E-book
2.73
drukowana A5
33.55
Sen na jawie

Bezpłatny fragment - Sen na jawie

Objętość:
237 str.
ISBN:
978-83-8221-862-6
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 33.55

Twoje jezioro

Proszę, dotknij — choć przelotnie,

choć grzecznie — nienakarmionego ciała,

przez które mknie i tłoczy się

rozżarzona, krzepka krew;


ciała pragnącego cieszyć się

cierpieniem, rozkoszować śmiercią.


Uczyń, zanim któregoś wieczora

to ciało wyda ostatni podryg życia,

nim przeżre je robactwo; ten ochłap

gnijącego mięsa!


Proszę, spójrz w oczy! Bezwstydnie,

głęboko — zanim pewnej godziny

ktoś zgasi nocną lampkę,

odbierze świt; zanim znieruchomieją,

wpatrzone w niebo, lecz niewidzące

żagli dumnych obłoków,

a czekającego Boga…


Proszę, ucałuj wargi;

poczuj ich miękkość, ciepło i oddanie,

zanim wypadnie spomiędzy

słowo na pożegnanie,

nim wydadzą ostatnie tchnienie…


Proszę, obejmij mnie ciasno,

jakbyś czekał u krawędzi, jakbyś chciał

wysłuchać milczącej pieśni snów;

uczyń tak, zanim mój czas

potknie się

i połamie sobie wskazówki;

zanim ucichnie zbyt młodo.


Proszę, proszę, proszę…


Będę czekała, tu, na granicy jeziora,

w mieście, w których mieszkają

Twoje wszelkie mrzonki, uśmiech,

łzy, krzyk

i wieczna cisza…

Tulę się do Twojego wiersza

Przychodziłam do Ciebie

z lśnieniem poranka,

choć nie skończyły się jeszcze

łzy.


Pokonywałam wieczność,

aby — choć przez tchnienie zegara — spojrzeć

w szmaragdowe zwierciadła.


Przezwyciężałam i śmierć, i miłość,

by poprosić o kawałek

Twojego powietrza.


Szłam przez bezdroża — pomału, nieśpiesznie.

Niestety, choć pilnowało Cię

serce, czas pochodził

z odmiennej ery.


Choć dusza szeptała w rytm

Twoich snów, a samotność uśmiechała się

półgębkiem — od początku

byłam pewna, że nie odnajdę Cię

w moich dłoniach.


Że nie usłyszę gromkiego

szeptu,

a życie nie przyjdzie nie w porę;

odejdzie, nie odwracając się…


Tak się boję, że pewnego razu

stracę Twój smutek, który mi przyniosłeś!


Tak się lękam, że przenigdy

nie zasmakuję śladów Twoich palców

na moich nadgarstkach!


Uciekam przed myślą, że

prędzej runą wszystkie gwiazdy,

niż spotkamy się

pod tym samym niebem…


Cóż począć? Mogę tylko

płakać z cicha, tuląc się do wiersza,

który mi po Tobie pozostał…

Marzenia są po to

Marzenia są po to,

żebym każdego świetlistego ranka

przypinała Ci anielskie skrzydła,

byś mógł wznieść się

ponad czeluści ludzkich krzywd.


Marzenia są po to,

żebym budziła Twe serce

i zgarniała z szmaragdowego spojrzenia

ostatnią garstkę cienia.


Marzenia są po to,

żebym raczyła Cię śniadaniem —

— skromnym, lecz serdecznym

i doprawionym czułością.


Marzenia są po to,

żebym za każdym razem

nie potrafiła rozstać się

z karminową różą Twych warg;

żebym tęskniła, jak tylko

zatrzaśniesz drzwi.


Marzenia są po to,

żebym rozmyślała

o słodkich, białych łzach,

tak dotkliwie odległych;

żebym przypominała, jak

wczorajszej nocy wróciliśmy

zmęczeni

z gwiazdobrania; żebym kochała się

ze snami na jawie,

kiedy to rozpościerasz nade mną

grząskie ciało…


Marzenia są po to,

żebyś witał mnie świeżym wieczorem

z bukietem złocistych melancholii

i scałowywał z rozkoszą

rumieńce z oblicza;

abyś wręczał gwiazdę,

długo przez Ciebie hodowaną…


Tak, po to są marzenia, lecz…


Cisza powiedziała mi,

że marzenia spełniają się

nie dla mnie…

Kocham Twoje włosy

Kocham aż po brzegi serca

Twoje płowe, pachnące słodką wiosną

włosy.


Włosy barwy

dojrzewających zbóż,

które wkrótce podarują nam

tchnący cudem i miłością

chleb.


Włosy delikatne niczym

powiew wczesnego lata,

gładkie jakby muślin,

milsze w dotyku od aksamitu.

Lekkie są i zwiewne

jak otwierający się kwiat słońca,

zrodzonego z haftowanej rosą mgły.


W Twych włosach mieszka

moja nadzieja, piękno i światło,

wypełniające pospolity, brązowy

poranek cytrynowym połyskiem.


Cudowność jasnych pasm

zniewala i onieśmiela,

budzi do istnienia codzienność,

każde wypełniać się białą ciszą

aż po wierzchołki głodnych wzgórz.


Pragnę tych włosów…

Chcę zaciągać się ich wonią

aż po krawędzi płuc,

aż po skraj serca.


Aby wyrazić ich piękno,

zrywam najpiękniejsze gwiazdy

i wplatam między kosmyki…


Mój miły!

Zanim pójdziesz sobie

dalej, pozwól ucałować na koniec

te złote, jedwabiste pukle!…


Niech nauczę się na pamięć

ich cudu…

Płonące szmaragdy

O słodkie, płonące szmaragdy

Twoich oczu, podobne do złudzenia

niebiańskim migdałom!


Zielone jak młoda, szczęśliwa trawa,

jak zalążki listowia,

zdobiącego przedramiona bzów i jabłoni,

co pragną objąć i przytulić niebo!


Zielone szkiełka, wschodzące,

gdy świat odradza się

z popiołów

po skostniałych nocach, tchnących

mrozem porankach…


Oczy przejrzyste, czyste,

nienasycone i spragnione, bliskie wodom

o niepewnych falach,

z których słońce wydobywa refleksy —

— pozłacane iskierki

tańczące w Twych źrenicach,

gdy patrzysz na tę, która dostała

od Boga Wszystko…


Kocham głębię Twej duszy,

która podryguje w Twym spojrzeniu,

kiedy spoglądasz na nią…


Kocham, kocham te zielone migdały,

zapatrzone w przeciwny kierunek…

Tak bardzo chciałabym przyjrzeć się

ich niepowtarzalnej barwie!


Lecz Ty nie wiesz, że Cię tu kocham,

pomaleńku, nieśpiesznie…


Nie wiesz, że myśl o tych zielonych przepaściach

budzi mnie ze snu… Ze snu, który ukradkiem

od Ciebie pożyczyłam.


Ach, proszę, przestań być

nieukojoną fantazją! Stań się życiem,

dla którego warto tutaj być…


Lecz pamiętam, że nie wiesz nawet,

jaki kolor ma moje wnętrze…

Że kocham się ze snami o Tobie…

Że szmaragdowe zwierciadła pozostaną tonią,

w której nigdy nie ujrzę

swego pogodnego odbicia…

Kształt pieszczot

W Twoim zielonym spojrzeniu

dostrzegam lustro dla uczuć.

Na opuszczonych wargach mieszka

resztka blasku.

Twoje wątłe dłonie niosą życie

dla myśli. Wąskie biodra są obietnicą

nieskromnej pamięci.

Jasne włosy drażnią moją namiętność.


Zanim znów opadnę na dno,

zostaw pod drzwiami odrobinę snów.


Słyszę, jak biegną za nami

nasze poplątane cienie.

Widzę, jak czarne niebo otwiera się.

Bóg oprowadza nas po Raju.

Nie potrzebuję do szczęścia nic,

oprócz łez. Nawet melancholia nie zdoła

nas obudzić. Nawet zwątpienie nie ugasi

naszych zaginionych ramion.


Skąpani w nienaruszonej przestrzeni,

tkwimy tutaj i czekamy na kolejne życie.


Szmaragdowe okruchy oczu.

Usta o smaku gorzkich słów.

Szyja o cienkiej, delikatnej skórze.

Szeroka pierś, do której mogę tulić

swój strach. Twoje odważne dłonie

są kołyską dla epoki mojego dzieciństwa.

Uda mają siłę imadła.


Zanim nasza samotność umrze

na zawał serca, pozbierajmy popioły

zielonych łez.

Choć ciała nigdy się nie nakarmią,

dusze pozostaną razem

do końca.


Podnieśmy z dna

zaginioną gwiazdę.

Odnajdźmy zawieruszone westchnienie.


Ramiona niech nadadzą kształt

pieszczotom.

Rozbierz mnie z resztek marzeń

Rozbierz mnie z resztek marzeń.

Zedrzyj ostatnie wspomnienia.

Przynieś zatraconą łzę, żebym mogła zobaczyć

mój strach…


Szmaragdy Twoich oczu widzą nieskończoność;

miłość, która nie skarży się na przyszłość.


Twoje pięknie wyrzeźbione usta

niosą słodko-kwaśne słowa;

szept jest wyraźniejszy

od zaprzepaszczonego spazmu.


Twoje dłonie… Tak, Twoje dłonie

są obietnicą świeżego jutra,

niewiadomego światła,

wysłużonej krwi, bolesnej modlitwy.


Nie odchodź, zanim nie zapamiętam

Twojego zapachu, zanim nie zanurzę się

w słonym dotyku, zanim nie spłoną

nasze łzy.


Niestety, urodziliśmy się

w nieodpowiedniej epoce.

Powstaliśmy z niewłaściwych snów.


Kocham Cię za to,

że Ty nie możesz mnie kochać.


Ogrzej moje zlodowaciałe słowa

w gromkiej światłości spojrzenia.


Pragnę widzieć siebie

w Twoich oczach, zielonych jak

świeża nadzieja, jak wiosenny wiatr,

jak nowo narodzone listowie.


Proszę, weź w skromne dłonie

moją duszę i zbuduj jej

domek z kart.


Dotknij mojego rozległego głodu,

tchnij w moje wargi

niespokojny wiatr. Pozwól,

żeby bluszcz ramion owinął się

wokół naszych zmysłów.

Daj mi ogrzać się w pieszczocie.


Obiecuję, że pewnego razu

gwiazdy spłoszą słońce.

Kiedy spróbuję zasnąć, przynieś

jasne cienie, by strzegły

mojego zapomnienia.


Kiedy zbudzi nas szept, pomóż mi

odnaleźć w lustrze

moje najlepsze grzechy.


Grzechy, których nie żałuję.

Chicago, Twoje miasto

Chicago. Miasto, w którym urodziły się

Twoje pastelowe sny, gdzie słyszę

Twój cytrynowy śmiech.


W tym miejscu spełniają się przywidzenia,

nawet te nieosiągalne i zagadkowe.


Chicago to jedyny dom,

do którego wiodą tęczowe łzy,

zapomniana przypadkowo teraźniejszość,

przeszłość bez skargi.


To tutaj został Twój popielaty uśmiech

i oszukańczy smutek.


Twoje zielone łzy.


Uśmiech, który nie ma cienia. Marzyłam wiele,

lecz w Chicago poznałam prawdziwy smak

czasu, niezastąpiony zapach skóry,

napiętej do słodkiego cierpienia,

nieproszoną otuchę, niewidzialne serca,

przyjazny ból.

W Chicago zachód słońca trwa bez końca.

Ludzie nie noszą pustych twarzy,

Twojej duszy jest ciepło.


W Chicago pamiętasz, co śniło Ci się

ostatniej nocy.

I choć nadejdzie zima, tutaj zbiegną się

wszystkie pory roku.


Chicago kocha Twoje wspomnienia,

tuli do piersi najpiękniejsze łzy.

To kraina odrzuconych pragnień,

miejsce nieprzewidzianych snów.


Zakątek, gdzie wystarczy miejsca i dla życia,

i dla śmierci.

To tu Bóg przechadza się o zachodzie.


To tu dobre łzy toczą się w toń jeziora.


O, moje miasto, pilnuj moich marzeń!

Chroń moją duszę, schowaną w ciele,

zanim zapłonie w niej noc.


I choć dziś jesteś daleko,

Chicago pozostanie takie samo…

Spotkanie z Bogiem

Pewnego ranka zapragnęłam

zobaczyć się z Bogiem.


Brnęłam przez rozległe pustkowia,

pustynie i stepy,

gdzie szybko umiera to,

co jeszcze żyje.


Przemierzałam kolejne stulecia,

zamierzchle epoki, ery,

których pamięci nie strawił jeszcze czas.


Szłam powoli, nieśpiesznie,

poprzez spalone miasta,

poprzez kraje skąpane we własnej krwi,

zmieszanej z łzami.


Wędrowałam przez zwodnicze błota

i niebezpieczne bagna,

wyschnięte parowy,

przez przełęcze dzielące zazdrosne góry,

usiłujące zanurzyć swe strzeliste czoła

w odległych niebach.


Błąkałam się pośród ciemności,

wyzbytej haustu światła,

ciepłego okrucha ogrzewającego

zmęczone dłonie.


Stawałam u krawędzi,

w dole wrzały piekielne ognie,

pragnące strawić moją duszę,

odrzuconą przez miłość.


Podnosiłam głowę, by zajrzeć

w niebieskie spojrzenie świata;

pozłacany, delikatny deszcz obmywał

moje sumienie z wszelkich win.


Szłam więc, na przekór życiu,

wbrew światu.

Szukałam, chcąc zaspokoić narowisty głód…


Czy spotkałam Boga?


Tak.


Choć niewidoczny gołym okiem,

kroczył zawsze obok,

trzymając mnie za rękę,

wiodąc przez rozdroża…


Ach, Panie, wybacz mi krótkowzroczność,

bezmyślność, ten brak wierności!

Wybacz niewiarę, ciszę i głuszę,

które pozbawiły mnie zmysłów!

Wybacz złość, wybacz nieufność,

wybacz rozbuchany egoizm,

które więziły, tłamsiły mnie przez tyle lat…

Nasza wspólna epoka

Przeminęło wiele tysiącleci,

zanim nastąpiła nasza wspólna epoka.


Miliony rzek przetoczyło

swe rozgoryczone, płonące wody,

zmieszane z łzami z całego świata,

zanim świt wyjrzał lękliwie

zza kurtyny, zanim zabrzmiał ostatni dzwonek.


Przebrnęło przez naszą samotną,

opuszczoną planetę wiele wiosen,

lat, jesieni i zim, zanim stały się wspólnotą,

której nie podzieli już ani Boża melancholia,

ani ludzki, pospolity, śmiertelny grzech.


Kierunki świata rozpierzchły się

w panice, ale pewnego dnia zdołaliśmy je obłaskawić

kromką świeżego sumienia.


Pewnego wieczora runął deszcz,

tak marudny, zawzięty, nienawistny,

że utonęły w nim nasze światłolubne dusze,

że ukradł nasze łzy, trzymane na specjalną okazję.


Tak…


Lecz to już nieważne.


Dziś łączy nas obopólna siła samotności.

Nasze samolubne wyspy wpadły na siebie

pośród zmęczonych, krwawych fal — znienacka,

bez zapowiedzi…

W archipelag miłości zespoił się nasz

utracony świat, złączyły zaginione pośród wieczora

martwe złudzenia…


Przyszła noc, z szerokim uśmiechem

utkanym z najjaśniejszych gwiazd,

i otuliła nas swym czarnym futrem,

aby nasze sny były wreszcie ciepłe i kochane…


Cisza, spokój i namiętność

obsiadły zmysły, nagie ramiona,

wciąż niedowierzające temu,

że nostalgię często nazywa się Wzajemnością.


Wzajemnością, po której nie zostanie

ani jeden oddech.


Z której nigdy się nie wydostaniemy.

przeklinam modlitwę

gotuje się we

mnie moc przemijania

hoduję w kieszeni

powiek

twój nienaruszony lęk


między sumieniem a prawdą

kwitnie jabłoń

w której blasku

będziemy spijać

miąższ południa


igła znaleziona w stogu

przekłuwa biały balon

duszy


przeklinam modlitwę

co tłamsi w sobie

rozgoryczony prześwit


wznieś się ponad

zmęczone ławki

skrzących się iskier śliny


tonę pośród przecinków

pośród zaniechanych kroków

ku historii


zachłanny chleb

jątrzy skąpe kubki smakowe


powielam się w muzyce

twojej nadwrażliwości

ściana straceń

w za ciasnej ścianie

mojego słuchu mieszka ktoś

kto myli życie z nocą


i choć nadzieja grozi nam

kołkiem języka

pozostaniemy wierni pojednaniu


stanę na baczność kiedy

zacznie się ostatni film


wzdęte palce gwałtu

maskują krzywe zbyt rozległe

nosy

składam ciało z twoich śliskich

obłych straceń

składam duszę z powiewu

oddechu


i zostanie tylko niemoc

jakiej nie pokonasz

najczulszym ochłapem gwiazdy

śladem po burzy

co gotuje krew

w spreparowanej dłoni


nie kłam że

napotkasz obłudne wejrzenie

wzniosłe jak ściana straceń

jak ona uległa śmierci

czarno-białe kwiaty

i choć promień

przetnie na nierówne części

naszą epokę

nienawiść zrodzi się

z zimnych twardych macic

twoich róż

skowytu wysłużonej pamięci


przyjdź do mnie

ubrany w księżyc

z gwiazdami zaplątanymi

we włosy


zamknij usta Bogu

aby na nas nie czekał


kto wierzy zielonym oczom śmierci

krynicom miłości

ten nie doznaje życia

nie rozumie czarno-białych kwiatów


zanim złożony przypadek

zamaskował wargi

zanim słońce nie zgasło

z przerażenia


będziemy czujni jak stopy

którym marzy się

nieskończona wędrówka

wyszczerbione

nieprzemyślane sny ranią

najbardziej

zawieszone pośród pustki

niebo nie prosi o wzruszenie


wątłe wyszczerbione

skrzydła nie mogą udźwignąć

duszy

wpółżywe fantazje dokazują

nie pozwalając jeść

czy chodzić


nie kłóćmy się o szczęście

mamy go przecież pod dostatkiem


lśnią obłe przezroczyste ciała

marzeń

żelazna kurtyna powoli sunie

w dół


nie umiem kłamać

pomaleńku


dręczy Cię nadzieja? utop ją

w swoich łzach

powstań z martwych

i udaj

do sklepu po świeże

grzechy


zanim rozpęta się

jeszcze jeden świt pozwól ugrzęznąć

w Twych objęciach

zmarnowane życie

proszę posprzątaj

po nadziei

marzenia jeszcze nie dojrzały


nie widzę snów

w których mieszkają

niedokończone pragnienia


smutny kamień twego serca

nieodwiedzany od pokoleń


zapalmy trochę światła

w oczach rozniećmy życie

w martwych


czarna wstążka śmiechu

wije się od ust

po skronie

jątrzy się rana

po ugryzieniu miłości


Bóg podarował człowiekowi

świat ten nawet

nie podziękował


wskrzeszona z blasku nocy czekam

na twoje ostateczne powitanie


przedwiośnie hasa

z kwiatka

na duszę


zmarnowaliśmy kolejne życie

bez klatki schodowej

runął

w grzeszną nostalgię

niedomkniętą

jak niezgrabnie odmierzony dotyk

powieki pozłacanej

niby żyto


skradzione winy

skupiają się w archipelagi

jak przemarznięte zmysły


twoje sumienie pieczołowicie

krochmalone

w dniu Wigilii

przeciska się przez szmaragdowy

skradziony wąwóz


nie wystarczy nam dziś dotyku

musimy nauczyć się modlić

oszczędniej


paranienormalne zjawiska

rozsadzają zasuszone płuca

róża wiatru bije

w przeciwną stronę

chory rozsądek odleciał

do lepszych krajów


błagam cię

skonsumowana naprędce obojętności

dokąd wiodą te wszystkie przełęcze?

u podnóża której góry

rozwiesimy wilgotne języki

i pogrążymy w przyszłości

bez klatki schodowej?

zaginione pokolenia

nie płacz zbyt chciwie

nie spodziewam się marzeń

wszystkie leżą tu martwe

okrutnie otrute


tłamszę

pod lewym żebrem

cząstkę międzyludzkiej nienawiści

nie czekam na dzień wczorajszy

nigdy nie nadejdzie


rozplątuję naiwne spojrzenia

doprowadzam do równowagi

grzmiący szept

prosto w serce


brutalnie rozpalone ognisko

nie daje ciepła wszystkim marzną

obupłciowe stopy


nie spodziewałam się

tylu gwiazd sądziłam że nikt

nie przyjdzie

mnie pożegnać


jest jeszcze kryształowa noc

służąca za wazon

od wielu zaginionych pokoleń

samotny Bóg

spójrz w niebo

dziś po sercu pozostała tylko

fioletowa wzdęta nić


balansuję

między sztyletami gwiazd

a spreparowanymi łzami

pode mną wznosi się Raj

od dawna wyludniony


lud pozbawiony Ojca spija

czarną krew z języka marazmu


jest we mnie jeszcze

trochę z cienia

uciekam łapczywie

przed plastikowym słońcem


niesiemy w zębach

upolowane szczęście

skradzioną inwokację aby uśmierzyć

jaskrawy powiew snu


Boże ocknij się

ktoś puka

do Twojej samotności

Autor

przetaczam gwiezdne spojrzenia

ponad głowami aniołów

zrywam pieczołowicie

zakazane galaktyki aby był dumny


ktoś dobija się do warg

powinnam otworzyć?


zasuwam kotary zaginionego jestestwa

budzę się pośród pustych szklanek

i koszyków przejrzałych jabłek

wciąż nakazujemy iść

naszym ciałom a boimy się

zmyślonego upadłego wieczoru


nie chcę pamiętać o miłości

boję się o podniebienie


zanim wyobrazimy sobie czas

zapytajmy

co Autor miał na myśli

zapasy serc

jeden cel do którego wiodą

wszystkie drogi

przerwa w życiorysie


znów ubrudziłeś się światłem

miałeś tylko nazbierać róż

kwiat broni swojego losu

stroszy ostrza kolców


suną tabuny słów

całe sterty przeoczonych myśli

czarnoskóry impas błaga

o chwilę namiętności

skrawek skisłego mleka


usiłujesz wpoić

ciężkostrawną przynętę

fioletowe składowiska

martwej wody


łzy roztrzaskują się

o spopielały parapet


sławetny Boże

jak żyć gdy skończyły się

zapasy serc?

należy płakać cichutko

nie karm mnie krzepkimi łzami

nie roń kolejnych niezasłużonych gwiazd

moje serce kończy dziś trzy latka

za poranną szybą suną zatracone

rzeki nierozwiązanych kwestii

nie chcę się budzić zanim nie porozmawiam

z Bogiem za murem słów wykrwawia się

odepchnięte zwycięstwo

wyposzczone demony czekają

aż rzucę im kawałek duszy patrzę jak

pożerają z apetytem moje marzenia

plany pragnienia nie chcę iść

z garścią marmuru uwięzioną w

skwaśniałym gardle

pokaż mi jak należy płakać cichutko

zwięźle pomaleńku aby nie przestraszyć

kropią łzy

kropią łzy

myśli sypią się strugami


spadają kolejne sny

robi się gęsto

od niewinnych oddechów


za szybą czeka Bóg

w najdroższym garniturze

szytym na miarę


gotuje się od nabrzmiałych ech

sączy się ślina

zmieszana z nadzieją


wiem że nie odzyskam łez

kłębek smutku mruczy

mi na kolanach


nadwerężyłam sobie

prawą komorę serca

moja śmierć nie zasłużyła

na życie


namaluj mi swój czarno-biały oddech

skrupulatne miałkie marzenia


zamiast kochać

po cichu potajemnie

naucz się szanować samotność


jest tylko jedna

miejsce przy oknie

nie chciałam umierać

zbyt późno

za miejsce przy oknie

pociągu co znów przepadł

za zakrętem


nie chciałam cię wyręczać

dźwigać nadaremno

pustą skrytobójczą szklankę

bez drugiego dna


i jeśli duszna krew

jeszcze

się we mnie obraca

w odwrotną stronę

wszystkie drogi rozcina

rudy kot rozpaczy


zgasło w nas światło

rozpętała się pełnokrwista północ

płatki powiek przymarzły

do warg co doją

substytut gromkiej wiary


i choć sierpowata mrzonka pali

jak jutrzenka

rozpełzniemy się

we wszystkie kąty


zanim poczujemy

aż po szpik

zeszłoroczny dreszcz

ciało

zaryglowane ukradkiem pożyczone

ustąpi miejsca duszy zgniłej

a wiernej

jeden skromny grzech

nie wierzyłam snom

póki nie runęło

niebo


błąkaliśmy się

między świtem a pokorą

wysuszone sumienia

błagały o łzę


na paluszkach by nie zbudzić

kąsaliśmy w pięty

prymitywnych kochanków


zatrzaskiwaliśmy wargi

by kogoś nie ukąsić

nie przelać jadu

w niewinne żyły


senne koszmary bawią się

w ciuciubabkę

z samotnością


nawet słońce jest jakby

przygaszone


łuskam z wyuczoną pokorą

kolejne paciorki

może Bóg zrzuci nam

ze swej kryjówki

choć jeden skromny grzech?

ostatnie drzwi

pozbieraj zabawki

porozrzucane po kątach

za ciasnej głowy


przyjrzyj

z bliska

każdej kropli krwi


policz wszystkie gwiazdy

u wzdętego jak żagiel czoła


szkarłatny ból usiłuje przejść

przez zamknięte drzwi

pękła ruchliwa myśl

karmię ją mlekiem

pożyczonym od Boga


gdzieś za ścianą szlocha

osierocona dusza

duszo pożyczyć ci trochę oddechu?


nie ma już w nas

tej niebieskookiej ciszy

nie ma serc

wszystkie roztrzaskały się gdy

spadaliśmy z nieba


boję się snów

stojących na straży

czarno-białych wzruszeń


nie martwię się że zaśniesz obok


uciekniemy zanim zamkną

ostatnie drzwi

komu opłaca się wierzyć

liczyłam że

śmierć ma twoje oczy

które widzą to czego chcą


spodziewałam się burzy

upadło

na moje sumienie

tylko parę łez


w prezencie

nazwałam przyszłość

twoim imieniem

upiekłam rano słońce

chcesz kawałek?


nie umiem rozmawiać z miłością

samotność niema od urodzenia


komu

opłaca się

wierzyć

kulejącej od poczęcia prawdzie

czy milczeniu głośniejszemu

od krzyku

nowo narodzonego

szeptu?


od kiedy jesteś

na ty

ze śmiercią?

chory psychicznie świat

pozbawiona najpiękniejszych snów

oddawała się ramionom

zielonookiej nostalgii


karmiła odpadkami szczęścia

znalezionymi odłamkami dusz

łzami gasiła nieskończony apetyt


burzliwe poranki

nie niosły ciepła

zanurzała się we krwi

zmieszanej z wodą


nie śmiała pożegnać swojego ciała

tak ułomnego czarnego

niecnie wykorzystanego


serce stale odmawiało posłuszeństwa

cwałowało poprzez pustkowia

spalone lasy

zbrukane nienawiścią

czarno-białe łąki


nie potrafiła rozmawiać

o czarnym sercu melancholii

oczekującej na stacji


stale wątpiła

w swoje imię brzydziła się

niechcianymi urojeniami

jątrzącymi się


nie miała ochoty wstać

było jej przytulnie

pod cienkim starym kocem cienia


pomału uczyła się

współczucia ale

chory psychicznie świat

nie sprzyjał


zaciekawiona modliła się

do straconej ery

do niewłaściwie zinterpretowanej pożogi

jej reminiscencji


przyszedł jak zwykle

i odebrał jej śmierć

bo tylko tyle jej zostało


nie pozwoliła się obudzić

było jej błogo

wśród słów których dziś

każdy się wstydzi

Jeszcze zielone gwiazdy

Przyszła, pełna straconych łez,

mając nadzieję, że zastanie

coś więcej niż śmierć.


Nie wiedziała, jak zrewanżować się szczęściu,

któremu ktoś amputował serce.

Nie wierzyła, że los umarł

śmiercią naturalną. Bała się,

że słońce spóźni się na swój zachód.


Nie umiała zaufać obcej krwi,

wyrzekała się kradzionych refleksji.

Jej dusza była wystarczająco ciężka,

żeby pójść na dno. Słońce,

pełne chciwego blasku, odmawiało

posłuszeństwa adoptowanemu cieniowi.


Chciała krzyczeć, ale obiecała,

że nie będzie nadużywać pióra,

że nie będzie dręczyć zmęczonej kartki.


Pewnej nocy zrodziła się

na wysypisku niepotrzebnych przyjaciół.

Większość nie nadawała się już do użytku;

toczyła ich zgnilizna i robactwo.


Wreszcie nabrała przekonania,

że nikt jej nie podejrzy,

jeśli zerwie odrobinę porannej mgły.


Upewniła się, że nie zostawiła po sobie

oddechu, kiedy księżyc rozebrał się

do naga. Tym razem nie pomyliła marzeń;

noc — wciąż pełna wątpliwości —

— przyniosła jej życie, uwięzione w splotach

nieudanej wierności.


Choć krwawiły jej palce, skrupulatnie zbierała

do fartuszka świeże,

jeszcze zielone gwiazdy.

skradziony sen

powstali w skradzionym śnie

ich rzeczywistość pęknięta na pół

nie prosiła się

o jeszcze jeden wstęp


spojrzenia skąpane

w rozkosznej pustce

nie dawały ani życia ani wolności


ukradkowe zetknięcia dusz

nie niosły wytchnienia i spełnienia


prosili jedynie by przestali żyć

w rdzawej wietrznej kryjówce

skąd do marzeń tak odległa droga


na co dzień karmili się

wymarzonymi urojeniami

potajemnymi złudzeniami

którym każde ufało

jakie zmierzały we wrogich kierunkach


ludzie wierzyli że ich nienawiść

jest idealna

wierzyli że wiąże ich złość

tak skrupulatna że nie potrafią

podzielić się powietrzem


lecz oni schowani po wierzchołki serc

obawiali się przeszłości

dzielili ciszę której nie zdołali nazwać

karmili nawzajem słodkim ciastem

słońca udając że świt jeszcze

nie nadszedł

obierali ze srebrzystej skórki księżyc

zrywali ostrożnie kolczaste gwiazdy


kiedy nikt nie widział

dzielili każdy haust powietrza

każde spojrzenie dotyk

ból

zanurzali się w cierpieniu

aby ich pokryjoma pasja

nie wstydziła się światła

żeby kroki tych których nie znają

zacierał grząski powiew niewinności


dlaczego dlaczego tak bardzo

bali się świata?

chyba nigdy nie powiedzą

sobie tego


prosto w dusze

bali się uwierzyć

łudzili się czasem

przysięgali sobie

bez cienia zniszczonych słów

że ich uczucie odzyska

nostalgiczne imię


bali się uwierzyć

że słodka czuła nienawiść

prowadzi do miłości

słonej a cytrynowej


za pierwszym oddechem

oboje nie ufali

podrygom swoich pragnień


choć miłość targała

niewidomymi zapewnieniami

woleli nie spoglądać w oczy

swym ciałom

woleli szeptać pomaleńku z ukrycia

kiedy złość nie miała ani znaczenia

ani odwagi


ich serca wciąż czaiły się

w pobliżu skrzywdzonych sumień

ale czas był silniejszy


nadzieja nie korzystała z ważnych słów

zaufanie było tylko

poranioną mrzonką dającą okrutne

czarne kwiaty


bezkrwiste dalekie sobie dłonie

szukały wejścia do piekła

do innego świata gdzie rodzą się

malinowe łzy


ta miłość nie mogła

ujrzeć światła gruntownie ukrywanego

oszukiwanego przez prawdę

bronili jej

przed nienasyceniem

przed ciepłolubną goryczą

zamaskowaną przyszłością

obojętnością co łączy a nie dzieli


choć tęsknili

za wspólnym księżycem

za szczęściem którego nie mogli

sobie przynieść

nie potrafili ochrzcić imieniem tego

co tak dalekie

lecz do bólu serca bliskie

pojedynczy smutek

ich łzy kropiły

prosto na wyczerpane milczeniem

dłonie

tkane z melancholii


smutek

dotąd pojedynczy i opuszczony

kojarzył potargane szkarłatnym

wiatrem skrupuły

pozornie podzielone

spokojem i odrazą


śnili choć sen nie niósł

pociechy i odpoczynku tylko

nienawistny szept

zapomnianą modlitwę

zatracone w sobie myśli


zmuszeni budzić się

każdego opuszczonego wieczora

przynosili dusze księżycowi

zanim zdążył zapomnieć

o swym blasku


zmuszeni wyciskać soczyste łzy

z pomarańczy jutrzenki

by spoglądać w oczy które widzą

tylko miłość


ona była ciszą i pokorą

snem i kłamstwem

radością i zwycięstwem

on zaś cierpiał

przez każdy przypadkowy ślad

bolał go strach

którego nie potrafił utulić do śmierci


wiedział że na niego patrzy

kiedy stał pochylony nad swoim

zakłamanym sercem


wiedziała że jego sny są dedykowane

ich zapomnianym niepokonanym oazom


spojrzenia nie mogły

na siebie trafić

dłonie wyobrażały sobie smak

przekomarzających się naskórków

zapach namiętności

i pokiereszowanych marzeń

podzieleni namiętnością

pragnęli wybudować domek z kart

ale los odszedł w przeciwnym kierunku

ich miłość do bólu cytrynowa

musiała pozostać niespełnioną pogardą

zaniechanym oddechem

zatrzymanym w biegu wiatrem


nie wiedzieli dotąd

że nawet udaremniony uśmiech

pławi się

we wrzątku kapryśnej krwi


nie spodziewali

że nadzieja krzepnie w ich żyłach

przemienia się w noc

z której się nie wydostaną


nie bronili się przed wspólnymi łzami

nie uciekali przed myślami

które ktoś kiedyś opuścił


niestety ich przeznaczenie

było silniejsze od miłości

zaś miłość była przystanią

dla zjednoczonych cieni

niewypowiedzianego kłamstwa

usłużnej prawdy


od dawna walczyli o posłuszeństwo

zmagali się z niewypowiedzianymi słowami

uciekali przed gwiazdami

z ich snów

tonęli w zabronionych odmętach

czułości zatracali w słodko-kwaśnej marze


nie nie mogli marzyć

póki krwawiąca namiętność

dzieliła ich ciała

zagadka

nie ma samotności

jakiej nie można nakarmić i oswoić

grzechem


nie ma miłości przed którą nie sposób

ukryć zakazanych marzeń


słychać kroki

pośród pogubionych gwiazd

szkarłatnych niby świeży smutek

niczym kosztowna łza


duszy jest za ciasno

w źle skrojonym ciele

milczenie głośniejsze

od paroksyzmu strachu


błękitne myśli opadają

na trotuar sumienia

niczym pierwszy śnieg

lecz on nie pragnie szczęścia

potrzebuje krzywoustego blasku

rzucającego gęsty trujący cień


zbędne jest mu współczucie

nie polega na nadziei


nie prosi o ciepło ból i bezpieczeństwo

nie chce jutra

które ma nadejść

za tysiąc lat

nie potrzebuje życia aby obudzić się

w pokoju pełnym

wiecznych białych róż


może ofiarować życie

może przeciwstawiać się pamięci

lecz boi się że będzie słabszy

od przeznaczenia


kamienna róża serca stroszy kolce


wiedzie życie z dala

od potulności smutku obustronnych łez

spragnionych samotności urojeń


nie nie musi marzyć aby milczenie

pobrzmiewało w jego zatraconych

ciemnościach


pozostała mu tylko wydmuszka serca

nieszczęśliwego jak nawracająca zima

potrafisz okłamać sen

cierpisz by odnaleźć to

co niedostępne

zapomnianym wspomnieniom


jesteś by Twoja biała krew

ścięła się w życiodajną perłę

zrodzoną

z przynależności

do odmiennego czasu

powstałą na przekór

niewykorzystanym snom


wielokrotnie prosiłeś aby strach

dogonił łzy

żeby cisza wezbrała

martwym krzykiem


wierzyłeś że Ty także potrafisz okłamać

sen napoczęty przypadkowo

z czerstwego ciała otuchy

powstały na przekór stopom

które wdepnęły w stado ostrych

jak śmiertelny grzech gwiazd


czekałeś na nią od kilku tysiącleci wierząc

że powróci

zasmucona i wdzięczna

ale Twoje serce spłonęło żywcem


jego dusza rozcięta na pół

łkała zakazanymi łzami

obmywającymi sumienie


nie chciał łkać przeciwko miłości

bo nie wiedział gdzie szukać śmierci

łzy mieszały się z miąższem

kwaśnego dojrzewającego jabłka


próbował odejść lecz nie pamiętał

skąd przyszedł

wciąż przyglądał się życiu

biegnącemu tanecznym krokiem

poprzez zakazane porty

poprzez odległe metropolie

zaginione lasy


nigdy nie obiecał że będą naręcza gwiazd

najdroższa krew

zielone łzy

lecz ona dopatrywała się prawdy


ta jawa sprawiała że przychodził czas

na zwątpienie

na ból który może zadać

tylko miłość

wyczekująca u podnóża Twojej nocy

skóra snów

szukali gorących cieni

pośród wdzierających się pod skórę

snów


szukali wzajemności u serc

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 33.55