E-book
9.56
drukowana A5
44.91
Sekret Zakonu

Bezpłatny fragment - Sekret Zakonu


4
Objętość:
272 str.
ISBN:
978-83-8189-284-1
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 44.91

Mamie i Tacie — bo bez nich nie przyszedłbym na świat i ta książka by nie powstała,

Żonie Barbarze — bo bez jej wsparcia i konstruktywnej recenzji pewnie bym tej książki nie skończył,

Synowi Piotrowi — pierwszemu czytelnikowi oraz pomysłodawcy tytułu,

Synowi Michałowi — za nieustającą i wytrwałą wiarę, że ta książka jednak powstanie,


a także Wszystkim tym, którzy w celu przekazania swoich cennych uwag podjęli ryzyko zagłębienia się w przedstawioną tutaj opowieść, nie bacząc na brak doświadczenia jej autora


Dziękuję


„Tego samego roku (1313) w Prusach połowy śledzi przyniosły tak mizerny plon, jakiego nie było od czasu, jak pamięć sięga.

W roku Pańskim 1314 w kalendy marca, pod Carpentras, gdzie wówczas znajdowała się Kuria Rzymska, około godziny ósmej ukazały się trzy słońca, jedno na wschodzie, dwa na południu, jedno było naturalne, pozostałe dwa istniały wbrew biegowi natury. (…) Był to pewien znak i przepowiednia oznaczająca śmierć papieża oraz rozłam w kolegium kardynalskim wkrótce po jego śmierci. (…) W 14 kalendy maja, zmarł papież Klemens, w tym dniu, w którym rok wcześniej zaczęła się ukazywać kometa.”

Piotr z Dusburga „Kronika ziemi pruskiej” (1326 r.)


„Tegoż roku (1313) Henryk VII cesarz przed Florencyją otruty od mnicha zakonu dominikanów, który mu truciznę w sakramencie Ciała Pańskiego zadał.

Roku 1314 dwie komecie i trzy księżyce razem w dzień Narodzenia Pańskiego były widziane. (…) Głód potem w Polszcze, Prusiech, w Mazowszu, w Litwie i innych przyległych krajach tak srogi był, że gdy już ludziom zielsk, korzenia i inszych pokarmów sprosnych nie stawało, matki i ojcowie dzieci swe, dzieci zaś rodzice zabijali i jedli, drudzy nieznośny głód śmierząc, leda ścierw i trupy żarli. Ta plaga przez dwie lecie trwała, potem zaś okrutne powietrze nastąpiło i cały rok trwało, że ludzie wymarli (jako Pruska Kronika świadczy), iż nie miał kto z pola zbierać, tak na polach wszystkie zboża i jarzyny nie pożęte zostały.

Marcin Murinius „Kronika mistrzów pruskich” (1582 r.)

Rozdział 1

Prusy Zakonne, czerwiec 1313 r.


Tunel był niski i ciasny. Płomienie pochodni migotały niespokojnie, rzucając rozmyte, chybotliwe cienie. Fantazyjne, czarne plamy, które tworzyły się na nierównej powierzchni ścian, drżały nerwowo.

Trzech zakapturzonych mężczyzn opuściło wąski korytarz i weszło do podziemnej krypty. Pod szarymi płaszczami, którymi byli okryci, widać było białe tuniki z czarnym krzyżem.

Ten, który prowadził — barczysty olbrzym z kruczoczarną, bujną brodą — zaczął rozglądać się wokoło, rozświetlając mrok łuczywem.

— Tędy — zakomenderował i skierował się w głąb pomieszczenia.

Pozostali dwaj ruszyli we wskazanym kierunku. Dźwigali obszerną, drewnianą skrzynię. W skrzyni znajdował się duży, wypchany, lniany worek, związany konopnym sznurem.

Zawartość musiała być ciężka, bo z ust obu mężczyzn wydobywało się głośne sapanie.

— To tutaj — stwierdził brodaty dryblas.

Stanęli przed wielkim, prostokątnym głazem, zagradzającym dalszą drogę.

— Jesteśmy na miejscu, bracie Henryku — rzekł jeden z niosących skrzynię. — Za chwilę dokona się coś, co zmieni bieg historii. Dziś o świcie, jak co dnia, znów wzejdzie słońce, ale ten świat już nigdy nie będzie taki sam.

— Jako rzekłeś, bracie Fryderyku — odparł czarnobrody.


* * *


Pojezierze Iławskie, czerwiec 2007 r.


— Niech to szlag trafi! Parszywy deszcz! — Bogdan, przewieszony przez kierownicę, usilnie próbował wypatrzyć cokolwiek poprzez kaskady wody bombardujące szybę.

Koła po raz kolejny wpadły w obszerną dziurę. Zazgrzytało zawieszenie i silny wstrząs szarpnął całym samochodem.

Tomek instynktownie wbił palce w tapicerkę tylnego siedzenia. Z niepokojem spojrzał na ojca. Wiedział, że jest wściekły. Znał dobrze ten stan. Nic, tylko czekać, aż nastąpi wybuch. Wystarczy jedno słowo czy gest, które zadziałają jak zapałka zapalona na stacji benzynowej.

Przeniósł wzrok na matkę. Siedziała nieruchomo na przednim siedzeniu, wpatrzona w postękujące z wysiłku wycieraczki. Najwyraźniej robiła wszystko, aby stłumić w sobie złość i podtrzymać kruchy rozejm zawarty na czas podróży.

Nienawidził jak się kłócili.

Wtulił się w oparcie. Na zewnątrz nie było nic widać — nie wiadomo czy bardziej z powodu ulewy, czy bardziej z powodu zapadającego zmroku.

Jak zwykle wyjechali za późno. Rodzice odprawili swój odwieczny, przedwyjazdowy rytuał, rozpoczynający się od pełnego entuzjazmu poranka, a kończący na gigantycznej awanturze i wciskaniu wszystkiego do, jak zawsze, zbyt małego bagażnika. Łącznie jakieś trzy do czterech godzin wyjętych z życia. I również zwyczajowo — pomimo zdecydowanych zapewnień taty, że tym razem będzie inaczej — dojazd na miejsce wśród zapadających ciemności.

A Tomek bardzo nie lubił ciemności. Jak każdy ośmiolatek nauczył się całkowicie im nie ufać. Ciemność zawsze kryła w sobie jakieś niemiłe niespodzianki.

I do tego jeszcze te sny. Wprawdzie od kiedy tylko sięgał pamięcią, śniły mu się różne dziwne rzeczy, jednak w ostatnim czasie rzeczy te stały się nadzwyczaj nieprzyjemne. Coraz częściej zdarzało się, że senne obrazy zbliżały się niepokojąco do granicy z jawą. Nie, żeby kiedykolwiek wątpił, że to tylko sen. Miał jednak wrażenie jakby śnione wydarzenia i postaci wściekle próbowały przekroczyć tę granicę i wedrzeć się do rzeczywistości.

To wszystko zapewne dlatego, że był dzieckiem „wyjątkowo wrażliwym”. Tak przynajmniej mówiła mama. Tata próbował protestować twierdząc, że mocno przesadza. Ona jednak stanowczo dawała mu do zrozumienia, żeby nie zabierał głosu w sprawach, na których się nie zna. Bądź co bądź to przecież ona jest pediatrą, a nie on.

Tomek przylgnął do szyby odczuwając na czole niemiły, mokry chłód. Próbował domyślić się krajobrazów, przesłoniętych kurtyną nocy. Deszcz nadal padał obficie i nie miał zamiaru przestać. Woda ściekała strumieniami, tworząc na szkle wydłużone, przeźroczyste smugi, prześcigające się wzajemnie.

„Jakby ktoś wylał na szybę makaron” — pomyślał.

Tymczasem rozciągnięte krople zaczęły płynąć coraz wolniej, przybierając stopniowo galaretowatą konsystencję. Pomału gęstniały, tracąc swoją przeźroczystość i uzyskując coraz bardziej cielesną formę. Po chwili Tomek z rosnącym zdumieniem stwierdził, że to, na co patrzy, nie jest już wodą. Po szybie, z góry na dół, wijąc się gwałtownie na wszystkie strony, pełzało mnóstwo białych, oślizłych robaków. Wokół powoli, lecz coraz wyraźniej, zaczął rozchodzić się, nie wiadomo skąd, obrzydliwy, cuchnący zapach. Chłopiec poczuł, jak gdzieś w środku, wraz z wymiotami, wzbiera w nim paniczny strach. Przerażenie nie pozwoliło mu wydać z siebie jakiegokolwiek głosu. Mógł tylko siedzieć jak sparaliżowany i gapić się z otwartymi ustami.

Robactwo zaczęło rozłazić się na boki pozostawiając w środku czarną pustkę. W pustce, gdzieś w oddali, zamajaczyły dwa lekko połyskujące punkty. Oczy. Były jeszcze odległe i niezbyt wyraźne, ale Tomek wiedział, że to oczy. I że na niego patrzą, przepełnione zajadłą wściekłością, jakąś niepojętą, zupełnie nieludzką furią. Jakby chciały mu wydrzeć coś, co posiadał, a o istnieniu czego nie miał pojęcia. Coś bardzo wartościowego, ale i niewyobrażalnie złego.

Zacisnął powieki — aż poczuł ból. „To musi zniknąć, to musi zniknąć …” — powtarzał histerycznie w myślach.

Drżącą, spoconą dłonią sięgnął odruchowo do kieszeni spodni i wymacał swój amulet szczęścia — nieduży, szary kamyk. Od kiedy go dostał, nosił go zawsze przy sobie i nie rozstawał się z nim nawet na chwilę. Przyzwyczaił się w trudnych sytuacjach ściskać go mocno w zaciśniętej pięści, z nadzieją, że w ten sposób oddali niebezpieczeństwo.

Poczuł, że kamień stał się lekko ciepły.

Gwałtownie uniósł powieki. Oczy dalej tam były. A właściwie nie oczy, ale same gałki oczne — przekrwione, bladożółte kule, pocięte tysiącami czerwonych, nabrzmiałych żyłek. Zbliżały się coraz bardziej i coraz szybciej. Widział je coraz wyraźniej. Ich źrenice nie były czarne, lecz szare niczym popiół — i przerażająco puste. Unoszący się smród stał się nie do zniesienia. Tomkowi wydawało się, że zaraz straci przytomność. Wszystko wokół zaczęło wirować.

Tymczasem oczy stały się ogromne. Nie zwalniając, zbliżały się coraz bardziej do szyby.

Wreszcie z potężnym impetem zderzyły się z jej szklaną powierzchnią. Ohydna, zgniłozielona maź z głośnym mlaśnięciem rozlała się na wszystkie strony i zaczęła osuwać się w dół, pozostawiając brudne, purpurowe smugi.

Tomek wydobył z siebie przeraźliwy wrzask.

Zapiszczały opony. Auto zaczęło sunąć niczym poduszkowiec po mokrej nawierzchni, z wolna obracając się bokiem do kierunku jazdy. Ojciec raptownie skręcił kierownicą. W mroku przed przednią szybą zamajaczył jakiś czarny, przysadzisty kształt.

— Bogdan! Drzewo!!!

Krzyk mamy zlał się z nieprzyjemnym, zgrzytliwym dźwiękiem, który dobiegł gdzieś od strony prawych drzwi. Przeciągły, metaliczny odgłos. Jakby ktoś z wielką siłą przejechał widelcem po szkolnej tablicy. Samochód zjechał z pobocza, jeszcze przez chwilę szurał podwoziem o wysoką trawę, po czym stanął.

Zaległa cisza, wypełniona jedynie szumem padającego deszczu i trzema przyspieszonymi oddechami.


Bogdan powoli zaczął dochodzić do siebie.

— Czy ty, do cholery jasnej, chcesz nas zabić? — wycedził przez zaciśnięte zęby odwracając się w stronę Tomka.

— Przestań… Nie widzisz… że jest w szoku?… — Agata sama z trudem łapała powietrze.

Chłopiec siedział otępiały, wpatrzony w jakieś bliżej nieokreślone miejsce w przestrzeni. Do oczu zaczęły napływać mu łzy. Czuł, że nie jest w stanie ich powstrzymać i za chwile wyleją się z niego, niczym strugi deszczu za szybą.

Bogdan ponownie spojrzał na syna.

— Jeszcze tego brakowało, żebyś mi tu beczał — stwierdził, próbując równocześnie opanować drżenie dłoni ściskających kierownicę.

Siedzieli chwilę w bezruchu. Agata, wciąż jeszcze roztrzęsiona, powoli odpięła pasy. Bogdan zrobił to samo, po czym zaciągnął ręczny hamulec i głęboko odetchnął.

— No dobrze. Pora na bilans strat. Idę zobaczyć, jak to wygląda z bliska.

Otworzył szybko drzwi i zniknął w ścianie deszczu.

Agata równie szybko przebiegła do tyłu samochodu i otrzepując się z wody usiadła obok Tomka. Przytuliła go do siebie. Cały drżał.

Po kilku minutach zmagań z ulewą i ciemnościami Bogdan z powrotem wskoczył do auta, gwałtownie zatrzaskując za sobą drzwi. Wyglądał jakby wpadł w ubraniu do basenu.

— Boże, jak tam leje! — stęknął ocierając dłonią twarz. — Mieliśmy kupę szczęścia. Jest tylko wgniecenie na drzwiach i zdarty lakier. Całkiem niezły rezultat jak na tak szaloną szarżę — stwierdził wyraźnie już spokojniejszy.

Odwrócił się do Tomka.

— Wygląda, że nie jest wcale tak źle, jakby się mogło wydawać — powiedział z lekkim uśmiechem, starając się, aby jego głos zabrzmiał uspokajająco.

Chłopiec milczał. Bogdan, nie spuszczając z niego wzroku, zwrócił się do Agaty.

— Co to było?

— Mówi, że miał jakiś koszmarny sen.

— Znowu?

Od pewnego czasu coraz bardziej martwił się o syna. Wprawdzie uważał, że takie stany są normalne u dzieci w tym wieku, jednak coraz większa ich częstotliwość zaczynała go niepokoić.

— „Sen mara, Bóg wiara”, jak mawiają starzy górale — podsumował wreszcie.

Przetarł rękawem zaparowaną szybę.

— Mam nadzieję, że uda nam się wyjechać z tych chaszczy — dodał i odpalił silnik.

Opony przez moment uparcie mieliły rozmiękłą ziemię. Po chwili wczepiły się w twardsze podłoże i samochód znów znalazł się na asfalcie.


Dochodziło w pół do dziesiątej. Skręcili w wąską, leśną drogę. Auto powoli posuwało się do przodu, mozolnie pokonując liczne wyboje. Co chwila słychać było głośne plaśnięcia kół wpadających w kolejną kałużę.

W pewnym momencie las się skończył i wjechali na rozległą polanę. W dali zamajaczyła tafla jeziora, odcinająca się nieco jaśniejszym odcieniem czerni od zaciągniętego chmurami nieba.

— Na mój nos, to chyba gdzieś tutaj — mruknął Bogdan, wpatrując się w mrok.

Wyłączył silnik.

— Zupełne odludzie — stwierdziła Agata.

— Przecież tego właśnie chciałaś. „Cisza, spokój, żadnej cywilizacji i tylko my troje”. Pamiętasz?

Agata nie odpowiedziała. Szczelniej otuliła Tomka kocem i niepewnie spoglądała przez szybę.

— Co z nim? — spytał Bogdan.

— Śpi.

— Spróbuję zadzwonić do tego faceta od domku. Jak on się nazywał?

— Chyba Kąkol.

Bogdan wyciągnął komórkę i znalazł numer.

— Jasna cholera! Nie ma zasięgu. A to dupek. W Internecie nie napisał, że stąd się nie da dzwonić.

Zrezygnowany pokiwał głową i schował telefon.

— Wygląda na to, że znów będę musiał zanurkować w ten deszcz. Przynajmniej pada trochę mniej.

— Jak się z nim umówiłeś?

— Powiedziałem, że będziemy około ósmej. Może gdzieś się tutaj kręci.

— Tylko nie odchodź za daleko.

— Jasne.

Bogdan wysiadł z samochodu i ruszył w stronę jeziora.

Mijały minuty. Agata czuła się coraz bardziej nieswojo. Do tego była wykończona. Aktualnie największym jej marzeniem było wielkie, wygodne łóżko ze świeżą, szeleszczącą pościelą. Dobrze chociaż, że Tomek spał spokojnie.

Po pewnym czasie, który wydawał jej się wiecznością, przednie drzwi uchyliły się ukazując głowę Bogdana.

— Najprawdopodobniej jesteśmy na miejscu. Jakieś dwieście metrów stąd stoi niewielki budynek. Sądzę, że to ten. Trzeba będzie…

Gdy to mówił, gdzieś od strony lasu dał się słyszeć narastający warkot silnika. Po chwili z ciemności wyłoniły się dwa oślepiające reflektory. Na polanę wtoczył się stary jeep, podskakując na nierównościach i wydając z siebie zgrzytliwe, metaliczne odgłosy.

— A oto i nasz gospodarz — stwierdził Bogdan, podążając wzrokiem za zbliżającym się samochodem.

Jeep stanął obok nich. Z wnętrza wynurzył się korpulentny, łysawy mężczyzna, wyglądający na około sześćdziesiąt lat. Miał na sobie stary, wysłużony trencz. Spod przyciasnej marynarki raziła w oczy jaskrawa koszula, opięta na wystającym brzuchu. Całości dopełniał niechlujnie zawiązany, kraciasty krawat. Najwyraźniej dbanie o wygląd nie było najmocniejszą stroną przybysza.

— Państwo Wierzchowscy? — wysapał zsuwając się z siedzenia.

— Zgadza się — odparł Bogdan.

— Nareszcie. Bo jeżdżę tu już w kółko od godziny i straciłem nadzieję, że się ktokolwiek pojawi.

— Bardzo przepraszamy, ale mieliśmy po drodze małą … przygodę motoryzacyjną.

— Wypadek? — spytał mężczyzna, a niepokój w jego głosie nie wyglądał na udawany.

— Nic poważnego. Drobna stłuczka z okazałym przedstawicielem lokalnej flory. O ile się nie mylę, to była topola.

— Ale wszystko w porządku?

— Jak widać.

— Marcin Kąkol — przedstawił się.

— Bogdan Wierzchowski.

Uścisnęli sobie dłonie.

— A zatem zapraszam do obejrzenia domku. Proponuję podjechać samochodem, bo dzisiejsza aura raczej nie sprzyja spacerom.


Zajechali pod niewielki, murowany budynek. Deszcz powoli przestawał padać. Nad ziemią, od strony jeziora, snuły się opary mgły. Wokół czuć było wszechobecną wilgoć i zapach mokrego lasu.

Kąkol wysiadł z samochodu. Ze sterty papierów, które miał rozrzucone na siedzeniu pasażera, wygrzebał jakąś teczkę, po czym zatrzasnął drzwi i kuląc się przed deszczem ruszył w stronę domu.

Agata odwróciła się do Tomka.

— Poczekaj w samochodzie, bo zmokniesz — powiedziała do niego.

— Nie chcę tu zostać sam — odparł i spojrzał błagalnie na matkę.

— No dobrze. Chodź. Tylko ubierz kaptur.

Wysiedli i ruszyli w trójkę za Kąkolem.

Dopiero teraz, gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, Bogdan mógł dokładniej przyglądnąć się miejscu, w którym mieli spędzić najbliższe dwa tygodnie.

Widok nie był zbyt zachęcający. Nawet po ciemku rzucało się w oczy, że budynek nie jest pierwszej nowości. Drewniana weranda, przez którą wchodziło się do środka, sprawiała wrażenie zaniedbanej i od dłuższego czasu stanowiła raj dla korników. Jasny tynk na ścianach był spękany, a w kilku miejscach odchodził od podłoża. Dach pokrywała dachówka, która czasy świetności miała już dawno za sobą. Jedynie okna i drzwi wejściowe wyglądały na świeżo wstawione.

— I to ma być ten wysoki standard? — szepnęła Agata, dyskretnie nachylając się w stronę Bogdana.

— Tato, ja nie chcę tutaj mieszkać — jęknął Tomek szarpiąc ojca za rękaw.

— Spokojnie, bez nerwów — odparł Bogdan, choć i on był mocno rozczarowany. — Najpierw oglądnijmy wszystko, a potem zdecydujemy.

Kąkol, albo słysząc rozmowę, albo domyślając się jej treści, odwrócił się w ich stronę.

— Wiem, wiem — powiedział. — Z zewnątrz nie wygląda atrakcyjnie. Ale proszę nie wyciągać pochopnych wniosków. Zapraszam do środka.

Otworzył drzwi wejściowe i zaświecił światło.

— Prawda, że lepiej? — stwierdził.

— Zdecydowanie — odparł Bogdan z wyraźną ulgą w głosie, bo szukanie o tej porze innego noclegu byłoby szaleństwem.

Wnętrze domku stanowiło zupełne przeciwieństwo tego, co widzieli na zewnątrz. Z werandy wchodziło się wprost do przestronnego, jasnego salonu z nowoczesnym kominkiem. Ściany salonu były świeżo pomalowane na biało. Na niedawno wylakierowanej, drewnianej podłodze stały stylowe meble: obszerna sofa, głębokie, wygodne fotele, duży, masywny stół, przeszklony kredens. Nad sofą wisiały obrazy oprawione w szerokie, ozdobne ramy, a nad kominkiem prężyło się dumnie rozłożyste poroże jelenia. Pod sufitem widać było starannie obrobione, drewniane belki, które nadawały całości specyficzny klimat starej leśniczówki.

Korzystnego wrażenia nie był w stanie zepsuć nawet leciwy, kineskopowy telewizor, stojący w kącie. Wszystko pachniało czystością i świadczyło o dobrym guście.

— To zasługa żony — powiedział Kąkol. — Ja nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do detali, ale ona nie dałaby mi żyć, gdyby to wszystko nie wyglądało elegancko. Jak uzbieramy jeszcze trochę pieniędzy, to i na zewnątrz będzie lepiej.

Odwrócił się w stronę Bogdana i Agaty.

— To co? Może być? — spytał niepewnie.

— Jak najbardziej — stwierdził Bogdan. — Przed wejściem tutaj mieliśmy mieszane uczucia. Ale może właśnie dzięki temu efekt był tak piorunujący — potrząsnął głową i strzepnął z siebie resztki wody. — Czy możemy zobaczyć pozostałe pomieszczenia?

— Oczywiście — odparł Kąkol, wyraźnie usatysfakcjonowany.

Bezpośrednio z salonu można było wejść do dwóch osobnych sypialni oraz do łazienki. Za salonem znajdowała się przestronna kuchnia, a za nią niewielka spiżarka, z której, przez klapę w suficie, wychodziło się na strych. Klapa była zamknięta na kłódkę.

— A tam zapewne trzyma pan złoto i rodowe klejnoty? — spytał Bogdan, wskazując na zamknięty właz.

Kąkol wcale nie wyglądał na rozbawionego.

— Szczerze mówiąc nie zaglądałem tam od lat. Nawet nie pamiętam, gdzie jest klucz — odparł, a w jego głosie dało się wyczuć niepokój. — Zapewniam pana jednak, że oprócz starych, nikomu niepotrzebnych gratów, niczego ciekawego by pan tam nie znalazł.

— A może jednak? — stwierdził przekornie Bogdan, wpatrując się badawczo w swojego rozmówcę.

Ten człowiek nie był może wzorem szczerości, ale kłamać raczej nie umiał. Było widać, że jest mocno zmieszany.

Kąkol chyba zdał sobie z tego sprawę, bo przerwał krępujące milczenie.

— Widzi pan, ludzie różne głupoty gadają, a ja przez to tracę klientów… — zawahał się, lecz po chwili ciągnął dalej. — Na początku XIX wieku niedaleko stąd, w Karniowie, stacjonował Bonaparte ze swoją armią. Gdy mój dziadek, jeszcze przed II Wojną Światową, kupił to gospodarstwo, na strychu znalazł jakieś strzępy mundurów, stare guziki, zardzewiałe bagnety i kilka innych rupieci. Były podobno francuskie i z tego mniej więcej okresu. No i to wystarczyło, żeby ludzie zaczęli opowiadać różne niestworzone historie. No wie pan: duchy, zjawy, podejrzane odgłosy.

— To akurat bardzo interesujące — zaciekawił się Bogdan. — Mógłby pan z tego zrobić lokalną atrakcję turystyczną.

— Jedni to lubią, a inni niekoniecznie. Jak ktoś przyjeżdża na urlop w takie miejsce, jak tutaj, to głównie po to, żeby odpocząć od tłumu. Zresztą i tak dziadek ponoć to wszystko spalił, a co nie spłonęło, wywiózł na wysypisko. Najwyraźniej nie miał ochoty zakładać muzeum.

Bogdan spojrzał na zegarek.

— Może przejdźmy do załatwiania formalności, bo za chwilę będzie pan świadkiem, jak usypiam na stojąco.

Kąkol wyciągnął z teczki jakiś formularz. Bogdan podpisał, po czym wyjął portfel i zapłacił.

— No to część oficjalną mamy za sobą — podsumował. — Niech mi pan tylko jeszcze powie, jak się możemy skontaktować w razie potrzeby?

— Proszę dzwonić na ten telefon, co w zeszłym tygodniu — odparł Kąkol. — Noszę go zawsze przy sobie.

— Tylko jest jeden drobny problem: tutaj nie ma zasięgu.

Kąkol podrapał się po łysinie.

— A tak, rzeczywiście. Zapomniałem. Na to niestety nic nie poradzę. Tutaj nigdy nie było zasięgu. Może dlatego, że to miejsce jest w niewielkim zagłębieniu, a może przez te gęste lasy dookoła. Trudno powiedzieć. Żeby zadzwonić musi pan dostać się do głównej drogi i pojechać jakieś dwa, trzy kilometry w stronę Siemian.

— Miło, że mi pan to teraz mówi. Trochę późno.

— Bardzo przepraszam, ale naprawdę nie mam na to wpływu.

— Wypadało przynajmniej napisać o tym w pana ofercie internetowej.

Kąkol spojrzał na Bogdana ze zdziwieniem.

— Jakiej ofercie?

— Tej, którą zamieścił pan w Internecie i dzięki której tutaj jesteśmy.

— Ale ja nie zamieszczałem żadnej oferty.

Bogdan spojrzał w stronę właściciela domku.

— Żarty pan sobie robi?

— Gdzież bym śmiał — Kąkol był wyraźnie skonsternowany. — Wie pan, my z żoną jesteśmy starej daty i nie korzystamy z żadnych Internetów, czy innych takich. Trochę to dla nas za nowoczesne. Choć pewnie kiedyś będzie trzeba spróbować, bo wtedy podobno o klientów zdecydowanie łatwiej. Syn nas już namawia od jakiegoś czasu.

— To może to syn zamieścił?

— Nie sądzę. Nie ma w zwyczaju robić takich rzeczy bez naszej wiedzy.

Bogdan był coraz bardziej zły i rozdrażniony. Zmęczenie stopniowo zaczynało dominować nad zdrowym rozsądkiem.

Podszedł do Kąkola i chwycił go za klapy marynarki.

— Słuchaj pan, panie Kąkol. Spędziliśmy dziesięć godzin w samochodzie, cudem uniknęliśmy poważnego wypadku, tłukliśmy się w ulewie po leśnych chaszczach, żeby w końcu trafić na jakieś zadupie, gdzie nie działają telefony. To wystarczająco dużo mocnych wrażeń, jak na jeden dzień! Więc nie wciskaj mi pan ciemnoty, bo moja cierpliwość jest na wyczerpaniu!

— Ale ja naprawdę nie wiem, o co panu chodzi — wystękał Kąkol, wyraźnie przerażony.

Agata chwyciła męża za ramię i odciągnęła na bok.

— Przestań! — próbowała go uspokoić, nie puszczając jego ręki. — Może to jakiś pośrednik zamieścił dane pana Kąkola na swojej stronie? A zresztą, czy ma to teraz jakiekolwiek znaczenie?

Bogdan głośno sapał, próbując odzyskać równowagę. Nie zwykł tak łatwo odpuszczać, ale zdecydowanie nie miał siły na kolejną awanturę.

— Chyba masz rację — przytaknął. — Bierzmy się za opróżnianie bagażnika, bo strasznie późno.

Kąkol powoli zaczął wycofywać się w stronę drzwi.

— To… ja już pójdę. I życzę miłego wypoczynku — odparł, siląc się na uprzejmość, po czym odwrócił się i wyszedł.

Zostali sami.

Wierzchowski opadł ciężko na fotel.

— To nie był żaden pośrednik. To była prywatna witryna. „Szukasz ciszy i spokoju? Chcesz odpocząć od zgiełku miasta i zapomnieć o cywilizacji? Przyjedź do nas! — Gospodarstwo >>Zacisze<< nad Jeziorakiem”. I na dole dużymi, niebieskimi cyferkami wyeksponowany numer komórki Kąkola.

Agata stanęła nad nim i zmarszczyła brwi.

— Już wystarczy tej żółci. Może jaśnie wielmożny pan ruszy to coś na „d” i pomoże mi rozpakować bagaże?

Rozdział 2

Pojezierze Iławskie, czerwiec 2007 r.


Dochodziła dwudziesta trzecia.

Bogdan z Agatą w dalszym ciągu przenosili rzeczy z samochodu do domku. Na szczęście deszcz przestał siąpić, dzięki czemu ta znienawidzona przez nich czynność stała się nieco mniej uciążliwa.

Tomek wyszedł na werandę i usiadł na ławce. Wiedział, że gdy rodzice są w transie, najlepiej usunąć się na bok i nie wkraczać w ich pole rażenia, bo to mogło zakończyć się kolejną awanturą.

Zaczęła ogarniać go senność. Śpiącym wzrokiem wpatrywał się w opary mgły płynące powoli od strony jeziora.

Układały się w ulotne, fantazyjne kształty. Falowały, to rzednąc, to gęstniejąc na przemian. Opadały ku ziemi, żeby za chwilę wznieść się z wdziękiem do góry, niczym wysłannicy jakiegoś zupełnie innego świata, w którym nie obowiązuje prawo ciążenia.

W pewnej chwili, pośrodku mglistego oparu, Tomek zauważył niewyraźny, nieco ciemniejszy kształt. Z początku sądził, że i ten kształt, podobnie jak pozostałe, rozmyje się w powietrzu zdmuchnięty powiewem wiatru.

Stało się jednak inaczej. Z upływem kolejnych sekund szary zarys robił się coraz wyraźniejszy, a Tomek odniósł wrażenie, że powoli się przybliża.

Poczuł narastający lęk.

Zacisnął powieki. „Nie! Tylko nie to!…” — pomyślał rozpaczliwie.

Postanowił siedzieć bez ruchu i nie otwierać oczu, choćby wszystkie moce świata sprzysięgły się przeciwko niemu. Skulił się w sobie i nie zareagował nawet wtedy, gdy na mokrej trawie dał się słyszeć coraz wyraźniejszy, szeleszczący odgłos kroków.

— Dobry wieczór młody człowieku — usłyszał głos tuż przed sobą.

Nie zareagował.

— Halo, dobry wieczór — powtórzył głos. — Coś mi się zdaje, że cię przestraszyłem. — chwila przerwy. — Wybacz, proszę. Naprawdę nie miałem takiego zamiaru.

Tomek powoli uchylił powieki.

Przed sobą ujrzał dobroduszną, zatroskaną twarz, pociętą licznymi zmarszczkami i otoczoną gąszczem siwych włosów. Twarz należała do niskiej, przygarbionej postaci, opatulonej szczelnie w płaszcz przeciwdeszczowy.

— Mam nadzieję przyjacielu, że się na mnie nie gniewasz — rzekł nieznajomy, poprawiając na nosie obszerne, przyciemnione okulary. — To z pewnością nie byłby dobry początek znajomości.

Tomek zwolna dochodził do siebie. Paraliżujący strach, który jeszcze przed chwilą trzymał go w swoim uścisku, stopniowo mijał. Na dodatek miał nieodparte uczucie, że gdzieś już kiedyś słyszał ten głos. Był dość charakterystyczny — zagadkowy nocny gość nie wymawiał bowiem litery „r”.

— A może mi zdradzisz, jak masz na imię? — spytał staruszek.

— Tomek, ma na imię Tomek — Bogdan wyszedł na werandę i położył dłoń na ramieniu chłopca. — Kim pan jest? — spytał, wpatrując się w przybysza.

— O, witam. Właśnie próbowałem przekonać syna, że nie jestem upiorną, nocną zjawą — mężczyzna, postękując, wspiął się na stopnie werandy i poczłapał w stronę Bogdana. — Teofil Jackiewicz, nauczyciel w stanie spoczynku.

— Bogdan Wierzchowski, inżynier czynny zawodowo. Pan Kąkol nie wspominał, że będziemy mieć sąsiadów.

— Dokładnie jednego sąsiada. Od kiedy zmarła moja żona lubię samotność, a tutaj jest idealne miejsce do jej celebrowania. Marcinek… to znaczy pan Kąkol, zawsze traktował mnie jak domownika i pewnie dlatego nie wspomniał o mojej skromnej osobie.

W drzwiach pojawiła się Agata.

— Co się dzieje?

— Nic szczególnego. Poznaj naszego nowego sąsiada. Pan Teofil…

— Jackiewicz — rzekł nocny gość i szarmancko pocałował Agatę w dłoń. — Niezmiernie mi miło.

— Oj, nie trzeba! — Agata odruchowo cofnęła rękę. — Chyba odwykłam od takich gestów — dodała zakłopotana.

— A niepotrzebnie — odparł Jackiewicz. — Nie należy tak łatwo rezygnować z kultywowania zasad savoir vivre.

Chwilę stali w milczeniu. Bogdan nie miał najmniejszej ochoty na podtrzymywanie rozmowy. Resztki tlącej się w nim jeszcze energii zamierzał wykorzystać w zupełnie innym celu, niż zabawianie rozmową niespodziewanego gościa.

Miał już na końcu języka jakieś niezbyt uprzejme zdanie, zakończone słowem „dobranoc”, jednak staruszek wydał mu się na tyle sympatyczny, że ugryzł się w język i poprzestał na przyjaznym uśmiechu.

Jackiewicz przerwał ciszę.

— Usłyszałem samochody, więc pomyślałem, że miło będzie poznać nowych lokatorów. Jeżeli czegoś byście państwo potrzebowali, to służę pomocą. Może niekoniecznie przy przenoszeniu mebli — tu pokazał swoje lekko drżące, żylaste dłonie — ale w jakimś innym zakresie, stosownym do wątłych sił starego człowieka.

— Dziękujemy. Postaramy się nie nadużywać pańskiej uprzejmości.

Znów nastało niezręczne milczenie.

— No to… nie przeszkadzam — rzekł wreszcie staruszek. — A jutro zapraszam na kawę. Mieszkam dwa kroki stąd, zaraz za tą kępą — wskazał palcem w stronę pobliskiego zagajnika. — Opowiem państwu o okolicy. To naprawdę ciekawe miejsce. Dobrej nocy.

Pomachał Tomkowi na pożegnanie, zszedł z werandy i powoli oddalił się w mrok.

— Miły staruszek — stwierdziła Agata, odprowadzając go wzrokiem.


Bogdan leżał bezwładnie na pościeli ze wzrokiem wbitym w ciemność. Nareszcie mógł się rozluźnić i dać odpocząć zmęczonemu ciału. Był wykończony.

Agata leżała obok, odwrócona plecami. Oddychała równo i głęboko, z czego wywnioskował, że śpi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 44.91