chłopiec spędzał w swoim domku całe wiosny i lata, a pomimo tego, że miał zaledwie osiem lat, w czasie przerwy wakacyjnej nie opuszczał go nawet w nocy. Tylko prawdziwa burza mogła go stamtąd wykurzyć, bo Wojtek wiedział, że pioruny zawsze strzelają w drzewa. W takich przypadkach zabezpieczał szybko swój domek i biegł do kuchni na naleśniki, bo z tajemniczych powodów, podczas burzy, mama zawsze robiła naleśniki… Siadali wtedy wszyscy przy kominku, wyjadali słodki miód prosto ze słoika i słuchali opowieści wszystkich, którzy akurat byli w nastroju bajarza. A musimy w tym momencie wyraźnie zaznaczyć, że ludzi w domu Wojtka nie brakowało. Zazwyczaj byli to zabłąkani podróżnicy, niedostatecznie znający się na mapie, albo ci, których noc zaskoczyła w lesie. Tak więc dom Wojtka pełen był niesamowitych opowieści przeplatanych ciekawskimi pytaniami małego chłopca:

— Gdzie jest koniec świata?

— Czy ziemia jest wypukła czy wklęsła?

— Jak długo będę żył w niebie?

— Wiecznie.

— Wiecznie? Czyli ile lat?

Ciąg pytań w zasadzie się nie kończył, chyba że akurat nadeszła pora posiłku.

Któregoś dnia siedząc w domku na drzewie Wojtek poczuł się niezwykle senny tak, że w pewnym momencie powieki odmówiły mu posłuszeństwa i wtedy przyśnił mu się dziwny sen… W drzwiach jego domku ukazało się kolejno siedem małych główek, należących do siedmiu krasnoludków. Kiedy zobaczyli, że domek jest pusty postanowili pobawić się tam chwilę. Tańcowali i płatali sobie nawzajem figle tak długo, aż biedni mali krasnoludkowie popadali ze zmęczenia. Ze słodkiego snu obudził ich dopiero odgłos zbliżających się kroków. W jednej chwili zerwali się na równe nogi i popędzili w stronę niewielkiego otworu w ścianie, przez który zdołali przecisnąć się na zewnątrz. Uff! Na szczęście wszystkim udało się umknąć w porę

i byli bezpieczni, jednak dla pewności — najszybciej jak to możliwe — puścili się pędem do swojej chatki, zatrzasnęli za sobą drzwi i zamknęli je na rygielek.

Gdy serduszka przestały walić im jak oszalałe, a oddech wrócił do normy, spostrzegli z przerażeniem, że uciekając w pośpiechu zostawili w domku na drzewie swoje czapeczki. Jeden przez drugiego zaczęli wymieniać się pomysłami co z tym fantem począć, aż w końcu powstał taki zgiełk, że już właściwie nikt nikogo nie słyszał. Pierwszy opamiętał się najstarszy krasnal i chcąc doprowadzić do porządku swoich młodszych braci, zebrał wszystkie siły, wciągnął nosem sporą ilość powietrza i panoszącą się wszędzie wrzawę uciął jednym, krótkim, ale bardzo przekonującym słowem:

— CISZAAAAA!!!

W tym właśnie momencie Wojtek obudził się ze swojej drzemki. Zamrugał szybko oczami, nie wiedząc jeszcze do końca czy to już jawa, czy jeszcze nadal sen. Rozejrzał się dookoła… i wiecie co zobaczył? Tak, tak moi mili. Na środku podłogi, porozrzucane w bezładzie leżało siedem kolorowych czapeczek, mniejszych od małego palca u ręki. Wojtek zerwał się z podłogi, pozbierał je szybko i na jego twarzy pojawił się nagle radosny uśmiech. Wiedział bowiem, że wejście w posiadanie krasnalowych czapeczek oznacza dla niego ni mniej, ni więcej jak rozpoczynającą się właśnie fantastyczną, wakacyjną przygodę. Uroczystym krokiem podszedł do okna i pełnym dumy głosem oznajmił wszem i wobec:

— Oświadczam, że nie spocznę dopóki nie odnajdę siedmiu krasnali!

Następnego ranka Wojtek obudził się bardzo wcześnie, ziewnął szeroko i usiadł na śpiworze. Wzrok skierował na siedem malutkich czapeczek, które dzień wcześniej poukładał w równym rządku na małym taborecie i uśmiechnął się radośnie. Dziś bowiem zaczynał się pierwszy dzień wielkich poszukiwań! Skoczył na równe nogi, w locie błyskawicy ubrał się i przemył twarz wodą z beczki stojącej w rogu domku i usiadł przy taboreciku przyglądając się uważnie czapeczkom.

— Sprawa nie będzie prosta — pomyślał — bo jak mam odnaleźć te krasnale? Od czego zacząć?

Pytania i wątpliwości mnożyły z każdą napływającą chwilą, więc na dobry początek ułożył czapeczki w jeden rządek, wziął pierwszą w kolejności — czerwoną — i dla zabawy założył sobie na głowę. Jednak w momencie kiedy to uczynił okazało się, że czapka pasuje na niego jak ulał. Wojtek nigdy nie był zanadto strachliwy, jednak gdy rozejrzał się wokoło i zobaczył, że zamiast w domku siedzi wśród wysokich kłosów zboża, lekki dreszcz przebiegł mu po plecach. Nie dość, że nie wiedział gdzie jest, to jeszcze skurczył się do rozmiarów małej myszki. Niestety bieg wydarzeń nie dał mu czasu, by mógł się nad tym zastanowić, bo w przeciągu jednej sekundy znalazł się wysoko ponad złocistymi polami. Ledwie zdążył krzyknąć, a już wielki jastrząb, który wcześniej znienacka pochwycił go w swoje szpony, wrzucił go zaraz do czegoś, co przypominało gniazdo położonego wysoko na drzewie.

Na szczęście ptak natychmiast odleciał nie wyrządzając chłopcu większej krzywdy, jednak Wojtek dłuższą chwilę siedział skulony trzęsąc się ze strachu jak osika. Jeszcze nie do końca wierzył w to co się właśnie stało, wiedział tylko, że znajduje się bardzo wysoko nad ziemią i że jego sytuacja nie wygląda za ciekawie. Kiedy uświadomił sobie na jakiej może znajdować się wysokości, myśl ta sprawiła, że przestał czuć się bezpiecznie. Rozejrzał się więc wokoło, w poszukiwaniu czegoś co może dodać mu otuchy, ale oprócz innych, równie wysokich drzew niczego nie zdołał wypatrzyć.

— Jak mam się stąd wydostać? — zapytał sam siebie — Myśl, myśl, myśl!

I mamrocząc pod nosem to słowo wodził bezradnym wzrokiem dookoła. Jedyna myśl jaka plątała mu się po głowie to ta, że nigdy chyba nie czuł się tak samotny jak właśnie w tej chwili. Natychmiast jednak ją odrzucił i postanowił być dzielny. Wstał ostrożnie, rozejrzał się jeszcze raz w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, a gdy to nie dało żadnych rezultatów postanowił sprawdzić wytrzymałość gniazda i nie oglądając się na nic zaczął po nim skakać.

Skakał długo i wytrwale, stale zmieniając kierunki, aż nagle gniazdo nieznacznie się przechyliło, chłopiec stracił równowagę i runął prosto w dół …

— Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! — darł się w niebogłosy lecąc w zawrotnym tempie.

Spadanie skończyło się dopiero w momencie, gdy zaczepił ubraniem o jakąś wystającą gałąź i zawisnął kilka metrów nad ziemią. Gdyby mógł pewnie podskoczyłby z radości, że ominęło go bolesne zetknięcie się z twardą ziemią, jednak wiedział dobrze, że jego sytuacja wcale się nie polepszyła, bo po pierwsze nadal tkwił na tym samym drzewie na którym znajdowało się gniazdo niebezpiecznego jastrzębia, a po drugie (znacznie gorsze) — teraz był bardziej unieruchomiony niż przed upadkiem. Cóż było robić? Rozmyślając o tym intensywnie, Wojtek wisiał na gałęzi i czekał: może na genialną myśl, a może na kogoś, kto wyratuje go z opresji. W końcu jednak znudził się myśleniem, które nie przynosiło żadnej podpowiedzi i zaczął odnosić wrażenie jakby wisiał już tam całe wieki. Czas dłużył mu się niemiłosiernie, a kolejne minuty przynosiły ze sobą coraz bardziej odczuwalną bezradność wobec zaistniałej sytuacji. Wtedy właśnie coś kapnęło Wojtkowi na jedną rękę, potem na drugą, aż w końcu lunęło z nieba tak, jakby się chmura jedna z drugą oberwała.

— No pięknie! — powiedział do siebie znudzony — Jestem już głodny i daleko od domu, więc dlaczego nie miałbym być mokry?

To powiedziawszy opadł już z sił zupełnie i po chwili zasnął. A gdy się obudził i otworzył oczy, pierwsze co ujrzał to wielkie, piękne, błyszczące w słońcu jezioro. W głowie Wojtka pojawiła się nagła, nieprzeparta ochota, by do niego wskoczyć i się wykąpać, jednak gdy próbował to zrobić, zdał sobie sprawę, że nadal wisi na nieszczęsnym drzewie. „To trochę dziwne” — pomyślał, bo przecież jeziora nie było, gdy poprzednio rozglądał się w poszukiwaniu ratunku, a teraz jest…

Wystarczyła krótka chwila, by zdał sobie sprawę, że to co widzi to nie jest żadne jezioro, tylko wielka kałuża. To maleńki wzrost chłopca sprawił, że zwyczajna kałuża wydała mu się wielka niczym jezioro. Zaraz też dostrzegł w tym zbiorniku wodnym swoje wybawienie i zaczął się mocno wiercić i wyginać, aż nagle...Chlup! Gałąź na której wisiał złamała się i chłopiec wpadł prosto w kałużę.

W momencie, gdy wynurzył się i otworzył oczy zdał sobie sprawę, że siedzi z powrotem w swoim domku na drzewie, a w dłoni kurczowo ściska malutką czerwoną czapeczkę. Odłożył ją szybko na taboret i spojrzał na resztę leżących tam czapeczek. Następna w kolejności była pomarańczowa, i choć korciło chłopca, żeby jak najszybciej ją włożyć i odkryć jaka historia się za nią kryje, to jednak wahał się dłuższą chwilę. Serce biło mu mocno po ostatnich niespodziewanych wrażeniach, jednak w końcu ciekawość zwyciężyła.

— Nic gorszego chyba nie może mi się już przydarzyć — pomyślał głośno, zacisnął powieki i szybko założył pomarańczową czapeczkę na głowę.

Wojtek powoli i ostrożnie otworzył najpierw jedno oko, a gdy upewnił się, że wokoło jest bezpiecznie uniósł również drugą powiekę i w pełnym zachwycie podziwiał wielki, przepięknie mieniący się od słońca ocean. Woda rozciągała się aż po horyzont, a gdy rozejrzał się wokoło spostrzegł, że znajduje się na jej środku niczym wyspa. Miejsce na którym siedział okazało się jednak magiczne, bo kiedy tylko zapragnął znaleźć się na jakimś większym lądzie, natychmiast ruszył w stronę majaczących w oddali wysokich palm, znajdujących się za jego plecami.

Dopiero, gdy poczuł pod stopami dno i pewnie na nim stanął okazało się, że cały ten czas siedział na grzbiecie foki, która wynurzyła teraz swój pyszczek z wody i popatrzyła na niego mądrymi oczkami. Wojtek chciał jej podziękować, nim jednak zdążył otworzyć usta, już nie było po niej śladu. Odwrócił się więc w stronę wyspy i ujrzał widok, który na moment zatrzymał bicie jego serca. Była to bowiem najpiękniejsza wyspa jaką mógł sobie wyobrazić. Piaszczysta plaża, wielkie, piękne muszle porozrzucane wzdłuż brzegu, majestatyczne palmy wyglądające trochę jak wesołe tancerki i wysoka, stroma góra po środku.

To był jeden z tych krajobrazów o jakich nieraz słyszał z opowieści taty. Gdy już trochę ochłonął po pierwszym wrażeniu, naładowany jakąś niespodziewaną dawką energii ruszył przed siebie z misją zbadania tego nieznanego, tajemniczego lądu. Bądź co bądź trafił tu z pewnością nie bez przyczyny…

Obejście wyspy dookoła zajęło chłopcu trzy dni, a w trakcie tej podróży próbował najprzeróżniejszych owoców, jakie tylko znalazł na swojej drodze. Wszystkie były słodkie i przepyszne i Wojtek pomyślał, że właściwie mógłby tu zabawić nieco dłużej. Zwierząt również tam nie brakowało: kolorowe papugi, jakieś dziwne wielkie koty, a nawet słonie i tygrysy, ale o dziwo sprawiały wrażenie tak łagodnie usposobionych, że chłopiec po pewnym czasie w ogóle przestał się ich bać. Noce chłopiec spędzał pod rozgwieżdżonym niebem, a w ciągu kolejnych dni podczas długich spacerów poznał niemal wszystkie zakątki tego małego raju na ziemi. Większość czasu spędzał na wymyślaniu coraz to nowych zabaw, do których nieraz przyłączały się obserwujące go z ukrycia zwierzęta. Czas mijał tam bardzo szybko, a w przerwach między zabawą i posiłkami chłopiec pływał w otaczającym go oceanie. Któregoś dnia podczas jednej z takich właśnie kąpieli podpłynęła do niego ta sama foka, która kilka dni wcześniej podrzuciła go na tę rajską wyspę. Jednak tym razem Wojtek zamiast radości dojrzał w jej oczach wielki smutek.

— Co się stało foczko? Dlaczego jesteś taka smutna? — zapytał Wojtek ze współczuciem.

— Jestem smutna, bo moja córeczka zachorowała. — przemówiła foczka z żalem w głosie.

— I nic nie można na to poradzić? Nie ma jakiegoś lekarstwa?

Foczka spojrzała na niego smutno i odparła cichutko:

— Niestety lekarstwo znajduje się na tej wyspie, ale ja nie mogę go odszukać, bo nie potrafię chodzić.

— W takim razie nie masz się o co martwić. — odparł radośnie Wojtek — Przecież ja potrafię chodzić! Odnajdę lekarstwo i przyniosę Ci je.

— Bardzo Ci dziękuję za dobre serce, niestety mojej córeczce zostało niewiele czasu, za mało żebyś zdążył odnaleźć lekarstwo i wrócił tutaj…

Wojtek zamyślił się na chwilę, jednak już po chwili jego twarz znowu pojaśniała i szybko odpowiedział:

— W takim razie Twoja córeczka musi pójść ze mną. Dam jej lekarstwo, kiedy tylko je odnajdę. Powiedz tylko czego mam szukać.

Foczka popatrzyła na niego bystrymi oczkami i rzekła:

— To może się udać, choć czasu jest mało. Musisz znaleźć pomarańczowy kwiat, który zakwita na szczycie tej góry, w jego kielichu znajdziesz trzy ziarenka. Moja córeczka musi zjeść jedno z nich zanim zaśnie. To uleczy chorobę i będzie mogła do mnie wrócić. To powiedziawszy foka zanurkowała szybko pod wodę i popychając córeczkę lekko noskiem pomogła jej wynurzyć się z głębin morskich. Wojtek wziął małą foczkę na ręce i nie tracąc ani chwili pobiegł w stronę stromej góry. Zatrzymywał się tylko na krótkie chwile, żeby złapać oddech lub zjeść coś razem ze słabnącą coraz bardziej foczką.

Góra była bardzo stroma, tak bardzo, że stopy chłopca co i rusz się z niej ześlizgiwały. Przyklękał wtedy niepewnie, aby odzyskać równowagę. W końcu zaczęło zmierzchać. Chłopiec popatrzył w górę i oszacował, że przeszli na razie co najwyżej połowę drogi. Malutka foczka widziała jednak, że chłopiec jest bardzo zmęczony, więc odezwała się cichutkim głosikiem:

— Czas odpocząć. Noc zbliża się bardzo szybko, musisz położyć się spać. Ja będę czuwać…

To powiedziawszy zaczęła śpiewać dziwną kołysankę w języku, którego Wojtek nigdy wcześniej nie słyszał i ta przedziwna, kojąca pieśń natychmiast przeniosła go w krainę snu. Spał jak kamień całą noc, a gdy się obudził zobaczył obok siebie śpiącą foczkę. I nagle usłyszał w głowie głos mamy-foki: „Musi zjeść ziarenko zanim zaśnie”. W ułamku sekundy straszna myśl przebiegła Wojtkowi po głowie: a więc jednak nie zdążył. To zdanie rozbrzmiewało mu w głowie i nie dawało spokoju. Chłopiec zerknął w stronę małej, śpiącej foczki i łzy zaczęły spływać mu po policzkach.

— To moja wina! — mówił do siebie — Tak mi przykro mała foczko, że nie zdążyłem. Mogłem nie kłaść się spać, wtedy na pewno bym zdążył…

Chłopiec powtarzał to bez końca, aż zaczął tak mocno szlochać, że nie był w stanie nic już powiedzieć. Siedział pod tym drzewem wiele godzin i płakał tak długo aż w końcu zmorzył go sen. Ujrzał w nim samego siebie zbliżającego się do oceanu z małą foczką na rękach. W oddali dostrzegł mamę fokę, która spokojnie na nich czekała. Wojtek popatrzył na nią ze smutkiem, ale ona nie wiedzieć czemu uśmiechnęła się i powiedziała:

— Jeśli chcemy być szczęśliwi, czasem musimy sobie wybaczyć.

Wojtek nie do końca to zrozumiał, ale poczuł wielką ulgę. Położył małą foczkę na wodzie, a ta w jednym momencie stopiła się z falami, jakby nigdy jej nie było. Wojtek obudził się z tego dziwnego snu i na powrót znalazł się w swoim domku na drzewie. Zdjął pomarańczową czapeczkę i odłożył ją na miejsce.

Chłopiec siedział dłuższą chwilę wpatrując się w czapeczki i czuł się bardzo dziwnie. Z jednej strony wiedział, że mała foczka umarła bo nie zdążył donieść jej na miejsce, ale z drugiej czuł dziwny spokój, jakby przeczuwał, że jest tylko małym chłopcem i nic więcej nie mógł dla niej zrobić. Otrząsnął się z tych rozmyślań i jeszcze raz popatrzył na równy rządek czapeczek. Wziął do ręki trzecią — żółtą — i powoli położył ją na głowie. Zacisnął mocno powieki — trochę ze strachu, a trochę z przejęcia — oczekując na kolejną niezwykłą przygodę na jakimś dalekim lądzie.

— Ciekawe dokąd tym razem zaprowadzą mnie krasnale — pomyślał i otworzył ostrożnie oczy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 21.53