E-book
16.38
drukowana A5
36.56
drukowana A5
kolorowa
66.56
Ścieżka Czarodzieja

Bezpłatny fragment - Ścieżka Czarodzieja

Tom I cyklu Czarodziej z Białowzgórza


5
Objętość:
278 str.
ISBN:
978-83-8104-731-9
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 36.56
drukowana A5
kolorowa
za 66.56

Podziękowania

Ta opowieść nie powstałaby bez pomocy i wsparcia moich Bliskich. Chciałbym zatem, w tym miejscu, podziękować choć niektórym z Nich, oczywiście zaznaczając, iż nie ponoszą Oni odpowiedzialności za wszelkie mankamenty i niedoróbki tekstu, ale Ich właśnie zasługą jest to, że błędów nie ma więcej, a tekst powstał w ogóle.

Po pierwsze dziękuję Markowi Opachowi za to, iż w przerwach wędrówek Iviarika pochylał się nad krętą ścieżką Erhana, wskazując z przyganą na kamienie i przepaście, przez które bohater tej opowieści mógłby wręcz pospiesznie zakończyć swój żywot. Dziękuję również Robertowi Bartczakowi za wnikliwą lekturę zakończoną stwierdzeniem, że łatwo się w niektórych miejscach pogubić, i za to, że dał Erhanowi miłość do akordów, które rodzą struny quintarry. Dziękuję Michałowi Żurawskiemu, za heroesów przemierzających nieumarłe światy i za wszystkie nasze rozmowy aż po snu kurtynę. Dziękuję wreszcie Violi Małeckiej, za wrony kołujące nad głową i fale rozbijające się o piasek plaż, gdzie sam diabeł pogubił się w liczeniu ziaren piasku.

Dziękuję także mojemu Bratu, Mateuszowi Pustemu, za cenne refleksje i uwagi, które na zawsze zmieniły kształt Drzewa, za braterskie wsparcie i upór, by doprowadzić do wydania tego tekstu. Dziękuję moim Synom, Fryderykowi i Karolowi, za to, że byli pierwszymi, cierpliwymi aż do zaśnięcia, odbiorcami czytanego przez ich tatę tekstu. Dziękuję zarazem mojej Małżonce, Ewelinie, za głębiny lasów Baith i całą gamę namiętności, bez których Erhan nie byłby sobą, nawet, gdy utracił moc.

Dziękuję wreszcie mojemu ukochanemu Ojcu, Mieczysławowi Ryszardowi Pustemu — za nasze długie wędrówki nad rzeką i za wszystkie nasze rozmowy, a wśród nich te, które dotyczyły Ścieżki. Twój brak, Tato, dla nas jest tak niemożliwy, że nikt z nim się nie pogodził i nie pogodzi, nawet gdy świat się odmieni.

Dziękuję także Tobie, Mamo, która byłaś pierwszym czytelnikiem moich wierszy i opowiadań — bo bez Ciebie, nie byłoby w ogóle i nigdy, żadnej opowieści. Dziękuję Ci za miłość, siłę i magię, która przenika mój świat, gdziekolwiek i kiedykolwiek jestem.

Dedykując zatem Barbarze Cichowskiej — Pusty, mojej Matce Czarownicy; w dłoni wciąż ściskam klucze do królestwa, które mi dałaś.

Marcin Ryszard Pusty

Taen Ba’Loire, ok. 2237 r. p. U.

PIĘĆ DARÓW

Dał Bezimienny pierwszy dar — życie

tchnął je w martwych kamieni istnienie

i świat zaroił się śpiewem ptaków

głębokich lasów roztańczone cienie

— lecz człowiek odebrał życie człowiekowi

Dał Bezimienny dar drugi — słów mowy

by ludziom rozwiązać języki splątane

i na to, by mogli między sobą prawić

i przetrwać nawet, gdy życie zabrane

— lecz człowiek zakrzyczał jeden drugiego

Dał Bezimienny dar trzeci — uczucia

by słowa okrasić miłości tęsknotą

nad cieniem lasu słońce na niebie

by olśnić serca prawdziwym złotem

— lecz człowiek nienawiść poczuł do drugiego

Dał Bezimienny dar czwarty — rozumu

by człowiek okiełznał uczucia spowite

odkrywał prawdę zaklętą w gwiazdach

i świat odmienił na dobry użytek

— lecz człowiek kłamstwo odkrył w swym licu

Dał Bezimienny dar piąty — wybranym

udzielił cząstki świata władanie

przez cztery dary iskry rozedrganie

by splotły w jedność te poprzednie czary

— i człowiek schylił się pod ciężarem

Rozdział I. Uczeń Mihivrina

„Przez czarne sale, komnaty mroku
przeszedł czarodziej, pokonawszy cienie. Lodowe wichry, kolumny prawdy
drżały pod jego białym spojrzeniem”
Saga o Mihivrinie, IX, 1

Dzień, jak kilka poprzednich, był duszny i upalny, jak przystałoby na koniec, nie zaś połowę Żniwnego. Żar narastał aż do zmierzchu, zaś niebo nabrało przed wieczorem charakterystycznej barwy indygo, która zwiastuje załamanie pogody i koniec przejrzystego lata. Nie było w tym nic dziwnego, ani zaskakującego — zbliżała się wielka burza przesilenia roku. Chwila ta nadeszła jednak w tym roku wcześniej, niż można by się jej było spodziewać, zanim jeszcze liście na drzewach zdążyły zrudzieć, a odległe góry pokryć szronem nowego śniegu. I tylko nagłe sznury wędrownych ptaków ostrzegły ludzi przed bliską zmianą pogody.

Tuż przed zmierzchem ochłodziło się, a wilgotna bryza odświeżyła powietrze nad miastem. Ogromna cisza zapadła na wzgórzach, w górach i puszczach Taen. Całodzienny upał ustąpił, cofnął się pod naciskiem nadchodzącej nawałnicy. Na dalekim zachodzie zaczynały się tymczasem piętrzyć i kłębić czarne chmury, zwiastujące deszcz i wichurę. Roziskrzone wstęgi błyskawic rozogniły ciemność u podnóża wału mrocznych obłoków, zasnuwającego horyzont i pędzącego w stronę Taen.

Mellinar u wybrzeży Wyspy wzburzył się, zaciągnął rosnącą w siłę falą. Bryza urosła, stała się porywistym wiatrem, potem zaś wichurą, aż w końcu pierwszy poryw tornada targnął trawą na wzgórzach i koronami drzew w dolinach. Wtedy, w jednej niemal chwili, wszelkie ptaki zniknęły z przestworzy nad lądem. Tylko wielkie, samotne albatrosy mknęły na skrzydłach wciąż potężniejącego wiatru, nie dając się pochłonąć gniewnemu niebu.

Ci mieszkańcy Taen Ba’Loire, do których los się uśmiechnął, i którzy mogli to uczynić, zebrali pospiesznie plony z pól, a ich spichlerze pęczniały teraz od zboża i niedojrzałych owoców. Inni, których zasiewy jeszcze nie były gotowe do zbioru, z bezsilnym niepokojem patrzyli na nieboskłon, pełni nagłej obawy. Niejeden pomyślał o tym, że tylko siły inne, niż dostępne zwyczajnym śmiertelnikom, mogłyby go uratować z niespodziewanej opresji.

Na całej Północy ludzie prosili zatem o pomoc magów. Lecz ci, choć znali tysiąc przydatnych czarów i zaklęć, nie byli gotowi podjąć tego wyzwania. Otaczający Taen ocean, niespokojny, kapryśny ogrom wodnych przestrzeni, silniejszy był bowiem od jakiegokolwiek człowieka. Pomagali w ludzkich sprawach, wedle swego kaprysu, chęci lub zamożności proszących, ale nie było wśród członków Kręgu nikogo na tyle szalonego, by stawić czoła potędze największego z mórz, zwanego Mellinar — co znaczyło przecież w dawnej mowie — Ostateczność.

Ja jednak nie lękałem się ani szału pokrytych zwałami czarnych chmur niebios, ani potęgi rozkołysanego sztormem morza. Zatrzasnąłem okiennice, przez które do komnaty wpadał narastający wiatr i obietnica burzy. Pobiegłem kamienną drogą w dół, przez pełne ludzkiego rozgardiaszu miasto, do gospody Debrena, gdzie śpiewano tego dnia pieśni.

Karczma Debrena była budynkiem starożytnym nawet wedle miary magów — trójnawową budowlą, wzniesioną na długo przed Rokiem Utraty Loran. Jej gładkie, kamienne ściany pięły się ku skrytemu w cieniach sklepieniu. Przez umieszczone w nich wąskie, wysokie okna wpadało niewiele światła — dość wprawdzie, by podkreślić półmrok wypełniający budynek, lecz nie dość zarazem, by rozjaśnić jego przestronne wnętrza. Głównej komnaty, wysokiej na dwadzieścia valin, nie mogły rozświetlić płonące ponad głowami obecnych łuczywa, ani też dobudowane pod bocznymi ścianami kominki, które latem były zresztą wygaszone. Być może, w dawnych wiekach mrok pomieszczeń gospody, rozświetlał inny, przywołany przez magię blask. Lecz dawne czasy i ich dawne czary przeminęły, a mury trwały dalej, rzucając spokojne wyzwanie mijającym tysiącleciom i świadcząc o kunszcie cechującym ich zapomnianych budowniczych.

Kiedy przekroczyłem drzwi oberży, przy żadnym ze stołów nie znalazłem już dla siebie miejsca. Zarówno główna sala, jak i alkowy ukryte w bocznych nawach, były wypełnione po brzegi. Tłok był większy niż zazwyczaj — do karczmy zeszło się wielu mieszkańców Karensis i okolic, nie licząc licznych podróżnych, wędrujących szlakiem z południa. Wysoki, szczupły Debren uwijał się za szynkwasem, zaś dziewczęta, które zatrudniał do pomocy, nie nadążały z roznoszeniem potraw i napojów. Oberżę wypełniał śmiech i gwar leniwych rozmów, takich, na jakie mogą sobie pozwolić ludzie, którzy skończyli pracę i nigdzie im się już nie spieszy. Drewniane i cynowe naczynia uderzały zatem z brzękiem o siebie, a kufle pełne piwa stukały z głośnym trzaskiem. Niewielu z obecnych sprawiało wrażenie zmartwionych — bowiem mieszkańcy Karensis, słynący z zapobiegliwości, zdążyli oprzątnąć swoje pola i ogrody. Zresztą, tylko garść z nich naprawdę parała się rolą. Większość poświęciła się bowiem wymagającej mniej ziemi, a więcej śmiałości, hodowli koni, z których żyły nasze kamieniste, niegościnne wyżyny. Konie z Karensis sławne były bowiem na całą Taen Ba’Loire, a nawet poza jej granicami, i nie stracił swego złota ten, kto zdecydował się je zakupić.

Bliżej tyłów karczmy, wokół drewnianego podwyższenia służącego za scenę, panował już niemiłosierny ścisk, zebrani bowiem nie tylko okupowali wszelkie dostępne miejsca przy stołach, ale i szczelnie wypełniali przestrzeń pomiędzy nimi. Niewielki wzrost — nie byłem wyższy niż valin — pozwolił mi jednak przesunąć się do samego podestu, gdzie ślepy bard Kedrel przygotowywał się do występu.

Pieśniarz ten był dojrzałym mężem w sile wieku, o długich, srebrzystych włosach i rumianych policzkach. W tym czasie był już jednym z najbardziej znanych minstreli Północy, wędrującym tam i z powrotem z Czerwonych Wież aż po Południową Przystań. Niemal w tej samej chwili, kiedy udało mi się przedostać w jego pobliże, skończył stroić velonę z głosem i zaczął śpiewać, rozpoczynając występ od pieśni traktujących o bohaterach.

wieść płynie po wyspie, co zgubiona w falach

że na blask Hernalu spadła straszna plaga

dziewięć smoków z nieba spłynęło o zmierzchu

śmierć i przerażenie ludziom prostym wieszcząc

posłanie zimowe dotarło do dworu

tam, gdzie Białooki przyjmował pospołu

możnowładców wielkich i zwykłego człeka

gdzie przy stole w sobie szukał nowych pytań

wstał z ławy Mihivrin i pochwycił płomień

wyszedł w śnieg i zamieć, niebom się pokłonił

ponad zimnym morzem, przez kry i wichurę

popłynął po niebie, sokolej postury

siedem nocy księżyc ścigał nad chmurami

zatrzymał się, kłębiąc chmury Kallandranii

na równinach jasnych, pod mroku falami

tam rzucił czar pierwszy, smok padł w dół jak kamień

zarzucił czarodziej sieć świateł na niebie

używając pieśni, co wezwał w potrzebie

spętał kolejnego, pochwycił go w locie

prosto w morze strącił, czyniąc kropli krocie

przez chwilę krążyły nad nim, wolno, pozostałe

nie mogąc zrozumieć, kto im czoła staje

wtem ujrzały maga, jak rośnie na brzegu

Kallandaru Taen wiernego od wieków

i kolejny skończył, pochwycony słowem

co go chwyta i miażdży, rozciera o nieba

tylko łuski dźwięczą, spadając z powrotem

pot na czole maga — czyżby już omdlewał?

lecz reszta już blisko, już nie czas na klątwy

ku magowi sięgają zęby długie, lśniące

języki płomienia, ogony, i szpony

czy umykasz stąd, magu, grozą porażony?

nie, sięgnął czarodziej do sakwy ukrytej

wydobył pył kwiatów, co lśni pod księżycem

i cisnął go w powietrze, gasząc blaski słońca

pętając złe stwory snem głębszym od końca

jaki Bezimienny z łaski nam przeznacza

i wszystkiemu, co żyje, tak smokom wyznacza

by pokotem się kładły wokół niego, pana

sal Czarnego Dworu, Mihivrina maga!

Trzeba było słyszeć śpiew Kedrela! Wykonanie ballady było przepiękne. Obecni nagrodzili je głośnymi oklaskami oraz sporą ilością monet, wśród których srebrem zalśnił jeden lub dwa talary.

Wiedziałem wprawdzie już wtedy, kim jest mój wuj i co to, mniej więcej, oznacza, iż jest on czarodziejem. Ale śpiewana mocnym, melodyjnym głosem pieśń, przy wtórze niepokojącej, dziewięciostrunowej velony, ukazała mi nagle kogoś większego i bardziej wspaniałego, niż człowiek, który zastąpił mi utraconą rodzinę.

I z nagłą miłością do muzyki narodziło się we mnie coś więcej — nie pragnienie jeszcze, ale jego przeczucie, właściwie dopiero pragnienie, by zapragnąć, ledwie co uświadomiona tęsknota… ale za czym? Coś odezwało się w moich żyłach, a serce odpowiedziało temu czemuś — nieujarzmioną dzikością. Czego zapragnąłem? Tego jeszcze nie wiedziałem wtedy.

Kedrel, krzepki, siwowłosy mężczyzna o zamkniętych powiekach, śpiewał zaś dalej o rzeczach strasznych, jakie miały miejsce w dniach mających miejsce tuż po Wojnach Spustoszenia — i o tym, jak stawił czoła niebezpieczeństwom Mihivrin z Karensis, wielki mag Północy. A kiedy śpiewak skończył, ponownie nagrodzony oklaskami i garścią pieniędzy, nagle pojąłem, że prawda ma niejedno oblicze.

Bo i prawdziwy był ten Mihivrin z pieśni, i prawdziwym człekiem był mój wuj. Lecz co będzie prawdą dla jednych, nie będzie nią dla drugich. A skoro świat składa się z wielu prawd, jaką przez niego kroczyć ścieżką? I jaką przez niego obrać drogę?

Pieśniarz przerwał. Miałem nieodpartą ochotę, by podejść i zapytać go o te sprawy. Kiedy tłum zebranych ruszył ku szynkwasowi, podsunąłem się bliżej i stanąłem na wyciągniecie ręki od siedzącego nieruchomo mężczyzny. Z bliska dostrzegłem, że włosy miał bardziej siwe niż jasne, a twarz przeoraną zmarszczkami. Jego uczennica, którą dopiero spostrzegłem, niewiele starsza ode mnie ciemnowłosa dziewczynka, ostrożnie wzięła z jego rąk velonę. Rzuciła na mnie spojrzeniem i uśmiechnęła się, a potem zeszła z podwyższenia. Poczułem ukłucie zazdrości. Oto ona miała na co dzień to, czego ja dopiero nauczyłem się pragnąć i kochać!

Kedrel w jakiś sposób wyczuł moją obecność. Nim zdążyłem cokolwiek rzec, obrócił ku mnie zamknięte oczy i odezwał się głębokim, lekko zachrypłym głosem:

— Podobał ci się występ, młody człowieku?

Stałem, stropiony. Pieśniarz roześmiał się cicho i odpowiedział na niezadane pytanie:

— Ci, którzy utracą wzrok, z łaski Bezimiennego zyskują na innych zmysłach. Słyszałem twoje kroki, odmienne w gwarze sali. Poznałem po nich, że stąpasz lekko, czyli albo jesteś niewiastą, albo bardzo młodym człekiem. Ale twój oddech brzmi mało kobieco, przyjacielu. Podejdź bliżej — słuch nie opowie mi nic, o twojej twarzy.

Posłuchałem, ciągle milcząc — oczarowany tym, iż mimo kalectwa, bard bezbłędnie odgadł, kto do niego się zbliża. Wstąpiłem na podwyższenie. Kedrel wyciągnął rękę i delikatnie obmacał moją twarz.

— Znam cię — powiedział po chwili milczenia — a może raczej kogoś podobnego. Jesteś krewnym nikogo innego, niż Mihivrina Białookiego, pana na Karym Dworze.

— To mój wuj — przyznałem, jeszcze bardziej onieśmielony.

Bard poszukał ręką mej dłoni. Przez dłuższą chwilę starannie badał jej kształt, a potem ją puścił.

— Masz silne palce — zauważył — i zręczne. Wiele nimi można osiągnąć, w dobrej, czy złej sprawie, chłopcze.

Jego twarz przybrała nieobecny wyraz. Zaczął cicho nucić, pieśń bez słów, a ja poczułem się jakbym stanął na brzegu wartkiego, wiosennego strumienia, perlącego się po kamienistym dnie. Gwar karczmy odpłynął, a melodia przepływała przeze mnie, targała moje włosy, pieściła serce i napawała otuchą. Nawet nie zauważyłem, kiedy skończył, a cisza, jaka zawisła pomiędzy nami, była kroplą współczucia w odległym, niewyraźnym szumie rozmów i śmiechów, wypełniających gospodę.

— Erhan — powiedziałem — mam na imię Erhan.

Kedrel uśmiechnął się. Czar prysł, otaczający nas świat powrócił, nagłą falą dźwięku i zapachu.

— Miło cię poznać, Erhanie z Karensis — powiedział — pozdrów ode mnie wuja i powiedz, że gdy zima nastanie nad Wzgórzami, Kedrel zapuka do bramy Dworu.

Zapomniawszy, że nie może tego zobaczyć, skinąłem głową.

— Teraz wybacz mi — dodał — chyba muszę się posilić Leevaine! — zawołał, a ciemnowłosa dziewczynka podeszła do niego tanecznym krokiem.

Leyyon, mój rówieśnik, syn zarządcy Karensis, a natenczas najlepszy mi przyjaciel, przepchnął się do mnie przez tłum i trącił mnie łokciem w ramię. Potrząsnąłem głową, powracając do świata prostych, dziecięcych prawd.

— Do zobaczenia, Erhanie — rzekł łagodnie Kedrel.

— Do zobaczenia, mistrzu — odparłem i poszedłem za Leynnonem.

Ostrożnie przesunąłem się przez zbity mur ludzi. Obejrzałem się raz czy drugi, ale zwarta ciżba zasłoniła mi siedzącego na scenie barda.

Po chwili wyszedłem na zewnątrz, wprost w objęcia przyjemnego, letniego wieczoru. Pochłodniało. Obłoki nie zdążyły jeszcze zagarnąć całego nieba, wiatr malował wstęgi na burzowym horyzoncie.

— Zapytaj wuja o te smoki — powiedział złotowłosy, wysoki Leyyon, kiedy usiedliśmy na murze otaczającym podjazd do oberży.

Oczy lśniły mu błękitnym głodem niezaspokojonej tęsknoty. I jemu przypadła do serca pieśń o dalekich krainach, gdzie inne gwiazdy świecą, a wszystko jest nowe i niepoznane. Na przymglonym niebie zapalały się pierwsze gwiazdy. Tylko na zachodzie rosła ogromna, czarna ściana — znak końca spokojnego lata. O smoki? Nie zdążyłem mu odpowiedzieć.

— Coś ty — zmarszczyła piegowaty nos rudowłosa Weila, córka oberżysty i jednej z młodych kobiet zamieszkujących na pięterku domu przy gościńcu — nie wolno pytać Lorda o takie sprawy. Po to śpiewa się pieśni, żeby czarodzieje i rycerze nie musieli opowiadać.

— To skąd pieśniarze wiedzą, jak było? — odgryzł się Leyyon.

Kiedy zaczęli się kłócić, wstałem bezgłośnie.

Pomimo zachęt Mihivrina, nigdy nie czułem się dobrze w towarzystwie innych dzieci — ich beztroska odrzucała mnie, a naiwność napełniała głęboko tajoną rozpaczą. Z nikim nie rozumiałem się też tak, jak z moim wujem, mimo dzielącej nas różnicy wieku. Nagle odkryłem, że podobną, choć zupełnie inną tożsamość dzielę z Kedrelem. Była to dziwna myśl.

Dlatego, nie żegnając się z towarzyszami, pobiegłem na Białowzgórze. Przemknąłem przez labirynt uliczek najstarszej części miasteczka, gdzie sterane czasem mury i łuki sklepień nachylały się nad gładkim brukiem, pełgającym ciepłym światłem latarń, a nieliczni przechodnie niespiesznie zmierzali do domów.

Budynki były tu wysokie i ciemne, starożytne ściany wznosiły się ponad zaułkami, skąd zapobiegliwi mieszczanie zabrali wszelkie przedmioty, które mogłyby zostać porwane przez wiatr lub ulewę. Zmierzch tymczasem zapadał coraz głębszy. Coraz to kolejne gwiazdy zapalały się na szybko ciemniejącym nieboskłonie. Jedno z okien mijanego przeze mnie domostwa otworzyło się, ulicę zalał roztańczony blask świec, zapach kwiatów i wina — perlisty, kobiecy śmiech popłynął ponad moją głową, ścigając mnie wśród rosnących cieni nocy.

Mijając kolejne przecznice i domy, biegłem po łagodnych zakosach kamiennej ulicy, wiodącej od stanowiącego północną granicę miasta mostu na Karym Potoku ku szczytowi panującego ponad osadą Białowzgórza. Wspinałem się, wciąż biegnąc, aż dotarłem do bramy Dworu, którą stanowiły dwa obeliski z czarnego kryształu, wyższe i potężniejsze od dorosłego mężczyzny. Gdy się do nich zbliżyłem, obydwa rozpłomieniły się ciepłym, ciemnym blaskiem, rozsiewanym przez kształty wirujących w ich wnętrzu run.

Te obeliski były bramą twierdzy, jak mówił Mihivrin — wzniesionej tu na długo przed powstaniem Dworu i miasta u jego stóp. Nikt wrogi jej władcy nie mógł przekroczyć bariery, jaką tworzyły, za wyjątkiem najpotężniejszych adeptów Sztuki — a nawet nikt z nich nie mógłby tego uczynić bez jego wiedzy.

Piętrzyły się nade mną teraz, niczym dwie spirale zaklętej w materialny kształt ciemności. Lecz przecież nie były mrokiem, ale światłem, tylko innym, niż światło naszego słońca, księżyca i gwiazd — światłem odmiennych miejsc i czasów, światłem, które zdawało się żyć własnym, niepojętym dla mieszkańców Taen Ba’Loire życiem. Kształty, wirujące w ich strukturach układały się w nieznane słowa, a te w zdania, w obcym człowiekowi wyrażone języku — i nawet wuj mój twierdził, że nie zdołał nigdy ich pojąć.

— Są dzieckiem odmiennej, niż nasza, magii — mawiał — i lepiej nie próbować bez potrzeby wymawiać imion, jakie wyrażają, nawet gdyby ktoś odgadł, jakie to imiona. Sam Bezimienny tylko wie, kto lub co odpowiedziałoby na wezwanie.

Atoli, jak zawsze, gdy tylko skierowałem ku nim spojrzenie, natychmiast przyciągnęły mój wzrok. Jednak potrzeba rozmowy z wujem była silniejsza od pragnienia zagłębienia się w ich pulsującą ciemność. Z najwyższym wszakże trudem oparłem się pokusie, by położyć dłonie na chłodnej powierzchni kryształu i wpatrywać się w jego głębie tak długo, aż nadejdzie zrozumienie. Potrząsnąłem głową i pobiegłem dalej, prosto do przydworskiej stajni, nie poddając się czarowi niemego wezwania. Wiedziałem skądś, że zastanę tam Mihivrina.

I spotkałem go w niej, oczyszczającego kopyto jednego z naszych słynnych, karensiańskich koni. Trzymał krzepką dłonią nogę Nordwesta, ogromnego, siwego ogiera, i ostrożnie uwalniał ją od jakiegoś złośliwego kamyka. Czynił to przy tym jak zwyczajny człowiek, nie jak ten potężny czarodziej, o którym opowiadała pieśń. Patrząc na jego znoszone odzienie, trudno było uwierzyć, że wszechmocny mag z legend i on to jedna i ta sama osoba. Ale nie było przecież innego Mihivrina z Czarnego Dworu.

Kiedy złapałem oddech, powiedziałem wujowi o Kedrelu. Niewysoki i szczupły Mihivrin, w ciemnym, wtapiającym się w tło odzieniu, przetarł przyprószone siwizną włosy i podrapał się po gładko wygolonym policzku.

— Kedrel — powiedział z uśmiechem — nie lada zaszczyt cię spotkał, Erhanie. To jeden z największych pieśniarzy Taen.

— Twój przyjaciel? — zapytałem.

Potrząsnął głową.

— Znamy się, ale znajomość nie świadczy o przyjaźni. Dobrze wiedzieć, że nadal czaruje głosem i ma dosyć siły, by wędrować szlakiem do Wież. Nie jest już młody, mój chłopcze. A i tak, z każdym rokiem, wyrusza traktem w stronę Przystani. Nawet las Baith zna jego pieśni, a z czasem zrozumiesz, ile to znaczy. Powiadasz, że zamierza nas odwiedzić zimą? To dobrze.

— Wuju -… — zacząłem. Przez chwilę zbierałem słowa, a potem ostrożnie spytałem Mihivrina o to, co usłyszałem w balladzie.

Westchnął, spojrzał na mnie i wzruszył silnymi ramionami. Węzły muskułów zafalowały pod zużytym, wytartym suknem jego koszuli.

— To nie były smoki, Erhan — powiedział — tylko werrany. I nie plaga, tylko pięć. Jakimś cudem doleciały na Kallandar z kontynentu… Pustoszyły Równinę Hernal, a panowie i panie z Wież byli zajęci ważniejszymi sprawami — wuj poklepał konia po potężnym, lśniącym ciele. Rumak zarżał cicho.

Mihivrin puścił jego kopyto, a Nordwest parsknął, uderzając nogą o klepisko stajni.

— Pamiętaj, dobry bard zawsze ubarwia swoją pieśń — dodał — Kto by słuchał prawdy? Prawda jest brudna, zimna i mokra… — ponownie złapał rumaka za nogę i obejrzał krytycznie swe dzieło.

— Dla ludzi jest wiele prawd — powiedziałem z wahaniem, wyrażając myśl, jaka nękała mnie od opuszczenia gospody.

— Tak, Erhan. I każdy z nas ma inną — Mihivrin postawił kopyto Nordwesta na ziemi — A zarazem trzeba wierzyć, że jest jedna i jedyna. Bo prawda jest zagadką… I tylko Bezimienny wie, jakie jest jej rozwiązanie. No, ale lepiej podaj mi zgrzebło, wyczyścimy grzbiet naszemu przyjacielowi.

Pobiegłem do ściany i prędko podniosłem największe zgrzebło, jakie wpadło mi w dłonie. Na zewnątrz rozszumiał się już zachodni wiatr. Wyglądając przez niewielkie okienko, spostrzegłem, że zachmurzyło się już znacznie, a czarne palce obłoków, jak forpoczty nacierającej armii, błyskawicznie zajmują wolną jeszcze od cienia część wieczornego nieboskłonu. Wał obłoków zdusił już poblask pozostawiony przez zachodzące słońce i krok po kroku pożerał gwiazdy, wciąż śmiało jaśniejące w niezbadanej otchłani nieba.

Widok ten z jakiegoś powodu zaniepokoił mnie, jakbym przeczuwał nadchodzące niebezpieczeństwo. Poczułem przebiegający po plecach dreszcz i zamknąłem okiennicę, starannie zabezpieczając ją krótkim, żelaznym łańcuchem o grubych ogniwach, który dawny budowniczy stajni umieścił w tym miejscu na wypadek takiej właśnie pogody, jak dzisiejsza.

Wróciłem do Mihivrina i podałem mu trzymane w ręku zgrzebło, on zaś miarowymi, spokojnymi ruchami zaczął czyścić boki i grzbiet rumaka. Zanucił coś w nieznanym mi języku, wtórując poświstowi uderzeń wiatru, który stawał się coraz bardziej natarczywy, ale nie mógł przeniknąć do wnętrza cichej, przytulnej stajni. Nordwest, wyraźnie zadowolony, machnął kilka razy ogonem, uderzył przednim kopytem w ziemię, parsknął i pochylił łeb nad wypełnionym wodą poidłem, zasłuchany.

— Werrany? — zapytałem, wpatrując się w wuja, kiedy ten przestał na moment nucić. Ta nazwa brzmiała fascynująco. Mihivrin westchnął ponownie. Spojrzał na sufit, jakby liczył znajdujące się na nim krokwie.

— Paskudne, zębate jaszczury, latające na ogromnych skrzydłach. Wielkie jak dziesięć albo i dwadzieścia orłów naraz. Żyją daleko na południu i wschodzie, na szczęście — rzadko przylatują tutaj. W Kerranii są prawdziwą plagą. Kerran werran ragraii, jak tam powiadają. Kerrania werranami stoi, mówiąc po naszemu — Mihivrin zamyślił się, najwyraźniej rozważając jakiś problem. Często mu się to zdarzało — chwile zamyślenia, przerywające rozmowę.

Poczekałem chwilę, ale ciekawość nakazywała mi drążyć temat.

— A smoki?

Wuj uśmiechnął się, powracając do rzeczywistości.

— Smoki istnieją w baśniach i pieśniach, o ile mi wiadomo, na szczęście nigdzie indziej. Werrany są prawdziwe, Erhan. Bardzo prawdziwe, niestety.

Odłożył zgrzebło na ziemię, odwrócił się i znów zaczął oglądać kopyto ogiera, zmarszczywszy czoło, a ja stałem, trawiąc uzyskane informacje.

Werrany, werrany. Werrany. Obróciłem to słowo w głowie. Miało niesamowity, czarodziejski, tajemniczy posmak. Brzmiało lepiej niż jakieś głupie smoki, które są tylko w baśniach.

— Chciałbym je zobaczyć — westchnąłem cicho, sam do siebie. Jednak Mihivrin miał bystry słuch. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie surowo.

— Nie chciałbyś — powiedział — a ja na pewno nie chciałbym, żebyś je oglądał. To by znaczyło, że albo one są tutaj, albo ty jesteś tam, co na jedno by wyszło.

— Chciałbym — uparłem się — Skoro ty je widziałeś, ja też mam do tego prawo.

Ku mojemu zaskoczeniu, choć wiedziałem, że wuj mój nie lubił zapalczywości i drażnił go bezcelowy upór, Mihivrin nie rozgniewał się, tylko roześmiał. I zamiast odesłać mnie do pożytecznego zajęcia (a znalazłby ich na poczekaniu mnóstwo), puścił nogę Nordwesta, a potem przyciągnął mnie płynnym ruchem do siebie i obrócił w stronę wnętrza stajni.

— No proszę! — zaśmiał się — Mówisz, że też masz prawo? No, no. Więc patrz — powiedział i machnął w powietrzu wolną ręką. Nie wymówił żadnego słowa, nie uczynił niczego innego, niż niedbałe poruszenie palcami, jakby strzepywał z nich niewidzialny pył.

Ale ja zachłysnąłem się powietrzem i zamarłem, zaskoczony. W powietrzu nad nami, tuż pod wysokim sklepieniem budynku, zawisł zielonoszary jaszczur, rozkładając ogromne, błoniaste skrzydła, z trudem mieszczące się w obszernej przecież stajni. Jego beczkowate ciało, długości co najmniej trzech koni, było zwarte i pokryte łuską. Małe, złośliwe oczy wbijały się we mnie wygłodniałym, czerwonym spojrzeniem. Wrzasnął przeraźliwie, zaś jego krzyk uderzył mnie niczym tnący ciało, niewidzialny nóż. Stwór wrzasnął raz jeszcze, rozwierając wielkie szczęki, najeżone rzędami ostrych jak igły zębów. Każdy z nich był grubszy niż palec mego wuja! Oddech bestii, jak gorący wiatr uderzył mnie prosto w twarz, niosąc odór zgniłego mięsa, bijący z czerwono-szarej gardzieli.

Krzyknąłem, wyrywając się z odrętwienia i skoczyłem w tył, potknąłem się o coś, upadłem na plecy, a potwór zwalił się na mnie niczym szalejąca za ścianą burza.

Mihivrin machnął ręką. Iluzja rozpłynęła się w chwili, w której zęby stworzenia sięgały mej twarzy.

— Więc to był werran — powiedział mój wuj — Zapamiętaj, jak wygląda. Jeśli gdzieś je spotkasz… Cóż, mam nadzieję, że nauczę cię do tego czasu, jak się przed nimi bronić. Najlepiej je w każdym razie zostawić w spokoju. Ale dość na tym…

— Spokojnie — pogładził zaniepokojonego moim zachowaniem ogiera, który pod jego dotykiem znieruchomiał — Biedaku, jak dobrze, że to nie dla ciebie była ta iluzja.

Koń parsknął, uspokojony. Inne rumaki zawtórowały mu. Leżałem na sianie, oszołomiony i wstrząśnięty. Na zewnątrz srożył się narastający sztorm, deszcz walił o dachy i ziemię, wściekły, gotów powalić i zatopić niebaczną ofiarę. Przeciągły grzmot zadudnił ponad nami, ściany budynku zadrżały. Ale werran zniknął bez śladu, a stajnia znów była ciepła i cicha, wypełniona szeptem końskich kroków i oddechów.

I nagle, wbrew niedawnemu przerażeniu, poczułem straszliwą, nieodpartą chęć, by zobaczyć tego stwora znowu. Przymknąłem zatem oczy, myśląc o wizerunku werrana, wyczarowanym przez Mihivrina.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 36.56
drukowana A5
kolorowa
za 66.56