Siajowy Żulik

Bezpłatny fragment - Siajowy Żulik

Seria: Korponiebajeczki Tom I


Objętość:
183 str.
ISBN:
978-83-8104-455-4

Od Autora. Parę poważnych słów o Książce

Drogi Czytelniku,


Nie jest to opasła księga pełna: wyświechtanych frazesów; szczerych inaczej i sztucznych uśmiechów; opisów pięknych miejsc i kobiet, luksusowych samochodów i trzymających w napięciu przez dwieście stron intryg wśród bogatych reprezentantów klasy wyższej i średniej; pięknego literackiego języka i poprawności politycznej.


Jest raczej odzwierciedleniem naszych czasów — rozwarstwienia społecznego, coraz większego zamykania się na innych ludzi i zastępowania ich internetowymi avatarami i nickami, degradacji wartości, ocenienia ludzi przez pryzmat posiadania, wieku, wyglądu i statusu społecznego, myślenia racjonalnego do bólu, negującego rozwój wyobraźni i głębszych przemyśleń.


Dlatego Książka ta została napisana językiem, który drogi Czytelniku początkowo może Cię odrzucić. Jest on bardzo przerysowany (trzecia i czwarta część książki), często wulgarny i obsceniczny (pierwsza i druga), zdania i sama treść mają bardzo często chaotyczny i przypadkowy układ. Jest to zabieg celowy. Taki język drogi Czytelniku spotykasz często w Internecie, w telewizji po 22, na ulicy, a może nawet w pracy. Jest to jednak język prawdziwy, dosadny do bólu i na swój sposób potrafiący szybko przekazać uczucia nadawcy. Jest on często bardziej prawdziwy niż tekst napisany poprawną polszczyzną, poddany wielokrotnej obróbce przez korektorów.


Dodatkowo każdy tekst opisuje poważne, śmieszne, często wydawałoby się infantylne, może nawet żałosne problemy ludzi w pseudo baśniowym nastroju. Niech jednak ta konstrukcja Cię nie zwiedzie drogi Czytelniku — nawet najgłupsza i najbardziej wulgarna opowieść pełna jest metafor i innych środków stylistycznych, których wychwycenie umożliwi Ci zrozumienie przesłania wydawałoby się nielogicznej i irracjonalnej opowieści. To czy będziesz ją uważał za pusty pseudosatyryczny tekst, czy za coś co zmusza Cię do głębszego zastanowienia się nad sobą lub jakimś problemem zależy tylko i wyłącznie od Twojej wyobraźni i wrażliwości.


Nawet najpiękniejsza elewacja, najpiękniejszej kamienicy jest nic niewarta, jeśli w środku dominuje plastik i lastryko, a po korytarzach walają się butelki ze „śmierdziśpiochem”. Inaczej mówiąc, największą wartością w życiu intelektualnym człowieka jest możliwość żeglowania po falach wyobraźni.. i chciałbym, aby tak było w Twoim przypadku.


Nie chcę, abyś widział świat tak samo jak ja drogi Czytelniku (czytaj: nie zastanawiaj się co autor miał na myśli), chcę abyś miał swoje zdanie i potrafił dostrzegać to co pozornie niedostrzegalne (niesamowite i nierealne), zarówno w poważnych, depresyjnych tekstach jak i w zwykłych, często wulgarnych, prostych rzeczach. Jeśli świat czasami jest nudny i bezbarwny, innym razem zabawny, a jeszcze innym przerażający, zawsze może stać się takim jakim my chcemy — naszą paletą kolorów jest wyobraźnia i tylko od niej zależy to co sobie wymyślimy!!!


Zapraszam do lektury

Witold Pobugg

pobugg@onet.pl

I. Niebajeczki poważne. Czyli niebajeczka o niedokończonej powieści

0. Wstępniak, czyli elmanifestacyjna niebajeczka
Czyli nieprzypadkowi ludzie w przypadkowym społeczeństwie

Rozdział ten jest na swój sposób przyczynkiem do kolejnego manifestu pokolenia obecnych 20,30, 40 latków — młodych ludzi bez perspektyw na lepsze jutro. W wielu przypadkach bez jakichkolwiek szans na osiągnięcie statusu swoich rodziców, którzy może nie zostali nigdy szefami wielkich spółek, nie założyli dobrze prosperujących przedsiębiorstw, ale swoje życie przeżyli we względnym spokoju, bez comiesięcznych zmartwień, o to: czy umowa śmieciowa zostanie im przedłużona, czy kiedykolwiek uda im się dostać etat i chociaż średnią krajową i w wieku blisko siedemdziesięciu lat przejść na upragnioną, głodową emeryturę i modlić się o to, aby starczyło im na opłacenie niewielkiego (ale dużego jeśli weźmiemy pod uwagę stan konta) mieszkania odziedziczonego po swoich rodzicach, a może są tylko i wyłącznie skazani na to, aby osiąść na mieliźnie marginesu społecznego, na opuszczenie blokowisk, które do tej pory nazywali slumsami i przeniesienie się na ulicę, albo do pseudosocjalnych osiedli kontenerowych, w których jak zwierzęta w zoo, odgrodzeni od reszty społeczeństwa, będą dogorywali w alkoholowym spaźmie do końca swoich dni.


W odróżnieniu od swoich rodziców młode pokolenie jest bez jakichkolwiek szans na założenie szczęśliwej rodziny. Jaką rodziną można zbudować żyjąc w ciągłym stresie, pracując po kilkanaście godzin dziennie i zastanawiając się co będzie jutro…?! Niby jaki przykład mają brać od rodziców dzieci, które wcześniej, czy też później pojawią się na tym świecie w wyniku planowanej lub nieplanowanej wpadki?! Co może oferować partner, partnerowi lub rodzic dziecku jeśli widzi go raz na pół roku, w związku z pracą zagranicą lub przez kilkanaście minut wieczorem i rano, kiedy albo jest tak bardzo zmęczony, że słania się po nogach lub śpieszy się, aby zdążyć do pracy na czas?! Pieniądze….?! Poza regularnym opłacaniem rachunków… nic więcej. Ludzie nie dość, że są zbyt biedni, aby cieszyć się z życia to dodatkowo jedynymi ich radościami są opłacone na czas rachunki, możliwość przeżycia bez długów do końca miesiąca i brak chorób, które mogłyby jeszcze bardziej zadłużyć dom. Partnerzy bez przerwy obwiniają się za to, że żyją na niskim poziomie, dzieci wstępują do osiedlowych gangów i tam próbują realizować swoje cele materialne.


Szybkie tempo życia wywołuje depresje, powoduje coraz to częstsze sięganie po mocne używki (alkohol, narkotyki), oducza ludzi bliskości i życia w społeczeństwie. Ludzie zaczynają żyć w wirtualnym świecie, który sami sobie tworzą — istnieją tylko znajomi ze studiów i z pracy, do tego wsparci pokaźną grupką ludzi z internetowych portali społecznościowych. Przyjaźń nie istnieje bo zawsze istnieje „cena”, która może ją zakończyć, a samo wspomnienie o przyjaźni damsko — męskiej wywołuje śmiech obu płci.


Nawet związki mają charakter przelotny, bez jakiegokolwiek zaangażowania partnerzy czerpią radość z fizycznych uciech życia, zapominając dzięki nim o problemach. Z kolei jeśli są budowane z nadzieją na coś dłuższego to ograniczają się do biznesowej oceny kandydatów i kandydatek według z góry opracowanego schematu — pytań jak z agencji pośrednictwa pracy:


Gdzie pracujesz i ile zarabiasz?

Czy stać cię na własne mieszkanie, czy je wynajmujesz, a może jesteś maminsynkiem, albo córeczką tatusia i nadal mieszkasz z rodzicami?

Czy znasz języki obce, jeśli tak to ile i w jakim stopniu zaawansowania?

Czy jesteś gotowy do zmiany miejsca zamieszkania?

Jakie kierunki studiów kończyłeś i ile dzięki ich ukończeniu możesz zarobić w przyszłości?

Czy stać cię na wyjazdy zagraniczne, wyjścia do klubów, zakupy sprzętu i innych błyskotek?

Czy twoje hobby jest dochodowe, a jeśli nie to po co zawracasz sobie nim głowę?

Czy jesteś w stanie samodzielnie utrzymać się z pensji i czy w razie dojścia drugiej osoby byłbyś w stanie ją też utrzymać?

Jak oceniasz stan swojego zdrowia, czy cierpisz na jakieś przewlekłe choroby? W jakim stanie są twoje narządy rozrodcze?


To tylko niektóre pytania, z którymi spotkał się autor podczas swojego randkowego życia. Prawda… To schemat… Czy można go jednak uznać za coś normalnego?! Czy dla „schematu” jestem jeszcze człowiekiem, czy zostałem sprowadzony tylko i wyłącznie do poziomu mniej lub bardziej użytecznego przedmiotu, który przez pewien czas cieszy i bawi, aby w pewnym momencie wylądować na wysypisku ludzi — rzeczy niepotrzebnych? Odhumanizowanie przyjaźni, partnerstwa i miłości jest przerażające, w erze Internetu, pubów, klubów i innych miejsc, w których pełno ludzi, my stajemy się coraz bardziej samotni, zamieniamy się w pracujące zadaniowo, niczego nie czujące maszyny.Gdzieś musi leżeć granica głupoty ludzi, ale gdzie ona się znajduje?!


Drogi Czytelniku teraz pewnie powiesz: „Nie wszyscy tacy są” i masz oczywiście rację, ale jeśli grupa tych „niewszystkich” stanowi góra parę procent społeczeństwa, to odnalezienie partnera w świecie intelektualnej pustki, kolorowych pisemek, szybkiego i niezobowiązującego seksu i w ogóle przedmiotowego i interesownego traktowania innych ludzi prowadzi do wniosku, że łatwiej znaleźć igłę w stogu siana niż osobę, z którą chciałoby się spędzić całe życie, albo przynajmniej miło spędzać czas.


Drogi Czytelniku, pewnie teraz pukasz się w swoją głowę i myślisz sobie „co za dyrdymały on wypisuje, mnie się udało!”. I fantastycznie, cieszę się, że Ci się udało, że masz dobrą pracę, piękną żonę i zdrową rodzinę, a do tego mieszkasz w mieszkaniu, a może domku jak z żurnala, masz dwa samochody i co roku poznajesz nowe regiony świata. Pamiętaj jednak drogi Czytelniku, że Ty i nawet twoi znajomi, którym możliwe, że też się udało jesteście odosobnionymi przypadkami, albo inaczej mówiąc stanowicie ułamek społeczeństwa.


Wielu ludzi równie ciężko jak wy pracowało i nie osiągnęli tego samego, a może nawet też udało im się coś osiągnąć tylko, że w pewnym momencie przestali być potrzebni i powoli zaczęli spadać po drabince społecznej. Z dnia na dzień zaczęli się od nich odsuwać dobrze sytuowani znajomi, którym udało się utrzymać w pierwszej lidze życia, a rodzina doszła do wniosku, że z patologią i nierobami nie utrzymuje kontaktu.


Jak widzisz drogi Czytelniku, zanim powiesz „mnie się udało”, spójrz czy obecnie jesteś prawdziwym właścicielem czegokolwiek i czy masz jakikolwiek wpływ na cokolwiek w swoim życiu — mieszkanie, auto i sprzęty domowe są własnością banku; dzieci — prędzej czy później wylecą z domowego gniazda, aby powrócić do niego tylko i wyłącznie jeśli będą mogły osiągnąć z tego jakąś korzyść; żona, dopóki widzi męskiego, seksownego, pewnego siebie faceta, z odpowiednią zawartością konta mówi: „Kocham cię psiaczku! Idziemy pod kołderkę?”. Kiedy to wszystko stracisz i nie daj Bóg do tego zachorujesz, stracisz — ją (tak samo jest w odwrotnym przypadku, jeśli facet znudzi się żoną znajdzie sobie jakąś osiemnastoletnią utrzymankę, która i tak go w pewnym momencie znudzi i wymieni ją na lepszy model).


Odpowiesz mi drogi Czytelniku, mamy kapitalizm — każdy radzi sobie sam. I w pewnym sensie masz rację… Należy jednak takiej osobie stworzyć warunki, aby mogła pomóc sobie sama. W erze daleko posuniętego „networkingu”, osoba wyrzucona poza nawias społeczny, z nędznym zasiłkiem, albo nawet bez niego (śmieciówki, zbyt krótkie okresy składkowe) nie ma zbyt dużych szans powrotu na łono społeczeństwa. Dlatego czasami podanie jednego palca (nawet nie dłoni) może pomóc takiej osobie wrócić do normalnego życia.


Nazwiesz taką osobę nieudacznikiem… I też w pewnym sensie masz rację! Czy jednak można tak nazwać osobę, która przez całe życie ciężko pracowała, była dobrym specjalistą, aż w końcu usłyszała złowieszcze zdanie: „Wie pan/pani mamy kryzys… musimy się rozstać”? ! Prawdopodobnie tak…, ale to by znaczyło, że żyjemy w świecie samych nieudaczników i potencjalnych kandydatów na nich!


Powiesz, że to co wypisuję to bełkot kolejnego zakompleksieńca, który zazdrości tym, którym udało się coś osiągnąć. I też w pewnym sensie masz rację. Niczego człowiek nie zazdrości bardziej niż nawet iluzji życia, nieważne na jak glinianych fundamentach by nie stała.


Drogi Czytelniku nie będę Cię zamęczał filozoficznymi rozważaniami o tym, że w cywilizowanym świecie, każdy człowiek powinien mieć prawo do godnego życia, czas na wypoczynek i możliwość tworzenia ciepła domowego ogniska, ale także szansę na tworzenie wizji przyszłości. Zanim zostaniesz „rozerwany” przaśnym humorem kolejnych rozdziałów zapoznaj się z życiem szarego człowieka stojącego nad przepaścią w tym rozdziale, może Ty nim nie jesteś, ale może to być ktoś kogo znasz, albo mijasz na ulicy.

1. Niebajeczka o dzikim gołębiu
Czyli kilka zdań o człowieku znikąd część I: Z… jak Zenon, Zbigniew, Zdzisław, Zygmunt?!

Dawno, dawno temu…. Za górami, za lasami, w dziwnym kraju, gdzie wszyscy są mili, a każdy każdego nienawidzi mieszkał sobie Z… Zenon, Zbigniew, Zdzisław a może Zygmunt. Tego nie wiem — może to był ktoś kogo znamy, często mijamy na ulicy, może nieznajomy, a może był po prostu był nami? Zapraszam do poznania historii tego niesamowitego człowieka….


„Posrany kraj, posrani ludzie, to gołębie normalnym też srają na głowę” — pomyślał sobie Z. kiedy pierwsza fala białej mazi zaczęła spływać po jego czole. Po chwili dodał, tym razem wykrzykując na głos „Kurwa mać!!! Czy w tym kraju nawet samobójstwa nie można popełnić w spokoju?! Kurwa…. Ani żyć, ani umierać w spokoju tutaj nie można.” Z. dodatkowo wymamrotał pod nosem: „Trzeba było słuchać mamy i zamiast się uczyć tyle lat zwiewać po maturze do Reichu i podcierać staruszkom tyłki, albo zbierać truskawki — teraz może miałbym własny biznes…” Zanim skończył kolejna porcja białej mazi zaczęła zalewać twarz Z.


Połączenie krwistoczerwonej twarzy z białą mazią, którą były ptasie odchody wyglądało komicznie — dla wszystkich, którzy mogliby obserwować tą scenę tylko nie dla Z., który właśnie stał na dachu jednego z najwyższych mieszkalnych wieżowców w swoim mieście i zastanawiał się co dalej ma zrobić ze swoim życiem, którego celowość od dłuższego czasu podważał, tak samo jak jakąkolwiek empatię: pracodawców, przyjaciół, kobiet i innych ludzi, z którymi miał przyjemność spotykać się w całym, nędznym — w swoim mniemaniu życiu.


Z. pomyślał sobie:


„Piękny budynek — i to w mieście nazywanym Czarną Dziurą, do której każdy mógł śmiało wejść, ale żywy nigdy jej nie opuścił. Do tego wysoki — raz, dwa, trzy i zamienię się w plamę — pewnie wszystkie dewotki z okolicy zlecą się, aby wyć i kajać się nade mną tak jak… Talibowie; dzieciarnia stanie i zapyta się mam — czy to coś co leży na chodniku to soczek truskawkowy i gdzie można go kupić; starsi panowie zdejmą kapelusze, pokiwają głową kilka razy i wrócą do swoich domów, zastanawiać się jakby to było wysłać na dach swoje zrzędliwe, brzydkie żony i przypadkiem pacnąć je w plecy, np. kiedy wieszałyby pranie; młodzi przejdą po tej plamie jakby niby nic, co najwyżej krzykną po kilku krokach pod nosem, że pewnie wcześniej weszli w jakieś gówno; a kapitaliści tylko skomentują to ze znanym sobie urokiem i swadą mówiąc, że kolejny roszczeniowy nierób, któremu nie chciało się robić zapił się na śmierć…”


Co do budynku Z. miał rację. Wieżowiec ten liczył sobie blisko trzydzieści pięter, znajdował się w centrum wielkiej betonowej dżungli — zapyziałego, aczkolwiek według wszystkich roczników statystycznych uważanego za jedno z największych w kraju miasto. Z jednej strony otoczony był innymi, podobnie wysokimi olbrzymami — klocami rodem z epoki PRLu, z drugiej miejskimi slumsami rozlatujących się poniemieckich, pożydowskich i porosyjskich pozostałości, kiedyś pięknych kamienic, których mury i spadające bardzo często na głowy niczego nieświadomych ludzi cegły były współudziałowcami rodzinnych dramatów, z trzeciej zaś strony znajdowały się piękne centra handlowe, dyskoteki, super mega kina dla tych co chcieli zaznać odrobiny luksusu w swoim nędznym szarym życiu, w którym dotarcie do dwudziestego każdego miesiąca bez debetu na koncie było prawdziwym świętem a pensja w wysokości góra 1500zł netto starczała tylko na życie, a raczej pasożytowanie u rodziców w przepełnionym M3, z czwartej strony znajdowało się parę chińskich budek z żarciem, zachwalonym zarówno przez wielbicieli psów, którzy chcieli się ich jak najszybciej pozbyć swoich pupili, jak i przez osoby panicznie bojące się szczurów, myszy i innych, tego typu gryzoni, które nieświadome tego co często stanowiło główną zawartość ich ukochanej „sajgonki”, bez przerwy je zachwalały wśród swoich znajomych, tylko czasami się zastanawiając: „Skąd oni biorą te pyszne mięsko?!” Nie można również zapominać o przypominających kościotrupy studentach i pracownikach wielkich korporacji ze wsi, małych miasteczek i wielkich bogatych osiedli na peryferiach miasta, którzy postanowili udowodnić swoim rodzinom, że w Polsce można coś osiągnąć samodzielnie i wynieśli się z domów rodzinnych, rozpoczynając kołchozowe życie w mieszkaniach, które wynajmowali w cztery, pięć a czasami nawet więcej osób, pracując za stawki, które prawdopodobnie rozbawiłyby niejednego chińskiego, czy wietnamskiego pracownika budki z tanim żarciem i oczywiście żywiąc się żarciem z „chińskiej budy”, które co prawda nie miało żadnych wartości odżywczych, ale pozwalało oszukać wszechogarniający głód i przetrwać do kolejnego dnia.


Z. rozglądał się dookoła siebie. Nie zwracał uwagi na to, że zimny wieczorny wiatr smaga jego ciało jak bicz niewolnika, na którego ciało spadają niezliczone ciosy, raniąc go do krwi. Trzęsący się z zimna i podekscytowania Z. obserwował swoje miasto, które powoli zasypiało po ciężkim dniu. Zachodzące Słońce oświetlało różne jego strony, zarówno znacznie oddalone peryferyjne, podmiejskie wille i pałace najbogatszych mieszkańców, olbrzymie hale nowoczesnych fabryk — składalni, które powstawały w szybkim tempie, tak jak zamki z klocków Lego, powstające w jeszcze szybszym tempie pomniki, przypominające skrzyżowanie przerośniętej waginy ze źle sklejoną sztuczną szczęką, ale także miejsca o których nikt nie chciał pamiętać, ani ich widzieć — opuszczone i zaniedbane, mimo iż mogłyby wiele powiedzieć o współczesnej jak i przeszłej historii miasta i ludziach je zamieszkujących — obecnie zostawione same sobie na pastwę losu, tak jakby wszyscy chcieli im powiedzieć „historia historią — a teraz czas na nowy hipermarket z tanimi napojami, chrupkami i mrożonymi frytkami” — często obskurne, w nocy przyciągające typy spod ciemnej gwiazdy, którzy jednym spojrzeniem potrafili doprowadzić starsze kobiety do ataku serca, „gierojów” z innych miast do ekspresowego wyjmowania szwajcarskich scyzoryków, a młode dziewice do dziewięciomiesięcznego procesu produkcji kilkukilowego osobnika człekokształtnego…. zresztą kolejnego, który będzie mógł powiedzieć: „Po co mi było przychodzić na ten świat?!” i podążać sprawdzoną przez jego nieznanego ojca (oraz innych męskich przodków w rodzinie) drogą.


Pierwszym przystankiem na tej trasie było zapicie tego co najbardziej boli, kolejnym zdominowania słabszych i wieczne narzekania na swój los czy to podczas odbywania comiesięcznej pielgrzymki do rejonowego Urzędu Pracy, aby móc się po raz kolejny odhaczyć na liście bezrobotnych w celu otrzymania ubezpieczenia zdrowotnego, skomentowania w niewybredny sposób seksownych kreacji bezrobotnych absolwentek prestiżowych kierunków studiów oraz zostawienia śladu swojej obecności na wszystkim co miękkie, drewniane, czy też mogące należeć do jednego z wrogów numer jeden: Unii Europejskiej lub Żydów, czy też po dwunastogodzinnej harówce na czarno za trzy złote godzina, przy kopaniu rowów u jednego z przedstawicieli młodych, kreatywnych, twórczych pasjonatów lokalnego biznesu, wzorujących się na Gordonie Gekko z Wall Street, BlejkuCarringtonie z Dynastii, czy też najnowszym wynalazku amerykańskiej popkultury DżordanieBelforcie. Ostatnimi przystankami na tej trasie były: spłodzenie potomka w pijanym widzie, opuszczenie rodziny, wejście w konflikt z prawem, wyjście z pierdla i zamieszkanie w przytułku lub na ulicy i znalezienie wiecznego spokoju na cmentarzu dla anonimów, który bardziej przypominał miejsce spoczynków czworonogów niż istot, które kiedyś były ludźmi, albo tak przynajmniej o sobie tak myślały.


Zanim nastąpił jego marny koniec, dla typa spod ciemnej gwiazdy liczył się jednak tylko fajrant i możliwość przepicia zdobytej w heroiczny sposób dniówki, we wspomnianych wcześniej „zakazanych rewirach” oraz zamienienie kilku frajerskich w ich mniemaniu twarzy obcych ludzi w zręczną krzyżówkę mopsa z cyrkowym klaunem.


W dzień, ruiny przyciągały inne towarzystwo, tym razem bardziej różnorodne, nadające kolorytu lat sześćdziesiątych, kiedy to pół nadzy hipisi z resztkami skręta w ustach wybiegali na środek ulicy i pokazywali zakonnicom swoje przyrodzenia.


Do miejsc tych, jak do Mekki ciągnęły zarówno osoby wykształcone jak i te, których edukacja zakończyła się na poziomie abecadła, biedni i bogaci, psychiczni i normalni, dziwki i cnotliwe stare panny uważające się za podstawę zdrowego społeczeństwa, dewianci poszukujący szczęścia w ramionach galerianek i studentki poszukująca miejsca na chwilę intymności z przestraszonym chłopakiem, który za chwilę miał zobaczyć coś co zszokuje go wcale nie mniej, niż lądujący na środku ulicy spodek kosmiczny. Każda z tych grup miała na celu zdobycie, wręcz zawłaszczenie każdego skrawka tego „zakazanego” terenu, pełnego: zardzewiałych prętów, walących się ścian, tysięcy puszek, butelek, prezerwatyw i zużytych strzykawek.


Wykształceni dzielili się na dwie grupy, które mimo wszystko łączył wspólny cel. Pierwsza grupą byli idealiści, którzy w okresie niemowlęctwa wypadając z kołyski i ratując się przed upadkiem chwycili „Dzieła Zebrane” Marksa i Engelsa ze znajdującej się blisko ich ciasnego lokum biblioteczki, których uderzenie tak zmieniło ich światopogląd, że od tej pory próbują zmienić cały świat. Druga grupa to młodzi bezideowi absolwenci studiów, którzy swoje puste, spędzane na liczeniu much i grzybów na ścianie, walczeniu z kolejnymi etapami rozmów rekrutacyjnych życie bezrobotnych bez prawa do zasiłku postanowili spożytkować na urządzaniu protestów zarówno przeciwko bogatym….. „bo są be i fuj”, „bo to kapitalistyczne świnie, które wożą swoje tłuste tyłki superdrogimileksusami i terenówkami”, a ich jedyny luksus to porcja szynki zjedzona raz na tydzień, dzięki pomocy tyrających powyżej swoich sił rodziców jak i biednym ….”bo noszą wszy i całego świata, a poza tym piją, a każdy kto pije to lump i menel…, do tego roznoszą niechciane ciąże i zostawiają tajemnicze znaki na ścianach bloków…”


Obydwie grupy mimo stosowania różnych metod chciały oddać ruiny społeczeństwu, które następnie miało przywrócić im ich dawny koloryt i stać się miejscem spotkań mniej lub bardziej nawiedzonych przedstawicieli świata kultury, nadambitnych studentów i doktorantów, emerytów z pasją opowiadających o swoich często nierealnych przygodach oraz dzieci, z pasją szorujących piękne i błyszczące podłogi swoimi brudnymi bucikami.


Osoby, które na sam dźwięk „edukacja” dostawały gęsiej skórki i przez chwilę toczyły pianę na ustach chciały zachować to miejsce takim jakim jest obecnie — miejscem: spotkań lokalnej „elity”, narad „starszyzny”, pierwszych młodzieńczych inicjacji, zarówno tych seksualnych jak i tych związanych z używaniem używek wszelkiego rodzaju.


Z kolei biedacy, chcieli znaleźć dla siebie miejsce, w którym mogliby jak mityczny król Midas stać się bogaczami, przynajmniej w swojej definicji tego słowa — eksplorując tak jak najodważniejsi nurkowie — oceanonauci niekończące się morze złomu, które zalewa każdy fragment tego zakazanego miejsca, walcząc jak komandosi z Gromu o każdy wolny kawałek zardzewiałego prętu wystającego z ziemi lub o każdą puszkę, zapewniając w ten sposób dalszą wegetację — o dzień, może o dwa sobie i swojej licznej rodzinie.


Inną grupą byli bogaci. Podobnie jak biedni walczyli o każdy skrawek tego tętniącego życiem miejsca, ale już w innych celach. Głównym z nich było pomnożenie swojego kapitału, udowodnienia konkurencji tego, że ich „cojones” są większe, cięższe i mają biznesową moc bomby atomowej. Pozostałymi celami było m.in. pokazania żonie lub licznym kochankom w wieku ich córek swojej użyteczności na innym polu niż tylko łóżkowe zabawy w doktora i jodłującą, lekko wyuzadaną Calineczkę oraz pokazanie znajomym miejsca tych wszystkich biedaków, niedorajd życiowych i przeintelektualizowanych intelektualistów w grubych okularach na ich własnej drabinie społecznej, która składała się tylko z dwóch grup: ich oraz grupy podobnych do nich znajomych, oraz niesamodzielnych zwierząt, które jako dobrzy właściciele musieli wytresować, aby mogły odnaleźć się w ich świecie, w którym mogli pełnić rolę nie partnera, ale usłużnego podnóżka, który na skinienie palcem robił dla swojego pana wszystko co tylko zechciał, a do tego nie chciał od niego nic poza miską przeterminowanego ryżu.


Reszta z użytkowników tego miejsca nie była już tak ważna, nie wywierała na nie tak dużego wpływu jak pozostałe grupy. Psychiczni widzieli w nim mityczną krainę mlekiem i miodem płynącą, w której mogli godzinami rozmawiać ze swoją dłonią, którą uważali za mityczną Ewą, chodzić i salutować sami przed sobą — uważając, że przemawiają jako Napoleon do wojska.


Stare panny mogły szukać emocji w postaci wygłodniałych kawalerów, albo też bredząc i marudząc cały czas zwracać bawiącym się dzieciakom uwagę o tym, że nie można wyrzucać papierków od cukierków tam, gdzie leżą już sterty innych śmieci „bo tak nie wypada”.


Dewianci mogli zajmować się galeriankami, które wykorzystując prostą zasadę popytu i podaży od najmłodszych lat rozwijały swój mini biznes rozrywkowy, nie zwracając uwagi na jakiekolwiek zagrożenia ze strony dziwnie zachowujących się osobników, traktując ich jak urzędniczki petentów przy okienku krzyczące: „następny proszę…”. Studentki zaś świadome tego, że niedługo jak piękne kwiaty, powoli zaczną więdnąć i tracić zainteresowanie płci przeciwnej — zwłaszcza tej pochodzącej z zamożnych rodzin wabiły swoimi feromonami w to miejsce niedoświadczonych i jeszcze niczego nieświadomych młodych mężczyzn.


Z. od dłuższego czasu patrzył na ruiny jednej z fabryk, zatrudniającej kiedyś kilkadziesiąt tysięcy osób, obecnie dostarczającej mnóstwa rozrywki wspomnianym wcześniej grupom oraz dużych zarobków właścicielom lokalnych punktów skupu złomu. Zastanawiał się nad tym co go pchnęło do tego, aby wejść na dach tego budynku i stanąć tuż przy krawędzi dachu.


Z. znowu spojrzał, tym razem na otaczającą go ulicę. Zobaczył setki ludzi oczekujących, albo biegnących do tramwaju, złorzeczących na szefa, czy też tylko spacerujących z dziewczyną lub kochanką, tuż przed zachodem słońca. Z odsunął się od krawędzi, znalazł coś co przypominało składowisko betonowych płyt i pod nosem wymamrotał: „A ja do kurwy nędzy kim jestem i do czego dążę?! Co mnie łączy z tymi pojebami na dole?” Tym razem już głośno zaklął „Ja pierdolę, a mama ostrzegała że ludzie to chuje…”.


Z. w milczeniu zaczął chodzić dookoła dachu, nie reagując przy tym na nic, ani na gołębią kupę, która zupełnie posklejała jego włosy i pokryła twarz, ani na łzy spływające z jego oczu, które zalewały jego usta oraz czarną marynarkę, ani też na podchodzące do niego, z coraz to większą pewnością siebie sroki i wrony….


Z. był młodym człowiekiem. Postronny obserwator nie mógł mu dać sędziwego według większości mediów i kolorowych, tryskających od fotografii nastolatek gazet wieku lat trzydziestu kilku. Z drugiej strony wszystko zależało od obserwatora — starsi uważali go za osobę bardzo młodą, która nadal z plecakiem na ramieniu chodzi na studia i ma zrobiony góra licencjat (a jeśli chcieli być złośliwi pytali się go, kiedy obroni magistra) — młodsi zaś nazywali go starym dziadkiem, którym pewnie ma z dwadzieścia pięć, a może nawet trzydzieści lat i powinien już powoli szykować się do piachu (oczywiście dół powinien wykopać sobie on sam, bo „szkoda na takiego ramola czasu”). Z. nie był żadnych z tych typów. Fakt problemy życiowe dodały mu lat, ale nadal mógł powtarzać znajomym, że dobre geny plus codziennie picie mleka oraz maseczka z ogórków skutkują młodym i atrakcyjnym wyglądem. Z. mentalnie czuł się jednak na sto a może nawet więcej lat. Jego młodzieńczy zapał zgasł, wrażliwość została wystawiona na próbę, a naiwność zaczęła zadawać pytanie: „Czy jest tu ktoś jeszcze bardziej naiwny niż ja?”.


Z. skończył rozważać nad tym, czy powinien zostać wyrzucony przez społeczeństwo do mentalnego domu starców — czyli zamknąć się w domu i odliczać dni do niechybnie zbliżającego się końca gdzieś za pół wieku z okładem, czy też powinien korzystać z uroków atrakcyjnej elewacji zakrywającej zawartość schowanego w kieszeni dowodu osobistego. Z. wrócił do wspomnieniami do wydarzeń ostatnich dni, które całkowicie zburzyły jego poglądy na świat, ludzi i całą egzystencję na tym łez padole.

2. Niebajeczka o dzikim gołębiu
Czyli kilka zdań o człowieku znikąd część II: Darwinizm społeczny złamanego serca

„Proszę Pana, wie Pan, że to Pana kolejny miesiąc, w którym osiągnął Pan złe wyniki. Mówiłem Panu, że jeśli Pan w ciągu najbliższego miesiąca nie poprawi skuteczności sprzedaży to będziemy musieli się z Panem rozstać proszę Pana. Niestety nie zostawia nam Pan innego wyboru proszę Pana — musimy Pana zwolnić. Proszę nie przychodzić do pracy od poniedziałku proszę Pana oraz przypominam Panu o konieczności rozliczenia się dziś ze służbowych sprzętów oraz dostarczenia informacji na temat zakończonych w ostatnich miesiącu projektów dla Pana następcy, proszę Pana”. Mówił do Z. jego szef A. — korpulentny dyrektor handlowy firmy X zajmującej się sprzedażą sprzętu agd, z którego „panowania” śmiali się wszyscy pracownicy zaczynając na sprzątaczce, a na prezesie kończąc.


„Jebany fajfus. Powinien się cieszyć, że ktokolwiek chce kupić to jego tandetne gówno” pomyślał sobie Z i odpowiedział szefowi „dobrze do piątku wszystko dostarczę”. Z. wyszedł z gabinetu A. i idąc do swojego działu długim korytarzem, który przypominał mu trochę bardziej luksusową wersję tunelu kolejowego ubranego w to co jakiś niezbyt trzeźwy architekt wnętrz znalazł przypadkiem w IKEI powtarzał sobie w myślach:


„Kurwa mać!!! Gdzie moja asertywność?! Z zamkniętą mordą przyjąłem wszystko, co ten głupi cap mi powiedział. Sam powinien spróbować sprzedawać to coś…. jeżdżąc całe dnie po różnych dziwnych miejscach i zachwalając sprzęt, o którym powinno się klientowi mówić tak — proszę kupcie nasz sprzęt, on nigdy was nie zawiedzie, jesteśmy jedyną firmą na świecie, która sprowadza sprzęt, które nigdy się nie włączy — z resztą problemów wasz klient poradzi sobie sam…”


Z. kontynuował rozważania:


„Buc jeden! Narzeka na wyniki sprzedaży tego dziadostwa a zatrudnia wszystkich za parę złotych na umowę zlecenie. Potrafi tylko gadać i gadać jak wszyscy źle pracują, mają roszczeniowe nastawienie do życia i ile to on musi samemu robić… taaa ….kiedy my siedzimy do 19, często kończymy o 21 próbując opchnąć ten syf naiwniakom, on po 15 już jedzie na spotkanie biznesowe do swojej kochanki”.


Z. doszedł do drzwi swojego działu i ze złością spojrzał na napis z pozłacanych liter „Dział Handlu”. Przeliterował sobie w myślach tą nazwę i pomyślał sobie kolejny raz:


„Kurwa mać! Dwa kierunki studiów, podyplomówka, dwa języki obce, po to aby wciskać ludziom kit a do tego nie masz prawa narzekać, jakby co na twoje miejsce jest mnóstwo jeszcze młodszych, jeszcze lepiej wykształconych młodych jurnych pojebów, którzy zgodzą się wypełniać te posrane testy niedopieszczonych cipek haerianek, zastanawiając się dlaczego to właśnie tu powinno być kółko a tam krzyżyk a na samą myśl, że w ogóle zostanie z nimi podpisana jakaś umowa o pracę — nawet śmieciówka, że nie będą już musieli odrabiać pańszczyzny na stażach i praktykach za darmo są w stanie później pracować całe dnie, bez życia prywatnego, donosić na kolegów, udawać życzliwych i pełnych wigoru po odpowiednim nawaleniu się prochami rano po południu i wieczorem. Kurwa, jacy Ci ludzie są naiwni i pierdolnięci.”.


Z. otworzył drzwi i wszedł do swojego działu, na który składało się parę biurek, telefonów i laptopów. Odpadająca od ściany tablica do przypinania karteczek z różnymi dziwnymi pomysłami oraz pilot do zagrzybionej, od lat nieczyszczonej klimatyzacji i wielki kaktus, który stanowił jedyne punkt, w którym zgadzali się panowie i panie pracujący w dziale — przypominał wielkiego fallus w stanie erekcji.


Z. podszedł do swojego biurka, usiadł na przetartym krześle, otworzył laptopa, który sam musiał sobie kupić do pracy, a raczej musiał wyżebrać od rodziny i spojrzał na obrastający pleśnią kubek, który dostał od kierownika działu B. w dniu, w którym pełny rozpierającej energii, twórczych pomysłów i nadziei na przyszłość rozpoczynał pracę w firmie X. Wzrok Z. zastygł na jego koleżankach z pracy K., S. i N. i pomyślał sobie „Kurnik!!! Po prostu kurnik — tak jakbym cofnął się do podstawówki, albo liceum, gdzie wszystkie dziewczyny rozmawiały ze sobą o kosmetykach, chłopakach i innych duperelach. Jak można pracować słuchając tylu plot, opinii na temat nowych kosmetyków i długości kutasów ich partnerów?!


Wszystkie zgrabne, seksowne i gotowe do ataku na kolejny szczebelek w hierarchii firmy — nieważne co musiałyby zrobić, jak każdy porządny szeregowiec zrobią to, uśmiechną się i do tego podziękują pięknie się kłaniając i stukając swoimi drogimi szpileczkami w tandetną podłogę… (a może odwrotnie)”. Z kontynuował:


„Właśnie…! Wszystkie zapieprzają za nędzną kasę a żyją na poziomie osób dobrze zarabiających — ciekawe jak to robią, że zarabiając niewiele ponad minimalną stać je na nowe auta, markowe ciuchy i kosmetyki, imprezowanie w weekendy, wyjazdy na wczasy, wynajmowanie drogich mieszkań….. ten temat byłby chyba nawet interesujący dla Discovery eliminując z ramówki tematykę porywających krowy kosmitów i tajnych eksperymentów obcych na Saharze”. Rozmyślania Z. zostały nagle przerwane przez jedną z jego koleżanek K….:


„I co u starego…?” Zapytała się Z. K.


„Zwolnili mnie, podobno mam za słabe wyniki…” Odpowiedział K. Z.


„Przykro mi, na pewno sobie poradzisz…” Szybko dodała K.


Z. pomyślał sobie:


„Sratatata… Głupia pinda z tej K., wszystkim powtarza wyuczone na pamięć regułki. Potrafi setce osób powiedzieć ten sam tekst… jakby czytała z kartki…, aby później obgadać tyłek tym osobom podczas pogaduch z koleżankami. Chce być dyplomatką w oczach innych a i tak wszyscy wiedzą, że jest wredną suką, która nie liczy się z ludźmi i z ich uczuciami. Mam gdzieś jej „kulturę ksera” i tak kiedy wyjdziemy na lunch pobiegnie z koleżankami do reszty opowiedzieć o tym, że zostałem zwolniony i doda od siebie, że się tego spodziewała bo byłem za slaby. Pieprzona zwolenniczka darwinizmu społecznego — tylko najlepsi z najlepszych, których rynek akceptuje mogą przetrwać. Ciekawe…., kiedy ją chciano zwolnić przylatywała do nas zapłakana, a szefa potrafiła błagać na korytarzu o to, aby jej nie zwolnił — co oczywiście poskutkowało, bo kto by zwolnił taką laską, która mu doniesie na wszystkich, z którymi ma bliższy kontakt?”


Oczy Z. na chwilę zamgliły się i znowu przypomniał sobie pierwsze dzień w pracy, kiedy to właśnie poznał K., która została oddelegowana do wdrożenia go w pracy działu. „Frajer!” Pomyślał sobie Z. :

„Dałem się na nią nabrać, tak jak wszyscy inni — a raczej jak każdy facet, który wychodzi z celibatu studiów i zaczyna poszukiwania samicy w wieku rozrodczym, która mogłaby mu urodzić jasnowłose, niebieskookie i wysokie dzieci, a do tego byłaby obiektem zazdrości wszystkich mężczyzn w okolicy…”


Z kontynuował rozważania:


„Gdyby mogła być suką pewnie zostałaby pokryta przez wszystkie psy w okolicy — zaczynając od brudnych kundli mogących zaoferować miejsce w śmietniku, po rasowe pittbule mieszkające w domkach jednorodzinnych u bogatych właścicieli noszących markowe garnitury prosto z galerii handlowych, które codziennie mogły żreć śmierdzące chrupki prosto z marketu. Z pierwszym zabawiałaby się, aby zrobić na złość drugiemu i na odwrót — z drugim, aby zobaczyć jak reaguje pierwszy, który myślał że tak niewinna istotka nie może mu wbić noża w plecy… przecież mieli tylko siebie!”


Z. zaczął się zastanawiać jak mógłby przetłumaczyć to co sobie wcześniej pomyślał na temat K. znajomemu. Doszedł do wniosku, że jeśli jego słuchacz byłby tak nierozgarnięty, że nie byłby w stanie dostrzec drugiego dna w tym co by mu powiedział o K., zacząłby z nim rozmawiać tak, jak rozmawia pani z Jasiem w starszakach grupa 2b o ptaszkach i pszczółkach:


„Dawno, dawno temu, pewnego pięknego dnia spotkałem piękną i inteligentną kobietę… tak przynajmniej myślałem przez pierwszy tydzień pracy, dopóki nie tylko okazało się, że jest zakłamaną wydrą, ale także dziwką, albo damską wersją Don Juana (tak jakby to powiedziały wszystkie powalone dżenderystki) — która najpierw rozkochuje w sobie kolegów z pracy, a następnie po pewnym czasie zmienia ich na nowszy model idąc coraz wyżej w strukturze organizacyjnej firmy, zaczynając z ustami pełnymi męskości zwykłego, prostego stażysty czy też młodszego specjalisty kończąc na kierowniku działu i dyrektorze operacyjnym.”


Z. stwierdził:


„Podobno mężczyźni uwielbiają złe kobiety i najczęściej od ich kuli giną na placu boju zwanym życiem…., podobno złe kobiety kochają złych mężczyzn, podobno zło kocha wszystko co ludzkie… Tylko co by się stało, gdyby samo musiało żyć na tym świecie?! Jak długo by na nim wytrzymało widząc, że jego podopieczni nie tylko pilnie odrobili zadania domowe, ale w pewnym momencie prześcignęli w tym swoich mistrzów?!”


Z. przerwał rozważania, aby uregulować ciągle opadające oparcie krzesła, które od kiedy rozpoczął pracę uniemożliwiało mu przybranie odpowiedniej pozycji ciała, aby móc wygodnie pracować przez cały dzień. Z. zawsze niesamowicie wiercił się na swoim nędznym, najgorszym w dziale krześle, które dostał w ramach firmowego kocenia najmłodszych stażem pracowników przedsiębiorstwa. Siedząc na podłodze i majstrując przy mechanizmie odpowiedzialnym za regulację wysokości oparcia zastanawiał się ile jeszcze czasu zostało do końca pracy: „Kurwa! Jeszcze trochę i przynajmniej nie będę musiał oglądać tego towarzystwa” pomyślał sobie Z. i spojrzał ukradkiem na swoje koleżanki, które udając, że kserują ważne dokumenty, bez przerwy plotkowały i bezczelnie patrzyły na jego tyłek, tak jakby chciały powiedzieć: „Nie takie ciacha tu widywałyśmy chłoptasiu — nie masz się czym chwalić!”.


Z. kontynuował pracę przy krześle i analizował zachowanie koleżanek:


„Zawsze mnie interesowało jak to jest…, kiedy mężczyzna patrzy na cycki i dupę kobiety jest w mniemaniu społeczeństwa męską szowinistyczną świnią, albo przynajmniej zapatrzonym w siebie egoistą, który kierując się prymitywnymi instynktami nie potrafi docenić wnętrza drugiej osoby, mówiąc inaczej… jest po prostu skończonym dupkiem. Kobieta, która zachowuje się w ten sam sposób, oceniając mężczyznę tylko przez pryzmat jego fizycznej atrakcyjności jest uważana za osobę wyzwoloną, która odrzucając kulturowe uwarunkowania, w ten sposób broni się przed mężczyznami, którzy oczywiście wszyscy są źli, zdemoralizowani i myślą tylko o jednym…”.


Z. w końcu naprawił krzesło, usiadł na nim i postanowił do końca dnia markować pracę, którą skończył już parę godzin wcześniej, a w rozpoczęciu nowej nie widział sensu… Niby dlaczego miałby robić coś więcej niż leżało w zakresie jego obowiązków po zwolnieniu z roboty?! Dla dobra kapitalisty, który miał jego los w czterech literach, czy też kolegów w pracy, którzy tylko zacierali ręce, że wygrali zakłady, że zostanie wywalony na zbity pysk, bez odprawy i szans na zasiłek?! „Takiego wała!” pomyślał sobie Z.


Z. wrócił do przerwanych problemami z krzesłem rozmyślań o K.:


„K jak kurwa — pomyślał sobie…. Nie tylko to słowo pasuje pod tą literkę… Ona jest jak kameleon i krokodyl w jednym — potrafi być wręcz przesympatyczna, aby po chwili odgryźć ci jaja. Najpierw wabi cię, omotuje wokół palca tak, że robisz za nią wszystko o co cię poprosi — jak frajer, tak że w pewnym momencie swoją pracę musisz brać do domu, aby zająć się jej zleceniami. W zamian zostaje twoim szoferem, dziwką i najlepszą przyjaciółką. Kiedy zacznie się tobą nudzić, powoli, bez słowa odsunie cię od swoich spraw i życia. Znajdzie innego faceta będącego w danej chwili samcem alfa i rozpocznie z nimi tokowanie na oczach przegranego samca omega…, czyli ciebie.”


Samo wspomnienie porażki otrzeźwiło Z. spojrzał na K. i na jej kamienną twarz …, która nie wyrażała nic — ani pozytywnych, ani negatywnych emocji — można było powiedzieć, że była jedną z wielu tzw. zimnych korporacyjnych suk, które jak roboty w godzinach pracy bezwolnie wykonywały swoje zadania, a po godzinach zamieniały się w wampy, które bez jakiegokolwiek zastanowienia krzywdziły partnerów jeden po drugim, bez przerwy uzasadniając swoje zachowanie tym, że przecież nikt nie zabraniał jej dotychczasowemu partnerowi być tym, kim chciała, aby był…”


Z. ciągle zastanawiał się jak sobie wyobrażały swojego korporacyjnego księcia z bajki te wszystkie panie, które bardziej przypominały wielki głaz niż prawdziwą kobietę z krwi i kości, która swoją kulturą, ciepłem i poczuciem humoru mogłaby stworzyć dom, do którego zarówno ona jak i jej partner wracaliby z przyjemnością po wielu godzinach spędzonych w obozie pracy.


Z. przypomniał sobie jedną z wielu rozmów, które podczas godzin pracy odbywały jego koleżanki na temat idealnych mężczyzn:


„Mężczyzna powinien być wysoki, przystojny, wysportowany, być dobry w seksie, mieć pasje — zwiedzać świat, grać w zespole muzycznym, pisać książki, być sportowcem, mieć własne mieszkanie, auto, lubić imprezować i mieć skończone najlepsze studia, najlepiej techniczne, do tego powinien być bezczelny i pewny siebie oraz znać się na modzie”.


Z pomyślał sobie:


„Darwinizm społeczny zarówno w pracy i w życiu prywatnym. Tylko najsilniejszy może wygrać — zarówno w pracy jak i w staraniach o rękę takiej panny. Fakt w epoce kamienia łupanego, ten kto nie miał własnej jaskini, dużej maczugi i własnego dinozaura nie miał szans na zdobycie kobiety, a co za tym idzie na przedłużenie gatunku, ale do kurwy nędzy podobno już przestaliśmy być neandertalami i zeszliśmy z drzewa — a tutaj okazuje się, że jednak nic z tego… Jak byliśmy małpami, które siedzą na gałęzi i nią trzęsą, tak aby ją urwać i spaść z nią na sam dół, tak nimi jesteśmy nadal i nic tego nie zmieni, ani edukacja, savoir vivre i wielkie księgi kodeksów etycznych. Małpa, a raczej „maupa”, bo chyba nawet zwierzęta mają w sobie więcej ciepła i wrażliwości, zostanie wyuczona, ale kiedy tylko będzie mogła będzie wracała na drzewo i na tą nieszczęsną gałąź aby w końcu ją w końcu odciąć…”

Z. patrzył nadal na K. tak jakby patrzył na posąg i zastanawiał się w myślach:


„Każdy z tego towarzystwa jest siebie wart, dlatego jest akceptowany i pracuje, każdy kto chciałby je zmienić od razu staje się wrogiem numer jeden, który już na samym starcie jest spychany w otchłań. Staje się nieakceptowanym przez towarzystwo outsiderem, którego za wszelką cenę trzeba wygryźć. Nawet jak nie chcesz nic zmieniać wystarczy podejrzenie — grymas podczas zebrania, niewłaściwe spojrzenie na szefa, albo prośba o podwyżkę, czy też urlop”


Z kontynuował rozmyślania:


„Nienawidzę bucy, dla których liczy się tylko nazwa, metka i osiągnięty status; chamów, dla których drugi człowiek jest wart tylko tyle ile można na nim zarobić lub awansować; agresorów, którzy tak jak nawalone ćpuny szukają tylko pretekstu do starcia ze słabszym od siebie przeciwnikiem i innych pojebów, którzy sami nie wiedzą co tutaj robią, a rozpierdalają życie innym. Dlaczego tylko tacy tutaj pracują?! Dlaczego normalny, miły, kulturalny, uczciwy i pracowity człowiek, który pracuje rzetelnie, nie narzeka na zarobki, ani na nienormowany czas pracy dostaje wypowiedzenie?! Bo nie chce wciskać kitu i okłamywać innych ludzi?! Bo nie chce brać udział w zakulisowych gierkach szefów i kolegów z pracy?! Dlaczego zostanie tutaj tylko banda karaluchów mentalnych, która nadal będzie się zajmowała donoszeniem, wzajemnym zrzucaniem się ze stołków i podkopywaniem swojej pozycji i wiarygodności oraz tworzeniem iluzji wysokiej kultury i wyznawanych wartości…..?!”


Z. został wyrwany z półletargu. Kiedy spojrzał na godzinę na swoim laptopie, dochodziła 16. W ciągu kilku minut opróżnił biurko, najważniejsze dokumenty zapakował i zaniósł do archiwum, a resztę rzeczy włożył do rozpadającego się pudła po papierze ksero. Równo o godzinie 16 do sali, w której znajdował się „open space” Działu Handlu przyszedł ochroniarz N. Z góry przeprosił Z. za to co będzie musiał zrobić i szybko chwycił pudło, które przed chwilą spakował Z. i jego całą zawartość wysypał ponownie na biurko. Przez blisko pół godziny sprawdzał każdą rzecz, którą chciał ze sobą zabrać Z., który stojąc na środku pomieszczenia, z ogromnymi rumieńcami na policzkach, zaczął rozmyślać nad zaistniałą sytuacją:


„Ja pierdolę! Nie dość, że zatrudnili mnie na warunkach afrykańskich, płacili jak w Mongolii, to jeszcze jestem traktowany jak bandyta, złodziej, który chciałby wynieść w jednym pudle jakieś skarby i tajemnice. Tak jakby było tu cokolwiek do wyniesienia! Komputery sami sobie kupiliśmy, drukarki to takie złomy, że nikt nie zabrałby ich do domu, bo byłby to po prostu nieopłacalny biznes… Nie dość, że co kwartał lądują w serwisie, to jeszcze za zestaw tonerów trzeba wybulić tysiąc złotych. Tajemnice?! Niby jakie…?! Nikt od nas nie chce niczego kupować. Tylko wysyłamy maile z ofertami i tyle… Chyba, że szef zbiera haki na dziewczyny i uważa, że prowadziłem pamiętniczek zapisując dzień po dniu, komu moje koleżanki robiły dobrze w firmowej toalecie. Chuj mnie to obchodzi, z kim się walą… byleby tego nie robiły publicznie na moim stole. To wkurwia najbardziej, kiedy pracujesz a pierdolnięta laska z jeszcze bardziej jebniętym facetem gzi Ci się publicznie przy wszystkich na twoim stole. Chuj mnie obchodzi, że ma chcicę… Od tego jest toaleta.”


Po dokładnym sprawdzeniu leżącej w bezładzie na stole zawartości pudła, przejrzeniu dysku twardego komputera, ochroniarz pozwolił Z. pozbierać rzeczy. Następnie odebrał mu czipową kartę, która umożliwiała mu wejście na teren firmy i powiedział do niego:


„Pospiesz się Z., przed 17 nie może cię tutaj być. Zanim odprowadzę cię do wyjścia minie dłuższa chwilą. Jeśli nie zmieszczę się w czasie to beknę na tym finansowo. Wiesz dobrze mam żonę, dwójkę dzieci i te sto złotych kwartalnej premii to tydzień żarcia dla naszej gromadki, więc panie Z. niech pan ruszy dupsko i stąd wyjdzie.”

Z. spojrzał na N. i pomyślał sobie:


„I jak tu powiedzieć, że człowiek potrafi się oprzeć magii pieniądza?! Im niżej w hierarchii społecznej jesteś, tym ta magia robi się ciemniejsza. Bogaty zabija, kradnie, oszukuje, aby móc sobie kupić nowy pałac, kolejne Lamborghini, albo mieć na nową dziwkę w kolekcji. Biedny wykonuje zaś idiotyczne i antyludzkie polecenia bogatego, aby tylko przetrwać. Jak dziecko będzie się cieszył kiedy w zamian za to co musi robić dostanie ochłapy i nie będzie musiał patrzeć na smutne twarze swoich niedożywionych szkrabów, którym zafunduje w końcu ciepły obiad, a może nawet kupi kilogram winogron…”


Rozmyślania Z. przerwał N. mówiąc do niego:


„Idziemy już?! Jeśli będziesz się opierał wezwę kumpli i będziemy musieli wyprowadzić cię siłą, a jeśli i to nie pomoże to wezwiemy policję… Wiesz chyba, jak ciężko znaleźć robotę osobę z wyrokiem, nawet takim lekkiego kalibru?!


„Ok. Już skończyłem! Idziemy!!!” Powiedział do N. Z. I pomyślał sobie: „Pierdolony kutafon, sam zachowuje się jak inkwizycja, a kiedy przyjdzie pora na redukcję jego etatu to będzie się dziwił, że ludzie zachowują się w stosunku do niego jak chuje. Każdy myśli, że jeśli będzie bezwolnie wykonywał swoje zadania, to nie znajdzie się po drugiej stronie, że to co robi innym ludziom go ominie… Jak można być takim kretynem?!”


Z. wychodząc pod eskorta uzbrojonego ochroniarza z Działu Handlu, ostatni raz spojrzał na swoje koleżanki i wysłuchał tego co miały mu do powiedzenia:


„Było nam bardzo miło z Tobą pracować”


„Jakie krótkie a jak pięknie brzmi! Nie ma chyba piękniejszego zdania podkreślającego więzi firmowe. Zamiast powiedzieć — spierdalaj ty chuju jebany, co byłoby przynajmniej szczere z ich strony i nikt nie miałaby pretensji nawet o wulgarność wypowiedzianych słów, one główkują i główkują co powiedzieć, drapią się po tych pustych łbach jak makaki i nie wiedzą jak wybrnąć z tej dość drażliwej sytuacji — przecież nie na co dzień widzi się trupa, którego jedynymi perspektywami na najbliższe miesiące a nawet lata są: comiesięczne odwiedziny w pośredniaku, łażenie na głupie rozmowy kwalifikacyjne, oglądanie głupot w telewizji, zadłużanie się w lombardach, super chwilowych geszeftach typów spod ciemnej gwiazdy i zastanawianie się nad tym dlaczego akurat to właśnie ja nie pasuję do tego społeczeństwa”


Ochroniarz doprowadził Z. do drzwi wyjściowych z firmy. Stał w nich, dopóki Z. nie znikł daleko za horyzontem. Z. czuł na sobie obecność jego wzroku i pomyślał sobie:


„Już nie tylko jak złodzieja… Potraktowali mnie jak jakiegoś nawiedzonego fundamentalistę, któremu kumple zostawili gdzieś jakiś pakunek z biletem w jedną stroną — kamizelką po brzegi wypełnioną dynamitem, zapalnikiem i innymi akcesoriami zestawu małego terrorysty samobójcy. Jak są tacy uczciwi w stosunku do pracowników, to czemu obawiają się, że któremuś z nich mogłoby nagle odpierdolić i chciałby rozpierdolić cały ten blaszany barak. Zresztą co mnie tu już obchodzi?! Pierdolę ich wszystkich, równo! To całe zakłamanie, tę szopkę!!!”

3. Niebajeczka o dzikim gołębiu
Czyli kilka zdań o człowieku znikąd część III: Stypa szczura

Z. wracając z pracy wstąpił do znajdującego się obok jego już byłego zakładu pracy sklepu, aby zaopatrzyć się w zestaw prawdziwego stypowicza, która miał mu pomóc w uśmierzeniu bólu egzystencjalnego po utracie pracy i zebraniu myśli, tak aby mógł zebrać wszystkie kawałki skorupy życia i lepiej lub gorzej je posklejać.


Jak zawsze wszedł do wielkiego dyskontu spożywczego należącego do jednej z największych sieci handlowych, którą lubił tylko i włącznie dlatego, że mógł tam kupić wszystkie produkty co u konkurencji, tylko zdecydowanie taniej — powtarzał sobie, zawsze kiedy robił zakupy: „Tanio i dobrze, dobrze i tanio — czy jest w jakaś sprzeczność?”. Jednak nigdy nie próbował dłużej analizować tego problemu — oszczędzał, mógł sobie dzięki temu pozwolić na jedzenie czegoś lepszego niż półprodukty i inne śmieciowe żarcie, które według niego często bardziej przypominało jedzenie dla zwierząt niż dla ludzi. Z uważał, że to jest typowy biznes — ja nie zwracam na to uwagi tak jak prawdopodobnie tysiące innych ludzi i dzięki temu mam codziennie mięso, owoce i warzywa w jadłospisie zamiast produktów żarciopodobnych, przypominających w smaku normalne jedzenie, zrobione jednak z resztek tego, czego nie można było sprzedać, albo zostało z procesu produkcji tego normalnego, dostępnego dla tej lepiej sytuowanej części społeczeństwa.


Tym razem Z. postanowił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Podniósł nieśmiało głowę i rozejrzał się dookoła. Z jednej strony młoda na oko dwudziestoparoletnia dziewczyna ciągnęła za sobą piramidę kartonów mleka, które pewnie były cięższe od niej samej. Jej niezgrabne ruchy świadczyły o tym, że prawdopodobnie była „świeżynką” na stanowisku „wynieś — przynieś — pozamiataj i obsłuż klienta”. Z drugiej strony jej koleżanka rozkładała butelki z napojami. Widać było, że sprawiało jej to trudność. Czterdziestokilkuletnia, niewysoka i drobna kobieta bez przerwy musiała podnosić spadający z wierzchołka piramidy sześciopak wody mineralnej, który bez przerwy spadał na podłogę z hukiem. Tak jak mitycznemu Syzyfowi jej próby ciągle kończyły się porażką i przecieraniem ręką spoconego czoła. Zamierzony efekt przyniosło dopiero podejście rosłego, ponad dwumetrowego ochroniarza, który doszedł pewnie do wniosku, że wszyscy tam jadą na tym samym wózku i podszedł do kobiety i pomógł jej podnieść a następnie wepchnąć na sam szczyt napojowej piramidki nieposłuszny sześciopak.


Na przeciwnym biegunie znalazły się kasjerki, które wypełniły już swoje zadania w zakresie noszenia i układania ciężkich klocków z żarciem na półkach i w ramach odpoczynku zostały skierowane do obsługiwania kolejkowych ogonków. Z gracją i klasą bez przerwy powtarzały te same marketingowe regułki: „dzień dobry” i „dziękuję i zapraszam ponownie”, bez których usłyszenia klient prawdopodobnie już nigdy by nie wrócił. Tak pewnie myśleli wszyscy ci, którzy w zaciszu biur, wieczorem przy mocnej kawce, z sekretarką pod biurkiem próbowali wymyśleć kolejny bezsensowny sposób na zachęcenie klienta do ponownego przyjścia oraz zasłużyć na premię, co jednak dawało zupełnie inny efekt — niesamowite wręcz wkurzenie, kiedy słuchało się tych słów wypowiedzianych automatycznie ze sztucznym uśmiechem na twarzy po raz kolejny. Do tego panie te w tempie robota pracującego w wielkiej fabryce przerzucały po taśmie produkt po produkcie, wklikując do kasy jego kody. Nie zważały czy to było to jedzenie, czy też szkło. Najważniejszy był wynik i obsłużenie odpowiedniej ilości klientów.


Z. spojrzał na zaplecze, którego drzwi były szeroko uchylone, zaczął się zastanawiać co tam mogło się kryć. Stwierdził jednak:


„Nie chcę tego wiedzieć — nie potrzebuję nic więcej poza tym co tutaj zobaczyłem. Widząc tylko to co się tu dzieje, jak wygląda dojście do tej „taniości” robi mi się niedobrze. Nie zmieni to jednak mojego stosunku do zakupów w tym miejscu. I tak będę tu kupował. Biedny widząc jak inny biedny jest rżnięty w tyłek może tylko wykręcić głowę i pójść w swoją stronę, modląc się w międzyczasie o to, aby on sam nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji i nie musiał przeżywać tego co ta osoba, a za osobę w tej sytuacji może zapalić co najwyżej świeczkę i szybko o niej zapomnieć łudząc się, że kiedyś sam będzie rozdawał karty na tym padole i będzie prawdziwym panem swojego życia”.


Tak jak pomyślał, tak zrobił. Chwycił ostatni, brudny koszyk, który stał na podłodze. Spojrzał na listę zakupów i od razu się uśmiechnął. Powiedział szeptem pod nosem: „To mnie dziś uszczęśliwi bardziej niż ruchanie Miss Polonia”. Najpierw skierował się do działu z alkoholem. Chwycił dwa sześciopaki najtańszego piwa, skrzywił się i pomyślał sobie:


„Kwas jak cholera, żadna mucha nie przetrzyma spotkania z tym czymś, nos dostaje skrętu kiszek a żołądek takiego kopa jakby wlać do niego całą butelkę środka do czyszczenia rur…”


i rozwinął swoje przemyślenia, śmiejąc się do siebie tak bardzo, że większość klientów sklepu prawdopodobnie zaczęła go uważać za świra, albo dziwaka:


„…ale za to świetnie rozwiązuje problemy życiowe! Niewielka dawka i już odlatujesz, mając gdzieś to, czy ta mucha, która pływa na powierzchni była pakowana firmowo, czy też była nieznanym dotąd domownikiem”.


Następnie do pojemnego koszyka Z. wrzucił spirytus. Zmarszczył brwi i pomyślał sobie:


„W Polsce nie warto być alkoholikiem — gdyby można było tę chorobę w ogóle wyleczyć, najlepszym lekiem byłoby regularne patrzenie na ceny tego typu produktów. Za jedną butelkę można mieć żarcia na tydzień…, ale co robić jak mus to mus”.


Z. znowu uśmiechnął się obleśnie i chyba tysięczny raz tego dnia wdał się w dyskusję sam ze sobą:


„Kurwa! Sam gadam jak alkoholik, albo inny nałóg… Nie dość, że erotoman, to pracoholik, do tego pijak chlejący tanie piwa i do tego spirytus zamiast wódki. Nie dziwię się, że żadna mnie nie chce…., ale koniec… przynajmniej na razie! Zacznę użalać się nad sobą kiedy wrócę do domu!!! Czas skompletować listę zakupów.”


Z. spojrzał jeszcze raz na półki z alkoholem i na listę zakupów i tak kilka razy. Musiał jeszcze znaleźć kilka win. Wiedział co to oznacza dla niego następnego dnia — mega kaca i spanie przynajmniej do osiemnastej. Chwycił dwie butelki najtańszego markowego wina, które mimo niskiej ceny nie przypominały tego co piją panowie siedzący przed sklepem — miały piękne etykiety i opis w języku francuskim. Z. postanowił jednak się upewnić co to było za wino — chwycił butelkę i przeczytał opis w całości, komentując w myślach to co tam było napisane:


„Blaaaablaaablaaa francuskie pitolenie, tak jakby tutaj mieszkały same żabojady znający tylko język żab, blaablaaablaaa 12% — fakt matematyka to język uniwersalny — to już mówi samo za siebie, blaaaablaaa wyprodukowano w Polsce… może zawierać śladowe ilości siarki.”


„Kurwa mać!!!” Pomyślał Z. i wzdrygnął się z lekkim obrzydzeniem, dodając do krótkiej i dosadnej opinii:


„Francuz robiony w Polsce, pewnie z chińskich winogron… i ta siara… Czym to się różni od tego czegoś na dole regału z tandetnymi rysunkami w cenie trzy, cztery razy niższej od tego czegoś?!”


Z. odstawił na półkę butelki, pochylił się i włożył do kosza dwie butelki wina o wdzięcznych nazwach: „Wątroborozpierdalacz” i „Wiśniowe łono łani” i pomyślał sobie:


„Popieram polską produkcję! Jak już rozwalać sobie wątrobę to z klasą.”


Z. wyszedł z działu z alkoholami, spojrzał na listę zakupów i wrócił do poszukiwań pozostałych produktów w labiryncie regałów. Miał jeszcze kupić coś do jedzenia na zagrychę po całodniowej libacji — spojrzał na półki i pomyślał sobie:


„Kurwa mać!!! Co z tego, że wybór niesamowity jeśli wszystko smakuje tak samo — nieważne czy jesteś trzeźwy czy nawalony i tak wydaje ci się jakbyś jadł trawę, w najlepszym razie liście”.


Po kilku minutach patrzenia, chodzenia między pólkami zdecydował się i wrzucił do koszyka parę kiełbasek, ogórków i chleb. Poszedł w stronę kolejki, w której czekało kilkadziesiąt osób. Przez dłuższą chwilę stał i obserwował ludzi w niej zebranych i pomyślał sobie:


„PRL się skończył a kolejki jak były tak zostały. Pięć kas, działa jedna a ludzie marnują czas. Kolejka jest prawdopodobnie jedną z tych rzeczy, które przetrwają wszystkich obecnie żyjących na tym świecie, ich dzieci a nawet dinozaury, które wcześniej czy później będą tu znowu biegać jeśli będziemy się tak zachowywać jak do tej pory.”


Rozmyślanie Z. zostały przerwane przez starszą panią, która stała przed nim w kolejce. Najwyraźniej bardzo się nudziła stojąc w ogonku i postanowiła znaleźć sobie ofiarę, którą mogłaby zagadać i w ten sposób uprzyjemnić sobie czas spędzony w ogonku.


„Panie, co to jest?! Kto widział, aby na tyle kas jedna działała! Do tego widzi pan jak ta dziewuszka wolno obsługuje — żółw jeden, ja też w młodości pracowałam w handlu i takie coś było nie do pomyślenia!!!” Powiedziała starsza pani swoim skrzekliwym głosem.


Z. najchętniej w tej chwili natychmiast włożyłby sobie zatyczki do uszu. Bez nich był na straconej pozycji — nieważne co powie i tak będzie zamęczany do momentu, w którym starsza pani nie dojdzie do kasy i nie powie co o tym wszystkim myśli kasjerce i udając urażoną wyjdzie, mówiąc, że nigdy nie więcej nie skorzysta z ich usług, a po kilku godzinach wróci mówiąc, że zapomniała kupić cukru.


Starsza pani kontynuowała swój monolog: „Wie pan, kiedyś było inaczej — ludzie siebie szanowali, zwłaszcza starszych ludzi, a teraz sodoma i gomora, a to co się dzieje z młodymi, pan chyba wie o czym mówię — wygląda mi pan na porządnego człowieka, a to w pana pokoleniu rzadkość”.


Z. pomyślał sobie:


„Jak zawsze wszyscy biorą mnie za frajera, który ma jak gąbka chłonąć wszystkie cierpienia i wynurzenia różnych nieznanych osób, które i tak później będą miały mnie gdzieś, a wiedząc na ulicy nawet nie powiedzą dzień dobry. Poza tym w przypadku tej pani nawet najgrzeczniejszy, najporządniejszy człowiek na świecie nie wytrzymałby tego jazgotu przez dziesięć minut i gdyby tylko mógł udusiłby tę panią — mając nawet świadomość, że za jego plecami stoi pułk wojska i oddział policji, który za chwilę wrzuci go do ciemnego i zimnego lochu ze szczurami chorymi na wściekliznę i psychopatami tylko czekającymi na nowe świeże mięsko do zabawy”.


Rozmyślania Z. przerwała znowu starsza pani:


„Pamiętam jak w 1949…..”.

Oczy Z. zaczęły podbiegać krwią, zaciskał coraz bardziej pięści i zaczął się zastanawiać czy jednak nie wybrać drogi, o której pomyślał wcześniej:


„Kurwa… W więzieniu może nie jest fajnie, ale chociaż można dostać jedzenie i łóżko, a jak się będzie miało szczęście to trafi się do zakładu gdzie jest siłownia i inne bajery. Przynajmniej nie trzeba myśleć o tym, czy zostanie się zwolnionym teraz czy może za miesiąc — fakt trzeba uważać jak się człowiek pochyla… no i aby mydło przypadkiem nie wymsknęło się z dłoni, ale wszystko ma swoje plusy i minusy. Tutaj mimo wszystko widzę więcej plusów…”.


Starsza pani przerwała rozmyślania Z. i kontynuowała swoją wypowiedź:


„Pamiętam jak Bierut, niech mu ziemia lekką będzie odwiedził nasze zakłady — jakie to było szczęście dla nas wszystkich…”


Z. spojrzał znowu na nią i pomyślał sobie:


„Gdzie takich osobników produkują?! Usta jej się nie zamykają. Nie jeden przedstawiciel handlowy mógłby sobie ją uczynić swoim guru. Niby jak inaczej kogoś takiego zagospodarować, bez konieczności narażania się na utratę wolności za szybkie jej uduszenie?! Chyba tylko w ten sposób!!!”.


Z. po krótkiej przerwie spowodowanej przejechaniem po jego stopie wózkiem na zakupy przez małego szkraba bawiącego się w kierowcę wyścigowego i koniecznością wydania odgłosu oznajmiającego światu, że zabawa ta nie była dla niego przyjemnością kontynuował:


„Jestem ciekaw jak z nią ktokolwiek może wytrzymać?! Gdybym był jamnikiem pewnie po miesiącu zachorowałbym na wściekliznę, gdybym trafił do akwarium jako gupik pewnie poprosiłbym glony o to, aby mnie zjadły, albo sam bym się w końcu zjadł z rozpaczy, gdybym był jej lodówką pewnie zatkałbym sobie rurki stęchłymi kiełbaskami, aby zostać jak najszybciej wyrzuconym na śmietnik, albo moc wołać o pomoc pana, który przeszedłby mnie naprawić, gdybym był jej rośliną przestałbym pić wodę…”.


Z. nie dokończył swoich rozważań. Starsza pani znowu odezwała się do niego.

„Dziękuję panu za rozmowę.” Powiedziała starsza pani kiedy zaczęła być obsługiwana przez kasjerkę. Z. uśmiechną się i pomyślał sobie: „Znalazła nową ofiarę”. Okazało się, że starsza pani rzeczywiście zajęła się monologiem z kasjerką. Kiedy wzburzona odeszła od kasy Z. wyjął z koszyka zakupy, uśmiechnął się pod nosem i zaczął się zastanawiać co by sobie o nim pomyślała starsza pani, gdyby zobaczyła co znajdowało się w jego koszyku na samym dnie, tuż pod kamuflującą warstwą jedzenia. Zanim zdążył o tym pomyśleć, tak jak przypuszczał starsza pani wróciła i zapowiedziała kasjerce, że już nigdy więcej nie zrobi w ich sklepie zakupów.


Z. stał przy kasie i dziwnie się czuł kiedy ludzie patrzyli na jego arsenał. Panowie kiwali z uznaniem, panie zaś patrzyły tak jakby z niepohamowanym obrzydzeniem chciały powiedzieć:

„Degenerat, alkoholik… następny, który się stoczył i zapił…”.


Z został wyrwany z letargu przez kasjerkę, kiedy po podliczeniu zawartości koszyka powiedziała mu ile musi zapłacić za zakupy. Płacąc Z. pomyślał sobie:


„Stówa z głowy! I dobrze. Przynajmniej wydałem te pieniądze w dobrym celu. Napierdolę się i zapomnę na chwilę o tym pojebanym świecie!.”


Odchodząc od kasy Z. minął harcerzy zbierających pieniądze i jedzenie dla biednych. Zmierzył ich wzrokiem i pomyślał sobie:


„Łosie, młodzi kretyni! Od dziecka w tym szczurzym wyścigu nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Mają być prymusami, wykazywać się społecznie, dawać przykład innym kolegom, później pójść na najlepsze studia, skończyć je ze średnią 5,0… A później co?! Kto tych niedostosowanych społecznie ludzi zatrudni?! Nie potrafią kłamać, oszukiwać, kraść, do fizycznej roboty też się nie nadają… Jaki pożytek będzie z nich miało społeczeństwo i pracodawcy…?! Zwłaszcza tych ostatnich najmniej obchodzą ich ideały a liczy się kasa, którą nieważne w jaki sposób muszą dla nich co miesiąc wypracować!”


„Zresztą co to są za ideały, które są tylko formą przykrycia niewiarygodnego wyścigu szczurów i strachu przed porażką… Niby jak te dzieciaki mają nie trząść portkami, jeśli codziennie słyszą od swoich zapracowanych rodziców, którzy myślą, że jeśli ich pociecha będzie debeściakiem to z pewnością będzie miała lepiej niż oni… — musisz być najlepszy, a jeśli nie potrafisz to idź zamiatać parki. Pewnie pan je zamiatający, mimo niskich dochodów jest bardziej wolny niż ci, dopiero co wchodzący w życie młodzi ludzie! A później media, nauczyciele, sami rodzice i inni pierdolnięci na punkcie wchodzenia na najwyższe szczyty kariery aktywiści organizacji ekskujonów — pracoholików dziwią się, że młodzi w wieku dwudziestu, trzydziestuparu lat umierają na zawały i udary, chorują na serce, a nadwaga i otyłość stały się czymś tak oczywistym, jak rzyganie po połączeniu wódki, wina i piwa.”


„Kurwa! Żeby wejście na szczyt gwarantowało godne życie, a tak naprawdę poza względnym prestiżem, może to nie dać nic. Tak samo bezrobotnym może być młody naukowiec, adwokat, inżynier jak i prosty robotnik budowlany, czy hydraulik. Ci ostatni przynajmniej mogą sobie dorobić na czarno.”


„Pierdolić ich wszystkich… Świat zawsze funkcjonował w oparciu o iluzję. Władcy państw mówili ludowi, że wszystko jest w porządku, nawet kiedy wrogie wojska wkraczały na terytorium państwa, albo gospodarka chyliła się ku upadkowi. Pracodawcy zawsze wabili jak pająk w sieć najlepszych specjalistów obiecując im góry złota, które później okazywały się górami złomu, z kolei młodym i niedoświadczonym wmawiali, że ich praca jest tak naprawdę gówno warta i pracując za darmo lub pół darmo muszą latami zdobywać doświadczenie… i to w zawodach, które realnie wymagałyby kilkutygodniowej praktyki…”


„Koniec! Nie myślę już o tych wszystkich głupotach!!! Rację miała moja polonistka, mówiąc kiedy nie mogłem się wyrobić na sprawdzianach, że chłopski filozof ze mnie i za dużo myślę, a to ostatnia rzecz, która będzie mi potrzebna w życiu. Miała rację! Po co myśleć, jeśli nie ważne jak dużo byś nie spędził na tych rozmyślaniach czasu to i tak nic nie zmienisz w swoim życiu?!”

4. Niebajeczka o dzikim gołębiu
Czyli kilka zdań o człowieku znikąd część IV: Kiedy pada deszcz

Z. wyszedł ze sklepu i po raz ostatni spojrzał na swój dawny zakład pracy, który wyglądał jak wielki wywrócony frachtowiec, otoczony błękitnym morzem, od którego odbijały się ostatnie letnie promienie Słońca.


„Kurwa! Ta nowoczesna architektura. Niedługo zwykły blaszak będzie musiał być dziełem sztuki, aby ktoś chciał w nim wynająć przestrzeń biurową. I nieważne, ile zdobędzie nagród na konkursach architektonicznych, to i tak zawsze będzie blaszak, który latem będzie gotował ludzi a raczej sardynki w nim zamknięte, a zimą będzie doprowadzał do zgrzytania zębami. Fasadowa cywilizacja, fasadowe społeczeństwo, fasadowe życie… to i praca i sztuka fasadowe — na pierwszy rzut oka piękne, na drugi pełna sztuczność i prowizorka!” Pomyślał Z. i znowu wrócił do rozważań nad tym z czym musiał się dzisiaj zmierzyć w ostatnim dniu pracy:


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.