E-book
15.75
drukowana A5
40.71
Sczurzym tropem

Bezpłatny fragment - Sczurzym tropem

Prawa magii


Objętość:
129 str.
ISBN:
978-83-8455-550-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 40.71

I

1.

Siedział na dachu starego królewskiego kurnika, z którego miał widok na ulicę Trzech Bogiń. Ostatni ślad po królewskiej posiadłości w tym miejscu, chwiał się i trzeszcza, kiedy młody mag robił zbyt gwałtowny gest, odpędzając się od much, komarów i innych owadów. Ta szeroka, piękna ulica bogaczy, z ich ogromnymi rezydencjami, była przecięta wąskimi cuchnącymi uliczkami biedoty. Jednak tylko kopuły i dachy rezydencji bogaczy były widziane ponad murami. Dzięki magii płynącej tym miejscem, każdego biedaka było stać na to by otrzeć się o wielką fortunę. Lub przynajmniej lektykę, w której niesiono bogacza. Każdy kto miał w sobie choć iskrę magi lub choćby lekko ją wyczuwał był tam mile widziany i żaden bogacz nie mógł tego zmienić. Prawa magi stały nad prawami ludzi.

Młody, zarośnięty płowowłosy mag ziewnął i zeskoczył miękko na ziemię. Stał na rogu ulic zastanawiając się, w która stronę ruszyć. Jego szata połyskiwała i elektryzowała się. Magia przypomniała mu o sobie i kusząco starała się go gdzieś zaprowadzić. Mrucząc pod nosem przekleństwa schował ją do swojej przepastnej torby. Za duża błękitna kiedyś koszula, którą miał pod szatą, była już mocno podniszczona, podobnie jak skórzane spodnie i połatane buty. Do tego miał już za długie płowe włosy i potarganą brodę. Wielki nieforemny prawie czarny kapelusz chronił go i osłaniał nie gorzej niż laska. Ogólnie nie wyglądał zbyt reprezentacyjnie, i dlatego wolał nie pokazywać się nigdy, gdzie go znano. Jak już będzie potężnym i bogatym magiem, wtedy wszystkim pokaże… ale do tej pory musiał radzić sobie jak umie… Ostatnio nie miał pieniędzy na porządną łaźnię, a tanich nie cierpiał.

Rozejrzał się leniwie. Nie miał konkretnych planów, poza spotkaniem z przyjacielem. Zastanawiał się nad tym co mógłby jeszcze zrobić, by zapełnić czas przed kolejnym przyjacielskim pojedynkiem. Zawsze kiedy rozstawali się na dłużej, przy ponownym spotkaniu, sprawdzali czego się nauczyli, i który z nich jest teraz silniejszy. Wiedział że ma niejedno do pokazania przyjacielowi. Musiał tylko cierpliwie poczekać, aż ten w końcu dotrze, a tego nie lubi. Z drugiej strony na nic nie miał ochoty. Nic nie musiał robić. Rozważał kilka opcji kiedy coś poczuł. Nie po raz pierwszy, zadecydował za niego jego nos. I pusty żołądek.

Mag węsząc zrobił jeszcze jeden krok i nagle otoczył go intensywny, niezwykły wprost i boski zapach zupy, z jakiej słynęła dzielnica nadmorska. Wiele razy czuł ten nieziemski zapach, ale tym razem kompozycja była tak wyrazista i smakowita, że przejęła nad nim kontrolę. Był gotów iść gdziekolwiek woń go zaprowadzi. Przelotnie pomyślał o przyjacielu, ale dekoncentrował go zapach zupy i wilczy głód. Przyjaciel powinien trafić na jego trop i go znaleźć. O ile go znał, też się nie oprze takiemu specjałowi. I już bez wyrzutów sumienia ruszył za cudowną wonią zupy.

Wkroczył między cienie i ostrza. Po przebyciu stu kroków usłyszał cichy szept i pytanie, na które szybko odpowiedział.

— Jesteś wierny?

— Aż do śmierci — mówił to z głębi serca i duszy.

Pozwolono mu iść dalej. Fanatyczni strażnicy porządku magi byli groźni jeśli nie okazywało się szacunku mocy. On sam uwielbiał magię aż do bólu i był gotów dla niej walczyć i umrzeć. Niewielu ludzi to rozumiało. I to go oddalało od nich. Od zwykłego życia i zwykłych spraw.

Zapach robił się coraz mocniejszy, i jeszcze bardziej zniewalający. Nigdy jeszcze nie spotkał się z czymś takim. Na mijanym murze zostawił magiczny znak dla kompana. Uspokojony o przyjaciela, szybciej ruszył za zapachem.

Kluczył między nędznymi domostwami biedaków i tabunami wałęsających się, wiecznie głodnych dzieci i bezpańskich zwierząt. Manewrował zwinnie, osłaniając chudą sakiewkę, przed małymi zwinnymi paluszkami małych złodziejaszków i łydki, przed ostrymi zębami zwierzaków. I jedni i drudzy ślinili się otumanieni wonią, która kierowała magiem. Czemu nie szli za jej zewem? On nie mógł jej się oprzeć.

Szedł przed siebie nie zwracają na nic, ani na nikogo uwagi. Dotarł do snobistycznej głównej alei. Lubił tą dzielnice, bo za dnia była prawie całkiem pusta. Bogacze i snoby potrafili przepędzać intruzów i niechcianych gości, subtelnie i skutecznie. Nie mogli nikomu zakazać podążania za magią, ale utrudniali pozostanie tam gdzie chcieli chwalić się swoim bogactwem i statusem. I choć całe dnie spędzali w łóżkach odsypiając nocne zabawy, to nawet w dzień wystawiano odciągając włóczęgów świątynie z podarunkami i przysmakami, ustawione w wąskich bocznych uliczkach.

W tych ciemnych bocznych uliczkach kryli się Niewidoczni. Zagarniali co najlepsze kąski, ale resztę poddawali przybyszom. Tak kazała tradycja, której przestrzegali. Ich pasiaste namioty i przybrudzone posłania były wszędzie. Mag odwracał oczy od żebraków lub tych biedaków, którzy już nie mieli sił by ukrywać swój upadek. Niektórzy umierali z głodu, inni z powodu ran lub chorób. Większość czekała już tylko na śmierć. Bezczelni żebracy i złodzieje kręcący się miedzy pogrążonymi w apatii, wypatrywali okazji by się wzbogacić, choćby o ostatni grosz biedaka. Musieli uważać, bo niektórzy Niewidoczni polowali na nich. Tu wygrywał zawsze bardziej bezwzględny. Młody mag czasem miał ochotę ukarać takiego okrutnika, ale nauczył się już by nie wtrącać się w cudze sprawy. Bogacze nie mogli się ich pozbyć, bo chroniły ich stare prawa i póki wypełniali święty obowiązek byli nietykalni. Prawo o obronie miasta, w zamian na kawałek ziemi po ich posłaniami lub salę wewnątrz potężnego muru, nakładało na nich obowiązek ochrony magicznego muru i fundamentów miasta. Siła i żywotność magi obronnej była ważniejsza niż fortuny i ego. Nie raz się o tym przekonano.

Szybko przeskoczył na kolejną, pustą ulicę gdzie kumulowały się rezydencje największych bogaczy i przyśpieszył. Powinien iść wolno, by nie rzucać się w oczy, ale nie lubił tej części miasta. Zły kierunek oraz kłębowiska chciwości i mrocznych instynktów, która zawsze tam wyczuwał przyprawiały go o dreszcze. I do tego jeszcze ilość marnowanej, w tym miejscu magia na błahostki i dziwactwa, które bawiły bogaczy, denerwowała go. To powinno być zakazane. Wolał już biedniejsze i starsze części miasta. Pulsująca tam stara magia była niczym kołysanka, która go uspokajała i usypiała. Krocząc po starych traktach mocy odruchowo zaczynał się kołysać i nucić. W pewien sposób czuł się tam jak w domu. Czasem chodził nocami po starych uliczkach, strasząc rzezimieszków i córy nocy. W dzielnicy bogaczy magia była poszatkowana i niezdrowa. Ciągle rozedrgana i niestabilna. Przeciążona. Drażniło go to.

Niespodziewanie pomyślał o swoim najstarszym nauczycielu magi. Starowina żyjąca tylko dzięki magi, uparła się dotrwać do dnia kiedy obudzi się Zegar Wieczności. Te mityczny stworzony u zarania wieków i w źródle magi artefakt, miał podobno dawać zdolność trwania między uderzeniami serca. Rozumiał to, każdy potrzebował powodu by żyć.

Zamyślony mag wpadł na umięśnionego służącego, który obrzucił go pogardliwym spojrzeniem. Osiłek w liberi zamachnął się też jakby chciał go uderzyć, ale mag stuknął lekko laską w ziemię i mężczyzna zamarł. Jego oczy zrobiły się wielkie i wyłupiaste, gdy próbował się poruszyć. Dopiero gdy mag stuknął laską drugi raz, to mu się udało. Służący odszedł klnąc pod nosem, a zadowolony z siebie mag zwolnił. Zawsze lubił dawać nauczki takim aroganckim typom. To poprawiało mu humor. Wciągnął powietrze by sprawdzić skąd napływa zapach cudownej zupy i raźnie ruszył jej tropem.

Idąc przelotnie zastanawiał się gdzie może poszukać pracy. Ostatnio marnie zarabiał i wszystko szybko tracił. Czuł jakby ciążył nad nim zły los. Co prawda mogliby z przyjacielem zająć się poszukiwanie starożytnych artefaktów. Albo ochroną jakiegoś bogacza. To były bardzo intratne interesy. Tylko czy tego chcieli? Być na czyjeś rozkazy? Albo co gorsza mogli skończyć też jak nauczyciele lub powszechnie pogardzani poszukiwacze, penetrujący korytarze pod miastem, stare ruiny, opuszczone zamki i klasztory na obrzeżach miasta. Co prawdę czasem, tak przy okazji, znajdowali bezcenne przedmioty, czasem nawet magiczne, ale mimo wszystko więcej tracili niż zyskiwali. Nie było to niebezpieczne zajęcie, jeśli zachowało się ostrożność i miało oko na innych poszukiwaczy. Tylko czy to zaspokajało ich ambicje? Już od dawna miał przemyśleć ich plany na przyszłość, ale nigdy nie mógł znaleźć na to czasu. Teraz jeszcze przeszkadzał mu głód. Odłożył planowanie na kiedy indziej i ruszył z nowym zapałem za kuszącym zapachem.

Wiedział, że jest coraz bliżej. W końcu zatrzymała go wysoka twarda przeszkoda. Szybko postanowił pójść na skróty i przeskoczył przez wysoki, kamienny mur otaczający rezydencje. Od razu wyczuł magiczne linie i pułapki. Odruchowo uniósł się w powietrze i dryfując ponad ziemią przeleciał nad wielkim kamiennym domem, robiącym wrażenie opuszczonego. Stary styl i patyna dawały mu pozór szacownego starego bogactwa, ale coś psuło ten efekt. Stojące donice z jaskrawymi kwiatami.

W głębi ogrodu ujrzał zrujnowaną altanę, w której aż kipiała magia. Mag mógłby się założyć, że trwa tam potajemne spotkanie magów. Od wielu miesięcy po mieście krążyli szpiedzy i obcy czarodzieje. Dochodowy kontakt z innymi mocarstwami skusił wielu znajomych magów, ale nikomu nie przyniósł szczęścia. Powszechne w mieście zaniepokojenie działaniami wrogich magicznych stowarzyszeń mieszały się z dziwnymi zjawiskami. Zaś zaskakujące prowokacje wraz ze strachem przed obcymi magami i ich praktykami, potęgował uprzedzenia. Młody mag uważał, że mieszkańcy miasta powinni raczej bać się własnych magów, którzy pod ich nosami pichcili takie zaklęcia, że nikt by nie uwierzył, niż przybyszów. Nie ogłaszał swoich przekonań powszechnie, bo uważał, że każdy jednak miał prawo do własnych paranoi.

Unosił się w powietrzu udając, że nie wyczuwa obcej magii i konstruktów. Zniżył się dopiero gdy dotarł do granicy ogrodu. Wskoczył na szeroki mur i szedł po nim, by zeskoczyć na ziemie dopiero przy kolejnym skrzyżowaniu.

Szybko minął kolejna uliczkę biedaków i skręcił za kolejny róg. Zapach był coraz bardziej intensywny i kuszący. Młody mag idąc za nim, obszedł wielka rezydencję z szarego kamienia z licznymi witrażami, balkonikami oraz wieżyczkami i skierował się do tylnych drzwi. Czarowny smakowity zapach aż go odurzał. To on sprawił, że zapukał do wielkich rzeźbionych drzwi, zanim pomyślał co powiedzieć.

Otworzyła mu kobieta, nie młoda już, w poplamiony fartuchu, pachnąca przyprawami i dojrzałym serem, chlebem i winem. Miała rudawe wijące się włosy, piegi i kwaśną minę.

— Jesteś szczurołapem? — zapytała ostro, na widok maga.

— Ja? — zapytał z tępym wyrazem twarzy, skupiony całym sobą na niebiańskim zapachu wydobywającym się z wielkiego gara, który dostrzegł od razu, w głębi kuchni, za plecami kobiety.

Gar musiał być magiczny, bo to co w nim bulgotało było bardziej intensywne i magiczne niż powinno.

— To jesteś szczurołapem, czy nie? — kobieta podejrzliwe mu się przyglądała.

— Czy ja jestem szczurołapem…? — powtórzył powoli starając się otrząsnąć z czaru, który rzuciła na niego zupa.

Drzwi powoli nieuchronnie się zamykały. Kobieta z niechętnym wyrazem twarzy chciała mu je zatrzasnąć przed nosem. Nie mógł do tego dopuścić. Cudowny zapach nie pozwalał mu się na niczym innym skoncentrować.

— No, potrafię łapać szczury — powiedział głośno z przekonaniem, którego nie czuł.

— Na pewno? — spytała kobieta, a on energicznie pokiwał głową.

— Przypala się! — krzyknęła nagle kobieta i rzuciła się do środka kuchni. Już po chwili zaczęła energicznie mieszać w kotle.

Stał na progu. Nigdy nie próbował łapać gryzoni. Cętkowane smoki, pasiaste chimery, krwawe jednorożce, magiczne jelenie, to i owszem, ale nigdy szczurów. Niemniej… mógł przecież choć spróbować. Poza tym przecież szukał jakiegoś dochodowego zajęcia. Kto wie, może zajęcie szczurołapa mu się spodoba?

Kobieta wróciła, szerzej otworzyła drzwi i zaprosiła go gestem do środka. Przekraczają próg nieznacznie zrobił na drzwiach mały znak, który powinien poznać jego przyjaciel.

— Świetnie. Masz czas do południa — powiedziała kobieta, jednocześnie mieszając w wielkim kotle.

Mag nie mógł oderwać wzroku od gara, ale dostrzegł poczerniały kamienny wielki kominek, stary, szeroki i olbrzymi stół oraz szereg wielkich kamiennych garnków, w których od dawien dawna trzymano zapasy lub fermentujące warzywa. Wszędzie, oprócz zapachu zupy unosił się aromat ziół i przyprawa. Kołyszące się leniwie, wiszące, dojrzewające sery i mięsa kusząco przyciągały wzrok maga.

Młody mag ledwo słuchał opowieści kobiety o ich problemach ze szczurami. Sam zajęty był rozmową ze swoim żołądkiem, który kazał mu zdobyć tą strawę bogów za wszelką cenę.

— To teraz ci pokaże gdzie widziałam ostatnio te szkodniki.

Kucharka skierowała się do wyjścia z kuchnia, prowadzące w głąb domostwa, a potargany mag zrobił zbolałą minę.

— Umieram z głodu… — powiedział omdlewającym głosem zabiedzonego biedactwa. — Dostanę choć odrobinkę… zupy?

Patrzył na nią błagalnie, długo i łzawie, tak jak nauczyli go inni żebracy w dzieciństwie. Zazwyczaj to skutkowało. Kobieta w końcu zlitowała się nad nim.

— Mogę zasłabnąć z głodu… — dodał cicho i bez energii.

— Dobrze, ale tylko pół miseczki — powiedziała kobieta, nalewając mu chochlą złocistego wywaru z małymi grzybkami, fragmentami krabów i małymi morskimi rzodkiewkami.

Zaślinił się na sam widok tej niezwykłej zupy. Rzucił się na miseczkę jak dzikie zwierzę. Smak zupy dorównywał jej zapachowi. Rozkoszował się każdą łyżką. Dla takiego cudu byłby gotów przenosić góry. Na przemian chwalił twórczynie zupy i siorbał zupę z lubością. Wysiorbał ją do ostatniej kropli. Kucharka co prawda coś odmrukiwała z niechęcią na jego komplementy, ale wyglądała na zadowoloną.

Gdy odstawił miseczkę, kobieta od razu zaprowadziła go do wielkiej sali, z obniżoną posadzką w wewnętrznym kręgu, pełnej witraży, waz i zbroi, w której, według jej opisów, do wielu dni było słuchać chroboty i popiskiwanie. Wedle słów kucharki te hałasy doprowadzały panią domu do szału. To była bardzo stara klasyczna budowla, której na szczęście nikt nie oszpecił przeróbkami.

Podeszli do wysokich wnęk, w których ustawiono ozdoby, broń i zbroje.

— Tam muszą być. Zniszcz je szybko! — wysyczała kobieta, a po jej mnie było widać, że marzy tylko o tym, by wrócić do kuchni.

Mag zdusił westchnienie. Czuł wręcz fizyczny ból, kiedy oddalał się od gara z tą cudowną zupą. Doszedł do nich nieprzyjemny długi pisk.

— Słyszysz? — zapytała kobieta w fartuchu, zaciskając dłonie w pięści. — Zrób coś z tym.

Mag skinął głową i nie mogąc się opanować, zapytał:

— A kiedy obiad?

— Co? — zapytała zaskoczona kobieta. — Przecież przed chwilą jadłeś…

— No tak, ale nadal jestem głodny.

Kobieta prychnęła z irytacją. Zaczynała tracić do niego cierpliwość.

— Jak złapiesz wszystkie gryzonie dostaniesz suty posiłek w kuchni — powiedziała kucharka opuszczając maga.

Nie było wyboru, musiał zapolować na szczury. Obszedł całe wielkie pomieszczenie zaglądając nawet pod meble i za kotary oraz gobeliny. Nigdzie nie znalazł ani śladu gryzonia. Mimo że wyczuwał ich zapach, one były gdzieś indziej.

Nasłuchiwał i węszył. Doszedł do wniosku, że szczury w jakiś sposób musiały się dostać za ścianę. Wystarczy, że poszuka tajemnego przejścia do nich i prawie już zarobi na kolejną porcje zupy.

Obchodził ściany i delikatnie je opukiwał. Za wieloma była pustka, ale mimo wysiłków nie udało mu się otworzyć żadnych ukrytych drzwi. Powoli tracił nadzieje, że zaspokoi głód. Nagle jedna ze ścian ustąpiła pod naciskiem i przesunęła się w całości. Za nią ukazała się mała sala z niezwykłą płaskorzeźbą. Bardzo stara, piękna i kłopotliwa. Wijące się trójgłowe węże i ptaki o dwóch ogonach, symbolizujące stare rody i krwawe wojny między nimi. To te wydarzenia ukształtowały obecny świata. Były jednak tak straszne i krwawe, że zakazano o nich wspominać. A tu była ta rzeźba… Gdyby ujrzał ją któryś z władców miasta, od razu wtrącił by do lochu każdego mieszkańca tego domostwa.

Czemu właściciele domu nie zniszczyli płaskorzeźby? Była dziełem sztuki, ale mimo wszystko kto by oddawał za nią swoją głowę? Może właścicieli nigdy jej nie znaleźli? Trudno było mu w to uwierzyć.

Ostatnio sytuacja polityczna w stolicy, i królestwie, była bardzo napięta. Szeptano wszędzie, że wojna z sąsiadami z zachodu i południa była nieuchronna. Gdyby posunęli się choćby tylko o krok doszło by do katastrofy. Podobno zbrojna inwazja wisiała już tylko na jednym włosku. On sam w to nie wierzył. Zawsze zachodziły jakieś zmiany, sytuacje była napięta. Prowadzono pertraktacje i straszono przeciwników.

Tutaj jednak naprawdę coś wisiało w powietrzu. Rozejrzał się na boki. Ujrzał po bokach rzeźby wąskie wysokie przejścia, z których wionęło wilgocią. Pod miastem były liczne stare sieci korytarzy, w których bardzo łatwo było się zgubić.

Spojrzał na posadzkę. Widział ślady łapek, ale nie dostrzegał szczurów. Gdzie się pochowały? Jak się ich szukało? To nie było takie proste jak myślał.

Ruszył wąskim korytarzem. Co krok mijał dziwne studnie, z których dochodziły do niego zapachy kwiatów i ryb. Czego to dowodziło? Nie był pewny.

Nagle w bocznym korytarzu ujrzał trzy wielkie srebrzyste szczury. Lub stworzenia, które je udawały. Stwory wielkości sporych kotów chodziły na dwóch nogach i coś niosły razem. Za nimi podążały mniejsze szare i czarne szczury. Przemieszczały się w kolumnach. Z niedowierzaniem młody mag patrzył za czym idą gryzonie. To był okrągły, toczący się szybko, błyszczący przedmiot. Co to znaczyło?

Na szczęście gryzonie nie zwracały na niego uwagi. Wycofał się cicho i ruszył drugim ciemnym korytarzem. Po kilku krokach poczuł wspaniały zapach obiadu i zaburczało mu głośno w brzuchu. Wiedział, że póki nie pokaże, że złapał jakieś szczury, nie ma co liczyć na posiłek. Potrzebował pomocy. I to szybko.

W tej samej chwili usłyszał głośnie energiczne stukanie do drzwi. Wszędzie by je poznał. To jego przyjaciel go znalazł. W samą porę, bo pilnie potrzebował pomocy.

2.

Wygramolił się z wąskiego wyjścia z tajnego korytarza, jako tako otrzepał z pajęczyn i pognał do drzwi.

Jego przyjaciel targował się właśnie z kobietą w fartuchu i starał się ją nakłonić by wpuściła go do domu. Miał bardzo małe szanse na to. Nie wyglądał dobrze. Nawet gorzej niż zazwyczaj. Gęsta plątanina ciemnych loków, blada twarz i anemiczny zarost odwracały uwagę od wielkich dziecinnych oczu. Szatę maga zamotał sobie wokół pasa. Jego ulubiona teraz postrzępiona i poplamiona zielona koszula oraz stare spodnie nie wyglądały dobrze. Nawet zatknięty za pas kapelusz wydawał się smętny i budził liczne podejrzenia.

— To mój współpracownik — powiedział młody mag podchodząc bliżej.

Jego przyjaciel od razu zaczął energicznie kiwać głową.

— Tak. Pracujemy razem…

— Potrzebujesz aż pomoc jakiegoś oberwańca by zapolować na kilka szczurów? — spytała kobieta z przekąsem.

— To wielkie stado. Lepiej żeby się nie rozrosło. One się potrafią dogadywać i gromadzić…

Kobieta się wzdrygnęła. Przyjaciel wytrzeszczył oczy i przekrzywił głowę, ale na szczęście milczał.

— On pomoże? — spytała przyglądając się podejrzliwie ciemnowłosemu magowi.

— Jest w tym najlepszy — z przekonaniem powiedział młody jasnowłosy mag.

— W czym?

— No, zaklina robactwo, szczury i węże, jak nikt inny.

Kobieta skrzywiła się i ruszyła w głąb kuchni. Obaj magowie powoli szli za nią.

— Naprawdę potrzebujesz pomocy? — spytał maga szeptem ciemnowłosy przyjaciel.

Jasnowłosy mag pokiwał energicznie głową.

— To nie są zwykle szkodniki.

Zanim przyjaciel spytał o coś więcej, płowowłosy mag spojrzał na kucharkę.

— Dostaniem coś na ząb? — spytał z nadzieją.

Kobieta skrzywiła się i zasłoniła sobą wielki gar.

— Od dawna niż nie jadłem — żałosnym głosikiem poskarżył się ciemnowłosy mag.

— Ja też mogę zasłabnąć z głodu… — powiedział z przekonaniem płowowłosy.

Kobieta w fartuchu westchnęła i poruszyła się niespokojnie.

— Co za pasożyty. Do roboty to żaden się nie pali, ale do gara zawsze kolejka — mruknęła pod nosem, a potem dodała głośniej: — No dobrze, ale tylko pół miski.

Nalała im do misek zupy.

— To boska strawa — pochwalił płowowłosy mag.

Kobieta bez słowa ruszyła do wielkiej spiżarni. Usiedli przy starym masywnym stole. Zadowolony, że udało mu się dostać kolejną porcje zupy, wprowadzał przyjaciela w zlecenie.

— Nie jesteś szczurołapem — przypomniał mu przyjaciel.

— I co z tego? To żadna filozofia. Każdy umiałby złapać szczura — powiedział lekko.

— I jak ci idzie?

— Nieźle — skłamał.

— To do czego ci jestem potrzebny?

— To praca dla dwóch.

Ciemnowłosy mag zmrużył oczy.

— Naprawdę?

Jasnowłosy mag skinął energicznie głową.

— Jest tu jakaś dziwna magia.

— A co mają do tego szczury?

I to było bardzo dobre pytanie. Wzruszył ramionami.

Kucharka, która wróciła z naręczem ziół, obserwowała ich, mieszając energicznie w garnku. Wydobywający się z niego zapach sprawiał, że ślina napływała mu do ust. Trudno było mu myśleć o czymkolwiek innym.

— Kiedy będzie posiłek? — spytał płowowłosy mag, przełykając ślinę.

Kobieta skrzywiła się.

— Jak skończę.

— A długo jeszcze?

Kucharka wbiła wzrok w magów.

— I tak już nic nie dostaniecie, jak nie skończycie swojej pracy — zagroziła.

— Wiemy…

— No i dobrze. Bo ja nie karmie nieudaczników i darmozjadów. Mam swój honor. I zasady.

Uwierzył jej na słowo. To była surowa, ale sprawiedliwa kobieta. Zmobilizowany jej słowami, ruszył ponownie na polowanie na szczury. Zawsze przykładał się sumienie do pracy, a teraz licząc na wonną smakowitą nagrodę, był gotów prawie na wszystko.

Zaprowadził przyjaciela do sekretnego przejścia.

— Warto się pobrudzić dla takiej uczty.

Przyjaciel kiwał głową, ale bez przekonania.

— Nie wiemy jeszcze, co trzeba będzie zrobić, by zasłużyć na nią.

Płowowłosy zmierzył przyjaciela spojrzeniem.

— Boisz się szczurów?

— Sam mówiłeś, że tu jest coś nie tak.

— Jest nas teraz dwóch, damy sobie radę ze wszystkim.

Ciemnowłosy mag westchnął ciężko.

— Jak zawsze pakujesz nas w jakieś dziwne przygody… i wielkie kłopoty.

— Życie nie może być nudne…

— Ja lubię nudne życie.

Zignorował tą uwagę.

— Zabierajmy się do pracy.

— A jak skończymy będzie zwyczajowy pojedynek?

Uśmiechnął się szeroko.

— Oczywiście. Jestem ciekaw czy dasz mi teraz radę…

Obchodzili na czworaka cały dom. Wchodzili między ściany, trafiają do ukrytych przejść i komnat. Wszędzie unosiła się nietypowa aura magiczna, ale nigdzie na natknęli się na gryzonie. Tylko na ślady po nich. Co to znaczyło?

3.

Młodzi magowie usiedli pod zimną kamienna ścianą. Mieli wrażenie, że chodzą w kółko.

— Te korytarze są dziwne.

— Jak myślisz po co je stworzono?

— One donikąd nie prowadzą.

— Może ludzie mieli tu umierać… gubili się i już tu zostawali na zawsze.

Jasnowłosy mag pokręcił głową.

— Zostały by po nich kości. A tu nic nie ma.

— Są szczury. Głodne. Takie, które mogły by bez trudu po cichu pożerać ludzi…

— Mimo wszystko coś by zostało po nich.

— Mogły gdzieś zanieść szczątki…

— Po co?

— A skąd mam wiedzieć?

— Może z głodu?

— Nie kombinowały by tak…

— A skąd wiesz? To nie są zwykła szczury…

Nie mogli się zgodzić w tej kwestii. Wstali i szli dalej. Krążyli po podziemnych korytarzach licząc, że coś w końcu znajdą.

Zaczęli zaznaczać mijane korytarze.

— One muszą gdzieś prowadzić — zrzędził ciemnowłosy mag.

— A ja nie?

— To rezygnujemy?

Wzruszył ramionami.

— A znaleźliśmy coś?

— Przecież wiesz…

Już dawno nie zawalili zlecenia. To im ciążyło.

— Może źle idziemy…

Nie wiedział co ma na myśli. W połowie kolejnego korytarz ciemnowłosy mag nagle stanął i zrobił krok w bok. Zniknął z oczu przyjacielowi.

— Gdzie jesteś?

— Tu jest ściana iluzoryczna.

Czy właściciele domu wiedzieli co znajduje się pod ich domostwem, pod ich stopami? Tajemnice podziemi były zastanawiające i niepokojące.

Korytarz, którym szli wyglądał na coraz starszy, był też coraz węższy i niższy. Pozornie niekończący się korytarz zaprowadził ich do starej świątyni. Była starsza niż miasto. Wiedzieli to od pierwszej chwili. I kryły się w niej stare misterne zaklęcia. To zrobiło na nich wielkie wrażenie.

Podeszli do ołtarza z symbolami magi i żywiołów.

— Popatrz… no to… no… coś pięknego.

— Pogańskie sztuczki — mruknął ciemnowłosy.

— Prawdziwy kunszt… Czerwonoocy znali się na tym… — wymruczał płowowłosy. — Ich magia była imponująca.

Przyjaciel skrzywił się.

— Dla mnie jest jakaś dziwna.

Płowowłosy mag poczuł się urażony.

— Jesteś ograniczonym snobem.

Przyjaciel wzruszył ramionami.

— Wiem tylko co jest dobre.

Nie było sensu z nim dyskutować. Był strasznie uparty. Jasnowłosy mag rozglądał się po świątyni. Nagle coś zauważył wśród cieni i zagłębień.

— Tam jest przejście… — wskazał na otwór na bocznej ścianie świątyni i spytał: — Idziemy nim?

— Czemu by nie.

Przecisnęli się przez wąski otwór i ruszyli dalej. Dotarli korytarzem do wielkiej sali, gdzie między strumieniami wody, kamiennymi kolumnami i gruzami ujrzeli wiele szczurów. Było ich bardzo wiele. Ale to szczury chodzące na dwóch łapkach budziły w nich niepokój. Mniejsze szczury tworzyli korowody i jakby uczestniczyli w defiladzie, którą kierowały większe gryzonie. Zwykłe szczury nie zatrzymywały się, ani nie myliły kroków. Nie mogły być więc zwyczajne.

Obaj magowie obserwowali stworzenia i ich defilady z uwagą i rosnącym niepokojem. Gdy nagle szczury ruszyły ku wyjściom z pomieszczenia, unieśli się nad ziemię. Patrzyli jak małe wojsko długą kolumną kieruje się w głąb podziemnych korytarzy. Co to mogło znaczyć?

— To celowe działanie… Ciągną gdzieś.

— Czemu to robią?

— Nie mam pojęcia.

— Może nas udają… nas ludzi…

— Raczej przedrzeźniają.

Gryzonie rozdzieliły się na kilka grup. Magowie ruszyli za jedną z nich. Każda grupa gryzoni niosła coś ze sobą. Szczury szybko dotarły do kanału i dużego prawie pustego zbiorniku. Zauważyli, że szczury gdzieś się kierują i gromadzą. Otoczyły wzgórek stworzony z jakiś przedmiotów.

Magowie byli zaintrygowani. Starali się zbliżyć do wzgórka, ale na przeszkodzie stały im gruzy i kolumny. Musieli manewrować i wyginać się we wszystkich kierunkach.

— Co to takiego?

— Nie czujesz?

— Nic nie widzę.

— To magia… stara i pokręcona.

— Silna.

Miał rację. Aż kręciło się od niej w głowie. Szczury zaczęły się rozchodzić, ale nie zwrócili na to uwagi. Ciemnowłosy mag zawisł nad koczykiem i zaczął powoli wyciągać z kopca nasączone mafia dziwne przedmioty. Z trudem rozpoznawali w nich stare magiczne figurki i broń.

— Czujesz? Mi aż zakręciło się w nosie.

On był wrażliwszy na magię. Mrowienie w ciele drażniło go i rozpraszało. Patrzyli na prastare, cenne, magiczne artefakty.

— Ktoś tu to zostawił… ale kto?

— I po co?

Miał złe przeczucia.

— To pułapka.

Przyjaciele kiwał głową.

— Ta magia jest groźna.

Wiedział to, ale i tak nie mógł się oprzeć. Zaczęli wspólnie rozgrzebywać pagórek. Szybko ujrzeli część niezwykłej machiny. Niepokojącej i nieruchomej, ale przez to bardziej nawet groźnej.

— To chyba jakaś bomba.

— Skąd wiesz?

— Coś podobnego widziałem na swoich praktykach w arsenale.

— Tam są tylko jakieś stare graty.

— To też jest stare…

— Ale może jeszcze działać…

Przez chwilę przyglądali się obiektowi w milczeniu.

— A jak to coś się samo uruchomi?

Milczał.

— Może w każdej chwili wybuchnąć.

— I co z tym zrobimy?

— Rozbroimy.

Płowowłosy mag przestraszył się nie na żarty.

— Żartujesz?

— Nie mamy wyboru. Nie uciekniemy przed tym. Ma wielką moc… może bez trudu zniszczyć część miasta.

Czuł że przyjaciel ma racje. Zbliżył się do bomby. Pochyli się nad nią. Była pękata, z dziwnymi sznurkami i przyczepionym z boku pojemnikiem, a na górze tykał wielki zegar.

— Znasz się na tych sprawach?

— Raz widziałem jak to się robi.

Przeszedł go dreszcz. Usłyszeli hałas i jednocześnie odskoczyli od tajemniczego tykającego coraz głośniej i szybciej obiektu.

— No to po nas.

— To nic takiego… — upierał się ciemnowłosy mag. — Mamy cień szansy…

— To raczej mało.

— Tylko tyle mamy zazwyczaj.

Znowu zbliżyli się do bomby. Dwa szczury, które zostały obok bomby, z uwagą ich obserwowały.

— Na pewno rozbroisz ją?

Skinął głową. Otworzył pierwszą skrytkę, i ujrzeli w niej rurki oraz połączone pojemniki z dziwnymi substancjami.

— To solidna magia.

— Nie zachwycaj się, tylko rób co trzeba…

— To znaczy?

— Zniszcz je.

— Nie mogę.

Płowowłosy mag oburzył się.

— Co, jak to ni możesz?

— To skomplikowane, cudowne zaklęcie. Unikatowe. Nie mogę go zniszczyć.

Nie mógł uwierzyć temu co usłyszał.

— Żartujesz sobie?

— To cudowna robota… Majstersztyk. Ja nie mogę tego zniszczyć — powtórzył.

Jasnowłosy mag był już porządnie rozdrażniony. Sięgnął po bombę.

— Ja to zrobię.

Jego przyjaciel skrzywił się.

— Nie mogę patrzeć na to.

Odwrócił się plecami.

— Przynajmniej otocz nas zaklęciem ochronnym…

Wiedział że nie może się wahać. Trzęsły mu się ręce, ale i tak wybrał słaby punkt i uderzył w niego. Zaklęcia pulsowały jeszcze przez chwilę, a potem zaczęły się rozplątywać.

Czekał na najgorsze, wstrzymując oddech.

4.

Na szczęście nic nie wybuchło. Machina była równie tajemnicza jak wcześniej, ale teraz już milcząca.

— Udało ci się.

Skinął i otarł pot z czoła. Sam nie wierzył że miał tyle szczęścia.

Ciemnowłosy mag wyjął jedną z części machiny wybuchowej i przeniósł ją do zagłębienia z wodą. Delikatnie umieścił ją tam.

— Po co to robisz?

— Tak na wszelki wypadek — powiedział cicho i dodał: — Są substancje, które wybuchają przez kontakt z wodą.

— To jedna z nich?

Przyjaciel pokręcił głową, a on wypuścił z hałasem powietrze. Zaczął się rozglądać nerwowo.

— Myślisz że są tu inne?

— Co?

— No inne niszczycielskie zaklęcia i bomby?

Wzruszył ramionami.

— Może.

Wyjął z machiny jedną z części i schował ją do torby.

— Po co to robisz? — zainteresował się płowowłosy mag.

— Warto by to sprawdzić. Kto to wyprodukował… — powiedział ciemnowłosy maga. — Może kiedyś. Przy okazji.

Zawsze był strasznie ciekawski i pedantyczny.

— Może ich poszukamy…

— Czego?

— No innych bomb.

— Po co?

— Chce je zbadać.

— Po co?

— Kto wie jakie kryją sekrety.

— Nie potrafiłbyś nad nimi zapanować. A chcesz skorzystać z nich?

Wyglądał na obrażonego.

— Potrafił bym.

— Tak ci się tylko wydaje…

— Ktoś je tu zostawił… w jakimś celu.

— To nie nasza sprawa…

— A jak nam wybuchnie pod zadkami?

— Będziemy się tym martwić potem…

Pokiwał głową i ze złośliwym uśmiechem.

— Jak już będzie za późno.

— Zawsze marudzisz.. Poza tym nie po tu jesteśmy.

Płowowłosy skupił się i splótł zaklęcie, które jego zdaniem powinno było przeciąć lub unieruchomić podobne do tego, które znalazł w pierwszej bombie. Posłał je w labirynt korytarzy. Usłyszeli ciche kliknięcia.

— No i zrobione.

— Nie masz pewności.

Wzruszył ramionami. Magia nigdy nie dawała całkowitej pewności. Mimo to wyglądał na zadowolonego z siebie.

— Zapracowaliśmy na coś… na ząb.

— Nie złapaliśmy gryzoni.

Spojrzał na niego z przebiegłą miną.

— Nikt o tym nie wie.

Ciemnowłosy maga spojrzał na niego chłodno.

— Kucharka nic nam nie da. Nie złapaliśmy żadnego szczura.

To była prawda.

— Zajrzymy cichaczem do spiżarni — zaproponował głośno jasnowłosy mag.

To był dobry plan. Błądząc po korytarzach, prowadzeni przez głód w końcu wrócili do królestwa kucharki. W czasie ich nieobecności sporo się tam zmieniło. Pojawiły się liczne pakunki i produkty. Słyszeli głosy i hałasy wielu ludzi. Magowie lawirowali między koszami, dzbanami i skrzyniami, starają się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. W razie potrzeby umieli być prawie niewidzialni.

Rozejrzeli się po wielkiej spiżarni, skrywające smakołyki z całego znanego świata.

— Dziś przybędą tu ważni goście, którzy chcą pozostać anonimowi.

— Czemu tak myślisz?

— To coś w atmosferze domu. Powietrze jest tym nasycone…

— Przesadzasz…

Zaczęli myszkować między zapasami. Napychali brzuchy ciastkami, egzotycznymi słodyczami, orzechami i wonnymi pikantnymi kiełbasami. Już dawno nie jedli nic tak wykwintnego i smacznego. Usłyszeli jak ktoś wchodzi do spiżarni. Wcisnęli się między kosze.

— Wszystko musi być przygotowane — powiedział cicho mężczyzna.

— Wiem… — mruknęła kobieta.

— On tu dziś będzie?

— Tak.

Wyjrzeli dyskretnie ze swojej kryjówki i zobaczyli kucharkę i ubranego w czerń, suchego jak szczapa, siwiejącego mężczyznę.

— Jesteś pewna?

— Wiem jak się zachowuje moja pani w takich sytuacjach. — Kucharka pokiwała głową. — Kąpiele, fryzury i masaże.. no i posyła po krawca i złotnika… od wczoraj szykuje się do czegoś.

— Ale czy to będzie on?

— Na nim najbardziej jej zależy…

Para spojrzała na siebie.

— Tak długo czekaliśmy.

Głosy się oddaliły. Płowowłosy mag czuł ucisk w żołądku. Nie podobała mu się ta sytuacja.

— To zabrzmiało jak spotkanie spiskowców — powiedział cicho do przyjaciela.

Te pokiwał głową.

— Na coś się tu szykują.

— A jak myślisz na co?

Ciemnowłosy mag wzruszył ramionami.

— To nie będzie nic dobrego… te bomby i szczury…

Obaj to dostrzegali.

— Powinniśmy tu zostać?

— Nie skończyłem.

Obiecał wyłapać szczury i źle się czuł porzucając niewykonane zadanie.

— Nie umiesz tego robić…

— I co z tego?

Każdy wiedział jak bardzo był uparty. Niektórzy nawet to wykorzystywali.

— To co? Wracamy tam? — wskazał pod ich stopy.

— Oczywiście.

Chciał dotrzymać słowa, a poza tym nadal był głodny. Gotów zdobyć kolejną porcję boskiej zupy, za wszelką cenę.

Ruszyli w drogę powrotna do podziemi pełnych szczurów. Nim tam dotarli ujrzeli przemykające w mroku korytarzy niezwykłe postacie, w maskujących strojach. Ukryli się przed nimi.

— Kto to był?

— A jak myślisz? — zamruczał z przekąsem ciemnowłosy mag. — Pewnie szpiedzy i wywrotowcy… pełno ich teraz mieście.

Jasnowłosy mag skrzywił się.

— Może to ktoś niewinny.

— A co tu niby robi? Skradając się z ciemnościach?

— Nie wiem.

— Coś tu się dzieje. I to podejrzanego…

Dotarli do miejsca gdzie widzieli postacie, na ziemi ujrzeli wstążkę staż miejskiej i dziwny ozdobny guzik. Obejrzeli je uważnie. Symbole umieszczone na nich były im znane. Symbole magi i wierności — pięć połączonych promieniami punktów i Nocny Towarzysz.

— Już to widziałem — wyszeptał jasnowłosy mag. — Tak się stroją wschodni magowie.

— Co by tu robił wschodni mag?

— Nie mam pojęcia… pewnie coś knuje.

— Coś musi się wydarzyć. Czuje to w kościach, zbliża się coś nie codziennego…

Chodziło mu nie tylko o zachowanie futrzastych mieszkańców podziemi, czy o bomby. Ludzie zachowywali się jeszcze bardziej podejrzanie.

Jasnowłosy mag był poirytowany.

— Ty i te twoje spiski… Wiesz czym musimy się teraz zająć.

— Tak, im szybciej to zrobimy tym szybciej będziemy mieć to głowy…

Szybko wrócili do gmatwaniny podziemnych korytarzy.

Gryzonie były wszędzie. Co dziwne, na futerkach miały wzorki. Pierwszy raz widzieli coś takiego.

Szli za stadami szczurów i ujrzeli to czego się nie spodziewali. Szczury w zbrojach, kręcące się przy miniaturowych machinach oraz myszy w małych koronach z łukami. A do tego niezliczone karaluchy w zbrojach i z malutką bronią.

Aż przysiedli na ziemi, by podziwiać te niezwykłości.

— Czegoś takiego się nie spodziewałem.

— Szykują się na wojnę.

— Ale z kim?

Jasnowłosy mag wzruszył ramionami. Rozglądali się wokoło. Jak zabijać istoty, które były tak podobne do ludzi? Było mu nieswojo. Ktoś zaczarował te stworzenia i wydał im rozkazy. Tylko po co?

— Tak, tu się dzieje coś niecodziennego.

— Tak… ale co nam do tego?

— Jestem ciekawy…

Ciemnowłosy mag skwitował to milczeniem.

— To co sprawdzimy to?

Uśmiechnął się szeroko.

— Czemu by nie.…

Ruszyli za gryzoniami. Widzieli drobne myszy niosące duże i małe bomby. Szczury dźwigające razem ludzkie dokumenty i księgi. Oraz inne cenne stare przedmioty. Nie tylko biżuterię i ozdoby, ale i części jakichś urządzeń oraz broń. Gryzonie zachowywały się jakby ktoś nimi kierował.

— Ktoś im rozkazuje, nie uważasz?

— Tylko jak nad nimi zapanował?

Wzruszył ramionami.

— Niezła sztuczka.

Podążając za szkodnikami dotarli do sali pełnej przeróżnych metalowych, drewnianych, szklanych i ceramicznych części. Przez jakiś czas podziwiali budowane przez szczury machiny.

— Jak to w ogóle jest możliwe?

— Niecodzienny widok.

— To kolejna bomba?

— Raczej nie.

— No to co?

Wzruszył ramionami.

— Podobny do zegara.

— Mi się nie podobają herby naszych sąsiadów — powiedział jasnowłosy mag i wskazał na wyryty rysunek słońce nad górami.

— To ich sprawka?

— Na to wygląda.

— To może być prowokacja…

Płowowłosy mag pokiwał głową. Nie lubił licznych zakazów obowiązujących za granicami ich królestwa.

— Ja bym stąd znikał.

— Nadal nie przegoniliśmy szczurów.

Przyjaciel skrzywił się.

— A ty o jednym.

— Musimy też komuś powiedzieć co tu się dzieje… pod ziemią… i w tym domu…

— Komu?

— Sam nie wiem. Naszym…

To rozzłościł przyjaciela.

— Nie wiesz jak to jest? Co drugi jest przekupiony przez wroga.

— No to poszukajmy tego pierwszego nie przekupionego.

— A jak go niby poznasz?

— Dobre pytanie… zdam się na instynkt.

Podniósł się. Wnętrze mechanizmu ożyło. Części przesuwały się cicho, równym rytmem. Do czego służył?

— Tu już nic nie powinniśmy robić.

— Ale szczury…

— One są też w coś zamieszane. Lepiej z nim nie zadzierać…

— No tak, to teraz tylko jedno nam zostało…

Wrócili na górę.

Zapadł już zmierzch. Wszędzie było pełno ludzi. Dobrze ubranych i aż przesadnie dbających o swoją powierzchowność. Wyróżniali się z tłumu. Dyskretnie rzucili czar kamuflujący.

5.

Mijali cudzoziemców. Ostentacyjnie gruboskórnych barbarzyńców z tatuażami, w niewyprawionych skórach i przesadni eleganckich i wyrafinowanych bywalców przyjęć. Płowowłosy mag wiedział, że to tylko pozory.

Prawie wpadli na niepozornego ubranego na szaro starszego opalonego mężczyznę z szerokim uśmiechem na twarzy. Za nim stała dyskretna mocno opalona obstawa.

— A ci to co za jedni?

— Są z daleka.

— Obcy — powiedział pogardliwie ciemnowłosy mag, który lubił podkreślać, że ich wizja magii jest najlepsza na świecie. — Czujesz to? Otacza ich aura ich magii… I maskują coś.

Pokiwał głową.

— Nie wszyscy są tym, kim się wydają być.

— To szpiedzy.

— Słudzy obcych mocarstw.

— Zobacz co ze sobą przynoszą.

Wyczuwał coś czego nie znał. Czym mogło to być? Bronią, obcymi czarami, czy nieznaną im technologią? Obserwowali ich nie tylko agenci z ich królestwa, ale i z innych królestw.

— Co za emocje.

— Ciekawe co teraz zrobią.

— Na widoku nic nie zrobią…

Wypatrzyli kilku funkcjonariuszy państwowych, ale nie podeszli do nich.

Magowie kręcili się między gośćmi, zaskoczeni obcą modą. Nie tylko przesadą, ale i ukrytą w nich aurą groźby. Już nie chodziło tylko o robienie wrażenia na innych. To była zapowiedź. Nie wiedzieli tylko czego.

W tym tłumie gości ktoś się wyróżniał. Ten pozornie bezbarwny mężczyzna w średnim wieku, krył w sobie sekret. Otaczał go aura magii, a do tego wyjątkowy zapach, łączący w sobie wonie egotycznych kwiatów, kawy oraz przypraw. Oraz ledwo wyczuwalnej wydzieliny z jakiegoś stworzenia. Obaj magowie węszyli dyskretnie.

— To ostatni krzyk mody.

— Raczej charkot…

— Ciekawe co on tu robi?

— To musi być ktoś ważny…

Przestali się pilnować i w końcu zwrócił na nich uwagę jeden z funkcjonariuszy. Wysoki mocno zbudowany strażnik o surowej twarzy i zimnych oczach zastąpił im drogę.

— Co tu robicie?

— Pracujemy.

Zmarszczy brwi z niedowierzaniem.

— Wy? Kto by wam zaufał?

— Jesteśmy dobrzy w tym co robimy — powiedział pewnym tonem jasnowłosy mag.

— Tak, jeśli chodzi o robienie bałaganu, zamieszania i zgorszenia powszechnego.

Niestety taką mieli opinię u władców i strażników.

— To tak tylko przy okazji.

— Tu łapiemy szczury.

Strażnik zdusił uśmieszek.

— No to wracajcie do swoich obowiązków.

Wycofali się do pomieszczeń dla służby. Tam kręci się liczni dostawcy, wynajęci służący, oraz przybysze. Domownicy trzymali się na uboczu. Magowie ginęli w tym tłumie. Nikt na nich nie zwracał uwagi.

Zaczęli dyskretnie zaglądać do przenoszonych wszędzie koszy i skrzyń.

— Widziałeś?

— Co?

— Zakazane owoce… warte fortunę…

— A tam broń…

Zaczęli rozglądać się z większą uwagą.

— Oni coś ukrywają.

— Wszyscy coś ukrywają.

Skinął głową. Wiedział że właściciele domu muszą mieć niejedno na sumieniu. Pod ich dachem działo się zbyt wiele niepokojących rzeczy.

— Szykuje się tu coś co zagrozi magii — powiedział z przekonaniem jasnowłosy mag.

— Tego nie możesz widzieć na pewno.

— Wnioskuje.

— Czasem się mylisz.

— Ale nie za często.

— Sprawdźmy to.

— Jak?

— Pomyszkujmy wszędzie.

— A jak nas złapią?

— Nie złapią. Będziemy uważać.

Wiedział jako może się to skończyć, ale gra toczył się o wysoką stawkę. Jeśli chodziło o magie nie mógł opuścić. To był jego obowiązek. To ich zawsze łączyło. Magia była dla nich najważniejsza.

Zakradli się do prywatnej części domostwa. Nie zaglądali tam obcy. Musieli bardzo uważać.

Zaczaili się pod drzwiami z cennego drewna i czekali. W końcu drzwi się uchyliły i ujrzeli gospodynię, właścicielkę domu i swoją obecną pracodawczynię.

Aż zaprało im dech. Tego się nie spodziewali.

To była prawdziwa powszechnie znana piękność. Dojrzała i wciąż pożądana, piękna Jakk Nooch swoją urodą przyćmiewała wiele młodych piękności na dworze. Jej popielate włosy, czarne oczy i piękna cera oraz zmysłowe kształty działy na mężczyzn od dwóch dekad. Sławiono też jej mądrość i cnotliwość. Podobno niewiele kobiet czuło się dobrze w jej towarzystwie. Była zbyt idealna. Aż zbyt idealna. Młody płowowłosy mag zastanawiał się dlaczego, on bardzo dobrze się czuł patrząc na tą idealną kobietę.

Kobieta minęła ich.

— To ona… — wyszeptał jasnowłosy mag i zabrakło mu słów.

— Nie może być taka święta. Jest tylko człowiekiem — zauważył chłodno ciemnowłosy mag.

— Podobno sama do wszystkiego doszła…

— I to jest właśnie bardzo podejrzane. Jak jej się to udało?

Tego nikt nie wiedział. Opowiadano o niej wiele historii, ale która była prawdziwa?

— Jest tajemnicza.

— Chciałbym poznać jej przeszłość. Musiała być fascynująca…

— I pewni byś się rozczarował… takie kobiety muszą wiele ukrywać…

Nie raz dyskutowali o tym jak się coś osiąga w życiu. Co decyduje o sukcesie lub porażce. Na co trzeba się zgadzać by awansować w ludzkiej hierarchii. Oraz jak zazwyczaj działają kobiety i mężczyźni. I co im z tego przychodzi. To były zawsze burzliwe rozmowy.

Gospodyni oddalała się od nich szybko. Zrezygnowali z pomysłu przeszukania jej pokojów i śledzili piękność, gdy szła do odosobnionego ogrodu z tyłu domu. Ujrzeli jak rozmawia z młodą rudowłosą kobietą w ciemno niebieskiej obcisłej sukni.

— Twój czas się skończył — powiedziała zimno rudowłosa.

— Jeszcze nie skończyłam… — odparła cicho, wręcz pokornie gospodyni.

— Niepotrzebnie przeciągasz… My już nie możemy ci ufać.

— Nie macie wyboru.

Młoda kobieta uśmiechnęła się zimno.

— Właśnie że mamy. Ktoś inny zajmie twoje miejsce…

Piękna gospodyni spojrzała na młodą kobietę z zastanowieniem.

— Teraz? To nie jest dobra decyzja…

— Ale już zapadła. Szykuj się do odejścia… i bez żadnych sztuczek…

Gospodyni zacisnęła mocno dłonie, ale nie zdążyła nic powiedzieć. Atak zaskoczył je obie. Cztery zamaskowane postacie rzuciły się na młodą kobietę, ignorując gospodynię.

Młoda kobieta walczyła jak demon, ale została pokonana. Ostrza latały w powietrzu ze świstem. Kobieta dawała sobie radę z przeciwnikami, ale po silnym ciosie w głowę, od tego który zakradł się za jej plecy, straciła przytomność. W tym czasie gospodyni stała nieruchomo. Nie próbowała nawet bronić drugiej kobiety.

Jeden z zamaskowanych ludzi podszedł do niej. Trzej inni wynieśli nieprzytomną kobietę i jej rzeczy z ogrodu.

— Co teraz? — spytała cicho zamaskowanego intruza.

— To nie twoja sprawa.

— Miała tu nie dotrzeć…

Młody jasnowłosy mag wyczuwał w nich drwinę.

— Zmieniły się plany. Nie masz wyboru…

— Nigdy nie miałam.

— Nie buntuj się bo… — groźba zawisła w powietrzu.

Intruz wycofał się w cień i jakby rozpłynął w powietrzu. Gospodyni bez słowa odeszła. Magowie spojrzeli po sobie. Sytuacja była tajemnicza i niepokojąca.

— Chyba trzeba pomóc tej młodej rudej… — powiedział w końcu płowowłosy mag.

— Źle jej z oczy patrzyło…

— I co z tego?

— Zobaczmy przynajmniej gdzie zostanie zabrana.

Skinął głową na zgodę.

Wyczuwali obcą magię i nie mieli trudności by dogonić intruzów. Szli cicho za zamaskowanymi ludźmi kryjąc się w cieniach. Ci poruszali się po domu, jakby dobrze go znali. Dotarli do ściany otworzyli zamaskowane w niej przejście i ruszyli tajnymi korytarzami.

Magowie stali przed przejściem. Wiedzieli że muszą zdecydować co dalej.

— Ale się porobiło.

— Jak myślisz, ona jest szpiegiem?

— Nie mam pojęcia.

— Coś tam się rozgrywało…

— A my nie mamy pojęcia co…

Płowowłosy mag był rozczarowany. Spodziewała się po słynnej kobiecie czegoś innego, lepszego.

— Może nie miała wyboru?

— Wierzysz w cuda?

— Chce wierzyć…

Musiał odkryć o co w tym wszystkim chodzi. Wskoczył do tajnego przejścia. Wiedział, że musi się dowiedzieć, co będzie dalej. Skradali się cicho. W końcu ludzie których śledzili zatrzymali się nad brzegiem podziemnego kanału.

Młodzi magowie zobaczyli jak zamaskowani ludzie wrzucają związaną, nieprzytomną, młodą kobietę do kanału. Odczekali aż okrutnicy znikną im z oczu i wskoczyli do wody. Pomogli młodej kobiecie wydostać się z nurtu i wycofali się zanim odzyskała przytomność.

Obserwowali z ukrycia jak dochodzi do siebie. Ku ich zaskoczeniu jeden z zamaskowanych ludzi wrócił. Gdy ujrzał kobietę na brzegu zatrzymał się.

— Po co wróciłeś? — spytała ostro rudowłosa.

— Chciałem sprawdzić czy żyjesz.

— Żyję. Ale nie dzięki tobie.

Zamaskowany rozejrzał się. Magowie cofnęli się bardziej w mrok.

— Kto ci pomógł?

— Nie twoja sprawa. Zdradziłeś mnie.

— Takie miałem rozkazy. Wiesz, że musimy je wykonać…

— Wiem.

Mężczyzna podszedł do rudowłosej i chciał je pomóc wstać. Kobieta chciała uderzyć zamaskowanego, ale ten złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie. Para przez chwilę się szarpała, a potem znieruchomieli. Szeptali cicho przez chwilę.

— Stare powiązania… przysięgi… — powiedział głośniej mężczyzna.

— A przyjaciele…?

— To tylko nasi pracodawcy…

— Zdrada jest zdradą. Karą jest śmierć…

— Wiem.

— A ona? Jest bezkarna? Może wszystko?

— Jest przydatna. Wierna.

Rudowłosa zaśmiała się.

— Jesteś tego pewny? Może masz do niej słabość, jak inni?

— Nie znasz jej.

— Wiem o niej sporo. Była tylko przygarniętą przez Zakon Zmierzchu wojenną sierotą. Szkoloną i przygotowywaną latami… która umiała zdobyć pozycje w tym mieście i utrzymać ją.

— Oddaną sprawie.

Młoda rudowłosa kobieta zaśmiała się.

— Przekazywała uzyskane informacje. Dawała wam to czego chcieliście. I mydliła wam oczy.

— Uratowała nas wiele razy…

— Bo to jej było na rękę.

Zamaskowany kiwał głową.

— Może i tak, ale ona nie jest taka zła… ma swoje powody… pomaga nam, jak nikt inny.

— W końcu przestanie.

— Wtedy nie będziemy mieć litości… a ty ukryj się.

— Nie martw się o mnie. Ja dam sobie radę. Sama.

Kobieta odsunęła się i para rozeszła się w dwóch kierunkach. Magowie wyszli z cienia.

— Ciekawe co to wszystko znaczy…

— Ktoś musi coś wiedzieć.

— Jak chodzi o Zakon Zmierzchu...im lepiej nie wchodzić w drogę.

Ta tajemnicza organizacja z nieokreślonymi celami, mieszała się w politykę całego kontynentu od wielu stuleci. Ich sekretna siedziba i członkowie działający szybko i skutecznie od dawna intrygowały wielu. Żyli w ukryciu i realizowali swój tajemniczy plan.

— Ciekawe, co ona dla nich robi. Jak myślisz?

Był poirytowany.

— Na pewno nie jest zdrajczynią.

— Nie wiesz tego.

— Mam przeczucie.

Westchnął.

— A ty znowu swoje.

Skrzywił się.

— Znowu mieszasz się w cudze sprawy. Kiedyś napytasz sobie przez to wielkich kłopotów.

Wzruszył ramionami.

Wyczuwali tajemnicze, niepokojące wibracje.

— No to co robimy?

Znowu wzruszył ramionami i zapatrzył się w ciemną wodę.

6.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 40.71