E-book
23.63
drukowana A5
72.84
SEKRET NIETOPERZA

Bezpłatny fragment - SEKRET NIETOPERZA


Objętość:
445 str.
ISBN:
978-83-8467-275-4
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 72.84

Rozdział 1.
Ekspres i inne katastrofy

Dom dziwnie szybko przyzwyczaja się do nieobecności człowieka. Najpierw znika jego kubek, ten brudny, uparcie porzucany przy zlewie. Potem przestaje znikać pilot od telewizora. Wszystkie potrzebne rzeczy leżą dokładnie tam, gdzie ich miejsce. Tak upragniona dawniej cisza teraz niemal krzyczy z każdego kąta.

Ismena zauważyła to po trzech tygodniach albo po pięciu. Nie pamiętała dokładnie, kiedy. Zresztą czas ostatnio stracił dla niej znaczenie — dni zlewały się w jeden długi, szary ciąg.

Czas bez obecności Mirka przestał mieć swój wymiar. Rozciągał się jak znoszone rajstopy, które niby jeszcze się trzymają, ale widać, że już dawno należało je wyrzucić. Poranki smakowały zimną kawą i przejmującą ciszą, a wieczory pachniały samotnością. Pomiędzy nimi Isa jakoś próbowała udawać, że wszystko jest normalnie.

Stała właśnie w kuchni i patrzyła na ekspres do kawy, który od rana wyświetlał komunikat „odkamienianie wymagane”.

— Świetnie — mruknęła zrezygnowana — do tego wszystkiego jeszcze ekspres się na mnie wypiął.

Wcisnęła kolejny przycisk. Jedyną reakcją na jej usilne próby uruchomienia maszyny była całkowita odmowa współpracy.

Jeszcze nie tak dawno temu nawet nie wiedziała, że istnieje coś takiego jak odpowietrzanie pieca, przegląd instalacji alarmowej albo dziwny abonament na coś, czego nazwy nawet nie potrafiła powtórzyć.

Do tej pory to Mirek wszystko „ogarniał”. Był irytujący, bałaganiarski, emocjonalnie oziębły i miał osobliwy talent do zostawiania skarpet w różnych dziwnych miejscach, ale ich wspólny świat jakoś działał. Dom stał, rachunki się płaciły, auta przechodziły przeglądy, woda leciała z kranu, światło się świeciło, internet hulał, a karta debetowa nigdy nie odmawiała współpracy.

Teraz Ismena odkrywała, że dorosłość na pełny etat przypomina wnerwiający program komputerowy, w którym wszędzie pojawiają się natrętne polecenia: „zadzwoń do hydraulika”, „sprawdź polisę”, „zapłać podatek od czegoś tam”, „nie spal domu”.

— Isula — słyszała w głowie głos Mirka — nie zawracaj sobie tym swojej pięknej główki. Ja to załatwię.

„Isula” — nienawidziła tego zdrobnienia. Brzmiało jak przezwisko dla yorka w różowym sweterku, a nie imię dorosłej kobiety po czterdziestce.

Podeszła do okna.

Padało.

Oczywiście, że padało. Przecież przygnębienie i samotność lubiły dobrze dobraną scenografię. Jej życie teraz przypominało coś w rodzaju serialu po ósmym sezonie. Zmęczeni aktorzy, obcięty budżet i scenariusz bez polotu.

Z Mirkiem nie była szczęśliwa od dawna. Prawdę mówiąc, nawet nie pamiętała, kiedy ostatni raz byli naprawdę blisko. Dziesięć lat? Może więcej.

Najpierw do ich związku wkradły się zmęczenie i lekka irytacja. Potem milczenie, a na koniec dołączyła osobna codzienność. Do tego „koktajlu” doszły problemy Mirka, które ostatecznie ich rozdzieliły. Próbowała z nim o tym rozmawiać, ale dla niego to był temat tabu. Unikał go jak ognia, być może wierząc, że jeśli nie będzie o tym mówił, to problem sam zniknie.

Impotencja. Słowo niezręczne i ciężkie jak mokry ręcznik. Na początku próbowała być cierpliwa. Tłumaczyła, pocieszała, proponowała lekarzy, rozmowę, cokolwiek. W końcu, tak jak on, też zaczęła udawać, że temat nie istnieje. I tak wyparowały czułość, dotyk, śmiech w łóżku i pragnienie.

Nie zdradzała go. Nawet nie dlatego, że była taka święta. Raczej dlatego, że nie miała ochoty komplikować sobie życia. Życia, które było stabilne i dostatnie. Ładny dom, dobre samochody i codzienność pozbawiona większych trosk. Ktoś załatwiał te wszystkie nudne rzeczy, ktoś pamiętał o ubezpieczeniu, ktoś wiedział, gdzie jest zawór od wody i co robić, gdy samochód czasem wydawał dziwnie niepokojące dźwięki. Tam, gdzie Mirek nie potrafił sprostać jej oczekiwaniom, doskonale sprawdzał się silikonowy przyrząd z cyberskórki — wierny, niezawodny i pozbawiony wszelkich pretensji, skutecznie zaspokajający jej podstawowe potrzeby. Miał jeszcze jedną zaletę: nie zostawiał skarpet pod łóżkiem i nie pytał, co jest na obiad.

Wpadła w ten rytm jak samochód, który gdy już raz wjedzie w głębokie koleiny, przestaje walczyć z drogą. Przyzwyczajenie powoli stało się największym zabójcą miłości — tej, która być może już dawno zdechła gdzieś po drodze jak bezpański pies, ale za to codzienna organizacja funkcjonowała bez zarzutu.

Wszystko działało aż do dnia, w którym odkryła, że impotencja nie była jedynym problemem Mirka.

Mirek dostał pięć lat, z czego odsiedział już prawie dwa. Przekręty finansowe — tak krzyczały nagłówki lokalnych portali, choć Isa nadal nie rozumiała połowy słów używanych przez prawników: „kreatywna księgowość”, „spółki-słupy”, „nielegalne transfery”, „ukrywanie nielegalnego pochodzenia środków finansowych i wprowadzanie ich do legalnego obrotu gospodarczego”.

Brzmiało to absurdalnie, bo Mirek całe życie wyglądał jak pan Hilary z wierszyka Tuwima, który potrafił zgubić własne okulary, mając je na nosie. A jednak okazało się, że pod tym wiecznie rozkojarzonym, niemal dobrotliwym wyrazem twarzy kryło się coś znacznie mniej niewinnego. Człowiek, którego uważała za przewidywalnego do bólu, przez lata prowadził drugie życie. Podczas gdy ona wybierała firanki i zastanawiała się, czy kupić nowy blender, on urządzał sobie jakieś finansowe rodeo.

Kiedy Mirek trafił za kraty, jej życie zaczęło przypominać chwiejną konstrukcję ze spróchniałych patyków. Wystarczyło lekko pchnąć, by wszystko runęło. Nieoczekiwanie musiała się nauczyć żyć, jak każdy inny człowiek: samodzielnie pilnować rachunków, organizować konieczne naprawy i mierzyć się z nudnymi, bezlitosnymi sprawami urzędowymi. Musiała radzić sobie z rzeczami, które wcześniej działy się gdzieś w tle, niemal magicznie, bez jej udziału.

Telefon zawibrował. Spojrzała na wyświetlacz. Zakład karny półotwarty, zapewniający namiastkę wolności, w tym możliwość dzwonienia do bliskich.

Zawahała się, patrząc na ekran. Miała ochotę poczekać, aż telefon zamilknie. W końcu jednak odebrała.

— No cześć, Mirek — powiedziała bez emocji.

— Czemu nie odebrałaś wcześniej?

Nie było żadnego: „jak się czujesz”, „co u ciebie”, „kocham cię”, „tęsknię”. Od razu pojawiła się kontrola i ten sam, dobrze znany rytm rozmów, który znała aż za dobrze.

Isa zamknęła oczy, nabierając powoli powietrza, żeby się uspokoić i nie powiedzieć czegoś, czego później mogłaby żałować. Nagle uświadomiła sobie coś, co już od dawna wiedziała, ale nie chciała tego przyznać sama przed sobą. Zrozumiała, że to bardziej sprzęty domowe tęskniły za Mirkiem niż ona sama.

Ona za nim nie tęskniła. Na początku brakowało jej tego, że ktoś ogarniał życie za nią. Z czasem, kiedy coraz lepiej sobie radziła w pojedynkę, zaczęła zadawać sobie pytanie, którego wcześniej unikała, jak ognia: po co on jest jej w ogóle potrzebny?

Rozdział 2
Instrukcja obsługi samotności

Rutyna Isy przypominała nudny projekt. Praca, dom, prysznic, coś szybkiego do jedzenia i serial odpalony bardziej dla hałasu niż z zainteresowania.

Nie była kobietą, która patrzyła tajemniczo w okno i popijała Dom Pérignon, słuchając muzyki jazzowej. Nie siadała po całym dniu przed kominkiem w pełnym makijażu i nienagannej fryzurze, odziana w jedwabny szlafrok, koronkowe body i szpilki.

Wieczory spędzała w łóżku, z maseczką na twarzy, w za dużej, rozciągniętej koszulce. Zamiast na ogień w kominku wpatrywała się w swoje odbicie w przyciemnionym oknie.

Czterdzieści cztery lata.

„To nie starość” — pocieszała się w myślach — „ale też nie wiek, w którym życie dopiero się zaczyna”.

Nie była zaniedbana. Nadal miała świetną figurę, zadbane włosy i twarz, na której widać było ślady bardziej zmęczenia niż wieku. Od dawna podejrzewała, że Mirek tak naprawdę nigdy jej nie kochał. Wybrał ją dla przymiotów jej urody. Po prostu chciał mieć przy boku piękną kobietę, która nie za bardzo interesowała się jego ciemnymi sprawkami.

Westchnęła głęboko i spojrzała na szafkę przy łóżku.

Od lat radziła sobie z brakiem bliskości na własny sposób. Bez wielkiego dramatyzmu, szaleńczych romansów i tajemniczych kochanków. Wieczorna rutyna i przydatny wibrujący wynalazek nie dawały prawdziwego spełnienia, a jedynie chwilowe ukojenie. Potem przychodziła pustka.

Sięgnęła po lubrykant. Sprawnie posmarowała żelem wszystkie miejsca, które tego wymagały. Zdjęła koszulkę. Ułożyła się wygodnie, podkładając pod pupę poduszkę. Chwilę masowała się, aby pobudzić zmysły. Znała doskonale swoje ciało. Żaden mężczyzna nie zrobiłby tego lepiej od niej. Była gotowa. Czuła w sobie bezawaryjny przyrząd, który nigdy jej nie zwiódł i zawsze dawał dobrze znaną falę przyjemności. Drugą ręką sięgnęła do swoich piersi, wyobrażając sobie, że to jakaś silna męska ręka je teraz mocno ściska w ekstazie. Wygięła się, czując nadchodzące spełnienie. W końcu jej ciałem szarpnęła fala zaspokojenia, która zwykle dawała, przynajmniej chwilowe, rozładowanie emocji.

Nie tym razem. Mimo orgazmu emocje nie opadły. Przewróciła się na bok i zapatrzyła w ścianę. Poczuła pieczenie pod powiekami.

„No i co dalej? Czy tak będzie już zawsze?” — Zapytała siebie w myślach.

Jak długo miała być tą, która utknęła między „jeszcze nie starą” a „już nie naiwną”. Tą, która nosiła piętno żony oszusta.

Na podkieleckich przedmieściach ludzie lubili takie historie, przy których mogli się święcie oburzać i cieszyć, że to nie ich przyłapano i że to nie ich życie rozsypało się na oczach wszystkich. Już niemal słyszała szepty: „to ta od przekrętów”. Większość dawnych znajomych niby mówiła „cześć”, „dzień dobry”, ale jakoś dziwnie uciekali wzrokiem. Ona też nie chciała sztucznych rozmów i spojrzeń mówiących „biedna, ale sama sobie winna”.

Kto normalny chciałby dziś utrzymywać relacje z kobietą, której mąż siedzi w więzieniu? Nowe znajomości też nie były dobrym rozwiązaniem. Wyobraziła sobie siebie, jak się przedstawia komuś dopiero co poznanemu:

„Cześć, jestem Ismena. Mam czterdzieści cztery lata, kryzys egzystencjalny i męża w więzieniu. Zapraszam do komplikacji”.

Świat przed jej oczami zaczął się rozmywać za zasłoną łez. Najpierw po policzkach spłynęły pojedyncze krople, potem cały potok. Bo pod sarkazmem krył się zwykły strach, że to już wszystko, że nic wielkiego jej już nie spotka, nie będzie już ekscytacji, bliskości, śmiechu ani czyjegoś spojrzenia, które mówi: „cholera, podobasz mi się”. Ten strach podpowiadał jej, że jedyne, co ją jeszcze czeka, to tylko rachunki, deszcz za oknem i coraz lepiej opanowana umiejętność samotnego życia.

Leżała nago, nieruchomo, z wibratorem w ręce i wzrokiem wbitym w sufit. Z odrętwienia wyrwało ją pukanie do drzwi. Najpierw pomyślała, że się przesłyszała, bo kto mógłby tak późno odwiedzać „żonę oszusta”?

Pukanie rozległo się ponownie. Tym razem głośniej, bardziej stanowczo.

„Może to adwokat Mirka” — przemknęło jej przez głowę.

Zerwała się gwałtownie i natychmiast zaplątała się w koc. Prawie runęła na podłogę. W ostatniej chwili uratowała się, kurczowo chwytając za komodę, która bohatersko uratowała ją przed upadkiem.

Biegnąc do drzwi, spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Rozchełstany szlafrok był wygnieciony, jakby go ktoś psu z gardła wyciągnął. Obrazu rozpaczy dopełniały rozczochrane włosy i policzki zaczerwienione od niedawnego spełnienia i płaczu.

„Jeśli to włamywacz, umrze ze strachu” — pomyślała.

Niemal w biegu poprawiła włosy szybkim ruchem dłoni i ruszyła do drzwi.

Pukanie zabrzmiało ponownie. Tym razem bardziej niecierpliwie.

Otworzyła. Po drugiej stronie stał jakiś obcy mężczyzna. Wyglądał na nietutejszego. Miał na sobie ciemną kurtkę, na twarzy lekki zarost i niepokojący spokój. Był wysoki, szeroki w ramionach i zdecydowanie zbyt dobrze wyglądał jak na człowieka pukającego po nocy do obcej kobiety. To od razu wzbudziło jej czujność i lekką irytację. Głównie dlatego, że czujność nie była jedyną rzeczą, którą wzbudził.

— Dobry wieczór — powiedział głębokim, spokojnym głosem — przepraszam, że tak późno.

Isa przez moment tylko patrzyła, a potem dotarło do niej, że on patrzy na nią z dziwnym zawstydzeniem, a jednocześnie zaciekawieniem. W jego wzroku było coś trudnego do odczytania. Dopiero po chwili zorientowała się, że szlafrok zarzucony w pośpiechu nie wszystko idealnie ukrył.

Zarumieniła się jak burak, jednocześnie w pośpiechu zakrywając kawałek piersi wystającej bezczelnie przez szparę w nieodpiętym szlafroku.

Zauważył jej konsternację.

— To nic wielkiego… — próbował załagodzić niezręczną sytuację.

— Nic wielkiego?

Uniosła brwi tak wysoko, że omal nie dotknęły linii włosów.

— Nie, nooo, nie to miałem na myśli… to znaczy nie chodziło mi o rozmiar, tylko, że… Matko Boska, teraz brzmi to jeszcze gorzej.

Isa poczuła, że ma coraz większą ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.

— O co panu chodzi? — Spytała chłodno.

Uniósł lekko rękę, jakby przypomniał sobie, że wypada jednak wyjaśnić, czemu stoi wieczorem przed jej drzwiami.

— Właściwie… trochę głupia sprawa… kupiłem ten dom obok od starszego pana.

— Pana Staszka?

— Tak, chyba tak miał na imię. Zdążyłem tylko odkryć, że zostawił po sobie radio z 1986 roku i absolutny brak internetu.

Uśmiechnęła się lekko. To akurat brzmiało wiarygodnie. Pan Staszek twierdził, że „te wszystkie internety to do niczego dobrego nie doprowadzą”.

— Padł mi telefon — ciągnął mężczyzna — to znaczy… utopiłem go. Wpadł mi do oczka wodnego…

Spojrzała na niego jak na idiotę.

— To brzmi mało wiarygodnie…

— Tak, wiem — mruknął — żałosne.

— No, raczej… jakim cudem dorosły człowiek topi swój telefon w oczku wodnym?

— Chciałem sprawdzić, czy pompka działa.

— Telefonem?

— Nie, kijem. Telefon wypadł mi z ręki, kiedy próbowałem poświecić sobie latarką — westchnął żałośnie — mam wrażenie, że ten dom testuje, czy jestem godzien, żeby w nim mieszkać.

— I jak wyniki?

— Na razie zdecydowanie przegrywam, a muszę pilnie wysłać maila. Takiego, od którego zależy… cóż, bardzo duży projekt.

— Duży projekt?

— Taki, że jeśli nie wyślę tego dziś, jutro ktoś będzie chciał mojej głowy.

— Brzmi poważnie.

— Poważnie, jak kilka milionów, bo tyle jest wart ten projekt.

Isa uniosła brwi. Skrzyżowała ręce na piersi, pilnując uważnie niesfornego szlafroka. Na twarzy miała wypisane ironiczne: „no dalej. Kłam jeszcze trochę. Robi się ciekawie”.

— Mogę zapytać o jedną absurdalnie niezręczną rzecz? — Zapytał.

— Już się boję.

— Dałaby mi pani hasło do swojego wi-fi?

Oparła się lekko o framugę.

— Nie — odparła krótko i zdecydowanie.

Mężczyzna mrugnął nerwowo.

— Taka szybka odmowa?

— Tak. Nie daję obcym facetom dostępu do internetu.

— Rozsądnie.

— Szczególnie odkąd mój mąż trafił do więzienia za przekręty finansowe — dodała w nadziei, że facet przestraszy się „żony oszusta”, ucieknie, gdzie pieprz rośnie i da jej upragniony spokój.

Mężczyzna nawet nie drgnął. Nie zrobił tej współczującej miny, której nienawidziła. Nie zapytał też z przesadną ostrożnością: „ojej, naprawdę?”. On po prostu tylko skinął głową.

— To tym bardziej rozumiem ostrożność — odparł poważnie.

Ku jej własnemu zaskoczeniu, trochę ją to rozbroiło. Zero sensacji, zero oceniania i tej irytującej ciekawości w oczach, podszytej plotkarską satysfakcją.

— Ale — westchnęła — mogę udostępnić laptopa. Wyśle pan tego maila i wróci ratować swój wielomilionowy świat.

Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

— Ratuje mi pani życie.

— Niech pan nie przesadza. Co najwyżej budżet.

— Wojtek jestem — powiedział, wyciągając do niej rękę — Wojtek Kubiszyn.

— Ismena Skowrońska-Engelking.

Odsunęła się na bok, aby wpuścić go do środka.

— Ismena? Bardzo oryginalne imię.

— Taaa, mój tato był profesorem literatury i wielbicielem Sofoklesa.

— Sofoklesa?

— „Antygona” i te sprawy. W liceum to lektura obowiązkowa. Nie czytałeś?

— Czytałem. Streszczenie.

Isa parsknęła śmiechem.

— Przynajmniej uczciwie.

— Uczciwość jest niedoceniana.

— A lenistwo?

— Jeszcze bardziej.

— A co robisz poza lenistwem, topieniem telefonów i wysyłaniem maili za miliony?

— Zwykle lepsze pierwsze wrażenie — zaśmiał się szczerze.

Przeszedł kilka kroków dalej i rozejrzał się po salonie.

— Ładnie tu — pochwalił.

Nie odpowiedziała. Coś w jego sposobie mówienia było zbyt swobodne i trochę niepokojące.

Postawiła laptop na stole i wskazała wzrokiem miejsce.

— Dziękuję bardzo. Pięć minut i znikam — obiecał szybko, zasiadając do laptopa.

— Zaczynam odliczać — mruknęła z lekkim uśmiechem.

Uśmiechnął się do niej przelotnie, po czym na powrót zagłębił się w swoich sprawach.

Zerknęła na niego ukradkiem. Dopiero teraz zauważyła, że jest całkiem atrakcyjny. Nie był chłopięco przystojny. Wyglądał raczej jak ktoś, kto zdążył już kilka razy oberwać od życia. Lekka siwizna na skroniach dodawała mu charakteru. Zachowywał się dość swobodnie, ale bez tej irytującej pewności siebie typowej dla facetów, którzy wiedzą, że są atrakcyjni.

„Nie gap się tak” — skarciła się w myślach — „natychmiast przestań!”

— Napijesz się czegoś, herbaty? Wody? — Rzuciła, aby zagłuszyć krępującą ciszę.

— Chętnie. Jeśli można, poproszę kawę — odparł, nie odrywając oczu od laptopa.

Zawahała się.

— Nie da rady.

Spojrzał na nią zaskoczony.

— Mój ekspres ma trudne dni — wyjaśniła.

Odsunął laptop.

— Mogę spojrzeć?

— Jeśli masz zamiar potraktować go tak jak swój telefon, to raczej nie.

Zaśmiał się głośno.

— Mam taką zasadę, że psuję tylko jedno urządzenie dziennie, więc twój ekspres jest bezpieczny.

Ruszył do kuchni. Radził sobie zaskakująco świetnie, jak na kogoś, kto był tu po raz pierwszy. Bez wahania wybrał prawidłową trasę do kuchni.

Skrzyżowała ręce, obserwując, jak pochyla się nad ekspresem. Na jego twarzy malowało się skupienie, a jego ruchy były spokojne i pewne.

Rękawy koszuli podsunęły mu się lekko w górę, odsłaniając interesujące tatuaże. „Mężczyzna robiący coś praktycznego nie powinien wyglądać aż tak dobrze” — pomyślała, gapiąc się na niego zdecydowanie dłużej, niż wypadało.

— Coś nie tak? — Spytał, nie podnosząc wzroku.

— Nie — odparła szybko.

— A zabrzmiało jak „tak”.

— Po prostu nie wiedziałam, że istnieją ludzie, którzy jednocześnie potrafią naprawić ekspres i pisać maile za miliony.

— Mam wiele talentów.

Spojrzał na nią krótko, ale wystarczająco długo, żeby poczuła dziwny skurcz gdzieś pod mostkiem.

„Cholera! Uspokój się! Masz zapuchnięte oczy i życiorys z wątkiem kryminalnym” — skarciła się w myślach.

— O, proszę — Wojtek mruknął, prostując się — ekspres wraca do życia.

Zamrugała szybko ze szczerego zdziwienia.

— Niemożliwe.

— Czasem wystarczy dobrze docisnąć, żeby osiągnąć cel.

Chyba się zorientował, że zabrzmiało to dwuznacznie i krępująco. Chrząknął z lekkim zażenowaniem.

— No to teraz możesz mnie poczęstować kawą — powiedział z zuchwałym uśmiechem.

Isa, stawiając przed nim filiżankę, pochyliła się lekko, a on w tym samym czasie podniósł głowę i spojrzał prosto w jej oczy. Poczuła jego zapach. Nie była to dusząca woń drogich perfum. Było w nim coś ciepłego, odrobinę drzewnego i nieprzyzwoicie przyjemnego.

Coś dziwnie ścisnęło ją gdzieś w środku. Poczuła lekkie, wilgotne pulsowanie, dokładnie tam, gdzie nie powinna go teraz czuć. Tak intensywne, że aż zirytowała się sama na siebie.

— Smacznego — mruknęła, zawstydzona swoją reakcją.

Uśmiechnął się do niej przyjaźnie.

Odchrząknęła.

— Czyli robisz projekty za miliony? — Zapytała, siadając naprzeciwko niego.

— Brzmi pretensjonalnie, kiedy się to mówi na głos — uśmiechnął się szeroko — wygląda, jakbym się przechwalał. A ty? Czym się zajmujesz?

— Niczym ciekawym.

— Niemożliwe.

— A jednak. Jestem tłumaczką.

— Jaki język?

— Hiszpański i włoski.

— Romantycznie.

— Raczej praktycznie. Mam luźne godziny pracy, a na dodatek często pracuję w domu. To daje sporo swobody.

— Więc w każdej chwili będę mógł wpaść na kawę?

— W każdej może nie, ale od czasu do czasu.

Uśmiechnął się. Jego spojrzenie po raz kolejny zatrzymało się na jej twarzy. Potem na ułamek sekundy powędrowało nieco niżej. Subtelnie, ale nie aż tak subtelnie, żeby tego nie zauważyła.

Od dawna nikt nie patrzył na nią w ten sposób. Po prostu jak na kobietę.

I, co gorsza, podobało jej się to bardziej, niż powinno.

— Wiesz — powiedział, opierając przedramiona o stół — miałem dziś wyjątkowo kiepski wieczór.

— Trauma po oczku wodnym?

— Między innymi.

Nachylił się odrobinę bliżej.

— Ale muszę przyznać, że trochę mi się poprawił.

Isa uniosła brwi w grymasie zdziwienia.

— Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że flirtujesz.

— A jeśli trochę flirtuję?

Powiedział to poważnie, bez głupiego uśmieszku. I właśnie dlatego zabrzmiało to bardzo krępująco.

— To chyba ryzykowny sport — odpowiedziała ciszej, niż zamierzała.

„Boże, czy ja naprawdę rumienię się przez faceta poznanego dwadzieścia minut temu?” — Pomyślała w panice.

Żadne z nich się nie odezwało. Niezręczna cisza przedłużała się. Wojtek spojrzał na zegarek. Coś się w nim nieoczekiwanie zmieniło, jakby się przestraszył albo przypomniał sobie o czymś. Wyprostował się.

— Cholera — syknął.

— Co?

Przesunął dłonią po karku. Wyglądał na spiętego.

— Powinienem już iść — powiedział lekko speszony.

— Tak nagle?

— Tak. Dziękuję za pomoc i za kawę — podniósł się niemal gwałtownie, jakby właśnie przypomniał sobie, że zostawił czajnik na gazie.

Odprowadziła go do drzwi.

Stali w przedpokoju trochę za blisko siebie. Znowu poczuła ten jego zapach. I znowu zirytowała się własną reakcją.

— Dobranoc, Isa.

Powiedział jej imię tak naturalnie, jakby znali się od dawna, po czym pospiesznie wyszedł.

Drzwi zamknęły się cicho, a ona jeszcze przez chwilę stała nieruchomo z kubkiem w dłoni. Patrzyła przez okno, jak odchodzi pośpiesznie w stronę swojego domu. Kiedy nowy sąsiad zbliżył się do swojej furtki, otworzyły się drzwi samochodu zaparkowanego na chodniku przed jego domem. Z czarnego mercedesa wysiadł jakiś mężczyzna i ruszył w jego kierunku szybkim krokiem. Ciemna sylwetka mężczyzny z mercedesa zdradzała pewność siebie i nonszalancję. Zarówno mężczyzna, jak i jego absurdalnie drogi mercedes jakoś dziwnie nie pasowali do spokojnej uliczki i emerytów podlewających pelargonie.

Rozdział 3 
Między rozsądkiem a pragnieniem

Isa siedziała przed laptopem. Powinna skupić się na tłumaczeniu skomplikowanej umowy o współpracy polsko-hiszpańskiej, ale zamiast tego oparła twarz na dłoni i gapiła się bezmyślnie w okno.

Od kilku dni próbowała wmawiać sobie, że absolutnie nie zerkała co rusz przez okno, sprawdzając, czy przypadkiem w domu obok nie świeci się światło albo czy ktoś nie chodzi po podwórku. Nie przyznawała się sama przed sobą, że każde wyjście na podwórko było podejrzanie starannie zaplanowanym „przypadkiem”, podszytym cichą nadzieją, że nowy sąsiad gdzieś akurat będzie, może przy aucie, może z kubkiem kawy na tarasie albo po prostu stojąc przy płocie.

Udawała też, że każda rozmowa z nim, nawet krótka, zwykłe „cześć” rzucone zza płotu, półuśmiech albo kilka zdań o pogodzie nie robiły na niej najmniejszego wrażenia.

Przyłapywała się na tym, że czekała na przypadkowe spotkanie, na to krótkie spojrzenie, które sprawiało, że przypominała sobie, iż nadal jest kobietą.

Ze zdziwieniem zauważyła, że wyrzuty sumienia wobec Mirka nie przyćmiły nadmiernego zainteresowania nowym sąsiadem. Dawno nikt obcy nie zaintrygował jej tak mocno.

Pukanie rozległo się niespodziewanie, odrywając ją od własnych myśli. Zmarszczyła brwi z głupią nadzieją, że to właśnie on.

Kiedy otworzyła drzwi, Wojtek stał tam z zafrasowaną i podejrzanie niewinną miną.

— Cześć — powiedział, unosząc lekko rękę — chyba ostatnio zostawiłem u ciebie pendrive.

— Pendrive?

— Tak.

— Jestem pewna, że żadnego nie miałeś ze sobą.

Westchnął głęboko.

— Liczyłem, że będziesz mniej spostrzegawcza.

Mimo woli zaśmiała się lekko.

— Czyli nawet się nie starasz udawać?

— Staram się, nawet bardzo. Po prostu wychodzi mi przeciętnie.

Oparł ramię o framugę drzwi i spojrzał na nią z rozbawieniem.

— Mogę wejść i razem z tobą poszukać mojego nieistniejącego pendrive’a?

Skrzyżowała ręce.

— To brzmi jak najgorszy pretekst w historii.

— Naprawdę? Myślałem, że to klasyk.

— Klasykiem jest pożyczka szklanki cukru.

— Akurat cukru mam cały worek i nie używam szklanek. Wolę kubki. Jestem emocjonalnie związany z ceramiką.

Zerknął w głąb domu, wyraźnie szukając pretekstu, żeby zostać chwilę dłużej.

Pokręciła głową, walcząc z uśmiechem. Wpuściła go do środka.

— Dobrze. Szukaj tego fikcyjnego pendrive’a — powiedziała, wskazując ręką na salon — masz trzy minuty. Po tym czasie wracam do pracy.

— Dziesięć.

— Pięć.

— Twarda z ciebie negocjatorka.

— Mam doświadczenie z facetami, którzy kombinują.

Jego uśmiech przygasł. Spojrzał na nią poważnie.

— To zabrzmiało jak ostrzeżenie.

— Może nim było.

— Nie każdy mężczyzna jest jak twój mąż… — powiedział cicho.

— A skąd wiesz, jaki jest mój mąż? — Zaperzyła się, prostując groźnie ramiona.

— Nie wiem, ale mówiłaś, że zostawił cię w dość… niezręcznej sytuacji.

— To raczej nie jest twoja sprawa — zirytowała się.

— Jasne — uniósł ręce w pojednawczym geście — nie chciałem cię urazić. Ja tylko…

— Co ty tylko? — Przerwała mu ostro.

Zrobił krok w jej stronę, jakby chciał coś powiedzieć, a jednocześnie nie był pewien, czy powinien.

— Nigdy nie zostawiłbym swojej kobiety w takiej sytuacji…

— Taaa? I co byś zrobił? Uciekłbyś z więzienia? — Zapytała z ironią.

— Przede wszystkim nie pakowałbym się w jakąś aferę. A jeśli już bym nawalił, to najpierw zadbałbym o to, żeby moi najbliżsi nie musieli płacić za moje błędy…

— A skąd, do cholery, ty możesz wiedzieć… — wybuchła, próbując za wszelką cenę powstrzymać łzy.

Nienawidziła płakać przy kimkolwiek, a już na pewno nie przy facecie, którego znała od niedawna. Odwróciła głowę, ale było już za późno. Zauważył. Stał nieruchomo, jakby nie wiedział, co zrobić, a potem zrobił coś kompletnie nieoczekiwanego.

Podszedł do niej bez słowa i zupełnie bez uprzedzenia objął ją mocno i przytulił. Zesztywniała z zaskoczenia. Nie ruszała się, stojąc jak słup soli. Kiedy wreszcie doszła do siebie, spytała stłumionym głosem.

— Co ty, na Boga, robisz?

— Przytulam cię — odparł spokojnie, nie wypuszczając jej z ramion.

— Po co?

— Chcę ci pokazać, że nie jesteś niczemu winna. I niepotrzebnie myślisz o sobie jako o „żonie oszusta”. Nikt z tutejszych mieszkańców cię tak nie traktuje, poza… tobą.

Lekko, ale stanowczo odepchnęła go od siebie.

— A ty co? Ankietę robiłeś?

— Nie, ale poznałem już kilka osób stąd…

— I nie masz o czym plotkować tylko o mnie?

— Jesteś bardzo interesująca… chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o swojej uroczej sąsiadce — zrobił niewinną minę.

— Dobra, znalazłeś już ten pendrive? — Zmieniła temat.

— Nie, bo go nigdy tu nie było. To był tylko pretekst, żeby cię zobaczyć — powiedział to z taką szczerością, że aż zabrakło jej riposty.

— Poczęstujesz mnie kawą? Ekspres masz już sprawny, a ja jeszcze nie mam swojego… — spojrzał na nią z zuchwałym uśmiechem.

Rozbawił ją tym. Uśmiechnęła się. Irytacja jego ostatnim zachowaniem powoli ustępowała.

— Bezczelnie wykorzystujesz sytuację, Kubiszyn — mruknęła.

— Wiem.

— I wcale nie jest ci głupio?

— Ani trochę.

Pokręciła głową.

— Wchodź do kuchni. Drogę już znasz.

— Wiedziałem, że pretekst z pendrivem kiedyś mi się przyda.

— Mało wyrafinowany.

— Ale działa — uśmiechnął się bezczelnie.


Usiedli przy stole. Rozmowa płynęła zaskakująco łatwo. Trochę o domu po panu Staszku, trochę o jego planach remontowych, trochę o życiu, a trochę o niczym.

Isa z coraz większym zaskoczeniem zauważała, że Wojtek miał wyjątkowy talent do słuchania z autentycznym zainteresowaniem. Nie zerkał nerwowo na zegarek, nie spoglądał ukradkowo na telefon, nie mówił tylko o sobie. Słuchał uważnie, zadawał pytania i pamiętał odpowiedzi, a nawet czasem miała wrażenie, że subtelnie flirtował. Robił to trochę od niechcenia, jakby nawet nie zdawał sobie sprawy, że to robi.

— Wiesz — powiedział, opierając łokcie o blat — mam pewną teorię.

— O nie.

— Wygląda mi na to, że od dawna nie dajesz sobie mówić komplementów.

Isa prychnęła lekceważąco.

— A mnie wygląda na to, że ty mówisz je zbyt wielu kobietom.

— Nie aż tylu. Na ten moment ty jesteś jedyną, którą obdarzam tym przywilejem — zawiesił głos.

— Cóż za wyróżnienie. Jestem zaszczycona. A co dokładnie sprawiło, że spotkał mnie taki zaszczyt, poza tym, że od kilku dni jedziesz na moim internecie?

— Po prostu czasem widzę coś więcej.

— No proszę, jasnowidz — zakpiła — a co niby takiego widzisz?

Spojrzał na nią wystarczająco długo, aby poczuła się nieswojo.

— Kogoś, kto chyba trochę zapomniał, że robi wrażenie.

Jego słowa sprawiły, że poczuła dziwnie ciepłe łaskotanie pod skórą. Irytujące i niebezpiecznie przyjemne.

— Długo ćwiczyłeś ten tekst? — Zapytała ironicznie.

— Nie. Przyszedł prosto z serca. Po prostu lubię patrzeć, jak się rumienisz.

— Sprytnie wybrnąłeś.

— Lata praktyki. Kilka bolesnych porażek i jedna kawa wylana mi publicznie kiedyś na koszulę.

— Publicznie?

— Nie pytaj. Nie jestem emocjonalnie gotowy na to, żeby wracać do tej historii.

Rozmowa przeciągnęła się sama. Nie wiadomo kiedy za oknem zrobiło się ciemno. A oni dalej siedzieli przy stole, śmiejąc się z historii o sąsiadach, fatalnych randkach i absurdach dorosłości.

W końcu Wojtek spojrzał na zegarek.

— Cholera. Późno.

Wstał.

Isa poczuła krótkie, głupie ukłucie rozczarowania.

Odprowadziła go do drzwi. Stanęli blisko siebie, może nawet trochę zbyt blisko.

— Dobranoc, Isa — powiedział cicho.

Pochylił się i musnął ustami jej policzek.

Spojrzała na niego zaskoczona. Nie odsunął się, znieruchomiał tylko w oczekiwaniu na jej reakcję. Zbliżył się jeszcze odrobinę. Zrobił to na tyle wolno, że mogła się jeszcze cofnąć, ale nie zrobiła tego. Stała tam dalej nieruchomo.

Zbliżył usta do jej warg i delikatnie, niepewnie ją pocałował. Isa poczuła absurdalne zamieszanie w głowie. Czuła, że powinna się odsunąć, wyprosić go i natychmiast przypomnieć sobie o rozsądku, o Mirku, o wszystkich powodach, dla których takie historie kończą się źle.

Tyle że rozsądek był dziwnie nieobecny. Zamiast niego przyszła świadomość, że od bardzo dawna nikt nie patrzył na nią tak, jak teraz patrzył na nią Wojtek. Od bardzo dawna nie czuła cudzych ust na swoich ustach, nie czuła tego ekscytującego dreszczyku, kiedy ktoś jest tak blisko, że słyszy się jego oddech i czuje ciepło jego dłoni. I ta właśnie świadomość nie pozwoliła jej się ruszyć, odsunąć się i zamknąć mu drzwi przed nosem.

Przesunął dłonią ostrożnie po jej ramieniu, dając jej możliwość wycofania się.

— Jeśli każesz mi wyjść — powiedział szeptem — wyjdę.

Chciała powiedzieć: tak, ale zamiast tego wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi minimalnie, prawie niezauważalnie, pokręciła przecząco głową.

Sama była zaskoczona i zawstydzona własną reakcją.

Zaśmiali się oboje. Trochę z powodu napięcia, trochę z powodu niezręczności, a trochę dlatego, że wszystko to wydawało się jednocześnie szalone i zadziwiająco naturalne.

Teraz chciała wyłącznie tego, aby on to powtórzył. Bez skrępowania, bez udawania, bez uciekania w sarkazm, bez tego ostrożnego krążenia wokół siebie.

On chyba wyczuł jej myśli, bo przyciągnął ją bliżej, zdecydowanie, ale jednocześnie ostrożnie, jakby chciał dać jej przestrzeń na zmianę zdania. Oboje jednak wiedzieli, że żadne z nich już się nie cofnie.

Objął ją w talii jedną ręką i przyciągnął do siebie tak mocno, że poczuła bijące od niego przyjemne ciepło. Gdzieś pomiędzy kolejnymi oddechami zniknęło skrępowanie i poczucie, że przecież powinna zachowywać się rozsądnie.

Jego kolejny pocałunek był już znacznie bardziej odważny, bardziej zachłanny.

— Ostrzegam — szepnęła, próbując odzyskać resztki rozsądku — dawno nie trenowałam.

— Spokojnie. Ja też mam już swoje lata świetności za sobą — mruknął.

Zaśmiali się oboje, po czym znowu zachłannie przywarli do siebie, zderzając się z framugą drzwi.

— Au — syknęła — to chyba znak, żebyśmy odpuścili.

— Zignoruj go — szepnął — nie trzeba wierzyć w takie bzdury.

— Słusznie.

Zaśmiali się ponownie, a napięcie, które jeszcze chwilę wcześniej wydawało się niemal nieznośne, teraz zelżało.

Znowu przywarli do siebie. Jego język śmiało penetrował jej usta, a jej ręce niecierpliwie rozpinały kolejne guziki koszuli.

Przyciągali się do siebie z taką siłą, jakby każde z nich bało się, że ta chwila zaraz zniknie i okaże się iluzją.

Drogę do sypialni znaczyły kolejne części garderoby, które tworzyły chaotyczny ślad niecierpliwości i pożądania.

Upadli na łóżko, tak gwałtownie, że lekko odbili się od materaca. Zachichotali jednocześnie, a resztki skrępowania ustąpiły miejsca beztrosce.

Całował jej szyję, zatrzymując się na chwilę przy każdym muśnięciu, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr jej ciała. Przesuwał ustami coraz niżej, tworząc na jej skórze ścieżkę wyznaczaną przez przyjemne dreszcze. Językiem pieścił jej sutki, aż stały się twarde jak kamień. Ona błądziła dłońmi po jego ciele, co jakiś czas wsuwając palce w jego włosy i przyciągając go bliżej siebie.

Świat poza sypialnią przestał istnieć. Nie było problemów, Mirka ani pytań o to, co dalej. Byli tylko oni, ich śmiech, przyspieszone oddechy oraz to ekscytujące poczucie bliskości.

Kolanem delikatnie rozsunął jej nogi. Ich spojrzenia spotkały się, jakby oboje chcieli upewnić się, że naprawdę tego pragną. Nie pozwolił, by oczekiwanie trwało dłużej. Czuła, że jest gotowy. Ona też była gotowa, cholernie gotowa. Pragnęła go z intensywnością, która zaskakiwała nawet ją samą. Niecierpliwe oczekiwanie na niego pulsowało w jej wnętrzu z każdą chwilą mocniej. Kiedy wreszcie zniknęła ostatnia bariera między nimi, jęknęła cicho, czując falę emocji silniejszą od rozsądku. Stało się to, na co tak długo czekała. Całkowicie poddała się tej chwili, poczuła jego bliskość jeszcze mocniej. Wtargnął w nią zdecydowanie. Jego ruchy były coraz pewniejsze, szybsze, coraz bardziej intensywne, a jego zapach i dotyk sprawiały, że traciła poczucie czasu i miejsca.

Przyciągnęła go do siebie jeszcze bliżej, jakby bała się, że za chwilę ten moment się skończy. Każdy dotyk, każdy oddech, każde muśnięcie skóry potęgowały napięcie, które od dawna narastało w niej. W końcu jej ciałem wstrząsnęła gwałtowna fala kulminacyjna, tak intensywna, że aż wygięła się lekko, zaciskając dłonie na jego ramionach. Miała wrażenie, że wszystko wokół przestało istnieć. Była tylko jego bliskość i oszałamiające poczucie spełnienia, którego nie doświadczała od bardzo dawna.

Znieruchomiał. Poczuła, że ciepłe spełnienie rozlało się w jej wnętrzu, ale bliskość między nimi nie zniknęła wraz z końcem chwili uniesienia.

Oboje dochodzili do siebie, próbując uspokoić oddech. Pochylił głowę i oparł swoje czoło o jej czoło. W jego oczach mieszały się satysfakcja i niedowierzanie, że to naprawdę się wydarzyło.

Uśmiechnął się do niej i pocałował lekko. Potem położył się obok, podparł głowę dłonią i przyglądał jej się z uwagą.

Leżeli tak obok siebie, rozgrzani, zmęczeni i trochę oszołomieni tym, co się wydarzyło.

Zerknęła na niego i zaśmiała się głośno.

— Aż taki byłem słaby, że cię rozśmieszyłem?

— Nie. Ja tylko nie wierzę, że dałam się poderwać na pendrive’a — mruknęła.

— Technicznie rzecz biorąc, nadal go szukam i mam wrażenie, że jeszcze długo będę go szukał — odpowiedział całkiem poważnie.

Odwróciła się do niego bokiem i oparła głowę na splecionych dłoniach.

— Mówił ci ktoś, że jesteś bezczelny?

— Tak. Często to słyszę. I w tym tkwi mój urok.

— Wszystkie na to lecą?

— Nie. Tylko taka jedna…

— Chyba niezbyt rozgarnięta…

— Skąd. Całkiem niczego sobie.

Zaśmiali się jednocześnie, głośno i szczerze.

Za oknem było już zupełnie ciemno. Wśród szumu wiatru, gdzieś w oddali, rozległo się szczekanie psa. Zwyczajne dźwięki świata wydawały się teraz dziwnie przytłumione, odległe i pozbawione znaczenia.

Isa leżała z otwartymi oczami, wsłuchując się w spokojny oddech Wojtka. Ku własnemu zdziwieniu zaważyła, że nie martwiła się o Mirka ani o to, co będzie jutro. Nie czuła już ciężaru odpowiedzialności, który nieustannie nosiła na barkach. Była tylko teraźniejszość i spokój oraz świadomość, że po bardzo długim czasie nie zasypia sama ze swoimi myślami.

Rozdział 4
Po drugiej stronie szczęścia

Wojtek zamieszkał w jej życiu tak naturalnie, jakby zawsze miał w nim miejsce. Najpierw wpadał „na chwilę”, po młotek, po ładowarkę, z pytaniem, czy wie, gdzie w okolicy kupić normalną kawę, bo ta z marketu smakuje jak kara za grzechy. Swoje preteksty nadmiernie głośno wygłaszał na podwórku, zerkając w stronę ciekawskich sąsiadek Isy, pani Halinki i jej przyjaciółki, pani Grażynki. Za każdym razem, kiedy przychodził, obie starsze damy miały coś niezwykle ważnego do zrobienia tuż przy ogrodzeniu oddzielającym ich posesję od posesji Isy.

Któregoś dnia Wojtek przestał już wymyślać preteksty, a nawet udawać, że jakiekolwiek są potrzebne. Po prostu przychodził. Przestali ukrywać swoją relację, nie przejmując się zgorszonymi spojrzeniami sąsiadów i kiwaniem głową z dezaprobatą na ich widok. Już nie wzruszały jej wścibskie spojrzenia ludzi, w których kiedyś widziała nutę współczucia, a teraz dostrzegała jedynie lekkie zgorszenie.

Wieść o jej domniemanym romansie z nowym sąsiadem krążyła już w okolicy, wzbudzając niezdrowe podniecenie i święte oburzenie, zwłaszcza u starszych, nadobnych dam.

Miała gdzieś, co myślą o niej dewotki, które nie mogły jej wybaczyć szczęścia. Może zżerała ich zazdrość, że dla nich ten czas ekscytacji już odszedł bezpowrotnie.

Choć próbowała zachowywać resztki godności, prawda była taka, że czuła się jak zakochana nastolatka zamknięta w ciele dojrzałej kobiety. Czasem nawet miała wrażenie, że zachowuje się jak kotka w rui. Na samą myśl o Wojtku czuła intensywne pulsowanie niemal w całym ciele.

Nieraz łapała się na tym, że z niecierpliwością czeka na to charakterystyczne skrzypnięcie furtki, krótkie, specyficzne pukanie do drzwi i jego głęboki, niski głos.

Kiedy już oboje znikali w domu, chowając się przed ciekawskimi spojrzeniami starszych pań, natychmiast, jak napaleni nastolatkowie, łapczywie wpadali sobie w ramiona.

Jego obecność sprawiała, że dom przestał być przygnębiająco cichy. Teraz ktoś śmiał się w kuchni, komentował absurdalne programy w telewizji i bez pytania poprawiał coś, co „dziwnie skrzypi”.

Sypialnia z czasem stała się miejscem ekscytującym i grzesznym. Za każdym razem, kiedy tam wchodziła, przypominała sobie ten dreszcz, który ją przechodził, kiedy on ją dotykał, kiedy ją całował, raz spokojnie i czule, a raz gwałtownie i zaborczo.

To dzięki niemu zaczęła znowu patrzeć na siebie inaczej. Już nie była żoną Mirka-oszusta. Była kobietą. Prawdziwą kobietą, a nie zmęczonym dodatkiem do cudzego życia.

Coraz częściej zastanawiała się, czy perfumy, których używa, spodobają mu się, czy sukienka, którą właśnie założyła, sprawi, że nie będzie mógł oderwać od niej wzroku, i czy bielizna, którą ma na sobie, będzie dla niego wystarczająco podniecająca, aby kolejną noc spędzili na testowaniu coraz to nowszych pozycji.

Na początku myślała tylko o Wojtku i o tym, co będą robić kolejnej nocy. Traktowała tę znajomość jak coś bardzo przyjemnego, ale jednocześnie ulotnego. Jak krótką chwilę szczęścia, która prędzej czy później musi się skończyć. Była przekonana, że zniknie tak samo szybko, jak sen tuż po przebudzeniu. Z czasem jednak zaczęła fantazjować coraz śmielej, sięgając marzeniami w przyszłość. Marzyła o wspólnych śniadaniach, o kimś, kto śmieje się z nią przy kawie, o zwyczajnym życiu bez poczucia winy.

Jedyne, co naprawdę spędzało jej sen z powiek, to fakt, że Wojtek bywał czasami nieobecny i zamyślony. W takich chwilach patrzył gdzieś ponad jej głową, jakby widział coś, czego ona nie mogła dostrzec.

Zdarzało mu się urwać zdanie w połowie, jakby właśnie przypomniał sobie o czymś, o czym wolałby nie pamiętać. Innym razem wspominał półgłosem, że może nie powinien, że może to wszystko nie jest w porządku, że czasem ma wrażenie, iż zaszli za daleko.

Isa nigdy nie dopytywała, bo bała się odpowiedzi. W takich chwilach wystarczał jeden jej dotyk, jeden uśmiech, jedno spojrzenie, a wszystkie jego wątpliwości ulatywały jak spłoszone ptaki. Wracał do niej i znowu był „jej Wojtkiem”. Choć nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą sobą, trochę lubiła te jego momenty słabości. Wtedy wydawał się bardziej prawdziwy, mniej pewny siebie, bardziej jej. Po takich chwilach szukał jej bliskości niemal zachłannie, jakby próbował zagłuszyć własne myśli i odnaleźć spokój właśnie przy niej. A ona pozwalała mu wierzyć, że to działa. Choć gdzieś głęboko zaczynała się zastanawiać, skąd właściwie biorą się te wszystkie niewypowiedziane skrupuły.

Któregoś wieczoru siedzieli na tarasie z kubkami gorącej herbaty. Niedawny deszcz ochłodził powietrze na tyle, że musieli się okryć grubym kocem.

Wojtek siedział blisko, obejmując ją ramieniem. Położyła głowę na jego barku i zapatrzyła się na panią Bożenkę idącą pobliskim chodnikiem. Kobieta tak mocno skupiła się na nich, że w pewnym momencie się potknęła i omal nie wyrżnęła orła. Zaśmiali się cicho na widok tego, jak dramatycznie macha rękami, próbując złapać równowagę.

— Wiesz — nagle spoważniał — dziwnie szybko się przyzwyczaiłem do tego.

— Do czego?

— Do ciebie.

Poczuła znajome ciepło rozlewające się gdzieś w środku.

— To brzmi niebezpiecznie.

— Trochę jest — uśmiechnął się lekko, całując ją w czoło — ale nie mam ochoty się wycofywać.

Zapadła chwila ciszy, takiej trochę zbyt poważnej.

— Myślałaś kiedyś… no wiesz… o tym, co dalej?

Uniósł kubek do ust, ale jego spojrzenie ani na chwilę jej nie opuściło.

— Co masz na myśli? — Zapytała ostrożnie.

Wzruszył ramionami.

— Ty i ja. Kiedy wreszcie przestaniemy udawać, że to tylko przypadkowe wieczory? Kiedy w końcu przestaniemy kraść szczęście?

Serce zabiło jej szybciej, bo przecież właśnie o tym od dawna fantazjowała. Nigdy jednak nie zdobyłaby się, żeby powiedzieć to pierwsza.

— Czy ty mi coś proponujesz? — Spytała ostrożnie.

— Owszem.

— Co?

— Wspólny zakup kosiarki do trawy — zaśmiał się — dobrze wiesz, co ci proponuję…

— Wiem, ale…

— Ale?

— Muszę najpierw uporządkować sprawy z Mirkiem.

— Czyli się zgadzasz?

Nie odpowiedziała. Spojrzała mu tylko w oczy i się uśmiechnęła. Potem pocałowała go długo i namiętnie.

— Potraktuję to jak „tak” — mruknął z satysfakcją.

— Nie rozpędzaj się.

— Za późno.

Zaśmiali się oboje.

Po krótkim milczeniu spoważniał.

— Rozważałaś rozwód?

— Rozważałam — odparła krótko.

— Pytam serio.

— Mówię serio, ale Mirek nadal jest w więzieniu… — westchnęła.

— Wiem… to znaczy… domyślam się, że to komplikuje sprawy — poprawił się.

— To nie jest takie proste — westchnęła — nawet jeśli się rozwiodę, nie zacznę żyć od razu jak w romantycznej komedii. Muszę pomyśleć też o rzeczach bardziej przyziemnych. Gdzieś przecież muszę mieszkać, czymś jeździć, coś jeść. Pewnie będę musiała poszukać lepiej płatnej pracy i poukładać wszystko od nowa.

— Dlaczego zakładasz, że nie zostaniesz tutaj? Przecież to on może się wyprowadzić.

— Nie. Nie zamierzam walczyć o jego dom. To wszystko należy do niego. Dom, konta, auta.

— Ale przecież wspólnota małżeńska i te sprawy…

— Większość majątku to jego osobista własność — wykonała bezradny gest dłonią — a ja nie zamierzam się o to upominać.

Wojtek zmarszczył lekko brwi.

— Nie zadbał o ciebie?

Spojrzała na niego z rozbawieniem.

— Zadbał. Dopóki jestem jego żoną, mogę korzystać ze wszystkiego. Ale coś mi się wydaje, że zaczynasz brzmieć jak księgowy.

Roześmiał się trochę sztucznie.

— Po prostu pytam.

Rozłożyła bezradnie ręce.

— Nie zastanawiałam się nad tym, ale wydaje mi się, że jeśli się rozwiodę, prawdopodobnie zostanę z jedną walizką i rozpadającym się małym domkiem nad Nidą, który odziedziczyłam po ojcu.

— Nie przesadzaj.

— Nie przesadzam. Będę biedna jak mysz kościelna i będziesz musiał wziąć mnie na utrzymanie — powiedziała z udawaną powagą — ostrzegam tylko: jestem droga w utrzymaniu. Mam swoje potrzeby.

— Jakie? — Mruknął, całując jej szyję.

— Kawa, kosmetyki, sushi — wyliczała, lekko odchylając głowę i odsłaniając dla niego szyję.

— A teraz? Kiedy go nie ma? Masz jakieś upoważnienia? Dostęp do kont? Cokolwiek? — Pytał między jednym a drugim pocałunkiem.

— Mam upoważnienie do konta, ale…

— Ale?

— Na tym koncie nie jest za bogato. Kiedy był na wolności, było tam znacznie więcej. Teraz, gdy jego interesy upadły… powiedzmy, że luksusowego życia z tego nie będzie — szepnęła, odwzajemniając kolejny pocałunek.

— A gdyby coś mu się stało? To też zostajesz z niczym? — Zapytał pozornie swobodnym tonem, przesuwając opuszkami palców po jej ramieniu.

— Ale co miałoby mu się stać? — Uniosła głowę i spojrzała na niego z wyraźnym zdziwieniem.

— No wiesz… — przejechał powoli palcem po jej szyi — życie bywa zaskakujące…

— Pewnie nie zostałabym z niczym. Jako żona mam chyba jakieś prawo do spadku, ale… nigdy o tym nie rozmawialiśmy i nie zakładam, że coś mogłoby mu się stać.

— Nic ci nie zostawił? Żadnych wskazówek, haseł, kontaktów?

Zmarszczyła lekko brwi. Jej palce zawisły przy guziku jego koszuli, zatrzymując się w połowie rozpinania.

— O co ci chodzi?

Wojtek zawahał się na sekundę.

— Martwię się o ciebie i… o to, co będzie dalej z nami.

— Z nami? — Zawahała się na moment.

— Tak, chcę mieć pewność, że mnie nie zostawisz, kiedy on wróci. Chcę, żebyś była bezpieczna i wolna od obciążeń po nim… a poza tym… ludzie gadają.

— Ludzie?

— No… o sprawie Mirka. Coś czasem ktoś wspomni.

Poczuła lekkie ukłucie niepokoju.

— Co niby wspomni?

Wojtek wzruszył ramionami.

— Że podobno to była grubsza sprawa, dotycząca ogromnych pieniędzy. A tu nagle puste konto?

Podniosła się i spojrzała na niego uważniej. Romantyczny nastrój nagle się ulotnił. Jego zainteresowanie sprawą Mirka wydało jej się zbyt natarczywe.

— A ty co z policji jesteś, czy co?

— Tak i zaraz cię aresztuję i wsadzę do… łóżka.

— Brzmi poważnie — uśmiechnęła się lekko.

— Bardzo. Grozi za to dożywotnie skazanie na moje towarzystwo.

— Z takim wyrokiem nie będę dyskutować.

Kiedy przesunął dłonią po jej ramieniu, niedawne ukłucie niepokoju rozpłynęło się równie szybko, jak się pojawiło, i ustąpiło miejsca budzącemu się pożądaniu. Sięgnęła pod koc i wsunęła dłoń do jego rozpiętych spodni. Uśmiechnął się i mruknął cicho:

— Nieważne. Nie gadajmy o nim.

Odchylił głowę na oparcie fotela i zamknął oczy. Na jego twarzy pojawił się błogi spokój, który powoli ustępował miejsca rosnącemu napięciu, tym szybciej, im bardziej ona starała się go zaspokoić.

On też sięgnął ręką pod koc. Jego niecierpliwe palce doprowadzały ją na wyżyny narastającej żądzy. Czuła, jak z jej wnętrza wypływa coś mokrego i podniecającego. W narastającym uniesieniu jej ruchy były coraz bardziej intensywne. Jej biodra i jego dłoń, jego biodra i jej dłoń poruszały się w jednym rytmie, aż do momentu, kiedy oboje jęknęli z ulgą.

Rozdział 5
Smak niepewności

Isa szła do domu Wojtka ze świeżo upieczonym ciastem i poczuciem lekkiej kompromitacji. Nie dlatego, że niosła niezaprzeczalny dowód swojego kulinarnego blamażu, ale dlatego, że widziała szybkie spojrzenia i kpiące uśmieszki pani Halinki i pani Grażynki, maszerujących żwawo w stronę pobliskiego kościoła. Obie leciwe damy zapewne już układały w głowach wersję wydarzeń, w której bezwstydna cudzołożnica z sąsiedztwa niesie kochankowi ciasto jako koronny dowód moralnego upadku.

„Pewnie idą odprawić nowennę za moją grzeszną duszę” — westchnęła w myślach.

Weszła na podwórko swojego uwodzicielskiego sąsiada. Przezornie poprawiła włosy przed wejściem i zapukała delikatnie do drzwi.

Nie usłyszała jednak odpowiedzi.

Stała przez chwilę niezdecydowana i już miała odejść w przekonaniu, że Wojtka nie ma w domu, ale usłyszała jakiś przytłumiony, podniesiony głos.

Podniosła rękę, aby ponownie zapukać, jednak nie zdążyła. Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanął w nich obcy mężczyzna. Wielki jak szafa, łysy, z twarzą, której nie powstydziłby się najbardziej poszukiwany przestępca. Mimo ciepłej pogody ubrany był w ciężką, skórzaną kurtkę. Zmierzył ją od stóp do głów i bez słowa przepchnął się między nią a futryną, lekko ją potrącając ramieniem.

— Patrz, jak leziesz — mruknęła, ale on nawet się nie odwrócił.

Weszła do środka i od razu coś niepokojącego zwróciło jej uwagę. W kuchni na podłodze leżały kawałki rozbitego kubka, a jego zawartość rozlała się aż pod szafkę. Krzesło było przesunięte pod nienaturalnym kątem, a kalendarz wiszący na ścianie dziwnie się przekrzywił. To nie wyglądało na zwykły bałagan. Bardziej przypominało ślady gwałtownej szamotaniny.

— Wojtek? — Zawołała niepewnie.

— W łazience! — Odkrzyknął.

Wkrótce wyszedł. Na lewym policzku jego skóra była mocno zaczerwieniona, a tuż nad brwią miał świeże rozcięcie.

— Boże, co ci się stało?

Instynktownie zrobiła krok bliżej.

Wojtek machnął ręką.

— Nic wielkiego — uśmiechnął się krzywo — niezdara ze mnie. Poślizgnąłem się na rozlanej wodzie i rozwaliłem ulubiony kubek.

Isa spojrzała wymownie na rozbite szkło.

— Ten kubek chyba oddał ci mocniej, niż powinien.

— Nie wyszło mu to na dobre. Zobacz w jakim jest stanie — zaśmiał się nerwowo.

— Minęłam się w drzwiach z jakimś niezbyt sympatycznym typem — powiedziała niepewnie — to twój znajomy?

Zawahał się.

— Tak, stary znajomy.

— Niezłych masz znajomych — spojrzała na niego wymownie.

— Był mi winny pieniądze. Wpadł oddać część, ale nadal trochę brakuje.

— Pokłóciliście się?

Wojtek wzruszył ramionami.

— Trochę.

— Czyżby to pod okiem to nie agresywny kubek, tylko tamten typ? Brzmi jak kiepski dzień — powiedziała ciszej.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się słabo.

— Poprawił się, kiedy tylko cię zobaczyłem — mruknął niskim, gardłowym głosem.

Podszedł do niej i objął ją lekko. Pocałował czule w usta. Najpierw delikatnie, potem coraz namiętniej. Dotknęła ręką jego twarzy. Syknął, kiedy niechcący uraziła zranione miejsce.

— Powinieneś to zdezynfekować.

— Brzmisz jak żona.

Jedno słowo sprawiło, że zrobiło jej się jednocześnie głupio i przyjemnie.

— Właśnie o tym chciałam pogadać — powiedziała poważnie.

Uniósł lekko brwi.

— O czym?

— O byciu żoną.

— Oświadczasz mi się?

— To nie moja rola — zaśmiała się — chcę porozmawiać z Mirkiem… o rozwodzie. Pomyślałam, że nie mogę wiecznie tkwić w czymś martwym — dodała ciszej — w czymś, co zawsze było kłamstwem… Czas zacząć normalnie żyć. Nie chcę już być okłamywana na każdym kroku.

Przez sekundę wydawało jej się, że coś w nim niespokojnie drgnęło. Jego ramiona lekko się spięły, jakby to, co powiedziała go dotknęło. Zauważyła jego reakcję. Spodziewała się zobaczyć na jego twarzy ulgę, radość, ten jego bezczelny uśmiech, którym zwykle rozbrajał każdą trudną rozmowę, a może nawet usłyszeć: „wreszcie”. Tymczasem on tylko skinął głową.

— Cieszę się — powiedział, choć jego oczy mówiły coś zupełnie innego.

— Tylko tyle? — Zapytała pół żartem.

— A co mam powiedzieć?

— Nie wiem. Na przykład: „właśnie uszczęśliwiłaś mnie najbardziej na świecie”.

Uśmiechnął się.

— Brzmi trochę patetycznie.

— Liczyłam na odrobinę patosu.

— To dobrze — nachylił się i pocałował ją w czoło — bo naprawdę jestem szczęśliwy.

Już drugi raz poczuła drobne, niepokojące ukłucie gdzieś z tyłu głowy. Jakby słuchała dobrze wyuczonej odpowiedzi, a nie spontanicznej reakcji. Po raz kolejny przemknęła jej przez głowę myśl, że być może nie zna Wojtka tak dobrze, jak jej się wydawało.

Rozdział 6
Odwiedziny

Droga do więzienia wydawała się niedorzecznie długa. Isa jechała wolniej niż zwykle, choć droga była prawie pusta. Co chwilę ściszała radio, po czym znowu je włączała, jakby to mogło pomóc jej uporządkować myśli.

Nie pomagało.

Od kilku dni układała sobie tę rozmowę w głowie. Zamierzała zacząć spokojnie, ale stanowczo i z klasą. Chciała powiedzieć wszystko jasno, bez awantur i wzajemnych oskarżeń. Liczyła, że uda jej się zamknąć ten rozdział swojego życia i wrócić do domu z poczuciem ulgi.

Dzięki Wojtkowi miała wrażenie, że przyszłość nie jest już pułapką bez wyjścia. Miała na nią plan. A raczej miała nadzieję na lepszą przyszłość, którą był dla niej Wojtek.

Kiedy weszła na salę widzeń, ogarnęło ją zdenerwowanie i wyrzuty sumienia. Cały jej misterny plan rozsypał się szybciej, niż się spodziewała. Mirek siedział już przy stoliku. Sporo schudł, twarz miał bardziej pociągłą, policzki zapadnięte, a pod oczami pojawiły się ciemne cienie. Wyglądał starzej niż kilka miesięcy temu.

Zrobiło jej się go szkoda i cała pewność siebie gdzieś się ulotniła.

Nie zdążyła nawet usiąść.

— No proszę — rzucił chłodno — sąsiad chwilowo zajęty, to sobie o mężu przypomniałaś?

Zamarła.

— Słucham?

— Daj spokój, Isa — machnął ręką — naprawdę myślałaś, że się nie dowiem?

Usiadła wolno.

— O czym?

— O tym, że ruchasz się z sąsiadem.

Powiedział to z taką obojętnością, że poczuła wściekłość, a niedawne wyrzuty sumienia prysły jak bańka mydlana.

— Skąd wiesz?

— Świat działa dalej, nawet jak ktoś siedzi, a ja mam wielu znajomych z telefonami.

— Cóż mam ci powiedzieć? W zasadzie to właśnie po to tu przyjechałam. Tak, to prawda. Mam kogoś.

Oparł się wygodniej na krześle.

— Podobno przystojny.

Wzięła głęboki oddech.

— Nie przyjechałam tu omawiać przymiotów jego urody. Jestem tu, żeby porozmawiać o nas — odparła chłodno.

— Nas? — Prychnął — Isa, błagam.

Wyprostowała się.

— Właśnie. O nas. A raczej o tym, że tego „nas” od dawna nie ma. Dobrze wiesz, że to się skończyło lata temu — ciągnęła opanowanym tonem — tylko oboje udawaliśmy, że jeszcze istnieje, bo tak było wygodnie.

Spodziewała się wybuchu złości, pretensji, żądań, rozliczeń. Tymczasem on tylko głęboko westchnął.

— Isa… ja nie mam zamiaru robić ci problemów.

Zamrugała zaskoczona.

— Co?

— Słyszysz dobrze — wzruszył ramionami — mieszkaj sobie w domu, korzystaj z auta, z konta. Normalnie, jak do tej pory. Nawet miej sobie kogoś na boku.

Zgłupiała. Kompletnie się tego nie spodziewała.

— Ty tak serio?

— Tak.

Nachylił się lekko nad stolikiem.

— Mam tylko jedną prośbę.

— Jaką?

— Rozwód załatwimy dopiero, kiedy wyjdę.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

— Dlaczego?

Mirek westchnął ciężko.

— Bo więzienie to trochę konkurs pozorów. Rodzina i stabilizacja dobrze wyglądają. Facet z żoną ma większe szanse na dobre opinie, przepustki i warunkowe zwolnienie.

— Czyli mam udawać szczęśliwą małżonkę dla twojego PR-u?

— Tak bym tego nie ujął, ale tak. Masz udawać szczęśliwą małżonkę i regularnie mnie odwiedzać.

— A mokre widzenia też wchodzą w grę?! — Wypaliła tak głośno, że aż strażnik więzienny podniósł głowę i spojrzał w ich stronę.

— Nie bądź podła — mruknął z wyraźną urazą w głosie.

Mierzyli się spojrzeniami w milczeniu.

W końcu on odezwał się pierwszy.

— To nie potrwa długo. Jestem tu już dwa lata. Za jakieś pół roku będę mógł się ubiegać o warunkowe skrócenie wyroku… — przekonywał.

Isa milczała.

— Jesteś mi to winna — dodał szybko.

Uniosła brwi.

— Słucham? Ja ci jestem coś winna? Okłamywałeś mnie bez mrugnięcia okiem!

— A jesteś pewna, że niczego się nie domyślałaś? Nie graj teraz niewiniątka! Korzystałaś z tych pieniędzy bez skrupułów.

— Że co?!

— Dom ci przeszkadzał? A może auta, biżuteria, wakacje? Jak myślisz, skąd to było? Wydaje ci się, że spadło z nieba?

— Naprawdę próbujesz mi wmówić, że… jestem współwinna?!

— Robiłem to też dla ciebie.

— Co niby?

— Chciałem ci coś wynagrodzić — głos mu lekko zmiękł.

— Wynagrodzić mi? A co takiego chciałeś mi wynagradzać?

Na moment spuścił wzrok.

— To, że nie mogłem dać ci… wszystkiego.

Parsknęła krótkim, gorzkim śmiechem. Wiedziała, że chodzi mu o ich intymne sprawy.

— O, Mirek — powiedziała sucho — naprawdę nie trzeba było kraść. Wystarczyło kupić sobie Viagrę.

On przez chwilę obserwował ją w milczeniu. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Potem niespodziewanie też się zaśmiał.

— Masz talent do dobijania człowieka.

— Uczę się od najlepszych.

Westchnął i potarł twarz.

— Zrób to dla mnie. Poczekaj z tym rozwodem, a kiedy wyjdę, odwdzięczę się. Nie zostawię cię bez niczego. Naprawdę ci się to opłaci.

Spojrzała na niego nieufnie.

— A coś ty nagle taki hojny?

— Może mam wyrzuty sumienia — wzruszył ramionami — a może wiem, że już cię nie zatrzymam.

— Jakoś nie wierzę w te twoje dobre intencje.

— Rozumiem. Pewnie też bym nie uwierzył. Może obawiasz się, że teraz ci coś obiecuję i nie dotrzymam słowa.

— Jakbyś zgadł…

— W takim razie zawrzyjmy umowę. Ty dajesz mi pół roku. Ja daję ci słowo.

— Twoje słowo nie ma ostatnio najlepszych notowań.

Tym razem Mirek roześmiał się już całkiem otwarcie.

— No dobrze. Tego akurat nie mogę podważyć. Mam zatem konkretną propozycję. Przepiszę na ciebie cały mój majątek. Teraz. Żebyś miała pewność. Kiedy wyjdę, oddasz mi moją część, a dla siebie zatrzymasz resztę. Tylko pozostań moją żoną jeszcze przez te kilka miesięcy i pomóż mi wcześniej wyjść. Umowa stoi?

Patrzyła na niego i nie wiedziała, co powiedzieć. To nie była oferta, której się spodziewała. Właściwie nie spodziewała się niczego. Tymczasem on właśnie oferował jej coś, co bardziej przypominało desperacki układ niż rozsądną propozycję. On nigdy nie rozdawał pieniędzy bez powodu. Każdą złotówkę oglądał z obu stron, zanim się z nią rozstał. Facet, który dla pieniędzy potrafił zaryzykować wszystko, raptem proponował jej połowę majątku. To nie miało sensu.

Nie była już tylko zaskoczona, była zaniepokojona. Bo jeśli Mirek był gotów zapłacić tak wysoką cenę za zaledwie pół roku zwłoki, to musiał chcieć ugrać coś znacznie większego, niż mówił na głos.

— Nie rozumiem, po co to wszystko? Nie boisz się, że wszystko stracisz? Przecież nie masz gwarancji, że ci oddam twoją połowę.

— Ufam ci. Wierzę, że jeśli się na coś umówimy, dotrzymasz obietnicy. Isa milczała. W głowie miała mętlik.

— To jak będzie? — Spojrzał na nią z nadzieją w oczach.

— No, nie wiem, czy tego chcę… te pieniądze są… Ja nie chcę mieć nic wspólnego z czymś nielegalnym.

— To, co było nielegalne, już dawno mi zabrali. To, co zostało, jest czyste. Nie musisz się martwić.

Isa milczała.

— Daj spokój, to dobra umowa — przekonywał — podczas rozwodu nie dostaniesz zbyt wiele. Wiesz, że wszystko należy tylko do mnie. Zabezpieczyłem się. Jeśli zechcę, wylądujesz w tej rozlatującej się chałupie nad rzeką po twoim ojcu. Jeśli się zgodzisz, wyjdziesz na tym dużo lepiej.

— To brzmi, jakbyś chciał mi zapłacić za rozwód. Może jeszcze mam wziąć winę na siebie?

— Nie, rozstaniemy się za porozumieniem stron. A to, co dostaniesz, potraktuj jako zapłatę za dbanie o to, co moje, kiedy ja… jestem tutaj.

— Widzę, że nie owijasz w bawełnę.

— Nie, nie owijam. Chcę mieć pewność, że ktoś pilnuje moich spraw, kiedy ja nie mogę.

— Twoich spraw? Nie rozumiem…

— Isa, chodzi mi o to, że dbasz o dom, płacisz rachunki i robisz te wszystkie nudne rzeczy. Dzięki temu, kiedy wrócę, nie zastanę rozkradzionej ruiny z odciętym światłem i wodą. Chcę ci to wynagrodzić. To jak będzie?

— Pomyślę — odparła niepewnie.

— Nie ma czasu na myślenie. Skontaktuję się z moim adwokatem i wszystko zorganizuję. Dobrze?

— No, dobrze, ale… — powiedziała niepewnie.

Wydawało jej się, że odetchnął z ulgą.

— Isa… mam jeszcze jedną prośbę.

— Co tym razem?

— Nie wpuszczaj byle kogo do domu i… rozważnie dobieraj sobie kochanków.

— Że co, proszę?!

— Po prostu, nie zawsze ktoś, kto mówi czułe słówka, pragnie tylko ciebie…

— O, to ciekawe. A czego jeszcze?

— Bywa, że ktoś może być bardziej zainteresowany cudzym majątkiem niż cudzym…

— Cudzym, czym?

— Sercem — zawahał się na ułamek sekundy, po czym dodał z krzywym uśmiechem — albo kroczem.

— Niesamowite. Siedzisz w więzieniu, a nadal potrafisz być obrzydliwie bezpośredni. Chcesz mnie przekonać do pomocy, obrażając mnie?

— Nie, Isa, nie chciałem cię obrazić — powiedział szybko — chodzi mi o to, że może ktoś próbuje cię wykorzystać, aby dobrać się do mnie.

— Czy ty próbujesz mi grozić?

— Nie, po prostu chcę powiedzieć, żebyś uważała, kogo wpuszczasz do domu. Nie pozwalaj mu myszkować. Wiesz, jak jest. Duża kasa może odbierać rozum i skłaniać do różnych rzeczy.

— Serio? To mówi facet siedzący za przekręty finansowe?

— Właśnie dlatego — spojrzał jej prosto w oczy.

Przyglądała mu się uważnie. Wyglądał na szczerze zaniepokojonego. Zaczęła sobie uświadamiać, że siedzi przed nią facet, który przez lata próbował zasypać pieniędzmi dziurę, której pieniędzmi zasypać się nie dało. I być może właśnie dlatego tak dobrze wiedział, do czego ludzie są zdolni dla pieniędzy.

Rozdział 7
Odroczony rachunek od losu

Noc nie miała końca. Podobno z problemem najlepiej się przespać, ale dla Isy to było wierutne kłamstwo. Przewracała się nerwowo z boku na bok, gapiąc się w ciemność. W końcu zaświeciła lampkę nocną. Jej wzrok od razu zatrzymał się na wymiętej kartce leżącej na szafce nocnej. Kartka była podzielona na dwie kolumny: „tak” i „nie”. Zerknęła na swoje własne pismo.

Po lewej stronie zdążyła zapisać:

Lepszy start po rozwodzie, o ile pieniądze Mirka naprawdę są legalne.

Jeśli Mirek naprawdę chce przekazać mi cały swój majątek, żeby uchronić go przed kimś innym, być może uda mi się ocalić przynajmniej część tego, co zostało.

Jeśli odmówię, Mirek nie da mi rozwodu. Nadal będę „żoną przestępcy” i wszystkie jego kłopoty będą moimi.


Kolumna „nie” była znacznie dłuższa.

Mirek może kłamać, a jego pieniądze mogą nie być legalne. Mogę być współwinna.

Nie wiadomo, dlaczego tak bardzo chce mi oddać cały swój majątek.

Jeśli pieniądze nie są legalne, nie wiadomo, kto będzie ich szukał, a wtedy przyjaciele lub wrogowie Mirka nie zostawią mnie w spokoju.

Stanę się formalnym właścicielem majątku i automatycznie celem wszystkich ludzi, którzy chcą do niego dotrzeć.

Mirek odzyska nade mną kontrolę. Nadal będzie mnie z nim coś łączyło.


Westchnęła.

Po dłuższej chwili wahania dopisała jeszcze jedno pytanie na środku kartki.

Czy Mirek mnie wykorzystuje, czy może rzeczywiście próbuje mnie przed czymś ochronić?

Patrzyła na nie długo. To było jedyne pytanie, na które bardzo chciała poznać odpowiedź.


***


Nazajutrz Wojtek znalazł ją na tarasie. Pochylił się i cmoknął ją lekko w policzek na przywitanie.

— Co tam? — Spytał od niechcenia.

— Tak, tak, oczywiście — mruknęła nieobecnym głosem.

Spojrzał na nią z zaciekawieniem. Dopiero teraz zauważył, że Isa bezwiednie miesza łyżeczką w dawno już wypitej kawie.

Usiadł naprzeciwko.

— Ej, co jest?

— Nie, nic… — odparła niepewnie.

— No przecież widzę. Co się stało? — Pogładził ją czule po kolanie.

— Mirek chce przepisać na mnie wszystko, co ma — powiedziała jednym tchem — zaproponował mi układ.

— Układ?

— Tak, dość… chory układ.

Spojrzał na nią z zainteresowaniem.

— Zaproponował ci porwanie samolotu? — Zaśmiał się.

— Nie wygłupiaj się. To poważna sprawa.

— No dobra. Już jestem poważny. Co konkretnie ci zaproponował?

— Połowę królestwa za rękę księcia…

— Teraz to ty się wygłupiasz.

— No właśnie, sęk w tym, że nie wygłupiam się. Naprawdę. Zaproponował, że przepisze na mnie cały swój majątek natychmiast. W zamian ja mam pozostać jego żoną aż do jego wyjścia z więzienia. Kiedy wyjdzie, ja mam oddać mu połowę majątku, a on mi odda wolność.

— I co ty na to? — Zapytał ostrożnie.

— Co ja na to? Jezu, Wojtek! Przecież to chore!

— Dlaczego?

— Dlaczego? Zwariowałeś? Przecież on siedzi za machlojki finansowe. Hello!

— No i?

— No co „no i”? Skoro tak, to jak myślisz, skąd pochodzi to wszystko, co chce mi tak hojnie dać? Nie zamierzam iść siedzieć razem z nim!

— Skąd wiesz, że to wszystko pochodzi z… przekrętów? — Zapytał ostrożnie — masz pewność? Wiesz coś o tym?

— Wojtek! Mirek nie jest facetem, który chętnie dzieli się swoimi… zdobyczami, a tu nagle taka hojność? Tu musi być jakiś haczyk! Poza tym on w pewnym momencie mi zarzucił, że ja jestem współwinna jego przekrętów, bo też z tego wszystkiego korzystałam!

— Czyli mu odmówiłaś?

— No… właśnie… chyba coś palnęłam… a on od razu powiedział, że skontaktuje się ze swoim adwokatem…

— Czyli właściwie… zgodziłaś się?

— Byłam tak zaskoczona, że chyba bąknęłam coś głupiego… ale to nic nie znaczy! Skontaktuję się z jego adwokatem i wszystko odwołam!

Wojtek długo patrzył na filiżankę, jakby ważył każde słowo, zanim je wypowie.

— Gdybyś chciała zapytać mnie o zdanie…

Urwał.

— To?

— Powiedziałbym, żebyś nie podejmowała decyzji ze strachu.

Isa skrzywiła się.

— Łatwo powiedzieć. Myślisz, że ci wszyscy, których oszukał, mnie nie znajdą?

Odchylił się na krześle.

— Nie wiem, ale spróbuj spojrzeć na to inaczej. Nie zastanawiaj się, czego chce Mirek. Zastanów się, co faktycznie zmieni twoja odmowa.

— No właśnie, co ona zmieni? — Szepnęła bardziej do siebie niż do niego.

— Myślisz, że jeśli powiesz „nie”, wszyscy od razu dadzą ci spokój?

Nie odpowiedziała, bo doskonale znała odpowiedź.

— Niezależnie od tego, czy podpiszesz, czy nie, ktoś może uznać, że jesteś ważna i nie zostawi cię w spokoju.

— A jeśli podpiszę?

— Wtedy przynajmniej dowiesz się, o co naprawdę toczy się ta gra.

Spojrzała na niego bacznie.

— Zaskakująco rozsądna rada.

Uśmiechnął się.

— Czasami sam siebie zaskakuję.

— Tylko że na mojej liście „za” i „przeciw” po tej drugiej stronie jest o wiele więcej argumentów…

— Liście „za” i „przeciw”?

— Taaa… tak sobie rozważałam…

— Pokażesz?

— Nieee, to głupie…

— Nie, to nie jest głupie. Raczej rozsądne. Pokaż, może coś tam dopiszę.

Isa przyniosła swoją listę spisaną w nocy. Wojtek przeczytał ją uważnie, zatrzymując wzrok na kilku punktach. Wyglądał tak, jakby chciał coś dopisać, ale zrezygnował. Oddał jej lekko pogniecioną kartkę.

— Sam widzisz, że argumenty „przeciw” są w przewadze, więc…

— Liczy się waga argumentów, a nie ilość — mruknął.

— Łatwo ci mówić. Dlaczego mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak będzie źle?

Wojtek oparł się wygodniej o krzesło. Bawił się łyżeczką, stukając nią o filiżankę, jakby szukał odpowiednich słów.

— Bo czasami naprawdę nie ma dobrych wyjść. Są tylko mniej bolesne. Coś o tym wiem…

Isa zmarszczyła brwi.

— Co to znaczy?

Na jego twarzy pojawił się cień smutnego uśmiechu, który zgasł równie szybko, jak się pojawił. Odwrócił wzrok w stronę ogrodu.

— To znaczy, że czasem los daje ci coś takiego, czego bardzo pragniesz, coś, co odmienia twoje życie. Ale okazuje się, że rachunek za to jest znacznie wyższy, niż się spodziewałeś i musisz poświęcić wszystko, aby to utrzymać.

Isa zerknęła na niego z ciekawością. Jego odpowiedź ją zaskoczyła. Zwykle rzuciłby jakiś głupi żart. Tym razem jednak wyglądał, jakby ważył każde słowo.

— O czym konkretnie mówisz?

Wojtek potarł kark i chwilę milczał.

— Nieważne… tak mnie tylko naszło — westchnął.

Nie spojrzał jej w oczy.

Rozdział 8
Niewłaściwe pytanie

Isa wsiadła do samochodu, ale nie uruchomiła silnika. Siedziała bez ruchu. Postanowiła pojechać do Mirka i powiedzieć mu, że rezygnuje z jego propozycji, że nie chce nic od niego, że chce tylko odejść i mieć spokój. Przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik cicho zamruczał. Spojrzała na ulicę. Dziś było tu wyjątkowo spokojnie. Niewiele aut przejeżdżało tą ulicą.

Wyjechała z podjazdu i aż zamarła. Jej wzrok spoczął na zaparkowanym kilka domów dalej aucie, które widziała tu już dzień wcześniej. Wtedy stało tam kilka godzin, a w środku siedziało dwóch napakowanych typów o zakazanych gębach. Nie rozmawiali, nie patrzyli w telefony. Po prostu czekali. Dziś w tym samym aucie siedział jakiś inny typ.

Poczuła, jak budzi się w niej niepokojąca pewność. Nie była przewrażliwiona. Wojtek miał rację. Naprawdę ktoś się nią interesował. Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie w sprawie majątku, nie dadzą jej spokoju. Może to kumple lub wrogowie Mirka już dowiedzieli się, że zamierza wszystko na nią przepisać, i dlatego tu koczują. Czekają, aż formalnie stanie się właścicielką majątku, a potem zmuszą ją do spłacenia długu Mirka. Przecież ten podejrzany samochód pojawił się zaledwie kilka dni po tym, jak Mirek złożył jej tę absurdalną propozycję.

Dopiero teraz zrozumiała, że przez ostatnie dni próbowała odpowiedzieć na niewłaściwe pytanie. Nie: „czy podpisać?”. Tylko: „co da jej większe bezpieczeństwo — podpis czy odmowa?”.

Krew zawrzała jej w żyłach z gniewu.

— Nie! — Syknęła — nie pozwolę, żeby jakiś typ spod ciemnej gwiazdy mnie obserwował!

Z piskiem opon ruszyła w stronę obcego samochodu. Podjechała bliżej i uchyliła szybę. W obcym samochodzie siedział mężczyzna o ciężkiej, posępnej twarzy. Wyglądał tak, jakby cała wściekłość świata skupiła się właśnie w jego oczach. Spojrzał na nią z autentycznym zdziwieniem. Najwyraźniej nie spodziewał się, że kobieta, którą obserwuje, sama podjedzie pod jego nos.

Uchylił szybę i spojrzał na nią pytająco.

— Może wydrukować panu mój plan dnia? Będzie wygodniej niż siedzenie cały czas pod moim domem — rzuciła ze złością.

— O co pani chodzi? — Facet za kierownicą próbował ją zbyć.

— O ten rower, co nie chodzi! Jeśli zaraz stąd nie odjedziesz, zadzwonię na policję!

Mężczyzna uśmiechnął się lekceważąco i, patrząc jej prosto w oczy, powoli zasunął szybę w swoim samochodzie.

To rozwścieczyło ją bardziej niż jakakolwiek odpowiedź. Nie zamierzała odpuścić. Wyjęła telefon, nie spuszczając podejrzanego typa z oczu, i zadzwoniła na policję.

— Dzień dobry — starała się mówić na tyle głośno, aby facet dobrze ją usłyszał — chciałabym zgłosić, że przed moim domem kręci się jakiś podejrzany typ.

Nie zamierzała odjechać. Chciała poczekać na policjantów i z satysfakcją obserwować, jak go legitymują i sprawdzają, a może nawet aresztują. We wstecznym lusterku zauważyła panią Halinkę, która stała na chodniku i obserwowała jej poczynania z taką miną, jakby właśnie trafił się jej najlepszy odcinek ulubionego serialu.

Zaraz potem zauważyła Wojtka, który szedł szybkim krokiem w jej stronę. Wyglądał na zaniepokojonego. Podszedł do obu aut. Najpierw spojrzał na nieznajomego mężczyznę, który nie ruszył się stąd ani na krok, a potem wsiadł do samochodu Isy.

— O co chodzi? — Spytał krótko.

— Ten typ mnie śledzi. Wczoraj widziałam tu ten sam samochód i dwóch innych facetów o bandyckich gębach. Dzisiaj siedzi tu jakiś nowy gnojek. To oczywiste. Zmieniają się, ale są za głupi, żeby zmienić samochód!

Ku jej zaskoczeniu Wojtek lekko się uśmiechnął.

— To cię śmieszy?

— Nie, skąd — odchrząknął i szybko spoważniał.

— Już wezwałam policję.

— Po co? — Wyraźnie się spiął.

— Żartujesz sobie?! On mnie śledzi!

— Skąd wiesz, że to ciebie śledzi? Może na przykład chodzi o mnie?

— O ciebie?

— Ten łysy, z którym się minęłaś u mnie w drzwiach… najwyraźniej ma jakiś problem. To na pewno chodzi o mnie. Jedź już na to widzenie, bo się spóźnisz. Ja poczekam na policję i to załatwię.

— Nie. Chcę widzieć, jak go aresztują!

— Jedź! Nie aresztują go za stanie na ulicy! Ja to załatwię!

— Ani mi się śni!

— Isa… proszę, posłuchaj mnie, choć raz! Jedź, ja to załatwię — powiedział z naciskiem.

Zastanawiała się przez kilka sekund. Spojrzała na zegarek. Faktycznie, Wojtek miał rację, jeśli zaraz nie ruszy, spóźni się na widzenie.

— Dobrze, ale powiedz im, że…

— Dobrze, już dobrze — przerwał jej niecierpliwie — jedź. Ja wszystko załatwię.

Isa, odjeżdżając, we wstecznym lusterku zauważyła, że Wojtek podchodzi do obcego samochodu. Po kilku metrach zwolniła i zatrzymała się, ale na końcu ulicy zauważyła zbliżający się radiowóz.

Odetchnęła. Odjechała, uznając, że w obecności policji Wojtkowi nic nie grozi.


***


Odprowadził ją wzrokiem. Patrzył, jak jej samochód znika za zakrętem, i z każdą sekundą coraz mocniej walczył z pokusą, by zrobić coś, czego zrobić nie mógł.

Dopiero gdy jej samochód zniknął całkowicie, spojrzał na mężczyznę w samochodzie. Potem podszedł do radiowozu, który właśnie się zatrzymał tuż za autem nieproszonego gościa. Porozmawiał chwilę z policjantami. Potem jeden z nich podszedł do podejrzanego auta.

Wojtek odszedł na bok i wyjął telefon. Obracał go w dłoni, wpatrując się w wygaszony ekran. Jego kciuk zawisł nad wyświetlaczem, jakby brakowało mu tylko odwagi, by wybrać numer.

Ostatecznie zacisnął szczękę. Nie zadzwonił. Schował telefon z powrotem.

— Jeszcze nie… — powiedział cicho do siebie.

Im więcej czasu spędzał z Isą, tym trudniej było mu pamiętać, dlaczego w ogóle pojawił się w jej życiu. Jeszcze niedawno wszystko wydawało się takie proste. Miał plan i jasno wyznaczony cel. Teraz coraz trudniej było mu doprowadzić to do końca.

Po raz pierwszy od chwili, gdy stanął na progu jej domu, miał wrażenie, że największym zagrożeniem dla niej nie jest Mirek, ale on sam.

Rozdział 9
Limit zaufania

Więzienie wyglądało dokładnie tak samo jak poprzednio. Szare, chłodne i bezosobowe. Jakby ktoś wyssał z tego miejsca nie tylko kolory, ale i nadzieję.

Jedynie ona była inna. Poprzednim razem przyjechała tu zakończyć swoje małżeństwo. Tym razem miała ostatecznie odrzucić propozycję Mirka. Była tego absolutnie pewna. Przynajmniej w chwili, kiedy wychodziła z domu.

Teraz, idąc więziennymi korytarzami, coraz mniej była pewna swojej decyzji. Narastało w niej poczucie, że odmowa niczego nie zmieni. Nadal będzie terroryzowana przez kumpli Mirka, a jeśli nie przez nich, to przez jego wrogów.

Strażnik zaprowadził ją do niewielkiego pokoju.

Przy stole siedział Mirek. Obok niego starszy mężczyzna w eleganckim garniturze układał dokumenty.

— Dzień dobry. Jestem notariuszem — mężczyzna wstał i podał jej rękę na przywitanie.

Lekko skinęła głową i odwzajemniła uścisk dłoni. Nie miała ochoty na więcej uprzejmości.

Notariusz spokojnym głosem wyjaśnił kolejne punkty aktu.

Mirek nie odezwał się ani razu. Ona również milczała. W głowie miała mętlik.

— Ma pani prawo odmówić podpisu — zakończył swój wywód notariusz.

Popatrzyła na dokument. Na jego końcu widniało puste miejsce na jej podpis.

Wpatrywała się w to miejsce tak długo, że litery zaczęły jej się rozmywać. Nadal nie wiedziała, co ma zrobić. Wyobraźnia podrzucała jej kolejne obrazy. Zobaczyła siebie wolną i szczęśliwą, leżącą na plaży z Wojtkiem, zupełnie nieprzejmującą się problemami byłego już męża. Nagle na plażę wjeżdża z ogromną prędkością czarne auto z podejrzanymi typami, którzy do nich strzelają z karabinu maszynowego. Wśród ogromnego huku wystrzałów usłyszała czyjeś wołanie.

— Pani Ismeno! Pani Ismeno! — Docierało do jej uszu coraz wyraźniej.

Ocknęła się. Zrozumiała, że wołanie to głos notariusza, który podsuwał jej do podpisu akt notarialny.

Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na notariusza, potem na Mirka. Jeden podpis miał zdecydować o tym, jak potoczy się dalej jej życie.

Przypomniała sobie kartkę z argumentami „za” i „przeciw” i uświadomiła sobie, że odmowa nie uchroni jej przed strachem. Podpis również nie dawał takiej gwarancji, ale przynajmniej stawiał ją w innej pozycji. Dawał jej coś, czego odmowa nie dawała — jakąkolwiek kartę przetargową.

Wzięła pióro. Jeszcze się zawahała.

Potem spokojnym ruchem złożyła podpis.

Atrament powoli wsiąkał w papier.

Stało się. Czekała, aż wydarzy się coś niezwykłego. Miała wrażenie, że zabrzmi alarm, zgaśnie światło albo ktoś krzyknie, że to błąd. Nie wydarzyło się jednak nic. Świat się nie zatrzymał. Tylko od tej chwili wszystko miało być już inne, a dawna Isa umarła.

Oddała notariuszowi pióro. Ten schował je wraz z dokumentem do teczki.

— Gratuluję. Czynność została dokonana.

„Gratuluję” — nigdy wcześniej to słowo nie zabrzmiało tak ponuro.

Kiedy zostali sami, Mirek spojrzał na nią spokojnie.

— Myślałem, że odmówisz.

— Ja też.

Żadne z nich się nie odezwało. Cisza była tak niewygodna, jak wszystkie niedopowiedzenia, które od lat wisiały między nimi.

— Powiedz mi tylko jedno — spojrzała na niego, podnosząc się z krzesła.

— Słucham.

— Dlaczego właśnie ja?

Uśmiechnął się smutno.

— Bo wszystkim innym musiałbym zapłacić zbyt wysoką cenę.

— A mnie? Przecież też będziesz musiał… zapłacić.

— Tak, ale tobie jeszcze trochę wierzę. A to najcenniejsza rzecz, jaka mi jeszcze została.

Nie wiedziała, czy to największy komplement, czy największe przekleństwo, jakie kiedykolwiek usłyszała.

— Nie wiesz, że nie zawsze należy ślepo wierzyć? — Spytała ironicznie.

— Wiem, ale ty po prostu nie jesteś zdolna do oszustwa. Jesteś za miękka.

Te słowa powinny ją obrazić. Powinna poczuć złość, może nawet pogardę. Tymczasem poczuła ulgę. Bo w jego ustach te słowa brzmiały jak potwierdzenie, że nie ma nic wspólnego z jego machlojkami.

Nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo strażnik otworzył drzwi i oznajmił koniec widzenia.

Mirek wstał bez słowa. Zanim jednak wyszedł, odwrócił się do niej jeszcze raz i spojrzał na akt notarialny leżący przed nią w eleganckiej, bordowo-złotej teczce.

— Od dziś ten akt wiąże nas mocniej niż nasze małżeństwo kiedykolwiek.

Isa poczuła nieprzyjemny, nerwowy skurcz, który przyniósł niepokojącą myśl, że podpis, który miał otworzyć jej drzwi do wolności, właśnie zamknął za nią kolejne.

Przyszła tu, żeby odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Tymczasem wychodziła z poczuciem, że być może właśnie oddała ją komuś innemu.


***

Brama więzienia zamknęła się za nią z głuchym, metalicznym hukiem. Szła powoli, jakby każdy kolejny krok wymagał nadludzkiego wysiłku. Nie czuła ulgi ani triumfu. Nie czuła nawet strachu. Jedyne, co czuła, to tylko dziwna, obezwładniająca pustka.

Stała nieruchomo na parkingu, ściskając w dłoni teczkę z odpisem aktu notarialnego. Papier ważył zaledwie kilka gramów, a mimo to wydawał się cięższy od całego świata.

Wsiadła do samochodu. Bezmyślnie patrzyła przed siebie, nie ruszając się ani na milimetr.

Jej telefon zawibrował, a na wyświetlaczu pojawiło się jedno imię: Wojtek.

Przez moment tylko patrzyła na ekran, jakby samo odebranie połączenia wymagało od niej nadludzkiej siły, ale w końcu odebrała.

— I jak? — Zapytał spokojnie.

— Co, jak? To ja pytam: jak? Aresztowali go?

W słuchawce głośniej niż wystrzał armatni zabrzmiała cisza.

— Wojtek?

— Tak, tak, jestem.

— Więc jak? Aresztowali go?

— Nie — padła krótka odpowiedź.

— Jak to nie?!

— No nie… za co mieli go aresztować? Przecież tylko stał na ulicy… każdemu wolno. Wylegitymowali go i odjechali.

— Chyba żartujesz! Już za sam wygląd…

— Zastanów się chwilę! Na razie w naszym kraju nie aresztuje się ludzi za wygląd! Powiedz lepiej, co u ciebie.

Milczała. Musiała ochłonąć.

— Podpisałam — powiedziała po chwili.

— Dobrze — odparł spokojnie.

To jedno słowo zabrzmiało tak zwyczajnie, że aż ją zirytowało.

— Tylko tyle?

— A czego się spodziewałaś?

— Nie wiem… może że powiesz, że zwariowałam.

Zaśmiał się cicho.

— Nie zwariowałaś. Dobrze zrobiłaś.

Westchnęła.

— Jesteś tego taki pewien… ja nie…

— To rozwiąże wiele twoich problemów… i moich też — mruknął.

— Twoich?

— Nie będę musiał cię ciągle pocieszać, kiedy nie będziesz wiedziała, co masz zrobić… — zażartował.

— Uf, bo już myślałam, że planujesz zostać ze mną i żyć wygodnie za kasę Mirka — zaśmiała się przez łzy.

— Uważasz mnie za łowcę posagów?

— Czy ja wiem… czasem mam wrażenie, że bardziej interesuje cię Mirek niż ja…

— Owszem, jest coś, co należało do Mirka, a na czym bardzo mi zależy…

— O, to ciekawe, a co masz na myśli?

— Ciebie — odparł bez wahania.

— Jak ty zawsze wiesz, co powiedzieć…

— Co?

— Boję się… — powiedziała cicho.

— Nie bój się. Jestem z tobą na dobre i na złe. Wierzę, że jakoś oboje z tego wybrniemy.

Zamknęła oczy.

Pozwoliła sobie uwierzyć, że jego słowa naprawdę wystarczą. Że jego obecność może choć odrobinę zagłuszyć strach, który coraz mocniej zaciskał się wokół jej szyi.

Rozdział 10
Straż sąsiedzka

Isa była przygnębiona i zmęczona bardziej niż kiedykolwiek. Psychicznie i fizycznie wykończyła ją wizyta w więzieniu i stres związany z przejęciem majątku Mirka o niepewnym pochodzeniu.

Zdążyła dopiero co zdjąć buty, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi.

Westchnęła z lekką irytacją. Umawiała się z Wojtkiem na spotkanie wieczorem, za kilka godzin, a nie teraz.

Otworzyła drzwi i aż ją zamurowało.

Zamiast Wojtka na progu stała pani Halinka. W jednej ręce trzymała blaszane pudełko, z którego pachniało drożdżowym ciastem, a w drugiej ogromną torebkę.

— Dziecko kochane, przyszłam cię ratować! — Oznajmiła uroczyście.

Isa zamrugała szybko.

— Przed czym?

— Przed bandytami. Dobrze widziałam, co się dziś rano wydarzyło.

Nie czekając na zaproszenie, kobieta wparowała do środka i podążyła prosto do kuchni.

— Upiekłam drożdżówkę. W stresie człowiek potrzebuje czegoś słodkiego albo odrobinę nalewki wiśniowej. Ale ksiądz proboszcz powiedział, że drożdżówka będzie bardziej na miejscu. Masz wystarczająco dużo zmartwień, więc nie należy cię jeszcze popychać w ramiona uzależnienia.

Isa w końcu odzyskała mowę.

— Ksiądz proboszcz zajmuje się teraz dietetyką?

— Nie. Bezpieczeństwem publicznym.

— Słucham?

Sąsiadka usiadła przy stole, poprawiła okulary i ściszyła głos, jakby zamierzała wyjawić tajemnicę państwową.

— Zakładamy straż sąsiedzką.

Isa zaniemówiła na chwilę.

— Co zakładacie?

— Straż sąsiedzką.

— Kto?

— Ja, Grażynka, ksiądz proboszcz i jeszcze kilka osób najbardziej zaangażowanych w życie religijne naszej ulicy.

— Ksiądz proboszcz?

— Naturalnie. Powiedział, że zło nie śpi.

— Jezu, już się boję — Isa mruknęła z przekąsem.

— Nie bluźnij, dziecko. Nie wzywaj imienia Pana Boga na daremno — pouczyła ją groźnie pani Halinka.

Isa zamilkła posłusznie. Nie była osobą, która nie wiedziała, co powiedzieć, ale tym razem ją zamurowało. Odruchowo wyjrzała przez okno, przyzywając w myślach Wojtka na ratunek.

Sąsiadka wyciągnęła z torebki gruby zeszyt. Na okładce widniał napis wykonany czerwonym flamastrem:

STRAŻ SĄSIEDZKA

— Czujność to podstawa — oznajmiła w odpowiedzi na pytający wzrok Isy.

Isa zagryzła wargę, aby nie parsknąć śmiechem.

— Mogę zapytać, co znajduje się w środku?

— Wszystko. To się przyda nowej straży sąsiedzkiej — starsza kobieta postukała palcem wskazującym w otwarty zeszyt — tutaj są wszystkie moje obserwacje.

— Obserwacje?

Pani Halinka przewróciła kartkę.

— Siedemnastego pies pani Krysi wszedł na posesję państwa Malinowskich.

— To chyba nie przestępstwo.

— Niby nie, ale — uniosła palec wskazujący — porwał jednego z kapci pana Malinowskiego, które leżały na schodach. A to już jest strata dla państwa Malinowskich, bo musieli kupić nowe kapcie! A wszystkiemu jest winny pies pani Krysi, więc to ona powinna zwrócić pieniądze panu Malinowskiemu!

Przewróciła kartkę.

— Dwudziestego pierwszego koło twojego domu kręcił się jakiś podejrzany mężczyzna.

— Podejrzany?

— Tak, był całkowicie łysy!

— A poza tym, że był łysy, to co przeskrobał?

— Nic, ale tylko dlatego, że przepłoszył go ten twój nowy sąsiad! A dzisiaj, zaraz po tym, jak postanowiliśmy założyć straż, od razu odnieśliśmy sukces.

— Aż się boję zapytać.

— Wykryliśmy kolejnego podejrzanego osobnika.

— Naprawdę?

— Ubranego całego na czarno.

— O…

— Na wielkim motocyklu, który ryczał jak sam diabeł!

— I co?

— Zadzwoniłyśmy z Grażynką na policję.

— I?

Sąsiadka już miała odpowiedzieć, kiedy zadzwonił jej telefon. Spojrzała na wyświetlacz, odsuwając telefon od oczu.

— O, Grażynka.

Włączyła głośnik.

— Halinka! Alarm odwołany!

— Który?

— Ten z motocyklistą!

— Dlaczego?

— Okazało się, że to nowy kleryk!

Isa parsknęła śmiechem, ale natychmiast zamilkła pod ciężarem karcącego wzroku sąsiadki.

— Jesteś pewna? Nie pomyliłaś się? — Dociekała pani Halinka.

— Ksiądz proboszcz mi go przedstawił. Nie wiedziałam, gdzie oczy schować, kiedy ten kleryk zaczął się żalić, że ktoś wezwał na niego policję!

Sąsiadka westchnęła ciężko.

— No cóż… to tylko mała wpadka… ale przynajmniej czujnością wykazałyśmy się wzorową.

— To prawda.

— Dobrze. To do zobaczenia na obchodzie — szepnęła konspiracyjnie do słuchawki.

Isa tak mocno próbowała powstrzymać kolejny wybuch śmiechu, że aż poleciały jej łzy.

— A czemu ty płaczesz, dziecko?

— Wzruszyłam się waszą skutecznością i troską o lokalne społeczeństwo — odparła Isa na jednym wdechu.

Sąsiadka aż pokraśniała na twarzy na dźwięk tej pochwały, zupełnie nie zwracając uwagi na sarkazm w głosie Isy. Ośmielona tym uznaniem, pochyliła się nad stołem.

— Ale przyszłam tu w ważniejszej sprawie.

— Tak?

— Chcę ci powiedzieć, że nie jesteś sama — szepnęła konspiracyjnie — obronimy cię. To ta wizyta tego bandyty nas zainspirowała do utworzenia straży sąsiedzkiej. Można więc powiedzieć, że jesteś matką chrzestną naszej straży.

— Bardzo mi miło — wydukała, dławiąc się ze śmiechu.

— Mam więc do ciebie prośbę.

— Już się boję…

— Nie, nie spokojnie. To nic wielkiego. Chodzi o to, że w naszej straży brakuje nam młodych, silnych mężczyzn. Takich jak ten twój nowy sąsiad, pan Wojtek…

— I co ja mam z tym zrobić? — Zapytała ostrożnie.

— Potrzebujemy takiej… no… jakby to powiedzieć… przynęty.

— Mam stać na drodze i zanęcać mężczyzn, abyście mogli ich wcielić do swojej straży? — Oczy Isy rozszerzyły się ze zdumienia.

— Ależ skąd, drogie dziecko — zaśmiała się pobłażliwie pani Halinka — pan Wojtek nam wystarczy, tylko… ktoś musi go przekonać…

— Do czego?

— Żeby był po naszej stronie, a nie po stronie tych złoczyńców.

Isa przestała się uśmiechać. Od rozbawienia przeszła do autentycznej konsternacji.

— Nie bardzo rozumiem…

— Widziałam tego podejrzanego typa w tym samochodzie — sąsiadka pokiwała głową z poważną miną — miałaś szczęście, że ci nic nie zrobił. Dobrze, że wezwałaś policję, chociaż zupełnie nie rozumiem, dlaczego pan Wojtek tak się za nim wstawił.

Isa zmarszczyła brwi.

— Co miał zrobić? Policja go sprawdziła i sama puściła.

Starsza kobieta pokręciła przecząco głową.

— Nie.

— Tak. Tak było.

— Drogie dziecko — kobieta wyprostowała się z godnością — wszystko doskonale widziałam. Nawet podeszłam bliżej i powiedziałam parę słów do słuchu temu bandycie. Potem do akcji wkroczył policjant. Już otwierał drzwi tamtego samochodu.

— I?

— I wtedy pan Wojtek włączył się do akcji. Rozmawiał najpierw z policjantem, a potem z tym bandytą.

— O czym?

— No, nie wiem, bo kazali mi odejść. Ale stałam dalej i obserwowałam.

— I co się działo?

— Rozmawiali. Bardzo żywiołowo. Dopiero później policjant machnął ręką, oddał dokumenty i wszyscy się rozjechali.

Isa poczuła, jak coś zimnego przebiega jej po plecach.

— Jest pani pewna?

— Dziecko… — pani Halinka wyprostowała się z godnością — kieruję strażą sąsiedzką.

Isa patrzyła na nią w milczeniu. Wesołość, która jeszcze przed chwilą ją wypełniała, rozpłynęła się bez śladu. Bo jeśli sąsiadka miała rację, to znaczyło, że Wojtek nie powiedział jej całej prawdy.

Rozdział 11
Pytania bez odpowiedzi

Isa siedziała na kanapie z kieliszkiem wina, którego nawet nie tknęła. Co chwilę zerkała na bordowo-złotą teczkę leżącą na komodzie. Jeszcze niedawno była zwyczajną kobietą, która utkwiła w nieudanym małżeństwie. Teraz, przynajmniej na papierze, posiadała majątek, którego sama nie potrafiła oszacować. Majątek, który zamiast poczucia bezpieczeństwa przynosił jej coraz więcej pytań.

Na dodatek coś się nie zgadzało w zachowaniu Wojtka. Czasem jego reakcje były dla niej trudne do zrozumienia. Dlaczego tak usilnie namawiał ją do podpisania aktu notarialnego? Czy naprawdę zależało mu na niej, czy raczej na tym, co posiada? Dlaczego twierdził, że ten podejrzany mężczyzna nie był groźny?

Z zamyślenia wyrwało ją charakterystyczne pukanie do drzwi.

Otworzyła.

Wojtek wszedł do środka, ale zamiast ją pocałować albo przytulić, jak to zwykle robił, odruchowo zerknął przez okno.

— Cześć, widziałem, że miałaś gościa.

— Mhm.

— Czego chciała?

Isa wzruszyła ramionami.

— Upiekła drożdżówkę.

— Tylko?

Spojrzała na niego uważniej.

— A co?

— Nic. Tak pytam — ruszył do kuchni — długo siedziała. Prawie godzinę. O czym rozmawiałyście? — Zapytał, obracając się na hokerze.

Odwróciła się i otworzyła lodówkę. Stała przed nią bez ruchu, jakby odpowiedź tkwiła gdzieś między jogurtem a masłem.

— O życiu.

— O życiu?

— O życiu, drożdżówce, klerykach, motocyklach…

— Klerykach? — Zmarszczył czoło.

— Chcesz kawy? — Odwróciła się do niego.

— Jasne.

Obserwował ją uważnie, jak nastawia ekspres.

— Naprawdę tylko tyle? — Nie odpuszczał.

Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

— Dlaczego tak usilnie próbujesz się dowiedzieć, po co przyszła pani Halinka?

— Po prostu jestem ciekawy — zaśmiał się — w końcu akurat ona nie za bardzo nadaje się na twoją zaufaną przyjaciółkę.

Postawiła przed nim filiżankę.

— Skoro tak, to cię zaspokoję.

— Zaspokój mnie — mruknął.

Wstał i podszedł do niej. Objął ją mocno w pasie.

Isa zręcznie wykręciła się od jego objęć.

— Założyli straż sąsiedzką.

Aż zamrugał ze zdziwienia.

— Że co?

— Straż sąsiedzką.

Przez kilka sekund patrzył na nią zupełnie poważnie, po czym parsknął śmiechem.

— Nie wierzę. I co? Patrolują osiedle?

— Na razie „aresztowali” nowego kleryka za korzystanie z motocykla i zbyt czarny outfit.

Wojtek ponownie wybuchnął śmiechem.

Uśmiechnęła się blado na moment, ale potem jej uśmiech powoli zgasł.

— Ale opowiedziała mi też coś innego… coś, co mnie zaniepokoiło.

Śmiech Wojtka przycichł.

— Co takiego?

— O tamtym facecie z samochodu.

Wojtek ostrożnie odstawił filiżankę. Przez ułamek sekundy jakiś dziwny grymas przemknął przez jego twarz.

— A konkretnie?

— Powiedziała, że policja wcale nie puściła go sama.

— A skąd ta cała Halinka może wiedzieć, co zrobiła policja, a czego nie?

— Nie zmieniaj tematu. Powiedziała, że rozmawiałeś z policjantami.

— No pewnie, że rozmawiałem.

— A potem z tamtym typem.

— To też prawda.

— Dlaczego nic o tym nie wspomniałeś?

— A o czym tu było wspominać? — Rozłożył bezradnie ręce — policjant zapytał mnie, czy go znam.

— I?

— Powiedziałem, że nie.

— I tyle?

— Nie.

Westchnął.

— Powiedziałem też, że ty się go boisz.

— Co odpowiedział?

— Że cię nie zna i nie ma pojęcia, kim jesteś.

— A policja mu uwierzyła?

— Tak. Dlaczego mieliby mu nie wierzyć? Zresztą okazało się, że czekał na znajomego.

— Przez kilka godzin?

— Podobno się spóźniał. Nawet do niego zadzwonił, a on potwierdził.

— I dlatego go puścili?

— Tak.

— Czyli okłamałeś mnie.

— Nie.

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Powiedziałeś, że policja go sprawdziła i puściła.

— Bo właśnie tak było.

— Nie, powiedziałeś tylko, że wcześniej sam z nim rozmawiałeś.

Wojtek uśmiechnął się lekko.

— Bo uznałem, że to kompletnie nieistotny szczegół.

Patrzyła na niego w milczeniu. On pierwszy odwrócił wzrok.

— Zaczynam się zastanawiać, ile jeszcze takich „nieistotnych szczegółów” przede mną ukrywasz.

Na jego twarzy zagościł spokojny uśmiech.

— Kochanie…

Podszedł powoli, jakby chciał skrócić nie tylko dzielącą ich odległość, ale i dystans, który pojawił się między nimi. Delikatnie objął ją w pasie.

— Chyba przesadzasz… wątpisz we mnie? — Mruknął i delikatnie pocałował ją w szyję.

— Zaczynam… — odparła, próbując się wydostać z jego objęć, ale tym razem nie pozwolił jej się odsunąć.

Przytrzymał ją mocniej. Próbowała coś powiedzieć, ale zagłuszył jej słowa kolejnym pocałunkiem. Delikatnie, lecz stanowczo oparł ją o kuchenną wyspę, po czym odwrócił twarzą do blatu, a plecami do siebie.

Jedną dłonią podtrzymywał jej głowę, opuszkami palców muskając skórę na szyi. Drugą objął ją w pasie, przyciskając do siebie. Czuła jego niecierpliwy oddech, przyspieszone bicie serca i napięcie całego ciała.

Przymknęła oczy. Jeszcze przed chwilą była zła, podejrzliwa i pełna pytań. Teraz wszystko mieszało się ze sobą — gniew, pożądanie, tęsknota i potrzeba bliskości. Nienawidziła tego, że on potrafił tak łatwo odwrócić jej uwagę.

Odwróciła głowę w jego stronę. Ich pocałunki stawały się coraz bardziej zachłanne, aż w końcu oboje zatrzymali się na moment, próbując złapać oddech. W powietrzu wisiało napięcie, którego żadne z nich nie próbowało już ukrywać.

Zapomniała o pytaniach, podejrzeniach i wszystkich rzeczach, które ich dzieliły. Pozostała tylko bliskość — intensywna, chwilowa i niebezpiecznie łatwa.

Ręką sięgnął niecierpliwie pod jej spódnicę. Niemal jednym ruchem ściągnął jej majtki do połowy ud. Czuła, jak niespokojnym, niecierpliwym ruchem rozpina sobie spodnie. Skórzany pasek jego spodni, opadając w dół, lekko drapał ją po nodze. Chwycił jedną jej nogę i oparł o blat wyspy, odsłaniając sobie drogę do jej wnętrza.

Oparła się rękami o blat, aby zachować równowagę, jednocześnie wypinając się ku niemu. Na swojej pupie czuła, jak bardzo jest gotowy. Niecierpliwie czekała na niego. Sięgnął ręką do jej łona. Chwilę pieścił ją, doprowadzając niemal do ekstazy.

W końcu wszedł w nią, powoli i głęboko. Nie ruszał się przez chwilę, potęgując tym samym jej doznania. Ona jedną ręką sięgnęła do tyłu i chwyciła go za pośladek. Ścisnęła mocno. Jęknął i ruszył do ataku. Jego ruchy były szybkie, gwałtowne. Im szybciej się poruszał, tym bardziej ona unosiła się na wyżyny ekstatycznego uniesienia.

Kiedy jej ciałem wstrząsnął silny dreszcz, opadła na blat wyspy. On pochylił się nad nią i wykonał ostatnie pchnięcie zakończone jego spełnieniem.

Oparła dłonie o blat, oddychając szybko, a Wojtek przytulił ją od tyłu. Przez kilka sekund żadne z nich się nie poruszyło. W końcu pocałował ją w kark i niechętnie odsunął się.

Naciągnął spodnie, ona stała nieruchomo, próbując uspokoić oddech. Dopiero po chwili odwróciła się w jego stronę. Patrząc mu prosto w oczy, obciągnęła spódnicę i ściągnęła majtki, które zsunęły się aż do jej kostek.

— Idę po prysznic — mruknęła.

Chwycił ją za ramię, kiedy przechodziła obok.

— Chętnie pójdę z tobą — szepnął jej do ucha, przesuwając kciukiem po wilgotnej od potu szyi.

— Nie musisz. Osiągnąłeś już swój cel.

— Cel?

— Zawsze kiedy zadaję niewygodne pytania, twoją odpowiedzią jest seks. Tym razem też ci się udało. Nie będę już pytać…

— Co ty mówisz? Myślisz, że… ja po prostu nie mogę się od ciebie oderwać. Myślisz, że jestem z tobą, żeby coś ugrać?

— Czasem tak — odparła sucho.

Uśmiech zniknął z jego twarzy, a w oczach pojawił się błysk gniewu.

— Mylisz się! Nawet nie wiesz, ile ryzykuję, aby z tobą być!

Isa zesztywniała.

— Co?!

Wojtek zmieszał się. Wyglądał tak, jakby sam przestraszył się własnych słów.

— No, chodziło mi o to, że… jestem gotów zrobić dla ciebie bardzo wiele… więcej, niż ci się wydaje. A bycie z tobą jest takie… takie… niesamowite, że… oddałbym wszystko, aby tego nie stracić…

Urwał, szukając właściwych słów.

— Wszystko, to znaczy co?

— Nie mówmy już o tym — podszedł i szybko pocałował ją w czoło.

Nie odwzajemniła gestu.

— Racja, nie mówmy… bo po co być szczerym… — rzuciła z przekąsem i poszła do łazienki.

Został sam w kuchni. Oparł dłonie o blat i długo patrzył w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stała ona.


***


Isa wyszła z łazienki po prysznicu. Na jej skórze lśniły przezroczyste krople wody, a mokre włosy ciężko opadały na plecy.

— Już? — Spytał, patrząc prosto w jej oczy.

— Co „już”?

— Przeszło?

— Wojtek, o co ci chodzi, do cholery?

— O to, że mi nie ufasz, mimo że na to nie zasłużyłem. Isa… naprawdę mi na tobie zależy. Jeśli czasem zachowuję się… inaczej, to tylko dlatego, że martwię się o ciebie i nie chcę, aby nas coś rozdzieliło.

Podszedł i przytulił ją, po czym dał lekkiego pstryczka w nos.

Uśmiechnęła się. Ten drobny gest rozbroił ją skuteczniej niż wszystkie jego wcześniejsze tłumaczenia. Znów zobaczyła w nim mężczyznę, przy którym czuła się bezpieczna.

— No dobra… niech ci będzie — mruknęła, udając obrażoną — ale bądź ze mną szczery. Nie ukrywaj niczego przede mną. Nie zniosę tego. Wystarczy mi, że do tej pory byłam okłamywana i oszukiwana. Drugi raz tego nie zniosę. Mówię serio.

— Oczywiście — powiedział, obejmując ją.

Uśmiechał się, ale jego wzrok uciekł gdzieś za okno, jakby łatwiej było mu patrzeć w ciemność niż w jej oczy.

Po chwili spojrzał na akt notarialny, który leżał niedbale rzucony na komodzie, jakby był czymś niewygodnym, niemal parzącym.

— To jest to? Mogę? — Podszedł do komody i spojrzał na bordowo-złotą teczkę.

— Proszę — mruknęła.

Czytał uważnie, bez pośpiechu. Nie przebiegał pobieżnie wzrokiem po stronach, ale bacznie analizował każde zdanie.

Dostrzegła to.

— Aż tak cię interesuje?

Podniósł wzrok.

— Chcę wiedzieć, na czym stoisz.

— Ja czy ty?

Miała wrażenie, że lekko zbladł.

Uśmiechnęła się.

— Żartuję.

Oddał jej dokument.

— Pilnuj tego.

— Dlaczego?

— Bo to jest ważniejsze, niż ci się wydaje.

— Mówisz dokładnie jak Mirek.

Skrzywił się lekko.

— To akurat kiepski komplement.

Usiedli obok siebie.

Oparła głowę o jego ramię.

— Powiedz mi szczerze…

— Słucham.

— Gdybyś był na moim miejscu, zaufałbyś Mirkowi?

Milczał na tyle długo, że zaczęła podejrzewać, iż w ogóle nie odpowie.

— Nie.

Spojrzała na niego zaskoczona.

— Ale… zaufałbym faktom.

— Czyli?

— Skoro oddał ci wszystko, musiał mieć powód.

— I to cię nie zastanawia?

— Właśnie dlatego mnie zastanawia.

Westchnęła.

— Coraz mniej rozumiem.

— To akurat dobry znak.

— Dobry?

— Gdyby wszystko było dla ciebie oczywiste, oznaczałoby to, że nie jesteś taka niewinna. Ktoś wtedy mógłby uznać, że… trzeba sprawdzić cię dokładniej.

Zmarszczyła brwi.

— Jaki ktoś?

Zawahał się. Odpowiedział dopiero po namyśle, jakby starannie dobierał słowa.

— No, nie wiem… może jacyś niezadowoleni klienci Mirka.

Uniosła głowę i spojrzała na niego badawczo.

— Dlatego się o ciebie boję — dodał szybko.


***


Kiedy zasnęła, Wojtek delikatnie okrył ją kocem. Przez moment patrzył na jej spokojną twarz. We śnie wyglądała tak bezbronnie i niewinnie.

Długo siedział w ciemnym salonie z laptopem na kolanach. Od czasu do czasu oglądał się za siebie, zerkając przez otwarte drzwi do sypialni, upewniając się, że ona nadal śpi.

Na ekranie laptopa migał pusty dokument, a on wpatrywał się w ekran bez ruchu. Kursor pulsował miarowo, jakby niecierpliwie czekał na jego decyzję, której on nie potrafił podjąć.

Przez kilka minut nie napisał ani jednego słowa. W końcu zaczął, ale zawahał się.

Skasował jedyne zdanie, które napisał.

Zaczął od nowa, ale znowu skasował.

Zaklął cicho pod nosem i przesunął ręką po włosach. Odłożył laptop na kanapę i oparł łokcie na kolanach. Zwiesił głowę, tkwiąc tak bez ruchu.

Nagle jego telefon zawibrował. Zanim po niego sięgnął, powoli przetarł dłonią twarz. Odczytał wiadomość.

„Jest potwierdzenie?”

Nie odpowiedział od razu. Patrzył tylko na ekran. W końcu wystukał jedno słowo.

„Tak”.

Kolejna wiadomość przyszła niemal natychmiast.

„Przejdź do kolejnego etapu”.

Telefon zawibrował ponownie. Tym razem wyświetliło się połączenie. Nie odebrał.

Wyszedł na taras i dopiero tam oddzwonił.

— Co jest?

— Chcę się tylko upewnić, że pamiętasz o ostrzeżeniu. Weź się w garść, bo możesz wiele stracić.

— Nie będziemy teraz o tym rozmawiać — odparł sucho.

— To nie jest prośba — padło po drugiej stronie słuchawki, a potem odezwał się sygnał przerwanego połączenia.

Zacisnął szczękę. Spojrzał przez szybę. W słabym świetle lampki nocnej zobaczył Isę, śpiącą zwiniętą pod kocem i obejmującą poduszkę, jakby była jej kołem ratunkowym.

— Gdybyś wiedziała… — szepnął.

Oparł czoło o chłodną szybę. Nie był już pewien, czy potrafi jeszcze wykonać to, czego od niego oczekiwano. Jeszcze niedawno wszystko wydawało się proste. Teraz każde jej spojrzenie, każdy jej uśmiech i każda chwila spędzona razem z nią sprawiały, że plan, którego miał się trzymać, zaczynał się rozsypywać.

Ze strachem pomyślał, że być może największym zagrożeniem nie jest to, co stanie się z nim. Największym zagrożeniem jest to, co przez niego może spotkać ją.

Rozdział 12
Prawda zapisana w pikselach

Zakupy miały być terapią po ostatnich trudnych doświadczeniach. Taką niezbyt tanią, kobiecą wersją odzyskiwania kontroli nad życiem i poprawienia sobie humoru. Jogurt proteinowy, nowa świeca zapachowa i zupełnie niepotrzebna, kolejna szminka: to one miały choć na chwilę polepszyć samopoczucie Isy.

Wracała do domu w zaskakująco dobrym humorze. Miała wrażenie, że życie zaczyna wracać na właściwe tory. Ostatnie dni przyniosły jej coś, czego od dawna nie czuła — spokój.

Coraz częściej łapała się na tym, że przestaje doszukiwać się w każdym geście Wojtka drugiego dna. Jakby coś między nimi powoli odpuszczało. Nie był już tak tajemniczy, przestał zbywać jej pytania półuśmiechem albo wymijającymi odpowiedziami. Coraz częściej opowiadał o sobie, o swojej nudnej pracy, o ludziach, których spotykał, a nawet o drobiazgach, które wcześniej wydawały się mu zbyt błahe, by się nimi dzielić.

Zaczynała wierzyć, że tamten okres niedomówień naprawdę mieli za sobą. Nie ufała mu jeszcze bezgranicznie, ale czuła, że to zaufanie przestaje być ryzykiem, a staje się wyborem.

Nawet w myślach zaczęła układać poważną rozmowę z nim. Chciała porozmawiać o tym, co będzie później. O życiu po rozwodzie i po całym tym koszmarze, który od miesięcy nie pozwalał jej normalnie oddychać.

Postanowiła, że opowie mu również o czymś, co nie dawało jej spokoju. O dziwnym ostrzeżeniu Mirka. „Rozważnie dobieraj sobie kochanków.” Im częściej wracała do tych słów, tym bardziej wydawały jej się absurdalne, a nawet ją śmieszyły. Pachniały tanią zazdrością i urażoną męską dumą. Mirek najwyraźniej nie potrafił pogodzić się z tym, że w jej życiu pojawił się ktoś inny. A może po prostu chciał jeszcze raz namieszać jej w głowie, zanim zniknie z jej życia na dobre.

Dobry humor zniknął, gdy tylko skręciła na podjazd. Drzwi wejściowe były uchylone. Wysiadła z auta i niepewnie weszła na schody.

Zatrzymała się w pół kroku. Torba z zakupami osunęła jej się lekko z ramienia.

„Zapomniałam zamknąć?” — Pomyślała skonsternowana.

Zrobiła kilka kroków w stronę drzwi.

— Nie, no… nie mam jeszcze demencji. Na pewno zamknęłam — mruknęła do siebie.

„Może to Wojtek? Nie, niemożliwe. On przecież nie ma kluczy” — Próbowała znaleźć jakieś przekonujące wyjaśnienie, choć niepokój zaczął się wzmagać.

— Halo? — Zawołała od drzwi.

Odpowiedziała jej nieprzyjemna cisza.

Weszła ostrożnie do środka i od razu zobaczyła bałagan. Szuflady w komodzie były wysunięte, poduszki zrzucone na podłogę, a książki leżały porozrzucane, jak po przejściu małego tornado.

Ktoś nieproszony tu był i wyraźnie czegoś szukał.

— O cholera — jęknęła przez zaciśnięte gardło.

Pierwszy impuls był prosty: Wojtek na pewno coś poradzi.

Rzuciła torbę z zakupami na środek salonu i wybiegła z domu. Przeskoczyła przez mokrą kałużę na chodniku. Zrobiła to dokładnie w momencie, kiedy mijały ją panie Halinka i Bożenka, zmierzające w stronę kościoła. Błotnista woda z kałuży wystrzeliła spod jej buta niczym pocisk artyleryjski i ochlapała jasną spódnicę pani Bożenki. Obie kobiety zatrzymały się jak rażone piorunem, obrzucając ją spojrzeniem pełnym oburzenia i dezaprobaty.

— Popatrz, kochana, jak to jej się spieszy do kochanka — powiedziała dobitnie i głośno pani Bożenka, strzepując błoto ze spódnicy — mąż w więzieniu, a ona tu…

Halinka chwyciła swoją towarzyszkę za ramię i odciągnęła na bok.

— No właśnie Bożenko, pan Mirek zawsze taki uprzejmy, w każdą niedzielę w kościele, a tu takie coś? Kto wie, czy ktoś go nie wrobił — rzuciła znaczące spojrzenie Isie.

— Znacie panie takie powiedzenie: kto siedzi pod figurą, ma diabła za skórą? — Odcięła się i pobiegła dalej, nie czekając na odpowiedź. Za plecami usłyszała jeszcze oburzone:

— Bezczelna!

Zdyszana dopadła do drzwi domu Wojtka. Zapukała raz, drugi i trzeci.

Chwyciła za klamkę, ale ta nie ustąpiła.

Wyciągnęła telefon i wybrała jego numer. Niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, słuchając kolejnych sygnałów w słuchawce.

— No odbierz wreszcie…

Każdy kolejny sygnał tylko potęgował jej zdenerwowanie. Poczuła przypływ paniki. Nie tylko przez włamanie, ale też dlatego, że nagle Wojtka nie było. Do tej pory wystarczało kilka kroków przez ulicę, żeby znaleźć się obok niego. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo przyzwyczaiła się do jego obecności.

Wracając do domu, miała wrażenie, że przytłacza ją jakiś wielki ciężar, którego nie ma siły już dźwigać.

Usiadła na schodach swojego domu i zadzwoniła na policję.

Dwóch policjantów pojawiło się szybciej, niż się spodziewała. Starszy z nich wyglądał tak, jakby widział już wszystkie możliwe katastrofy i nic nie robiło na nim wrażenia.

— Komisarz Maj — mruknął, niedbale okazując odznakę.

Młodszy z policjantów nic nie powiedział, rozglądał się tylko z niezdrową ciekawością.

— Co zginęło? — Zapytał komisarz Maj.

Isa rozejrzała się bezradnie po salonie.

— Właściwie… to nie wiem… Tak na pierwszy rzut oka chyba wszystko jest…

Komisarz Maj pozwolił jej się rozejrzeć po pozostałych pomieszczeniach. Sprawdziła biżuterię, laptop, telewizor, nawet gotówkę, która nie była specjalnie głęboko ukryta. Wszystko było.

— Wygląda na to, że wszystko jest… — spojrzała bezradnie na komisarza Maja.

— Ktoś zrobił pani demolkę i nic nie ukradł?

— Najwyraźniej.

Komisarz podrapał się po policzku.

— Albo to wyjątkowo kiepski złodziej, albo wcale nie szukał pieniędzy.

Te słowa sprawiły, że po plecach przebiegł jej zimny dreszcz.

„Uważaj, kogo wpuszczasz do domu. Nie pozwalaj mu myszkować” — słowa Mirka zabrzmiały w jej głowie jak gong.

Zaraz potem przemknęła jej przez głowę twarz łysego mężczyzny, którego kilka dni wcześniej widziała u Wojtka. I nagle to włamanie przestało wydawać się przypadkowe.

— Może ktoś chciał pani zrobić na złość? Ma pani z kimś jakiś zatarg? — Słowa komisarza Maja dotarły do niej jakby z oddali.

— Nie, ja nie…

— Pani nie, a ktoś z domowników?

— No cóż… mój mąż siedzi w więzieniu za przekręty finansowe…

Policjanci spojrzeli na siebie znacząco.

— Może to któryś z jego byłych wspólników, klientów albo ludzi, którym nadepnął na odcisk — zastanawiał się komisarz Maj.

Uwagę Isy odwróciła uchylona szuflada biurka, przy którym najczęściej pracował Mirek. Podeszła bliżej i wysunęła ją do końca.

— Chwileczkę… były tu dwa stare pendrive’y. Takie sprzed miliona lat.

Mirek… to znaczy mąż, ich czasem używał.

Komisarz Maj spojrzał na nią z większym zainteresowaniem.

— I zniknęły?

— Tak.

— A co na nich było?

— Pojęcia nie mam…

— Skoro ktoś zwinął pendrive’y, to trzeba sprawdzić laptop — Maj rozejrzał się za młodszym policjantem — Piorek! Cho no tu!

„Piorek” usłużnie podbiegł do starszego kolegi, patrząc na niego wyczekująco.

— Weź no sprawdź ten komputer.

„Piorek” bez słowa usiadł przy laptopie. Kliknął coś, potem jeszcze coś. Chwilę pomruczał pod nosem, a potem spojrzał na Isę.

— Ktoś jeszcze korzystał z tego komputera?

— Głównie mąż, kiedy był na wolności… teraz tylko ja z niego korzystam…

— Wygląda na to, że ktoś zainstalował tu oprogramowanie do podglądania aktywności komputera.

Poczuła przenikliwe zimno.

— Co to znaczy?

— Że ktoś mógł sprawdzać, co pani robi, jakie strony odwiedza, wiadomości, pliki… no i widzę też, że kamerka jest odsłonięta, więc…

— Ktoś patrzył, co robię?

— Najwyraźniej… — odparł „Piorek” z poważną miną.

Coś gwałtownie kliknęło jej w głowie. Mirek!

Kontrola była jego ulubionym sportem. Przecież zanim trafił do więzienia, musiał się tego spodziewać. Liczył się z tym, że coś może pójść nie tak. Podczas procesu był na wolności, za kaucją, ale przez cały ten czas chodził rozdrażniony i poirytowany. Potrafił w środku nocy wstać z łóżka i przez godzinę krążyć po domu. A kiedy zapadł wyrok i czekał na wezwanie do stawienia się w więzieniu, był po prostu nie do wytrzymania.

To on musiał zainstalować ten program. Przecież nie znosił być zaskakiwany. Nie znosił tracić kontroli. Zrobił to, aby ją kontrolować, kiedy go nie będzie! Tak, to musiał być on!

Nagle dotarło do niej jeszcze coś. Przypomniała sobie wieczory spędzane z Wojtkiem. Poczuła, jak twarz oblewa gorąco na wspomnienie kilku uniesień, które przeżyła na tym biurku. Zaraz potem lodowaty dreszcz przeszył jej ciało.

„O Boże! Ktoś nagrał to, co tu robiłam z Wojtkiem” — pomyślała z przerażeniem.

W jej głowie od razu wszystko ułożyło się w logiczną całość. Kiedy Mirek wróci, będzie miał koronny dowód na jej zdradę! Pewnie dlatego tak chętnie zaoferował jej ten układ. Dobrze wiedział, że mu zwróci wszystko bez wahania, aby tylko nagrania nie ujrzały światła dziennego! Miał ją w garści. Przypomniała sobie jego dziwnie spokojną reakcję podczas widzenia. Żadnej zazdrości, żadnej awantury, ani zaskoczenia.

Ale zaraz pojawiła się kolejna myśl.

„A jeśli to nie Mirek? Może to nie on to zainstalował? Mówił przecież, że ma znajomych, którzy mu donieśli o romansie. Może to ktoś z nich się tu włamał i zainstalował ten program, żeby mnie szpiegować? To jeszcze gorzej! Jeszcze ktoś inny widział intymne szczegóły! Może ktoś od dawna siedział po drugiej stronie ekranu i patrzył!”

Nieoczekiwanie własny dom wydał jej się obcy i niebezpieczny.

Niemal podskoczyła, kiedy starszy policjant zamknął głośno notes.

— Zbladła pani. Coś sobie pani przypomniała?

— Nie, skąd — mruknęła.

Nie mogła przecież powiedzieć mu o romansie i o propozycji Mirka. Od razu stałaby się podejrzaną o to, że próbuje ukryć majątek o wątpliwym pochodzeniu.

— I jeszcze jedno — powiedział spokojnie komisarz Maj — czy ktoś ostatnio szczególnie interesował się pani sprawami?

Pierwsza jej myśl ją zaskoczyła: Wojtek. Szybko ją jednak odrzuciła. To przecież Mirek miał powód, aby ją śledzić. To on ją ostrzegał: „rozważnie dobieraj sobie kochanków”. Wtedy odebrała te słowa jako przejaw urażonej dumy i zazdrości. Teraz jednak zabrzmiało to inaczej.

A może to nie była zazdrość, tylko ostrzeżenie albo groźba?

A może jedno i drugie.

Rozdział 13
Człowiek z niewyraźną przeszłością

Dom po włamaniu stał się jakiś obcy i nieprzyjemny. Niby wszystko było na swoim miejscu, a jednak Isa miała wrażenie, że ktoś zostawił w nim jakiś niewidzialny ślad swojej niechcianej obecności.

Nie mogła usiedzieć na jednym miejscu. Raz po raz sprawdzała zamek w drzwiach, okna, telefon, którego Wojtek nadal nie odbierał.

Drżącymi palcami napisała wiadomość: „kiedy będziesz?”

Potem drugą: „oddzwoń, proszę”.

I trzecią: „boję się”.

Minęła dwudziesta druga. Potem dwudziesta trzecia, a później północ.

Dom po sąsiedzku wyglądał jak martwy. Nie paliło się ani jedno światło, nie widać było ani jednego ruchu.

Siedziała na kanapie w bluzie Wojtka, którą kiedyś zostawił u niej „przez przypadek” i zaczynała coraz bardziej nienawidzić własnej zbyt kreatywnej wyobraźni. To właśnie ona pisała w jej głowie scenariusze iście rodem z filmów Hitchcocka. Przerobiła już wypadek samochodowy, porwanie, a nawet powrót łysego typa, który w czarnym worku wyniósł zwłoki Wojtka i zakopał je w ogródku. Najbardziej jednak przemawiała do niej wizja Wojtka napadniętego przez panią Halinkę i Bożenkę, które w imię zasad moralnych uwięziły w swojej piwnicy gorszącego okolicę kochanka niewiernej żony. Wyobraziła sobie, jak zmuszają go do odmawiania różańca, polewają wodą święconą i sprawdzają, czy przypadkiem nie zacznie syczeć jak demon z horroru.

Wszystkie te wizje jednak przyćmiła kolejna. Mirek. Przecież wiedział o romansie i o Wojtku. Nawet ją ostrzegał. Wtedy brzmiało to jak zwykła zazdrość. Teraz jednak nabrało znacznie gorszego wymiaru.

Z drugiej strony Mirek siedział. Sam nie mógł nic zrobić Wojtkowi.

A jeśli jednak coś zrobił? Przecież mówił, że ma różne znajomości. Może nawet to on nasłał na Wojtka tego łysego typa.

Nie spała prawie całą noc. Jej wyobraźnia podsuwała jej coraz to mroczniejsze obrazy.

Nad ranem była już tak zmęczona, że zaczęły mieszać jej się myśli z koszmarami. Oczami wyobraźni widziała Mirka, upiornie uśmiechniętego, który zakopuje coś w ciemnym lesie, a za jego plecami leży świeżo przekopana ziemia.

O ósmej rano postanowiła pojechać na komisariat. Była przekonana, że musi zgłosić zaginięcie Wojtka.

Młodszy aspirant Piotr Stępień, który nadal funkcjonował w jej głowie jako „Piorek”, spojrzał na nią zza biurka zmęczonym wzrokiem.

— Od kiedy nie ma kontaktu z pani sąsiadem?

— Od wczoraj.

— Imię?

— Wojciech.

— Nazwisko?

— Kubiszyn.

Policjant spojrzał na nią uważnie, ale nic nie powiedział.

— Data urodzenia?

Isa podała ją bez najmniejszego zawahania. To była pierwsza informacja, którą wyciągnęła od Wojtka. W końcu każda szanująca się kobieta musi sprawdzić, spod jakiego znaku jest jej kandydat na kochanka i czy do siebie pasują.

— Adres?

— Ogrodowa 8.

— Zawód?

Zawahała się.

— Projekty finansowe… — powiedziała niepewnie.

— Co to znaczy?

— No… zajmuje się finansami.

Zerknął na nią podejrzliwie.

— Czy pani dobrze zna tego człowieka?

Poczuła rumieniec na twarzy, bo dotarła do niej dość kompromitująca prawda. Znała doskonale każdy centymetr jego ciała. Wiedziała, jak pachnie zaraz po prysznicu, jak wygląda jego uśmiech tuż po przebudzeniu i jak zabawnie marszczy nos, kiedy pije zbyt gorącą kawę. Potrafiła bezbłędnie rozpoznać dźwięk jego kroków i oddech, zanim jeszcze się zbliżył.

A mimo to tak naprawdę prawie nic o nim nie wiedziała. Poza garścią nic nieznaczących szczegółów, które od czasu do czasu mimochodem jej opowiadał. Pamiętała historię o panu Janku, konserwatorze z jego firmy, który wylał wodę na dokumenty i przez to Wojtek musiał zostać niemal całą noc po godzinach, żeby wszystko odtworzyć. Pamiętała opowieść o kliencie marzącym o otwarciu klubu nocnego za unijne pieniądze, z którym Wojtek jeździł kilka dni i szukał odpowiedniego lokalu. Dlatego nie mogli się spotkać przez kilka dni. Takich anegdot było mnóstwo. Tyle że wszystkie dotyczyły innych ludzi. Nigdy jego. Nie znała jego rodziny, nie wiedziała, czy ma rodzeństwo, skąd pochodził, gdzie dorastał, ani gdzie wcześniej mieszkał, ani co robił, zanim pojawił się w jej życiu. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że wie więcej o problemach obcych ludzi z jego pracy niż o mężczyźnie, z którym dzieliła łóżko.

Wyciągnęła telefon.

— Mam zdjęcie — mruknęła, próbując zatrzeć złe wrażenie.

Pokazała fotografię. Zrobiła ją kiedyś ukradkiem na tarasie. Wojtek siedział bokiem, śmiał się z czegoś, czego już nawet nie pamiętała. Nie zauważył, że robi mu zdjęcie. Nie chciał, żeby go fotografowała, ale ona tak bardzo chciała mieć choć jedno jego zdjęcie, aby czasem sobie na niego popatrzeć, kiedy była sama.

„Piorek” zmarszczył brwi. Odwrócił ekran w stronę komisarza Maja, który siedział przy biurku obok i zapamiętale stukał w klawiaturę komputera, nie zwracając najmniejszej uwagi na dramat Isy.

Starszy funkcjonariusz spojrzał na wyświetlacz od niechcenia, po czym uśmiechnął się, patrząc z politowaniem na Isę.

— No proszę — mruknął.

Isa poczuła zimno. Czyżby Wojtek był poszukiwanym oszustem matrymonialnym albo, co gorsza, mordercą?

— Co? — Spytała cienkim głosem.

Komisarz Maj palcem wskazał na ekran.

— Tego to akurat znam. Stary znajomy…

Serce uderzyło jej mocniej.

— Znajomy?

Mężczyzna spojrzał na nią z mieszaniną współczucia i rozbawienia.

— Pani myśli, że kim on jest?

— No… inwestycje? Projekty? Finanse?

Komisarz Maj westchnął.

— Proszę pani. Ten człowiek jest prywatnym detektywem.

— Słucham?

— Prywatny detektyw — powtórzył spokojnie — pracowałem kiedyś przy sprawie jednego porwania i on też tam był. Swoją drogą koncertowo spieprzył całą akcję.

Patrzyła na zdjęcie Wojtka w telefonie. Na szeroki uśmiech człowieka, którego, jak ostatnia idiotka, wpuszczała do domu, do łóżka i do swojego życia. Przypomniała sobie wszystkie pytania o konta, o majątek, o upoważnienia, o Mirka. O wszystko, o co normalny zakochany mężczyzna nie powinien pytać. Co gorsza, przypomniała sobie te wszystkie jego usilne namowy, żeby przystała na układ z Mirkiem. Poczuła, jak robi jej się niedobrze.

— To… dlaczego udawał?

Komisarz Maj wzruszył ramionami.

— Dobre pytanie.

Isa wreszcie dopuściła do siebie myśl, której rozpaczliwie nie chciała zaakceptować.

Może Mirek jednak naprawdę próbował ją ostrzec, a Wojtek nie pojawił się przypadkiem. Może pracował dla jakiegoś byłego klienta Mirka, który w ten sposób chciał odzyskać, co stracił? Przecież łatwiej będzie przycisnąć żonę oszusta niż jego samego! To dlatego namawiał ją do przejęcia majątku Mirka. Tak szybciej odzyskałby należności dla swojego klienta!

Rozdział 14
Burza z piorunami

Minęły cztery dni. Cztery bardzo długie, bardzo trudne dni. Isa zdążyła przejść wszystkie etapy emocjonalnej katastrofy. Najpierw strach, potem rozpacz, później gniew, a na końcu urażona duma i poczucie odrzucenia połączone z pragnieniem uduszenia poduszką zarówno Wojtka, jak i Mirka oraz przeklęcia na wieki całego męskiego rodu.

Wojtek od czterech dni się nie pojawił, nie odbierał telefonu, nie odpisywał na wiadomości ani maile. Nic. Zero kontaktu. W jej głowie przewinęły się tysiące scenariuszy. Od Wojtka w czarnej kominiarce, skradającego się do jej domu, po Wojtka martwego, zakopanego gdzieś w lesie, który bohatersko próbował zatrzymać włamywacza, a ten w odwecie zamordował go z zimną krwią.

Piątego dnia wieczorem stała przy oknie z kubkiem herbaty i mocnym postanowieniem, że już nigdy, przenigdy nie zaufa żadnemu mężczyźnie. Wtedy go zobaczyła. Szedł szybko ścieżką do swojego domu. A właściwie nie tyle szedł, ile się skradał, rozglądając się ukradkiem na boki.

— O ty gnoju! — Syknęła, stawiając ze złością kubek na stole, z taką siłą, że aż jego zawartość chlupnęła na blat — ty pieprzony Sherlocku z wyprzedaży!

Wybiegła w pośpiechu z domu. Dopadła go przy drzwiach.

— No proszę! Zguba się znalazła!

Odwrócił się gwałtownie. Wyglądał na autentycznie zaskoczonego.

— Isunia?

— Nie isuniuj mi tu teraz! — Pchnęła go dłonią w ramię znacznie mocniej niż planowała — ty pieprzony oszuście! — Warknęła, piorunując go wzrokiem.

Zamrugał szybko, jakby próbował powstrzymać łzy.

— Okej. Mocne wejście — powiedział, podnosząc ręce w geście kapitulacji.

— Cztery dni! Cztery pieprzone dni! A ja głupia zgłosiłam twoje zaginięcie!

— Zgłosiłaś? Komu?

— Policji!

Zamarł.

— Policji? — Powtórzył wolno.

— Tak! I przy okazji dowiedziałam się, kim jesteś, panie, kurwa, prywatny detektywie!

Wojtek przymknął oczy, jakby właśnie zobaczył rozpędzoną ciężarówkę i wiedział już, że nie zdąży uskoczyć.

— Oho.

— Co „oho”? ! — Krzyknęła.

— Powiedzieli ci, że jestem prywatnym detektywem? — Spytał ostrożnie.

— Owszem! Powiedzieli!

— Kto ci to powiedział?

— Komisarz Maj!

— A… no tak… komisarz Maj… Wiesz, komisarz Maj ma nieaktualne informacje. Jestem… byłym prywatnym detektywem — odparł cicho.

— Och, przepraszam. No rzeczywiście, to wszystko zmienia — kpiła, zakładając ręce na piersi — co jeszcze? Pracujesz dla Mirka? Szpiegujesz mnie? To ty mu wszystko powiedziałeś? O to chodziło z tymi pytaniami o dom, konta i rozwód? Co?! Nagrywałeś mu, jak się pieprzymy?!

— Nie drzyj się tak — syknął — ludzie słuchają.

Zerknął na jakiś obcy samochód stojący na ulicy, w którym siedziało dwóch mężczyzn, którzy ewidentnie mieli niezłą zabawę, obserwując ich scysję.

— Niech sobie słuchają! Niech się dowiedzą, jakim jesteś dupkiem!

Ku jej irytacji nie tłumaczył się. Patrzył tylko z lekkim, bezradnym uśmiechem.

— Hej, Isunia, posłuchaj… — próbował ją uspokoić, dotykając jej ramienia.

Odepchnęła jego rękę ze złością.

— Nie dotykaj mnie, ty… męska dziwko!

Westchnął ciężko, ale nic nie odpowiedział.

— Możemy wejść? — Wskazał ręką na drzwi.

Dopiero teraz zauważyła, że wyglądał na bardzo zmęczonego i dziwnie smutnego. Podkrążone oczy, kilkudniowy zarost i zmęczona twarz dobitnie świadczyły, że coś jest nie tak.

Zawahała się.

Ponaglił ją wzrokiem.

— Owszem, wejdę, ale tylko po to, aby zabrać stąd wszystkie moje rzeczy! — Fuknęła, podnosząc dumnie głowę.

Odsunęła się, kiedy delikatnie dotknął jej pleców, gdy przechodziła obok niego.

— Isa…

Kiedy usłyszała ten jego ton, taki spokojny i czuły, coś w środku niej odrobinę zmiękło. Mówił tak do niej w najbardziej intymnych momentach.

Weszli do środka. Wojtek zdjął kurtkę i zamilkł. Spojrzał na nią, po czym wskazał jej ręką wejście do kuchni, zapraszając gestem do wejścia.

— Tak, to prawda — powiedział w końcu — byłem prywatnym detektywem.

— I?

— I już nie jestem — oparł dłonie o blat kuchenny — straciłem licencję.

Zaskoczyło ją to. Spodziewała się manipulacji i kłamstwa, ale nie szczerości.

— Za co? — Spytała z nadal obrażoną miną.

Zaśmiał się krótko.

— Za głupotę — spojrzał gdzieś obok niej, jakby wracał do czegoś, czego nie chciał pamiętać — to była sprawa porwanego dziecka.

— Komisarz Maj coś wspomniał…

— To była ośmioletnia dziewczynka. Ojciec błagał o pomoc. Dostałem informację od człowieka, któremu zaufałem. Twierdził, że wie, gdzie ją przetrzymują. Mówił, że nie ma czasu na procedury, że dziecko może umrzeć.

Przetarł ręką twarz.

Isa poczuła, że jej złość minimalnie ustępuje. Nie chciała mu współczuć. Naprawdę nie chciała. A jednak coraz trudniej było jej patrzeć na niego jak na cynicznego manipulatora.

— I?

— Poszedłem tam. Nikomu nic nie zgłosiłem. Wierzyłem, że ratuję temu dziecku życie. Złamałem chyba wszystkie możliwe procedury, no i… dałem się wrobić. Okazało się, że to był plan porywaczy. Kiedy już tam byłem, ktoś zgłosił na policję, że porywacz jest tam, gdzie ja poszedłem. To były stare, opuszczone magazyny. Wpadłem w pułapkę. Policja zastała mnie na miejscu, dyndającego pod sufitem, zawieszonego na linie za nogę. W tym czasie porywacze wymknęli się nagonce. Policja zamiast ich szukać, ratowała mnie z opresji. Zrobili ze mnie idiotę. Licencję zabrali mi razem z godnością.

Przestał mówić. Zrobiło tak cicho, że słychać było przelatującą nad ich głowami jakąś zabłąkaną muchę.

— A dziewczynka? — Spytała cicho.

— Znalazła się cała i zdrowa, tylko że jej rodzice przepadli bez wieści…

— I co było dalej?

Wojtek wzruszył ramionami.

— Teraz naprawdę pracuję przy funduszach unijnych. Pomagam firmom zdobywać finansowanie i czasem… sprawdzam uczciwość kontrahentów mojego szefa.

Mimowolnie prychnęła.

— Serio?

— Serio. Po tamtej kompromitacji nigdzie nie mogłem znaleźć pracy. Nie przepadam za tym, co robię, ale nikt inny nie chciał mi dać szansy… — spojrzał na nią badawczo — a o detektywie ci nie powiedziałem, bo bałem się dokładnie tego.

Zmarszczyła brwi.

— Czego?

— Tego, co właśnie się dzieje.

Rozłożył ręce.

— Że pomyślisz, iż cię śledzę, że pracuję dla Mirka albo mam jakiś chory plan — pokręcił głową — nawet chciałem ci powiedzieć, ale… no cóż, to nie jest zbyt chwalebna karta w mojej karierze. Isunia… ja naprawdę cię poznałem przypadkiem, a potem zrobiło się za późno na przyznanie się. Bo im bardziej cię lubiłem, tym bardziej brzmiałoby to podejrzanie.

Bardzo chciała dalej być obrażona i podejrzliwa. Problem polegał na tym, że Wojtek brzmiał naprawdę rozsądnie. A to zdecydowanie nie sprzyjało starannemu pielęgnowaniu focha.

Dlatego skrzyżowała ręce jeszcze mocniej. Tak na wszelki wypadek.

— Nadal ci nie ufam — mruknęła.

Uśmiechnął się słabo.

— Wiem.

— Nadal cię podejrzewam.

— Też wiem.

— I nadal mam ochotę ci przypieprzyć.

Uniósł lekko brwi i zbliżył się do niej powoli z tym swoim aroganckim uśmieszkiem.

— To brzmi podniecająco — mruknął, przyciągając ją do siebie.

Nie odepchnęła go. I natychmiast się za to znienawidziła. Bo on dokładnie tak działał. Najpierw człowiek chce go zamordować, a potem zaczyna się zastanawiać, czy jednak nie poczekać z tym do jutra.

Stała niezdecydowana, bez ruchu, usilnie próbując sobie przypomnieć, że przecież przyszła tu po to, aby urządzić karczemną awanturę.

On jakby nie zauważał jej obrażonej miny. Całował ją delikatnie po szyi.

— Już mi wierzysz? — Mruknął między jednym a drugim pocałunkiem.

Ostatkiem sił go odepchnęła.

— Nie! To wszystko nie wyjaśnia, gdzie ty, do cholery, byłeś?

Uśmiech powoli zniknął z jego twarzy.

— To długa historia.

— Mamy całą noc — ponownie skrzyżowała ręce na piersi.

— To brzmi obiecująco — mruknął ochrypłym głosem.

— Nie zmieniaj tematu erotomanie z odzysku! Odpowiadaj!

Westchnął ciężko, odsunął się lekko i przetarł dłonią kark.

— Po tym, jak się pokłóciłem z tamtym facetem… tym, którego minęłaś u mnie… zaczęło robić się dziwnie.

Isa od razu skupiła całą swoją uwagę na jego słowach.

— Co to znaczy „dziwnie”?

— Zaczął wydzwaniać. Grozić.

Spojrzał gdzieś obok niej.

— Twierdził, że jeśli nie odpuszczę pewnej sprawy, zrobi się nieprzyjemnie.

— Jakiej sprawy?

Zawahał się.

— Mówiłem ci już… pomagam czasem w sprawdzaniu różnych finansowych przekrętów przy dotacjach. Legalnie, żeby nie było. Odkryłem, że ktoś próbował przepchnąć bardzo brudny interes…

Patrzyła na niego spod zmrużonych oczu. To akurat brzmiało wystarczająco nudnie i wiarygodnie.

— I co?

— Najpierw pojawił się tutaj ten łysy, a potem ktoś próbował włamać się do biura mojej firmy. Szef polecił mi zniknąć i z nikim się nie kontaktować. Chcieliśmy zastawić pułapkę na łysego.

— I dlatego nie odbierałeś telefonu?!

— Tak, musiałem go wyłączyć, żeby mnie nie namierzyli. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałem do ciebie zadzwonić, ale nie mogłem cię narażać.

Zrobił jeden mały krok w jej kierunku.

Spojrzała na niego. Zauważyła, że gdzieś zniknął ten jego bezczelny uśmieszek. Został tylko zmęczony facet z poczuciem winy wypisanym na twarzy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 72.84