Moja krótka historia
Mam na imię Voxword. Byłem aniołem odpowiedzialnym za tworzenie boskich słów. Moja moc była niezmierzona, każda wypowiedziana przeze mnie litera miała moc kreowania rzeczywistości, kształtowania losów i przemiany serc. Byłem częścią Bożego planu, tworząc harmonijne melodie, które przenikały przez wszechświat, niosąc miłość i nadzieję. Jednakże, moja pycha a także pragnienie posiadania większej władzy doprowadziły mnie na skraj upadku. Zbuntowany przeciwko harmonii, którą miałem tworzyć, złamałem prawo boskiego porządku. Przyłączyłem się do buntu Aniołów. Wtedy przyszła kara. Zostałem strącony na Ziemię, pozbawiony moich skrzydeł i mocy, skazany na wieczne błądzenie wśród ludzi, których miałem chronić jak również inspirować. Po wygnaniu z Nieba, pożałowałem swoich czynów i zwróciłem się do Ojca Boga. Zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem, odrzucając harmonię oraz miłość, które były częścią mojego istnienia. Czułem niewyobrażalny ciężar winy, a moje serce było przepełnione żalem. Modliłem się o przebaczenie, prosząc o szansę na odkupienie. Choć odpowiedź nie przyszła od razu, w głębi duszy wiedziałem, że moja pokuta musi być szczera i pełna oddania. Bóg zlitował się i nie zepchnął mnie do Otchłani. Rozkazał, abym pozostał wśród ludzi oraz używał mocy słowa dla ich dobra. Miałem być ich przewodnikiem, dzieląc się mądrością i pomagając im odnaleźć sens w chaosie życia. Zrozumiałem, że muszę w pełni zaakceptować swoją nową rolę, choć było to trudne. Żyjąc w średniowieczu, zostałem spalony na stosie przez Świętą Inkwizycję. Moje ciało zginęło w płomieniach, ale moja dusza nadal żyła, skazana na pokutę w przedsionku Nieba, gdzie żal i tęsknota są katami dusz. Odrodziłem się po siedmiu dniach oczyszczenia w Czyśćcu przybierając postać mnicha. Moje nowe życie miało być pełne pokory i oddania, a ja miałem służyć ludzkości w ciszy oraz skupieniu. Każdego dnia modliłem się i medytowałem, starając się zrozumieć głębsze sensy życia a także odnaleźć wewnętrzny spokój. Przez lata, praktykując duchowe odosobnienie, nauczyłem się, że prawdziwe zrozumienie i harmonia nie pochodzą z zewnętrznych mocy, ale z wnętrza serca. To, co kiedyś było moją siłą, teraz stało się moją misją: używać słów dla dobra innych. Jako kaznodzieja czy egzorcysta wspierałem wierzących w ich drodze do Boga. W każdym spotkaniu z potrzebującymi starałem się być przewodnikiem, który wskazywał im światło w najciemniejszych chwilach ich życia. Przyszło mi stawić czoło księciu ciemności. Wiedziałem, że to nie będzie łatwe zadanie, ale moja misja zawsze była pełna trudnych wyzwań. Jego moc była ogromna, a jego wpływ na ludzkie dusze głęboki. Musiałem się zmierzyć z tą potęgą, aby chronić tych, którzy szukali światła w ciemności. W tej walce każdy gest i każde słowo miały ogromne znaczenie. Użyłem najpotężniejszych słów egzorcyzmu, jakie zdołałem stworzyć. Słowa te miały moc przebicia przez mrok i wypędzenia najgłębiej zakorzenionych demonów. Każde z nich było jak błyskawica, która rozświetlała ciemność, niosąc ze sobą nadzieję oraz oczyszczenie. W trakcie tej duchowej walki czułem, jak moje dawne moce powracają na chwilę, przypominając mi o czasach, gdy byłem aniołem Voxwordem. Pan ciemności był podstępny do tego stopnia, że pozbawił mnie ludzkiego życia. Jego atak był szybki i bezlitosny, a ja nie miałem szans na obronę. Moje ciało upadło, a dusza została uwięziona w ciemności, skazana na wieczną tułaczkę. Ponownie odrodziłem się, wyrwany z mroku przez Archanioła Michała. Ten niebiański wojownik przemówił do mnie z mocą oraz determinacją, przypominając mi o mojej dawnej misji i obowiązkach względem ludzkości. Jego światło przeniknęło przez ciemność, rozdzierając ją na strzępy dając mi nowe życie. Michał przekazał mi nową misję — miałem być przewodnikiem dusz, które szukają przebaczenia i zrozumienia. Pod postacią wędrownego barda byłem świadkiem chrztu Litwy, który był wydarzeniem na miarę przełomu wieków. Widziałem, jak książę Mendog przyjmuje sakrament, a z nim cały naród wchodzi w nową epokę. Śpiewałem pieśni o nadziei oraz odrodzeniu, przekazując ludziom słowa, które miały na zawsze zmienić ich życie. To był moment pełen magii i duchowego przebudzenia, który na zawsze pozostanie w pamięci jako jeden z najważniejszych etapów mojej pokuty. Po wielu latach wędrówki zasnąłem snem śmiertelnym w jednej z Ojcowskich jaskiń. Tym razem odrodziłem się jako pasterz owiec. Moje życie stało się proste i spokojne, pełne codziennych zadań i rytuałów związanych z opieką nad stadami. Każdy dzień spędzałem na pastwiskach, obserwując naturę, ucząc się jej rytmów oraz mądrości. W ciszy i spokoju tych chwil odkrywałem nowe aspekty samego siebie, znajdując wewnętrzne ukojenie w otoczeniu przyrody. Wiedziałem, że to nowe życie było częścią mojego odkupienia, a każda owca, którą chroniłem, była symbolem mojej misji przewodzenia duszom ku światłu. Jako stary gazda stałem się doradcą proboszcza. Moje doświadczenie życiowe a także głęboka wiedza duchowa sprawiły, że byłem cenionym towarzyszem w jego codziennych obowiązkach. Wspólnie dbaliśmy o potrzeby duchowe naszej wspólnoty, moje rady często okazywały się nieocenione w trudnych chwilach. Prowadziłem różne inicjatywy, organizowałem spotkania modlitewne i pomagałem w rozwiązywaniu problemów wiernych. Śmierć przyszła znienacka, nie pozostawiając mi czasu na przygotowanie się do tego, co miało nadejść. Moje życie, pełne wyrzeczeń i poświęceń dla dobra innych, zakończyło się nagle, w dodatku brutalnie. Czułem, jak moja dusza oddziela się od ciała, unosząc się w przestrzeni pomiędzy światami. Byłem zagubiony i przerażony, nie wiedząc, co mnie teraz czeka. Zostałem wprowadzony przed oblicze Ojca Boga, Który zapytał:
— Czy zrozumiałeś już, Voxword, istotę swojej misji? Czy pojąłeś, dlaczego zostałeś strącony na Ziemię i jakie lekcje miałeś się nauczyć wśród ludzi?
Stałem pokornie przed Najwyższym, czując, jak każde Jego słowo przenika głęboko w moją duszę. Wiedziałem, że to nie był czas na wymówki ani na ukrywanie prawdy. Zebrałem całą odwagę, jaką miałem po czym odpowiedziałem:
— Tak Ojcze. Zrozumiałem, że moją pychą i pragnieniem władzy zdradziłem harmonię i miłość, które powinny być fundamentem mojego istnienia. Przyjąłem teraz, że moje miejsce jest wśród ludzi, aby służyć im oraz prowadzić ich ku światłu słowem a także mądrością.
Bóg spoglądał na mnie z nieopisanym spokojem i łagodnością, która przenikała wszelkie wątpliwości w moim sercu.
— Twoje odkupienie — rzekł. — jest aktem nieustannego poświęcenia i miłości. Musisz pamiętać, że każde twoje słowo czy gest mają moc kształtowania rzeczywistości. Wykorzystaj tę moc dobrze, Voxword. Twoja misja nie skończyła się, ale dopiero się zaczyna. Wiele jeszcze przed tobą wyzwań, ale i wiele okazji, by naprawić błędy przeszłości.
Przysiągłem sobie w tym momencie, że nigdy więcej nie zboczę ze ścieżki, którą mi wyznaczył Najwyższy. Odtąd każde moje działanie miało być świadectwem miłości i zrozumienia, którymi Bóg obdarzył mnie w swojej nieskończonej mądrości. Gdy opuściłem oblicze Ojca Boga, czułem się odrodzony oraz pełen nadziei. Wiedziałem, że na mojej drodze czeka jeszcze wiele prób, ale czułem się gotowy, by im stawić czoła. Moje życie miało teraz jasny cel — być światłem dla tych, którzy zagubili się w ciemnościach, przewodnikiem dla dusz poszukujących przebaczenia i zrozumienia. Ta chwila była punktem zwrotnym w mojej egzystencji, przypomnieniem, że nawet w najciemniejszych momentach istnieje szansa na odkupienie oraz nowy początek. Właśnie to miałem przekazać ludziom — nadzieję, która nigdy nie gaśnie i miłość, która przezwycięża wszelkie przeszkody.
Zszedłem na Ziemię pod postacią młodego wikarego w wiejskiej parafii. Przyjęcie tej roli miało dla mnie ogromne znaczenie, gdyż pozwoliło mi być blisko ludzi, których codzienne życie wypełnione było prostymi radościami a także trudami. W małej wiosce, otoczonej polami i lasami, mogłem na nowo odkrywać piękno Bożego stworzenia, ucząc się od skromnych ludzi pokory czy też oddania.
Każdego dnia spędzałem czas na modlitwie i rozmowach z parafianami, starając się zrozumieć ich troski oraz radości. Byłem dla nich przewodnikiem duchowym, wspierając ich w trudnych chwilach i pomagając odnaleźć ścieżkę ku światłu. Wspólne msze, święta czy obrzędy pozwalały mi zbliżyć się do nich, a każda homilia była okazją do dzielenia się mądrością i nadzieją. Przez te lata w parafii nauczyłem się, że prawdziwa siła leży w prostocie serca oraz oddaniu służbie innym. Każda modlitwa, każde słowo miało moc uzdrawiania dusz i przynoszenia ukojenia w trudnych chwilach. Zmarłem po ciężkiej chorobie, która przez wiele miesięcy pochłaniała moje siły. Każdy dzień był walką z bólem i cierpieniem, a moja dusza stopniowo oddzielała się od ziemskich trosk. Czułem, jak moje ciało gaśnie, a najbliżsi otaczają mnie troską oraz miłością, starając się ulżyć w ostatnich chwilach. W moim sercu panował spokój. Wiedziałem, że moje życie, choć pełne wyrzeczeń i prób, miało głęboki sens oraz cel. Byłem gotowy na to, co nadejdzie, czekając na spotkanie z Ojcem Bogiem.
Tym razem na spotkanie w niebie wyszła mi sama Matka Chrystusa. Jej oblicze promieniowało niewysłowioną miłością oraz łagodnością. Maryja podeszła, a Jej obecność wypełniła mnie niespotykanym pokojem. Jej słowa były jak muzyka, która koiła moje zmęczone serce. Podeszła i rzekła:
— Voxword, twoje cierpienia nie były daremne. Twoja pokuta i oddanie dotarły do wielu dusz, które dzięki tobie odnalazły światło.
Jej spojrzenie przeniknęło w głąb mojej duszy, przynosząc ulgę oraz zrozumienie. Wiedziałem, że teraz, pod jej przewodnictwem, moja misja nabierze nowego znaczenia. Maryja przypomniała mi, że miłość i miłosierdzie są najpotężniejszymi narzędziami, jakimi mogę się posługiwać w mojej wędrówce przez życie wśród istot słabych dzieląc ich słabości.
Przyszła Druga Wojna Światowa. Przyjąłem rolę kapelana Strzelców Podhalańskich, niosąc duchowe wsparcie żołnierzom walczącym na trudnym froncie. Było to wyzwanie, które wymagało ode mnie wielkiej odwagi i niezłomnej wiary. Każdego dnia widziałem ból oraz cierpienie, ale także niezłomność ducha i braterstwo między żołnierzami. Modlitwa stała się naszą codzienną pociechą, a moje słowa miały moc podnosić na duchu tych, którzy stawiali czoła śmierci. Wiedziałem, że moja obecność była ważna, by nieść nadzieję i wiarę w zwycięstwo, nawet w najcięższych chwilach. Nasze wspólne nabożeństwa były momentami wytchnienia oraz umocnienia w wierze, które dawały siłę do dalszej walki. W trudnych warunkach frontu doceniałem wartość każdej chwili ciszy, każdej wspólnie odmówionej modlitwy, która przynosiła ukojenie a nawet nadzieję.
Podczas mojej służby jako kapelan Strzelców Podhalańskich, stałem się świadkiem najokrutniejszych czynów, jakie człowiek potrafi wyrządzić drugiemu człowiekowi. Byłem świadkiem, jak hitlerowcy palili całe wioski za pomoc Żydom. Takie momenty testowały granice mojej wiary i nadziei, lecz także umacniały moje przekonanie co do wartości miłosierdzia oraz współczucia. W obliczu przerażającej brutalności, moje modlitwy i słowa pocieszenia stały się promykiem światła dla tych, którzy znaleźli się w najciemniejszych chwilach. Mimo ogromu cierpienia a także zniszczenia, wciąż wierzyłem w siłę dobra i możliwość odkupienia, nawet w obliczu najgorszej tragedii. Każdego dnia starałem się być wsparciem dla tych, którzy stracili wszystko, pomagając im znaleźć wewnętrzną moc do przetrwania i nadzieję na lepsze jutro. Kilka miesięcy przed końcem wojny na plebanię wdarło się Gestapo. Pod osłoną nocy przeszukiwali każdy kąt, szukając ukrywających się partyzantów i Żydów. Strach oraz napięcie w powietrzu były niemal namacalne. Wiedziałem, że moje życie wisi na włosku, ale modliłem się o siłę i odwagę, aby pomóc tym, którzy byli w potrzasku. Dzięki Bożej łasce udało mi się ukryć kilka cennych istnień, ryzykując wszystko, co miałem. W chwilach największego niebezpieczeństwa, czułem obecność Maryi, która przypominała mi, że dobro zawsze znajdzie sposób, aby zatriumfować nad złem. Ostatecznie nie udało mi się przeżyć do końca wojny. Zginąłem, broniąc ukrywających się ludzi przed żołnierzami Gestapo. Moje ostatnie chwile na ziemi były pełne bólu, ale także nadziei, że moje poświęcenie pozwoli innym przetrwać. Gdy moja dusza unosiła się ku niebu, czułem, że spełniłem swoje przeznaczenie. Śmierć w moim przypadku to zawsze jest nowy początek. Z każdym odejściem zostawiałem za sobą doczesne troski czy zmartwienia, by w nowym wcieleniu podjąć nowe wyzwania i misje. Moja dusza wciąż wędrowała, niosąc ze sobą nauki oraz doświadczenia z poprzednich żyć. Każda reinkarnacja była szansą na niesienie światła oraz uzdrawianie ludzkich serc.
Reinkarnacja anioła na Ziemi jest cudownym przykładem boskiej miłości, która przenika każde istnienie oraz przynosi nadzieję w najciemniejszych chwilach. Jest to manifestacja nieskończonej łaski a także miłosierdzia, która ukazuje, że każde życie, każde poświęcenie ma swój głęboki sens i cel. Anioł, odradzając się w ludzkiej postaci, niesie ze sobą nie tylko pamięć minionych żyć, ale i zrozumienie, które pozwala mu być przewodnikiem oraz uzdrowicielem dla zagubionych dusz. Jego obecność na Ziemi przypomina, że boska miłość jest wieczna i nie zna granic, a każde odkupienie spełnia się dzięki wierze oraz oddaniu. W każdym nowym wcieleniu anioł stara się wypełniać swoją misję, by promieniować światłem czy nadzieją, które są nieodłącznymi atrybutami boskiej miłości. Większość dusz ludzkich nie posiada daru reinkarnacji. Ich wędrówka kończy się w momencie śmierci, kiedy to stają przed obliczem Boga, aby rozliczyć się ze swojego życia. Każda dusza jest oceniana pod kątem swoich uczynków oraz intencji, a następnie scalana z Wszechduchem Stwórcy. Tylko nieliczne dusze, wybrane przez Boga, mają możliwość powrotu na Ziemię w nowym wcieleniu, by kontynuować swoją misję. To wyjątkowy przywilej, ale i ogromna odpowiedzialność, wymagająca wielkiej siły ducha oraz niezłomnej wiary.
Po mojej śmierci jako kapelana Strzelców Podhalańskich, narodziłem się ponownie w czasach komunistycznych. Będąc adwokatem Żołnierzy AK a także członków Solidarności naraziłem się wielu komunistycznym dygnitarzom. Było to niebezpieczne zadanie, wymagające nie tylko odwagi, ale i niezłomnej wiary w sprawiedliwość. Wielokrotnie stawałem w obronie niewinnych, którzy padli ofiarą politycznych prześladowań. Moje zaangażowanie w obronę prześladowanych nie uszło uwadze władz PRL, które postanowiły wydać na mnie wyrok śmierci. Życie stało się nieustanną walką o przetrwanie i ochronę moich bliskich. Funkcjonariusze służb bezpieczeństwa obserwowali każdy mój krok, a ja musiałem być coraz bardziej ostrożny, aby uniknąć aresztowania. Pomimo ciągłego zagrożenia, nie zaprzestałem swojej działalności, wiedząc, że moja walka o sprawiedliwość oraz wolność jest warta każdego poświęcenia. Agenci UB zrobili na mnie zasadzkę, gdy zmierzałem do jednej z tajnych kryjówek ruchu oporu. Przechodząc przez ciemne zaułki miasta, nagle usłyszałem szybkie kroki za swoimi plecami. Serce zabiło mi mocniej, a adrenalina zaczęła krążyć w moich żyłach. Wiedziałem, że muszę działać szybko i zdecydowanie. W mgnieniu oka wskoczyłem do bocznej uliczki, starając się zniknąć z pola widzenia prześladowców. Moje doświadczenie jako adwokat czy kapelan w czasie wojny nauczyło mnie, jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych, ale teraz stawka była wyższa niż kiedykolwiek wcześniej. Znalazłem chwilowe schronienie w starej opuszczonej kamienicy. Słyszałem, jak agenci przeszukują okolicę, a ich głosy były coraz bliżej. Modliłem się w duchu o siłę i odwagę, aby przetrwać tę próbę. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że nie chodzi tylko o moje życie, ale również o bezpieczeństwo tych, których broniłem oraz wspierałem. Udało mi się wymknąć z oblężenia, ale wiedziałem, że muszę być jeszcze bardziej ostrożny i dyskretny w mojej działalności.
Kolejnego dnia, idąc do pracy, usłyszałem strzał i poczułem ból pod lewą łopatką. Upadłem na ziemię, a świat wokół mnie zaczął się rozmywać. Mimo bólu czułem wewnętrzny spokój, wiedząc, że spełniłem swoją misję. Byłem gotowy na kolejne wyzwanie, które przyniesie los. Czułem, jak życie uchodzi ze mnie, ale nie bałem się, bo wiedziałem, że każdy koniec jest nowym początkiem. W ostatnich chwilach mojego życia na ziemi modliłem się o siłę dla tych, których zostawiam, wierząc, że moje poświęcenie przyczyni się do ich dobra.
Przyszedłem na świat dwa dni później, stając się przewodnikiem duchowym. Obecnie znany jestem jako Angel Voxword i prowadzę gabinet zdrowia emocjonalnego „Dotyk Anioła”. Moim celem jest pomoc ludziom w odnalezieniu harmonii w ich życiu i przywracaniu wewnętrznego spokoju. Każdego dnia spotykam się z osobami, które pragną uzdrowić swoje dusze, odkryć swoje prawdziwe „ja” i pokonać swoje wewnętrzne demony. W moim gabinecie staram się używać mojej wiedzy oraz przez wieki zdobytego doświadczenia, aby prowadzić ich ku lepszemu zrozumieniu samych siebie oraz świata, który ich otacza. Do mojego gabinetu przychodzą różne osoby. Najczęściej to młodzi i zranieni na sercu ludzie. Każdy z nich nosi w sobie historię pełną bólu oraz rozpaczy, każda dusza szuka ukojenia a przede wszystkim zrozumienia. Wspierając ich w ich podróży, staram się być niczym latarnia morska, wskazując im drogę przez burzliwe wody życia. O poradę pytają wszyscy, niezależnie od stanu, zawodu czy wieku. Pragnę Wam przedstawić kilka a nawet kilkanaście historii.
Dziewczyna mojego chłopaka
Pewnego chmurnego popołudnia przyszedł do gabinetu dwudziestoletni brunet o zielonych oczach. Usiadł na sofie na wprost mnie, jego oczy pełne były niepokoju i zagubienia. Przez chwilę milczeliśmy, pozwalając by cisza wypełniła przestrzeń między nami. W końcu zaczął mówić, a jego głos drżał od emocji, które tłumił w sobie od dawna. Opowiedział mi historię swojej relacji z trzydziestoletnim biseksualnym mężczyzną, który był dla niego nie tylko partnerem, ale także źródłem wielkiej radości oraz bólu. Słuchałem uważnie, starając się zrozumieć złożoność jego uczuć i znaleźć sposób, aby mu pomóc. Brunet, który miał na imię Miłosz zaczął opowiadać historię swojej miłości.
Ich spotkanie miało miejsce pewnego letniego wieczoru, kiedy owiał ich powiew świeżej nadziei oraz nieoczekiwanych uczuć. Każde spojrzenie, każdy gest między nimi budowały most porozumienia, który łączył ich dwa światy. To uczucie, które ich połączyło, było jak iskra na suchym polu — intensywne, nieprzewidywalne oraz wszechogarniające. Młody brunet, pełen pasji jak i marzeń, znalazł w starszym partnerze nie tylko miłość, ale także mentora, który pokazywał mu, jak żyć pełnią życia, jak czerpać radość z każdego dnia. Trzydziestolatek, z kolei, odnajdywał w młodzieńczej energii a także niewinności swego wybranka dawno zapomniane uczucia oraz pragnienia. Relacja ta była jednak skomplikowana i pełna wyzwań, które wynikały nie tylko z różnicy wieku, ale i z różnorodności ich doświadczeń życiowych, oraz faktu, że mężczyzna miał dziewczynę, która była mocno zazdrosna.
Miłosz na ostatniej randce z partnerem, siedząc na sofie w mieszkaniu kochanka, zebrał w sobie odwagę i zapytał:
— Krystian, czy kiedyś będzie nasza kolej, aby być razem w pełni, bez ukrywania się?
Partner spojrzał na niego a w jego oczach malowały się mieszane uczucia. Miłość, ale też ból, związany z koniecznością życia w sekrecie. Po chwili odpowiedział mu:
— Miłosz, nie jest to takie proste. Życie, które prowadzę, jest pełne zobowiązań i skomplikowanych relacji. Kocham Cię i pragnę być z Tobą, ale musimy zrozumieć, że nasze uczucia nie mogą zranić innych osób. Dziewczyna, z którą jestem, również ma swoje uczucia i nie zasługuje na to, by cierpieć.
Chłopak słuchał w milczeniu, czując ciężar słów swojego partnera. Wiedział, że uczucia, które dzielili, były prawdziwa, ale również zdawał sobie sprawę z trudności, które przed nimi stoją.
— Czy to znaczy, że nigdy nie będziemy mogli być razem naprawdę? — zapytał, starając się ukryć smutek w swoim głosie.
Krystian wziął głęboki oddech i spojrzał mu prosto w oczy.
— Nie wiem co przyniesie przyszłość, Miłosz. Ale wiem jedno: musimy być cierpliwi i silni. Jeśli nasza miłość jest naprawdę tak silna, jak czujemy, znajdziemy sposób, aby pokonać wszystkie przeszkody. Tymczasem musimy być ostrożni i nie ranić tych, którzy są wokół nas.
Miłosz skinął głową, chociaż w jego sercu wciąż tlił się żal a także niepewność. Wiedział, że czeka ich trudna droga, ale postanowił zaufać słowom Krystiana oraz wierzyć, że miłość przetrwa wszystkie próby.
Miłosz, poruszony słowami partnera, cicho zaszlochał. Trzydziestolatek objął chłopaka ramionami, przyciągnął do siebie i szepnął:
— Zawsze będę Cię kochał, bez względu na wszystko.
Krystian zamknął oczy, czując ciepło oraz bezpieczeństwo w objęciach Miłosza. Chwilę później zaczął delikatnie całować go po szyi, jakby chciał zatrzymać czas i uchronić tę chwilę przed wszelkimi trudnościami, które mogłyby nadejść. Jego usta namiętnie całowały uszy Miłosza, który wydawał ciche dźwięki podniecenia. Wszystkie zmysły chłopaka były wyostrzone, a ciało reagowało na każdy dotyk Krystiana. Miłość, którą dzielili, była teraz bardziej namacalna niż kiedykolwiek wcześniej. W tej chwili świat zewnętrzny przestał istnieć, a oni trwali razem w pełnej harmonii. Krystian złączył swe usta z ustami Miłosza, a ich języki delikatnie muskały się, w tańcu pełnym czułości i pasji. Ich pocałunki były ciche, ale pełne emocji, jakby każdy dotyk wyrażał słowa, których nie byli w stanie wypowiedzieć. Czas zdawał się zatrzymać, gdy ich serca biły w jednym rytmie, a połączenie dusz stawało się coraz silniejsze. W tamtej chwili, mimo wszystkich przeciwności, czuli, że ich miłość jest niezniszczalna.
Miłosz poczuł, jak jego oddech przyspiesza, a serce zaczęło bić mocniej. Krystian delikatnie odsunął się, patrząc na niego z troską i głęboką miłością.
— Miłosz, wszystko będzie dobrze. — powiedział, głaszcząc go po włosach. — Nasza miłość nas poprowadzi.
Chłopak zdjął koszulkę odsłaniając tors i sterczące sutki. Trzydziestolatek delikatnie zaczął je pieścić a Miłosz wydawał głośniejsze dźwięki podniecenia. Krystian zdjął koszulę odsłaniając swoją muskulaturę nie przerywając pieszczot. W pewnym momencie zapytał:
— Chcesz się ze mną kochać?
— Tak. — wyszeptał brunet.
Krystian pocałował Miłosza namiętnie, a ich ciała zaczęły poruszać się razem w harmonijnym rytmie, gdy oddawali się miłości. Zdjęli z siebie dolne części garderoby, a ich ciała złączyły się w jedności. Każdy dotyk, każdy ruch był pełen miłości oraz pasji, jakby chcieli wyrazić wszystkie swoje uczucia w tej jednej chwili. Ciepło ich ciał a także intensywność emocji sprawiały, że czuli się kompletnie połączeni na każdym poziomie — fizycznym i emocjonalnym. Ich serca biły w jednym rytmie, a miłość, którą dzielili, była bardziej namacalna, potężniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Miłosz spojrzał w dół i zobaczył, że członek kochanka był duży i mocno nabrzmiały. Pochylił się i wziął do ust. Był to jego pierwszy raz. Choć odczuwał pewne obawy, to jednak miłość a także zaufanie, które miał do Krystiana, pomagały mu przezwyciężyć wszelkie lęki. Każdy dotyk, każdy ruch był dla niego nowym doświadczeniem, które wzmacniało ich więź. Krystian prowadził go delikatnie, z czułością, dbając o to, aby Miłosz czuł się komfortowo i bezpiecznie. Wspólnie odkrywali nowe tajemnice swojego ciała, zanurzając się głębiej w morzu namiętnej miłości. Miłosz czuł, jak ich połączenie stawało się coraz silniejsze, a serce biło mu z radości, że może dzielić tę intymną chwilę z osobą, którą kochał najbardziej na świecie. Trzydziestolatek delikatnie wsunął członek między pośladki kochanka, który jęczał z bólu i podniecenia. Po ich ciałach spływał pot, a oddechy przyspieszały. Każde ich zetknięcie niosło ze sobą nowe fale przyjemności oraz dzikiego wyuzdania. Krystian dbał o to, żeby każdy ruch sprawiał Miłoszowi przyjemność, a ich połączenie było pełne czułości i rozkoszy. Byli razem, jedność ich ciał oraz dusz była niezachwiana. Świat na zewnątrz mógł się rozpadać — oni mieli siebie. Trzydziestolatek krzyknął, brunet poczuł jak jego wnętrze wypełnia się ciepłem. W tym samym momencie z penisa Miłosza wytrysnęło nasienie lądując na liściach monstery, która stała nieopodal sofy. Zmęczeni, ale zadowoleni oraz pełni miłości opadli na sofę. Nie spostrzegli, gdy do mieszkania weszła dziewczyna Krystiana. Kobieta stała z kijem baseballowym w ręku, patrząc na nich z mieszanką złości i niedowierzania. Jej oczy płonęły gniewem, a ręce drżały z emocji. Krystian natychmiast się podniósł, zasłaniając Miłosza swoim ciałem, jakby chciał go ochronić przed nadchodzącą burzą.
— Co tu się dzieje?! — wykrzyknęła, podnosząc kij w geście groźby. — Jak mogłeś mnie zdradzić?!
Krystian próbował znaleźć słowa usprawiedliwienia, ale jego głos zamarł w gardle. Miłosz, mimo strachu, zdołał wstać i stanąć obok swojego kochanka, gotów stawić czoła konsekwencjom ich miłości.
— Przepraszam… — zaczął Krystian, próbując złagodzić sytuację. — To nie miało tak wyjść…
Kobieta opuściła kij, ale jej twarz wciąż była pełna bólu i rozczarowania.
— Jak mogłeś? — powtórzyła cicho, a łzy zaczęły spływać po jej policzkach.
Miłosz chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że to nie jest dobry moment. Zacisnął usta, patrząc na Krystiana, który w końcu zebrał się na odwagę.
— Przepraszam, naprawdę przepraszam. — powiedział Krystian, sięgając po jej rękę, ale kobieta cofnęła się, nie chcąc jego dotyku. — Nasza miłość… to nie jest coś, co mogłem kontrolować.
Kobieta odwróciła się, próbując opanować swoje emocje.
— W takim razie odejdźcie. — powiedziała cicho, z trudem powstrzymując łzy. — Zabierz swoje rzeczy i odejdź!
Krystian spojrzał na Miłosza, a następnie na kobietę, która była kiedyś jego całym światem. Wiedział, że nie ma powrotu, że ich miłość musi teraz znaleźć inną drogę. Po chwili milczenia skinął głową, zgarnął swoje rzeczy, z sercem ciężkim od żalu, opuścił mieszkanie razem z Miłoszem. Wydawało się, że to koniec historii, ale tak naprawdę to był dopiero początek tragedii.
Zdradzona i osamotniona kobieta postanowiła, że nie pozwoli im tak łatwo odejść. W jej sercu zaczęła kiełkować nienawiść, która z każdym dniem rosła w siłę. Wiedziała, że musi ukarać Miłosza za to, co się stało, za to, że zabrał jej Krystiana. Wiedziała, gdzie Miłosz pracuje i z kim się spotyka. Rozpoczęła skomplikowany plan zemsty, który miał na celu zniszczenie wszystkiego, co było dla niego ważne. Pierwszym krokiem było zdobycie poufnych informacji na temat jego firmy. Zaczęła go intensywnie a nawet obsesyjnie śledzić, podsłuchiwać rozmowy oraz zbierać dowody, które mogłyby zrujnować chłopakowi karierę. Kiedy zebrała wystarczającą ilość materiałów, anonimowo przesłała je do jego przełożonych oraz rozesłała do mediów. Skandal wybuchł natychmiast, a Miłosz znalazł się w centrum medialnej burzy. Został zawieszony w pracy, tracąc przy tym reputację a także dobre imię. Jednak to nie wystarczało kobiecie. Czuła, że musi pójść dalej, iż musi zadać Miłoszowi prawdziwy ból. Odkryła, że Miłosz ma niepełnosprawną siostrę, którą bardzo kocha. Postanowiła wykorzystać tę informację, aby uderzyć w jeszcze bardziej bolesny punkt.
W nocy, kiedy Miłosz wracał do domu po jednym z tych trudnych dni, zastał mieszkanie siostry w stanie chaosu. Drzwi były wyważone, a wnętrze splądrowane. Jego serce zamarło, gdy zobaczył kartkę leżącą na stole: „To dopiero początek. Zapłacisz za wszystko.” Niepełnosprawna dziewczyna trafiła w krytycznym stanie do szpitala. Mściwa kobieta dotrzymała słowa. Z pomocą dwóch znajomych kiboli uprowadziła Miłosza i zawiozła do pustostanów na obrzeżach miasta. Tam, w ciemnym, wilgotnym, zimnym pomieszczeniu, zaczęła się prawdziwa gehenna chłopaka. Kibole, bez krzty litości, przystąpili do egzekwowania brutalnej zemsty. Miłosz, mocno związany i z zaklejonymi ustami, czuł każdy cios, który przeszywał jego ciało. Ból fizyczny mieszał się z psychicznym, gdy myślał o swoim kochanku oraz o tym, do czego jeszcze może posunąć się zraniona kobieta. Tymczasem ona, z satysfakcją obserwując rozwijające się wydarzenia, czuła, że odzyskuje kontrolę nad swoim życiem. Wiedziała, że jej działania są moralnie wątpliwe, ale ból i zdrada, których doświadczyła, usprawiedliwiały dla niej każde okrucieństwo. Gdy oprawcy przestali okładać dwudziestolatka, kobieta włożyła gumowe rękawiczki a następnie wzięła z zakurzonego stolika nóż. Powoli zbliżała się do Miłosza, a jej twarz była maską determinacji i zimnej furii. Każdy krok, który stawiała, był niczym tchnienie ostateczności. Kibole stali obok, gotowi na każde jej polecenie.
— Myślałeś, że to koniec? — zapytała, a jej głos drżał z emocji. Miłosz ledwo mógł otworzyć oczy, krew spływała mu po twarzy, a ból przeszywał całe ciało. Nie miał siły ani woli, by odpowiedzieć.
Kobieta pochyliła się nad nim i podniosła nóż, zbliżając go do jego policzka. Ostrze było zimne, a jego dotyk przyprawiał o dreszcze.
— Teraz poczujesz, co znaczy prawdziwy ból. — wyszeptała, a jej oczy błyszczały szaleństwem. — Rozbierzcie go!!! — rozkazała współoprawcom, a jej głos był pełen lodowatej determinacji. Kibole bez wahania przystąpili do zadania, zrywając z Miłosza jego ubrania. Chłopak czuł upokorzenie oraz bezsilność, drżąc pod ich brutalnymi rękoma. Każdy szarpnięcie było dla niego jak wyrok, który zbliżał go do nieznanego, przerażającego końca.
Mężczyźni trzymali mocno Miłosza, nie pozwalając mu na najmniejszy ruch. Czuł, jak zimne powietrze drażni jego skórę po zdjęciu ubrań, a upokorzenie mieszało się z rozpaczą.
— Może teraz zrozumiesz, co ja przeżyłam! — powiedziała kobieta, przyglądając mu się z zaciśniętymi ustami. W jej oczach młodzieniec dostrzegł cień człowieczeństwa, które jednak zgasło pod wpływem gniewu i żalu.
Nóż w jej ręku błysnął w słabym świetle, a jego ostrze powoli przesuwało się wzdłuż jego skóry, zostawiając za sobą cienkie linie krwi. Każde przecięcie, każde ukłucie było jak kara za grzechy, które, jak sądziła, popełnił. Dźwięk kroków odbijał się echem po opuszczonym budynku, a chłód nocy wypełniał przestrzeń, w której rozgrywał się dramat. Miłosz czuł, że jego ciało i dusza są na granicy wytrzymałości. Z każdą chwilą myśli chłopaka zbliżały się do Krystiana, próbując znaleźć w nich choć odrobinę ukojenia. Każdy oddech był dla niego walką o przetrwanie, a każdy ból przypominał mu o miłości, która jego i Krystiana połączyła oraz zniszczyła jednocześnie.
Wściekłość kobiety osiągnęła punkt kulminacyjny, a żal oraz furia, które gromadziła przez te wszystkie dni, znalazły swoje ujście. Jednym pociągnięciem noża odcięła jądra kochankowi swojego chłopaka. Krew tryskała na prawo i lewo, a przerażający krzyk Miłosza wypełnił mroczne pomieszczenie. Kobieta patrzyła na swoje dzieło z mieszaniną triumfu a także odrazy. Wiedziała, że nie ma już odwrotu, że przekroczyła granicę, zza której nie było powrotu. Zrozumiała, że jej zemsta była kompletna, ale zamiast satysfakcji poczuła pustkę. Patrząc na krwawiącego Miłosza, zdała sobie sprawę, iż nawet najbardziej brutalne działania nie przywrócą jej tego, co straciła. W ułamku sekundy uświadomiła sobie, że nic jej nie pozostało, tylko iść za ciosem. Zamachnęła się po raz ostatni, a jej serce było ciężkie od mieszanki gniewu i rozpaczy. Ostrze noża błysnęło w słabym świetle, zanim wbiło się głęboko w serce Miłosza, zadając ostateczny, śmiertelny cios.
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że rozmawiam z duszą Miłosza. Jego obecność była niemal namacalna. Cała ta historia, którą przeżył, wydawała się teraz jeszcze bardziej tragiczna oraz przejmująca. Jego głos, cichy i pełen smutku, opowiadał mi o wszystkim, co przeszedł, o niesprawiedliwości, której doświadczył, oraz nadziei, która zgasła w jego sercu. Rozumiałem, że jego dusza nie zaznała spokoju, a cierpienie przeniknęło do wieczności. Byłem świadomy nie tylko końca tej historii, ale także jej bolesnej kontynuacji w zaświatach. Często, gdy ludzie opowiadają mi swoje historie nie oszczędzają mi szczegółów a moja wyobraźnia wariuje. Ale to są skutki utraty anielskiego jasnowidzenia. Nic mi nie pozostało ja pomóc tej biednej duszy. Zabrałem Miłosza do kaplicy za moim domem. Był to niewielki, okrągły budynek z prostokątnym portykiem nad wejściem. Kaplica stała na małej wyspie. Prowadził do niej biały drewniany mostek wsparty na betonowych kolumnach. Weszliśmy do świątyni. W powietrzu unosił się dym kadzidła. Kinkiety oraz żyrandol zapaliły się jednocześnie. Czujniki ruchu w końcu zadziałały prawidłowo. Na trzystopniowym podeście stał hebanowy ołtarz. W centrum ołtarza, nad gotyckim Tabernakulum, w złotej wnęce umieszczona była duża figura przedstawiająca Ojca Boga zasiadającego na królewskim tronie. Ojciec Bóg odziany w monarsze szaty, z tiarą na głowie, insygniami królewskimi w dłoniach wspartych na podłokietnikach tronu patrzył na nas swymi szmaragdowymi oczami pełnymi miłości. Na wysokości piersi Ojca Boga unosił się Gołąb symbolizujący Ducha Świętego. Na kolanach Przedwiecznego, na Księdze z siedmioma pieczęciami leżał Baranek symbol Syna Bożego. We wnęce po prawej stronie umieszczona była figura Maryi, która jedną dłonią wskazywała na Ojca Boga a w drugiej trzymała lilię i różaniec. Po lewej stronie ołtarza była wnęka z postacią Archanioła Michała wspartego na mieczu, którego ostrze wbijało się w łeb węża z dziewięcioma językami. Podeszliśmy do ołtarza, zapaliłem świece oraz dorzuciłem kadzidła do trybularza, który stał na wprost Tabernakulum.
— Tu moja misja się kończy Miłoszu. — uśmiechnąłem się i chciałem chłopaka poklepać po ramieniu, ale się wstrzymałem.
— Jak to? — zdziwił się.
— Nie ukrywajmy, ale ty nie żyjesz. Moja moc nie sięga do krainy umarłych i nie umiem cię wskrzesić, jeśli o to chodzi.
— To co teraz?
— Ojcze Boże! — zawołałem wznosząc ręce ku niebu. — Przybądź po stworzenie Twoje.
Dym z kadzidła zgęstniał wypełniając szarością kaplicę tak że jasność oświetlenia została przyćmiona. Kiedy próbowałem dotrzeć do wyjścia nagle wszystko wróciło do normy, ale duszy Miłosza już nie było. Powróciłem szczęśliwy do gabinetu. Zrobiłem w dzienniku stosowną notatkę i poszedłem z psem na spacer.
Klątwa czy miłość matki?
W godzinach przedpołudniowych przyszła do mnie pani Martyna. Jej oczy były pełne troski i smutku, a na twarzy malowała się determinacja. Wiedziałem, że ta wizyta nie będzie należała do zwyczajnych. Poprosiła mnie o pomoc w odnalezieniu swojego syna, który zaginął kilka dni temu. Opowiedziała mi o okolicznościach jego zniknięcia, o tajemniczych telefonach, które odbierała a także o dziwnych snach, które nawiedzały ją każdej nocy. Przesłania snów były niejasne, ale Martyna czuła, że w nich kryje się klucz do rozwiązania zagadki. Jej historia była pełna niesamowitych elementów, które wskazywały na działanie sił nie z tego świata. Zgodziłem się jej pomóc, wiedząc, że ta sprawa będzie wymagała nie tylko mojej wiedzy oraz umiejętności, ale także intuicji i wsparcia duchowego. Wyciągnąłem mapę miasta, następnie poprosiłem Martynę, aby wskazała miejsca, w których jej syn mógłby przebywać. Razem przeanalizowaliśmy każdy szczegół, każde wspomnienie, starając się odkryć jakąś wskazówkę, która mogłaby nas naprowadzić na jego ślad.
— Pamiętaj, Martyno, — powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy. — bez względu na to, co się stanie, musisz zachować wiarę. Wspólnie odnajdziemy twojego syna i przywrócimy go do domu.
Poprosiłem, aby mi opowiedziała o swoim jedynaku. Martyna westchnęła głęboko i spojrzała w dal, jakby próbując przywołać obrazy z przeszłości. Z czułością oraz tęsknotą zaczęła mówić o swoim synu, Marcinie. Był to młody mężczyzna o złocistych włosach i niebieskich oczach, który zawsze miał w sobie coś niezwykłego. Młody człowiek pełen życia, energii a także pasji, uwielbiał przyrodę i spędzał godziny na długich wędrówkach po lasach czy łąkach. Martyna opowiadała o jego zainteresowaniach, o tym, jak bardzo kochał czytać książki o dalekich krainach i marzył o podróżach.
— Marcin zawsze był wrażliwy na potrzeby innych, — mówiła kobieta z dumą. — często pomagał starszym sąsiadom, a w szkole angażował się w różne akcje charytatywne. Był dla mnie całym światem. — jej głos zaczął drżeć, gdy wspominała ostatnie dni przed jego zaginięciem. Opowiadała o jego coraz bardziej zaniepokojonym wyrazie twarzy, nocach, kiedy nie mógł spać i tajemniczych rozmowach telefonicznych, które prowadził szeptem. Martyna była pewna, że coś go dręczyło, ale nigdy nie chciał jej powiedzieć, co się naprawdę dzieje. Słuchając jej opowieści, zrozumiałem, jak głęboko była związana ze swoim synem oraz jak bardzo pragnęła go odnaleźć. Postanowiłem zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby jej pomóc. Zadałem kilka pytań o ojca Marcina, próbując lepiej zrozumieć kontekst rodzinny. Kobieta zawahała się na chwilę, a następnie jej twarz spochmurniała.
— Jego ojciec… — zaczęła, a głos wypełniła gorycz. — Nie był dobrym człowiekiem. Zostawił nas, gdy Marcinek miał z dziesięć lat. Był człowiekiem zimnym, obojętnym, wyrachowanym oraz apodyktycznym. Nigdy nie interesował się synem ani nie wspierał nas w żaden sposób. Przez lata starałam się być zarówno matką, jak i ojcem dla Marcina, i myślę, że to, dlatego mamy tak silną więź.
Martyna opowiadała o trudnych chwilach, przez które przeszli. Jak samotnie wychowywała dziecka starając się stworzyć dla chłopca ciepły, kochający dom mimo przeciwności losu. Jej słowa były pełne bólu oraz złości, ale także determinacji i siły.
— Nigdy nie chciałam, aby Marcin czuł się samotny, — kontynuowała. — dlatego starałam się, żeby miał wszystko, czego potrzebował. Nie wiem, czy to wystarczyło, ale zawsze robiłam, co mogłam.
Słuchając jej, poczułem jeszcze większą motywację, aby pomóc tej kobiecie. Wiedziałem, że odnalezienie syna będzie dla niej najważniejszą rzeczą na świecie. Samotna matka zwierzyła się, iż nie ma szczęścia do partnerów. Po odejściu ojca Marcina próbowała jeszcze raz ułożyć sobie życie, ale każdy związek kończył się rozczarowaniem. Często zastanawiała się, czy to ona była winna, czy po prostu los nie sprzyjał jej w tej kwestii. Mimo wszystko, dla niej priorytetem zawsze był ukochany syn, a także jego dobro, dlatego nigdy nie pozwoliła, aby te nieudane relacje miały wpływ na niego.
— Każdy z mężczyzn, z którymi próbowałam zbudować coś trwałego, okazał się nie być tym właściwym. — powiedziała Martyna, spuszczając wzrok. — Ale mimo to, nigdy nie poddałam się w walce o szczęście Marcina i moje własne. Chcę, aby wiedział, że niezależnie od wszystkiego, zawsze jesteśmy dla siebie najważniejsi.
Streściła mi kilka historii o mężczyznach w jej życiu. Kobieta wspomniała też o jednym z partnerów, Piotrze, z którym wiązała największe nadzieje na stworzenie rodziny. Na początku wydawał się być dobrym człowiekiem, który potrafił zapewnić bezpieczeństwo jej i pasierbowi. Jednak z czasem okazało się, że Piotr miał poważne problemy z alkoholem. Był także przemocowcem. Jego agresywne zachowanie oraz uzależnienie doprowadziły do wielu bolesnych sytuacji, które odbiły się na Martynie i jej synu. Mimo że konkubent obiecywał zmianę, to nigdy nie dotrzymał słowa, a kobieta musiała zakończyć ten związek dla dobra swojego i syna. Po rozstaniu z Piotrem, samotna matka była zrozpaczona oraz pełna wątpliwości. Wydawało się, iż jej życie uczuciowe to pasmo niepowodzeń. Jednak wkrótce poznała Rafała, mężczyznę, który wydawał się być zupełnie inny niż wszyscy poprzedni. Rafał był czuły, opiekuńczy a także zdawało się, że naprawdę ją rozumiał. Martyna zaczęła wierzyć, iż może tym razem los się odmienił na lepsze. Mężczyzna szybko zdobył zaufanie zarówno kobiety, jak i Marcina. Wydawało się, że wreszcie znaleźli kogoś, kto mógłby stworzyć z nimi prawdziwą rodzinę. Samotna matka była szczęśliwa oraz pełna nadziei, iż jej życie wreszcie się ułoży. Jednak po kilku miesiącach kobieta odkryła szokującą prawdę. Okazało się, że Rafał był bigamistą. Miał drugą rodzinę, o której istnieniu Martyna nie miała pojęcia. Informacja ta była dla niej niczym cios w serce. Kolejny raz los okazał się okrutny, a nadzieje na szczęśliwe życie zostały brutalnie zniszczone. Samotna matka musiała zebrać wszystkie siły, aby stawić czoła tej nowej rzeczywistości. Martyna nie poddała się. Po odkryciu prawdy o konkubencie, natychmiast wyrzuciła mężczyznę z wynajmowanego mieszkania i powiadomiła rodzinę Rafała o jego podwójnym życiu. Wiedziała, że musi chronić Marcina przed kolejnym rozczarowaniem a także traumą, dlatego postanowiła, że już nigdy nie wpuści do swojego życia kogoś, kto mógłby zaszkodzić jej synowi.
Po jakimś czasie Martyna poznała Daniela, faceta, który zaimponował jej pięknymi planami na przyszłość. Na początku ich znajomości wszystko układało się idealnie, a kobieta zaczęła wierzyć, że może wreszcie los się do niej uśmiechnął. Daniel okazał się być pełen pasji, opowiadał o swoich sukcesach zawodowych i dalszych planach. Z czasem jednak zaczęły wychodzić na jaw pewne nieścisłości w jego opowieściach. Kobieta dowiedziała się, że partner był mitomanem, oszustem oraz konfabulantem. Całe jego życie było zbudowane na kłamstwach i manipulacjach. Zrozpaczona kobieta poczuła, że kolejny raz została oszukana, zraniona, wykorzystana. Daniel potrafił tak zręcznie manipulować faktami, iż przez długi czas nie zauważyła jego prawdziwej natury. Gdy prawda wyszła na jaw, Martyna nie tylko musiała poradzić sobie z własnym rozczarowaniem, ale również ochronić syna przed kolejnym traumatycznym doświadczeniem. Mimo że Daniel próbował ją przepraszać i obiecywał zmianę, samotna matka postanowiła zakończyć ten związek natychmiast. Wiedziała, iż nie może pozwolić, by ktoś tak kruchy emocjonalnie jak jej syn był narażony na kolejne bolesne przeżycia.
Los okazał się dla niej bezlitosny. Pewnego dnia Martyna wraz z synem wylądowała na bruku. Bez dachu nad głową i z niewielkimi oszczędnościami, musiała szybko znaleźć sposób na przetrwanie. Dzięki pomocy przyjaciół oraz sąsiadów, udało jej się znaleźć tymczasowe schronienie. Zwróciła się do władz miasta o mieszkanie socjalne, ale niestety spotkała się z odmową. Władze argumentowały, że lista oczekujących jest zbyt długa a jej przypadek nie spełniał wszystkich kryteriów. Samotna matka była zasmucona, ale nie poddała się. Wiedziała, iż musi znaleźć inne rozwiązanie, aby zapewnić synowi godne warunki życia. Wykorzystała swoje talenty zielarskie oraz wiedzę medycyny naturalnej, aby zarabiać na życie i wspierać syna. Martyna znała się na ziołach a także naturalnych środkach leczniczych, co pozwoliło jej oferować swoje usługi w lokalnej społeczności. Wiedzę o ziołach otrzymała od babci, która jej towarzyszyła za życia i po śmierci niczym Anioł Stróż. Jej umiejętności były cenione, a ona sama zyskała szacunek jako uzdrowicielka i doradczyni w sprawach zdrowia. Dzięki temu mogła nie tylko zapewnić sobie oraz dziecku podstawowe środki do życia, ale także poczuć się potrzebna oraz doceniana przez innych.
Martyna także opowiedziała o swojej despotycznej matce, która była surową oraz bezkompromisową kobietą. Matka kobiety cechowała się twardą ręką i miała wysokie wymagania. Często krytykowała córkę, nie doceniając jej starań a także osiągnięć. Nieustannie narzucała swoje zdanie, rzadko okazywała ciepło czy wsparcie. Martyna z trudem znosiła tą relacje, ale nauczyła się, że musi polegać na sobie, nie poddawać się, mimo braku wsparcia ze strony najbliższej rodziny. To w dużej mierze dzięki własnym doświadczeniom z matką, kobieta postanowiła być inną rodzicielką dla Marcina. Złożyła nawet przysięgę na grobie babci. Chciała, aby jej syn czuł się kochany, akceptowany i wspierany we wszystkim, co robił. To właśnie ta przysięga, że będzie inną matką niż jej własna, dała Martynie siłę do walki z przeciwnościami losu. Kobieta zasugerowała również, iż jej matka mogła rzucić na nią klątwę. Według niej, urok ten miał przynieść same niepowodzenia w życiu uczuciowym i osobistym. Samotna matka wierzyła, że to właśnie klątwa była przyczyną wszystkich trudności, z jakimi musiała się zmierzyć na swojej drodze. Choć brzmiało to niewiarygodnie, kobieta była przekonana, iż matka, zazdrosna o jej szczęście, posłużyła się czarami, aby utrudnić życie córce. Samotna matka przyznała, że próbowała różnych ludowych metod, aby się z klątwy oczyścić. Korzystała z rytuałów przekazywanych przez jej babcię, takich jak palenie szałwii, kąpiele w soli morskiej czy odprawianie modłów. Martyna z wielką starannością a także nadzieją podchodziła do tych praktyk, licząc, że pomogą jej w końcu wyjść z zaklętego kręgu niepowodzeń. Lecz to nie pomogło. Nieszczęścia jej towarzyszyły nadal. Każdego dnia kobieta walczyła z nowymi przeciwnościami, starając się utrzymać na powierzchni. Życie uczuciowe kobiety było pełne rozczarowań, a zawodowe wyzwania były nie mniejsze. Mimo to, Martyna nigdy się nie poddawała. Pracowała ciężko, aby zapewnić swojemu synowi jak najlepsze warunki do życia i rozwijania się. Wreszcie koleżanka poleciła jej mój gabinet. Samotna matka nie miała już zbyt wielu opcji ani czasu do stracenia. Pełna nadziei, choć z pewną dozą sceptycyzmu, postanowiła skorzystać z mojej pomocy, licząc, że uda mi się zakończyć złą passę.
Zadałem jej pytanie:
— Jak widzisz swoją przyszłość?
Martyna zamyśliła się na chwilę, a potem odpowiedziała:
— Chciałabym w końcu znaleźć spokój i stabilizację. Chcę, żeby Marcin dorastał w bezpiecznym oraz kochającym domu, gdzie nie będzie musiał martwić się o jutro. Marzę, aby moje umiejętności zielarskie a także medycyna naturalna stały się moim głównym źródłem utrzymania. Chciałabym otworzyć własny mały sklepik zielarski, gdzie mogłabym pomagać ludziom, dzielić się swoją wiedzą. Przede wszystkim jednak marzę, żeby mój syn był szczęśliwy i spełniony, a ja abym mogła być dla niego wsparciem oraz przykładem, że mimo przeciwności losu można znaleźć swoje miejsce na świecie.
Zapytałem:
— Kim chciałby być Marcin w przyszłości?
Martyna uśmiechnęła się delikatnie, a w jej oczach pojawiła się nuta nadziei oraz dumy.
— Marcin marzy o tym, aby zostać lekarzem. Od najmłodszych lat interesował się medycyną, a ostatnio bardzo zafascynował się ziołolecznictwem, które razem praktykujemy. Chciałby łączyć tradycyjne metody leczenia z nowoczesną medycyną, żeby móc pomagać innym. Codziennie widzę, jak jest zdeterminowany do osiągnięcia swojego celu i wiem, że zrobi wszystko, by jego marzenie się spełniło.
Ponownie zapytałem:
— Gdzie teraz mieszkacie?
Kobieta westchnęła ciężko, po czym odpowiedziała:
— Obecnie wynajmujemy małe mieszkanie na obrzeżach miasta. Nie jest to dużo, ale przynajmniej mamy dach nad głową oraz miejsce, które możemy nazwać domem. Syn bardzo się stara, abyśmy uczynili to miejsce naszym azylem, a ja robię wszystko, co w mojej mocy, abyśmy mieli spokojne oraz stabilne życie.
Zamyśliłem się chwilę, myśląc o tym, jak wiele wyzwań musiała pokonać ta samotna, ale kreatywna matka. Jej pragnienie zapewnienia synowi lepszego życia było niezwykle silne. Postanowiłem dalej drążyć temat:
— Czy masz już jakieś plany odnośnie otwarcia swojego sklepiku?
Martyna skinęła głową.
— Tak, mam kilka pomysłów. Myślę o małym lokalu w centrum miasta, gdzie mogłabym sprzedawać własne mieszanki ziół, maści i inne naturalne produkty. Przygotowuję już projekty etykiet a także rozważam różne strategie marketingowe. To marzenie dodaje mi nadziei i motywacji do dalszego działania.
Zadałem kolejne pytanie:
— Gdzie twój syn chciałby studiować i w której klinice pracować?
Martyna uśmiechnęła się z dumą, a w jej oczach pojawił się blask.
— Marcin marzy o tym, aby studiować medycynę na Uniwersytecie Medycznym w Warszawie. Od dawna fascynuje go tamtejszy program oraz możliwości rozwoju, jakie oferują. Co do kliniki, chciałby kiedyś pracować w jednym z renomowanych szpitali, takich jak Centrum Onkologii lub Instytut Kardiologii. Marcin jest gotowy na wszelkie wyzwania, by móc pomagać ludziom, aby rozwijać swoją wiedzę.
— To daleko od Wrocławia. — stwierdziłem.
Martyna przytaknęła.
— Tak, to prawda. Ale jestem gotowa na takie poświęcenie, jeśli oznacza to lepszą przyszłość dla mojego syna. Wiem, że dla niego warto zrobić wszystko.
Wstałem i podszedłem do okna. Pomyślałem chwilę o wszystkich tych sprawach, które kobieta mi przedstawiła.
— Martyna, twoja miłość a także poświęcenie dla syna są niesamowite. Postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby pomóc Marcinowi oraz tobie w realizacji marzeń.
Martyna spojrzała na mnie z wdzięcznością, a ja wiedziałem, że ta sprawa będzie dla mnie wyjątkowa.
Zerknąłem przez okno w stronę kaplicy i olśniło mnie. Przypomniałem sobie coś, co mogło być kluczowe w znalezieniu odpowiedniego rozwiązania. W mojej głowie zaczęły się układać się pewien plan. Poprosiłem, by kobieta chwilę zaczekała. Chciałem zebrać wszystkie myśli do kupy i wyszedłem na chwilę. Intuicja zawiodła mnie do miejsca moich duchowej mocy. W kaplicy otrzymałem niebiańską radę. Podczas mojej medytacji, poczułem niewytłumaczalną obecność istoty opiekuńczej, jakby Anioł Stróż szeptał mi do ucha. Wskazał mi drogę, której wcześniej nie dostrzegałem. Kiedy wróciłem, miałem już jasny plan działania. Skoro metody kobiety zawiodły, postanowiłem dać jej kilka ziaren anielskiego kadzidła, które otrzymałem podczas mojego skupienia. Te ziarna miały tajemniczą moc, która pomagała znaleźć zgubione osoby i rozjaśniała drogi w trudnych sytuacjach. Wręczyłem je Martynie z nakazem, aby spaliła kadzidło w mieszkaniu przyzywając opieki Anioła Stróża.
— Spal kadzidło, a Anioł Stróż wskaże ci drogę. — powiedziałem pewnym głosem — Wiem, że to może brzmieć niewiarygodnie, ale jestem przekonany, iż już niedługo otrzymasz wiadomość od syna. On się do ciebie odezwie, Martyno.
Kobieta spojrzała na mnie z nadzieją w oczach. Jej twarz rozjaśniła się, jakby wreszcie dostrzegła promyk światła w ciemnym tunelu.
— Dziękuję. — odpowiedziała cicho, ale z zauważalną ulgą. — Zrobię, jak mówisz.
Patrząc na zatroskaną matkę, zastanawiałem się, dlaczego los bywa tak niesprawiedliwy. Czy to przeznaczenie, przypadek czy może tylko wynik okrutnych zrządzeń losu? Niektórzy ludzie naprawdę nie zasługują na taki upiorny los. Martyna, z jej bezgraniczną miłością oraz poświęceniem, była osobą, która powinna doświadczać tylko szczęścia i spokoju. Gdy opuszczała mój dom, miałem nadzieję, że anielskie kadzidło naprawdę pomoże jej odnaleźć syna, a jej życie wreszcie wróci na właściwe tory. Po kilku godzinach kobieta zadzwoniła z dobrą nowiną.
— Znalazł się! — wykrzyknęła Martyna, a w jej głosie słychać było mieszaninę radości i niedowierzania. — Kadzidło naprawdę zadziałało! Marcin skontaktował się ze mną i powiedział, gdzie się znajduje. Wraz ze swoją dziewczyną zgubił się w górach. W ogóle nie wiedziałam, że jest w kimś zakochany.
Nie byłem zaskoczony, ale ogromnie zadowolony z efektu wiary oraz zaufania. Czułem, że to nie tylko anielskie kadzidło, ale też wielka determinacja i miłość matki w powodzenie misji przyczyniły się do tego sukcesu. Również zasługa mojego Ojca Boga, który mi obiecał, że zajmie się osobiście losem Martyny i Marcina.
— To wspaniała wiadomość, Martyno. — powiedziałem z uśmiechem. — Wiedziałem, że Anioł Stróż cię nie zawiedzie.
Martyna opowiedziała o szczegółach rozmowy z synem. Podziękowała z wdzięcznością w głosie za wsparcie. Było jasne, że teraz ich życie będzie mogło wrócić na właściwe tory, a ja czułem się zaszczycony, iż mogłem być częścią tej historii. Życzyłem z całego serca samych sukcesów i błogosławieństw dla matki oraz syna. Wiedziałem, że przed nimi jeszcze długa droga, ale wierzyłem, iż teraz, kiedy się zawierzyłem ich przyszłość mocy Najwyższego, będą mogli stawić czoła wszelkim przeciwnościom losu. Anioły, które nad nimi czuwały, z pewnością poprowadzą tą dwójkę dalej ku światłu a także szczęściu, którego tak bardzo pragnęli i na które zasługiwali. Jak się okazało kilka miesięcy później, klątwa matki została pokonana. Martyna oraz Marcin odnaleźli spokój, który tak długo im umykał. Ich życie zaczęło się stabilizować, a więź między nami trwa do dziś. Zdali sobie sprawę, że to, co przeszli, uczyniło ich silniejszymi a także bardziej zdeterminowanymi, by cieszyć się każdą chwilą wspólnie spędzanego czasu. Tajemnicze kadzidło i niewidzialna pomoc moich braci, stały się dla nich symbolem nadziei oraz odnowy. Wiedzieli, że teraz mogą pokonać każdą przeszkodę, która stanie im na drodze. Wkrótce po tych wydarzeniach, w życiu Marcina i Martyny zaszły kolejne zmiany. Marcin, odnalazł radość i sens życia przy kobiecie, która miała zostać jego przyszłą małżonką. Ich spotkanie było jak przeznaczenie — pełne wzajemnego zrozumienia oraz wsparcia, co wkrótce przerodziło się w głęboką miłość. Dumna matka, widząc szczęście syna, również postanowiła dać sobie szansę na nową relację. Tajemniczy adorator z Wałbrzycha, który od dawna czekał na jej uwagę, wreszcie zdobył jej serce. Ich relacja rozwijała się powoli, ale stabilnie, przynosząc kobiecie stabilizację emocjonalną a także ukojenie po trudnych chwilach. Zarówno Marcin, jak i Martyna, znaleźli w swoich nowych partnerach oparcie, którego tak bardzo potrzebowali. Ich życie nabrało nowego blasku, a przyszłość jawiła się w jasnych barwach. Rodzina, która przetrwała razem tak wiele prób, teraz mogła cieszyć się szczęściem i miłością, które przyszły do nich w niespodziewany sposób. Wspólne chwile, spędzane razem, były teraz pełne śmiechu, radości oraz głębokiej wdzięczności za każdy nowy dzień.
Boże, jak ja kocham takie zakończenia. Kiedy widzę, jak ludzkie życie potrafi się odmienić na lepsze, serce mi rośnie. Historie pełne cierpienia, które kończą się szczęśliwie, dają nadzieję, że nawet w najciemniejszej godzinie można odnaleźć światło. Uśmiech na twarzach matki i syna był dowodem na to, że warto walczyć oraz wierzyć, że każdy dzień przynosi nowe możliwości. Miłość a także wsparcie, które otrzymali, pozwoliły im stawić czoła wszelkim przeciwnościom. Wreszcie mogą cieszyć się spokojem a także miłością. To takie historie przypominają mi, jak niezwykłe potrafią być ludzkie losy i jak ważne jest, by nigdy nie tracić nadziei, bo dobro zawsze znajdzie drogę do naszego życia.
Herbata wypita, notatka zrobiona, a ja poczułem, że dzień dobiegł końca w najlepszy możliwy sposób. Wziąłem głęboki oddech, pozwalając sobie na chwilę refleksji nad tym, jak małe gesty mogą zmieniać ludzkie życie. Czasami wystarczy wiara, odrobina cudu i nieoczekiwane wsparcie, by wszystko nabrało sensu. Przypomniałem sobie, jak ważne jest, by nigdy nie zapominać o znaczeniu miłości, nadziei oraz wsparcia w naszym codziennym życiu. Te wartości, choć często ukryte, mają moc przekształcania najciemniejszych chwil w momenty pełne światła czy radości. Z uśmiechem na twarzy zamknąłem kalendarz na biurku, z myślą, że każdy koniec jest początkiem czegoś nowego, a życie pełne jest niespodzianek, które tylko czekają, by je odkryć.
Żart losu?
Poranek był słoneczny jak na listopadowy dzień, co dodawało jeszcze więcej ciepła do moich przemyśleń. Światło wpadające przez okno rozświetlało pokój, tworząc przyjemną atmosferę do kontemplacji. Zastanawiałem się, nad tym co przyniesie dzisiejszy dzień i jakie kolejne niespodzianki czekają na mnie za rogiem codzienności. Byłem gotów stawić czoła wszystkim wyzwaniom, bo wiedziałem, że życie jest pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji. Zaparzyłem moją ulubioną herbatę, ciesząc się ciepłem, które rozchodziło się po kuchni. Jej aromat wypełnił cały dom, przypominając mi o spokojnych chwilach spędzonych na rozmowie z przyjaciółmi poprzedniego wieczora. Z filiżanką siadłem przy biurku, otworzyłem laptop i zacząłem przeglądać wiadomości. Słoneczne poranki zawsze wprowadzały mnie w dobry nastrój skłaniając do refleksji nad tym, jak wiele małych momentów składa się na ludzkie życie. Ciesząc się aromatem herbaty, przypomniałem sobie, jak ważne jest docenianie tych chwil, które dają nam spokój oraz radość. Mój spokój zakłócił dzwonek domofonu. Zaskoczony, podniosłem się powoli, zastanawiając się, kto to może być o tak wczesnej godzinie. Gdy podszedłem do okna, zobaczyłem nieznajomych mężczyzn stojących przed domem. Ich postacie była nieco rozmyte w porannym świetle, ale po chwili rozpoznałem znajomego pastora. To był Erwin, dawno niewidziany znajomy z czasów studiów teologicznych, którego niespodziewane odwiedziny wzbudziły we mnie mieszankę zaskoczenia oraz radości. Nie mogłem jednak skojarzyć jego towarzysza. Otworzyłem furtkę, a następnie drzwi domu witając gości szerokim uśmiechem. Erwin, jak zwykle, był pełen energii oraz entuzjazmu. Uścisk dłoni miał nadal mocny i serdeczny, jakby czas nie zdołał osłabić naszej przyjaźni. Przedstawił mi swojego znajomego:
— Poznaj, to jest Leon. — powiedział Erwin, wskazując na swojego towarzysza. Leon był człowiekiem średniego wzrostu, o ciemnych włosach oraz przenikliwych oczach. Miał w sobie coś tajemniczego, co wzbudzało moją ciekawość.
Zaprosiłem ich do środka i zaprowadziłem do gabinetu.
— Kawa? Herbata? — zapytałem, starając się, aby mój głos brzmiał tak naturalnie, jak to tylko możliwe w obliczu niespodziewanych gości. Erwin uśmiechnął się szeroko.
— Herbata będzie idealna, jak zawsze. — odpowiedział, rozsiadając się wygodnie w fotelu.
Leon skinął głową na znak zgody, a ja szybko udałem się do kuchni, by przygotować napoje. Kiedy wróciłem z filiżankami parującej herbaty, atmosfera w gabinecie była już znacznie bardziej przyjazna.
— To mówcie co was do mnie sprowadza. — uśmiechnąłem się i siadłem wygodnie w swoim fotelu.
— Bo widzisz, — zaczął niepewnie Erwin. — Leon jest księdzem katolickim, który prowadzi parafię w małym miasteczku niedaleko stąd. Przyjechaliśmy, ponieważ potrzebujemy Twojej pomocy w rozwiązaniu dość nietypowej sprawy. Zakochaliśmy się w sobie nie ze względów fizycznych, ale intelektualnych.
— Jesteśmy w potrzasku uczuć. — dodał Leon, spoglądając mi prosto w oczy z wyrazem mieszanki desperacji oraz nadziei. — Nasza miłość nie jest czymś, co można łatwo zdefiniować. Jesteśmy dwiema duszami, które odkryły w sobie coś więcej, niż tylko przyjaźń czy duchowe przewodnictwo. To nie jest proste, zważywszy na nasze powołanie i zobowiązania.
Zaskoczony trochę byłem ich szczerością oraz odwagą, by otworzyć się przede mną z tak delikatnym tematem. Wiedziałem, że nie mogłem ich zawieść.
— Leon ma piękny głos. — dodał Erwin — Jak odprawia nabożeństwo, to cały drżę.
— Rozumiem. — odpowiedziałem, starając się, by mój ton był pełen zrozumienia i wsparcia. — Powiedzcie, jak mogę wam pomóc?
Erwin i Leon wymienili spojrzenia, jakby szukając u siebie nawzajem potwierdzenia. W powietrzu czuć było napięcie, ale także ogromną determinację.
— Szukamy kogoś, kto pomoże nam zrozumieć, jak możemy pogodzić nasze uczucia z naszą wiarą oraz obowiązkami. — wyjaśnił Erwin. — Jak możemy żyć w zgodzie ze sobą, nie rezygnując z tego, co dla nas najważniejsze?
Leon skinął głową, dodając:
— Wiem, że to ogromna prośba, ale czujemy, że tylko ktoś taki jak ty, kto zna zarówno duchową, jak i ludzką stronę życia, może nam pomóc znaleźć odpowiedź.
Zastanawiałem się przez chwilę, ważąc w myślach ich słowa. Wiedziałem, że było to trudne wyzwanie, ale jednocześnie czułem, że mogę im pomóc. W końcu każdy z nas zasługuje na to, by znaleźć własną drogę do szczęścia oraz spełnienia.
— Powiem szczerze… — westchnąłem. — Pierwszy raz spotykam się z taką sprawą i czuję się zaszczycony, że obdarzyliście mnie takim zaufaniem. Wasza sytuacja jest wyjątkowa, jednak w samej istocie miłości a także wiary zawsze tkwiła pewna doza komplikacji i poszukiwania równowagi. Czy jest coś, co już próbowaliście, by pogodzić te dwa aspekty waszego życia? — zapytałem, starając się zrozumieć ich drogę do tego momentu.
— Rozmawialiśmy z kilkoma duchownymi, ale żaden z nich nie potrafił nam pomóc w sposób, który by nas satysfakcjonował. — odpowiedział Leon. — Jesteśmy gotowi na wszelkie propozycje, byleby znaleźć spokój ducha.
Poczułem ciężar ich słów zdając sobie jednocześnie sprawę, że przede mną stoi ogromne zadanie. Musiałem znaleźć odpowiedź, która pozwoli im żyć w zgodzie ze sobą w miłości i wierzeniami, które są dla nich tak istotne. Patrzyłem na nich z troską, starając się wyczytać z ich twarzy odpowiedzi na pytania, które jeszcze nie zostały wypowiedziane. Wiedziałem, że ta historia kryje w sobie klucz do rozwiązania tego dylematu.
— Powiedzcie mi, jak się poznaliście i co was do siebie przyciąga? — zapytałem w końcu, chcąc lepiej zrozumieć fundamenty ich relacji.
— Poznaliśmy się na dniach ekumenizmu. — zaczął Erwin i złapał Leona za rękę. — To było niezwykłe doświadczenie, które połączyło nas w sposób, jakiego się nie spodziewaliśmy. Wspólne modlitwy, rozmowy o wierze i życiu, oraz wzajemne zrozumienie. To wszystko zbudowało między nami silną więź.
Leon delikatnie ścisnął dłoń Erwina, dodając:
— Od samego początku czułem, że nasze spotkanie nie było przypadkowe. Znaleźliśmy w sobie bratnie dusze, które dzielą te same wartości oraz pragnienia. Jednak z czasem zaczęliśmy odczuwać wewnętrzny konflikt, który nas zaprowadził do ciebie.
Z zainteresowaniem słuchałem ich opowieści, czując, że klucz do ich szczęścia leży w głębokim zrozumieniu siebie nawzajem oraz w poszukiwaniu harmonii między ich miłością a wiarą.
— Przepraszam, ale muszę zadać wam intymne pytanie. — uznałem, że nadszedł czas, by poruszyć temat, który mogłoby pomóc rzucić światło na ich konflikt.
— Proszę, nie krępuj się. — odpowiedzieli niemal równocześnie, dając mi znak, że są gotowi na otwartą rozmowę.
— Czy wasze rodziny wiedzą o waszym związku i czy akceptują wasze uczucia? — zapytałem z troską, starając się wysondować, jakie wsparcie mogą mieć w najbliższym otoczeniu.
Erwin spojrzał na Leona, a potem odpowiedział:
— Moja rodzina jest bardzo konserwatywna. Trudno im to zaakceptować. Czujemy się jakbyśmy musieli wybierać między nimi a sobą.
Leon dodał:
— Moje relacje z rodziną są lepsze, ale wciąż napotykamy na trudności związane z wiarą. Chcemy znaleźć sposób, by pogodzić naszych bliskich z naszą miłością.
— Czy doszło między wami do cielesnego zbliżenia? — zapytałem z niepewnością.
Duchowni wymienili spojrzenia pełne zakłopotania, zanim odpowiedzieli na moje pytanie.
— Nie, nie doszło do tego. — powiedział w końcu Erwin, spoglądając na swoje dłonie. — Ale teraz zastanawiamy się, czy nasza relacja przetrwa bez tego elementu.
— To skomplikowane. — Leon dodał cicho. — Kochamy się, chcemy być razem, ale musimy znaleźć sposób, by nasza miłość nie była punktem zapalnym dla naszych bliskich oraz nie profanowała naszej wiary. Chcemy znaleźć równowagę, która pozwoli nam być szczęśliwymi, a jednocześnie szanować nasze wartości i przekonania.
— Co was jeszcze w sobie podnieca? — drążyłem. — Jaka powinna być wasza przyszłość?
Erwin uśmiechnął się lekko, choć nieco niepewnie i spojrzał na Leona.
— To, co mnie najbardziej przyciąga, to jego determinacja i głębia uczuć. Leon ma w sobie coś, co sprawia, że czuję się przy nim bezpiecznie, jakbym był w domu.
Leon lekko zawstydzony dodał:
— Dla mnie Erwin jest jak światło w ciemności. Jego wrażliwość oraz inteligencja sprawiają, że każdego dnia odkrywam coś nowego. W przyszłości chcielibyśmy wspólnie budować życie oparte na wzajemnym wsparciu i miłości.
— Marzymy o domu pełnym ciepła, gdzie możemy być sobą bez obaw. — dodał Erwin. — Chcemy stworzyć wspólnotę eklezjalną dla osób o podobnej orientacji.
— Dokładnie. — wtrącił ksiądz.
— To może być trudne. — stwierdziłem. — O ile protestanci nie mają z tym problemu to Kościół Katolicki krzywo patrzy na wspólnoty o zabarwieniu tęczowym.
— Prawda, może być to wyzwanie, ale jesteśmy zdecydowani spróbować. — powiedział Leon, ściskając mocniej dłoń Erwina. — Nawet opracowałem statut takiej wspólnoty.
— Jakby miała taka wspólnota się nazywać? — zainteresowałem się.
— Ekumeniczna Wspólnota Miłości Miłosiernej Boga. — powiedział z dumą.
— Ciekawe. Mam nadzieję, że to nie będzie jakiś tęczowy cyrk na kółkach, bo ekskomunika gotowa. — uśmiechnąłem się z przekąsem. — W Kościele Katolickim brakuje takich organizacji, które by skupiały osoby nieheteronormatywne. Które by nie odtrącały, nie oceniały, nie wykluczały z organizacji kościoła. Uważam, że to dobry pomysł na zachęcenie do powrotu tylu dobrych ludzi, którzy zrezygnowali z religijnych praktyk zniesmaczeni nietolerancją ze strony kleru.
— No dokładnie. — wsparł mnie pastor.
— Ważne by nie robić z tego sekty i jakichś cyrków typu parady równości. — spojrzałem wymownie.
— Oczywiście. Idiotą nie jestem. — uśmiechnął się Leon. — Chcę wspólnoty modlitwy oraz wzajemnego wsparcia. Nawet rozpocząłem zbiórkę na jednym z portali zbiórkowych na budowę świątyni oraz ośrodka wsparcia dla osób homoseksualnych i nie tylko.
— Słuszna inicjatywa. — pochwaliłem szczerze.
Spojrzałem na nich z troską, próbując zrozumieć głębsze aspekty ich relacji. Wiedziałem, że ta miłość była wyjątkowa, pełna wyzwań, wymagała delikatnej równowagi.
— Chcemy być wierni naszym przekonaniom, ale jednocześnie nie chcemy rezygnować z naszej miłości. To trudne, ale wierzymy, że możliwe. — powiedział pastor.
Czułem, że ich determinacja i głębia uczuć mogły być kluczem do znalezienia rozwiązania. Ich miłość była silna, pełna nadziei i gotowa stawić czoła wszystkim przeciwnościom.
— Przede wszystkim chcemy być szczęśliwi razem, bez względu na przeciwności. — zakończył ksiądz, chwytając Erwina za rękę.
— Rozumiem was, ale służba Bogu i ludziom to także ważny element waszego powołania oraz życia. — powiedziałem, starając się wyrazić zrozumienie dla ich dylematów. — Czasem trudno pogodzić różne aspekty naszego życia, ale warto szukać harmonii, która uszczęśliwi zarówno was, czy też wasze otoczenie.
Mężczyźni wymienili spojrzenia pełne refleksji. Widać było, że moje słowa trafiły do nich rodząc nowe przemyślenia. Leon po chwili milczenia przemówił:
— Masz rację. Dlatego chcemy znaleźć sposób, by nasza relacja była fundamentem, na którym możemy budować przyszłość, nie rezygnując z wiary ani uczuć. To nie jest łatwe, ale jesteśmy gotowi podjąć to wyzwanie.
— Wierzymy, iż miłość nie wyklucza duchowości. — dodał Erwin. — Chcemy pokazać, że można żyć w zgodzie z własnym sercem i jednocześnie służyć wyższym wartościom. Pragniemy być przykładem dla innych, iż takie życie jest możliwe.
Zamyśliłem się chwilę, próbując znaleźć odpowiednie słowa, które mogłyby wesprzeć Erwina i Leona w ich dążeniu do równowagi między miłością a duchowością. Czułem, że to, czego pragną, jest nie tylko piękne, ale trudne, lecz możliwe do osiągnięcia.
— Cieszę się, że macie takie głębokie oraz przemyślane podejście do życia. — powiedziałem w końcu. — Ważne jest, byście nie tracili z oczu swoich wartości, ale jednocześnie dawali sobie nawzajem przestrzeń do rozwoju. Wasza determinacja a także wzajemne wsparcie mogą być przykładem dla wielu ludzi.
Pastor uśmiechnął się z wdzięcznością, zaś ksiądz pokiwał głową, jakby zrozumiał, że są na właściwej drodze. W tej chwili zrozumieliśmy, że przed nimi wiele wyzwań, ale także wiele radości oraz pięknych chwil.
— Dziękujemy za twoje słowa. — powiedział Leon.
— I będziemy się starali, by nasz związek był świadectwem tego, że miłość i duchowość mogą iść w parze. — dodał Erwin.
— Rozumiem, że chcecie ujawnić waszą relację?
Kapłan katolicki zamyślił się na moment.
— Tak, chcemy, aby nasza relacja była jawna. Wierzymy, iż to jedyna droga, aby żyć pełnią życia. Być autentycznymi wobec siebie i innych. — odpowiedział z determinacją.
Pastor przytaknął, dodając:
— Nasza miłość jest częścią nas, czymś, czego nie chcemy ukrywać ani się wstydzić. Chcemy, aby ludzie zrozumieli, że można kochać jednocześnie służąc Bogu.
— To co teraz powiem jest trochę bolesne. Nie da się służyć Bogu, służąc swoim pożądliwościom, ale możliwe jest znalezienie drogi, która pozwoli wam zaspokoić zarówno potrzeby duchowe, oraz te emocjonalne. Kluczem jest zrozumienie, co tak naprawdę jest najważniejsze w waszej relacji i jak to wpasować w wasze życie w zgodzie z wartościami, które wyznajecie. Erwin i Leon spojrzeli na mnie z powagą, rozważając moje słowa. Wiedziałem, że ich droga nie będzie łatwa, ale wierzyłem, iż miłość a także pragnienie duchowego spełnienia były na tyle silne, by pokonać wszelkie przeszkody.
— Wasze powołanie, — kontynuowałem. — jest waszym obowiązkiem, a zakazane uczucia waszym krzyżem. Wiedząc, że każde uczucie, każda emocja, nawet ta trudna i bolesna, to częścią waszej drogi. W powołaniu oraz czystej szczerej miłości możecie znaleźć siłę oraz odwagę, by nią kroczyć.
Pastor spojrzał na partnera z czułością. Wiedziałem, iż ich uczucie była prawdziwa, głęboka, ale także pełna wyzwań. Leon, trzymając dłoń Erwina, odpowiedział cicho:
— Będziemy pamiętać twoje słowa. Miłość jest dla nas darem, ale także zobowiązaniem. Będziemy pracować nad tym, by nasz związek był zgodny z naszymi wartościami.
— Dokładnie tak. — przytaknąłem. — Uczucia wymagają pracy, ale także poświęcenia oraz zrozumienia. Pamiętajcie, że nie jesteście sami na tej drodze. — wskazałem palcem w górę. — Wspierajcie się nawzajem a także szukajcie wsparcia w swojej społeczności. Wspólnie możecie osiągnąć harmonię, której pragniecie.
— Boimy się tego. — powiedział smutno pastor. — Wspólnota Kościoła nie akceptuje takiej miłości.
Duchowni spojrzeli po sobie, a ich twarze wyrażały mieszaninę smutku oraz nadziei. Wiedzieli, że ich relacja spotyka się z niezrozumieniem, a czasem nawet z odrzuceniem.
— Ale to właśnie w takich chwilach musimy pozostać silni i wierni sobie. — rzekł ksiądz, ściskając dłoń partnera. — Nasza miłość nie jest mniej wartościowa tylko dlatego, że jest inna. Wierzymy, że Bóg patrzy na nasze serca, a nie na to, kogo kochamy.
Pastor westchnął głęboko, jego twarz była pełna zmartwienia oraz refleksji.
— Powiem szczerze, że przyszłość wasza nie będzie usiana płatkami róż. — kontynuowałem spoglądając im prosto w oczy. — Ale to właśnie w trudnych chwilach miłość staje się najważniejsza. To ona daje siłę, by przetrwać burze i pokonywać przeszkody. Erwin i Leon skinęli głowami, czując ciężar moich słów. Wiedzieli, że ich droga będzie wyboista, ale jednocześnie czuli, że miłość, którą dzielili, była warta każdego wysiłku. — Będziecie musieli stawić czoła wielu wyzwaniom, — dodałem. — ale pamiętajcie, że jeśli uczucie jest wystarczająco silne to nie ma takiej trudności, której kochające się serca nie pokonają. Wasze uczucie jest waszym kompasem, który poprowadzi was przez najciemniejsze chwile.
— Wiesz Angel… — rzekł pastor. — Tak myślę teraz że mnie oraz Leona nie przyciąga cielesne pożądanie. Nasza miłość opiera się na głębokiej więzi duchowej i emocjonalnej. Czujemy, że jest to dar, który przekracza granice fizyczności. Wręcz eliminuje pożądanie takie cielesne. To jest siła, która nas jednoczy na poziomie intelektualnym, duchowym oraz emocjonalnym.
— Dokładnie. — dodał ksiądz. — Ja nie czuję pociągu fizycznego, choć czułości sobie nie żałujemy.
— Rozumiem was. — odpowiedziałem spokojnie. — Miłość duchowa jest czymś niezwykle wyjątkowym i potężnym. To uczucie, które może przetrwać wszystko, nawet gdy świat wokół was jest pełen wątpliwości czy lęku. — stwierdziłem. — Pamiętajcie, że prawdziwa miłość zawsze znajdzie sposób, aby pokonać wszelkie przeszkody.
— Twoje wsparcie oraz zrozumienie bardzo nam pomogło. — rzekł Leon. — Chciałbym, aby więcej osób w naszej społeczności miało takie podejście jak ty. Czujemy się silniejsi wiedząc, że nie jesteśmy sami.
— Tak, — dodał Erwin. — jesteśmy wdzięczni za twoje słowa otuchy i za to, że nas nie oceniasz. To daje nam nadzieję, iż może jednak przyszłość nie będzie taka ponura.
— Nie chciałbym, — zacząłem stanowczo. — abyście zrezygnowali z waszego kapłaństwa, bo to bardziej obrazi Boga niż cokolwiek innego. Pamiętajcie, że to, kim jesteście i jakie macie powołanie, jest darem, który musicie pielęgnować oraz rozwijać. Nie pozwólcie, żeby trudności a także niezrozumienie ze strony innych odbierały wam to, co jest w was najpiękniejsze.
Duchowni spojrzeli na siebie, a ich spojrzenia były pełne determinacji lub nowo odkrytej siły. Wiedzieli, że będą musieli stawić czoła wielu przeciwnościom, ale z każdym kolejnym wyzwaniem ich miłość oraz wiara będą rosły w siłę.
— Nie miejcie mi tego za złe, lecz tak myślę, iż Bóg wystawił was na próbę w waszej drodze powołania. — dodałem z pełnym przekonaniem, chcąc, aby zrozumieli głębie tej sytuacji. — Wasze cierpienia oraz wyzwania mogą być narzędziem, przez które wzrosną wasza duchowość a także siła wiary waszych parafian. To właśnie w takich chwilach możemy odkrywać prawdziwe znaczenie naszego powołania. Zrozumieć, jak bardzo jesteśmy zdolni do miłości a także poświęcenia.
— Masz sto procent racji. — uśmiechnął się Erwin. — Twoje słowa dodają nam otuchy. Zdajemy sobie sprawę, że nasze powołanie nie jest łatwe, ale z tą miłością i wiarą, którą mamy, jesteśmy gotowi stawić czoło wszelkim przeciwnościom. Rozjaśniłeś nam w głowach, przypominając nam o powołaniu.
Leon przytaknął z powagą, a jego oczy błyszczały z wdzięcznością.
— Tak, — powiedział. — będziemy pamiętać twoje słowa i czerpać z nich siłę. Dziękujemy ci za wsparcie oraz za to, że wierzysz w nas, w naszą miłość. To daje nam nadzieję na lepszą przyszłość.
— Pamiętajcie, — powtórzyłem. — że nie jesteście sami. Znajdą się ludzie, którzy was zrozumieją a także będą was wspierać. Trzymajcie się swojego powołania oraz waszej miłości, a przetrwacie wszystko.
— Bóg jest naszą prawdziwą siłą. — rzekł ksiądz poprawiając koloratkę. — Czuję to każdego dnia, gdy staję przed naszymi parafianami. Ich wiara, zaufanie dają mi siłę do kontynuowania mojej misji.
— To prawda. — odparł pastor z uśmiechem. — Wspólnota, którą tworzymy, jest dowodem na to, że miłość i dobro mogą przetrwać nawet najtrudniejsze chwile.
— Dlatego ważne jest, abyście nigdy nie tracili nadziei. — powiedziałem ciepło. — Wasza determinacja oraz wiara są źródłem inspiracji dla wielu ludzi. Kontynuujcie swoją drogę z podniesioną głową i otwartym sercem.
— Wiesz, — zaczął pastor. — zawsze uważałem, że jesteś innym człowiekiem niż inni. Twoja wrażliwość oraz oddanie sprawie sprawiają, że jesteś wyjątkowy. Często myślę o tym, jak wiele dajesz ludziom nadziei i jak bardzo twoja praca jest potrzebna.
Spojrzałem na niego z uznaniem. Te słowa były dla mnie ważne, szczególnie w trudnych chwilach, kiedy sam wątpiłem w swoje możliwości.
— Dziękuję ci za te słowa, pastorze. — odpowiedziałem z wdzięcznością. — Wasza wiara we mnie dodaje mi siły, motywacji, aby iść naprzód. Wierzę, że razem możecie wiele osiągnąć a także pomóc parafianom w ich duchowej podróży. Pastor uśmiechnął się ciepło i położył rękę na moim ramieniu. Jego dotyk był trochę krępujący dla mnie. Szczerze to nie lubię, gdy mnie ktoś w taki sposób dotyka. — Na koniec chcę wam dać radę: — powiedziałem z powagą. — Pamiętajcie, że prawdziwa siła pochodzi z wnętrza. Niech wasze serca będą pełne miłości i empatii. W trudnych momentach, gdy wydaje się, że świat się wali, bądźcie dla siebie nawzajem wsparciem. Wasza jedność jest kluczem do przetrwania wszelkich przeciwności. Czerpcie się z wiary oraz uczuć danych wam z góry.
Duchowni skinęli głowami, a ich twarze stały się pełne nadziei oraz wiary. Wiedziałem, że te słowa będą dla nich ważne, że będą je nosić w sercach i czerpać z nich siłę.
— Będziemy pamiętać twoje słowa — powiedział Leon. — i kontynuować naszą misję z jeszcze większym zaangażowaniem. Dziękujemy ci za wszystko.
Objąłem ich obu, czując, że nasza więź jest silniejsza niż kiedykolwiek. Nasze spotkanie dobiegło końca, ale wiedziałem, że relacja między nami będzie trwała dalej dając nam wszystkim siłę. Pastor spojrzał na mnie z wdzięcznością, a ja poczułem, że spełniłem swój obowiązek najlepiej jak tylko mogłem. Rozstaliśmy się z poczuciem spełnienia oraz pełni nadziei na przyszłość, wiedząc, że nasze drogi będą się przeplatać jeszcze wielokrotnie, tworząc fundament pod lepsze jutro dla wszystkich, którzy pokładają w Bogu nadzieję, a w trudnej miłości wiarę. Goście poszli a ja siadłem do zrobienia notatki, jak to miałem w zwyczaju. Pomyślałem, że Bóg zrobił mi i im nie lada żart. Czasem dwa przeciwne światy spotykają się by zbudować jeden skomplikowany, ale pełen uczuć oraz wartości kosmos.
I ślubuję ci…
Dziś byłem umówiony na dziesiątą z pewnym małżeństwem, które przeżywało trudny okres w swoim związku. Spotkaliśmy się w moim gabinecie. Byli pełni niepokoju jak i również nadziei, że wspólnymi siłami uda się przezwyciężyć trudności i odbudować wzajemne zaufanie. Przywitałem ich serdecznie, gdy zaczęliśmy rozmowę. Była pełna emocji, łez, ale również chwil wzruszającego zrozumienia. Starając się zachować spokój i empatię, słuchałem ich opowieści, próbując zrozumieć źródło problemów oraz znaleźć sposób, aby obudzić w nich na nowo miłość, szacunek.
Kobieta powiedziała, iż są małżeństwem od dwunastu lat. Wspomniała, że kiedyś ich związek był pełen radości i harmonii, ale z czasem zaczęły pojawiać się trudności, które oddalały małżonków od siebie. Jej głos był przepełniony bólem, tęsknotą za dawnymi, lepszymi czasami. Z kolei mąż opowiadał o swoich zmaganiach z codziennymi stresami oraz brakiem komunikacji, co tylko pogłębiało ich kryzys.
Słuchając tej pary, poczułem głęboką empatię. Postanowiłem zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby im pomóc. Wierzyłem, że ich miłość, choć przygasła, wciąż tliła się gdzieś głęboko i mogła zostać ożywiona. Podzieliłem się z nimi swoimi refleksjami oraz zaproponowałem kilka praktycznych kroków, które mogłyby pomóc im w odbudowie wzajemnego zaufania a także bliskości. W trakcie rozmowy małżonkowie zgodnie oświadczyli, że tworzą otwarty związek. Było to zaskakujące, ale jednocześnie pokazało, że starają się znaleźć sposób na utrzymanie bliskości, komunikacji, pomimo trudności. Oboje wyrazili chęć do pracy nad swoim związkiem.
— Na czym polega wasz otwarty związek? — zapytałem, starając się zrozumieć ich perspektywę.
Kobieta spojrzała na męża, a następnie delikatnie się uśmiechnęła.
— Chodzi o to, że oboje postanowiliśmy dać sobie więcej swobody oraz przestrzeni, aby rozwijać się na różnych płaszczyznach, zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie. Nasz otwarty związek polega na wzajemnym zaufaniu oraz szczerości. Umożliwia nam eksplorowanie innych relacji, ale jednocześnie utrzymujemy naszą więź małżeńską jako najważniejszą. — wyjaśniła z głosem pełnym spokoju.
— To była trudna decyzja, ale doszliśmy do wniosku, że to może nam pomóc lepiej zrozumieć siebie nawzajem, dopełnić nasze potrzeby. Chcemy, aby nasz związek opierał się na autentycznym zrozumieniu i akceptacji, a nie na przymusowych zobowiązaniach. — dodał mąż.
Słysząc te słowa, poczułem, że ich podejście jest pełne odwagi, otwartości na zmiany, ale nie zdawali sobie sprawy z tego, iż jest to także błędne koło. Zdawało się, że oboje są zdeterminowani, aby przezwyciężyć kryzys, znaleźć nową ścieżkę do bliskości. Przypomniałem sobie słowa, które często powtarzałem innym parom: miłość jest dynamiczna i wymaga elastyczności oraz gotowości do adaptacji, jednak małżeństwo to wspólna i jednokierunkowa droga, gdzie nie może być miejsca na osoby trzecie.
— Rozumiem waszą decyzję. Ważne jest, aby w związku każdy czuł się spełniony, rozumiany czy zaspokojony seksualnie. — powiedziałem z uznaniem. — Wiecie, małżeństwo to coś więcej niż cielesne zaspokojenie pożądania. — kontynuowałem. — To przede wszystkim głęboka więź emocjonalna, wzajemne wsparcie, wspólne budowanie życia oraz rodziny. Wasza decyzja o otwartym związku jak widać była bardzo ryzykowna. Nie jestem tu od tego, by was krytykować, ale by pomóc wam znaleźć drogę do odbudowy waszej relacji. Ważne jest, abyście oboje czuli się komfortowo, mieli przestrzeń do wyrażenia swoich uczuć oraz potrzeb. — uzupełniłem swoją wypowiedź, starając się dodać im otuchy.
— Jaka jest pańska rada? — zapytała kobieta.
— Przede wszystkim, — zacząłem. — proszę nie mówić mi per pan, bo Pan jest tylko jeden. — uśmiechnąłem się. — Chciałbym wiedzieć jak często zmieniacie partnerów, partnerki? — zapytałem, starając się jeszcze lepiej zrozumieć dynamikę ich związku.
Kobieta zamyśliła się chwilę, a następnie odpowiedziała:
— To nie jest coś, co robi się z dnia na dzień. Zwykle spotykamy się z innymi osobami wtedy, gdy oboje czujemy, że jest to odpowiedni moment i mamy na to ochotę. Częstotliwość zmienia się w zależności od naszych potrzeb oraz sytuacji życiowych. Ważne jest dla nas, aby zawsze być ze sobą uczciwymi, otwartymi na eksploracje nowych doznań.
Mąż dodał:
— Staramy się, aby każda relacja była budowana na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Nie chodzi tylko o fizyczność, ale także o rozwój emocjonalny a także poznawanie nowych perspektyw. Zawsze jednak priorytetem jest nasza więź małżeńska.
— Ciekawi mnie, czy w trakcie, gdy jedna strona oddaje się miłości, to druga obserwuje czy też uczestniczy w tym wydarzeniu? — zapytałem z delikatną nutą zainteresowania.
Kobieta spojrzała na mnie, a następnie na swojego męża. Po krótkiej chwili milczenia odpowiedziała:
— Nie, to nie działa w ten sposób. Szanujemy swoją prywatność i granice. Kiedy jedno z nas jest zaangażowane w inną relację, drugie pozostaje z dala, dając przestrzeń oraz czas. To kwestia zaufania i wzajemnego szacunku.
Mąż przytaknął, dodając:
— To prawda. Każda relacja poza naszą małżeńską jest indywidualna i nie wchodzimy sobie w drogę. Dla nas najważniejsze jest, aby nasze relacje były zdrowe a także pełne zrozumienia. Nasze małżeństwo zawsze pozostaje podstawą, na której budujemy wspólne życie.
— Czy próbowaliście być takim tradycyjnym, książkowym małżeństwem? — zapytałem, z ciekawością wpatrując się w ich twarze.
Kobieta zawstydziła się, spojrzała pytająco na swojego męża. On wzruszył ramionami, jakby szukając właściwych słów.
— Na początku naszego związku, jak wiele innych par, próbowaliśmy pójść tradycyjną drogą. — odpowiedziała kobieta. — Jednak po kilku latach zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy szczęśliwi ani zadowoleni. Czuliśmy, że brakuje nam czegoś ważnego, że nasze potrzeby oraz pragnienia są tłumione.
Mąż dodał:
— W pewnym momencie zrozumieliśmy, że musimy być autentyczni wobec siebie i nie bać się eksperymentować. To była długa oraz trudna droga, ale ostatecznie odkryliśmy, że otwarty związek daje nam szczęście i spełnienie, których wcześniej nie mieliśmy. To była decyzja, którą podjęliśmy razem, z pełnym zaufaniem oraz miłością.
Kobieta spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem i powiedziała spokojnie:
— To nie chodzi o to, że mój mąż czegoś nie ma. Wręcz przeciwnie, jest wspaniałym partnerem a przede wszystkim prawdziwym przyjacielem. Otwarty związek pozwala nam jednak odkrywać różne aspekty naszej osobowości czy pragnień, które mogą być trudne do spełnienia w jednym związku. Każda relacja, którą nawiązuję, wnosi coś nowego do naszego życia, ale to nie umniejsza wartości małżeństwa. Mój mąż jest dla mnie niezmiernie ważny, ale cenię również możliwość poznawania innych ludzi, dzielenia się z nimi różnymi doświadczeniami.
Jej mąż przytaknął z aprobatą, dodając:
— To prawda. Każda osoba, którą spotykamy w naszym życiu, wnosi coś unikalnego i ekscytującego. Nasz związek jest silny, ponieważ opiera się na szczerości, zaufaniu oraz wzajemnym wsparciu. Cieszymy się, że możemy być sobą i jednocześnie dzielić się naszym życiem z innymi.
— To w takim razie co stanowi problem, że wasze idealne małżeństwo się sypie? — zapytałem, starając się ukryć ton ironii.
Kobieta zmarszczyła brwi, a jej mąż westchnął głęboko.
— Nie powiedziałbym, że nasze małżeństwo się sypie. — odpowiedział spokojnie mężczyzna. — Każdy związek przechodzi przez trudne chwile, ale to nie oznacza, że jest skazany na niepowodzenie. Klucz do sukcesu leży w umiejętności komunikacji czy adaptacji do zmian.
— To w takim razie czegoś tu nie rozumiem. — zerknąłem badawczo na małżonków.
— Przechodzimy przez różne fazy i wyzwania, ale najważniejsze jest, że jesteśmy w tym razem. — powiedziała. — Czasami pojawiają się trudności, ale staramy się je rozwiązywać, rozmawiać oraz wspierać nawzajem. Żadne małżeństwo nie jest idealne, ale nasze staramy się budować na miłości, zaufaniu a także kompromisach.
— Wyczuwam, że dzieci państwo nie macie? — spojrzałem ponownie badawczo na parę małżonków.
— Faktycznie, nie mamy dzieci. To była świadoma decyzja, którą podjęliśmy razem. Choć nie oznacza to, że nie rozważamy tego w przyszłości. W tej chwili chcemy skupić się na sobie i na naszych pasjach. Może kiedyś zdecydujemy się na powiększenie rodziny, ale teraz czujemy się spełnieni takim życiem, jakie prowadzimy. — stwierdziła z dumą kobieta.
Jej mąż dodał:
— Dzieci to ogromna odpowiedzialność. Chcielibyśmy być pewni, że jesteśmy na to gotowi pod względem emocjonalnym, finansowym oraz czasowym. Na razie cieszymy się naszą swobodą i możliwością eksploracji różnych ścieżek życia.
— Rozczaruję państwo. — rzekłem stanowczo. — Związki czy małżeństwa otwarte nie istnieją! Po prostu nie ma takiego tworu. Albo jest się w związku albo tworzy się parodię małżeństwa. Związek małżeński to dwie równoprawne osoby tworzące wplotę domu i ciał.
— To bardzo kategoryczne stwierdzenie. — odpowiedziała kobieta, starając się zachować spokój. — Myślę, że każda relacja jest inna i to, co działa dla jednej pary, niekoniecznie musi działać dla innej. Ważne jest, aby partnerzy czuli się szczęśliwi oraz spełnieni w swoim związku.
— Zgadzam się z żoną. — dodał mąż. — Nasz związek opiera się na zasadach, które sami ustanowiliśmy i które nam odpowiadają. Każdy powinien mieć prawo do wyboru, jak żyje, jak buduje swoje relacje.
— Moi drodzy, — zacząłem. — okłamujecie mnie i oszukujecie siebie. — zaskoczenie malowało się na ich twarzach, ale nie przerywali mi. — Ludzie często wmawiają sobie, że są szczęśliwi w swoich wyborach, nawet jeśli podświadomie czują inaczej. To naturalne, że chcemy wierzyć w to, co mówimy, ale czasem warto zastanowić się, czy nasze decyzje naprawdę przynoszą nam spełnienie.
Małżonkowie wymienili spojrzenia pełne niepewności.
— Ja się z tym nie zgadzam! — zakomunikowała butnie kobieta.
— Może pani się oszukiwać nadal, ale wasze małżeństwo w tej formie to fikcja. — powiedziałem dosadnie. — Ja tu widzę inny problem, którego państwo nie akceptujecie.
— Chyba niepotrzebnie tu przyszliśmy. — rzekł mężczyzna, wstając z miejsca. Jego żona z trudem ukrywała łzy, chwyciła go za rękę.
— Dobrze, powiem prawdę. — wydukała klientka. — Ja i mój mąż jesteśmy biseksualni.
Na chwilę zapadła cisza. Mężczyzna spojrzał na swoją żonę, a następnie w moją stronę z odrobiną wyzwania w oczach.
— Czy to jest powód, dla którego wybraliście taki model związku? — spytałem, starając się zrozumieć ich perspektywę.
— Tak. — odpowiedziała kobieta. — Oboje czujemy się swobodniej, mając możliwość eksploracji naszych uczuć i pragnień. To nie jest kwestia oszukiwania ani siebie, ani innych. To jest nasza prawda.
— Rozumiem. — skinąłem głową, starając się okazać zrozumienie. — Ale musicie być świadomi, że taka decyzja wymaga jeszcze większej komunikacji i zaufania między wami. To ciągły kompromis.
— Jesteśmy tego świadomi. — odrzekł mężczyzna. — I właśnie dlatego przyszliśmy tutaj, aby porozmawiać o naszych obawach, upewnić się, że idziemy w dobrym kierunku.
— Każdy człowiek ma swoje prawdy. — rzekłem. — Nie lubię być okłamywany, ale widzę, że nie chodzi tu o kłamstwo, tylko o waszą potrzebę autentyczności.
— Dokładnie tak. — odpowiedziała kobieta, ściskając mocniej rękę swojego męża. — Chcemy być szczęśliwi i uczciwi wobec siebie.
— Powiem szczerze, że w waszej sytuacji uczciwość małżeńska to trochę nielogiczny stan. — dodałem, patrząc na nich oboje z powagą. — Bez ciągłych kompromisów nie utrzymacie solidnej podstawy dla waszej relacji. Nie oszukujmy się, że jesteście małżeństwem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Śmiem twierdzić, iż bardziej niż miłość prowadzi was zaspokajanie potrzeb seksualnych. Ten wasz związek jest tylko bezpieczną formą kamuflażu przed oceną ze świata. Zostaje wam pielęgnowanie komunikacji między wami oraz próba stworzenia faktycznej rodziny.
— Zdajemy sobie z tego sprawę. — odpowiedziała żona. — Dlatego chcemy nauczyć się otwarcie rozmawiać o naszych uczuciach oraz pragnieniach, bez obawy przed oceną.
— To bardzo ważne. — zgodziłem się — Pamiętajcie, że kluczem do sukcesu jest nie tylko szczerość, ale też wzajemne wsparcie i zrozumienie.
— Dziękujemy za te słowa. — rzekł mężczyzna, gładząc dłoń żony. — Czujemy, że teraz mamy lepsze narzędzia do pracy nad naszym związkiem.
— Nie miejcie mi za złe mojego stanowiska. — dodałem z delikatnym uśmiechem. — Moim zadaniem jest pomóc wam zrozumieć siebie nawzajem żebyście przepracowali pewne sprawy, które stanowią punkty zapalne. — odniosłem wrażenie, iż mój tok myślenia był nieco inny niż ich, lecz musiałem powiedzieć to co uznałem za ważne.
— Nie, w porządku. — odpowiedziała kobieta. — Jesteśmy wdzięczni za twoją otwartość.
— To naprawdę dużo dla nas znaczy. — dodał mężczyzna. — Chcemy, aby nasz związek był silny i trwały, a twoje rady są dla nas bezcenne.
— Kiedy ostatni raz zbliżył się pan do swojej żony? — zapytałem, starając się, aby moje pytanie zabrzmiało z troską oraz delikatnością.
Mężczyzna spojrzał na swoją żonę, a następnie spuścił wzrok, jakby szukał w sobie odpowiedzi.
— To było… chyba dwa miesiące temu. — odpowiedział w końcu, jego głos był cichy, niemalże szeptem.
— Rozumiem. — odparłem. — Bliskość fizyczna jest istotnym elementem związku, ale równie ważna jest bliskość emocjonalna. Czy próbowaliście rozmawiać o tym, co was powstrzymuje przed sobą?
Kobieta ścisnęła mocniej dłoń męża, jakby chciała dodać mu otuchy.
— Próbowaliśmy, ale zawsze kończyło się to kłótnią. — powiedziała z wyraźnym smutkiem. — Chcielibyśmy wiedzieć, jak to zmienić.
— A pani, ile miała w ciągu tych dwóch miesięcy partnerów, partnerek?
Kobieta spojrzała w dal, a następnie odpowiedziała z pewnym wahaniem:
— Nie liczyłam, ale chyba dwóch mężczyzn i cztery partnerki.
Spojrzałem na nich z powagą, wiedząc, że następne pytanie może być trudne, ale konieczne do zrozumienia ich sytuacji.
— Czy są państwo uzależnieni od zbliżeń intymnych? — zapytałem spokojnie, ale z wyczuwalnym zaangażowaniem.
Mężczyzna i kobieta wymienili niepewne spojrzenia, a następnie kobieta odpowiedziała:
— Nie jesteśmy pewni. Czujemy, że nasze życie intymne jest chaotyczne, ale nie mieliśmy wcześniej okazji, by to naprawdę przeanalizować.