Człowiek, który pamiętał cudze lato
Nie pamiętam naszego pierwszego spotkania, a mimo to potrafię opisać ubranie, które Ernest miał wtedy na sobie: granatowe spodenki dwukrotnie łatane w kroku i skórzane sandały, których paski zostawiały na stopach czerwone ślady. Włosy miał niemal białe, jakby słońce przez całe lato pozbawiało je koloru, a pod prawym okiem nosił niewielką bliznę, podobną do zadrapania pozostawionego przez koci pazur. Potrafię odtworzyć kształt jego uszu, sposób, w jaki marszczył nos podczas śmiechu, i osobliwy ruch ramieniem, którym poprawiał opadające spodenki. Nie umiem natomiast przypomnieć sobie twarzy matki z tego samego okresu. Kiedy próbuję ją zobaczyć, w mojej wyobraźni pojawia się fotografia z legitymacji pracowniczej, przedstawiająca kobietę o sztywno ułożonych włosach i spojrzeniu poważnym i nieco wystraszonym, jakby fotograf kazał jej siedzieć zupełnie nieruchomo. Wiem przecież, że matka nie wyglądała tak, kiedy pochylała się nade mną, sprawdzała temperaturę mojego czoła albo próbowała nakłonić mnie do zjedzenia kolacji. Musiała mieć wiele różnych min i spojrzeń, lecz w pamięci ocalała mi tylko twarz z legitymacji. Ernest natomiast nie potrzebuje fotografii. Wystarczy zamknąć oczy, a natychmiast widzę go na piaszczystej drodze, z rękami w kieszeniach i źdźbłem trawy wystającym spomiędzy zębów. Jest tak rzeczywisty, że czasami odczuwam niemal fizyczną potrzebę wyciągnięcia dłoni i dotknięcia jego ramienia. Dopiero po chwili przypominam sobie, że nie wiem, czy kiedykolwiek istniał.
Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to jak opowieść człowieka, który postradał rozum. Nigdy nie uważałem się za człowieka skłonnego do fantazjowania; w codziennych sprawach zwykle trzymałem się faktów. Przez większą część życia pracowałem w administracji przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją artykułów spożywczych, prowadziłem księgi, sprawdzałem faktury, sporządzałem zestawienia i wyjaśniałem niezgodności w dokumentach. Była to praca nudna, wymagająca cierpliwości oraz przekonania, że każda liczba ma swoje właściwe miejsce. Byłem żonaty. Nasze małżeństwo się skończyło, a o tym, co wydarzyło się pomiędzy ślubem a rozstaniem, nie chcę teraz opowiadać. Nie doczekaliśmy się dzieci. Od lat mieszkam sam, choć samotność dokucza mi rzadziej, niż przypuszczają znajomi otoczeni dziećmi i wnukami. Mam swoje przyzwyczajenia, książki, kilka roślin doniczkowych i starszą siostrę, z którą rozmawiam przez telefon częściej, niż oboje jesteśmy skłonni przyznać. W moim życiu nie wydarzyło się nic, co zasługiwałoby na szczególną uwagę, i być może właśnie dlatego historia Ernesta zajęła w nim tak wiele miejsca. Nie można przecież przez kilkadziesiąt lat nosić w sobie wspomnienia czyjejś śmierci, nie czyniąc z niego części własnej osobowości. Można o nim nie opowiadać, można nie wspominać nazwiska zmarłego, można nawet przez całe miesiące nie myśleć o jego twarzy, ale świadomość, że wydarzyło się coś nieodwracalnego, pozostaje gdzieś pod powierzchnią codzienności. Przypomina pęknięcie z tyłu kredensu: można go latami nie oglądać, ale wie się dokładnie, gdzie przebiega.
Dom dziadków znajdował się na końcu wsi, za przystankiem autobusowym i niewielkim sklepem, w którego oknie wystawiano butelki oranżady, ocet oraz słoje z ogórkami. Dojeżdżaliśmy tam latem, zazwyczaj w lipcu, kiedy powietrze nad polami drżało od upału, a muchy gromadziły się na szybach autobusu w takiej liczbie, że trudno było oglądać krajobraz. Zawsze siadałem od strony przejścia, ponieważ moja starsza siostra Helena uważała miejsce przy oknie za przywilej należny jej z racji wieku. Potrafiłem obrażać się na nią przez większą część podróży i nie odzywałem się nawet wtedy, gdy chciała podzielić się ze mną cukierkiem. Za sklepem stała kapliczka z figurą Matki Boskiej o przesadnie różowych policzkach. Dalej droga skręcała między gospodarstwa, mijała płot opleciony dzikim winem i prowadziła ku topolom, których liście szeleściły nawet przy ledwie wyczuwalnym wietrze. Pamiętam białe kłaczki unoszące się nad przydrożnymi rowami, zapach rozgrzanego asfaltu, brunatną wodę zalegającą w koleinach oraz starego psa śpiącego przed jedną z zagród. Pies był ślepy na jedno oko i niemal zupełnie pozbawiony sierści na grzbiecie. Helena bała się go mimo zapewnień właściciela, że zwierzę od lat nie ma siły nikogo ugryźć. Mnie było go żal. Wyobrażałem sobie, całkiem błędnie, że z powodu ślepego oka widzi tylko połowę świata.
Dom stał w głębi gospodarstwa, za drewnianym płotem i niewielkim sadem. Wzniesiono go z czerwonej cegły, której powierzchnia z biegiem lat nabrała brunatnego odcienia. Dach pokrywała stara dachówka, miejscami porośnięta mchem, a niewielkie okna od strony drogi sprawiały, że budynek wyglądał na podejrzliwy wobec wszystkich przybyszów. Dziadek uważał duże okna za zbytek: zimą uciekało przez nie ciepło, a latem zaglądali sąsiedzi. Przy wejściu znajdowały się trzy kamienne stopnie, popękane i wygładzone pośrodku. Babcia codziennie polewała je wodą i szorowała szczotką, chociaż kilka godzin później znów osiadał na nich kurz. W sieni pachniało mydłem, wilgotnymi butami i ziemniakami przechowywanymi w jutowych workach. Dalej znajdowała się kuchnia, najważniejsze pomieszczenie całego gospodarstwa, w której spożywano posiłki, naprawiano drobne przedmioty, rozmawiano o pieniądzach, przyjmowano sąsiadów i podejmowano decyzje dotyczące rzeczy tak odległych od dziecięcego świata, że nawet nie próbowałem ich rozumieć. Stał tam ciężki stół, kredens z oszklonymi drzwiczkami, piec kaflowy oraz dwa krzesła o nierównych nogach. Jedno z nich kołysało się przy każdym poruszeniu, dlatego babcia podkładała pod nie złożony kawałek tektury, który dziadek nieustannie wyrzucał, przekonany, że podobne rozwiązania przynoszą domowi ujmę.
Babcia miała drobną twarz, wąskie usta i dłonie naznaczone drobnymi pęknięciami. Nosiła granatowy fartuch w jasne kwiaty, pantofle z obciętymi piętami i chustkę, którą zawiązywała pod brodą wyłącznie wtedy, gdy wychodziła do ogrodu. Nie była kobietą wylewną, ale potrafiła okazywać uczucia poprzez czynności tak zwyczajne, że dopiero po latach zrozumiałem ich znaczenie. Odkładała dla mnie największe truskawki, sprawdzała temperaturę mleka przed postawieniem kubka na stole i pilnowała, żebym nie wychodził z domu bez czapki podczas wietrznych dni. Nie pamiętam, by kiedykolwiek powiedziała, że mnie kocha, lecz pamiętam, jak cierpliwie usuwała drzazgę z mojego palca, przyświecając sobie lampą, i jak suszyła przemoczone buty gazetami, żeby następnego ranka były gotowe do założenia. Troszczyła się o nas tak samo sumiennie, jak o wszystko w gospodarstwie. Nie odróżniała zaniedbanego domu od zaniedbanego człowieka: jedno i drugie świadczyło w jej oczach o czyimś lenistwie. Babcia nie znosiła brudu. Szorowała podłogi, wygotowywała ścierki, myła słoiki przeznaczone do przetworów i odkażała różne powierzchnie środkiem, którego ostry zapach pamiętam do dziś. Wieczorami skarżyła się na zmęczenie, po czym znajdowała jeszcze coś do wyszorowania. Kiedyś zobaczyłem, jak myje klamkę drzwi prowadzących do stodoły. Uznałem wówczas, że musi istnieć jakiś rodzaj niebezpiecznego brudu, przed którym próbowała nas wszystkich ochronić.
Dziadek był człowiekiem dużym, choć po latach na fotografiach wydawał mi się zaskakująco niski. Miał szerokie ramiona, twarz o ciężkich rysach i skórę na czole jaśniejszą od reszty głowy, ponieważ przez większą część dnia nosił czapkę. Nie lubił rozmów podczas jedzenia. Sam jadł powoli, z niezwykłą dokładnością oddzielając tłuszcz od mięsa, a chrząstki odkładając na brzeg talerza. Potrafił przez kilka minut zajmować się jedną kością, jakby próbował wydobyć z niej coś, co przeoczył rzeźnik. Przy stole nie podnosił głosu. Wystarczało, że odkładał sztućce i przyglądał się osobie, która naruszyła panującą w domu ciszę. Pamiętam ten wzrok lepiej niż jego słowa. Był pozbawiony gwałtowności, a jednak wywoływał natychmiastowe poczucie winy. Dziadek potrafił w ten sposób odebrać człowiekowi prawo do najniewinniejszej wypowiedzi, nie wypowiadając przy tym żadnego zakazu. Dopiero po latach zrozumiałem, że nie milczeliśmy przy nim z szacunku. Po prostu baliśmy się jego niezadowolenia. W tamtym domu nikt nie kłócił się przy obiedzie, ponieważ nikt nie miał odwagi rozpocząć kłótni. Wieczorami, kiedy dziadek zasypiał w fotelu, babcia poruszała się po kuchni ciszej niż zwykle, choć jego sen bywał tak głęboki, że nie obudziłby go nawet przewrócony kredens.
Wujek Franek zajmował w moich wspomnieniach miejsce szczególne. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście był naszym krewnym, ponieważ na wsi wujkami nazywano również sąsiadów, znajomych i mężczyzn regularnie pomagających przy cięższych pracach. Franek naprawiał maszyny rolnicze. Wracał z warsztatu z dłońmi tak czarnymi od smaru, że wyglądały jak rękawice wykonane z ciemnej skóry. Przed kolacją polewał je benzyną z zielonej butelki, energicznie pocierał palce i wycierał ręce w szmatę zwisającą z gwoździa przy drzwiach. Ten rytuał fascynował mnie bardziej niż wszystkie wykonywane przez niego naprawy. Benzyna parowała szybko, pozostawiając ostry zapach, który mieszał się z wonią ziemniaków i gotowanej kapusty. Na skórze Franka pozostawały czarne smugi, szczególnie pod paznokciami, i nawet babcia w końcu przestała domagać się, by doszorował dłonie do czysta. Franek uważał, że uczciwą pracę poznaje się po śladach, jakie zostawia na ciele. Mówił podobne rzeczy często, nadając zwyczajnym uwagom brzmienie ludowych mądrości. Jako dziecko uważałem go za człowieka niezwykle doświadczonego. Dzisiaj podejrzewam, że lubił słuchać własnego głosu i znajdował przyjemność w wypowiadaniu zdań, których nikt nie próbował kwestionować.
W gospodarstwie mieszkał również pies Bury, wielki kundel o sierści bardziej żółtej niż brunatnej, z wyszczerbioną szczęką i językiem wystającym z pyska nawet podczas snu. Najchętniej leżał pod kuchennym stołem, gdzie spadały okruchy chleba i kawałki ziemniaków. Babcia przepędzała go stamtąd kilka razy dziennie, a on wracał z cierpliwością starego stworzenia, które dawno odkryło bezcelowość walki z ludzkimi przyzwyczajeniami. Bury od początku nie przepadał za Ernestem. Warczał, kiedy chłopiec pojawiał się na podwórzu, a pewnego razu złapał zębami nogawkę jego spodenek. Ernest kopnął go w żebra tak mocno, że pies zapiszczał i schował się za studnią. Franek zobaczył to przez okno i za karę kazał chłopcu nosić wodę ze studni do kuchni. Ernest przez kilka godzin chodził od studni do kuchni, dźwigając wiadra, aż babcia uznała, że wystarczy. Pamiętam jego zaczerwienione dłonie, mokre ślady pozostawiane na ziemi i sposób, w jaki próbował ukrywać zmęczenie. Byłem wtedy przekonany, że kara jest sprawiedliwa, chociaż współczułem mu coraz bardziej w miarę upływu popołudnia. Nie przestałem uważać, że zasłużył na karę, ale z każdą godziną coraz bardziej chciałem, żeby Franek pozwolił mu odłożyć wiadra.
Ernest mieszkał podobno trzy domy dalej, w gospodarstwie, którego nie potrafię już umiejscowić na żadnej mapie. Jego ojciec pracował przy wyrębie lasu, matka nosiła czarne sukienki, a starszy brat miał motocykl z pękniętym siedzeniem. Pamiętam te informacje tak samo dobrze jak jego twarz, chociaż nie przypominam sobie żadnej dłuższej rozmowy z rodzicami chłopca. W mojej pamięci pozostali raczej zbiorem cech, które Ernest przypisywał im podczas wspólnych zabaw. Ojciec był człowiekiem silnym, matka surowym, brat odważnym, a on sam zdawał się posiadać najlepsze właściwości każdego z nich. Był ode mnie starszy zaledwie o kilka miesięcy, lecz traktował tę różnicę jak dowód znacznie większego doświadczenia. Potrafił rozpalać ogień bez papieru, rozpoznawać ptaki po głosie, znajdować poziomki wśród wysokich traw i ustalać świeżość jajka bez rozbijania skorupki. Przynajmniej tak zapewniał. Niektóre jego umiejętności były prawdziwe, inne stanowiły popisy zręcznego oszusta, który wiedział, że publiczność jest zbyt niedoświadczona, aby zauważyć podstęp. Trudno mu było znaleźć wdzięczniejszego słuchacza. Wierzyłem mu niemal we wszystko. Przy Erneście nie musiałem sam decydować, co jest prawdą, a co zmyśleniem.
Najbardziej pamiętam gruszki. Rosły w starym sadzie dziadka, na drzewie o szerokiej koronie i grubych gałęziach, z których jedna zwisała tak nisko, że można było wspiąć się po niej bez pomocy drabiny. Ernest zrywał owoce jeszcze niedojrzałe, kiedy ich skórka była twarda, a miąższ cierpki i ziarnisty. Uważał, że gruszki należy jeść przed osiągnięciem pełnej słodyczy, ponieważ później wszystkie smakują jednakowo. Nie wiem, skąd wziął to przekonanie, lecz przyjąłem je jako prawdę, którą warto zachować na przyszłość. Siadaliśmy na ziemi pod drzewem, rozbijaliśmy owoce o płaski kamień i wydłubywaliśmy miąższ paznokciami. Nieliczne krople soku kleiły nam palce, a twarde drobinki miąższu chrzęściły między zębami. Później czasami bolał mnie brzuch, ale nigdy nie przyznawałem się do tego babci. Bałem się, że zabroni mi chodzić do sadu, a ponieważ każda wyprawa z Ernestem rozpoczynała się właśnie tam, zakaz oznaczałby utratę znacznej części wakacyjnego życia. Dzisiaj nie potrafię zjeść niedojrzałej gruszki bez uczucia mdłości. Jej smak przywołuje jednak całe popołudnia z taką siłą, że zdarza mi się kupować twarde owoce tylko po to, by przez chwilę poczuć w ustach tamten nieprzyjemny smak.
Nasza przyjaźń nie była szczególnie równa. Ernest lubił przewodzić, podejmować decyzje i wymyślać zadania, których sam nie miał zamiaru wykonywać. Kiedyś polecił mi pilnować gniazda os, podczas gdy on poszukiwał ptasich jaj na pobliskich drzewach. Stałem nieruchomo prawie godzinę, przekonany, że jeśli odejdę, owady rozlecą się po gospodarstwie i sprowadzą na nas jakieś nieszczęście. Ernest wrócił z pustymi rękami, pochwalił moją cierpliwość i oznajmił, że wykonałem zadanie znakomicie. Pamiętam dumę, którą wtedy poczułem, choć jako dorosły doskonale rozumiem, że zostałem po prostu wykorzystany. Innym razem kazał mi nosić za sobą ciężką puszkę z gwoździami, które zbieraliśmy przy opuszczonej szopie. W drodze powrotnej rozbolały mnie ręce, ale nie chciałem prosić o odpoczynek. Później odkryłem, że większość gwoździ wyrzucił, ponieważ uznał je za bezużyteczne. Złościłem się na niego krótko. Wystarczało, że następnego dnia przychodził pod okno i proponował nową wyprawę, abym zapomniał o całej niesprawiedliwości. Nie miałem we wsi innego przyjaciela. Bałem się, że gdybym raz odmówił Ernestowi, następnego dnia nie przyszedłby już pod moje okno.
Ernest nie był jednak wyłącznie małym tyranem. Pamiętam też chwile, kiedy był dla mnie dobry, i przyznam, że właśnie do nich wracam najchętniej. Kiedy rozciąłem stopę na rozbitej butelce, pozwolił mi oprzeć się na swoim ramieniu i niemal całą drogę do gospodarstwa szedł, dźwigając część mojego ciężaru. Kiedy bałem się przejść przez wąską kładkę nad rowem, podawał mi rękę, nie komentując mojej niezręczności. Pewnego wieczora, kiedy otrzymałem list od matki i rozpłakałem się z tęsknoty, usiadł obok mnie na schodach stodoły i przez długi czas milczał, obracając w palcach niewielki kamień. Nie próbował mnie pocieszać, ponieważ zapewne nie wiedział jak, lecz jego obecność sprawiła, że mogłem płakać bez dodatkowego wstydu. Potem zaproponował obejrzenie martwego kreta znalezionego za stodołą. Poszedłem z nim, chociaż nie interesowały mnie martwe zwierzęta. Uznałem, że jest to najlepszy sposób podziękowania mu za cierpliwość. Dzisiaj myślę, że właśnie wtedy okazał mi więcej przyjaźni niż podczas wszystkich wypraw, na które tak ochoczo mnie zabierał.
Rzeka płynęła za gospodarstwami, oddzielona od drogi pasem nieużytków, łąką i niewielkim zagajnikiem. Nie pamiętam jej nazwy. W moich wspomnieniach istnieje po prostu jako rzeka, jedyna i niepowtarzalna, posiadająca brunatną wodę, piaszczyste brzegi oraz zapach mokrych korzeni, który stawał się szczególnie intensywny po deszczu. W niektórych miejscach nurt był tak spokojny, że powierzchnia wydawała się nieruchoma. Dalej woda przyspieszała, uderzała o wystające kamienie i tworzyła niewielkie wiry. Ernest znał zakole, w którym przez kilka metrów można było brodzić po piaszczystym dnie, zanim rzeka nagle robiła się głęboka. Na przeciwległym brzegu rosły wysokie trawy, a nieco dalej zaczynały się olchy, których korzenie wystawały nad wodę niczym powykręcane palce. Babcia zabraniała nam chodzić nad rzekę bez opieki dorosłych, lecz zakaz ten należał do kategorii zasad, których przestrzeganie uznawaliśmy za niemożliwe. Wybieraliśmy drogę przez sad, przechodziliśmy pod płotem i przedostawaliśmy się na łąkę, gdzie nawet człowiek stojący na podwórzu nie mógł nas już dostrzec. Każda taka wyprawa dawała mi poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym, chociaż nasze zajęcia ograniczały się do brodzenia w wodzie, łapania żab, obserwowania owadów i rzucania kamieniami w wystające z nurtu gałęzie.
Kąpaliśmy się zwykle w najcieplejszych godzinach dnia. Ernest rozbierał się całkowicie, składając spodenki na brzegu z dokładnością, która zupełnie nie pasowała do jego zwyczajowego niechlujstwa. Ja pozostawałem w bieliźnie, ponieważ wstydziłem się własnego ciała, choć nie potrafiłem jeszcze wyjaśnić, skąd ten wstyd pochodzi. Miałem chude nogi, wystające kolana i niewielki brzuch, który wydawał mi się nieproporcjonalnie duży. Ernest nie odczuwał podobnych skrupułów. Nie wyglądał na kogoś, kto w ogóle myślał o swoim wyglądzie. Czasami śmiał się z mojej ostrożności, a pewnego razu zabrał mi bieliznę i zawiesił na gałęzi olchy. Musiałem wspinać się po nią nagi, drapiąc uda o szorstką korę, podczas gdy on siedział na piasku i udawał, że nie rozumie mojego gniewu. Pamiętam upokorzenie, ale także nieoczekiwaną ulgę, którą poczułem, gdy udało mi się odzyskać bieliznę. Nie opowiedziałem o tym nikomu. Nie powiedziałem o tym babci, bo bałem się nie tyle jej gniewu, ile zakazu dalszych spotkań z Ernestem.
Ostatnia wyprawa nad rzekę odbyła się pod koniec sierpnia, kiedy powietrze było ciężkie od wilgoci, a nad polami gromadziły się ciemne chmury. Pamiętam tamten dzień wyjątkowo dokładnie, chociaż nie potrafię przyporządkować mu żadnej daty. Babcia gotowała pomidorową z makaronem pozostawionym z poprzedniego obiadu. Zupa była kwaśna, gęsta i tak gorąca, że parzyła mnie w język. Jadłem pośpiesznie, ponieważ Ernest czekał pod kuchennym oknem, stukając patykiem w parapet. Mieliśmy iść na ryby. Przygotował dwie leszczynowe wędki, puszkę po konserwie wypełnioną ziemią i dżdżownicami oraz kawałek chleba owinięty w papier. Babcia nie chciała wypuścić mnie przed końcem posiłku. Pamiętam jej niezadowolenie, gdy zobaczyła, jak połykam makaron niemal bez gryzienia, i niecierpliwość Ernesta, który co chwilę zmieniał pozycję pod oknem. Kiedy wreszcie wybiegłem na podwórze, chłopiec ruszył w stronę sadu, nie oglądając się za siebie. Musiałem biec, żeby go dogonić. Byłem zły, że nie zaczekał, ale jednocześnie czułem przyjemność z samego faktu, że miałem dokąd pobiec i na kogo się spieszyć.
Nad wodą panował zaduch. Owady krążyły nisko nad powierzchnią, trawy uginały się pod własnym ciężarem, a w oddali słychać było ciągnik pracujący na polu. Rozłożyliśmy nasze prymitywne wędki przy zakolu. Nie złowiliśmy niczego, choć Ernest wielokrotnie zmieniał przynętę i miejsce, przekonany, że ryby ukrywają się specjalnie przed nami. Po pewnym czasie porzuciliśmy łowienie. Ernest rozebrał się i wszedł do wody, a ja tym razem poszedłem za jego przykładem i również zdjąłem bieliznę. Nie pamiętam już, czy sam podjąłem tę decyzję, czy chciałem po prostu uniknąć kolejnych żartów. Woda była zimniejsza niż zwykle. Dno wydawało się śliskie, miejscami miękkie od osadów, a nurt niósł drobne kawałki roślin. Ernest zanurkował i wynurzył się kilka metrów dalej. Włosy przylgnęły mu do czoła, a na jasnej twarzy dostrzegłem bliznę pod prawym okiem. Pamiętam kroplę wody wiszącą na jego dolnej wardze. Zapytałem o bliznę, której wcześniej nigdy nie oglądałem z tak bliska, ale Ernest wzruszył ramionami. Wkrótce zanurkował ponownie.
Pamiętam powierzchnię wody zamykającą się nad jego głową. Niewielkie kręgi rozchodziły się w stronę brzegu, a dalej nurt płynął spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło. Przez pierwsze sekundy czekałem bez szczególnego niepokoju. Ernest potrafił długo wstrzymywać oddech i często wykorzystywał tę umiejętność, aby mnie przestraszyć. Dopiero kiedy upłynęło więcej czasu, niż zwykle trwały jego żarty, zacząłem go wołać. Początkowo niezbyt głośno, później coraz rozpaczliwiej. Nie pamiętam własnego głosu, choć pamiętam napięcie gardła i uczucie narastającego bólu. Zrobiłem kilka kroków w stronę miejsca, w którym zniknął. Dno gwałtownie opadło, stopa ześlizgnęła mi się z kamienia i przez moment znalazłem się w wodzie niemal po szyję. Cofnąłem się odruchowo, chwytając wystającą gałąź. Wtedy po raz pierwszy naprawdę się przestraszyłem. Nie wiedziałem, czy Ernest tonie, czy ukrywa się gdzieś pod brzegiem, ale byłem pewien, że wydarzyło się coś, czemu sam nie zdołam zaradzić. Pobiegłem do gospodarstwa, zostawiając na brzegu zarówno ubrania, jak i wędki. Pamiętam mokrą trawę uderzającą o łydki, twarde grudki ziemi kaleczące stopy i rosnące przekonanie, że jeśli dotrę do domu dostatecznie szybko, wszystko zostanie naprawione.
Franek pierwszy zrozumiał, co się wydarzyło. Chwycił mnie za ramiona i potrząsnął tak mocno, że uderzyłem zębami o siebie. Wypytywał o miejsce kąpieli, przebieg wydarzeń i czas, jaki upłynął od zniknięcia chłopca, lecz nie potrafiłem udzielić żadnej rozsądnej odpowiedzi. Pokazywałem kierunek rzeki, płakałem i próbowałem odzyskać oddech. Franek wbiegł do stodoły, zabrał długą żerdź i pobiegł przez pola. Dziadek ruszył za nim, a później pojawili się sąsiedzi. Babcia stała na podwórzu z mokrą ścierką w ręce. Pamiętam, że spojrzała na mnie, całego mokrego i nagiego, po czym pobiegła po ręcznik i ubranie. Nie było w tym niczego okrutnego. Po prostu przywykła reagować na nieszczęście poprzez wykonywanie czynności, które pozostawały w jej zasięgu. Nie mogła pomóc w poszukiwaniach, więc zajęła się tym, co potrafiła zrobić: wytarła mnie do sucha i dopilnowała, żebym się ubrał. Posłuchałem jej. Włożyłem przyniesione przez nią ubranie, a potem usiadłem w kuchni z kocem na ramionach i przez wiele godzin wpatrywałem się w drzwi. Nikt nie przynosił wiadomości. Za oknem zaczęło padać. Najpierw słabo, później tak mocno, że strugi wody spływały po szybach, całkowicie przesłaniając podwórze.
Ernesta znaleziono dopiero wieczorem. Nie widziałem ciała. Nie pamiętam pogrzebu, przygotowań ani rozmów dorosłych, które z pewnością musiały odbywać się po takim nieszczęściu. Wiem jedynie, że chłopiec nie wrócił. Przez resztę wakacji nie wolno mi było opuszczać gospodarstwa. Babcia chodziła po domu z zaczerwienionymi oczami, dziadek palił więcej papierosów niż zwykle, a Franek przestał żartować ze mną przy posiłkach. Kiedy wróciliśmy do miasta, matka tłumaczyła mi, że nie ponoszę odpowiedzialności za śmierć przyjaciela, ale powinienem mówić o tragedii z powściągliwością, ponieważ wspominanie jej może sprawiać innym ból. Przez wiele lat traktowałem te słowa jak zakaz. Nie mówiłem o Erneście ani w szkole, ani później, kiedy dorosłem. Opowiadałem czasem o wakacjach u dziadków, o żartach Franka i o Burym, który ukradł kiedyś mięso ze stołu, ale na tym kończyły się moje opowieści. Z czasem zacząłem myśleć o jego śmierci jak o tajemnicy, której nie wolno mi z nikim dzielić.
Nie przeżywałem tej straty w sposób, jaki opisuje się czasami w książkach. Nie cierpiałem bez przerwy, nie budziłem się każdej nocy z krzykiem i nie uważałem, że życie straciło sens. Dorastałem, kończyłem szkołę, podejmowałem pracę, zakochiwałem się i odkochiwałem, chodziłem do lekarzy, martwiłem się pieniędzmi, cieszyłem z podwyżek, obrażałem na znajomych i przeżywałem wszystkie drobne katastrofy, z których składa się dorosłość. Ernest pozostawał jednak obecny w pewnych szczególnych chwilach. Wracał, kiedy słyszałem plusk wody podczas kąpieli, kiedy widziałem chłopców bawiących się nad rzeką albo gdy ktoś wspominał o utonięciu. Czasami przychodził mi do głowy bez żadnego wyraźnego powodu. Wystarczał zapach wilgotnego drewna, skórka niedojrzałego owocu albo promień słońca padający na powierzchnię wody. Wtedy przez kilka sekund znów byłem dzieckiem, które stoi na mieliźnie i nie rozumie, dlaczego przyjaciel nie wypływa. Poczucie winy nie było gwałtowne, lecz uporczywe. Przypominało stary ból po źle zrośniętej kości, który przez większość czasu nie przeszkadza człowiekowi w poruszaniu się, ale przypomina o swoim istnieniu podczas zmiany pogody.
Dopiero po śmierci matki dowiedziałem się, że niemal wszystkie te wspomnienia mogą być fałszywe. Porządkowałem jej mieszkanie razem z Heleną, która od wielu lat zajmowała się sprawami rodzinnymi z dokładnością godną naszej babci. Matka pozostawiła po sobie ogromne ilości przedmiotów, których nie potrafiła wyrzucić. Znajdowaliśmy pudełka po lekach, rachunki za dawno opłacone usługi, zestawy guzików, pojedyncze rękawiczki, kartki świąteczne od ludzi nieżyjących od kilkudziesięciu lat oraz klucze, do których nie istniały już żadne zamki. Wszystko było starannie ułożone, lecz porządek ten nie służył odnajdywaniu rzeczy, tylko ich przechowywaniu. W jednej z szuflad znaleźliśmy album z fotografiami oprawiony w brązowy materiał. Strony oddzielał cienki pergamin, który szeleścił przy każdym przewróceniu kartki. Oglądaliśmy zdjęcia, próbując rozpoznać ludzi, miejsca i daty. Niektórzy krewni mieli na fotografiach tak młode twarze, że trudno było pogodzić je ze wspomnieniem ich starości. Innych nie rozpoznawaliśmy w ogóle, chociaż byliśmy pewni, że kiedyś stanowili ważną część rodzinnego życia. Zdziwiło mnie, jak szybko człowiek może utracić znaczenie w pamięci następnych pokoleń. Wystarczy, że umrą osoby potrafiące wskazać go na fotografii, a jego twarz staje się wyłącznie układem cieni.
Zobaczyłem wtedy dom dziadków. Na niewielkim zdjęciu stał pośrodku podwórza, z otwartymi drzwiami i stertą drewna ułożoną przy ścianie. Wyglądał inaczej, niż go pamiętałem. Dach miał mniej strome nachylenie, okna wydawały się większe, a przy studni brakowało starego orzecha, którego gałęzie w moich wspomnieniach sięgały prawie do sieni. Początkowo uznałem, że zdjęcie zrobiono przed posadzeniem orzecha, lecz na odwrocie widniała data z lata, które tak dobrze pamiętałem. Wspomniałem Helenie o gospodarstwie, o gotowanych dla świń ziemniakach i babci, która dodawała do wielkiego kotła pokrzywy. Siostra wyraziła zdziwienie, ponieważ według niej dziadkowie nigdy nie hodowali świń. Zapamiętała natomiast starego rudego kota, który umarł pod kuchennym piecem, kiedy miała kilkanaście lat. Nie znała Burego, nie przypominała sobie jego wyszczerbionej szczęki ani zwyczaju spania pod stołem. Początkowo uznałem, że żartuje albo po prostu myli gospodarstwa. Zawsze lubiła poprawiać cudze wspomnienia i uważała, że mam skłonność do przesadzania. Nie przywiązałem większej wagi do jej uwag, dopóki nie wspomniałem o Erneście.
Nie znała nikogo o tym imieniu. Nie pamiętała chłopca mieszkającego trzy domy dalej, jego ojca pracującego w lesie ani starszego brata posiadającego motocykl. Nie przypominała sobie również żadnego wypadku nad rzeką. Zdziwiła się, kiedy opowiedziałem jej o śmierci Ernesta, ponieważ była przekonana, że wydarzenie podobnej wagi musiałoby pozostać w rodzinnych rozmowach przez wiele lat. Próbowałem wyjaśnić, że dorośli mogli przemilczeć tragedię, aby oszczędzić dzieciom cierpienia, lecz Helena zareagowała coraz większym zakłopotaniem. Wreszcie przypomniała mi coś, co oczywiście wiedziałem, ale czego nigdy wcześniej nie łączyłem z wakacjami u dziadków. Przez kilka lat dzieciństwa byłem ciężko chory. Cierpiałem na przewlekłe zapalenie kości, które wymagało wielokrotnych hospitalizacji, zabiegów i długiej rehabilitacji. Przez pewien czas nie mogłem chodzić, a później przemieszczałem się wyłącznie z pomocą dorosłych. W latach, z których pochodziły moje najżywsze wspomnienia, Helena wyjeżdżała na wieś, a ja przebywałem w szpitalach i sanatoriach. Przywoziła mi stamtąd owoce, drobne przedmioty oraz opowieści o swoich przygodach. Matka również opisywała mi gospodarstwo, kiedy przyjeżdżała mnie odwiedzić. Według siostry przez całe miesiące rysowałem dom dziadków, wymyślałem historie o zwierzętach i zadawałem pytania dotyczące ludzi, których znałem wyłącznie z opowiadań. W ten sposób powstał świat, w którym mogłem chodzić, biegać i kąpać się w rzece, chociaż w rzeczywistości większość czasu spędzałem w łóżku.
Pamiętałem szpital. Nie było żadnej wątpliwości, że tam przebywałem. Potrafiłem odtworzyć białe metalowe łóżko, nocną szafkę z ciemnego drewna, zegar wiszący nad drzwiami oraz pielęgniarkę z szerokim znamieniem na przedramieniu. Pamiętałem zapach gotowanej kapusty, który w czwartki unosił się na korytarzu, skrzypienie wózka z lekami i chłopca z sąsiedniego łóżka, który mówił przez sen. Wiedziałem, jak wyglądały poranki, kiedy trzeba było czekać na obchód, i wieczory, gdy światło gaszono przed zakończeniem audycji radiowej. Pamiętałem ból, upokorzenie związane z koniecznością korzystania z pomocy przy najprostszych czynnościach oraz dziwną, niemal wstydliwą przyjemność, jaką sprawiało mi zainteresowanie lekarzy. Choroba uczyniła ze mnie osobę ważną, ale jednocześnie odebrała mi niemal wszystko, co w dzieciństwie uchodzi za naturalne. Nie mogłem biegać, wspinać się na drzewa, chodzić na długie spacery ani uczestniczyć w zabawach wymagających większego wysiłku. Matka nieustannie przypominała mi o ostrożności. Nawet kiedy wracałem do domu, traktowano mnie jak przedmiot podatny na uszkodzenie.
A jednak równie dokładnie pamiętałem wieś. Przez lata nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, czy oba obrazy mojego dzieciństwa w ogóle do siebie pasują. Szpital kojarzył mi się z zimą, mokrymi płaszczami, zapachem lekarstw i światłem jarzeniówek. Gospodarstwo dziadków należało do lata, owadów, rozgrzanej ziemi i Ernesta. Dopiero kiedy Helena zaczęła zestawiać daty kolejnych pobytów w placówkach medycznych, zrozumiałem, że moja pamięć zbudowała dwa życiorysy, które w niektórych miejscach nakładały się na siebie. W lipcu, kiedy rzekomo kąpałem się z Ernestem, leżałem w szpitalu z unieruchomioną nogą. Podczas kolejnych wakacji, które pamiętałem jako czas wspólnych wypraw do lasu, przebywałem w sanatorium oddalonym od wsi o kilkaset kilometrów. Dokumenty nie pozostawiały wiele miejsca na wątpliwości. Zachowały się daty przyjęć, wypisów, zabiegów i skierowań. Nie mogłem przecież przebywać jednocześnie w dwóch miejscach. A przecież każde z nich pamiętałem równie wyraźnie, z tą różnicą, że wspomnienia ze wsi były znacznie przyjemniejsze.
Przez kolejne tygodnie próbowałem odnaleźć w pamięci moment, w którym jedna historia mogła zastąpić drugą. Zastanawiałem się, czy Helena opowiadała mi o swoich wakacjach tak szczegółowo, że zacząłem utożsamiać się z jej doświadczeniami. Może matka przywoziła do szpitala owoce z gospodarstwa, a ja z czasem przypisałem ich smak wyobrażonym popołudniom w sadzie. Być może w dziecięcych zeszytach rzeczywiście rysowałem Ernesta, chociaż nie posiadałem żadnego dowodu, że chłopiec kiedykolwiek istniał. Szukałem tych zeszytów w mieszkaniu matki, ale znalazłem jedynie kilka kartek pokrytych niezgrabnymi szkicami domów, zwierząt i drzew. Na jednym rysunku znajdowało się dwóch chłopców stojących przy czymś, co mogło przedstawiać rzekę. Jeden był wyższy, drugi niższy. Nie podpisałem postaci żadnymi imionami. Początkowo uznałem rysunek za dowód istnienia Ernesta, lecz niemal natychmiast zrozumiałem, że nie potwierdza on niczego poza moją dawną umiejętnością posługiwania się kredkami. Dziecko może przecież narysować człowieka, którego zna, ale równie dobrze może wymyślić kogoś, z kim chciałoby się zaprzyjaźnić.
Porozmawiałem o tym z lekarzem, którego znałem od wielu lat. Był już na emeryturze, lecz wciąż przyjmował prywatnie w niewielkim gabinecie pachnącym kawą i kurzem. Nie oczekiwałem diagnozy. Chciałem jedynie wiedzieć, czy pamięć może stworzyć całe doświadczenie, wraz z emocjami i szczegółami zmysłowymi, a następnie przechowywać je przez kilkadziesiąt lat jako coś bezspornie prawdziwego. Lekarz wysłuchał mnie cierpliwie, zapytał o przebyte choroby, urazy głowy, leki i sposób, w jaki wspomnienia wpływają na moje życie. Wyjaśnił, że pamięć nie jest prostym zapisem zdarzeń, lecz procesem rekonstrukcji, w którym człowiek wykorzystuje fragmenty rzeczywistych doświadczeń, informacje uzyskane od innych oraz własne wyobrażenia. Podkreślił, że błędne wspomnienie nie stanowi samo w sobie dowodu choroby psychicznej, a siła emocji towarzyszących określonemu obrazowi nie przesądza o jego prawdziwości. Wszystko, co mówił, brzmiało rozsądnie. Rozumiałem jego wyjaśnienia i nie miałem podstaw, żeby je kwestionować. Wyszedłem jednak z gabinetu rozczarowany, ponieważ uświadomiłem sobie, że nie przyszedłem po wiedzę o pamięci. Chciałem usłyszeć, że Ernest istniał, a moje wspomnienia nie mogą być całkowicie fałszywe, skoro pamiętam ich ciężar.
Kilka miesięcy później pojechałem do wsi dziadków. Wyruszyłem wcześnie rano, zabierając album z fotografiami, notes i butelkę wody. Była końcówka września, lecz powietrze pozostawało ciepłe. Mijałem pola kukurydzy, stacje benzynowe, magazyny budowlane i osiedla nowych domów, których mieszkańcy najwyraźniej nie chcieli mieć ze sobą nic wspólnego, ponieważ każde podwórze otaczał wysoki płot. W miarę zbliżania się do miejscowości odczuwałem coraz większy niepokój. Nie wiedziałem, czy zamierzam odnaleźć dowód prawdziwości wspomnień, czy raczej zakończyć ich istnienie. Wieś okazała się mniejsza, niż pamiętałem. Sklep przy przystanku przerobiono na mieszkanie, kapliczka posiadała nową figurę, a topole wycięto. W miejscu starych gospodarstw stały odnowione domy otoczone betonowymi ogrodzeniami, a na podjazdach parkowały samochody. Nie zobaczyłem ani jednej kury, choć dawniej kręciły się niemal po każdym podwórzu. Dom dziadków stał nadal, choć cegłę przykryto jasnym tynkiem, dach wymieniono, a na podwórzu położono kostkę brukową. Studnia zniknęła. Na jej miejscu rosła niewielka tuja o gałęziach przyciętych w niezgrabną kulę. Poczułem się tak, jakbym przyjechał obejrzeć własne wspomnienie po przeprowadzonym remoncie.
Obecna właścicielka domu była kobietą w średnim wieku, ubraną w różowy sweter. Nazwisko dziadków kojarzyła z dawnych dokumentów dotyczących domu, choć osobiście ich nie znała. Pozwoliła mi obejrzeć ogród, w którym zachowały się dwa stare drzewa owocowe. Jedno było jabłonią, drugie śliwą. Dowiedziałem się, że wielką gruszę wycięto kilka lat wcześniej, ponieważ jej gałęzie zagrażały dachowi sąsiada. Kobieta wskazała miejsce, w którym rosła. Ziemia była tam lekko zapadnięta, a pod trawą można było dostrzec pozostałości korzeni. Stałem przed tym skrawkiem ogrodu dłużej, niż wymagała uprzejmość, próbując rozstrzygnąć, czy wzruszenie, które nagle poczułem, wynika z odzyskanego wspomnienia, czy z samego faktu, że ktoś potwierdził istnienie drzewa. Nie wiedziałem, czy naprawdę siedziałem pod jego koroną, ale byłem pewien, że kiedyś musiałem bardzo chcieć tam siedzieć. Pomyślałem wtedy o wszystkich miejscach, za którymi tęsknimy, choć nigdy w nich nie byliśmy. Można przecież tęsknić za miejscem znanym z książki, za epoką, w której się nie żyło, albo za człowiekiem, którego twarz widziało się jedynie na fotografii. Moja tęsknota miała jednak w sobie coś szczególnie upokarzającego, ponieważ przez większą część życia uważałem ją za dowód własnej przeszłości.
Od właścicielki dowiedziałem się o starszym mieszkańcu wsi, który interesował się historią okolicy i przechowywał zeszyty z nazwiskami dawnych gospodarzy. Odnalazłem go w niewielkim domu za dawną remizą. Miał na imię Władysław, był wysoki, bardzo szczupły i nosił aparat słuchowy. Przyjął mnie w kuchni, gdzie na stole leżały gazety, a stara lodówka wydawała regularne trzaski. Opowiedziałem mu o dziadkach, Franku, gospodarstwie i chłopcu o imieniu Ernest. Władysław pamiętał część nazwisk, lecz nie przypominał sobie żadnego dziecka o tym imieniu z lat siedemdziesiątych. Znał natomiast znacznie starszego Ernesta, urodzonego jeszcze przed wojną, który mieszkał niegdyś za mostem, w pobliżu cegielni. Mężczyzna wyprowadził się ze wsi jako młody człowiek, nie założył rodziny i podobno od kilku lat przebywał w domu opieki w pobliskim mieście. Władysław nie był pewien, czy nadal żyje, ale zapisał mi nazwisko placówki. Rozmawialiśmy również o rzece. Potwierdził, że dawniej zdarzały się tam utonięcia, ponieważ dzieci często kąpały się bez opieki dorosłych, a nurt był zdradliwy. Przypomniał sobie opowieść swojej matki o chłopcu, którego znaleziono pod korzeniami olchy, lecz nie potrafił określić daty wypadku. Jak sądził, musiało się to wydarzyć jeszcze przed jego narodzinami. Przyznał, że słyszał ją tak wiele razy, iż czasami sam odnosi wrażenie, jakby pamiętał poszukiwania. Kiedy powiedział, że czasami niemal widzi tamte poszukiwania, poczułem chłód na plecach.
Poszedłem nad rzekę tego samego popołudnia. Ścieżka prowadziła przez zarośniętą łąkę, obok betonowego przepustu i niewielkiego zagajnika. Krajobraz nie przypominał miejsca, które przechowywałem w pamięci. Brzegi były wyższe, nurt węższy, a wiele starych drzew wycięto. W pobliżu jednego z zakoli znajdowała się szeroka łacha piasku, pokryta śladami opon i porzuconymi puszkami po piwie. Przez długi czas chodziłem wzdłuż wody, próbując odnaleźć miejsce ostatniej kąpieli. Kilka razy wydawało mi się, że rozpoznaję charakterystyczne ułożenie brzegu, lecz wystarczyło przejść kilka metrów, aby pewność znikała. W końcu usiadłem na trawie i zdjąłem buty. Nie wszedłem do wody. Chciałem tylko poczuć ziemię pod stopami, jak człowiek odwiedzający grób, na którym nie ma nazwiska. Przez chwilę wyobrażałem sobie Ernesta wychodzącego zza olchy, z mokrymi włosami i granatowymi spodenkami zwiniętymi pod pachą. Wiedziałem, że to fantazja, a mimo to poczułem znajome napięcie związane z oczekiwaniem na jego obecność. Wtedy zauważyłem coś osobliwego. Wspomnienie ostatniej kąpieli zawierało wszystkie dźwięki otoczenia, ale nie potrafiłem odtworzyć własnego krzyku. Widziałem, jak wołam Ernesta, pamiętałem napięcie gardła i strach, lecz mój głos pozostawał nieobecny. Po raz pierwszy pomyślałem, że być może w całej historii nigdy nie byłem tym chłopcem, który stał na brzegu.
Do domu opieki pojechałem trzy tygodnie później. Wcześniej skontaktowałem się z placówką, wyjaśniłem, że próbuję odnaleźć dawnego znajomego rodziny, i poprosiłem o możliwość spotkania z Ernestem. Pracownicy nie chcieli początkowo ujawniać informacji o mieszkańcu placówki, ale po kilku dniach przekazali mi wiadomość, że starszy człowiek pamięta wspomnianą miejscowość i zgodził się mnie przyjąć. Przez całą drogę zastanawiałem się, jak rozpocząć rozmowę. Nie mogłem przecież wyznać nieznajomemu, że od kilkudziesięciu lat pamiętam śmierć chłopca noszącego jego imię. Zamierzałem najpierw porozmawiać o wsi, dawnych mieszkańcach i gospodarstwach, a dopiero później, jeśli nadarzy się okazja, zapytać o rzekę. Budynek mieścił się w dawnej szkole. Korytarze były szerokie, pomalowane na jasny kolor, a przy ścianach ustawiono duże donice z roślinami. Pachniało środkami dezynfekującymi, gotowaną marchwią i ciepłą pościelą. W jadalni kilkoro starszych ludzi siedziało przed telewizorem, na którym wyświetlano program przyrodniczy. Nikt nie oglądał zwierząt przemieszczających się po ekranie. Jedna kobieta przesuwała palcem po obrusie, jakby próbowała odnaleźć coś bardzo drobnego. Zaskoczyło mnie, jak łatwo rozpoznałem atmosferę tego miejsca. Nie byłem przecież w szpitalu od wielu lat, a jednak wystarczył zapach umytych podłóg i odgłos wózka przesuwanego po korytarzu, abym na moment poczuł się dzieckiem czekającym na obchód.
Ernest siedział przy oknie niewielkiego pokoju na parterze. Miał jasnoszary sweter, ciemne spodnie i miękkie kapcie. Był szczupły, z wąskimi ramionami i dużymi dłońmi pokrytymi plamami starczymi. Włosy zachował niemal w całości, choć były zupełnie białe. Na stoliku leżały okulary, paczka chusteczek i niewielki notes. Kiedy wszedłem, podniósł głowę i przyjrzał mi się uważnie. Nie wydawał się zdziwiony moją obecnością. Usiadłem naprzeciwko niego, przedstawiłem się i wyjaśniłem, że interesuję się historią rodzinnej wsi. Rozmawialiśmy o dawnych mieszkańcach, wojsku, pracy przy cegielni i zmianach, jakie zaszły w okolicy. Ernest mówił powoli, czasami zatrzymując się w poszukiwaniu właściwego słowa, ale pamiętał wiele szczegółów. Znał nazwisko mojego dziadka, kojarzył Franka naprawiającego maszyny i pamiętał babcię jako kobietę przesadnie dbającą o czystość. Kiedy opowiedziałem o wygotowywaniu ścierek, roześmiał się i przypomniał sobie, że potrafiła sprzątać nawet podczas wizyty gości, jakby sam fakt ich obecności stanowił zagrożenie dla porządku gospodarstwa. Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczułem ulgę. Znajdowałem się w towarzystwie człowieka, który znał świat mojego dzieciństwa niezależnie od opowieści Heleny.
Najbardziej niepokoił mnie jednak niewielki ślad pod prawym okiem Ernesta. Blizna przebiegała ukośnie, miała może półtora centymetra długości i odcinała się od pomarszczonej skóry jaśniejszym kolorem. Zobaczyłem ją natychmiast po wejściu do pokoju, ale przez pierwszą część rozmowy starałem się na nią nie patrzeć. Wiedziałem przecież, że podobne blizny posiadają tysiące ludzi. Nie mogłem przecież uznać, że starzec jest chłopcem, który przed kilkudziesięciu laty zniknął w rzece, zwłaszcza że jego wiek całkowicie wykluczał taką możliwość. Mimo to odczuwałem narastające napięcie. W pewnym momencie zapytałem, czy pamięta jakieś utonięcie w okolicy gospodarstwa dziadków. Ernest spoważniał. Potwierdził, że rzeka była niebezpieczna i dawniej zdarzały się wypadki, ale nie potrafił od razu przypomnieć sobie konkretnego zdarzenia z lat siedemdziesiątych. Dopiero kiedy wspomniałem o chłopcu o jasnych włosach i imieniu Ernest, spojrzał na mnie uważniej. Zapytał o moje nazwisko, później o imię, a następnie przez chwilę przyglądał się mojej twarzy. Zauważył też, że kiedy przesiadałem się bliżej okna, wyraźnie oszczędzałem jedną nogę. Musiałem opowiedzieć mu o chorobie nogi, wieloletnich hospitalizacjach i rehabilitacji. Słuchał z koncentracją, która wydawała mi się niemal nieprzyjemna.
Ernest pamiętał Helenę. Kojarzył dziewczynkę z dwoma warkoczami, która chodziła wszędzie z książką, nawet podczas wykonywania prostych prac gospodarskich. Opowiedział o niej kilka szczegółów, których nie potrafiłem zweryfikować, choć brzmiały wiarygodnie. Wiedziałem, że siostra lubiła czytać i rzeczywiście często nosiła książki pod pachą. Zapytałem wtedy, czy pamięta również mnie. Starszy mężczyzna długo milczał, po czym wrócił do sprawy chłopca, o którego pytałem wcześniej. Wyjaśnił, że znał kiedyś dziecko noszące moje imię. Chłopiec przyjeżdżał na wieś, przebywał często w gospodarstwie dziadków i lubił wyprawy nad rzekę. Ernest pamiętał go jako drobnego, trochę chorowitego i wyjątkowo upartego. Nie wiedziałem jeszcze, dlaczego mówi o dziecku, które nosiło moje imię i przypominało mnie z wyglądu, choć musiało żyć wiele lat przede mną. Dopiero kiedy wspomniał o latach powojennych, poczułem, że nasza rozmowa zaczyna wymykać się wszelkiej logice.
Według Ernesta wydarzenie miało miejsce na początku lat pięćdziesiątych. Byli wówczas chłopcami, może dwunastoletnimi, i często bawili się w pobliżu rzeki. Pewnego popołudnia zabrali leszczynowe wędki, puszkę z dżdżownicami i kawałek chleba. Nie złowili żadnej ryby, więc postanowili się wykąpać. Powietrze było duszne, niebo zachmurzone, a w oddali pracował traktor. Ernest potrafił pływać, natomiast jego kolega obawiał się głębokiej wody. Starszy mężczyzna pamiętał, że namawiał chłopca do wejścia dalej od brzegu, ponieważ miał dosyć jego ostrożności. Później popłynął w stronę olch, a kiedy się odwrócił, nie zobaczył już przyjaciela. Początkowo sądził, że chłopiec ukrywa się pod wodą albo próbuje zrobić mu żart. Dopiero po chwili zrozumiał, że wydarzyło się coś niebezpiecznego. Zaczął nurkować, szukać go pod korzeniami, wołać o pomoc. Ludzie z gospodarstw przybiegli nad rzekę, ale dziecko odnaleziono dopiero wieczorem. Ciało znajdowało się pod olchą, przytrzymywane przez korzenie i nurt.
Słuchałem tej opowieści z uczuciem narastającego odrętwienia. Wszystkie szczegóły były znajome, a jednocześnie należały do zupełnie innego wydarzenia. W moim wspomnieniu to Ernest zniknął pod wodą, podczas gdy ja pozostałem na mieliźnie. W jego relacji role zostały odwrócone. W jego opowieści utonął chłopiec noszący moje imię, a Ernest przeżył. Różniła nas również data. Według starszego mężczyzny tragedia wydarzyła się na długo przed moim narodzeniem, a więc nie mogłem być jej uczestnikiem. Zapytałem o to kilkakrotnie, próbując znaleźć jakąś nieścisłość, lecz Ernest nie zmienił wersji. Pamiętał upał, wędki, zakole rzeki i korzenie olchy. Przyznał, że przez wiele lat opowiadał rodzinie, iż jego kolega sam chciał wypłynąć na głębszą wodę, choć w rzeczywistości to on go namawiał. Z czasem zaczął wierzyć we własne usprawiedliwienie. Dopiero na starość, kiedy większość ludzi uczestniczących w poszukiwaniach już nie żyła, pozwolił sobie przypomnieć, że chłopiec bał się wody i prosił go o powrót na brzeg.
Nie próbowałem przekonywać Ernesta, że pamiętam to samo wydarzenie z przeciwnej strony. Zrozumiałem, że dla niego nie jest to zagadka wymagająca rozwiązania, lecz wspomnienie, które przez siedemdziesiąt lat zatruwało mu życie. Starszy człowiek nie poszukiwał dowodu własnej niewinności. Przeciwnie, z każdym kolejnym zdaniem coraz wyraźniej ujawniał przekonanie, że ponosi odpowiedzialność za śmierć przyjaciela. Nie mówił o tym ze szczególnym dramatyzmem. Jego głos pozostawał cichy i zmęczony, a dłonie wykonywały niewielkie, powtarzalne ruchy na poręczy fotela. Wydawało mi się, że przeżywa tę historię po raz kolejny, tak samo jak robił to zapewne tysiące razy wcześniej. Poczułem wobec niego współczucie, ale również dziwną zazdrość. Ernest miał przynajmniej pewność, że istniał chłopiec, którego nie uratował. Ja nie potrafiłem już nawet ustalić, czy moje poczucie winy ma jakiekolwiek oparcie w rzeczywistych wydarzeniach.
Przed wyjściem starszy mężczyzna poprosił, żebym przyniósł mu kiedyś fotografię z dzieciństwa. Chciał zobaczyć, czy jestem podobny do chłopca, którego pamiętał. Nie uważał mnie za zmarłego przyjaciela. Dostrzegał jedynie zbieżność imion i być może niewielkie podobieństwo, które z biegiem czasu zaczęło wydawać mu się istotne. Obiecałem, że spróbuję znaleźć odpowiednie zdjęcie. Nie wróciłem jednak do domu opieki, chociaż przez kilka dni nosiłem w kieszeni adres placówki. Początkowo tłumaczyłem sobie, że potrzebuję czasu, aby uporządkować wspomnienia i zastanowić się nad znaczeniem rozmowy. Później przyszła zima, Helena zachorowała, a ja znalazłem sobie kolejne powody, by odłożyć wizytę. Odkładałem wizytę tak długo, aż któregoś dnia dowiedziałem się, że Ernest zmarł kilka miesięcy wcześniej. Przyjąłem tę wiadomość z zaskakującym spokojem. Śmierć człowieka, który dożył niemal dziewięćdziesięciu lat, nie jest przecież czymś niespodziewanym. Ernest miał prawo umrzeć, tak samo jak miał prawo przechowywać własną wersję przeszłości. Nie był mi winien żadnych wyjaśnień, a ja nie powinienem był oczekiwać, że jego wspomnienia okażą się bardziej wiarygodne od moich wyłącznie dlatego, że był starszy i znał wieś, do której nigdy nie mogłem naprawdę należeć.
Od tamtej rozmowy nie straciłem wspomnień. Przeciwnie, stały się wyraźniejsze. Nadal pamiętam babcię w granatowym fartuchu, Franka polewającego dłonie benzyną, Burego śpiącego pod stołem i Ernesta rozbijającego niedojrzałe gruszki o płaski kamień. Pamiętam zapach mokrej ziemi, bzyczenie owadów, rozgrzane deski płotu i chłód rzeki dotykającej brzucha. Pamiętam je tak wyraźnie, jakbym jeszcze wczoraj dotykał desek płotu i wracał z rzeki z piaskiem przyklejonym do stóp. Nie mam wrażenia, że oglądam wyobrażone obrazy. Przeciwnie, wydaje mi się, że powracam do czegoś, co rzeczywiście przeżyłem, nawet jeśli dokumenty, świadectwa rodziny i zwykła chronologia dowodzą czegoś przeciwnego. Zmieniła się jednak moja pozycja wewnątrz tamtego wspomnienia. Kiedy próbuję przypomnieć sobie ostatnią kąpiel, nie zawsze jestem już chłopcem stojącym na mieliźnie. Czasami znajduję się pod wodą. Widzę zielonkawą przestrzeń pełną drobnych cząstek, przez które przebija światło. Czuję coś zimnego zaciskającego się wokół kostki, a nad sobą dostrzegam rozmazaną sylwetkę chłopca. Jego twarz pojawia się na moment, znika, a potem wraca, odległa i dziwnie obojętna. Próbuję się odezwać, lecz do ust wpływa mi woda. Nie czuję nawet szczególnie silnego strachu. Najgorsza jest chwila, w której otwieram usta i zamiast powietrza czuję wodę.
Zdarza mi się budzić z tym obrazem. Siadam na łóżku, oddycham głęboko i czekam, aż odzyskam pewność, że znajduję się we własnym mieszkaniu. Nie miewam takich snów często. Czasami raz na kilka miesięcy, czasami jeszcze rzadziej. Nie uważam ich za szczególnie niezwykłe. Ludzie śnią przecież o rzeczach, których nigdy nie doświadczyli. Potrafią spadać z wysokości, latać, umierać i spotykać ludzi nieżyjących od dziesięcioleci. Sen nie wymaga dowodów, ponieważ nie musi przestrzegać reguł rzeczywistości. Mój problem polega jednak na tym, że obraz podwodnej przestrzeni coraz częściej pojawia się również wtedy, kiedy nie śpię. Wystarczy zamknąć oczy, a natychmiast widzę światło rozproszone w wodzie i chłopca, który patrzy na mnie z góry. Nie jestem pewien, czy naprawdę mnie widzi. Jego twarz znajduje się zbyt daleko, a nurt porusza nią w taki sposób, że nie potrafię rozpoznać wyrazu oczu. Czasami wydaje mi się, że chce mi pomóc, innym razem, że po prostu obserwuje moje znikanie. Najbardziej niepokojące jest to, że w żadnej z tych wersji nie wiem, któremu z chłopców mam wierzyć.
Wiem, że mogę być człowiekiem, który przejął cudze wspomnienie. Być może Helena opowiedziała mi kiedyś historię o chłopcu utoniętym w rzece, a ja wykorzystałem ją do zbudowania wakacji, których nie mogłem przeżyć z powodu choroby. Możliwe również, że słyszałem o podobnym wypadku od matki albo dziadków, lecz zapomniałem źródła informacji. Późniejsze rozmowy, fotografie i wyobrażenia mogły nadać historii coraz więcej szczegółów, aż zaczęła przypominać prawdziwe doświadczenie. Nie wykluczam nawet, że spotkanie z Ernestem w domu opieki zmieniło moje wspomnienia, chociaż wydawało mi się, że jedynie je porównuję. Stary człowiek znał tragedię sprzed wielu lat, a ja opowiedziałem mu o rodzinie i własnym dzieciństwie. Nasze historie mogły wzajemnie na siebie oddziaływać. Być może każdy z nas rozpoznał w słowach drugiego to, czego od dawna poszukiwał, a wszystkie pozostałe szczegóły dopasowaliśmy nieświadomie. Wydaje mi się to rozsądniejsze niż przypuszczenie, że pamiętam śmierć dziecka, które nosiło moje imię i umarło przed moim narodzeniem.
Rozsądek nie usuwa jednak żalu. Przez całe życie byłem przekonany, że Ernest utonął, ponieważ nie potrafiłem go uratować. Nosiłem w sobie poczucie odpowiedzialności za zdarzenie, którego być może nigdy nie widziałem, i kochałem wspomnienie chłopca, który być może powstał jedynie z mojej potrzeby posiadania przyjaciela. Jeżeli Helena mówi prawdę, a dokumenty nie kłamią, przez większą część dzieciństwa leżałem w szpitalnym łóżku, podczas gdy inni chłopcy biegali po polach, kąpali się w rzekach i zrywali niedojrzałe owoce. Mogłem słuchać ich opowieści, oglądać przynoszone fotografie i wyobrażać sobie, że uczestniczę w ich zabawach. W pewnym momencie wyobrażenia zastąpiły rzeczywiste doświadczenia. Wymyśliłem sobie chłopca, który był odważny tam, gdzie ja byłem ostrożny, zdrowy tam, gdzie ja chorowałem, i pewny siebie tam, gdzie ja odczuwałem wstyd. Nie wiem, dlaczego w mojej opowieści musiał umrzeć. Być może usłyszałem kiedyś o prawdziwym wypadku i włączyłem go do wyobrażonego lata.
Ta możliwość przeraża mnie bardziej niż wszystkie opowieści o duchach. Jeżeli Ernest był moim wytworem, oznacza to, że przez kilkadziesiąt lat opłakiwałem część samego siebie, nadając jej cudzą twarz. Nie wiem, czy człowiek może przeżywać żałobę po kimś, kto nigdy nie istniał. Wiem natomiast, że nie potrafię po prostu zrezygnować z tego uczucia. Czasem zastanawiam się, czy człowiek może szczerze opłakiwać kogoś, kogo sam sobie wymyślił. Czy lata przeżyte z takim wspomnieniem da się po prostu unieważnić, skoro naprawdę zmieniły moje życie? Nie znam odpowiedzi. Podejrzewam jednak, że większość ludzi woli zachować nawet bolesne wspomnienie niż przyznać, że istotna część ich życia została zbudowana na pomyłce.
Od czasu do czasu rozmawiam z Heleną. Jest coraz starsza, jej mąż nie żyje, a córka mieszka za granicą. Rozmawiamy o lekarstwach, zakupach, sąsiadach i rzeczach, które oboje uważamy za nieważne, choć z jakiegoś powodu właśnie one zajmują większość naszego życia. Nie wspominam już o Ernestcie. Siostra ma wystarczająco wiele własnych zmartwień, a poza tym nie chcę zmuszać jej do ciągłego podważania moich wspomnień. Zdarza się jednak, że sama przywołuje dawne czasy. Niedawno przypomniała sobie, jak babcia suszyła przy piecu pokrojone jabłka. Odpowiedziałem, że pamiętam ich zapach, papier rozkładany na blachach i dziadka narzekającego, że w kuchni nie ma czym oddychać. Helena roześmiała się i poprawiła mnie, twierdząc, że babcia suszyła wtedy grzyby, a nie jabłka. Nie próbowałem się sprzeczać. Być może miała rację. Być może nie. Zrozumiałem, że pamięć rodzinna nie jest zbiorem wiernych relacji, lecz wynikiem nieustannych uzgodnień między ludźmi, którzy potrzebują wspólnej przeszłości. Każdy z nas wnosi do niej własne obrazy, a później przez lata próbujemy uzgodnić, które szczegóły zasługują na zachowanie.
Po rozmowie z siostrą poszedłem do kuchni i zobaczyłem trzy gruszki leżące na stole. Kupiłem je poprzedniego dnia, choć nie pamiętałem, bym miał na nie szczególną ochotę. Jedna była miękka, pozostałe jeszcze twarde. Wybrałem najmniej dojrzałą, umyłem ją i spróbowałem odgryźć kawałek. Miąższ był cierpki, ziarnisty i nieprzyjemnie ściągał język. Nie smakował jak gruszki z mojego dzieciństwa. Tamte były bardziej kwaśne, miały grubszą skórkę i pozostawiały na dłoniach lepki sok. A może właśnie tak smakowały, tylko moja pamięć przez lata poprawiała ich smak, tak samo jak poprawia się opowieść, którą wielokrotnie powtarza się przy stole. Zjadłem owoc do końca, chociaż rozbolał mnie brzuch. Później otworzyłem album matki i zacząłem ponownie oglądać fotografie. Znalazłem niewielkie zdjęcie, którego wcześniej nie zauważyłem. Przedstawiało dwoje dzieci stojących przy drewnianym płocie. Dziewczynka miała dwa warkocze i ciemną sukienkę, chłopiec był niski, szczupły, ubrany w jasną koszulę i krótkie spodenki. Twarze były niewyraźne, jakby fotograf poruszył aparatem w chwili naciskania migawki. Na odwrocie matka zapisała, że zdjęcie przedstawia Helę i chłopca od sąsiadów podczas wakacji w 1976 roku. Nie podała jego imienia.
Przez długi czas przyglądałem się fotografii. Chłopiec nie miał jasnych włosów Ernesta ani blizny pod prawym okiem. Przypominał raczej mnie samego, choć fotografie dzieci bywają do siebie podobne. Zastanawiałem się, czy matka zapomniała jego imienia, czy nigdy go nie znała. Być może przyszedł do gospodarstwa tylko raz, stanął obok Heleny, pozwolił zrobić sobie zdjęcie, a potem wrócił do domu i rozpoczął życie, o którym nie dowiem się już niczego. Dla niego tamto popołudnie mogło być zupełnie nieważne. Być może nie pamięta nawet dziewczynki z warkoczami ani drewnianego płotu, przy którym stanęli. A jednak jego twarz przetrwała w albumie mojej matki, podczas gdy twarz Ernesta, człowieka zajmującego tak wiele miejsca w moim życiu, nie została utrwalona na żadnej fotografii, którą potrafiłbym odnaleźć.
Odłożyłem zdjęcie i przez chwilę siedziałem w ciszy. Uświadomiłem sobie wtedy, że nie szukam już dowodów. Przestałem nawet pragnąć ostatecznej odpowiedzi. Chciałem jedynie móc wrócić do sadu, usiąść pod gruszą i zobaczyć Ernesta żywego, z kieszeniami wypchanymi owocami, gotowego do kolejnej wyprawy. Chciałem usłyszeć, jak śmieje się z mojej ostrożności, poczuć chłód ziemi pod stopami i wiedzieć, że mamy przed sobą całe popołudnie. W tym wspomnieniu nie ma jeszcze śmierci. Nikt nie utonął, nikt nie został odnaleziony pod korzeniami olchy, a żaden stary człowiek nie musi po siedemdziesięciu latach tłumaczyć się z czynów popełnionych jako dziecko. Jest tylko lato, dom z czerwonej cegły, babcia przygotowująca obiad i Franek wracający z warsztatu z dłońmi pachnącymi benzyną. Wszystko pozostaje na swoim miejscu, ponieważ jeszcze nie wydarzyło się nic, co mogłoby ten porządek naruszyć.
Nie wiem, czy mówiłem o tym wcześniej, ale w ostatnich miesiącach zacząłem zapominać własne sny. Dawniej pamiętałem je dobrze. Potrafiłem odtworzyć miejsca, twarze i rozmowy, choć po przebudzeniu wydawały się nielogiczne. Teraz pozostaje po nich wyłącznie uczucie. Budzę się szczęśliwy, przestraszony albo zawstydzony, ale nie potrafię przypomnieć sobie żadnego obrazu, który uzasadniałby ten stan. Czasami myślę, że sny nie znikają, tylko zostają przeniesione do pamięci, gdzie zaczynają udawać zdarzenia rzeczywiste. Może przez całe życie gromadzimy w ten sposób cudze twarze, nieistniejące miejsca i wspomnienia rzeczy, których nigdy nie przeżyliśmy. Później nadajemy im daty, przypisujemy do rodzinnych opowieści i zaczynamy nazywać przeszłością. Nie jestem oczywiście pewien, czy tak jest. Nie posiadam żadnej wiedzy, która pozwalałaby mi udowodnić podobne przypuszczenie. Wiem tylko, że im dłużej żyję, tym mniej ufam własnym wspomnieniom, chociaż nie potrafię przestać ich potrzebować.
Chciałbym jeszcze raz spotkać Ernesta. Nie po to, żeby pytać o rzekę, ponieważ wiem już, że nie uzyskam odpowiedzi, której można byłoby bez zastrzeżeń zaufać. Chciałbym usiąść z nim przy oknie i porozmawiać o czymś zupełnie zwyczajnym. O sklepie przy przystanku, o kapliczce z różową Matką Boską, o starym psie śpiącym pod stołem albo o tym, czy babcia rzeczywiście używała karbolu do mycia podłóg. Być może odkrylibyśmy, że pamiętamy zupełnie inne rzeczy. Być może znaleźlibyśmy jeden drobny szczegół, którego żaden z nas nie musiałby drugiemu udowadniać. Nie liczę już na odpowiedź, która wyjaśniłaby całe moje dzieciństwo. Wystarczyłaby mi pewność, że choć przez jeden dzień istniał człowiek, który widział ten sam świat co ja, nawet jeśli zapamiętał go inaczej.
Ale Ernest nie żyje. Ja natomiast wciąż słyszę jego głos, choć nie ten stary, ochrypły i przerywany kaszlem, który zapamiętałem z domu opieki. Słyszę głos chłopca wołającego z rzeki, ale nie potrafię ustalić, z której strony dobiega. Czasami jestem przekonany, że prosi o pomoc. Innym razem wydaje mi się, że woła mnie jedynie po to, żebym popatrzył, jak daleko potrafi dopłynąć. Nie rozpoznaję własnego głosu. Nie wiem również, czy znajduję się na brzegu, czy pod wodą. Wiem tylko, że za każdym razem, kiedy próbuję zobaczyć twarz Ernesta, zaczyna ona przypominać moją własną. Nie dzieje się to nagle. Najpierw zmienia się kształt nosa, później linia ust, wreszcie oczy nabierają znajomego wyrazu, który pamiętam z fotografii wykonywanych w młodości. Próbuję wtedy otworzyć oczy, ale obraz pozostaje jeszcze przez chwilę, jak ślad po spojrzeniu w zbyt jasne światło.
Nie wiem, czy to wspomnienie, sen, czy zwyczajne zmęczenie człowieka, który zbyt długo zastanawiał się nad sprawami niemożliwymi do rozstrzygnięcia. Być może powinienem pozostawić przeszłość w spokoju, jak zalecają ludzie przekonani, że życie posiada naturalny kierunek, a wszystko, co minęło, powinno stopniowo tracić znaczenie. Nie potrafię jednak zgodzić się z takim rozumowaniem. Przeszłość nie staje się mniej rzeczywista tylko dlatego, że nie możemy do niej wrócić. Przeciwnie, z każdym rokiem zajmuje coraz więcej miejsca, ponieważ ubywa ludzi mogących zakwestionować nasze wspomnienia. W końcu pozostajemy jedynymi świadkami własnego życia, a to szczególny rodzaj odpowiedzialności. Nikt nie sprawdzi już, czy dobrze zapamiętaliśmy czyjąś twarz, czy rzeczywiście wypowiedzieliśmy dane słowa i czy kochaliśmy ludzi tak bardzo, jak chcielibyśmy dzisiaj wierzyć. Wszystko zależy od nas, a my nie jesteśmy przecież szczególnie godnymi zaufania świadkami.
Chciałbym zakończyć to nagranie czymś, co nie będzie ani wyznaniem winy, ani próbą usprawiedliwienia. Przez wiele lat myślałem, że opowiadanie o Ernestcie oznacza ponowne przeżywanie jego śmierci. Dzisiaj rozumiem, że chodziło o coś znacznie prostszego. Chciałem zatrzymać go przy życiu przynajmniej w tej części pamięci, której nikt nie mógł mi odebrać. Ma znaczenie, czy naprawdę siedzieliśmy pod gruszą, kąpaliśmy się w rzece i oglądaliśmy martwego kreta. Po prostu nie wiem już, jak to sprawdzić. Nie chcę udawać, że prawda przestała mnie obchodzić. Muszę jednak przyjąć, że być może już jej nie poznam. Czasami pozostaje nam jedynie świadomość, że coś w nas istnieje, choć nie potrafimy wskazać miejsca, z którego pochodzi.
Jeżeli ktokolwiek kiedyś wysłucha tej taśmy, nie chciałbym, żeby uznał mnie za człowieka nieszczęśliwego. Miałem życie, które w wielu okresach było dobre. Spotkałem ludzi godnych miłości, przeżyłem kilka naprawdę pięknych lat i zachowałem zdolność odczuwania przyjemności z rzeczy drobnych. Nadal lubię zapach deszczu padającego na rozgrzaną ziemię, mocną kawę wypijaną rano i odgłos kartek przewracanych w starej książce. Nie oczekuję od świata niczego szczególnego. Chciałbym tylko wiedzieć, czy wolno mi zachować wspomnienie chłopca, którego być może nigdy nie poznałem, bez konieczności udowadniania, że zasługuje ono na moje uczucia.
Jest już późno. Za oknem pada deszcz, a ja od pewnego czasu słyszę stukanie gałęzi o parapet. Przypomina mi to Ernesta czekającego pod kuchennym oknem, kiedy babcia nie pozwalała mi odejść od stołu przed końcem obiadu. Mógłbym teraz wstać, odsłonić firankę i sprawdzić, co powoduje ten dźwięk, ale nie zamierzam tego robić. Wolę przez chwilę wyobrażać sobie, że ktoś na mnie czeka. Wiem, co słyszę: gałąź uderza o parapet. Mimo to przez moment pozwalam jej być patykiem w ręku chłopca.
Pamiętam jeszcze jedną rzecz, o której wcześniej nie wspomniałem. Kiedy byłem mały, Ernest twierdził, że woda nie odbiera człowiekowi życia natychmiast. Najpierw zabiera mu głos, później wspomnienia, a dopiero na końcu oddech. Nie wiem, skąd znał tę historię. Być może wymyślił ją, żeby mnie przestraszyć. Pamiętam jednak, że podczas ostatniej kąpieli, kiedy zniknął pod powierzchnią rzeki, przez chwilę próbowałem sobie wyobrazić, czy zapomniał już, kim jest. Stałem wtedy na mieliźnie i wołałem go po imieniu, ponieważ byłem przekonany, że jeśli będzie je słyszał dostatecznie długo, nie zdoła go utracić.
Od tamtego czasu minęło wiele lat. Moje ciało się zestarzało, pamięć zaczęła zawodzić, a ludzie, którzy mogli potwierdzić albo zaprzeczyć moim wspomnieniom, stopniowo umierali. Nadal jednak wiem, jak miał na imię chłopiec, który tamtego dnia wszedł do rzeki. Nie potrafię już tylko powiedzieć, czy był to Ernest, czy ja. I chyba właśnie dlatego postanowiłem się nagrać. Chciałem zachować swój głos, zanim również on przestanie do mnie należeć.
Po wysłuchaniu
Nie wyłączyłam magnetofonu od razu. Pozwoliłam szpuli obracać się jeszcze przez chwilę, chociaż z głośnika dochodził już wyłącznie jednostajny szum. Na stoliku stała szklanka z herbatą, której powierzchnię pokrywał cienki, brunatny osad. Obok leżał rachunek za wodę, pudełko zapałek i nożyczki, którymi wcześniej próbowałam otworzyć plastikowe opakowanie baterii. Od kilku godzin bolała mnie głowa. Długie siedzenie w jednej pozycji sprawiło, że zesztywniał mi kark, a światło lampy zaczęło drażnić oczy. Nie zamierzałam poświęcać całego wieczoru na słuchanie obcego człowieka. Chciałam jedynie sprawdzić, czy stary magnetofon działa, zanim zdecyduję, co zrobić z pozostałymi taśmami. Tymczasem było już po północy. W mieszkaniu nade mną ktoś przesuwał meble, a z klatki schodowej dochodził głos mężczyzny rozmawiającego przez telefon. Miałam wrażenie, że wszystkie dźwięki, które zazwyczaj uważałam za oznaki zwyczajnego życia w budynku wielorodzinnym, stały się nagle niepotrzebnie wyraźne.
Zanim włączyłam nagranie, nie zastanawiałam się, kto mógł mówić do mikrofonu. Taśmy znajdowały się w drewnianej skrzyni pozostawionej w szafce po poprzedniej właścicielce mieszkania. Nie znałam jej dobrze. Widziałam ją zaledwie kilka razy podczas załatwiania formalności związanych z wynajmem. Później dowiedziałam się, że zmarła, a rzeczy, których nie zdążono usunąć, pozostały do mojej dyspozycji. Nie miałam ochoty przeglądać cudzych pamiątek. Przez kilka miesięcy przechowywałam skrzynię pod łóżkiem, obok kartonów z książkami i zimowych butów. Dopiero niedawno, kiedy szukałam przedłużacza, przypomniałam sobie o magnetofonie. Był ciężki, zakurzony i pachniał starym tworzywem. Musiałam przez dłuższy czas czyścić głowicę i sprawdzać mechanizm, zanim udało mi się uruchomić pierwsze nagranie. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego wybrałam właśnie tę szpulę. Wszystkie wyglądały podobnie, a na żadnej nie znajdował się czytelny opis.
Po zakończeniu monologu przez kilka minut siedziałam nieruchomo, próbując przypomnieć sobie własne dzieciństwo. Nie było w nim żadnej rzeki ani chłopca o imieniu Ernest. Pamiętałam natomiast niewielki ogród, w którym rosły jabłonie, i drewniany stół ustawiany latem pod ścianą domu. Wspomnienie było zwyczajne, pozbawione szczególnego znaczenia. Nie potrafiłam jednak ustalić, czy rzeczywiście siedziałam kiedyś przy tym stole, czy znałam go jedynie z rodzinnych fotografii. Od wielu lat nie utrzymywałam kontaktu z większością krewnych. Nie było nikogo, do kogo mogłabym zadzwonić o tej porze i zapytać, czy dobrze pamiętam swoje dzieciństwo. Zresztą sama myśl o podobnej rozmowie wydawała mi się niedorzeczna. Nie zamierzałam przecież kwestionować własnego życia tylko dlatego, że przypadkowy mężczyzna opowiedział przez magnetofon historię fałszywego wspomnienia.
Poszłam do kuchni i otworzyłam lodówkę. Miałam jogurt, dwa jajka, kawałek żółtego sera i niewielką papierową torbę z owocami. Nie byłam głodna, ale wyjęłam jedną z gruszek, umyłam ją i przekroiłam na ćwiartki. Miąższ był jasny, miękki i bardzo słodki. Zjadłam dwie części, stojąc przy blacie, a pozostałe położyłam na talerzyku. Dopiero wtedy przyszło mi do głowy, że nie kupowałam gruszek od wielu lat. W dzieciństwie po zjedzeniu surowej gruszki swędziały mnie usta, dlatego matka nie pozwalała mi po nie sięgać, a później sama zaczęłam ich unikać. Przez chwilę czekałam na znajome uczucie mrowienia, ale nie pojawiło się. Pomyślałam, że może z wiekiem przestałam reagować na te owoce, choć zdziwiło mnie, że w ogóle odważyłam się ich spróbować. Wróciłam do pokoju, zostawiłam talerzyk z resztą gruszki na stoliku i spojrzałam na szpule ułożone w drewnianej skrzyni.
Było ich dwanaście. Wszystkie pozostawały bez tytułów i nazwisk. Na niektórych pudełkach dostrzegłam ślady po dawnych etykietach, lecz papier oderwano tak starannie, że nie zachowały się nawet fragmenty napisów. Wzięłam następną taśmę do ręki. Plastikowe pudełko było chłodne, a przez przezroczyste okienko widziałam ciemną wstęgę zwiniętą ciasno wokół rdzenia. Zastanawiałam się, czy wszystkie nagrania zawierają podobne wspomnienia. Nie wiedziałam, kto je zebrał, w jakim celu ani dlaczego znalazły się w mieszkaniu kobiety, której prawie nie znałam. Odczuwałam ciekawość, ale nie tak silną, aby natychmiast uruchomić kolejną szpulę. Postanowiłam odłożyć słuchanie do następnego wieczoru. Miałam rano kilka spraw do załatwienia, a po południu czekały mnie zakupy. Brakowało chleba, kawy i proszku do prania. Bałam się, że jeśli sięgnę po kolejną taśmę, znowu przesiedzę przy magnetofonie pół nocy.
Przed snem otworzyłam notes, w którym od pewnego czasu zapisywałam rzeczy usłyszane w ciągu dnia. Były to zwykle zdania wypowiedziane przypadkiem, drobne obserwacje albo fragmenty snów, których sensu nie potrafiłam później odtworzyć. Na nowej stronie zanotowałam, że nie pamiętam, abym kiedykolwiek była nad rzeką opisywaną przez mężczyznę. Przeczytałam zdanie dwa razy, po czym skreśliłam słowo „kiedykolwiek”. Nie rozumiałam, dlaczego uznałam za konieczne zaprzeczenie czemuś, o co nikt mnie nie pytał. Zamknęłam notes i schowałam go do szuflady. Potem zgasiłam światło, ale długo nie mogłam zasnąć. Za oknem padał deszcz, a gdzieś w budynku ktoś odkręcił wodę. Słyszałam jej jednostajny szum w rurach, przerywany krótkimi uderzeniami, które przypominały stukanie drobnych kamieni o metalową powierzchnię.
Śniło mi się, że idę przez sad. Drzewa rosły blisko siebie, gałęzie zwisały nisko, a na ziemi leżały zgniłe owoce. Powietrze pachniało fermentującym sokiem, mokrym drewnem i dymem. Nie widziałam domu, ale wiedziałam, że znajduje się gdzieś za drzewami. W oddali szczekał pies. Szłam w stronę tego dźwięku, choć nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego wydaje mi się znajomy. Po pewnym czasie dotarłam do studni z kamienną cembrowiną. Woda była tak czysta, że dostrzegałam na dnie jasne kamyki i niewielki metalowy przedmiot przypominający guzik. Pochyliłam się, żeby zobaczyć go dokładniej. Wtedy zauważyłam, że na powierzchni nie ma mojego odbicia. Widziałam drzewa, fragment nieba i kamienie, ale moje ciało pozostawało niewidoczne. Nie przestraszyłam się. Pomyślałam, że stoję pod złym kątem, i we śnie to wyjaśnienie zupełnie mi wystarczyło.
Obudziłam się nad ranem z uczuciem silnego pragnienia. W pokoju panował półmrok, a zza uchylonego okna dochodziły odgłosy pierwszych samochodów. Magnetofon stał tam, gdzie go zostawiłam. Obok leżała druga taśma i talerzyk z resztkami gruszki, której miąższ zdążył już ściemnieć. Poszłam do łazienki, umyłam twarz zimną wodą i przyjrzałam się sobie w lustrze. Wyglądałam na zmęczoną. Pod oczami miałam ciemniejsze niż zwykle cienie, a na policzku ślad od poduszki. Przez chwilę próbowałam przypomnieć sobie sen, lecz pozostało po nim jedynie wrażenie wilgoci i zapach zgniłych owoców. Wróciłam do pokoju, otworzyłam notes i odnalazłam zdanie zapisane poprzedniego wieczora. Nie pamiętałam, dlaczego skreśliłam z niego jedno słowo. Wzięłam długopis i dopisałam pod spodem trzy słowa, które przyszły mi do głowy jeszcze przed całkowitym przebudzeniem: Woda była zimna. Przyglądałam się im przez chwilę. Nie wiedziałam, czy opisywały sen, wspomnienie z dzieciństwa, czy tylko obraz wywołany nagraniem. Zamknęłam notes i schowałam go do szuflady, a potem przygotowałam kawę. Wszystko wokół wyglądało tak samo jak poprzedniego dnia. Woda zagotowała się w czajniku, lodówka pracowała cicho, a za oknem ktoś rozmawiał z sąsiadem o pogodzie. Zwyczajność tych dźwięków przyniosła mi ulgę. Wypiłam kawę, ubrałam się i sprawdziłam, czy mam klucze. Przed wyjściem odłączyłam magnetofon od prądu, ponieważ nie lubiłam pozostawiać starych urządzeń pod napięciem.
Na schodach przypomniałam sobie jednak coś, czego nie potrafiłam wyjaśnić. Kiedy poprzedniego wieczora otworzyłam lodówkę, nie zdziwiłam się obecnością gruszek. Sięgnęłam po jedną z nich tak naturalnie, jakbym kupowała je regularnie. Tymczasem od wielu lat nie jadłam tych owoców i nie pamiętałam żadnej niedawnej wizyty w sklepie, podczas której mogłabym je wybrać. Wróciłam do mieszkania, otworzyłam lodówkę i sprawdziłam papierową torbę. Pozostały w niej dwie gruszki. Nie znalazłam paragonu. Przez chwilę próbowałam odtworzyć poprzedni dzień, lecz pamiętałam jedynie powrót do domu, przygotowanie herbaty i uruchomienie magnetofonu.
Nie uznałam tego za powód do niepokoju. Ludzie nie pamiętają przecież wszystkich zakupów. Czasami wracają do domu z przedmiotami, których nie planowali nabyć, i dopiero po kilku dniach odkrywają je w szufladach. Odruchowo spojrzałam jednak na magnetofon, stojący na stoliku pod oknem. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że przed rozpoczęciem nagrania gruszek nie było w mieszkaniu. Wiedziałam, że to niedorzeczne. Zamknęłam lodówkę, umyłam ręce i ponownie wyszłam na klatkę schodową.
Tego dnia nie wydarzyło się nic, co uznałabym za warte zapamiętania. Zrobiłam zakupy, zapłaciłam rachunek za wodę i wróciłam do mieszkania przed zmrokiem. Wieczorem, kiedy układałam produkty w szafkach, zauważyłam na dnie torby trzy niedojrzałe gruszki. Były twarde, zielone i pokryte drobnymi plamkami. Nie przypominałam sobie, żebym je wybierała. Musiałam jednak to zrobić, ponieważ na paragonie znajdowała się odpowiednia pozycja, a obok niej cena. Przez chwilę trzymałam owoce w dłoniach, zastanawiając się, czy powinnam je zjeść, czy poczekać, aż dojrzeją. Potem odłożyłam je na stół i zajęłam się przygotowaniem kolacji. Dopiero później, kiedy usiadłam przy magnetofonie i zaczęłam zakładać drugą szpulę, przyszło mi do głowy, że nie kupiłam ich dla siebie. Nie miałam jednak pojęcia, skąd wzięła się ta myśl.
Diagnoza medyczna
Opis zjawiska: historia przedstawia możliwe zniekształcenia pamięci autobiograficznej, w tym wspomnienia fałszywe oraz możliwą kryptomnezję, czyli utratę pamięci o źródle przyswojonej informacji. Bohater mógł włączyć zasłyszane opowieści i własne wyobrażenia do historii swojego życia, nadając im pozory wspomnień przeżytych osobiście. Samo występowanie fałszywych wspomnień nie przesądza o zaburzeniu psychotycznym; narrator zachowuje krytycyzm i próbuje konfrontować własne relacje z dowodami. Bez badania klinicznego nie można ustalić przyczyny tych doświadczeń. Należałoby uwzględnić wywiad medyczny, ocenę funkcji poznawczych oraz możliwe przyczyny neurologiczne i psychologiczne.
Miłość w pokoju numer sześć
Najbardziej wstydzę się tego, że pamiętam jego dłonie. Nie wydarzeń, o których za chwilę opowiem, nie hotelowego pokoju, do którego wracałam przez większą część dorosłego życia, ani własnej nagości, której nauczyłam się nie traktować jak powodu do przeprosin. Wstydzę się właśnie dłoni, ponieważ przy całej mojej skłonności do zapominania rzeczy istotnych potrafię odtworzyć najdrobniejszą zmarszczkę na skórze jego palców, niewielkie zgrubienie przy kciuku i sposób, w jaki obracał papierosa, zanim wsunął go między wargi. Miał palce nieproporcjonalnie długie w stosunku do szerokości dłoni, a paznokcie przycinał bardzo krótko, niemal do żywego mięsa. U nasady lewego kciuka miał ślad dawnego oparzenia, jasnoróżowy i lekko wypukły, przypominający maleńkie skrzydło owada. Kiedy próbuję przypomnieć sobie twarz własnego męża z tamtych lat, widzę przede wszystkim jego włosy, zawsze starannie zaczesane na bok, i charakterystyczną bruzdę biegnącą od nosa do lewego kącika ust. Gdy myślę o tamtym mężczyźnie, widzę natomiast całe ciało, rozłożone na poszczególne części z dokładnością, która mogłaby zawstydzić anatoma. Pamiętam nawet miejsce, w którym skóra na jego brzuchu była nieco ciemniejsza, jakby przez długi czas dotykała jej klamra paska. Dziś zastanawiam się, dlaczego przez tyle lat pamiętałam każdy szczegół jego dłoni, a coraz trudniej przychodziło mi przywołanie twarzy własnego męża.
Miałam trzydzieści dwa lata, kiedy go poznałam. Był rok 1988, końcówka lata, nieznośnie duszna i lepka, z popołudniami tak ciężkimi od wilgoci, że świeżo wyprana bielizna schła na balkonach niemal dwa dni. Pracowałam w zakładach włókienniczych jako kontrolerka jakości. Moim zadaniem było oglądanie metrów materiału przesuwającego się pod lampami i wyszukiwanie błędów, które powstawały podczas tkania. Po kilku latach potrafiłam wychwycić nierówny splot, uszkodzoną nitkę osnowy albo błąd powstały podczas pracy czółenka szybciej niż większość tkaczy obsługujących krosna. Nie była to umiejętność szczególnie ceniona poza fabryką, ale dawała mi poczucie kompetencji. Wiedziałam, że istnieje przynajmniej jedna dziedzina rzeczywistości, w której mogę ufać własnemu oku. Wystarczyło przesunąć palcami po powierzchni tkaniny, żeby wyczuć naprężenie, którego nie powinno tam być, drobne zgrubienie albo nieregularność. Przez osiem godzin dziennie zajmowałam się rozpoznawaniem wad ukrytych w pozornie jednolitej powierzchni. Po powrocie do domu nie widziałam za to, jak bardzo oddaliliśmy się z Andrzejem; a może widziałam i wolałam milczeć.
Fabryka miała zapach wilgotnej bawełny, rozgrzanego metalu, oleju maszynowego i ludzkiego potu. Niektóre pomieszczenia były tak głośne, że po zakończeniu zmiany jeszcze przez godzinę słyszałam w głowie jednostajny stukot krosien. Włosy przesiąkały kurzem, który osiadał na skórze jak bardzo drobny puder, a w fałdach ubrania gromadziły się jasne włókna przypominające strzępki waty. Kobiety pracujące w tkalni nosiły fartuchy, chustki i wygodne buty, które po kilku miesiącach nadawały się wyłącznie do wyrzucenia. Znałam zapach ich potu, kosmetyków, papierosów i przygotowywanych w domu kanapek. Wiedziałam, która z nich zdradza męża, która ukrywa pieniądze przed pijącym synem, a która od dwóch lat odkłada na nowe meble, chociaż stare były jeszcze całkiem przyzwoite. Współpracownice znały równie wiele szczegółów mojego życia. Nie wiedziały tylko, że coraz częściej po zakończeniu zmiany nie mam ochoty wracać do domu. Nie dlatego, że działo się w nim coś strasznego. W domu po prostu nie wydarzało się już nic, na co chciałabym czekać.
Mój mąż nazywał się Andrzej. Pracował w chłodni, gdzie zajmował się ewidencją dostaw i kontrolowaniem dokumentów przewozowych. Był człowiekiem porządnym w najbardziej przyziemnym znaczeniu tego słowa. Nie pił, nie bił mnie, nie wracał do domu z podejrzanymi zapachami cudzych perfum ani nie znikał na całe weekendy. Pamiętał o opłacaniu rachunków, wymieniał przepalone żarówki i raz w tygodniu czyścił odpływ w kuchennym zlewie, ponieważ uważał, że większości domowych katastrof można uniknąć dzięki regularnej konserwacji. Nie rozmawialiśmy już o sprawach, których nie można było rozwiązać za pomocą odpowiedniego narzędzia. Nie było dnia, w którym mogłabym powiedzieć: odtąd nasze małżeństwo się kończy. Najpierw przestaliśmy opowiadać sobie o pracy, potem o naszych obawach, wreszcie nawet o tym, co nas rozśmieszyło. Zostały rachunki, godziny posiłków i ustalenia, kto zrobi zakupy. Jadaliśmy razem kolacje, czasami oglądaliśmy telewizję, odwiedzaliśmy rodzinę i raz w roku wyjeżdżaliśmy nad morze, gdzie Andrzej narzekał na ceny ryb oraz zbyt głośne zachowanie innych wczasowiczów. Nie umiałam wskazać jednego powodu, dla którego powinnam odejść. Byliśmy po prostu ludźmi, którzy przestali oczekiwać od siebie czegokolwiek poza przewidywalnością.
Nie mieliśmy dzieci. Przez pierwsze lata małżeństwa próbowaliśmy, później przestaliśmy mówić o tym z takim samym spokojem, z jakim człowiek rezygnuje z kupna mieszkania, na które nigdy nie będzie go stać. Odbyłam kilka wizyt u lekarzy, przeszłam badania, których nazw nie pamiętam, i nauczyłam się rozpoznawać momenty cyklu z dokładnością, jakiej nie wymagała nawet moja praca. Andrzej początkowo angażował się w starania z pewnym zapałem, później coraz częściej pozostawiał je mnie, jakby kobieca płodność była urządzeniem, do którego mężczyzna nie powinien zaglądać bez odpowiedniego przeszkolenia. Wreszcie uznaliśmy, że tak widocznie miało być. Nie wiem, czy kiedykolwiek rzeczywiście pogodziłam się z bezdzietnością. Nie należałam do kobiet marzących o niemowlętach i nigdy nie odczuwałam szczególnego wzruszenia na widok wózka. Brakowało mi raczej przyszłości, którą można byłoby sobie wyobrazić inaczej niż jako przedłużenie teraźniejszości. Wyobrażałam sobie, że przy dziecku nasze dni przestałyby wyglądać jednakowo, że pojawiłyby się sprawy, których nie moglibyśmy z góry przewidzieć. Kiedy zrozumiałam, że prawdopodobnie go nie urodzę, wszystkie następne lata zaczęły wyglądać podejrzanie podobnie do tych, które już przeżyłam.
W tamtym okresie nie uważałam się za kobietę atrakcyjną. Nie byłam brzydka, choć podobne zapewnienie zawsze brzmi jak początek wyjątkowo nieprzekonującego komplementu. Miałam ciemne włosy sięgające ramion, dość szerokie biodra i twarz, która na fotografiach wydawała się starsza, niż była w rzeczywistości. Najbardziej nie lubiłam swoich dłoni. Skóra pozostawała na nich sucha od fabrycznego pyłu i częstego mycia, a paznokcie łamały się przy najprostszych pracach. Andrzej od dawna nie zwracał uwagi na mój wygląd. Nie wynikało to z niechęci. Przywykł do mnie tak całkowicie, że moje ciało przestało być przedmiotem jego osobnego zainteresowania. Znał je w sposób praktyczny, podobnie jak rozkład naszego mieszkania. Wiedział, gdzie trzymam ubrania i kiedy zwykle kładę się spać, lecz rzadko pytał, jak minął mi dzień. Kiedy przebierałam się wieczorem, mógł siedzieć na łóżku i czytać gazetę, nie podnosząc głowy. Czasami czułam z tego powodu ulgę, ponieważ sama nie miałam ochoty oglądać własnego odbicia. Innym razem stawałam przed lustrem i zastanawiałam się, czy można utracić urodę bez wcześniejszego posiadania jej w stopniu wystarczającym, by ktoś zauważył stratę.
Hotel znajdował się niedaleko dworca, w bocznej ulicy, przy której stały magazyny, bar mleczny i sklep z artykułami gospodarstwa domowego. Był to niewielki, trzypiętrowy budynek wzniesiony prawdopodobnie jeszcze przed wojną, później wielokrotnie remontowany bez zachowania jakiejkolwiek konsekwencji estetycznej. Dolną część elewacji pokrywał ciemny tynk, wyżej ściany pomalowano na kolor przypominający rozcieńczoną musztardę. Nad wejściem wisiał prostokątny szyld, którego podświetlenie działało tylko częściowo. Hotel przyjmował głównie pracowników delegowanych do pobliskich zakładów, monterów, kierowców i ludzi podróżujących służbowo. Gdy przechodziłam obok, widywałam przede wszystkim mężczyzn z torbami narzędziowymi i walizkami. W pokojach stały wąskie łóżka z metalowymi ramami, niewielkie stoliki, krzesła obite sztuczną skórą oraz szafy wydzielające zapach wilgoci. Zasłony miały kolor wypłowiałego wina, a na podłogach leżały dywaniki, których wzory skutecznie ukrywały dawne plamy. W łazienkach znajdowały się popękane umywalki i baterie, z których gorąca woda płynęła dopiero po kilku minutach. Mimo to od pierwszego dnia polubiłam to miejsce. Hotel miał pewną właściwość, której brakowało mojemu mieszkaniu. Nikt nie pytał mnie tam, kiedy wrócę do domu ani dlaczego jestem w złym humorze.
Poznałam go pod koniec sierpnia, kiedy po nocnej zmianie weszłam do hotelu, żeby skorzystać z telefonu. W fabryce trwał remont jednej z wind towarowych i kilku pracowników technicznych mieszkało właśnie tam. Nie pamiętam dokładnie, dlaczego musiałam zadzwonić. Być może chodziło o zmianę godziny przyjęcia u dentysty albo o wiadomość dla siostry. Wiem tylko, że w holu było gorąco, a recepcjonistka siedziała za kontuarem, przeglądając czasopismo. Mężczyzna stał przy uszkodzonym automacie z napojami, próbując wyjąć monetę z mechanizmu. Miał na sobie jasną koszulę z podwiniętymi rękawami i ciemne spodnie robocze. W dłoni trzymał niewielki śrubokręt. Kiedy pochylił się nad automatem, materiał koszuli naprężył się na jego plecach i dostrzegłam linię mięśni, której nie widziałam u Andrzeja od wielu lat. Nie był szczególnie przystojny. Miał zbyt wąską twarz, trochę wystającą żuchwę i nos, który sprawiał wrażenie złamanego w dzieciństwie. Uwagę przyciągały jego dłonie, wykonujące drobne, pewne ruchy wokół metalowej obudowy. Pamiętam, że przez chwilę obserwowałam, jak obraca śrubokręt między palcami, a potem poczułam zażenowanie, ponieważ zdałam sobie sprawę, że patrzę na obcego mężczyznę z zainteresowaniem nieodpowiednim dla mężatki.
Nazywał się Tomasz. Dowiedziałam się tego dopiero później, choć w mojej pamięci imię przylgnęło do niego natychmiast, jakby ktoś wypowiedział je w chwili naszego pierwszego spotkania. Przyjechał z innego miasta, by naprawiać urządzenia dźwigowe w naszej fabryce. Miał dwadzieścia sześć lat, był kawalerem i mieszkał w hotelu od kilku dni. Te informacje otrzymałam stopniowo, częściowo od recepcjonistki, częściowo od innych pracowników, a niektóre prawdopodobnie sama dopowiedziałam. Nie potrafię już ustalić kolejności. Wiem natomiast, że następnego dnia zaczęłam zwracać uwagę na budynek hotelu podczas drogi do pracy. Przyglądałam się oknom, próbując zgadnąć, za którym z nich mieszka. Kiedy wieczorami widziałam światło na pierwszym piętrze, wyobrażałam sobie, że siedzi tam przy stoliku, pali papierosa i czeka na zakończenie kolejnego dnia. Nie wiedziałam, czy lubi czytać, czy słucha radia, ani czy ma w rodzinnym mieście kogoś, do kogo chciałby wrócić. Zaczęłam więc wyobrażać sobie jego wieczory, choć nie wiedziałam o nim prawie nic. O Andrzeju umiałabym powiedzieć, co zje na kolację, zanim wszedł do kuchni. W przypadku Tomasza nie potrafiłam przewidzieć nawet tego, co zamówiłby do picia.
Pierwszy raz znalazłam się w pokoju numer sześć kilka dni później. Wynajęłam go na jedną noc, tłumacząc recepcjonistce, że po zakończeniu późnej zmiany nie mam ochoty wracać przez całe miasto. Było to kłamstwo niezgrabne, ale wystarczające, ponieważ kobieta za kontuarem nie miała żadnego powodu interesować się moim życiem. Podałam dowód osobisty, wypełniłam odpowiedni formularz i otrzymałam ciężki klucz z plastikowym brelokiem. Szóstka znajdowała się na pierwszym piętrze, na końcu krótkiego korytarza. W pokoju stały dwa łóżka; każde z nich było zbyt wąskie, by dwie osoby mogły się na nim wygodnie wyspać. Przy ścianie stał stolik pokryty laminatem imitującym ciemne drewno, nad nim wisiało lustro z uszkodzonym rogiem. W oknie wisiały bordowe zasłony, a pod parapetem był żeliwny kaloryfer, który grzał, choć lato jeszcze się nie skończyło. Najbardziej przeszkadzał mi zapach. Był mieszaniną starego mydła, papierosów, wilgotnych ręczników i czegoś kwaśnego, co mogło pochodzić z wykładziny. Początkowo zamierzałam otworzyć okno, ale wychodziło na podwórze, gdzie pracowała wentylacja pobliskiego magazynu. Hałas był tak jednostajny i niski, że po kilku minutach zaczynały mnie od niego boleć uszy.
Nie wiem, jak długo siedziałam tam pierwszego wieczora. Pamiętam, że zdjęłam buty, położyłam torebkę na łóżku i zaczęłam oglądać przedmioty pozostawione w szufladach. Znalazłam pudełko zapałek, dwa guziki, kawałek sznurka i niedopałek papierosa owinięty w papier. Wszystko było zupełnie zwyczajne, a jednak sprawiało mi przyjemność, ponieważ nie należało do mnie. Przez ponad godzinę siedziałam przy stoliku, słuchając kroków na korytarzu. Mężczyźni wracali z pracy, ktoś śmiał się we wspólnej łazience, ktoś inny przesuwał meble. Ściany były cienkie i przepuszczały rozmowy w sposób, który pozwalał rozpoznawać głosy, ale nie zawsze słowa. Dopiero późnym wieczorem usłyszałam Tomasza. Nie widziałam go, lecz natychmiast rozpoznałam charakterystyczne brzmienie jego głosu, niskiego, lekko zachrypniętego, z miękkim sposobem kończenia zdań. Mówił z kimś w sąsiednim pokoju. Od czasu do czasu się śmiał, później rozległ się odgłos przesuwanego krzesła i trzask otwieranej butelki. Nie ruszałam się, bo bałam się, że skrzypnięcie krzesła zagłuszy mi jego słowa. Obcy człowiek nie wiedział, że słucham, a mimo to jego obecność wypełniała cały mój pokój.
Przez następne dziewięć tygodni hotel stał się najważniejszym miejscem mojego życia. Wynajmowałam szóstkę regularnie, początkowo raz w tygodniu, później częściej, wykorzystując nadgodziny i drobne oszczędności, które wcześniej odkładałam na nowe zimowe buty. Andrzej nie zadawał wielu pytań. Pracowaliśmy na różne zmiany, a nasze życie od dawna pozwalało na całe godziny nieobecności, których nikt nie uważał za podejrzane. Czasami zostawałam w hotelu do rana, innym razem wychodziłam przed północą, żeby wrócić do mieszkania, zanim mąż położy się spać. Każda taka wyprawa wywoływała we mnie mieszaninę podniecenia i lęku. W autobusie przyglądałam się twarzom współpasażerów, zastanawiając się, czy potrafią rozpoznać kobietę zmierzającą na spotkanie z kochankiem. Bałam się, że zdradzi mnie rumieniec albo zbyt starannie uczesane włosy. Nosiłam wtedy ciemną spódnicę, jedwabną bluzkę kupioną na bazarze i niewielkie kolczyki, które otrzymałam przed ślubem od matki. Zaczęłam używać perfum o zapachu fiołków, przesadnie słodkich, z charakterystyczną pudrową nutą. Andrzej zauważył zmianę, lecz uznał, że próbuję poprawić sobie nastrój po ciężkim okresie w pracy. Być może miał rację.
Tomasz miał zwyczaj wracania do hotelu około siódmej wieczorem. Rozpoznawałam jego kroki na schodach, ponieważ prawą stopę stawiał nieco ciężej od lewej, a metalowe części pasa narzędziowego pobrzękiwały przy każdym ruchu. Zazwyczaj zatrzymywał się na chwilę przy recepcji, później wchodził na pierwsze piętro i znikał w pokoju obok. Przez cienką ścianę słyszałam, jak odkłada przedmioty na stolik, odkręca wodę i przesuwa krzesło. Czasami nucił pod nosem melodie znane z radia. Nie zawsze potrafiłam je rozpoznać, ale nauczyłam się pamiętać ich rytm. Szczególnie lubił jedną piosenkę, której refren składał się z kilku powtarzanych słów o powrocie do domu. Nigdy nie dowiedziałam się, kto ją śpiewał. Przez wiele lat próbowałam później odnaleźć nagranie, ale żadna melodia nie pasowała do tej, którą przechowywałam w pamięci. Podejrzewam, że z czasem sama zaczęłam ją zmieniać, tak jak zmienia się zasłyszany w dzieciństwie tekst piosenki, kiedy nikt nie pamięta jego właściwych słów.
Nie chciałabym przedstawiać naszego związku jako historii o niezwykłej namiętności. Wiem, jak takie opowieści brzmią w ustach starszych kobiet. Zazwyczaj są przesadnie sentymentalne albo niepotrzebnie wulgarne, jakby po przekroczeniu pewnego wieku należało wybierać między udawaniem niewinności a demonstracyjnym przypominaniem światu, że kiedyś posiadało się ciało. Nie zamierzam robić ani jednego, ani drugiego. Miałam wówczas trzydzieści dwa lata i byłam kobietą, która od bardzo dawna nie czuła się pożądana. Tomasz był młodszy, zdrowy, silny i posiadał w sobie rodzaj fizycznej swobody, którą niektórzy mężczyźni zachowują nawet wtedy, gdy ich wygląd nie odpowiada powszechnym wyobrażeniom o urodzie. Nie miał w sobie nic z eleganta. Jego koszule były pogniecione, buty często brudne, a spodnie nosiły ślady wielokrotnego prania. Pachniał mydłem, metalem i tytoniem. Najbardziej pociągał mnie sposób, w jaki zajmował przestrzeń. Potrafił usiąść na krześle tak, jakby całe pomieszczenie zostało zbudowane wyłącznie dla jego wygody. Siadał szeroko, nie poprawiał bez przerwy koszuli i nie rozglądał się, czy komuś przeszkadza. Ja nawet we własnej kuchni odsuwałam krzesło, żeby Andrzej mógł swobodnie przejść.
Pamiętam wieczory, kiedy leżeliśmy razem na wąskim łóżku, a za oknem pracowała wentylacja magazynu. Jego ramię było ciężkie, ciepłe, pokryte drobnymi włoskami, które stawały się jaśniejsze przy nadgarstku. Lubiłam dotykać jego pleców, przesuwać palcami po łopatkach i wyczuwać pod skórą napięcie mięśni. Nie był szczególnie delikatny, lecz nie miał też w sobie brutalności. Wszystko robił z pewną naturalnością, która sprawiała, że przestawałam kontrolować własne ruchy. W małżeńskim łóżku każde zbliżenie poprzedzał długi ciąg drobnych sygnałów, próśb i domysłów. Przy Tomaszu nie musiałam zgadywać, czy mam prawo czegoś pragnąć. Mogłam położyć dłoń na jego brzuchu, pocałować szyję albo przyciągnąć go do siebie bez wcześniejszego uzasadniania tych gestów. Najbardziej pamiętam jednak chwile po wszystkim, kiedy leżał obok z zamkniętymi oczami, a ja słuchałam jego oddechu. Czasami przez ścianę dochodziły rozmowy innych gości, ktoś spuszczał wodę w toalecie, za oknem przejeżdżała ciężarówka. W moich późniejszych zapiskach te zwyczajne odgłosy powracały niemal na każdej stronie. Wtedy wierzyłam, że właśnie dzięki nim wszystko, co zapisywałam, musiało zdarzyć się naprawdę.
Z czasem zaczęłam zapamiętywać pokój poprzez nasze ciała. Wiedziałam, gdzie na materacu znajdowała się sprężyna uciskająca biodro, w którym miejscu ściana była chłodniejsza od reszty i jak światło padało na jego twarz, kiedy wieczorem zapalałam lampkę przy łóżku. Pamiętam również, że nie lubił zasłaniać okna całkowicie. Zostawiał wąską szczelinę między bordowymi zasłonami, przez którą do pokoju wpadało światło latarni. Czasami budziłam się w środku nocy i obserwowałam prostokątny pasek jasności przesuwający się po suficie. Nie wiedziałam, czy Tomasz śpi, czy tylko leży z zamkniętymi oczami, ale wystarczała mi świadomość jego obecności. W takich chwilach wydawało mi się, że całe moje dotychczasowe życie było długim przygotowaniem do tego jednego pokoju. Nie dlatego, że spotkałam wielką miłość, lecz dlatego, że wreszcie znalazłam miejsce, w którym nikt nie znał historii moich niepowodzeń. Nie byłam żoną Andrzeja, bezdzietną córką, sumienną pracownicą ani kobietą, której matka od lat przypominała o mijającym czasie. Mogłam na kilka godzin zapomnieć o pracy, rachunkach i pustym miejscu przy stole, które zostawialiśmy dla dziecka, zanim przestaliśmy go oczekiwać.
Nie rozmawialiśmy wiele o przyszłości. Nie interesowało mnie, czy Tomasz chciałby się ze mną ożenić, zabrać mnie do swojego miasta albo przedstawić rodzinie. Nie oczekiwałam od niego deklaracji, ponieważ uważałam, że sama obecność jest najuczciwszą formą przywiązania. Był człowiekiem należącym do innego życia, a ja nie zamierzałam niszczyć tej odrębności. Oczywiście dzisiaj rozumiem, że podobna postawa pozwalała mi unikać pytań, na które bałam się otrzymać odpowiedź. Nie pytałam go o przyszłość, bo bałam się nawet wyobrazić sobie odpowiedź. Nie chciałam wiedzieć, czy Tomasz spotyka się z innymi kobietami, czy tęskni za kimś, kto pozostał w jego rodzinnym mieście, ani czy myśli o mnie poza hotelem. Wystarczało, że wracał wieczorem i że przez kilka godzin mogłam wyobrażać sobie nas jako ludzi, których nic nie łączy z resztą świata. Nie planowałam odejścia od męża. Nie wyobrażałam sobie również, że Tomasz mógłby stać się częścią mojego codziennego życia. Zbyt dobrze wiedziałam, jak szybko codzienność potrafi odebrać znaczenie rzeczom, które wcześniej wydawały się niezwykłe.
Pamiętam jeden wrześniowy wieczór szczególnie wyraźnie. Padał deszcz, a na ulicach zalegały kałuże, w których odbijały się światła autobusów. Przyszłam do hotelu wcześniej niż zwykle, ponieważ w fabryce skrócono zmianę z powodu awarii instalacji elektrycznej. Miałam ze sobą niewielką torbę, w której schowałam czystą bieliznę, szczotkę do włosów i butelkę taniego wina. Pokój numer sześć był jeszcze nieposprzątany. Na stoliku stała szklanka ze śladem pomadki, a w popielniczce leżały dwa niedopałki. Przez chwilę odczuwałam zazdrość, choć nie miałam żadnego powodu przypuszczać, że przed moim przyjściem Tomasz spotkał się tam z inną kobietą. Pokój hotelowy z natury przechowuje ślady ludzi, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego. Właśnie ta właściwość wydawała mi się początkowo fascynująca. Tego wieczora jednak nie potrafiłam zaakceptować obecności cudzej pomadki. Umyłam szklankę, wyrzuciłam niedopałki i długo wycierałam blat stolika mokrym ręcznikiem. Dopiero kiedy wszystko wyglądało tak jak zwykle, mogłam usiąść i czekać na Tomasza.
Nie przyszedł od razu. Słyszałam jego głos za ścianą, ale tego dnia rozmawiał z kimś długo i coraz głośniej. Nie rozumiałam wszystkich słów. Docierały do mnie fragmenty zdań dotyczących pracy, pieniędzy i jakiegoś wyjazdu, który miał nastąpić wkrótce. Potem rozmowa ucichła. Przez długi czas słyszałam wyłącznie kroki, odgłos przesuwanego krzesła i szum wody w łazience. Leżałam na łóżku, wpatrując się w sufit. Przyszło mi do głowy, że Tomasz może wyjechać bez pożegnania, choć przecież nigdy nie obiecywał, że się ze mną pożegna. Miał do wykonania określoną pracę, która wcześniej czy później musiała się zakończyć. Nie był przecież mieszkańcem naszego miasta, a hotel nie stanowił jego domu. Dopiero tamtego wieczora dotarło do mnie, że monterzy wkrótce skończą pracę i wyjadą. Dotychczas traktowałam każdy kolejny tydzień jako zapowiedź następnego. Nie wiedziałam, co zrobię, kiedy za ścianą zapadnie cisza.
Tomasz pojawił się późno. Nie pamiętam, czy był pijany, ale pachniał piwem i papierosami bardziej niż zwykle. Usiadł na brzegu łóżka, zdjął buty i przez chwilę masował zmęczone stopy. Przyglądałam mu się, próbując odgadnąć, czy zamierza powiedzieć coś ważnego. Nie powiedział. Przez resztę wieczoru zachowywał się tak samo jak podczas wcześniejszych spotkań, a ja nie potrafiłam już odzyskać dawnej swobody. Każdy gest wydawał mi się pożegnaniem, każde milczenie zapowiedzią straty. Pamiętam, że długo dotykałam jego włosów, próbując zapamiętać ich strukturę. Były miękkie, nieco wilgotne przy skroniach, a w pobliżu prawego ucha znajdował się niewielki kosmyk odrastający w przeciwnym kierunku. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że mogę kiedyś zapomnieć jego twarz. Przestraszyło mnie to bardziej niż możliwość samego rozstania. Bałam się, że pewnego dnia zostanie mi po nim tylko imię, które będę powtarzać bez przekonania.
Nie miałam żadnej fotografii Tomasza. Nie posiadałam listów, kartek ani przedmiotów, które mogłabym później pokazywać sobie jako świadectwo naszej relacji. Nie kupował mi prezentów, a ja nie chciałam obdarowywać go rzeczami, które musiałby przewozić do swojego miasta. Raz zostawił w pokoju paczkę papierosów, ale kiedy następnego dnia wróciłam, już jej nie było. Sprzątaczka zapewne wyrzuciła ją razem z innymi przedmiotami. Czasami żałowałam, że nie zabrałam choć jednego niedopałka, guzika oderwanego od koszuli albo skrawka papieru, na którym zapisał numer telefonu. Dzisiaj wiem, jak żałosne może wydawać się takie pragnienie, ale nie uważam go za szczególnie niezwykłe. Ludzie przechowują przecież bilety kolejowe, zasuszone kwiaty i paragony z restauracji, ponieważ obawiają się, że bez materialnego potwierdzenia ważne wydarzenie rozpłynie się w pamięci. Ja również potrzebowałam dowodu. Nie zdobyłam się nawet na prośbę o wspólną fotografię.
Zaczęłam więc zapisywać nasze spotkania. Początkowo były to krótkie notatki w zeszycie kupionym w sklepie papierniczym niedaleko fabryki. Zapisywałam daty, pogodę, godziny przyjścia do hotelu i drobne szczegóły, które uważałam za warte zachowania. Z czasem notatki stawały się coraz dłuższe. Opisywałam wygląd pokoju, zapach pościeli, dźwięki zza ściany i własne reakcje na dotyk. Nie robiłam tego z zamiarem tworzenia literatury. Chciałam jedynie uchronić wspomnienia przed stopniowym rozkładem. Wiedziałam, że pamięć zmienia szczegóły, dlatego uważałam zapisywanie ich na bieżąco za rodzaj zabezpieczenia. Po latach odkryłam jednak, że im częściej czytałam notatki, tym bardziej zaczynałam pamiętać nie samo wydarzenie, lecz jego opis. Szczegóły, które pominęłam w zapiskach, stopniowo znikały z pamięci. Te natomiast, którym poświęciłam szczególnie wiele uwagi, stawały się tak wyraźne, że potrafiłam przywołać je bez żadnego wysiłku. Kiedy dziś czytam te zeszyty, widzę, ile pracy włożyłam w to, by dziewięć tygodni przypominało pełną historię miłosną.
Tomasz wyjechał w październiku. Nie było dramatycznego pożegnania ani obietnicy ponownego spotkania. Praca dobiegła końca, urządzenia w fabryce zaczęły działać, a monterzy wrócili do swoich miast. Dowiedziałam się o tym przypadkiem, kiedy któregoś wieczora przyszłam do hotelu i nie usłyszałam znajomych kroków na schodach. Sąsiedni pokój był pusty. Przez ścianę nie dochodziło już nucenie, przesuwanie krzesła ani odgłos odkręcanej wody. Siedziałam na łóżku do późnej nocy, próbując przekonać samą siebie, że Tomasz wróci następnego dnia. Później zaczęłam wyobrażać sobie, że wyjazd jest tylko krótką przerwą, konieczną ze względu na obowiązki zawodowe. Nie miałam jego adresu ani numeru telefonu. Nie znałam nawet dokładnej nazwy przedsiębiorstwa, które go zatrudniało. Mogłam zapytać w fabryce, lecz powstrzymywał mnie wstyd. Zrozumiałam, że nasza relacja była możliwa wyłącznie dlatego, że pozostawała oddzielona od innych części mojego życia. Poszukiwanie Tomasza wymagałoby ujawnienia jej przed ludźmi, którzy znali mnie jako żonę Andrzeja i sumienną pracownicę. Nie byłam gotowa na taką cenę.
Przez następne miesiące chodziłam do hotelu coraz częściej. Początkowo miałam nadzieję, że Tomasz wróci. Później przestałam oczekiwać jego obecności, ale nie potrafiłam zrezygnować z pokoju numer sześć. Wynajmowałam go na kilka godzin albo na noc, przynosiłam własną pościel, perfumy i zeszyt ze wspomnieniami. Układałam przedmioty tak, jak zapamiętałam je z naszych spotkań. Siadałam na brzegu łóżka i próbowałam odtworzyć przebieg kolejnych wieczorów. Czasami czytałam notatki, innym razem po prostu leżałam, obserwując światło wpadające przez szczelinę między zasłonami. Hotel zmieniał się stopniowo. Wymieniono wykładzinę na korytarzu, pomalowano drzwi, kupiono nowe narzuty. W szóstce pojawił się telewizor, a stare łóżko zastąpiono tapczanem z drewnianą ramą. Każda zmiana sprawiała mi przykrość. Traktowałam ją jak ingerencję w miejsce, które powinno pozostać nienaruszone. Kiedy usunięto lustro z uszkodzonym rogiem, przez kilka tygodni nie mogłam przyzwyczaić się do nowego odbicia. Wydawało mi się, że wraz z przedmiotami znika również Tomasz, a ja jestem jedyną osobą odpowiedzialną za zachowanie jego obecności.
Andrzej zauważył, że coś się ze mną dzieje. Stawałam się coraz bardziej nieobecna, zapominałam o zakupach, zaniedbywałam część obowiązków i reagowałam rozdrażnieniem na najprostsze pytania. Nie podejrzewał zdrady. Uważał, że jestem przemęczona i powinnam zmienić pracę. Kilka razy proponował wyjazd do sanatorium albo dłuższy urlop, lecz odmawiałam. Nie chciałam opuszczać miasta. Bałam się, że Tomasz wróci właśnie wtedy, kiedy mnie nie będzie, i że przypadkowa nieobecność odbierze mi jedyną szansę na ponowne spotkanie. Zaczęłam organizować całe życie wokół hotelu. Pracowałam, wracałam do domu, przygotowywałam posiłki i wykonywałam codzienne obowiązki, ale myślami pozostawałam w szóstce. Z czasem przestałam potrzebować rzeczywistej obecności Tomasza, żeby odczuwać znajome podniecenie. Wystarczało wejść po schodach, przekręcić klucz w zamku i zobaczyć bordowe zasłony. Moje ciało reagowało, zanim zdążyłam pomyśleć o tym, dlaczego przyszłam. Czułam ciepło na twarzy, przyspieszone bicie serca i lekkie drżenie dłoni. Miałam wrażenie, że wracam do miejsca, w którym pozostawiłam najlepszą część siebie.
Małżeństwo zakończyło się kilka lat później. Andrzej wyprowadził się do kobiety poznanej w pracy, młodszej ode mnie o dziewięć lat. Nie zrobił tego gwałtownie. Przez długi czas próbował rozmawiać ze mną o naszym oddaleniu, ale nie potrafiłam odnaleźć w sobie zainteresowania, które pozwoliłoby nam cokolwiek naprawić. Kiedy odszedł, poczułam przede wszystkim ulgę. Nie dlatego, że pragnęłam jego nieszczęścia, lecz dlatego, że wreszcie mogłam przestać udawać osobę, którą od dawna nie byłam. Andrzej zabrał ubrania, książki, kilka narzędzi i czajnik elektryczny, który kupił podczas delegacji. Pozostawił mi mieszkanie, większość mebli i niemal wszystkie przedmioty związane z naszym wspólnym życiem. Przez kilka dni chodziłam po pokojach, próbując ustalić, co właściwie uległo zmianie. Nie brakowało mi jego głosu ani obecności przy stole. Brakowało mi raczej drobnych czynności, które wykonywał bez mojej wiedzy: wymiany żarówek, naprawiania cieknącego kranu, wynoszenia śmieci przed śniadaniem. Dopiero wtedy zrozumiałam, że można przez lata pozostawać z kimś w związku pozbawionym namiętności, a mimo to zawdzięczać mu większą część własnego bezpieczeństwa.
Po rozwodzie mogłam swobodnie spotykać się z innymi mężczyznami. Kilku próbowało zbliżyć się do mnie, ale żaden nie potrafił wzbudzić zainteresowania porównywalnego z tym, które odczuwałam wobec Tomasza. Nie chodziło o ich wygląd. Niektórzy byli przystojniejsi, bardziej wykształceni i znacznie lepiej sytuowani. Potrafili rozmawiać o książkach, zapraszali mnie do restauracji, interesowali się moją pracą i traktowali z czułością, której wcześniej nie znałam. Mimo to przy każdym z nich odczuwałam rodzaj rozczarowania. Ich obecność była zbyt konkretna. Mieli przyzwyczajenia, choroby, rodzinne zobowiązania, poglądy polityczne i historie, których nie potrafiłam dopasować do własnych pragnień. Chrapali, gubili klucze, denerwowali się podczas jazdy samochodem i opowiadali te same anegdoty. Tomasz pozostawał wolny od wszystkich tych niedoskonałości, ponieważ w mojej pamięci istniał wyłącznie podczas dziewięciu tygodni hotelowych spotkań. Nie musiał się starzeć, chorować ani przestawać mnie pożądać. Żaden z tych mężczyzn nie miał szans sprostać wspomnieniu, które mogłam poprawiać przy każdym kolejnym odczytaniu zeszytu.
Hotel istniał jeszcze przez ponad dwadzieścia lat. Z czasem przestał przyjmować pracowników delegowanych, zmienił właściciela, a następnie został wyremontowany i przeznaczony dla turystów. Recepcjonistki odchodziły na emeryturę, pojawiały się nowe, coraz młodsze kobiety, które nie rozumiały mojego przywiązania do konkretnego pokoju. Czasami udawało mi się wynająć szóstkę, innym razem musiałam zadowolić się innym pomieszczeniem. W innym pokoju nie potrafiłam wtedy zasnąć. Leżałam w obcym łóżku, słuchając dźwięków korytarza, i czekałam na moment, w którym znów znajdę się za właściwymi drzwiami. Zrozumiałam, że hotel stał się dla mnie czymś więcej niż miejscem wspomnień. W domu przybywało mi zmarszczek, a w hotelu wystarczyło zamknąć drzwi, by znów otworzyć zeszyt na stronie z września 1988 roku. W domu starzałam się, płaciłam rachunki, chorowałam i obserwowałam, jak umierają znajomi. W pokoju numer sześć nadal miałam trzydzieści dwa lata, ciemne włosy i ciało, o którym wierzyłam, że ktoś pragnął go dotykać.
Przez te wszystkie lata nie szukałam Tomasza. Powtarzałam sobie, że nie chcę naruszać piękna wspomnienia, ponieważ spotkanie po tak długim czasie mogłoby jedynie przynieść rozczarowanie. Wiedziałam, że musiał się zmienić. Mógł mieć żonę, dzieci, wnuki, problemy zdrowotne i życie, do którego nie należałam. Być może nie pamiętał mnie wcale. Wolałam zachować go takim, jakim był w hotelowym pokoju, z jasną koszulą, ciemnymi włosami i dłońmi pachnącymi metalem. Dopiero znacznie później zrozumiałam, że nie była to wyłącznie ochrona wspomnienia. Bałam się spotkać człowieka, którego rzeczywista osobowość mogłaby zakwestionować wszystko, co przez lata mu przypisywałam. Nie chciałam dowiedzieć się, że nie lubił muzyki, którą słyszałam zza ściany, że nie potrafił być delikatny albo że jego życie erotyczne wyglądało inaczej, niż sobie wyobrażałam. Każdy podobny szczegół mógłby osłabić obraz, który stał się najważniejszą częścią mojej tożsamości.
Kiedy hotel zamknięto, miałam już ponad sześćdziesiąt lat. Dowiedziałam się o tym z krótkiej informacji w lokalnej gazecie. Budynek sprzedano przedsiębiorcy, który zamierzał przekształcić go w apartamenty. Przez kilka dni odkładałam gazetę na stół, a potem ponownie ją otwierałam, czytając ten sam fragment. Nie mogłam znieść myśli, że ktoś podzieli korytarz na mieszkania i nawet nie będzie wiedział, gdzie znajdowały się drzwi z szóstką. Pojechałam tam w ostatnim tygodniu działalności. W holu trwało pakowanie wyposażenia. Z recepcji zniknęły kwiaty, na podłodze stały kartony, a ściany nosiły jaśniejsze ślady po zdjętych obrazach. Kobieta zarządzająca hotelem znała mnie od kilku lat. Wiedziała, że regularnie proszę o szóstkę, ale nigdy nie pytała o powody. Tego dnia pozwoliła mi wejść do pokoju bez opłaty, ponieważ i tak pozostawał pusty, a budynek za kilka dni mieli przejąć nowi właściciele.
Weszłam na pierwsze piętro powoli, trzymając się poręczy. Schody były bardziej strome, niż pamiętałam. Na korytarzu pachniało kurzem i farbą. Drzwi szóstki stały otwarte. Wewnątrz nie było już łóżka, stolika ani zasłon. Pozostały jedynie jasne prostokąty na ścianach, wskazujące miejsca, w których przez lata stały meble. Kaloryfer pomalowano na biało, a podłogę pokrywały ślady po przesuwanych przedmiotach. Przez chwilę nie potrafiłam rozpoznać pomieszczenia. Wydawało mi się mniejsze i bardziej zwyczajne, jakby cała jego dawna wyjątkowość znajdowała się w rzeczach, które usunięto. Podeszłam do okna i spojrzałam na podwórze. Magazynu nie było. Na miejscu dawnego magazynu urządzono parking. Wentylacja, której niski szum towarzyszył mi podczas wszystkich hotelowych nocy, zamilkła na zawsze. Dopiero wtedy poczułam prawdziwą rozpacz. Rozpłakałam się dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że nie usłyszę już przez tamto okno monotonnego szumu wentylatora.
Zauważyłam jednak coś, czego wcześniej nigdy nie traktowałam jako szczególnie istotnego. Na ścianie oddzielającej szóstkę od sąsiedniego pokoju znajdował się niewielki, jaśniejszy prostokąt, pozostałość po dawno usuniętej instalacji. Pamiętałam to miejsce. Przez wiele wieczorów siedziałam przy nim, opierając głowę o ścianę, ponieważ właśnie stamtąd najlepiej dochodził głos Tomasza. Kiedyś hotelowy pracownik wyjaśnił mi, że przed laty w tym miejscu znajdował się otwór wentylacyjny łączący dwa pokoje. Później zasłonięto go cienką płytą, ale dźwięki nadal przenikały przez przegrodę. Stałam przed ścianą i nagle zdałam sobie sprawę, że pamiętam ją dokładniej niż łóżko. Wiedziałam, gdzie farba zaczynała odpryskiwać, w którym miejscu przebiegała niewielka rysa i jaką temperaturę miała powierzchnia, kiedy przykładałam do niej policzek podczas chłodnych wieczorów. Przypomniałam sobie nawet, że czasami zasypiałam na podłodze, z głową opartą o tę ścianę, słuchając czyjegoś oddechu.
Nie wiem, dlaczego właśnie wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Nie nastąpiło żadne nagłe olśnienie. Nie odkryłam listu, fotografii ani dokumentu, który wyjaśniłby moją przeszłość. Stałam po prostu w pustym pokoju i próbowałam przypomnieć sobie, jak wyglądała nasza pierwsza wspólna noc. Widziałam Tomasza siedzącego na brzegu łóżka, pochylonego nad rozwiązywanymi sznurowadłami. Pamiętałam zapach jego koszuli, dźwięk rzucanych na stolik kluczy i niewielką bliznę na dłoni. Kiedy jednak próbowałam odtworzyć moment, w którym wszedł do pokoju, obraz stawał się niewyraźny. Nie pamiętałam przekręcania klucza, otwierania drzwi ani jego pierwszego spojrzenia. W każdym wspomnieniu siedział już na łóżku, jakbym zawsze zaczynała opowieść o kilka minut za późno. Zaczęłam przeglądać w pamięci kolejne spotkania. W każdym z nich Tomasz był już obecny, ale nie potrafiłam przypomnieć sobie samego momentu jego przyjścia.
Wróciłam do domu i odnalazłam zeszyty, które prowadziłam w tamtym okresie. Były schowane na dnie szafy, w kartonowym pudełku razem z dawnymi fotografiami i dokumentami rozwodowymi. Nie zaglądałam do nich od wielu lat. Papier pożółkł, a atrament na niektórych stronach wyblakł tak mocno, że musiałam czytać przy bardzo jasnym świetle. Pierwszy zeszyt zawierał krótkie notatki dotyczące hotelu, pracy i pogody. Opisywałam awarie maszyn, zmiany godzinowe, kłótnie z Andrzejem i drobne zakupy. Dopiero po kilkunastu stronach pojawił się Tomasz. Początkowo pisałam o nim jako o monterze spotkanym w holu. Później zaczęłam notować, kiedy wraca do hotelu, jak długo rozmawia z innymi pracownikami i o której godzinie gasi światło w sąsiednim pokoju. Zaskoczyło mnie, że przez pierwsze tygodnie nie zanotowałam żadnego naszego spotkania. Wspominałam jego głos, kroki, kaszel i muzykę dobiegającą zza ściany, ale nie opisywałam rozmów prowadzonych twarzą w twarz.
W kolejnych zeszytach znalazłam długie opisy wspólnych wieczorów. Znałam je niemal na pamięć, ponieważ przez wiele lat czytałam je regularnie. Teraz jednak zauważyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam. Większość zdań nie była zapisem wydarzeń, lecz przypuszczeń. Opisywałam, jak Tomasz mógłby mnie dotknąć, co powiedziałby, gdyby zobaczył mnie nagą, i jak wyglądałaby jego twarz w świetle lampki. Później zaczęłam usuwać słowa wyrażające niepewność. Zamiast wyraźnie oddzielać wyobrażenia od faktów, zaczęłam pisać o jego obecności tak, jakbym rzeczywiście jej doświadczała. Wreszcie całkowicie zniknęła granica między tym, co widziałam, a tym, czego pragnęłam. Nie robiłam tego świadomie. Nie zamierzałam oszukiwać przyszłej siebie. Chciałam jedynie opisywać własne uczucia tak dokładnie, jak potrafiłam, a ponieważ uczucia były rzeczywiste, wszystko, co je wywoływało, stopniowo również zaczęło wydawać się prawdziwe.
Próbowałam przypomnieć sobie nasze rozmowy. Nie potrafiłam odtworzyć żadnej w całości. Pamiętałam pojedyncze słowa, urwane zdania i fragmenty historii dotyczących pracy, lecz nagle uświadomiłam sobie, że większość z nich słyszałam przez ścianę. Tomasz rozmawiał z kolegami, czasami z kobietą odwiedzającą go w sąsiednim pokoju, a ja słuchałam, próbując odnaleźć w jego słowach coś, co mogłabym przypisać sobie. Nie znałam nawet dokładnego brzmienia jego śmiechu, ponieważ przez cały czas docierał do mnie stłumiony, pozbawiony części wyższych tonów. Przez lata przechowywałam jednak przekonanie, że śmiał się właśnie ze mną, z moich żartów, nieśmiałości i drobnych niezręczności. Uświadomiłam sobie, że przez lata bardziej zależało mi na tym, co czułam, niż na sprawdzeniu, co naprawdę powiedział. Nigdy wcześniej nie zadałam sobie pytania, dlaczego w żadnym zeszycie nie zapisałam ani jednej całej rozmowy z Tomaszem. Wystarczało mi otworzyć zeszyt i przeczytać kilka znajomych zdań.
Najtrudniej było mi zaakceptować wspomnienia dotyku. Nie potrafiłam uwierzyć, że wymyśliłam ciężar jego ramienia, ciepło skóry i zapach włosów po kąpieli. Były zbyt szczegółowe. Ciało reagowało na nie nawet po tylu latach, wywołując uczucie tęsknoty, którego nie potrafiłam pomylić z niczym innym. Dopiero kiedy zaczęłam przyglądać się im dokładniej, zauważyłam, że część doznań pochodziła z innych okresów życia. Sposób, w jaki Tomasz obejmował mnie podczas snu, przypominał gest Andrzeja z pierwszych lat małżeństwa. Zapach mydła kojarzył mi się z łazienką w domu rodziców. Blizna na dłoni należała prawdopodobnie do jednego z robotników pracujących w naszej fabryce. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek świadomie postanowiła połączyć te osoby w jedną. Nie potrafię rozstrzygnąć, kiedy zaczęłam łączyć te obce sobie wrażenia i przypisywać je jednej osobie. Tomasz stał się w mojej pamięci człowiekiem zbudowanym z wielu ciał, a ja przez dziesięciolecia kochałam go w przekonaniu, że pamiętam każdy szczegół naszej bliskości.
Nie chcę jednak, żeby ktokolwiek uznał, że nic się nie wydarzyło. Wydarzyło się bardzo wiele. Przez dziewięć tygodni chodziłam do hotelu, wynajmowałam pokój, czekałam na mężczyznę i słuchałam jego życia przez cienką ścianę. Kupiłam perfumy, których wcześniej nie używałam, zaczęłam ubierać się inaczej i po raz pierwszy od wielu lat poczułam, że moje ciało może być źródłem przyjemności. Przez następne dziesięciolecia powracałam do miejsca, w którym nikt mnie nie kochał, ale gdzie nauczyłam się wyobrażać sobie miłość z taką siłą, że stała się najważniejszym doświadczeniem mojego życia. Nie była to zwyczajna fantazja, którą można odłożyć na bok po zakończeniu dnia. W mojej pamięci istniały wspólne wieczory, dotyk, zapach pościeli i poranki, których nigdy nie przeżyliśmy. Nie wiedziałam już, kiedy zaczęłam wierzyć w ich prawdziwość. Być może stało się to podczas pierwszych tygodni, kiedy zapisywałam swoje pragnienia. Może znacznie później, kiedy samotność po rozwodzie sprawiła, że potrzebowałam dowodu, iż ktoś kiedyś naprawdę mnie pożądał. Nie potrafię wskazać dnia, w którym z zapisu marzenia zrobił się w mojej głowie zapis wspólnego wieczoru.
Spotkałam Tomasza zaledwie kilka razy. Raz widziałam go przy automacie w hotelowym holu. Innym razem minęliśmy się na schodach, kiedy wracał z pracy, niosąc torbę z narzędziami. Pamiętam również krótką rozmowę w kuchni przeznaczonej dla gości, podczas której zapytał mnie o wrzątek, ponieważ chciał przygotować herbatę. Był uprzejmy, trochę zmęczony i najwyraźniej nie miał ochoty na dłuższe towarzystwo. Pomogłam mu znaleźć czajnik, a później patrzyłam, jak wsypuje cukier do szklanki i miesza go łyżeczką. Właśnie wtedy zobaczyłam niewielkie oparzenie przy kciuku. Pamiętam je tak dobrze, ponieważ przez kilka sekund miałam ochotę dotknąć tej jasnej plamki, ale oczywiście tego nie zrobiłam. Tomasz wypił herbatę, podziękował mi i wrócił do swojego pokoju. Nie zaproponował spotkania. Nie zapytał o moje imię ani nie próbował dowiedzieć się, gdzie mieszkam. Byłam dla niego zapewne tylko kobietą, którą widywał czasami na korytarzu. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek pomyślał o mnie w sposób, w jaki ja myślałam o nim.
Nigdy nie spaliśmy razem. Nigdy mnie nie pocałował. Nie dotykał mojego ciała, nie leżał obok mnie na wąskim łóżku i nie zasłaniał okna przed snem. Wszystko to robiłam sama. Siadałam na brzegu materaca, rozbierałam się powoli, wyobrażałam sobie jego obecność i zasypiałam z twarzą zwróconą w stronę ściany. Czasami słyszałam, jak śmieje się z kimś w sąsiednim pokoju. Innym razem dochodziły do mnie odgłosy intymności, których nie potrafiłam przypisać konkretnym osobom. Wtedy zamykałam oczy i próbowałam uwierzyć, że uczestniczę w tym, co dzieje się za ścianą. Nie zawsze było to przyjemne. Zdarzało mi się płakać, odczuwać zazdrość, wstyd i gniew. Ale nawet te uczucia wydawały mi się cenniejsze od obojętności, z jaką wracałam do domu. W hotelu cierpiałam z powodu miłości, którą sama stworzyłam. W małżeństwie nie cierpiałam już prawie wcale, ponieważ niczego nie oczekiwałam.
Nie wiem, co stało się z Tomaszem. Być może nadal żyje, ma żonę, dzieci i wnuki, a dawny pobyt w naszym mieście pamięta wyłącznie jako jedną z wielu delegacji. Może czasami wspomina hotel, uszkodzony automat z napojami albo fabryczną windę, której naprawa zajęła więcej czasu, niż początkowo przewidywano. Nie sądzę, żeby pamiętał mnie. Nie mam powodu, by uważać inaczej. Zdarza mi się jednak wyobrażać sobie, że pewnego wieczora, kiedy siedział w pokoju numer pięć, usłyszał przez ścianę mój oddech albo cichy płacz i zastanowił się, kim jest kobieta, która tak często wynajmuje sąsiednie pomieszczenie. Być może zobaczył mnie kiedyś przez uchylone drzwi szóstki, gdy poprawiałam włosy przed lustrem. Może przez chwilę zastanawiał się, czy jestem samotna. Nie potrzebuję niczego więcej. Już sama możliwość, że moje istnienie zostało przez niego zauważone, wydaje mi się wystarczająca.
Po zamknięciu hotelu przestałam odwiedzać tamtą ulicę. Nie chciałam oglądać remontu ani nowych mieszkań, które powstawały w miejscu dawnego korytarza. Przez pewien czas próbowałam zrezygnować również z czytania zeszytów. Schowałam je na dnie szafy, a pokój numer sześć zaczął powoli tracić wyrazistość. Nie pamiętałam już dokładnie koloru zasłon ani układu mebli po ostatnim remoncie. Czasami zastanawiałam się, czy w rzeczywistości nie było tam dwóch okien, choć zawsze pamiętałam tylko jedno. Wtedy rozumiałam, że nawet moje najbardziej uporczywe wspomnienia zaczynają się starzeć. Nie walczyłam z tym. Byłam zmęczona ciągłym pilnowaniem przeszłości. Przez większość życia zachowywałam się jak kustoszka prywatnego muzeum, w którym znajdował się jeden pokój i jeden człowiek. Z czasem wszystkie inne doświadczenia musiały ustąpić im miejsca. Nie chciałam już poświęcać kolejnych lat na konserwowanie czegoś, co nigdy nie istniało w postaci, jaką nadałam temu we wspomnieniach.
Nie przestałam jednak kochać Tomasza. Wiem, że brzmi to niedorzecznie, ponieważ nie można chyba kochać człowieka, którego prawie się nie znało. A jednak nie potrafię nazwać inaczej uczucia, które kształtowało moje decyzje, odbierało mi sen, zmieniało sposób patrzenia na własne ciało i przez dziesięciolecia pozostawało najważniejszym punktem odniesienia. Nie była to miłość do rzeczywistego mężczyzny. Kochałam wyobrażenie, które zbudowałam wokół jego obecności, głosu i kilku przypadkowych gestów. Nie oznacza to, że moje uczucie było fałszywe. Fałszywe były wspomnienia wspólnego życia. Samo pragnienie pozostawało rzeczywiste, podobnie jak samotność, z której wyrosło. Człowiek potrafi przeżywać autentyczne cierpienie z powodów, które dla innych wydają się nieistotne albo wręcz nieprawdziwe. Nie należy z tego wyciągać wniosku, że cierpienie było mniejsze. Czasami jest wręcz przeciwnie, ponieważ trudno opłakać stratę czegoś, czego nigdy nie posiadało się naprawdę.
Najbardziej żałuję jednak Andrzeja. Nie dlatego, że nasze małżeństwo mogło zostać uratowane, lecz dlatego, że przez tyle lat nie zauważałam człowieka, który naprawdę znajdował się obok mnie. Pamiętam, jak pewnego wieczora wrócił z pracy z poparzoną dłonią. Próbował naprawić uszkodzone urządzenie w chłodni i dotknął rozgrzanego elementu. Rana nie była poważna, ale przez kilka dni musiał nosić opatrunek. Zmieniłam mu go raz czy dwa, później przestałam zwracać uwagę. Andrzej nie narzekał. Po zagojeniu pozostała niewielka blizna przy kciuku, jasnoróżowa i lekko wypukła, przypominająca skrzydło owada. Przez wiele lat byłam przekonana, że taki właśnie ślad nosił Tomasz. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że nie potrafię już odróżnić obu dłoni. Nie wiem, czy zapamiętałam oparzenie Andrzeja i przeniosłam je na wyobrażone ciało kochanka, czy rzeczywiście widziałam podobny ślad u obu mężczyzn. Ta niepewność boli mnie bardziej niż odkrycie, że nigdy nie byłam z Tomaszem. Pokazuje bowiem, jak łatwo człowiek może odebrać rzeczywistej osobie nawet najdrobniejszy szczegół jej ciała i wykorzystać go do budowania kogoś, kto wydaje mu się bardziej godny miłości.
Nagrałam tę historię, ponieważ zaczynam się bać, że niedługo znów zapomnę, co wydarzyło się naprawdę. Przez kilkadziesiąt lat potrafiłam opowiadać o dziewięciu tygodniach miłości z taką szczegółowością, że sama wierzyłam we wszystkie sceny. Teraz wiem, skąd pochodziły moje wspomnienia, ale nie mam pewności, czy ta wiedza pozostanie ze mną do końca życia. Pamięć nie poddaje się łatwo sprostowaniom. Można przecież dowiedzieć się, że jakieś zdarzenie nigdy nie miało miejsca, a mimo to nadal widzieć je w wyobraźni z taką samą wyrazistością. Mogę zamknąć oczy i poczuć ciepło ramienia Tomasza, chociaż wiem, że nigdy nie leżał obok mnie. Potrafię przypomnieć sobie jego oddech, ciężar ciała i zapach skóry, chociaż nie posiadam żadnego wspomnienia, które mogłoby potwierdzić ich rzeczywiste pochodzenie. Być może któregoś dnia ponownie uwierzę, że byliśmy kochankami. Nie dlatego, że utracę rozum, lecz dlatego, że tamta wersja przeszłości jest znacznie łatwiejsza do zniesienia.
Czasami zastanawiam się, czy człowiek może przeżyć całe życie, nie będąc w nim naprawdę obecnym. Pracowałam, jadłam, spałam, chorowałam, płaciłam podatki, spotykałam znajomych i uczestniczyłam w rodzinnych uroczystościach. Robiłam wszystko, co zwykle uznaje się za dowód normalnego istnienia. A jednak przez większą część czasu znajdowałam się w pokoju hotelowym, do którego nikt nie przychodził. Czekałam na mężczyznę po drugiej stronie ściany, podczas gdy prawdziwi ludzie mijali mnie na ulicach, siadali obok w autobusach i próbowali rozmawiać. Nie potrafię powiedzieć, czy zmarnowałam życie. Były w nim chwile szczęścia, nawet jeśli ich źródło nie odpowiadało temu, co później uznałam za rzeczywiste. Nie wiem również, czy zasługuję na współczucie. Nie byłam ofiarą żadnego okrutnego mężczyzny. Tomasz niczego mi nie obiecywał, nie oszukiwał mnie i nie wykorzystał. Wszystkie zobowiązania, które mu przypisywałam, powstały wyłącznie w mojej wyobraźni. Jeśli ktoś mnie oszukał, byłam to ja sama, choć nie potrafię ustalić, czy można być jednocześnie sprawczynią i ofiarą własnego kłamstwa.
Została mi jeszcze jedna rzecz. Podczas ostatniej wizyty w hotelu, kiedy pokój numer sześć był już pusty, zauważyłam na podłodze niewielką metalową podkładkę. Prawdopodobnie wypadła podczas demontażu mebli. Podniosłam ją i schowałam do torebki. Nie miała żadnej wartości. Była zwyczajnym elementem technicznym, takim, jaki można znaleźć w każdym warsztacie. Przez wiele lat przechowywałam ją w pudełku po biżuterii, między starymi kolczykami a zerwanym łańcuszkiem. Czasami wyjmowałam ją i obracałam w palcach, wyobrażając sobie, że Tomasz mógł kiedyś dotknąć tego kawałka metalu. Wiedziałam, że szansa na to była znikoma, ale nie miało to znaczenia. Potrzebowałam przedmiotu, który nie byłby wspomnieniem. Czegoś ciężkiego, zimnego i rzeczywistego, czego nie dałoby się zmienić poprzez wielokrotne opowiadanie.
Wczoraj wyrzuciłam tę podkładkę. Nie był to żaden uroczysty gest. Otworzyłam pudełko, wzięłam metalowy krążek i wrzuciłam go do kosza razem ze starym paragonem i zużytą chusteczką. Nie poczułam ulgi ani rozpaczy. Przez chwilę zastanawiałam się jedynie, dlaczego tak długo przechowywałam przedmiot, który nie miał ze mną nic wspólnego. Później umyłam ręce i przygotowałam kolację. Zjadłam ją sama, przy kuchennym stole, oglądając wiadomości w telewizji. Wszystko było całkowicie zwyczajne. Dopiero przed snem przyszło mi do głowy, że po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat nie próbowałam sobie wyobrazić, co Tomasz robi o tej porze. Nie zastanawiałam się, czy żyje, czy ma kogoś obok siebie ani czy pamięta hotel, w którym mieszkał podczas dziewięciu tygodni pracy w naszym mieście. Po prostu położyłam się do łóżka, zgasiłam światło i przez chwilę słuchałam własnego oddechu.
Nie chcę kończyć tej historii zapewnieniem, że wreszcie odzyskałam wolność. Jestem za stara, żeby wierzyć w podobne zakończenia. Człowiek nie uwalnia się od przeszłości jednym gestem, podobnie jak nie odzyskuje utraconych lat tylko dlatego, że zrozumiał przyczyny własnych błędów. Nadal pamiętam Tomasza. Nadal potrafię wyobrazić sobie jego dłonie, zapach koszuli i sposób, w jaki siedział na brzegu hotelowego łóżka. Wiem już jednak, że większość tych obrazów narodziła się we mnie, a nie w tym, co nas rzeczywiście łączyło. Być może to wystarczy. Nie oczekuję, że przestanę je widzieć. Chciałabym tylko, żeby następnym razem, kiedy przypomnę sobie pokój numer sześć, pojawiła się w nim również kobieta, która przez tyle lat siedziała samotnie przy ścianie. Pragnę zapamiętać ją taką, jaka była naprawdę, z suchymi dłońmi, zmęczonymi oczami i jedwabną bluzką kupioną za pieniądze odkładane na zimowe buty. Chciałabym wreszcie spojrzeć na nią z taką samą czułością, z jaką przez całe życie wyobrażałam sobie cudze spojrzenie.
Najbardziej boli mnie to, że przez całe lata potrafiłam być czuła dla wymyślonego Tomasza, a nie umiałam okazać tej samej czułości kobiecie, która samotnie siedziała po drugiej stronie ściany.
.
Po wysłuchaniu
Nie pamiętam, w którym momencie zaczęłam płakać. Początkowo wydawało mi się, że łzy są reakcją na opowieść o samotności, ale kiedy nagranie dobiegło końca, zrozumiałam, że od pewnego czasu nie słuchałam już uważnie. Myślałam o własnych mieszkaniach, hotelach i pokojach, które zajmowałam przez krótszy lub dłuższy czas. W każdym z nich pozostawiłam jakieś przedmioty, wspomnienia albo wersję siebie, do której później nie potrafiłam wrócić. Nie znałam kobiety z nagrania, ale rozumiałam jej przywiązanie do konkretnego pomieszczenia. Sama przez wiele lat przechowywałam klucz do mieszkania, z którego wyprowadziłam się po zakończeniu związku. Nie pasował już do żadnych drzwi. Trzymałam go jednak w szufladzie, ponieważ wydawało mi się, że dopóki istnieje, pewna część mojego życia pozostaje dostępna. Dopiero kiedy zgubiłam go podczas przeprowadzki, zrozumiałam, że nigdy nie zamierzałam sprawdzać, czy zamek rzeczywiście został wymieniony.
Siedziałam przy magnetofonie, słuchając jednostajnego szumu, i próbowałam przypomnieć sobie twarz człowieka, do którego należał tamten klucz. Nie widziałam go od wielu lat. Pamiętałam jego włosy, sposób chodzenia i kilka drobnych przyzwyczajeń, ale twarz stała się niepewna. W mojej wyobraźni pojawiały się na przemian różne wersje nosa, oczu i ust. Zastanawiałam się, czy gdybym spotkała go dzisiaj na ulicy, potrafiłabym rozpoznać go bez wahania. Prawdopodobnie tak. A jednak przez chwilę wyobrażałam sobie, że mijamy się na chodniku jak obcy ludzie, nie wiedząc, iż przez kilka lat spaliśmy w jednym łóżku. Nie była to myśl szczególnie przykra. Bardziej przerażało mnie przypuszczenie, że mogłabym przechowywać w pamięci jego głos, nie potrafiąc już dopasować go do żadnej twarzy.
Wstałam, otworzyłam okno i przez kilka minut oddychałam chłodnym powietrzem. Na ulicy panował spokój. Pod latarnią stał samochód z zaparowanymi szybami, a przy sąsiednim budynku ktoś pozostawił niewielką torbę z odpadkami. Z oddali dochodził odgłos tramwaju, choć nie byłam pewna, czy rzeczywiście go słyszę, ponieważ najbliższa linia przebiegała kilka ulic dalej. Wróciłam do stolika i wyjęłam taśmę z magnetofonu. Przez chwilę obracałam szpulę w dłoniach, przyglądając się cienkiej, ciemnej wstędze. Zaskoczyło mnie, że tak wiele ludzkiego życia można zmieścić na przedmiocie, który waży niewiele więcej niż książka. Kilkadziesiąt lat tęsknoty, wstydu i pożądania zajmowało teraz kilka centymetrów półki. Gdybym upuściła szpulę, taśma mogłaby się rozwinąć, poplątać albo zerwać. Głos kobiety nie zniknąłby wtedy natychmiast, ale stałby się trudniejszy do odzyskania. Pomyślałam, że być może właśnie dlatego ktoś zdecydował się przechowywać te nagrania. Nie po to, żeby je kiedykolwiek opublikować, lecz żeby zapewnić cudzym wspomnieniom materialną postać, odporniejszą od ludzkiego zapominania.
Schowałam szpulę do pudełka i otworzyłam notes. Nie zamierzałam zapisywać całej historii. Chciałam jedynie zanotować kilka szczegółów, które wydały mi się szczególnie znaczące. Napisałam nazwę hotelowego pokoju, rok, w którym kobieta poznała Tomasza, i informację o ścianie oddzielającej dwa pomieszczenia. Potem zatrzymałam się, ponieważ zauważyłam, że nie pamiętam dokładnie, ile lat trwało jej małżeństwo. Byłam pewna, że podała tę informację, ale nie potrafiłam przywołać odpowiedniego fragmentu. Przez chwilę rozważałam ponowne odtworzenie nagrania. Zrezygnowałam jednak, gdy uświadomiłam sobie, że jest już późno, a następnego dnia muszę wcześnie wstać. Zamknęłam notes, zgasiłam lampę i poszłam do łazienki. Przed lustrem zauważyłam, że mam na szyi niewielkie zaczerwienienie. Wyglądało jak ślad po drapaniu. Nie pamiętałam, żebym dotykała tego miejsca podczas słuchania nagrania, ale skóra od kilku dni była przesuszona, więc nie uznałam zaczerwienienia za nic niezwykłego.
Dopiero w łóżku przypomniałam sobie zapach fiołków, o którym mówiła kobieta. Nie wiem, dlaczego wydał mi się tak znajomy. Nie posiadałam perfum o podobnym aromacie, a większość kosmetyków wybierałam raczej ze względu na ich neutralny zapach. Mimo to przez chwilę miałam wrażenie, że fiołkowa słodycz unosi się w sypialni. Wstałam, otworzyłam szafkę z kosmetykami i sprawdziłam kilka starych flakonów. Żaden nie pachniał fiołkami. Wróciłam do łóżka, przekonana, że wyobraźnia wykorzystała szczegół z nagrania. Nie było w tym niczego niezwykłego. Człowiek słuchający opowieści o zapachu może przecież na moment odczuć wrażenie jego obecności, podobnie jak podczas czytania o jedzeniu zaczyna przypominać sobie smak potraw.
Następnego ranka, kiedy przygotowywałam kawę, zauważyłam na blacie kuchennym niewielką metalową podkładkę. Była okrągła, chłodna i lekko zardzewiała przy krawędzi. Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek jej używała. Podniosłam ją, obejrzałam z obu stron i wrzuciłam do szuflady z narzędziami. Prawdopodobnie wypadła z któregoś z mebli albo pozostała po wcześniejszym lokatorze. Nie zastanawiałam się nad tym długo. Musiałam wyjść do pracy, a po południu planowałam zrobić zakupy.
Dopiero wieczorem, kiedy ponownie otworzyłam notes, zauważyłam, że pod zapisem dotyczącym pokoju numer sześć znajduje się jeszcze jedno zdanie. Było napisane moim charakterem pisma, trochę mniejszym niż zwykle, jakbym próbowała zmieścić je w ostatnim wolnym miejscu na stronie. Nie pamiętałam chwili, w której je zanotowałam, ale sama treść wydała mi się znajoma. Przez kilka minut wpatrywałam się w słowa, próbując ustalić, czy pochodzą z nagrania, czy z jakiegoś dawnego wspomnienia. Przeczytałam zdanie jeszcze raz, a następnie zamknęłam notes. Nie próbowałam ustalić, dlaczego je zapisałam. Nie umiałam powiedzieć, czy zapamiętałam je z nagrania, czy dopisałam później od siebie.
Nie wiedziałam, że można tak długo czekać na kogoś, kto nigdy nie obiecał, że przyjdzie.
Diagnoza medyczna
Opisane doświadczenia obejmują długotrwałe zniekształcenia wspomnień autobiograficznych, idealizację Tomasza i przywiązanie do relacji, której przebieg narratorka w znacznej części wyobraziła sobie. Wielokrotne odtwarzanie fantazji i zapisywanie wyobrażonych doświadczeń mogło sprzyjać zacieraniu granicy między zdarzeniami rzeczywistymi a wyobrażonymi, co przypomina mechanizmy zniekształceń pamięci. W opowieści nie ma wystarczających danych, by rozpoznać urojenia erotomaniczne: narratorka nie opisuje utrwalonego przekonania, że Tomasz jest w niej zakochany, a ostatecznie podważa prawdziwość własnych wspomnień. Ocena kliniczna wymagałaby zbadania funkcji pamięci, nasilenia zaburzeń oraz ich wpływu na codzienne funkcjonowanie.
Anatomia niedzielnego obiadu
Najbardziej przeraża mnie to, że przez większą część życia wspominałem nasze niedziele jako szczęśliwe. Nie miałem powodów, by sądzić inaczej. Dom pachniał rosołem, pieczonym mięsem i pastą do podłóg, matka zakładała najlepszą sukienkę, a ojciec golił się staranniej niż w pozostałe dni tygodnia. W kuchni stał stół przykryty białym obrusem, którego brzegi opadały nierówno, ponieważ z jednej strony zwisał niżej. Pamiętam talerze z cienkim złotym paskiem, ciężkie sztućce, szklanki z ciemnego szkła i porcelanową solniczkę przypominającą niewielką gruszkę. W niedzielę nie wolno było jeść w pośpiechu, odchodzić od stołu przed zakończeniem posiłku ani rozmawiać o sprawach, które mogłyby zepsuć wszystkim apetyt. Ojciec uważał wspólny obiad za najważniejszą instytucję rodzinną, choć nigdy nie używał podobnych określeń. Powtarzał raczej, że człowieka poznaje się po tym, jak zachowuje się przy jedzeniu, a rodzina, która nie potrafi usiąść razem do stołu, prędzej czy później przestaje być rodziną. Przez wiele lat sądziłem, że naprawdę zależy mu na wspólnych posiłkach. Dopiero znacznie później zrozumiałem, że najbardziej zależało mu na tym, abyśmy wszyscy znajdowali się jednocześnie w jednym pomieszczeniu, gdzie mógł obserwować nasze twarze i pilnować, by nikt z nas nie powiedział czegoś niewłaściwego.
Nie umiem wskazać konkretnej niedzieli, od której zaczęło się to, czego wówczas nie potrafiłem rozpoznać. Moje wspomnienia z tamtego okresu nie układają się w porządek chronologiczny. Przypominają raczej przedmioty zgromadzone w wielkiej szufladzie, do której przez kilkadziesiąt lat wrzucano rozmaite drobiazgi, nie dbając o ich pochodzenie. Potrafię przypomnieć sobie kolor obrusa, zapach pietruszki wyławianej z rosołu i sposób, w jaki ojciec rozkładał serwetkę na kolanach, ale nie zawsze wiem, ile osób siedziało przy stole. Czasami widzę nas troje: matkę, ojca i siebie. Innym razem pojawia się czwarte krzesło, ustawione przy oknie, na którym leży granatowy sweter albo niewielka książka z postrzępionym grzbietem. Kiedy próbuję przyjrzeć się temu miejscu dokładniej, obraz staje się niewyraźny. Mam wrażenie, że ktoś przesunął meble podczas mojej nieobecności, a ja wróciłem do domu zbyt późno, aby dowiedzieć się, dlaczego. Przez wiele lat nie zastanawiałem się nad tym szczególnie. Wydawało mi się naturalne, że dzieciństwo pozostawia po sobie niepełne obrazy, a ludzie, którzy w nich występują, znikają czasami bez wyraźnej przyczyny. Dopiero kiedy zacząłem porządkować rzeczy po matce, zrozumiałem, że w naszej rodzinie brakującego miejsca nie pozostawiono przypadkowo. Z czasem przestaliśmy pytać o puste miejsce, jakby nigdy nie było przy nim żadnego krzesła.
Urodziłem się w 1968 roku w przemysłowym mieście, przez które przebiegało kilka linii kolejowych. Mieszkaliśmy na drugim piętrze przedwojennej kamienicy, niedaleko zakładów przemysłowych i torów kolejowych. Nasze mieszkanie miało dwa pokoje, kuchnię, niewielką łazienkę i przedpokój tak wąski, że dwie osoby nie mogły minąć się bez ocierania ramionami. Zimą ściany były chłodne, a na szybach osadzała się wilgoć, którą matka codziennie wycierała miękką szmatką. Latem powietrze stawało się ciężkie od zapachów dochodzących z podwórza. Ktoś gotował kapustę, ktoś palił mokrym drewnem, dzieci bawiły się przy trzepaku, a w piwnicy przechowywano słoiki, ziemniaki i węgiel. Nie byliśmy rodziną ubogą, choć pieniądze należało liczyć dokładnie. Ojciec pracował w przedsiębiorstwie kolejowym, gdzie zajmował się naprawą i kontrolą urządzeń technicznych. Matka prowadziła dom, a później podjęła pracę w sekretariacie szkoły podstawowej. Żyliśmy podobnie jak większość rodzin w naszym otoczeniu. Kupowaliśmy ubrania, kiedy pojawiały się w sklepach, odkładaliśmy pieniądze na meble, świętowaliśmy imieniny i wykorzystywaliśmy każdą możliwość zdobycia czegoś, czego nie można było kupić od ręki. Nie pamiętam, żeby rodzice kiedykolwiek rozmawiali o szczęściu. Uważali je zapewne za pojęcie niepraktyczne, niemające związku z ilością węgla w piwnicy ani zawartością lodówki.
Ojciec był człowiekiem lubianym. Przynajmniej tak twierdzili wszyscy, którzy spotykali go poza domem. Pamiętam, jak sąsiedzi zatrzymywali go na schodach, prosząc o naprawę zamka, sprawdzenie instalacji elektrycznej albo pomoc przy przeniesieniu ciężkiego mebla. Nigdy nie odmawiał od razu. Najpierw wypytywał o szczegóły, oceniał stopień trudności, a następnie podejmował decyzję, którą przedstawiał jako wynik rozsądnego namysłu. Lubił być potrzebny, ale jeszcze bardziej lubił wiedzieć, że inni zdają sobie sprawę z jego użyteczności. Miał szerokie ramiona, jasne włosy przerzedzające się nad czołem i dłonie o krótkich, mocnych palcach. Jego twarz wydawała się pogodna, kiedy przebywał wśród obcych. Uśmiechał się szeroko, często poklepywał ludzi po plecach i opowiadał anegdoty, które słyszałem wielokrotnie. W domu śmiał się rzadziej. W domu nie musiał nikomu imponować. Wystarczało mu, że wszyscy słuchaliśmy. Uznanie należało mu się z samego faktu, że był ojcem i zarabiał na utrzymanie rodziny. Wszystko, co robił dla nas, traktował jako dowód swojej odpowiedzialności, a wszystko, czego oczekiwał w zamian, jako naturalną konsekwencję tej odpowiedzialności.
Matka była jego przeciwieństwem, choć dzisiaj nie jestem pewien, czy rzeczywiście tak ją postrzegałem, czy raczej potrzebowałem wierzyć w istnienie dwóch różnych porządków naszego domu. Była szczupła, wiecznie zmęczona i tak starannie uczesana, że nawet podczas choroby nie pozwalała sobie na rozpuszczone włosy. Miała zwyczaj sprawdzania gazu przed snem. Potrafiła kilkakrotnie wracać do kuchni, dotykać pokręteł i upewniać się, że wszystkie są przekręcone we właściwą stronę. Bała się pożaru, zatrucia, zalania mieszkania i chorób, których nazw nauczyła się z popularnych poradników. Nie bała się natomiast ojca, a przynajmniej przez wiele lat tak uważałem. Dzisiaj widzę, ile ostrożności kryło się w jej pozornie zwyczajnych gestach. Matka potrafiła przewidzieć humor ojca po sposobie, w jaki przekręcał klucz w drzwiach. Wiedziała, kiedy należy podać herbatę, kiedy zostawić go samego i kiedy nie pytać o sprawy zawodowe. Wydawało mi się, że na tym właśnie polega małżeńska intuicja. Dopiero jako dorosły człowiek zauważyłem, jak wiele energii wymagało od niej nieustanne obserwowanie drugiej osoby, której niezadowolenie mogło zmienić atmosferę całego mieszkania.
Niedzielny obiad zaczynał się właściwie w sobotę. Matka chodziła wtedy na targ albo do sklepu mięsnego, często wracając z zakupami, które wymagały natychmiastowego przygotowania. Pamiętam kurę leżącą na emaliowanej tacy, jej żółtawą skórę, resztki piór przy skrzydłach i zapach, który nie miał nic wspólnego z gotową potrawą. Matka usuwała pozostałości wnętrzności, płukała mięso i dzieliła je na części. Długo gotowała wywar, zbierając szumowiny metalową łyżką i odkładając je do małej miseczki. Marchewkę obierała cienko, ponieważ nie lubiła marnowania jedzenia. Pietruszkę przekrawała wzdłuż, seler dodawała w dużym kawałku, a cebulę opalała nad palnikiem gazowym, dopóki jej zewnętrzna warstwa nie stawała się czarna. Rosół musiał być przejrzysty. Ojciec uważał mętną zupę za oznakę niedbalstwa, choć nigdy sam nie przygotował żadnej potrawy wymagającej więcej niż zagotowanie wody. Matka znała tę opinię i traktowała klarowność wywaru niemal jak sprawdzian własnych umiejętności. Kiedy rosół zaczynał wrzeć zbyt gwałtownie, natychmiast zmniejszała płomień. Czasami stała przy kuchence tak długo, że na jej czole pojawiały się krople potu, mimo że za oknem panował mróz.
W niedzielę od rana mieszkanie nabierało szczególnego charakteru. Ojciec wkładał czystą koszulę, matka prasowała obrus, a ja miałem obowiązek dokładnego umycia rąk i uczesania włosów. Nie wolno było mi siedzieć przy stole w ubraniu, w którym wcześniej bawiłem się na podwórzu. Matka sprawdzała czystość paznokci, czasami przecierała mi uszy wilgotną szmatką i poprawiała kołnierzyk koszuli. Wszystkie te czynności wydawały mi się irytujące, ale nie kwestionowałem ich sensu. W niedzielę nawet kołnierzyk koszuli miał świadczyć o tym, że jesteśmy porządną rodziną. W kościele siedzieliśmy blisko siebie, lecz ojciec nie pozwalał mi wiercić się ani oglądać się za innymi dziećmi. Po powrocie matka natychmiast zakładała fartuch, a on rozsiadał się w pokoju z gazetą. Z kuchni dochodził stukot naczyń, szum wody i zapach pieczonego mięsa. Pamiętam też inne kroki: krótkie, ostrożne, jakby ktoś przemierzał przedpokój na palcach. Dzisiaj sądzę, że był to odgłos kroków osoby starającej się nie zwracać na siebie uwagi.
Miałem siostrę. Dziwnie mi zaczynać od tak oczywistego zdania, skoro przez lata prawie o niej nie mówiłem. Nazywała się Marta i była starsza ode mnie o pięć lat. Nie zaginęła ani nie umarła; po prostu przestaliśmy o niej mówić. Przez pewien czas mieszkała razem z nami, jadła przy tym samym stole, korzystała z tej samej łazienki i pozostawiała swoje rzeczy w szafie stojącej naprzeciwko mojego łóżka. Wiem o tym dzisiaj i wiedziałem również wtedy. A jednak przez wiele lat, kiedy ktoś pytał mnie o rodzinę, odpowiadałem tak, jakbym wychował się jako jedynak. Nie robiłem tego świadomie. Nie podejmowałem decyzji o ukrywaniu jej istnienia. Imię Marty po prostu nie pojawiało się w opowieściach o moim dzieciństwie, podobnie jak nie wspomina się o meblu, który przez kilkadziesiąt lat stał w pokoju, a potem został wyniesiony. Dopiero kiedy ktoś pokaże nam fotografię dawnego wnętrza, uświadamiamy sobie, że przez cały ten czas pomijaliśmy przedmiot zajmujący niegdyś znaczną część przestrzeni.
Marta była wysoka jak na swój wiek, miała ciemne włosy i cerę skłonną do zaczerwienień. Nosiła swetry o rozciągniętych rękawach, które naciągała na dłonie nawet w ciepłe dni. Nie przepadała za zabawami ze mną, ponieważ uważała mnie za małego i nieznośnego. Czasami pozwalała mi jednak siedzieć obok siebie, kiedy odrabiała lekcje albo czytała książki. Pamiętam zapach jej zeszytów, ołówki pogryzione przy końcach i niewielkie figurki wycinane z papieru, które ustawiała na parapecie. Lubiła rysować ubrania. Wymyślała sukienki, płaszcze i kapelusze, których nigdy nie widziałem w sklepach, a później próbowała odtwarzać je z resztek materiału przynoszonych przez matkę. Potrafiła całymi godzinami siedzieć przy maszynie do szycia, chociaż ojciec narzekał na hałas. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek mówiła o swoim przyszłym zawodzie, ale wyobrażałem sobie, że zostanie krawcową albo projektantką. Samo określenie „projektantka mody” wydawało mi się wówczas niezwykle eleganckie; kojarzyłem je z nieznanymi mi miastami i kobietami z kolorowych czasopism.
Nie potrafię jednak przypomnieć sobie Marty przy niedzielnym stole z taką samą wyrazistością, z jaką widzę matkę i ojca. Jej obecność jest zmienna. Czasami siedzi naprzeciwko mnie, z włosami związanymi w koński ogon i dłoniami ukrytymi pod obrusem. Innym razem widzę tylko granatowy rękaw, talerz z niedojedzonym mięsem albo szklankę, której nikt nie podnosi do ust. Zdarza mi się również pamiętać czwarte nakrycie jako przygotowane dla kogoś, kto spóźnia się na obiad. Matka nalewa zupę do trzech talerzy, a czwarty pozostawia pusty. Ojciec zaczyna jeść, ja również, a miejsce przy oknie czeka na osobę, której nie potrafię sobie wyobrazić. Dopiero niedawno zrozumiałem, że przez większość dzieciństwa Marta nie tyle znikała z naszych wspólnych posiłków, ile stopniowo przestawała być dla nas kimś, na kogo należało czekać.
W domu obowiązywała szczególna hierarchia zachowań. Ojciec mógł podnosić głos, ponieważ był zmęczony. Matka mogła milczeć, ponieważ zajmowała się obowiązkami. Ja miałem prawo nie rozumieć pewnych spraw, ponieważ byłem dzieckiem. Marcie nie wolno było ani milczeć, ani się odezwać. Kiedy milczała, ojciec uważał to za oznakę niezadowolenia. Kiedy próbowała coś powiedzieć, zarzucał jej zuchwałość. Jeśli jadła zbyt wolno, oskarżał ją o marudzenie, a kiedy kończyła przed wszystkimi, przypominał, że dobrze wychowana dziewczyna powinna umieć zachować się przy stole. Pamiętam, że szczególnie irytował go sposób, w jaki trzymała widelec. Uważał jej palce za niezgrabne, choć potrafiła wykonywać precyzyjne prace przy maszynie do szycia. Czasami kazał jej odłożyć sztućce i ponownie rozpocząć posiłek, żeby nauczyła się właściwego zachowania. Matka przyglądała się temu z wyrazem zmęczenia. Nie protestowała, ale później, kiedy ojciec wychodził z domu, przynosiła Marcie dodatkową porcję jedzenia, jakby w ten sposób mogła zrekompensować upokorzenie.
Nie pamiętam, żeby ojciec traktował mnie podobnie. Oczywiście zdarzało mu się karać mnie za nieposłuszeństwo, ale jego gniew miał wówczas charakter prosty i przewidywalny. Jeśli coś zepsułem, mogłem spodziewać się krzyku. Jeżeli wróciłem zbyt późno z podwórza, przez kilka dni nie wolno było mi wychodzić. W przypadku Marty zasady zmieniały się nieustannie. Ta sama czynność mogła zostać pochwalona albo potępiona, zależnie od nastroju ojca. Czasami zabraniał jej spotykać się z koleżankami, ponieważ uważał, że dziewczęta w jej wieku powinny pomagać matkom. Innym razem zarzucał jej brak życia towarzyskiego i przesadną skłonność do siedzenia w domu. Kiedy kupiła sobie pierwszą pomadkę, oskarżył ją o próżność. Gdy przestała się malować, stwierdził, że wygląda na zaniedbaną. Wtedy nie dostrzegałem sprzeczności. Byłem młodszy i zajęty własnymi sprawami. Dzisiaj widzę, że Marta coraz rzadziej próbowała odgadnąć, czego ojciec od niej chce. I tak nigdy nie mogła zrobić tego dobrze.
Pamiętam również, że ojciec nie lubił zamkniętych drzwi. Uważał je za oznakę ukrywania czegoś przed rodziną. Marta nie mogła zamykać pokoju na klucz, choć z czasem coraz częściej próbowała zapewnić sobie odrobinę prywatności. Zasłaniała się podczas przebierania, prosiła mnie, żebym nie wchodził bez pukania, i denerwowała się, kiedy ojciec przestawiał jej rzeczy. Nie wydawało mi się to szczególnie niezwykłe. Była starszą siostrą, dorastała, a jej ciało zmieniało się w sposób, którego nie rozumiałem. Matka kupowała jej nowe ubrania, na sznurku w łazience wisiała inna niż dawniej bielizna, a w szafce pod umywalką pojawiły się paczki waty. Ojciec komentował oznaki jej dojrzewania z irytacją, jakby dojrzewanie córki stanowiło kłopot organizacyjny, za który ktoś powinien go przeprosić. Jednocześnie coraz częściej interesował się tym, gdzie Marta wychodzi, z kim rozmawia i jakie ubrania nosi. Nie widziałem w tym niczego niepokojącego, ponieważ wszyscy dorośli powtarzali, że ojcowie mają obowiązek pilnować córek.
Istniał jednak pewien szczegół, którego znaczenia nie potrafiłem wówczas zrozumieć. Marta przestała lubić niedziele. W soboty wieczorem robiła się cicha, przestawała rysować i długo zajmowała się przygotowaniem ubrań na następny dzień. Czasami narzekała na ból brzucha, innym razem twierdziła, że źle się czuje i powinna zostać w łóżku. Matka nie traktowała tych dolegliwości poważnie. Uważała, że dziewczynka próbuje unikać kościoła albo pomocy przy gotowaniu. Ojciec reagował gniewem, ponieważ choroba jednego członka rodziny zaburzała ustalony porządek. Z czasem Marta przestała zgłaszać jakiekolwiek dolegliwości. Wstawała rano, ubierała się i wykonywała wszystkie obowiązki bez słowa. Pamiętam, że podczas mszy siedziała z głową opuszczoną tak nisko, że włosy zasłaniały jej twarz. Myślałem, że jest zmęczona albo znudzona. Nie zastanowiłem się, dlaczego przez całą mszę ani razu nie spojrzała na ojca.
W tamtym czasie zacząłem szczególnie interesować się zegarami. Ojciec kupił mi niewielki budzik z zieloną tarczą i metalowymi wskazówkami. Ustawiałem go na parapecie, porównywałem jego czas z zegarem wiszącym w kuchni i zapisywałem różnice w zeszycie. Podobało mi się, że wskazówki przesuwają się według zasad, których nikt nie może zmienić swoim humorem. Zauważyłem, że niedzielne obiady również odbywają się według dokładnego porządku. Matka rozpoczynała gotowanie około dziewiątej, ojciec wracał z kościoła przed jedenastą, później czytał gazetę, a o pierwszej wszyscy mieliśmy znaleźć się przy stole. Jeśli coś opóźniało podanie zupy, ojciec stawał się nerwowy. Nie lubił czekać, szczególnie na osoby, które uważał za zależne od siebie. Wkrótce zacząłem obserwować, że Marta często znikała z kuchni na kilkanaście minut przed obiadem. Czasami ojciec wychodził za nią, a matka zostawała przy kuchence, mieszając rosół albo przekładając mięso na półmisek. Nie pamiętam, żebym pytał, dokąd idą. Uważałem, że zajmują się czymś, co nie powinno interesować dziecka.
Jednej niedzieli matka kazała mi nakryć do stołu. Wyjąłem z kredensu cztery talerze, ułożyłem sztućce i postawiłem solniczkę pośrodku obrusa. Pamiętam, że jeden z talerzy miał niewielki odprysk przy brzegu. Chciałem przeznaczyć go dla siebie, ponieważ obawiałem się, że ojciec uzna uszkodzenie za przejaw naszej niedbałości. Matka poleciła mi jednak wymienić cały komplet, żeby nikt nie musiał jeść z uszczerbionego naczynia. Kiedy wróciłem z kuchni, zauważyłem, że Marta nie siedzi na swoim miejscu. Ojciec również zniknął. Z przedpokoju dochodził cichy odgłos zamykanych drzwi. Matka stała przy kuchence i bardzo starannie zbierała z powierzchni rosołu szumowiny, choć w garnku prawie ich już nie było. Patrzyłem na nią przez chwilę, zastanawiając się, dlaczego nie spieszy się z podaniem zupy, skoro zbliża się pierwsza. Miała zaczerwienione policzki i tak mocno zaciskała wargi, że tworzyły cienką, niemal niewidoczną linię. Nie zapytałem o nic. Usiadłem przy stole i zacząłem obracać solniczkę, obserwując, jak jej złocona pokrywka odbija światło.
Nie wiem, ile czasu minęło. W mojej pamięci pojawia się odgłos kroków, ciche przesunięcie krzesła i szelest materiału. Ojciec pierwszy wraca do kuchni. Poprawia mankiet koszuli, siada na swoim miejscu i rozkłada serwetkę na kolanach. Po chwili pojawia się Marta. Ma twarz tak bladą, że drobne piegi na nosie stają się niemal czarne. Nie patrzy na nikogo. Siada przy oknie i układa dłonie pod obrusem. Matka przynosi rosół, rozlewa go do talerzy i pyta ojca, ile nałożyć mu makaronu, choć dobrze zna jego przyzwyczajenia. Nikt nie pyta, gdzie byli. Ojciec rozpoczyna jedzenie. Ja również pochylam się nad talerzem, zadowolony, że nie musimy dłużej czekać. Marta trzyma łyżkę, ale przez długi czas nie podnosi jej do ust. Pamiętam tę scenę niezwykle dokładnie, choć do niedawna uważałem, że jest zwyczajnym wspomnieniem rodzinnego posiłku. Przez wiele lat potrafiłem opisać ten obiad, nie zadając sobie pytania, dlaczego Marta wyglądała w ten sposób. Widziałem dziewczynkę siedzącą nieruchomo nad gorącą zupą, lecz nie zastanawiałem się, dlaczego jej ręce drżą.
Pamiętam również odgłos upuszczonej łyżki. Nie jestem pewien, czy wydarzyło się to podczas tej samej niedzieli, ale w mojej pamięci oba obrazy połączyły się na zawsze. Metal uderzył o podłogę z głośnym brzękiem, który wydawał mi się nieproporcjonalny do niewielkiego przedmiotu. Marta schyliła się, żeby go podnieść, lecz ojciec natychmiast zwrócił uwagę na jej niezgrabność. Matka przyniosła czystą łyżkę i położyła ją obok talerza. Siostra siedziała przez chwilę z głową opuszczoną, a później zaczęła jeść, wykonując powolne, mechaniczne ruchy. Nie pamiętam, czy płakała. Jestem niemal pewien, że nie. W naszym domu łzy przy stole uchodziły za rodzaj szantażu, a ojciec nie tolerował zachowań, które mogłyby zakłócić przyjemność wspólnego posiłku. Płakać można było dopiero za zamkniętymi drzwiami — i najlepiej tak cicho, by ojciec nie usłyszał.
Nie zamierzam przedstawiać ojca jako potwora pozbawionego ludzkich cech. Byłoby to wygodne, ale nieprawdziwe. Potrafił okazywać czułość. Kiedy chorowałem, przynosił mi książki i sprawdzał, czy mam odpowiednio ułożoną poduszkę. Nauczył mnie jeździć na rowerze, pokazywał, jak naprawia się domowe urządzenia, i przez wiele godzin cierpliwie tłumaczył zasadę działania silnika elektrycznego. W zimie budował dla mnie sanki z drewnianych desek i metalowych płóz, a latem zabierał nad jezioro, gdzie uczył mnie pływać. Zdarzało mu się mnie uderzyć, ale nie pamiętam siniaków, które musiałbym przed kimkolwiek ukrywać. Właśnie te wspomnienia utrudniały mi później zaakceptowanie prawdy. Łatwiej uwierzyć, że okrucieństwo należy do ludzi całkowicie obcych, których twarze od pierwszego spojrzenia budzą niechęć. Znacznie trudniej pogodzić się z faktem, że człowiek zdolny do wyrządzania niewyobrażalnej krzywdy może następnego dnia kupić dziecku lody, naprawić sąsiadowi radio i przeprowadzić staruszkę przez ulicę. Przez wiele lat uważałem dobroć ojca wobec mnie za dowód, że nie mógł być zły dla kogoś innego. Teraz wstydzę się, że właśnie tak go usprawiedliwiałem.
Marta zaczęła znikać z domu coraz częściej. Początkowo tłumaczono to dodatkowymi zajęciami szkolnymi, później pomocą udzielaną dalszej rodzinie. Przez pewien czas mieszkała u ciotki w sąsiednim mieście, podobno dlatego, że tamtejsza szkoła dawała jej lepsze możliwości nauki. Nie pamiętam, żebym szczególnie za nią tęsknił. Byłem wtedy zajęty kolegami, rowerem i własnymi problemami. Siostra nie była osobą, z którą dzieliłem wszystkie sekrety, a jej nieobecność oznaczała, że przez pewien czas mogłem korzystać z większej części pokoju. Przestawiłem swoje rzeczy na jej półkę, schowałem zeszyty do szuflady, której wcześniej nie wolno było mi otwierać, i zająłem miejsce przy oknie. Matka nie protestowała. Ojciec również wydawał się zadowolony, ponieważ w domu zrobiło się spokojniej. Z czasem przestaliśmy nawet pytać, czy Marta przyjedzie na niedzielny obiad. Jej krzesło odsunięto pod ścianę, później przeniesiono do piwnicy, a matka zaczęła nakrywać stół dla trzech osób. Przez wiele lat nie zauważałem, że zmiana ta dokonała się bez żadnej rozmowy, jakby Marta nie była człowiekiem, lecz dodatkowym sprzętem, którego już nie potrzebowaliśmy.
W okresie dojrzewania próbowałem kilkakrotnie dowiedzieć się, dlaczego siostra tak rzadko przyjeżdża. Matka zapewniała mnie, że dobrze sobie radzi, kontynuuje naukę i nie ma czasu na rodzinne wizyty. Ojciec reagował niechęcią na samą wzmiankę o niej. Uważał, że młodzi ludzie powinni ponosić konsekwencje własnych decyzji, a rodzice nie mogą przez całe życie zabiegać o ich zainteresowanie. Nie wiedziałem, jakie decyzje podjęła Marta ani dlaczego wymagały one tak surowej oceny. Z czasem przestałem pytać. Kiedy miałem siedemnaście lat, zobaczyłem ją przypadkiem na dworcu autobusowym. Stała przy kiosku z gazetami, ubrana w długi płaszcz i ciemną spódnicę. Miała krótsze włosy niż dawniej, a na ramieniu nosiła skórzaną torbę. Rozpoznałem ją natychmiast, ale przez chwilę nie potrafiłem zdecydować, czy powinienem podejść. Zanim zebrałem się na odwagę, wsiadła do autobusu. Patrzyłem przez szybę, jak zajmuje miejsce przy oknie. Nie zauważyła mnie. Przez wiele lat uważałem to zdarzenie za przykład zwykłej rodzinnej niezręczności, wynikającej z długiego rozstania. Dzisiaj myślę, że bałem się jej spojrzenia, ponieważ mogłoby przypomnieć mi coś, czego od dawna nie chciałem pamiętać.
Ojciec umarł w 1997 roku, po kilku miesiącach choroby, która stopniowo pozbawiała go sił. Pod koniec życia był człowiekiem szczupłym, niemal bezradnym, zależnym od pomocy matki i pielęgniarek. Nie potrafiłem pogodzić jego wyglądu z pamięcią o silnym mężczyźnie, który kiedyś bez wysiłku podnosił mnie na ramiona. Odwiedzałem go regularnie, przynosiłem owoce i gazety, pomagałem w załatwianiu spraw urzędowych. Byłem przekonany, że wykonuję obowiązki dobrego syna. Podczas pogrzebu wygłosiłem kilka słów o jego odpowiedzialności, pracowitości i trosce o rodzinę. Wierzyłem w to, co mówiłem. A przynajmniej w tę część jego życia, którą znałem. Sąsiedzi wspominali jego pomoc, dawni współpracownicy opowiadali o zawodowej sumienności, a matka przyjmowała kondolencje z godnością, którą później wielokrotnie chwalono. Nie widziałem Marty na pogrzebie. Przynajmniej tak zapamiętałem. Nikt nie pytał o jej nieobecność, jakby wszyscy zgodzili się wcześniej, że pewnych członków rodziny nie należy uwzględniać w oficjalnych uroczystościach.
Po śmierci ojca matka zaczęła mówić o nim coraz łagodniej. Wspominała wspólne wyjazdy, trudne powojenne lata i jego troskę o dom. Z czasem w jej opowieściach niemal całkowicie zniknęły kłótnie, napięcia i drobne upokorzenia, których byłem świadkiem. Ojciec stawał się człowiekiem coraz bardziej szlachetnym, a wszystkie jego nieprzyjemne cechy tłumaczono zmęczeniem i ciężką pracą. Nie protestowałem. Sam również wolałem pamiętać go dobrze. Uważałem, że po śmierci człowieka należy zachować przede wszystkim to, co było w nim wartościowe, ponieważ zmarły nie może już bronić się przed cudzymi ocenami. Nie przyszło mi do głowy, że takie postępowanie może oznaczać ponowne skrzywdzenie osób, które pozostają przy życiu. Każde wspomnienie o ojcowskiej dobroci wzmacniało bowiem przekonanie, że nasz dom był bezpieczny, a wszystko, co mogłoby temu przeczyć, należało uznać za przesadę albo nieporozumienie.
Miałem własną rodzinę. Ożeniłem się z kobietą, którą poznałem podczas studiów, doczekaliśmy się córki i zamieszkaliśmy w mieszkaniu znacznie wygodniejszym od tego, w którym dorastałem. Przez wiele lat próbowałem stworzyć dom pozbawiony napięć znanych mi z dzieciństwa. Nie podnosiłem głosu, nie wymagałem od córki szczególnych osiągnięć i pozwalałem jej zapraszać koleżanki, nawet kiedy ich obecność przeszkadzała mi w odpoczynku. Byłem z siebie dumny. Uważałem, że udało mi się zachować najlepsze cechy ojca, nie przejmując jego surowości. Dopiero moja żona zwróciła mi uwagę, że podczas wspólnych posiłków zachowuję się w sposób nieprzyjemny. Nie krzyczałem, ale nieustannie obserwowałem, kto ile zjadł, czy prawidłowo trzyma sztućce i dlaczego ktoś odkłada widelec przed zakończeniem obiadu. Zdarzało mi się poprawiać córkę z taką dokładnością, że traciła apetyt. Kiedy żona prosiła mnie o większą wyrozumiałość, reagowałem zdziwieniem. Przecież chciałem jedynie nauczyć dziecko dobrych manier. Nie rozumiałem, że powtarzam gesty człowieka, którego surowości tak bardzo pragnąłem uniknąć.
Najbardziej niepokojący był pewien niedzielny obiad, który przygotowaliśmy z okazji dwunastych urodzin córki. Zaprosiliśmy kilkoro krewnych, kupiliśmy tort i nakryliśmy stół najlepszym obrusem. Podczas posiłku córka przypadkowo przewróciła szklankę z sokiem. Ciemny płyn rozlał się po białym materiale, spływając na brzeg talerza i tworząc plamę, która powiększała się z każdą sekundą. Nie podniosłem głosu. Wstałem, przyniosłem ścierkę i zacząłem wycierać stół. Byłem jednak tak zdenerwowany, że przez kilka minut nie potrafiłem spojrzeć na córkę. Ona przepraszała, próbowała pomóc, a później usiadła nieruchomo z dłoniami ukrytymi pod obrusem. Dopiero kiedy zobaczyłem jej twarz, poczułem coś na kształt nagłego rozpoznania. Nie pamiętałem, skąd znam ten wyraz oczu, ale byłem pewien, że widziałem go już kiedyś podczas rodzinnego posiłku. Córka miała wtedy dwanaście lat. Marta w moich najwcześniejszych wyraźnych wspomnieniach była niewiele starsza.
Przez kilka następnych dni chodziłem rozdrażniony. Nie potrafiłem wyjaśnić żonie, dlaczego tak bardzo przejąłem się niewinnym zdarzeniem. Pamiętam, że zacząłem oglądać stare fotografie, poszukując czegoś, co mogłoby połączyć wyraz twarzy córki ze wspomnieniami z dzieciństwa. Znalazłem zdjęcie matki stojącej przy kuchennym stole, ojca siedzącego z gazetą i siebie, kilkuletniego chłopca w koszuli z szerokim kołnierzykiem. W rogu fotografii widniał fragment czyjegoś ramienia. Nie zwróciłbym na niego uwagi, gdybym nie zauważył granatowego rękawa. Na odwrocie matka zapisała datę oraz informację, że zdjęcie wykonano w niedzielę po obiedzie. Nie wymieniła jednak wszystkich osób. Zastanawiałem się, czy ubranie należało do Marty. Próbowałem przypomnieć sobie, dlaczego przez tyle lat nie zwracałem uwagi na jej nieobecność w rodzinnych albumach. Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Każda fotografia przedstawiała przede wszystkim ojca, matkę i mnie, a siostra pojawiała się na marginesach, odwrócona plecami albo częściowo zasłonięta przez innego człowieka. Niektóre zdjęcia zostały przycięte, prawdopodobnie podczas umieszczania ich w albumie. Nie wiedziałem, czy usunięto z nich Martę celowo, ale samo przypuszczenie zaczęło wydawać mi się niepokojące.
Matka zmarła wiele lat później, pozostawiając mieszkanie pełne przedmiotów, które przez całe życie gromadziła z niemal religijną starannością. W szufladach znajdowały się rachunki, stare lekarstwa, pojedyncze guziki, listy, kartki pocztowe i dokumenty sprzed kilkudziesięciu lat. Porządkowałem wszystko przez kilka tygodni, ponieważ nie potrafiłem po prostu wyrzucić rzeczy, które dla niej musiały posiadać znaczenie. W jednej z szaf znalazłem pudełko po butach owinięte sznurkiem. Wewnątrz leżały listy od Marty. Było ich kilkanaście, niektóre napisane starannym pismem nastolatki, inne pochodzące z późniejszego okresu. Nie wszystkie posiadały daty. Papier miejscami pożółkł, a atrament rozmazał się od wilgoci. Przez długi czas siedziałem na podłodze, próbując zdecydować, czy mam prawo je czytać. Ostatecznie uznałem, że skoro matka nie żyje, a siostra pozostaje dla mnie niemal obcą osobą, listy mogą być jedynym sposobem zrozumienia naszej rodzinnej historii.
Początkowo nie znalazłem w nich niczego szczególnie niezwykłego. Marta opisywała szkołę, mieszkanie u ciotki, trudności z nauką i drobne problemy finansowe. Prosiła o przesłanie ubrań, wspominała o braku pieniędzy na podręczniki i dziękowała za paczki. Z czasem jej listy stawały się coraz bardziej oszczędne. Pojawiały się w nich zdania dotyczące spraw, o których nie potrafiłem niczego powiedzieć. Siostra próbowała dowiedzieć się, czy ojciec nadal gniewa się na nią za wyjazd, czy matka zamierza kiedykolwiek przyznać, że nie zrobiła niczego złego, i czy może przyjechać do domu bez obawy przed kolejnym upokorzeniem. Nie rozumiałem, o jakie przewinienie chodzi. W jednym z listów wspominała, że nie potrafi spać w pokoju, którego drzwi nie mają zamka. W innym opisywała silny lęk pojawiający się podczas niedzielnych obiadów u ciotki, chociaż nikt nie zachowywał się wobec niej nieprzyjemnie. Najbardziej poruszył mnie fragment, w którym przyznawała, że od kilku miesięcy nie może jeść rosołu. Sam zapach wywoływał u niej mdłości, a widok białego obrusa sprawiał, że zaczynała odczuwać nieokreślone napięcie. Pisała o tym bez szczególnego dramatyzmu, jak człowiek próbujący opisać dolegliwość, której lekarz nie potrafił jeszcze nazwać.
Na dnie pudełka znajdował się list matki, którego prawdopodobnie nigdy nie wysłała. Był napisany na papierze firmowym szkoły, z odręcznie skreślonym nagłówkiem. Matka próbowała w nim wyjaśnić Marcie, że życie rodzinne wymaga kompromisów, a niektórych zdarzeń nie można już naprawić. Przyznawała, że powinna była zachować się inaczej, ale jednocześnie przypominała córce o trudnej sytuacji finansowej i chorobie ojca. Prosiła, aby Marta nie wracała do przeszłości, ponieważ wszyscy ponieśli już wystarczające konsekwencje. Kilkakrotnie podkreślała, że rodzina nie może istnieć bez wzajemnego przebaczenia. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego prosiła córkę o wybaczenie czegoś, czego nie nazywała wprost. List sprawiał wrażenie starannie przygotowanego usprawiedliwienia, z którego usunięto najważniejszy szczegół. Matka chciała zostać zrozumiana, ale nie zamierzała powiedzieć, co właściwie zrobiła albo czego nie zrobiła, choć powinna.
Znalazłem również niewielki notes z adresami. Przy nazwisku Marty znajdował się numer telefonu oraz adres w mieście oddalonym od nas o ponad dwieście kilometrów. Nie wiedziałem, czy informacje są aktualne. Przez kilka dni nosiłem notes w kieszeni, próbując zdecydować, czy powinienem skontaktować się z siostrą. Obawiałem się, że nie będzie chciała ze mną rozmawiać. Miałem świadomość, że przez niemal całe dorosłe życie nie interesowałem się jej losem. Nie wiedziałem, czy jest zamężna, czy ma dzieci, gdzie pracuje ani jak wygląda. Czasami próbowałem usprawiedliwiać się odległością i obowiązkami rodzinnymi, ale szybko zrozumiałem, że są to wyłącznie wygodne wyjaśnienia. Utrzymywałem przecież kontakt z ludźmi znacznie mniej mi bliskimi. Pamiętałem o imieninach dawnych kolegów, wysyłałem kartki świąteczne dalekim krewnym i regularnie odwiedzałem znajomych mieszkających w innych miastach. Marta nie była obecna w moim życiu, ponieważ nauczyłem się traktować jej nieobecność jako coś naturalnego.
W końcu zadzwoniłem. Nie pamiętam naszej rozmowy dokładnie. Pamiętam natomiast własny wstyd, kiedy usłyszałem głos kobiety, którą przez tyle lat nazywałem siostrą wyłącznie w dokumentach. Marta rozpoznała mnie, ale nie wydawała się szczególnie zaskoczona. Była uprzejma, ostrożna i nie zadawała wielu pytań. Dowiedziałem się, że mieszka z mężem w niewielkim domu, pracowała przez wiele lat w zakładzie krawieckim, a później prowadziła własną pracownię. Miała dorosłą córkę i dwoje wnuków. Nie mówiła o sobie jak o osobie nieszczęśliwej. Nie oczekiwała również, że będę przepraszał za wszystkie lata milczenia. Zaproponowała spotkanie, choć zaznaczyła, że nie chciałaby wracać do rodzinnego miasta. Zgodziłem się natychmiast, odczuwając jednocześnie ulgę i narastający lęk. Nie wiedziałem, czego mogę się dowiedzieć. Jeszcze bardziej obawiałem się jednak, że Marta nie powie niczego, a ja będę zmuszony do końca życia samodzielnie odgadywać sens listów pozostawionych przez matkę.
Spotkaliśmy się w niewielkiej kawiarni niedaleko dworca. Marta była starszą kobietą o krótkich, siwiejących włosach i twarzy, w której bez trudu rozpoznałem rysy naszej matki. Miała podobny kształt ust, choć uśmiechała się rzadziej. Jej dłonie były szczupłe, z delikatnymi zgrubieniami przy palcach, zapewne pozostałością wielu lat pracy przy maszynie. Nie przypominała dziewczynki z granatowym swetrem. Przez pierwsze minuty czułem się tak, jakbym rozmawiał z daleką krewną poznaną przypadkiem podczas rodzinnego spotkania. Marta opowiadała o pracy, mężu, córce i codzienności, nie próbując przedstawiać swojego życia jako pasma cierpień. Zaskoczyło mnie, jak wiele rzeczy udało jej się zbudować poza rodziną, z której pochodziła. Miała własny dom, znajomych, przyzwyczajenia i wspomnienia niezwiązane z naszym dzieciństwem. Przez wiele lat wyobrażałem sobie jej nieobecność jako rodzaj pustki. Tymczasem Marta po prostu żyła, podczas gdy ja nie wiedziałem niemal niczego o jej istnieniu.
Dopiero po dłuższej rozmowie wspomniałem o listach. Nie przyniosłem ich ze sobą, ponieważ nie chciałem sprawiać wrażenia człowieka zbierającego dowody w sprawie, której istoty jeszcze nie rozumie. Marta przez chwilę milczała, a potem zaczęła opowiadać o naszym domu w sposób pozbawiony sentymentalizmu. Nie mówiła o ojcu jak o potworze. Wspominała jego codzienne zachowania, kontrolowanie ubrań, zakazy wychodzenia i nieustanne komentowanie jej wyglądu. Przypomniała mi również, że jako nastolatka wielokrotnie próbowała rozmawiać z matką o rzeczach, które działy się za zamkniętymi drzwiami. Początkowo matka nie chciała słuchać. Później zaczęła przyznawać, że ojciec zachowuje się niewłaściwie, ale uważała, że córka powinna unikać sytuacji mogących sprowokować jego zainteresowanie. Radziła jej nie zostawać samej w mieszkaniu, zamykać się w łazience podczas przebierania i nie nosić ubrań, które mogłyby zostać uznane za niestosowne. Wszystkie te rady przenosiły odpowiedzialność na Martę. Matka próbowała zapewnić jej bezpieczeństwo, nie podejmując żadnego działania, które wymagałoby przeciwstawienia się mężowi.
Nie zamierzam odtwarzać wszystkiego, czego się dowiedziałem. Niektóre informacje należą do Marty i nie mam prawa opowiadać ich tak, jakby były częścią mojego własnego doświadczenia. Powiem jedynie, że ojciec przez kilka lat wykorzystywał ją seksualnie, a jego zachowanie stawało się coraz bardziej bezkarne w miarę, jak matka uczyła się ignorować kolejne sygnały. Nie działo się to w odległym miejscu ani w okolicznościach, które pozwalałyby rodzinie tłumaczyć później własną niewiedzę. Wszystko odbywało się w naszym mieszkaniu, pośród zwyczajnych przedmiotów, których używaliśmy każdego dnia. W czasie, gdy matka gotowała obiad, sąsiedzi słuchali radia, a ja odrabiałem lekcje, Marta żyła w nieustannym napięciu. Nie mogła przewidzieć, kiedy ojciec postanowi wejść do jej pokoju, dotknąć jej albo zażądać milczenia. Najgorsze było jednak to, że po wszystkim rodzina wracała do codziennych czynności z taką naturalnością, jakby nie wydarzyło się nic, co wymagałoby jakiejkolwiek reakcji.
Słuchałem jej, próbując odnaleźć w pamięci zdarzenia, które mogłyby potwierdzić opowieść. Nie chciałem kwestionować prawdziwości jej słów. Potrzebowałem jedynie zrozumieć, gdzie znajdowałem się wtedy ja. Pamiętałem niedzielne obiady, znikanie ojca i siostry z kuchni, matkę stojącą przy garnku z rosołem i Martę wracającą do stołu z bladą twarzą. Przypomniałem sobie również pewien wieczór, kiedy obudził mnie odgłos kroków w przedpokoju. Leżałem w łóżku, przykryty ciężką kołdrą, i obserwowałem światło wpadające spod drzwi. Usłyszałem cichy płacz, później głos ojca i szum wody odkręcanej w łazience. Nie wstałem. Nie wiem, czy byłem zbyt przestraszony, czy po prostu uznałem, że dorośli zajmują się sprawami, które nie powinny mnie interesować. Przez wiele lat nie przypominałem sobie tej sceny. Teraz wróciła z taką siłą, że przez chwilę nie mogłem skupić się na słowach Marty. Zrozumiałem, że moja pamięć nie była całkowicie pusta. Przechowywała fragmenty zdarzeń, których znaczenia nie potrafiłem wcześniej rozpoznać.
Marta nie oczekiwała ode mnie przeprosin. Nie uważała, że jako kilkuletni chłopiec mogłem zrozumieć sytuację albo zapewnić jej bezpieczeństwo. Znacznie bardziej interesowało ją, dlaczego jako dorosły człowiek przez tyle lat nie próbowałem dowiedzieć się, co się z nią stało. Nie potrafiłem odpowiedzieć. Miałem gotowe usprawiedliwienia dotyczące pracy, rodziny i odległości, ale wszystkie wydawały mi się nagle żałosne. Musiałem przyznać, że nie chciałem wiedzieć. Istniała we mnie część, która doskonale rozumiała, że każde pytanie dotyczące Marty mogłoby doprowadzić do odkrycia czegoś niezgodnego z obrazem naszego domu. Przez całe życie potrzebowałem wierzyć, że wychowałem się w rodzinie porządnej, pracowitej i wolnej od przemocy. Była to jedna z podstaw mojego poczucia własnej wartości. Gdybym uznał, że ojciec był zdolny do takiego okrucieństwa, musiałbym również przyjrzeć się własnej pamięci, małżeństwu i sposobowi wychowywania córki. Łatwiej było pozostawić Martę w odległym mieście i raz na kilka lat wspomnieć o niej jako o osobie, która z niejasnych powodów nie utrzymuje kontaktu z rodziną.
Nie potrafię powiedzieć, czy moja niepamięć była rzeczywistym zaburzeniem, czy tylko rezultatem długotrwałego unikania. Być może jako dziecko nie rozumiałem większości zdarzeń, które obserwowałem. Może później nauczyłem się ich nie przywoływać, ponieważ nie pasowały do opowieści o szczęśliwym domu. Nie wykluczam również, że część wspomnień powstała dopiero po rozmowie z Martą. Kiedy człowiek dowiaduje się czegoś istotnego o przeszłości, zaczyna interpretować dawne obrazy w świetle nowej wiedzy. To, co wcześniej wydawało się niewinnym szczegółem, nagle nabiera niepokojącego znaczenia. Nie chcę udawać, że potrafię oddzielić wszystkie autentyczne wspomnienia od późniejszych rekonstrukcji. Nie jestem również pewien, czy ich dokładność ma dzisiaj decydujące znaczenie. Marta pamięta własną krzywdę i jej konsekwencje. Ja próbuję zrozumieć, dlaczego przez tyle lat potrafiłem żyć obok tej krzywdy, nie włączając jej do obrazu własnego dzieciństwa.
Najtrudniejsza okazała się dla mnie świadomość, że matka wiedziała. Nie chodzi o to, że powinna była domyślić się prawdy. Marta wielokrotnie próbowała jej powiedzieć, co się dzieje. Matka nie zareagowała w sposób, który mógłby zapewnić córce bezpieczeństwo. Nie zawiadomiła nikogo, nie szukała pomocy i nie zdecydowała się odejść od męża. Z czasem zaczęła traktować zachowanie ojca jako niebezpieczny, lecz niezmienny element życia rodzinnego. Próbowała ograniczać sytuacje, w których Marta pozostawała z nim sama, ale nie kwestionowała jego prawa do pozostawania w domu. Kiedy dziewczyna wreszcie zamieszkała u ciotki, matka uznała to za rozwiązanie problemu. Nie musiała już codziennie obserwować cierpienia córki, a jednocześnie mogła zachować małżeństwo, mieszkanie i pozycję kobiety posiadającej porządną rodzinę. Nie wiem, jak tłumaczyła sobie własne postępowanie. Być może uważała, że nie ma innego wyjścia. Być może wierzyła, że chroni nas wszystkich przed większym nieszczęściem. Nie potrafię jednak przyjąć, że jej bezradność zwalniała ją z odpowiedzialności.
Przez wiele miesięcy po spotkaniu z Martą miałem trudności ze snem. Nie śniły mi się sceny przemocy ani twarz ojca. Najczęściej wracał do mnie obraz niedzielnego stołu. Siedziałem na swoim miejscu, przede mną stał talerz z rosołem, a matka nalewała zupę chochlą, uważając, żeby nie pochlapać obrusa. Ojciec rozkładał serwetkę, Marta siedziała przy oknie, a ja czekałem, aż wszyscy zaczną jeść. W tym śnie nic się nie wydarzało. Nie było krzyku, płaczu ani żadnego jednoznacznego zagrożenia. A jednak budziłem się z uczuciem tak silnego lęku, że przez kilka minut nie mogłem poruszyć rękami. Najbardziej przerażała mnie zwyczajność. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu, każdy wykonywał właściwe czynności, a rodzina sprawiała wrażenie doskonale uporządkowanej. Właśnie ten porządek był jednak częścią przemocy. Pozwalał nam przechodzić od jednego zdarzenia do następnego bez konieczności zatrzymywania się nad tym, co wydarzyło się pomiędzy.
Zacząłem przyglądać się własnemu zachowaniu wobec córki. Nie chciałem widzieć siebie jako przedłużenia ojca, ale musiałem przyznać, że przejąłem od niego więcej, niż sądziłem. Nie stosowałem przemocy fizycznej ani seksualnej. Wymagałem jednak, by wszyscy domownicy pilnowali mojego nastroju, zanim sami pozwolą sobie na swobodę. Potrafiłem karać milczeniem, okazywać niezadowolenie bez wyjaśniania jego przyczyn i oczekiwać, że bliscy sami odgadną, co zrobili niewłaściwie. Podczas posiłków zwracałem uwagę na szczegóły, które nie miały żadnego znaczenia, a kiedy córka próbowała przeciwstawić się moim uwagom, uznawałem to za brak szacunku. Nie robiłem tego z zamiarem wyrządzenia krzywdy. Byłem przekonany, że uczę ją odpowiedzialności. Dopiero kiedy zobaczyłem własne zachowanie z perspektywy dorosłej kobiety, która przez lata żyła pod podobną kontrolą, zrozumiałem, że niektóre formy przemocy nie wymagają podnoszenia ręki. Wystarczy przekonać drugiego człowieka, że nie ma prawa czuć się swobodnie we własnym domu.
Boję się, że nawet teraz robię z cierpienia Marty opowieść przede wszystkim o sobie. Byłoby to kolejne zawłaszczenie jej doświadczenia. Zdarza mi się myśleć, że przez większą część życia byłem beneficjentem rodzinnego kłamstwa. Otrzymałem dzieciństwo, które mogłem wspominać z czułością, ponieważ ktoś inny został obciążony jego najgorszą częścią. Kiedy ojciec zabierał mnie nad jezioro, Marta zostawała w domu. Kiedy kupował mi książki, jej potrafił zabronić wychodzenia do biblioteki. Kiedy chwalił mnie przy rodzinnych uroczystościach, ona uczyła się milczeć, żeby nie prowokować kolejnych uwag. Nie byłem odpowiedzialny za jego postępowanie, ale korzystałem z układu, w którym cała przemoc skupiała się na jednej osobie. Dzisiaj rozumiem, że to również wpływa na pamięć. Człowiek chętniej zachowuje obrazy, w których jest kochany i bezpieczny, niż te, które mogłyby zmusić go do uznania własnej bezradności.
Kilka miesięcy temu odwiedziłem Martę ponownie. Tym razem pojechałem do jej domu. Poznałem jej męża, córkę i wnuki. W ogrodzie rosły róże, a na werandzie stał stół pokryty ceratą w drobne kwiaty. Marta przygotowała obiad, choć wcześniej prosiłem, żeby nie zadawała sobie trudu. Nie podała rosołu. Była zupa warzywna, pieczone ziemniaki i sałatka z ogórków. Jedliśmy swobodnie, rozmawiając o zwyczajnych sprawach. Jej wnuczka przewróciła szklankę z wodą, a Marta po prostu przyniosła ścierkę i wytarła stół, nie komentując zdarzenia. Nikt nie przepraszał przesadnie, nikt nie odkładał sztućców i nie czekał na reakcję gospodarza. Patrzyłem na tę scenę z uczuciem wzruszenia, którego nie potrafiłem ukryć. Zrozumiałem, że Marta stworzyła rodzinę, w której dziecko może przewrócić szklankę bez obawy, że zostanie za to upokorzone. Ktoś inny zapewne nie zwróciłby nawet uwagi na tę rozlaną wodę. Dla mnie stanowiło dowód, że człowiek może przerwać ciąg zachowań przekazywanych z pokolenia na pokolenie, nawet jeśli nigdy nie odzyska lat, które zostały mu odebrane.
Po obiedzie siedzieliśmy przez chwilę sami w ogrodzie. Marta opowiadała o pracy, wnukach i planowanym remoncie łazienki. Nie wracaliśmy do przeszłości. Zauważyłem jednak, że kiedy jej mąż wyszedł z domu i zamknął za sobą drzwi, siostra odruchowo podniosła głowę. Nie wyglądała na przestraszoną, ale przez krótką chwilę obserwowała wejście z uwagą, której nie potrafiłem nie rozpoznać. Pomyślałem, że niektóre doświadczenia pozostają w ciele długo po tym, jak człowiek nauczy się żyć bez ich bezpośredniego zagrożenia. Można przeprowadzić się do innego miasta, wyjść za mąż, urodzić dzieci i zbudować bezpieczny dom, a mimo to przez ułamek sekundy reagować na dźwięk zamykanych drzwi tak, jak reagowało się kilkadziesiąt lat wcześniej. Nie zapytałem Marty o ten gest. Nie chciałem zamieniać każdego szczegółu jej zachowania w dowód dawnej krzywdy. Była kimś znacznie więcej niż osobą, której ojciec wyrządził przemoc.
Zaproponowałem jej, że spróbuję uporządkować rodzinne dokumenty i przekazać jej fotografie, na których występuje. Przyjęła propozycję spokojnie, ale nie wydawała się szczególnie zainteresowana odzyskiwaniem dawnych pamiątek. Dała mi do zrozumienia, że nie potrzebuje już zdjęć z mieszkania, z którego tak długo próbowała się wydostać. Nie chciałem jej przekonywać, że powinna myśleć inaczej. Dopiero podczas powrotnej podróży zrozumiałem, że nasze potrzeby są odmienne. Ja poszukuję wspomnień, ponieważ boję się pustych miejsc we własnej przeszłości. Marta natomiast przez długie lata próbowała uwolnić się od wspomnień, których było zbyt wiele. Nie potrzebuje fotografii przedstawiających dawną kuchnię ani świadectw mojego późnego zainteresowania. Ma własne życie, którego nie zamierza podporządkowywać rodzinnej tragedii.
Nie wiem, czy powinienem nagrywać tę historię. Przez kilka tygodni odkładałem decyzję, ponieważ obawiałem się, że opowiadanie o Marcie stanie się kolejną formą wykorzystywania jej doświadczenia do własnych celów. W końcu powiedziałem jej o zamiarze zapisania wspomnień dotyczących naszego domu. Nie prosiłem o zgodę na opowiadanie szczegółów przemocy, ponieważ nie zamierzałem ich ujawniać. Chciałem jedynie mówić o tym, co sam pamiętam, i o sposobie, w jaki przez wiele lat unikałem zrozumienia własnej przeszłości. Marta nie sprzeciwiła się temu, ale zaznaczyła, że nie chciałaby uczestniczyć w żadnym publicznym wyjaśnianiu rodzinnych spraw. Uszanowałem jej decyzję. Nie wiem, kto kiedyś wysłucha tej taśmy, ale mam nadzieję, że potraktuje ją jako opowieść o pamięci człowieka, który przez większość życia nie chciał widzieć czegoś, co znajdowało się tuż przed nim, a nie jako próbę zawłaszczenia cierpienia drugiej osoby.
Najbardziej zastanawia mnie jednak sama konstrukcja naszych wspomnień. Przez kilkadziesiąt lat potrafiłem opowiadać o niedzielnych obiadach z taką dokładnością, że słuchacze niemal czuli zapach rosołu. Pamiętałem mięso rozdzielane przez matkę na talerze, światło padające przez kuchenne okno i ojca poprawiającego serwetkę na kolanach. Nie pamiętałem natomiast twarzy Marty. Kiedy ktoś pytał o moje dzieciństwo, opowiadałem o rodzicach, wakacjach i szkolnych przygodach, pozostawiając siostrę poza relacją. Nie była to zwyczajna niepamięć, ponieważ znałem jej imię i wiedziałem, że kiedyś mieszkała z nami. Chodziło raczej o szczególny sposób organizowania przeszłości, w którym pewne informacje pozostawały dostępne, ale nie łączyły się z całością opowieści. Mogłem wiedzieć, że Marta jest moją siostrą, a jednocześnie wspominać rodzinne życie tak, jakbym był jedynakiem. Nie dostrzegałem sprzeczności, ponieważ nikt nie wymagał ode mnie jej wyjaśnienia.
Dzisiaj widzę w tym coś więcej niż zwyczajne zapominanie. Nasza rodzina stworzyła opowieść, w której wszystkie elementy musiały pozostawać zgodne z wizerunkiem porządnego domu. Ojciec był odpowiedzialnym pracownikiem, matka troskliwą gospodynią, ja dobrze wychowanym synem. Marta nie pasowała do tej konstrukcji, ponieważ jej obecność przypominałaby o czymś, czego nie chcieliśmy uznać. Z czasem nauczyliśmy się więc mówić o niej coraz mniej. Nie potrzebowaliśmy żadnego wspólnego porozumienia. Wystarczyło, że matka zmieniała temat, ojciec reagował gniewem, a ja przestawałem pytać. Milczenie stawało się coraz wygodniejsze, aż zaczęło przypominać naturalny porządek rzeczy. Po latach okazało się, że nie musimy już świadomie ukrywać prawdy. Po latach opowiadaliśmy o rodzinie w ten sam sposób, nawet kiedy ojca nie było już wśród żywych.
Czasami wracam myślami do niedzielnego stołu. Widzę biały obrus, złocone talerze, szklanki z ciemnego szkła i porcelanową solniczkę przypominającą niewielką gruszkę. Matka stoi przy kuchence, ojciec rozkłada serwetkę, a Marta siedzi przy oknie z dłońmi ukrytymi pod obrusem. Jest szczupła, ma ciemne włosy i granatowy sweter, którego rękawy naciąga na palce. Nie patrzy na mnie. Przez chwilę próbuję przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wyciągnąłem do niej rękę, zapytałem, dlaczego jest smutna, albo zaproponowałem wspólną zabawę, żeby choć na moment odwrócić jej uwagę od tego, co działo się w naszym domu. Nie znajduję żadnego podobnego wspomnienia. Byłem dzieckiem, a dzieci nie odpowiadają za czyny dorosłych, ale ta wiedza nie przynosi mi szczególnej ulgi. Wiem, że nie mogłem jej uratować. Nie potrafię jednak przestać myśleć o tym, że przez tyle lat uważałem jej cierpienie za coś, co nie miało ze mną żadnego związku.
Nie pamiętam dokładnie ostatniej niedzieli, którą spędziliśmy wszyscy razem. Wydaje mi się, że było już chłodno, ponieważ na kaloryferze suszyły się rękawiczki, a przez kuchenne okno widać było nagie gałęzie drzewa rosnącego na podwórzu. Matka przygotowała rosół, pieczone mięso i ziemniaki z koperkiem. Ojciec wrócił z kościoła w dobrym humorze, choć później coś go zirytowało. Marta przez większą część poranka przebywała w swoim pokoju. Pamiętam, że usłyszałem jej kroki w przedpokoju, później cichy szelest zamykanych drzwi i odgłos odkręconej wody. Nie potrafię powiedzieć, ile czasu minęło, zanim pojawiła się przy stole. Wiem tylko, że kiedy usiadła na swoim miejscu, była blada, a pod jej prawym okiem znajdowała się niewielka czerwona plamka. Matka podała zupę i zaczęła opowiadać o zakupach, jakby chciała zagłuszyć ciszę, która zapadła pomiędzy nami.
Przez wiele lat pamiętałem ten obiad jako jeden z najspokojniejszych. Ojciec nie krzyczał, nikt nie rozbił talerza, nie doszło do kłótni. Wszyscy siedzieliśmy przy stole, jedliśmy rosół i zachowywaliśmy się tak, jak oczekiwano od porządnej rodziny. Dopiero niedawno zrozumiałem, że brak gwałtownych wydarzeń nie oznaczał bezpieczeństwa. Marta siedziała nieruchomo, z twarzą pochyloną nad talerzem, a matka nieustannie obserwowała ojca, próbując odgadnąć jego nastrój. Ja byłem zajęty jedzeniem i zastanawiałem się, czy po obiedzie będę mógł wyjść na podwórze. Każde z nas uczestniczyło w tym samym posiłku, ale znajdowaliśmy się w zupełnie innych rzeczywistościach. Dla mnie była to zwyczajna niedziela. Dla matki kolejny dzień, który udało się przetrwać bez publicznego skandalu. Dla Marty prawdopodobnie jeszcze jedno doświadczenie, którego nie wolno było nazwać.
Nie wiem, czy ten obraz jest całkowicie prawdziwy. Być może część szczegółów dopowiedziałem sobie po rozmowie z siostrą. Może czerwonej plamki pod jej okiem wcale nie było, a kaloryfer znajdował się po przeciwnej stronie kuchni. Nie potrafię również ustalić, czy ojciec rzeczywiście wrócił wtedy z kościoła w dobrym humorze. Wiem natomiast, że podczas tamtego obiadu wydarzyło się coś, co zapamiętałem niezwykle dokładnie, choć przez kilkadziesiąt lat nie rozumiałem znaczenia tego drobnego gestu. Ojciec sięgnął po solniczkę, ale nie mógł jej dosięgnąć. Stała po drugiej stronie stołu, bliżej miejsca Marty. Nie poprosił matki ani mnie o pomoc. Zwrócił się do córki, która siedziała z opuszczoną głową, i polecił jej podać sól. Marta wykonała polecenie. Pamiętam, że jej ręka drżała tak mocno, iż kilka kryształków wysypało się na biały obrus. Ojciec nie skomentował tego. Posolił ziemniaki, odstawił solniczkę i wrócił do jedzenia.
Przez całe życie uważałem tę scenę za dowód rodzinnej normalności. Wszyscy siedzieliśmy przy stole, wykonywaliśmy proste czynności i pomagaliśmy sobie nawzajem. Nie było w tym niczego niezwykłego. Dopiero kiedy dowiedziałem się, co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami przed obiadem, zrozumiałem, że właśnie ten gest stanowi najstraszniejsze wspomnienie mojego dzieciństwa. Nie dlatego, że ojciec podniósł głos albo zagroził Marcie. Przeciwnie, zachowywał się zupełnie spokojnie. Potrafił wrócić do stołu, rozłożyć serwetkę, zjeść rosół i skorzystać z pomocy córki, nie okazując najmniejszego zakłopotania. Nie musiał nawet upewniać się, czy córka zachowa milczenie. W naszym domu milczenie było przecież tak oczywiste, jak konieczność mycia rąk przed jedzeniem.
Dzisiaj mam prawie sześćdziesiąt lat. Ojciec i matka nie żyją, Marta mieszka daleko ode mnie, a moja córka prowadzi własne życie. Nie urządzam już uroczystych niedzielnych obiadów. Czasami zapraszam rodzinę, ale nie przywiązuję szczególnej wagi do godziny posiłku ani sposobu nakrycia stołu. Zdarza się, że jemy w kuchni, używamy różnych talerzy i pozostawiamy jedzenie na półmiskach, żeby każdy mógł nałożyć sobie tyle, ile potrzebuje. Nie przeszkadza mi, kiedy ktoś wstaje wcześniej albo zostawia niedojedzoną porcję. Nie zmienię tym przeszłości. Mogę jednak nie zmuszać własnej córki, by jadła obiad pod moim nadzorem. Nie potrafię jednak całkowicie uwolnić się od wspomnienia białego obrusa. Wystarczy, że zobaczę podobny materiał w restauracji albo podczas rodzinnej uroczystości, a natychmiast przypominam sobie kuchnię naszego mieszkania, zapach rosołu i twarz dziewczynki siedzącej przy oknie.
Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam naprawdę zrozumieć własną niepamięć. Być może nie była ona żadnym niezwykłym zjawiskiem, lecz zwyczajną konsekwencją dorastania w domu, gdzie wszyscy nauczyli się podporządkowywać rzeczywistość jednemu człowiekowi. Może pamiętałem dokładnie wszystko, co widziałem, ale przez lata odmawiałem tym obrazom właściwego znaczenia. Nie wykluczam również, że część wspomnień została zniekształcona przez późniejszą wiedzę. Nie zamierzam udawać, że potrafię rozstrzygnąć wszystkie wątpliwości. Wiem tylko, że przez większość życia opowiadałem historię swojego dzieciństwa tak, aby nie pojawiła się w niej osoba, której cierpienie mogłoby zakwestionować wszystko, co uważałem za prawdę o własnej rodzinie.
Nie chcę kończyć tego nagrania opisem przemocy. Nie potrafiłbym jej opowiedzieć uczciwie, bo to Marta poniosła jej skutki, a ja znałem tylko urywki. Chciałbym zakończyć je wspomnieniem Marty, która siedzi przy stole w granatowym swetrze, z rękawami naciągniętymi na dłonie. Jest młoda, szczupła i wyraźnie przestraszona. Matka nalewa rosół, ojciec rozkłada serwetkę, a ja czekam, aż wszyscy zaczną jeść. Przez długi czas uważałem, że w tej scenie nie dzieje się nic szczególnego. Dzisiaj widzę, że właściwie wszystko jest w niej nieprawidłowe. Najbardziej jednak przeraża mnie to, że nikt nie próbuje przerwać posiłku. Nawet Marta nie wstaje od stołu, ponieważ wie, że nie wolno jej odejść bez pozwolenia.
Ojciec skończył zupę, odłożył łyżkę i zaczął jeść ziemniaki. Pamiętam, że przez chwilę przyglądał się talerzowi, a następnie wyciągnął rękę w stronę solniczki. Nie mógł jej dosięgnąć, dlatego zwrócił się do Marty. Dziewczynka podniosła głowę, sięgnęła po porcelanową gruszkę i podała ją ojcu. Kilka kryształków soli wysypało się na obrus, ponieważ drżała jej ręka. Przez wiele lat pamiętałem tylko ten gest. Nie pamiętałem, co wydarzyło się wcześniej, ponieważ w naszym domu nic, co działo się przed obiadem, nie mogło zakłócać przyjemności wspólnego jedzenia.
Dopiero teraz potrafię nazwać całą sytuację. Ojciec wykorzystywał Martę, matka wiedziała, a ja siedziałem przy stole, przekonany, że należę do szczęśliwej rodziny. Po wszystkim ojciec poprosił ją o sól.
Po wysłuchaniu
Nie wyłączyłam magnetofonu, kiedy głos mężczyzny zamilkł. Przez kilka minut słuchałam jednostajnego szumu, próbując zrozumieć, dlaczego zwyczajna scena rodzinna wywołała we mnie tak silne uczucie niepokoju. Nie znałam ludzi, o których opowiadał, nie wiedziałam, gdzie znajdowało się ich mieszkanie ani jak naprawdę wyglądał niedzielny stół. Mimo to potrafiłam wyobrazić sobie każdy szczegół. Biały obrus, talerze ze złotym paskiem, szklanki z ciemnego szkła i porcelanową solniczkę. Najwyraźniej nie potrzebowałam znać żadnego z bohaterów, żeby rozpoznać atmosferę domu, w którym wszyscy starają się zachowywać tak, aby nie sprowokować niezadowolenia jednej osoby. Nie było to wspomnienie konkretnej sytuacji z mojego życia. Raczej rodzaj wiedzy, której pochodzenia nie potrafiłam ustalić. Pamiętałam jednak, że jako dziecko również zwracałam uwagę na odgłos klucza przekręcanego w drzwiach. Nie wiedziałam już, czyj powrót próbowałam w ten sposób przewidzieć.
Poszłam do kuchni i otworzyłam szafkę z naczyniami. Stały tam talerze kupione podczas ostatniej przeprowadzki, kilka starych filiżanek i miseczki, których używałam rzadko. Nigdy nie przywiązywałam szczególnej wagi do zastawy. Jadłam zwykle sama, czasami przyjmowałam jednego lub dwóch gości, więc nie potrzebowałam niczego eleganckiego. Wyjęłam trzy talerze i ustawiłam je na blacie. Przez chwilę przyglądałam się im, próbując wyobrazić sobie rodzinny posiłek. Nie wiem, dlaczego wybrałam akurat trzy. Być może dlatego, że w dzieciństwie często jadaliśmy w niewielkim gronie, a może po prostu tyle talerzy znajdowało się na wierzchu. W każdym razie widok nakryć nie przyniósł mi żadnej ulgi. Pomyślałam, że mężczyzna z nagrania przez większą część życia pamiętał dokładnie to, co pozwalało mu zachować dobry obraz rodziny, podczas gdy cała reszta pozostawała gdzieś poza zasięgiem jego uwagi. Zastanawiałam się, czy sama nie robię podobnie. Przecież każdy człowiek posiada wspomnienia, do których wraca chętniej niż do innych, i każdy potrafi zbudować opowieść o własnym życiu tak, aby niektóre zdarzenia wydawały się mniej istotne.
Próbowałam przypomnieć sobie niedziele z dzieciństwa. Pamiętałam zapach gotowanej kapusty, radio stojące na kuchennym parapecie i stół przykryty ceratą w drobne kwiaty. Widziałam dłonie kobiety obierającej ziemniaki, ale nie potrafiłam rozpoznać jej twarzy. Pamiętałam również, że podczas posiłków często siedziałam z nogami podwiniętymi pod krzesło, ponieważ podłoga była zimna, a ja nie lubiłam dotykać jej bosymi stopami. Nie wiedziałam jednak, ile osób uczestniczyło w tych obiadach. Próbowałam policzyć nakrycia, lecz za każdym razem obraz rozpadał się, zanim zdążyłam dojść do końca stołu. Nie odczuwałam z tego powodu szczególnego lęku. Raczej irytację, jaką wywołuje niemożność przypomnienia sobie dobrze znanego słowa. Zastanawiałam się, czy pamięć rzeczywiście przechowuje wszystkie te informacje, czy może od początku pozostawiała jedynie wybrane szczegóły. Nie potrafiłam odpowiedzieć, a im dłużej próbowałam, tym bardziej miałam wrażenie, że tworzę nowe obrazy zamiast odnajdywać dawne.
Wróciłam do pokoju, wyjęłam taśmę z magnetofonu i położyłam ją na stoliku. Nie miałam ochoty natychmiast sięgać po kolejną szpulę. Głos mężczyzny pozostawał we mnie zbyt wyraźny. Przez chwilę zastanawiałam się, czy istnieje jakiś sposób, aby sprawdzić prawdziwość jego historii. Nie znałam nazwiska, miasta ani żadnej osoby, która mogłaby potwierdzić opisywane wydarzenia. Pozostawała mi wyłącznie relacja nagrana na taśmie, a przecież właśnie ona dotyczyła zawodności pamięci. Uświadomiłam sobie, że słuchając kolejnych wspomnień, zaczynam traktować cudze wyznania jak dokumenty, chociaż nie posiadam żadnej możliwości ich weryfikacji. Każdy głos brzmi przekonująco, ponieważ opowiada o własnym życiu, ale sama pewność narratora nie stanowi dowodu prawdziwości opisywanych zdarzeń. Pomyślałam, że być może najuczciwiej byłoby przestać słuchać. Nie potrzebowałam przecież kolejnych powodów, by kwestionować własne wspomnienia.
Zanim zgasiłam światło, otworzyłam notes. Zapisałam tytuł trzeciego nagrania, a pod nim krótką uwagę dotyczącą niedzielnego obiadu. Chciałam zanotować coś o rodzinnej przemocy, milczeniu i odpowiedzialności, ale żadne zdanie nie wydawało mi się odpowiednie. Wszystkie brzmiały zbyt ogólnie, jak fragment poradnika albo komentarz człowieka, który próbuje uporządkować cudzą tragedię za pomocą kilku wygodnych pojęć. W końcu odłożyłam długopis i przez chwilę przyglądałam się pustej stronie. Przypomniałam sobie, że mężczyzna z nagrania przez całe życie potrafił opowiadać o szczęśliwym domu, pomijając istnienie siostry. Nie musiał kłamać świadomie. Wystarczyło, że nigdy nie zadawał sobie pytań, na które odpowiedzi mogłyby okazać się nieprzyjemne. Pomyślałam, że być może właśnie dlatego ludzie tak chętnie wspominają dzieciństwo. Nie dlatego, że było szczególnie piękne, lecz dlatego, że jako dorośli mogą wybrać, co z niego pozostawią.
Ostatecznie zapisałam tylko jedno zdanie. Nie dotyczyło ono Marty ani jej ojca. Było raczej próbą opisania uczucia, które towarzyszyło mi od chwili, gdy nagranie dobiegło końca. Przez długi czas patrzyłam na własne pismo, zastanawiając się, czy rzeczywiście wiem, co chciałam powiedzieć. Potem zamknęłam notes, odłożyłam go do szuflady i poszłam do sypialni. Nie śnił mi się niedzielny obiad ani żadna ze scen opisywanych przez mężczyznę. Spałam spokojnie, a rano obudziłam się z uczuciem niewyjaśnionego smutku. Dopiero kiedy przygotowywałam kawę, przypomniałam sobie zdanie zapisane poprzedniego wieczora. Wróciłam do pokoju, otworzyłam notes i przeczytałam je ponownie. Najłatwiej przestać pytać o człowieka, któremu powinniśmy byli pomóc.
Nie wiedziałam, czy było to moje własne spostrzeżenie, czy myśl, którą usłyszałam kiedyś od kogoś innego.
Nie próbowałam tego ustalić. Przez chwilę zastanawiałam się jedynie, dlaczego podczas zapisywania zdania miałam wrażenie, że nie dotyczy ono wyłącznie rodziny z nagrania.
.
.
Diagnoza medyczna
Rozpoznanie opisowe: zaburzenia pamięci autobiograficznej związane z doświadczeniem przemocy rodzinnej, z nasilonymi mechanizmami unikania psychicznego i możliwymi cechami dysocjacyjnymi. Wieloletnie pomijanie obecności siostry w narracji o własnym dzieciństwie może odzwierciedlać selektywne przywoływanie wspomnień, obronne zniekształcanie ich znaczenia oraz utrwalone rodzinne mechanizmy zaprzeczania. Nie można jednoznacznie rozpoznać amnezji dysocjacyjnej, ponieważ bohater zachowuje część wiedzy o wydarzeniach, a późniejsze wspomnienia mogły zostać zmodyfikowane pod wpływem nowych informacji. Ocena kliniczna wymagałaby szczegółowego wywiadu, zbadania pamięci autobiograficznej oraz różnicowania z innymi następstwami przewlekłego stresu i doświadczeń traumatycznych.
Skóra po kimś innym
Najpierw moje dłonie zaczęły wydawać mi się obce. Nie wydarzyło się to nagle, chociaż byłoby mi znacznie łatwiej opowiedzieć tę historię, gdybym mógł wskazać konkretny poranek, podczas którego spojrzałem na palce i odkryłem, że należą do obcego człowieka. Zmiana następowała stopniowo, podczas najzwyklejszych czynności, i długo nie umiałem jej nawet nazwać. Myłem ręce, obcinałem paznokcie, zapinałem koszulę, kroiłem chleb i wykonywałem tysiące drobnych ruchów wymagających precyzji, nie zastanawiając się nad tym, kto właściwie je wykonuje. Problem pojawiał się dopiero wtedy, kiedy przestawałem coś robić. Wystarczyło położyć dłonie na stole i przyglądać się im przez kilkanaście sekund, abym poczuł niezrozumiały niepokój. Rozpoznawałem każdą zmarszczkę, odbarwienie i bliznę, wiedziałem, kiedy powstały i z czym się wiążą, ale nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że oglądam fragment ciała, którym z jakiegoś powodu pozwolono mi się posługiwać. Nigdy nie uważałem, że ręce zostały mi podmienione ani że ktoś obcy przejął nad nimi kontrolę. Wiedziałem, że należą do mnie. Właśnie ta pewność sprawiała, że odczucie ich obcości było tak trudne do wyjaśnienia. Wiedziałem, że niczego mi nie odebrano, a mimo to za każdym razem musiałem się o tym przekonywać.
Pracowałem wtedy jako masażysta w prywatnym gabinecie rehabilitacyjnym. Miałem trzydzieści dziewięć lat, mieszkałem sam i prowadziłem życie, które z zewnątrz mogło wydawać się całkiem uporządkowane. Codziennie rano otwierałem lokal, przygotowywałem leżankę, sprawdzałem czystość ręczników i ustawiałem na półce butelki z preparatami do masażu. W poczekalni stały trzy krzesła obite niebieskim materiałem, niewielki stolik z czasopismami i doniczka z paprocią, której końcówki liści nieustannie brązowiały, mimo że regularnie ją podlewałem. Gabinet mieścił się na parterze przedwojennej kamienicy. Zimą od podłogi ciągnęło chłodem, latem przez uchylone okno dochodził zapach rozgrzanego asfaltu i spalin autobusów zatrzymujących się przy pobliskim skrzyżowaniu. Ściany pomalowano na jasny kolor, który właścicielka nazywała kością słoniową, choć mnie przypominał raczej rozcieńczone mleko. Nad umywalką wisiał dozownik mydła, przy drzwiach zegar, a w kącie stała niewielka szafka wypełniona prześcieradłami, ręcznikami i jednorazowymi podkładami. Lubiłem ten gabinet: wiedziałem, po co stoi w nim każda rzecz, i nie musiałem nad tym rozmyślać.
Moja praca wymagała kontaktu z ludzkim ciałem, lecz nie miała wiele wspólnego z czułością, jaką wyobrażają sobie osoby nieznające zawodu. Dotykałem pleców, karków, ramion i nóg, szukając nadmiernego napięcia mięśniowego, obszarów bolesnych i ograniczeń ruchomości. Musiałem zwracać uwagę na sposób oddychania pacjenta, jego reakcje na nacisk oraz sygnały świadczące o dyskomforcie. Część osób przychodziła ze skierowaniami od lekarzy, inne korzystały z zabiegów po prostu dlatego, że wiele godzin spędzały przy biurkach albo wykonywały pracę fizyczną. Niektórzy oczekiwali niemal cudownego wyleczenia. Byli przekonani, że kilkadziesiąt minut masażu usunie skutki wieloletnich zaniedbań, złych przyzwyczajeń i chorób wymagających zupełnie innego leczenia. Inni traktowali wizytę jak okazję do rozmowy. Opowiadali o dzieciach, małżeństwach, przełożonych i sąsiadach, a ja słuchałem, wykonując spokojne, powtarzalne ruchy. Zdarzało się, że pacjent opowiadał mi tę samą historię po raz trzeci, choć obaj wiedzieliśmy, że nie oczekuje odpowiedzi.
Nie byłem szczególnie towarzyski. Podczas pracy potrafiłem rozmawiać swobodnie, ale po zakończeniu dnia często nie miałem ochoty słyszeć kolejnego ludzkiego głosu. Wracałem do mieszkania, przygotowywałem kolację i spędzałem wieczory przy książkach albo telewizorze. Nie lubiłem spotkań organizowanych bez wyraźnego celu. Męczyły mnie rozmowy prowadzone w zatłoczonych lokalach, muzyka zagłuszająca wypowiedzi i konieczność nieustannego podtrzymywania dobrego nastroju. Nie uważałem tego za problem. Miałem kilku znajomych, czasami odwiedzałem matkę i utrzymywałem poprawne stosunki z sąsiadami. Nie czułem się samotny w sposób, który skłaniałby mnie do poszukiwania przypadkowego towarzystwa. Zdarzało mi się natomiast odczuwać coś, czego nie potrafiłem nazwać samotnością, ponieważ dotyczyło raczej stosunku do własnego ciała niż nieobecności innych ludzi. Cały dzień rozpoznawałem napięcia pod palcami, a wieczorem zdarzało mi się wpatrywać we własną rękę i czekać, aż znów poczuję ją jako swoją.
W dzieciństwie byłem chłopcem chorowitym, choć nie cierpiałem na żadną szczególnie poważną chorobę. Często przeziębiałem się, miałem skłonność do zapaleń gardła i źle znosiłem wysoką temperaturę. Matka uważała, że jestem delikatny, a określenie to z czasem zaczęło odnosić się do całej mojej osobowości. Nie pozwalała mi wychodzić z domu bez czapki, przebywać zbyt długo na słońcu ani kąpać się w zimnej wodzie. Kiedy inni chłopcy biegali po boisku, ja często siedziałem na ławce, przekonany, że najmniejszy wysiłek może doprowadzić do kolejnej choroby. Ojciec nie był z tego zadowolony. Uważał, że syn powinien być odporny, silny i gotowy do znoszenia niewygód. Nie bił mnie ani nie karał fizycznie, ale jego rozczarowanie było wyraźne. Podczas rodzinnych spotkań potrafił wspominać swoje młodzieńcze wyczyny, ciężką pracę i długie marsze w zimie, po czym spoglądał na mnie z wyrazem pobłażania. Nie chciałem zawieść go jeszcze bardziej, dlatego nauczyłem się ukrywać ból i zmęczenie. Nauczyłem się więc uważać na siebie i jednocześnie wstydzić się tej ostrożności. Matka dostrzegała w nim źródło niebezpieczeństwa, ojciec dowód niewystarczającej męskości, a ja próbowałem zadowolić oboje, chociaż ich oczekiwania wzajemnie się wykluczały.
W okresie dojrzewania zacząłem odczuwać wobec własnego wyglądu niechęć, której nie potrafiłem uzasadnić. Nie byłem otyły ani szczególnie chudy. Miałem przeciętny wzrost, ciemne włosy i twarz, której rysy nie wyróżniały się niczym niezwykłym. A jednak widok własnego odbicia wywoływał we mnie zakłopotanie. Najbardziej przeszkadzało mi, że nie potrafiłem określić, czy wyglądam tak, jak siebie odczuwam. Twarz w lustrze wydawała mi się zbyt dorosła albo zbyt dziecinna, zależnie od dnia. Kiedy przyglądałem się dłoniom, miałem wrażenie, że należą do człowieka znacznie starszego. Czasami po kąpieli stałem przed lustrem i obserwowałem własny tors, próbując zrozumieć, skąd bierze się poczucie, że oglądam kogoś, kto nie jest mną. Nie chodziło o niechęć do poszczególnych części ciała. Potrafiłem uznać, że moje ramiona są całkiem dobrze zbudowane, a nogi proporcjonalne. Nie przeszkadzał mi konkretny szczegół wyglądu; obce wydawało się całe odbicie. Wydawało mi się ono czymś, co mi przydzielono, a nie czymś, co od zawsze stanowiło część mnie.
Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, zacząłem uczyć się masażu. Początkowo kierowała mną chęć zdobycia konkretnego zawodu, który pozwoliłby mi utrzymywać się bez konieczności pracy w dużym przedsiębiorstwie. Z czasem odkryłem jednak, że kontakt z cudzym ciałem przynosi mi osobliwe poczucie pewności. Podczas zajęć praktycznych poznawaliśmy budowę mięśni, przebieg ścięgien, ułożenie kości i zasady bezpiecznego wykonywania zabiegów. Uczyliśmy się rozpoznawać napięcie, reagować na ból i dostosowywać siłę nacisku do potrzeb drugiej osoby. Na zajęciach ktoś mógł pokazać mi, gdzie przebiega ścięgno, a ja mogłem sprawdzić to pod palcami. Ciało posiadało określoną strukturę. Mięśnie i stawy miały dającą się opisać budowę, a reakcje tkanek na ruch, temperaturę i nacisk można było przynajmniej częściowo przewidywać. Podobało mi się, że mogę poznawać ludzi poprzez coś tak konkretnego. Nie musiałem interpretować ich spojrzeń ani odgadywać intencji. Wystarczało skupić się na wykonywanej pracy.
Nie umiałem jednak zastosować tej wiedzy wobec siebie. Potrafiłem wskazać położenie każdego ważniejszego mięśnia, ale kiedy próbowałem rozluźnić własne barki, miałem wrażenie, że wydaję polecenia komuś, kto przebywa daleko ode mnie. Zdarzało mi się odczuwać drętwienie palców bez wyraźnej przyczyny, choć przeprowadzone badania nie wykazały uszkodzenia nerwów. Innym razem siedziałem wieczorem w fotelu i nagle orientowałem się, że nie potrafię określić położenia własnych nóg, dopóki na nie nie spojrzę. Nie traciłem czucia ani zdolności poruszania się. Wiedziałem, gdzie znajdują się moje kończyny, jeśli świadomie zwracałem na nie uwagę. Brakowało mi raczej naturalnego przekonania, że ciało i ja stanowimy jedną całość. Nie mówiłem o tym znajomym, ponieważ obawiałem się, że uznają mnie za człowieka przesadnie zajętego sobą. W końcu każdy od czasu do czasu czuje się nieswojo we własnej skórze. Nie chodziło o to, że chciałem wyglądać inaczej. Chciałem przestać się sobie przyglądać jak obcemu.
Pierwszy wyraźny epizod wydarzył się podczas porannej kąpieli. Miałem wtedy trzydzieści jeden lat. Stałem pod prysznicem, myjąc włosy, kiedy nagle poczułem, że moje ruchy wykonują się bez mojego udziału. Dłonie przesuwały się po głowie, woda spływała po ramionach, a ja obserwowałem wszystko z osobliwym spokojem. Nie widziałem siebie z zewnątrz. Nie unosiłem się pod sufitem ani nie odnosiłem wrażenia opuszczenia ciała. Świat pozostawał na swoim miejscu. To samo ciało wykonywało te same ruchy, tylko ja przestałem odczuwać je w zwyczajny sposób. Ruchy wydawały mi się wyuczone, mechaniczne, niezwiązane z osobą, którą uważałem za siebie. Spojrzałem na prawą dłoń i przez kilka sekund miałem trudność z przyjęciem, że to ja nią poruszam. Kiedy zacisnąłem palce w pięść, poczułem napięcie mięśni, ale nie towarzyszyło mu zwyczajne wrażenie sprawstwa. Przestraszyłem się dopiero później, kiedy wyszedłem z łazienki i spróbowałem opisać sobie to doświadczenie. Nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów. Wszystkie brzmiały zbyt dramatycznie albo zbyt niedorzecznie.
Zgłosiłem się do lekarza. Lekarz zbadał mnie neurologicznie, a później zlecił dalszą diagnostykę; nie znaleziono przyczyny, która wyjaśniałaby te doznania. Nie miałem zaburzeń świadomości, niedowładów ani problemów z koordynacją. Lekarz zapytał o sen, przemęczenie i stres. Wspomniałem o pracy, samotnym mieszkaniu i narastającym poczuciu obcości wobec własnego ciała. Skierowano mnie na konsultację psychiatryczną. Początkowo zareagowałem na to z niechęcią, ponieważ nie uważałem, że moje trudności dotyczą psychiki. Nie słyszałem głosów, nie widziałem rzeczy nieistniejących i nie żywiłem żadnych niezwykłych przekonań. Doskonale rozumiałem, że moje ręce należą do mnie. Problem polegał na tym, że ta wiedza nie zawsze pokrywała się z moim bezpośrednim odczuciem. Podczas konsultacji dowiedziałem się, że podobne doświadczenia mogą pojawiać się w stanach silnego stresu, lęku i zmęczenia, a czasami utrzymują się przez dłuższy okres. Nie otrzymałem jednoznacznego wyjaśnienia wszystkich objawów. Zalecono mi dalszą obserwację, odpoczynek oraz pracę nad rozpoznawaniem sytuacji, w których poczucie obcości nasila się najbardziej. Przez pewien czas starałem się stosować do tych wskazówek, ale szybko wróciłem do dotychczasowego rytmu życia.
Najbardziej niepokojące było to, że podczas pracy czułem się niemal normalnie. Potrafiłem wykonywać zabiegi z należytą precyzją, rozpoznawać reakcje pacjentów i podejmować właściwe decyzje. Dłonie nie zawodziły mnie nawet wtedy, kiedy sam miałem wrażenie, że obserwuję je z odległości. Bywało nawet, że pracowałem szczególnie sprawnie: dłonie wykonywały znane ruchy, zanim zdążyłem je świadomie prześledzić. Po zakończeniu zabiegów niepokój powracał. Zdarzało mi się stać przed umywalką i przez kilka minut obserwować wodę spływającą po palcach. Wiedziałem, że czuję jej temperaturę, ale samo odczucie wydawało mi się zaskakująco odległe. Niektórzy ludzie opisują podobne stany jako przebywanie za szybą. Nie lubię tego porównania. Sugeruje ono istnienie wyraźnej granicy między człowiekiem a światem. W moim przypadku niczego takiego nie było. Świat pozostawał dostępny, a jedynie ja nie potrafiłem całkowicie w nim uczestniczyć.
Klemensa poznałem w listopadzie, kiedy do gabinetu zaczęto kierować coraz więcej osób skarżących się na bóle pleców i karku. Był mężczyzną po sześćdziesiątce, emerytowanym rzeźnikiem, który większość zawodowego życia spędził w zakładzie mięsnym. Miał szerokie ramiona, duży brzuch i dłonie przypominające narzędzia przeznaczone do ciężkiej pracy. Jego palce były krótkie, grube przy nasadzie i pokryte drobnymi bliznami. Na lewym przedramieniu nosił długą, bladą kreskę, pozostałość po dawnym urazie, a na prawej dłoni brakowało mu części opuszki palca wskazującego. Nie próbował ukrywać tych śladów. Przeciwnie, opowiadał o nich z rzeczowością człowieka, który uważa własne ciało za dokument zawodowego życia. Zgłosił się do gabinetu z bólem w okolicy lędźwiowej oraz ograniczeniem ruchomości prawego barku. Poruszał się powoli, ale pewnie. Nie lubił prosić o pomoc przy zdejmowaniu swetra, chociaż niektóre ruchy sprawiały mu wyraźną trudność. W jego zachowaniu nie było niczego demonstracyjnego. Kiedy pytałem, czy boli go bark, odpowiadał krótko, a potem usiłował sam zdjąć sweter.
Klemens był wdowcem. Żona zmarła kilka lat wcześniej, a dorosłe dzieci mieszkały w innych miastach. Utrzymywał z nimi kontakt, ale nie lubił długich rozmów telefonicznych. Mieszkał w domu jednorodzinnym na obrzeżach miasta, gdzie prowadził niewielki ogród i zajmował się naprawianiem przedmiotów, których większość ludzi nie próbowałaby już ratować. Miał stary rower, którego części pochodziły z kilku różnych modeli, oraz drewniany stół w warsztacie, zbudowany jeszcze przez jego ojca. Po przejściu na emeryturę początkowo czuł się zagubiony. Przez kilkadziesiąt lat wstawał przed świtem, jechał do zakładu i wracał do domu późnym popołudniem. Nagle okazało się, że nie musi już wykonywać tych czynności. Nie umiał długo spać, dlatego o piątej rano siedział przy kuchennym stole, pijąc kawę i czekając, aż reszta miasta zacznie się budzić. Pamiętam jego opowieści o ciszy panującej w domu o tej porze. Nie przedstawiał jej jako czegoś tragicznego. Uważał, że cisza jest po prostu jednym z warunków starości, podobnie jak konieczność częstszego chodzenia do lekarzy i pilnowania terminów płacenia rachunków.
Podczas pierwszych zabiegów zwróciłem uwagę na jego skórę. Była gruba, miejscami szorstka, pokryta drobnymi przebarwieniami i śladami dawnych urazów. Na plecach widniały niewielkie blizny po oparzeniach, a w okolicy prawego barku znajdowało się zgrubienie powstałe prawdopodobnie wskutek wieloletniego przeciążenia. Ciało Klemensa nie przypominało tych, które pojawiały się w reklamach gabinetów rehabilitacyjnych. Nie było gładkie, jędrne ani szczególnie estetyczne w tradycyjnym znaczeniu. Każdy fragment jego skóry nosił ślady konkretnego życia. Kiedyś opowiedział mi o urazie dłoni, którego doznał podczas pracy przy maszynie do rozdrabniania mięsa. Innym razem wspominał o poparzeniu gorącą wodą, które przez wiele tygodni utrudniało mu wykonywanie obowiązków. Mówił o tych zdarzeniach bez sentymentalizmu. Czasami odnosiłem wrażenie, że nie pamięta bólu, lecz jedynie konsekwencje praktyczne. Uraz oznaczał konieczność zwolnienia lekarskiego, zmianę obowiązków albo trudności z wykonywaniem określonych ruchów. Kiedy zapytałem o jedną z blizn, opowiedział mi, ile tygodni nie mógł przez nią pracować; o jej wyglądzie nie wspomniał ani słowem. Uważał je za coś równie naturalnego jak zmarszczki i siwe włosy.
Z czasem nasze spotkania przestały ograniczać się do zabiegów. Klemens przychodził punktualnie, często przynosząc coś z własnego ogrodu albo niewielkie przedmioty wykonane w warsztacie. Nie przyjmowałem prezentów od wszystkich pacjentów, ale jego upominki nie sprawiały wrażenia próby kupowania szczególnego traktowania. Były raczej sposobem okazywania wdzięczności, do którego przywykł przez całe życie. Przynosił jabłka, słoiki z ogórkami, czasami kawałek domowego ciasta upieczonego przez sąsiadkę. Pewnego dnia zaprosił mnie na obiad. Początkowo odmówiłem, tłumacząc się obowiązkami zawodowymi, ale później zmieniłem zdanie. Nie potrafię powiedzieć, co właściwie mnie do tego skłoniło. Być może ciekawość jego domu, a może zwykła przyjemność przebywania z człowiekiem, który nie oczekiwał ode mnie szczególnej rozmowności. Klemens miał w sobie rodzaj spokoju, którego brakowało większości ludzi spotykanych przeze mnie każdego dnia. Nie spieszył się z odpowiedziami, nie próbował wypełniać każdej przerwy słowami i nie traktował milczenia jako oznaki niezadowolenia.
Jego dom stał przy ulicy obsadzonej starymi kasztanowcami. Był parterowy, z niewielkim poddaszem i ogrodem oddzielonym od sąsiadów drewnianym płotem. Na podwórzu znajdowała się szopa wypełniona narzędziami, workami ziemi i częściami maszyn, których przeznaczenia nie potrafiłem rozpoznać. W kuchni pachniało cebulą, pieczonym mięsem i mydłem. Meble były stare, ale zadbane. Przy oknie stał ciężki stół z ciemnego drewna, a na parapecie rosły pelargonie, które Klemens podobno podlewał zgodnie z zaleceniami zmarłej żony. Nie zmienił wystroju domu po jej śmierci. W salonie nadal wisiały haftowane obrazki, na komodzie stały porcelanowe figurki, a na ścianie znajdował się kalendarz z poprzedniego roku, ponieważ szczególnie podobała mu się fotografia lasu umieszczona na jednej ze stron. Nie był człowiekiem przywiązanym do rzeczy ze względu na ich wartość. Przechowywał je, ponieważ uczestniczyły w codzienności, której nie zamierzał nagle odrzucać tylko dlatego, że jedna z osób przestała w niej uczestniczyć.
Przygotował pieczeń wieprzową z ziemniakami i buraczkami. Nie przypominałem sobie, żebym wcześniej jadł mięso przygotowane z taką starannością. Klemens opowiadał o sposobach jego przygotowywania, o znaczeniu temperatury, rodzaju tłuszczu i czasu pieczenia. Potrafił rozpoznać jakość surowca po wyglądzie, zapachu i sprężystości. Przez kilkadziesiąt lat zajmował się rozbieraniem tusz, porcjowaniem mięsa i kontrolowaniem pracy młodszych pracowników. Nie mówił o zawodzie z dumą ani wstydem. Była to po prostu praca, która zapewniła utrzymanie rodzinie. Zaskoczyło mnie, jak spokojnie posługiwał się słowami dotyczącymi mięśni, ścięgien, kości i powięzi. Znałem je z zupełnie innego kontekstu, z podręczników anatomii oraz praktyki zawodowej. On natomiast rozpoznawał te same struktury jako elementy, które należało oddzielić, oczyścić albo przygotować do dalszej obróbki. Przez chwilę rozmawialiśmy o podobieństwach między naszymi zawodami. Były oczywiste, choć początkowo nie chciałem ich dostrzegać. Obaj pracowaliśmy rękami, musieliśmy rozumieć budowę ciała i potrafiliśmy rozpoznawać jego właściwości poprzez dotyk. Różnica polegała na celu. Ja próbowałem przywracać sprawność żywym ludziom, on przez większość życia zajmował się ciałami zwierząt po uboju. Roześmiał się tylko, kiedy powiedziałem mu, jak często w obu zawodach używamy tych samych nazw. Uważał, że w obu przypadkach należy przede wszystkim wiedzieć, co się robi, i nie sprawiać niepotrzebnego cierpienia.
Nie wiem, kiedy zacząłem odczuwać wobec Klemensa pociąg. Nie wydarzyło się to podczas pierwszego spotkania ani w czasie zabiegów. Przez wiele lat potrafiłem oddzielać zawodowy kontakt fizyczny od prywatnych pragnień, dlatego jego ciało początkowo nie budziło we mnie żadnego szczególnego zainteresowania. Dopiero w jego domu zauważyłem rzeczy, których nie dostrzegałem w gabinecie. Poruszał się po kuchni z zaskakującą swobodą: poprawiał pasek spodni, pochylał się nad piekarnikiem i opierał dłonie na blacie, nie zastanawiając się nad tym, jak wygląda. Nie miał zwyczaju kontrolowania własnego wyglądu. Kiedy było mu gorąco, rozpinał koszulę, kiedy bolały go plecy, przeciągał się bez skrępowania, a kiedy chciał usiąść wygodniej, po prostu zmieniał pozycję. Byłem przyzwyczajony do ludzi nieustannie oceniających swoje ciało, próbujących ukrywać brzuch, blizny, zmarszczki i inne cechy uznawane za nieestetyczne. Klemens nie robił niczego podobnego. Miał sześćdziesiąt kilka lat i zachowywał się tak, jakby nie przyszło mu do głowy, że jego wygląd mógłby wymagać czyjegoś zatwierdzenia. Ta swoboda poruszyła mnie bardziej niż uroda mężczyzn, których podziwiałem wcześniej.
Nie byłem osobą całkowicie pozbawioną doświadczeń erotycznych. Miałem kilka związków z mężczyznami, choć żaden nie trwał szczególnie długo. Nie ukrywałem swojej orientacji przed najbliższymi, ale nie uważałem jej również za cechę, która powinna określać całe moje życie. W młodości doświadczałem wstydu, później stopniowo nauczyłem się odróżniać cudze oczekiwania od własnych potrzeb. Mimo to podczas intymnych spotkań często odczuwałem dziwną nieobecność. Potrafiłem reagować na dotyk, doświadczać przyjemności i odwzajemniać czułość, a jednocześnie miałem wrażenie, że wszystko dzieje się z kimś innym. Nie wynikało to z braku pożądania. Czasami pragnąłem drugiego człowieka bardzo silnie, ale kiedy bliskość stawała się rzeczywista, moje ciało zdawało się wykonywać znane czynności bez pełnego udziału świadomości. Po wszystkim często odczuwałem smutek albo pustkę, której nie potrafiłem przypisać partnerowi. Niektórzy mężczyźni interpretowali to jako obojętność. Inni podejrzewali, że ukrywam przed nimi część swojego życia. Nie potrafiłem wyjaśnić, że problem nie dotyczy ich obecności. Byłem nieobecny przede wszystkim dla samego siebie.
Klemens nie próbował mnie uwodzić w sposób, jaki znałem z wcześniejszych doświadczeń. Nasza bliskość rozwijała się powoli, poprzez wspólne posiłki, drobne przysługi i rozmowy, których nie zawsze potrafię już odtworzyć. Przychodziłem do jego domu coraz częściej. Pomagałem przy pracach ogrodowych, czasami naprawiałem coś w kuchni albo towarzyszyłem mu podczas zakupów. Zdarzało się, że siedzieliśmy przez kilka godzin w warsztacie: on czyścił narzędzia, a ja przyglądałem się jego ruchom. Nie było w tym niczego szczególnie romantycznego. Klemens potrafił przez pół godziny opowiadać o różnicach między dwoma rodzajami śrub, a ja słuchałem z zainteresowaniem, które sam uważałem za zaskakujące. Lubiłem sposób, w jaki trzymał narzędzia. Nie zaciskał ich z niepotrzebną siłą. Jego dłonie były mocne, ale oszczędne w ruchach, jakby przez kilkadziesiąt lat nauczyły się wykonywać wyłącznie to, co konieczne. Nie potrafiłem przestać na nie patrzeć.
Pierwszy raz dotknął mnie poza gabinetem pewnego zimowego wieczora. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, a ja opowiadałem o bólu nadgarstka, który pojawił się po wyjątkowo ciężkim tygodniu pracy. Klemens poprosił, żebym pokazał mu rękę. Ujął moją dłoń w swoje szerokie palce, obrócił ją i przyjrzał się niewielkiemu zgrubieniu przy kciuku. Jego skóra była ciepła, szorstka i pachniała mydłem. Nie próbował mnie masować ani badać w sposób fachowy. Chciał jedynie zobaczyć miejsce, o którym mówiłem. Mimo to przez kilka sekund odczuwałem coś niezwykłego. Moja dłoń, którą od lat postrzegałem jako obcy przedmiot, nagle stała się wyraźna. Poczułem jej ciężar, temperaturę i granice. Wiedziałem dokładnie, gdzie kończy się moje ciało, a zaczyna jego. Ręka nadal należała do mnie; po raz pierwszy od dawna nie musiałem tego sprawdzać. Najzwyklejszy dotyk sprawił, że na moment przestałem obserwować siebie z odległości. Pamiętam, jak długo przyglądałem się naszym dłoniom, zanim Klemens puścił moją. Nie powiedziałem mu wtedy niczego o swoich dolegliwościach. Obawiałem się, że uzna całą sytuację za przesadnie sentymentalną.
Kilka tygodni później po raz pierwszy pocałowaliśmy się, a wkrótce zaczęliśmy razem sypiać. Nie zamierzam opisywać tego jako wydarzenia szczególnie gwałtownego. Nie było żadnego nagłego wyznania ani sceny, którą należałoby uznać za początek wielkiej miłości. Nasza relacja po prostu zmieniła charakter, kiedy przestaliśmy udawać, że wzajemna bliskość pozostaje wyłącznie przyjaźnią. Klemens był ode mnie starszy o ponad dwadzieścia lat, ale różnica wieku nie wydawała się przeszkodą. Nie traktował mnie jak syna, a ja nie szukałem w nim zastępczego ojca. Byliśmy dwoma dorosłymi mężczyznami, którzy przez długi czas żyli samotnie i stopniowo odkrywali, że obecność drugiego człowieka może być czymś więcej niż sposobem wypełniania wolnych godzin. Nie interesowało mnie, jak określał wcześniej własną seksualność. Wiedziałem, że kochał żonę, z którą przeżył kilkadziesiąt lat, i że jej śmierć pozostawiła w jego życiu trwałą pustkę. Nie próbowałem umniejszać znaczenia tamtego związku. Nie uważałem również, że nasza relacja stanowi dowód, iż przez całe życie ukrywał przed sobą jakąś prawdę. Nie wypytywałem go o etykiety. Ważniejsze było dla mnie to, że wieczorem zostawiał dla mnie zapalone światło w kuchni.
Najbardziej pamiętam pierwszy wieczór, kiedy zasnąłem obok niego. Klemens miał duże łóżko z drewnianym zagłówkiem, stojące w pokoju, którego okna wychodziły na ogród. Pościel pachniała proszkiem do prania i czymś lekko ziołowym, prawdopodobnie suszoną lawendą przechowywaną w szafie. Było chłodno, ponieważ nie lubił przegrzewać sypialni. Leżeliśmy blisko siebie, słuchając odgłosów samochodów przejeżdżających po mokrej ulicy. Jego ciało było ciężkie, ciepłe i zupełnie pozbawione tej niepewności, którą znałem z własnych doświadczeń. Nie próbował ukrywać brzucha, blizn ani siwiejących włosów na piersi. Kiedy zmieniał pozycję, materac uginał się pod jego ciężarem, a ja odczuwałem ten ruch z zaskakującą dokładnością. Przez kilka minut leżałem nieruchomo, próbując zapamiętać wszystkie wrażenia. Czułem ciepło jego ramienia, szorstkość zarostu dotykającego mojego policzka i własny oddech, który stopniowo zwalniał. Nie miałem wrażenia, że uczestniczę w scenie obserwowanej z zewnątrz. Byłem tam całkowicie, w swoim ciele, obok drugiego człowieka. Później zrozumiałem, że właśnie to doświadczenie przywiązało mnie do Klemensa bardziej niż sama namiętność.
Nie oznacza to, że wszystkie dolegliwości natychmiast ustąpiły. Nadal zdarzały mi się okresy, kiedy własne dłonie wydawały się obce, a twarz w lustrze budziła zakłopotanie. Czasami podczas pracy odczuwałem krótkie chwile oddalenia, szczególnie po wielu godzinach wykonywania powtarzalnych czynności. Różnica polegała jednak na tym, że przestałem traktować te doświadczenia jako dowód nieodwracalnej utraty kontaktu z własnym ciałem. Wiedziałem, że istnieją sytuacje, w których poczucie obecności powraca. Nie zawsze potrzebowałem do tego dotyku Klemensa. Czasami wystarczał długi spacer, praca w ogrodzie albo wysiłek fizyczny wymagający skupienia na konkretnym zadaniu. Zauważyłem, że kiedy noszę ciężkie worki ziemi, kopię grządki albo naprawiam ogrodzenie, odczuwam własne mięśnie w sposób bardziej bezpośredni niż podczas wykonywania ćwiczeń zalecanych przez specjalistów. Nie wyciągałem z tego wniosku, że praca fizyczna stanowi uniwersalne lekarstwo. Rozumiałem jedynie, że moje ciało potrzebuje czasami czynności, które nie są wyłącznie obserwowaniem samego siebie.
Klemens nie lubił rozmawiać o psychice. Nie dlatego, że uważał podobne sprawy za nieistotne, lecz dlatego, że brakowało mu języka pozwalającego opisać doświadczenia nieposiadające bezpośredniego odpowiednika w świecie materialnym. Kiedy opowiedziałem mu o poczuciu obcości wobec własnego ciała, długo próbował zrozumieć, co właściwie mam na myśli. Zapytał pośrednio, czy czuję ból, czy mam problemy z poruszaniem się i czy zdarza mi się tracić świadomość. Kiedy wyjaśniłem, że nie, przyjął moje słowa z zakłopotaniem. Nie próbował ich podważać, ale nie potrafił również zaproponować żadnego wyjaśnienia. Pamiętam, że przez chwilę przyglądał się swoim dłoniom, a później stwierdził, iż przez większą część życia myślał o ciele wyłącznie wtedy, kiedy coś przestawało działać. Nie zastanawiał się, czy jego ręce naprawdę do niego należą. Były jego, ponieważ wykonywały pracę, której od nich oczekiwał. Nie uważał tego za szczególną filozofię. Ja natomiast przez wiele dni wracałem myślami do jego prostego przekonania. Zazdrościłem mu tej oczywistości, którą sam utraciłem tak wcześnie, że nie pamiętałem już, jak to jest żyć bez nieustannego sprawdzania własnego istnienia.
Z czasem zacząłem spędzać u niego coraz więcej czasu. Nie przeprowadziłem się oficjalnie, ale w jego szafie pojawiły się moje koszule, w łazience szczoteczka do zębów, a na stoliku przy łóżku książki, które czytałem przed snem. Klemens nie komentował tych zmian. Po prostu przesuwał własne przedmioty, robiąc miejsce dla moich. Nie wymagał ode mnie deklaracji ani zapewnień dotyczących przyszłości. Zdarzało nam się kłócić o rzeczy drobne. Nie lubił, kiedy zostawiałem mokre ręczniki na krześle, a ja nie potrafiłem przyzwyczaić się do jego zwyczaju przechowywania w lodówce potraw przygotowanych kilka dni wcześniej. Czasami irytowało mnie, że nie chce wymienić starych mebli albo naprawić niedziałającego zamka w drzwiach szopy, choć sam posiadał odpowiednie narzędzia. On z kolei uważał, że zbyt wiele czasu poświęcam na analizowanie własnych odczuć. Nie były to poważne konflikty. Przeciwnie, ich zwyczajność sprawiała mi przyjemność. Po raz pierwszy od wielu lat czułem, że uczestniczę w życiu, którego nie muszę nieustannie obserwować i oceniać.
Nie opowiadaliśmy wszystkim o naszym związku. Klemens nie obawiał się szczególnie opinii sąsiadów, ale nie widział również potrzeby składania im wyjaśnień. Był człowiekiem starszym, przyzwyczajonym do zachowywania prywatnych spraw dla siebie. Jego dzieci początkowo traktowały mnie jako znajomego pomagającego ojcu w codziennych obowiązkach. Z czasem zaczęły dostrzegać, że nasza relacja ma inny charakter. Dwoje jego dzieci przyjęło tę wiadomość różnie. Syn Klemensa przez pewien czas ograniczył kontakty z ojcem, natomiast córka okazała więcej zrozumienia. Nie zamierzam przedstawiać tych wydarzeń jako wielkiej rodzinnej tragedii. Były w nich zakłopotanie, gniew, niezręczne rozmowy i długie okresy milczenia, ale nie doszło do całkowitego zerwania więzi. Klemens nie próbował przekonywać dzieci, że powinny natychmiast zaakceptować jego decyzje. Uważał, że mają prawo do własnych uczuć, choć nie mogą oczekiwać, że podporządkuje im resztę życia. Podziwiałem ten spokój. Sam przez wiele lat starałem się zdobywać akceptację ludzi, których opinie nie powinny były mieć dla mnie większego znaczenia. Klemens nie potrzebował podobnego potwierdzenia.
Najbardziej lubiłem obserwować go podczas pracy w ogrodzie. Miał zwyczaj zdejmowania koszuli w ciepłe dni, nawet jeśli słońce nie świeciło szczególnie mocno. Jego skóra była jasna, miejscami zaczerwieniona, pokryta drobnymi bliznami i plamami powstałymi z wiekiem. Nie próbował ukrywać brzucha ani siwiejących włosów na piersi. Kiedy pochylał się nad grządką, mięśnie pleców napinały się pod skórą, a dawne urazy przypominały o sobie poprzez niewielkie ograniczenia ruchów. Czasami musiał usiąść na ławce i odpocząć. Przynosiłem mu wtedy wodę, a on siedział przez kilka minut, obserwując ogród z zadowoleniem człowieka, który potrafi ocenić wykonaną pracę. Nie widziałem w jego ciele oznak upadku. Dostrzegałem raczej historię człowieka, który przez wiele lat używał własnych mięśni, stawów i dłoni do konkretnych celów. Coraz częściej prosił mnie o przyniesienie konewki, ale nadal sam decydował, gdzie posadzić każdą roślinę. Ciało zmienia się, ale jednocześnie przechowuje skutki wszystkiego, co człowiek zrobił, przeżył i zdołał przetrwać.
Zdarzało mi się jednak odczuwać wobec Klemensa również coś trudniejszego do zaakceptowania. Czasami podczas intymnych chwil miałem wrażenie, że jego ciało jest bardziej rzeczywiste od mojego. Potrafiłem rozpoznać każdy fragment jego skóry, zapach, temperaturę i sposób poruszania się, a jednocześnie traciłem pewność dotyczącą własnych granic. Nie było to jednak dokładnie to samo doświadczenie co wcześniejsze epizody. Bardziej przypominało pragnienie, aby na moment przestać być sobą i znaleźć się w ciele człowieka, który nigdy nie musiał zastanawiać się nad prawem do własnego istnienia. Nie chciałem dosłownie stać się Klemensem. Nie wierzyłem w możliwość zamiany ciał ani nie uważałem, że jego życie byłoby dla mnie lepsze. Chodziło raczej o zazdrość wobec prostoty jego doświadczenia. Kiedy patrzyłem na jego szerokie dłonie, wyobrażałem sobie, jak to jest podnieść ciężki przedmiot bez zastanawiania się, czy ruch rzeczywiście należy do mnie. Czasami próbowałem naśladować jego gesty. Naśladowałem sposób, w jaki trzymał kubek, zakładał buty i opierał dłonie na stole. Nie zawsze zdawałem sobie z tego sprawę. Zauważyłem jednak, że coraz częściej poruszam się podobnie do niego, jakby moje ciało uczyło się nowych przyzwyczajeń poprzez długotrwałe przebywanie w czyimś towarzystwie.
Nie podobało mi się to odkrycie. Obawiałem się, że zamiast odzyskiwać własne ciało, zaczynam zastępować je wyobrażeniem innego. Przez kilka tygodni starałem się ograniczać czas spędzany u Klemensa. Wracałem częściej do własnego mieszkania, podejmowałem dodatkowe obowiązki w gabinecie i próbowałem odzyskać dawne przyzwyczajenia. Nie przyniosło to oczekiwanej ulgi. Poczucie obcości nasiliło się, a samotne wieczory zaczęły wywoływać lęk, którego wcześniej nie znałem. Zrozumiałem wtedy, że problem nie polega na nadmiernym przywiązaniu do drugiego człowieka. Bliskość po prostu ujawniła coś, co istniało we mnie od dawna. Nie potrafiłem zaakceptować własnej cielesności bez porównywania jej z ciałem kogoś innego. Klemens nie był przyczyną mojego cierpienia. Stał się jedynie pierwszym człowiekiem, przy którym zobaczyłem je dostatecznie wyraźnie.
Wróciłem do specjalisty, z którym rozmawiałem kilka lat wcześniej. Opowiedziałem o nasilających się epizodach poczucia obcości, o relacji z Klemensem i o trudnościach z odczuwaniem własnego ciała podczas samotności. Nie otrzymałem prostego wyjaśnienia. Zalecono mi psychoterapię, podczas której miałem przyjrzeć się sposobowi przeżywania emocji, napięcia i bliskości. Początkowo traktowałem spotkania nieufnie. Byłem przyzwyczajony do pracy z ciałem, dlatego rozmowa wydawała mi się narzędziem zbyt mało konkretnym. Z czasem odkryłem jednak, że potrafię opisywać cudze mięśnie znacznie dokładniej niż własny strach. Kiedy próbowałem nazwać uczucia pojawiające się podczas bliskości, często posługiwałem się terminami anatomicznymi. Mówiłem o napięciu, ciężarze, ucisku i drętwieniu, unikając słów dotyczących samotności, pragnienia czy wstydu. Nie wynikało to z braku emocji. Raczej z wieloletniego przyzwyczajenia do traktowania ciała jako przedmiotu wymagającego obserwacji, a nie części własnego doświadczenia.
Przez wiele miesięcy uczyłem się rozpoznawać chwile, w których poczucie obcości nasilało się najbardziej. Zauważyłem, że często następowało to po silnym zmęczeniu, niewyspaniu albo sytuacjach, w których czułem się oceniany. Niektóre epizody pojawiały się również bez wyraźnej przyczyny. Nie próbowałem już za wszelką cenę natychmiast ich usuwać. Zauważyłem, że im intensywniej sprawdzam, czy czuję się sobą, tym silniejszego oddalenia doświadczam. Z czasem zacząłem traktować te doświadczenia jako nieprzyjemne, lecz przemijające stany, które nie muszą oznaczać utraty kontroli. Nadal pracowałem, spotykałem się z ludźmi i prowadziłem zwyczajne życie. Nie wyzdrowiałem w sposób, jaki opisuje się czasami w popularnych poradnikach. Nie nastąpił dzień, w którym wszystkie dolegliwości zniknęły. Nauczyłem się raczej żyć bez nieustannego przekonania, że każdy niepokojący objaw musi posiadać katastrofalne znaczenie.
Klemens starzał się szybciej, niż chciałem przyznać. Początkowo zauważałem jedynie drobne zmiany. Coraz częściej odpoczywał podczas pracy w ogrodzie, wolniej wchodził po schodach i miał trudności z unoszeniem prawego ramienia. Później pojawiły się problemy z oddychaniem podczas wysiłku. Lekarze rozpoznali chorobę serca, wymagającą regularnych kontroli i leczenia. Klemens stosował się do zaleceń z pewną niechęcią, ale nie lekceważył ich całkowicie. Nie lubił być pacjentem. Przez większą część życia uważał własne ciało za narzędzie, które powinno pracować, dopóki posiada wystarczającą sprawność. Teraz musiał przyjąć, że niektóre czynności wymagają odpoczynku, a inne stały się niemożliwe. Nie reagował na to rozpaczą. Bywał zirytowany, czasami smutny, ale nadal interesował się ogrodem, naprawami i gotowaniem. Zaskakiwało mnie, że nawet wtedy nie traktował własnego ciała jak wroga. Mówił o nim z pobłażaniem, jak o starym urządzeniu, które przez kilkadziesiąt lat działało bez większych usterek, a teraz wymaga częstszej konserwacji.