E-book
12.31
drukowana A5
77.06
Sen in Excelsis

Bezpłatny fragment - Sen in Excelsis


Objętość:
659 str.
ISBN:
978-83-8126-068-8
E-book
za 12.31
drukowana A5
za 77.06

Dorota Worobiec

Sen in excelsis

Ridero 2017

Okładka i ilustracje: Dorota Worobiec


© Dorota Worobiec, 2017 ISBN 978-83-8126-068-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

SPIS TREŚCI

Wstęp 7

Zanim zdarzyło się wszystko 14

Część pierwsza: Popioły starych słońc 23

Część druga: Anno Domini dwa tysiące XYZ… 132

Część trzecia: Tuż przed Podróżą Nieaktywną 178

Część czwarta: Podróż „Nieaktywna”… czy aby na pewno?. 184 Część piąta: Kontakt po podróży pozornie tylko

nieaktywnej 190

Część szósta: Czas „Po Wszystkim” 213

Część siódma: Tak Zwane Sny 220

Część ósma: Prorocza zabawa sprzed lat… 267

Część dziewiąta: Styczeń 2012 i cd… 273

Część dziesiąta: Mojej Duchowej Never Ending Story wielki

ciąg dalszy 317

Część jedenasta: drugiej strony mgły, czyli ciąg dalszy

nastąpił… 495

Gdy Bóg powierza duszy jakąś misję, daje jej również wszystkie łaski i pomoce potrzebne do wypełnienia tej misji.

On nigdy nie daje mniej, niż trzeba.

bł. Jakub Alberione

WSTĘP

“Daremnie śmierć usprawiedliwia siebie samą wskazaniem na nie- ubłagane prawo, któremu i ona musi służyć i podług którego wszelkie życie doczesne to tylko krótka droga między łonem matki a kryptą. Śmierć jest bowiem tyleż nieuchronna w ładzie przyrody, co nie do pomyślenia dla ludzi kochających siebie nawzajem. Jakiż stąd wniosek? Zapewne nie może to być postulat, by mniej kochać, życie bez miłości jest już samo w sobie śmiercią.”

/Eugen Drewermann, „Zstępuję na barkę słońca”/

Kilka słów od autorki

Książką tą spełniam bardzo ważną dla mnie prośbę, wolę, polecenie z Tamtej Strony od świętej pamięci Małgo- rzaty: ”Musisz powiedzieć o tym ludziom” i zarazem moją własną, rozpoznaną sercem i umysłem ziemską misję dla ludzi.

Przyjaciółka na trzy lata przed swoją śmiercią podzieliła się ze mną „tajemnym przekazem Archanioła Michała”. Była to „Medytacja Błękitnego Płomienia”, która przemienia życie ziemskie, sprowadza z zamierzchłej przeszłości bliskie, czy zna- ne nam kiedyś osoby, które mają od teraz bezpośredni wpływ na to nasze życie. Sporadycznie medytacja ta może spowodować przejście słuchającej jej osoby w Wyższy Wymiar, na Tamtą Stro- nę, aby mogła realizować swoje dalsze przeznaczenie na tym Wyższym już Planie. Odtąd fioletowe światło Michała Archanioła i Jego symboliczny Niebiański Flet prowadzą mnie w trakcie pisa-

nia, co jest cyklicznie przez Niego akcentowane, aż wreszcie sam przybywa do mnie również symbolicznie i zarazem duchowo, prawdziwie… W swojej Figurze, z samej Groty w Gargano! Prze- kazem dzielę się z innymi osobami i okazuje się, że natychmiast dzieją się w ich życiu „cuda”, co w pewnym miejscu książki jest opisane. Mój pierwszy „cud” Michała Archanioła, po pierwszym przesłuchaniu medytacji opisuję w rozdziale „Zanim zdarzyło się wszystko”, na samym początku książki. Książka zawiera w sobie całe moje „niezwykłe” duchowo życie i podzielona jest na czę- ści. Nie jest to jednak suchy opis faktów, chociaż właściwie z nich samych się składa. Chodzi tu o wielkie przesłanie, pewien niesa- mowity ciąg wydarzeń zmierzający do czegoś ważnego, książka staje się jakby „żywa”, o czym przekona się osoba czytająca. Jej głównym przesłaniem jest połączenie sacrum i profanum w życiu każdego współczesnego człowieka, bez względu na system reli- gijny, jaki praktykuje… Bez względu na światopogląd.....Chodzi tu również o cenną umiejętność współpracy z Czasoprzestrzenią i czytanie znaków, jakie ona nam daje.

Książka ta zawiera głośne wołanie o świadome, odważne doświadczanie, kroczenie po jedynym wspólnym gruncie, jakim dla tzw. ”umarłych”, a właściwie żyjących pełniej niż my, dla wszelkich innych bytów, oraz dla nas w relacji z nimi są fale mózgowe alfa, delta i teta. Te trzy (alfa, delta i teta) pozostają z nami po zrzuceniu ziemskiego ciała i te trzy są dostępne dla nas na Ziemi najczęściej nocą, chociaż nie jedynie nocą. Za dnia, przy posiadaniu ciała ziemskiego korzystamy z beta i gamma. Za ich przyczyną nie możemy prawie NIC, co dotyczy sfery ducha. Za pomocą fal alfa delta i teta mamy możliwość prowadzenia niewy- obrażalnego wprost dialogu z osobami, które już po Tamtej Stronie i po tej naszej… Za przyczyną tych fal możemy najwspanialej na świecie kontaktować się z Bogiem, z całym Niebem Chrześcijańskim w przypadku chrześcijan, oraz z całym Wyższym Wymiarem w rozumieniu o wiele bardziej szerszym i poznawać PRAWDĘ, oraz rozwiązywać wszelkie problemy wspólnie z nimi. Na ubogich falach beta i gamma możemy oczywiście dokonać jakiegoś zapoczątkowania, deklaracji w stronę Wyższego… Jednak- że odpowiedzi i całe prowadzenie wydarzać się będzie na falach alfa, delta i teta i prowadzeni będziemy wówczas także na beta i gamma w sposób absolutnie zaskakujący. To wtedy pojawią się szczęśliwe zbiegi okoliczności, które będą oczywiście czymś zupełnie innym, to wtedy pojawią się w naszym życiu tzw. CUDA. Podłączeni będziemy bowiem wówczas do Czasoprzestrzeni, jako do wielkiej całości, której cząstkami jesteśmy. Tematyka książki jest bardzo różnorodna, bogata, jednak pojawiają się często wątki duchowe związane z chrześcijańską stroną mojego i nie tylko mojego życia i tu pragnęłabym powiedzieć, że jeśli książkę będzie czytał chrześcijanin, wzbogacić może swoje życie duchowe o coś, czego być może się nie spodziewa. Jeżeli czytać będzie osoba praktykująca inny system religijny, niech nie sądzi, że próbuję „przeciągnąć” ją w inną stronę, czy może skrytykować jej sposób wyznawania Boga, czy doświadczania Wielkiego Umysłu. Niech wówczas pamięta, że opisując niektóre wydarzenia w duchu chrześcijańskim (chociaż nie tylko), opowiadam jej o czymś wiel- kim i pięknym. CHRZEŚCIJAŃSTWO zaś staje się tu filtrem, narzędziem poprzez które przeżywam, realizuję i spełniam to swoje ziemskie życie. Chętnie sama czytam przecież opowieści z elementami innych systemów religijnych, oraz korzystam z cennej skarbnicy wiedzy tych systemów. Jeśli czytać będzie oso- ba „neutralna”, szybko zorientuje się, o co chodzi i podąży za bie- giem akcji. Książka jest pewnym ważnym ukłonem w stronę bar- dzo mi bliskiego i potrzebnego chrześcijanom Kościoła (mam na myśli instytucję w ogóle). Ukazuję bowiem w niej wielką potrze- bę Nowych Czasów, być może złych w sensie duchowości jakiejś sporej nawet części społeczeństwa. Jednocześnie zaś czasów bar- dzo świadomej duchowości tej pozostałej części społeczeństwa, uznającej i stosującej „narzędzia” stworzone specjalnie dla praw- dziwie głębokiego przeżywania, doświadczania tej duchowości. Pragnę zaznaczyć, że wydarzeń „niezwykłych” w moim życiu nie wywoływałam sama. Pewne silne przeżycia otworzyły mi kiedyś drogę samoistnie, potem, kiedy zorientowałam się w czym biorę udział i jak wielkie szczęście mnie spotkało, oczywiście podtrzy- muję to wszystko. Nigdy w życiu nie „wywoływałam” Umarłych z tzw. Tamtej Strony za przyczyną głupich praktyk, Oni sami kon- taktują się ze mną i na tej zasadzie odbywają się moje kontakty z Wyższymi Osobami, Bytami, gdyż jestem dostrojona odpo- wiednimi ku temu falami. Początkowe części książki powstawać zaczęły niedługo po śmierci Małgorzaty, napisane są w stylu baj- kowym oraz specyficznym językiem, chociaż wszystko zostało przeżyte przeze mnie i nie tylko przeze mnie, na różnych falach PRAWDZIWIE. Początkowe części zawierają wszystko, co miałam do powiedzenia biorąc pod uwagę moje życie od jego początku, aż po czas odejścia Małgorzaty oraz innych ważnych w tej książce osób… I to właśnie w „Popiołach starych słońc” oraz w części drugiej, połączyłam wiele podróży duchowych w jedną wielką podróż.. Z kolei ramy, które widoczne są w treści tej książki pod postacią mojego wchodzenia i schodzenia z poziomów od najniż- szego do najwyższego i potem znów odwrotnie, oczywiście uka- zały mi się prawdziwie w jednej z takich podróży, a ja zastosowa- łam je szerzej. To jest jedyna „fikcja” w tej książce, chociaż wła- ściwie fikcją w dosłownym znaczeniu oczywiście nie jest. Części późniejsze, to bieżąca kronika, z niecierpliwym wyczekiwaniem dalszego ciągu, gdyż okazało się szybko, że moje życie ułożyło się w pewną dziwnie wyglądającą całość, jakby toczyło się spe- cjalnie dla dalszego ciągu tego pisania i ja wierzę, że tak wła- śnie jest. Pojawiają się ważne postaci z Tej i Tamtej Strony życia i układa się zadziwiająca dla mnie akcja, chwilami powodująca dreszczyk i wciąż prowadząca mnie do jakiegoś nieznanego, lecz ważnego finału. Również na trzy lata przed swoją śmiercią Małgorzata poinformowała mnie, że utrzymuje kontakt z bardzo znaną, sławną Jasnowidzącą z Hamburga. To ona powiedziała wtedy Gosi, że kiedyś napisze jakąś „dziwną, niezwykłą książkę, lub weźmie udział w treści czyjejś książki”. Ten fakt właśnie się wydarzył, jednak Gosia, wraz z innymi wystąpiła w książce już z Tamtej Strony. W treści tej książki z „Tej” i potem z „Tamtej Strony” bierze też udział osoba duchowna, „ściągnięta” przez Michała Archanioła dla mnie z zamierzchłej przeszłości, o czym w początkowym rozdziale i później przez prawie całą książkę. Nigdy nie zapomnę pewnego spotkania z Gosią. To było pod drzewami na toruńskim przystanku tramwajowym przy ul. Reja. To wtedy powiedziała mi kompletnie nieświadomie o powstaniu w przyszłości tej książki, o której treści właściwie nie miałyśmy, ona i ja jeszcze wtedy pojęcia. Czym stanie się książka, nawet nie podejrzewałam na początku jej pisania. Rozwijała się wraz ze mną, tak właśnie mogę powiedzieć, gdyż dzięki jej napisaniu roz- winęłam się duchowo i dotarły do mnie pewne fakty, sprawy, na które patrzyłabym pewnie inaczej, nie pisząc. Książka zawiera też moją poezję. Tworzyłam ją od wczesnych lat, aż po lata nie- dawne. Tematycznie jest ta poezja zgrana z książką, gdyż zawsze pisałam o Bogu, śmierci i relacjach międzyludzkich. Myślę, że po jej napisaniu jestem kimś trochę innym. Kimś znacznie prze- mienionym duchowo i tego samego pragnęłabym dla wszystkich, którzy kiedykolwiek przeczytają moje przesłanie. Dedykuję tą moją opowieść tej części oblicza i serca każdego człowieka, która wierzy, wzrusza się oraz emocjonuje i przeżywa jak dziecko, bun- tuje jak młodzieniec, wspomina jak starzec… Ostatecznie składa jednak pod wszystkim kapitulacyjny podpis istoty dojrzałej, pogodzonej, bo w końcu podobno po każdym buncie, każdej roz- paczy, każdym głębokim przeżyciu, nawet najbardziej oporna jednostka, bez względu na wiek dojrzewa, uspokaja się, lub nie… Są tacy, którzy nigdy nie godzą się na ziemskie rozstania, śmierć, przemijanie, a więc egzystencję pełną nostalgicznego bólu. Jednakże pamiętajmy mimo wszystko, że „Życie grozi rozstaniem, ale śmierć łączy na zawsze”/Marek Hłasko/.

Czas, który jeszcze przed nami, w szklanych urnach klepsydr zaświeci i spłonie podpalony ostatnim naszym ziemskim słońcem…

Karawan wiatru szybko zabierze na cztery strony świata proch gorący, który jedynie na Ziemi pozostanie po całym tym zamieszaniu, jakim było życie…

(Autorka)

Nie ma dla twórcy lżejszego, piękniejszego, bardziej pro- miennego uczucia ponad to, kiedy może położyć przed kimś, jak dar prawdę czystą i jedyną, nie zmąconą ubarwieniem mającym mu przynieść rozgłos, dumę, wzbudzić sensację. Taką prawdą jest moja opowieść, o czym wie Bóg i tylko z tego powodu jestem z niej dumna...Nie martwię się, czy inni w nią uwierzą, bo prawda łatwo daje się poznać, gdy czyta ją serce…

Ta skromna, lecz duchowo bogata książka, napisana między Niebem a Ziemią, mogłaby stać się ogniwem łączącym coś, co nigdy nie powinno było zostać rozdzielonym… świat nauki ze światem ducha, a co za tym idzie, pięknym przełomem w życiu ludzi zarówno tych „zwyczajnych”, jak i tych „niezwykłych”. Mogłaby. Gdyby te środowiska spuściły z tonu chociaż na czas potrzebny do jej przeczytania, jednak bez niecierpliwego skaka- nia po stronach, tylko tak od słowa pierwszego do ostatniego, to jest warunek jedyny, ale niezbędny…

„Człowiek dobrze osądza tylko całość”/Przyp.23,22

Warunkiem i sensem istnienia dwóch pozornie odrębnych biegunów, punktów, jest istnienie linii, która może je połączyć burzliwą dyskusją, a jej finałem może być jedynie podanie sobie dłoni przez tzw. świat suchych faktów naukowych i świat war- tości duchowych, nie tylko nie pozbawiony tychże faktów, lecz z nich przecież składający się, lecz fakty te doświadczane są w tym wypadku otwartym sercem i otwartym umysłem. Podaję tą książkę do rąk każdego, kto nie tkwi w miejscu. Każdego, kto rozwija się i bacznie obserwuje ten swój rozwój, oraz do rąk tych, którzy dopiero chcieliby otworzyć się na pełne doświadcza- nie rzeczywistości. Podaję ją wreszcie księżom i zapraszam Ich

wszystkich po „przeczytaniu mojego życia” do szczerej dysku- sji na temat tzw. wiary skostniałej, nieaktywnej w zestawieniu z wiarą żywą, praktyczną. Wiarą radosną, spełnioną. Wiarą sku- teczną, wiarą tak bogatą w duchowe owoce…

Wszystkim tym, którzy trwają w jakimś duchowym marazmie, czy może jakiejś formie skostniałych ideałów, przekonań, których nie są pewni i których nawet nie rozu- mieją, nie czują, a może zwyczajnie mają duchowego lenia, niedowierzają, dedykuję cenne myśli, które znalazły nie- świadome z samego początku zastosowanie w moim, jak się to okazało, niezwykle świadomym i pełnym życiu…

„Nie musisz niczego zmieniać i odrzucać…

Możesz dodać jeden znaleziony przez ciebie koralik do całości, stwarzając sobie optymalne warunki do powodzenia, harmonii, szczęścia i radości, do lepszego rozumienia siebie i życia zgodnie z własnymi ideałami.”

„Oczy nie widzą, szukać trzeba sercem.”

/Z. Królicki/


/Saint Exupery/

„Całe życie człowieka jest jednym wielkim, trudnym do pojęcia, cudem”

/A. Carrel/

„Dla niektórych ludzi twoje życie może być Jedyną Biblią jaką przeczytają”.

/W.B.Toms/

„Życie jest snem, z którego budzimy się, gdy przychodzi śmierć.”

/P. Coehlo/


ZANIM ZDARZYŁO SIĘ WSZYSTKO

Czyli porażający bardzo ważny roz- dział, bez którego całość nie ma sen- su

Rok 2000

Nocą 01—02.02.2000r. (fale alfa) stało przy moim łóżku coś na kształt talerza satelitarnego. Ta rzecz miała osobowość i obserwowała mnie. Poczułam się bardzo zagrożona. Nagle usłyszałam dźwięk jakby odlatującego pionowo, w górę jakiegoś pojazdu. Czyżby była to manifestacja kogoś, czegoś z Tamtej Strony, czy też stan mojego umysłu, zmieniony w ważnym celu na ten czas? Pokój zalany ultrafioletem, wibracje, gwizdy szumy. Spojrzałam w okno mojego pokoju i ujrzałam cień znikającego nad dachami pojazdu. Widziałam to na falach alfa przez… żaluzje, których nie miałam!!! Nagle nastał dzień (na falach głębokiego snu) i oto już znajduję się w pokoju rodziców. Tam całe ściany oklejone są moimi pracami z zakresu grafiki komputerowej. Jednak jest to luty 2000 i nie mam w realu własnego komputera. Znam programy biurowe, nie znam programów graficznych, a te stanowiły moje marzenie. Wchodzę na balkon, ten od strony klatek schodowych, czyli wychodzący na zachód. Nagle widzę na niebie, na południowym zachodzie zmierzający do mnie błękitny eteryczny, giętki promień… Ma osobowość! Mówi do mnie telepatycznie, że daje mi moc twórczą w oczy dłonie, uszy, umysł i serce. Następnie wnika w to wszystko po kolei, a ja odczuwam to niby przyjemne porażenie prądem. Nagle dzień zmienia się późny wieczór, jest czarne niebo, gwiazdy, księżyc. W jednej chwili zmienił się całkowicie mój sposób odczuwania. Zmiana poziomów energetycznych! Usłyszałam to zdanie gdzieś w głębi siebie. Zaczęłam wyraźnie słyszeć naddźwięki i poddźwięki z takim charakterystycznym głuchym strzelaniem jakby fajerwerków. Moje oczy zaczęły widzieć inaczej kolory. Te kolory były niesamowicie intensywne i występowały jako żywe fontan- ny kolorowych energii, tak się nazywały, a ja skądś to wiedzia- łam. Róż i turkus. Żółty, czerwony i nie tylko. Nagle z miejsca, z którego wyszedł za dnia błękitny promień, zaczęła prze- bijać jakaś jasność. Okazała się ona po chwili „Złotą Gwiazdą”, tak też się nazywała. Ta moja złota Gwiazda, czymkolwiek była, wysłała mi teraz osobiście w prezencie z Nieba… KOMPUTER?! Ze środka Złotej Gwiazdy ostro wystrzelił teraz złoty pojedynczy promień i bardzo precyzyjnie, celnie trafił z nieba w pusty, czarny, będący kosmiczną głębią ekran stojącego na balkonie komputera. Pojawił się na nim szybko migający obfity tekst, jakoś nie byłam w stanie tego odczytać. Po chwili widziałam coś… 22 11 22 11 22 11 Opowieść z Gwiazd. Komputer posiadał osobowość i duszę! Poczułam lekką grozę i dziwne podłączenie mojego mózgu do przerażającego Kosmosu.. Na podłodze stało tekturowe pudło, na pudle był napis brzmiący: PRO-AFRO lub coś podobnego. W pudle znajdowały się dyskietki, krążki CD i książki. Okazało się, że autorem książek jestem ja sama, nie widziałam tytułu więc pomyślałam z radością, że pewnie kiedyś napiszę jakieś programy graficzne lub coś w tym stylu. Gdybym wtedy znała prawdziwe znaczenie tego, co oglądały moje oczy!!! Bałam się tego wszystkiego, co się działo, ale cieszyłam się. Na koniec na nocnym niebie pokazała się dziura. Z niej wyszła przepiękna smukła dłoń, pokiwała mi i usłyszałam głos: ”W dzień Matki Pana, Alleluja!” Porażona usiadłam na łóżku, o Boże, to 02.02.2000., tegoroczne święto M.B. Gromnicznej!

Real. Po trzech miesiącach nabyłam komputer. Był stary i używany, składany z części. Kiedy kolega informatyk złożył go w całość, przyniósł mi go do domu. Oniemiałam. Na monitorze widniał napis: GOLD STAR (Złota Gwiazda)!!!!!!!! Kolega Grze- gorz powiedział też o komputerze: Stał sobie nie wiadomo jak długo w tym sklepie z używanym towarem, że aż biedak jęknął chyba z radości w momencie zdejmowania go z półki, pewnie ma duszę! To było oczywiście w żartem, chociaż…

Czym stał się dla mnie komputer, co dzięki niemu osiągnę- łam, to już inna bajka, zresztą spełniona.

Ten z kolei krótki epizod miał miejsce wiosenną nocą roku 2001 i prawdopodobnie stanowił wstęp, przymiarkę do czegoś, co zdarzyć się miało później. Sądzę nawet teraz z perspektywy cza- su, że był on czymś więcej. Był wręcz WARUNKIEM zaistnienia czegoś, co zdarzyło się potem i kontynuacją przed chwilą opisa- nego transu. Jest takie miejsce w moim mieście, bardzo blisko mojego domu, tuż przy szkole podstawowej, do której uczęsz- czałyśmy ja i moja nieodłączna od urodzenia przyjaciółka Gosia. Z tego miejsca raz lub może dwa razy w roku odjeżdżał rano i na to samo miejsce wracał późnym wieczorem autobus wiozący naszą klasę na kolejne wycieczki szkolne w czasach, kiedy były- śmy uczennicami klas młodszych szkoły podstawowej, czyli w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych.

Tej wiosennej nocy roku 2001 znalazłam się w tym właśnie miejscu na falach głębokiego snu. Był to okres szczególnie nasi- lonych przeżyć paranormalnych w moim życiu. Przeżycia para- normalne oczywiście towarzyszą mi przez całe życie. To, co się wówczas zdarzyło, było najbardziej przerażającym w sensie mocy odczuwanego strachu przeżyciem, jakiego kiedykolwiek w swoim życiu doświadczyłam. Wtedy jeszcze nie rozumiałam tego, co się stało. Usiłowałam tłumaczyć to sobie na tysiąc sposobów, ale żaden z nich w efekcie mnie nie zadowalał. Stałam na ścieżce pomiędzy dwiema szkołami, naszą szkołą z numerem 22 i równo- legle stojącą z numerem 11. Znów 22 i 11!!! Panowała nienatu- ralna cisza. Nagle, znikąd stanął w poprzek tej ścieżki nieduży,

osobowy samochód w typie Poloneza, swoim ustawieniem dając jakby znak, że zdecydowanie przybył z północy (strefy śmier- ci). Był on w kolorze kremowym, sugerował karetkę medyczną. Stał zwrócony maską w stronę szkoły Nr 22. Drzwi samochodu były otwarte, w nich siedział na tylnym siedzeniu mężczyzna z lewą stopą opartą o asfalt. Ubrany był w biały dwuczęściowy strój lekarski, na piersiach przypięty identyfikator z nieczytelny- mi danymi. Lewą dłoń opierał na kolanie wysuniętej na zewnątrz nogi, jakby zamierzony symbol, że częściowo jest TU a częściowo TAM. Był on w wieku raczej trudnym do określenia. Może średnio młodym? Na twarzy miał delikatne okularki w drucianej oprawie. Skierował na mnie swój przeszywający wzrok i sparaliżował mnie tym wzrokiem w dosłownym znaczeniu. Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam wydać z siebie głosu, choć starałam się gło- śno krzyczeć. On był bardzo pewny siebie, spokojny. Z kolei mnie ogarnęło uczucie, którego opisanie słowami graniczy z cudem, lub jest wręcz niemożliwe. Jednak muszę jakoś to opisać i spró- buję zrobić to najlepiej, jak tylko potrafię.

Otóż czułam, że otworzył się w tym momencie przede mną cały groźny kosmos, jak gdyby mój mózg został do niego podłą- czony, że kosmos jest we mnie, nie poza mną, że jakaś przeraża- jąca tajemnica dotyka i przeszywa mnie całą, że ON i pojazd nie są stąd, to znaczy z tej Ziemi, cokolwiek by to znaczyło i nie mam na myśli obcej cywilizacji w dosłownym znaczeniu, chociaż kon- takty z nią nie są niczym dziwnym w ludzkim życiu. Całą swoją spokojną i silną osobowością namierzył mnie, zapamiętał, gdyż było mu to potrzebne na przyszłość. ON widział moją panikę i spokojnym bezsłownym przekazem myślowym powie- dział do mnie nie mając nawet najmniejszego zamiaru mnie ści- gać „uciekaj sobie, uciekaj, i tak będziesz moja”. Nie miało to jednak nic wspólnego z relacjami mężczyzna-kobieta. To miało całkiem inny wymiar. Nagle utraciłam poczucie „pod- łączenia”, odzyskałam władzę w ciele, paraliż minął. Odzyskałam też głos. Uciekłam najszybciej i najdalej jak tylko mogłam i schroniłam się tuż przy ogrodzeniu szkoły, pod kraciastą, bor-

dową koszulą jakiegoś pracownika budowy, który młotem pneu- matycznym kuł chodnik w tym miejscu. Spod koszuli obserwo- wałam sytuację. ON wysłał za mną swoich służących z psami.

W życiu nie widziałam czegoś podobnego!!!!!!!

Oni byli wzrostu ponad dwóch metrów, ubrani w czarne lub granatowe smokingi, nawet z białymi chusteczkami w klapach marynarek, białe rękawiczki. Ich głowy były łyse, kolor skóry tru- pio blady, oczy niewidzące, jakby były w stanie takiego transu. Psy, to harty o nienormalnie wysokim wzroście. Służących było dwóch, ich postacie dostojne, o skoordynowanych, dokładnie wyliczonych ruchach. Poszli za mną mylnym śladem i nie dopadli mnie. Ja wiedziałam jednak, że to tylko chwilowa ucieczka, że być może nie byłam jeszcze gotowa na „wycieczkę”, cokolwiek ona miała znaczyć. Być może to nie ja nie byłam gotowa, ale całe okoliczności nie były jeszcze z jakiegoś powodu odpowied- nie. Wiedziałam jednak, że to tylko kwestia czasu i nie unik- nę ponownego spotkania oraz „wycieczki”…

Pośród setek moich duchowych doświadczeń na różnych falach mózgowych, pośród wielu doświadczeń poza ciałem, mija- ły kolejne lata. Jednego takiego roku (01.01.2005) odeszła z tego świata TA właśnie moja przyjaciółka Gosia, zabierając ze sobą na tamtą stronę życia opisaną przed chwilą moją dość przerażają- cą opowieść i wszystko, co razem przeżyłyśmy na tym świecie od urodzenia, gdyż znałyśmy się od urodzenia. Posiadała ona zdol- ności paranormalne, które w jakimś stopniu podobne były moim. Na trzy lata przed swoją śmiercią Gosia kontaktowała się ze sław- ną jasnowidzącą z Hamburga. Dowiedziała się od niej o tym, że kiedyś sama napisze książkę, lub wystąpi w czyjejś niesamo- witej książce. Gdyby Jasnowidząca wtedy wiedziała, o czym mówi… A może ona wiedziała? Natomiast przebywała już po Tamtej Stronie także moja babcia… Kiedy babcia umierała dla Planety Ziemia 20.01. roku 2000, pod jej niewiedzą wybrałam się wraz z jej odchodzącą powoli duszą w bardzo niezwykłą rzew- ną, łagodną, pachnącą truskawkami, kolorowym kwiatem grosz- ku, róż, cegiełek, maciejki oraz wszystkich innych niesamowitych

cudów jej prastarego, nie istniejącego(?) od lat ogrodu, cudow- ną duchową podróż na falach beta, falach naszej zwykłej ludzkiej jawy. Sądzę, że chociaż „działałam” w dzień, na jawie, to zdoła- łam włączyć inny rodzaj fal, być może lekkie alfa. Rozpamiętywa- łam tak dzieciństwo w jej rajskim ogrodzie z nią samą, rodzica- mi, sąsiadami i koleżanką Iwoną oraz kolegą Jackiem. Tak minę- ły mi dni jej umierania.....Jednak babcia jakoś zdołała dowiedzieć się o tym, biorąc pod uwagę wszystko, co zdarzyło się potem… To była druga połowa sierpnia roku 2001. Siedziałam w realu,

na naszej zwykłej, ziemskiej jawie (fale beta) w domu przyjaciółki i świętowałyśmy jej dość bliskie już urodziny (31.08.) oraz moje równie bliskie imieniny (05.09.). Oczywiście spotkałyśmy się jak zwykle rano, abyśmy były same i miały masę czasu na obgadanie spraw duchowych, które stanowiły najważniejszy temat jej i mojego życia. Obdarowałyśmy się nawzajem prezentami zwią- zanymi z tego typu sprawami, a więc książkami, kadzideł- kami itp…

To właśnie tego dnia Gosia podarowała mi także prezent z Nieba (drugi taki prezent od niej w moim życiu, o pierw- szym będzie później), chociaż byłyśmy wtedy i ona i ja, jeszcze na Ziemi. Był to tajemny przekaz od Michała Archanioła w posta- ci muzyki wywołującej wibracje, które ściągały z zamierzchłej przeszłości ludzi, a ci z kolei wpływali na dalsze losy zaintereso- wanej osoby. Ten przekaz nosił tytuł: ”Medytacja Błękitnego Pło- mienia” i zmieniał nawet życie przyszłe po Tamtej Stronie, jeśli tylko ktoś był gotów. Na ile był to symbol, a na ile fakt, każdy dopowie sobie kiedyś sam. Przyjaciółka opowiedziała mi, co stało się z życiem jej niektórych znajomych, którzy otrzymali od kogoś kolejnego ten przekaz i zapytała mnie uroczyście, czy chcę, czy jestem gotowa odmienić swoje życie. Powiedziała mi wtedy też, że nie zawsze, czasem jednak trzeba odejść z Ziemi (umrzeć cia- łem) aby przekaz mógł kontynuować się w czyimś życiu, w życiu już doskonalszym.

Chciałam. Gosia kazała mi się jeszcze dobrze zastanowić, bo kiedy już usłyszę choćby pierwsze tony przekazu, będzie za

późno na odwrót. Chciałam bardzo mocno! Gosia podeszła do magnetofonu i po chwili popłynęły rzewne tony…

To samo nagranie dała mi oczywiście do domu na zawsze, a po tygodniu stał się pierwszy „Cud Michała Archanioła”. Otóż siedziałam z mamą w naszym parafialnym kościele pod wezwaniem zresztą samego Michała Archanioła (!) i słuchałyśmy teraz ogłoszeń parafialnych, gdyż był to koniec mszy. Nagle ksiądz wypowiedział następujące słowa…

„Z przyjemnością zawiadamiam, że na skutek decyzji wyższych władz kościelnych naszego zgromadzenia wraca do Torunia, do naszej parafii, po trzydziestu latach ksiądz Czesław Olszewski. Zamarłam. To był przecież mój ksiądz od Pierwszej Komunii!!! Poszłyśmy z mojej inicjatywy we trzy z koleżankami powitać go z bukietem ciemnoczerwonych, wielkich róż… Ksiądz miał tu swoją misję, o której nie miał pojęcia i swoje przeznaczenie. Na pożegnanie od para- fii, z której do nas przybył, otrzymał… ręczny zegarek. Poka- zał nam go i powiedział, że wprawdzie nie powinno się wie- rzyć w takie znaki, ale to chyba znaczy: człowieku, czas na ciebie.

Ściągnął go tu sam Michał Archanioł rzewną melodią z niebiańskiego fletu i fioletową mgłą...Czekała na niego

„dziewczynka”, która pożegnała go ponad 29 lat temu jako ostatnia z grupy komunijnej (ja) oraz ludzie związani z tym wszystkim w sposób chwilowo niewiadomy. W tamtym cza- sie, w roku 1972 jako dziesięciolatka podarowałam księdzu na zakończenie czekoladę owiniętą w biały papier i prze- wiązaną złotą ozdobą, jaka pozostała po szyciu mojej komu- nijnej szatki. „Dziękuję za naukę, za wszystko i życzę księ- dzu przyjemnych wakacji”. Tak powiedziałam poinstruowa- na wcześniej przez mamę na pożegnanie mojemu niezwy- kłemu księdzu, bo przecież każdy ksiądz od Pierwszej Komunii na zawsze pozostaje tym niezwykłym i szczegól- nym. Moja Pierwsza Komunia całe życie chodziła za mną rzew- nym echem dziwną melodią na dnie duszy, niezrozumiałą ducho-

wą tęsknotą. Na zawsze zapamiętałam w niezrozumiały dla mnie sposób teksty wszystkich pieśni z tego dnia i cały przebieg tego dnia w szczegółach. Zdrowa jeszcze całkiem i kompletnie nie przeczuwająca niczego Gosia dowiedziała się na tej naszej Ziemi o zdarzeniu związanym z dziwnym powrotem księdza. Zabrała potem na Tamtą Stronę ze sobą także inną moją opowieść…

Na równy rok przed dniem pogrzebu Gosi, czyli na początku stycznia 2004 roku, opowiedziałam jej swój niedawny, przedziw- ny trans z wyjściem z ciała włącznie. Gosia i ja w chłodną porę roku z małymi plecakami jedziemy na dziwną wycieczkę do rów- nie dziwnego obiektu. Obiekt ten stoi przy pewnej uliczce, w pobliżu są lasy. Nagle stwierdzamy, że to klasztor. Bardzo stary tajemniczy klasztor. Wchodzimy. Najpierw widzimy coś w rodza- ju kraty, potem stare, brązowe drzwi. Otwiera nam stara kobieta, która jest Niemką. Skręcamy w lewo. Budynek ma piwnicę, par- ter, piętro. Na każdym poziomie znajdują się dziwne drzwi. Te drzwi są ogromne, brązowe, rzeźbione, ciężkie. Ale tylko jedne drzwi mają tajemne przyciski i wejście. Szukamy tych właściwych na wszystkich poziomach… Dodatkowo też w międzyczasie przy- glądamy się umierającym na raka ludziom, którzy leżą na kory- tarzu szpitala lub takiego jakby hospicjum, mającego tam swoje lokum. Wchodzimy za pomocą przycisków w te właściwe wresz- cie drzwi. Tam zastajemy kolejne, oszklone tym razem drzwi. Wchodzimy. Za drzwiami jest pokój, który dziwnie przypomina wystrój pokoju w Gosi mieszkaniu. Jednak jest to pokój-muzeum zakonników, a także zakonnic tego klasztoru. Zakonnicy ci mają brązowe habity, są franciszkanami. W pokoju znajdują się jako muzealne eksponaty piękne, haftowane serwety. Są też śpiewniki kościelne w j. niemieckim, kanapa. Jest kominek i dużo drewna do palenia w kominku (symbol choroby oraz śmierci w senni- ku). Siadamy na chwilę na tej kanapie, rozmawiamy. Następnie razem wchodzimy w kolejne drzwi. Te drzwi kryją za sobą cmen- tarz. Schodzi się tam stromo w dół. Ale jest to cmentarz raczej z prastarych czasów, groby w postaci usypanych mogił. Mało gdzie jest prosta, skromna płyta. Groby znajdują się w pewnym

charakterystycznym układzie(to ważne!). Chodzi o to, że kiedy spojrzałyśmy niby na komendę razem tuż za siebie, odkryłyśmy groby bliskiej rodziny Gosi. Odgarniamy trawę z tych pierwszych nagrobków. Czytamy nazwiska, ale są jakby zamazane. W pobliżu znajdują się groby z nazwiskami zakonników. Wychodzimy z cmentarza i wchodzimy do części parterowej budynku. Cmen- tarz był w piwnicy…

Na parterze stoi na tle charakterystycznych brązowych ozdób migająca światełkami choinka. Słychać wyraźnie głos z głośni- ków, który mówi: „Nie bójcie się przychodzić do mnie! Tam na was czekam. Tam czekają wszyscy.” Jest to głos Jezusa osobo- wego, który chodził po tym świecie, ale pewnie jednocześnie też głos naszego wewnętrznego, prawdziwego JA, wołającego z naszego prywatnego Królestwa Niebieskiego ukrytego w czakrze korony w naszej nędznej, ludzkiej czaszce, w „świąty- ni” nieświadomej, co kryją jej „mury”. Z klasztoru można zabrać pamiątki, ale my nie zabieramy nic.

Uznałam za celowe opisanie tych zdarzeń właśnie na począt- ku, w związku ze wszystkim, co wydarzyło się później i czemu poświęcone są wszystkie części książki…


CZĘŚĆ PIERWSZA: POPIOŁY STARYCH SŁOŃC

Podróż do innego słońca

Leniwy, balsamiczny wieczór czerwca 2006 niemrawo i bezgłośnie wychodził z tajemnych komnat nieba. Opadał wytwornym, jakby lżejszym od powietrza jedwabnym, półprze- źroczystym, granatowo-czarnym lekko muśniętym odrobiną bro- katu szlafroczkiem. Osiadał powłóczyście i cicho tak, na parują- cym jeszcze po upalnym dniu ogromnym, gorącym, wytwornym ciele Pani Ziemi, która kończąc swój codzienny popis tańca wiru- jącego walca pośród spadających na nią złotych cząsteczek Słoń- ca, powoli teraz stygła rozpylając intensywnie w Kosmos niby perfumy, wszystkie możliwe zapachy wczesnego lata.

Przezornie już dziś przygotowałam sobie granatową sukienkę z krótkim rękawem w biały wzorek, a także sandały i torbę, jakby z obawy, że się rozmyślę…

Teraz nerwowo, co chwilkę spoglądałam na nie, ciesząc oczy ich obiecującym widokiem. To już jutro. Jutro tam pojadę i wszystko się znowu wydarzy. Wierzyłam w to święcie, wręcz byłam pewna.

To były zawsze podróże do INNEGO słońca. Odbieram je dzi- siaj zmysłami pamięci, niby ślepiec, który przeżywa w wyobraź- ni wciąż na nowo sceny przeżyte dawno temu, w przeszłości, w której jeszcze widział zarówno oczami ciała, jak i duszy wszyst- kie TAMTE miejsca, TAMTYCH ludzi. Słońce było obecne każde- go lata w każdym miejscu, włącznie z miejscem zamieszkania, ale to było zwykłe słońce…

Zwykłe, codzienne słońca trwały obecnością tak zwyczajną, jak zwyczajną wydaje nam się obecność osób, które widujemy codziennie, przez cały rok. Jest to obecność nie naznaczona świę- tem, a więc pewnie nieświadomie niedoceniana!

Słońce zmieniało się dopiero, gdy wysiadało się u celu podró- ży, gdzieś tam, niekoniecznie bardzo daleko. Przemieniało się ono niepostrzeżenie dopiero w trakcie podróży, by w momencie, w którym stopy dotknęły nowego gruntu objawić się przemie- nionym do końca… A przecież zawsze wędrowało razem ze mną, widoczne zza szyby pojazdu, snując się leniwie, równolegle do tego pojazdu, dotrzymując mu kroku. Otoczone było wtedy jakby niewidzialną przysłoną, „odwrócone tyłem”. Milczało całym sobą, broniąc dostępu do siebie, jakby chciało ukryć proces prze- miany. Było jak prezent ukrywany przez noc po to, aby o poranku niespodziewanie ucieszył czyjeś serce. U celu podróży otwierało bramy swego imperium i zapraszało do innego życia. W tym przy- padku było to beztroskie dziecięce życie, w klimacie lata, wakacji, dawno, bardzo dawno temu…

Zauważyłam, że tego dzisiejszego wieczoru powietrze stało w miejscu, czas zdawał się zwalniać swój bieg… zmniejszała się jakby w odczuciu objętość samej czasoprzestrzeni, stwarzając przez to wrażenie łatwego dostępu do jej dawno przebrzmiałych, w tym momencie jakby sprasowanych płaszczyzn, na których wybite nieusuwalną pieczęcią tkwiły wszystkie tamte zdarzenia. Odczuwałam jakby coraz wolniejszą pracę mojego mózgu, z dziwnymi przebłyskami INNEJ świadomości. Oświetlone okna na osiedlu i latarnie uliczne lśniły obiecującym, niespokojnym, uroczystym blaskiem wtopionym w coraz wyraźniejszą, lecz wciąż niedoskonałą czerń późnego wieczoru. Docierająca inten- sywnie z dworu mikstura podcinała nogi i rzucała na kolana niby w hołdzie temu czarodziejskiemu zjawisku. To był TEN zapach, TEN niepokój. To była TA radość. Cudowna mieszanka jaśminów, dzikich róż, mieszanka akacji, pelargonii, petunii nachalnie wdzierała się teraz przez szeroko otwarte okna i przez spragnio- ne powiewu świeżości nozdrza docierała do wnętrza tego najgłę-

biej ukrytego, przyczajonego JA. Wdzierała się teraz w głąb ciała, gdzie zawisła ciężką, lecz słodką lawiną na sercu. Zawisła, niby na jakiejś barierce balkonu, w jakiejś odciętej od realnego świata dzielnicy miasta…

Ten wieczór wyraźnie miał w sobie coś z lampki ciężkiego, ciemnoczerwonego, prawie czarnego, mocno słodkiego, aksamit- nego w dotyku ust wina. Wyszłam na balkon, ukryta w zwisającej na ścianie kiści petunii wdychałam tą oszałamiającą miksturę czerwca, niby chory poddający się narkozie, która ma przynieść mu ulgę i zabrać go w bajkową podróż — operację, po której obu- dzi się inny, przemieniony, wręcz „naprawiony” wewnętrznie. Na zewnętrznym parapecie okna wychodzącym na balkon leżał nie- duży kryształ górski. To była pozostałość po kolejnych śmiesz- nych próbach podróży w świetle, a może raczej po marzeniu o takiej podróży. Teraz błyszczał w świetle czerwcowych gwiazd, niby wciąż zamknięte wrota, ciągle zbyt niedoskonałe, bez kon- kretnej instrukcji obsługi…

Z pobłażliwym uśmieszkiem zdjęłam z niego wzrok… Już wiedziałam, że przez niego na pewno nie zdołam „wejść” tam, gdzie wyrywało się całe moje wnętrze.

Wieczór powoli przekroczył próg nocy, gwiazdy ginęły pod gromadzącymi się chmurami, a powietrze zamiast się schłodzić, wręcz coraz bardziej stawało się duszne. Zaczęła mnie ogarniać zniewalająca, słodka, spokojna senność, jakby moje ciało było w tym momencie pojazdem zwalniającym swój bieg. Oby tylko burza zaczekała, pomyślałam w nagłym nerwowym przebłysku. Przecież, gdy od dawna już powierzałam Bogu tę moją wyma- rzoną, przyszłą czerwcową podróż, zamówiłam burzę dopiero na sam dzień wyjazdu. Inaczej nie miało prawa się stać, burza po prostu MUSI koniecznie zaczekać, ponieważ w jej magii i w falach mojego mózgu otwartego na coś więcej, pokładałam całą swoją nadzieję otwarcia głębin minionego czasu. W to wierzyłam, tego chciałam. Wierzyłam, że jeśli pojadę tam normalnie, na falach beta, czyli na jawie, autobusem PKS przy odpowiednich warunkach atmosferycznych no i moich zawsze

mocno obecnych zdolnościach INNEGO postrzegania, wówczas

mam szansę.

Spojrzałam jeszcze na leżący w futerale obok torby aparat fotograficzny, jak na najważniejsze dla mnie narzędzie, mające posłużyć mi do utrwalenia wszystkich miejsc i zdarzeń, na któ- rych spotkanie nazajutrz jechałam. Upewniłam się także, że stu- procentowo na kliszy jest miejsce na kilkanaście jeszcze zdjęć. Było. Nie miałam „cyfrówki” lecz zwykły automatyczny aparat z wbudowaną lampą błyskową. Baterie były świeże…

Jak niewyobrażalnie wielkiego psikusa zrobią mi niebawem czasoprzestrzenie, burza, FALE i Bóg jeden tylko wie, co jeszcze, w tym momencie chyba nawet się nie domyślałam. Srebrne radio z kompaktem na wierzchu od kilku niedługich minut pracowało znów na białym szumie, między stacjami. Oczywiście, że bardzo wierzyłam w naukowo udowodniony kontakt z tamtą stroną za pomocą „białego szumu” plus odpowiednio ustawionej anteny. Jednakże moje dotychczasowe doświadczenia z tamtą stroną odbywały się jedynie na falach sennych, lub za pomocą zna- nego mi już dobrze wyjścia z ciała, którą to zdolność posia- dałam od wielu lat, bez wymuszania tego. Co mi szkodzi, niech sobie trwa jeszcze ten jeden raz biały szum, tym razem aż do rana. Kto wie?! Trzeba iść spać. Tak mówiłam do siebie w myślach przygotowując sobie posłanie i układając się po chwili ze starą, popielatą fotografią w dłoni. Fotografią, na której pod popielatym słońcem widniał popielaty, dawno temu zatrzymany światłem w czasie obraz — cel jutrzejszej realnej podróży. Podróży na naszych ziemskich, zwykłych falach beta…

Stare, pobladłe zdjęcie, niby świat niedostępny, w szklanej bańce szczelnie lecz krucho

zamknięty.

Na szklanym dnie spalonych słońc wieczne spoczywanie,

niczym popiół w klepsydrze, która tkwi latami na zakurzonej wystawie starego zegarmistrza.

Gdzie jesteście przebrzmiałe sceny, gdzie was zabrały czasoprzestrzenie?

Czarna wyrwa po was krzyczy żałosnym skarżeniem.

Jaźń z ciała odarta, obolała, cierpiąca,

po zgliszczach przeszłości tęskniąc się błąka, pod popielatym, nieczynnym, prastarym

słońcem.

Jak zbłąkany wędrowiec, który przedłuża czas dotarcia do swego przeznaczenia… I nie chce go jeszcze odnaleźć, by nie

przestać iść,

i na żałosną włóczęgę przed światem

lub przed samym sobą mieć wytłumaczenie…

Jutro rano przecież muszę mocno trzymać się na nogach.

Autobus odjeżdża przecież o godzinie ósmej dziesięć… Musiałam przysnąć na chwilę, miałam bardzo dziwny krótki

sen. Po przeciwnej stronie ulicy, gdzie od lat stoi piękne, nowe osiedle ujrzałam prastare, niskie, czerwone budynki po dawnych koszarach i ani śladu po linii tramwajowej. Również bloki po naszej stronie były obecnie w dawnym, szarym kolorze i wszystko było inne, takie niedzisiejsze…

Z widokiem tych starych koszar i zarośli po przeciwnej stro- nie ulicy w moim rodzinnym Toruniu na zawsze skojarzył mi się widok ślimaka w swojej małej żółtej muszli w brązowe paski, któ- rego odniosłam tam jako kilkulatka. Należał do mnie, ale przed wyjazdem do babci trzeba mu było zwrócić wolność. Tak powiedzieli mi rodzice tłumacząc, że słoik, w którym prze- bywał to tymczasowe mieszkanie, a jego prawdziwy dom jest tam, po drugiej stronie ulicy, wśród gąszczu krzewów.

Cóż za przenośnia strony życia tej i tamtej człowieka w wersji dla dziecka!!! Pamiętam krótką wizytę naszej dalszej rodziny z bardzo daleka, której to jako pięciolatka w ślicznej, różowej sukience dumnie pokazałam ”mojego” ślimaka w słoiku. Potem było moje pierwsze małe rozstanie, ale rozumiałam to.

Tylko, kiedy to było?! Na dodatek było to rozstanie rzeczywiście MAŁE. Ślimak nie posiadał nawet imienia. Rozstanie drugie też nie miało imienia, ale naznaczone było uczuciem. To był mały króliczek przyniesiony przez tatę od kolegi z pracy. Ten kolega z kolei przyniósł go swojemu synkowi i też pozwolił mu go pokochać. Króliczek został uratowany wtedy z jakiejś polany leśnej, czy łąki, gdzie maszyny budowlane przygotowujące teren pod przyszłą zabudowę brutalnie rujnowały królicze gniazda. Kochałam tego królika, mieszkał u nas na balkonie, ale dorósł i pewnego dnia na poważnie zaczął domagać się wolności. Powa- ga sytuacji odbiła się w rzeczywistości zagrażającą życiu królika próbą wydostania się na zewnątrz.......Królik cudem przeżył, ale my postanowiliśmy zwrócić mu jego genetycznie zakodowaną wolność. W zamykanym skórzaną pokrywą koszyku mamy, nie- śliśmy go do lasu. Wypuściliśmy ukochanego króliczka i tupali- śmy, aby odzwyczaił się od człowieka i zaczął się go bać. Kró- liczek po jakimś czasie zrozumiał......Ile trwało potem jego kró- licze życie, nie wiemy. My w każdym razie czuliśmy się uspra- wiedliwieni........Boże, gdybym wtedy nie była dzieckiem! Były przecież klatki dla królików, tylko czy on sam wolałby nawet krót- ki czas swojego życia na wolności, czy też wybrałby życie tutaj z nami w klatce. Po wszystkim spotkaliśmy w tym lesie pew- nego „starszego” pana, kolegę taty, w wieku pasującym na jego ojca. Ten właśnie starszy pan Florian był bibliotekarzem, bardzo inteligentnym mężczyzną… Spotkanie go akurat w tej wyszuka- nej sytuacji, stanowiło dla mnie wtedy coś w rodzaju spotkania wyroczni. Spotkania mędrca, czy kogoś, kto potwierdzi sens całe- go zdarzenia. Starszy wówczas dla mnie pan powiedział: bardzo mądre rozwiązanie, bardzo mądry wybór, tak trzeba! Pamiętałam też jeża przyniesionego przez tatę na chwilę do domu. Wizyta trwała krótko, nie było czasu na uczucie do jeża, jak gdyby czas miał być warunkiem powstania uczucia. A może tak było? Innym tematem był już kanarek ale o tym potem, w kronice. Była też malutka sikoreczka, przyniesiona z podwórka, gdyż spadła nie- spodziewanie z drzewa…

Daliśmy jej dom w klatce dla kanarka, ale rano już nie żyła z tęsknoty. Wracam do czasu obecnego, a opisane przed chwilą sytuacje z dzieciństwa o rozstaniach, nie zostały opisane bez celu…

Dzisiejszego późnego wieczoru kolejny już raz powtórzył się w krótkim transie epizod ze STARYM RADIEM. To już stawało się nudne, lecz jednocześnie ekscytujące i godne wyjaśnienia. Byłam wzywana na „falach sennych” do naszej piwnicy. Tam historycz- ne prastare radio Rapsodia z zielonym magicznym oczkiem oży- wało po ustawieniu wskaźnika dokładnie na środku skali. Wów- czas w miejscu oczka pojawiał się wielki ekran, na którym zato- pieni w jakimś rajskim podwodnym jakby świecie ogrodów „pły- nęli” do mnie i machali rękami, uśmiechając się bliscy zmarli. Jednej z takich nocy z kolei moja zmarła dla planety Ziemia przy- jaciółka Gosia powiedziała, a właściwie pokazała mi, o co chodzi. Kazała mi wyjąć z tego radia generator drgań”. Wskazała na nie- go, jako na wspaniały środek komunikacji między dwoma światami. Przynajmniej tak to odebrałam. Była też deseczka, na której umoco- wane tkwiły obok siebiedwie czerwone, wielkie żarówki. Jedna prze- kazywała drugiej jakieś impulsy. Widziałam też dziwne podłącze- nie radia do komputera z kablem przepływu informacji. Przyjaciółka mówiła rzece. Pisała na lustrze słowo: RIVER (rzeka), wskazywa- ła na niebo z burzowym wyładowaniem i pokazywała most nad rze- ką, papier bardzo czuły energetycznie i swoje wieczne pióro, z które- go końcówki strzelały iskry. Po prętach mostu przebiegały iskrząc się cząsteczki energii. Dziś znów epizod z radiem się powtórzył…

Dziwne, pomyślałam i zamierzałam usiąść, aby napić się wody........Nagle poczułam nadchodzące nieprzyjemne znajome wibracje i już wiedziałam, że zaraz opuszczę ciało. Tuż obok łóż- ka ujrzałam nieduży „talerz”, który posiadał po środku wygięty w podkowę przewód. Wyglądało to, jak mała antena satelitarna, ale wyczuwałam wyraźnie inteligencję i osobowość tego przyrzą- du. On mnie obserwował!!! Czułam, że bada jakby moje wnętrze, moją duszę, psychikę, dociera do mózgu. Bałam się go! Skądś znałam już ten paraliżujący strach… Czułam, że to nie w porząd-

ku wobec mnie, ale to urządzenie zdawało się nie przejmować moimi odczuciami, a ja czułam się wprost obnażona psychicznie! Poczułam, że to urządzenie manipuluje moim mózgiem, że szu- ka w nim jakby za pomocą takiego pokrętła jak w radiu, odpo- wiedniego miejsca. Czułam, słyszałam radiowe gwizdy, szumy w środku czaszki, szmery nakładających się różnych dźwięków. Towarzyszyło temu bardzo nieprzyjemne doznanie. Niestety, nie mogłam się z tego wyrwać. Podobne zjawiska działy się zawsze przy wychodzeniu z ciała, ale tym razem ich siła przerażała mnie. Nagle dziwny intensywny blask i dziwne trzaski podobne do dźwięków wydawanych przez uszkodzoną instalację elektryczną wyraźnie mówiły, że coś działo się na niebie i ja koniecznie musiałam to zobaczyć. Czułam dziwny opór przestrzeni przy pró- bie poruszania się. Jakby pod jakiś magnetyczny wiatr, ale dotar- łam do balkonu…

W tym momencie, w którym „wstawałam”, poczułam wyraź- ne oddzielanie się ciała astralnego od ciała fizycznego. Wstało ono w pozycji poziomej, po czym usiadło i rozpoczęła się jazda po pokoju w pozycji siedzącej. W jednej chwili znalazła się przy mnie Gosia. Pouczyła mnie, że muszę zawsze w takich sytuacjach mieć mokre dłonie, gdyż to ułatwia sprawę. Przewodnictwo? Pewnie tak. Miałam też „pompować” oddechami powietrze w sposób, który „napędzał” moje ciało podróżujące po pokoju. Miałam teraz wyobrazić sobie, że w okolicy moich uszu znajdują się uchwyty. Pociągnięcie w dół to wydech, w górę wdech, czy może odwrotnie? Moje ciało z kolei miałam wyobrazić sobie jak- by było w opinającym kombinezonie w srebrnym kolorze, w pozycji siedzącej. Po chwili oddechy nie były już potrzebne.

„Zabawiłyśmy się” trochę, Gosia zabrała mnie na małą jazdę wokół bloku i w piwnicy, po czym odwiedzając w przelocie jej byłe mieszkanie (chodzi o to u rodziców i siostry Ani) w moim bloku, szybko wróciłyśmy do mojego pokoju… A tam, obok apa- ratu fotograficznego przygotowanego na podróż stał mój wazon z suszonymi różami z zeszłego roku z „Rajskiego Ogrodu Numer 2”, czyli z działki. (Numer 1 to ten dawny u babci). Tegorocznych

suszonych róż jeszcze nie miałam. Nagle coś zaczęło się dziać z suszonymi różami… Ujrzałam i poczułam, że róże w wazonie drgają tak, jak przy trzęsieniu ziemi, natomiast z wazonu zaczęła unosić się para, jak gdyby była w nim gotująca się woda, a prze- cież nie było, bo róże były suche!

W wazonie jednak pojawiła się woda i temperatura wody sta- wała się coraz wyższa. Różami targały wibracje… Woda wrza- ła!!! Zauważyłam, że po chwili w płatki róż zaczynało wstępować życie, płatki stawały się wiotkie. Stawały się soczyste, zaczynało się coś, co mnie z jednej strony bardzo przerażało, jednak wzbu- dzało ciekawość…

Mój Boże, co to jest?! Próbowałam jakoś racjonalnie wytłu- maczyć sobie to, co oglądały moje oczy, ale nie mogłam! Na nocnym niebie widniał wielki znak nieskończoności, pętla lub ósemka, który świecił światłem podobnym do światła gwiazd. Nad znakiem pojawił się niby na ekranie nieba-komputera wielki świecący napis (zapamiętana treść jest raczej dokładna. Ewentu- alnie mogę ja nazwać bardzo zbliżoną do poniższej):

ANALIZA CZASOPRZESTRZENNA

Rozpad cząsteczkowy czasoprzestrzeni

wraz z oceną substancji przyczynowej zdarzenia. Proces rozpoczęty!

Wykaz poziomów:


1

2

3

4

5

6

7

8

Kolejność była następująca:

— Znak nieskończoności/ósemka w leżącej pozycji.

— Znak nieskończoności/ósemka porusza się. Prawa jego część rusza na zasadzie wskazówki zegara do tyłu.

— Ta część staje pionowo, a ja w tym momencie czuję półob- rót w mózgu, niby znajome przekręcenie kluczyka w zamku!!!

— Ta sama część cofa się coraz bardziej do tyłu, w lewo

— Aż pokrywa się z częścią leżącą, dotąd nieruchomą.

— Części połączone, pokryte jedna przez drugą razem ruszają wokół osi w drugą z kolei stronę

— Teraz stają złączone pionowo na godz. 12.00, co znajduje swe odbicie w kolejnych półobrotach, czy ćwierćobrotach w mózgu, zgodnie z obrotami części znaku na niebie. Poszcze- gólne ruchy znaku znajdują odbicie w wykazie poziomów, który zapełnia się do końca, czyli do cyfry „8” i wydaje na koniec sygnał.

To ciche buczenie o niskiej tonacji.

— Znak ostatni przybliża się, powiększa i wciąga mnie.

Nie czując gruntu pod stopami stoję przed jakimiś wrotami, które nie mają zamka, klucza. Wchodzę w głąb. Wchodzę w dziw- nie pachnącą starociami, stęchlizną oraz ozonem i chemikaliami mgłę i w tym momencie czuję kolejny półobrót lub ćwierć obrót w mózgu, chociaż jestem poza ciałem fizycznym. Obroty te nie są odczuciami przyjemnymi, są zbliżone do tego wszystkiego, co odczuwa się w żołądku w windzie.

W tym przypadku to coś czuje się w mózgu. Zastaję ciszę doskonałą, pustkę doskonałą. Kiedy oswajam się z tą sytuacją, powoli zaczynam dostrzegać przybliżające się kontury i coraz wyraźniejsze światło. Wytężam swój wzrok, powoli docierają do mnie subtelne dźwięki. Cóż takiego widzę? Widzę mandalę

w kolorze fioletu. Jest utworzona z obracającej się wokół własnej osi ósemki. Ta ósemka utworzyła wiele ósemek w kształcie kwia- tu. Widzę, wchodząc w głąb tej mandali drzwi, w których stoi tajemniczy mężczyzna, cały w czerni. Ma czarną pelerynę, czarny kapelusz, czarne spodnie i buty, włosy ledwie widoczne zza kape- lusza, ciemne, lekki, krótki zarost. Twarz niewyraźna, jakby celo- wo za mgłą. Mężczyzna milczy i z powagą twarzy skrytej w dziw- nym cieniu wręcza mi malutki, tajemny pakunek. Odchodzi. Teraz wchodzę w drzwi i widzę ulicę w pobliżu dworca PKS w moim mieście, którą jadą właśnie „wyplute” przez przeszłość, jakby na jakieś specjalne zamówienie autobusy-widma, Sany i Jelcze z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, lat, kiedy byłam małym dzieckiem. Widzę również stare taksówki

„Warszawa”. Widzę garbusy i te już nowsze. Widzę też stare tramwaje z drewnianymi siedzeniami. Wsiadam teraz do jednego z nich w ramach praktycznych ćwiczeń przed czymś ważnym i prowadzę go! Wsiadam do takiego tramwaju w towarzystwie bli- skiej koleżanki Ireny, która wprawdzie w nieco odmienny sposób, ale również funkcjonuje w sprawach niezwykłych dla większości ludzi i całkiem normalnych dla nas. Coś dziwnego dzieje się, gdy usiłujemy przekręcić korbę na pulpicie sterującym. Otóż to moje przekręcenie korby znajduje swe odbicie pod postacią wyłado- wania podobnego atmosferycznemu w trakcji elektrycznej tram- waju. Jednak nie tylko, bo także w postaci dziwnej miękkości w okolicy splotu słonecznego. Domyślam się tutaj, że to samo czuje koleżanka. Czuję wyraźnie, jakby mój mózg łączył się w tym niezwykłym momencie wyładowania elektrycznego z kosmosem i jest mi niedobrze. Odbieram to jako znak ostrzegawczy przed jakąś nieznaną mi jeszcze podróżą, której pragnę, do której zmie- rzam całą sobą, ale której jednocześnie boję się. Znalazłam się nagle wewnątrz jakiegoś pomieszczenia, gdzie pracowały pełną parą dziwne urządzenia wytwarzające ciepło. Podobne były do dawnych „Farelek”, służących niegdyś do ogrzewania mieszkań, ale oczywiście dosłownie nimi nie były. Wiedziałam skądś, że muszę wyciągnąć dłonie. Teraz mam skierować je wprost na stru-

mień mocno ciepłego powietrza. To samo wykonuje Irena. Z początku nic się nie działo, ale po chwili z końcówek naszych palców zaczęły wydobywać się błękitne płomienie. Wewnątrz nich dostrzegałam czerwone żyłki jakiejś dziwnej energii. Odsu- nęłam dłonie od urządzenia ogrzewającego i wszystko ustało. Po chwili jednak zauważyłam przed oczami, na wysokości kilku centymetrów ponad moją głową, niebieską, niedużą kulkę ener- gii, która była konsekwencją, skutkiem tego ciepła. Wyciągnęłam w jej kierunku dłonie, a ona natychmiast przylgnęła do ich wnę- trza. Wiedziałam skądś, że teraz muszę popracować z tą kulką energii. Bawiłam się nią w dłoniach, a ona stawała się coraz więk- sza, zmieniała swój kształt na owalny. Dawała się rozciągać. Nie posiadała żadnego ciężaru, była podobna do bańki mydlanej. Po chwili znów wszystko ustało, kula pozostała jakby we mnie, tak to czułam. Wiedziałam też skądś, że teraz mam MOC. To samo wiedziała koleżanka. Wzrokiem, bez problemu razem podnosi- łyśmy i przesuwałyśmy przedmioty. Byłyśmy oczywiście z tego dumne, bawiłyśmy się tym. Wyszłyśmy z pomieszczenia i ujrza- łyśmy dziwne zjawisko. Pomimo ciepłej pory roku na chodnikach leżał w tej okolicy śnieg. To znaczy ja myślałam, że to był śnieg. Jednak w kontakcie z dłońmi nie był zimny, nie posiadał żadnej temperatury ani ciężaru, nie dawał się formować w kulki, gdyż rozsypywał się. Posiadał on też dziwny, lekki, chemiczny zapach. Pamiętam, że Irena powiedziała też, że rzeczy czasami są czymś innym, niż myślimy. I nie wiedziałam, czy Irena brała rze- czywisty udział, którego nie pamięta, w naszym nocnym spotkaniu na falach, czy też raczej stanowiła symbol kogoś bliskiego mi, kto rozumie sprawy paranormalne. Dziś, po latach wiem, że oczywiście my wszyscy z TEJ i z Tamtej Stro- ny spotykamy się na falach w celu przejścia przez ważne przeżycia. Dopisując do książki to ostatnie zdanie nigdy bym nie sądziła, że IRENA 21.06.2011. pojedzie ze mną w tak zwaną

„Podróż Nieaktywną”… Teraz wracam do tematu.

W przypadkowych miejscach tej okolicy, dosłownie stały zepchnięte w małe grupy prastare autobusy Jelcze i Sany oraz

popielate taksówki „Warszawa”. Chodniki pokrywał w tym momencie wspomniany chemiczny śnieg, niby zjawisko uboczne procesu, który właśnie zaszedł. Całe znane mi ulice, miasto, pojazdy, okoliczności, ustawiały się i przemieniały specjalnie dla mnie, na kształt tamtych starych ukochanych. Szło to trochę chaotycznie. Wciąż obserwowałam z bardzo wielkim zdziwie- niem całe zgrupowania pustych, nieaktywnych już lub jeszcze(!) starych autobusów i taksówek. Nagle znalazłam się znów w pobliżu szkół 22 i 11, na TAMTEJ ścieżce i stanęła przy mnie śp. Gosia, Irenki już nie widziałam, jak gdyby przekazała mnie Gosi, która zamówiła dziwnym przyrządem podobnym do komórki, taksówkę. Taksówka powoli wynurzała się z głębin jakiejś tajem- niczej mgły. Pędziła w powietrzu z północy, była w kolorze zdecy- dowanie jasnym, chwilami miała wygląd pozaziemskiego pojaz- du, emitowała ultrafiolet. Przeszedł mnie delikatny dreszcz…

....skądś to znałam!

Boże, muszę wracać i spać, przecież rano jadę!!!


Upragnionym od lat, czerwcowym rankiem niebo ostatkiem sił trzymało w nabrzmiałym, napiętym do maksimum wnętrzu, niby w gigantycznej jakiejś szklanej bańce, ocean deszczu. Ten deszcz mógł przynieść wytchnienie i ulgę, niby długo tłumione łzy. Gigantyczna otchłań nieba, niby gardziel-tunel męczyła się, dławiła wręcz, by nie krzyknąć grzmotem, ale był to wysiłek praktycznie bez szans. Może to brzmi dziwnie, lecz powietrze miało ciało zbudowane z dziwnej materii… Było jakby ze szkła miękkiego, mocno rozgrzanego. Szkła plastycznego, nadtopione- go, półprzeźroczystego. Przez to szkło dostawało się subtelne, przytłumione, lecz palące światło przedburzowego słońca. To słońce wyglądało, jak przydymiony, tylko częściowo oszlifo- wany bursztyn. Powietrze namagnesowane było do tego stop- nia, że w kontakcie z nim wyczuwało się elektryczne igiełki na powierzchni spoconej skóry.

Ból głowy spowodowany oszałamiającym zaduchem dzikich róż i resztki konających jaśminów miał swój specyficzny czar,

dawał poczucie udziału w całym tym niezwykłym spektaklu. Sukienka kleiła się do ciała. Wszystko, czego dotknęłam kleiło się do dłoni… Szczęśliwy niepokój miotał się, jak oszalały wśród uroczystych, gotowych na święto salonów serca…

Na terenie dworca PKS w moim rodzinnym Toruniu zawsze rosły krzewy dzikich róż. Pamiętam od zawsze oszałamiający zapach, ból i sporo kropli krwi na chusteczce w okresie dzie- ciństwa w zamian za posiadanie na własność tego kolczastego, różanego skarbu kiedyś, dawno temu, podczas wielokrotnych na przestrzeni lat oczekiwań na niebieski autobus PKS wiozący mnie i moich rodziców jakieś 40—50 minut do babci do Kowa- lewa, i dłużej, bo aż 2 godziny do „drugiej babci” mieszkającej w Rypinie. Dziś autobus miał wygląd samolotu. Był to jeden z najnowszych modeli. Wielki, biało-niebieski ze słoneczną reklamą jakiegoś biura podróży i ciemnymi szybami. Autobus posiadał na dachu słoneczną baterię, był w związku tym autobu- sem ekologicznym, co głosił także mały napis na zielonym list- ku. Dziwne, nie widywałam dotąd takich autobusów w naszym mieście. Miałam wrażenie, że uniesie podróżnych gdzieś pod niebo, że to nie będzie zwyczajna podróż, przynajmniej dla mnie. Niedawno, dziwnym zrządzeniem losu przebudowano dworzec PKS… Wiele autobusów miało odjeżdżać z miejsc, z których odjeżdżały w tamtych odległych latach. Zupełnie jakby spełniano jakiś warunek konieczny do powtórzenia czegoś z tamtej odległej czasoprzestrzeni w tej obecnej czasoprzestrze- ni. Nawet przypadkowa reklama biura podróży miała się okazać później nieprzypadkową. Jednak obecnie byłam zbyt podekscy- towana, aby zwrócić na nią jakąś szczególną uwagę, chociaż zawsze zwracam uwagę na znaki, jakie wysyła do mnie świat, a wysyła je często…

„Podróże do innego słońca! Najniższe ceny! Niezapomniane wrażenia!”. Tak reklamowała się korzystając z usług PKS-u na bocznych ścianach autobusu jedna z firm turystycznych, podając swoje dane. Na kołach autobusu widniały znaki. Wiele bym oddała za ich rozszyfrowanie…

Gdy otworzyły się drzwi autobusu wchodziłam jako pierwsza, bo przybyłam na ten dworzec o wiele za wcześnie. Gnana jakimś niewytłumaczalnym przymusem, objawiającym się teraz szyb- kim biciem serca i natłokiem myśli, pospiesznie wysiadałam z mojej kremowo-białej taksówki, którą prowadził wyjątkowo milczący kierowca, dziwnie kojarzący się razem z tą swoją tak- sówką tylko z jednym, i już pędziłam ile sił doznając zadyszki na stanowisko mojego autobusu. Jak gdybym bała się, że coś mi umknie. Dlatego na długo przed czasem stałam już w kolejce, której właściwie początkowo nie było.

Zignorowałam oczywiście „znajomą” jasną taksówkę oraz jej kierowcę, uznając to pewnie trochę ze strachu, za śmieszny zbieg okoliczności. Pasażerów było niewielu.

Żaden z nich nie był naznaczony magią tego dnia. Zwykli, znudzeni, wracający lub zmierzający dopiero gdzieś tam, może trochę zmęczeni ludzie. Chociaż........Coś jednak było nie tak z tą kolejką!!!! Prawie nieuchwytne drgnięcia w mózgu, następujące jednocześnie z równie nieuchwytnymi błyśnięciami na niebie ujawniały na ułamki sekund inną kolejkę…

Pasażerowie z tej drugiej kolejki bardzo różnili się od pasażerów kolejki, jaka powoli ustawiała się obok mnie. Jak nie z tej epoki!!!!! Tyle właśnie zdążyłam pomyśleć w momencie, gdy kolejny już przecież raz ujrzałam tych ludzi w przebłysku. Stałam po chwili przed kierowcą trzyma- jąc w dłoni banknot dziesięciozłotowy. Jeszcze dźwięk kasy fiskalnej wyrzucającej bilet oraz dłoń kierowcy wydająca resz- tę i już trzymałam w rękach upragnione pozwolenie na tak długo oczekiwaną podróż. Kierowca oczywiście nie miał o tym pojęcia. Swoją drogą, jak dziwne zezwolenia wręczają ludziom kierowcy autobusów, sprzedając bilety. W każdym takim bile- cie tkwić może przepustka do niewiarygodnej historii lub tylko do zwykłego powrotu do domu. W tym momencie, gdy kupowałam bilet, poczułam znajome zjawisko drgnię- cia w mózgu i na ułamek sekundy wygląd biletu, kierowcy, a także najbliższego otoczenia kierowcy, na które patrzyłam

wydał mi się odmieniony! Ale to był jedynie błysk. Nie wie- działam, co znaczył…

A znaczył bardzo wiele…


Zajęłam miejsce w trzecim rzędzie podwójnych siedzeń. Uspokojona, że już trzymam w dłoni upragnione zezwolenie na podróż do swoistego rodzaju MUZEUM patrzyłam, jak kierowca sprzedaje bilety innym pasażerom… TEN DZISIEJSZY kierowca.

Gdy przez moment tył głowy kierowcy widziałam wyraźnie, jako drastycznie inny i nie słyszałam dźwięku kasy fiskalnej, a w twarzach i ubiorach wchodzących pasażerów rozpoznałam pasażerów z drugiej kolejki przeszedł mnie lekki dreszcz. Ale trwało to tylko moment i znów pojawił się dźwięk kasy fiskalnej i tamci pasażerowie z pierwszej kolejki oraz znajomy widok tyłu głowy pierwszego kierowcy.

Autobus bezszelestnie ruszył. Powoli wyjeżdżał poza granice miasta. Pojawiły się za szybą nieco zielone jeszcze, niedojrzałe kłosy zbóż, zatopione w tym ciężkim, lepkim miodzie idącym z nieba w rytmie rozciągniętych tonów dalekiej, rzewnej melodii. Współgrało to z nadtopionym, lepkim, plastycznym asfaltem, po którym sennie wlókł się autobus. Jechał wprawiając swoją żyjącą zawartość w stan odrętwienia lub lekkiej drzemki. Na horyzoncie zauważałam coraz to więcej i więcej pojawiających się znienacka, całą flotą pirackich, granatowo-czarnych kształtów, pękatych od ładunku wody, jakby nadciągających z pomocą temu pożarowi bez ognia. Kierowca od czasu do czasu spoglądał w lusterko i ocierał sobie raz po raz spoconą twarz chusteczką. Przepra- szam.....kierowcy. Co parę chwil inny. W radiu na UKF-ach lecia- ła najnowsza lista przebojów, w której od początku coś mi nie grało… Jaka szalona mieszanka muzyki, pomyślałam.

Nie zapadałam wprawdzie w typową drzemkę, ale przyłapy- wałam się na dziwnym otępieniu zmysłów… W pewnej chwili zauważyłam osobliwe zjawisko. Zaczęła zapadać lekka ciemność właściwa zaćmieniu słońca, chociaż żadnego zaćmienia na ten dzień nie zapowiedziano. Poczułam się, jak w typowym filmie

fantastycznym, w którym zaćmienie słońca ma wywołać para- normalne zjawiska. Małe szarpnięcia w mózgu trzeźwiły mnie z tego dziwnego stanu… Raz widziałam przedburzowe słońce wyraźnie, raz słońce z ciemnym pierścieniem, który coraz bar- dziej je zakrywał. Naprawdę na ten dzień nie przewidziano zaćmienia słońca!!!!!!! Ale też naprawdę ja to „zaćmienie” widziałam…

Nie usiłowałam niczego wymusić, wmówić sobie fantastycz- nego zdarzenia, byłam jedynie biernym obserwatorem. Mocno podekscytowanym, biorącym jednocześnie głęboki, emocjonalny UDZIAŁ, ale nigdy nie w sensie kreatora, lecz jedynie obserwato- ra zdarzeń.

Czym było w takim razie zjawisko podobne zaćmieniu? Bo zwykłym zaćmieniem nie było na pewno. I to jest w tej opowieści ważne.

Nie uwierzą mi, gdy wrócę.....To moje myśli, jakie cisnęły się do głowy i wywoływały dziki niepokój, chęć tłumaczenia i przysięgania, że to wszystko przecież PRAWDA!!! Prawdą było… I to, jak wielką…

W pewnym momencie, równoległym z odczuciem kolejnego pół lub ćwierć obrotu lub tylko drgnięcia gdzieś w mózgu (bo były one różne), gładka dotąd ścieżka listy przebojów zaczęła się wyraźnie zniekształcać, jakby ktoś puścił zmiętą, uszkodzoną taśmę magnetofonową. Chwilami słychać było poszarpane frag- menty listy, chwilami jakby z jakiejś szczeliny płynnie wydosta- wały się piosenki koncertu życzeń na falach długich z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych! Chwilami, w ostatnich przebłyskach zwęglonego słońca, na którym żarzyły się jeszcze resztki ognia, widywałam fragmenty autobusowych siedzeń oraz podłogi, sufitu… INNE fragmenty. Takie, jakie pamiętałam z tych odległych lat! Chropowate siedzenia w paski w kolorze brązowo- zielonym bez oparć pod głowę, sufit wyścielony charakterystycz- ną sztuczną skórą w dziurki. W chwilach, kiedy te elementy widziałam jako INNE, autobus trząsł, a szyby zdawały się dziwne, mniej komfortowe. Potem znów na moment szarpnięcie mózgu

i co za tym idzie widok nowoczesnego wnętrza autobusu. Następ- nie z kolei powrót do widoku starego autobusu. Pamiętam nie- powtarzalny widok, kiedy to autobus podzielony był na część już przemienioną, i część jeszcze nie przemienioną. Pierwsza część autobusu z kierowcą była jeszcze autobusem współczesnym, dru- ga część była już autobusem starym. Przemiana szła „od tyłu”. W tym momencie wyraźnie czułam rozciąganie czasoprzestrzeni w..............moim mózgu, a nie gdzieś poza mną.

To potwierdzało teorię, według której cały Wszechświat nie jest miejscem poza nami, ale w nas samych, to stan odczuwania naszego Umysłu, wielka projekcja, jakby wyświetlano film z nasze- go wnętrza.

Dalsza przemiana autobusu odbyła się tak gładko, jak gdyby ktoś przypadkiem przechodząc, od niechcenia przeleciał dłonią po kolejnych klawiszach na klawiaturze pianina. Albo jakby gigantyczny cień nadchodzącej postaci płynnym ruchem zakry- wał nasłoneczniony kawałek ziemi, centymetr po centymetrze… Kątem oka spojrzałam na dogasające słońce, niby ognisko o świcie. Wtedy autobus stanął na jednej z tych znanych na pamięć z przeszłości stacji.......Wsiadł człowiek o szczerej spalo- nej słońcem twarzy i spracowanych dłoniach. Był ubrany w białą, czystą, uprasowaną, choć lekko przyżółconą, zużytą koszulę z podwiniętymi rękawami. Spodnie na szelkach i letni kapelusik na głowie. W ręku trzymał małą, brązową, tekturową, pościeraną używaniem walizkę przewiązaną sznurkiem. Miał też blaszany stary termos, włożony w siatkę z nylonowej żyłki. Razem z nim wsiadła dziewczynka z kokardami we włosach, szmacianą lalką pod pachą oraz z butelką od oranżady zamykaną na porcelanowy kapsel umocowany na druciku. Butelka napełniona była ostygłą zapewne już herbatą Moje zdziwienie nie miało granic, takie widoki były normalne, ale wiele, wiele lat temu, do siedemdzie- siątego któregoś tam roku najwyżej, a więc lat mojego dzieciń- stwa… Mój Boże, cóż za wielcy i ważni podróżnicy do swojej bab- ci, czy jakiejś cioci na wieś! Oni w zestawieniu z dzisiejszymi podróżami na koniec świata, w dowolnej, wybranej chwili,

wyglądali żałośnie, a już z pewnością naiwnie. Loty odrzutowcem w tamtych odległych czasach były wielkim wydarzeniem, które zdarzało się jedynie innym, nigdy nie nam. Autobus leniwie ruszył, trzęsąc. Nikt nie zwracał nienaturalnej uwagi na tych dwoje, którzy zakupiwszy bilety zajęli miejsca gdzieś w tyle, bo nie dostrzegali w nich niczego budzącego zdziwienie. Dla- czego? Ponieważ w tym momencie cały autobus wypełniony był pasażerami z drugiej kolejki. Dałabym głowę, że kiedy ci wsia- dający ludzie przechodzili obok mnie, mignęły mi przez moment przed oczami ich bilety. Pamiętałam ten wzór biletu zbyt dobrze, abym mogła się pomylić! Swoją drogą jestem bardzo ciekawa, jak postrzegali mnie ci wszyscy STARZY pasażerowie i czy oni w ogóle mnie widzieli?! Daję słowo, że jedynie przez strach przed prawdą nie sięgnęłam w tym momencie po swój bilet i nie spoj- rzałam, czy w tym momencie był biletem z kasy fiskalnej, czy znajomym biletem starego typu… W trakcie tego wszystkiego, co się działo zachowywałam jakimś cudem kontrolę i pełną świa- domość przemian. Jeszcze trwały wprawdzie ostatnie przebłyski tej obecnej rzeczywistości, ale jednak coraz krócej, coraz mniej intensywnie. Coraz częściej widziałam wnętrze STAREGO auto- busu i STARYCH pasażerów, coraz rzadziej słyszałam dźwięk kasy fiskalnej, chociaż wsiadający współcześni pasażerowie kupowali z niej bilety u współczesnego kierowcy. Tak. Kierowców było dwóch. Jednak przyjrzeć im się dokładnie mogłam dopiero po którymś kolejnym przeskoku. To były takie specyficzne przeskoki widoków, jakby ktoś z użyciem lampy błyskowej pstrykał foto- grafie w zawrotnym tempie, raz mając przed sobą teraźniejszość, raz odległą przeszłość. Każde pstryknięcie pokrywało się z pół lub ćwierć obrotem lub jedynie drgnięciem w mózgu w prawo lub w lewo. Każde „pstryknięcie” trwało coraz dłużej, mózg pra- cował coraz wolniej… Niebo zastygało w bezruchu, jak karuzela kończąca jazdę, świat było widać, jak przez okopcone szkło, STA- RY autobus trząsł...........Nagle nastąpiło coś w rodzaju jakiegoś zawieszenia, przesilenia, i zaraz potem potężny rozbłysk groź- nym, lecz całkowicie bezgłośnym zygzakiem rozświetlił ten frag-

ment nieba, na którym dogasało słońce. Powstała szczelina z nierówno zarysowanymi konturami i tak zastygła. Czułam, jakby ktoś zatrzymał czas lub na stałe przekręcił włącznik światła i jakąś komnatę w moim mózgu obrócił o duży tym razem kąt, otwierając mi drogę do całego Wszechświata. Jak- by ta ostatnia ruchoma, żywa jeszcze biegiem sekund minuta sta- nęła w miejscu i była rozciągana w nieskończoność do góry, sto- jąc. To było jakby z chwili na chwilę powiększała się jej obję- tość. Poczułam, że mój mózg nie jest już teraz w stanie pomieścić w sobie, niby w naczyniu o ograniczonej pojemności tego, co się działo i nagle… zwiększył swoją pojemność do niewyobrażalnych rozmiarów! Odczułam to tak, jakby odblokowało się w nim ukry- te wejście do poznania Wszechrzeczy. Poczułam się, jak więzień, który właśnie odzyskał wolność i po latach spędzonych za krat- kami, w ciemnościach, wybiegł na bezkresne łąki. To było, jak usunięcie tamy i wpuszczenie wody z oceanu poznania.

To było, jak dotarcie do celu, od którego zaczyna się dopiero baśń. Mówiąc najprościej, to było na kształt ulgi, jaką odczuwa się tuż po odblokowaniu zapchanych wodą uszu przy myciu gło- wy. W tym momencie odczucie „podłączenia do Wszechświa- ta” nie było groźne! To światło w szczelinie nie gasło, jednak samo słońce zaczęło się cofać w tył, gdzieś w nieznane obszary czasoprzestrzeni i wpuściło teraz przed siebie niekończący się sznur kolejno ukazujących się słońc!

Słońca te docierały coraz to bliżej i bliżej autobusu…

Aż ich niepojęty blask przewyższający jasnością blask ujrzany najpierw w szczelinie, objął sobą autobus. Zamknął go w którejś konkretnej kuli światła. Te słońca dosłownie powstawały z popiołów!!! Każde kolejne słońce pojawiało się jako czarna kula, by po chwili rozbłysnąć niesamowitym bla- skiem swego własnego wskrzeszenia i wpuszczało przed siebie następne słońce. Autobus jechał w świetle zakreślając pętlę w głąb tej jednej minuty, i chociaż mijały z pewnością kolejne minuty, uwięzione były zapewne w tej jednej. Autobus jechał swoją trasą po miękkim asfalcie, ale jednocześnie niesiony

był w kuli światła razem z podłożem, po którym jechał. Na tą trasę nikt(?) nie wykupił biletu i nikt(?) nie domyślał się jej kresu, przeznaczenia. Autobus teraz jechał dziwnie, bo…

...do tyłu, ale kula, w której się znajdował gnała do przo- du!!! A może było jeszcze inaczej, autobus jechał do przodu, a kula w której się znajdował gnała do tyłu… Tego już nie odtworzę, to dość trudne. Ile było słońc i co one znaczyły, dowiedzieć się miałam znacznie później. Nawet, jeśli wszyst- ko, co działo się z autobusem, słońcem i wszystko pozostałe było wielką, przepiękną metaforą, miało zapewne za zadanie proste wyjaśnienie mi istoty zasad działania Czasoprzestrze- ni. Czyżby Bóg opowiadał mi bajkę, za pomocą której chciał w prosty sposób wyjaśnić zawiłe zjawiska? Tymczasem zagłę- białam się jednak coraz dalej w tajemnicę podróży, nie sta- rając się rozumieć, ale przeżywać, doświadczać, bo przecież to się działo!

Klepsydra stała na zakurzonej, ciasnej wystawie starego zegarmistrza, w malutkim miasteczku, w cieniu drzew pamięta- jących wszystkie tamte, i dużo dawniejsze lata. Działała pew- nie nie na piasek, lecz na materię niezwykłej lekkości… popiół starych, wypalonych słońc, zmieszany z popiołem ówczesnych róż, żyjących dzięki promieniom tych właśnie słońc, niby cudow- na wspólnota istnień zjednoczonych cudownie kosmiczną kre- macją w tyglu Wszechświata, przetwarzającym niby alchemik przebrzmiałą, dawno przerobioną materię. Klepsydra była zatem swoistym rodzajem urny zawierającej dawno przerobione, prze- żyte, zużyte cząsteczki tej naszej małej, znanej części Wszech- świata, zawierającej w sobie nas samych z tamtych, prasta- rych dni…

Cień, w którym tkwił sklep, dawał odczucie ukrycia w starej, cichej, wilgotnej piwnicy pełnej tajemnic i skarbów. Sam sklepik sprawiał wrażenie półżywego, zasiedziałego w skamieniałej sieci pająka. Pająka, którego za chwilę ktoś przebudzi z odwiecznego spokojnego snu, niby przypadkiem zabłąkana, wiotka młoda mucha. Tylko czy pająk poradzi sobie z takim wyzwaniem, po

TAKIM czasie, będąc skamieliną. Na ile będzie elastyczny, na ile dostosuje się do tego, co nagle zastał po przebudzeniu. Czy nie rozpadną się włókna jego kruchej, starej konstrukcji? Ja osobi- ście nie pamiętałam w miasteczku babci sklepiku-zakładu zegar- mistrza w tamtych latach, ani później…

W momencie, gdy w zupełnie innym mieście zaczynała się historia tej opowieści, to znaczy, gdy ja osobiście wsiadałam we własnym mieście do autobusu, tu, w tym małym miasteczku — celu podróży, oddalonym od mojego miasta o jakieś kilkadziesiąt minut, w szklanym wnętrzu klepsydry, niby w szklanym sercu, pojawił się niepokój. Coś wyraźnie działo się! Migotała i gasła niby drucik w przepalającej się żarówce, cieniutka żyłka. Słychać było szelest płatków róż, jakieś echo dawnych szeptów, rozmów, śmiechu, kopyt końskich i wozu. Dzwony z kościoła przejmująco wzywające ludzi na czerwcową procesję....Prawdziwie można było to wszystko usłyszeć i nawet odczuć dziwnym swądem jakby spalenizny, po czym następował zapach ozonu. Wiedział o tym stary zegarmistrz tego dnia rano, gdy przygotowywał sklepik do otwarcia. On podświadomie na pewno WIEDZIAŁ, że ten dzień dla kogoś tam, być może nieznajomego, zwykłym dniem nie będzie na pewno… Zszedł do sklepiku wcześniej niż zwykle. Musiał wyłączyć czujnik przeciwpożarowy, który nie wiadomo dlaczego(?!!!) uruchomił swoje ciche pikanie. Dobrze, że zdążył nim ktoś wezwał wóz strażacki! To by dopiero było, gdyby straża- cy gasili wodą przeszłość! Przeszłość ta nachalnie przedostawała się wąskim strumieniem gorącej, przeźroczystej plazmy z odle- głego kąta Wszechświata! W momencie, w którym moja podróż rozświetlona została trwającym przeciągle, nie gasnącym roz- błyskiem i kaskadą słońc, w klepsydrze nastąpiło przesilenie. Wszystkie cichutkie, niezrozumiałe odgłosy wydobywające się z jej wnętrza zostały przerwane nagłym, przeraźliwie jasnym, lecz bezgłośnym, jakby burzowym zygzakiem, niby nerwem na skroni nieba, a niby eksplodującym naczyniem krwionośnym we wnętrzu serca, tuż przed jego atakiem. W szklanym wnętrzu pojawiła się jasność porażająca oczy, gdyby ktoś oczywiście

w to wnętrze patrzył. Zginął popiół wypalonych słońc, pozostała jedynie cicha światłość intensywnego ultrafioletu. To właśnie na moich oczach zmartwychwstały prastare czasoprzestrzenie. Oży- ły nieczynne słońca i gwiazdy. Powróciły prastare róże i przykryły sobą ogrody. Róża, piękny kwiat zbudowany z subtelnej materii. Ale ja przecież pilnie potrzebowałam TAMTYCH róż, a one daw- no temu umarły.....Coś działo się także na zegarku, który miałam na ręku...Normalnie chodziła wskazówka odpowiedzialna za bieg godzin, normalnie chodziła wskazówka zarządzająca minutami, normalnie funkcjonował władca sekund. Ale pojawiła się dodat- kowa, cieniutka, czwarta wskazówka, wykonana jakby z zimnego, seledynowego światła, niby rtęć, i ona galopowała w zawrotnym tempie. Dała się dostrzec dopiero później, gdy znacznie zwol- niła po wykonaniu zadania. Dlatego przez dłuższą chwilę nie było widać tarczy zegarka! Galop tej wskazówki przekroczył pręd- kość światła! Jednak wskazówka biegła odwrotnie do naturalne- go ruchu wskazówek zegara. Ona poszła w odległą przeszłość i tam zatrzymała się. Zatrzymała się prawie na godzinie dwuna- stej i była jakby… igłą magnetyczną busoli! O co tu chodzi?!

Jeśli cofnął się czas o lat trzydzieści kilka albo więcej, to zegarek powinien stawać co dwa lata, na tyle wystarcza zwykła bateria. Baterii wystarczyło aż na tyle lat. Jeśli jednak te lata zostały skompresowane, mogły zmieścić się w bateryjce. Pamię- tałam jednak o tym, że wszystkie „normalne” wskazówki szły przez ten „dziwny” czas zwyczajnie. No i co robiła w zegarku igła magnetyczna? Pytania cisnęły się do głowy jedno za drugim. Teraz otaczał mnie świat tak odmienny od tego, w którym przed niecałą godziną wsiadałam do autobusu mającego zawieźć mnie w miejsca z odległej przeszłości. Sądziłam, że zawiezie mnie tam tylko fizycznie. Normalnie, niby do muzeum z martwymi ekspo- natami. Nad marmurową, twardą nie do przebicia płytę grobu tamtych lat, tamtego czasu, grobu babci.. Nie wierzyłam jednak tak całkiem do końca, że autobus zawiezie mnie tam PRAWDZI- WIE… Nie wierzyłam intelektem, sercem pewnie tak… W atmos- ferycznym zjawisku burzy pokładałam pewną nadzieję, ale bar-

dziej w sensie nastroju, emocji, może spotkania kogoś z tamtych lat. Jak widać, nie doceniałam mocy. Tylko, której? Czy mocy burzy, czy mocy własnego pragnienia? Pozostaje pytanie, czy to na pewno była burza, bo jeśli nie, to czym były widzialne błyski na niebie, mocno sprzężone z nieprzyjemnymi w sensie fizycznym, lecz koniecznymi obrotami odczuwany- mi w mózgu?!

Stary, właśnie wskrzeszony świat osiadł swymi odbudowany- mi cząsteczkami na uliczkach, domach. Osiadł na ogrodach, niby dziwnie świeży poranek wskrzeszonego słońca. Osiadł tak nagle i cicho, jak pierwszy śnieg, który bezszelestnie odmienia świat nocą. Rano ogląda się już tylko skutek i zastanawia, jak i kiedy to się stało. Tak było i w tym przypadku.......Gdy STARY auto- bus dojechał do miasteczka, magiczne zjawisko przemian dobie- gało końca. Mistyczna cisza ustąpiła miejsca codziennemu gwa- rowi, miasteczko zdawało się normalnie traktować to, co się zda- rzyło, ponieważ zwyczajnie o niczym nie miało pojęcia. Ludzie robili zakupy, rozmawiali stojąc w grupkach, pod samochodem spał kot, szczekał pies, śpiewały ptaki, biegały dzieci. Tylko stary zegarmistrz wyjrzał przez okno wystawowe sklepiku i dziwnie oszołomiony, lecz nie całkiem świadomy sytuacji witał STARY autobus. Zegarmistrz czuł, że powinien w oknie ustawić bukiet róż…

W szczególnych okolicznościach zawsze przecież są róże… Po chwili na wystawowym oknie ukazał się ceramiczny wazon w kolorze kremowym, z wielkimi rozwiniętymi różami, w kolorze owocowych lodów. Czujnik przeciwpożarowy w sklepiku już nie wydawał dźwięku, nie odczuwał tej nowej rzeczywistości, jako czegoś groźnego, ponieważ wszystko już zostało przetworzone i wyciszone. Rzeczywistość wydawała się normalną. Mijali mnie normalni ludzie, ale ja czułam się na ich tle, jak duch. Z jednej strony właściwie dawało mi to nawet komfort psychiczny, gdyż czułam się swobodnie. Z drugiej jednak strony czułam się trochę zagrożona, opuszczona. Ja po prostu nie byłam tylko pewna, czy oni mnie widzą. Wysiadłam, wzięłam głęboki oddech. Do moich

płuc zaczął przedostawać się balsam. Jakby ktoś obłożył mi płuca namoczonym, ciepłym jedwabiem. Odruchowo spojrzałam w kierunku cmentarza, zrobiłam kilka kroków… jeszcze kawa- łek… Nie musiałam wchodzić, aby wiedzieć, że grobu babci tam JESZCZE nie było. Wygląd cmentarza pasował do widoku z lat mojego dzieciństwa. Zawsze bardzo lubiłam cmentarze w dni powszednie, a także w Dzień Umarłych. W jedno takie święto, po wizycie na przepięknym cmentarzu w Rypinie, nazwałam wszyst- kie cmentarze świata kamiennymi miasteczkami w ogrodach…

Kamienne miasteczka za bramami, w ogrodach, dziś całe w ogniach.

Tyle ognia, aż słońcu w tle jasność zabrało. Lecz nie wystarczy na wypalenie win ludzkich.

O wiele ognia tego za mało i żalu w sercach twardych,

w sercach w kamień odzianych, jak te cmentarze.

Gdy serca ludzkie przetrawi pożar,

ich struktury nienaruszone pozostaną.

Po osmolonych przedsionkach, komorach przemknie zimny wiatr, ten sam, niezmieniony, zawołaniem z żalu zawsze jednak o jeden ton zbyt mało żałobnym…

Ta noc, wśród trzystu sześćdziesięciu czterech innych

jest darowana dwóm światom

TAMTEMU na imieniny i TEMU na szansę

co roku ostatnią…

Mocą magii tego dnia przebudzi się może choć jedno ludzkie istnienie

i Wagę Niebieską przechyli łzami na usprawiedliwienie ludzkości.

Przez chwilę cichą, jednym uderzeniem serca ogarnijmy dziś Ziemię…

No przecież słychać! Chrystus upada

tysięczny raz

pod jej krzyżem haniebnym!!!!

Zrobiłam gwałtowny zwrot w tył i chciałam ruszyć w inną stronę, ale w tym momencie dostrzegłam sączącą się że z mojego zegarka jakąś ciecz. Zawróciłam w stronę pracowni zegarmistrza, jednak nie miałam pojęcia, co on powie na mój ręczny, bateryjny, nieznany w tych czasach zegarek, na dodatek z igłą magnetycz- ną! Nie miałam wyjścia. Weszłam. Zegarmistrz uśmiechnął się tajemniczo i po chwili wrócił zza ciemnej, ciężkiej zasłony z „naprawionym” zegarkiem. Cokolwiek to znaczyło.

U starego zegarmistrza stał przy ladzie mężczyzna, ubrany na czarno, widziałam go z tyłu. Rozpoznawałam jednak czarną pelerynę, czarny kapelusz, czarne spodnie, czarne buty.....Stał przy ladzie jak klient, od zewnątrz. Za ladą z kolei leżały pewne eksponaty, co do których nie miałam wątpliwości. One należały do niego. Czyżby sprzedał je lub wystawił do sprzedaży u tego zegarmistrza? Czy może chciał pokazać, że jemu to już nie będzie pisane? Chciał, by zwrócić na nie uwagę. Przedmioty należące do człowieka w czerni to dwie obrączki ślubne oraz spory pierścionek z okrągłym, turkusowym chyba oczkiem. Ujrzałam też przy obrączkach i pierścieniu wyraźny napis: 17 VII 1985r, na ścianie wisiał kalendarz i aż prosił swoim widokiem, by na niego spojrzeć.. Nie spojrzałam. No przecież dostałam się nie w rok 1985, ale w lata sześćdziesiąte lub sie- demdziesiąte! O co więc chodziło? Mężczyznę tego kojarzyłam z kilku transów w latach dwutysięcznych. Stał między innymi na Rynku Nowomiejskim w moim mieście przy zabytkowej nie- czynnej obecnie budowli sakralnej. Stał i wskazywał na atomo- wy zegar na wieży. Od zegara skierowanego na północ wiał zna- ny mi magnetyczny wiatr… Teraz ten mężczyzna posiadał także mały skórzany woreczek…

W nim znajdował się indiański proszek leczący nowotwory. W dłoni trzymał też zwoje papieru, tekst niewidoczny, żadnej sugestii co do treści. Mężczyzna pokazał mi także w rodzaju wizji niby w kinie, siebie samego w wyżej opisanym stroju. Rozpaczał on w tej wizji nad swoim własnym GROBEM! Dał mi też mały pierścionek w kształcie czterolistnej koniczynki. W wizji pojawił się również szpital w nieznanej mi okolicy, oraz stojący pod szpi- talem karawan. Tymczasem wolnym krokiem wyszłam z zakładu, odetchnęłam świeżym powietrzem, miałam natłok myśli…

No i wreszcie poszłam. Poszłam znajomą uliczką mijając sta- ry kościół, piękną willę z okrągłą werandą całą w różach, parę innych domów w ogrodach…

Aż doszłam do żółtej mleczarni z blaszanymi bańkami na mleko… Coś przez ułamek chwili nie zgadzało mi się. Jednak tyl- ko przez chwilę. Oto na budynku żółtej, starej mleczarni ujrza- łam współczesny, niebieski napis „AUTO MYJNIA”. Ale to trwało tylko sekundę i towarzyszył temu bezgłośny zygzak światła na niebie i prawie nieuchwytny obrót w mózgu oraz krótki, lecz gwałtowny szok, gdy na moment odwróciłam głowę i spojrzałam na miejsce, w którym stanął mój STARY autobus! Autobus stał, ale ten wielki, biały, z nowoczesną reklamą oraz ciemnymi szyba- mi!!!! Trwało to ułamek chwili i znów widziałam mój stary auto- bus. Jednak w momencie przemiany chwyciłam się płotu, by nie upaść od zawrotu głowy. Po procesie przemiany dostrzegłam na chodnikach miasteczka kolejny chemiczny środek, tym razem było to coś zbliżonego do żółto-zielonego proszku i wydziela- ło delikatny zapach jakby prochu strzelniczego. Zignorowałam to zjawisko, znałam już przecież chemiczny śnieg i domyślałam się, że proszek to kolejny skutek uboczny przemian. Chwilami słyszałam dobiegające z nieba (astronomicznego, czy może tego prawdziwego w czakrze korony mojej głowy?) głuche, krótkie i bardzo szybkie serie jakby wystrzałów fajerwerków lub czegoś w tym rodzaju. Powoli wszystko ucichło, a ja zajęłam się dalszą częścią swojej podróży. Chłonęłam stare widoki nie ocza- mi, lecz jakąś tajemną szczeliną duszy, a każdy kolejny widok

podnosił głowy uśpionym, umęczonym, nie mogącym się aż dotąd wydostać na powierzchnię majakom przeszłości, które powstawały do życia niby po stuletnim, ciężkim śnie obudzone wskrzeszającą mocą moich kroków. Teraz zakręt w lewo i moje stopy stanęły na chodniku uliczki. Dotykały go ostatni raz w dzieciństwie. Musiałam się zatrzymać. To przecież miste- rium! Nie mogłam tam wkroczyć w sposób, jaki przystoi poran- nemu wejściu do sklepu po bułki. To przedstawienie na żywej scenie teatru. Aktorem jestem ja sama, i tylko ja mogę w tej biograficznej sztuce teatru jednego aktora prawdziwie doświad- czyć granej roli, wstąpić swą duszą w ten zakurzony, pachnący stęchlizną kostium i zagrać. Jeszcze raz zagrać doświadczając udziału. Szłam zmęczona upałem, ze zwieszoną głową. Coś mi tu nie grało, nie wiedziałam jednak, co. Gdy nagle się zoriento- wałam, ścierpła mi skóra na karku....Cień! Mój cień!!! O Boże… wyszeptałam znowu i dopiero w tym momencie przeraziłam się już na dobre. To był głos małego dziecka, nie osoby dorosłej! Cień z kolei rzucany przez moją osobę na zalany słońcem chod- nik nie był moim cieniem! A już na pewno nie był cieniem dorosłej osoby w długiej sukience. To był cień małej dziewczyn- ki w krótkiej sukieneczce i bardzo krótkich włosach. Odrucho- wo dotknęłam swoich średniej długości włosów. Spojrzałam na swoją długą suknię, na sandały. Nawet wysokość, z jakiej patrzy- łam na świat zgadzała się. Wszystko było niby w porządku, a jednak nie… Czułam się jakbym brała udział w kręceniu filmu fantastycznego! Uliczka zawsze, i po dziś dzień zresztą nosiła nazwę 1-go Maja, to wiedziałam na pewno! Tymczasem na nie- bieskiej tabliczce widniał napis: ul. Zakrzywień. Chciałoby się od razu dokończyć: Zakrzywień Czasoprzestrzeni. Brzmiało to, jak w fantastycznej powieści, a jednak prawdziwie…

Boże, gdzie ja byłam i JAK się tu naprawdę znalazłam?! Wzię- łam się w garść, poznawałam przecież to otoczenie! Wkroczyłam. Prawdziwie dotykałam stopami powierzchni naznaczonej ślada- mi dzieciństwa. Początkowo bałam się skażenia tych miejsc współczesną obecnością, ale szybko dotarło do mnie, że te miej-

sca potrzebują moich kroków, że idąc po nich, każdym krokiem zaszywam szczelinę lat, łączę odległe brzegi. Byłam niby chirurg zszywający brzegi szarpanej rany. Potwierdzałam każdym kro- kiem wielkie znaczenie tych miejsc. Z namaszczeniem dalej sta- wiałam kolejne powolne kroki, czując się, jakby nigdy nie było tych wielu lat oddzielających mnie od dnia, w którym ostatni raz moje dziecięce stopy doświadczały dotyku tych miejsc. Mam na myśli samą uliczkę 1-go Maja, bo innym chodnikiem tego mia- steczka szłam jeszcze jeden raz potem, mając dwadzieścia pięć lat i jeszcze kolejne trzynaście lat później, mając lat ponad trzy- dzieści siedem, w śnieżny, lodowaty dzień pogrzebu mojej babci…

Broszka


Na Wielką Podróż dałam Ci różę, smutkiem wykutą w metalu i kamieniu.

Byś ją zabrała ze sobą do Raju

na przemienienie w Ogrodach Stworzenia.

A wówczas przeszłość będzie się snuła w Zaświatach,

niby z żywych płatków woń uwolniona. I przypomną się Czasoprzestrzeniom,

tamte ziemskie lata, jak opowieść bez słów, duszy tak dobrze znajoma…

Broszka miała postać czarnej róży z popielatym nalotem. Łodyżka i listki były z metalu. Kamień był onyksem. Onyks, to kamień śmierci, a sama róża była przymierzem przypiętym babci po śmierci w okolice serca, w imię pamięci tamtych czasów, tamtego ogrodu, tamtych słońc i tamtych róż......Była moim bile- tem zapewniającym jej podróż do jej cudownego OGRODU, który dawno temu pogalopował w odległe czasoprzestrzenie, a więc wciąż na wieki istniał…

Tamten chodnik i tamta uliczka ciągle pozostawały nie ska- żone moją obecnością. Obecnością MNIE z tego współczesnego

świata. Dziś jednak wreszcie mijałam znajome, wciąż żywe w pamięci domki w pięknych ogrodach, przypominałam sobie nazwiska mieszkańców. Uliczka była pusta, jakby bała się wysłać mieszkańców na powitanie, lub jakby chciała uszanować tę chwi- lę, daną mi przez los na absolutną własność. Kroczyłam, niby po czerwonym dywanie wspomnień na jawie, rozłożonym przede mną tak, jak w czasie wielkiej uroczystości. Serce coraz bliżej gar- dła, dom babci coraz bliżej mnie, ale ten dawny, PRAWDZIWY, Z RAJSKIM OGRODEM.

Dom i ogród pełne czarów oraz babcia-wróżka, która mogła wszystko, a to zwykłe, późniejsze jej mieszkanie w bloku i jej osoba, z której czas zdjął czar, i ukazał jako osobę mającą prawo, jak my wszyscy do różnych ludzkich niedoskonałości, to ogrom- na różnica. Dom babci z daleka wyglądał, jak przed laty. Moje zdziwienie powodował tylko jeden widok.......To była szklana matowa kula w kolorze miodowym.

Kula wielkości dużej piłki plażowej umocowana była na szpi- kulcach od góry i od dołu, i tkwiła z prawej strony tuż przy drzwiach wejściowych, jakby dzięki niej możliwe było wszystko, co dopiero miało nastąpić w tym domu, po przekroczeniu jego progu. Sprawiała wrażenie nieczynnego chwilowo urządzenia. Swoim istnieniem robiła też wrażenie jakby warunku koniecz- nego. Zignorowałam kulę i skupiłam się na tym, po co tu przy- byłam. Nie wiedziałam, co zastanę. Nie wiedziałam też, kogo zastanę, sytuacja mówiąc szczerze przerastała mnie. Miałam w sobie świadomość, że stało się jednak coś z czasoprzestrze- nią WE MNIE, że teraz właśnie kroczę po drogach tego mia- steczka na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale to nadal jestem ja w wieku dojrzałym, nie w wieku lat dzie- cięcych. Cień i głos jednak mówiły mi coś innego… Dlatego czu- łam się dziwnie. Im bliżej było domu babci, tym wolniej sta- wiałam stopy, jakbym bardzo chciała całą sobą odwlec i opóźnić coś, na co przecież tak bardzo czekałam. Czyżbym bała się roz- czarować? Ale nawet idąc tak wolno, kiedyś musiałam w końcu dotrzeć…

Stanęłam u drzwi trochę odrapanego, jednopiętrowego stare- go domu, zamieszkiwanego przez kilka rodzin. Wejście do miesz- kania babci znajdowało się od strony małej, wąskiej uliczki, to znaczy na szczycie budynku. Wzdłuż ulicy biegło ogrodzenie, za którym w odległej przeszłości znajdował się Rajski Ogród. Jedno okno babci, to od dużego pokoju wychodziło też na tą uli- cę. Drugie z kolei okno babci i okna innych lokatorów wychodziły z jednej strony na podwórze, z drugiej na babci ogród. Drzwi wej- ściowe tych wszystkich pozostałych mieszkańców znajdowały się od strony podwórza.

Stojąc u drzwi babci, czyli od strony ulicy, z bliska popatrzy- łam na kulę, rozejrzałam się ostrożnie wokół i… nie ujrzałam Rajskiego Ogrodu. Zamiast ogrodzenia i raju dostrzegłam dziw- ną, falującą ścianę. Była półprzeźroczysta, przymglona, z prze- błyskami niewyraźnych, ruchomych obrazów przebijających przez nią. Jak gdyby coś stało się nie do końca, jakby zabrakło kil- ku okrążeń do tyłu czwartej wskazówki na tarczy zegarka. Cały entuzjazm opadł na ziemię, byłam zła. Chciało mi się płakać, bo tyle było zachodu i nadziei. Tyle marzeń, wyobrażanych scena- riuszy i wszystko na nic. Teraz już prawie zrezygnowałam, już chciałam zawrócić. Zauważyłam jednak po chwili nieduży przy- cisk u drzwi, coś w rodzaju współczesnego domofonu. Nacisnę- łam drżącą ręką…

— pomarańczowej kuli coś drgnęło! Powoli zaczęło się TO w niej obracać, i nabierało coraz większej szybkości. A było to światełko w kolorze pomarańczowym. Teraz kiedy światełko nabrało prędkości powodującej, iż kula stała się niewidoczna… prawdziwie ujrzałam Rajski Ogród, a dom babci również stał się jakiś odmieniony. Chciałoby się użyć określenia „aktyw- ny”, może żywy w czasie i przestrzeni! Nie było już plazma- tycznej ściany, a igła magnetyczna wskazywała dokładnie pół- noc. Jednak odczułam i zauważyłam coś osobliwego......Przy zwalniającej obroty kuli pojawił się napis „Księgarnia”.

Kiedy kula na koniec kompletnie zwolniła te swoje obroty, wyraźnie ujrzałam spadające jakby z nieba na Ziemię, lawinowo,

jedna na drugą, przenikające mnie ogromne, przeźroczyste płachty, jakby przezroczyste kartki kalki technicznej z niewyraź- nymi zarysami tak bardzo odległych zdarzeń. To chyba wszyst- kie przebrzmiałe czasoprzestrzenie dostrajały się jeszcze bar- dziej dokładnie co do roku, miesiąca, dnia i godziny. Odbiło się to „przekartkowaniem” płaszczyzn w mózgu. To było takie cha- rakterystyczne buczenie i trzaskanie. Oczywiście nie było to przyjemne doznanie. W osobliwy sposób drażniło to fizycznie mózg. Gdy wreszcie spadła ostatnia karta, spokojnie mogłam już wejść do domu. Babcia musiała tam być! Problem jednak wciąż sprawiał mój obecny wiek, nie umiałam sobie z tym pora- dzić. Jaką babcię zastanę? Czy może staruszkę, jaką pamiętałam z ostatnich lat jej życia, z której nie tylko życie zdjęło czar wszechmocy, ale uwydatniło zwykłe ludzkie wady, czy pełną życia panią w sile wieku, tamtą pamiętną z chustką na głowie zawiązaną do tyłu i lubiącą jazdę na rowerze do lasu, babcię wróżkę? Wówczas znała mnie jako małą dziewczynkę, więc mnie nie pozna, nie przeżyła przecież jeszcze przyszłości, z której przybyłam! Czy tak było rzeczywiście? Wkrótce miałam się o tym wszystkim przekonać…

Babcia w tym domu mieszkała od drugiej połowy lat czter- dziestych po wojnie, do momentu ukończenia około siedemdzie- sięciu lat, a więc nie mogłam tu w żadnym razie zastać teraz osiemdziesięciokilkuletniej staruszki! Moje wątpliwości narasta- ły coraz bardziej, mocno biłam się z myślami, krótko mówiąc byłam przerażona. Bałam się zapukać, bałam się wejść bez puka- nia. Może wycofać się? Nie, to nie wchodziło w grę. Zapukałam. W tym momencie poczułam ogromną ulgę. Zrobiłam to!

Ale nikt nie podchodził do drzwi, no cóż, bywa i tak. Tylko, po co właściwie ta cała moja podróż, te moje wielkie przygotowa- nia, emocje.

— znów, jak przed chwilą poczułam się oszukana.

Ale właśnie miniona chwila pokazała mi przecież wyraźnie, że nigdy nie wolno rezygnować. Usłyszałam jakiś dźwięk dobie- gający mnie z ogrodu…

No oczywiście! Jak mogłam nie pomyśleć! Babcia była za dru- cianym płotem w swoim dawnym, bujnym Rajskim Ogrodzie.

Z całych sił krzyknęłam: babciaaa!!! Mój głos był głosem dziecka. Nerwowo rozejrzałam się wokół siebie. Bałam się, czy aby nikt obcy nie słyszał tego mojego wołania, ale na szczę- ście, nie. Po chwili babcia odwróciła się i z oddali pokiwała do mnie ręką, ale jakoś tak bez emocji…

Więc co?! Kogo zobaczyła we mnie?! Kilkuletnią dziewczyn- kę? Wtedy pytałaby zaraz o rodziców. Myślałaby, że wyrwałam im się, żeby jak najszybciej dotrzeć do niej. Ale ona nie pytała. Pospiesznie, niby płynąc tuż nad ziemią weszła z ogrodu do domu, jak to czyniła zawsze, poprzez nisko osadzone okno, przy pomocy stojącej tuż pod nim starej ławeczki, i już słyszałam jej kroki wewnątrz domu. Przyznać muszę przed sobą, że dziwny to był odgłos kroków. Słyszałam je jakby z głuchym echem, jeśli echo może być głuche. Wreszcie babcia stanęła w drzwiach. Byłam oszołomiona jej widokiem. Ujrzałam młodą, pięćdziesię- ciokilkuletnią wersję babci, a ona nie dziwiła się moim wyglą- dem! Nic do mnie nie powiedziała, jakby wiedziała wszystko dużo wcześniej niż ja, jakby nic nie było w stanie jej zaskoczyć, zadziwić. I już po chwili wychodziła oknem do ogrodu, nie cze- kając na mnie. Weszłam do tego domu powoli, z namaszczeniem, niby do starej, nieczynnej świątyni, w którą na zasadzie czarów ktoś tchnął na nowo życie, które dawno temu przemknęło, jak filmowa taśma przez ekran czasoprzestrzeni. Ale oto znów jest prawdziwie i namacalnie, i nikt się niczemu nie dziwi…

Przechodziłam powoli przez kolejne pomieszczenia. Chłonę- łam ich widok, dotykając przedmiotów, które utkwiły w mojej pamięci…

Ganek.

Było to niezwykle maluteńkie, duszne i ciasne pomieszcze- nie, w którym wydawany głos musiał się chyba czuć, jak głos dzwonu zamkniętego w ścianach małego pomieszczenia, zamiast na wieży. Wydawało mi się, że głos spadnie na głowę z niskiego

sufitu, jeszcze zanim zdążył się od niego odbić. Stała tu zawsze mała szafka i malutki, okrągły stoliczek nakryty nicianą serwetą. Z niego wchodziło się do dużego pokoju.

Pokój.

Wchodząca osoba ogarniana była od razu ciepłą, żółtą barwą ścian, niczym słoneczną melodią. Na ścianach zaczepione były drewniane żółte ptaki, z domieszką koloru brązowego, czerwo- nego i zielonego na końcówkach skrzydeł i ogonków. Były ptaki pojedyncze i w parach. W niedużym oknie wisiały niciane, grube firanki i trwał na warcie stary, ciemnozielony mirt…

W pobliżu okna stała toaletka z trzyczęściowym lustrem. Na niej z kolei ustawione były szklane szkatułki. Były też w pobliżu dwie malutkie szafki — stoliczki, taki rodzaj pomocników. W nich mogłam znaleźć stare kredki do rysowania schowane w równie starych, niemodnych, nie używanych damskich torebkach w kolorze pożółkłej bieli i łososiowym. Na ścianach wisiały por- trety i jakieś dyplomy pamiątkowe. Na środku stało duże podwój- ne łóżko z drewnianymi szczytami, nakryte ciemną kapą. Sie- działa tam wystrojona lalka. Po dzień dzisiejszy pamiętam jej malutkie, połyskujące, zielone koraliki na szyi.....Nad łóżkiem tkwiło prostokątne, duże „okno do Nieba”, w którego złotych ramach widniała Święta Rodzina i aniołowie, którzy przez tajem- ny otwór sięgali do raju po jabłka z rajskiej jabłoni. Przy łóżku leżał dywanik z naturalnego futra. Podłoga była czerwona, drew- niana, leżały na niej chodniczki w paski. Stał też okrągły stół nakryty wielką, nicianą serwetą, piec kaflowy w kolorze miodu, w którym latem babcia trzymała masło, szafa na ubrania i bieli- znę oraz wąska, bordowa leżanka. Nad łóżkiem wisiał dużych rozmiarów żyrandol w miodowym kolorze, z niego zwisały mio- dowe muchołapki, obciążone ciałami wielkich much nie dających nocą spać. Dziś jednak przez chwilę zastałam w tym pokoju coś dziwnego. Po pierwsze uderzył mnie mrok, brak serwetek, fira- nek, wszelkich nakryć, dywaników, kwiatów i temu podobnych rzeczy. Nad wejściem łączącym pokój z gankiem wisiały portrety

nieżyjących osób, czego nigdy przedtem nie było! Meble były jak- by świeżo wniesione od stolarza. Pachniały surowością, żywi- cą. Pośród mebli stał otwarty pewien „mebel”, a nawet „meble”, których wieka tkwiły oparte o ścianę i które kojarzyły się tylko z jednym… Poczułam się nieswojo, lecz w tym momencie, w którym właśnie poczułam grozę, mały błysk światła i drgnięcie wewnatrz mózgu spowodowały przemianę. Oto znów widziałam dawny pokój babci.

Co właściwie się tu działo?!!! W momencie groźnej prze- miany, silnie sprzężonej z obrotem w mózgu jęknęłam coś jakby

„Boże, nie!” I w tym właśnie momencie mój głos był głosem dorosłej osoby, moim głosem.

Z pokoju było wejście do kuchni…

Kuchnia.

Sprawiała wrażenie podzielonej na pół. W lewej, tej głębiej umieszczonej części stał duży, prostokątny stół nakryty niebie- sko-białą ceratą. Obok kredens z serwisem i na przeciw drugi, na którym stał wielki, okrągły, bardzo głośno tykający budzik z oprawą w kolorze niebieskim. W pobliżu stało metalowe, stare łóżko i bardzo stary typ maszyny do szycia. Było tam okno na podwórze, ale to ZWYKŁE OKNO. W prawej części tej kuchni, patrząc z progu, pokoju stała przy CUDOWNYM OKNIE tzw. plata na węgiel. Na ścianach zaś umieszczone były: zlew z kranem na zimną oczywiście wodę, śnieżnobiałe płótna z granatowym haftem, szafka na naczynia. Był głośnik. Była i półeczka, na której stała solniczka i nieduża figurka z brązu przedstawiająca Świętego Antoniego. Przywieziono ją z Jasnej Góry w latach czterdziestych. Dziś figurka stoi od kilku już zresz- tą lat, od ziemskiej śmierci babci w moim domu, w gablotce za szkłem. Najważniejsze było okno, TO OKNO… To właśnie przez nie za pomocą małego stołeczka wychodziło się zawsze do ogrodu. To nie było właściwie okno, to były WROTA RAJU. Jeden krok i już tam byłam…

„Rajski Ogród”

Ogród miał oczywiście wejście: „furtkę” i klucz. Furtka była od strony uliczki. Jednak nikt nie używał jej, wejście na ogród, jak mówiła babcia i powrót z ogrodu do domu umownie odbywały się przez okno. Wejście przez okno nadawało ogrodowi wielką rangę. Sposób wchodzenia do wnętrz, poniekąd opisuje samą ich zawartość. Niezwykłe wejście — niezwykłe wnętrze. W tym przy- padku rzeczywiście było to prawdą. Wejście z pominięciem klu- cza, a więc wejście poniekąd tajemne, czyli takie wejście w moim stylu! Wtedy oczywiście nie zdawałam sobie absolutnie z tego sprawy.

I oto znów stałam w Rajskim Ogrodzie, którego widok prze- wijał się przez moje życie rzewną melodią niczym najpiękniejsza w świecie baśń o przejaskrawionej słońcem krainie zamkniętej w gorącej, wilgotnej bańce wykonanej z miękkiego szkła, niby w kropli jasnego lipcowego miodu. Krainie, w której czas stał w miejscu.

Krainie utopionej w lawinie kwiatów, i siana, krainie bez- piecznej i cichej, nad którą leniwie wisiało powietrze składające się głównie z dusznego balsamu i odrobiny tlenu. To powietrze głaskało i łagodziło skórę, na której słońce malowało z użyciem brązu swój obraz, pędzlem sporządzonym z wiązki słonecznych promieni. I czułam się wtedy i zawsze już potem przemieniana promieniami wszystkich kolejnych słońc. Dla mnie lato po prostu nie istniało, jeśli nie poczułam jedności z nim, jeśli nie zostałam zjednoczona brązem skóry z promieniami jego słońca. Gdy tak już było, czułam prawo do wzięcia udziału w lecie. Ja należałam do lata a lato do mnie. Ciekawym doświadczeniem były wtedy brudne zabawy w piasku i wodzie, to wtedy słońce

„robiło swoje”. Potem następował rytuał „wielkiego mycia”, po którym ubrana w odświętne sukienki czułam całą sobą ogień opalonego na brąz ciała. Wtedy był czas na wieczorne spacery i lody, czas zachodzącego słońca, dotykający chłodem opalone ciało, czas cukrowej waty i czas lunaparku, czas bajki w moim

mieście i czas bajki nad morzem. Ale taki czas był też w ogrodzie babci…

Odwróciłam się teraz i popatrzyłam na dom babci z zewnątrz, z ogrodu. Był stary, odrapany, dokładnie taki sam, jakim go zapamiętałam z odległej przeszłości…

Tuż pod oknem stała bardzo stara ławeczka. Przyjechała tutaj po wojnie z daleka, bardzo daleka. Przyjechała przywożąc w każdym atomie swej konstrukcji odległe historie z odległych miejsc. Obok ławeczki miał swe stałe miejsce zestaw narzędzi ogrodniczych. Ławeczka otoczona była kępą floksów różowych z jednej i białych z drugiej strony. Gdy dziś mam w letnie dni w wazonie białe i różowe floksy, zamykam zawsze wtedy na dłu- żej oczy, wącham je bez końca i doświadczam ich całą sobą i już

„jestem” wtedy w rajskim ogrodzie babci. I zawsze się wtedy uśmiecham, to zauważyłam. Pod „cudownym” oknem babci i oknami sąsiadów biegła wzdłuż szeroka ścieżka, za którą rozpo- ścierał się RAJ.

W centralnej części ogrodu, dumnie stał zbudowany rękami babci, tymi samymi, którymi zbudowała mi kiedyś w moim mie- ście w okresie dzieciństwa huśtawkę wśród drzew w lasku, domek z gałęzi, porośnięty pachnącym groszkiem i powojem. Dawał schronienie przed żarem TAMTYCH słońc. Słońc spoczywających dziś popiołem na dnie magicznej klepsydry, oczywiście w niero- złącznej komunii z prochami TAMTYCH róż. Róż karmionych światłem, kremowanym przed laty na ołtarzu Bóstwa Czasu o przeźroczystych, kryształowych tęczówkach oczu, niby z mate- rii wiatru…

W ogrodzie rosła fasola, groch, pomidory, ogórki, koper. Były tam oczywiście wszystkie znajome warzywa korzeniowe, kapu- sta, ziemniaki. Były dorodne truskawki i poziomki. W truskaw- kach i fasoli odbywał się rytuał tarzania, to jest „kulania” natych- miast po przyjeździe na potwierdzenie mojego tam pobytu. Wygląd mojej sukienki po „ceremonii„ był wart przemilczenia. Sam rytuał odbywał się za przyzwoleniem babci i wśród głośnych protestów rodziców. Były kolorowe drzewka owocowe, słonecz-

niki owiązane szmatą przed wróblami. Była nieziemska lawina kwiatów, która zdawała się spadać na ogród gdzieś z wysoka, z innego jeszcze raju. Istniał on jednocześnie, tylko dużo wyżej i temu z kolei rajowi, usytuowanemu w niższej komnacie, użyczał swej cząstki, stojąc wysoko nad nim. Wtedy jeszcze nie wiedzia- łam, że ta nasza niby zwyczajnie istniejąca przeszłość, teraźniej- szość i przyszłość istnieją w CZASIE jednocześnie i są mocno powiązane z przestrzenią. Nie wiedziałam, że czas jest elemen- tem naszego wielkiego wspólnego ludzkiego UMYSŁU, sposobem postrzegania. Nie jest w żadnym wypadku zjawiskiem samym w sobie!

Jeśli chodzi o kwiaty, to były tam bordowe i białe cegiełki, cudowne gladiole ze srebrnym szronem na różnokolorowych zwojach, narcyzy, żonkile, lwie paszcze, niezapominajki, rumian- ki, lewkonie, ogrodowe malutkie goździki, jeżówka, balsamiczna, oszałamiająca maciejka pod płotem, która obwieszczała swoje istnienie wśród czarnego, pluszowego wręcz swą miękkością wie- czoru. Miałam zawsze wtedy nieodpartą chęć włożyć dłoń i wejść w głębię tej wieczornej czasoprzestrzeni. Czułam całą sobą, że takie wejście istnieje, wystarczy tylko umiejętnie się w nią wśli- zgnąć, najpierw przecinając dłonią miękką powłokę. Próbowałam nawet. Chwilowo jednak nic się nie działo. Nie domyślałam się wtedy nawet, że jednak kiedyś tak się stanie. Było coś jeszcze, coś bardzo ważnego. To była duża okrągła grządka z królestwem róż, których wielkość, zapach oraz materia ich płatków aż krzyczały całym swoim przepychem, że nie są stąd. Mówiły, że ich prawdzi- we królestwo nie jest z tego świata. Mówiły, że ich nasiona zapa- kowane w lodową osłonę spadały z wysoka nocą. Spadały cicho przez tajemną szczelinę, w bramie nieba stojącego nad ogro- dem. Księżyc, ten mały srebrny wartownik odziany w aksamit- ne, książęce czarne szaty nowiu, wykorzystywał swą niewidocz- ność i znikał na kosmiczną chwilę, nie dopilnował bram. Nasio- na ożywały dopiero na Ziemi, ogrzewane promieniami słońca, kiełkowały i rozwijały się. Tam, skąd pochodziły róże było srebr- ne, chłodne królestwo, księżycowe jaskinie, w których czarno-

włosy anioł o porcelanowej białej twarzy i zielono-niebieskich oczach obsługiwał chłodne salony, przybrane w szron, oświe- tlone żyrandolami z sopli, które świeciły elektrycznie zimnym blaskiem odbitym od gwiazd. Anioł podawał gościom szampana z rosy róż, schłodzonego oddechem pozaziemskiej nocy. Szron na różach w ogrodzie babci pochodził właśnie stamtąd. Tak było kiedyś, bardzo dawno temu, w moim świecie lat kilku…

Ciekawą postacią tamtych lat była babci sąsiadka. Mieszkała ona po drugiej stronie uliczki, dokładnie naprzeciw babci. To była pani Kamprowa. Zawsze wtedy myślałam, że ona ma patent na róże, że prawie wszystkie róże świata pochodzą tylko od niej. Swoją drogą, bardzo dziwnymi w pojmowaniu dorosłych kategoriami myśli się czasem będąc dzieckiem, nawet takim, jak ja. Ja wprawdzie myślałam i odbierałam świat po dorosłemu. zmuszałam się czasem do udawania mentalności dziecka. Czyni- łam tak, aby nie odstawać od innych. Myślałam wtedy, że odsta- jąc od reszty jestem… gorsza. W tym moim odbiorze świata zda- rzały się momenty absolutnej baśni i bezgranicznej wiary. To właśnie wtedy posiadamy niektórzy na krótko, mniej liczni na zawsze ten dar czynienia cudów w swoim życiu. Ja zachowałam go na zawsze, jednakże udawanie dziecka, którym byłam jedynie fizycznie sprawiało mi ból, odczucie dyskomfortu psychicznego. Litowałam się nad rówieśnikami udając ich poziom, ich postrze- ganie świata. Wtedy myślałam, że to ja jestem dziwna, gorsza, inna. Inna byłam z pewnością, ale nie chciałam dać im wszyst- kim tego odczuć. Inaczej nie miałabym dostępu do ich świata. Świata poddanego niezaprzeczalnie również mojemu ówczesne- mu ziemskiemu wiekowi. Oni nie mieli pojęcia, nie wiedzieli, że poprzez ciemne, głębokie oczy dziecka, takiego samego pozor- nie, jakim byli oni wszyscy po kolei, patrzą na nich oczy kogoś, kto przeskoczył ich wiek o wiele dziesiątek lat, a może nawet o całe wieki…

Róże opanowały raj sąsiadki prawie w całości. Zajęły nawet płot. Pamiętam babcię stojącą w letniej sukience z bursztynową broszką w elektrycznym ciepłym wietrze, targającym króciutki-

mi, szybkimi ruchami kępę drobnych, nieziemsko pachnących różowych i białych ogrodowych goździków. Stała ogarniając poprzez uliczkę oceniającym wzrokiem, ogród swojej sąsiadki.

„Trzeba iść do niej po róże” oznajmiła pewnego dnia zdecydowa- nym głosem babcia, patrząc na wyciągające się do nas z naprze- ciwka dorodne, kremowe róże. Sąsiadka zawsze dawała nam swo- je róże, z powodu zwykłej, naturalnej życzliwości. Gdy szłam, byłam traktowana, jak ktoś zupełnie wyjątkowy, z ogromną ser- decznością. I zawsze wychodziłam z bukietem róż. Taka była sąsiadka. A ja myślałam, że wychodzę właśnie od jakiejś wróżki, czy kogoś w tym rodzaju, kto umiał rozsiewać róże na cały świat. Więcej, ja w to wierzyłam w sposób naturalny. Królestwo babci przysyłało mi zawsze zaproszenie na lato już bardzo późną wio- sną. Zaproszenie mieściło się w malutkim słoiczku zrobionym z brązowego szkła, i za każdym razem miało postać pierwszej, zerwanej truskawki. Myślałam wtedy, że tylko ja dostaję takie zaproszenia. Przynajmniej tu byłam dzieckiem. A może rzeczy- wiście takie zaproszenia dostawałam tylko ja…?

Ogród wraz z biegiem przestrzeni, patrząc w lewą stronę po wyjściu do niego oknem zamieniał się w pole ziemniaków i zboża, pole z kolei wraz z biegiem czasu zamieniało się w rżysko. Stały tam wielkie dla mnie małej snopy siana, wilgotne, ciepłe, zaparowane. Przebywanie w otoczeniu tego siana dawało poczucie zamknięcia we wspomnianej już zaparowanej, szklanej bańce, podobnej do szczelnej, przeźroczystej, słodkiej kropli let- niego, jasnego miodu. Dawało poczucie odcięcia od odległego, realnego świata, poczucie bezpieczeństwa i udziału w baśni. To był czas, kiedy mała dłoń wyciągnięta w jakąkolwiek stronę Wszechświata natrafiała natychmiast na wiecznie obecny ratunek, którym były wszechmogące wówczas dłonie rodziców i babci.

Z ogrodu widoczny był Krzyż, z którego Jezus co roku zdej- mował swe umęczone Ciało, aby o tym czasie włożyć Je w serca dobrych, skromnych i prostych jeszcze wówczas dzieci jadących Mu na spotkanie na odświętnie przystrojonych wozach, ciągnię-

tych przez konie. Jego królestwo, podobnie jak królestwo róż nie było z tego świata. A jednak uniżony, obecny był Ciałem na tej Ziemi, podobnie jak róże, których płatki rozpoznawały swego Księcia z Jego świętego, wysokiego królestwa i ścieliły subtelną materią swych odurzających zapachem ciał drogę, po której szedł w czerwcowych procesjach…

***


Rozszarpujemy Twe Ciało z krzyża łapczywie, niegodnie, jak sępy.

Panie, daj! Panie, przebacz! Panie, ratuj! Panie, wysłuchaj!

My, Judasze naszych czasów,

zdradzamy Cię przynajmniej kilka razy każdego dnia,

po czym z podniesioną głową

sięgamy po kolejny kawałek Ciebie, jak po własność.

Każdy okruch Hostii,

to jeden mikroatom Twojego Ciała… Wiedziałeś, że nie starczy atomów, komórek, nawet na jeden dzień.

Dlatego rozmnożyłeś swe Ciało w Chlebie

i Czasoprzestrzeni, zapisując Je kodem, jakąś niepojętą,

wciąż odnawialną formułą.


I tak karmić nas będziesz, aż do skończenia świata. Tylko, jak zniesiesz biczowanie, krzyżową drogę, przybicie do krzyża, powolne konanie i śmierć rozwleczone na tyle mikroatomów Twojego Ciała, ile ludzkich ust otwierających się nieskończoną

ilość razy

w ciągu życia, na przywłaszczenie Ciebie?!!! Panie, daj! Panie, przebacz! Panie, ratuj! Panie,

wysłuchaj!

...Panie, przepraszam za wszystkich tak wołających

...Panie, przepraszam za siebie…

Dziewczynki w mirtowych wiankach, dla mnie małej wów- czas, duże panny, jechały w miasteczku babci przystrojone w wielkie, ukrochmalone, białe kokardy upięte we włosach i białe, koronkowe sukienki. Jechały w niedzielne poranki do sta- rego, ciemnego, chłodnego kościoła. Kościół był pałacem Księ- cia Niebios na Ziemi. Filią Najwyższego Szefa i miał w sobie nie- ziemską jakąś cząstkę klimatu z Wysokości. Był ciemny i chłod- ny… Był niczym olbrzymi kielich, którego wnętrze kryło alche- miczną tajemnicę. Czasem, w niedzielny poranek pod oknem dużego pokoju u babci, w którym spałam przejeżdżał taki uro- czysty, komunijny wóz ciągnięty przez konia (w Toruniu były to raczej taksówki), budząc mnie średnio wyspaną z powodu wielkich much oraz solidnie ukrochmalonej pościeli. Rytm świa- ta często odmierzany był w tamtych czasach stukotem końskich kopyt i gwizdem wielkiego, czarnego parowozu… Ten rytm wpra- wiał ludzkie serca w powolne, spokojne tony a wewnętrzne ścia- ny serca zdawały się być wyścielone spokojem, ciszą, bezpieczeń- stwem tak wielkim, jakiego już nigdy potem nie doświadczałam. Był to czas jakiejś nieświadomej kontemplacji życia. Przez zastój czasu, dało się zamknąć świat w sobie. Przepływające chwile dały się przetrzymać w głębi duszy dłużej, można było przyjrzeć się im, poczuć je całym sobą, obejrzeć je tak, jak ogląda się świat z okien starego pociągu „pędzącego” z prędkością jakieś 30 km/ h........Pamiętam odczucie z tamtych lat, że nas ludzi jest na świecie garstka i jesteśmy sobie wszyscy tak bardzo bliscy. Ale tak było wtedy, zanim świat zalała masowa, zimna „cywilizacja śmierci”.

Wąska, twarda, wysuszona gliniasta ścieżka pośród traw i ziół, jedwabiem swych cząsteczek dotykająca podeszwy bosych

stóp. Gorący zaduch wiszący dachem nad majowym, czerwco- wym, lipcowym, sierpniowym skrawkiem ziemi. Zapach mułu i lekko naznaczone jego osadem wielkie liście łopianu, zdradza- jące bliskość wody. Muszle ślimaków, kamyczki i palący dotyk słońca na spragnionej go skórze. Zmrużone blaskiem oczy i czas stojący w miejscu, jak czekający na swym jedynym przystanku, kursujący raz dziennie autobus, gdzieś tam daleko, w jakiejś zapomnianej wiosce na końcu świata. Autobus, z trudem zbiera- jący leniwych, niechętnych do wykonania jakiegokolwiek ruchu pasażerów. Tak pachniał, tak wyglądał, tak oddychał wtedy czas. A my leniwie spokojni, nie goniący za niczym, obserwujący go, a on nas. My, zwiedzający powoli jego wnętrze, i on penetrujący nasze wnętrza. I tak cudownie powoli nam to szło, że chwilami z nadmiaru chwil, nie mieliśmy już tematów i milczeliśmy. Mil- czał czas i my. Ale to milczenie było relaksem, a nie pragnieniem zapełnienia go gderliwym zgiełkiem. Błogie chwile pełzały uspo- kajającym masażem po naszym wnętrzu, ustawiając wszystkie atomy, komórki na właściwym miejscu.

Dziś czas zaledwie muska nas w pędzie, ociera się niewidocz- nie o nasze zewnętrze, rani i przemyka niezauważalnie czyniąc zgiełk i napełniając jaźń lękiem. To wnętrze odbieram, czuję niby podrażnioną, ranną chorą tkankę, której atomy uszkodzone cio- sem, to jest jakąkolwiek informacją, zdarzeniem współczesnego świata biegają zdezorientowane w bałaganie i nie mogąc odna- leźć swojego miejsca wprawiają serce w panicznie dzikie, przera- żone tony. Czas dzisiejszy nie da się posiąść i poznać, nie mam nad nim władzy, nie potrafię żyć na jego warunkach. Czas okrut- ny, czas dzisiejszy pulsuje, wibruje, wydaje sygnały alarmowe, zmusza do pozostawania w męczącym czuwaniu i nadsłuchiwa- niu kroków zbliżającego się kolejnego zagrożenia. Popycha nie- grzecznie do przodu, jak niekulturalny sąsiad stojący w kolejce tuż za nami…

Wracając do opisu uroczystego, komunijnego wozu ciągnię- tego przez konia, przypominam sobie jeszcze dość wyraźnie foto- grafie komunijne takich dziewcząt i chłopców tkwiące na wysta-

wach u starych fotografów, w starych, wąskich uliczkach miaste- czek przez jeszcze wiele późniejszych lat. Wyglądały niby swo- isty zabytek, z którego spoza mgły patrzyły jakby na pół widzące, zamyślone oczy przeszłości, oczy wtopione w delikatne twarze… Z czasów tych Komunii, zastygłych na popielatych fotogra- fiach pamiętałam zawsze urokliwe, czynne także w niedzielę pry- watne cukierenki i kafejki z przepychem ciast i lodów. Pamięta- łam słońca, INNE słońca przedpołudniowe i popołudniowe tych świątecznych dni. Słońca, które manipulowały wyglądem i zapa- chem uliczek w zależności od pory dnia. Poranki oraz przedpołu- dnia ubrane były zawsze w sztywne, świeże garnitury i koronko- we suknie. Miały zapach uroczysty. Lśniły niby czarne, eleganc- kie szkło wypolerowane na wielkie święto, lśniły młodym bla- skiem słońca, które świeciło jeszcze bardzo nisko nad horyzon- tem. Te poranki podświetlały uliczki od dołu i wydobywając przez to z nich to niepowtarzalne, uroczyste widowisko. Były, jak jesz- cze pusta, przystrojona scena, jak puste sale, w które jeszcze nie weszli goście. Były jak wstęp do opowieści, dający przedsmak całości, która dopiero ma się wydarzyć. Popołudnia miały strój jeszcze ciągle uroczysty, lecz lekko już zmięty, z odciśniętym śla- dem udziału w święcie. Miały zapach słońca dojrzałego już porą dnia, zmieszanego z eleganckim zapachem luksusowego, czeko- ladowego tytoniu, kawy i dobrego ciemnoczerwonego wina, naj- lepiej „Calabres”, oraz zapach przestrzeni wypełnionych gwa- rem głosów, niby rozsypanym w powietrzu rozśpiewanym, barw- nym pyłem… Moja I Komunia miała miejsce w roku 1972. Ona była już INNA, taka współczesna pod każdym względem. Z całego piękna mojej Komunii zapamiętałam także pewien smutny epi- zod. To właśnie wtedy dogonił mnie ten straszny chłód.....Dopa- dła mnie czyjaś straszna choroba, starość, chociaż wcale nie była to osoba bardzo stara, zaledwie przecież 67 lat. Dopadło mnie widmo jej śmierci...Telegram o umieraniu przyszedł w przed- dzień wieczorem. Owszem, Bóg wysłuchał mojej prośby. Prosi- łam, aby by moja „druga babcia” nie umarła w ten dzień, i aby dane jej było żyć, chociaż trochę… Podobno Bóg zawsze, ale

to zawsze wysłuchuje każdej prośby dziecka zaniesionej Mu w ten szczególny w jego życiu dzień. prośba o przeżycie drugiej babci, której zabrakło mi przy uroczystym stole w domu tego dnia, stanowiła treść główną mojej modlitwy po przyjęciu Pierw- szej Komunii. Pamiętam do dziś, jak bardzo przynaglałam Jezusa z tym przyjściem, abym zdążyła uprosić tę łaskę. Pamiętam swoją złość, kiedy mama nie zabrała mnie 05.06.1972. ze sobą do „dru- giej babci”, która jednak przeżyła. Czułam się zdradzona. Cóż znaczył jeden opuszczony dzień nauki w szkole, tuż przed koń- cem roku, kiedy było się jedną z najlepszych uczennic…

Cóż znaczył jeden opuszczony dzień w białym tygodniu po Pierwszej Komunii. „Druga babcia” umarła po pięciu miesiącach, jednak nie w ten dzień, ani też w najbliższym czasie, lecz 08.11.1972. Pamiętam czekoladki wiezione w dwie strony. W jedną stronę dla babci, w drugą od babci dla nas, bo babcia nie mogła ich zjeść. To było moje pierwsze zetknięcie ze śmiercią. Zapamiętałam swoje wakacyjne, nieliczne i krótkie bardzo poby- ty u tej babci. Pamiętam treść wszystkich tekstów przy zabawie z dziećmi z piłką:

łapanka, klaskanka, w tył ręce, na serce, pod boczki, za loczki, chleb do pie- ca, chleb z pieca, mała świeca, duża świeca, ogromna świeca! Albo zabawę w kółko:

Uli, Uli Ulijanko, uklęknijże na kolanko, umyj się, uczesz się i wybieraj kogo chcesz!

Pamiętam Bobika, rudego kundelka, któremu zanosiłam jedzenie. Nie dało się wywołać tu prawdziwej radości mimo wszelkich starań. To nieduże miasteczko, ten gościnny pełen jej wielkiego serca dom nosiły na sobie piętno śmierci. Ze łzami wspominam zawsze drugą babcię, a właściwie jej ciało w pokoju domu, w którym mieszkała. Nigdy wcześniej nie widziałam z bliska trumny. To były czasy, kiedy ciało zmarłego przebywało w domu, a wszystkie czynności pogrzebowe należały do rodzi- ny. Nie było wszechobecnych, konkurujących firm pogrzebowych załatwiających wszystko „od A do Z”. Nigdy też nie widziałam ciała człowieka nieżyjącego dla Planety Ziemia. Pamiętam, jak

z kuzynką Grażyną pobiegłyśmy na cmentarz obejrzeć przygo- towany grób. Babcia miała być pochowana tuż przy swojej sio- strze. Przy mojej „prawdziwej drugiej babci”, której nigdy nie dane mi było poznać. Niczego nie rozumiałam tak całkiem do końca, było mi za to wstyd, przecież miałam już dziesięć lat! Pamiętam swoje pytanie skierowane do taty, czym jest to, co stoi przy trumnie, oparte o ścianę. To było oczywiście wieko trum- ny. Pamiętam pewien moment, kiedy drogie ciało mojej „drugiej babci” znikało powoli w grobie......Cała się trzęsłam, a sąsiad- ka babci rozumując prostymi, ziemskimi kategoriami myślała, że to zwyczajnie z zimna i podniosła mi kołnierz płaszcza....Pew- nie, że wolałabym, chciałabym bardzo, aby to było z zimna, ale tak nie było...Pamiętam też ogromne dwa bukiety czerwonych kwiatów. Ułożone były na paprociach. Pamiętam oburzone krzyki sąsiadów babci, aby nie wrzucać tych pięknych wiązanek do wnę- trza grobu.....Nieświadomi, nie wiedzieli, co mówią. Gdyby te kwiaty pozostały na zewnątrz grobu, byłyby jedynie dumnym, lecz chwilowym świadectwem naszej obecności na tym pogrze- bie, ale jedynie ku oczom innych. Potem zginęłyby na śmietniku cmentarnym. One jednak poszły do grobu i przez to pozostały tam na zawsze! Na zawsze scalone z jej ciałem, przemienione tym, co chcieliśmy jej powiedzieć na tymczasowe pożegnanie. Pożegnanie na aż i zaledwie kilkadziesiąt ziemskich lat. Kawałek ziemi na tej Ziemi, ten zmieszany z kwiatami i prochami zmarłej osoby, to jedyna prawdziwa własność tej osoby, tego już nikt jej nie wydrze, bo ten fragment planety jest na zawsze z nią zjed- noczony. To podpis obecności tej osoby na właśnie porzucanej planecie. Taki podpis widnieje też w duszach, sercach, umysłach wszystkich, którzy kiedykolwiek znali tą osobę…

Ileż tryliardów, czy kwadrylionów podpisów ma zatem Zie- mia… Z nich się właściwie składa. Gdyby Bóg pewnego dnia zaczął odczytywać listę obecności!!! Kiedyś zacznie, a wtedy zabrzmi chóralne „Obecny”! „Obecna”! Lepiej być „zdrowym”,

„obecnym”, a nade wszystko „przygotowanym do odpowiedzi” takiego dnia…

Miasteczko cioci- babci różniło się od miasteczka tamtej bab- ci. Jak już wspomniałam, niezbyt lubiłam wtedy, dawno temu to miasteczko. Kojarzyło mi się zawsze ze smutkiem, z chorobą, z podświadomą wizją śmierci, której przecież nigdy nie doświad- czyłam. Więc skąd to odczucie?! Czyżby przeczucie przyszłości? Stanowiło ono skądś już znany kontrast między opalonym, mło- dym ciałem w okresie lata, które nagle trafia w smugę cienia, to znaczy w cieniste, chłodne uliczki starych kamieniczek, na progach których siedzieli starzy ludzie. Ich skóra już nie przyj- mowała słońca, byli jak białe cienie w ciemnych ubiorach, na zawsze już strąceni w strefę śmierci. Z jakimś dziwnie niespo- kojnym i powierzchownym oddechem, chłonęli widoki młodych. Młodych i zdrowych, zmierzających dopiero ku życiu… Z bram, w których siedzieli wiał chłodny wiatr i chciało się uciekać stam- tąd w stronę słońca i życia. Wiedziałam o chorobie „drugiej bab- ci”. Tylko, dlaczego wizja jej śmierci snuła się po tym miasteczku niby wielki, biały anioł z kalią i świecą w dłoni gdziekolwiek bym się na jego terenie znalazła. Pamiętam cienisty park z muszlą koncertową. Był usytuowany na podmokłym terenie. Pamiętam malutkie, mokre żabki, na mokrej trawie i nas dwie z kuzynką, przyglądające im się na kuckach. Gliniaste, wilgotne podłoże i śliskie, zimne ciała małych żabek, to było jak wstępne dotknię- cie śmierci na trzy lata przed. A szkoda, bo to miasteczko mogło być dla mnie też przyjazne w dotyku zmysłami. Teraz jest. Ma ono przepiękny cmentarz, niby rajski ogród, do którego szcze- gólnie jakoś lubię jeździć. Wciąż jednak widzę cienie tamtego, przedwczesnego niestety o dwadzieścia lat nekrologu na szarych, zimnych murach mijanych kamieniczek. Do dziś ze łzami wspo- minam swoją „drugą babcię” żegnającą nas, stojącą przy poma- lowanym na niebiesko czyimś domku, tuż przy ulicy. Moja babcia chciała wtedy, abym ją ucałowała. Powiedziała, że może widzimy się ostatni raz (na Starej Ziemi). Może nie był to ostatni raz ale z pewnością jeden z ostatnich. Potem zawsze było mi przykro, że nie znałam również i tej babci jako młoda dziewczyna, dorosła kobieta…

Coraz częściej rzeczywistość w dotyku tak okrutną mi się wydaje, że oczy przymykam i usiłuję naiwnie wyczuć podusz- kę, kołdrę i mocną podporę kanapy w pustce czasoprzestrze- ni, aby tylko okazało się, że to wszystko sen jedynie. Gdyby można było w czasoprzestrzeń rzucić kamieniem, pstryknąć pilotem niczym w ekran telewizora, na którym widać drama- tyczne sceny filmu. Potem stłuc, zatrzymać, przełączyć na lep- szy kanał. Pragnienie MOCY, oto jest coś! I ja mam przecież tą moc, ale żeby zaczęła działać, trzeba mieć wiarę. Tu jest problem, choć przecież wiele razy doświadczałam jej mocy w sposób niewiarygodny. Wiara jest kluczem do tej mocy. Jeśli wiara jest za mała, przeleci przez dziurkę od klucza na drugą stronę i nie otworzy bramy możliwości.

Myślę, że wiara nigdy nie bywa za duża. Gdy osiągnie odpowiednią wielkość, po prostu otwiera bramę. Moment otwarcia bramy określa maksymalną wielkość wiary, jaka była potrzebna w danym przypadku. Ale klucz musi zawsze tkwić naszą nadzieją w tej bramie, aby nie umknął moment, ściśle określony w czasoprzestrzeni. Moment, w którym wia- ra i wywołane okoliczności sprzyjające były w sam raz.

Test na moc wiary po raz pierwszy w życiu dane mi było prze- żyć w wieku lat niespełna osiemnastu i to za przyczyną mojej śp. już dziś przyjaciółki rówieśniczki Gosi, TEJ Gosi, która była dla mnie siostrą. To z nią wkroczyłam w to życie, z nią przez to życie szłam. Byłyśmy sobie w jakiś Bogu wiadomy sposób przeznaczo- ne. Ale o tej przyjaciółce wspomnę jeszcze później…

Jednak tu nie chodziło o wiarę martwą i nudną. Nie chodziło o zakurzoną wiarę pustych formułek, wiarę dogmatów, wiarę zwy- kłych ludzi, wiarę w moc dalekiego, groźnego Boga, ale o pierwszą w życiu prawdziwą moc wiary, wiary w Boga, który jest Miło- ścią, Mocą w nas, Osobą, lecz jednocześnie Tkanką Wszech- świata, cudownym splotem istnień. Splotem absolutnie wszystkich zdarzeń, okoliczności. Doskonałą, niewyobrażal- nie inteligentną, pełną sprawiedliwości i miłości układanką, Istotą rozłożoną na nasze wszystkie pojedyncze istnienia…

Po obecne czasy wspominam pewien, niby zwyczajny zimowy, DUCHOWO HISTORYCZNY dzień, kiedy to jako nastolatki przepadłyśmy na długo w prastarej tajemniczej piwnicy czerwonej kamienicy babci mojej przyjaciółki, w naszym mieście. Pośród wysypiska staroci babci Janinki, jak nazywała ją Gosia, znalazłyśmy jako porażającą odpowiedź na moją pewną wielką prośbę do Boga, starą książeczkę do nabo- żeństwa. To, co w niej znalazłyśmy, od tamtego czasu stanowiło największy przełom w życiu duchowym, otwarcie bram do mocy spełniającej wszystko!!!

„Doniosłość teraźniejszości rzadko jest natychmiast rozpoznana; następuje to dopiero o wiele później.”

/Arthur Schopenhauer/

Wtedy nie znałyśmy jeszcze prawdziwej natury tej tajemnicy, jednak dziś wiem, że inaczej być nie mogło. Miało nas to przy- gotować do osiągania za przyczyną tej mocy wszystkich pragnień i musiało to być na nasz tamten wiek, tamtą wiedzę dokładnie takie, w takiej formie, w jakiej było. Nie żałowałam nigdy, że Bóg stopniował doznania, łagodnie tłumaczył swoją boską zasa- dę w nas działającą. Pamiętam wszystkie wrażenia i emocje, pamiętam magiczne dwa tygodnie, w trakcie których prawdziwie

„zaczarowałam” czasoprzestrzenie. „Zaczarowałam” modlitwą i wiarą doskonałą zdarzenia oraz ludzi, aż… Aż stało się i odtąd już zawsze miałam moc. To był pierwszy raz, kiedy przyjaciółka miała niezwykły wpływ na moje życie.

Szczególnie zapamiętałam też urok nadmorskich cukierni w niedzielne, roziskrzone, chłodne jeszcze poranki, w trakcie dziecięcych wakacji z rodzicami nad morzem. Cukiernie mieściły się wysoko, na szczytach wysokich schodków eleganckich willi z białego marmuru, oplecionego pnączami róż, w bogatych dziel- nicach marynarzy. Słońce poranka podświetlało szyby i całe wille od dołu w sposób, który dodawał im skądś już znanej, niepowta- rzalnej elegancji. Pamiętam kolorowe lody, serniki i inne boga- te w ozdoby ciasta. Pamiętam zapach, który dotykał nie tylko

płuc, on dotykał także serca. Takie widoki i zapachy malowały niezmywalną farbą na ścianie duszy obrazy, które pozostając tam na zawsze, z biegiem lat pewnie trochę piękniały. Każda wizyta w tym swoistym muzeum serca stawała się coraz bardziej rzew- na, coraz więcej wyciskała łez tęsknoty. Pamiętam suszące się wodorosty na niskim parapecie domku kampingowego, zapach idący z gumowych, dmuchanych materaców, zapach kremu Nivea i olejku na rozognionej skórze na plaży, piasek klejący się do ciała, małe muszelki i kamyki, pamietam dotyk i smak morskiej wody. Pamiętam wędzone węgorze i świeże ryby prosto od ryba- ków i pomidory od starszej pani z pobliskiego ogrodnictwa. Pamiętam eleganckie popołudnia z lodami włoskimi i spacerami do wieczora, wiatr na molo i niebiesko-żółtą kolejkę do Gdańska, Gdyni, mocno żółte drożdżówki z makiem. Pamiętam spacery na piechotę do Sopotu i tamtejsze trolejbusy, halę targową w Gdyni i lasek leszczynowy na górce. Pamiętam kolegów i koleżanki, smak i zapach okrągłych herbatników z cukrem na trawie, gdzie gęsto było od charakterystycznych ziół, głównie rósł tam skrzyp. Pamiętam koncert organowy w sławnej Katedrze w Oliwie i tamtejsze ZOO, muzeum morskie. Pamiętam zapach zmoczo- nych ulewnym deszczem chodników Gdyni, gdzie z wystaw przy- glądały się temu zjawisku gigantyczne muszle, bursztyny i rozmaite pamiątki głębin nadmorskiego raju. Te wszystkie moje doświadczenia są oczywiście śmiesznym epizodem w życiu tak wielu współcześnie przeżywających dzieciństwo. Są epizodem z życia osoby żyjącej pewnie w epoce dinozaurów, kiedy to wyjazd nad morze urastał do rangi dzisiejszego podboju całe- go niemal świata. Pewnie to moje ówczesne zwiedzanie świata jest w oczach współczesnych dzieci jak zwiedzanie własnego pokoju. Ale za to jak głębokie! Swoistym doświadczeniem dla duszy były niedzielne poranne wizyty w dość odległym starym nadmorskim kościele otoczonym cmentarzem. Coś tu nie paso- wało. Nie pasowała świeża młodość i radość do tego zimnego wilgotnego nastroju, nasączonego klimatem starości. Klimatem cierpienia i śmierci. To było, jak dwa skrajnie różne obrazki

powieszone jeden obok drugiego. To było jak znak, jak ostrze- żenie, jak przypomnienie. To było jak głos wołający z bardzo odległej wówczas przyszłości. Słyszeć go było wtedy niezręcznie, nieprzyjemnie.

I choć nie wyobrażałam sobie, aby można tak zwyczajnie nie pójść w niedzielę do kościoła, nawet na wczasach, to moment ten wlewał na dno duszy dziwny smutek. To doznanie było, jak picie słodkiego, orzeźwiającego nektaru z pięknego kielicha, zni- weczone ostatnim łykiem, bo na samym dnie była przysłowiowa kropla goryczy. Ta przysłowiowa gorzka kropla nadawała sub- telnego wyrazu całości. Jednak odkryta nagle na samym końcu, samotna i wyraźna była nie do przełknięcia. Zupełnie, jak własna dorosłość i starość najbliższych osób, pewnego dnia ujrzana z bliska. Znana dotąd tylko z ledwie uchwytnego posmaku w wielkim kielichu życia, głównie życia innych. Gdy jednak już było po wszystkim, po mszy, czułam dziwnie radosny rodzaj oczyszczenia, radość z ofiary, niby wytarcie słonych łez po pła- czu, nawet w takim wieku. Pewnej niedzieli zasłabł na takiej mszy starszy człowiek. Dotknęło mnie to dość głęboko i wyzwo- liło żałość. Jakbym wtedy już przeczuwała starość babci i moich rodziców. Chciałam odwrócić się jak najszybciej od tego widoku i tych myśli, a jednak wróciły do mnie nawet na gorącej, radosnej plaży z lodami Calypso i cytrynadą. Zmroziły mi one ciało i zasmuciły duszę. Najchętniej wróciłabym wtedy z tej plaży, zwi- jając nie tylko materac i koc zasypane plażowym piaskiem, ale całą smutną siebie w niewidoczny kłębek. Dzieciństwo ma jed- nak swoje prawa, łatwo zapomina się niektóre przykre przeżycia, więc po chwili było już całkiem w porządku. Babcia z Kowale- wa i rodzice nigdy się przecież nie zestarzeją (druga babcia była już TAM), a jeśli nawet tak, to kiedy to wszystko będzie! Za całe wieki! Zresztą ja przecież nigdy nie będę dorosła, a jeśli nawet, to też za całe wieki. Zapamiętałam też na zawsze widok starych, chorych, kalekich, biednych ludzi żebrzących na klęczkach u bram kościołów w słoneczne niedzielne przedpołu- dnia. Oni byli czymś w rodzaju tła. Byli szansą dla nas wszystkich

szczęśliwych i zdrowych. Zawsze nachodził mnie dziwny rodzaj smutku, gdy ich mijaliśmy wrzucając monetę do beretu, kape- lusza, czy puszki, które leżały na chodniku na kształt pytania. Pytanie zawsze dotyczyło szczerej litości i współczucia. Dotyczy- ło miłosierdzia, ale nigdy nie napiętnowanego pogardą! Zawsze to pytanie otrzymywało choćby najskromniejszą odpowiedź. Pamiętałam dylematy na temat, komu dzisiaj wrzucić monetę. Komu spośród długiego szeregu? Jednak w tamtych czasach ludzie biedni, żebracy, głodne dzieci, otoczeni byli taką natu- ralną aurą świętości oraz niepodważalnej, czystej prawdy. Nikt nigdy nie udawał biedy, kalectwa i nikt nie śmiał ominąć takiej osoby, bez udzielenia chociażby groszowej pomocy. Podobnie było z kolędnikami. Oni zawsze byli biedni i prawdziwi. Oni byli zawsze dobrzy i uczciwi. I zawsze byli wpuszczani do domów, a nawet proszeni do stołu na kromkę chleba. Jednak to były cza- sy kiedy Bóg, Człowiek i Chleb miały wartość.

Pamiętam też wizyty u dalszej rodziny w starej dzielnicy w Sopocie. Syn ich był marynarzem, a pobyt w tym domu robił na mnie wrażenie pobytu u kogoś, kto ma klucze do tajemnic morza, oceanu. Siedziałam tam zawsze niby w przystani, skąd otwiera- ły się wrota do innego życia, innych odległych światów. Wieczor- ne powroty z prezentami w stylu nigdzie nie osiągalnej czerwo- nej tropikalnej herbaty, którą dziś można łatwo dostać w hiper- markecie lub w każdym sklepie ze zdrową żywnością, miały swój niepowtarzalny urok. Pamiętam wieczór, kiedy w ciemnościach, na horyzoncie widać było wielki statek. Słońce dawno już wtedy zaszło. Pozostawiło za to ślad po całym tym spektaklu zachodu w postaci ceglasto pomarańczowej poświaty na czarnym już nie- bie. Widać było z daleka gigantyczne, czarne zarysy statku i ciepłe, przytłumione światła wydostające się z bulajów, niby przecieki tajemnicy. Tam, w jego wnętrzu musiał być inny świat. Wracał lub dopiero płynął do odległych krajów czerwonej her- baty, bursztynu i baśni. Pamiętam też smutne dni odjazdów do domu. Autobus czekał na drodze, a my zbieraliśmy się do odjaz- du. Dziś nie ma już tego miejsca, chociaż miasteczko, właściwie

dzielnica Gdyni, Orłowo, nadal istnieje na mapie. Pojechałam tam stęskniona pewnego razu, w sposób zrozumiały jedynie tym, którym nie są obce doświadczenia poza ciałem. Pojechałam i ujrzałam ślady po wykopanych domkach kempingowych, smut- no siedziały tam ptaki. Jeden z nich był symbolem śmierci. Pła- cząc ujrzałam jedynie stojącą tam bramę i zniszczoną huśtawkę oraz resztki po karuzeli. Może nie było już tego miejsca w takiej postaci, w jakiej je znałam, ale była brama!!! Płacząc pobiegłam drogą w dół, mijając wycięte drzewa. Płacząc dotknęłam piasku plaży i zalewając się łzami wyszeptałam zdławionym głosem…

..morze, moje morze, jak gdybym już nigdy potem nie jeździła jako dorosła nad morze, gdzieś tam, a jeździłam przecież wiele razy, w inne już miejsca, w innym, odmienionym świecie, z inny- mi ludźmi.

Teraz brzegiem morza przechadzał się poważnie w milczeniu ksiądz, który niby w jakiejś żałobnej jednoosobowej procesji rzu- cał na mokry piasek małe drewniane krzyżyki i szeptał słowa żałobnego psalmu „Anielski orszak”. Przeszedł obok mnie, nie widząc mnie…

Jedna, druga, trzecia i kolejna moja łza spadły na mokry pia- sek i zmieszały się z falą. Tak powiedziałam MOJEMU STAREMU MORZU, że znów jestem. Podjęło rozmowę ze mną zabierając moje łzy…

Czy pamiętasz w słonym dotyku fal moje dziecięce ciało? Czy słyszysz mój śmiech poprzez ich monotonny i uspokajający śpiew? Czy słone prochy cząsteczek twej wody, prochy wypalo- nych dawno, dawno promieni tamtych słońc i cząsteczek mojego ciała, zjednoczone na zawsze i przetworzone tamtym magicznym zetknięciem w niezniszczalne zdarzenie, spoczywają teraz gdzieś tam w głębokich podwodnych komnatach, w pięknych urnach wielkich muszli, w wodnym, w falującym morskim cmentarzu i w wiecznej pamięci popielatego, zgasłego już nieba? Czy praw- dziwie posiadasz mnie w swej pamięci? Czy może w którejś z twych ogromnych muszli, ukrytych w głębinach słychać śmiech dziecka? Tego, którym ja byłam wtedy, dawno? Czy może gdzieś

tam w niezbadanych głębinach twoich tętnią życiem nadmorskie miasteczka? Czy przechadzają się po nich milczące tłumy w niemodnych już strojach i jakby niewidzących oczach, ale moc- niej czujących sercach?…

Pozbierałam fale — wyrazy i zdania — odpowiedzi morza.

„Każdy żywioł Wszechświata nosi pamięć w swoich cząstecz- kach”, tak zdawało się mówić wprost do mnie Nowe Morze.

Pamiętałam, jak za każdym kolejnym pobytem w tym miejscu stałam z rodzicami na molo i przy dobrej pogodzie obserwowali- śmy z daleka zarysy Półwyspu Hel, gdzie bywałam nad morzem wiele lat później, już jednak w gronie znajomych, przyjaciół, bez rodziców… To było tak, jakbyśmy wtedy z rodzicami wypatrywali dalekiej przyszłości, a ona tam już wtedy była…

Po tej rozmowie z morzem poczułam się, jak po wielkiej

„spowiedzi serca” z całego życia, w której nie zostało przemil- czane jakieś tam przewinienie. Rozumiałam oczywiście teraz do końca, prawdziwie, pewne zdarzenie z dorosłego już życia, kiedy to jako niespełna trzydziestolatka zwiedzałam z kolegą Prze- mkiem, jego żoną, a moją bliską, ówczesną koleżanką Jolą, ojcem Przemka i malutką wówczas Anią półwysep Hel…

Czy ktoś prawdziwie uwierzy, że przemierzyliśmy ileś tam kilometrów jedynie po to, aby postać przez chwilę pod ścianą szarego, małego domku, w którym po raz ostatni przed laty wraz z siostrą spędzał lato z nieżyjącą już w tym momencie mamą oraz obecnym tu z nami ojcem? Pamiętam łzy w jego oczach. Pamiętam ten dziki pęd, z jakim gnaliśmy w to miejsce. W jego oczach ujrzałam to, co czułam zawsze ja sama. Miałam wtedy okazję wczuć się w sytuację ludzi, od których to ja całą sobą żąda- łam zrozumienia i pełnego współuczestniczenia w takim spotka- niu z przeszłością… Z przykrością stwierdziłam teraz, że jestem jedynie widzem, a ja chciałam być kimś więcej. Nie mogłam tak do końca, bo nie doświadczyłam tych miejsc i chwil sama oso- biście. Ale jednak byłam z nim całą sobą w tej JEGO chwili. Łączyłam moje myśli z ogrodu babci i znad mojego morza z jego myślami, i dzięki temu towarzyszyłam mu prawdziwie w tym

ważnym spotkaniu z przeszłością. Patrząc na niego, patrzyłam na siebie w ogrodzie babci! Patrząc wtedy z wielką zadumą na niego, patrzyłam na siebie rozmawiającą łzami z moim morzem! I co widziałam? Widziałam dojrzałego, sentymentalnego pewnie mężczyznę, płaczącego nad malutkim, wysoko osadzonym okienkiem, w szarym, starym domku, gdzieś w nadmorskiej, ukrytej przed światem wiosce rybackiej…

Wiele miejsc i domów mijamy idąc przez życie. Mijamy je zwyczajnie, a one przecież stanowią dla kogoś nam zna- nego lub nieznanego świątynię! Każde miejsce jest taką świątynią, bo przecież tak wiele ludzi żyło i żyje na Ziemi, że pewnie każdej najmniejszej ścieżce i każdemu miejscu przy- pisane jest jakieś ważne zdarzenie w czyimś życiu.

Pamiętam z tamtych odległych czasów wizyty u nas cioci i wujka z południa Polski i nasz pobyt u nich. Kiedy przyjeżdżali, zawsze na dwa tygodnie, życie zmieniało się w sposób wyraźny w święto. Nagle znajome uliczki naszego miasta, różne miejsca, postrzegane codziennie tak zwyczajnie, nie zauważane, omijane, niektóre wręcz „nie używane”, nagle zyskiwały rangę kurortu w sezonie. Nagle ożywały kawiarenki, park, lasek, Bulwar Nad- wiślański, statek, kino. Dzień ich odjazdu przywracał normal- ność, nudę, wyraźny brak święta. Pamiętałam kolejne „święto”, kiedy jako dziesięciolatka, na moment po I Komunii pojechałam z rodzicami dalekobieżnym pociągiem do cioci i wujka mieszka- jących w odległej Rudzie Śląskiej. Pamiętam radosny pęd pocią- gu i żarty taty, że pewnie Perełka (kundelek cioci i wujka) przy- gotowuje już dla mnie swoją ulubioną surową wołowinę. Pamię- tam cały pobyt tam, wycieczkę do Chorzowa, wizytę w ZOO, na sławnym stadionie sportowym, jazdę wyciągiem krzesełkowym nad różami utopionymi w słońcu, nad parkiem i nad ZOO, weso- łą zabawę w lunaparku, lody, watę cukrową, bransoletkę wygraną przez wujka dla mnie na strzelnicy, pływającą kawiarenkę i napój

„Cytrynada” przez słomkę, orkiestrę grającą w tej kawiarence i… powrót do domu.

Mieszkanie po powrocie z podróży, dziwnie obce, puste, bo pozbawione ludzi. Pamiętam przykre uderzenie brutalnej rzeczywistości i ZWYKŁE słońce za oknem. Te jego zawstydzone, nieśmiałe spojrzenie, jakby chciało się z czegoś przede mną tłu- maczyć. Jechało ono razem z nami, stopniowo zrzucając z siebie czar, niby aktor, który po spektaklu nagrodzonym brawami na stojąco, nagle pozbywa się charakteryzacji, pięknych szat, i wychodzi na ulicę mieszając się w szary tłum…

A gdyby ktoś go rozpoznał, dopatrzył się rysów, sposobu cho- dzenia, brzmienia głosu, on nie odpowiedziałby nic. Uśmiech- nąłby się tajemniczo i odszedł. Tak było też ze słońcem, które za każdym razem po powrocie do domu uciekało za horyzont, uciekając przed moim oskarżającym, zawiedzionym wzrokiem. Tak, to były czasy pewnej szczególnej nieświadomości, pozba- wione specyficznego bólu, jaki w późniejszym etapie życia potra- fią zadawać myśli i uczucia dorosłego już człowieka. To takie były czasy, w których dominowała charakterystyczna zdawałoby się, częściowo „naciągana” szczęśliwość. Szczęśliwość i pewność sie- bie. Taką pewność dawała postawa dorosłych wówczas ludzi, dla których — jak wtedy myślałam — byłam kimś naprawdę waż- nym… Po latach spotykałam tych ludzi, jako całkiem OBCYCH na ulicach miasta. Mijali mnie patrząc na mnie oczami niewidzą- cych. Mijali mnie nie poznając. Całą swoją postawą, jakby tłu- maczyli się nieświadomie ze swoich zachowań, nie wiem tylko czy tamtych, czy obecnych. Być może wystarczyłoby do nich podejść… Być może tylko przedstawić się, wspomnieć odległe czasy. Wówczas reakcja ich zaskoczyłaby mnie niebywale. Być może niesprawiedliwie ich oceniam, ale czy powrót do odległej przeszłości ma jakiś sens dla nich? Pewnie każdy z nich ma swoje prywatne muzeum duszy. Swój mały, zaginiony świat odległej przeszłości. Przeszłości, w której to oni byli kimś najważniejszym dla kogoś....Przecież wcale nie musieli być wtedy mali, żeby być kimś najważniejszym. Byli dorośli, a nawet starzejący się wtedy, kiedy podobno ja dla nich i oni dla mnie byli tak ważni. Czy w każdym z nas istnieje jakaś nutka egoizmu, skoro tak bardzo

chcemy być postrzegani jako najważniejsi? Często dorośli mówią do dzieci słowa oraz czynią gesty, które w danym momencie dają szczęśliwość, a potem, w zestawieniu z okrutną rzeczywi- stością i w zestawieniu z upływającym czasem ranią......Patrząc w oczy, które nas nie rozpoznają, ma się wrażenie, że patrzymy w lustro, w którym nie dostrzegamy własnego odbicia, chociaż stoimy tuż przed nim. Może jest tak, że różni ludzie spotykają się ze sobą w jakimś ściśle określonym czasie, i ich wzajemne relacje są aktywne, pełne mocy, tylko wtedy, w jakimś konkret- nym momencie? A potem, po latach, spotkanie może wyglądać jedynie, jak wizyta w milczących zimnych ruinach starego zam- ku, które już nie przemówią, nie ogrzeją, nie dadzą otuchy, lecz są najwyżej cmentarzyskiem pozostałym po wszystkim…?

Przecież nie da się powtórzyć w czasie i przestrzeni spotkania tych samych kilku kropli wody, kilku tych samych ziaren piasku, przecież ten sam wiatr nie poruszy gałęzi tego samego drzewa drugi raz.....Pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam panią od ryt- miki.....Stała tyłem do mnie, obca, pochylona, stara i schoro- wana. Wiedziałam wtedy skądś, że patrzę na nią ostatni raz… Wkrótce pojawił się nekrolog....Pani Zosiu, ja nadal robię „gwiaz- dę” na lewą rękę, odwrotnie niż wielu innych… To chciałabym jej powiedzieć, opisując sposób mojego życia, dorosłego już życia. A Pani niech tańczy dalej na pięknej scenie, w świetle gwiazd i starych słońc.

Z lekkim zażenowaniem, lecz szczerze, analizuję dziś własne odniesienie, jako osoby dorosłej do dzieci, które znałam, lubiłam i które znały i lubiły mnie. Dostrzegam dziś tę nutkę nieszkodli- wego fałszu, może nie do końca fałszu, ale jakiegoś wewnętrzne- go przymusu, który kazał mi być dla nich taką, a nie inną. Chcia- łam bardzo, aby czuły się kimś ważnym, najważniejszym. Aby zapamiętały fragment swego dzieciństwa, w którym ja brałam udział tak, jak ja pamiętałam swoje własne dzieciństwo w rela- cjach z wieloma dorosłymi ludźmi. Te dzieci rzeczywiście były ważne dla mnie, a ja dla nich. Tylko, że one czuły się odbiorcami bajki, zauroczonymi jej treścią, a ja jej autorem, w całej pełni

odpowiedzialnym i świadomym tej treści, doskonale wiedzącym, gdzie jest fikcja, może przyjemna, ale jednak fikcja, a gdzie praw- da. Jak gdyby każdy z nas dorosłych nosił w sobie zakodowany nakaz potajemnego oszukiwania wszystkich istnień, które mają lat kilka. Oszukiwania w dobrej wierze, rzecz jasna! W dobrej intencji. Jak gdyby wiek dziecięcy był wiekiem świętym. Wie- kiem, którego nie wolno zranić, podeptać. Szkoda tylko, że potem przychodzi rozczarowanie, że potem ci wszyscy „dobro- czyńcy” i „opowiadacze bajek” patrzą na nas wzrokiem zawsty- dzonym, pełnym pokory, tłumacząc się każdym spojrzeniem, każdym gestem. I nie są oni oczywiście źli! Odbieram ich jednak, jak kogoś, kto nagle został przyłapany na jakimś uczynku. Prze- cież nie złym, ale ukrywanym.

Pamiętam, pamiętam, pamiętam… Tak wiele pamiętam. Pamiętam nasze podwórko z dzieciństwa w moim mieście, roz- brzmiewające kolorowym gwarem naszych głosów latem, namio- ty stawiane z patyków i koców. Pamiętam tajemnicę tamtych cichych, aksamitnych letnich wieczorów, w które nasi sąsiedzi regularnie wychodzili z „bańkami” po mleko do gospodarzy mieszkających ówcześnie na terenie wkrótce potem wybudowa- nego osiedla. Tam, pośród złotego zboża przejeżdżał czarny, wielki pociąg, podobny lub może nawet ten sam, który woził mnie do Rajskiego Ogrodu babci i też „Pan Kolejarz” kiwał do ludzi żegnających dzień na wieczornym spacerze. Pamiętam tak- że zabawy w dom, którego duża część z nas nigdy nie założyła, lub który niejednemu się rozsypał. Pamiętam plastikowe naczy- nia w piaskownicy, wózki dla lalek. Pamiętam podchody, goni- twy, jazdy na rowerach, starszego pana podlewającego letnimi wieczorami z „węża” trawniki przed blokiem oraz podlewającego nas samych na nasze życzenie. Pamiętam nasze sympatyczne wzajemne odwiedziny w domach w zimę, lodowisko przed domem. Pamiętam rytmikę i naszą panią, występy na scenie, sta- re tramwaje, w których wszyscy wspólnie i radośnie wracaliśmy z balonami i spakowanymi strojami. Pamiętam początek szko- ły, wszystkich przyjaciół, naszą panią z pierwszej, aż do czwartej

klasy włącznie, kolejne lata w szkole, księdza, Pierwszą Komu- nię, karnawałowe zabawy w kolorowych strojach, wycieczki kla- sowe. Pamiętam choroby wieku dziecięcego, starą i nową przy- chodnię, wakacje, morze, kolonie, moją nową klasę „ósmą E”, wczesną młodość, nasze liceum, studium. Pamiętam, że często wtedy nieśliśmy w dłoniach światło, to jest aparat fotogra- ficzny, aby koniecznie utrwalić te momenty.

Tobie — siebie — ja, tak napisała mi na zdjęciu koleżan- ka ze Studium… Gdyby zawsze było obecne w dosłownym zna- czeniu w tym naszym życiu to piękne „tobie — siebie — ja”, życie byłoby rajem.

Pamiętam zapach, smak, kolor tych czasów, aż…

Aż wiek dorosły ściął to wszystko brutalnie u samych korzeni, niczym ostry nóż ścina róże o świcie, nim zdążą się obudzić i zapytać, dlaczego… Korzenie jednak pozostawił.....Nie znaczy to, że życie dorosłe zaczęło się dla mnie źle, przykro, smutno. Wręcz przeciwnie. Zaczęło się i trwało radośnie, szczęśliwie, bar- dzo, bardzo szczęśliwie, czasami też smutno, ale odbierało się je już inaczej. Zawsze jednak przewijał się przez nie motyw róż i magii słońca. Ktoś, kto towarzyszył mi w życiu wiernie od uro- dzenia, od niedawna jest w lepszym świecie. Życie kręciło się wtedy wokół niej, była pierwszą koleżanką rówieśniczką, jaką miałam. Wszystko robiłyśmy razem. Znałyśmy swoje najskrytsze tajemnice, podobnie postrzegałyśmy istotę świata. Świat postrzegany bywał wtedy prawie jedynie przez filtr o nazwie

„A Gosia powiedziała, że…” Jej z kolei świat, o czym dowiedzia- łam się później nazywał się” A Dorota powiedziała, że”. Wiedzia- łam, że byłyśmy sobie przeznaczone. Z pomiędzy tysięcy wspól- nych doświadczeń pamiętam między innymi wycieczkę do lasu na zajęciach WF w szkole podstawowej. Zginęłyśmy razem na dość długo, bo szukałyśmy znaków, tajemnic. Wróciłyśmy z kieszeniami pełnymi skarbów w postaci kory, kamieni, gałązek. Często jako dzieci chowałyśmy się i chciałyśmy, aby nas szukano. Miałyśmy też szkło powiększające, masę śmiesznych na dzisiej- szy rozum eksponatów przyrodniczych, między innymi suche

liście i kwiatki, kamyki, kawałek węgla (późniejszy antrahot z drugiej cz. książki!), i zeszyt z zapiskami na temat naszych odkryć. Takie oto byłyśmy, Gosia i ja, aż do końca. Zawsze czegoś poszukiwałyśmy, oczywiście już później na poważnie, a ona zna- lazła to 01.01.2005 roku.

Oswoić się ze śmiercią bliskich, jeszcze za ich życia. Usta- nowić wręcz porozumienie z nimi w tej sprawie. Dojrzeć aż tak, by otoczyć ich śmierć szacunkiem pozbawionym dramatycznej rozpaczy, oto jest coś! Bywa, że o wiele, wiele tragiczniej prze- żywa śmierć bliskiej osoby ktoś, kto nie uczestniczył w procesie jej umierania tu na ziemi, ktoś, kogo ta śmierć zaskoczyła. Ktoś, kto z kolei czynnie uczestniczył w umieraniu ciała fizycznego tej osoby, odbiera taki pogrzeb jako rzecz naturalną, w której bierze pełny, głęboki, ale spokojny udział...Trzymać do ostatniej chwi- li za rękę, uczestniczyć w każdym dniu, szukać ratunku, dawać z siebie wszystko, spodziewać się mimo wszystko, że kiedyś tam i to dopiero w wieku lat około dziewięćdziesięciu…

Czym innym jest otrzymać nagłą wiadomość, czym innym jest za wczesny wiek, chociaż niby nie nam go wyznaczać. Tak się nie robi, Panie Boże!!! Tak się nie robi. Kiedy stałam nad rozkopanym grobem, a jej ciało spędzało ostatnie chwile nad powierzchnią tej naszej Ziemi, wiedziałam, że w pewnym sensie stoję nad moim własnym grobem. Przecież w niej, w mojej przy- jaciółce byłam ja sama, potężna część mnie!!! Moment, kiedy jej umęczone, lecz wolne, puste, odprężone już ciało tkwiło przez ostatnie chwile nad przygotowanym grobem porównałabym do momentu, kiedy symboliczne wieczne pióro w czyjejś dłoni zawi- sa nad zapisaną do końca kartką papieru, aby już za chwilę złożyć na niej podpis obecności i odejść…

Stojąc nad grobem przyjaciółki z wpisaną we mnie treścią jej życia czuję, że spora część mnie spoczywa tam razem z jej ciałem. Zabrała część mnie ze sobą w lepsze światy, wszystko, co razem przeżyłyśmy, jest tam „wysoko”, a może raczej wewnątrz niej samej, żyjącej już innym życiem. Dlatego warto TYLKO kochać ludzi. Dlatego warto być kochanym przez ludzi. Nasz wizerunek

w ich pamięci, oto sens miłości głoszonej przez Chrystusa i inne ważne systemy. To przecież ich pamięć z wpisanym naszym wizerunkiem jest nośnikiem informacji dla Boga! Gdy oceniany jest TAM ktoś, z kim byliśmy związani, oceniani jesteśmy także my sami. Oceniane są nasze z nim relacje!!! Mamy swój sąd boży jeszcze za życia na Ziemi. Uważajmy, więc na nasze relacje z ludźmi. Oni mogą nas zanieść Bogu jeszcze za naszego życia! Oni po prostu mogą zmienić strukturę Wszechświata na dany moment, moment oceny naszej osoby.

A konsekwencje tej oceny, jeśli okażą się złe? Wtedy Wszechświat będzie musiał pewnie czekać aż całą mikrose- kundę — bo tak szybko, często i łatwo odchodzą ludzie — aż oceniony zostanie ktoś inny. Oczywiście oceniony lepiej od nas.

Moje długie rozmyślania w ogrodzie babci na temat dzie- ciństwa, wczesnej młodości i nie tylko, przerwał najpierw tępy, przytłumiony, znajomy dźwięk, niby pukanie pałeczką o zużyte dziecięce cymbałki. Oznaczało to opuszczanie barierki, zaraz potem dał się słyszeć gwizd nadjeżdżającego pociągu.....Pamię- tałam go… W głowie dokonał się mały obrót w jakąś stronę. Przy- zwyczaiłam się już do tego…

Przez pola, w pobliżu budki dróżnika i biało-czerwonej barierki przejeżdżał od czasu do czasu z gwizdem, pociąg przy- bywający z odległego, zwyczajnego świata. Ciągnięty był przez żywy wręcz, czarny, ogromny parowóz o czerwonych oczach i cylindrycznym prawdziwie oddychającym parą nozdrzu. „Pan kolejarz” czasem kiwał porozumiewawczo z lokomotywy zato- pionej w zbożu, jakby akcentował znaczenie tego magicznego obszaru, pozdrawiał cudowną krainę zawiniętą w mech i balsa- miczny wiatr, po czym jechał dalej. Mech był zresztą symbolem na trwałe kojarzącym się z Bożym Narodzeniem. Szopka stojąca u nas w domu wyścielona była właśnie mchem przywożonym stąd przez babcię. Te święta po prostu wtedy szły stąd. Bo tu była wtedy dla mnie dziecka kraina mchu, lasu, grzybów. Kraina czar- nych jagód, siana, orzechów i pomarańczy. Można powiedzieć

nawet, kraina MOCY. Stąd jedynie mogło pochodzić wszystko, i tylko babcia z Kowalewa była w stanie to dostarczyć. Tak było kiedyś, dawno temu… Święta miały wtedy prawo zacząć się dopiero po przekroczeniu przez babcię progu naszego domu. Ina- czej byłyby nieważne, tragiczne i bez sensu, jak nie ubrana cho- inka. Ale na szczęście nie były to czasy nie ubranych choinek, ani czasy łez. JESZCZE NIE, jeszcze długo nie. Pamiętam chłód i otwarty balkon a wraz z tym niewiadomo skąd i nagle pełno prezentów pod choinką. Podobno właśnie wtedy wpadał na chwi- lę Gwiazdor/Mikołaj i po pozostawieniu prezentów uciekał przez balkon. Tak robił od roku, w którym rozpoznałam w nim tatę po rękawie koszuli wychodzącej spod czerwonego płaszcza, w trak- cie takiej jednej osobistej wizyty z workiem pełnym prezentów. Nic nie wiedziałam wtedy, że na tym powstającym wciąż osiedlu i nie tylko, także obchodzili swoje Wigilie dorośli ludzie i dzieci, z którymi los miał połączyć mnie dopiero za lat kilka i kilkana- ście. Jak gdyby dłoń Boga układała scenariusz, o którym jeszcze nic nie wiedzieli bohaterowie...Ale to już inna bajka…

Stojąc w ogrodzie babci, wtapiam się na nowo w jego opis. W okolicach budki dróżnika rozpościerały się pola. Dalej wid- niały plantacje tytoniu, łąki. Przez łąkę płynęła wąska struga wpływająca do małej jaskini. Pamiętam kamyki w przeźroczystej, płytkiej wodzie i podłużne czarne szczypawki, pamiętam kąpią- cych się ludzi, niby zwidy, słoneczne majaki, słyszę echo ich gło- sów… Pamiętam powroty wieczorne do domu, gdy nie decydowa- liśmy się zostawać na noc. Pamiętam lekki dreszcz po zetknię- ciu rozpalonego słońcem, brązowego ciała z chłodem wieczoru i pociemniały pasek nieba widoczny ze stacji kolejowej, bo wra- caliśmy wówczas pociągiem. Trzymałam wtedy zawsze w dłoniach bukiet „oszronionych” gladioli albo róż, cegiełek…

Wspominam swoje życie, swój świat z tamtych dobrych dla mnie czasów w zestawieniu z życiem i światem bliskich mi w jakiś sposób innych dzieci. Nie dało się ukryć, że często były to bardzo różne światy. Świat mój był świat księżniczki, wokół której kręciło się wszystko… Miałam rodziców na wyłączną wła-

sność. Miałam piękny pokój, piękne zabawki i ubrania i rower. Miałam łyżwy, wrotki, sanki, wózki dla lalek, książeczki. Miałam gry planszowe, prezenty, wyjazdy, miałam koleżanki i kolegów, w szkole należałam do najlepszych uczniów, przynosiłam zawsze książkowe nagrody na koniec roku i świadectwa z piątkami, pięk- nie rysowałam. Grałam też na cymbałkach, no i chodziłam na rytmikę. Rodzice bawili się ze mną, spacerowali, kupowali wszystko, czego chciałam i co było na ich możliwości. Pluszowy miś Maciek ubrany w sweterek, rajstopy oraz buty, który był wręcz symbolem mojego dzieciństwa, do dziś leży w walizce w piwnicy… A przecież żyły wokół mnie dzieci, które nie miały nic ze swojego dzieciństwa. Pochodziły one z wielodzietnych, patologicznych rodzin. Nikt wokół nich nie stwarzał atmosfery ważności, często były niezauważone w ogóle, odepchnięte, głod- ne, pobite i brudne, spragnione wszystkiego, walczące między sobą o lepszy kęs chleba i życia, o miłość pijanych, dalekich im i obcych jakby rodziców. Mogę się założyć, że z całą pewnością na nikogo z tych dzieci nie czekała pierwsza zerwana przez babcię truskawka, schowana w słoiczku.

Wiedziałam, że do wielu z nich nie przychodził Gwiazdor/ Mikołaj z workiem pełnym prezentów, że nie znały wczasów nad morzem i rajskiego ogrodu babci. Nie znały wizyt w lunaparku z rodzicami i cukrowej waty na patyku, lodów, papierowych, ska- czących piłeczek na gumce, wiatraczków, piszczałek, blaszanych kogucików, drewnianych trąbek, bibułkowych kwiatów ze strzel- nicy. Nikt dorosły nie znał z pewnością imion ich lalek i misiów, nie uczył ich jazdy na nowoczesnym ślicznym, małym dziecięcym rowerku „Puchatek”. One miały stary, wielki, czarny rower dla dorosłych z ramą. Na nim to właśnie całkiem same, opuszczone i brudne próbowały samodzielnej jazdy „pod ramą” na zbyt dużym rowerze i w „za dużym”, samodziel- nym życiu w ogóle. Miały też składkowe ubrania z Komitetu Rodzicielskiego w szkole podstawowej i mnóstwo problemów. Oczywiście, że były dzieci, których życie podobne było mojemu. Wciąż jednak myślę o tych dzieciach, których dzieciństwo nie

było tym, czym być powinno i doceniam to swoje szczęście, ten swój los. Nawet jeśli rodzice czasem popełniali błędy a ja czasem miałam problemy, kto jednak nie popełniał błędów i miał żad- nych problemów? Myślę, wiem nawet, że to nie na tym wszystko polega, że to zaciemniony niewiedzą obraz. Nie ma czegoś takie- go, jak ludzie szczęśliwsi. Nie ma czegoś takiego, jak bogatsi, lep- si lub gorsi. Nie ma czegoś takiego, jak schemat, model życia. Jest za to zadanie, temat, które każdy z nas dostaje przychodząc na Ziemię i do tego tematu, zadania, dostosowane zostają okolicz- ności jego życia na Ziemi. Zadaniem jest pięcie się w górę, poko- nywanie trudności, dla każdego inne. Pamiętam epizod z roku, w którym miałyśmy z jedną moją koleżanką z podwórka — Jadzią lat jedenaście… Ona miała małe, modne, oprawione w skórę radyjko tranzystorowe na pasku. Ja takiego nie miałam. Pamię- tam pijany upałem, półprzytomny, cały zatopiony w białym bla- sku słońca dzień, kiedy to spacerowałyśmy we dwie słuchając piosenek. Już nie małe dzieci i jeszcze nie panienki. Takie same radyjko miała wtedy moja babcia i …podarowała mi je.

Moja radość nie miała granic! Ale nie o tej radości teraz myślę, lecz o utopionym w słońcu, tamtym lipcowym dniu… Ten upał powodował spowolnienie pracy mózgu. Pamiętam to! Nie- świadomie doświadczałam lekkiego wchodzenia na fale alfa… Miałyśmy dłonie i całe ciała pokryte lepkim potem, sukienki kle- iły się nam do ciała. Między skalą małego radyjka koleżanki, gło- sem wydobywającym się z niego dzięki falom, a gorącym lekko przydymionym upałem niebem i falami mózgowymi nawiązywa- ła się jakby nić porozumienia na przyszłość. Dziś widzę to jakby na kształt muśnięcia zaledwie przyszłych doświadczeń z czaso- przestrzenią. Prawie miałyśmy wtedy do tego nieświadomy dostęp. Babcia była jeszcze teraz i długo, długo po tej stronie, no bo u nas w domu, na balkonie…

Pamiętam też epizod z klasy czwartej lub piątej z religii. Wra- całyśmy wtedy z Gosią z kościoła, z salki katechetycznej i rozpę- tała się wielka burza z ulewą. Na drugi dzień w szkole byłam…

....bohaterką. Wstyd mi było za postrzeganie życia przez innych.

Dowiedziałam się, że moje nieświadome „bohaterstwo” polegało na tym, iż świadomie nie skorzystałam z biletu, który miałam przy sobie, lecz towarzyszyłam Gosi do samego domu w ulewie i burzy, bo ona swojego biletu nie miała. Nie wiem, jak mogłabym zostawić koleżankę i wsiąść do tramwaju?!!! Nie chcę sama tego zdarzenia oceniać. Nie chcę wywyższać siebie, poniżać innych...Jeśli oni wszyscy czegoś się przez to zdarzenie nauczyli, to cieszę się, że przypadło mi to zdarzenie w udziale w sensie pozytywnym. Pamiętam z tego okresu inny epizod, kiedy to kole- żanka z klasy spotkana przypadkiem zimą chciała abym po dro- dze podeszła z nią do kiosku ze słodyczami. Mama dała jej na coś słodkiego. Koleżanka kupiła słodycze i..........nie podzieliła się ze mną ani kawałeczkiem, chrupiąc je przy mnie. Niczego mi nie brakowało, słodyczy miałam pod dostatkiem, ale ja dzieliłam się z innymi. Pamiętam czereśnie, drogie jeszcze wtedy na początku sezonu i słowa taty, abym na wycieczkę nie zabierała ich, ale zja- dła w domu, bo nie ma ich wiele, na poczęstowanie nie starczy, a innym dzieciom w „pierwszej A” mogłoby być przykro. Pamię- tam mojego arbuza rozkrojonego na wiele, wiele części i rozda- nego wszystkim dzieciom na podwórku. Pamiętam też zwykły, tani plasterek placka, który koleżanka dała mi ugryźć w ukryciu w klatce schodowej. Zrobiła to w tajemnicy przed swoją mamą. Nijak miał się do rozdawanej dzieciom babki i biszkoptu przywo- żonego mi przez babcię, ale udałam, że to dla mnie znaczy wie- le. Ją nauczono, że nie wolno się dzielić. Ale pamiętam też swoje kłamstwo, kiedy to na wycieczce w klasie trzeciej lub czwartej nie przyznałam się jako jedna z najlepszych przecież wtedy i najpo- rządniejszych uczennic, że gałązkę bzu zerwałam jak wszyscy z krzaka, a nie podniosłam leżącej z ziemi. Wstyd mi było okazać się gorszą, niż ta za jaką mnie uważano......Proszę Pani, ja ją zerwałam jak inni…


Zmierzch nad Rajskim Ogrodem zaczął powoli zapadać gdy miałam lat 10. ”Zmierzch” nie mierzony porą dnia, lecz porą mojego życia, chociaż była to dla mnie dziesięcioletniej pora

zaledwie przedwiośnia życia. To właśnie wtedy stopy moje ostat- ni raz dotykały tamtych ścieżek… Źle czułam się w skórze istoty, która powoli zaczynała się zmieniać z małego dziecka w dużą dziewczynkę. Byłam, jak motyl, który wynurzywszy się bezpow- rotnie z kokonu, usilnie chce do niego wrócić. Motyl, który kuli swe drobne, lecz nieco za duże już ciało i nagle podarowane skrzydła, nie umiejąc, nie chcąc zrobić z nich pożytku, a świat jawił mu się brutalniej. „Wieczoru” i „Nocy” nad Rajem nie dane mi było oglądać, doświadczać. Wystarczy już przecież mojemu sercu, że dobrze pamięta „Zmierzch”. Wkradł się nieodwracalnie jakimś siwym cieniem i zmienił złotą kroplę miodu, która kryła i czarowała bezpieczny ogród tonący dotąd w porankach i jasnych dniach w bańkę zbudowaną z przydymionego szkła. Wewnątrz, na szczycie tej szklanej kopuły tkwiło nieczynne, popielate słońce, a świat cały był w kolorze czarno-białej foto- grafii. Wokół same zgliszcza i dogasające, dymiące ogniska. I taka cisza…

Pamiętam jedną z ostatnich wizyt w Raju. To była druga połowa lata, może nawet końcówka. Poszliśmy wówczas z babcią i rodzicami na rżysko piec kukurydzę. To była godzina popołu- dniowa, z kościoła dobiegał pogrzebowy dzwon. Ktoś odchodził z tego świata, dym z ogniska odprowadzał dźwięk dzwonu pod niebo, na wietrze tańczyły pierwsze żółte liście. Odchodził ktoś. Odchodziło też coś, razem z dymem i głosem dzwonu… A mi było zimno, ale nie z powodu temperatury powietrza. To tylko moje młode, nowe ciało „motyla” doświadczało świata już nie przez kokon…

Widziałam czarny pogrzeb, wśród słońca, kwiatów i wiosny…

Dzwon ciężki męczył przestrzeń natrętną melodią, dzwon ziemski i ten z wysoka…

Słodką męką spadła wiosna na Ziemię, melodramat grał wiatr nad trumną…

Zaklęta w słonecznej topieli biegłam przed siebie, w gorące popołudnie.

Dzwon umilkł i serce umilkło,

tylko w nim jakiś niemy żal pozostał…

Żal, że ktoś umarł? Przecież go nie znałam! Żal niepojęty, żal ziemskich rozstań…

Dom babci jawił mi się już wtedy nieco inaczej, jako stary, niedoskonały, pozbawiony wygód, chociaż czar trwał nadal. Być może to dobrze, że czas moich pobytów w Raju dobiegł końca. Być może…

Zawsze lepiej więcej gdzieś już nie pojechać, nie pójść, by nie zostać brutalnie wyrzuconym. Oczywiście nie przez ludzi, lecz przez sposób postrzegania.

Były jeszcze inne Raje i podobnie jak ten w ogrodzie bab- ci, nie znajdowały się one tak naprawdę w miejscach. One tkwiły w moim wnętrzu, w sposobie postrzegania otaczającej rzeczywi- stości, ludzi i zdarzeń…


Na tyłach ogrodu rosły krzaki porzeczek czerwonych, białych i czarnych oraz szparagi, których gałązki pokryte były czerwony- mi kulkami. To do tych porzeczek biegłam zawsze zaraz po przy- jeździe. Trwałam tam na kuckach, obskubując krzaki z kwaśne- go skarbu. Teraz ujrzałam w nich coś, czego nie było tam wtedy! Podeszłam z lekką trwogą, czułam, że ta rzecz nie jest rzeczą normalną, zwyczajną, nie pochodzi krótko mówiąc z tego świata! Chociaż wykonana była z materii typowo ziemskiej, bo wycio- sana z kamienia w kolorze beżowo-różowym z elementami z brązu, nie mogła znaczyć niczego ziemskiego i nie zrobiła na mnie przyjemnego wrażenia. To była postać kobiety okrytej pele- ryną, wysokości około 80, może 100 cm. Ta postać miała wycią- gniętą do przodu lewą rękę i w dłoni trzymała pojemnik na znicz. Wskazując na posąg zapytałam babcię, CO TO JEST.

Babcia prawie bez żadnych emocji odpowiedziała mi przeka- zem myślowym, nie zdziwiona moim pytaniem…

To? To jest Strażniczka Światła. Kiedy ktoś PRZECHODZI ze Starej Ziemi tu do nas, zawsze wtedy u nas zapala się

światło, a w pustych ramkach portretów pojawia się kolejne zdjęcie.

W tym dopiero momencie zauważyłam coś niebywale dziw- nego. Na niebie, nad łąkami obracała się odwrotnie do kierunku ruchu wskazówek zegara wydając cichutki pomruk ogromna, okrągłego kształtu plazma w kolorach tęczy osadzona na popie- latym tle, niby gigantyczny ślimak. W środku miała jakiś lej, w który miarowo wciągała i wypluwała jakąś materię. Na niebie były widoczne tarcze zegarów, słychać było, jakby przez tubę głos radiowego spikera spokojnie, niby w transie zapowiadające- go pogodę, oraz omawiającego zdarzenia obecnego dnia w odle- głej przeszłości. Na niebie widziałam teraz jedno wyraźne słońce, ale ono przed sobą i za sobą miało przygaszony sznur niekończących się słońc! Aktywne było w tym momen- cie to jedno. Czy pod którymś z tych słońc spaceruję z tranzysto- rowym radyjkiem z moją koleżanką Jadzią w wieku lat jedenastu na podwórku? Moje ciało ogarnął cierpki chłód. Poczułam, jak lekko uginają się pode mną nogi. Powiedziałam babci, że muszę koniecznie napić się gorącej herbaty, bo chyba staje mi krąże- nie. Babcia trochę się zdziwiła, wyrażając to jedynie bezkontak- towym, przelotnym spojrzeniem. Temperatura powietrza, przy dość wysokiej wilgotności wynosiła na oko trzydzieści stopni. Wszystkie reakcje babci były takie powierzchowne, jakby pozba- wione emocji, cała jej postać sprawiała wrażenie przebywania w leciutkim transie, czynności wykonywała trochę automatycz- nie, lecz płynnie, z lekkim jakby przyspieszeniem, wszystko przyjmowała bez zdziwienia. Cieszyła się i dziwiła tak jakoś nie do końca, wszystko było dla niej normalne i naturalne. Babcia mało jakoś mówiła, właściwie cały czas milczała. Patrzyła na mnie wzrokiem przelotnym, jakby zauważała mnie tak powierz- chownie, nie było kontaktu wzrokowego. Przez jedną nieuchwyt- ną chwilkę wydawało mi się, że słyszę głosy nakładające się na siebie, jakby jednocześnie współistniały ze sobą dwie płaszczy- zny, przenikając się wzajemnie i jedna nie zauważała drugiej, lecz nie przeszkadzały sobie na wzajem. Przez moment widzia-

łam na terenie ogrodu jakiś budynek. Wydawało mi się też, że przez chwilkę opisane aktywne słońce przygasło, a uaktywniło się któreś inne! Ale to była najwyżej sekunda, coś jakby mignięcie lampy błyskowej. Nim zdążyłam się zastanowić, a już tego zja- wiska nie było. To jeszcze nie koniec! Widziałam i czułam coś jeszcze. Za każdym kolejnym mignięciem światła na niebie czu- łam delikatne przemieszczanie się czegoś we wnętrzu mojego mózgu. Tak, jakby ktoś przekręcał kluczyk o jeden obrót w jakąś stronę. Po kolejnym mignięciu spojrzałam na dom. Boże, przez chwilę kilkunastominutową w moim odczuciu, dom zdawał się być wybudowany całkowicie od nowa!!! Był on nowoczesny, z dobrego materiału, ale dokładnie na wzór tamtego. Jedyna róż- nica to brak tynku na pięknej ciemnoczerwonej cegle i piętro też należące obecnie do babci. Ogród był teraz w stanie tworzenia od nowa dziwnymi jakimiś, nowoczesnymi sposobami. Przyglą- dałam się, jak w ogromnych donicach tkwiły sadzonki ekspe- rymentalnych, nieznanych mi odmian porzeczek, malin, nawet krzyżówek tych krzewów. Były też sadzonki gigantycznych, prze- pięknych odmian róż. Widziałam też nieznane sposoby kopco- wania ziemniaków........Na niebie widniało słońce, ale w innym miejscu. Było dziwnie mniejsze i świeciło jakimś dziwnym, odle- głym, chłodnym, niebieskawym, MOCNO POZAZIEMSKIM bla- skiem. Dlaczego, wtedy jeszcze nie wiedziałam.

W trakcie trwania widoku NOWEGO DOMU na ułamek chwili jakąś niewytłumaczalną dla mnie mocą znalazłam się w nowo- czesnym, pięknym tramwaju w moim mieście. Miałam kłopoty z grawitacją. Moje ciało nie miało żadnego prawie ciężaru, musiałam mocno chwycić się poręczy, aby nie unieść się przy innych pasażerach pod sufit pojazdu! Dostrzegłam dziwną postać, jadącą tym samym tramwajem. Była to postać skądś już mi znana z moich podróży poza ciałem. To był wysoki przystojny Afroamerykanin w długim do kostek, szarym płaszczu. On też miał trudności z utrzymaniem się na podłodze. Czułam, że on opiekuje się mną w dyskretny sposób. Na przegubie mojej dłoni widniał teraz dziwny zegarek. Jego tarcza była niebieska, ilości

wskazówek nie sposób policzyć! Te wskazówki miały różne kolo- ry. Wskazówki czerwone wydawały jakby dźwięki ostrzegawcze, że to inny czas, wskazówka główna była… igłą magnetyczną. Wysiadłam po chwili i już mocniej „przyczepiona” do podłoża znalazłam się pod drzwiami na klatkę schodową mojego bloku, w moim mieście. Niestety, czasoprzestrzenie utworzyły blokadę w postaci przeźroczystego, falującego, plazmatycznego two- ru, nie dającego przebicia. Coś mi „nie grało”. Coś było INNE. Domofon przy klatce schodowej wyglądał inaczej, nie mogłam przerwać oporu powietrza żeby nacisnąć guzik, miałam kłopoty z oddychaniem i lekko unosiłam się tuż nad chodnikiem. Nagle cudem dotknęłam guzika przy numerze mojego mieszkania. Boże, tam nie było naszego nazwiska, nie było też żadnego nazwiska znajomych lokatorów! Już nie było… W jaki rok się dostałam?!!!! Czyżby jednak świat przetrwał? Strach sięgnął zenitu. Owszem, przeczytałam obce nazwisko na miejscu nasze- go, przy wejściu elektrycznie strzelała cyfra „4” informując mnie natarczywie, że jestem w „stanie NIEBA”. Innych nowych nazwisk nie przeczytałam. Weszłam cudem na klatkę schodową i z sercem w gardle szarpnęłam za klamkę naszych drzwi…

Ktoś wreszcie, po długim czasie podszedł do drzwi „naszego” mieszkania… Otworzono mi drzwi bez słowa weszłam do środ- ka, nie zastając tam nic ze znajomego wystroju. W dużym pokoju było trzech obcych, wysokich mężczyzn w długich, jednakowych płaszczach. Byli oni bez wątpienia narodowości afroamerykań- skiej i o czymś rozmawiali, ale oni.......NIE WIDZIELI MNIE!!!

Po chwili zrozumiałam, że to nie mi otworzono drzwi tego mieszkania… Ja weszłam tylko przy okazji. Wracając do wyglądu lokatorów naszego i nie naszego już mieszkania, zauważyłam, że nie pierwszy raz widzę tych mężczyzn. Pamiętałam ich z kilku transów nocnych na Starej Ziemi, kiedy to przeżywałam rzeczy niezwykłe. Teraz jednak poczułam się wyrzucona poza orbitę Ziemi. Byłam, niczym zużyty śmieć, którego czas dawno temu się skończył. Płacząc, a właściwie szlochając pobiegłam przed siebie, oglądając się na balkony naszych sąsiadów. Na falach nie będą-

cych falami jawy, w szczęśliwym zamyśleniu siedzieli na bal- konach i zażywali promieni słońca! Mieszkali tam jednocześnie z nimi inni, nowi nieznajomi ludzie, nie widzieli siebie nawza- jem, czułam nakładanie się czasoprzestrzeni, jakieś zaburzenia lub....prawdę, której jeszcze nie pojmowałam.

Z wydającym ostre sygnały zegarkiem na dłoni poczułam, że zalewa mnie przeraźliwy blask dziwnego słońca, słyszę ultradź- więki i w jednym ułamku sekundy znalazłam się na mojej upra- gnionej, dobrze mi znajomej ścieżce w niedokończonym jeszcze, NOWYM ogrodzie babci. Wskazówki zegarka nadal dawały znaki czerwonym światłem, ale już po chwili nie alarmowały dźwię- kiem.

W Nowym Ogrodzie było coś jeszcze. Były niezbyt dorodne fragmenty krzaków porzeczek, TAMTYCH MOICH PORZECZEK z tamtego czasu, porzeczek czerwonych, białych i czarnych. Wie- działam, że babcia jest w trakcie tworzenia tego NOWEGO ogro- du, ale chwilowo nie rozumiałam wszystkiego do końca…

Babcia zauważyła, że zwróciłam na te porzeczki uwagę. Wymówiła bezgłośnie słowa, które spowodowały ogromną radość i lęk jednocześnie, który sprawił, że nie mogłam się ruszyć. Bab- cia powiedziała wysyłając myśl „Przeniosłam ci twoje porzeczki, wzięłam z nich informację i wsadziłam na nowo. To są te same, twoje! Królewskie róże też, popatrz!” Zauważyłam, że od tego NOWEGO OGRODU babci, przy NOWYM DOMU znajdowało się jakby połączenie biegnące na drugą stronę do NOWEGO DOMU sąsiadki, tej „pani od róż”. A na terenie jej posiadłości stał piękny stolik z parasolem i krzesełkami. „Chodź” — zwróciła się babcia do mnie myślą. I nagle znalazłam się z babcią na uliczce przed jej domem, stał tam koń z wozem. W jednej chwili, leżąc na plecach jechałam na wozie w stronę rynku. Podniosłam się, usiadłam, babcia siedziała obok. Wóz zmienił się teraz w piękną karetę cią- gniętą przez więcej koni. Jechali z nami jacyś ludzie, o których wiedziałam, że odeszli przed lub po babci. Wszyscy ubrani byli- śmy w jakieś starodawne stroje, bo jechaliśmy na tutejsze Targi Czasu, o czym wiedziałam nie wiadomo skąd. Kareta miała na

sobie znak „karetki medycznej”, jakbyśmy byli wiezieni do „szpi- tala” na jakiś „zabieg”… Babcia miała pod szyją przypiętą okrągłą broszkę, która okazała się tarczą zegarka! Zegarek chodził. Kare- ta wjechała na plac przed gigantycznym pałacem w kolorze kre- mowym, którego piękność wielokrotnie przewyższała wszelkie piękności sztuki budownictwa na Ziemi. Był niewyobrażalnie wielki, wysoki, zwisały z jego murów cudowne pnącza rajskich wręcz kwiatów i liści. Posiadał cudowne zakamarki, zakątki, tonące w lawinie kwiecia. Weszliśmy. Na parterze zastaliśmy gigantyczną grotę… Tu także po ścianach obficie pięły się kiście kwiatów. Stały świeczniki z przepięknymi świecami. Po chwili dowiedzieliśmy się, że to rzeczywiście coś w rodzaju „targów światła i czasu”. Na podłodze zauważyłam materace, z boku stały lasery, które puszczały wiązki światła, a obecni tu ludzie bawili się w przekraczanie granicy światła. Na tą zabawę można było nabyć bilety. Były też stoiska z rozmaitymi akcesoriami określa- nymi na Ziemi jako ezoteryczne i można je było nabyć. Ale my jedynie przyglądaliśmy się temu wszystkiemu. Nagle poczułam, że muszę wejść na piętro........Babcia chciała mi pokazać komna- tę czasu. Weszłam tam po wąskich krętych schodach pokrytych bordowym dywanem. Zakręt w lewo i stałam na szczycie tajemni- czych schodów. Tu była komnata światła. Była ona wąska, długa, ciemna. Tonęła dosłownie w głośno tykających i bijących zega- rach. Były zegary wiszące i stojące. Były zegary małe, duże, zega- ry z wszelkich epok. Przy stoliczku siedział mężczyzna w białym kitlu, posiadał dziwne przyrządy pomiarowo-naprawcze. Był chirurgiem czasoprzestrzeni i dokonać miało się tu coś bardzo ważnego dla mnie. Podobno umiał on dokonywać zmian w struk- turze przebrzmiałego czasu i przestrzeni, a więc umiał zmieniać przeszłość i przyszłość! Tak wynikało jednoznacznie z jego bez- słownej mowy. Szybko okazało się, że dowiedzieć się miałam właśnie teraz i tutaj czegoś absolutnie nieprawdopodobnego o czasoprzestrzeni… On opowiedział mi, odwrócony do mnie tyłem i zajęty swoimi czynnościami, powołując się na moją spe- cjalność ziemską, grafikę komputerową, stosując wspaniałe prze-

nośnie, jak funkcjonuje czasoprzestrzeń! Porównał czasoprze- strzeń do obiektów graficznych, do oryginału oraz do jego klonu, zaraz potem do oryginału i jego kopii. Jeżeli mamy oryginał i mamy kopię i zmienimy coś w oryginale, to w kopii nie zmieni się nic. Jeżeli mamy oryginał i klon, to kiedy zmienimy coś w tym oryginale, w klonie w tej samej chwili zmieni się ta sama rzecz. To takie proste! Na planszy rysował krzywą czterolistną i ślimak Pascala. O rany!!! Za dużo tego wszystkiego...Chirurg Czasoprze- strzeni powoli odwrócił się do mnie twarzą!!!!!! To był ON, z białego samochodu między szkołami. Kimkolwiek on był, roz- poznałam go teraz. Poproszono mnie do laboratorium! Tam inna postać w białym kitlu pobrała mi krew — czułam głęboką wymo- wę tego symbolu — po czym czekałam na wyniki. Nad probówką z moją krwią tkwiła magnetyczna mgiełka, ściśle z krwią zjedno- czona, jakby na wzór ducha i ciała. Czułam ten magnetyzm! Dane dotyczące mojej krwi porównywano z danymi, o których nie mia- łam pojęcia i nagle na kartce pojawił się wynik mówiący o jakiejś zgodności więzów krwi i o wykryciu obecności pierwiastka boskiego! Wiedziałam już teraz skądś, że w laboratorium znali też wyniki dotyczące krwi moich rodziców, babci i wszystkich mi bliskich z obu stron, którzy byli tam przed nami. To nie miało wymowy czysto biologicznej, bardziej duchową, symboliczną. Wyniki były pozytywne, decydowały o czymś ważnym w przyszłości…

Na pulpicie w laboratorium stała monstrancja z Ciałem Chry- stusa i kielich z Jego Krwią. Kazano mi teraz iść dalej. Na końcu komnaty była czarna kotara, kryjąca kabinę. Dowiedziałam się, że to kabina światła. Nie przypuszczałam, nie domyślałam się nawet, co mnie tu czeka. Weszłam. Zalało mnie światło, które nie porażało oczu, ale normalnie na Ziemi oślepiłoby każdego. To światło dosłownie zalało mnie całą. Nagle dowiedziałam się, że mam otworzyć usta i przez moje usta do gardła dostała się lawina światła. Teraz miało nastąpić wielkie poznanie Wszech- rzeczy. Zaczęłam pędzić stojąc jednak w miejscu, wewnątrz kabi- ny. Spowodowane to było dostawaniem się światła przez gardło (czakra w gardle?) do mojego wnętrza. To przez ten ruch światła

miałam wrażenie, że pędzę w zawrotnym tempie. Czułam, że to jest podróż nie zewnętrzna, ale wewnętrzna, podróż w głąb mnie samej. Jakiś głos z wnętrza mnie samej zadawał mi w nieskończoność pytanie, niczym na ćwiczeniach ZEN: kim jestem? Kim jestem? Kim jestem? Czułam, że następuje rozpad mojego ciała na atomy, pojawiały się przed moimi oczami milio- ny wzorów matematycznych, chemicznych, fizycznych. Były wzo- ry astronomiczne, biochemiczne, wykresy. Były pierwiastki, funkcje. Widziałam je w każdym najmniejszym pyłku, przedmio- cie, istnieniu, w każdym ruchu, w każdej najmniejszej zmianie, myśli i działaniu. Nagle wiedziałam kim jestem prawdziwie, zna- łam największe tajemnice Wszechświata, pojęłam Istotę Boga, czas, przestrzeń, wszystko!!! Szalałam teraz cała ze szczęścia!!! W momencie, w którym już miałam udzielić odpowiedzi na pyta- nie kim jestem, wszystko ustało i ucichło. Pozostała mi szcząt- kowa tylko pamięć. Może nawet było to odczucie tego, co przed chwilą przeżywałam. Wiedziałam jedno: coś zostało zmienione w czasoprzestrzeni przeszłej, sprzężonej tak jak oryginał i klon z czasoprzestrzenią przyszłą. To coś miało decydujący wpływ na pewną podróż, która wciąż tajemnicą stała przede mną. Nagle znaleźliśmy się wszyscy w karecie i wróciliśmy na uliczkę babci, tuż pod jej drzwi. Babcia weszła do domu, jakby nic się nie stało. Miałam teraz pełne prawo do wszystkiego, co jeszcze miało się wydarzyć. Poszłam za babcią i po chwili weszłyśmy na teren małego, krytego basenu wewnątrz domu. Jego ściany były witra- żami w złote rybki i widoki z podwodnego świata. Te same, które widziałam na ekranie powstałym z magicznego oczka radia w piwnicy mojego domu, w moim mieście!!! Pokazała mi w jakimś chwilowo ukrytym, nieczynnym pokoju, w którym

„zbierała przeszłość”, RADIO. To było radio „Rapsodia” lub podobne radio z zielonym oczkiem. Na wierzchu wyglądało pra- wie tak jak to, które znałam z własnego domu z czasów dzieciń- stwa, ale gdy zajrzałam na polecenie babci przez klapę do środka, ugięły się pode mną nogi… Co tam były za urządzenia!!! Do cze- go one służyły, to już inny temat. To specjalny, oddzielny temat,

bardzo ważny temat. Takim samym ważnym tematem miał oka- zać się niebawem Nowy Dom i Nowy Ogród, ale ja jeszcze o tym nic nie wiedziałam…

W szufladce stolika, na którym stało radio odkryłam niebie- ską kopertę, a w niej karteczkę. Był tam też album fotograficzny. Wzięłam w dłonie najpierw album. Na pierwszym, wielkim czar- no-białym zdjęciu ujrzałam tłum radosnych, szczęśliwych ludzi ubranych po bardzo dawnemu i trzymających w dłoniach zapa- lone świece. Ludzie ci byli w różnym wieku. Pośród nich stała…

.....moja babcia w wieku lat najwyżej dwunastu. Miała warkocze i długą, płócienną szatę, jak zresztą wszyscy inni na tym zdjęciu. Była bardzo radośnie uśmiechnięta z powodu Wielkiego Spotka- nia z tymi wszystkimi ludźmi. Nurtowała mnie myśl, skąd u babci to zdjęcie. Kto i gdzie je wykonał?

I oczywiście było mi dane dowiedzieć się tego wszystkiego znacznie później… Teraz wzięłam w dłonie karteczkę, rozłoży- łam ją, objęłam wzrokiem krótką, lecz bardzo wyraźną dla oczu treść, napisaną odręcznie przez babcię i skamieniałam. To był Testament z Przyszłości!

Babcia mocą tego testamentu zapisała mi i moim bliskim Nowy Ogród i kilka pokoi gościnnych na tak zwanym piętrze- przybudówce Nowego Domu, na czas jej pobytu w tym domu i ogrodzie, oraz kompletnie wszystko. Jednak ten specyficznie brzmiący testament będzie ważny dopiero z momentem, gdy ona wyjedzie do mieszkania w… Strefie Wyższej, zwanej Strefą Złotej Gwiazdy. Poinformowała nas także o możliwości zapisania komuś innemu tego wszystkiego z momentem również naszego przejścia do Domu w Strefie Wyższej.

To nie wszystko! W kopercie tkwiły trzy nowiutkie bilety na podróż do niej samej w roku dwa tysiące XYZ. (cyfry po dwójce były zamazane). Następnie poszłyśmy z babcią na ganek Nowego Domu. Tam stał kartonik z pewną ilością książek......mojego autorstwa. Jedna z nich wyjęta dłonią babci znalazła się w moich rękach. Dziwne, to był Nowy Dom babci. Książka mojego autor- stwa, ale jakby stara.....No tak. Przecież w tej chwili byłam

w przyszłości, a książki muszę zdążyć napisać jeszcze w moim obecnym czasie! Będą miały czas się zestarzeć tam, w tych odle- głych przyszłych obecnie czasoprzestrzeniach. Dotykałam teraz z namaszczeniem palcami zniszczonej okładki, kartki tak samo zniszczone i żółte, wręcz zbrązowiałe i nawet trochę podarte. Były kruche. Odniosłam wyraźne wrażenie, że odmawiają mojego dotyku, boją się przemiany w proch. Przekartkowałam więc ją w związku z tym delikatnie z ostrożnością, jaka przystoi chi- rurgowi oceniającemu paskudnie wyglądającą ranę. Zastanawiał mnie wciąż jednak tutejszy wiek moich książek. Przecież od momentu śmierci babci, do momentu naszego przyszłego przy- bycia do niej w jakimś momencie roku dwa tysiące XYZ nie mogło minąć i nie minie aż tyle lat by książki wyglądały w taki sposób. W jak odległej przyszłości musi znajdować się w związku z tym teraz babcia!!! Tekst starej książki był praktycznie nie do odczy- tania, tytuł chyba też. Na brązowej okładce widniały ledwo widoczne kiście róż, które częściowo lecz w sposób zamierzony zachodziły na pościerany tytuł. Gdy dobrze obejrzałam okładkę, cudem dało się odczytać ten pościerany, krótki napis. Tytuł brzmiał następująco: „tak zwane SNY” i nie oznaczał oczy- wiście sennika, tego akurat byłam pewna. To była któraś część mojej książki. Na ganku stał w roli obserwatora milczący mężczy- zna w czerni, jakby nadzorował coś…

Teraz już wiedziałam, że także przyjaciółka przyszła wtedy do mnie do piwnicy z przyszłości, a niektóre fragmenty rozmów z babcią w ogrodzie, widok nowoczesnego domu i ogrodu, dziw- nego radia, a także testament, też działy się w przyszłości, której jeszcze nie przeżyłam.......Przyszłości, która już istnieje i czeka na nas tam, w lepszym świecie, do którego dotrzemy tego właści- wego dnia…

Tymczasem weszłyśmy jednak z babcią do kuchni. Wchodząc doznałam kolejnego „przekręcenia kluczyka w mózgu”, co suge- rowało inny czas. Z okna widziałam znów Stary Ogród…

Stare, suche krople krwi, pobrane kolcem dzikiej róży…

Krople mokre i świeże kiedyś przed laty, schnąc usztywniły zmiętą chusteczkę

w kieszeni niemodnej, cudem odnalezionej szaty. One są jak cień na murze,

uchwycony światłem lampy błyskowej starego słońca

i zastygły na zawsze w pożółkłej fotografii, w dniu, który coś znaczył.

W taki sposób dotknąć przeszłości, to misterium!

To msza odprawiona w głównej komorze serca.

I jak się mają do tego szpetne rocznice pełne pustki?

Są, jak scena teatru, gdzie wynajęci aktorzy parodiują zewnętrze czyichś, nieznanych im

uczuć,

potrząsając martwą kukłą wzniosłych przeżyć.

Piłam herbatę w towarzystwie babci, ona nie piła chyba jed- nak i zachowywała się trochę dziwnie w ocenie człowieka nie zorientowanego w sytuacji. Zachowywała się jednak całkiem normalnie biorąc pod uwagę fale, na jakich odbierała rzeczywi- stość… Znałam te fale i byłam od paru chwil doskonale zorien- towana, w czym biorę udział, ale niebawem miało się okazać, że jednak nie całkiem do końca to pojmowałam. Czasoprze- strzenie nie do końca jeszcze odkryły przede mną swoje możli- wości…

Babcia zaproponowała, że pójdzie — jak mawiała — do skła- du (do sklepu) po ciastka, spojrzała bezkontaktowym wzrokiem na mnie pijącą herbatę i wyszła informując mnie, że zaraz wróci.

....Była dziwna. Niby zachowywała pewne pozory dawnej babci, jaką znałam, ale ona była już o całe stulecia do przodu przede mną. Ona wiedziała już wszystko, znała tajemnice Wszechświata,

a z Panem Bogiem i z Bogiem jako zasadą funkcjonującą w nas wszystkich, pewnie była „na Ty”…


Proszę pani!!! Proszę pani!!! Ktoś porządnie szarpał mnie za rękę. Musiała pani przysnąć, kiedy poszłam do sklepu po ciast- ka. Ale już poprawia się ciśnienie w powietrzu, więc niebawem ta senność powinna minąć. Widzi pani jak lał deszcz? Tej przed- burzowej duchoty nie sposób było wytrzymać. Nawet ja sama od rana ledwie się trzymałam na nogach. Teraz już będzie lepiej, po burzy zawsze jest lepiej.

Kiedy pani zadzwoniła do drzwi(?!!!) i zobaczyłam panią, już wtedy rzuciło mi się w oczy pani zmęczenie No, bo ta podróż przy takiej pogodzie, każdego by zmogło…

Dźwignęłam zwieszoną, ciężką głowę, poczułam kolejny obrót w mózgu. Zaobserwowałam, że te przekręcenia raz odbywały się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, raz odwrotnie.

Oniemiałam. Przecież nie ona otwierała mi drzwi! Siedzia- łam w starym domu babci, w kuchni przy stole. Babci jednak nie było! Przecież przed małą chwilą wyszła po ciastka! Spojrzałam szybko na niedopitą herbatę w mojej szklance, rozejrzałam się niespokojnie po kuchni. Było inaczej niż jeszcze przed chwilą. Co się tutaj stało?! Kim jest ta kobieta?! Gdzie jest babcia? Dlacze- go kuchnia ma inny wystrój?! Za oknem nie było ogrodu!!! Tuż przy oknie smutno tkwił wąski paseczek stanowiący resztkę raju, zaniedbaną resztkę. Na dawnej powierzchni ogrodu stał jakiś budynek lokatorski…

Ta kobieta powiedziała, że to pomieszczenia socjalne dla biednych, czy mieszkania rotacyjne, stojące tu od wielu lat, a konkretnie od roku około osiemdziesiątego lub nieco przed tym rokiem.

Ale chwileczkę!!!!! Czy to nie ten budynek mignął mi przed oczami przez sekundę na terenie ogrodu? Spojrzałam z lekkim lękiem i ......rozpoznałam. To ten! Co się tu działo?! Pytałam o to siebie samą. Czy to jeden sen zamknięty w drugim śnie? No

bo przecież nie fale jawy! Ale skąd ta moja świadomość, że jed- nak coś jest nie tak?! Skąd świadome wspomnienia i rozważania wplecione w coś, czego nie rozumiałam?! Czyżby przeskoki fal alfa, beta, teta i delta razem?!

A może to jest niezwykły spacer po czasoprzestrzeniach? Może z jednego dziesięciolecia do drugiego przechodzi się jed- nym krokiem, jak przez próg? Przecież sprasowane czasoprze- strzenie mogły oferować takie możliwości! Czy to możliwe, aby ludzki mózg mógł tak wspaniale funkcjonować, łącząc ze sobą to wszystko?!

Czułam się kompletnie zagubiona......Przecież wyraźnie pamiętam moment wyruszenia w podróż!!!!!!!


Może po łyczku czegoś mocniejszego? Dobrze zrobi przy tej pogodzie, no i do ciasta będzie w sam raz. Mam dzikie wino z mocnych róż własnej roboty, pyszność! Przepraszam, mam oczywiście mocne wino z dzikich róż! Poproszę — usłyszałam własny głos. Kobieta włożyła na mój talerzyk sporą porcję. Niech pani je, o tej porze roku najlepsze jest ciasto z truskawkami. Różowym chlupotem napełniła się szklaneczka i wcale nie uwa- żałam, że kobieta się pomyliła. Powiedziała, dzikie wino z mocnych róż.....To brzmiało w sam raz! Mijające chwile dały mi wyczerpujące odpowiedzi na wszystkie moje pytania. W jednej chwili pojęłam teraz wszystko. Tak w tym momencie naiwnie sądziłam. Ta kobieta zamieszkująca tu z rodziną, otworzyła mi drzwi do tego domu. Jednak ona zdecydowanie otworzyła mi te drzwi w czasoprzestrzeni późniejszej, ale w tym ściśle określo- nym miejscu. Babcia otworzyła mi drzwi dokładnie w tym samym miejscu, ale w czasoprzestrzeni dużo wcześniejszej. OBYDWIE jednocześnie otworzyły mi te drzwi w tej samej jakby chwili, chociaż każda otworzyła w skrajnie różnym czasie, obliczonym na całe lata. Miejsce łączy czasy w jedno wielkie TERAZ! Moż- na „naciskać guzik” w jednym miejscu, a ujrzymy przepływają- cą przeszłość i przyszłość! Zresztą przypomniałam sobie zakłó- cenie, tuż przed wejściem do domu babci. Mam na myśli chwilo-

wy brak widoku rajskiego ogrodu i spadające płaszyczyzny cza- sowe. Prawdopodobnie w tym momencie wywołane zostały trzy sytuacje: czas zamieszkiwania tego domu przez babcię i czas zamieszkiwania domu przez tą panią, oraz fragmenty odległej przyszłości dwa tysiące XYZ!

Powoli nabierałam na łyżeczkę kawałki pysznego ciasta. Przetwarzałam powoli umysłem to wszystko, czego doświadcza- łam. To mocne, solidnej domowej roboty wino o niepowtarzal- nie wspaniałym aromacie postawiło mnie na nogi, ale też nie- co zaszumiało w głowie. Podobał mi się ten stan, miałam we krwi eliksir z dzikich róż z tamtego miejsca. To miało dla mnie magiczne znaczenie. Czułam się, jakby w Katedrze Wszechświa- ta Kapłan Czasu włożył mi w usta niczym Komunię, płatek pra- starej róży, który miał niezwykłą moc oprowadzania mnie po korytarzach czasu tak łatwo, jak na zwykłym codziennym space- rze…

Pani jeszcze posiedzi trochę, zapakuję kawałek ciasta. Nikt nie zje tego, kupiłam za dużo, a do jutra się zepsuje przy takiej pogodzie. O, jeszcze dam buteleczkę mojego wina z róż, mam tego sporo w piwnicy, tylko muszę zejść na dół. Pani w tym czasie nazrywa sobie trochę kwiatków spod okna. Nie jest to już tamten ogród, został jedynie wąski pasek, ale zawsze są tu kwia- ty, głównie dzikie róże.

Teraz byłam już prawie pewna, że ten moment dzieje się na falach beta, na jawie. Nie mogłam dotąd znaleźć wyjścia, biegłam przez tunele kolejnych fal, wciąż wierząc, że to już wreszcie fale beta, nasza zwykła, mało przychylna mi wprawdzie na co dzień, lecz tak bardzo upragniona teraz jawa…

Jak wystrzelona z procy ruszyłam w stronę okna. Zabrałam ze sobą aparat fotograficzny… Zapytałam tą panią, czy mogę ten jedyny, ostatni raz wyjść przez okno. Tak samo, jak u babci. Kobieta śmiała się z życzliwością i pełnym zrozumieniem, nie miała oczywiście nic przeciwko temu. Podała mi niski stołeczek i zostawiła mnie samą. Jeden krok i już stałam na symbolicznym cmentarzysku po Rajskim Ogrodzie…

Stałam w miejscu, które tkwiło na dnie mojej duszy całe życie, jak pusta donica z ziemią, z której ktoś wyrwał żyjący peł- nią życia kwiat, nie do końca wyrywając korzenie. Odruchowo spojrzałam na dom z zewnątrz, tak jak przed chwilą. Dom był odświeżony, tynk nie odpadał. Miałam też przed sobą widok budynku socjalnego stojącego na miejscu RAJU. Dom babci nie był w tym momencie z całą pewnością domem babci z czasów mojego dzieciństwa, nie był też domem babci, jaki oglądałam przez chwilę, domem z przyszłości…

Był domem trochę odświeżonym, domem babci z lat być może osiemdziesiątych. Słońce aktywne oczywiście znów stało w innym, lecz właściwym miejscu…

Wiedziałam, że zaraz tradycyjnie padną grzecznościowe sło- wa, żebym przyjechała tu jeszcze kiedyś. Ja jednak wiedziałam, że moje stopy już więcej tu nie staną. Nigdy. No, chyba, że… W życiu właściwie nigdy nic nie wiadomo…

Z garścią dzikich róż, niby ze skarbem w dłoni pożegnałam się z resztką pozostałą po Raju, pożegnałam niebo stojące nad tym miejscem, niby wartownia. Srebrnego wartownika nie było widać, pojawiał się wieczorem, wabiony przez maciejkę, ale maciejki nie było tu i teraz. Wartownik pojawiał się wraz z iskrami idącymi z jego niebiańskiego, czarnoksięskiego płaszcza. To znaczy, wraz z gwiazdami… kiedyś, bardzo dawno temu, kiedy cały świat mieścił się tak, jak moja dłoń kilkuletniego dziecka w dłoniach rodziców i babci. Oni wówczas, co jest rzeczą normalną, byli dla mnie wszyst- kim i mogli absolutnie wszystko. Mogli zaradzić największym nawet problemom. Daj Boże dzisiaj takie wielkie problemy!!!

Wejściem w strefę cienia nazywam dziś czas, w którym żyję. W sytuacjach, w których obecnie znajduję się dzień po dniu, intuicyjnie kurczę się w sobie i dłonie wyciągam na boki, ale nie znajduję tam już wszechmocnych dużych dłoni rodziców spie- szących na ratunek, dających schronienie. Teraz to ja kroczę wprawdzie znów pomiędzy nimi, w środku, ale teraz to ja „chwy- tam” ich nieporadne, przerażone, drżące dłonie w swoje, chociaż czasem tak mi ciężko na sercu…

Wtedy aż dwie pary dłoni na ratunek dla mnie i dłonie babci, dziś moja jedna para dłoni na ratunek dla nich dwojga. I muszę udawać, że moje dłonie są wszechmocne i silne, aby się nie bali. Oni kiedyś też trochę udawali, że się nie boją. Ale chyba im wychodziło to lepiej. Oni mogli pocieszyć mnie prostym kłam- stwem. To kłamstwo jednak kłamstwem być przestawało katego- rycznie, ze względu na cel. Było ratunkiem, a więc stawało się uświęcone! Czy aż takim wielkim przestępstwem jest odkupie- nie w osiedlowym kiosku małej zabawki i powiedzenie dziecku, że to ta sama zabawka, którą właśnie zgubiło i rozpaczliwie za nią płacze? Nie. Oczywiście, że nie. To był jeden z tych małych ratunków.

Ale gdyby tej zabawki nie odkupili, gdyby powiedzieli rozpa- czającemu dziecku, że w życiu czasem coś się traci i należy się z tym pogodzić, może wtedy dziecko stałoby się odporniejsze. Przeżyłoby pewnie tą swoją wielką rozpacz w pełni i wzmocniło się. Oczywiście nie potępiam takiego zachowania rodziców, bywają przecież dzieci aż tak wrażliwe, jak byłam ja i mając takie dziecko postąpiłabym tak samo, jak moi rodzice. Rodzice nie mówiący prawdy, aby tylko dziecko nie cierpiało…

W dojrzałym życiu zaczęłam chronić moich rodziców dokład- nie tak samo. Oczywiście, że nie odkupuję im zgubionej rzeczy i nie mówię, że ktoś wyjechał, podczas gdy on umarł lub zniszczył przyjaźń. Ale za to stosuję kłamstwa dojrzałe, stosownie do wie- ku…

Mówię, że jest nadzieja tam, gdzie jej nie ma. Ratuję siebie dla nich, jak mogę. Nawet uciekając się do podstępów, byłe tylko nie cierpieli, nie bali się o mnie. Ja za to boję się za nas troje aż tak, że życie stało się drzazgą wbitą na stałe w moje Ja. Jak daleko można zajść w butach, które ranią stopy i przy każdym kroku powodują potworny ból? Jeśli idzie się dla kogoś, to czasem można dojść nawet daleko. Dla siebie samej dawno zdjęłabym swoje twarde i zimne buty ze szkła, które powoli kru- szone przeszkodami wbijają ostre odłamki w obolałe stopy. Na ścieżce mojego obecnego życia, z którego z wielu powodów

jestem oczywiście zadowolona, i z równie wielu powodów nie, często nawet drzewa rosną z korzeniami na wierzchu, bo nie dają rady przebić betonu, na którym przyszło im TERAZ żyć.

Przyznaję, że nie byłam dzieckiem o prostej psychice. Moje poszukiwania Boga i Prawdy zaczęły się w wieku niespełna dwóch lat. To wtedy chciałam tłuc młotkiem szkło na „świętych obrazach”, bo to nie była prawdziwa Bozia, bo to namalował pan malarz! To wtedy lizałam „sztuczną” krew na wielkanocnym krzyżu w kościele. Wołałam, że to nieprawdziwa krewka, że to namalował pan malarz. Byłam wielkim buntownikiem, wiel- kim poszukiwaczem, jednocześnie kurczowo przywiązanym jakąś rzewną, łzawą, rozpaczliwą miłością do rodziców. Jak gdybym przychodząc na świat przyniosła ze sobą stamtąd w to nowe, młode życie coś, czego powtórzenia bardzo się obawiałam… Jakiejś straty, jakiegoś dramatu…

Kobieta wracała po jakimś czasie z piwnicy, słyszałam jej kro- ki w sąsiednim pomieszczeniu…

Jestem! Proszę, oto moje sławne wino.

Dziękuję bardzo! Brałam butelkę z jej ręki, jak gdyby butelka zawierała tajemny eliksir…

Droga do autobusu była już inna, uliczka miała swoją wła- ściwą nazwę 1-go Maja, po miodowej kuli u wejścia nie było śla- du, domofon owszem był. Mijałam obcych mi ludzi, z chodników unosiła się resztka balsamicznej pary przypominająca, co się tu działo za przyczyną burzy. Ale po rękach łaskotał już lekki chłód. Mimo wszystko czułam coś na kształt zażenowania, że krocząc po tych miejscach, oszukuję je. Przecież nikt z tych ludzi nie miał pojęcia, co się tu zdarzyło. Być może mijający mnie staruszkowie byli tymi samymi ludźmi, dla których byłam wtedy kimś wyjątko- wym? Teraz mijamy się tak chłodno, jakby czas, który oddzielał nas od tamtych dni oddzielał nas od siebie nawzajem… Znajo- mi, a jednak obcy… Jakby wycięto kartki powieści i powstała luka. Luka, której już nie da się uzupełnić. Oczy, które nie rozpozna- ją, są jak oczy niewidomego. Są one niczym okna, przez które nie widać krajobrazu, choć ten istnieje. Znam też innego rodzaju

oddalenia pomiędzy kiedyś bliskimi sobie ludźmi. Mówię o stop- niowym zaniku kontaktów, aż do zaprzestania nawet kłaniania się sobie na ulicy. Mówię o stopniowym chowaniu się w mrok jeden przed drugim, gdy już wygasły nasze wzajemne role, jakie mieliśmy do spełnienia w swoim życiu nawzajem To bardzo, bar- dzo wyjątkowo przykre rozstania. Przemykałam pochylona, z opuszczoną głową pośród nich, jak zjawa niosąca w sobie misterium przeszłości, ale oni nie mieli o niczym pojęcia…

Coraz silniejsze oddalenie od czasu,

od miejsc, od zdarzeń.

Kiedyś nic już nie poznasz, tylko o serce,

o duszę,

o pamięć

trąci tęsknota bezdomna.

Odeszli na zawsze ci, co tu byli

i ze mną razem stworzyli przeszłość. Zostało tylko przedziwne echo tamtych głosów i kroków.

I tyle miejsc zostało w tej ciszy,

której nie sposób gdzieś za sobą zgubić.

Daleko jesteśmy, choć odchodzimy

jedynie w świadomość, coraz starszych ludzi.

Gnębiły mnie takie właśnie myśli, ale jednocześnie widzia- łam, jak ta nasza czarodziejska Czasoprzestrzeń porozumiewaw- czo puszcza do mnie oko. Co chwilę spoglądałam na kwiatki zerwane na zgliszczach dawnego świata, ale nakarmione już nowym słońcem i pokryte kroplami dzisiejszego deszczu. Tak przynajmniej sądziłam, tak to odbierałam. Zresztą nawet kolejny obrót w mózgu dawał gwarancję jakiejś zmiany czasowej. Czy się myliłam i na ile się pomyliłam miałam dowiedzieć się potem.

Zresztą miałam tu jeszcze jedną bardzo ważną sprawa do zała- twienia…

W kwiaciarni nie było klientów, za to był duży wybór kwiatów i zniczy. Wzięłam trzy wielkie róże w kolorze bordowym, her- bacianym i białym. Takie same, jak tamte dawne, cudowne, z Rajskiego Ogrodu. Już miałam wychodzić z bukietem i zniczem, gdy serce skoczyło mi do gardła.....Kwiaciarnia ofero- wała także inne akcesoria nagrobne, nie tylko znicze. Były tutaj alabastrowe aniołki, sztuczne wianki, wazoniki. Strażniczka światła wykuta w różowym kamieniu wyciągała niby prosto do mnie dłoń z pojemnikiem na znicz!!! Nie mogłam do niej nie podejść…

Pani sobie życzy coś jeszcze? Usłyszałam. Ile kosztuje Strażniczka Światła?

Słucham? Co takiego?

To znaczy, ile kosztuje ta figurka, usłyszałam ponownie wła- sny głos…

Aaa, ta figurka z pojemnikiem na znicz? To jest solidna robo- ta, kamień, brąz… Jest piękna, prawda? Ale jak pani ją nazwała? Strażniczką Światła?

Do widzenia pani! Pospiesznie wyszłam nie udzielając wyja- śnień i nie czekając na podanie ceny…

Cmentarz sprawiał tradycyjnie w moim postrzeganiu cmen- tarzy wrażenie kamiennego, sennego, drugiego jakby miastecz- ka, żyjącego swoim własnym życiem równolegle z miasteczkiem głównym, miasteczkiem żywych. Kucnęłam przy grobie na współczesnym już teraz cmentarzu, zapełnionym po brzegi nagrobkami. Położyłam kwiatki, zapaliłam mały znicz…

Wybieram się w Śmiertelne Gwiazdozbiory, ukryte za zasłoną smutnych mgławic.

Tam chcę naturę śmierci rozłożyć na elementarne cząstki,

tam chcę się z nią ostatecznie za wszystko rozprawić.

Rozpracować jej alchemiczne, strukturalne wzory

i palcem ułożyć z gwiazd JEJ wzór. Niech świat ujrzy!!! Królową obnażoną, aż do szkieletu pokory!

I zdarte z niej szaty czarnej chwały, niby łagodne niebo,

odarte z pozornie straszliwych chmur!


Cmentarne kwiaty, soczyste i zimne, oczom i dłoniom tak dziwnie niemiłe.

Ich barwy są głębsze nad wszystkie barwy, jak gdyby piły myśli umarłych.

I trwoga niema oczy opęta, gdy złożą na nich spojrzenie, a dłoń zastyga wyciągnięta

i cofa się… i nie dosięgnie kwiatów i myśli umarłych…

Zmęczonym wzrokiem patrzyłam, niby w jakiejś kontempla- cji na malutkie robaczki zwinnie zmagające się ze swoim życiem w swoim własnym wszechświecie… Ich Wszechświat znajdował się na zaledwie paru grudkach ziemi. To Zapracowani mali pra- cownicy Firmy Pogrzebowej Pana Boga. One prawdziwie zajmują się ciałem po śmierci i wykonują swą powinność idealnie. Jedynie ogień kremacji ma nad nimi przewagę, odbiera im pracę. Śmiesz- ni bardzo jesteśmy z pewnością, nadając większą rangę obrzę- dowi pochowania ciała w tradycyjny sposób, nad pochówkiem prochu w urnie. Sami siebie oszukujemy, ale tak jest pewnie dla nas lepiej. My wolimy, aby ciała naszych drogich osób podle- gały unicestwieniu powoli, bo sposób nagły nas przeraża… Czy łudzimy się, że w trakcie obrzędu stanie się cud Łazarza? I za co z kolei mamy w przypadku tradycyjnego pochówku taką pogardę dla mikrobów? Co nam właściwie da istnienie nietkniętego ciała, w którym już nie ma życia, na dodatek i tak na zawsze zasłonię- tego przed wzrokiem osób jeszcze żyjących w ciałach?

Czy kiedykolwiek zaakceptujemy śmierć?

Czy kiedykolwiek oddanie ciała ziemi będzie zaszczytem i schronieniem? Przecież, nie zgadzając się wciąż uparcie na oddanie ciała Ziemi, nie zgadzamy się tym samym jednocześnie z faktem, że byliśmy mieszkańcami tej planety! Równocze- śnie nie zgadzamy się na przyjęcie nowego, lepszego, bardziej duchowego ciała tam, dokąd idziemy, ciała niebiańskiego. A przecież, gdy dostajemy w tym ziemskim życiu nowe ubranie, cieszymy się…

Z wielką dumą i radością oglądamy się przed lustrem. Śmierć to zaszczyt i awans. Tak powiedziała moja Gosia na dwa lata przed swoją własną śmiercią. Śmierci nie boję się wcale, jed- nak przed cierpieniem drżę… mówiła dalej Gosia. Tak bar- dzo cierpiała potem…


Odziani w proch ziemi, pobrany w Wypożyczalni Wszech- świata, na chwilę zwaną życiem…

Zawsze wracamy oddać numerek, zawsze zdajemy szatę. Ona idzie w depozyt, do Archiwum Pana Boga, tam jest poddana oce- nie. Ocena szaty jest oceną użytkownika… Ja jednak z kolei pytam, co sądzą tam, na Górze, o szacie oddanej po roku lub minucie, więc nie splamionej świadomą decyzją.....Czy tylko to, że pożyczono ją przez pomyłkę? Albo, co sądzą tam o szacie oddanej po latach świadomie, własnoręcznie, lecz przed cza- sem. Czy na pewno to, że pożyczono ją tchórzowi? A może to był ktoś, kto tylko nie zgadzał się z porządkiem tego świata. Ktoś, kto cierpiał. Jaką miarą sądzić zbyt delikatne psyche? Tak słabe, jak nikły płomyk poddany testowi huraganu.....Nie ocenia się prze- cież jedną miarą oporu piórka i stali. Biorąc szatę w wypożyczal- ni, jesteśmy niczym goście z daleka, którzy zstępując z Komnat Nieba w progi obcego królestwa Ziemi, przez grzeczność odzie- wamy się w tutejsze stroje. Cierpię z powodu uwikłania w mate- rię. W cały ten jej brud, ciężar, w jej trudną konstrukcję, która więzi, powstrzymuje lot intelektu ku wyżynom i zatrzymuje roz- wój ducha, tej prawdziwej istoty naszej egzystencji. Ona nie

pozwala duchowi na rozwinięcie skrzydeł, krępuje te skrzydła sznurem tkanek, poddanych chorobom, zmianom starczym… Ona podcina brutalnym ruchem te skrzydła. Sprowadza na nas sytuacje, prowokujące wielkie zbrukanie sfery ducha odruchami, wynikającymi ze zwykłej biologii, fizyki, czy też chemii organi- zmu…

Aż któregoś dnia, u schyłku naszej ludzkiej, ziemskiej egzy- stencji, postrzegamy, że jesteśmy owiązani splotem na pół mar- twych tworów, nasz duch wyrywa się poprzez tę zniszczoną materię, przez jej dziury, jak przez sito. Skutecznie przytrzymy- wany jest jednak tą silną, choć zniszczoną, poszarpaną resztką tkanek…

Zawieszeni między niebem a Ziemią, my, istoty mocno czu- jące, świadome, inteligentne, więzione przez twór niedoskonały, prawie martwy, lecz silniejszy.

To właśnie wtedy, raz w życiu, tańczymy ten nasz wielki romantyczny, rozpaczliwy taniec między Niebem a Ziemią, nie należymy już bowiem w pełni do Ziemi i nie należymy jeszcze w pełni do Nieba.

…Ach te żałosne nuty bujnych majów, które szukając sposo- bu wyrażenia siebie, od zawsze wyciągały z serca cienkie włókna zbolałych tkanek, niby struny…

I ciągnącym, bezlitosnym ruchem wydobywały z nich płaczliwe tony, idące jakby spod palców smutnego grajka grającego na pile. Tak nienawidziłam żałosnych pieśni Foga i jemu podobnych artystów, krążących wśród kiści ciężkich od deszczu bzów i niskich, malutkich konwalijek krzycząc o rozstaniach ziemskich. Przez całe życie szłam obciążona wyrokiem, przez całe życie odbywałam pokutę. Szłam obcią- żona przyszłością odległą, która dziś jawi mi się bliższa niż widok z okna. A ja przecież chcę umknąć, ubiec los, nim mnie dopadnie. Gdzieś głęboko w sobie noszę niemą obietnicę Boga że uda mi się. Przecież, jeśli Bóg celowo, lub los przy- padkiem obdarzył kogoś wrażliwością przerastającą wszelkie rodzaje wrażliwości na Ziemi, to jednocześnie musiał wypo-

sażyć tego kogoś na przyszłość w bardzo niezwykły mecha- nizm obronny w postaci uniknięcia tego, czego przeżyć nie jest w stanie…

„Klisza mojego życia”

Wyjmij na chwilę, Panie

w głębokiej ciemni Swego Ja Jestem,

pod czerwoną lampą Marsa, w ukryciu, po cichu, częściowo zapełnioną kliszę mojego życia…

Weź w dłonie nożyczki czasu i zwyczajnie utnij od końca trochę pustych klatek…

Ty będziesz najlepiej wiedział, ile. Obdziel nimi Panie tych, których kocham…

Ich klatki na kliszy dobiegają końca, moich o wiele za dużo.

Nie pozwól na zmarnowanie klatek życia, nie każ mi odciąć ich kiedyś samodzielnie

i wyrzucić.

To moja wola, mój ziemski testament…

I nie martw się Panie, Twój Ojciec nie zauważy, nie doliczy się, to będzie nasza mała tajemnica, taka mała zamiana…

***


Bywa, że psychika staje się otwartą raną, a życie żrącym kwasem.

Ból miota się w ciasnych ścianach tkanek, przebija je wrzaskiem i rozlega w ciała

przestrzeni,

przeszywając na wylot całe zbolałe istnienie. Jałowy opatrunek z Hostii zmiękczonej łzami, co z oczu w gardło spływają i dławią, jedynym zdaje się ukojeniem,

chirurgiczną sztuczną skórą dla rany,

zbawienną obietnicą blizny.

Czy może istnieć doskonalsza postać modlitwy niż Hostia zmiękczona łzami człowieka?

I co teraz zrobisz Panie,

przemoczony do najgłębszej komórki Twego Ciała?

***

Znałeś mnie już wtedy, gdy ja nie znałam Ziemi.

Czy jestem dla ciebie jedną z tych małych, bezimiennych godzin,

które przesuwasz na szorstkiej nici czasu przez cierniową przestrzeń..?

Panie Boże… to boli!!!

***


Tyle już razy budził cię świt bezradny, kolejny dzień puste otwierał horyzonty. Piekielna niemoc spokojnego świata rzucała na życie smugę bezsilności.

Ty chciałeś przekroczyć granicę jej cienia i pewnie chwyciłbyś nitkę światła.

Lecz zawracałeś w przyzwyczajeniu, że nim ją dojrzysz — utracisz.

***


Już więcej nie dotkną cię czyjeś oczy, na scenie życia zastygła przeszłość, niby urwana akcja powieści.

Dni dalsze -kartki puste pozbawione treści jak monotonna wieczność,

jak pominięte w druku kartki książki.

Czy prawdziwie wszyscy jesteśmy mikrocząstkami monu- mentalnego tworu, o jednej, wspólnej, znużonej duszy i jednym cielsku niemrawym, bezsilnym, lecz posiadającym liczne recep- tory bólu, w postaci tryliardów indywidualnych istnień, tworem rozpiętym na ostrych narożnikach Konstelacji Cierpienia, przez zimną dłonią pozbawioną współczucia? Przecież nie taki jesteś Boże?! Czy wyskakując z kosmicznej monotonii, w chwili naro- dzin tracimy anonimowość na wieki, i raz nadaną tożsamość niesiemy z sobą wszędzie, dokądkolwiek zmierzamy? Czy może w momencie powrotu do Ciebie po śmierci ciała wtapiamy się w całość, tracąc siebie samego? Bo jeśli tak, to dłońmi rozpaczą zakrzywionymi w gigantyczne szpony, wydrapię niebu niejedną twarz kochaną, formując ją z nienawistnego chaosu bezimiennej materii na nowo!!!

Wiem, to nieprawda. Wiem, że w tym pozornie zagmatwa- nym chaosie słychać przez wieki tryliardy szeptów, radosny gwar osobowych istnień, szczęśliwy szmer spotkań na nowo… Tym razem na zawsze. Przyjazny odgłos otwieranych drzwi, w których co moment ktoś na zawsze wita się z kimś. Wiem dobrze to wszystko, lecz tak nienawidzę cię Ponura Pani, która każesz trwać w niemiłosiernym rozdarciu między Niebem a Ziemią, gdy ktoś odchodzi. Przecież reszta życia, jaka stoi otworem przed tymi, którzy zostali, nie jest już przestrzenią, w której chce się dalej żyć. Niech przepłynie utajona w przyspieszonym tempie, byle jak najszybciej zjednoczyć się z tymi, którzy odeszli!!! Naj- lepiej zaraz! Nigdy nie żal mi ofiar wypadków, które giną razem, nie zostawiając nikogo. Oto jest śmierć doskonała i pięk- na. O taką śmierć można modlić się padając na twarz przed Bogiem! I gdy słyszę beznadziejnie głupie westchnienia ludzi, którzy nic nie pojmują: „Dzięki Bogu, że chociaż to dziecko, że chociaż ten jeden człowiek ocalał” chce mi się krzyczeć:

„O głupcy, czy wy wiecie, co mówicie?!”

To rozdarcie boli aż tak, że kamienuje duszę i wykrzywia cierpieniem ciało. Tak nienawidzę tej twojej drwiącej twarzy

i wykrzywionego grymasem uśmiechu, o śmierci! Twych oczo- dołów, w których, niczym w zwierciadłach przeglądam się, nie widząc odbicia i krzyczę, KIM JESTEM?! GDZIE JESTEM?! DLA- CZEGO JESTEM.......jeżeli JESTEM. Bo chyba JESTEM, skoro czu- ję, jak boli? Kto wie, może mi przyjdzie przeprosić ciebie, o żało- sna Pani za wszystko, za to, że winię cię za ból, pod którym zgina się i łamie wiotki kręgosłup duszy? Ale jeśli jesteś naszą jedyną szansą spotkania na zawsze, choć dopiero po śmierci nas wszyst- kich, to być może nieświadomie nienawidzę w tobie dobroczyń- cę…?

Porażeni CZASEM niczym zarazą co osiada na ciałach cząsteczkami przemijania.

W którymś momencie zawsze odpadamy od gałęzi drzewa życia

i jak skażony owoc dotykamy Ziemi stapiając się z nią w jedno…

Ktoś kiedyś powiedział

tej zarazy nie uleczą

opryski najnowszej generacji w laboratorium Pana Boga mają sposób na wszystko prócz tego.

Może w twej twarzy, o Ponura Zegarmistrzyni nie ma ironii, drwiny, szyderstwa. Może ten grymas to ból, że nie jesteś rozu- miana, za to znienawidzona przez dusze docześnie owinięte materią? Snujesz się chyłkiem i cicho pod ścianami galaktyk, kryjąc twarz i postać całą. Przedstawiają cię bez oczu.......To pew- nie przez to, że nie śmiesz patrzeć nam prosto w oczy. Nie posia- danie tego narządu poniekąd ratuje cię przed nami, pielgrzyma- mi ziemskimi. Pewnie wstyd ci za twą powinność…?

Są role, które zagrać jest bardzo trudno. Tobie przypadła w udziale rola, za którą z ziemskiej widowni możesz otrzymać jedynie gwizdy. I nawet klaka ci nie pomoże. Gdy wchodzisz na

scenę, widownia pustoszeje. Nikt już nie chce ciebie oglądać. Graj sobie w teatrze jednego aktora, gdzieś na odległym wysy- pisku śmieci Wszechświata.......Przepraszam, jeśli źle ciebie oce- niam. Jednak moja ocena wynika z cierpienia. Są rzeczy, które bolą, lecz są dla nas dobre. To dobro trudne, bardzo trudne… Snujesz się cicho, przemykasz skulona chyłkiem, jak czarna sio- stra ze strzykawką w dłoni, która zadaje ból, lecz jednocześnie podaje dobroczynną szczepionkę, zabezpiecza na przyszłość w dar wieczności, ciągłości. Pamiętam do dziś świetnie moje roz- myślania o śmierci w wieku lat piętnastu. Napisałam wtedy takie krótkie rozważanie na temat corocznych nieświadomych rocz- nic swojej własnej śmierci i swoich bliskich, znajomych, przyja- ciół. Tak! Bo przecież dzień śmierci, jego dokładna data i godzi- na i miejsce, są wpisane w nasz los już w momencie narodzin! Każdego roku przechodzimy przez ten jedyny dzień, oznaczony datą i godziną, jak każdy inny, nie wiedząc, że to właśnie on, tylko rok wciąż jeszcze nie ten! Nigdy nie zapomnę dnia 01.01. 1978 roku, kiedy jako piętnastolatki szłyśmy z Gosią do naszego kościoła w pierwszy dzień Nowego Roku, w JEJ przyszłą „rocznicę śmierci”!! !

Gdy przychodzi ONA, niepotrzebna nam żałoba kupiona w sklepie, uszyta na miarę… Prawdziwą żałobą są nasze ciała, pozostałe

przy życiu.

Obleczeni w nie, pozostajemy oddzieleni tą nędzną materią od tych, którzy odeszli…

Kiedy minie okres żałoby? Dokładnie wtedy, gdy jązrzucimy, cokolwiek to znaczy…

Jedni zrzucają ciała świadomie, inni czekają na los.

Niech nikt nie ocenia czasu noszonej „żałoby”

przez kogoś, bo to rzecz bardzo względna.

Nikt ku temu nie ma praw

nikt nie zna konstrukcji czyjejś duszy a więc jej oporu na ból…

Pamiętam tak na świeżo (rok 2007) ostatnie misje w moim kościele. Pamiętam słowa księdza, za które byłam tak zła, że wręcz chciałam zrobić w tył zwrot. Chciałam odmaszerować do domu. To był ostatni dzień misji i ostatnie ich chwile. Staliśmy wszyscy na placu kościelnym, tuż po poświęceniu nowego Krzyża Misyjnego. I to właśnie wtedy padły te znienawidzone słowa, które były prawdą prawdziwą aż do bólu. Ksiądz mówił dono- śnym głosem: „Nie bójcie się spojrzeć na te drzwi! To tędy was kiedyś wniosą!” Konsternacja sięgała zenitu, ludzie kierowali wzrok wszędzie, byle nie na te drzwi. Ksiądz mówił dalej: „Nie bójmy się wreszcie powiedzieć, że to ostatnie misje w życiu wielu z nas!” Tego było za wiele… Cóż, prawda boli i najczęściej nie jest przyjemna. Ludzie kierowali wzrok wszędzie, byle nie na ten krzyż. Ale właśnie w jeden z takich misyjnych dni, a było ich sporo, poprosiłam Boga o znak. Podjął temat chętnie, zawsze ze mną tak dyskutował, to nie było nowością. Otóż przedstawiłam Mu pewien najtrudniejszy dla mnie temat, dotyczący mojej i nie tylko mojej egzystencji oraz śmierci. Bóg znał ten temat wyryty bólem na ścianie mojej duszy od dawna. Ja jednak przypomnia- łam Mu się, zażądałam znaku, ostro targowałam się z Nim, pro- ponując wręcz handlową umowę na zasadzie coś za coś. Pew- nie w oczach wielu byłabym w tym momencie śmieszna, ale to mnie nie obchodziło. Byłam zdesperowana do granic niewy- obrażalnych, wiedziałam, czego chcę, stawiałam wymagania…

***


Co chwilę przypomina mi się fakt istnienia śmierci na Ziemi…

I wtedy Wszechświat dotyka mnie całą naraz miliardem cierni…

Wiedziałam czego chcę i Bóg to docenił. Kto to może wie- dzieć, czy nie byłam w tym wyjątkowym momencie mojego życia jednym z niewielu, a może jedynym szczęśliwcem, któremu Bóg odpowiedział. W końcu, aż po dzisiejszy dzień wierzę, że tylko ja dostawałam zaproszenia do ogrodu babci w postaci pierwszej truskawki w słoiczku. A może Bóg docenia takich desperatów?! Na falach alfa ukazał mi odwieczny znak przymierza wyświetla- jąc na ekranie nieba ogromną tęczę i przekazując mi w postaci myśli, że dziś odezwie się do mnie jeszcze raz, potwierdzając to przymierze!!! Tego dnia chodziłam dumna i szczęśliwa, ale nie mająca pojęcia, jakie potwierdzenie da mi dziś jeszcze Bóg. Wyszłyśmy z mamą parnym popołudniem na kolejne spo- tkanie misyjne. Szłyśmy chodnikiem na terenie naszego osie- dla, aż…

Spójrz! Usłyszałam głos mamy i ujrzałam jej wzrok skierowa- ny na niebo. Podążyłam zachłannie za jej wzrokiem i ujrzałam na jawie, na falach beta.......prawdziwą tęczę!

Z misji tego dnia niewiele zapamiętałam, chociaż chylę czoło przed doskonałą całością Misji, w wykonaniu wspaniałego księ- dza Piotra Prusakiewicza, za to na zawsze zapamiętałam łomot serca w głowie i w gardle oraz nieprzytomne ze szczęścia, moje rozwiane szczęściem myśli z powodu tęczy...Niezwykłej Tęczy… Moje rozważania na cmentarzu, nad grobem babci przerwał mimowolnie skierowany na tarczę zegarka wzrok. O rany! Może

jeszcze zdążę…

Dziś byłam w miejscach, do których wciąż wracam,

lecz które straciłam.

Na jawie chodzić tam nie mam już po co, lecz idę, bo nie iść woli nie mam i siły.

O martwe ścieżki!

Jesteście jak ciało porzucone przez duszę, żywa przeszłość nim spostrzegłam z was uszła. Minął czas wyznaczony przez ludzi,

czas bez sensu, osaczony granicami bez złudzeń.

Zwykłym słowem, jakimś prawem człowieczym, nie życie mi przerwano, lecz coś

co znaczyło więcej.

Z cmentarza podbiegłam na przystanek, mój autobus odjeż- dżał za moment. Spojrzałam na pobliską wystawę starego zegar- mistrza i po prostu musiałam podejść…

Klepsydra znów spokojnie pracowała na popiół starych wypalonych słońc i róż, ale ludzie myślą, że każda klepsydra pracuje na piasek, poszarzały dziesięcioleciami i zamknięciem w szklanym więzieniu.

Może to i lepiej. Niektórym lżej się żyje, gdy przyjmują życie zwyczajnie, tak jak je namacalnie widzą. Dopatrywanie się cze- goś więcej, najczęściej wprowadza ludzi w zdenerwowanie. Wszystkie klepsydry pracują na piasek i koniec. Ale nie dla mnie… Tym razem okno wystawowe, na którym stała klep- sydra nie było oknem wystawowym starego zegarmistrza, lecz oknem wystawowym....pewnej Starej Zegarmistrzyni — śmierci. Była oknem wystawowym zakładu pogrzebowego…


Autobus stanął na przystanku punktualnie. Wykupiłam bilet, wsiadłam. Droga mijała spokojnie, powietrze było normalne, żadnych sensacji. Moja podróż powrotna dobiegała końca i upły- nęła na rozmyślaniach na temat ostatnich zdarzeń i dziwnej książki…

Niedowierzając, ujrzałam nagle w swoich własnych dłoniach starą fotografię, na której dosiadałam konia na biegunach w Rajskim Ogrodzie babci, mając 3 lata… Na odwrocie widniała dedykacja ode mnie dla babci. Była napisana dłonią mamy. Obra- całam cenną fotografię w dłoniach, delektowałam się jej materią. Wysiadłam wreszcie z fotografią w dłoni na dworcu w moim mie- ście. Nagle poczułam znajomą niemoc w nogach… Nie mogłam swobodnie iść. Szłam pod jakiś wiatr, zgięta wpół. Zobaczyłam

znajomą mgłę, niby wrota z mandalą. Widziałam je, jakby od drugiej strony i poczułam nieprzyjemne przekręcenie czegoś w mózgu, niby kluczyka w zamku. Tym razem w prawą stronę… Przekroczyłam dziwne wrota i… ujrzałam mężczyznę w czerni, który szybkim gestem wziął z moich dłoni nieznanej mi zawar- tości mały pakunek, o którego istnieniu w moich dłoniach nie miałam pojęcia, podał kolejny, taki sam, pusty, i usunął mi się z drogi. Przepuścił mnie, ale czułam, że jego nadzór się nie skoń- czył, że jeszcze go zobaczę. Czułam, jakbym oddała mu jakieś nagranie na taśmie filmowej lub coś w tym rodzaju i jakbym wzię- ła od niego koleją, czystą taśmę. To nie była wiedza, ale odczu- cie. Ujrzałam wreszcie na niebie mój znajomy znak nieskończo- ności w normalnej już pozycji. Teraz napis na ekranie nieba głosił mniej więcej to, co widać poniżej, na ile zdążyłam dokładnie zapamiętać:


SYNTEZA CZASOPRZESTRZENNA.

Powtórna agregacja cząsteczkowa po procesie przebudowy struktury czasoprzestrzeni przyszłej.

Proces rozpoczęty.

Wykaz kolejnych poziomów:

8

7

6

5

4

3

2

1

Ocena substancji przyczynowej dokonanych zmian: POZYTYWNA, UZASADNIONA.

Nowy układ sytuacyjny czasoprzestrzeni przyszłej: ZAAKCEPTOWANY.

KONIEC. PROCES NIEODWRACALNY.


Nieprzyjemne szarpnięcie moim ciałem, głośny szum.

To radio, albo i nie i....SZOK…

Stara fotografia ściskana około ośmiu ziemskich godzin w dłoni nieco się zgniotła, ale tylko trochę. Dłoń nieco bola- ła w przymusowym, lekko tylko poluzowanym sennym zwiotczeniem uścisku, ale nie wypuściła cennej zawartości przez całą noc, w moim własnym domu, w moim mieście, w obecnym czasie....Dopiero teraz funkcjonowałam na falach beta, czyli na jawie. Rozczarowanie? Nie, już nie. Wyłączyłam radio, a właściwie jego „biały szum”. Usiadłam nieco oszołomio- na. W promieniach poburzowego słońca poranka błyszczał mały górski kryształ na zewnętrznym parapecie… Dawno temu dała- bym się zbyć komuś po opowiedzeniu całej tej historii słowami: to był tylko sen. Dziś doskonale zdaję sobie sprawę, że to był aż sen, a więc wspólny grunt, na którym spotykamy za przyczyną fal alfa, delta i teta istoty pozbawione ciała fizycznego, które znali- śmy jako istoty posiadające to ciało. One nie mogą już wkroczyć na nasz grunt. Warunkiem kroczenia po tym gruncie jest nada- wanie oraz odbieranie na falach beta i gamma, a co za tym idzie posiadanie ciała fizycznego, które utracili. Jednak istoty posia- dające ziemskie ciała fizyczne, mogą funkcjonować zarówno na falach beta i gamma, jak i na falach alfa, delta i teta, a więc na falach, na jakich oni funkcjonują jedynie. Na falach tych odwie- dzamy także miejsca drogie sercu, które zostały daleko za nami, bo tkwiące w przeszłości. Pozornie daleko. Istnieje też zjawi- sko snu we śnie, lub snu kontrolowanego, to jest kontrolowa- na przebłyskami fal beta podróż na falach alfa, teta i delta. Ist- nieją nieskończone ilości tuneli z fal. Możemy nimi przemiesz-

czać się, jak „bogowie”, jeśli jeden raz chociaż doświadczymy dotyku czegoś więcej. Jeśli uruchomimy w sobie nieaktywną for- mułę boską. Wtedy posiadamy ten dar już na zawsze. Właści- wie nie dar, bo dar jest pojawieniem się czegoś, czego nie mie- liśmy. Jest to odkrycie, odblokowanie skarbu, który każdy z nas nosi w sobie, jako wyposażenie od samego urodzenia. Ale wypo- sażenie to należy skutecznie rozpakować i używać, a to nie każ- demu jest dane za tego życia, na tej planecie. Ten pakiet jest przeznaczony dla ludzkości na nieco później, gdy „dosięgniemy gwiazd”. Nieliczni, lecz coraz liczniejsi jednak rwą się do tego już teraz z własnej lub narzuconej ewolucją duszy wolą, i to właśnie u nich pakiet rozpakowuje się jeszcze na tej Ziemi. Mam zaszczyt zaliczać się do tych szczęśliwców.

Jeśli sądziłam, że ta odbyta właśnie podróż była zdarze- niem jedynym, niepowtarzalnym, że była finałem wszystkie- go, myliłam się w sposób niewyobrażalny! Podróż, ta naj- ważniejsza i też nie ostatnia, bo miało ich być jeszcze wiele, wciąż stała przede mną, niczym chwilowo zamknięte drzwi szczęśliwej tajemnicy…

Następnego dnia, „po powrocie do domu” już nie spieszy- łam się do autobusu, odjechał beze mnie. Moja podróż odbyła się kilka godzin przed planowanym czasem. Odbyła się prawdziwie, tylko na innym rodzaju fal, a przez to tym bardziej prawdziwie. Podróż ta posiadała w sobie żywą, aktywną esencję. Ta niedoszła podróż na falach beta i gamma byłaby podróżą zewnętrzną, nie- aktywną, a przez to nieprawdziwą. Byłaby sentymentalną wizytą w MUZEUM. Natychmiast pofatygowałam się sprawdzić zawar- tość strony internetowej, na której można znaleźć daty wszyst- kich ważniejszych zaćmień słońca i księżyca w dowolnym czasie. Niestety, w dniu mojej niezwykłej podróży, ani też w pobliskim czasie takie zjawisko nie miało miejsca. Sprawdziłam też daty zaćmień z tamtych lat, lat Rajskiego Ogrodu babci. Także nic szczególnego nie znalazłam. Czym było więc zjawisko wygląda- jące na prawdziwe zaćmienie, zjawisko bardzo zresztą wyraź- ne?! To pojęłam do końca dużo później, ale i tak domyślałam

się wszystkiego dużo, dużo wcześniej. Szukałam jednak bezsku- tecznie przedmiotów, które powinny razem ze mną znaleźć się po „podróży” w moim domu, w moim mieście, jeśli ta podróż zdarzyła się prawdziwie, ale nie znalazłam. A przecież podróż zdarzyła się prawdziwie. Usiłowałam sama sobie tłumaczyć, że te przedmioty miały wartość symboliczną. Wmawiałam sobie, że nie istniały prawdziwie, ale sama nie dowierzałam takim nie- dorzecznym, tłumaczeniom. Zrozumiałam i ODNALAZŁAM je nieco później. Odnalazłam trzy bilety, dla mnie i dla rodzi- ców. Odnalazłam testament babci i okruchy antrahotu. Odnalazłam wynik badań laboratoryjnych, oraz klucze do Nowego Domu…

Coś stało się także po mojej podróży z zegarkiem. Widzia- łam to na falach beta, zwanych popularnie jawą. Być może tylko skończyła się bateria? Przecież dopiero, co ją wymieniałam. Swoją drogą szybko jej poszło! Skoro zrobiła taką drogę w prze- szłość w tak zawrotnym tempie, lecz w tak skróconym czasie, to i tak była dzielna. Ale zegarek musiałby wówczas podlegać prawom czasoprzestrzeni, do której zostałam wciągnięta na okres przeżywania tej opisanej historii!!!

Przed pójściem spać nie zdjęłam go z nadgarstka…

Poza tym, pod szkiełkiem tkwił ruchomy pył, niby kurz. To pewnie był proch, jaki pozostał po tej czwartej wskazówce z zimnego, srebrnego światła, ślad po igle magnetycznej. To ona tak wyczerpała zegarek!

Zegarek był też lekko zaparowany…


Po drodze do zegarmistrza, mijałam staruszki sprzedające kwiatki z własnych ogrodów na skraju chodnika. Podeszłam. Samego dna serca sięgał zapach tych bukiecików… Jeżeli mogło- by istnieć coś bardziej absurdalnego, a jednocześnie bardziej romantycznego, to sprzedawca dmuchawców byłby tym na pew- no…

Jak zdesperowanym, a jednocześnie, jak szalonym trzeba się stać pod wpływem jakichś okoliczności, żeby sprzedawać dmu-

chawce? Staruszka tak podobna do babci, do której podeszłam z zamiarem zakupu ogrodowego bukietu, oprócz cegiełek, pach- nącego groszku i jeżówki, róż, narcyzów i innych kwiatków sprze- dawała właśnie dmuchawce. Mogłam nazrywać ich całe garście na łąkach, ale nie. Ja kupiłam je od niej… Bo liczył się sam fakt tego romantycznego absurdu. Liczył się poryw zrodzony w chwi- li, pod wpływem czegoś, pomysł. To było warte nie przysłowio- wej złotówki, lecz fortuny! Romantyczna, absurdalna myśl warta fortuny. No, bo kto rozsądny zapłaci za tak ulotną materię, do której prawo ma jedynie wiatr, materii, jaką na dodatek można zebrać na każdej łące, każdym trawniku, byle tylko trafić na wła- ściwą porę roku. Bywają też pory serca, duszy, pory ludzkiego życia, pory szczególne, w których na rzeczy pozornie zwyczajne patrzy się inaczej Kupiłam jeżówkę, szorstką, czerwono brązowo pomarańczową. Kupiłam też cegiełki. Takie same, jakie rosły w ogrodzie babci. Zamierzałam je niebawem złożyć na grobie przyjaciółki. Staruszka sprzedająca kwiaty miała twarz, sylwetkę i dłonie babci. Nawet sukienkę miała w stylu tamtych lat. Kiedy uśmiechając się wydawała mi złotówkę reszty, poczułam delikat- ny dreszcz. Powłoka doczesna prawie taka sama. Duch jednak obcy. Patrząc w jej oczy czułam się, jakbym chciała uparcie ujrzeć znajomy krajobraz, spoglądając jednak z niewłaściwego okna i dlatego nie dojrzałam go. Ona nie rozpoznała we mnie nikogo, byłam dla niej tak obca, jak obcą jest osoba stojąca w czyimś oknie po raz pierwszy. Ale podarowała mi coś, pewnie nieświado- mie. Pewnie ktoś posłużył się jej dłonią, gdy wydawała mi resztę, pewnie ktoś chciał mi dać znak, że podróż, którą odbyłam odby- ła się prawdziwie. Może nawet jeszcze bardziej prawdziwie, niż gdyby odbyła się na falach beta. Przecież różne są środki komu- nikacji, nie wszędzie jedziemy tramwajem, i nie wszędzie może- my dotrzeć pociągiem. Do przeszłości nie da się dotrzeć żadnym autobusem, pociągiem, bo ona znajduje się na stacji najbardziej odległej w przestrzeni i jednocześnie najbliższej z możliwych, bo na stacji ukrytej w głębi serca, więc w nas samych. Tam jednak trafiamy jadąc pociągiem z fal alfa, delta i teta.

Zegarmistrz wziął z moich dłoni stojący zegarek. Podszedł do swojego stanowiska pracy. Włączył lampkę. Teraz patrzył przez lupkę, otworzył kopertę zegarka, coś przy nim zrobił, włączył jakieś urządzenie i po dłuższej chwili już szedł w moim kierun- ku…

Nie przebywała pani przypadkiem ostatnio w wilgoci albo kurzu? A może zegarek wpadł pani do wody, lub zamoczyła go pani niechcący?

Nie… Chyba nie...Nie wiem… Właściwie to w pewnym sen- sie tak…

Zegarek był zaparowany i miał pod szkiełkiem kurz. Poza tym wyczerpała się bateria. Nic pani nie płaci, bo pani wymie- niała u mnie bateryjkę jakiś tydzień temu. Zgadza się? Przepra- szam Panią bardzo, musiała się trafić niesprawna. Kurz starannie wyczyściłem, wilgoć osuszyłem. Bateryjkę oczywiście wymieni- łem, powinno być dobrze.

Ależ proszę pana, ja zapłacę za tą bateryjkę!

Nic podobnego. No, najwyżej złotówkę za oczyszczenie kurzu. Proszę bardzo. Już wyciągałam dłoń ze złotówką. Cofnę- łam ją nagłym ruchem!

W tym momencie, przyznaję szczerze, chciałam zataić coś w swojej opowieści, ponieważ było to tak przereklamo- wanym, naiwnie brzmiącym banalnym zdarzeniem, iż wsty- dziłam się dla dobra sprawy o nim napisać. Jednak się zda- rzyło, więc zaryzykuję. Chodzi o złotówkę reszty.

TA złotówka była resztą wydaną przez staruszkę, bo nie zauważyłam jej wcześniej w portfelu i… pochodziła PRAW- DZIWIE z tamtych odległych lat! Ona dawno temu wyszła z obiegu! To nie był żaden cud, żadna rzecz niespotykana, niemożliwa. Zdarzały się podobne rzeczy od czasu do czasu tak samo, jak pieniążek obcej waluty przypadkiem lub celowo wmieszany przez kogoś do obiegu, ale w tym przypadku nie mogło być nawet mowy o braku szczególnego znaczenia tego zjawiska. Po chwili podałam zegarmistrzowi właściwą złotów- kę…

Tu pragnę wspomnieć o pewnym zdarzeniu, też niepraw- dopodobnym, a jednak prawdziwym. Zdarzyło się bez względu na to, co ktoś o tym pomyśli. To był rok 2008/2009. Wracałam z kursu zawodowego, z nowo poznaną na tym kursie koleżanką, jej samochodem… Nie przypuszczałam, że właśnie od niej dowiem się całej prawdy, smutnej prawdy (tyle, że smutnej już nie dla mnie) o roku 1984, w którym to moje prywatne, młode życie legło w gruzach. W momencie, w którym wiedziałam już absolutnie wszystko, samochód koleżanki zatrzymał się na moim osiedlu. Wysiadłam. Wtedy to ziemia wyrzuciła wprost pod moje nogi starą zardzewiałą monetę, dokładnie z roku 1984. Mam ją w domu…

Nie pojmuję dlaczego czasoprzestrzeń tak porozumiewa się ze mną, cierpię czasem przez to ze względu na innych ludzi, któ- rzy dopatrują się w tym „dialogu” jakiegoś kłamstwa. Oni jednak tylko zwyczajnie nie rozumieją. Na szczęście wszyscy ci, którzy rozumieją uśmiechną się w tym momencie porozumiewawczo.

Dziękuję panu bardzo, do widzenia…

Z mieszanymi uczuciami wychodziłam w senne południe ze sklepu zegarmistrza o autentycznej nazwie ”Czas”(!) przy ulicy Mickiewicza w moim mieście, wsłuchując się w głos z radia zapo- wiadający pogodę długoterminową. Spodziewany jest znów nawrót gorącej fali powietrza. Będą burze i złe samopoczucie. Pozostawało dręczące pytanie, czy wszystko to zdarzyło się dzię- ki burzy atmosferycznej, jaka przeszła nocą, czy dzięki elektrycz- nym zjawiskom wewnątrz mnie samej…

Czy radio i kryształ miały z tym coś wspólnego, czy nie?

Z lekkim uśmiechem, którego przyczynę znałam jedynie ja sama, ruszyłam do domu. Po drodze odruchowo spojrzałam w stronę staruszek sprzedających kwiatki…”Moja” staruszka sie- działa nadal, jakby nie miała o niczym kompletnego pojęcia. Podeszłam raz jeszcze, dyskretnie spoglądając na nią, ukryta pośród innych kupujących. Spojrzała na mnie jakby pytaniem. Czyżbym jeszcze czegoś chciała?…Owszem chciałam. Chciałam wejść jeszcze raz… Kupiłam za złotówkę garść dmuchawców,

jakbym kupowała na zapas bilet powrotny do tamtych czaso- przestrzeni… Oddałam starą złotówkę czasoprzestrzeni, puści- łam w obieg. Kwiatki wraz z dmuchawcami zawędrowały oczywi- ście na grób przyjaciółki. “Śnię sen in excelsis deo” Taki napis pokazała mi podczas nocnego spotkania na swoim własnym gro- bie. Napisu oczywiście nie ma, no bo komu i jak mam o nim powiedzieć? Reakcje ludzkie bywają różne. Może kiedyś jednak powiem…

Moje kroki skierowały się po jakimś niedługim czasie od tego zdarzenia do zakładu fotograficznego. Wypstrykałam niedawno do samego końca kliszę, którą przygotowałam na moją niedoszłą podróż na ziemskich falach. Zastąpiła ją podróż o wiele potęż- niejsza… Dokończyłam kliszę oczywiście na zwykłym, ziemskim spotkaniu z koleżanką oraz na działce. Film jest zmarnowany, rzekł fotograf oddając mi pusty aparat… Klisza jest prześwie- tlona, biała. Musiała pani zrobić coś nie tak. Z pewnością tak było, odrzekłam, nie chcąc wdawać się w dyskusję, która i tak niczego nie zmieni. Co najwyżej ośmieszy mnie w oczach nie- świadomych przecież niczego „normalnych” ludzi…

Aparat w trakcie mojej „podróży” leżał na biurku, jakieś trzy metry od miejsca, w którym spałam, z kolei zegarek miałam na ręku. Nie wymyślam tu absurdów, sadzę jednak, że zadziałała jakaś energia na aparat i bateryjny zegarek. Nie znam tylko naukowego wytłumaczenia tej sprawy, jednak ono istnieje i wytłumaczyć to może nauka o sprawach parapsychicznych.


To, co przeżyłam nie dawało mi spokoju, radosny niepokój ciągnął się za mną, jak uporczywy zapach niezmywalnych per- fum, którymi mnie naznaczono…

Kiedyś wrócę tam na pewno. Kiedyś wszyscy wrócimy do wie- lu domów i ogrodów i miejsc naraz. Każdy będzie spotykał każ- dego w takim domu, z jakiego go znał… Jedni będą mieli kilka domów: dom dzieciństwa, dom dziadków, dom lub domy wieku dorosłego. Niektórzy będą mieli jedyny dom rodzinny i dom dziadków, lub tylko jedyny dom rodzinny, albo dom dziecka.

Będą też tacy, którzy nie dadzą rady odtworzyć TAM myślą swo- ich domów ziemskich, bo ich zwyczajnie nigdy nie mieli. Czy i po tamtej stronie będą bezdomni? Będą też tacy, których nikt nigdy nie zaniósł nagranych na taśmie pamięci do Boga w godzi- nie śmierci. Czy i po tamtej stronie będą samotni? Czy po tamtej stronie są leżący na ulicy, brudni, głodni i niepotrzebni?! Ludzie odchodzący do Boga są nośnikami naszych uczynków jeszcze za naszego życia!!! Jeśli nie było w naszym życiu ludzi, kto opowie o nas Bogu?!!! Przecież, jeśli zapraszamy kogoś na ucztę muzycz- ną, a puścimy mu pustą płytę, to ten ktoś wstanie i wyjdzie, bo nie ma czego słuchać! Poczuje się oszukany. Bóg też poczuje się oszukany, jeśli na nasz temat usłyszy od innych ludzi milcze- nie. Nie po to dał nam życie…

***


Gdy oceniamy ludzi, ich czyny, myśli, emocje, często jesteśmy niczym niedouczeni sędziowie. Zawsze wtedy odbijamy piłeczkę raz w tę,

raz w inną stronę. Ile chwil, ile kątów patrzenia,

ile wahań nastrojów, tyle ocen. I każda błędna. Miotamy się, nie rozumiejąc sami siebie,

a chcemy oceniać nieznany nam grunt, jakim zawsze dla nas będzie czyjeś wnętrze. Ludzi wolno nam tylko kochać,

choć to tak niemożliwe, lub przynajmniej trudne…

Nie istnieje miernik ludzkich serc, tu na Ziemi. Wyrok wydany wczoraj, dziś byłby inny,

lecz egzekucja wykonana pośpiesznie, w złości, nie dała szansy spojrzenia pod innym kątem.

Utracony przyjaciel, czy obrażony obcy przechodzień,

każdy z nich, to przecież był CZŁOWIEK!!!

O domach i miejscach odtwarzanych myślą po tamtej stronie opowiedziała mi będąca tam przyjaciółka, babcia i zmarły sąsiad. Potem dowiedziałam się o tym zjawisku z najnowszych odkryć sławnego badacza życia ludzkiego po śmierci i… oszalałam z radości. Wszyscy odtwarzają tam DOMY!!! Dlaczego? Czy dzieje się tak na skutek strachu przed nieznanym? A może, jeśli porzu- cimy strach i uwolnimy się od przywiązań do konkretnych miejsc, ujrzymy TAM DOM, o jakim nie śmieliśmy marzyć? A może, jeśli porzucimy strach i uwolnimy się od przywiązań do konkretnych ludzi, ujrzymy prawdziwie kim jesteśmy my sami i kim są inni?

Swoją drogą, wolę to pierwsze. Może nie dojrzałam niestety do takiej odwagi. Ja czekam na piękny powrót do aksamitnych wieczorów, całych w balsamicznej maciejce w ogrodzie babci, wieczorów na naszym podwórku z dzieciństwa, w które sąsiedzi szli z bańkami po mleko do gospodarzy, do nadmorskich podróży, niby do krainy czarów, do czasu, kiedy takie trudne i smutne tematy, jak dorosłość, starość i śmierć dotyczyły innych…

Światło pełnego księżyca,

nurkując w pamięci wygasły krater, odkryło nagle w mistycznym ogniu, miejsca zastygłe przed laty…

Tu, nad Ogrodem ukryte były chłodne płomienie, nie z tego świata, które na Ziemię się dostawały

mglistego oparu westchnieniem szkarłatnym.

Róże do tego Ogrodu

po eterycznych schodziły drabinach, same były ze światła i chłodu,

ich serca biły kruszcem rubinu.


Deszcz w wyższych piętrach Nieba, ma ciało z opiłków srebra…

Tam, ich ciężarem zgięte żyją róże.

Gdy dziś je zrywam przez mistyczne wejście, dłonie mi muska magnetyczna burza.


W powietrzu leżącym na Ogrodzie latem, był ciężar Stamtąd idący.

Choć żarem czerwców kolejnych spalały się słońca,

srebrny szron cicho na rękach osiadał i kwiatach.


Róże krwią przyszłych historii żyły, kryjąc ich źródło głęboko w korzeniach, i przez to myśli szczęśliwe piły,

w upojnej hipnozie, w westchnieniach.


Lunarną rosę z płatków aksamitnych róż, zmieniała noc w czasu lusterka.

W nich przyszłość odległa przeglądała się już rajską łuną i zbędnym lękiem.

Ciała róż pijane krwią lata,

ciężko stały między Niebem a Ziemią… Przepełnione jak serca, niby dzwony drżały, słodko cierpiąc w Noc Przesilenia.

Wielkiej Mocy na Wielkie Przejście,

stare gwiazdy z pyłu przeszłości doznały… W hołdzie szalonym, w podniosłym geście, nieba minione w sekundach wracały.

I wszystkie świetlne i ziemskie zjawiska, z prochu wstawały na nowo gorące… Nawet na popiół dawno spalone,

znad Ogrodu wschody i zachody słońca…


Pamięcią ze światła i w butach ze szkła, ruszył czas w powrotną drogę

i mgłą ze starej fotografii, zaciągnął za sobą zasłonę.

Na kraterze pamięci pieczęć

z żalu zastygłego soczystej łzy plamą

i przymierze zawarte dotykiem ostatnim. Wejście za wrota z mgły na starej fotografii, siecią młodych dni, jak pnączem nowych róż zasnuje czas niebawem…

Pewnej czerwcowej nocy innego już roku, zwyczajnie poszłam spać. Nic właściwie nie zapowiadało zdarzeń niezwy- kłych, ale one najczęściej pojawiają się, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Nagle poczułam znajome spowolnienie pracy mózgu i znajome mi dobrze lekkie porażenie powierzchni ciała. Czułam, że coś dzieje się na ciemnej, nocnej ulicy, oświetlonej jedynie światłem osiedlowych latarni. Wstałam i z dość dużym wysiłkiem, dotarłam pod zasłonięte okno mojego pokoju. Ruch sprawiał mi trudność, w pokoju wiał magnetyczny wiatr. Doszłam do okna, uchyliłam jedną zasłonę…

Ze strachu szybko ją zasunęłam. Głównym chodnikiem naszej ulicy powili przechadzał się człowiek w czerni!!! Pokona- łam strach, znów niepewnie odsłoniłam jedną zasłonę i przy- glądałam mu się. Spacerował i co moment spoglądał w moje okno, jakby na coś czekał lub dawał znak, że znów zbliża się coś ważnego. Po pewnej chwili pod poduszką zadzwoniła komórka. Drżącą z emocji dłonią wcisnęłam odbiór i poprzez cichy jakby szum wody i przez gwar jakichś rozmów z odczuciem pogłosu nagle zabrzmiał głos Gosi. Gosia konspiracyjnym głosem poin- formowała mnie, że właśnie coś ode mnie otrzymała. Jednak to jeszcze nie jest koniec tego czegoś. Mam teraz przygotować się na ciąg dalszy i podjąć wyzwanie… Tak jakoś to wszystko brzmia- ło. Chciałam znów podejść do okna i zasunąć zasłony, lecz dłoń trafiła w powietrze. Leżałam i właśnie otworzyłam oczy. Szyb- ko wyskoczyłam spod kołdry, komórki pod poduszką nie było. Odsłoniwszy zasłonę niecierpliwym wzrokiem chłonęłam widok spokojnej, pustej ulicy. Mężczyzna cały w czerni spacerował nią

przed chwilą rzeczywiście. Tylko, że nie był z tego wymiaru i dostępny był na innych falach. Podobnie było oczywiście z tą moją komórką. Dlatego widzieć tego człowieka mogłam jedynie na falach alfa i odebrać komórkę też. Dla fal beta wszystko to pozostawało niedostępne. Jakby na to nie patrzeć, komórkę zdecydowanie odebrałam, mężczyzna był za oknem i sygnali- zował nadejście czegoś bardzo ważnego. Ważne nadeszło dużo szybciej, niż się tego spodziewałam…

CZĘŚĆ DRUGA: ANNO DOMINI DWA TYSIĄCE XYZ…

Głęboką, aksamitną, letnią nocą roku 2008, grupa z pewno- ścią nie przypadkowych osób powolnym krokiem zmierzała w kierunku zachodnim, w stronę byłego stadionu, w pobliżu naszego domu, w moim mieście. W domach zostawiliśmy, porzu- ciliśmy świeżo ubrane choinki na święta Bożego Narodzenia i Sylwestra jednocześnie, tego samego dnia.....latem. Byliśmy ewidentnie w transie. Nie odzywaliśmy się ani słowem do sie- bie, nie było takiej potrzeby. Za to posiadaliśmy wcześniej wyuczoną zdolność lekkiego unoszenia się nad powierzchnią zie- mi na jakieś kilka centymetrów, czując MOC. Szliśmy jakby na nagłe wezwanie, któremu nie wolno się oprzeć, byliśmy wręcz zaprogramowani, skądś to już znałam! Skądś znałam te posuwi- ste, szybkie ruchy i odczucie transu. Wiem, wiem, to po prostu inne fale. Szliśmy na wezwanie Michała Archanioła. A wszystko odbyło się tak. Zasiedliśmy wszyscy do dziwnej Wigilii w nastroju wręcz bajkowym. Radosny spokój i szczęście zmierzały z wyso- kości ku sercom powolnym ruchem opadającego płatka śniegu i osiadały na nich pokojem opłatka. Nagle, w trakcie świętowania przemienił się nasz pokój i sądzę, że takiej samej przemianie ule- gły mieszkania innych, wybranych ludzi. Pokój stał się ogromny, wysoki, pełen blasku, przypominał świątynię. Pojawiło się kilka choinek jednocześnie i kryształowe żyrandole. Wszystkie choinki były nieziemsko piękne, wszystkie błyszczące i ubrane na czer- wono, wszędzie płonęło mnóstwo świec. Popłynęły tony kolę-

dy, ale one brzmiały w ultradźwiękach, wiedziałam to. Dźwię- ki były przemienione, albo raczej nasze uszy przestrojone na inne słyszenie. Sądząc po wyglądzie pokoju, również nasze oczy były raczej przestawione na inne widzenie. Usłyszeliśmy głos:

„Włączyć radia, ustawić dokładnie na skali.” Tutaj padły jakieś namiary, w przestrzeni z kolei ukazała się trójwymiarowa wirują- ca czaszka. W okolicy uszów czaszka miała skalę z cyframi… Mie- liśmy też nałożyć jakieś kaptury służące prawidłowemu słysze- niu. Przy manipulacji gałkami prastarego i jednocześnie nowo- czesnego na sposób kosmiczny radia Rapsodia, tego z zielonym oczkiem pojawiły się trzaski, wyładowania oraz błyski. Nagle w naszym pokoju pojawili się inni ludzie, odbyła się pasterka i ludzie ci odeszli. Zostałam sama z rodzicami i zaczęliśmy w tym szczęśliwym nastroju odpoczywać, słuchając kolęd w ultradźwię- kach. W pewnej chwili dostaliśmy impuls, aby szybko wyjrzeć przez okna. Wyglądaliśmy teraz przez okna małego pokoju i kuchni. Wtedy GO zobaczyliśmy… Płynął wielki i piękny nad domami wybranych(?) ludzi, płynął z południowego wschodu. ON, Michał Archanioł. Był biały, skrzydła gołębia, spod prawego skrzydła wystawała dłoń z mieczem, w lewej tarcza słoneczna. Pod jego twarzą, na piersi widniał znak Baranka. Wiedziałam jed- no, wiedziałam, że muszę koniecznie załapać się na jego wzrok i znak błogosławieństwa, musi nastąpić kontakt wzrokowy na znak wybrania. Udało się! Z cudownym uśmiechem spojrzał mi z nieba w oczy! Chciałam powiedzieć raczej, że to ja złapałam jego wzrok, a w momencie błogosławieństwa jego miecz prze- mienił się w coś w rodzaju różdżki, z której posypały się iskry. Byłam taka szczęśliwa, wiedziałam, że teraz wszystko się uda. To właśnie wtedy wyszliśmy…

Na zewnątrz bloku czekała nas dziwna niespodzianka. Nie powiem, aby była radosna w rozumieniu czysto ziemskim. Otóż ujrzeliśmy nasz blok i bloki okoliczne przeznaczone do zburze- nia. Wszyscy płakaliśmy, nikt niczego nie rozumiał. Nagle nasz blok został obrócony oraz odmieniony, i nagle był blokiem w nowym wymiarze! Okna dużego pokoju skierowane były teraz

na południe. Nadal jednak w normalnym położeniu stał stary blok. Jego wnętrze było kompletnie puste, nie było pięter, miesz- kań, niczego. Z góry spadały martwe ptaki. Ja płakałam i prze- żywałam najgorzej ze wszystkich. Bolesna przemiana musiała podobno nastąpić, aby potem było szczęście, a ja skądś o tym wiedziałam. Swoją drogą w ostatnim czasie wyprowadziło się w lepszy wymiar mnóstwo starszych ludzi…

Na niebie pojawiały się jakieś tajemnicze znaki. Były to znane mi z wcześniejszych widzeń litery i cyfry ułożone z gwiazd, oraz jakby symbole runiczne. Pojawiła się wreszcie gigantyczna tarcza zegara z mnóstwem wskazówek i igłą magne- tyczną oraz świecący napis, niby na ekranie komputera. Uwaga! Proces synchronizacji zegarków! Jak na komendę dostroiliśmy zegarki do tego na niebie. Coś wielkiego miało się stać, a my wszyscy byliśmy w naszym rozumieniu wybrani na ten konkret- ny dzień i godzinę. Ja szłam z rodzicami. Na mojej dłoni wid- niał zegarek. Jego mała tarcza zaczęła się powiększać, natomiast cyfry zaczęły zanikać! Pozostały jedynie wskazówki i ogromna tarcza. Wreszcie zegarek stał się ogromny, jego tarcza miała tło w postaci czarnego nieba z mnóstwem gwiazd, miniaturowe symbole dziwnych pojazdów i igłę magnetyczną. Wyglądał, jak kompas połączony z zegarkiem. Miałam wrażenie, że z zegarkami wszystkich innych osób dzieje się coś podobnego. Miałam też wrażenie, że pod tarczą zegarka znajduje się jakaś tajemnica i dowiem się tego we właściwym momencie. Usłyszałam głos informujący jakby przez megafon, że właśnie uaktywnia się północ (w sensie kierunku, nie pory), igła magnetyczna potwier- dzała to i dawała sygnały drażniące mózg, oraz świeciła neonowo odblaskowym niebieskim światłem. Ta noc nosiła nazwę Nocy Bożego Narodzenia i Nocy Sylwestrowej jednocześnie. Ale jak, skoro było lato?! Sądzę, że była to po prostu ogromna, wielka przenośnia wielkiego dnia, przełomu, ostatniego dnia życia ziemskiego określonej liczby osób, a może wszystkich? Zapo- mniałam, przecież to sam Bóg opowiada mi dziwną bajkę, aby prościej wyrazić coś trudnego do pojęcia… Zgromadziliśmy się

przy pustym, nieczynnym stadionie. Gdy mijam na falach beta (real, jawa) to miejsce, zawsze przechodzi mnie dreszcz emocji… Kto wie? Jest w moim mieście jeszcze jedno takie miejsce, które mijam z takim podobnym dreszczykiem. To miejsce, w którym zbiegają się ulice Reja i Bydgoska, są tam tory i trakcja elektrycz- na tramwaju oraz zakręt. Jest tam też zielony obszar z sosnami, trawą, ścieżkami spacerowymi… To ważne miejsce mojego dzie- ciństwa. To właśnie w tym miejscu najczęściej dzieją się rzeczy niezwykłe w moich transach. Ale wracam tymczasem do tematu. Noc była ciepła, pachnąca. W powietrzu wisiała ciężkim dachem tajemnicy nienaturalna cisza, nie było widać ani słychać naj- mniejszego nawet podmuchu wiatru. Wszyscy zastygliśmy w niemym oczekiwaniu. I jednak wolę nie wiedzieć, czy stadion i jego okolice posiadały znaczenie dosłowne jako miejsce, czy były jedynie symbolem miejsca, w którym gromadzą się ludzie w ważnym celu. Przypomniałam sobie w tym momencie pewne szczególne doznania poza ciałem, podczas których nagle wzywa- na byłam z grupą osób w pewne znane w mieście miejsca, za każ- dym razem jednak było to inne miejsce. Zrywaliśmy się wtedy wszyscy z nocnej, głębokiej ciszy i pogrążeni w transie, z „nie- przytomnymi” wręcz oczami z powodu właściwych temu zjawi- sku fal mózgowych podążaliśmy do Punktu Spotkania z Niebem. Tam byliśmy przygotowywani do Wielkiego Wydarzenia. Uczono nas tam praktycznego posługiwania się czasem. Uczono nas posługiwania się przestrzenią, a także własnym nowym ciałem, słuchaliśmy tam pilnie wykładów na temat Innych Wymiarów, oglądaliśmy także na bardzo wielkim ekranie prezentacje z innych czasoprzestrzeni, ćwiczyliśmy pompowanie płucami powietrza za pomocą specjalnych oddechów. Ćwiczyliśmy lekkie unoszenie się nad powierzchnią Ziemi, ćwiczyliśmy podnoszenie i opuszczanie wzrokiem przedmiotów, oglądaliśmy również dziwne przyrządy do manipulacji czasem, kąpaliśmy się w ultra- fiolecie. Pobieraliśmy samodzielnie moc z Niebieskiego Promie- nia, oglądaliśmy swoje przyszłe ciała, inne niż ciała ziemskie, odczytywaliśmy na niebie pismo podobne runicznemu, oglądali-

śmy masę innych znaków na niebie. Wzięliśmy także udział w tak zwanej Wielkiej Przemianie na Ziemi. Polegała ona na wylądo- waniu gigantycznej, przezroczystej kopuły, pod którą mieścił się dosłownie baśniowy, niby podwodny świat, w którym przebywa- jąc nabiera się mocy. I zawsze przed tym wszystkim pojawiały się dziwne, ciężkie helikoptery. Miały one na celu „przygotować czyste niebo”, to jest rozpędzić chmury. Chmury niedoskonałego umysłu??? Tak było również w tym przypadku, pojawiły się heli- koptery i „wyczyściły niebo”. Wszystko to jednak ukazywało się i działo, jak widać za pomocą bardzo wyraźnych i znanych nam odniesień, symboli, dla dobra sprawy, dla zrozumienia.

Po chwili czarne, czyste niebo nad starym stadionem przeszył bezgłośny zygzak. Nie wiem, czym była kula, ale z pewnością była bezpieczna i nie miała nic wspólnego z żadnym obiektem poza- ziemskim, w takim powszechnym rozumieniu tego słowa. Ema- nowało z niej światło w ciepłym kolorze miodu, robiła wrażenie inteligentnego, żywego tworu. Przybyła z Północy. Nikt z nas nie widział, gdzie osiadła. Po chwili w kompletnym milczeniu poja- wiły się idące ku nam parami w zwartej grupie, właśnie z północy małe, duchowe istoty, których ciała były utkane jakby z materii niebieskiego, zimnego płomienia. Istot tych było dokładnie tyle, ile ludzi przybyłych na stadion. Nie wiem skąd, ale wie- działam o tym. Weszliśmy w te istoty, przeniknęliśmy przez ich eteryczne ciała i było to jakby swoistym rodzajem przemiany, przymiarki, wstępnego pobrania Nowego Ciała, pobrania mocy, zaakceptowania w nowym bycie. Po chwili czując skądś znaną już MOC, w dziwnie sennym, lecz cudownie bezpiecznym otępieniu zmysłów wchodziliśmy do kuli, która nagle ukazała się naszym oczom jako wielki, nowoczesny, biały autobus. Prawie taki sam, jakim odjeżdżałam z nowego dworca do babci w opisanym w tej opowieści zdarzeniu. Obecny autobus na tablicy określającej cel podróży posiadał ten sam znak nieskończoności, lub leżącą ósemkę czyli, jak sądzę uruchomiony wspaniały ósmy obwód neuroatomowy. o jego istnieniu dowiedziałam się jakiś czas po tym wszystkim, co się zdarzyło…

My już witamy przyszłość! Tak zawołaliśmy wszyscy, wsia- dając. Jednak z naszym autobusem coś było nie tak. Po chwili dowiedziałam się, że ma on dziwny, niespotykany na Ziemi, gigantycznej mocy napęd na cztery koła. Koła połączone były jakby z czymś na dachu. Poczułam grozę, zwłaszcza, że dowie- działam się po upływie kolejnej chwili, iż ten autobus nie ma możliwości zatrzymania się, gdy już ruszy i rozpocznie swoją podróż z cenną zawartością, czyli nami wszystkimi. On staje jeden, jedyny raz, na stacji docelowej. Poczułam coś miękkiego, co przeszyło mnie całą, dając szczególnie przykre dla mnie oso- biście doznania w mózgu, okolicy żołądka i w kończynach. Czu- łam całą sobą skądś już znane uczucie podłączenia do kosmo- su. Na jakąś niedługą chwilkę znalazłam się nagle w odległym mieście na południu Polski, w mieście mojego wujka i cioci. Tam też coś się działo! Pustoszały ulice, grupy ludzi zbierały się na przystanku autobusowym, aby razem odjechać na jakiegoś dziw- nego „Sylwestra” połączonego ze świętami Bożego Narodzenia!!! Pospiesznie znalazłam się znów w naszym mieście i naszym autobusie. Na niebie widziałam niewyraźne gwiazdy na dwóch przezroczystych płaszczyznach nieba. One na moich oczach poruszały się lekko, w przeciwnych kierunkach jedna względem drugiej i leżały jedna nad drugą. Były też dwa duże księżyce w pełni. Jeden stał w miejscu, drugi płonąc zimnym ogniem ruszył zdecydowanie w stronę tego pierwszego. Teraz już wie- działam, co znaczą te dwa księżyce. Nie wiedziałam skąd to wiem, ale zwyczajnie to wiedziałam. Wiedziałam już teraz tak- że, co znaczył sznur słońc podczas pierwszej podróży. To było kilkanaście tysięcy powstających z popiołów prastarych słońc, z których te końcowe były dokładnie tymi, znad starego, rajskiego ogrodu babci. Z kolei dwa księżyce, z których jeden był nieruchomy, a drugi zmierzał z północy, płonąc zimnym ogniem to inna sprawa. Ten stojący księżyc, to księżyc ostatniej nocy ziemskiego życia ściśle określonej grupy ludzi bądź wszystkich ludzi, ten drugi ruchomy, to księżyc pierwszej nocy w Nowym Bycie (tak myślę, chociaż mogę się mylić). Dlatego ta noc nazy-

wała się Nocą Sylwestrową, bo była nocą przełomu. Jedna płasz- czyzna nieba to niebo Naszego Wymiaru, druga z kolei była Nie- bem Nowym. Nowy Byt stał teraz odwrócony, jakby lustrzane blade odbicie, „do góry nogami”. Ledwie przebijał przez dwie płaszczyzny nieba. Przez okna widziałam jeszcze krajobraz na zewnątrz. Nie pojmowałam… Było przecież lato, a na małym kawałku przestrzeni leżał śnieg, drzewa z kolei na tym kawałku były całkowicie pozbawione liści. Pod jednym takim drzewem zauważyłam ustawione liczne, płonące znicze. Na części „objętej zimą” wszyscy ludzie mieli ubrane choinki, widziałam to w oknach ich mieszkań. Poza tym obszarem był raczej czer- wiec, może lipiec. Na śniegu zgromadzili się też ludzie przy- glądający się temu wszystkiemu. Ci ludzie jedynie patrzyli i ich te wszystkie zjawiska związane z odjazdem naszego „autobusu” wyraźnie nie dotyczyły. Oni do nas machali rękami, oni nas żegnali! O co chodziło rzeczywiście? Czy o odejście ścisłej grupy ludzi, czy całej ludzkości? Jeśli całej ludzkości, to może odcho- dzenie miało następować powoli, stopniowo? Czy coś wielkiego miało może wydarzyć się z tą naszą Ziemią? A może to było odej- ście ścisłej grupy osób, którym zostało dane odejść na Tamtą Stronę razem? Na części zimowej, w oddali stał nasz znajomy mężczyzna w czerni i obserwował wszystko! Usadowiliśmy się wygodnie, każdy podróżny w swoim fotelu i przygotowani do Wielkiej Podróży obserwowaliśmy innych wsiadających w kompletnym milczeniu…

Ten dzień da znak, zawoła nas cicho, powietrza ciepłego jedwabnym dotykiem, zapachem maciejki, róż i goździków… Będziemy wiedzieli, że to właśnie już, lecz tajemnica w umownym milczeniu uśmiechem osiądzie w kącikach ust… Wyjdziemy łagodnie, jakby na spacer, udając przed sobą, że nic się nie dzieje,

ich dwoje, ja w środku, jak kiedyś przed laty… Potem reszta wydarzy się łatwo…

Oknem, jak niegdyś do raju wejdziemy, mrużąc oczy od blasku starych słońc…

„To były zawsze podróże do INNEGO słońca”… Ten tekst przypomniałam sobie teraz, w tym momencie. wierzyłam, że ta nasza podróż właśnie taką się okaże. Nagle w kieszeni odnala- złam trzy nowe bilety dla nas. Znalazłam wyniki badań krwi z Gabinetu Analiz Pana Boga i dotyczący Nowego Domu i Ogrodu Testament Babci!!! Odnalazłam klucze do naszego Nowego Domu. W drugiej kieszeni znalazłam też ANTRAHOT, a właściwie jego okruchy. Nie mówię jednak o tym kupionym na Starej Ziemi na Jarmarku Katarzyńskim po nocnym kontakcie z przyjaciółką, lecz tym otrzymanym w transie od niej samej. Są pewne rzeczy, które pojawiają się i znikają, ale one tak naprawdę nie znikają, one są wówczas dostępne dla nas jedynie w wymiarze, w którym powstały! Oto cała ich tajemnica. To właśnie dlatego pewnych rzeczy nie odnalazłam przy sobie po mojej niezwykłej pierwszej podróży! One przecież należały dopiero do przyszłości! W momencie, w którym nastąpiło coś w rodzaju takiej swoistej „kontroli celnej” lub „rewizji osobistej”, mającej pozbawić nas tego wszystkiego, co było „stare” dla tego Nowego Bytu, wewnątrz autobusu podwyższyły się wibracje. Tak to odbierałam. Czułam się jakby wyniesiona na wyższy poziom, a do uszu docierały coraz szybsze i cieńsze tony dziwnego dźwię- ku. Po chwili wszystko ustąpiło i w tym właśnie momencie zauważyłam zniknięcie własnego małego, symbolicznego bagażu zabranego ze Starej Ziemi, zawierającego kilka przedmiotów, z którymi czułam się związana. Ten bagaż nie podlegał już pra- wom obecnej czasoprzestrzeni. Przecież to normalne, że kiedy śpimy, lub umieramy, bo to prawie to samo(!!!) nie mamy już przecież żadnego dostępu do przedmiotów, którymi zwykle posługujemy się na tzw. falach jawy, w ciągu dnia. Kiedy odbie- ramy życie na naszej zwykłej, znanej jawie, czyli na falach beta

i gamma, nie mamy z kolei żadnego dostępu do przedmiotów, które należą do rzeczywistości odbieranej na innych falach! Nagle usłyszeliśmy polecenie oddania zegarków! Posłusznie zdjęliśmy je wszyscy ze swoich dłoni i zgodnie z poleceniem wrzuciliśmy do dziwnej kasety. Kasetę podaliśmy kierowcy, który nie odwracając się do nas wyciągnął po nią dużą dłoń w białej rękawiczce. Na rękawie marynarki widniał ZNAK z kół autobusu z pierwszej podróży!

„Nie podobał mi się” ten kierowca. Odczuwałam lęk. Kierow- ca był wielki, łysy. Był odziany w granatowy garnitur i białe ręka- wiczki. Czułam, że kiedy spojrzy na mnie, nie wytrzymam tego! Skądś już znałam tą fizjonomię…

Duże dłonie w białych rękawiczkach otwierały po kolei każdy zegarek i szybkim ruchem wyjmowały z ich wnętrza miniaturową kliszę. To były bardzo cenne klisze z nakręconym filmem z całego życia każdego z nas. Każdy miał swój film! Puste zegarki wylą- dowały teraz nieodwracalnie w czymś w rodzaju kosza i oznaczo- no je numerami. Numer zegarka natychmiast pojawił się na skó- rze nadgarstka każdego z nas. Na elektronicznej tablicy widzia- nej przez okno pojazdu migał przekreślony na skos napis „Strefa Ziemska”, po chwili jego miejsce zajął napis bez tego przekreśle- nia „Strefa Powietrzna”… Pojawił się syczący odgłos zakończo- ny jakimś dźwiękiem zassania drzwi. Nagle wibracje wewnątrz pojazdu powtórzyły się, ale były o wiele silniejsze. Pojawił się też dziwny blask, który wywarł wpływ na oczy w postaci chwilo- wego, dość silnego bólu, po czym oczy jakby przestawiły się na jeszcze inne, jeszcze lepsze postrzeganie i już było w porządku. Nad horyzontem pojawiła się falująca, tęczowa obręcz, opasują- ca Ziemię. Widziałam też kilka niedużych otworów w pierwszej płaszczyźnie nieba, ukazujących wyraźne fragmenty tej dotąd ukrytej. W tym momencie gwiazdy z naszej płaszyczyzny nieba zaczęły zmieniać swoje położenie… Dziwnym jakimś kolistym ruchem, tworząc wiry, jakby namagnesowane opiłki żelaza wpa- dały w powstałe otwory. Moment „wciągnięcia” pojazdu wraz z nami wszystkimi objawił się jedynie w postaci chwilowego

dosłownie NIEBYTU. Po sekundzie w moim odczuciu wszystko było odmienione i nadal trwała podróż. Trwała tak cicho i przy- jemnie, ale miałam wrażenie, pewnie nie ja jedna, że zachowując grawitację jedziemy do góry nogami, że jesteśmy jakby odbi- ciem lustrzanym… W pewnym momencie wyjrzałam przez okno, ujrzałam tam, zamiast zwykłych widoków migające sceny z całe- go mojego życia! W jednej chwili zorientowałam się świetnie, że każdy z tych pasażerów też ogląda podobne widoki z całego swo- jego życia. Przestraszyłam się trochę widoku krótkich skrzydeł na bokach autobusu, prawie takich samych, jakie posiadają waha- dłowce, ale po chwili już nie zwracałam na nie uwagi. Z urządze- nia na dachu wydobywały się jakieś niebieskie światła, widzia- łam chwilami w oknach blaski idące z dachu. Cichy, łagodny głos w pewnym momencie wzywał imiennie, to znaczy nume- rami pasażerów do szybkiego przygotowania się na opuszczenie pojazdu. Pierwsi pasażerowie już stanęli przy drzwiach…

Ujrzałam moich bardzo młodych rodziców, którzy rozciągają czarno-białą kliszę z moim życiem i oglądają ją pod światło. Ostatnia, to jest pierwsza zapewne klatka na kliszy przedstawiała mnie w wieku jednego roku. Przyklękali przy mnie mama i tata i jakaś kilka niewielkich lat starsza ode mnie dziewczynka, nie- stety nie miałam pojęcia, kim ona była. Staliśmy na tle popiela- tych, zasuwanych drzwi, widziałam domkniętą chwilowo szcze- linę pośrodku. Szczelina nagle rozsunęła się i teraz zalało nas przeraźliwie białe światło. Miałam wrażenie wchodzenia za drzwi i silnego zatrzaśnięcia ich za nami. Niby to wszystko było na kliszy, ale w ostatniej klatce braliśmy żywy udział… Powrócił widok wnętrza pojazdu, wysiedliśmy. Odczucie odwrotności, sta- nia jakby na głowie minęło, lub przyzwyczailiśmy się do niego. Przed nami roztaczał się widok niewyobrażalnej piękności. Rzeka Światła. Była koloru przezroczystego bordo i fioletu ze złotymi kamyczkami na dobrze widocznym dnie. Z przeciwległego brzegu przeszły ku nam przez ową rzekę istoty ze światła, głosząc wszystkim radosną prawdę o istocie śmierci. Gdy postacie dotar- ły do brzegu, odłączyła się od nich jedna. Zdecydowanym kro-

kiem ruszyła w naszą stronę. Kiedy postać po chwili stanęła tuż obok nas, postrzegaliśmy tę postać bardziej fizycznie. Była to zdecydowanie postać kierowcy z naszego dopiero co opusz- czonego pojazdu. Na brzegu stał nieduży statek z daszkiem na pokładzie oraz z wyraźnym znakiem, który pamiętałam z kół autobusu. Na dachu statku znajdowała się jakby słoneczna bate- ria, tak odbierałam to urządzenie. Składało się z błyszczących, dachówkowo nałożonych na siebie płytek. Nasz nowy przewod- nik bez słów wyciągnął do nas dłonie w swoich białych ręka- wiczkach i pomagał wejść na pokład. Jego twarz nagle rozświetlił anielski uśmiech, niespotykana łagodność i dobroć. Całym sobą mówił bez słów abyśmy się nie bali. Na jednym rękawie jego marynarki widniał znak z kół autobusu, na drugim znak wody. Na statek wchodziliśmy po metalowym niebieskim mostku-dra- bince, obok tkwiła tabliczka elektroniczna z migającym napisem

„Strefa Hydry”. Wejście na statek przez mostek za każdą osobą kończył odgłos chlupotu wody…

Podróż statkiem była przyjemna i nawet trochę w moim odczuciu za krótka. Płynęliśmy teraz z nurtem światła. Wręczono nam wszystkim nowe zegarki z dwustronną tarczą. Do czego słu- żyły, oczywiście dowiedziałam się we właściwym czasie, później. Włożyliśmy je natychmiast na przeguby dłoni. Stopniowo przy- bliżały się do nas zarysy lądu oraz cichutkie tony skądś znanej muzyki… Boże, przecież to przekaz Michała Archanioła „Błę- kitny Płomień”! Wysiedliśmy i wolnym krokiem podążyliśmy w kierunku, z którego dochodził głos…

Nowy Dom Babci z Nowym Ogrodem wyglądał prawie dokładnie tak, jak zapamiętałam go z opisanej wcześniej wypra- wy, ale był już zdecydowanie bogatszy w przyrodę i kompletnie ukończony. Był… RAJEM!!!

Sprawiał wrażenie jakby egzotycznego ogrodu-parku. Gdy dotarliśmy melodia ucichła, jakby ktoś nagle wyłączył radio lub magnetofon. Przyglądaliśmy się ogrodowi tonącemu w różach i wszelkich rajskich cudach…

Nie zrywa się róż w południe, bo giną ze słońcem,

nim wieczór księżycowym mrozem skuje ogrody.

One żyją chłodnym oddechem nocy, jak wodą, i płoną jak świece, w świętą godzinę niebios. Wtedy jest czas róż i mrożonego ognia, wysoko, w srebrnej kawiarence Księżyca.

W pucharach z sopli melancholię dają do picia, a szampan z rosy skradzionej różom,

o świcie przekracza brzegi.

Tam słychać symfonię dalekich galaktyk… Spotkamy się w taką chwilę,

wchodząc po schodach nocnych obłoków. Znam bramę, przez którą wejdziemy,

i nie znam tylko drogi powrotnej…

No to gospodarzcie!!! Tak zawołała babcia nam na powita- nie, nie będąc ani trochę zaskoczona naszym przyjazdem i zapra- szającym gestem powierzyła nam do użytku swój dom, bo zanim otworzą się drzwi naszego własnego domu po tej stronie, chciała nam udzielić gościny u siebie w konkretnym, ważnym celu. Wkraczając do jej Nowego Ogrodu zastaliśmy ją wypoczywającą w towarzystwie swojej sąsiadki, tej Pani od Róż na trawniczku w promieniach tutejszego mniejszego nieco słońca, o lekko nie- bieskawym i jakby chłodniejszym odcieniu.

Na półeczce w kuchni Nowego Domu Babci stała bardzo stara porcelanowa filiżanka. Była kremowa w róże i kryła w sobie klucz do sentymentalnej tajemnicy.

Klucz do tajemnicy mówiąc w przenośni w rzeczy samej oka- zał się właśnie złotym, grawerowanym, prawdziwym kluczem, a nawet dwoma kluczami.

Babcia odsunęła umocowaną na szynach niedużą szafkę stojącą przy ścianie, na której w dawnej kuchni przed laty wisiał głośnik i w tym momencie moim oczom ukazały się drzwi.

Babcia wyjęła ten właściwy klucz z porcelanowej filiżanki i zdecydowanym ruchem wsunęła go w otwór zamka. Usłyszałam jakby elektroniczny dźwięk, takie piknięcie, impuls i drzwi uchy- liły się, uchylając rąbka tajemnicy…

Powiało stamtąd zapachem lekkiej stęchlizny. Powiało też oczywiście zapachem ozonu, ale nie była to przykra mieszanka zapachów. Babcia pchnęła drzwi i gestem zapraszającym wskaza- ła, abym weszła. Wahałam się chwilę, ale babcia nie chciała wejść pierwsza, to było zarezerwowane dla mnie. Wzięłam szybko głę- boki oddech i niepewnym krokiem wkroczyłam…

Zanim ochłonęłam, minęły oczywiście przysłowiowe wieki. Za drzwiami rozpościerał się dziwny widok. Przyjrzałam się dokładniej pokojowi i po chwili opadły pierwsze emocje.

W pokoju znajdowały się nieliczne, lecz ważne fragmenty dawnego wyposażenia, wśród nich stary stoliczek z tamtego, dawnego domu, oraz stare, wielkie radio z magicznym, zielonym oczkiem, prawie takie same, jak to w piwnicy mojego domu, a może to było dokładnie to radio…? Zajrzałam do jego wnętrza bez obaw, bo właśnie było wyłączone. Widok, jaki ujrzałam zatrzymał mi na chwilę z wrażenia jakiekolwiek rozumowanie, próbę oceny. Co tam były za urządzenia?!! Wyglądały, jak minia- tury piszczałek wielkich organów kościelnych, do tego były tam jeszcze jakby krążki CD. Cóż za kombinacja! Jednak wyraźnie cze- goś tam brakowało i radio w związku z tym obecnie nie działało. W wazonie obok stały Prawdziwe Stare Róże z Dawnego Ogro- du. Skąd się tu wzięły?! Nagle ujrzałam zapełniony po brzegi album fotograficzny! Z lękiem otworzyłam go i spojrzałam na pierwsze wielkie zdjęcie. To samo! Poznałam je od razu, ale tym razem album zapełniony był już do samego końca. Drżą- cą dłonią przerzucałam niecierpliwie kolejne kartki. Oglądałam udokumentowane spotkania babci po tej stronie ze wszystkimi jej bliskimi i znajomymi ze Starej Ziemi. Zaciśnięte nagłym stra- chem powieki broniły oczom spojrzenia na kartkę ostatnią, ale wreszcie musiałam spojrzeć. W ogrodzie babci stałam z rodzica- mi i wieloma innymi ludźmi na trawie wśród kwiatów. Byliśmy

uśmiechnięci. Więc jednak naprawdę tu już jesteśmy… Zamknę- łam album. Kroki w dziwnym pokoju odbijały się tępym, głuchym odgłosem, wyszłam stamtąd.

Ogród Babci był ogrodem prawdziwie rajskim na sposób wręcz kosmiczny. W końcu był Ogrodem na Nowej Ziemi, pod Nowym Niebem. Był wielki, o wiele większy od tego dawnego sprzed wielu ziemskich lat. Posiadał część ogólną, część podzie- loną równo na pół i jeszcze jedną mniejszą część oraz absolutnie oszałamiającą część ostatnią. W sumie części były cztery. W części ogólnej oglądałam dziwnie dorodną roślinność pod postacią kiści uginających się pod własnym ciężarem krzewów kwitnących przecudownym kwieciem i pachnących odurzającym zapachem. Cała ta przyroda biła po oczach bujnością, przepy- chem. Całość utopiona była w rzewnej pachnącej mgle, wiał aksamitny, magnetyczny wiatr. Dawał niezwykle dziwne odczu- cie naelektryzowanego głaskania po ciele, jakie posiadałam tu i teraz. Odnosiło się też wrażenie, że słychać cichutką muzykę. Dopasowana była nastrojem do całości. Były ścielące się pod nogami lawiny kwiatów, mchów, traw, oczka wodne. Były żwiro- we alejki, białe fontanny i posągi, lampy ogrodowe, namiot okry- wający ogrodowe białe meble. Był kominek, drewniana rzeźbiona ławeczka tuż pod murem Nowego Domu z ciemnej, eleganckiej, lśniącej cegły, zestaw narzędzi ogrodniczych…

Kolejna, druga część Nowego Ogrodu podzielona była na pół, na część zwaną Ogrodem Księżyca i część zwaną Ogrodem Słońca. W części księżycowej znajdowały się rośliny o tonacji chłodnej: białej, niebieskiej, fioletowej. Lampki ogrodowe świe- ciły także smutnym i chłodnym światłem. W części słonecznej były rośliny w tonacji ciepłej: czerwonej, żółtej, różowej, poma- rańczowej. Lampki ogrodowe świeciły oczywiście światłem cie- płym. Wszędzie jednak dominowała rzewna mgła, magnetycz- ny wiatr i lekkie odczucie cichej muzyki. Dokładnie na granicy Ogrodu Księżyca i Ogrodu Słońca stał ogrodowy, drewniany domek, kryjący w sobie malutką szklarnię. Drzwiczki szklarni zamykane były na widziany wcześniej złoty klucz. W środku

znajdowała się autentyczna ziemia ze starych czasoprzestrzeni, z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, prastara ziemia… Miała oczywiście znaczenie TEJ JEDNEJ, JEDYNEJ róży z „Małe- go Księcia”. Te czasoprzestrzenie wyraźnie więziły w sobie miniaturowy stary, magiczny ogród babci, a właściwie jego malutką część. Były trzy krzaczki niezbyt dorodnych w porów- naniu z tymi z Nowego Ogrodu porzeczek czerwonych, białych i czarnych. One były jednak MOJE, autentyczne, przeniesione ze Starego Ogrodu. No i były Królewskie Róże i Floksy, również pochodzące Starego Ogrodu, umiejscowione na małej okrągłej grządce. Była tutaj stara konewka, graca, widły. Była stara łopata i pamiętne grabie. Więcej akcesoriów ze Starego Ogrodu tam nie było, ale były przecież te najważniejsze, o znaczeniu tej jedynej róży ze starej bajki. Dokładnie pośrodku szklarni leżał ogromny czarny antrahot i wielki kryształ górski. Był ametyst i inne nie- znane mi kryształy. Wszystkie kryształy i kamienie na pierwszy rzut oka kojarzyły się z przewodnictwem elektrycznym i skupia- niem wiązki promieni. Obok nich stało znajome mi skądś meta- lowe, zielone urządzenie. Był to generator drgań. Pośród tego wszystkiego stała dumnie stara klepsydra!!! Był też dziwny wiel- ki zegar. Na jego tarczy znajdowała się ogromna ilość wskazó- wek w różnych kolorach i igła magnetyczna. Każdy zestaw wska- zówek chodził w innym tempie, a nawet w różne strony, wyda- jąc osobliwe dźwięki. Na dodatek na tarczy zegara były dodat- kowe mniejsze tarcze, które również posiadały swoje wskazów- ki. Szklarnia miała na szczycie dziwne, metalowe urządzenie o charakterze typowo astronomicznym, meteorologicznym i astrologicznym jednocześnie, takie małe „wszystko w jednym”. Wiedziałam stuprocentowo, nie wiedząc jednocześnie skąd to wiem, że urządzenie na dachu zawierało między innymi otwór i gigantyczną soczewkę. Tak je odbierałam. Na ściance szklarni widniał bardzo dziwny kalendarz księżycowy i słonecz- ny, z zaznaczeniem wszystkich faz, zaćmień i temu podobnych zjawisk. Niewiele z tego rozumiałam, ale czułam całą sobą emo- cje niezwykłej tajemnicy…

Odbierałam to wszystko w tym momencie jako nieczynne, ale dobrze wiedziałam, że prawdziwie oczy moje we właściwym momencie będą oglądały cudowny spektakl świetlny. No bo ina- czej przecież być nie mogło!

Kolejna część była tak zwaną częścią doświadczalną… W dziwnych pojemnikach i donicach oraz zadołowane bezpo- średnio w ziemi tkwiły eksperymentalne odmiany kwiatów, krze- wów i drzewek owocowych. Była tam np. porzeczko-malina, nie- znane okazy jakby tropikalnych kwiatów, widziałam również jakiś nowy sposób kopcowania ziemniaków oraz niezwykłe róże znajdujące się drzewku owocowym. Część ostatnia zaskoczyła mnie bardziej, niż część eksperymentalna. Była ona Ogrodem Zimowym.

Bramka prowadząca do tego ogrodu była oszroniona. Była też gęsto opleciona sztywnymi, bojącymi się złamania dotykiem dłoni, kiściami białych róż. Jakiego koloru były róże prawdzi- wie, nie wiedziałam, gdyż szron okrywał ten kolor białą tajemni- cą. Wejścia pilnie strzegły białe, równie zmrożone anioły. Każdy z Aniołów trzymał w obu dłoniach wielkie znicze płonące zim- nym ogniem. Wydawały one charakterystyczne trzaski. Płonęły teraz trzy znicze, po jednym w obu dłoniach Anioła i jeden w dłoni drugiego. Po przekroczeniu bramki złamało się kilka sopli siedzących na zawiasach a w miękkim podłożu odcisnęło się kilka głębokich śladów. Ogród Zimowy posiadał dużą ilość drzew, wszystkie kwitły soplami.

Róże, bo jedynie one tu królowały, były jakby posypane cukrem pudrem, sztywne, kandyzowane mrozem. Także tutaj była mgła, jednak inna, chłodna, tajemnicza. Ujrzałam wynu- rzające się ze śniegowej masy drzwi… Wewnątrz bardzo małego pomieszczenia było z kolei bardzo ciepło, pachniały orzechy, pomarańcze, ciasta. Pachniał barszcz i świeża, żywa, ubrana cho- inka. Bardzo stara choinka z mojego domu, stojąca na fragmen- cie prawdziwego parkietu również z mojego domu. Przyglądałam się teraz z bliska historycznym światełkom i bombkom, oraz szopce. Historycznej szopce wykonanej z gałęzi i siana, wyścielo-

nej mchem. Słyszałam cichą kolędę. Patrzyłam osłupiała na sie- bie trzyletnią, wożącą w malutkim wózku dla lalek figurkę Dzie- ciątka Jezus. Ramy, w których tkwiła ta wzruszająca scenka były poszarpane, nieregularne i oślepiające światłem. Ramy wydawa- ły ciche pomruki, trzaski, wyładowania…

A gdybym się odważyła i weszła głębiej, gdybym usiadła do wigilijnego stołu dziecięcych lat, gdybym wyjrzała przez balkon na podwórko z lodowiskiem. Stałam tam teraz i chłonęłam całą sobą widoki wszystkich tamtych odległych świąt Bożego Naro- dzenia, szeleszczących celofanem prezentów i pachnących igli- wiem prawdziwej choinki i mchem…

Wpadłeś odłamkiem Betlejemskiej Gwiazdy, jak okruch, tym swoim dobrem, Panie

w oko olbrzymiego Cielska Wszechświata.

A on swoją ogromną łapą

wydostać Cię nie mógł i zatarł starannie… Teraz trwa całym złem swoim,

lecz coś mu przeszkadza, coś niepokoi. Przyjąć Cię nie chce, wyrzucić nie może, to najgorszy ze stanów zawieszenia.

Wchodziłam....prawdziwie wchodziłam w tamten czas, tamte dni, ich godziny, chwile, zapachy. To nie było doznanie przy- pominające każdy z tamtych dni, nie było to też ich wspomnie- nie. To było prawdziwe dotknięcie tych momentów, dogonienie ich prawdziwie w niepojętej Czasoprzestrzeni i doświadczanie wszelkimi zmysłami. Wejście prawdziwe i doświadczanie praw- dziwe posiadało wspólny czynnik. Było to jaskrawe biało-zie- lonkawe światło, w którym zdawał się tonąć cały obraz, a także wyraźny zapach leciutkiej stęchlizny. Połączony on był z docie- rającym aż do czubka mojej czaszki powietrzem, przesyconym zapachem ozonu…

Nie rozumiałam tych zależności, ale tak dokładnie to wszyst- ko wyglądało, dawało się poznawać, doświadczać. Zagarniałam pod powieki, w dłonie, w nozdrza. Chłonęłam całą powierzchnią

skóry to zjawisko, gdyż znajdowałam się w tych scenach w pełni, brałam w nich udział, nie byłam widzem, lecz aktorem, a właści- wie byłam i widzem i samym aktorem.

Weszłam jeszcze dalej, głębiej w kamienną grotę i trafiłam na kolejne jakby drzwi, a może raczej szczelinę. Słyszałam pomruk o niskiej częstotliwości oraz zakłócenia elektryczne. Szczelina zassała z sykiem hermetyczne wejście za mną i oto stałam na wiosennej łące, pośród drewnianych domków. Ludzi było wielu. Słyszałam szmer ich głosów. Ubrani byli w długie płócienne sza- ty, w dłoniach trzymali świece, śpiewali chyba i obchodzili jakieś święto pasujące na Wielkanoc. To były bardzo odległe ziemskie czasy, a stojąca pośród tłumu dwunastoletnia może babcia uzna- ła mnie za obcą. Stwierdziłam po jej reakcji. Przecież to normal- ne, nie należałam jeszcze do jej świata wtedy, nie istniałam jako JA, którą znała. To tutaj zrobiono to zdjęcie! To tu był jej inny, kolejny dom po TEJ Stronie! Dom jej dzieciństwa…

Wyszłam pospiesznie z kolejnych pomieszczeń, wyszłam z Zimowego Ogrodu z licznymi łzami w oczach, które natych- miast na mojej twarzy zamarzły. Roztopiły się jednak na nowo, bo szybko weszłam teraz do Ogrodu Słońca. W głowie kłębiły mi się niezliczone myśli. Tutejsza rzeczywistość i jej możliwości przerastały mnie na razie…


No i nadszedł wreszcie moment cudu, przypadał dokładnie na dzień naszego wielkiego przyjazdu, zgodnie zresztą z kalen- darzem w szklarni. Tej nocy miałam się dowiedzieć, jak to wszystko działa i do czego służy. Tymczasem jednak chciałam rozeznać się, co znajduje się na Nowej Ziemi, pod Nowym Nie- bem.....Ruszyłam ostrożnie, nie chciałam się zbytnio oddalać od domu babci, ale szybko zorientowałam się, że nie ma się czego bać, bo wystarczy tylko myślą sprowadzić domek i ogród babci i już się tam jest z powrotem! To działało fantastycznie, poczu- łam się pewniej. Byłam trochę przerażona idealną ciszą i kompletnym brakiem ludzi. Podświadomie jednak czułam, że oni gdzieś są i że zaraz wszystkich spotkam. Nagle ujrzałam zdzi-

wiona unoszące się w powietrzu przeźroczyste, ogromne jakby bańki. Przez ich ściany prześwitywały niewyraźnie domy oraz sceny z życia nieznanych mi ludzi. Ujrzałam też różne sceny z życia ludzi mi znajomych! Jednak ja nie miałam do nich dostę- pu…

Szybko zorientowałam się, w czym rzecz. Zorientowałam się, że wystarczy jedynie wola i siła myśli, lub wyciągnięcie palca w ich stronę, abym znalazła się wewnątrz dowolnej, wybranej bańki! I nagle ujrzałam i usłyszałam wewnątrz bańki, która aku- rat nade mną płynęła przypadkowych ludzi, od których dowie- działam się, że oni żyjąc w swoim świecie tak samo mogą widzieć dom i ogród babci i nas wszystkich! Jakie to wszystko było łatwe, a jednocześnie takie niepojęte… Wejście i wyjście z każdej takiej bańki kwitowane było sykiem, chlupnięciem i sygnałami elek- trycznymi oraz odczuciem w okolicy ziemskiego żołądka, podob- nym do efektu jazdy w dół windą…

Na własne życzenie znalazłam się na całym już teraz terenie miasteczka babci. Mijałam zaciekawiona liczne domki i domy, w których ludzie pogrążeni w dziwnym półśnie oglądali w wygodnych fotelach i przytulnych wnętrzach coś, co przypo- minało telewizję, w półśnie grali w jakieś gry planszowe, odpo- czywali, spacerowali. W półśnie coś czytali, rozmawiali, siedzieli przy stołach. W półśnie pisali listy, przygotowywali obiad, upra- wiali ogródki.....Nie ma się czego bać! Oto jedyna myśl, jaka prze- wijała się w mojej głowie. W pewnym momencie zobaczyłam babcię przygotowującą jakąś powitalną ucztę…

Księżyc i słońce widoczne były tego dnia na niebie jedno- cześnie, dały się też dostrzec oznaki zbliżającej się burzy, takiej samej, jak na Starej Ziemi. Słońce i Księżyc stały tak naprzeciw siebie, gotowe do jakiejś walki lub spotkania. Babcia w ukryciu przygotowywała coś w szklarni, ale chwilowo nie miałam do tego dostępu…

Do ogólnej części ogrodu, do namiotu, zostały wniesione ele- ganckie, cieniutkie świeczniki ze świecami w kolorze złota i srebra i kryształowe pucharki jakby do wina. Babcia odsunęła

też ruchomy daszek na szczycie szklarni. Powoli zapadła aksa- mitna, balsamiczna noc…

Księżyc i Słońce Nowej Ziemi i Nowego Nieba ostatkiem sił jakby powstrzymywały się od starcia. Stałam przy ścianie domu, gdy nagle na czarnym niebie pomiędzy księżycem i słońcem pojawił się groźny zygzak burzy i Ogród płonął!!! Nie, to nie pożar, to szklarnia tonęła w oślepiającym blasku. To światło mia- ło kolor ultrafioletu, seledynu, srebra, złota i czerwieni naraz. Ono przedostało się jakoś do wnętrza klepsydry. W niej spoczy- wały pewnie popioły wszystkich starych słońc, księżyców i róż, zmieszane w cudowny eliksir. Popioły były, jak ziarno trzymające w sobie zapis genetyczny, działający wstecz, ziarno czekające na stosowne okoliczności. To wszystko „pachniało” biochemią i alchemią, to było takie jakieś „naukowe”. Jednocześnie było baśniowe. Takie okoliczności zdarzały się tu w Nowym Ogrodzie pewnie dość często i spektakl się powtarzał, wzbudzając co jakiś czas z tychże popiołów stare róże i porzeczki. A może to wszystko działo się jeden raz dla mnie i ze względu na mnie, abym mogła zrozumieć pewne procesy za pomocą jakiejś cudownej, bajkowej metafory? Wciąż trwała bajka opowiadana przez Boga?

Spojrzałam na niebo tuż nad szklarnią i ujrzałam słup ośle- piającego blasku wdzierający się przez dziwne urządzenie do wnętrza szklarni. Ten słup światła pochodził z połączenia ener- gii księżyca, słońca oraz wyładowania burzy. To znaczy, ja tak to odbierałam. To zjawisko otworzyło małą bramę do starych czasoprzestrzeni, tkwiącą tuż nad szklarnią. Poprzez bramę wla- ło się do wnętrza szklarni światło wszystkich starych słońc i księżyców, wskrzeszone z kosmicznych popiołów. To światło nakarmiło stare róże i porzeczki, no bo tylko to jedyne stare światło mogło tu, w Nowym Ogrodzie, na Nowej Ziemi i pod Nowym Niebem nakarmić to, co tkwiło ukryte w szklarni i nie należało do Nowej Ziemi i Nieba. Ale to nie wszystko! Z silnym podmuchem magnetycznego wiatru wydostawał się na zewnątrz z wnętrza klepsydry popiół i wąskim słupem gnał pod niebo, wprost w objęcia burzowego zygzaku! Tam przetworzony wracał

z powrotem… Jaką rolę spełniała klepsydra, generator drgań i kamienne przewodniki, łatwo było się już teraz tego wszyst- kiego domyśleć, przynajmniej tak ogólnie, bo do końca i tak nie pojmowałam. W czasie trwania tego spektaklu świetlnego zauważyłam rzecz dziwną, jeśli cokolwiek tutaj mogło jeszcze dziwić. Gdy wszystko już ostatecznie ustało, umilkło, „znormal- niało”, babcia weszła do szklarni i zabrała stamtąd ”naładowa- ny” generator drgań. Następnie zaniosła go do Pokoju Przeszło- ści i włożyła w radio. Ze szklarni wzięła też kilka świeżych róż. Teraz zaczął się kolejny spektakl! Magiczne zielone oczko radia pod wpływem włożenia w radio naładowanego generatora drgań nabierało stopniowo coraz silniejszego koloru, aż potężnym roz- błyskiem zalało pokój seledynowym światłem. Babcia ustawi- ła wskaźnik radia dokładnie pośrodku skali, wcisnęła klawisz i obróciła pokrętło. Z radia wydobywały się prawdziwie głosy pochodzące ze zdarzeń ziemskich, głosy z odległych lat. To były nasze głosy z jej domu i ogrodu...Starego Domu i Starego Ogro- du, przeplatane urywkami prastarych wiadomości dnia i słucho- wisk czytanych przez spikera! Wokół magicznego oczka powstał taki jakby ekranik utworzony ze światła, a na nim z kolei ukazy- wały się sceny z dawnych lat, z ogrodu. Tam byliśmy my praw- dziwi z przeszłości! Ze wzruszeniem oglądałam siebie w skórze pięciolatki, biegającą z gracą na długim trzonku, w różowej sukience po ścieżce ogrodu i udającą pędzący pociąg. Obserwo- wałam siebie, ale jednocześnie czułam, że prawdziwie, jestem przecież obecna w swoim JA, w skórze tamtej kilkuletniej dziew- czynki. Ale radio posiadało też inne funkcje, o których dowie- dzieć się miałam później. Babcia włożyła w wazon obok radia Stare Róże z dzisiejszego świetlnego spektaklu. Następnie zno- wu weszła do szklarni i nazbierała pojemniczek świeżych Sta- rych Porzeczek z ostatniego transportu. No cóż, mamy tu instytut fizyki kwantowej, chemii, astronomii, biologii molekularnej. Mamy wytwórnię bajek i filmów SF, efekty ćwiczeń yogi, zen i co jeszcze?! Czy jeszcze coś mnie tu zaskoczy?!

Przyszedł czas na ucztę w namiocie. Tu moje zdziwienie nie miało granic. Babcia brała do ręki po kolei wszystkie świeczniki i podchodziła z nimi do szklarni. Gdy babcia ukazywała się u wyjścia, wszystkie świece płonęły…

Skąd pochodził ogień?! Czyżby powietrze w szklarni posia- dało po spektaklu aż taką moc, że zapalało świece prawdziwym ogniem?! Przecież to byłby ogień z gwiazd! Ogień Przeszłości. Podeszłam do szklarni, weszłam. Dotknęłam ostrożnie kryszta- łów. One miały temperaturę wrzątku, a babcia powiedziała, że… już mocno ostygły!!! Czułam jakby nieco chemiczny zapach. Ten zapach połączony był z zapachem spalenizny. Wewnątrz szklarni dość groźnie migał i trzaskał odgłosem napis na elektronicznej tabliczce „Strefa Ognia”.

Zastanawiałam się nad obecnością kryształów po tej stronie życia. Czyżby nie były kryształami w dosłownym znaczeniu, lecz stanowiły sposób postrzegania energii? Być może, aby wytworzyć taką energię na Starej Ziemi potrzebujemy kryształów, natomiast tu jest to energia sama w sobie. Ja natomiast widzę ją jako krysz- tały i ich moc, bo przecież do takiego postrzegania zostałam przyzwyczajona na Ziemi. Tak samo jest pewnie z nami samymi z imienia, nazwiska, wyglądu, naszego charakteru, przyzwycza- jeń itp. Ale my przecież tak bardzo potrzebujemy tego wszystkie- go. Prawdopodobnie takie postrzeganie wszechrzeczy obowiązu- je tu aż do momentu przejścia do Strefy Wyższej, gdzie nasze postrzeganie i identyfikowanie się z kimś i czymś przestaje być potrzebne.

Cały czas natarczywie zastanawiałam się, czym będą podle- wane Stare Róże i Stare Porzeczki. W powietrzu przy szklarni dało się nagle wyczuć wilgoć… Po chwili na skrawku nieba, dokładnie nad szklarnią, utworzył się regularny otwór i stamtąd wprost i jedynie do szklarni wlał się strumień Starego Deszczu! Wiem, wiem…

To specjalnie dla mnie piękny ciąg dalszy bajki od Pana Boga… Otwór się zasklepił, babcia zasunęła otwór na szczycie dziwnego urządzenia na dachu szklarni. Szklarnia zaparowała

i odtąd miała wewnątrz pożywienie ze światła i deszczu dla skar- bu, który w sobie kryła…

Nadszedł czas wieczornej uczty. Ta uczta nosiła nazwę Wiecznej Uczty, skądś to wiedziałam. W namiotach płonęły świe- ce zapalone zimnym światłem z gwiazd, bo stamtąd to światło przecież pochodziło. Dotknęłam płomienia jednej ze świec i…

....nie poczułam nic. Ogień był kompletnie zimny. Babcia zeszła do eleganckiej nowej piwnicy, w której nie było oczywiście śladu wilgoci, stęchlizny, ani olbrzymich żab! Za to były zaprawy z owoców z Nowego Ogrodu i wino ze Starych Róż!!! W piwnicy znajdowały się także zabezpieczone nasiona eksperymentalnych roślin. Oczywiście wszystko to widziałam na własne oczy, gdyż pobiegłam do tej piwnicy za babcią. Regały, półki i wszelki inny sprzęt były piękne, zmechanizowane. Bardzo łatwo się teraz otwierały, przesuwały, wydając dziwne piknięcia, jakby elektro- niczne. Wyszłyśmy na zewnątrz i ustawiłyśmy kilka butelek na eleganckich stołach w Namiocie Spotkania. Na dworze pano- wała zdecydowanie noc. Widoczne układy gwiazd w niczym nie przypominały naszych, ze Starej Ziemi. Chwileczkę! Owszem, one je przypominały. To były te same układy gwiazd, ale widzia- łam je odwrotnie, jakby ODBITE W LUSTRZE! Niebo składało się oczywiście ze znanych mi już dwóch nałożonych na siebie płasz- czyzn. Widać było gwiazdy należące do tej płaszczyzny pierwszej i do tej drugiej. Jedne i drugie gwiazdozbiory były jednak bardzo blade. Płaszczyzny nieba cały czas lekko przesuwały się wzglę- dem siebie posuwistym, jakby tanecznym ruchem raz w jedną, raz w drugą stronę…

Nagle babcia zawołała mnie i weszła razem ze mną do Pokoju Przeszłości, gdzie włączyła radio. TO RADIO…

Tym razem ustawiła wskaźnik inaczej i również inaczej mani- pulowała pokrętłami. Nagle podniosła klapę w tej dolnej części radia i ukazały się ukryte klawisze! Cała masa dodatkowych kla- wiszy. Poczułam znajomy powiew grozy i „podłączenia”. W pewnej chwili wetknęła w tył radia wtyczkę jakiegoś niby mikrofonu, nacisnęła któryś z nowych klawiszy i radosnym gło-

sem, lecz bardzo krótko zawiadomiła WSZYSTKICH o naszym przybyciu oraz zaprosiła na ucztę. Wszyscy wiedzieli bez zawia- domienia, a symboliczne zaproszenie było tak trochę „ze wzglę- du na nas”, na te nasze śmieszne ziemskie przyzwyczajenia. Skądś to wiedziałam…

Powitaniom nie było końca, ani łzom, ani śmiechowi!

Nie nadążaliśmy witać się ze wszystkimi, a oni wszyscy natychmiast zapraszali nas do siebie z rewizytą! Wchodzili w charakterystyczny sposób, jakby wyciskani z plazmatycznej, przeźroczystej ściany, znikąd!

Oni wchodzili przez ściany naszej „bańki” najpierw prze- kraczając w ten sam sposób ściany swoich symbolicznych

„baniek”, w których mieli swój własny świat i tylko tak mogło to zostać mi przedstawione obrazowo. Był też słyszalny w momencie przekraczanie „bańki” chlupot wody, syk powie- trza i jakby trzaski fajerwerków. Już rozumiałam pewne tutejsze przenośnie. Witaliśmy się z osobami nam bliskimi, ze znajo- mymi oraz z nieznanymi przodkami, a nawet poznawaliśmy się dopiero, bo nie każdy bliski komuś, był znany innemu. Powstał wręcz nieopisany harmider. Bardzo radosny harmider. Aż nagle…

Witaj!!!! Przyjaciółka rzuciła mi się na szyję. Ubrana była w tęczową, pastelową sukienkę, anielska, błoga radość promie- niała na jej twarzy. Uściskałyśmy się dokładnie tak, jak to pamię- tałam z naszych ziemskich obchodów imienin i urodzin jej i moich, najczęściej w jej domu.

Dorosły syn przyjaciółki — Dawid mocno mnie uścisnął… Pomieszczenie pełne było także radośnie kręcących się psów!

Wśród nich natychmiast spostrzegłam naszego kochanego Czar- ka i Mimi należącą do Gosi, a także inne znajome, bliskie i nieznajome mi psy i koty należące do obecnych tu ludzi i chyba nie byłam tym zaskoczona…

Wszystkie powyższe dialogi nie toczyły się oczywiście słow- nie, lecz jakby w naszych umysłach. Przerobiłam je na zwykły ludzki język w celu oddania istoty sprawy…

Tonąc w emocjach i w nadmiarze wrażeń wkroczyliśmy do namiotu. Z radia płynęła cicha, spokojna melodia. Powoli zasia- daliśmy teraz do uroczyście nakrytych stołów. W trakcie Wiecz- nej Uczty, skądś dziwnie znajomy, a jakoś chyba celowo zasła- niany przez innych gości ksiądz odczytał nam ewangelię o jednej zagubionej i odnalezionej owieczce. Skądś znałam ten głos…

Muzyka z kolei płynęła ze Starego Radia, ale odbierałam to, jakby płynęła z mojej głowy. Rozmowom nie było końca i dziwne, ale tu kompletnie nie odczuwało się zmęczenia. Gdy „magiczne” stare wino zaszumiało lekko w naszych głowach, wymknęłyśmy się z przyjaciółką do Pokoju Przeszłości i po przestrojeniu radia oglądałyśmy w zielonkawym ekranie stare ziemskie czasy, śmie- jąc się i płacząc na przemian. Każde najmniejsze przesunięcie wskaźnika w radiu, każde przełączenie klawisza, odbijało się w postaci leciutkiego wyładowania elektrycznego oraz zygzaku w powietrzu w okolicy radia. Trochę się tego bałam, czułam wte- dy jakby połączenie mojego mózgu z kosmosem…

Pamiętasz nasze spotkanie, w którym pokazałam ci radio w piwnicy i generator drgań? Rozumiesz teraz, dlaczego to wszystko ci pokazywałam?(przekaz myślowy)

Pamiętasz, jak natychmiast po tak zwanej ziemskiej śmierci dzieląc się z tobą opłatkiem pokazałam ci zegarek z licznymi strefami naszego tutejszego INNEGO czasu i opowiadałam ci, że tu jest tyle stref i możliwości?

Pamiętasz, jak dałam ci antrahot? Pamiętałam. Znalazłam się jednej nocy w bardzo dziwnym tym razem mieszkaniu Gosi. To był szałas jakiejś indiańskiej szamanki, którą Gosia zawsze w dziecięcych marzeniach chciała być. Wewnątrz było biednie, suszyły się jakieś zioła, mające posłużyć do leczenia ludzi. Gosia ujęła moją dłoń i wtarła w jej środek sproszkowany ANTRAHOT- gorący antracyt! Zadała mi retoryczne pytanie „Czy ty wiesz, jakie ten kamień ma niesamowite właściwości?” Ja oczywi- ście nie wiedziałam, czy chodzi jej o właściwości lecznicze, prze- wodzące, czy inne. Kazała mi mocno zacisnąć dłoń i zabrać antrahot ze sobą.

A mi natychmiast przypomniał się czas naszych eksperymen- tów na kochanej Starej Ziemi i nasz eksperymentalny kawałek węgla, lupa, zasuszone rośliny. Przypomniały mi się kawałki drewna, zeszyt z zapiskami naszych „odkryć naukowych” i marzenia o mieszkaniu w indiańskim namiocie, marzenia wieku lat dziesięciu. Wyjmowałam dumnie antrahotowe okruchy z własnej kieszeni, aby teraz je pokazać Gosi na otwartej dłoni. Pamiętałam dobrze także inną wizytę u Gosi. Było to krótko po jej śmierci, ale w jej ostatnim domu na Starej Ziemi. Byłam zapro- szona. Pojechałam na odpowiednich falach, falach nocnych i weszłam do pustego, cichego mieszkania. Wszystko było przy- gotowane....Na stole stały talerzyki, filiżanki, leżały łyżeczki. Każdy miał przygotowane swoje, wyznaczone miejsce. Ale nikogo nie było. Usiadłam na miejscu z moim imieniem. Nie- stety, nie było tam naczyń, ale...........czyste kartki papieru i wieczne pióro. Czyżby symbol Wielkiej Uczty Literackiej, o którą mnie prosiła? W pokoju słychać było cichutkie dźwięki, niby szum w uszach, a wszystko to obserwowałam niby okiem kamery z wysoka. Nagle na czystej kartce pojawiło się zdanie napisane charakterem pisma Gosi. ”NAPISZ o wszystkim ludziom, MUSISZ powiedzieć o tym ludziom”. Wyszłam z budyn- ku, obejrzałam się i popatrzyłam w jej okno. Ujrzałam postać kobiety z bardzo długimi, prostymi włosami w kolorze średni blond, takimi, jakie nosiła Gosia dawno temu, nie w ostatnich latach życia. Kobieta była odwrócona tyłem i podlewała konewką kwiaty w mieszkaniu. Chyba chciała, abym ją zobaczyła. Nagle odwróciła się i twarz, którą ujrzałam nie była twarzą Gosi, ale odczucie było wyraźne, że to ONA, zwłaszcza że patrzyła na mnie tak, jakby chciała abym jej się dobrze przyjrzała. Miała tajem- niczy, kontrolujący mnie uśmiech. Jakby chciała sprawdzić, czy załapałam, o co chodzi. Gosię w Nowym Ciele rozpoznałam po podlewaniu kwiatów!!! Kwiaty były znakiem Jej życia na Zie- mi. Miała cały ogród na wielkim balkonie, zawsze obdarowywała innych ludzi sadzonkami, odnóżkami kwiatów, w domu miała cały zwierzyniec. Oczywiście Gosia po tamtej stronie funkcjonuje

w swoim wizualnie takim samym ciele, jakie miała na Starej Zie- mi. Ona prezentuje się tylko w różnym wieku. To jej Inne Ciało przy podlewaniu kwiatów miało coś na celu…

Pamiętałam też dobrze dziwną podróż do jej innego domu, widać ma ich tu więcej. Do tego domu jechało się z przesiadką dwoma autobusami. Najpierw autobusem numerem 22 przez Strefę 22, potem autobusem nr 27 lub 37, nie pamiętam dokład- nie tego drugiego. Jej osiedle nazywało się Strefą 27 lub 37, wła- śnie tego numeru nie zapamiętałam dokładnie, ale jeden z nich jest prawdziwy. W pobliżu tego przystanku stał okazały, prze- piękny kościół o popielatych murach, pod wezwaniem Chrystusa Króla Wszechświata, tam dziwnie znajomy, a jednak nieznajomy ksiądz, ubrany w strojną szatę w kolorze pomarańczowym, w towarzystwie zakonnicy, którą jakbym skądś znała, podawał Komunię. Klęknęłam teraz z namaszczeniem w nastrojowym kościele i przyjęłam Ciało Chrystusa po tamtej stronie! Pod zwy- kłym wielorodzinnym, niezbyt urodziwym tutejszym domem Gosi płynęła rzeka, ta sama rzeka, którą niedawno przypłynęli- śmy tutaj! (RIVER!) Sam dom był zbudowany z raczej brzydkiej czerwonej cegły i posiadał kilka pięter. Było tam dość ponuro. Weszłam do jej mieszkania, miała dużo regałów z książkami i mieszkała ze swoim synem. W ostatnich latach życia na Ziemi rzeczywiście mieszkała w wielorodzinnym, lecz nowym budynku, z TYM właśnie synem. Mieszkali blisko rzeki. W tej chwili, w jej obecnym domu na półeczce regału pośród ogromnego zbioru różnych książek widniało wolne miejsce na jeszcze jakąś książkę! Książka nie miała jednak pełnić funkcji prezentu dla Gosi. Prezentem dla Gosi miało być opowiedzenie tego ludziom.

Pamiętam dobrze jedno z niezliczonego ogromu spotkań z Gosią po jej śmierci na jednych z nocnych fal. Dotyczyło ono tej właśnie książki. Otóż Gosia wystąpiła wtedy w roli ekspedient- ki w nieistniejącej tam nigdy księgarni w naszym mieście. Mie- ściła się ona podczas tego naszego spotkania w piwnicy-suterenie, oczywiście tuż pod istniejącym realnie zakładem pogrzebowym, któ- ry zajął się Gosi ciałem, po jej śmierci!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.31
drukowana A5
za 77.06