ROZDZIAŁ 1. Kiedy seks staje się rutyną
Seks w długoletnim związku rzadko psuje się w jednym konkretnym momencie. Zazwyczaj nie ma jednego wieczoru, jednej rozmowy ani jednego wydarzenia, po którym para budzi się następnego dnia i odkrywa, że ich życie intymne stało się przewidywalne. Stagnacja pojawia się znacznie bardziej po cichu. Najpierw pewne zachowania zaczynają się powtarzać. Potem przestajemy zwracać uwagę na szczegóły. Jeszcze później pojawia się przekonanie, że przecież „wiemy już, jak to działa”. Z czasem seks może zostać sprowadzony do czegoś, co odbywa się według określonego scenariusza, w określonym miejscu, mniej więcej w podobnych okolicznościach i z podobnym przebiegiem. Nie musi być przy tym zły. I właśnie to jest jeden z powodów, dla których stagnacja bywa tak trudna do zauważenia.
Para może nadal się kochać. Może się przytulać, rozmawiać, wspólnie wychowywać dzieci, planować wakacje, prowadzić dom, pracować, śmiać się i spędzać razem czas. Może nawet regularnie uprawiać seks. A jednak jedno albo oboje partnerów może mieć poczucie, że czegoś brakuje. Nie zawsze chodzi o większą częstotliwość. Czasami chodzi o ciekawość. O napięcie. O poczucie bycia pożądanym. O możliwość pokazania drugiej osobie strony siebie, która przez lata pozostawała niewypowiedziana. O poczucie, że między dwojgiem ludzi nadal może wydarzyć się coś nieoczekiwanego.
Seksualna stagnacja nie oznacza więc automatycznie braku seksu. To ważne rozróżnienie, ponieważ wiele par próbuje rozwiązać problem, licząc wyłącznie częstotliwość zbliżeń. Jeśli wcześniej seks pojawiał się raz w tygodniu, a teraz pojawia się raz na dwa tygodnie, łatwo uznać, że problem polega właśnie na liczbie zbliżeń. Tymczasem nawet częsty seks może stać się rutynowy, jeśli nie niesie ze sobą poczucia zaangażowania, ciekawości, swobody i wzajemnego zainteresowania.
Stagnacja może wyglądać bardzo różnie. Dla jednej pary będzie oznaczała wielomiesięczne unikanie intymności. Dla innej będzie oznaczała seks, który odbywa się regularnie, ale niemal zawsze według identycznego schematu. Jeszcze inna para będzie pozostawała fizycznie blisko, ale przestanie rozmawiać o swoich potrzebach, fantazjach, granicach i pragnieniach. W każdym z tych przypadków problem może mieć inne źródło, dlatego pierwszym zadaniem nie powinno być natychmiastowe poszukiwanie „sposobu na lepszy seks”, ale zrozumienie, co właściwie wydarzyło się między partnerami.
W długoletnim związku rutyna jest czymś naturalnym. Wspólne życie opiera się przecież na powtarzalności. Wstajemy o podobnej porze, wykonujemy podobne obowiązki, robimy zakupy, przygotowujemy posiłki, pracujemy, zajmujemy się dziećmi, sprzątamy, odpoczywamy. Rutyna sama w sobie nie jest wrogiem związku. Wręcz przeciwnie, daje bezpieczeństwo i przewidywalność. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przewidywalność, która pomaga w codziennym życiu, całkowicie przejmuje również sferę erotyczną.
Erotyka potrzebuje bowiem czegoś, czego codzienność często nie dostarcza: uwagi. Potrzebuje świadomego zatrzymania się przy drugiej osobie. Potrzebuje zainteresowania nią nie tylko jako współmałżonkiem, rodzicem, współorganizatorem życia czy osobą odpowiedzialną za rachunki, ale także jako człowiekiem posiadającym własne ciało, emocje, pragnienia, fantazje i potrzebę bycia pożądanym. Kiedy ta perspektywa znika, partnerzy mogą nadal funkcjonować jako bardzo dobrze działający zespół, ale jednocześnie coraz mniej funkcjonować jako para kochanków.
Szczególnie łatwo zauważyć to wtedy, gdy życie przez wiele lat układa się według podobnego rytmu. Na początku związku wiele rzeczy jest nowych. Nowa jest osoba, jej ciało, sposób reagowania, głos, dotyk, zapach, pocałunki, sposób patrzenia. Nowe są wspólne doświadczenia i sytuacje, których wcześniej nie przeżywaliśmy razem. Nie trzeba specjalnie planować nowości, ponieważ sama relacja jest nowością. Z czasem ta naturalna świeżość słabnie. Nie dlatego, że partner stał się mniej atrakcyjny, ale dlatego, że człowiek przyzwyczaja się do tego, co wcześniej było niezwykłe.
To jeden z podstawowych mechanizmów psychologicznych związanych z długotrwałymi relacjami. To, co na początku silnie przyciąga uwagę, po pewnym czasie staje się częścią znanego świata. Mózg nie musi już w takim stopniu reagować na coś, co doskonale zna. Nie oznacza to jednak, że pożądanie musi zniknąć. Oznacza raczej, że jego podtrzymywanie wymaga większej świadomości niż na początku związku.
W pierwszych miesiącach czy latach relacji wiele rzeczy dzieje się samo. Para chce się dotykać, całować, być blisko. Czasami wystarczy spojrzenie, wiadomość wysłana w ciągu dnia albo przypadkowy dotyk. Później pojawiają się obowiązki, zmęczenie, stres, kredyt, praca, dzieci, problemy zdrowotne, konflikty rodzinne i setki drobnych spraw, które każdego dnia konkurują o uwagę. Intymność przestaje być czymś spontanicznym, a zaczyna być czymś, co trzeba świadomie chronić.
I tutaj pojawia się paradoks. Wiele par uważa, że planowanie intymności odbiera jej spontaniczność. W praktyce bywa odwrotnie. Jeżeli całe życie jest już zaplanowane, a seks ma wydarzyć się wyłącznie wtedy, gdy oboje przypadkiem będą mieli energię, czas, odpowiedni nastrój i brak innych obowiązków, może okazać się, że idealny moment nigdy nie nadchodzi. Nie dlatego, że para się nie pożąda, lecz dlatego, że codzienność skutecznie zagospodarowała każdą wolną przestrzeń.
Stagnacja seksualna często zaczyna się więc nie od niechęci, lecz od zaniedbania. Najpierw odkładamy rozmowę. Potem odkładamy bliskość. Następnie przyzwyczajamy się do tego, że jej nie ma. W końcu pojawia się nowa normalność. To, co kiedyś wydawało się problemem, staje się po prostu „naszym życiem”.
Jednym z najbardziej charakterystycznych sygnałów stagnacji jest powtarzalność scenariusza. To samo miejsce. Podobna pora. Podobny sposób rozpoczynania kontaktu. Podobny poziom zaangażowania. Podobna długość. Podobne zakończenie. Nawet jeśli żadna z tych rzeczy sama w sobie nie jest problemem, ich połączenie może sprawić, że seks przestaje być doświadczeniem, na które czeka się z ciekawością.
Można to porównać do ulubionej restauracji, do której chodzimy przez wiele lat. Jedzenie nadal jest dobre. Wiemy jednak dokładnie, gdzie usiądziemy, co zamówimy, jak będzie smakowało i ile potrwa kolacja. Po pewnym czasie nie chodzimy tam dlatego, że jesteśmy ciekawi, co się wydarzy, lecz dlatego, że jest to znane i wygodne. W relacji seksualnej podobny mechanizm może prowadzić do sytuacji, w której partnerzy nie tyle przeżywają intymność, ile odtwarzają znany rytuał.
To ważne, aby nie wyciągać z tego wniosku, że każdy seks powinien być niezwykły, spontaniczny i pełen nowych bodźców. Taka presja również może zaszkodzić. Człowiek nie może za każdym razem oczekiwać od siebie wyjątkowego doświadczenia. Intymność ma również wymiar spokojny, czuły, przewidywalny i bezpieczny. Problem pojawia się wtedy, gdy przewidywalność jest jedyną dostępną formą bliskości.
Warto również zauważyć, że stagnacja może dotyczyć jednego partnera bardziej niż drugiego. Jedna osoba może być całkowicie zadowolona z dotychczasowego sposobu funkcjonowania, podczas gdy druga czuje rosnące niezadowolenie. Wtedy łatwo o błędną interpretację. Partner niezadowolony może pomyśleć: „On już mnie nie chce” albo „Ona już mnie nie pragnie”. Partner zadowolony może natomiast odpowiedzieć: „Przecież wszystko jest w porządku. Przecież mamy seks”. Oboje opisują tę samą relację, ale z dwóch zupełnie różnych perspektyw.
Dlatego pytanie „jak często uprawiamy seks?” bywa niewystarczające. Znacznie bardziej interesujące są pytania: „Jak się wtedy czuję?”, „Czy czuję się pożądany?”, „Czy mogę powiedzieć, czego chcę?”, „Czy czuję się bezpiecznie, kiedy mówię o swoich potrzebach?”, „Czy potrafimy odmówić bez obrażania się?”, „Czy możemy rozmawiać o fantazjach bez obowiązku ich realizowania?”, „Czy dotyk między nami istnieje także poza seksem?”, „Czy nadal jesteśmy siebie ciekawi?”.
To właśnie ciekawość jest jednym z niedocenianych elementów długotrwałej intymności. Można być z kimś przez dwadzieścia lat i nadal nie wiedzieć wszystkiego o jego świecie wewnętrznym. Człowiek zmienia się przecież przez całe życie. Zmieniają się jego potrzeby, doświadczenia, ciało, poczucie własnej wartości, fantazje, obawy i granice. Partner, którego poznaliśmy dziesięć czy dwadzieścia lat temu, nie jest dokładnie tą samą osobą dzisiaj.
Tymczasem pary czasami zachowują się tak, jakby po kilku latach posiadały kompletną instrukcję obsługi drugiej osoby. „Wiem, co lubisz”. „Wiem, czego nie lubisz”. „Zawsze tak było”. „Przecież nigdy wcześniej tego nie chciałeś”. Tego rodzaju przekonania mogą zamykać drzwi do rozmowy. To, że ktoś przez lata czegoś nie proponował, nie oznacza automatycznie, że nigdy tego nie potrzebował. Być może nie wiedział, jak o tym powiedzieć. Być może obawiał się oceny. Być może sam dopiero niedawno zrozumiał własne potrzeby.
W tym miejscu warto oddzielić fantazję od oczekiwania. Rozmowa o marzeniu czy wyobrażeniu nie jest zobowiązaniem do jego realizacji. To niezwykle ważna zasada zdrowej komunikacji seksualnej. Partner może powiedzieć: „Ciekawi mnie pewien pomysł”, a druga osoba może odpowiedzieć: „Nie chciałabym tego robić, ale chętnie porozmawiam o tym”. Taka rozmowa sama w sobie może zwiększać bliskość, ponieważ pozwala poznać partnera bez konieczności natychmiastowego przekraczania własnych granic.
Właśnie dlatego odbudowywanie życia seksualnego nie powinno rozpoczynać się od kupowania gadżetów, wyszukiwania coraz bardziej wyszukanych pomysłów czy próby naśladowania scenariuszy znalezionych w internecie. Zabawki i różne formy wspólnej zabawy mogą być ciekawym dodatkiem, ale nie zastąpią rozmowy. Jeśli między partnerami istnieje napięcie, brak zaufania, wstyd, żal albo poczucie odrzucenia, nowy gadżet może co najwyżej chwilowo odwrócić uwagę od problemu.
Najpierw trzeba zrozumieć, co naprawdę zostało utracone.
Czasami nie chodzi bowiem o seks. Chodzi o poczucie bycia atrakcyjnym dla własnego partnera. Człowiek może powiedzieć „brakuje mi seksu”, podczas gdy pod tym zdaniem kryje się zupełnie inne: „Chcę znowu czuć, że mnie pragniesz”. Ktoś inny może powiedzieć „chcę więcej seksu”, mając na myśli: „Chcę, żebyśmy mieli dla siebie czas, w którym nie jesteśmy tylko rodzicami i współlokatorami”. Jeszcze ktoś inny może mówić o potrzebie większej różnorodności, podczas gdy tak naprawdę najbardziej brakuje mu rozmowy, flirtu i poczucia emocjonalnego połączenia.
To prowadzi do niezwykle ważnego rozróżnienia: brak seksu nie jest tym samym co brak bliskości.
Można nie uprawiać seksu przez pewien czas, a mimo to pozostawać bardzo blisko. Para może się przytulać, trzymać za ręce, rozmawiać, całować, spać wtulona w siebie, okazywać czułość i zainteresowanie. Może istnieć między nimi poczucie bezpieczeństwa oraz świadomość, że seksualna przerwa nie oznacza odrzucenia. Taka sytuacja może być zupełnie inna niż relacja, w której seks występuje, ale poza nim nie ma dotyku, rozmowy, czułości ani zainteresowania.
Z drugiej strony może być też odwrotnie. Para może mieć stosunkowo częsty seks, ale jednocześnie żyć obok siebie emocjonalnie. Seks staje się wtedy czynnością oddzieloną od pozostałej części związku. Po wszystkim partnerzy wracają do telefonów, pracy, obowiązków i codzienności, nie mając poczucia, że rzeczywiście spotkali się ze sobą jako ludzie.
Bliskość jest szerszym pojęciem niż aktywność seksualna. Obejmuje zaufanie, czułość, emocjonalne bezpieczeństwo, otwartość, możliwość pokazania słabości, zainteresowanie drugą osobą i przekonanie, że można być sobą bez ciągłego oceniania. Seks może tę bliskość wzmacniać, ale nie może jej całkowicie zastąpić.
Właśnie dlatego w wielu związkach próba „naprawienia seksu” nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Partnerzy próbują zwiększyć częstotliwość, kupują nowe rzeczy, zmieniają miejsce, szukają nowych pomysłów, a po pewnym czasie problem powraca. Dzieje się tak dlatego, że przyczyna znajdowała się gdzie indziej. Jeśli ktoś przez wiele miesięcy czuł się ignorowany, nieatrakcyjny, krytykowany albo emocjonalnie samotny, trudno oczekiwać, że sama zmiana scenariusza natychmiast przywróci pożądanie.
Pożądanie jest bowiem mocno związane z tym, jak człowiek czuje się w relacji. Nie istnieje w próżni. Stres, chroniczne zmęczenie, konflikty, poczucie niesprawiedliwego podziału obowiązków, brak prywatności, problemy finansowe, napięcie emocjonalne czy brak poczucia bezpieczeństwa mogą wpływać na seksualność. Podobnie może działać przekonanie, że partner oczekuje seksu jako obowiązku. W takich warunkach nawet atrakcyjna osoba może przestać mieć ochotę na intymność.
Nie oznacza to jednak, że pożądanie w długoletnim związku musi umrzeć. Często zmienia ono swoją formę.
Na początku relacji pożądanie może być spontaniczne. Pojawia się nagle, bez specjalnego przygotowania. W długotrwałym związku częściej potrzebuje odpowiednich warunków. Nie zawsze zaczyna się od ochoty. Czasem ochota pojawia się dopiero po rozpoczęciu czułego kontaktu, rozmowy, przytulenia czy stworzeniu atmosfery, w której człowiek może odłożyć codzienne napięcie. To nie oznacza udawania ani zmuszania się. Oznacza jedynie, że seksualna gotowość nie zawsze pojawia się jako pierwsza.
To bardzo istotne, ponieważ wiele osób porównuje swoje obecne życie seksualne z początkiem związku i dochodzi do wniosku: „Kiedyś chciałem jej cały czas, teraz nie. Coś jest nie tak”. Tymczasem zmiana intensywności spontanicznego pożądania może być naturalną częścią długotrwałej relacji. Ważniejsze jest to, czy partnerzy potrafią tworzyć warunki, w których zainteresowanie i pożądanie mogą ponownie się pojawić.
Pożądanie nie znika więc zazwyczaj z dnia na dzień. Częściej jest przykrywane kolejnymi warstwami codzienności. Zmęczeniem. Niewypowiedzianym żalem. Rutyną. Brakiem czasu. Wstydem. Przekonaniem, że „to już nie dla nas”. Strachem przed odrzuceniem. Niepewnością dotyczącą własnego ciała. Przekonaniem, że po tylu latach nie wypada już rozmawiać o seksie. Czasami również doświadczeniem monotonii, które sprawia, że mózg przestaje traktować sytuację jako szczególnie pobudzającą.
Dlatego powrót do satysfakcjonującego życia intymnego nie musi oznaczać cofania się do czasów młodości. Nie chodzi o to, aby udawać, że znów macie dwadzieścia lat. Chodzi o stworzenie nowej wersji bliskości odpowiedniej dla ludzi, którymi jesteście dzisiaj.
To ogromna różnica.
Dojrzała intymność nie musi być kopią pierwszych miesięcy związku. Może być spokojniejsza, bardziej świadoma i bardziej komunikacyjna. Może opierać się na wiedzy o własnych potrzebach oraz szacunku dla potrzeb drugiej osoby. Może zawierać więcej rozmowy, humoru, czułości, eksperymentowania i świadomego wyboru. Może również uwzględniać zmiany, które przyniosło życie.
Warto w tym miejscu przyjrzeć się jednemu z najbardziej szkodliwych przekonań: „Skoro mnie naprawdę pożąda, powinien to zawsze czuć”. To nierealistyczne oczekiwanie. Pożądanie nie jest stałą wartością. Zmienia się pod wpływem sytuacji, nastroju, zdrowia, stresu, doświadczeń i relacji. Partner może cię kochać i uważać za atrakcyjnego, a jednocześnie nie mieć ochoty na seks konkretnego dnia. Tak samo ty możesz kochać swojego partnera i nie być gotowy na intymność w określonym momencie.
Zdrowe życie seksualne nie polega na tym, że zawsze oboje chcecie tego samego w tym samym czasie. Polega na tym, że możecie o tym rozmawiać bez strachu, nacisku i kary za odmowę.
Ta zasada jest szczególnie ważna przy wprowadzaniu nowych pomysłów. Jeśli para chce eksperymentować z zabawkami, zmianą atmosfery, nowymi formami randek czy innymi sposobami budowania napięcia, obie osoby powinny mieć przestrzeń na zgodę, odmowę i negocjowanie granic. Nowość nie powinna być obowiązkiem. Nie ma nic bardziej zabójczego dla intymności niż sytuacja, w której jedna osoba czuje, że musi zgodzić się na eksperyment, aby udowodnić miłość albo atrakcyjność.
W zdrowej relacji można powiedzieć „tak”, „nie”, „może”, „jeszcze nie”, „chcę o tym porozmawiać” albo „chciałbym spróbować, ale w inny sposób”. Każda z tych odpowiedzi może być początkiem dobrej rozmowy.
Pierwszym krokiem do zmiany nie jest więc zakup czegokolwiek. Nie jest nim również znalezienie najbardziej niezwykłego pomysłu. Pierwszym krokiem jest przerwanie automatyzmu.
Trzeba zacząć zauważać, co właściwie dzieje się między wami.
Można zacząć od prostego pytania: „Czy jesteśmy zadowoleni z naszego życia intymnego?”. Nie należy jednak traktować odpowiedzi jako oskarżenia. Jeśli jedna osoba powie „nie”, nie oznacza to automatycznie, że druga zawiodła. Oznacza to, że pojawiła się informacja, którą warto potraktować poważnie.
Następne pytanie może brzmieć: „Czego najbardziej ci brakuje?”. I tutaj warto słuchać bez natychmiastowego bronienia się. Jeśli partner mówi: „Brakuje mi spontaniczności”, odpowiedzią nie musi być „Przecież próbuję”. Jeśli mówi: „Brakuje mi dotyku”, nie trzeba odpowiadać „Przecież wczoraj cię przytuliłem”. Celem pierwszej rozmowy nie jest udowodnienie, kto ma rację. Celem jest zrozumienie doświadczenia drugiej osoby.
Czasami okaże się, że potrzeby są bardzo konkretne. Jedna osoba chce więcej czułości. Druga chciałaby więcej czasu tylko we dwoje. Ktoś marzy o większej różnorodności. Ktoś inny chce przede wszystkim przestać odczuwać presję. W jeszcze innym związku największym problemem okaże się brak rozmowy o seksie, który przez lata stał się tematem tabu.
Dopiero kiedy para wie, co właściwie chce zmienić, można zacząć zastanawiać się nad sposobami.
I właśnie tutaj mogą pojawić się zabawki oraz różne formy wspólnej zabawy. Ich rolą nie powinno być jednak „uratowanie związku”. Mogą być narzędziem ciekawości. Mogą pomóc wprowadzić nowość, przełamać schemat, stworzyć okazję do rozmowy albo po prostu dostarczyć parze nowego doświadczenia. Ale najważniejszym elementem pozostają ludzie korzystający z tych możliwości, a nie sam przedmiot.
To podobne do nauki nowej aktywności razem. Największą wartością nie zawsze jest sama aktywność. Wartością może być to, że robicie coś wspólnie po raz pierwszy od dawna. Że pojawia się śmiech. Że trzeba się porozumieć. Że odkrywacie nowe reakcje partnera. Że przestajecie działać automatycznie.
W tym sensie przełamanie stagnacji może zacząć się od bardzo małej rzeczy.
Nie od wielkiej rewolucji, ale od pytania.
„Czego chciałbyś spróbować, gdybyś wiedział, że nie będę cię oceniać?”
To pytanie może otworzyć rozmowę, której para nie prowadziła od lat. Nie oznacza ono zgody na wszystko, co zostanie powiedziane. Oznacza stworzenie bezpiecznej przestrzeni do wypowiedzenia myśli.
Równie ważne jest drugie pytanie:
„Czego na pewno nie chcesz?”
Granice są równie ważne jak pragnienia. Bez nich eksperymentowanie może zamienić się w presję, a presja bardzo szybko niszczy poczucie bezpieczeństwa potrzebne do budowania intymności.
Warto też pamiętać, że stagnacja nie zawsze wymaga radykalnych zmian. Czasami największy efekt przynosi odzyskanie drobnych elementów, które zniknęły z relacji. Flirtowanie. Dłuższy pocałunek. Wspólna randka bez dzieci. Wiadomość wysłana w środku dnia. Komplement, który nie dotyczy wykonywania obowiązków. Dotyk bez oczekiwania, że musi prowadzić do seksu. Świadome poświęcenie sobie czasu.
To właśnie dlatego odbudowa życia seksualnego powinna być traktowana jako proces, a nie zadanie do wykonania.
Nie istnieje jedna liczba stosunków, która oznacza „zdrowy związek”. Nie istnieje jeden prawidłowy scenariusz. Nie istnieje również jeden zestaw zabaw, który sprawdzi się każdej parze. Seksualność jest bardzo indywidualna. To, co dla jednej pary będzie ekscytujące, dla innej może być zupełnie obojętne. To, co jedna osoba uzna za romantyczne, druga może odebrać jako sztuczne. Najważniejsza jest zgodność, komunikacja i wzajemna zgoda.
Stagnacja staje się problemem wtedy, gdy przestajecie mieć możliwość wyboru.
Jeżeli zawsze robicie to samo, bo oboje naprawdę to lubicie, niekoniecznie istnieje problem. Jeżeli jednak robicie to samo dlatego, że boicie się rozmawiać o czymś innym, wtedy warto się zatrzymać. Jeżeli nie ma seksu, ponieważ oboje tak zdecydowaliście i czujecie się z tym dobrze, sytuacja może być zupełnie inna niż wtedy, gdy jedna osoba cierpi w milczeniu. Jeżeli pojawiają się nowe pomysły, ale jedna osoba zgadza się na nie ze strachu przed konfliktem, nie jest to zdrowe eksperymentowanie.
Najważniejszym celem nie jest więc „więcej”. Celem jest „bardziej świadomie”.
Bardziej świadomie wybierać moment bliskości. Bardziej świadomie mówić o potrzebach. Bardziej świadomie słuchać. Bardziej świadomie respektować granice. Bardziej świadomie tworzyć przestrzeń dla erotycznej części związku.
Bo długotrwała relacja nie musi oznaczać końca ciekawości.
Wręcz przeciwnie. Może stworzyć warunki do zupełnie innego rodzaju poznawania siebie. Na początku związku poznajemy partnera dlatego, że jest nowy. Po wielu latach możemy poznawać go ponownie dlatego, że się zmienił. A zmienił się każdy z nas.
Człowiek po dziesięciu latach ma inne doświadczenia niż człowiek sprzed dziesięciu lat. Może mieć inne marzenia. Inne obawy. Inne poczucie własnej wartości. Inne potrzeby dotyczące bliskości. Może lepiej znać swoje ciało. Może być bardziej otwarty. Może przeciwnie — potrzebować większego bezpieczeństwa. Może mieć fantazje, o których nigdy wcześniej nie mówił.
Długoletni związek może więc stać się nie miejscem, w którym wszystko zostało już odkryte, lecz miejscem, w którym można odkrywać siebie na kolejnych etapach życia.
Pierwszy krok polega jednak na zauważeniu, że rutyna istnieje.
Nie po to, żeby ją potępić. Nie po to, żeby oskarżać partnera. Nie po to, żeby porównywać swoje życie z innymi parami. I nie po to, żeby natychmiast przeprowadzać seksualną rewolucję.
Po to, żeby odzyskać wybór.
Jeżeli każdego dnia automatycznie powtarzamy ten sam scenariusz, przestajemy zastanawiać się, czy nadal nam odpowiada. Gdy natomiast zatrzymamy się i zadamy sobie pytanie „czy naprawdę tego chcemy?”, pojawia się możliwość zmiany.
Może okaże się, że chcecie zostawić wiele rzeczy dokładnie takimi, jakie są. Może wystarczy więcej czułości. Może potrzebujecie rozmowy. Może chcecie wrócić do randek. Może chcecie poznać nowe sposoby budowania atmosfery. Może zainteresują was zabawki przeznaczone dla par. Może będziecie chcieli poeksperymentować z rolami, miejscem, czasem albo sposobem spędzania wspólnego wieczoru. A może najpierw będziecie musieli odbudować zaufanie i poczucie bezpieczeństwa.
Każda z tych dróg może być właściwa, jeśli wynika z rzeczywistych potrzeb obojga partnerów.
Seksualna stagnacja nie musi więc oznaczać końca życia erotycznego. Może być sygnałem, że dotychczasowy sposób funkcjonowania przestał odpowiadać ludziom, którymi staliście się dzisiaj. Może być zaproszeniem do rozmowy, której przez lata brakowało. Może być okazją do sprawdzenia, czy nadal potraficie być dla siebie nie tylko partnerami w codziennym życiu, lecz także dwiema osobami, które są siebie wzajemnie ciekawe.
Najważniejsze pytanie nie brzmi zatem: „Jak sprawić, żeby znowu było jak dawniej?”.
Znacznie ciekawsze brzmi:
„Jak chcemy, żeby wyglądała nasza bliskość teraz?”
Odpowiedź może prowadzić w zupełnie nowym kierunku. Nie musi oznaczać powrotu do początku związku. Może oznaczać stworzenie czegoś dojrzalszego, bardziej świadomego i bardziej dopasowanego do waszego obecnego życia.
Bo rutyna sama w sobie nie jest końcem.
Końcem może stać się dopiero przekonanie, że nie można już niczego zmienić.
ROZDZIAŁ 2. Dlaczego przestajemy się pożądać
Jednym z najbardziej bolesnych pytań, jakie może pojawić się w długoletnim związku, jest pytanie: „Dlaczego już mnie nie pożądasz?”. Czasami zostaje wypowiedziane wprost. Częściej jednak pojawia się w myślach. Jedno z partnerów zaczyna zastanawiać się, dlaczego druga osoba nie patrzy już na nie w taki sposób jak dawniej, dlaczego rzadziej inicjuje bliskość, dlaczego pocałunki stały się krótsze, dotyk bardziej mechaniczny, a seks mniej spontaniczny. W głowie szybko pojawiają się najtrudniejsze interpretacje: „Już mu się nie podobam”, „Ona już mnie nie chce”, „Przestałem być atrakcyjny”, „Pewnie podoba mu się ktoś inny”, „Już mnie nie kocha”.
Tymczasem rzeczywistość bardzo często jest bardziej skomplikowana.
Spadek pożądania nie musi oznaczać utraty miłości, atrakcyjności ani zainteresowania partnerem. Pożądanie jest zjawiskiem dynamicznym. Zmienia się wraz z wiekiem, doświadczeniami, stanem psychicznym, zdrowiem, jakością relacji, ilością stresu, sposobem funkcjonowania związku i tym, ile przestrzeni człowiek ma w swoim życiu na własne potrzeby. To, że ktoś po wielu latach związku doświadcza mniejszej spontanicznej ochoty na seks, nie oznacza automatycznie, że jego relacja jest skazana na porażkę.
Problem polega na tym, że ludzie bardzo często porównują obecne pożądanie z pożądaniem z początku związku. To porównanie jest jednak wyjątkowo zdradliwe. Początek relacji jest specyficznym okresem. Nowość, niepewność, oczekiwanie, częsty kontakt, odkrywanie siebie nawzajem i silne emocje sprawiają, że partner zajmuje bardzo dużo miejsca w świadomości. Człowiek myśli o nim częściej, czeka na wiadomość, chce się spotykać, szuka okazji do dotyku. Nie wszystko trzeba planować. Wiele rzeczy wydarza się samo.
Po kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu latach sytuacja wygląda inaczej. Partner przestaje być tajemnicą. Staje się częścią codziennego świata. Znamy jego głos, sposób chodzenia, ulubione ubrania, reakcje na stres, poranną minę, sposób robienia zakupów, sposób odkładania rzeczy, ulubione potrawy i setki innych drobiazgów. Wiemy, co go bawi, co irytuje, kiedy jest zmęczony i kiedy chce mieć spokój.
Ta znajomość jest ogromną wartością związku, ale z perspektywy pożądania może mieć również drugą stronę. To, co kiedyś było nowe i nieprzewidywalne, staje się znane.
Przyzwyczajenie do partnera nie oznacza więc, że partner przestał być atrakcyjny. Oznacza, że atrakcyjność została osadzona w dobrze znanym kontekście. Mózg nie musi już poświęcać temu samemu poziomu uwagi co na początku. Nowość sama w sobie nie dostarcza już takiego impulsu.
Właśnie dlatego zdarza się, że człowiek może bardzo dobrze wiedzieć, że jego partner jest atrakcyjny, a jednocześnie nie odczuwać wobec niego tak intensywnego, spontanicznego pobudzenia jak dawniej. To nie jest sprzeczność. Można jednocześnie kochać kogoś, czuć się z nim bezpiecznie, uważać go za pięknego lub przystojnego i potrzebować więcej czasu, bodźców czy odpowiednich warunków, aby pojawiło się seksualne napięcie.
W długoletnim związku pożądanie często przestaje być czymś, co po prostu „spada z nieba”. Zaczyna wymagać przestrzeni.
To bardzo ważne słowo: przestrzeń.
Człowiek, który przez cały dzień rozwiązuje problemy, odbiera telefony, odpowiada na wiadomości, zajmuje się dziećmi, wykonuje obowiązki zawodowe, robi zakupy, gotuje, sprząta, płaci rachunki i pamięta o tysiącu rzeczy, może wieczorem fizycznie znajdować się w sypialni, ale psychicznie nadal pozostawać w centrum codziennych obowiązków.
Ciało jest w łóżku.
Głowa nadal pracuje.
W takich warunkach trudno oczekiwać spontanicznego pożądania.
Stres jest jednym z największych przeciwników seksualnej spontaniczności. Nie dlatego, że człowiek przestaje kochać partnera, lecz dlatego, że organizm jest nastawiony na rozwiązywanie problemów. Jeżeli ktoś przez cały dzień funkcjonuje pod presją, jego uwaga może być skierowana przede wszystkim na to, co jeszcze trzeba zrobić. Seks wymaga natomiast pewnego rodzaju odłączenia od listy zadań.
„Jutro muszę wstać o szóstej.”
„Rano trzeba zawieźć dziecko.”
„Muszę wysłać ten dokument.”
„Nie zapłaciłem jeszcze rachunku.”
„Co będzie na obiad?”
„Czy zdążę z pracą?”
„Dlaczego on znowu zostawił rzeczy w salonie?”
„Muszę jutro zadzwonić do lekarza.”
Takie myśli nie są szczególnie erotyczne. A jednak właśnie one często towarzyszą ludziom wtedy, kiedy ich partnerzy oczekują spontanicznego pożądania.
Szczególnie duże znaczenie ma przewlekłe zmęczenie. Jedna nieprzespana noc może nie mieć większego znaczenia. Problem zaczyna się wtedy, gdy brak regeneracji trwa tygodniami lub miesiącami. Człowiek zaczyna funkcjonować na ograniczonych zasobach. Jeżeli organizm ma do wyboru odpoczynek albo dodatkową aktywność wymagającą energii i koncentracji, naturalne jest, że czasami wybierze odpoczynek.
Wiele par interpretuje to jednak jako odrzucenie.
„Nie chce seksu, czyli mnie nie chce”.
To może być bardzo bolesna interpretacja, ale niekoniecznie prawdziwa.
Czasami partner chce właśnie ciebie, tylko jego organizm chce najpierw odpocząć.
To szczególnie ważne w okresach intensywnego rodzicielstwa. Pojawienie się dzieci zmienia organizację życia niemal całkowicie. Prywatność przestaje być oczywista. Pojawia się odpowiedzialność za kolejną osobę, a często również chroniczne niewyspanie, konieczność dostosowywania planów i znacznie większa liczba obowiązków. Seks, który wcześniej mógł wydarzyć się spontanicznie w dowolnym momencie, nagle wymaga znalezienia czasu, zapewnienia prywatności i odpowiedniego poziomu energii.
W takiej sytuacji bardzo łatwo dojść do wniosku, że „chemia wygasła”. Czasami jednak chemia została po prostu przykryta przez logistykę.
To jedno z największych wyzwań długoletniego związku: partnerzy zaczynają zarządzać wspólnym życiem tak intensywnie, że przestają świadomie budować przestrzeń dla związku jako relacji między dwiema osobami.
Stają się zespołem.
Bardzo dobrym zespołem.
Razem rozwiązują problemy, wychowują dzieci, planują wakacje, zarządzają finansami, robią zakupy, prowadzą dom i podejmują decyzje. Ale z czasem może pojawić się pytanie: kiedy ostatni raz byliśmy po prostu kobietą i mężczyzną, partnerami, kochankami, dwiema osobami, które mają ochotę być blisko siebie, a nie tylko rodzicami i współorganizatorami życia?
Obowiązki mają jeszcze jeden wpływ na seksualność. Zabierają spontaniczność.
Na początku związku można było napisać wiadomość: „Przyjedź do mnie wieczorem”. Można było zostać dłużej w łóżku, wyjść na nocny spacer, pojechać gdzieś bez planowania, spędzić pół dnia razem. Po latach często trzeba uwzględnić harmonogram pracy, dzieci, szkołę, przedszkole, zakupy, wizyty, zobowiązania rodzinne i wiele innych elementów.
To nie musi oznaczać końca spontaniczności. Oznacza jednak, że spontaniczność musi być rozumiana inaczej.
W dojrzałym związku spontaniczność nie zawsze polega na tym, że wszystko wydarza się bez planu. Czasami spontanicznym elementem jest decyzja, żeby odłożyć telefon i spędzić razem godzinę. Innym razem jest to niespodziewana wiadomość w ciągu dnia, zaplanowanie randki albo świadome stworzenie wieczoru tylko dla siebie. Paradoksalnie planowanie może czasami chronić spontaniczność, ponieważ bez zabezpieczenia czasu dla związku codzienność bardzo szybko go pochłania.
Nie chodzi o to, aby zamienić seks w kolejny punkt kalendarza.
Chodzi o to, aby przestać oczekiwać, że intymność zawsze pojawi się sama, mimo że wszystkie warunki wokół niej zostały stworzone przeciwko niej.
Seksualność potrzebuje czasu. Potrzebuje prywatności. Potrzebuje względnego spokoju. Potrzebuje poczucia, że człowiek nie jest obserwowany, oceniany ani poganiany. Potrzebuje również odpowiedniej relacji z własnym ciałem.
I tutaj pojawia się kolejny ważny czynnik: zmiany ciała i samooceny.
W długoletnim związku zmieniają się obie osoby. Zmienia się ciało, kondycja, wygląd skóry, masa ciała, sylwetka, włosy, sposób poruszania się. Pojawiają się ślady ciąży, blizny, zmarszczki, siwe włosy, zmiany związane z wiekiem czy przebytymi chorobami. Dla jednej osoby te zmiany mogą być czymś naturalnym, dla drugiej mogą oznaczać ogromny spadek pewności siebie.
Człowiek może przestać czuć się atrakcyjny, zanim partner rzeczywiście przestanie go atrakcyjnie postrzegać.
To niezwykle istotne rozróżnienie.
Można mieć obok siebie osobę, która nadal uważa nas za pięknych, pożądanych i atrakcyjnych, a jednocześnie samemu nie być w stanie tego przyjąć. Kiedy człowiek wstydzi się własnego ciała, może zacząć unikać sytuacji, w których ciało jest widoczne. Może nie chcieć się rozebrać przy partnerze. Może preferować ciemność. Może odsuwać się podczas dotyku. Może unikać pozycji, w których czuje się nieatrakcyjnie. Może też zacząć interpretować neutralne zachowania partnera jako potwierdzenie własnych obaw.
„Nie patrzył na mnie długo, więc pewnie mu się nie podobam.”
„Nie skomentowała mojego ciała, więc pewnie już nie uważa mnie za atrakcyjnego.”
„Wyłączył światło, bo nie chce mnie oglądać.”
Takie interpretacje mogą tworzyć błędne koło.
Im gorzej człowiek czuje się ze swoim ciałem, tym trudniej mu swobodnie uczestniczyć w intymności. Im mniej swobodnie uczestniczy w intymności, tym większa może być frustracja obojga partnerów. Frustracja może prowadzić do dystansu, a dystans może dodatkowo obniżać poczucie atrakcyjności.
Warto jednak podkreślić, że problem samooceny nie dotyczy wyłącznie kobiet. Mężczyźni również mogą doświadczać silnej presji związanej z wyglądem, sprawnością fizyczną czy seksualną. Mogą martwić się o masę ciała, mięśnie, włosy, wygląd brzucha, kondycję, sprawność seksualną czy to, czy nadal są wystarczająco atrakcyjni dla partnerki.
Szczególnie destrukcyjne jest przekonanie, że wraz z wiekiem człowiek traci prawo do seksualności. Kultura często przedstawia młodość jako szczyt atrakcyjności, a dojrzałość jako etap, w którym seks powinien zejść na dalszy plan. Tymczasem potrzeba bliskości i seksualności nie ma określonej daty ważności.
Ciało się zmienia.
To prawda.
Ale zmiana ciała nie oznacza końca atrakcyjności.
Atrakcyjność nie jest wyłącznie sumą cech fizycznych. Składa się również z głosu, sposobu patrzenia, pewności siebie, poczucia humoru, zapachu, sposobu dotykania, emocjonalnej więzi, wspólnych wspomnień, inteligencji, energii, sposobu poruszania się i całej historii, którą dwoje ludzi zbudowało razem.
Co więcej, dla wielu osób atrakcyjność partnera z czasem zaczyna być związana właśnie z tym, co wspólnie przeżyli. Twarz człowieka, z którym spędziło się kilkanaście lat, nie jest już tylko twarzą. Jest twarzą osoby, która była obok w ważnych momentach życia. Człowieka, z którym się śmialiśmy, płakaliśmy, podróżowaliśmy, rozwiązywaliśmy problemy i budowaliśmy wspólną codzienność.
Dlatego dojrzałe pożądanie nie musi być słabszą wersją młodzieńczego pożądania. Może być pożądaniem opartym na znacznie większej liczbie warstw.
Jednocześnie bezpieczeństwo, które jest ogromną wartością związku, może paradoksalnie wpływać na erotyczne napięcie.
To jeden z ciekawszych paradoksów długoletniej relacji.
Bezpieczeństwo pozwala człowiekowi się otworzyć. Ułatwia bliskość, szczerość i zaufanie. Ale całkowita przewidywalność może zmniejszać poczucie nowości. Jeżeli partner jest jednocześnie najbliższą osobą, współlokatorem, rodzicem dziecka, osobą znającą wszystkie nasze codzienne nawyki i człowiekiem, przy którym przestajemy zwracać uwagę na własny wygląd, erotyczne napięcie może wymagać dodatkowej troski.
Nie oznacza to, że bezpieczeństwo i pożądanie są przeciwieństwami.
Są raczej dwoma potrzebami, które trzeba umiejętnie połączyć.
Człowiek potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, aby móc się odsłonić, ale jednocześnie potrzebuje pewnego poziomu odrębności i ciekawości, aby móc doświadczać partnera jako osoby, a nie wyłącznie jako elementu własnej codzienności.
W bardzo bliskiej relacji łatwo zatracić tę odrębność. Wiemy o sobie wszystko. Widzimy się w sytuacjach najbardziej prozaicznych. Widzimy partnera chorego, zmęczonego, zdenerwowanego, zaspanej, w trakcie sprzątania, w trakcie pracy, z dzieckiem na rękach. To wszystko jest częścią prawdziwego życia i nie powinno być traktowane jako coś złego. Ale erotyczna perspektywa wymaga czasami przypomnienia sobie, że osoba stojąca obok nas nie jest tylko „mamą naszych dzieci”, „ojcem naszych dzieci”, „żoną”, „mężem” czy „osobą, która płaci rachunki”.
Jest również osobą posiadającą własny świat.
I właśnie ta świadomość może być bardzo ważna dla pożądania.
Nie chodzi o tworzenie sztucznej tajemniczości ani udawanie kogoś, kim się nie jest. Chodzi o zachowanie pewnej przestrzeni własnej. O rozwijanie zainteresowań, dbanie o siebie, posiadanie własnych doświadczeń, spotkań, pasji i momentów, w których partner może zobaczyć nas nie tylko w roli codziennego współpracownika.
Pożądanie często potrzebuje poczucia, że druga osoba jest kimś odrębnym.
To może wydawać się paradoksalne. Przecież im bliżej jesteśmy z partnerem, tym powinno być łatwiej. W rzeczywistości emocjonalna bliskość i erotyczne napięcie nie zawsze rosną dokładnie w tym samym tempie. Można być niezwykle blisko emocjonalnie i jednocześnie potrzebować świadomego budowania erotycznej części związku.
Nie jest to dowód na problem.
Jest to cecha, którą warto rozumieć.
Ważnym czynnikiem jest także sposób, w jaki partnerzy rozwiązują konflikty. Trudno pożądać osoby, przy której stale czujemy się krytykowani, poniżani, ignorowani lub odrzucani. Seksualność jest szczególnie wrażliwa na atmosferę związku. Jeśli przez cały dzień partnerzy są wobec siebie chłodni, a wieczorem próbują automatycznie przejść do seksu, mogą mieć problem z przestawieniem się z trybu konfliktu na tryb intymności.
Nie oznacza to, że para musi być zawsze idealnie zgodna, aby mieć dobre życie seksualne. Konflikty są naturalne. Ważniejsze jest to, czy potrafimy je naprawiać.
Czy potrafimy powiedzieć „przepraszam”?
Czy umiemy przyznać, że przesadziliśmy?
Czy potrafimy wysłuchać partnera?
Czy możemy powiedzieć „jestem zły, ale nadal cię kocham”?
Czy potrafimy oddzielić krytykę konkretnego zachowania od krytyki całego człowieka?
To wszystko ma znaczenie dla poczucia bezpieczeństwa, a poczucie bezpieczeństwa ma znaczenie dla seksualności.
Jednocześnie warto uważać na drugą skrajność. Niektórzy uważają, że aby odbudować pożądanie, trzeba celowo stworzyć dystans, wzbudzać zazdrość albo udawać niedostępność. Takie strategie mogą chwilowo zwiększać napięcie, ale nie budują zdrowej bliskości. Manipulowanie partnerem poprzez zazdrość, celowe ignorowanie czy wzbudzanie niepewności nie jest tym samym co zachowanie własnej przestrzeni.
Zdrowa odrębność mówi: „Mam własne życie i własną tożsamość, ale wybieram ciebie”.
Manipulacja mówi: „Zrobię coś, żebyś bał się, że mnie stracisz”.
To dwie zupełnie różne rzeczy.
Pożądanie potrzebuje również poczucia wyboru. Paradoksalnie może być trudniej pragnąć kogoś, jeśli czujemy, że absolutnie niczego nie musimy już wybierać, ponieważ relacja działa wyłącznie z rozpędu. Warto więc od czasu do czasu przypominać sobie, że bycie razem nie oznacza automatycznego obowiązku pozostawania w tej samej rutynie.
Możemy ponownie wybierać siebie.
Możemy powiedzieć: „Chcę dzisiaj spędzić z tobą wieczór”.
„Chcę cię przytulić”.
„Chcę ci powiedzieć, że mi się podobasz”.
„Chcę cię pocałować”.
„Chcę porozmawiać o tym, co cię podnieca”.
Te drobne decyzje mogą mieć większe znaczenie niż spektakularne eksperymenty.
Właśnie dlatego pierwszym rozwiązaniem problemu spadku pożądania nie zawsze jest zmiana zachowań seksualnych. Czasami trzeba najpierw zmienić sposób, w jaki para funkcjonuje poza sypialnią.
Jeśli przez cały dzień jedna osoba czuje się niewidzialna, trudno oczekiwać, że wieczorem nagle poczuje się pożądana. Jeśli ktoś przez cały dzień wykonuje większość obowiązków i czuje ogromną niesprawiedliwość, jego problemem może nie być brak atrakcyjności partnera, ale brak przestrzeni na odpoczynek i poczucie bycia wspieranym. Jeśli jedna osoba nieustannie krytykuje swoje ciało, problem może wymagać pracy nad samooceną, a nie kupienia kolejnego gadżetu erotycznego.
Dlatego warto patrzeć na seksualność szerzej.
Sypialnia jest tylko jednym z miejsc, w których powstaje pożądanie.
Pożądanie może zaczynać się rano, kiedy partner okazuje zainteresowanie. Może pojawić się podczas wspólnego śniadania. Może zostać wzmocnione przez wiadomość wysłaną w ciągu dnia. Może pojawić się podczas spaceru, rozmowy, wspólnego śmiechu, przytulenia czy zwykłego komplementu. Seksualność nie jest odizolowanym fragmentem życia. Jest częścią całego doświadczenia związku.
To szczególnie ważne dla osób, które próbują rozwiązać problem wyłącznie wieczorem.
Jeżeli przez cały dzień jesteście wobec siebie jak współpracownicy, trudno oczekiwać, że po wejściu do sypialni natychmiast zmienicie się w kochanków. Oczywiście czasami tak się zdarza, ale nie można traktować tego jako jedynego modelu.
Pożądanie można budować przez cały dzień.
Nie poprzez nieustanne seksualizowanie relacji, ale poprzez przypominanie sobie, że jesteście dla siebie kimś więcej niż tylko organizatorami codzienności.
Warto też zwrócić uwagę na język, którym partnerzy mówią o seksie. Jeżeli rozmowa zaczyna się od „ty nigdy”, „ty zawsze”, „już mnie nie chcesz”, „z tobą nic się nie da”, druga osoba niemal automatycznie zaczyna się bronić. Jeżeli natomiast pojawia się komunikat „brakuje mi naszej bliskości”, „chciałbym częściej czuć się przez ciebie pożądany”, „tęsknię za tym, jak kiedyś się dotykaliśmy”, rozmowa ma znacznie większą szansę doprowadzić do rzeczywistego zrozumienia.
Różnica jest ogromna.
Oskarżenie mówi: „Jesteś problemem”.
Komunikat o potrzebie mówi: „Chcę, żebyśmy coś razem zbudowali”.
To właśnie drugie podejście powinno być fundamentem zmian.
Nie oznacza to, że każdy spadek pożądania można rozwiązać rozmową. Czasami przyczyny są bardziej złożone. Mogą pojawić się problemy zdrowotne, działania niepożądane leków, zaburzenia seksualne, trudności psychiczne, depresja, przewlekły stres czy zmiany hormonalne. W takich sytuacjach warto rozważyć konsultację z odpowiednim lekarzem lub specjalistą. Nie wszystko powinno być tłumaczone „rutyną w małżeństwie”.
To ważne również dlatego, że człowiek czasami obwinia siebie lub partnera za coś, co ma podłoże biologiczne albo psychologiczne. Jeżeli nagły i wyraźny spadek libido pojawił się bez wyraźnej przyczyny, szczególnie jeśli towarzyszą mu inne niepokojące objawy, warto potraktować go jako sygnał do sprawdzenia sytuacji, a nie jako dowód utraty miłości.
Podobnie należy zachować ostrożność wobec przekonania, że „gdyby naprawdę mnie kochał, zawsze miałby ochotę”. Miłość i libido nie są tym samym. Można kogoś kochać i chwilowo nie mieć ochoty na seks. Można kogoś pożądać i jednocześnie być z nim w konflikcie. Można być bardzo blisko emocjonalnie i potrzebować więcej czasu na pobudzenie. Można też mieć silne libido i jednocześnie nie mieć ochoty na seks z konkretną osobą, jeśli relacja stała się źródłem bólu.
Seksualność jest bardziej złożona niż prosty przełącznik „kocham — więc chcę”.
Warto również odejść od przekonania, że pożądanie powinno być zawsze równo podzielone. W długoletnich związkach zdarzają się okresy, kiedy jedna osoba ma większą ochotę na seks, a druga mniejszą. Potem sytuacja może się odwrócić. Problemem nie jest sama różnica. Problemem staje się sposób, w jaki para sobie z nią radzi.
Jeżeli różnica libido prowadzi do presji, obrażania się, szantażu emocjonalnego albo ciągłego odrzucania, z czasem oboje mogą zacząć kojarzyć seks z napięciem. Osoba o wyższym libido zaczyna czuć się odrzucona. Osoba o niższym libido zaczyna czuć presję. Im większe napięcie, tym mniejsza ochota na bliskość. Im mniejsza ochota, tym większe poczucie odrzucenia. Powstaje błędne koło.
Przerwanie tego koła wymaga przede wszystkim przestania traktowania seksu jako testu miłości.
Odmowa seksu nie musi oznaczać odmowy partnera jako człowieka.
Tak samo potrzeba seksu nie oznacza automatycznie roszczenia do ciała drugiej osoby.
To dwie prawdy, które muszą istnieć jednocześnie.
Można powiedzieć: „Potrzebuję więcej bliskości”.
I można odpowiedzieć: „Rozumiem, ale dzisiaj nie chcę seksu”.
Zdrowa relacja musi pomieścić obie te informacje.
Właśnie w takim środowisku może stopniowo odbudowywać się pożądanie. Człowiek zaczyna wiedzieć, że może powiedzieć prawdę. Może przyznać, że czegoś chce. Może powiedzieć „nie”. Może powiedzieć „spróbujmy”. Może zmienić zdanie. Może przyznać, że coś mu się podobało albo że coś mu nie odpowiadało.
To bezpieczeństwo nie zabija erotyki. Daje jej fundament.
Jednocześnie pożądanie potrzebuje również przestrzeni na zabawę. Dorosłość bardzo często odbiera ludziom lekkość. Wszystko staje się poważne: praca, kredyt, dzieci, rachunki, zdrowie, przyszłość. Seks może zostać kolejnym obowiązkiem do wykonania. Tymczasem element zabawy, humoru i ciekawości może być niezwykle ważny.
Nie chodzi o to, aby każda intymna chwila była komedią. Chodzi o pozwolenie sobie na niedoskonałość.
Eksperyment może się nie udać.
Nowy pomysł może okazać się nudny.
Możecie się zaśmiać.
Możecie zmienić zdanie.
Możecie stwierdzić: „To zdecydowanie nie dla nas”.
I nic złego się nie stanie.
Takie podejście jest znacznie zdrowsze niż oczekiwanie, że każda próba musi zakończyć się spektakularnym sukcesem.
Właśnie tutaj w przyszłości mogą pojawić się zabawki erotyczne i różne formy wspólnej zabawy. Nie jako obowiązkowy element udanego związku, ale jako jedna z możliwości. Ich największą wartością może być czasami nie sam efekt seksualny, lecz przerwanie automatyzmu. Wprowadzenie czegoś nowego może sprawić, że partnerzy zaczną ponownie rozmawiać o tym, co lubią, czego są ciekawi i jakie mają granice.
Ale zanim dojdziemy do konkretnych pomysłów, trzeba zrozumieć podstawową zasadę: nowość nie naprawi relacji, która nie ma bezpieczeństwa.
Jeśli ktoś czuje się zmuszany, wyśmiewany albo oceniany, nowa forma seksu może tylko zwiększyć napięcie. Jeśli natomiast między partnerami istnieje zaufanie, ciekawość i gotowość do rozmowy, nawet bardzo prosty eksperyment może stać się wartościowym doświadczeniem.
Dlatego pytanie „dlaczego przestaliśmy się pożądać?” warto zamienić na kilka bardziej precyzyjnych pytań.
Czy naprawdę przestaliśmy się pożądać, czy tylko jesteśmy przemęczeni?
Czy problem dotyczy atrakcyjności, czy może braku czasu?
Czy brakuje nam seksu, czy przede wszystkim czułości?
Czy czujemy się ze sobą bezpiecznie?
Czy potrafimy rozmawiać o seksie?
Czy nadal potrafimy flirtować?
Czy każde zbliżenie musi przebiegać według tego samego schematu?
Czy mamy przestrzeń na bycie parą, a nie tylko rodziną i zespołem organizacyjnym?
Czy nasze ciała się zmieniły, a wraz z nimi sposób, w jaki siebie postrzegamy?
Czy nie porównujemy obecnej relacji z okresem, w którym wszystko było nowe?
Czy nadal jesteśmy siebie ciekawi?
Odpowiedzi mogą prowadzić do zupełnie różnych wniosków.
Może się okazać, że problemem nie jest brak pożądania, lecz brak odpoczynku.
Może problemem nie jest brak atrakcyjności, lecz brak komplementów.
Może problemem nie jest monotonia seksu, lecz monotonia całego życia.
Może problemem nie jest brak miłości, lecz brak czasu tylko dla siebie.
Może problemem nie jest brak zainteresowania partnerem, lecz brak przestrzeni psychicznej, żeby to zainteresowanie poczuć.
A może rzeczywiście życie seksualne stało się przewidywalne i potrzebuje świadomego odświeżenia.
Najważniejsze jest to, aby nie podejmować działań, zanim nie zrozumiemy, z czym właściwie mamy do czynienia.
Jeżeli problemem jest zmęczenie, potrzebna może być większa ilość odpoczynku i bardziej sprawiedliwy podział obowiązków.
Jeżeli problemem jest samoocena, potrzebna może być praca nad relacją z własnym ciałem.
Jeżeli problemem jest brak bliskości, trzeba odbudować czułość również poza sypialnią.
Jeżeli problemem jest rutyna, można zacząć eksperymentować.
Jeżeli problemem są konflikty, najpierw trzeba zająć się nimi.
Jeżeli problem jest zdrowotny, warto poszukać pomocy medycznej.
A jeśli problemem jest przede wszystkim brak rozmowy, pierwszym eksperymentem powinno być właśnie rozpoczęcie tej rozmowy.
Pożądanie nie jest przedmiotem, który można zgubić i znaleźć w dokładnie tym samym miejscu. Jest procesem. Reaguje na to, co dzieje się między dwojgiem ludzi i wewnątrz każdego z nich. Może słabnąć. Może się zmieniać. Może powracać. Może przyjmować inną formę niż dawniej.
Dlatego nie warto traktować długoletniego związku jak miejsca, w którym pożądanie ma obowiązek wyglądać dokładnie tak samo przez trzydzieści lat.
Człowiek nie pozostaje taki sam przez trzydzieści lat.
Związek również nie powinien.
Dojrzała seksualność nie polega na zatrzymaniu czasu. Polega na nauczeniu się, jak być blisko osoby, która sama nieustannie się zmienia — i pozwoleniu jej poznawać nas na nowo.
Być może najważniejsze pytanie nie brzmi więc: „Dlaczego już się nie pożądamy?”.
Może powinno brzmieć:
„Co sprawiło, że przestaliśmy tworzyć warunki, w których możemy się pożądać?”.
To pytanie nie oskarża.
Otwiera możliwość działania.
Bo czasami pożądanie nie umarło. Po prostu zostało przykryte przez życie.
A skoro zostało przykryte, niekoniecznie trzeba je budować od zera.
Czasami trzeba tylko stworzyć mu miejsce, żeby znowu mogło się pojawić.
ROZDZIAŁ 3. Rozmowa, której większość par unika
Istnieje wiele rzeczy, o których ludzie pozostający w długoletnich związkach potrafią rozmawiać bez większego problemu. Rozmawiają o pieniądzach, rachunkach, pracy, wakacjach, zakupach, dzieciach, samochodzie, remoncie mieszkania, planach na przyszłość, obowiązkach domowych i rodzinnych konfliktach. Potrafią godzinami analizować zachowanie innych osób. Potrafią ustalać, kto odbierze dziecko ze szkoły, kto zrobi zakupy i kto zadzwoni do hydraulika. A jednak kiedy pojawia się pytanie o seks, nagle wiele osób traci język.
To niezwykły paradoks. Dwoje ludzi może znać swoje hasła do kont bankowych, wiedzieć o sobie rzeczy bardzo osobiste, spać obok siebie przez kilkanaście lat i widzieć się w najbardziej codziennych sytuacjach, a mimo to nie potrafić powiedzieć prostego: „Chciałbym, żebyśmy częściej się dotykali”.
Jeszcze trudniejsze może być zdanie: „Brakuje mi czegoś w naszym seksie”.
A najtrudniejsze: „Mam pewną fantazję i chciałbym ci o niej powiedzieć”.
Rozmowa o seksualności dotyka bowiem wyjątkowo wrażliwych obszarów człowieka. Dotyczy ciała, atrakcyjności, poczucia własnej wartości, intymności, granic, lęku przed odrzuceniem i potrzeby bycia zaakceptowanym. Kiedy ktoś mówi partnerowi, czego pragnie, nie przekazuje wyłącznie informacji o seksie. Często odsłania również kawałek własnego świata wewnętrznego.
Dlatego tak wiele osób woli milczeć.
Milczenie na początku może wydawać się bezpieczniejsze. Nie trzeba ryzykować niezręcznej rozmowy. Nie trzeba usłyszeć „nie”. Nie trzeba zobaczyć zdziwienia na twarzy partnera. Nie trzeba mierzyć się z własnym wstydem. Problem polega jednak na tym, że niewypowiedziana potrzeba nie zawsze znika. Często zaczyna rosnąć.
Najpierw jest lekkie rozczarowanie.
Potem frustracja.
Później pojawia się przekonanie, że partner powinien sam się domyślić.
A kiedy partner się nie domyśla, frustracja zamienia się w żal.
„Przecież powinien wiedzieć”.
„Przecież tyle lat jesteśmy razem”.
„Przecież gdyby mu zależało, zauważyłby”.
Tymczasem nawet najlepszy partner nie potrafi czytać w myślach. Możemy bardzo dobrze znać drugą osobę, ale nie możemy zakładać, że automatycznie znamy wszystkie jej aktualne potrzeby seksualne.
Człowiek się zmienia. To, czego chciał pięć lat temu, nie musi być tym, czego chce dzisiaj. To, czego kiedyś się wstydził, może stać się czymś, o czym chciałby porozmawiać. To, czego wcześniej potrzebował, może przestać być dla niego ważne. Dlatego rozmowa o seksualności nie jest jednorazowym egzaminem, który można zdać i mieć go już z głowy.
Jest procesem poznawania siebie nawzajem.
Największym błędem jest rozpoczynanie takiej rozmowy w formie oskarżenia. Zdanie „Ty już w ogóle nie masz ochoty na seks” może być prawdziwym opisem odczuć osoby mówiącej, ale druga strona bardzo łatwo usłyszy w nim zarzut. Podobnie działa „Nigdy nie chcesz spróbować niczego nowego”, „Zawsze robimy to samo”, „Już mnie nie pożądasz” albo „W ogóle cię nie interesuję”.
Kiedy człowiek czuje się zaatakowany, zaczyna się bronić. Zamiast słuchać potrzeby partnera, zaczyna szukać argumentów, które udowodnią, że zarzut jest niesprawiedliwy.
„Przecież w zeszłym tygodniu chciałem”.
„Przecież mamy seks”.
„Przecież jestem zmęczona”.
„Przecież tyle dla ciebie robię”.
Rozmowa bardzo szybko zmienia się wtedy w proces sądowy.
Jedna osoba przedstawia dowody.
Druga odpiera zarzuty.
Nikt nie mówi już o prawdziwym problemie.
Dlatego znacznie skuteczniejsze jest mówienie o sobie. Zamiast „Ty mnie nie pożądasz”, można powiedzieć: „Ostatnio często czuję się mało pożądany i chciałbym porozmawiać o tym, czego nam brakuje”. Zamiast „Nigdy nie chcesz się ze mną kochać”, można powiedzieć: „Tęsknię za częstszą bliskością i chciałbym zrozumieć, jak ty się z tym czujesz”.
Różnica może wydawać się kosmetyczna, ale w rzeczywistości jest ogromna.
Pierwsze zdanie przypisuje partnerowi winę.
Drugie zaprasza go do rozmowy.
Warto również wybrać odpowiedni moment. Rozmowa o problemie seksualnym tuż po odrzuceniu, w środku kłótni albo bezpośrednio po nieudanym zbliżeniu może być wyjątkowo trudna. Emocje są wtedy wysokie, a obie osoby mogą czuć się szczególnie wrażliwe.
Znacznie lepszy może być neutralny moment. Spacer. Spokojny wieczór. Weekend, kiedy nie trzeba natychmiast wracać do obowiązków. Nie chodzi o tworzenie teatralnej atmosfery. Chodzi o to, aby żadna ze stron nie czuła presji czasu.
Można rozpocząć bardzo prosto:
„Chciałbym porozmawiać o naszym życiu intymnym. Nie dlatego, że uważam, że jest z tobą coś nie tak. Po prostu chciałbym, żebyśmy byli w tej sferze bliżej siebie”.
Takie rozpoczęcie zmienia ton całej rozmowy.
Ważne jest również, aby nie zakładać z góry, jaka będzie odpowiedź partnera. Możemy myśleć, że partner jest zadowolony. Możemy myśleć, że również cierpi. Możemy sądzić, że nie chce eksperymentować. Możemy zakładać, że ma jakieś fantazje. Wszystko to są jednak tylko hipotezy.
Rozmowa ma dopiero dostarczyć informacji.
Jednym z najlepszych pytań, jakie można zadać, jest: „Jak ty się czujesz z naszym życiem seksualnym?”.
Nie „Dlaczego nie chcesz?”.
Nie „Co jest z tobą nie tak?”.
Nie „Czy już mnie nie kochasz?”.
Tylko: „Jak ty się z tym czujesz?”.
To pytanie daje partnerowi przestrzeń.
Być może odpowie: „Jestem zadowolona”.
Być może: „Mnie też czegoś brakuje”.
Być może: „Jestem tak zmęczona, że seks jest ostatnią rzeczą, o której myślę”.
Być może: „Boję się, że ci się już nie podobam”.
Być może: „Chciałbym więcej, ale wstydzę się o tym mówić”.
Każda z tych odpowiedzi prowadzi w innym kierunku.
Najważniejsze, aby nie odpowiadać natychmiast obroną.
Jeżeli partner mówi: „Brakuje mi czułości”, nie trzeba od razu odpowiadać: „Przecież cię przytulam”. Być może rzeczywiście przytulasz. Ale jego doświadczenie nadal jest prawdziwe.
Jeżeli partnerka mówi: „Nie czuję się ostatnio atrakcyjna”, odpowiedzią nie powinno być automatyczne: „Przecież wyglądasz dobrze”. To może być życzliwe, ale nie zawsze rozwiązuje problem. Być może potrzebuje powiedzieć więcej. Być może chce opowiedzieć o tym, co zmieniło się w jej własnym postrzeganiu siebie.
Słuchanie nie oznacza zgadzania się ze wszystkim.
Oznacza próbę zrozumienia.
To szczególnie ważne w rozmowie o fantazjach.
Fantazje seksualne należą do najbardziej prywatnych elementów ludzkiej psychiki. Nie każda fantazja jest planem. Nie każda oznacza rzeczywiste pragnienie wykonania konkretnej czynności. Czasami fantazja jest po prostu obrazem, scenariuszem albo wyobrażeniem, które pobudza wyobraźnię.
Dlatego ogromnym błędem jest traktowanie każdej wypowiedzianej fantazji jak propozycji kontraktu.
Jeśli partner mówi: „Czasami wyobrażam sobie, że…”, nie oznacza to automatycznie: „Chcę to zrobić jutro”.
Może oznaczać: „Chcę ci pokazać kawałek mojego świata”.
To bardzo ważna różnica.
Rozmowa o fantazji może być sama w sobie doświadczeniem intymnym. Pozwala powiedzieć coś, czego być może nigdy wcześniej nie powiedzieliśmy na głos. Jeżeli druga osoba reaguje spokojnie i bez zawstydzania, może pojawić się poczucie ogromnej bliskości.
Z kolei reakcja pełna śmiechu, obrzydzenia, krytyki albo moralizowania może sprawić, że partner zamknie się na lata.
Dlatego pierwszą zasadą rozmowy o fantazjach powinno być oddzielenie fantazji od działania.
Można powiedzieć: „Nie wiem, czy chciałbym kiedykolwiek to zrobić, ale ciekawi mnie, co o tym myślisz”.
Można również powiedzieć: „Mam pewne wyobrażenie, którym chciałbym się z tobą podzielić. Nie oczekuję, że będziemy je realizować”.
Taki komunikat może bardzo obniżyć napięcie.
Ważne jest także, aby nie wykorzystywać później zwierzeń partnera przeciwko niemu. Jeśli ktoś powierzył nam swoją fantazję, nie powinno się wracać do niej podczas kłótni jako argumentu mającego zawstydzić lub upokorzyć drugą osobę.
„Aha, teraz jesteś taka święta, a przecież mówiłaś, że…”
Tego rodzaju zachowanie niszczy zaufanie.
Jeżeli partner ma mieć odwagę mówić o swojej seksualności, musi wiedzieć, że jego szczerość nie stanie się później bronią przeciwko niemu.
To prowadzi do jednego z najważniejszych elementów zdrowej rozmowy: umiejętności przyjmowania odmowy.
Może się zdarzyć, że powiesz partnerowi o swoim pragnieniu, a on odpowie „nie”.
To nie musi oznaczać odrzucenia ciebie.
Może oznaczać wyłącznie odmowę konkretnego pomysłu.
To rozróżnienie jest fundamentalne.
„Nie chcę tego robić” nie jest tym samym co „Nie chcę ciebie”.
„Nie mam dzisiaj ochoty” nie oznacza „Nigdy cię nie pożądam”.
„To nie jest dla mnie” nie oznacza „Nasze życie seksualne jest skończone”.
Dojrzałość seksualna polega między innymi na tym, że potrafimy usłyszeć „nie” bez natychmiastowego karania drugiej osoby emocjonalnie.
Nie oznacza to, że odmowa nie może boleć. Może.
Jeżeli ktoś zbierał się w sobie przez wiele miesięcy, żeby powiedzieć o swojej fantazji, a następnie słyszy odmowę, może poczuć rozczarowanie, wstyd albo smutek. Te emocje są naturalne.
Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek próbuje przerzucić odpowiedzialność za swoje emocje na partnera.
„Skoro mnie kochasz, powinnaś się zgodzić”.
„Gdybyś mnie naprawdę chciał, zrobiłbyś to”.
„Zawsze wszystko psujesz”.
„To po co w ogóle jesteśmy razem?”.
Takie reakcje uczą partnera jednej rzeczy: szczerość jest niebezpieczna.
Jeśli każde „nie” prowadzi do kłótni, płaczu, obrażania się albo wielogodzinnego napięcia, druga osoba z czasem przestanie mówić, czego chce.
Dlatego bardzo ważną umiejętnością jest odpowiedź:
„Szkoda, ale dziękuję, że mi powiedziałeś”.
To zdanie może wydawać się banalne, ale ma ogromne znaczenie.
Można być rozczarowanym i jednocześnie szanować granicę partnera.
Można powiedzieć:
„Rozumiem, że tego nie chcesz. Jeśli kiedyś będziesz chciała o tym porozmawiać, jestem otwarty”.
Albo:
„Dobrze, nie musimy tego robić. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, co mnie ciekawi”.
Taka reakcja nie zamyka rozmowy. Wręcz przeciwnie — zwiększa szansę, że w przyszłości partner będzie bardziej otwarty.
Odmowa może mieć również różne poziomy. Czasami oznacza zdecydowane „nigdy”. Czasami „nie teraz”. Czasami „nie w tej formie”. Czasami „nie wiem”. Nie należy zakładać, że wszystkie te odpowiedzi znaczą to samo.
Jednocześnie nie wolno naciskać na partnera, aby doprecyzował odmowę w sytuacji, w której nie chce tego robić. „Nie” samo w sobie jest wystarczającą odpowiedzią.
To ważne również w przypadku różnic libido.
W bardzo wielu związkach partnerzy nie mają identycznego poziomu potrzeby seksualnej. Jedna osoba może mieć ochotę na seks częściej, druga rzadziej. Jedna może potrzebować więcej dotyku, druga mniej. Jedna może być bardziej zainteresowana eksperymentowaniem, druga preferować przewidywalność.
To nie musi oznaczać, że któreś z nich jest „normalne”, a drugie „zepsute”.
Różnice libido są częścią wielu relacji.
Problemem nie jest samo istnienie różnicy. Problemem jest sposób, w jaki para sobie z nią radzi.
Jeżeli osoba o większym libido czuje się nieustannie odrzucana, może narastać w niej frustracja. Zaczyna liczyć odmowy. Zaczyna zastanawiać się, ile razy w ostatnim miesiącu partner powiedział „nie”. Każda kolejna odmowa może boleć bardziej, ponieważ przestaje być pojedynczym wydarzeniem i zaczyna być postrzegana jako kolejny element większego wzorca.
Z kolei osoba o niższym libido może czuć, że jest ciągle oceniana. Każdy dotyk zaczyna być interpretowany jako zapowiedź seksu. Zamiast przyjemności pojawia się napięcie.
„Jeśli go przytulę, będzie chciał czegoś więcej”.
„Jeśli ją pocałuję, znowu zacznie się rozmowa o seksie”.
To bardzo niebezpieczne dla bliskości.
Jeżeli każdy dotyk prowadzi do oczekiwania seksualnego, osoba o niższym libido może zacząć unikać nawet nieseksualnej czułości.
Dlatego jednym z rozwiązań może być odbudowanie dotyku, który nie musi prowadzić do seksu.
Przytulenie może być tylko przytuleniem.
Pocałunek może być tylko pocałunkiem.
Masaż może być tylko masażem.
Leżenie obok siebie może być po prostu wspólnym odpoczynkiem.
Taka przestrzeń pozwala odzyskać poczucie, że bliskość nie zawsze oznacza obowiązek.
To szczególnie ważne, jeśli w związku przez długi czas występował schemat, w którym każdy gest czułości był automatycznie interpretowany jako seksualna inicjacja. Wtedy osoba mniej zainteresowana seksem może zacząć chronić się przed dotykiem, aby uniknąć konieczności odmawiania.
A im mniej dotyku, tym mniej poczucia bliskości.
Im mniej bliskości, tym większy dystans.
Im większy dystans, tym trudniej o pożądanie.
I ponownie powstaje błędne koło.
Rozmowa może je przerwać.
Ale rozmowa nie powinna być jedynie negocjacją dotyczącą liczby stosunków.
Powinna dotyczyć całej sfery intymności.
„Czego potrzebujesz, żeby czuć się blisko mnie?”
„Co sprawia, że masz ochotę na seks?”
„Co sprawia, że zupełnie tracisz ochotę?”
„Jak mogę pomóc ci się odprężyć?”
„Jakiego rodzaju dotyku chciałabyś więcej?”
„Czy jest coś, czego brakuje ci w naszej relacji?”
„Czy jest coś, czego chciałbyś spróbować?”
Takie pytania nie mają służyć stworzeniu listy obowiązków.
Mają pomóc zrozumieć mechanizm pożądania drugiej osoby.
To szczególnie istotne dlatego, że ludzie często zakładają, że partner potrzebuje dokładnie tego samego co oni. Jeśli jedna osoba lubi spontaniczność, może uważać, że druga również jej potrzebuje. Jeśli ktoś lubi długie pocałunki, może zakładać, że partner także. Jeśli ktoś uważa, że najlepszym sposobem rozpoczęcia seksu jest bezpośrednia inicjacja, może być zdziwiony, gdy druga osoba woli najpierw rozmowę, czułość i spokojne przejście od codzienności do intymności.
Nie ma jednego uniwersalnego modelu.
Każda para musi stworzyć swój.
Warto również rozmawiać o tym, czego nie chcemy. To może być trudniejsze niż mówienie o pragnieniach, ponieważ ludzie często boją się zranić partnera.
„Nie lubię, kiedy robisz to w taki sposób”.
„Nie chcę, żebyś mnie dotykał wtedy, kiedy jestem bardzo zmęczona”.
„Nie czuję się dobrze w tej sytuacji”.
„Nie chcę tego próbować”.
„Potrzebuję wolniej”.
Takie zdania nie powinny być traktowane jako krytyka całego partnera.
Są informacją.
Bez informacji nie da się zbudować dobrej intymności.
Warto również nauczyć się zadawania pytań bez przesłuchiwania. Jeżeli partner mówi: „Chciałbym spróbować czegoś nowego”, można odpowiedzieć: „Co masz na myśli?”. Nie trzeba od razu zgadywać. Można pozwolić mu samemu wyjaśnić.
Jeżeli ktoś mówi: „Mam pewną fantazję”, można odpowiedzieć: „Chcesz mi o niej opowiedzieć?”.
To bardzo prosta forma zaproszenia.
Nie naciska.
Nie ocenia.
Nie zakłada.
Otwiera drzwi.
Właśnie taka przestrzeń jest potrzebna, aby w związku mogło pojawić się zdanie:
„Chciałabym spróbować”.
Albo:
„Chciałbym spróbować”.
To zdanie powinno być możliwe bez strachu, że druga osoba natychmiast zacznie się śmiać, oceniać albo wyciągać konsekwencje.
Ale żeby tak było, oboje partnerzy muszą zrozumieć jeszcze jedną rzecz: powiedzenie „chciałbym spróbować” nie oznacza konieczności realizacji.
Można odpowiedzieć:
„To ciekawe. Opowiedz mi więcej”.
Można powiedzieć:
„Nie wiem, czy chciałabym to robić, ale jestem ciekawa, dlaczego cię to interesuje”.
Można też powiedzieć:
„To nie jest coś dla mnie”.
Każda z tych odpowiedzi jest dopuszczalna.
Zdrowa seksualność nie polega na tym, że partnerzy mówią sobie „tak” na wszystko.
Polega na tym, że mogą sobie powiedzieć prawdę.
To ogromna różnica.
Czasami właśnie dzięki temu, że człowiek wie, iż może bezpiecznie powiedzieć „nie”, łatwiej jest mu powiedzieć „tak”.
Jeżeli nie muszę się bronić przed presją, mogę być bardziej ciekawy.
Jeżeli wiem, że moja odmowa nie spowoduje kary, mogę swobodniej mówić o swoich potrzebach.
Jeżeli wiem, że partner nie wyśmieje mojej fantazji, mogę mu o niej opowiedzieć.
Jeżeli wiem, że moje ciało nie będzie oceniane, mogę bardziej swobodnie się odsłonić.
Bezpieczeństwo nie jest więc przeciwieństwem erotyki. Jest jednym z warunków, w których erotyczna otwartość może się rozwijać.
Warto także pamiętać, że rozmowa o seksie nie musi zawsze prowadzić do rozwiązania.
Czasami pierwsza rozmowa może być tylko początkiem.
Jedna osoba mówi:
„Brakuje mi czegoś”.
Druga odpowiada:
„Nie wiedziałem”.
I to już jest ważna informacja.
Następnego dnia można wrócić do tematu.
Można zastanowić się, co dokładnie oznacza „czegoś”.
Można ustalić, co jest możliwe.
Można powiedzieć, czego się boimy.
Można poszukać kompromisu.
Ważne, aby nie oczekiwać, że jedna rozmowa naprawi lata milczenia.
Jeśli przez dziesięć lat para nie rozmawiała o seksualności, nie powinna oczekiwać, że w ciągu trzydziestu minut stworzy idealny model komunikacji.
To jest umiejętność.
A umiejętności można się nauczyć.
Można zacząć od małych rzeczy.
Od komplementu.
Od powiedzenia, co lubimy.
Od powiedzenia, czego nie lubimy.
Od pytania, jak partner się czuje.
Od przytulenia bez oczekiwania na seks.
Od rozmowy o wspomnieniu, które oboje dobrze pamiętacie.
Od zapytania: „Co chciałbyś, żebyśmy robili częściej?”.
Można też stworzyć własny rytuał rozmowy. Nie musi być formalny. Może to być wieczór raz na jakiś czas, kiedy para świadomie odkłada telefony i rozmawia o tym, jak się czuje w związku. Nie chodzi o cotygodniową kontrolę jakości życia seksualnego. Chodzi o stworzenie przestrzeni, w której temat nie musi pojawiać się wyłącznie wtedy, gdy ktoś jest już sfrustrowany.
To ważne, ponieważ większość par rozmawia o seksie dopiero wtedy, gdy problem osiągnie wysoki poziom.
„Dlaczego znowu nic nie było?”
„Jak długo jeszcze tak będzie?”
„Co się z nami dzieje?”
Znacznie łatwiej jest rozmawiać wcześniej, zanim frustracja stanie się ogromna.
Rozmowa może być również formą profilaktyki.
Tak jak para rozmawia o finansach, planach na przyszłość czy wychowaniu dzieci, tak może od czasu do czasu sprawdzić, jak wygląda ich bliskość.
Nie po to, aby wystawić sobie ocenę.
Po to, aby pozostać w kontakcie.
Warto również zrezygnować z przekonania, że rozmowa o seksie musi być niezwykle poważna. Humor może być sprzymierzeńcem. Dwoje dorosłych ludzi może czasami czuć się niezręcznie. Można się zaczerwienić. Można się zaśmiać. Można powiedzieć: „Ale dziwnie mi o tym mówić”. Taka szczerość sama w sobie może rozładować napięcie.
Nie trzeba być ekspertem od seksualności, aby rozmawiać o własnych potrzebach.
Wystarczy być ciekawym drugiej osoby.
„Co lubisz?”
„Czego nie lubisz?”
„Czego ci brakuje?”
„Co chciałbyś zmienić?”
„Czy jest coś, o czym boisz się ze mną porozmawiać?”
To pytania, które mogą prowadzić znacznie dalej niż próba odgadnięcia, jaki gadżet czy jaka technika będzie najlepsza.
Bo dobra seksualność nie zaczyna się od techniki.
Zaczyna się od komunikacji.
Dopiero kiedy para potrafi rozmawiać o swoich potrzebach, można zacząć świadomie eksperymentować. Wtedy nowe pomysły, zabawki czy inne formy wspólnej zabawy stają się rozszerzeniem rozmowy, a nie próbą jej zastąpienia.
Można wtedy powiedzieć:
„Skoro oboje chcemy spróbować czegoś nowego, zobaczmy, co nam odpowiada”.
I można podejść do tego bez presji.
Nie musicie wszystkiego lubić.
Nie musicie wszystkiego powtarzać.
Nie musicie robić tego, co robią inne pary.
Waszym celem nie jest stworzenie najbardziej ekscytującego życia seksualnego na świecie.
Waszym celem jest stworzenie takiego życia intymnego, które odpowiada wam.
To wymaga czasami odwagi.
Odwagi, żeby powiedzieć „brakuje mi”.
Odwagi, żeby powiedzieć „chciałabym”.
Odwagi, żeby powiedzieć „nie chcę”.
Odwagi, żeby przyznać „nie wiem”.
Odwagi, żeby zapytać „a czego ty potrzebujesz?”.
I przede wszystkim odwagi, żeby usłyszeć odpowiedź bez natychmiastowego bronienia się.
Być może właśnie to jest najważniejsza umiejętność, jaką para może zdobyć w sferze seksualnej: zdolność do prowadzenia rozmowy, w której żadna osoba nie musi udawać.
Bo kiedy można powiedzieć prawdę, pojawia się możliwość wyboru.
Kiedy można powiedzieć „nie”, „tak” zaczyna znaczyć coś więcej.
Kiedy można powiedzieć „boję się”, łatwiej jest powiedzieć „spróbujmy”.
Kiedy można powiedzieć „brakuje mi”, druga osoba wreszcie dostaje szansę, aby odpowiedzieć.
A kiedy dwoje ludzi zaczyna naprawdę słuchać siebie nawzajem, seksualność przestaje być czymś, co trzeba zgadywać.
Staje się wspólnym językiem.
Językiem, którego można się ponownie nauczyć nawet po wielu latach związku.
I być może właśnie od tego powinno się zacząć odbudowywanie erotycznej części relacji: nie od pytania „co kupić?”, nie od pytania „jaką nową pozycję wypróbować?” i nie od pytania „jak zrobić, żeby seks był bardziej ekscytujący?”.
Najpierw warto zapytać:
„Czy potrafimy ze sobą szczerze rozmawiać o tym, czego chcemy?”
Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to właśnie tutaj znajduje się pierwszy obszar do zmiany.
Bo najskuteczniejszym narzędziem w długoletnim związku często nie jest żadna zabawka.
Jest nim rozmowa, podczas której można po raz pierwszy od dawna powiedzieć:
„Mam pewien pomysł”.
I usłyszeć:
„Opowiedz mi”.
ROZDZIAŁ 4. Powrót flirtu
Flirt jest jedną z pierwszych rzeczy, które pojawiają się między dwojgiem ludzi, kiedy rodzi się zainteresowanie. Zanim pojawi się wspólne mieszkanie, rachunki, zakupy, dzieci, obowiązki i codzienna organizacja życia, jest spojrzenie. Jest uśmiech. Jest wiadomość wysłana bez konkretnego powodu. Jest zastanawianie się, jak druga osoba zareaguje. Jest oczekiwanie na spotkanie. Jest charakterystyczne napięcie, którego nie trzeba jeszcze nazywać.
Właśnie dlatego flirt tak często znika z długoletnich związków. Nie dlatego, że przestaje być potrzebny, ale dlatego, że partnerzy zaczynają uważać, że nie ma już czego odkrywać. Skoro jesteśmy razem od dziesięciu czy dwudziestu lat, skoro wiemy, gdzie druga osoba jest, co robi i kiedy wróci do domu, po co wysyłać jej wiadomość z pytaniem, czy pamięta o nas?
Odpowiedź jest prosta: właśnie dlatego, że jesteście razem tak długo.
Flirt nie powinien być wyłącznie narzędziem zdobywania partnera. Może być również sposobem przypominania sobie, że osoba, z którą dzielimy codzienność, nadal jest dla nas kimś więcej niż współorganizatorem życia.
W długoletnim małżeństwie bardzo łatwo wejść w tryb funkcjonalny. Rozmowy zaczynają wyglądać mniej więcej tak:
„Kiedy odbierzesz dziecko?”
„Kup chleb.”
„Zapłaciłeś rachunek?”
„O której będziesz?”
„Jutro trzeba pojechać do sklepu.”
„Nie zapomnij o lekarzu.”
To wszystko jest potrzebne. Problem pojawia się wtedy, gdy niemal cała komunikacja między partnerami zostaje sprowadzona do zarządzania wspólnym życiem.
Człowiek zaczyna wtedy funkcjonować obok drugiej osoby, a niekoniecznie z nią.
Flirt może być jednym z najprostszych sposobów na przerwanie tego schematu.
Nie musi być spektakularny. W rzeczywistości najczęściej skuteczniejszy jest flirt drobny, naturalny i dopasowany do osobowości partnerów. Jedno spojrzenie może czasami powiedzieć więcej niż długa rozmowa. Krótka wiadomość może przypomnieć drugiej osobie, że myślimy o niej nie tylko wtedy, gdy potrzebujemy czegoś ze sklepu.
„Dzisiaj wyjątkowo dobrze wyglądasz”.
„Lubię, kiedy się tak uśmiechasz”.
„Widziałem cię rano i pomyślałem, że nadal masz ten uśmiech, który mnie kiedyś przyciągnął”.
To nie muszą być wielkie deklaracje.
Ważne jest, aby były prawdziwe.
Komplement, który brzmi jak automatycznie wygenerowana formułka, nie będzie miał takiej samej wartości jak konkretny komunikat. Zamiast ogólnego „jesteś piękna” czasami bardziej znaczące może być: „Bardzo podoba mi się, jak wyglądasz w tej bluzce” albo „Uwielbiam twój uśmiech, kiedy coś cię naprawdę rozbawi”.
Konkret pokazuje, że naprawdę patrzymy.
A bycie zauważonym jest jednym z najbardziej podstawowych doświadczeń, jakich potrzebujemy w relacji.
Flirt po latach małżeństwa może więc zaczynać się od ponownego patrzenia na partnera.
Nie chodzi o ocenianie.
Chodzi o zauważanie.
Kiedy ostatni raz spojrzałeś na partnerkę nie po to, żeby sprawdzić, czy czegoś potrzebuje, ale po prostu dlatego, że chciałeś na nią popatrzeć?
Kiedy ostatni raz zatrzymałaś wzrok na partnerze i pomyślałaś: „Podoba mi się”?
Takie chwile łatwo tracą się w codzienności.
Partner może stać się tak oczywistą częścią otoczenia jak stół, kanapa czy samochód stojący przed domem. Oczywiście człowiek nie jest przedmiotem, ale przyzwyczajenie może sprawić, że przestajemy świadomie rejestrować jego obecność.
Flirt przywraca uwagę.
Może być świadomym powiedzeniem sobie: „Widzę cię”.
Jednym z najprostszych sposobów jest powrót do wiadomości. Nie chodzi o zalewanie partnera komunikatami ani prowadzenie nieustannej rozmowy. Czasami wystarczy jedna wiadomość wysłana w środku dnia, całkowicie niezwiązana z obowiązkami.
„Pomyślałem właśnie o tobie.”
„Mam nadzieję, że masz dobry dzień.”
„Cieszę się, że dziś wieczorem będziemy razem.”
„Mam ochotę zabrać cię gdzieś tylko we dwoje.”
Taka wiadomość nie wymaga odpowiedzi. Nie jest zadaniem.
Jest sygnałem zainteresowania.
To ważna różnica.
Jeżeli każda wiadomość staje się oczekiwaniem natychmiastowej reakcji, flirt szybko zamieni się w kolejny obowiązek. Jego siła polega między innymi na tym, że nie musi niczego wymuszać.
Można wysłać wiadomość i pozwolić jej po prostu istnieć.
Można również wykorzystać wspomnienia.
„Pamiętasz naszą pierwszą randkę?”
„Przypomniało mi się dzisiaj miejsce, do którego kiedyś pojechaliśmy.”
„Zastanawiałem się, czy dzisiaj też poszłabyś ze mną na taki spacer.”
Wspólne wspomnienia mają ogromny potencjał, ponieważ przypominają partnerom, że ich relacja ma historię. Przez lata mogą zostać przykryte obowiązkami, ale nie znikają.
Powrót do nich może pomóc spojrzeć na partnera nie tylko przez pryzmat teraźniejszości.
Widzimy wtedy nie tylko osobę, która rano przygotowuje dzieci do wyjścia albo narzeka na pracę. Przypominamy sobie również osobę, z którą kiedyś zaczynaliśmy wspólną historię.
Flirt nie musi jednak być nostalgiczny. Może być skierowany w przyszłość.
„Mam pomysł na nasz piątkowy wieczór.”
„Zarezerwuj sobie sobotnie popołudnie.”
„Chciałbym gdzieś z tobą pojechać.”
Oczekiwanie, które powstaje dzięki takiemu komunikatowi, może być bardzo przyjemne.
I właśnie oczekiwanie jest jednym z najbardziej niedocenianych elementów seksualności.
Wiele osób myśli o bliskości wyłącznie jako o wydarzeniu, które zaczyna się w sypialni. Tymczasem psychologiczna część doświadczenia może rozpocząć się wiele godzin wcześniej.
Czasami nawet kilka dni wcześniej.
Jeżeli para wie, że w weekend będzie miała wieczór tylko dla siebie, samo oczekiwanie może zmienić sposób przeżywania całego tygodnia. Pojawia się myśl: „W sobotę będziemy sami”.
To może być przyjemne.
Nie trzeba od razu dokładnie planować, co się wydarzy. Wystarczy stworzyć przestrzeń na możliwość.
To właśnie możliwość, a nie pewność, może budować napięcie.
Warto odróżnić oczekiwanie od presji. Oczekiwanie mówi: „Cieszę się na nasz wieczór i jestem ciekawy, co się wydarzy”.
Presja mówi: „Skoro zaplanowaliśmy wieczór, musi dojść do seksu”.
To dwa zupełnie różne doświadczenia.
Jeżeli randka ma automatycznie kończyć się seksem, partner może zacząć traktować ją jak obowiązek. Wtedy zamiast oczekiwania pojawia się napięcie związane z koniecznością spełnienia scenariusza.
Dlatego randka nie powinna być kontraktem.
Może być po prostu czasem dla dwojga ludzi.
Może zakończyć się rozmową.
Może zakończyć się śmiechem.
Może zakończyć się przytuleniem.
Może zakończyć się wcześniejszym pójściem spać.
A może doprowadzić do większej bliskości.
Nie trzeba tego z góry ustalać.
Właśnie ta niepewność może być częścią flirtu.
Randka po wielu latach związku może wyglądać zupełnie inaczej niż na początku. Nie trzeba udawać dwudziestolatków. Nie trzeba kopiować pierwszej randki. Nie trzeba robić niczego, co wydaje się sztuczne.
Można pójść na kolację.
Można pojechać na spacer.
Można wyjść na kawę.
Można pojechać gdzieś samochodem bez konkretnego celu.
Można obejrzeć film poza domem.
Można zorganizować wieczór bez telefonów.
Można nawet urządzić randkę we własnym mieszkaniu.
Kluczowe jest nie miejsce, lecz zmiana trybu.
Jeżeli para siedzi razem przy stole i przez cały czas rozmawia o rachunkach, dzieciach i zakupach, formalnie spędza czas razem, ale niekoniecznie przeżywa randkę.
Randka zaczyna się wtedy, kiedy pojawia się świadomość:
„Teraz jesteśmy tutaj dla siebie”.
To może być niezwykle ważne.
W długoletnim związku partnerzy często nie potrzebują więcej czasu.
Potrzebują innego rodzaju czasu.
Dwie godziny wspólnego oglądania telewizji niekoniecznie dają tyle samo co godzina świadomego bycia razem.
Nie chodzi o to, że telewizja jest zła. Chodzi o różnicę między współobecnością a kontaktem.
Można siedzieć obok siebie i być bardzo daleko.
Można też siedzieć naprzeciwko siebie i naprawdę się spotkać.
Flirt wymaga spotkania.
Wymaga zwrócenia uwagi.
Wymaga pewnego rodzaju ciekawości.
„Jak dzisiaj wyglądasz?”
„Co cię dzisiaj najbardziej rozbawiło?”
„O czym ostatnio marzysz?”
„Co chciałabyś zrobić tylko we dwoje?”
„Gdzie pojechalibyśmy, gdybyśmy jutro mieli wolny dzień?”
To pytania, które mogą prowadzić do rozmów wykraczających poza logistykę.
Czasami właśnie rozmowa jest początkiem flirtu.
Nie trzeba od razu mówić rzeczy seksualnych. Wystarczy stworzyć atmosferę, w której partner przestaje być wyłącznie członkiem zespołu zarządzającego gospodarstwem domowym.
Jest znowu osobą, którą chcemy poznawać.
Warto również zwrócić uwagę na drobne gesty fizyczne. Dotyk nie musi prowadzić do seksu. Może być krótkim dotknięciem ramienia podczas rozmowy, przytuleniem przy powitaniu, pocałunkiem przed wyjściem, objęciem podczas spaceru czy położeniem dłoni na plecach partnera.
Drobne gesty mają znaczenie, ponieważ budują ciągłość fizycznej bliskości.
Jeżeli dotyk pojawia się wyłącznie wtedy, kiedy ktoś chce rozpocząć seks, druga osoba może zacząć go interpretować jako zapowiedź oczekiwania. Jeżeli natomiast dotyk jest obecny również bez seksualnego celu, staje się naturalną częścią relacji.
To pozwala odbudować komfort fizycznej bliskości.
Warto jednak pamiętać o indywidualnych granicach. Nie każdy lubi dotyk w każdej sytuacji. Flirt nie powinien być usprawiedliwieniem ignorowania sygnałów partnera. Jeżeli ktoś odsuwa się, nie ma ochoty na kontakt albo wyraźnie pokazuje dyskomfort, trzeba to uszanować.
Prawdziwy flirt nie polega na forsowaniu granic.
Polega na zaproszeniu.
Spojrzenie jest zaproszeniem.
Uśmiech jest zaproszeniem.
Komplement jest zaproszeniem.
Wiadomość jest zaproszeniem.
Partner może odpowiedzieć.
Może również nie odpowiedzieć.
I obie reakcje muszą być możliwe.
To właśnie odróżnia flirt od presji.
Ciekawym elementem flirtu jest również celowe zostawianie miejsca na wyobraźnię. W długoletnim związku partnerzy wiedzą o sobie bardzo dużo. Nie oznacza to jednak, że trzeba wszystko mówić natychmiast.
Czasami bardziej interesujące jest zdanie:
„Mam pewien pomysł na nasz wieczór.”
Niż szczegółowe wyjaśnienie wszystkiego.
Albo:
„Powiem ci później.”
Albo:
„Przypomniało mi się coś, co bardzo lubię w tobie.”
Takie komunikaty tworzą niewielką przestrzeń niepewności.
A niepewność może być ekscytująca.
Oczywiście nie należy przesadzać. Jeżeli każde zachowanie staje się zagadką, partner może zamiast ciekawości poczuć frustrację. Chodzi o subtelność.
Flirt jest sztuką sugerowania zainteresowania, a nie tworzenia tajemnicy za wszelką cenę.
Warto również przywrócić komplementy, ale robić to w sposób świadomy. W długoletnich związkach często zakładamy, że partner „wie”, że nam się podoba.
„Przecież wie, że uważam ją za piękną.”
„Przecież wie, że mi się podoba.”
„Po tylu latach chyba nie muszę mu tego mówić.”
A jednak człowiek potrzebuje czasami usłyszeć coś, co już wie.
To trochę tak, jak z wdzięcznością.
Nie wystarczy czuć wdzięczność.
Czasami trzeba ją również wyrazić.
Podobnie jest z atrakcyjnością.
Można wiedzieć, że partner jest atrakcyjny, ale usłyszenie tego z jego ust może mieć zupełnie inną wartość.
Szczególnie ważne jest, aby komplementy nie pojawiały się wyłącznie wtedy, kiedy partner oczekuje seksu. Jeżeli przez cały tydzień nie pada ani jedno miłe słowo, a nagle wieczorem pojawia się seria komplementów poprzedzających inicjację, mogą zostać odebrane jako narzędzie do osiągnięcia konkretnego celu.
Komplement powinien czasami być po prostu komplementem.
„Podoba mi się twój uśmiech.”
Koniec.
Nie musi prowadzić do niczego więcej.
Wtedy staje się wiarygodny.
Podobnie działa zainteresowanie codziennym wyglądem partnera. Nie chodzi o kontrolowanie. Chodzi o zauważanie zmian.
Nowa fryzura.
Nowa koszula.
Perfumy.
Sposób, w jaki partner przygotował się do wyjścia.
Czasami wystarczy powiedzieć:
„Zauważyłem”.
To może być bardzo mocny komunikat.
„Widzę cię”.
Flirt po latach jest więc w dużej mierze sztuką odzyskiwania uwagi.
Codzienność sprawia, że patrzymy na partnera, ale nie zawsze go widzimy.
Możemy patrzeć na niego podczas śniadania i jednocześnie myśleć o pracy.
Możemy rozmawiać z partnerką i jednocześnie odpowiadać na wiadomości.
Możemy siedzieć obok siebie na kanapie i jednocześnie przeglądać telefony.
Flirt wymaga choćby krótkiego wyłączenia tych wszystkich kanałów.
„Teraz patrzę na ciebie”.
To wystarczy.
Bardzo ważnym elementem jest również przygotowanie do randki. Nie chodzi o to, żeby zamieniać każdy wieczór w wielkie wydarzenie. Chodzi o świadome wyjście z codziennego trybu.
Można ubrać się trochę inaczej niż zwykle.
Można użyć perfum, które partner szczególnie lubi.
Można wybrać miejsce, którego wcześniej nie odwiedzaliście.
Można przygotować muzykę.
Można zaplanować coś, czego dawno nie robiliście.
Nie dlatego, że trzeba wyglądać „idealnie”.
Dlatego, że przygotowanie samo w sobie komunikuje:
„Ten czas jest dla mnie ważny”.
A poczucie bycia ważnym jest jednym z najpotężniejszych wzmacniaczy bliskości.
Niektóre pary popełniają błąd, próbując natychmiast przejść od rutyny do intensywnej seksualności. Jeżeli przez wiele miesięcy prawie nie było flirtu, nagłe próby stworzenia bardzo erotycznej atmosfery mogą wydać się sztuczne.
Znacznie lepiej jest zacząć od małych kroków.
Najpierw spojrzenie.
Potem komplement.
Potem wiadomość.
Potem wspólna kawa.
Potem randka.
Potem więcej dotyku.
Potem rozmowa o tym, co sprawia przyjemność.
Nie ma potrzeby przyspieszać.
Seksualność nie jest wyścigiem.
Czasami właśnie wolniejsze tempo daje najlepsze rezultaty.
To prowadzi do bardzo ważnej kwestii: oczekiwania.
W kulturze natychmiastowej gratyfikacji jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko ma wydarzyć się szybko. Klikamy i dostajemy odpowiedź. Zamawiamy i czekamy na dostawę. Włączamy film i natychmiast zaczynamy oglądać. Wiele obszarów życia nauczyło nas minimalizowania oczekiwania.
Tymczasem oczekiwanie może być samo w sobie przyjemne.
W relacji może mieć szczególne znaczenie.
Jeżeli partner wie, że w piątek czeka ich wieczór tylko we dwoje, może przez cały dzień mieć świadomość tego wydarzenia. Nie trzeba nieustannie o nim mówić.
Wystarczy wiedzieć.
To trochę jak oczekiwanie na wakacje.
Nie tylko sam urlop jest przyjemny.
Przyjemne jest również planowanie.
Przeglądanie zdjęć.
Rozmowy.
Wyobrażanie sobie miejsc.
Pakowanie.
Odliczanie.
Seksualność może działać podobnie.
Nie wszystko musi wydarzyć się natychmiast.
Czasami napięcie rośnie właśnie dlatego, że coś jeszcze się nie wydarzyło.
Oczywiście nie oznacza to, że należy celowo odmawiać partnerowi albo grać niedostępną osobę. Celowe wzbudzanie frustracji nie jest zdrową metodą budowania pożądania.
Różnica polega na tym, że oczekiwanie jest dobrowolne i przyjemne.
„Nie mogę się doczekać naszego wieczoru” jest czymś zupełnie innym niż „Będziesz musiał poczekać, bo chcę cię ukarać”.
Pierwsze buduje bliskość.
Drugie jest manipulacją.
Warto więc nauczyć się czerpać przyjemność z drogi, a nie tylko z celu.
Randka może być przyjemna, nawet jeśli nic więcej się nie wydarzy.
Rozmowa może być przyjemna.
Flirt może być przyjemny.
Wspólne przygotowanie kolacji może być przyjemne.
Spacer może być przyjemny.
Pocałunek może być przyjemny.
Nie trzeba każdego elementu traktować jako kolejnego stopnia prowadzącego do konkretnego finału.
Kiedy presja znika, pojawia się większa przestrzeń na autentyczność.
Partner może wtedy sam zdecydować, co chce dalej.
I właśnie możliwość wyboru jest bardzo ważna dla pożądania.
Warto też pamiętać, że flirt nie musi być symetryczny. Jednego dnia jedna osoba może być bardziej inicjująca. Drugiego dnia druga. Nie trzeba prowadzić dokładnego rachunku.
„Ja wysłałem trzy wiadomości, a ty tylko jedną”.
„Ja zaplanowałam randkę ostatnim razem”.
Taki sposób myślenia może szybko zabić spontaniczność.
Jeżeli jednak przez długi czas jedna osoba wykonuje całą pracę, a druga nigdy nie odpowiada, może pojawić się problem wymagający rozmowy. Flirt powinien być wzajemnym doświadczeniem, nawet jeśli inicjatywa nie zawsze jest równa w każdej chwili.
Dobrze jest również zauważać sposób, w jaki partner odpowiada na flirt.
Może odpowiadać słowami.
Może się uśmiechać.
Może szukać kontaktu.
Może sam zacząć flirtować.
Może jednak nie reagować.
To także informacja.
Nie należy jej od razu interpretować jako odrzucenia. Partner może być zmęczony, zajęty, zestresowany albo po prostu mieć gorszy dzień. Dlatego pojedyncza reakcja nie powinna być podstawą do wielkich wniosków.
Flirt jest zaproszeniem do kontaktu, nie testem miłości.
To jedna z najważniejszych zasad, jakie warto zapamiętać.
Jeżeli każda próba flirtu staje się testem:
„Czy odpowie?”
„Czy się uśmiechnie?”
„Czy będzie chciał?”
„Czy to znaczy, że mnie pożąda?”
wtedy flirt zaczyna generować stres.
Znacznie zdrowsze jest podejście:
„Mam ochotę pokazać ci, że mi się podobasz”.
Bez oczekiwania konkretnej nagrody.
Właśnie wtedy flirt odzyskuje swoją lekkość.
Może być zabawą.
Może być ciepłem.
Może być sposobem na powiedzenie:
„Po tylu latach nadal potrafisz przyciągnąć moją uwagę”.
I nie trzeba tego robić codziennie.
Czasami jedna drobna rzecz w tygodniu wystarczy, żeby przerwać monotonię.
Dłuższe spojrzenie.
Niespodziewana wiadomość.
Komplement.
Zaproszenie na kawę.
Pocałunek bez pośpiechu.
Wspólny spacer.
Pomysł na wieczór.
To drobiazgi, ale właśnie z drobiazgów składa się atmosfera związku.
Warto również przestać czekać na „idealny moment”. Dzieci nie zawsze zasną o właściwej godzinie. Praca nie zawsze będzie spokojna. Dom nie zawsze będzie wysprzątany. Oboje nie zawsze będziecie wypoczęci.
Jeżeli para będzie czekała na moment, w którym wszystko będzie idealne, może czekać bardzo długo.
Czasami trzeba stworzyć małą wyspę normalności pośród chaosu.
Dziesięć minut rozmowy.
Kawa we dwoje.
Krótki spacer.
Wspólne siedzenie na balkonie.
Wiadomość wysłana w środku dnia.
To nie musi być wielka randka.
To może być przypomnienie, że związek istnieje również poza listą obowiązków.
Powrót flirtu nie oznacza powrotu do młodości.
Nie trzeba udawać, że znów macie dwadzieścia lat.
Dojrzały flirt może być spokojniejszy.
Może być bardziej świadomy.
Może być mniej chaotyczny, a bardziej intencjonalny.
Nie wynika już wyłącznie z hormonów i nowości.
Wynika z decyzji:
„Chcę nadal być ciekawy tej osoby”.
To być może najważniejsza rzecz, jaką można zrobić dla seksualności w długoletnim związku.
Nie traktować partnera jak osoby, którą już całkowicie znamy.
Zostawić miejsce na odkrywanie.
Bo nawet po piętnastu czy dwudziestu latach człowiek nadal może się zmieniać. Może mieć nowe marzenia, nowe potrzeby, nowe zainteresowania i nowe fantazje. Może inaczej postrzegać własne ciało. Może potrzebować czegoś innego niż kilka lat wcześniej.
Dlatego flirt może być początkiem ponownego poznawania.
Nie chodzi o udawanie obcej osoby.
Chodzi o dostrzeżenie znajomej osoby na nowo.
A czasami wystarczy naprawdę niewiele.
Jedno spojrzenie.
Jeden uśmiech.
Jedna wiadomość.
Jedna randka.
Jedno zdanie:
„Dzisiaj znowu mi się podobasz”.
I jedna myśl, którą warto zabrać ze sobą z tego rozdziału:
Nie musicie czekać, aż pożądanie samo wróci.
Możecie zacząć tworzyć warunki, w których znowu będzie miało gdzie się pojawić.
ROZDZIAŁ 5. Fantazje — nie muszą pozostać tylko w głowie
Fantazje seksualne są częścią ludzkiej wyobraźni i pojawiają się u ludzi niezależnie od tego, czy są w związku, czy są singlami, czy mają duże doświadczenie seksualne, czy dopiero poznają własną seksualność. Mogą być bardzo proste albo niezwykle rozbudowane. Mogą dotyczyć atmosfery, miejsca, wyglądu, zachowania, emocji, dynamiki między partnerami, nowości albo przeciwnie — czegoś bardzo znajomego, ale przedstawionego w inny sposób.
Nie istnieje jeden obowiązujący model fantazjowania.
Nie ma również jednej „prawidłowej” częstotliwości fantazjowania.
Dla jednych osób fantazje są ważną częścią seksualności. Dla innych pojawiają się sporadycznie. Jeszcze inni niemal w ogóle nie przywiązują do nich znaczenia. Sama obecność lub brak określonych fantazji nie świadczy automatycznie o jakości związku.
Problem zaczyna się wtedy, gdy fantazje stają się źródłem wstydu albo gdy człowiek zaczyna uważać, że skoro coś pojawiło się w jego głowie, powinien natychmiast to zrealizować.
Tymczasem wyobraźnia i rzeczywistość to dwie różne przestrzenie.
Fantazja jest możliwością.
Nie jest umową.
Nie jest deklaracją.
Nie jest zobowiązaniem.
Nie jest również automatycznie ukrytym planem.
To rozróżnienie jest niezwykle ważne, szczególnie w długoletnich związkach, w których partnerzy czasami boją się, że rozmowa o fantazjach doprowadzi do konfliktu albo nieporozumienia.
Można przez wiele lat mieć pewne wyobrażenie i nigdy nie chcieć go realizować. Można również przez długi czas nie myśleć o czymś szczególnym, a później nagle zainteresować się nową możliwością. Człowiek nie jest statyczny, a jego wyobraźnia również się zmienia.
Fantazje mogą pełnić różne funkcje. Czasami pozwalają oderwać się od rutyny. Czasami są sposobem na wyobrażenie sobie nowości. Czasami dotyczą przede wszystkim emocji: poczucia bycia pożądanym, wyjątkowym, atrakcyjnym albo zauważonym. Innym razem związane są z ciekawością i chęcią przeżycia czegoś odmiennego od codzienności.
Dlatego warto pamiętać, że fantazja nie zawsze mówi dosłownie: „Chcę zrobić dokładnie to, co sobie wyobrażam”.
Może mówić raczej:
„Chcę poczuć więcej emocji”.
„Chcę poczuć się atrakcyjnie”.
„Chcę, żeby partner przejął inicjatywę”.
„Chcę więcej spontaniczności”.
„Chcę poczuć, że znowu jesteśmy dla siebie interesujący”.
„Chcę uciec na chwilę od codzienności”.
Jeżeli zaczniemy patrzeć na fantazje właśnie w ten sposób, rozmowa o nich staje się znacznie łatwiejsza.
Dlaczego więc tak wiele osób boi się o nich mówić?
Pierwszym powodem jest wstyd.
Wychowanie, kultura, religia, wcześniejsze doświadczenia, poprzednie związki, komentarze innych ludzi i własne przekonania mogą sprawić, że człowiek nauczy się postrzegać seksualność jako temat, o którym lepiej nie mówić.
Może nawet czuć, że sama fantazja jest czymś niewłaściwym.
„Skoro o tym pomyślałem, coś jest ze mną nie tak”.
To jednak bardzo daleko idący wniosek.
Myśl nie jest działaniem.
Wyobrażenie nie jest decyzją.
Fakt, że mózg potrafi stworzyć jakiś scenariusz, nie oznacza automatycznie, że człowiek chce go przeżyć w rzeczywistości.
Drugim powodem jest strach przed reakcją partnera.
To prawdopodobnie jedna z największych przeszkód w otwartej rozmowie.
Człowiek może myśleć:
„Co, jeśli uzna mnie za dziwnego?”
„Co, jeśli się ze mnie zaśmieje?”
„Co, jeśli pomyśli, że jej nie wystarczam?”
„Co, jeśli uzna, że chcę zdrady?”
„Co, jeśli powie, że nigdy się na to nie zgodzi?”
„Co, jeśli od tej chwili będzie inaczej na mnie patrzeć?”
To właśnie dlatego sposób, w jaki partner reaguje na pierwszą fantazję, może mieć ogromne znaczenie.
Jeżeli odpowiedzią jest śmiech, drwina albo oburzenie, osoba, która się otworzyła, prawdopodobnie następnym razem zachowa milczenie.
Jeżeli natomiast słyszy:
„Ciekawe. Opowiedz mi więcej”.
albo:
„Nie wiem, czy chciałabym tego spróbować, ale chcę zrozumieć, co cię w tym interesuje”,
tworzy się zupełnie inna atmosfera.
Nie oznacza to, że partner ma obowiązek akceptować każdą fantazję.
Ma jednak możliwość wysłuchania jej bez automatycznego zawstydzania drugiej osoby.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Akceptacja człowieka nie oznacza automatycznej akceptacji każdego pomysłu.
Można powiedzieć:
„Rozumiem, że cię to ciekawi, ale ja tego nie chcę”.
To jest zdrowa granica.
Właśnie dlatego warto oddzielić trzy rzeczy: fantazjowanie, rozmowę o fantazji i jej realizację.
Pierwszy poziom istnieje wyłącznie w głowie.
Drugi polega na podzieleniu się wyobrażeniem z partnerem.
Trzeci oznacza rzeczywiste działanie.
Nie ma obowiązku przechodzenia z pierwszego poziomu do drugiego.
Nie ma również obowiązku przechodzenia z drugiego do trzeciego.
Można zatrzymać się na dowolnym etapie.
Para może przez godzinę rozmawiać o pewnej fantazji i dojść do wniosku, że samo rozmawianie o niej jest dla nich wystarczająco ciekawe.
To również jest forma intymności.
Czasami wyobraźnia jest atrakcyjna właśnie dlatego, że nie ma konsekwencji rzeczywistości. W głowie wszystko może być dokładnie takie, jak chcemy. Rzeczywistość natomiast jest bardziej złożona. Pojawiają się emocje, zmęczenie, niepewność, fizyczne ograniczenia, reakcje drugiej osoby i konsekwencje, których wcześniej nie przewidzieliśmy.
Dlatego nie każda fantazja powinna być realizowana.
I nie każda fantazja nawet dobrze sprawdziłaby się w rzeczywistości.
To nie oznacza, że jest „zła”.
Oznacza po prostu, że fantazja i rzeczywiste doświadczenie mają różne właściwości.
Warto też pamiętać, że fantazje mogą zmieniać się wraz z wiekiem i etapem życia.
To, co fascynowało człowieka kilka lat wcześniej, może dzisiaj nie robić na nim żadnego wrażenia.
Może być również odwrotnie.
Czasami długoletni związek daje poczucie bezpieczeństwa, które pozwala po latach przyznać się do rzeczy, o których wcześniej człowiek bał się mówić.
To właśnie dlatego rozmowa o fantazjach może być ciekawym sposobem na ponowne poznanie partnera.
Nawet jeśli jesteście razem od dwudziestu lat, nie oznacza to, że wiecie o sobie wszystko.
Ludzie nadal mają wewnętrzne światy.
Mają marzenia.
Mają ciekawość.
Mają rzeczy, których nigdy nie powiedzieli.
Mają również potrzeby, które mogą pojawić się dopiero z czasem.
Warto więc potraktować rozmowę o fantazjach nie jak przesłuchanie, ale jak zaproszenie do odkrywania.
Dobrym sposobem na rozpoczęcie może być stworzenie wspólnej listy marzeń.
Nie musi to być od razu lista rzeczy, które chcecie zrobić. Wręcz przeciwnie — na początku warto potraktować ją jako listę tematów do rozmowy.
Każda osoba może zapisać kilka rzeczy, które uważa za interesujące, romantyczne, ekscytujące albo po prostu warte rozważenia.
Nie musicie od razu pokazywać sobie wszystkiego.
Możecie najpierw porozmawiać o kategoriach.
Nowe miejsce.
Randka w nietypowym miejscu.
Więcej spontaniczności.
Więcej flirtu.
Inna atmosfera.
Nowy sposób spędzania wieczoru.
Więcej czułości.
Więcej inicjatywy.
Więcej rozmowy.
Więcej zabawy.
Dla niektórych par zaskoczeniem może być to, że ich „fantazje” wcale nie muszą być związane z bardzo odważnymi eksperymentami. Czasami największym marzeniem jest po prostu odzyskanie czegoś, co było na początku związku.
Chcę znowu czuć się atrakcyjny.
Chcę, żeby partnerka czasami sama mnie zaskoczyła.
Chcę mieć poczucie, że ktoś o mnie myśli.
Chcę być dotykany bez pośpiechu.
Chcę mieć czas tylko dla nas.
Chcę przestać być przez cały czas rodzicem i pracownikiem, a przez chwilę być po prostu partnerem.
To wszystko są realne potrzeby związane z seksualnością.
Dlatego wspólna lista marzeń nie powinna być konkursem na najbardziej niezwykłe pomysły.
Ma być narzędziem komunikacji.
Można ją stworzyć na kartce, w notatniku albo w telefonie. Można też potraktować ją jako rozmowę bez zapisywania czegokolwiek.
Najważniejsze jest, żeby nie oceniać propozycji na bieżąco.
Jeśli jedna osoba mówi:
„Chciałbym kiedyś spróbować czegoś nowego”,
nie odpowiadaj natychmiast:
„Nie ma mowy”.
Najpierw można zapytać:
„Co dokładnie cię w tym interesuje?”.
To pytanie może zmienić całą rozmowę.
Być może okaże się, że partnerowi nie chodzi wcale o konkretny scenariusz. Być może chodzi o nowość, zabawę albo poczucie spontaniczności.
Wtedy można znaleźć inną drogę do podobnego doświadczenia.
To właśnie jest wartość rozmowy.
Zamiast zastanawiać się wyłącznie nad tym, czy spełnić konkretną fantazję, można poszukać potrzeby, która się za nią kryje.
Jednocześnie warto mieć bardzo prosty system określania granic.
„Tak”.
„Może”.
„Nie”.
To trzy słowa, które mogą bardzo ułatwić rozmowę.
„Tak” oznacza: to jest coś, co naprawdę mnie interesuje i jestem gotowy lub gotowa rozważyć realizację.
„Może” oznacza: nie wiem, potrzebuję więcej informacji, czasu albo spokojnej rozmowy.
„Nie” oznacza: nie chcę tego.
Najważniejsze jest to, że „może” nie oznacza „przekonaj mnie”.
Oznacza „nie podjęłam jeszcze decyzji”.
A „nie” nie oznacza „spróbuj jeszcze dziesięć razy”.
Oznacza granicę.
Taki system może wydawać się bardzo prosty, ale jego siła polega właśnie na prostocie.
Jeśli para omawia kolejne pomysły, nie trzeba od razu prowadzić długiej debaty.
Można powiedzieć:
„To dla mnie tak”.
„To może”.
„To zdecydowanie nie”.
I przejść dalej.
Nie każde „nie” wymaga uzasadnienia.
Partner może oczywiście dobrowolnie powiedzieć, dlaczego czegoś nie chce, ale nie powinien być zmuszany do tłumaczenia swojej granicy.
W zdrowej relacji „nie chcę” jest wystarczającą informacją.
Równie ważne jest to, aby „tak” było rzeczywiście dobrowolne.
„Tak” wypowiedziane ze strachu przed kłótnią, utratą partnera albo poczuciem winy nie jest tym samym co autentyczna zgoda.
Jeżeli ktoś mówi:
„Dobrze, skoro tak bardzo ci zależy”,
warto zatrzymać rozmowę.
To nie brzmi jak entuzjastyczna zgoda.
Może być sygnałem presji.
Zgoda powinna być dobrowolna, świadoma i możliwa do wycofania.
To oznacza również, że nawet jeśli para wcześniej ustaliła, że coś zrobi, każda osoba może zmienić zdanie.
„Wczoraj chciałam, ale dzisiaj nie”.
To jest dopuszczalne.
„Myślałem, że będę chciał, ale teraz czuję się z tym źle”.
To również jest dopuszczalne.
Nie trzeba dotrzymywać seksualnej obietnicy tylko dlatego, że wcześniej została wypowiedziana.
Takie podejście nie niszczy spontaniczności.
Wręcz przeciwnie.
Buduje bezpieczeństwo.
A bezpieczeństwo zwiększa możliwość szczerej ciekawości.
Para może więc stworzyć własną „mapę”.
Nie po to, aby mieć obowiązek realizowania wszystkich punktów.
Po to, aby wiedzieć, gdzie znajdują się wspólne obszary zainteresowania.
Można odkryć, że oboje macie wiele odpowiedzi „tak”.
Możecie również odkryć wiele „może”.
I prawdopodobnie pojawią się „nie”.
To normalne.
W rzeczywistości zgodność seksualna nie oznacza identyczności.
Dwie osoby mogą mieć różne fantazje, różne tempo i różne granice, a mimo to stworzyć satysfakcjonujące życie intymne.
Kluczem jest znalezienie części wspólnej.
Wyobraźmy sobie, że jedna osoba marzy o spontaniczności, a druga nie lubi nieprzewidywalnych sytuacji. Nie oznacza to automatycznie, że nie da się nic zrobić. Można znaleźć kompromis: zaplanować wieczór, ale pozostawić jego przebieg otwarty.
Jedna osoba chce więcej nowości, druga ceni bezpieczeństwo. Można wprowadzać nowość stopniowo, zaczynając od małych zmian.
Jedna osoba lubi rozmawiać o fantazjach, druga czuje wstyd. Można zacząć od rozmowy o filmach, książkach albo ogólnych scenariuszach, bez natychmiastowego odnoszenia ich do własnego związku.
Najważniejsze jest tempo.
Nie trzeba otwierać wszystkich drzwi jednocześnie.
Czasami wystarczy uchylić jedne.
Bardzo dobrym ćwiczeniem może być również pytanie:
„Gdybyś nie bał się ani wstydu, ani oceny, o czym chciałbyś ze mną porozmawiać?”.
To pytanie może być trudne.
Może jednak otworzyć przestrzeń do szczerości.
Drugie pytanie:
„Co chciałabyś, żeby było częściej w naszym związku?”.
Trzecie:
„Czego chciałbyś więcej, ale nigdy nie miałeś odwagi powiedzieć?”.
Nie należy jednak zadawać takich pytań po to, aby później wykorzystać odpowiedzi.
Jeżeli partner otworzy się, trzeba potraktować jego szczerość jako zaufanie.
To szczególnie ważne w długoletnich małżeństwach, ponieważ partnerzy mają za sobą wspólną historię. Czasami podczas kłótni łatwo wykorzystać wiedzę o drugiej osobie jako broń.
„Przecież wiem, czego naprawdę chcesz”.
„Przecież powiedziałaś mi kiedyś, że…”
„Teraz nagle jesteś taka pruderyjna”.
Takie komunikaty niszczą przestrzeń, którą para próbowała stworzyć.
Fantazja powinna pozostać dobrowolnym zwierzeniem.
Nie jest dowodem przeciwko partnerowi.
Nie jest narzędziem nacisku.
Nie jest argumentem w sporze.
Warto również zaakceptować fakt, że partner może mieć fantazje, które nie są związane bezpośrednio z jego obecnym związkiem.
Nie oznacza to automatycznie braku miłości.
Wyobraźnia jest prywatną przestrzenią człowieka.
Może zawierać scenariusze, które nie mają prostego odpowiednika w codziennym życiu.
To, co dzieje się w wyobraźni, nie powinno być automatycznie interpretowane jako ocena partnera.
Jeżeli ktoś mówi:
„Czasami wyobrażam sobie coś zupełnie innego”,
nie musi to oznaczać:
„Ty jesteś niewystarczający”.
Może oznaczać:
„Mój mózg potrafi wyobrażać sobie różne rzeczy”.
To bardzo ważne, ponieważ zazdrość o fantazję może skutecznie zamknąć całą rozmowę.
Zamiast słuchać, partner zaczyna się porównywać.
„Czyli jestem dla ciebie za mało atrakcyjna?”
„Czyli wolałbyś kogoś innego?”
„Czyli nasz seks ci nie wystarcza?”
Takie pytania mogą wynikać z lęku, ale mogą również sprawić, że osoba mówiąca przestanie być szczera.
Dlatego warto nauczyć się mówić:
„Kiedy to usłyszałam, poczułam się niepewnie”.
To znacznie lepsze niż:
„Ty sprawiasz, że czuję się niewystarczająca”.
Pierwsze zdanie opisuje własne emocje.
Drugie przypisuje odpowiedzialność drugiej osobie.
Ta różnica jest kluczowa.
Rozmowa o fantazjach może być również okazją do poznania własnych potrzeb. Czasami dopiero wypowiedzenie czegoś na głos pozwala zrozumieć, że nie chodzi nam o konkretny scenariusz.
Może chodzić o przygodę.
O zmianę.
O uwagę.
O poczucie atrakcyjności.
O bycie inicjowanym.
O możliwość odpoczynku od codziennych ról.
O poczucie, że nadal jesteśmy partnerami, a nie tylko rodzicami.
Dlatego warto pytać nie tylko:
„Co chciałbyś zrobić?”.
Warto również pytać:
„Co chciałbyś poczuć?”.
To pytanie potrafi być znacznie bardziej odkrywcze.
Bo za wieloma fantazjami znajduje się emocja.
Człowiek może marzyć o czymś nowym, ponieważ chce poczuć ekscytację.
Może marzyć o byciu pożądanym, ponieważ od dawna nie czuje się atrakcyjny.
Może pragnąć większej inicjatywy partnera, ponieważ przez lata miał wrażenie, że wszystko musi organizować sam.
Może potrzebować romantycznej atmosfery, ponieważ codzienność stała się wyłącznie logistyczna.
Kiedy odkryjemy emocję znajdującą się pod powierzchnią fantazji, często pojawia się więcej możliwości.
Nie zawsze trzeba realizować dokładnie to, co pojawiło się w wyobraźni.
Można znaleźć inną drogę do podobnego uczucia.
To jeden z powodów, dla których rozmowa jest tak ważna.
Bez rozmowy widzimy tylko pomysł.
Dzięki rozmowie możemy zobaczyć potrzebę.
A kiedy widzimy potrzebę, łatwiej znaleźć rozwiązanie, które odpowiada obojgu.
Wspólna lista marzeń może więc stać się czymś więcej niż listą seksualnych pomysłów. Może być mapą związku.
Pokazuje, gdzie jesteście zgodni.
Pokazuje, gdzie pojawiają się różnice.
Pokazuje, o czym łatwo rozmawiać.
Pokazuje, gdzie pojawia się wstyd.
Pokazuje również, gdzie potrzebujecie więcej czasu.
Niektóre punkty mogą pozostać na zawsze w kategorii „może”.
I to jest w porządku.
Nie każda możliwość musi zostać wykorzystana.
Niektóre rzeczy mogą być ciekawe właśnie dlatego, że pozostają wyłącznie wyobrażeniem.
Inne mogą kiedyś przejść z „może” do „tak”.
Jeszcze inne mogą z czasem przejść z „może” do „nie”.
To nie porażka.
To naturalna zmiana preferencji.
Najważniejszą zasadą całego systemu pozostaje wzajemny szacunek.
Nie próbujemy wygrać.
Nie próbujemy przekonać.
Nie próbujemy udowodnić, że nasza potrzeba jest ważniejsza.
Nie próbujemy wyciągać zgody.
Rozmawiamy.
Słuchamy.
Pytamy.
Mówimy o własnych granicach.
I szukamy tego, co może być wspólne.
Właśnie w tym miejscu fantazje przestają być czymś, czego należy się wstydzić.
Stają się językiem.
Językiem, dzięki któremu można powiedzieć:
„Tego jestem ciekawy”.
„Tego się boję”.
„Tego nie chcę”.
„To mnie interesuje”.
„Nie wiem”.
„Może kiedyś”.
„Chciałabym spróbować”.
„Chciałbym, ale potrzebuję czasu”.
To bardzo dużo.
Bo w długoletnim związku nie zawsze trzeba szukać wielkich zmian.
Czasami wystarczy odzyskać możliwość mówienia.
A kiedy dwoje ludzi może bezpiecznie powiedzieć sobie, o czym marzą, czego się boją i gdzie przebiegają ich granice, pojawia się przestrzeń na prawdziwą bliskość.
Fantazja nie musi więc pozostać tylko w głowie.
Ale równie ważne jest to, że nie musi z niej wychodzić.
O tym, co dzieje się dalej, nie powinien decydować wstyd, presja ani oczekiwania innych ludzi.
Powinni decydować oboje partnerzy.
Wspólnie.
Świadomie.
Dobrowolnie.
I z pełnym prawem do odpowiedzi: „tak”, „może” albo „nie”.
ROZDZIAŁ 6. Pierwsze zabawki — jak zacząć bez niezręczności
Dla wielu par moment, w którym pojawia się pomysł wprowadzenia zabawki erotycznej do związku, jest jednocześnie ekscytujący i trochę niezręczny. Sama myśl może być interesująca, ale kiedy trzeba powiedzieć o niej partnerowi na głos, nagle pojawiają się pytania, których wcześniej nie było. „Co sobie pomyśli?”, „Czy uzna, że czegoś mi brakuje?”, „Czy będzie się porównywał?”, „Czy pomyśli, że nasz seks jest niewystarczający?”, „A jeśli się zgodzi tylko dlatego, że boi się odmówić?”. Właśnie dlatego pierwszym krokiem nie powinien być zakup konkretnego gadżetu, ale rozmowa o tym, co właściwie chcielibyście zmienić, urozmaicić albo odkryć.
Zabawka erotyczna nie jest magicznym rozwiązaniem na problemy w związku. Nie naprawi braku komunikacji, nie zastąpi bliskości, nie usunie konfliktów i nie sprawi automatycznie, że para zacznie odczuwać większe pożądanie. Może jednak stać się jednym z elementów wspólnego życia intymnego, podobnie jak romantyczna atmosfera, flirt, masaż, muzyka, nowe miejsce czy po prostu więcej czasu tylko dla siebie. Dla niektórych par będzie czymś bardzo ważnym, dla innych ciekawostką wykorzystaną kilka razy, a jeszcze inne osoby uznają, że zupełnie nie jest to dla nich. Każda z tych odpowiedzi jest prawidłowa.
Najważniejsza zasada brzmi: zabawka ma być dodatkiem do relacji, a nie sprawdzianem relacji.
To szczególnie ważne dlatego, że jedna z pierwszych obaw pojawiających się u partnerów dotyczy konkurencji. Mężczyzna może pomyśleć: „Czy ona woli to ode mnie?”. Kobieta może zastanawiać się: „Czy on potrzebuje tego, ponieważ nie wystarczam?”. Takie myśli są zrozumiałe, ponieważ seksualność jest mocno związana z poczuciem atrakcyjności i własnej wartości. Problem polega na tym, że przedmiot i partner pełnią zupełnie różne funkcje.
Zabawka nie ma uczuć. Nie zna historii związku. Nie przytula po trudnym dniu. Nie zna żartów, które rozumiecie tylko wy dwoje. Nie jest osobą, która była obok podczas narodzin dziecka, przeprowadzki, choroby, sukcesów i porażek. Nie zastępuje emocjonalnej więzi.
Może natomiast dostarczać dodatkowej stymulacji albo ułatwiać eksperymentowanie. To zupełnie inna funkcja.
Podobnie jak masażer nie jest konkurencją dla dłoni partnera, a dobre łóżko nie jest konkurencją dla partnera, tak akcesorium erotyczne nie musi oznaczać zastępowania drugiej osoby. Może być po prostu narzędziem.
Warto nawet zmienić sposób myślenia o tym temacie. Zamiast „zabawka kontra partner”, lepiej myśleć „partnerzy korzystający z dodatkowego narzędzia”.
Ta różnica może wydawać się wyłącznie językowa, ale sposób, w jaki nazywamy sytuację, wpływa na nasze emocje. Jeżeli jedna osoba myśli, że jest porównywana z urządzeniem, może odczuwać zagrożenie. Jeżeli oboje traktują je jako element wspólnego eksperymentowania, pojawia się zupełnie inna atmosfera.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy partner będzie od razu czuł się komfortowo. Niektórzy ludzie mają silne przekonania dotyczące zabawek erotycznych. Mogą wynikać z wychowania, religii, kultury, wcześniejszych doświadczeń albo po prostu z braku zainteresowania. Nie należy zakładać, że skoro jedna osoba jest ciekawa, druga również będzie.
Dlatego rozmowa jest ważniejsza niż sam zakup.
Dobrze zacząć od ciekawości, a nie od presji. Zamiast powiedzieć: „Kupiłam coś, spróbujemy dziś”, znacznie lepiej powiedzieć: „Zastanawiałam się ostatnio, czy nie byłoby ciekawe spróbować kiedyś czegoś nowego. Co o tym myślisz?”.
Taka forma zostawia przestrzeń na odpowiedź.
Partner może powiedzieć „tak”.
Może powiedzieć „nie wiem”.
Może powiedzieć „nie”.
Każda z tych odpowiedzi jest informacją, a nie początkiem negocjacji za wszelką cenę.
Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, nie należy od razu próbować przekonywać. Szczególnie źle działają argumenty oparte na poczuciu winy.
„Gdybyś mnie naprawdę kochał, spróbowałbyś”.
„Inni to robią”.
„Jesteś zbyt konserwatywna”.
„Przecież to nic takiego”.