E-book
20.48
drukowana A5
41.14
Serviam

Bezpłatny fragment - Serviam

Objętość:
129 str.
ISBN:
978-83-8221-837-4
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 41.14

Te wspomnienia dedykuję mojej córce Joannie Kołodziejczyk, z podziękowaniem za jej nieoceniony wkład, który wniosła ich spisanie.

Żyła tą książką, od kiedy tylko pomysł na nią zrodził się w mojej głowie. Pomagała mi na każdym etapie pracy, zachęcała bym realizowała to przedsięwzięcie, była dla mnie wytrwałym źródłem motywacji, a potem czytała i redagowała liczne niedopracowane wersje robocze.

Dziękuję także za wiele dni i nocy, które poświęciła na przekonwertowanie wersji papierowej w format cyfrowy.

Joasiu, gdyby nie Ty, nie byłoby tej książki.


Mama.


„Serviam” — dlaczego taki tytuł dałam moim wspomnieniom?

Uczyłam się w szkole Sióstr Urszulanek. Byłyśmy zobowiązane do noszenia mundurka urszulańskiego, który dawał nam poczucie duchowej więzi z całą rodziną urszulańską. Po ukończeniu liceum otrzymywałyśmy odznakę przedstawiającą herb szkół urszulańskich. Oznaka ta ukazuje tarczę, jako symbol obrony przeciw złym mocom. Krzyż na tarczy oznacza wiarę, 7 gwiazd w układzie Małej Niedźwiedzicy symbolizuje ideały prawości, męstwa i odwagi, do których miały dążyć uczennice. Jednocześnie niedźwiedzica, po łacinie „ursa”, kojarzy się z imieniem św. Urszuli — Patronki Zakonu i jego szkół. Łacińskie słowo „serviam” — będę służyć — Bogu i ludziom — to hasło, które miało łączyć wychowanki we wspólnym tworzeniu dobra w środowisku, w którym żyły i przypominać im zobowiązania moralne, płynące z katolickiego wychowania.


Jak potoczyły się dalsze losy gdyńskiej rodziny? Może uda mi się napisać o tych trudnych czasach, które nastały po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej. Napiszę o nas, ale i o historii Gdyni w pierwszych latach po zakończeniu wojny. Opowiem o mamie z czwórką dzieci, cioci Peci, której tak dużo wszyscy zawdzięczaliśmy i o prawdziwej przyjaźni z Irką.

Wstał słoneczny majowy poranek 1945 r. Cieszyliśmy się, bo znowu byliśmy razem z mamusią. Po śniadaniu wyszliśmy na ulicę Starowiejską w Gdyni. Szliśmy do naszego domu. Okolica była pusta, pełna śmieci, zaniedbana. Z rzadka mijaliśmy jakiegoś przechodnia. Doszliśmy do ulicy 10 lutego. W dali zobaczyliśmy morze. Zdałam sobie sprawę, że Jacek widzi je po raz pierwszy, że pierwszy raz jest w naszym rodzinnym mieście. Jego kolebką była zrujnowana Warszawa. Nie było nas tutaj niemalże sześć lat. To ogrom czasu, prawie wiek, dla tak małych dzieci wyrzuconych z domu rodzinnego.

Ruszyliśmy w kierunku ul. Świętojańskiej. Nie pamiętam czy rozmawialiśmy, czy otaczała nas cisza. Minęliśmy zniszczony kościół Najświętszej Maryi Panny. Zobaczyliśmy ogołoconą z drzew Kamienną Górę i doszliśmy do naszego dawnego domu. Stał ze zniszczoną elewacją i wielką dziurą na pierwszym piętrze, w dawnym gabinecie tatusia. Weszliśmy do brudnej bramy. Mama wytłumaczyła nam, że ponieważ nasze mieszkanie było zniszczone, wybrała inne.

Trudno to sobie wyobrazić, ale mamusia była pierwszą osobą, która tu dotarła. Zajęła 4-pokojowe mieszkanie na drugim piętrze. Nikt w nim jeszcze nie mieszkał. Wszystko było zdewastowane. Drzwi do mieszkania można było otworzyć pchnięciem nogi. Nie było nawet kluczy. Weszliśmy do środka. Przywitały nas puste, brudne ściany, zanieczyszczona podłoga i trochę starych mebli. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że jeszcze kilka dni wcześniej kwaterowało tam wojsko radzieckie. Zostawili po sobie chlew, skrajny brud, ekskrementy w pokojach i w łazience. Nie było wody ani światła. Przez kilka dni mama z Jasiem, synem pani Czechy Grubbowej, sprzątali, skrobali i wynosili z mieszkania wszystko co się dało.

My najmłodsi, chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy z tej tragicznej sytuacji. Nie mieliśmy dosłownie nic, tylko to, co na sobie. Rodzinę tworzyły same kobiety i dzieci. Nie było żadnego mężczyzny. Nie mieliśmy obrońcy. Cieszyliśmy się jednak, ponieważ nareszcie byliśmy u siebie, dosłownie na śmieciach, ale w domu.

Potrzebowaliśmy wody. Niestety, najbliższa studnia była dopiero na Skwerze Kościuszki, około 500 metrów od naszej kamienicy. Trzeba było tę wodę nosić, a my nie mieliśmy wiadra. W kuchni stał duży piec. Musieliśmy zdobyć opał i jakiś garnek. Trzeba też było coś do tego garnka włożyć, aby nakarmić rodzinę. Na to wszystko musiała znaleźć radę nasza bohaterska mama.

Przez kilka nocy spaliśmy na Starowiejskiej u pani Czechy, ale potem należało rozpocząć własne życie.

Przejęcie Gdyni spod okupacji niemieckiej pod okupację sowiecką nastąpiło 28 marca 1945 roku, po kilku dniach zaciętych walk. Miasto zostało zniszczone w około 20%. Port prawie całkowicie zdewastowano, a z falochronów zostało tylko 10% tego co było wcześniej. Wyposażenie portowe zniszczono lub wywieziono. Przy wejściu do portu stał wrak zatopionego „Gneisenau”. W basenach pełno było wraków statków. Wszystko było zaminowane. Port nie działał. To, co przedstawiało jakąś wartość było wywożone przez Flotę Bałtycką ZSRR do Rosji.

W marcu 1945 roku miasto liczyło około 80 000 mieszkańców, gdy tymczasem w 1939 roku zamieszkiwała je 124 000 społeczność.

Po naszym przyjeździe do Gdyni mamusia rozpoczęła pracę w Szpitalu Miejskim. Została ordynatorem na oddziale płucnym. Tak jak wszyscy, za pracę dostawała grosze i obiad. Ten posiłek przynosiła do domu, rozcieńczała wodą i dzieliła na nas wszystkich. Najczęściej była to „meil” zupka, woda, mąka i trochę mleka. Żywność była na kartki, a racje mniejsze niż w czasach okupacji. Szpital prowadziły Siostry Szarytki. U mamy na oddziale pracowały: siostra Aleksandra i siostra Anna. Te dwie wspaniałe kobiety, na wiele lat zaprzyjaźniły się z naszą rodziną. Ile tylko mogły pomagały mamie. Dzięki nim nasze obiady były trochę większe i bardziej gęste.

W Gdyni brakowało lekarzy. Mamusia zaczęła przyjmować chorych, a ci płacili jej jak mogli. Wkrótce mieliśmy już wiadro, miskę, jakąś kołdrę, koc i coś więcej do zjedzenia.

Po wodę chodziliśmy na Skwer Kościuszki. Zanim docieraliśmy do domu połowę rozlewaliśmy, a trzeba było wędrować kilka razy dziennie. Czy ktoś obecnie jest w stanie zrozumieć jak to ciężko, gdy nie ma się w czym umyć? Jak ciężko w takich warunkach tylu osobom utrzymać higienę i wyprać te kilka sztuk odzieży?

Dobrze, że dni były długie, gdyż jeszcze nie doprowadzono do mieszkań prądu, a i świec brakowało. Wieczorami i nocą grasowali złodzieje. Sowieci walili do drzwi, a one nie dawały się zamknąć. Nie wiedzieliśmy, kiedy wreszcie skończy się nasz strach.

Jak już było kilka garnków, można było coś ugotować, ale na czym? Chodziłam z siostrami po okolicznych, wypalonych domach. Szukałyśmy desek i nadpalonych mebli. Tam spotykałyśmy napisy: „min niet” lub „miny”. Szybko zorientowałyśmy się, że w domach wolnych od min już prawie nie było drewna, aż się prosiło zboczyć do zakazanych domów. Kilka razy się udało.

W maju Siostry Urszulanki otworzyły szkołę przy ulicy Pomorskiej. Mama zapisała mnie do VI klasy, a Krysię i Marysię do V. Na szczęście w małej salce zaczęło działać przedszkole. Znalazło się w nim miejsce dla pięcioletniego Jacka. Ze szkołą Urszulanek byłam bardzo związana. Wywarła ona duży wpływ na moje życie. Siostry prowadziły dzieło edukacyjno — wychowawcze w Gdyni w latach 1931—1962 z przerwą wojenną. Szkoła powstała w okresie ważnym dla państwa polskiego, po odzyskaniu dostępu do morza, w czasach, kiedy w północnej części kraju polskość należało budować od podstaw. Szkołę budowano od fundamentów. W 1931 roku trwały prace wykończeniowe. Budynek miał piękne położenie. Stał na górce, jedną stroną zwrócony ku morzu, a drugą w kierunku lasu. W czerwcu 1931 roku odbyły się zapisy i egzaminy wstępne do gimnazjum i klas przygotowawczych. Prowadziła je Matka Urszula Bazali mianowana dyrektorką szkoły. Po wojnie to ona była naszą dyrektorką. Wspólnie z nią pracował ks. Zygmunt Wiecki. Hasłem naszej szkoły były słowa Bóg — Honor — Ojczyzna.

Gdynia, 1931 rok. Budynek Szkoły Sióstr Urszulanek przy ulicy Pomorskiej 41.

Pierwszego września 1939 roku siły hitlerowskie zaatakowały Polskę. 13 września Niemcy wkroczyli do Gdyni. Pierwszą ofiarą wojny, z grona pedagogicznego naszej szkoły, był ksiądz Wiecki, kapelan i prefekt szkoły. 14 września, w drodze na mszę świętą do kaplicy sióstr, został aresztowany. Więziono go początkowo w Gdańsku. Od 1940 roku przebywał w obozach koncentracyjnych: Stutthof, Grenzdorf, Sachsenhausen. Ostatecznie wysłano go do obozu zagłady w Dachau. Jako numer 22700 pracował przy budowie krematorium i w stacji malarycznej. 26 lipca 1942 roku wyznaczono go na królika doświadczalnego tej stacji. Wraz z resztą więźniów został uwolniony 29 kwietnia 1945 roku, gdy wojska amerykańskie zajęły obóz w Dachau.

Matura w 1938 roku. Od lewej siedzą: ks. Zygmunt Wiecki, matka Mieczysława Dzionara, matka Alojza Bańkowska, wizytator szkoły, matka Urszula Bazali, Adela Sławińska, Jadwiga Bromirska.

9 września 1939 roku władze niemieckie zajęły szkołę. Ten stan trwał do wiosny 1945 roku. W połowie marca 1945 roku Matka Urszula Bazali i siostra Gustawa Sokalska dotarły do Gdyni, do szkoły. Po egzaminach wstępnych, w maju rozpoczęło naukę około 200 uczennic, w tym moje siostry i ja. Z Krakowa przybyły dwie nowe nauczycielki: Maria Mrowicz — matematyczka oraz Maria Szeferowa „Maruszka”, moja ukochana nauczycielka historii.

Ale jak zaopatrzyć dzieci w zeszyty, ołówki lub nawet w kartki papieru, nie mówiąc już o książkach? Na szczęście była szkoła, byli nauczyciele i koleżanki. Wszyscy chcieliśmy się uczyć. Poziom wiedzy w szkole był różny. Wszystko zależało od tego, gdzie kto uczył się w czasie okupacji. Oczywiście najwyższy stopień wtajemniczenia otrzymywało się na tajnych kompletach.

Powoli zaczynał się systematyzować nasz dzień. Rano pobudka, jakieś śniadanie i wymarsz do szkoły. Po drodze zabierałam i odprowadzałam Jacka do przedszkola. Mama udawała się do pracy do szpitala.

W tym czasie dołączyła do nas ciocia Pecia. Babcię zostawiła w Złotowie u cioci Heli, a sama, ku naszej radości, przyjechała pomagać mamusi. Jej pomoc była na wagę złota. Mieliśmy opiekę gdy mama była w pracy i na wizytach u pacjentów, a zdarzało się to także w nocy. Pogotowia ratunkowego jeszcze nie było, zaczynało się dopiero organizować. Przed południem ciocia szykowała jakiś obiad bazując na zupie, którą mama przynosiła z pracy. Gdy wracaliśmy we czwórkę do domu czekała nas praca. Trzeba było przynieść wodę, zdobyć drewno. Mama, po powrocie ze szpitala, przyjmowała pacjentów w naszym mieszkaniu i chodziła na wizyty domowe.

W dalszym ciągu cały czas byliśmy opanowani strachem. Miasto było pełne szabrowników i spekulantów. Słyszeliśmy o porywaniu dziewcząt, o licznych kradzieżach. Dochodziły do nas odgłosy strzałów na ulicach. Płakaliśmy, gdy nie było wówczas z nami mamy, gdyż została wezwana do chorego. Od świata zewnętrznego chroniły nas tylko niedomykające się drzwi.

Powoli dom zaludniał się. Wrócił mecenas Leon Stankiewicz, właściciel kamienicy. Zajął 5-pokojowe mieszkanie na drugim piętrze vis a vis nas. Na pierwszym piętrze, pod nami, zamieszkali państwo Kałaskowie. Powrócili też państwo Bąblowie. Przyszedł czas na nawiązywanie kontaktów z rodziną i znajomymi, którzy przeżyli okupację w Gdyni. Jednymi z pierwszych, z którymi mieliśmy ścisły kontakt, byli państwo Czesława i Jan Grubbowie, u których przespaliśmy pierwsze noce w Gdyni. Szukając rodziny odnaleźliśmy i odwiedziliśmy w Chyloni kuzynkę mamy. Ciocia Łucja mieszkała tam wraz z dziećmi i mężem Stanisławem Jabłońskim, profesorem liceum. Wykładał on łacinę i matematykę w gimnazjum i liceum męskim, a jednocześnie pracował w elektrowni. Ich syn Janusz, mój równolatek, uczył się w równoległej do mnie klasie. Jego siostra Zosia była rok młodsza od Krysi i Marysi. Dziwnie wyglądały te spotkania pokolenia naszych rodziców po latach, pełne wspomnień i niespełnionych marzeń. Dla nas dzieci, najważniejszą sprawą był posiłek. Cieszyliśmy się, że podczas takich spotkań coś zjemy, coś naprawdę dobrego np. świeżo upieczone ciasto. Każdy obdarowywał nas jakimiś przedmiotami do mieszkania. Wszystko było potrzebne.

Na dalekim Obłużu mieszkała z mężem Pawłem i synami, Olkiem i Jurasem, ciocia Jula, przyjaciółka mamy ze szkoły w Kościerzynie. Chłopcy byli w naszym wieku. Aby się do nich dostać musieliśmy przejść kilka dobrych kilometrów i wspiąć się po piaskowych wertepach na górę. To była naprawdę ciężka droga dla niedożywionych i źle ubranych dzieci. Tam zawsze czekała na nas uczta. Ciocia miała gospodarstwo, wiedziała czym nas przyjąć. Właśnie to jedzenie pamiętam najlepiej. Po wizycie u cioci, obładowani smakołykami, wracaliśmy wieczorem do domu. Wujek Paweł ładował nas na wóz i zjeżdżaliśmy z tej wielkiej góry. Pewnego razu wpadliśmy w koleiny, wywróciliśmy się, a fura spadła na nas. Byliśmy przerażeni, płakaliśmy, ale nic nam się nie stało. Nigdy nie zrozumiem jednego, miałam wtedy w ręku litrową butelkę z mlekiem, taką po spirytusie z cienkiego szkła, powinnam się pokaleczyć, bo leżałam brzuchem właśnie na niej, ale butelka wpadła w koleinę i nawet kropla mleka się nie wylała. Pozbieraliśmy się, ale już nie chcieliśmy wracać wozem. Obładowani, potłuczeni ruszyliśmy pieszo w kilkukilometrową drogę do domu.

Czerwiec mijał i nadeszła pierwsza wielka uroczystość w Gdyni. 29 czerwca 1945 roku miało miejsce pierwsze po wojnie Święto Morza. Na Skwerze Kościuszki odbyła się manifestacja. Nie zwróciliśmy uwagi, że brali w niej udział członkowie Armii Czerwonej, dla nas największym przeżyciem był wieczorny pokaz sztucznych ogni. Wspięliśmy się na Kamienną Górę i obserwowaliśmy, jak wystrzeliwano je z łodzi i statków znajdujących się na morzu. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy kolorowe gwiazdy na tle granatowego morza. Ku naszej radości nie były to śmiercionośne pociski.

Zbliżał się koniec, chyba najkrótszego w historii, roku szkolnego. Trwał on około sześciu tygodni i zakończył się 15 lipca. Wakacje mieliśmy już zaplanowane. Jechaliśmy do Złotowa.

Ostatnie dni przed wyjazdem spędziliśmy na wałęsaniu się nad brzegiem morza. Bulwar nie istniał. Było to gruzowisko z resztek betonu i ziemi. Ale dla nas to była gratka, wspinać się po stokach zdewastowanej Kamiennej Góry, zbiegać po płytach do morza i słuchać szumu fal. Chodziliśmy do portu jachtowego. Falochrony były całkowicie zniszczone. Zostały wysadzone w powietrze. Skakaliśmy po gruzach, starym uzbrojeniu, oglądaliśmy ryby, meduzy i dziw, że wychodziliśmy z tych wypraw żywi i bez szwanku. Czuliśmy, że to nasze miasto, nasze morze, że tu są nasze korzenie.

Odwiedziliśmy naszych krewnych w Złotowie. Pojechaliśmy tam z ciocią Pecią. Podróż okazała się prawdziwą wyprawą. Nie było mostu przez Wisłę, a trzeba było przedostać się na drugi brzeg. W tym czasie pociągi osobowe kursowały sporadycznie. Jeździło się wagonami towarowymi z ławkami, które nie były umocowane. Nie pamiętam, jak przeprawiliśmy się przez rzekę. Chyba dojechaliśmy do Tczewa, potem promem i piechotą do Lisewa. Dalej znowu pociągiem do Iławy i Zajączkowa. Na jakiejś stacji, chyba w Zajączkowie, przespaliśmy noc i zostało nam kilkanaście kilometrów pociągiem do Lubawy. Potem, już chyba końmi, ruszyliśmy do Złotowa. Droga około 200 km trwała dobę. Strasznie zmęczeni, dotarliśmy na miejsce wprost w ramiona naszej babuni.

Babcia Lipska, drobna, cicha, ubrana na czarno, tuliła nas ze łzami w oczach. Kochała nas wszystkich bardzo, ale jej oczkiem w głowie był Jacek. Pożegnaliśmy się z nią w maju w Okoninie, gdy została ukryta przed zbuntowanym tłumem wieśniaków u księdza proboszcza. Po pewnym czasie ciocia Pecia dotarła do niej i przewiozła do Złotowa, do cioci Heli Graduszewskiej, jej najstarszej córki. Seniorka rodu miała tam swój pokój z werandą wychodzącą na ogród. Na dole była jeszcze jadalnia, sypialnia wujostwa i olbrzymia kuchnia. Na strychu znajdował się duży pokój, w którym umieszczono całą dzieciarnię, a była nas spora gromadka: nasza czwórka oraz dzieci cioci Heli — Marysia, Mietek i kilkumiesięczna Terenia.

Dom był bardzo stary, stuletni. Nie było elektryczności. Używaliśmy lamp naftowych. Wodę nosiło się ze studni. Zamiast toalety były dwie „sławojki” na podwórzu. Wokół budynku rozpościerał się duży park i ogród. Na środku królowała olbrzymia, wiekowa lipa. Na podwórzu stały budynki gospodarcze: stajnia, obora, chlewnia i kurniki. Była nawet czynna kuźnia. Całość otaczało około 100 hektarów pól uprawnych, w związku z czym pracy nie brakowało nikomu.

Przed żniwami mieliśmy trochę czasu na zabawy i bieganinę. Często jednak wybuchały między nami kłótnie i konflikty. Zawsze lubiłam małe dzieci, więc przede wszystkim zajęłam się Terenią. Spacery, karmienie, przewijanie i mycie małej sprawiało mi przyjemność, zwłaszcza że w chwilach snu małej mogłam czytać książki. Nie miałam też nic przeciwko obieraniu ziemniaków dla kilkunastu osób. Nienawidziłam natomiast sprzątania i prasowania żelazkiem na gorące węgle. Babcia, podobnie jak w Okoninie, zajmowała się drobiem. Wreszcie mogliśmy najeść się do syta.

Około 22 lipca rozpoczęły się żniwa. Była to straszna robota. Najczęściej układałyśmy snopki, które wiązały kobiety. Zawsze trzeba było się spieszyć. Nogi i ręce gołe, kaleczone przez rżysko i osty. Twarze spalone przez słońce. Już po kilku dniach na całym ciele miałyśmy wrzody i czyraki. Tak ciężko pracowali wszyscy. Po żniwach znowu mieliśmy trochę odpoczynku. Babcia zbierała spady, suszyła jabłuszka i karmiła nimi wnuki. Ona, jeszcze przed kilkoma laty pani na majątku, już nie miała swojego miejsca na ziemi. Pamiętam, że mimo tego zawsze była zadowolona. Nigdy nie myślała o sobie. Co niedziela chodziliśmy 5 kilometrów do wsi do kościoła. Czasem udało się pojechać końmi, ale nie dla wszystkich starczało miejsca.

Kończył się sierpień. Objuczeni ziemniakami, owocami, jajkami, mięsem i mlekiem wracaliśmy z ciocią Pecią. Czekała nas droga trwająca prawie dobę, ale wracaliśmy do mamy, do domu, do Gdyni.

Nowy rok szkolny 1945/1946 rozpoczął się normalnie. 1 września 1945 roku wracaliśmy do szkoły, ale teraz już w różne miejsca. Krysia i Marysia do VI klasy szkoły podstawowej na 10-lutego, ja ubłagałam mamę na pozostanie u Urszulanek w I klasie gimnazjum, Jacek rozpoczął ostatni rok przedszkola. Mieściło się ono w blokach kolejowych na ul. Śląskiej. W drodze do szkoły mijałam je, więc spokojnie mogłam go odprowadzać i przyprowadzać do domu.

Liceum Urszulanek było szkołą prywatną. Wiązało się to z dodatkowymi kosztami, ale mamusia zgodziła się na to.

Budynek mojej szkoły od strony podwórka.

Moja klasa znajdowała się na I piętrze budynku przy ul. Pomorskiej. Wychowawczynią została Matka Idalia. Dano jej pod opiekę czterdziestkę rozrabiających dziewcząt. Chciałyśmy zapomnieć o przeżytej wojnie, o tragediach których doświadczyłyśmy. Nasz wiek, 12—15 lat, domagał się swoich praw. Nawiązywały się pierwsze przyjaźnie. Niektóre z nich dotrwały do dnia dzisiejszego.

Na Świętojańskiej, w domu naprzeciw nas, mieszkała rodzina państwa Roszczynialskich. Tata — znany adwokat, mama — dama Gdyni i ich pięcioro dzieci. Irka Roszczynialska lub jak kto woli Ina, była w naszej klasie. Szybko zaprzyjaźniłyśmy się. Bliskość mieszkania i znajomość rodziców, pozwoliły rozwijać się naszej przyjaźni. Razem chodziłyśmy do szkoły, często razem wracałyśmy, prowadziłyśmy dialog migowy przez okno no i siedziałyśmy w jednej ławce. To była moja najlepsza przyjaciółka.

O szkole napiszę trochę później. Najpierw musiałyśmy poznać nauczycieli, poznać siebie nawzajem. Zaczęły się też szkolne problemy.

Tymczasem do portu gdyńskiego w dniu 21 września zawinął polski statek s/s „Kraków”, który przywiózł pierwszą grupę repatriantów z zachodu. Większość tych ludzi stanowiły osoby uratowane z obozów zagłady przez Amerykanów. W październiku powróciły ze Szwecji polskie okręty podwodne: Sęp, Ryś, Żbik oraz żaglowiec Dar Pomorza, który przez całą wojnę był internowany w Szwecji. W uroczystościach powitania uczestniczył inż. Eugeniusz Kwiatkowski, współtwórca Gdyni.

Pod koniec 1945 r. sytuacja aprowizacyjna w Gdyni uległa drastycznemu pogorszaniu. Mimo pomocy UNRRA w zakresie żywności i ubrania, brakowało tłuszczu, masła, mięsa, a nawet chleba i cukru. Braki w zdobyciu benzyny paraliżowały komunikację na trasie Gdańsk-Gdynia. Na przełomie października i listopada Zarząd Miejski odmówił przydziału koksu i węgla dla Prywatnego Gimnazjum i Liceum Żeńskiego Sióstr Urszulanek.

Życie toczyło się dalej. Na Świętojańskiej w kranach była już woda. Na kilka godzin dziennie elektrownia włączała prąd. W październiku, na okres zimy, ze Złotowa, przyjechała do nas babcia.

Pewnego dnia, gdy wracałam ze szkoły, na dość ciemnej klatce schodowej, zobaczyłam dwie „sieroty”. Starszej ode mnie dziewczynce płynęły po policzkach łzy. Ciągnęła ciężki bagaż i trzymała za rękę swoją siostrzyczkę młodszą od Jacka. Widać było, że na mój widok odetchnęła z ulgą. Spytała, gdzie mieszka mecenas Stankiewicz. Zadowolona, że mogę pomóc, chwyciłam za bagaż i zaprowadziłam je na II piętro. Okazało się, że to Isia i Janka, córki państwa Stankiewiczów, które dopiero przyjechały do Gdyni. W ten oto sposób rozpoczęła się wielka przyjaźń najmłodszego pokolenia naszych rodzin, która przetrwała do dziś.

Mecenas Stankiewicz z córką Janką.

Isia, która wkrótce została moją starszą koleżanką w Liceum Sióstr Urszulanek, była bardzo zdolna. Chętnie pomagała w nauce i „matkowała” nam, gdy nie było naszej mamy. Zawsze zjawiała się wtedy, gdy była potrzebna.

Jesienią mama otrzymała wiadomość, że ze Szwecji przypływa ciocia Myszka. Radość nasza nie miała granic. Babcia mogła wreszcie poznać swoją synową, którą ciocia Myszka, była w rzeczywistości tylko kilka miesięcy. Ciocia Pecia też jej nie znała. Mama widziała ją zaledwie kilka razy. Tylko dla mnie była to ciocia, którą dobrze znałam i bardzo kochałam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 41.14