E-book
16.38
drukowana A5
42.14
Ucieczka

Bezpłatny fragment - Ucieczka


Objętość:
274 str.
ISBN:
978-83-8126-378-8
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 42.14

I

Lawina bieg od tego zmienia,

Po jakich toczy się kamieniach.

Czesław Miłosz

Każdy jest dzieckiem swoich czasów.

Epoki, w jakich się rodzimy, kształtują nas w pełni. Epoki wyciskają na naszych osobowościach nieścieralne piętna, epoki dookreślają charaktery.

Epoki, niczym Mojry — ponad rozkazami bogów — chłodno determinują losy jednostek, kpiąc nieprzerwanie z istnienia. Kpią z wrodzonych potencjałów, bo ich wyłącznie kaprysem jest, czy zostaną użyte. Kpią ze zdrowia, pisanego ludzkimi genami, bo od nich jedynie zależy długość przędzy życia.

Każdy jest więc dzieckiem swoich czasów.

Ja urodziłem się w kraju leżącym na wschód od żelaznej kurtyny, na kilka lat przed jej ostatecznym zerwaniem, niedługo przed tym, jak postanowieniami traktatów pogrzebano Wielkiego Brata, od ponad pół wieku nieprzerwanie ciemiężącego moją Ojczyznę.

O ile więc pierwsze, nieświadome chwile mojego życia spędziłem w dogorywającym systemie autorytarnym, o tyle początek kształtowania się mej świadomości przypadał na czas zawiązywania się demokratycznej świadomości mojego kraju.

I tak me pierwsze, dziecięce decyzje czasowo zbiegały się z pierwszymi wolnymi wyborami, a pierwsze wypowiadane przeze mnie słowa rozbrzmiewały równolegle z pierwszymi zdaniami samodzielnie formułowanymi przez wolne państwo.

Niewiele wówczas rozumiejąc z historycznej doniosłości rozgrywających się wkoło wydarzeń, całą psychiką chłonąłem towarzyszące owym zajściom emocje.

Dzieciństwo moje przypadło więc na czasy, kiedy niezależna Polska — rozentuzjazmowane dziecko — definiowała swoją tożsamość.

Dwa dni temu, w dniu swoich dwudziestych drugich urodzin, wyemigrowałem z ojczystego kraju, dołączając tym samym do niemal dwóch milionów polskich enfants de notre temps na obczyźnie.

Siedzę zatem teraz w samym środku stolicy Szkocji, na drewnianym krześle, z nogą wciśniętą między żeberka kaloryfera i konstatuję, że dokładnie tak samo siedziałem równo tydzień temu, we własnym polskim mieszkaniu, gdy podjąłem decyzję o wyjeździe.

Tego popołudnia grzałem się leniwie w lipcowym, niedzielnym słońcu, wdzierającym się przez zamknięte okno. W pokoju obok, przy grubo zaciągniętych, granatowych zasłonach, w białej szpitalnej pościeli, leżała matka. W swej smutnej surowości — wywołanej hipochondrią — z wyrazu twarzy i uczesania przypominała matkę z portretu Jamesa Whistlera.

Wysuszona pięćdziesięciolatka, wysoka i szczupła, postarzona przez urojone choroby i przez nieustanną udrękę własnej psychiki, mimo szerzącego się tego dnia zaduchu, oddychała głęboko i pewnie.

Nudziłem się, pamiętam, tego dnia okrutnie. To zerkałem przez szybę, na leżącą sześć pięter niżej nieśmiałą, osiedlową uliczkę, osaczoną przez betonowe bloki, to znowu podglądałem muchę, próbującą przewiercić swym rezonującym brzmieniem taflę mętnego, okiennego szkła.

Myślę teraz, że od dziecka wszelka letnia nuda nieodzownie kojarzyła mi się z zaduchem i muchami. Po przyjeździe do Edynburga z miłym zaskoczeniem spostrzegłem, że brak tu wszelkich insektów, więc i much również. W dodatku powietrze jest tu rześkie, ze względu na położenie i bliską obecność morza. Miasto to, już na wstępie, okazało się być mało dusznym i kompletnie much pozbawionym — miastem, w którym zgodnie z konwencjonalną letnią manierą nudzić się nie sposób.

Gdy tak siedziałem, świdrując wzrokiem muchę, która z równym zacięciem przewiercała szkło, nagle nadeszła ciotka Lucyna — starsza siostra matki, opiekująca się nią, a będąca zupełnym jej przeciwieństwem.

Ciotka — ludowa, tęga baba w wieku postseksualnym, apodyktyczna i nieznosząca sprzeciwu, dominująca psychicznie i fizycznie nad otoczeniem i w otoczeniu tłamsząca najmniejsze przejawy wolności i indywidualizmu — wkroczyła do mieszkania, lustrując przy tym nieufnymi, rozbieganymi ślepiami wszystkie pomieszczenia.

Szybko ściągnęła sandały z opuchniętych stóp i energicznym krokiem, chybocząc lekko na boki swą opasłą sylwetką, wlazła od razu do matczynego pokoju. Z głośnym świstem wypuściła powietrze, po czym usłyszałem dobiegającą z sąsiedniego pomieszczenia powszednią rozmowę obu sióstr.

Jak zwykle, zaczęły obgadywać członków rodziny i znajomych, kolejno i konsekwentnie każdego z osobna, jak niewidomy przesuwający się, pręt po pręcie, wzdłuż ogrodzenia. Ten codzienny rytuał, mający swój święty porządek i swe niezmienne prawidła, obowiązkowo rozpoczyna każde odwiedziny ciotki, jako jedyna właściwie rzecz, szczerze jednocząca dwie tak różne — pomimo bliskiego pokrewieństwa — kobiety.

Reżim omawiania rzeczywistych i wyimaginowanych problemów rodziny czy znajomych jest z zasady nienaruszalny i tylko wyjątkowy wybryk którejś z obmawianych osób pozwala jej przesunąć się na początek szeregu, z owego reżimu pominięciem.

Są to jednak wypadki bardzo rzadkie: ostatnio zdarzyło się tak chyba rok temu, kiedy żonę naszego dozorcy Marciniaka zwolnili ze stanowiska położnej w szpitalu, co było zajściem nadzwyczajnym, bo Marciniakowa pracowała przez dziesiątki lat jako położna i zawsze przechwalała się, że jest nie do ruszenia, bo zna mnóstwo sekretów, których ujawnienie mogłoby być kompromitujące dla środowisk lekarskich w całym kraju. Wyobrażałem sobie, że Marciniakowa dysponuje jakimś podziemnym archiwum, w którym — niczym w Instytucie Pamięci Narodowej — ciągną się kilometrami przepastne korytarze regałów szczelnie wypełnionych aktami. W archiwum tym każdy lekarz, pielęgniarka, a nawet sanitariusz ma założoną teczkę, do której zbierane są kompromitujące go kwity. Wiedza zawarta w teczkach jest tak potężna, że jedynie fakt, że Marciniakowa chce pozostać w cieniu i rządzić służbą zdrowia za pomocą insynuacji i niedomówień, powoduje, że nie objęła jeszcze co najmniej funkcji sekretarza w Ministerstwie Zdrowia.

Wszystkim na osiedlu wydawało się więc, że prędzej ludzie przestaną się rodzić, niż ktokolwiek ośmieli się usunąć Marciniakową ze stanowiska lub w jakikolwiek sposób naruszyć jej interesy. I właśnie rok temu wynikła ta grubsza afera: Marciniakowa pomyliła dwójkę noworodków, które urodziły się jednego dnia, bo wraz z jedną fizjoterapeutką wdała się przy szpitalnym automacie do kawy w dywagacje na temat kłopotów małżeńskich pewnego kardiologa, a wracając na oddział, wciąż pogrążona w snuciu domysłów, zamieniła przez nieuwagę dzieci.

Pomyłka wyszła na jaw dopiero po dwóch tygodniach, a w międzyczasie ojciec jednego z tych podmienionych noworodków zaczął straszliwie posądzać żonę, że zdradziła go z Arabem, kiedy byli na wakacjach w Szarm el-Szejk, bo dziecko było zupełnie śniade, jak pewien Arab, z którym była widziana przy hotelowym basenie. Poza tym zaś — twierdził mąż — u niego w rodzinie nikt nigdy aż tak czarnych, kręconych włosów nie miał. Człowiek ten, jak wszyscy mężczyźni w jego rodzinie, był zupełnie łysy, a wobec kompleksu zupełnej przeciętności, uczynił sobie właśnie z braku włosów powód do chwały i znak rozpoznawczy. Często z dumną miną przejeżdżał ręką po gładkiej skórze głowy od czoła aż po kark, i wygłaszał przy tym różne sofizmaty marnego pokroju, na przykład: ”Tylko łysi potrafią uczesać się ręcznikiem”. Małżonka łysego ojca wypierała się długo, najpierw zasłaniając się zawiłościami genetyki, potem zaś mgliście tłumacząc, że ona tego Araba przy basenie tylko pytała o wolny leżak i że do niczego między nimi nie doszło.

Mąż awanturował się coraz bardziej i nawet zaczął wstydzić się własnego dziecka, którego czuprynka stawała się bujniejsza z dnia na dzień, jakby na złość, aż po dwóch tygodniach ciągłych scysji, rodzice wykonali w końcu testy genetyczne, w rezultacie których okazało się, że nie tylko ojciec nie jest ojcem, ale matka nie jest matką. I ten ojciec wściekł się strasznie, poleciał do szpitala i takiego narobił rabanu, że właściwe dziecko szybko się odnalazło. W dodatku zaginiony noworodek, zgodnie z ojcowską intuicją, był zupełnie łysy i rzeczywiście trafił do arabskiego małżeństwa, które w ogóle się nie zorientowało, że nastąpiła podmiana.

Historia ta skończyła się dobrze, nie licząc właśnie dyscyplinarnego zwolnienia Marciniakowej, która utyskiwała po całym osiedlu, że wszystkiemu winna męska podejrzliwość i cytowała nawet jakieś badania amerykańskiego instytutu, że trzydzieści procent ojców w USA wychowuje nie swoje dzieci i nikt tam żadnej draki z tego powodu nie robi. Z kolei nasz dozorca Marciniak chodził pod wpływem alkoholu i także po całym osiedlu rozpowiadał, że na oddziale Marciniakowej mogło być nawet dziewięćdziesiąt procent dzieci podmienianych, bo on swoją żonę zna najlepiej i wie, że jak się dobrze jej nie stłucze, to się nie przykłada do roboty, a w szpitalu nikt jej nie lał, więc teraz mają efekty.

Generalnie jednak, wieści wymieniane są podczas rozmowy sióstr zgodnie z przyjętą dla nich kolejnością. Także forma wypowiedzi matki i ciotki, niczym w poetyce klasycyzmu, obwarowana jest niezmiennymi zasadami. Matka wypowiada swe kwestie spokojnie, przytłumionym głosem, ciotka mówi głosem tubalnym, z pretensjonalnie bezczelną intonacją, tłusto okraszając wypowiedź niewerbalnymi odgłosami. Należy tu wspomnieć, że ciotka jest arcymistrzynią w wydawaniu takich dźwięków i zwykle stosuje ich szeroką gamę — od prawie bezgłośnych świstów po wydatne pohukiwania.

Pierwszym ludzkim paciorkiem na tym różańcu obmowy jest zawsze synowa ciotki. Ciotka ma dwóch synów: starszy mieszka u nas na osiedlu z żoną i dzieckiem, zaś młodszy uciekł przed matką do Szkocji.

Starszy syn ciotki jest jej ulubieńcem jako człowiek zupełnie uległy i bez charakteru. Ciotka latami gniotła jego wolę, jakby wyrabiała ciasto na kluski leniwe, dopóki się nie ożenił. Ponieważ nie trafił na kompletną idiotkę, to żona zaraz się zorientowała, że jest to człowiek zupełnie sterowalny i bez przekonań, więc korzysta z tego faktu, ile może, jak dawniej korzystała jej teściowa. Między ciotką a jej synową toczy się więc nieprzerwanie gra o władzę nad tym pozbawionym osobowości człowiekiem, a każda rozgrywka jest z góry przegrana przez ciotkę Lucynę. Jedyną jej zemstą jest możliwość obgadania synowej przed moją matką. Dlatego rozmowa sióstr zaczyna się zawsze tak samo. Ciotka żali się, że synowa gotuje tak rzadką zupę, że kartofla trzeba łyżką po talerzu gonić, a schab na drugie danie przyrządza tak suchy i twardy, że organizm ludzki nie jest w stanie go strawić. I gdyby nie pomoc ciotki, która czasem tam zajrzy i nagniecie kopytek, to cała rodzina niechybnie zmarłaby z głodu, jak Indianin Joe w powieści Marka Twaina.

Po synowej, w familijnym paśmie obrabiania tyłka, nadchodzi czas na mnie. Mój status jest więc w całej rodzinie najgorszy, o ile bowiem Marek jest wyrodnym synem despotycznej carycy, który zwiał przed matką na obce dwory, ja gram rolę siostrzeńca buntownika, który robi intrygi i stara się zrzucić władczynię z tronu.

Ciotka wie, że siedzę w pokoju obok, więc milknie na chwilę, aby sterroryzować mnie ciszą. Wyobrażam sobie zawsze wtedy, jak musi za ścianą prężyć milcząco swe tłuste gabaryty, w skupieniu gotując się do wypuszczenia nagonki słów na mnie, do zgłoskowej napaści na zamarłą w oczekiwaniu ofiarę.

Powtarzalność i nieoryginalność ciotki każe mi zawsze spodziewać się słów tych samych, wypowiedzianych w tym samym momencie co zwykle, ba, nawet wydanie przez ciotkę westchnień tożsamych mogę — w struchleniu — antycypować.

I płynęły wolno owego popołudnia sekundy przyczajenia ciotki. Każda chwila, jakby na złość, przeciągała się leniwie. Względność czasu, równie szydercza wobec nudzących się i oczekujących czegoś, wyjątkowo dawała mi się tego dnia we znaki.

Zaraz miałem usłyszeć to, co słyszałem codziennie — dowiedzieć się miałem tego, co dawno wiedziałem. Za moment ciotka, bez wytchnienia wzdychając, bez reszty sapiąc, miała określić mnie swym ciotczynym sposobem, przyłożyć do mnie swą ciotczyną miarę i stwierdzić, że kapryśny jestem jak przedwojenny dziedzic, że niepoczytalny, że niedojrzały i że w ogóle jestem znerwicowany wariat, po którym spodziewać się można wszystkiego.

Dodawać też zwykła ciotka stękająca, (naprawdę mnóstwo ekspresji jest w tych niemych, ciotki odgłosach), dodawać zwykła, że urzędnikiem mogłem być nawet, bo „bystry jestem, jak mało kto w rodzinie, a kto wie, czy nie najbystrzejszy”.

Matka, po tych słowach, jak zwykle przybierze uśmiech bolesny i wyrozumiały i spróbuje wziąć mnie w obronę: że owszem, jestem niecierpliwy i czasami wytrzymać z moimi wariactwami nie można, lecz w gruncie rzeczy skończyłem studia licencjackie z historii sztuki i pracuję przecież w supermarkecie, zarabiając na swoje i matki utrzymanie.

Wątłe słowa rachitycznej kobiety nie będą miały dużej siły przebicia i umilkną, zduszone tępym spojrzeniem ciotki.

Matka, gdyby nie psychiczny nacisk, jakiemu jest poddawana, mogłaby powiedzieć na przykład, że pięknie kopiuję obrazy, bo zna się na malarstwie jak nikt. Nie powie jednak tego nigdy przy ciotce, bo ona z kolei, malarstwa, jak nikt, nienawidzi. Prawda jest taka, że marzę, aby w końcu zacząć malować, wyrazić to wszystko co we mnie tkwi, ale gdy próbuję, pojawia się pustka. Od wielu lat się staram, ale zawsze kończy się na kopiowaniu dzieł cudzych.

Co zaś do zarzutów wyłaniających się z reszty tego niewypowiedzianego déjà entendu — rzec mogę jedynie krótko: za wariata wcale się nie uważam. Kapryśny może jestem, ale skoro to nie wina garbatego, że do ściany nie przystaje, to i mnie nie można raczej za moje rozkapryszenie winić. Krótko mówiąc, taki się urodziłem. Co do potencjału intelektualnego, to rzeczywiście mogę mieć największy w rodzinie, ale z uwagi na punkt odniesienia, nie jest to raczej specjalne osiągnięcie. Nie uważam natomiast, abym mógł być urzędnikiem, ponieważ bywam zanadto gwałtowny, by mieć taką stateczną i wymagającą zdyscyplinowania pracę.

Mniemania ciotki dotyczące moich możliwości sformułowane są znacznie na wyrost, a wynikają z tego, iż posiadam pewne uzdolnienia, które w psychologii określa się mianem inteligencji emocjonalnej. Zdolności te nie mają nic wspólnego z klasyczną bystrością umysłu, rozwiązywaniem skomplikowanych zadań czy łamigłówek. Są to jedynie pewnego rodzaju umiejętności społeczne, na które w skrócie składa się doskonałe rozpoznanie stanów emocjonalnych własnych i otoczenia oraz możliwość ich kontroli i manipulowania nimi. W świecie wszelakich masek i — tak powszechnego dziś — makijażu duszy, możliwość poznania tajonych uczuć człowieka, jego skrywanej osobowości jest zaiste prawdziwą władzą.

W praktyce talent mój sprowadza się do tego, że wystarczy mi nieraz spojrzenie czy chwila rozmowy, aby na wylot poznać emocje człowieka, co pozwala mi, jak psychologicznemu kameleonowi, zaadaptować się do otoczenia. W czasie dyskusji — nawet intuicyjnie — potrafię przejąć formę wypowiedzi i frazeologię rozmówców, wychwycić uczucia interlokutorów i wytworzyć perfekcyjną ułudę dowolnych uczuć u siebie. Rozmawiając z robotnikami, umiem podświadomie poczuć się jak jeden z nich i mówić jak oni. Częścią mojej psychiki mogę na chwilę stać się robotnikiem, tak że robotnicy zaraz mają mnie za robotnika.

Czasami jest to kłopotliwe, bo moja zdolność przyciąga różnej maści wariatów i ekscentryków. Ludzie ci, patrząc na mnie z obłędem, odnajdują samorzutne odbłyski szaleństwa w moich oczach i lgną do mnie z entuzjazmem, jak pomyleni słudzy obłąkanego króla.

Zdolności moje nie działają jedynie na ciotkę, bo ta oczekuje wyłącznie poddaństwa. Gdyby spotkała swoje psychologiczne odbicie, swego psychicznego klona, byłby on jej największym wrogiem i znienawidziłaby go z całej siły.

Negatywna opinia ciotki o mnie pozbawiona jest, jak widać, najmniejszych podstaw i wynika jedynie z uprzedzenia względem mojej osoby, zaś żywiona wobec mnie nienawiść ma swoje źródło w tym, że nie podporządkowałem się władczej naturze ciotki.

Można powiedzieć, że nie licząc Marka, który uciekł do Szkocji, ja jako jedyny w całej rodzinie nie zgiąłem potulnie karku pod jarzmem narzucanym przez to apodyktyczne babsko, które tłumi każdy najmniejszy przejaw indywidualizmu otoczenia i sprzeciw nawet w błahej sprawie, traktuje niczym siarczysty policzek, wymierzony w jego barbarzyńską gębę.

Myślę sobie, że gdybym spotkał najzagorzalszego nawet wielbiciela ciotek, jednego z tych piewców ciotczynej dobroci i wyrozumiałości, któregoś z tych idiotów, co ciotczyną łagodności i tolerancyjność wychwala z namaszczeniem, co pisze listy opatrzone zwrotem: „Kochana Ciociu” i zamknąłbym go z ciotką Lucyną na kilka godzin, to od razu odechciałoby mu się dytyrambów na rzecz ciotek, od razu zmieniłby swój do ciotek stosunek. Po chwili spędzonej z ciotką Lucyną wyklinałby wszelkie ciotki pod niebiosa, pomstowałby na ciotki okrutnie.

Te wszystkie myśli naraz przebiegły mi tego dnia przez głowę, w krótkim czasie werbalnego przyczajenia razowego babsztyla.

Nagle zrozumiałem, że dłużej tak nie mogę, że dłużej tego nie zniosę. Że ta niezmienność codziennych słyszanych za ścianą lamentów, te wieczne matki choroby, pokój ten i to mieszkanie — to prawdziwe wariactwo, które ja, mając skłonność do wchłaniania emocji z otoczenia, całą swą osobą chłonę.

Psychiczna walka z otoczeniem o własną tożsamość i niezwariowanie staje się mimowolnie treścią mojego życia. Dlatego nie mogę malować i wyrażać siebie, bo ja próbuję od uczuć uciec i kopiowanie obrazów jest właśnie taką wewnętrzną ucieczką.

Starając się nie ulec próbom narzucenia mi ciotczynej wizji świata, z takim zacięciem tę wizję odrzucałem, że w końcu wojna ta przysłoniła mi mnie samego! Zwalczałem ciotkę w imię swoich zasad i wartości, aż zmaganie się z ciotką stało się główną wartością.

Tak być nie może! — pojąłem nagle. To przez to wszystko nie mogę się wyrazić, to dlatego nie mogę namalować nic swojego.

Była tylko jedna opcja pozwalająca mi żyć samodzielnie, wyrwać się z tego pokoju, i móc jednocześnie zarobić na swoje i matki utrzymanie.

Tą opcją była emigracja. Przyznaję szczerze, że już wcześniej wielokrotnie wyobrażałem sobie swój wyjazd za granicę. Nie ma chyba Polaka, który nigdy w życiu tego nie robił, bo emigracja jako zjawisko społeczne stała się przed wiekami żyzną glebą, z której wyrosła bujnie część naszej kultury. Nieustannie, już w szkole, słysząc na lekcjach języka polskiego biografie wieszczów czy na historii — opowieści o losach przegranych powstańców, odpływałem wyobrażeniami, widząc siebie samego żyjącego na obczyźnie z powodu takiej, czy innej konieczności. Także później, na studiach, gdy analizowałem pejzaże Makowskiego, sceny walk i polowań Gierymskiego, czy też portrety Boznańskiej, nie mogłem dokonać interpretacji dzieł tych bez osadzenia w kontekście emigracyjnych przeżyć ich autorów.

Myśli o wyjeździe za granicę jako bieżącej potrzebie zwykle od siebie odrzucałem, wyłącznie z tego powodu, że nie uznaję półśrodków i wszystko, co robię musi być zrobione na sto procent. Perfekcjonizm taki zrodził we mnie niechęć do zwykłego podróżowania jako do zjawiska smutnego, błazeńskiego i niepojętego w swej istocie, bo kiedy usiłowałem je zrozumieć, przyjmując przy tym perspektywę przeciętnego turysty — niewyciągającego wniosków z tego, co zobaczył — wychodziło mi, że zwykłe zwiedzanie niczym nie różni się od oglądania świata na ekranie telewizora.

Kompletnie pozbawione sensu wydało mi się bycie turystą stanowiącym w odwiedzanym mieście dekorację, na tle której toczy się sztuka — życie prawdziwych ludzi. Takie zwiedzanie zbyt mocno przypominało mi moje kopiowanie, abym mógł się nim cieszyć i zachwycać. Nieodłączna atrakcja każdej wycieczki — fotografowanie się na tle budynków, z którymi się nie ma nic wspólnego, stanowi dla mnie tak samo niedorzeczną uzurpację, jak wejście w muzeum do łóżka generała de Gaulle’a, obwołanie się prezydentem Francji i zamówienie na śniadanie omletu z zielonym groszkiem, tacy maślanych rogalików i filiżanki kawy.

Pobyt w mieście musi być jak malowanie swojego obrazu. Powinien odzwierciedlać emocje, bo tylko to pozwala trwale złączyć się z historią miejsca, które się odwiedza. Przy takim podróżowaniu wystarczy zobaczyć jeden detal i zachwycić się nim. Zachwycić się tak, że nic więcej nie interesuje, że wszystko inne chce się przełożyć na następny raz, by zostać ze swoim zachwytem i napawać się nim.

Każdy podróżny czuje taką tęsknotę za zostawieniem po sobie śladu w pamięci odwiedzanego miasta, stąd kłódki przypinane na Moście Mulwijskim w Rzymie i Pontes des Artes w Paryżu, stąd wrzucane do fontann monety, przyklejane pod ławkami w metrze gumy do żucia, stąd wszelkie przejawy wandalizmu — wszystko po to, by poczuć krótkie złudzenie, że jakaś część człowieka stała się składnikiem miejsca, że teraz do tego miejsca ów człowiek nieodwołalnie przynależy.

Tego dnia jednak nie myślałem o nieodwołalnych konsekwencjach swojego wyboru. Zerwałem się raptownie z krzesła, podbiegłem do drzwi i gwałtownie wpadłem do matczynego pokoju. Moje niespodziewane wtargnięcie przestraszyło ciotkę Lucynę. Poderwała się z taboretu i cofnęła o krok, przewracając tłustym cielskiem stojącego na kredensie fikusa. Kwiatek, respektując święte prawo grawitacji, spadł na dywan, obracając się w powietrzu.

Ciotka nie zauważyła jednak szkód spowodowanych tym mało zgrabnym ruchem. Przeczulona na punkcie mojej osoby, nieufnie mnie traktująca, jak sama mówiła — spodziewała się po mnie wszystkiego.

Stała więc w pozycji obronnej, oczekując najgorszego, wciśnięta plecami w kredens, z tłustymi rękami skrzyżowanymi na falujących surowych piersiach. Spod niskiego prostokątnego czoła, oblanego strąkami brudnych rudych włosów wpatrywała się we mnie ze strachem swymi płynnymi, świńskimi oczkami. Oddychała szybko i płytko, przerażona i zdziwiona moim nagłym najściem.

Matka, spodziewając się widać z mojej strony jakiejś hucpy, pobladła, i jakby skurczona, wcisnęła się jeszcze bardziej w sztywną, wykrochmaloną pościel.

— Wyjeżdżam! — krzyknąłem tymczasem, mocno zaaferowany.

— Gdzie? — odkrzyknęła ciotka, opuszczając przy tym swobodnie ręce wzdłuż ciała. Pytanie to wyrzuciła z siebie samoistnie, bardziej na zasadzie reakcji obronnej na mój krzyk, niż w celu wyartykułowania swej ciekawości.

— Do Szkocji! Do Marka! — wrzasnąłem znowu, tym razem nienaturalnie, chcąc sztucznie podsycić fale pierwotnego, spontanicznego uniesienia. Lecz stężała twarz ciotki już rozluźniła się nieco. Rysy zelżały, tępa mimika powróciła, a na obliczu pojawił się wyraz triumfu.

Matka początkowo próbowała sprzeciwić się temu nagłemu wyjazdowi, ale ciotka, upewniwszy się, że będę przysyłał pieniądze na jej opiekę, od razu dała mi pełne błogosławieństwo, wobec czego obiekcje, nieśmiało wysuwane przez moją rodzicielkę, musiały ustąpić.

— Żeby nie było jak z tym psem — ostrzegła ciotka, patrząc groźnie spod tłustych jak dwa placki ziemniaczane powiek. Historia posiadania przeze mnie psa jest bowiem dla ciotki koronnym przykładem mojego nieokrzesania.

Jakiś rok temu kupiłem sobie szczeniaka od stojącego przy drodze pijanego degenerata. Piesek kosztował trzy i pół złotego, był brunatny i bezrasowy, a wyglądał strasznie żałośnie, ciągnięty na krótkim sznurku przez pijaczynę. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem sobie wtedy, że z takim psem z pewnością zacznę malować.

Psiak okazał się całkiem mądry. Wielki był z niego indywidualista. Od początku chodził swoimi ścieżkami, nie zaś przy nodze właściciela, jak inne psy. Dość szybko nauczył się wychodzić z bloku sam, by załatwiać swoje fizjologiczne potrzeby, a ja za nim nie szedłem. Wydaje mi się głupie i śmieszne iść z psem na spacer, by mógł się wypróżnić. Pies to nie dziecko jakieś przecież, by z nim wszędzie łazić. Skoro w naturze zwierzęta decydują o sobie same, to dlaczego niby poza przyrodą, o ich losie miałby decydować malarz? Podobnie nadanie zwierzęciu imienia wydawało mi się głupie i nie na miejscu. On raczej był z tego zadowolony, chętnie wychodził na zewnątrz, a jego wyprawy stawały się z biegiem czasu coraz dłuższe.

W końcu nie wrócił wcale, ja zaś w ogóle go nie szukałem, bo pies to nie dziecko jakieś, co go trzeba szukać. Pies sobie poradzi. Widocznie zaplanował sobie coś innego, niż życie w bloku ze mną i hipochondryczną matką oraz jedzenie resztek z obiadu. Wcale nie jest też zresztą powiedziane, że kiedyś do nas nie wróci. Ciotka uważa jednak, że historia psa stanowi sztandarowy przykład mojej nieodpowiedzialności.

Takie są kulisy mojego wyjazdu. Udzieliłem w tym przedmiocie nawet wywiadu do internetowego radia, bo kiedy stałem w kolejce do odprawy lotniczej, podbiegł do mnie w tym celu młody, wysoki reporter z bezbarwnymi krostami na twarzy i raczej krzywą grzywką, odwiniętą na bok. Biegał dużo i zupełnie niepotrzebnie, bo ludzie emigrują już od dłuższego czasu, co więcej, nic nie wskazuje na to, żeby mieli przestać. Pośpiech wydawał się więc w tej kwestii nienaturalny i spowodowany zapewne chęcią dodania sobie animuszu, bo skoro szybkość wskazana jest przy gorących wiadomościach, to wykazana w tym wypadku musiała podnosić rangę jego zadania.

W każdym razie podbiegł i zadał mi nieśmiertelne pytanie o przyczynę wyjazdu z kraju. Opowiedziałem mu do dyktafonu o moich psychicznych udrękach i o malowaniu. O psie nawet mu powiedziałem, formułując apel, aby ludzie dali psom więcej swobody, bo to nie dzieci jakieś, żeby za nimi łazić i czekać, aż się wypróżnią. Oczywiście kwestie prywatne zdradziłem dość oględnie, bo nieelegancko byłoby tak na antenie robić publiczne pranie brudów: opowiadać o tłustej ciotce, czy malade imaginaire matki.

Reporter zmartwił się moją wypowiedzią jak Scarlett O’Hara zniesieniem niewolnictwa. Treść jej bowiem nie wpisała się w ogóle w tezę postawioną w jego reportażu, że ludzie emigrują za godnym życiem.

Tezę tę znam stąd, że po przylocie odsłuchałem w internecie audycję, w której opowiadam, że wyjeżdżam, bo w Polsce nikt nie chce mi dać pracy w wyuczonym przeze mnie zawodzie, że jak mam stać na zmywaku albo siedzieć na kasie, to wolę robić to w Zjednoczonym Królestwie i dostawać za to godne pieniądze. Z audycji wynikało, że dorzuciłem mu jeszcze kilka frazesów o godnej pracy i godnych pieniądzach, i w ogóle godnym życiu. Całość zaś zakończyłem apelem, aby nie zostawiać psów w upały w samochodzie, bo to nie dzieci jakieś.

Ciekawi mnie tylko, jak im się udało mój głos tak zmontować i czy ze wszystkimi wypowiedziami postępują równie rzetelnie.

Dwie godziny po wywiadzie wysiadłem z Boeinga na szary beton edynburskiego lotniska, delikatnie skubany chłodnym złotem języków zachodzącego słońca.

Powietrze było rzadkie i przyjemnie chłodne.

Jak się okazało, wszyscy pasażerowie byli Polakami, tak jak w trzech poprzednich tego dnia samolotach.

Chwilę po później przeciskałem się już w kierunku drzwi, razem ze mną rodacy, zniecierpliwieni przedłużającymi się kontrolami dokumentów. Każdy trzymał torby bagażu podręcznego, załadowane towarami, które bądź mają wyższą cenę na terenie Zjednoczonego Królestwa, bądź takimi, bez których Polak na emigracji obejść się nie może.

Do pierwszej kategorii zaliczyć należy przede wszystkim papierosy i tytoń, skupowane przez Brytyjczyków — z ponad czterokrotnym przebiciem — już w terminalu przylotów.

Drugą kategorią są wszelakie exanthema słynnej na cały świat polskiej myśli masarsko-wędliniarskiej. Walizki przyjezdnych pełne są takich kłopotliwych symboli polskości: hermetycznie zapakowanych szynek, wędzonych w wiśniowym dymie polędwic, suszonych szynek, cieniutkich i kruchych jak dziecięce palce kabanosów.

A nade wszystko króluje kiełbasa, jałowcowy symbol naszego kraju, specialité de la maison polonaise, podstawa ekwipunku emigranta.

Muszą o tym pamiętać wszyscy obcokrajowcy, gdziekolwiek mają styczność z Polakami. Pilnować się powinni starannie, by nie zapędzić się w swej ignorancji, aby nie przeholować w swej niewiedzy, bo mogą nie zdawać sobie sprawy, że papież był Polakiem; mogą nie orientować się nawet, że Maria Curie-Skłodowska Polką była. Ale niech wystrzegają się, aby nigdy nie zapomnieć, że najwybitniejszym delikatesem domu polskiego jest kiełbasa.

I lepiej, żeby im smakowała, lepiej, żeby wyrażali uznanie dla wielowiekowej tradycji polskiego rzemiosła kiełbasianego, bo zniewagi na tym tle naród nasz nie przełknie nigdy!

Nie do końca wiem, jakie są powody tej adoracji kiełbasianych pęt przez Polaków. Może to reminiscencja dawnych wierzeń pogańskich, może kiedyś u Słowian wieprzom oddawano cześć boską i chwałę, a kiełbasa jako esencja wieprza była święta.

Byłem kiedyś na weselu jednego kuzyna, gdzie krótko przed północą zgaszono światło i przy fanfarach wjechały na wózkach, uroczyście prowadzone przez przybranych kucharzy, dwa olbrzymie płonące wieprze. Weselnicy wiwatowali, orkiestra grała fanfary, a młoda para podeszła, ukroiła i podała sobie wzajemnie po pierwszym kęsie tych pieczonych świń. I wymawiali przy tym jeszcze jakieś rytualne słowa.

Pamiętam, że byłem tym zniesmaczony, bo wyobraziłem sobie, że obserwują nas przedstawiciele jakiejś pozaziemskiej cywilizacji, którym obrzędy weselne są obce. Na planecie, z której pochodzą, rodzina nie jest podstawową komórką społeczną, w ogóle nie znają ceremonii weselnych i jakichkolwiek ludzkich zwyczajów, chociaż wyglądają całkiem podobnie do ludzi i podobne nawet mają imiona. I wysyłają na Ziemię ekspedycję, która ma zbadać naszą kulturę, i akurat ta ekspedycja przypadkiem trafia na wesele mojego kuzyna, bo ciekawszych wydarzeń w okolicy nie ma. I ci kosmici obserwują w ukryciu, przebrani za weselników, ten wjazd płonących wieprzów, i im się zdaje, że to element kulminacyjny całego ślubu i wesela mojego krewnego, i że ta młoda para jest specjalnie wybrana i przystrojona do spożycia pierwszego kęsa wieprza.

Potem ci kosmici wracają na swoją planetę i opowiadają na jakimś kongresie swoim naukowcom, co widzieli, i nikt im nie wierzy, że można taką cześć oddawać świniom, a nawet jeden profesor — specjalista od naszego Układu Słonecznego, wprost zarzuca im kłamstwo. Wtedy oni ujawniają nagranie pozyskane tego dnia i Ziemia jest do końca skompromitowana i pogrążona w niesławie. Postanawiają, że przez najbliższe tysiąc lat nie nawiążą z nami żadnego kontaktu, skoro duchowo jesteśmy na takim etapie rozwoju.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 42.14