E-book
12.6
drukowana A5
76.27
Ścieżki utkane z poranków

Bezpłatny fragment - Ścieżki utkane z poranków

Miłość między świtem północy, a słońcem południa


Objętość:
419 str.
ISBN:
978-83-8467-268-6
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 76.27

Prolog

Ścieżki utkane z poranków


Zanim pojawiły się poranki, były dwa różne słońca.


Jedno wschodziło nad północą, cicho i ostrożnie, jakby nie chciało obudzić świata zbyt gwałtownie. Przesączało się przez mgłę, osiadało rosą na trawach, zatrzymywało na płatkach maków, chabrów i rumianków. Pachniało mokrą ziemią, drewnem, polną drogą i ciszą, którą zna się od dzieciństwa.


Drugie należało do południa.


Było odważniejsze. Cieplejsze. Wspinało się po jasnych ścianach domów, zaglądało między błękitne okiennice, odbijało się od morza i zostawiało na skórze zapach soli, jaśminu i dalekiego lata.


Przez wiele lat te dwa słońca nie wiedziały o swoim istnieniu.


Tak samo jak my.


Ja miałam swoje poranki.


Ty miałeś swoje.


Między nami były kilometry, języki, granice, inne dzieciństwa, inne wspomnienia i dwa miejsca na świecie, które jeszcze nie wiedziały, że któregoś dnia zostaną połączone jednym zdaniem.


Magdalena i Marouane.


A potem wydarzyło się coś, czego nie da się dokładnie zaznaczyć na mapie.


Spotkaliśmy się.


I od tej chwili północ zaczęła poznawać południe.


Ja uczyłam się Twojego światła, a Ty mojego świtu.


Do polnych maków dołączył jaśmin.

Do chłodnych poranków — ciepło południowego słońca.

Do jednego świata — drugi.


I nagle zwyczajne rzeczy zaczęły znaczyć więcej.


Filiżanka pozostawiona na stole.


Dłoń odnaleziona bez patrzenia.


Śmiech dobiegający z drugiego pokoju.


Czyjeś kroki, które rozpoznaje się spośród wszystkich innych.


Poranek, który przestaje być tylko porą dnia, ponieważ budzi się obok człowieka, którego się kocha.


Może właśnie z takich rzeczy powstają najważniejsze historie.


Nie z wielkich deklaracji.


Nie z idealnych chwil.


Lecz z drobiazgów, których znaczenie rozumieją tylko dwie osoby.


Z jednego spojrzenia.


Z niedopitej herbaty.


Z kwiatu przyniesionego bez okazji.


Z ciszy, w której nie trzeba niczego tłumaczyć.


Z prostego „jesteś?”


i jeszcze prostszego:


„jestem.”


Ta książka powstała właśnie z takich chwil.


Nie jest kroniką doskonałej miłości.


Nie chcę jej taką uczynić.


Miłość dwojga ludzi nigdy nie jest pocztówką, na której słońce zachodzi zawsze w odpowiednim miejscu, a żaden wiatr nie przewraca zapisanych kartek.


Bywa światłem.


Bywa cieniem.


Bywa śmiechem o świcie i tęsknotą, która nie pozwala zasnąć długo po północy.


Czasami jest bliskością.


Czasami drogą, którą trzeba przejść, nie wiedząc jeszcze, dokąd prowadzi.


Ale kiedy była prawdziwa — pozostawia po sobie ślad.


I właśnie te ślady zbierałam.


Poranek po poranku.


Słowo po słowie.


Jak zbiera się polne kwiaty do bukietu, nie pytając, czy mak powinien stać obok chabra, a jaśmin obok rumianku.


Bo serce nie zna botaniki.


Tak samo jak nie zna geografii.


Nie pyta o szerokość geograficzną.


Nie sprawdza paszportu.


Nie zastanawia się, czy człowiek urodził się pod tym samym niebem.


Po prostu któregoś dnia rozpoznaje drugiego człowieka.


I już wie.


Dlatego „Ścieżki utkane z poranków” nie są wyłącznie zbiorem wierszy i prozy.


Są miejscem.


Małym światem istniejącym gdzieś pomiędzy północą a południem.


Między Polską a Tunezją.


Między makiem a jaśminem.


Między tym, co wydarzyło się naprawdę, a tym, co pamięć ocaliła po swojemu.


Są ścieżką prowadzącą przez nasze poranki — te jasne i te zachmurzone, zwyczajne i niezwykłe, spokojne i takie, po których nic już nie było dokładnie takie samo.


Nie wiem, czy każda ścieżka musi prowadzić do jakiegoś miejsca.


Może niektóre istnieją tylko po to, żebyśmy mogli kiedyś odwrócić się za siebie i zobaczyć, jak daleko szliśmy obok siebie.


Wiem jednak jedno.


Gdybym miała jeszcze raz odnaleźć początek tej historii, nie szukałabym go w kalendarzu.


Szukałabym go o świcie.


Tam, gdzie nad mokrą trawą unosi się jeszcze mgła.


Gdzie czerwony mak otwiera pierwszy płatek.


Gdzie gdzieś daleko pachnie jaśmin.


I gdzie dwa słońca, które kiedyś należały do dwóch różnych światów, po raz pierwszy wschodzą nad jednym porankiem.

Naszym.

DEDYKACJA DLA MOJEGO NAJUKOCHAŃSZEGOBAD BOY BOY, ALE SŁODKI MAROUANE AOUICHAOUI. BARDZO CIĘ KOCHAM I DZIĘKUJĘ, ŻE ISTNIEJESZ…

Marouane,

za wszystkie poranki,

które nauczyły mnie,

że jedno słońce może wschodzić

nad dwoma różnymi światami.

I za te świty,

których nie sposób zasuszyć

między kartkami książki.

M.

MOTTO

Północ nauczyła go nazw swoich kwiatów.

Południe nauczyło się przy nich zostawać.

Nie trzeba urodzić się pod tym samym słońcem,

żeby któregoś dnia razem czekać na jego wschód.

„Zanim pojawiły się poranki, były dwa różne słońca…

Rozdział I

Rosa na jego koszuli


Nazajutrz Magdalena obudziła Marouane przed wschodem słońca.


Nie delikatnie.


Odsunęła zasłonę i pozwoliła, żeby blade światło wpełzło do pokoju.


— Wstawaj.


Marouane nawet nie otworzył oczu.


— Nie.


— Wstawaj.


— Jest noc.


— Jest piąta rano.


— Właśnie powiedziałem.


Magdalena parsknęła śmiechem.


— Obiecałeś.


Spod poduszki dobiegło coś, co mogło być protestem w co najmniej dwóch językach.


Dziesięć minut później Marouane stał jednak przed domem w białej koszuli, z włosami wciąż nieco rozczochranymi od snu i miną człowieka, który zamierzał zapamiętać tę krzywdę.


Magdalena spojrzała na jego buty.


Tym razem były właściwe.


— Uczysz się.


— Przeżyłem wczoraj. Wyciągnąłem wnioski.


Nocą padało.


Świat pachniał mokrą ziemią.


Na liściach koniczyny leżały ciężkie krople, przy drodze rosły firletki, dzwonki i drobne niezapominajki, a nad polem unosiła się mgła tak cienka, że można było przez nią zobaczyć pierwszą różowość nieba.


Magdalena ruszyła przodem.


Nie ścieżką.


Prosto przez mokrą łąkę.


— Nie — powiedział Marouane.


Odwróciła się.


— Co „nie”?


— Widzę ten uśmiech.


— Jaki?


— Ten, po którym będę czegoś żałował.


Zerwała mokrą gałązkę krwawnika i podrzuciła ją w jego stronę.


Uchylił się.


— Pudło.


Druga trafiła go prosto w pierś.


— Magdalena!


Uciekła.


Nie daleko. Kilkanaście kroków przez mokrą koniczynę, śmiejąc się i przytrzymując sukienkę, żeby nie zaplątała się wokół nóg.


Usłyszała za sobą jego kroki.


— Nawet nie próbuj!


Oczywiście spróbował.


Dogonił ją między chabrami.


Magdalena skręciła gwałtownie, lecz mokra ziemia zdradziła ją pierwsza. Poślizgnęła się i już była pewna, że za chwilę wyląduje w trawie, kiedy Marouane chwycił ją w pasie.


Przez sekundę oboje walczyli o równowagę.


A potem stali.


Zbyt blisko.


Magdalena wciąż się śmiała, ale jej śmiech stopniowo ucichł.


Na białej koszuli Marouane zostały ciemne ślady rosy. Jeden chaber zaczepił się o rękaw. Maleńkie krople wody osiadły na jego szyi.


— Miałeś mnie złapać, a nie przewrócić.


— To ty się przewracałaś.


— Nieprawda.


— Widziałem.


— Źle widziałeś.


— Oczywiście.


Jego ręka nadal spoczywała na jej talii.


Dopiero teraz Magdalena zdała sobie z tego sprawę.


Albo dopiero teraz pozwoliła sobie zdać sobie z tego sprawę.


Materiał sukienki był cienki od wilgoci i chłodny, lecz jego dłoń pod nim pozostawała ciepła.


Nie odsunęła się.


Przeciwnie.


Palcami zdjęła chaber z jego rękawa.


— Teraz ty masz kwiat.


— Pasuje mi?


Przyjrzała mu się z udawaną powagą.


— Nie.


— Wczoraj mówiłem ci ładniejsze rzeczy.


— Dlatego dzisiaj ja mówię prawdę.


Marouane zaśmiał się cicho.


A potem zrobił coś, czego się nie spodziewała.


Pochylił głowę i strząsnął krople ze swoich włosów prosto na nią.


— Marouane!


Krzyknęła, zasłaniając twarz.


On już uciekał.


Magdalena ruszyła za nim.


Teraz role się odwróciły.


Przebiegli przez pas rumianków, potem przez koniczynę. Spłoszone skowronki poderwały się nad pole, jakby chciały zabrać ze sobą cały ich śmiech.


Dopadła go przy niewielkim zagłębieniu terenu.


Chwyciła za koszulę.


— Mam cię.


Marouane odwrócił się.


— I co teraz?


Magdalena chciała odpowiedzieć.


Nie zdążyła.


Słońce właśnie wyszło zza linii drzew.


Pierwsze ciepłe światło spadło na jego twarz, na mokrą koszulę, na krople rosy błyszczące przy kołnierzu.


I nagle cała zabawa została gdzieś za nimi.


Magdalena nadal trzymała materiał jego koszuli w palcach.


Marouane patrzył na nią inaczej niż przed chwilą.


Nie było już przekomarzania.


Jego wzrok przesunął się po jej twarzy i zatrzymał na ustach.


Magdalena poczuła, jak jej własny oddech staje się płytszy.


Nie odwróciła wzroku.


Marouane przesunął kciukiem po jej policzku, zbierając kroplę rosy.


— Zimna jesteś.


— Nie cała.


Słowa wymknęły jej się, zanim zdążyła je zatrzymać.


W jego oczach pojawiło się coś ciemniejszego.


Magdalena poczuła to natychmiast.


Nie strach.


Nie niepewność.


Pragnienie.


To samo, które od kilku chwil budziło się w niej.


Marouane pochylił się.


Tym razem nie było w tym przypadku.


Ich usta spotkały się miękko, jeszcze ostrożnie, jakby pierwszy pocałunek należało najpierw poznać.


Magdalena zacisnęła palce na jego koszuli.


Drugi pocałunek był już inny.


Cieplejszy.


Dłuższy.


Jej dłoń przesunęła się ku jego karkowi, a Marouane przyciągnął ją bliżej.


Wokół nich pachniała mokra macierzanka.


Gdzieś obok kołysały się dzwonki, rumianki i firletki. Nad ziemią unosiła się jeszcze resztka mgły, lecz słońce rozrywało ją coraz śmielej.


Magdalena oderwała usta od jego ust tylko na tyle, żeby zaczerpnąć powietrza.


Marouane dotknął czołem jej czoła.


— Nadal uważasz, że nie pasuje mi chaber?


Spojrzała na kwiat, który wciąż trzymała.


Uśmiechnęła się.


— Nadal.


— Okropna kobieta.


— A jednak wstałeś o piątej.


— Popełniam błędy.


Pocałowała go pierwsza.


Krótko.


Zaczepnie.


A potem wsunęła chaber w kieszeń jego mokrej koszuli i ruszyła przed siebie.


— Chodź.


Marouane został przez sekundę w miejscu.


— Dokąd teraz?


Magdalena odwróciła się, idąc tyłem przez mokrą koniczynę.


— Nie wiem.


— To bardzo pocieszające.


— Przecież mówiłeś, że ze mną nigdy nie wiadomo, gdzie skończysz przed śniadaniem.


Tym razem to on się roześmiał.


Dogonił ją kilka kroków dalej.


A świt szedł razem z nimi — mokry od rosy, pachnący polnymi kwiatami i coraz jaśniejszy.


Tego ranka Magdalena zapamiętała nie tylko pierwszy pocałunek.


Zapamiętała również mokrą białą koszulę Marouane.


Chaber w jej kieszeni.


Jego śmiech nad łąką.


I tę krótką chwilę, kiedy zrozumiała, że miłość nie zawsze zaczyna się od wielkich słów.


Czasami zaczyna się od dwojga ludzi biegnących przez rosę —


i od jednego z nich, który wreszcie przestaje uciekać.

Rozdział II

Zanim obudziły się maki


Tego ranka maki jeszcze spały.


Ich czerwone płatki pozostawały zwinięte ciasno, jak drobne listy, których noc nie zdążyła otworzyć. Nad łąką wisiała mgła, delikatna i niska, a na końcach traw zbierała się rosa. Każda kropla zatrzymywała pierwsze światło i przez krótką chwilę wyglądała jak coś znacznie cenniejszego niż woda.


Magdalena lubiła tę godzinę.


Nie świt ze zdjęć, złoty i gotowy do podziwiania. Ten wcześniejszy. Jeszcze trochę szary. Niepewny. Należący do ptaków, mokrej ziemi i ludzi, którzy z jakiegoś powodu nie spali.


Tego ranka należał również do Marouane.


Szedł kilka metrów przed nią i usiłował omijać najbardziej mokre miejsca, chociaż po kilku minutach nogawki jego spodni i tak były ciemne od rosy.


— Mówiłam, żebyś nie zakładał tych butów.


Odwrócił głowę.


— Powiedziałaś, że idziemy na spacer.


— Bo idziemy.


Spojrzał wymownie na bezkres mokrej łąki.


— Magdalena. To nie jest spacer. To jest próba przeżycia.


Roześmiała się tak głośno, że kilka ptaków poderwało się z krzewów.


I właśnie taki zapamiętała ten poranek.


Nie jako wielką scenę miłosną.


Najpierw jako jego kompletnie nieodpowiednie buty.


Marouane odwrócił się do niej i wyciągnął rękę.


— Chodź, skoro już mnie tutaj przyprowadziłaś.


— Boisz się rosy?


— Nie. Ciebie się boję. Z tobą nigdy nie wiadomo, gdzie człowiek skończy przed śniadaniem.


Podała mu dłoń.


Nie pierwszy raz jej dotykał. A jednak w chłodzie tamtego ranka ciepło jego palców było wyraźniejsze niż zwykle.


Ruszyli.


Przy ścieżce rosły chabry. Dalej bieliły się rumianki i drobne baldachy dzikiej marchwi. Magdalena co chwilę zatrzymywała wzrok na czymś innym, a Marouane obserwował ją z rozbawieniem.


— Ten?


— Chaber.


— Szaber.


— Chaber.


— Przecież powiedziałem.


— Oczywiście.


Zerwała jeden i podała mu.


Obrócił kwiat w palcach, jakby właśnie wręczono mu przedmiot wymagający poważnego namysłu.


— Ładny.


— Tyle masz do powiedzenia?


— Nie. Jeszcze mogę powiedzieć, że pasuje do ciebie.


— Niebieski?


— Uparty.


Tym razem uderzyła go lekko w ramię.


Marouane złapał jej dłoń, zanim zdążyła ją zabrać.


Śmiech ucichł.


Nie nagle. Po prostu stał się czymś innym.


Magdalena spojrzała najpierw na ich splecione palce, potem na niego.


Znała tę twarz.


A jednak w pierwszym świetle wydawała się inna. Łagodniejsza. Senna jeszcze na krawędziach. Poranek odebrał jej wszystko, co należało do pośpiechu dnia.


Marouane wsunął chaber za jej ucho.


Nie zrobił tego idealnie. Łodyga zaczepiła się o włosy i Magdalena skrzywiła się.


— Au.


— Miało być romantycznie.


— Wyszło prawie.


— Daj mi drugą próbę.


— Nie.


Roześmiał się.


I właśnie wtedy pierwszy promień słońca przeszedł przez mgłę.


Niebo zaczęło nabierać koloru. Gdzieś wysoko odezwał się skowronek, potem drugi. Zamknięte maki powoli rozluźniały płatki.


Magdalena patrzyła na nie przez chwilę.


— Zobacz.


Marouane jednak nie patrzył na kwiaty.


Patrzył na nią.


Poczuła to wcześniej, niż odwróciła głowę.


Był w tym rodzaj spojrzenia, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Nie nachalne. Nie pospieszne. Po prostu dłuższe, niż wymagała chwila.


— Co? — zapytała.


— Nic.


— Marouane.


Uśmiechnął się.


— Ładnie wyglądasz rano.


Powinna była coś odpowiedzieć.


Zamiast tego poprawiła chaber we włosach.


— Nawet po tym, jak zaciągnąłeś mnie na mokre pole?


— To ty mnie zaciągnęłaś.


— Szczegóły.


Zrobiła krok, chcąc ruszyć dalej.


Tym razem to on jej nie puścił.


Nie szarpnął. Nie przyciągnął gwałtownie. Jego palce jedynie mocniej zamknęły się wokół jej dłoni.


Magdalena zatrzymała się.


Między nimi pozostało może pół kroku.


Tyle, żeby nadal można było udawać, że nic się nie dzieje.


I za mało, żeby naprawdę w to uwierzyć.


Marouane uniósł wolną dłoń i poprawił kosmyk włosów, który przykleił się do jej policzka.


Ten jeden gest wystarczył.


Magdalena poczuła ciepło biegnące od miejsca, którego dotknęły jego palce, aż gdzieś znacznie głębiej.


Nie chciała go nazywać.


Jeszcze nie.


Świt dopiero się zaczynał.


Maki dopiero otwierały czerwone płatki.


A ona po raz pierwszy pomyślała, że być może najważniejsze rzeczy wcale nie przychodzą do człowieka z hukiem.


Czasem przychodzą o poranku.


W mokrych butach.


Z chabrem trzymanym nieporadnie między palcami.


I patrzą na ciebie tak, że zwyczajna łąka nagle staje się miejscem, do którego będziesz wracać pamięcią przez całe życie.

Rozdział III

Chabry dla Magdaleny


Marouane postanowił nauczyć się polskich kwiatów.


Nie dlatego, że nagle odkrył w sobie zamiłowanie do botaniki.


Powód miał rude włosy, śmiała się z jego wymowy i poprzedniego ranka wsunęła mu chaber do kieszeni koszuli.


Trzeciego poranka Magdalena znalazła go na łące wcześniej niż zwykle.


Kucał pośród kwiatów z miną człowieka rozwiązującego bardzo poważny problem.


— Co ty robisz?


Marouane drgnął i błyskawicznie schował coś za plecami.


— Nic.


— O piątej trzydzieści rano klęczysz w mokrej trawie i robisz nic?


— Dokładnie.


Magdalena zmrużyła oczy.


— Pokaż ręce.


— Nie.


— Marouane.


— Magdalena.


— Pokaż.


Wyprostował się.


Za plecami trzymał bukiet.


Jeżeli w ogóle można było tak nazwać zbieraninę chabrów, rumianków, koniczyny, firletek i kilku źdźbeł, które prawdopodobnie znalazły się tam przez pomyłkę.


Magdalena patrzyła przez chwilę.


— To dla mnie?


— Nie. Dla krowy.


Rozejrzała się demonstracyjnie po pustej łące.


— Nie widzę żadnej.


— Więc masz szczęście.


Podał jej kwiaty.


Magdalena przyjęła je obiema dłońmi.


Bukiet był nierówny, trochę mokry i zdecydowanie piękniejszy od wszystkich idealnych kompozycji, jakie kiedykolwiek widziała.


Przyłożyła go do twarzy.


Pachniał ziemią, rumiankiem i porankiem.


— Dziękuję.


Marouane wzruszył ramionami, jakby nie było o czym mówić.


Ale uśmiechał się.


— Dobra. Egzamin — oznajmiła Magdalena.


— Jaki egzamin?


Wyjęła z bukietu niebieski kwiat.


— To?


— Chaber.


Powiedział prawie bezbłędnie.


Uniósł brwi z dumą.


— Widzisz?


— Jestem pod wrażeniem.


Wyciągnęła następny.


— A to?


— Rumianek.


— Bardzo dobrze.


Kolejny.


Marouane spojrzał podejrzliwie na różowy kwiat.


— Tego nie było.


— Był.


— Nie było.


— Firletka.


Powtórzył.


Źle.


Magdalena wybuchnęła śmiechem.


— Jeszcze raz.


Spróbował ponownie.


Jeszcze gorzej.


— Przestań się śmiać. Polski nie jest normalnym językiem.


— Jest bardzo normalnym językiem.


— Macie za dużo liter.


— A wy?


— My mamy rozsądną liczbę.


— Oczywiście.


Ruszyli przez łąkę.


Tym razem nie trzymali się za ręce. Magdalena niosła bukiet, a Marouane szedł obok i od czasu do czasu wskazywał jakiś kwiat, domagając się nazwy.


— To?


— Krwawnik.


Spojrzał na nią.


— Nie.


— Co nie?


— Nie będę tego mówił.


— Krwawnik.


— Następny.


Magdalena roześmiała się.


Słońce dopiero wspinało się nad pole. Światło było jasne i miękkie, a rosa nie zdążyła jeszcze zniknąć z pajęczyn rozwieszonych między łodygami.


W oddali śpiewał skowronek.


Marouane nagle wskazał niewielki fioletowy kwiat.


— A ten?


— Dzwonek.


— To jest łatwe.


— Wreszcie coś dla ciebie.


Spojrzał na nią z udawaną obrazą.


— Teraz moja kolej.


— Twoja?


— Tak. Ja cię będę uczył.


Magdalena zatrzymała się.


— Czego?


Powiedział słowo.


Miękkie, obce, pełne dźwięków, których jej polski język nie znał.


Spróbowała je powtórzyć.


Marouane natychmiast się roześmiał.


— Co?!


— Nic.


— Śmiejesz się!


— Nie śmieję.


— Marouane!


— Powiedziałaś coś zupełnie innego.


Magdalena uderzyła go bukietem.


Kilka kropli rosy rozsypało się na jego twarzy.


— Teraz powiedz jeszcze raz.


Powiedział wolniej.


Patrzyła na jego usta, próbując zapamiętać układ głosek.


Powtórzyła.


Tym razem lepiej.


— Jeszcze.


Znowu.


I nagle lekcja przestała dotyczyć języka.


Marouane mówił coraz ciszej.


Magdalena patrzyła coraz mniej na kwiaty.


Było coś niezwykle intymnego w uczeniu się słowa z czyichś ust.


Jakby na krótką chwilę wpuszczało się drugiego człowieka do miejsca, z którego się pochodzi.


— Co ono znaczy? — zapytała.


Marouane spojrzał jej prosto w oczy.


— Piękna.


Magdalena zamilkła.


— Oszust.


— Dlaczego?


— Specjalnie kazałeś mi powtarzać.


— Musiałaś dobrze się nauczyć.


— Pięć razy?


— Masz trudności z wymową.


Znów chciała uderzyć go bukietem.


Tym razem złapał jej nadgarstek.


Magdalena zatrzymała dłoń w połowie ruchu.


Spojrzała na niego.


Wesołość nadal była w jego oczach, ale pojawiło się pod nią coś jeszcze.


To samo ciepło, które pamiętała z poprzedniego poranka.


Marouane powtórzył obce słowo.


Tym razem nie jak nauczyciel.


Jak mężczyzna mówiący je tylko jednej kobiecie.


Magdalena poczuła, że policzki robią jej się ciepłe.


— Nie patrz tak na mnie.


— Jak?


— Wiesz jak.


— Nie wiem.


— Kłamiesz.


— Trochę.


Przesunęła się bliżej.


Nie dlatego, że ją przyciągnął.


Sama chciała.


Bukiet znalazł się pomiędzy nimi. Rumianki dotknęły jego koszuli, a chabry musnęły jej szyję.


Marouane spojrzał w dół.


— Twoje kwiaty przeszkadzają.


— Sam je przyniosłeś.


— Nie przewidziałem wszystkiego.


Magdalena uśmiechnęła się i powoli odłożyła bukiet na trawę.


— Lepiej?


Nie odpowiedział od razu.


Jego spojrzenie wystarczyło.


Magdalena wsunęła palce pod kołnierz jego koszuli i przyciągnęła go ku sobie.


Pocałowała go pierwsza.


Bez wczorajszej ostrożności.


Marouane objął ją w talii, a ona poczuła jego ciepło przez cienki materiał sukienki. Pocałunek pogłębił się na krótką chwilę, smakował jeszcze poranną kawą i czymś, co należało tylko do niego.


Kiedy odsunęła twarz, nie wypuściła go z objęć.


— Jeszcze raz — szepnęła.


— Co?


— To słowo.


Powiedział je przy jej uchu.


Magdalena zamknęła oczy.


— Teraz brzmi lepiej.


— Bo wreszcie dobrze słuchasz.


Zaśmiała się i pocałowała go w policzek.


Potem podniosła bukiet.


Ruszyli dalej.


Tego ranka Marouane nauczył się czterech nazw polnych kwiatów.


Piątej odmówił.


Magdalena nauczyła się jednego słowa z jego świata.


Ale jeszcze długo później pamiętała nie jego znaczenie.


Pamiętała sposób, w jaki Marouane je wypowiedział.


Miękko.


Blisko jej ucha.


Wśród chabrów, firletek i rumianków budzących się pod północnym słońcem.


I pomyślała wtedy, że być może miłość między dwojgiem ludzi pochodzących z różnych stron świata zaczyna się właśnie tak:


od cierpliwego uczenia się nazw tego, co dla drugiego jest piękne.

Rozdział IV

Poranek pachnący skórą i macierzanką


Czwarty poranek nie zaczął się na łące.


Zaczął się od światła.


Wślizgnęło się przez uchylone okno cienką, złotą smugą i przesunęło po podłodze, po białej pościeli, po rozsypanych na krześle ubraniach.


Magdalena obudziła się pierwsza.


Przez chwilę nie otwierała oczu.


Czuła chłodne powietrze wpadające do pokoju i zapach macierzanki, którą poprzedniego wieczoru przyniosła z pola. Leżała teraz w małym szklanym naczyniu przy oknie, razem z rumiankami i kilkoma chabrami.


Czuła również Marouane.


Jego ramię obejmowało ją w pasie.


Oddychał spokojnie, jeszcze pogrążony we śnie, a jego oddech ogrzewał skórę przy jej karku.


Magdalena uśmiechnęła się do siebie.


Nie ruszyła się.


Lubiła tę krótką godzinę, kiedy człowiek nie należał jeszcze do obowiązków, telefonów ani zegarków.


Kiedy można było po prostu istnieć.


Odwróciła się ostrożnie.


Marouane otworzył jedno oko.


— Obudziłam cię?


— Nie.


— Śpisz?


— Bardzo.


— Z otwartymi oczami?


— Nauczyłem się w Polsce.


Magdalena roześmiała się cicho.


— Wszystkiego się tutaj nauczyłeś.


— Chaber.


— Brawo.


— Rumianek.


— Jestem dumna.


Zmarszczył czoło, próbując przypomnieć sobie kolejne słowo.


— Fir…


Magdalena już się uśmiechała.


— Nie pomagaj.


— Nie pomagam.


— Firletka.


Powiedział poprawnie.


Magdalena uniosła brwi.


— No proszę.


— Widzisz?


— Jest jeszcze krwawnik.


Marouane natychmiast zamknął oczy.


— Śpię.


Zaśmiała się i przesunęła palcami po jego policzku.


Tym razem nie było między nimi mokrej łąki, biegu ani żartobliwej walki.


Było coś znacznie spokojniejszego.


Bliskość, która nie potrzebowała wydarzenia.


Marouane otworzył oczy.


Złapał jej dłoń i pocałował wnętrze palców.


Magdalena przestała się uśmiechać.


Nie dlatego, że zrobiło się poważnie.


Dlatego, że ten drobny gest poruszył w niej coś zupełnie innego niż wszystkie poprzednie.


Jego usta dotknęły jej dłoni jeszcze raz.


Wolniej.


— Co robisz? — zapytała.


— Nic.


— Znowu to twoje nic.


— Lubię nic.


— Zauważyłam.


Przesunęła palcami po jego włosach.


Poranne światło było już mocniejsze. Leżało na jego twarzy, zatrzymywało się na rzęsach i na linii szczęki.


Magdalena patrzyła.


Bez skrępowania.


— Co? — tym razem zapytał on.


— Nic.


— Kłamiesz.


— Trochę.


Odpłaciła mu jego własnymi słowami.


Marouane uśmiechnął się.


Magdalena pochyliła się i pocałowała go w czoło.


Potem w skroń.


Potem przy policzku.


Nie spieszyła się.


Każdy pocałunek był osobnym zdaniem w rozmowie, której nie trzeba było prowadzić głosem.


Kiedy dotarła do jego ust, Marouane przestał udawać sennego.


Objął ją mocniej.


Pocałunek był ciepły i leniwy, zupełnie inny niż ten pośród mokrych chabrów.


Nie było dokąd biec.


Nie było przed czym się chować.


Magdalena poczuła jego dłoń przesuwającą się powoli po jej plecach.


Przymknęła oczy.


Skóra pamiętała dotyk inaczej niż myśli.


Dokładniej.


Ciszej.


Marouane odsunął się od jej ust zaledwie o kilka centymetrów.


— Zimno ci?


Magdalena pokręciła głową.


— Teraz już nie.


Dotknęła nosem jego nosa.


— Tobie?


— Przy tobie?


Uśmiechnęła się.


— To było strasznie romantyczne.


— Uczę się.


— Kto cię uczy?


— Jakaś kobieta od chabrów.


— Musi być okropna.


— Bardzo.


Pocałował ją ponownie.


Tym razem śmiech zniknął szybciej.


Magdalena poczuła znajome ciepło rozchodzące się pod skórą. Odpowiedziała na pocałunek mocniej, przesuwając dłoń na jego kark.


Marouane przyciągnął ją do siebie.


Między jednym oddechem a drugim poranek nagle stał się znacznie mniej niewinny.


Jego usta przesunęły się ku jej szyi.


Magdalena odchyliła głowę.


Światło dotykało odsłoniętego ramienia, a chłód wpadający przez okno mieszał się z ciepłem jego skóry.


Kontrast był niemal odurzający.


Zacisnęła palce na jego ramieniu.


— Marouane…


Uniósł głowę.


Spojrzał na nią.


Tym razem nie żartował.


Magdalena również nie.


Przez kilka sekund po prostu na siebie patrzyli.


W tej jednej chwili było pytanie.


I odpowiedź.


Magdalena przesunęła dłonią po jego policzku, przyciągnęła jego twarz i pocałowała go ponownie.


To ona zdecydowała.


Reszta poranka straciła potrzebę mierzenia czasu.


Za oknem budziły się ptaki.


Światło wspinało się po ścianach.


Macierzanka pachniała coraz mocniej, ogrzewana słońcem, a główki rumianków zwracały się ku oknu.


I tylko świt wiedział, ile czasu minęło, zanim w pokoju znowu pojawił się śmiech.


— —


Później Magdalena siedziała na podłodze przy otwartym oknie, owinięta narzutą, i piła wodę ze szklanki.


Marouane szukał koszuli.


— Widzisz ją?


— Nie.


— Magdalena.


— Naprawdę.


Spojrzał na nią podejrzliwie.


Koszula leżała tuż obok niej.


Przysunęła ją stopą pod krzesło.


— Ty ją masz.


— Udowodnij.


Marouane roześmiał się.


— Wiedziałem.


Podszedł.


Magdalena próbowała zachować powagę.


Nie udało się.


Zanim zdążyła uciec, zabrał jej narzutę razem z ukrytą koszulą.


— Złodziejka.


— To moja pamiątka.


— Masz już chaber.


— Usechł.


— To kupię ci następny.


Magdalena spojrzała na niego.


— Nie kupuje się chabrów.


— Dlaczego?


— Chabry się znajduje.


Marouane zatrzymał się na chwilę.


— Dobrze.


Założył koszulę.


— To będę znajdował.


Nie wiedziała wtedy, dlaczego właśnie to zdanie zapamiętała.


Nie pocałunki.


Nie jego dłonie.


Nie ciepło poranka.


To jedno zwyczajne:


To będę znajdował.


Może dlatego, że miłość często obiecuje za dużo.


Wieczność.


Nigdy.


Zawsze.


A Marouane obiecał jej tylko, że będzie znajdował chabry.


I tego ranka Magdalenie wydawało się, że to wystarczy.


Na parapecie pachniała macierzanka.


Za oknem łąka była już pełna słońca.


A gdzieś pomiędzy świtem północy a słońcem południa rodził się ich własny język —


złożony z polskich kwiatów, obcych słów, śmiechu i czułości,


której nie trzeba było tłumaczyć na żaden język świata.

Rozdział V

Boso przez koniczynę


Piątego poranka to Magdalena uciekła z jego butami. Marouane odkrył to dopiero przed domem.


Stała kilka metrów dalej z jego butami w obu dłoniach i miną niewinnej osoby, która z całą pewnością nie miała nic wspólnego z ich zniknięciem.


— Co?


— Oddaj.


— Nie.


— Dlaczego masz moje buty?


— Bo dzisiaj idziemy boso.


Spojrzał na mokrą od rosy ziemię.


Potem na nią.


Potem znowu na ziemię.


— Nie.


Magdalena rzuciła buty pod drewniany ganek i pobiegła.


— To nie jest normalne! — zawołał za nią.


— Dogonisz mnie, to porozmawiamy!


Tym razem nie protestował długo.


Usłyszała za sobą jego kroki.


Poranek dopiero otwierał oczy.


Nad polami wisiała jeszcze delikatna mgła, skowronki wznosiły się coraz wyżej, a pierwsze promienie słońca zapalały rosę na czerwonej koniczynie. Wśród niej rosły złocienie, przetaczniki i drobne różowe goździki polne.


Magdalena biegła przez nie, unosząc sukienkę nad kolana.


Trawa była lodowata.


Po kilkunastu krokach pisnęła.


— Zimno!


Za plecami usłyszała śmiech Marouane.


— Świetny pomysł!


— Zamknij się!


— To ty chciałaś!


Odwróciła się podczas biegu.


Błąd.

Marouane był znacznie bliżej, niż przypuszczała.


— Nie waż się!


— Za późno.


Przyspieszyła.


Przez kilka sekund naprawdę próbowała uciekać, ale śmiech odbierał jej oddech.


Marouane dogonił ją pośród koniczyny.


Objął Magdalenę od tyłu i uniósł.


— Marouane!


Jej stopy oderwały się od ziemi.


— Postaw mnie!


— Powiedz, że miałem rację.


— Nigdy!


Obrócił się z nią raz.


Magdalena śmiała się tak mocno, że nie była już w stanie protestować.


— Powiedz.


— Nie!


Drugi obrót.


— Marouane, przewrócisz nas!


— Powiedz.


— Dobrze! Miałeś rację!


Postawił ją na ziemi.


— Wiedziałem.


Magdalena odwróciła się i natychmiast popchnęła go obiema dłońmi.


Nie przewidziała tylko, że mokra koniczyna nie sprzyja godności.


Marouane stracił równowagę.


Chwycił Magdalenę.


I runęli razem.


Najpierw zapadła cisza.


Potem Magdalena spojrzała na niego.


Marouane na nią.


Leżeli pośród koniczyny jak dwoje ludzi, którzy właśnie przegrali bardzo głupią bitwę.


Na jego włosach wisiały źdźbła trawy.


Magdalena wybuchnęła śmiechem.


— Nie śmiej się.


To tylko pogorszyło sytuację.


— Wyglądasz…


Nie mogła dokończyć.


Marouane zerwał garść koniczyny i rzucił jej na brzuch.


— Ty też.


— Cham.


— To już umiem po polsku.


Magdalena próbowała zrzucić z siebie kwiaty.


Marouane dołożył następne.


— Przestań!


— Nie.


— Zachowujesz się jak dziecko.


— A kto ukradł mi buty?


Nie miała argumentu.


Leżeli więc dalej.


Ziemia pachniała wilgocią. Koniczyna łaskotała Magdalenę w odsłonięte łydki, gdzieś przy jej włosach kołysały się niebieskie przetaczniki, a nad nimi niebo powoli traciło bladość nocy.


Po raz pierwszy od kilku poranków żadne z nich nigdzie się nie spieszyło.


Magdalena odwróciła głowę.


Marouane leżał obok.


Miał zamknięte oczy.


— Śpisz?


— Tak.


— Na łące?


— Przez ciebie nie mogę spać w normalnych godzinach.


— Biedny.


— Bardzo.

Magdalena zerwała maleńki kwiat koniczyny i przesunęła nim po jego policzku.


Zmarszczył nos.


Zrobiła to ponownie.


— Magdalena.


Jeszcze raz.


Marouane otworzył oczy.


— Ostrzegam.


— Strasznie się boję.


Przesunęła kwiatem po jego ustach.


Tym razem złapał ją za nadgarstek.


Ale zamiast zabrać jej koniczynę, pocałował opuszki jej palców.


Śmiech Magdaleny ucichł.


Tak po prostu.


Jeszcze przed chwilą byli dwojgiem dzieci tarzających się po mokrej trawie.


Teraz poczuła ciepło jego ust na swoich palcach.


Marouane nie spuszczał z niej wzroku.


Magdalena przesunęła się ku niemu.


Powoli.


Nie potrzebowała, żeby ją przyciągał.


Oparła dłoń na jego piersi i pochyliła się nad nim.


— Co? — zapytał.


— Teraz ja decyduję.


— O czym?


Nie odpowiedziała.


Pocałowała go.


Najpierw krótko.


Potem drugi raz, znacznie wolniej.


Marouane położył dłoń na jej plecach, lecz nie przejął prowadzenia. Magdalena została nad nim, z włosami opadającymi wokół ich twarzy i porannym słońcem prześwitującym przez pojedyncze pasma.


Pocałowała jego policzek.


Szczękę.


Miejsce tuż pod uchem.


Poczuła, jak jego oddech się zmienia.


To sprawiło jej przyjemność większą, niż chciała przyznać.


— Magdalena…


Tym razem jej imię zabrzmiało inaczej.


Nie jak ostrzeżenie.


Uśmiechnęła się przy jego skórze.


— Co?


— Robisz to specjalnie.


— Co robię?


— Wiesz.


Podniosła głowę.


— Nie wiem.


Teraz ona kłamała.


I oboje o tym wiedzieli.


Marouane wsunął palce w jej włosy.


Magdalena pocałowała go jeszcze raz.


Dłużej.

Ciepło jego ciała mieszało się z chłodem mokrej ziemi. Zapach skóry z zapachem koniczyny i rumianku. Śmiech sprzed kilku minut pozostawał gdzieś blisko, ale pomiędzy nimi pojawiło się już inne napięcie — łagodne, przyjemne i coraz trudniejsze do ignorowania.


Magdalena położyła głowę na jego piersi.


Słyszała jego serce.


— Szybko bije — powiedziała.


— Biegałem.


Podniosła głowę.


— Oczywiście.


— Bardzo szybko biegałem.


— Marouane.


Roześmiał się.


Magdalena położyła dłoń dokładnie tam, gdzie czuła uderzenia jego serca.


— Kłamca.


— Trochę.


Zostali tak jeszcze chwilę.


Bez wielkich deklaracji.


Bez pytań o przyszłość.


Bez potrzeby nadawania wszystkiemu znaczenia.


Nad nimi śpiewały skowronki.


Wokół otwierały się złocienie, koniczyna i drobne polne goździki. Rosa wysychała powoli na ich ubraniach, a słońce wspinało się coraz wyżej.


W końcu Magdalena poderwała się.


— Wracamy.


Marouane nawet się nie poruszył.


— Nie.


— Przed chwilą narzekałeś.


— Zmieniłem zdanie.


— Śniadanie.


Otworzył oczy.


— Co będzie?


— Nie wiem.


— To zostaję.


Magdalena ruszyła przez łąkę.


Po kilku krokach odwróciła się.


— Kawa.


Marouane usiadł.

— I?


— Jajka.


Wstał.

— I?

Magdalena zastanowiła się.


— Może naleśniki.


Już szedł w jej stronę.


— Wiedziałam.


— Nie dla ciebie wracam.


— Oczywiście.


Dogonił ją i bez pytania splótł swoje palce z jej palcami.


Wracali boso.


Brudni od ziemi.


Mokrzy od rosy.


Z koniczyną przyklejoną do ubrań i włosów.


Magdalena pomyślała wtedy, że nikt nigdy nie powiedział jej, iż miłość może wyglądać właśnie tak.


Nie zawsze jak obietnica.


Nie zawsze jak tęsknota.


Nie zawsze jak pocałunek, od którego zatrzymuje się świat.


Czasami wygląda jak dwoje dorosłych ludzi biegnących boso przez mokrą łąkę o świcie.


Jak śmiech, którego nie trzeba uciszać.


Jak trawa we włosach człowieka, którego pragnie się pocałować.


I jak czyjaś dłoń, która po całym tym szaleństwie po prostu znajduje twoją —


bo chce wrócić z tobą na śniadanie.

Rozdział VI

Kawa wypita przed światem


Szósty poranek zmieścił się na kuchennym stole.


Nie potrzebował łąki.


Nie potrzebował nawet słońca.


Deszcz zaczął padać jeszcze przed świtem i teraz cicho stukał o parapet. Za szybą świat był szary, rozmyty i senny, a polne kwiaty z poprzedniego dnia stały w starym słoiku po dżemie — kilka chabrów, koniczyna, złocienie i jeden rumianek, który pochylił głowę nad blatem.


Magdalena weszła do kuchni boso.


Marouane już tam był.


Stał przy kuchence z patelnią w jednej dłoni i drewnianą łopatką w drugiej.


Zatrzymała się w drzwiach.


— Co robisz?


— Śniadanie.


— Sam?


Odwrócił głowę.


— Nie. Skowronki mi pomagają.


— Nie ma skowronków.


— Dlatego tak długo mi idzie.


Podeszła bliżej.


Na blacie panował chaos.


Jajka. Chleb. Pomidor. Otwarta kawa. Łyżeczka leżąca w zupełnie niewytłumaczalnym miejscu.


Magdalena oparła dłonie na biodrach.


— Co tu się wydarzyło?


— Gotuję.


— Widzę skutki. Pytam o przyczynę.


Marouane wskazał patelnię.


— Siadaj.


— Boję się.


— Wczoraj jadłaś naleśniki.


— Ale robiłam je ja.


— Właśnie dlatego dzisiaj gotuję ja.


Magdalena usiadła przy stole.


Po chwili przed nią stanął talerz.


Przyjrzała mu się.


Potem Marouane.


— To jajecznica?


— Tak.


— Na pewno?


— Magdalena.


Spróbowała.


Marouane obserwował ją z napięciem.


Przeżuła powoli.


— No?


— Żyję.


— Daj.


Zabrał jej widelec, spróbował i zmarszczył brwi.


— Trochę za dużo soli.


Magdalena parsknęła śmiechem.


— Trochę?


— Kawa będzie dobra.


— Tego też się boję.


Marouane postawił przed nią filiżankę.


Usiadł naprzeciwko.


Przez kilka minut naprawdę jedli w ciszy.


Ale była to zupełnie inna cisza niż ta, która czasem zapada pomiędzy dwojgiem ludzi, kiedy nie wiedzą, co powiedzieć.


Ta była pełna.


Deszcz grał na szybie.


Czajnik jeszcze cicho stygnął.


Marouane odłamywał kawałki chleba, a Magdalena co jakiś czas podnosiła filiżankę do ust.


Pod stołem ich bose stopy przypadkiem się zetknęły.


Magdalena cofnęła swoją.


Po sekundzie dotknęła go ponownie.


Marouane spojrzał na nią znad filiżanki.


— Co?


— Nic.


Przesunęła stopę po jego kostce.


— Magdalena.


— Jem śniadanie.


— Widzę.


Zrobiła to jeszcze raz.


Tym razem wolniej.


Marouane odstawił filiżankę.


— Robisz to specjalnie.


— Co?


— Wiesz co.


Magdalena odgryzła kawałek chleba, starając się wyglądać niewinnie.


— Może masz bardzo wrażliwe nogi.


— A może ty lubisz mnie denerwować.


— To też.


Wstał.


Magdalena obserwowała, jak obchodzi stół.


— Dokąd idziesz?


— Po kawę.


— Kawa jest tam.


— Zmieniłem zdanie.


Stanął za jej krzesłem.


Magdalena poczuła jego dłonie na swoich ramionach.


Ciepłe.


Powolne.


Przesunęły się ku jej szyi, odgarniając włosy na bok.


Pocałował ją tuż pod uchem.


Magdalena przestała udawać zainteresowanie śniadaniem.


— To miała być kara?


— Jeszcze nie zdecydowałem.


Drugi pocałunek znalazł się niżej.


Przymknęła oczy.


Deszcz nadal uderzał o szybę, lecz nagle wydawał się znacznie dalszy.


Odwróciła głowę.


— Chodź tutaj.


Marouane przesunął się przed nią.


Magdalena złapała go za koszulę i przyciągnęła.


Ich pocałunek smakował kawą.


Był inny niż wszystkie poprzednie.


Nie należał do romantycznej łąki ani złotego światła. Nie towarzyszył mu skowronek ani wiatr poruszający kwiatami.


Była kuchnia.


Niedojedzona jajecznica.


Mokre szyby.


I dwoje ludzi, którzy nie potrzebowali pięknego krajobrazu, żeby zapragnąć znaleźć się jeszcze bliżej.


Magdalena przesunęła dłoń po jego karku.


Marouane objął ją w talii.


Pocałunek stał się wolniejszy, głębszy, bardziej świadomy.


Kiedy jego usta przesunęły się ku jej szyi, Magdalena zacisnęła palce na materiale jego koszuli.


— Poczekaj.


Zatrzymał się natychmiast.


Spojrzał na nią.


Magdalena sięgnęła za niego.


Wzięła ze stołu filiżankę.


Upiła łyk.


Marouane patrzył na nią z niedowierzaniem.


— Naprawdę?


— Wystygnie.


Przez sekundę milczał.


Potem zaczął się śmiać.


Magdalena również.


I całe napięcie pękło nagle, rozsypując się po kuchni razem z ich śmiechem.


— Jesteś niemożliwa.


— Ale kawa jest dobra.


— Wiedziałem.


Podała mu filiżankę.


Marouane napił się z tego samego miejsca, którego przed chwilą dotykały jej usta.


Magdalena obserwowała go.


Ten prosty gest okazał się dziwnie intymny.


Bardziej niż powinien.


— Co? — zapytał.


— Nic.


— Znowu kłamiesz.


— Zaczynam się od ciebie uczyć.


— —


Kiedy deszcz osłabł, otworzyli okno.


Do kuchni wpadło chłodne powietrze pachnące mokrą ziemią.


Magdalena wymieniła wodę kwiatom.


Marouane stał obok i patrzył, jak przycina łodygi.


— Ten umiera — powiedział, wskazując pochylony rumianek.


— Nie umiera. Jest zmęczony.


— Kwiaty bywają zmęczone?


— Wszystko bywa.


Wzięła rumianek między palce i poprawiła go ostrożnie.


Marouane objął ją od tyłu.


Tym razem bez żartu.


Po prostu.


Magdalena oparła się na chwilę o jego pierś.


— Wiesz, co jest dziwne? — zapytała.


— Ty?


Szturchnęła go łokciem.


— Poważnie.


— Mów.


Spojrzała na stół.


Na dwa talerze.


Dwie filiżanki.


Okruszki chleba.


Kwiaty w starym słoiku.


Nic niezwykłego.


A jednak właśnie ten obraz poruszył ją bardziej niż powinien.


— Że człowiek całe życie myśli, że będzie pamiętał wielkie rzeczy.


Marouane czekał.


— A potem chyba najbardziej pamięta takie poranki.


Nie odpowiedział od razu.


Pocałował ją we włosy.


— To zapamiętaj.


Magdalena spojrzała przez okno.


Nad polami rozjaśniało się niebo. Deszcz pozostawił na szybie ostatnie krople, a gdzieś daleko, pomiędzy chmurami, pojawił się wąski pas słońca.


Zapamiętała.


Nie dlatego, że wydarzyło się coś wielkiego.


Właśnie dlatego, że nie wydarzyło się nic.


Marouane przesolił jajecznicę.


Magdalena wypiła połowę jego kawy.


Pocałowali się w kuchni.


Pokłócili się o umierający rumianek.


A potem stali przy otwartym oknie i patrzyli, jak deszcz ustępuje miejsca porankowi.


I Magdalena po raz pierwszy pomyślała, że może właśnie tak wygląda najintymniejsza część miłości.


Nie wtedy, kiedy dwoje ludzi zdejmuje przed sobą ubrania.


Lecz wtedy, kiedy zdejmuje z siebie potrzebę bycia niezwykłymi.


I zostaje.


Przy jednym stole.


Przy zwiędniętym rumianku.


Przy człowieku, którego chce się mieć obok również wtedy, gdy świt nie jest piękny.

Rozdział VII

Kiedy zakwitł kąkol


Siódmy poranek zaczął się źle.


Nie od pocałunku.


Nie od kawy.


Nawet nie od „dzień dobry”.


Magdalena zamknęła drzwi trochę za mocno i ruszyła polną drogą, zanim Marouane zdążył ją dogonić.


Noc pozostawiła między nimi kilka zdań, których żadne nie potrafiło już cofnąć.


Nie były szczególnie okrutne.


Właśnie dlatego bolały.


Najgorsze słowa nie zawsze krzyczą.


Czasami są wypowiedziane spokojnie przez człowieka, po którym spodziewasz się czułości.

— Magdalena.


Nie zatrzymała się.


— Magdalena, poczekaj.


— Nie chcę.


— To chociaż idź wolniej.


Przyspieszyła.


Marouane zaklął pod nosem i po chwili zrównał się z nią.


Nie próbował jej dotknąć.


I dobrze.


Tego ranka nie chciała jego dłoni.


Świt był chłodny. Niebo miało kolor przygaszonego błękitu, a słońce ukrywało się za cienką warstwą chmur. Przy drodze rosły krwawniki, cykoria podróżnik i kąkol — ciemnoróżowy, niemal purpurowy, wyraźny pośród bladej zieleni.


Magdalena zerwała jeden kwiat.


Obracała go między palcami, idąc.


— Nadal jesteś zła? — zapytał Marouane.


Spojrzała na niego.


— Nie.


— Jesteś.


— Skoro wiesz, po co pytasz?


— Bo chcę z tobą rozmawiać.


— Wczoraj też rozmawialiśmy.


Trafiła.


Zobaczyła to po jego twarzy.


Przez chwilę szli w milczeniu.


Ale tym razem cisza nie była romantyczna.


Była ciężka.


Niewygodna.


Prawdziwa.

— Nie chciałem tego powiedzieć w taki sposób — odezwał się w końcu.


Magdalena zatrzymała się.


— Ale powiedziałeś.


Marouane również stanął.


— Tak.


Nie bronił się.


To trochę rozbroiło jej gniew.


Tylko trochę.


— I właśnie tego nie rozumiem — powiedziała. — Dlaczego ludzie najpierw mówią coś, co boli, a potem tłumaczą, że nie chcieli?


— Bo czasem człowiek jest głupi.


— To wyjątkowo wygodne wyjaśnienie.


— Nie powiedziałem, że wygodne.


Magdalena ruszyła dalej.


Kąkol nadal trzymała w dłoni.


— Nie chcę miłości, przy której będę musiała zgadywać, czy dzisiaj jestem dla ciebie ważna.


Tym razem Marouane nie odpowiedział natychmiast.


— Nie musisz zgadywać.


— Wczoraj musiałam.


To zatrzymało jego kolejną odpowiedź.


Dobrze.


Nie chciała pięknych słów.


Nie tego ranka.


Chciała, żeby pomyślał.


Przed nimi droga rozwidlała się przy starym sadzie. Magdalena skręciła w lewo, chociaż zwykle chodzili w prawo.


— Dokąd idziemy?


— Ja idę tędy.


To jedno ja zawisło pomiędzy nimi.


Marouane je usłyszał.


— A ja?


— Sam zdecyduj.


Szedł za nią.


Nie dlatego, że go zaprosiła.


Dlatego, że chciał.


Minęli stare jabłonie. Dalej zaczynała się łąka, zupełnie inna od tych, po których chodzili wcześniej — bardziej dzika, nieuporządkowana, pełna ostów, kąkolu, wyki i wysokich łodyg dziewanny.


Magdalena weszła pomiędzy kwiaty.


— Ten jest piękny — powiedział nagle Marouane.


Spojrzała.


Wskazywał kąkol.


Ten sam, który trzymała.


— Kiedyś rósł wszędzie w zbożu — odpowiedziała. — Teraz jest go coraz mniej.


— Dlaczego?


— Ludzie uznali, że przeszkadza.


Marouane przyjrzał się kwiatowi.


— A jest piękny.


— Jedno nie wyklucza drugiego.


Ich spojrzenia spotkały się na sekundę.


Oboje wiedzieli, że nie rozmawiają już tylko o kwiatach.


Marouane westchnął.


— Przepraszam.


Magdalena opuściła wzrok.


— Nie mów tego tylko dlatego, że jestem zła.


— Nie mówię.


— I nie przepraszaj, jeśli za chwilę będziesz tłumaczył, dlaczego właściwie miałeś rację.

— Nie będę.


Spojrzała na niego ponownie.


Nie uśmiechał się.


Nie próbował rozładować sytuacji żartem.


Stał kilka kroków od niej i po raz pierwszy tego ranka wyglądał tak, jakby naprawdę zrozumiał, że nie każdą ranę należy natychmiast zakleić pocałunkiem.


— Zabolało mnie — powiedziała Magdalena.


— Wiem.


— Nie. Teraz już wiesz.


Skinął głową.


— Teraz wiem.


I to było lepsze.


Nie „przesadzasz”.


Nie „źle mnie zrozumiałaś”.


Nie „nie miałem tego na myśli”.


Po prostu:


teraz wiem.


Magdalena podeszła do niego.


Nie w ramiona.


Nie jeszcze.


Stanęła przed nim i wsunęła kąkol w kieszeń jego koszuli.


Marouane spojrzał w dół.


— Co to znaczy?


— Że nadal jestem zła.


— Bardzo?


— Wystarczająco.


— A kwiat?


— Żebyś pamiętał.


— Co?


Magdalena spojrzała mu prosto w oczy.


— Że piękne rzeczy też potrafią przeszkadzać. I że nie wyrzuca się ich tylko dlatego, że czasem są trudne.


Tym razem coś w jego twarzy zmiękło.


Nie dotknął jej.


To ona zrobiła pierwszy krok.


Palcami poprawiła kołnierz jego koszuli.


Potem przesunęła dłonią po jego piersi, zatrzymując ją obok kwiatu.


Pod materiałem czuła bicie jego serca.


— Nadal szybko — powiedziała.


Marouane spojrzał na jej dłoń.


— Tym razem nie biegałem.


Magdalena uniosła wzrok.


Prawie się uśmiechnęła.


Prawie.


— To dobrze.


— Dlaczego?


— Bo nie miałbyś wymówki.


I wtedy uśmiechnął się pierwszy.


Tylko trochę.


Magdalena chciała pozostać poważna.


Nie udało się.


— Nie ciesz się tak.


— Jeszcze nic nie robię.


— Widzę tę minę.


— Jaką?


— Tę, po której zaczynasz być nieznośny.


Marouane zrobił krok bliżej.


Magdalena nie cofnęła się.


Tym razem, kiedy dotknął jej talii, zrobił to ostrożnie.


Jak pytanie.


Pozwoliła.


Jego druga dłoń przesunęła się po jej włosach.


— Mogę?


Nie musiała pytać, o co.


Odpowiedziała pocałunkiem.


Nie był łagodny.


Było w nim jeszcze trochę złości.


Trochę ulgi.


I coś, czego Magdalena nie potrafiła oddzielić od pragnienia.


Zacisnęła palce na jego koszuli i przyciągnęła go mocniej.


Marouane odpowiedział natychmiast.


Jego usta stały się bardziej zachłanne, ale dłonie pozostały uważne. Magdalena czuła jego oddech, ciepło skóry i własne serce, które najwyraźniej nie zamierzało przestrzegać zasad rozsądku.


Oderwała się pierwsza.


— To nie znaczy, że już ci wybaczyłam.


Marouane oddychał szybciej.


— Wiem.


— Dobrze.


Pocałowała go ponownie.


— A to?


— To znaczy, że nadal cię chcę.


W jego spojrzeniu coś zapłonęło.


— Magdalena…


— Nie.


Przyłożyła palec do jego ust.


— Teraz nie mów nic głupiego.


Pocałował jej palec.


— Postaram się.


Ruszyli dalej.


Nie trzymali się za ręce przez cały czas.


Czasem szli obok siebie.


Czasem Magdalena wyprzedzała go o kilka kroków.

Czasem to Marouane zatrzymywał się przy jakimś kwiecie i pytał o nazwę.


Nie wszystko zostało naprawione.


I może właśnie dlatego ten poranek był ważniejszy od poprzednich.


Bo świt nie zawsze budzi świat pięknym.


Czasem wydobywa z ciemności również to, czego wolelibyśmy nie zobaczyć.


— —


Kiedy wracali, słońce przebiło się wreszcie przez chmury.


Magdalena zauważyła, że Marouane nadal ma kąkol w kieszeni.


— Możesz go wyrzucić.


Spojrzał na kwiat.


— Nie.


— Zwiędnie.


— Wiem.


— To po co go niesiesz?


Marouane poprawił łodygę.


— Powiedziałaś, żebym pamiętał.


Magdalena już nic nie odpowiedziała.


Przed nimi ciągnęła się polna droga, jeszcze mokra od rosy. Cykoria otwierała niebieskie kwiaty ku słońcu, dziewanny stały wysoko ponad trawami, a kąkol płonął pośród zbóż jak maleńkie purpurowe światło.


Tego ranka nie obiecali sobie, że już nigdy się nie zranią.


Takich obietnic składają ludzie, którzy jeszcze niewiele wiedzą o miłości.


Magdalena i Marouane nauczyli się czegoś trudniejszego:


że można kochać człowieka i jednocześnie powiedzieć mu, że przekroczył granicę.


Można pragnąć jego ust i nadal wymagać przeprosin.


Można być blisko, nie rezygnując z siebie.


A czasem najpiękniejszym kwiatem poranka wcale nie jest mak ani chaber.


Czasem jest nim kąkol —


ten, który wyrasta tam, gdzie nikt go nie planował,


i przypomina, że miłość nie musi być idealna,


żeby warto było nauczyć się o nią dbać.

Rozdział VIII

Słońce południa


Ósmy poranek pachniał miętą.


Nie tą suszoną, zamkniętą w papierowej torebce.


Dziką.

Rosła przy wąskim strumieniu, pomiędzy niezapominajkami, krwawnikiem i bladymi kwiatami ślazu. Wystarczyło potrącić ją stopą, żeby wilgotne powietrze natychmiast napełniało się świeżym, chłodnym zapachem.


Magdalena szła kilka kroków przed Marouane i zbierała kwiaty.


Nie na bukiet.


Na wianek.


— Daj mi jeszcze jedną koniczynę.


— Którą?


Odwróciła się.


Marouane stał pośrodku łąki i rozglądał się, jakby dostał zadanie wymagające specjalistycznej wiedzy.


— Czerwoną.


— Wszystkie są zielone.


Magdalena zamknęła oczy.


— Kwiat, Marouane. Kwiat jest czerwony.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 76.27