E-book
1.37
drukowana A5
31.26
Schisza

Bezpłatny fragment - Schisza


Objętość:
193 str.
ISBN:
978-83-8104-823-1
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 31.26

Z pozdrowieniami dla obecnych oraz byłych pracowników marketów budowlanych.

Wszystkie osoby oraz wydarzenia zostały wymyślone i nie mają swoich odpowiedników w rzeczywistości.


— Misiu, nie jedziesz za szybko? — zapytała Bożena siedząca tuż obok prowadzącego samochód Darka.

Niemała była z niej kobieta. Wysoka, szeroka w biodrach i bogato obdarzona w walory kobiece, była istnym przeciwieństwem siedzącego tuż obok niej niskiego i chudego kierowcy.

— Nie — odparł spokojnym głosem już przeczuwając jej kolejne słowa.

— Może jednak ciut zwolnij, już prawie sto na godzinę jedziesz — dodała.

Jednak ten nie reagował. Wtedy chwyciła za kierownicę i już podenerwowanym głosem powiedziała:

— Zwolnij, bo nas wszystkich pozabijasz.

— Puść kierownicę, Bożenko — odparł wciąż bardzo spokojny. — To jest autostrada, tu się tak jeździ.

— A w dupie mam tę twoją autostradę! Zwolnij albo ja usiądę za kierownicę.

— To już lepiej jedź dziewięćdziesiątką — wtrącił siedzący z tyłu Karol Topolski.

— Nie podoba się wam jak prowadzę? — zapytała go odwracając się do tyłu. — Nigdy jeszcze nie dostałam żadnego mandatu za prędkość.

— Bo za wolną jazdę nie dają — odparł Darek przyciszonym głosem.

— I ty Brutusie przeciwko mnie?

— Żartuję sobie skarbeńku. Jesteś po prostu bezpiecznym kierowcą. Wszyscy tak powinni jeździć.

— No! A ty dalej stówą jedziesz!

Momentalnie zwolnił do dziewięćdziesięciu i zmienił pas na najwolniejszy.

— Wasze wspólne życie będzie usłane różami — skomentował to Karol uśmiechając się pod nosem.

— No jasne, zajmę się moim misiaczkiem — odpowiedziała zbliżając się do niego i nastawiając usta do pocałunku.

Darek jednak nie miał zamiaru tego robić. Skupiał się na jeździe i nerwowo zerkał to na nią, to na ulicę przed sobą. Miał nadzieję, że zrezygnuje ze swojego planu, ale gdy nie dawała za wygraną w końcu pocałował ją i szybko wrócił wzrokiem na ulicę.

— Wiedziałam, że nie będziesz mógł się powstrzymać.

Karol Topolski już nie komentował więcej ich zachowania. Znał bardzo dobrze Darka i jego narzeczoną. Wiedział jak bardzo się różnili od siebie i współczuł mu z całego serca wyboru. Jednak nigdy nie odważył się ich rozdzielić. Za każdym razem gdy tylko próbował mu otworzyć oczy, ten obrażał się na niego i powracał do niej jeszcze bardziej przywiązany. Nie wiedział jak to się działo. Może to jego słaby charakter, a może po prostu chęć posiadania potwora nad sobą. Nie było mu łatwo w życiu i popełniał wiele głupich błędów, ale ten według jego przyjaciela, może mu wyjść nawet na dobre. Bożena w końcu była kobietą silną i zdecydowaną. Miała bardzo wyraźne zadatki na dyktatora i tyrana w jednym. Potrafiła wszystkich przegadać i wszystko załatwić. Nikt od czasów podstawówki nigdy jej nie podskoczył. Rządziła i dzieliła całym swoim środowiskiem. Jednak co było jej największą zaletą to, to że dbała o osoby, które kochała albo które były jej uległe — to na to samo wychodziło.

Teraz wracali z lotniska do swojego rodzinnego miasta. Zjechali z autostrady i przed nimi już zostały ostatnie kilometry długiej drogi mającej swój początek aż w Londynie. Wracali po kilku latach pracy za granicą. Każdy miał swój powód. Bożena wraz z Darkiem planowali ślub w swym ojczystym kraju. Bożena nie wyobrażała sobie zawarcia małżeństwa bez obecności swojej kochanej mamusi, a że nie chciała przyjechać do nich, więc zorganizowała ślub w swym rodzinnym mieście. Karol natomiast zabrał się z nimi, nie tylko by uczestniczyć w tym wydarzeniu, ale i po to by zostać już w Polsce na stałe. Miał dość pracy za granicą. Dorobił się wystarczającej kwoty, by rozpocząć życie od nowa. Wyjeżdżając nigdy nie uważał, że na widok starych, zabrudzonych budynków tak bardzo się ucieszy. Nie myślał, że może być tak bardzo przywiązany do swojego ojczystego kraju. Tęsknił za nim, za jego szarymi ulicami, za ludźmi których tu zostawił i za językiem, którego mu najbardziej brakowało.

Zbliżając się do domu, obserwując ulice swojego rodzinnego miasta, uśmiechał się do nich. Z podziwem patrzył na zmiany, które pojawiły się od czasu jego wyjazdu. Nowe sklepy, nowe ronda, nawet ubrania ludzi spacerujących na chodnikach wydawały mu się dużo ciekawsze i bardziej kolorowe niż kiedyś.

— Weźmiemy ślub i znikamy z tego ohydnego miejsca, misiaczku — skomentowała to Bożena, patrząc na miasto zupełnie pod innym kątem. — Popatrz na te, szare domy, brzydkie reklamy, a ci ludzie? W co oni są ubrani?

— Już nie przesadzaj — odparł jej Darek.

— Popatrz na tę, w Anglii za taki ubiór by ją rozstrzelano. A ta? Co to za fryzura.

— Może ja tu wysiądę — wtrącił Karol, nie mogąc jej dłużej słuchać.

— Ale, ty tu nie mieszkasz?

— Spokojnie Darek, przejdę się kawałek. Myślę, że dobrze mi to zrobi.

Teraz już rozumiał, dlaczego chce wysiąść. Znał go dobrze i nie dziwił mu się. Zatrzymał się na pierwszym wolnym miejscu i uwolnił go z samochodu.

— Odezwę się do ciebie jak wszystko pozałatwiamy — rzekł wyjmując mu walizki z bagażnika.

— Pewnie już masz wszystko ustawione.

— Pewnie tak, ale… — przybliżył się do niego i przyciszonym głosem powiedział: — …wieczoru kawalerskiego mi nie ustawiła.

— Tym to ja się zajmę.

— O czym tam szepczecie? — zapytała zaniepokojona.

— A nic, takie tam męskie sprawy — odpowiedział jej Darek.

— Mam nadzieję, że nie planujecie wieczoru kawalerskiego?

— Nie no, coś ty.

— Mój misiaczek nie musi mieć żadnego wieczoru, ja mu to wynagrodzę w noc poślubną.

— Obyś tylko ją przeżył — szepnął Karol i zaśmiali się oboje.

— Z czego się śmiejecie? Misiek, wracaj, jedziemy już.

— Idę, to na razie Karol.

— Na razie.

Gdy odjechali, Karol taszcząc walizkę na kółkach mógł w końcu przejść się po tak bardzo stęsknionych ulicach. Nie spieszył się. Szedł czując się jak turysta w swym rodzinnym mieście. Przyglądał się nowym witrynom sklepowym, ławkom, fontannie na rynku. Tego wszystkiego nie było kiedy wyjeżdżał. Nie mógł uwierzyć, że przez te kilka lat, jego miasto mogło się aż tak zmienić.

Kiedy doszedł na osiedle, w którym jego rodzice mieli mieszkanie, aż zaniemówił z wrażenia. Bloki pięknie otynkowane, place zabaw odnowione, nawet trzepak na którym kiedyś spędzał długie godziny wydawał się jakiś inny — lepszy. Gdyby nie ogromna nazwa osiedla i numer bloku znajdujący się na bocznej ścianie każdego z budynków mógłby pomyśleć, że pomylił miejsca. Usiadła na ławce przed swoją klatką i zaczął szukać kluczy.

— Któż to wrócił? — usłyszał znajomy głos sąsiadki — Mireli.

Nigdy jej nie lubił. Cała jego rodzina czuła to samo do niej. Żyła samotnie pod ich mieszkaniem i zawsze miała jakiś problem. To za głośno dzieci się bawią, to stukają, to zaś głośno muzyka jej przeszkadzała. Czepiała się nawet drzwi do klatki, które według niej powinny być zawsze zamknięte. Nawet jak człowiek wychodził tylko ze śmieciami.

— Już się znudziło za granicą? — zapytała. — A gdzie reszta zdradzieckiej rodzinki?

— Zdradzieckiej?

— Opuściliście Polskę jak większość młodych zdrajców. Zamiast pomóc rozwijać swój kraj, to wolicie pomagać obcym.

— O czym pani mówi?

— Już ja wiem swoje. Przecież oni was tylko wykorzystują. Zawsze mieli Polaka z nic.

Karol tylko pokiwał przecząco głową i nie odezwał się więcej. Nie miał zamiaru się denerwować, więc zabrał torbę i ruszył do swojego mieszkania.

— Mam nadzieję, że nie usłyszę znów tąpania. Taki spokój był, gdy was nie było.

Nie odezwał się. Przełknął ślinę, ugryzł się w język i ruszył na górę. Teraz już wiedział. Obraz miasta, infrastruktury zmienił się i to bardzo, ale ludzie się jednak nie zmieniają. Jak znienawidzona przez nich sąsiadka była zrzędliwa, tak i pozostała.

Gdy wszedł do mieszkania, usiadł na kanapie i odetchnął z ulgą. Było widać, że mieszkanie było pod dobrą opieką; kurze pościerane, dywany odkurzone. Wszystko dzięki panu Ryśkowi, któremu rodzice udostępnili lokal. Był on sąsiadem mieszkającym tuż obok wraz ze swoją liczną i głośną rodziną. Zajmuje się on pisaniem scenariuszy i potrzebował cichego miejsca, w którym mógł spokojnie pracować. W zamian za to miał tylko opłacać rachunki i czasami posprzątać. Umowa była korzystna dla obu stron, aż do czasu, gdy Karol nie postanowił wrócić.

Wstał, by zajrzeć do lodówki, bo zgłodniał i wtedy usłyszał pukanie do drzwi.

— Dzień dobry — powitał go pan Rysiek wychylający głowę do środka. — Można?

— Tak, tak proszę wejść.

— Mam nadzieję, że wszystko w porządku.

— Jak najbardziej — odparł mu Karol.

— Jak się dowiedziałem, że pan wraca, to nawet okna umyłem.

— Nie trzeba było, a jak szło z pisaniem? Udało się coś stworzyć?

— Tak, napisałem kilka scenariuszy. Jeden kręcą właśnie w Pradze.

— O! To gratulacje.

— Dziękuję, to będzie mój pierwszy scenariusz, pokazywany w kinach — dodał wyraźnie zadowolony z siebie.

— Super, mam nadzieję, że nie jest pan zły, że wróciłem.

— Spokojnie, już znalazłem inne miejsce. Muszę mieć takie, bo…

I jak na zawołanie wbiegły do środka bliźniacy od pana Ryśka. Chłopak i dziewczynka w wieku około siedmiu lat. Głośne i odważne stanęły przed swoim tatą i patrząc podejrzliwie na Karola, jedno z nich zapytało:

— Na długo pan wrócił?

— Karolinko! — wzburzył się jej ojciec.

— No, co? Tu miałeś bliżej.

— Nie wolno tak…

— Rozumiem ich — przerwał mu Karol. — Niestety, ale raczej na stałe wróciłem.

— O kurde — odpowiedziała.

— Karolinko!

— No co?

— Wychodzimy — rzekł już dość zawstydzony pan Rysiek. — Przepraszam za nich.

— Nic się nie stało.

— Byłeś na oltafolt? — zapytał go chłopczyk.

Pan Rysiek widząc zdumioną minę Karola, od razu wytłumaczył:

— Michałek pyta o „Old Trafford” — stadion jego ukochanego klubu z Anglii.

— A! Manchaster United, nie niestety byłem w Londynie, ale widziałem Wembley.

— Oni są ciency — odparł machając ręką. — Cerwone diabły są najlepse na swiecie.

Wyszedł zawiedziony, a pan Rysiek jeszcze przed zamknięciem za sobą drzwi, raz jeszcze przeprosił za ich zachowanie.

Pierwszy dzień w Polsce Karol poświęcił na wypakowanie się, dostosowanie mieszkania pod siebie i relaks przed telewizorem z w końcu polskojęzycznymi kanałami. Zmieniał je co kilka sekund szukając czegoś interesującego, lecz jedynymi ciekawymi programami były informacje nadawane non stop na kilku kanałach. Nie czuł się zmęczony, ale nie dobiła jeszcze dwudziesta druga, a już spał twardo z pilotem w ręce.

***

Następny dzień rozpoczął się dla niego bardzo wcześnie. Słysząc za oknem przeraźliwe bzyczenie zerwał się na równe nogi i zaspany ruszył do okna, by dowiedzieć cóż to było. Jednak dziwny, o wiele za głośny bzyczek jak szybko się pojawił, tak też szybko znikł za rogiem. Wściekły czekał na niego jeszcze chwilę, aż w końcu spróbował położyć się i zasnąć raz jeszcze. Nie było to łatwe, ale zamknął oczy i korzystając z bezcennej ciszy myślał o ostatnim pięknym śnie, z którego tak bestialsko go wyrwano. Już czuł jak sen do niego powraca. Przewrócił się na bok i powracał na ogromną, żółtą plażę z piaskiem tak miękkim, jak puch w poduszce, gdy znów usłyszał bzyk. Tym razem musiał on jechać w odwrotnym kierunku, ale to było mało ważne. Ponownie go obudził. Zerwał się do okna, chciał dorwać idiotę, który nie daje mu pospać, ale nie był w stanie go zobaczyć. Drzewo zasłaniało widok i drażniący dźwięk oddalał się z każdą sekundą. Nie kładł się już z powrotem do łóżka. Miał dość tego. Niewyspany i podenerwowany ruszył do łazienki, by powoli przygotować się do nowego dnia.

Nie miał planów na dziś, więc nie spieszył się. Zjadł śniadanie, pooglądał jeszcze telewizję, aż w końcu koło południa wybrał się na rynek, by przyjrzeć się bliżej nowym sklepom. Jako pierwszy punkt wybrał sobie galerię handlową. Był ciekaw jak bardzo różni się od tych za granicą.

Jednak zdołał przejść tylko przez rynek, gdy zobaczył małą, różową budkę przypominającą kiosk. Nad jej wejściem znajdował się olbrzymi, również różowy, napis — „Margaret — poznaj swą przyszłość”, a na czerwonym dachu siedziała biała, prawdziwa sowa. Zaciekawiło go to bardzo i nie mógł się powstrzymać od wejścia do środka.

— Witaj młody człowieku — powitała go od razu rudowłosa właścicielka.

Aż przystanął w miejscu. Nie spodziewał się bowiem ujrzeć w tym miejscu tak pięknej kobiety. Ubrana w długą suknie z dużym dekoltem wyraźnie potęgowała jej boską urodę.

— Usiądź, nie gryzę — zachęciła go patrząc mu prosto w oczy.

— A szkoda — pomyślał i bez słowa zrobił jak mu powiedziała.

Chcąc w końcu oderwać od niej wzrok zaczął się rozglądać po wnętrzu budki.

Wszystko było jasne, białe albo różowe. Pod sufitem wisiało mnóstwo różnych wisiorków, gwiazdek, serduszek. Obok tego znajdywały się też różne łapki zwierzęce, ogony, a wszystko jakby przemalowane na nienaturalne — różowe kolory. Nagle obok Karola przeszedł biały kot miaucząc i ocierając się o jego nogę.

— Wszystko różowe — zdołał w końcu z siebie wydusić zdumiony.

— Lubię ten kolor.

— Co cię, Karolu sprowadza do mnie?

— Skąd znasz moje imię? — zapytał zaskoczony jeszcze bardziej.

— Masz je wypisane na twarzy. Jesteś ciekawy, ale cichy i pogodny — to pasuje właśnie do tego imienia.

— To może wiesz, co mnie tu sprowadza? — zapytał lekko uśmiechając się do niej.

— Ciekawość — odpowiedziała szybko, jakby to było najłatwiejsze pytanie na świecie.

— To prawda, ale to było łatwo zgadnąć.

Kobieta przytaknęła głową i również się uśmiechnęła.

— Róż za bardzo nie pasuje do wróżbitki — powiedział, chcąc się wytłumaczyć.

— Czemu? Przecież to tylko kolor.

— Może i tak, ale każdy jednak kojarzy magię z czarnym kolorem. Czarny kot to podstawa.

— On nie lubi czarnego. Prawda Pinki?

Kot od razu zamiauczał i wskoczył jej na kolana układając się wygodnie i pozwalając się głaskać.

— Na szczęście nie jest różowy.

— Też nad tym ubolewamy, ale… nie da się mieć wszystkiego.

— A więc mogę tu poznać swoją przyszłość?

— Jeśli zechcesz, to powiem ci, co cię dobrego spotka w niedługim czasie.

— A co złego, to nie?

— Jak widzisz — odpowiedziała, pokazując na wystrój wnętrza. — Ja lubię pozytywne strony naszego życia. Złymi się nie zajmuję.

— No, dobra. A ile będzie mnie to kosztować?

— Sto złotych.

— Tak dużo?

— Dobre wieści są w cenie — odparła, uśmiechając się do niego.

— Niech stracę.

Położył przed nią pieniądze i natychmiast poprosiła go o obie dłonie. Chwyciła je i przyglądając się im uważnie już po chwili puściła.

— Już? — zapytał zaskoczony.

— Zawiłą masz przyszłość przed sobą. Albo lubisz zmiany, albo zmiany lubią ciebie.

— Nie rozumiem.

— Nie ma nic pewnego w twoim życiu. Niby czeka cię fortuna, ale przez zły wybór możesz jej nie otrzymać.

— Czyli mam grać w totka? — zażartował.

— Coś w tym rodzaju. Pierwszy raz coś takiego widzę — wciąż nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła. — Jedyne co mogę ci poradzić to przyjmij propozycję przyjaciela, nie znajomego.

— Jaką propozycję?

— Tego nie wiem.

— Czyli dalej nic nie wiem.

— Przykro mi, ale nic więcej nie mogę powiedzieć.

— No nic, to dziękuję — rzekł wstając z miejsca. — Miło było poznać.

— Mnie również. Pewnie się jeszcze spotkamy.

— Raczej nie, zaspokoiłem już swoją ciekawość.

Wyszedł od niej i korzystając z pięknego, słonecznego dnia kupił sobie lody w swej dawnej, ulubionej lodziarni. Cieszył się, że przetrwała ona tak długo i zdołał się rozbudować. Zawsze podawała pyszne lody i miała sporo smaków do wyboru. Co prawda nikt go nie pamiętał z obsługi, ale i tak wchodząc do niej, czuł się jakby wciąż był jej stałym klientem.

Usiadł na ławce i przyglądając się fontannie delektował się wyśmienitym smakiem pierwszej z trzech wielkich gałek.

— Nie wierzę — usłyszał znajomy głos zbliżający się do niego. — Wróciłeś do Polski?

Zobaczył swego kolegę ze studiów — Szymona, który od razu zaczął go obściskiwać.

— Na wakacje przyjechałeś?

— Nie wiem jeszcze, może na stałe.

— Nie gadaj, po co? Przecież tu nic się nie dzieje.

— Z tego co widzę, to dużo się zmieniło; miasto się rozrosło, bloki wymalowali.

— I co z tego? Tutaj nigdy nie zarobisz tyle co w Anglii. Po wypłacie popłacisz rachunki i możesz powiedzieć, że znów jesteś „przed wypłatą”.

— Chyba nie ma tak tragicznie.

— Masz już pracę?

— Nie, dopiero co przyjechałem.

— Jak będziesz jej szukał, to nie załam się. Wszędzie szukają jeleni pracujących za grosze.

— A ty gdzie pracujesz?

Po tym pytaniu Szymon zaczął kręcić głową i namyślał się chwilę, póki nie odpowiedział:

— Zajmuję się handlem używanymi samochodami. Sprowadzam je, dopicowuje, wiesz takie tam.

— To chyba duża kasa z tego jest?

— Oczywiście, legalnie to w tym kraju do niczego się nie dorobisz. Musisz iść po trupach do celu, inaczej zginiesz. Jak chcesz to wkręcę cię do interesu?

Od razu wspomniały mu się słowa przepięknej wróżki, od której tak niedawno wyszedł.

— Tylko czy Szymona uznać jako przyjaciela, czy może znajomego? — pomyślał. — Nigdy nie był mi aż tak bliski, by nazwać go przyjacielem. Chociaż teraz chce pomóc, sam od siebie.

— To jak? — zapytał go, widząc na twarzy Karola ciężkie przemyślenia.

— Daj mi trochę czasu, dopiero co przyjechałem i wiesz jak to jest…

— Wiem — zaśmiał się pod nosem. — Wracając z Anglii, masz na pewno trochę kasy do rozwalenia. Praca poczeka. Jak chcesz to zrobimy kiedyś wypad po knajpach, pokażę ci kilka niezłych miejscówek. Niezłe laski tam są. W Anglii takich nie mają.

— Czemu nie.

— Czyli jesteśmy umówieni. Dzisiaj jadę do Francji po kilka aut, więc jak wrócę to się do ciebie odezwę. Chyba mam jeszcze do ciebie numer. Jest wciąż aktualny?

— Tak.

— W porządku, to trzymaj się.

— Na razie.

Szymon odszedł swym pewnym i bujanym na boki krokiem. Nic się nie zmienił. Zawsze był z niego cwaniak i radził sobie ze wszystkim doskonale. Na studiach nie uczył się za wiele, a nigdy nie miał problemów z zaliczeniem przedmiotu. Nikt nie wiedział jak on to robił, ale wszystko mu wychodziło. Jedni mówili, że to szczęście które go kiedyś opuści. Inni zaś podejrzewali go o łapówki. Dla Karola jednak to nie było nigdy aż tak ważne, żeby się w to zagłębiać. Lubił go, mimo nierzadko aroganckiego zachowania. Razem dojeżdżali na studia, co bardzo pomagało mu przetrwać trudne czasy bez pracy. Teraz okłamał go, bo chciał już zacząć pracować, ale nigdy nie lubił pchać się w nielegalne spraw. Znając Szymona i jego szczęście jemu nigdy nic się nie stanie, lecz jeśli chodzi o niego samego to już miał co do tego wielkie obawy.

Wrócił, więc do mieszkania i rozpakowując na stole pizzę zasiadł do komputera. Mając w głowie słowa Szymona zaczął przeglądać strony z ofertami pracy w regionie. Początkowo bał się, że jego powrót do Polski nie był dobrym pomysłem, ale widząc ich ilość oraz wymagania, które spełniał bez problemu, od razu rozluźnił się i zaczął zaznaczać te ciekawsze. Z pomocą Internetu ułożył wzorowe CV i już po kilku godzinach wysyłał je do kilkudziesięciu firm. Poszło ich bardzo wiele, przez to zadowolony z siebie mógł spokojnie wyłączyć komputer i już tylko czekać na oferty jakie zaczną spadać na niego każdego dnia.

***

Dni mijały, a odzewu wciąż nie było. Z początku myślał, że trzeba kilka dni odczekać, bo firmy dają czas innym też kandydatom. Jednak po tygodniu zaczął się już niecierpliwić. Sąsiadka Mirela już zaczynała go podejrzewać o fortunę, jaką niby miał przywieźć ze sobą. Bardzo jej to nie pasowało, że wciąż kręcił się przed jej blokiem i nie pracując było go stać na wszystko.

Pieniądze niestety Karolowi zaczęły się kończyć. Stan konta z dnia na dzień się pomniejszał, a żaden pracodawca nie raczył się do niego odezwać. Setki razy sprawdzał wysłane przez niego CV. Adres na nich zwrotny, telefon kontaktowy — wszystko się zgadzało. Nie wiedział, co mogło im nie pasować.

Następnego dnia już nie czekał. Postanowił działać sam. Wydrukował swoje dokumenty i zaczął jeździć po wszystkich firmach w mieście. Było mu już obojętne gdzie miałby pracować, teraz najważniejsze było, by mieć cokolwiek. Próbował w hurtowniach, marketach, małych sklepach oraz ogromnych magazynach. Wszędzie słyszał to samo: dziękujemy, skontaktujemy się z panem.

Jednak dni mijały, a pracy wciąż nie było. Podenerwowany siedząc na rynku i korzystając z ładnej pogody już zaczął przeglądać oferty pracy w oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów miastach. Nie chciał wracać za granicę i łatwo się nie poddawał. Zaznaczał długopisem oferty pracy, gdy podszedł do niego Staszek — kolega z podwórka.

— Cześć Karol.

Ten spojrzał na niego i nie mógł go skojarzyć. Bujna broda, długie włosy nie pasowały mu do nikogo znajomego.

— Staszek, Staszek Zalewski, pamiętasz? Strzelaliśmy się przed blokiem.

— Staś Rambo?

— Dokładnie.

— Kopę lat stary — uścisnął go serdecznie. — Nie poznałem cię. Ostatnio jak się widzieliśmy, to tej brody nie miałeś. Ani tak długich włosów.

— Ha ha ha. To było dwadzieścia lat temu, stary. Nie mogłem ich jeszcze mieć. Co tam u ciebie? Widzę, że szukasz pracy.

— Już tracę nadzieję, że ją znajdę. Ofert pełno, a nikt nie odpowiada. To jest chore.

— Skądś to znam. Jeśli chcesz to, daj mi swoje CV, zrobiło się u nas miejsce w markecie. Może uda mi się ciebie wkręcić.

— W markecie? — odparł niezbyt zadowolony.

— A co masz do stracenia? Zarobki może nie są duże, ale przynajmniej robota w miarę pewna, a będziesz mógł na spokojnie szukać lepszej.

— A co to za market?

— Mówimy na niego Szisza, bo to co tam się dzieje, to… lepiej żeby nikt nie wiedział — odparł uśmiechając się podejrzanie. — Ale „Schisza” się pisze. To market budowlany.

— Niezła nazwa.

— Szczerze, to nawet nie wiem z jakiego kraju. Jedni mówią Finlandia inni Portugalia. Mało ważne.

— Sam nie wiem — odpowiedział Karol, niezbyt przekonany do pracy w markecie.

— Wolisz być bez pracy?

— No, dobra. Może masz rację.

— Przynieś mi twoje CV, podrzucę je personalnej. Powiem kilka ciepłych słów o tobie i na pewno się do ciebie odezwą.

— W sumie, co mam do stracenia. Mam swoje CV nawet przy sobie. Już nie pamiętam nawet ile kopii tego wydrukowałem.

— To dawaj. Jutro mam na rano to podrzucę personalnej.

— Odwdzięczę się jakoś.

— Nie ma sprawy, trzeba sobie pomagać, co nie?

Zabrał dokumenty, uścisnął go raz jeszcze i podążył dalej zostawiając go pełnego nadziei.

***

Karol nie czekał długo. Już następnego dnia został zaproszony na rozmowę do sklepu. Ubrał się odpowiednio i szybko pojawił się w markecie. Był trochę za szybko, więc mając kilkanaście minut w zanadrzu postanowił się przejść. Przyglądał się pracującym tam młodym ludziom. Wszyscy byli ubrani jednakowo: pomarańczowe koszulki i czarne, robocze spodnie. Jedni stali przy biurku i rozmawiali ze sobą. Ma następnym dziale — farb, młody chłopak z widocznym na czole potem, biegał od klienta do klienta próbując każdego obsłużyć. Karol przystanął i uśmiechając się do siebie, przyglądał się jego działaniom. Biedak ledwo skończył obsługiwać jednego, a już zaczepił go następny. Wymachiwał rękami, starał się zaprezentować kilka towarów na raz, aż w końcu jeden z nich sprzedał. Już miał odpocząć, gdy znalazł się ktoś następny potrzebujący pomocy.

W tym czasie Karola minęło kilku przechodzących raz w jedną, raz w drugą stronę innych pracowników. Każdy z nich szedł osobno, ale zaczepiony przez klienta czekającego przy biurku działu farb, odpowiadali zawsze to samo: „ja nie jestem z tego działu”. Śmiesznie to wyglądało, ale chyba biedny, spocony pracownik, był jedynym człowiekiem na tym dziale.

Przeszedł, więc dalej coraz bardziej zaciekawiony pracą w markecie. Aż doszedł do biurka, przy którym nikogo nie było, prócz grupki zniecierpliwionych klientów. Podenerwowani rozglądali się wokoło. Jedni już nawet usiedli nie mogąc się doczekać obsługi. A jakby tego było mało, kiedy myśleli, że w końcu doczekają się kogoś do obsługi, to przechodzący obok sprzedawcy wymawiali ulubione ich słowa: „ja nie jestem z tego działu”.

— Karol! Czyżby na rozmowę? — usłyszał za plecami głos Staszka.

— Tak.

— Widziałeś, wystarczyło, że dałeś mi swoje CV i już masz pracę.

— Nie tak szybko, jeszcze rozmowy nie miałem.

— Spokojnie, zobaczysz, przyjmą cię.

Spojrzał na biurko, przy którym spoglądali już na nich podenerwowani klienci i poklepał Karola po ramieniu szybko odchodząc:

— Pogadamy później, ok?

Wszedł między ludzi chcących go zlinczować i niewzruszony ich wrogim nastawieniem powiedział:

— Przepraszam, ale człowiek z naturą nie wygra. Jadłem dzisiaj fasolkę i żeby państwu oszczędzić niezdrowego zapachu musiałem opuścić stanowisko. To kto był pierwszy? Szybko nadrobimy stracony czas.

Ludzie od razu zmiękli. Ich wrogie nastawienie momentalnie uległo poprawie.

Karol tymczasem wrócił do głównej informacji i tam zjawiła się po niego personalna. Niska, szczupła kobieta o bardzo szybkim chodzie, zaprosiła go do siebie i ledwo nadążając za jej krokiem skierował się do jej biura.

— Proszę usiąść, panie Karolu. Od razu muszę przeprosić, że nie mogę przeprowadzić całej standardowej rozmowy kwalifikacyjnej, ale dziś mamy zebranie i muszę na nim być. Staszek bardzo zachwalał pana i mówił, że zależy panu na pracy. Jest to prawda?

— Tak, bardzo.

Popatrzyła na zegarek coraz bardziej zdenerwowana i podała mu dokumenty, mówiąc:

— To proszę jak najszybciej załatwić lekarzy. Są to badania okresowe wymagane do rozpoczęcia pracy. Gdy tylko uda się je zrobić, proszę zgłosić się do mnie. Można osobiście albo telefonicznie, obojętnie. Umówię pana z naszym behapowcem i rozpocznie pan pracę u nas jako sprzedawca. Na razie oczywiście na okres próbny. Pasuje to panu?

— Oczywiście.

— To dziękuję bardzo. Ja już niestety muszę iść. Pamięta pan drogę do wyjścia?

— Tak.

Uścisnęła mu rękę i wypraszając z biura szybko pomknęła do innego pokoju na końcu korytarza. Karol zaskoczony całym przebiegiem rozmowy powoli zaczął schodzić do drzwi wyjściowych. Już miał wyjść na zewnątrz, gdy zatrzymał go starszy ochroniarz. Jego samo spojrzenia sprawiało, że skóra cierpła na całym ciele.

— Dokąd pan się wybiera?

— D o d o m u — odpowiedział niepewnie.

— Nie tak szybko. Pójdzie pan ze mną.

— Dokąd?

— Zobaczy pan. Zapraszam.

Karol podejrzewając najgorsze wahał się czy pójść za nim. Słyszał kiedyś o pokoju ochroniarzy, w którym nie ma kamer i wszystko może się stać.

— Panie Waldku, on był tylko na rozmowie o pracę — usłyszał znów Staszka idącego w jego kierunku.

— Nie ważne, muszę go sprawdzić — odparł pełen powagi Waldek.

— A jak tam rozmowa?

— Chyba mnie przyjęli. Trochę dziwna była — odpowiedziała przyjacielowi Karol.

Ochroniarz otwarł drzwi i weszli za nim obaj. Wyjął wykrywacz metalu i zaczął skanować jego ciało.

— Tu wszystko jest dziwne — uśmiechnął się pod nosem Staszek.

— A jak tam klienci? Już poradziłeś sobie z wszystkimi?

— Jeszcze nie — odpowiedział spokojnie. — Czekają cierpliwie.

— Sporo ich było.

— Norma. Ich jest zawsze więcej od nas, zobaczysz. Na razie Karol, lecę bo mnie w końcu zlinczują jak tam nie wrócę.

— Na razie.

— Może pan iść — rzekł wciąż śmiertelnie poważny pan Waldek, otwierając drzwi.

Wyszedł z marketu zadowolony z siebie i znów poczuł się szczęśliwy. Los zaczynał się do niego uśmiechać i wszystko w końcu zaczynało się układać.

***

Następnego dnia z samego rana ruszył do przychodni wykonać wszystkie badania zapisane na skierowaniu.

— Ma pan szczęście — usłyszał od pielęgniarki. — Dzisiaj wszyscy lekarze są w pracy. Może uda się panu załatwić wszystkich w jednym dniu.

— Byłoby super — odparł dumny z siebie.

Chciał zebrać już na początku plusy u nowego pracodawcy i nie mogąc się już doczekać wykonania do nich telefonu, zapytał pielęgniarkę:

— To dokąd mam iść?

— Na początek okulista, pokój 213. Tylko, że…

Już nie słuchał jej. Pobiegł we wskazanym kierunku i odliczał numery na drzwiach zbliżając się do upragnionej dwieście trzynastki.

Wtedy dopiero zrozumiał, co kobieta chciała mu powiedzieć. Przed salą znajdowała się liczna grupa młodych ludzi, którzy w tym dniu mieli również mieli wyznaczone badania. Przeraził się próbując ich zliczyć. Musiały to być przynajmniej dwie klasy. Nauczycielki stały pod oknami i rozmawiały ze sobą, uczniowie przekrzykiwali się nawzajem, a kolejka przed drzwiami do okulisty wcale się nie poruszała.

— Im z pewnością się nie spieszy — pomyślał załamując ręce i stając na końcu korytarza.

Po chwili drzwi do pokoju się otworzyły i okulista wyczytał nazwisko:

— Pokrzywa.

Młodzi zajęci rozmowami nie zwracali na to uwagi. Mieli tysiące ważniejszych spraw do omówienia w tym czasie. Tymczasem podenerwowany głos wydobywający się z pokoju dwieście trzynaście powtórzył nazwisko jeszcze głośniej:

— Pokrzywa?!

Nikt się nie ruszył. Tego nie mógł, nie wykorzystać Karol. Ruszył czym prędzej do środka, przeciskając się przez grupę młodych ludzi i zamknął za sobą drzwi.

— Pan Pokrzywa? — zapytał go zaskoczony widokiem starszego o kilka lat człowieka.

— Nie, Karol Topolski. Muszę dzisiaj zrobić badania do nowej pracy. Rozumie pan, trochę mi zależy na czasie, a…

— Dobra, daj to pan.

Wziął od niego skierowanie i podszedł do „Tablicy Snellena”, na której podświetlił jedną z liter.

— Proszę stanąć przy linii, zakryć lewe oko i powiedzieć, jaką pan widzi podświetloną literę na tablicy?

— A na jakiej tablicy? — zażartował Karol, ale widząc brak poczucia u okulisty od razu spoważniał. — Przepraszam, „L”.

— Dobrze i następne.

— „F”, „H”, „G” „U”.

— Prawe oko.

— „T”, „D”, „X”.

— Dobrze, proszę usiąść.

Nagle weszła do środka jedna z nauczycielek i patrząc na siedzącego przy biurku Karola, oburzona powiedziała:

— Co pan sobie myśli wpychając się bez kolejki? Jaki pan daje przykład młodzieży? A pan? — zwróciła się do okulisty. — Czemu pan tego pana przyjął? Przecież teraz szkoła ma prowadzone badania.

— To on nie jest jednym z pani uczni? — zapytał, udając zaskoczonego.

— Przecież nie widzi pan, że to stary pryk. Moje dzieci są jeszcze małe, a on ma pewnie już ze trzydzieści kilka lat.

— Ale mnie pani teraz obraziła. Ja mam dwadzieścia pięć lat. Panie doktorze okulisto, ja wychodzę — zabrał wypełnione przez niego skierowanie i podnosząc głowę wysoko, dodał.: — I pani naucza w szkole? Wstyd, tak oceniać ludzi. Niech się pani cieszy, że nie powiem głośno, na ile lat pani wygląda.

Przeszedł obok niej i czując się już trochę bezpieczniej dodał jeszcze:

— Myślałem, że emerytek w szkole nie przyjmują.

Po tych słowach przyspieszył kroku. Podenerwowana około trzydziestoletnia pani nauczycielka nie wytrzymała. Ruszyła za nim, a cała klasa widząc jej pościg, zaczęła wiwatować na jej cześć. Karol szybko zbiegł ze schodów i będąc już na dole spojrzał na goniącą go kobietę, która w ostatniej chwili złapała się poręczy ratując się przed upadkiem. Ciężko jej było biec na obcasach, a jeszcze ciężej wyhamować przed schodami. Na szczęście udało jej się to zrobić. Popatrzyła na niego wzrokiem, który mógłby zabić i ciężko oddychając wróciła do swojej klasy.

Karol spojrzał na drzwi następnego pokoju, do którego miał się udać i odetchnął z ulgą. Nie było już przed nim żadnej kolejki. Jedyną osobą siedzącą i czekającą na swoją kolej była starsza wiekiem kobieta. Trzymała mocno w obu rękach swoją torebkę i patrzyła na niego podejrzliwym wzrokiem. Usiadł trzy krzesła dalej, by ją trochę uspokoić i zaczął się rozglądać po całym korytarzu. Czuł na sobie jej ciągłe spojrzenie. Nie wiedział, czy tak bardzo bała się o swoją torebkę, czy może o życie — w końcu nikt mu nigdy nie powiedział, że wygląda na złodzieja czy mordercę. Starał się tym nie przejmować, ale denerwowało go to coraz bardziej. Kobieta bezczelnie wpatrywała się w niego bez przerwy. W końcu nie wytrzymał, wstał i już chciał coś powiedzieć, gdy przerażona kobieta cała drgnęła. Chwyciła się za serce i upadła na ziemię.

Karol przestraszony nie wiedział co ma robić. Na jego szczęście widziała to któraś z pielęgniarek i szybko podbiegła do kobiety. Zaraz za nią podbiegli inni pielęgniarze i rozpoczęli reanimację.

— Następny — odezwał się głos lekarza zza drzwi, z których właśnie wyszedł jakiś mężczyzna.

Pielęgniarze dzięki szybkiej reakcji powoli przywracali do życia starszą kobietę, a Karol widząc to, odetchnął z ulgą i z czystym sumieniem kierował się do drzwi doktora.

— Następny! — zawołał znów lekarz.

Przeszedł obok nich i cały czas czując jej wzrok na sobie, wszedł do środka zamykając drzwi za sobą.

— Co tam się stało? — zapytał go lekarz widząc zamieszania przed jego pokojem.

— Starsza pani się przewróciła — skłamał podając jednocześnie skierowanie.

— Dobrze, to co tutaj mamy.

***

Resztę badań na szczęście Karolowi udało się już załatwić bez dodatkowych przygód i pod koniec dnia, mógł się pochwalić całkowitym wypełnieniem misji, jaką dostał od nowego pracodawcy. Było już za późno, by dzwonić do firmy, przez co odłożył dokumenty od lekarza na bok i z przyjemnością położył się na łóżku, szukając chwili zasłużonego odpoczynku.

Wtedy to zadzwonił telefon.

— Karol, masz czas? — usłyszał głos Darka. — Chodź na piwo, musimy pogadać.

Z chęcią przełożyłby to na inny dzień, ale słyszał podenerwowanie w jego głosie i nie mógł tak tego zostawić. Zgodził się i już po kilku minutach był na dole gotowy, by przejść do baru, w którym kiedyś spotykał się ze swoimi znajomymi. „Pod jabłonką”, bo tak jego nazwa brzmiała, nigdy nie narzekał na brak klientów. Stał niezmiennie w tym samym miejscu od długich lat i mimo zmieniającego się pokolenia na osiedlu, zawsze był pełen amatorów dobrego piwa.

— Karol ja już nie wiem, co mam robić — rzekł przejętym głosem Darek, nerwowo popijając kufel piwa. — Bożena chyba się za bardzo rządzi. Zauważyłeś to?

Aż zaniemówił z wrażenia. Wszyscy to widzieli już od kilku dobrych lat i nie rzadko mu to próbował powiedzieć, ale nigdy go nie słuchał. Zawsze był tak zaślepiony miłością do niej, że nie dopuszczał do siebie żadnych złych słów na jej temat.

— Już dawno — odpowiedział mając nadzieję, że w końcu przemówi mu do rozsądku.

— Serio? Ale ona nigdy taka nie była. Zawsze zgadzaliśmy się ze sobą.

— To ty się z nią zgadzałeś.

— Nie ważne, wiesz co dzisiaj wymyśliła? Wyobrażasz sobie, że kazała mi ubrać czerwone majki, bo ona ma okres? Jako znak zaprzestania seksu na kilka dni.

Karol parsknął śmiechem, ale widząc jego przejętą minę, od razu spoważniał i próbował znaleźć jakieś słowa, by go uspokoić.

— To naprawdę… przesadziła tym razem.

— Przez to wyszedłem. Wszystko zniosę, ale mówiłem jej, że moja bielizna jest dla mnie świętością. Od kiedy się zaczęliśmy spotykać, zawsze jej się podobały moje majtki. Mam na każdą okazję. Na pierwszą randkę, na dziesiątą, na seks…

— Dobra, rozumiem, nie musisz mi tego tłumaczyć.

— Wybacz, ale… nie wytrzymałem. Musiałem wyjść i…

— Trzasnąć drzwiami — dokończył za niego Karol.

— Nie, Bożenka nie lubi, jak się trzaska. Musiałem wyjść i po prostu napić się piwa. Nie jesteśmy jeszcze małżeństwem, a już się kłócimy. Tak nie może być.

— Bo jesteście zupełnie innymi charakterami.

— Dariuszku, tu jesteś — przerwała im rozmowę Bożena.

— Dołączyła od razu do ich stolika i biorąc za ręce narzeczonego słodziutkim tonem powiedziała:

— Przepraszam cię dziubasku, zapomniałam jak bardzo wrażliwy jesteś na temat swojej bielizny. Chodź do domku, a wynagrodzę ci mój błąd.

— Przecież masz te swoje dni.

— Ale mam też inne sposoby na mojego malutkiego ogierka.

Chwyciła go za krocze pod stołem, aż wzdrygnął się i wstał momentalnie. Widać było, że głupio mu było opuszczać swojego przyjaciela, szczególnie po ostatnich słowach i chciał móc jej odpowiedzieć przecząco, ale nie potrafił tego zrobić.

— Dzięki Karolu za rozmowę. Jakbyś czegoś potrzebował to dzwoń. My już sobie pójdziemy.

Bożena objęła swym silnym ramieniem swojego wybranka i rzucając Karolowi ostre spojrzenie, wyszli zostawiając go samego z prawie całym kuflem dopiero co kupionego piwa.

— Niedobrzy z nich ludzie, tak zostawiają cię samego.

Od razu odwrócił się w jej stronę i zaskoczony niespodziewanym gościem, aż zaniemówił. Margaret — różowa wróżbitka, była w ich ulubionym barze i właśnie siadała do jego stolika.

— Wiem, nie spodziewałeś się mnie tu zobaczyć — odpowiedziała uśmiechając się do niego. — Widać to na twojej twarzy.

Momentalnie zamknął buzię i starając się uspokoić, na szybko szukał jakichkolwiek słów do wypowiedzenia:

— Nie… bo ja… no faktycznie, masz znów rację — w końcu wydusił z siebie. — Nie myślałem, że wróżki chodzą do baru.

— W dzisiejszych czasach ciężko o klientów. Wszędzie trzeba ich szukać, nawet tutaj.

— Napijesz się czegoś? — zapytał, widząc że nie miała żadnego napoju przed sobą.

— A co byś kupił wróżce? — zapytała znów, darząc go swym nieprzeciętnym uśmiechem.

— Raczej nie piwo. Może sok, najlepiej zbliżony do różowego — odparł chcąc zabłysnąć.

— Drinków też nie piję, ale sokiem nie pogardzę.

Szybko spełnił jej prośbę i gdy tylko wrócił na miejsce, już minął jednego z podchmielonych klientów z jej wizytówką w ręce.

— Szybko działasz — rzekł zaskoczony jej determinacją.

— Jeszcze trochę mi ich zostało — położyła kilka wizytówek przed sobą.

— Wszystkie chcesz dzisiaj rozdać?

— Niekoniecznie. Powiedz mi lepiej, co zrobiłeś? Posłuchałeś mojej rady?

— Muszę przyznać, że… tak.

— Wiedziałam — aż uniosła głowę przepełniona dumą.

— Skąd ty to wszystko wiesz? Przecież czary nie istnieją.

— A tego nie mogę powiedzieć. Każdy ma swoje sztuczki.

Karol wystawił przed siebie dłoń i zachęcony jej słowami powiedział:

— Powiesz mi co wydarzy się jeszcze w moim życiu?

— Kochaniutki, nie tak łatwo ze mną. Po pierwsze nie jestem u siebie, a po drugie… — przerwała, popijając swój sok i uśmiechając się dokończyła: — …za darmo mam ci powiedzieć?

Uśmiechnął się również do niej i spodziewając się takiej odpowiedzi od razu odpowiedział wyraźnie żartując:

— Jak za darmo? A sok?

— Zabawny jesteś. Wypij piwo i odprowadź mnie do domu. Jutro jak przyjdziesz to może dam ci zniżkę.

— Brzmi interesująco.

Pierwszy raz tak szybko wypił kufel piwa. Trochę zakręciła go ta nagła dawka alkoholu, ale wstał i jeszcze w miarę trzeźwym ruchem zasunął za sobą krzesło i wyprowadził piękną kobietę na zewnątrz.

— Przepraszam cię, ale… — zatkał usta z trudem powstrzymał się by nie beknąć. — przepraszam. Ale jak masz na imię? Margaret?

— Margareta.

— Ładnie — skłamał, pierwszy raz słysząc to imię.

— Milutki jesteś, ale kłamać nie potrafisz. Szczególnie po pijaku.

— Ja nie jestem… hyp … pijany… Przepraszam. To było tylko jedno piwo. Może po pięciu albo dziesięciu — przechwalał się próbując odzyskać dobre imię w jej oczach. — Ale nie po jednym.

Nagle potknął się o wystającą płytkę chodnikową i poleciał do przodu na kosz pełen śmieci. Wywrócił go, wysypując jego cała zawartość, samemu lądując między nimi. Szybko jednak podniósł się i otrzepując z brudu zaczął się tłumaczyć:

— Co za nierówności w tym chodniku się porobiły.

— Może jednak pójdę sama — powiedziała śmiejąc się z niego. — Jeszcze zginiesz po drodze i już całkowicie stracę swoich klientów.

— Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne. Przyspieszmy lepiej, bo ktoś karze nam posprzątać.

— Nam? Ja nic nie zrobiłam.

— Idź — popędził ją, nie mając chęci do jej żartów.

Skręcili w inną uliczkę i już wychodzili na rynek, gdy zza rogu wyjechał niespodziewanie samochód. Jego prędkość była znacznie przekroczona od dozwolonej i o mały włos ich nie potrącił. Nie zważał na nic i przejechał dalej, znikając za następnym zakrętem.

— O mały włos, by nas nie rozjechał — powiedział wstrząśnięty zdarzeniem Karol. — Idiota.

Margareta jednak nic nie powiedziała. Doszła szybko do siebie i ruszyła dalej, niewzruszona szaleńcem.

— Tego chyba nie przewidziałaś? — zapytał ją ciekawy jej odpowiedzi.

— Nie przeceniaj mnie, ja tylko czytam przyszłość z dłoni — odparła lekko podenerwowana.

— To fakt.

— Dobrze, już możesz wracać do siebie. Dziękuję za odprowadzenie.

Karol spojrzał na różowy domek stojący na końcu ulicy i zaskoczony jej nagłą zmianą, zapytał:

— Chyba nie jesteś zła na mnie?

— Na ciebie, nie. Pa.

Przyspieszyła kroku dając mu wyraźnie znać, że już nie chce więcej żadnych pytań.

***

Następny dzień znów zaskoczył swoim tempem Karola. Gdy tylko zadzwonił do swojego nowe pracodawcy, od razu został poproszony o przyjście wraz ze wszystkimi dokumentami.

Nie był co prawda na to gotowy, ale nie odważył się odmówić. Już po godzinie jedenastej siedział przed biurkiem personalnej i czekał na umowę do podpisania. Biegała ona jak zwykle od biura do biura, aż w końcu przyniosła ją i położyła przed nim.

— Jak umawialiśmy się, na razie na trzy miesiące, a później jak się sprawdzisz, to podpiszemy na stałe. Podpisz tylko tutaj i tu, a zaraz Marek, nasz behapowiec zabierze cię na dół i pokaże co i jak.

Karol uczynił wszystko jak mu powiedziała i zaraz za jego plecami, ukazał się niski, grubiutki, około sześćdziesięcioletni Marek.

— Już?

— Tak, jesteśmy gotowi — odpowiedziała za niego personalna.

Musiał więc wstać i ruszył na halę sprzedażową, prowadzony przez Marka.

— To, że nie można palić na hali to wiadomo? — zapytał patrząc na niego podejrzliwym wzrokiem.

— Nie palę.

— Dobrze. Mam nadzieję, że nie należysz do idiotów i nie muszę ci wszystkiego tłumaczyć. Na hali głównie będziesz się zajmował sprzedażą, więc powiem ci wszystko pokrótce.

Zatrzymali się przed działem ogród, gdzie stało żółte, małe urządzenie na kółkach z wajchą sięgającą na wysokość klatki piersiowej. Marek wyjechał nim przed siebie i zaczął mu tłumaczyć:

— To jest paleciak. Służy głównie do przewożenia towarów. Dźwiga tylko na kilka centymetrów, więc za dużo nim nie zrobisz.

Nagle zobaczył jednego ze sprzedawców używającego paleciaka jak hulajnogę i podenerwowany krzyknął:

— Idioto! Co robisz?!

Ten od razu zeskoczył z niego i przestraszony schował się do jednej z alejek. Karol jednak bardziej zwrócił uwagę na klientów, którzy najbardziej się zlękli Marka. Jedni uczynili to samo co młody sprzedawca, inni zaś stali nieruchomo, bojąc się ruszyć dalej. Dopiero gdy zorientowali się, że nie wołał do nich, wrócili do rozglądania się po półkach.

— Tak nie robimy — dodał twardym tonem. — Przez to możesz wylecieć z roboty. Chodźmy dalej.

Doszli do wózka widłowego, na który wsiadł właśnie inny ze sprzedawców. Szybko wskoczył na siedzenie i już włączył stacyjkę, gdy zobaczył ich, patrzących prosto na niego. Zadowolona mina od razu znikła mu z twarzy. Założył, wyraźnie niechętnie, kask na głowę i na coś lub kogoś czekał.

— Gdzie masz prowadzącego? — zapytał go Marek.

Chłopak rozejrzał się nerwowo i po chwili odpowiedział:

— No, miał przyjść. — wyłączył wózek i schodząc z niego, dodał: — Pewnie klienci go zatrzymali, idę po niego.

— Też tak myślę.

Wiedział, że chłopak kłamał i pokręcił głową niezadowolony, ale tyle razy już zwracał wszystkim na to uwagę, że już nie miał sił, na walkę z nimi.

— Zawsze wózkowy musi mieć asystę — zaczął tłumaczyć Karolowi. — Jak zobaczysz, że ktoś jeździ sam, to mi powiedz. To jest niedopuszczalne zachowanie w naszej firmie. Klienci, a szczególnie dzieci, chodzą po sklepie nie patrząc przed siebie. To jest moment, by stała się tragedia.

— Przepraszam — zaczepił ich klient. — Nie wiedzą panowie, gdzie znajdę cegły?

— Na budowlance — parsknął Marek.

— Ale… gdzie to jest?

— Coś się pan z księżyca urwał? Obok działu narzędzi — odpowiedział mu Marek i zabierając pod pachę Karola, odszedł zostawiając zakłopotanego klienta.

Stał on dalej w miejscu nie bardzo wiedząc, w którą stronę ma się udać. Był tu pierwszy raz i bladego pojęcia nie miał gdzie znajdują się poszczególne działy.

— Z takimi idiotami też będziesz miał do czynienia, więc musisz się uodpornić. Chodźmy na magazyn.

Prowadziły tam drzwi, które otwierały się za pociągnięciem sznurka. Zasłaniały one wszystko co się za nimi kryło, tak też gdy weszli dalej, Marek aż zaniemówił na chwilę. Jego twarz momentalnie zrobiła się czerwona jak burak. Z uszu o mały włos by para nie wyleciała, na widok pracy magazynierów, którzy urządzili sobie wyścigi na paleciakach. Co prawda zeskoczyli z nich, gdy tylko ich zobaczyli, ale było to dla nich o kilka sekund za późno.

— Co tu się do cholery dzieje!

Dwóch ścigających się młodych ludzi zaniemówiło. Spuściło potulnie głowy w dół i śmiejąc się do siebie, czekali na reprymendę.

— To ja tu wprowadzam młodego człowieka do pracy, chcę pokazać jak się u nas bezpiecznie pracuje, a wy co? W idiotów się bawicie?! A może choć przez osiem godzin, które spędzacie w pracy, nimi nie bądźcie! Nie macie co robić?! Gdzie jest wasz kierownik?!

— Na L4 — odpowiedział jeden z nich, już nie uśmiechając się głupio.

— A jego zastępca?

— W biurze — odpowiedział drugi, wskazując na małe pomieszczenie za ich plecami.

Marek wkroczył do niego kopniakiem otwierając drzwi i znów zaczął krzyczeć:

— Co to ma być?! Stołówkę sobie tu urządziliście?! Tam macie tor wyścigowy, tu bufet, może jeszcze jakieś dziewczyny wam sprowadzę?!

Gdy tylko to powiedział, z drzwi od toalety, wyszły dwie młode kobiety — sprzedawczynie z hali. Usłyszały krzyki Marka i po cichu zaczęły czmychać na swoje stanowiska pracy. Dwaj „wyścigowcy” znów śmiejąc się pod nosem ponaglali je i gdy tylko usłyszeli, wychodzącego z biura Marka, znów stanęli na baczność z głowami spuszczonymi.

— I tak co, to się więcej nie powtórzy! — krzyknął i zaraz cichszym głosem powiedział: — Bo dyrektor się o tym wszystkim dowie.

— Nie, nie, już dopilnuję, że nic takiego nie będzie już miało u nas miejsca — odparł przejęty jego groźbą zastępca.

— Idioci! — znów wykrzyknął swoje ulubione słowo i kiwnął głową Karolowi, by szedł z nim z powrotem na halę.

— Co ci tu będę dużo mówił. Staraj się używać mózgu, robić wszystko bezpiecznie i dbać o swoje i innych zdrowie. To jest najważniejsze, rozumiesz?

— Tak.

— Koniec szkolenia — rzekł rozzłoszczony. — Idź już do domu i przyjdź jutro już normalnie do pracy. Personalna wyda ci odzież roboczą, którą musisz nosić i powodzenia życzę. Mam nadzieję, że szybko nie dołączysz do idiotów, których dziś poznałeś.

— Chyba, nie — odparł, nie bardzo wiedząc, czy dobrze sformułował na szybko odpowiedź.

Spojrzał tylko na niego surowym wzrokiem i odszedł krzycząc jeszcze w drodze na jakiegoś pracownika, źle dźwigającego towar. Oczywiście bez jego ulubionego określenia nie mogło się obyć.

***

Po tak krótkim, ale jakże bardzo interesującym i nietypowym szkoleniu BHP, Karol wracając z pracy, usiadł na ławce w parku i korzystając z pięknej pogody i ostatniego wolnego dnia bez pracy, postanowił poleniuchować trochę. Zamknął oczy i obracając się w stronę słońca, korzystał z jego uroków.

— Masz pindziesiąt groszy? — usłyszał czyjeś słowa.

Otwarł oczy i zobaczył żebraka, z wyciągniętą ręką do niego.

— Chyba mam — odparł i zaczął szukać po kieszeniach.

— Może być piątka, jak się znajdzie.

Karol spojrzał na niego już ostrzejszym wzrokiem, a ten od razu dodał:

— Dobra pindziesiąt starczy. Kupię se chleb na kilka dni.

— To już tyle nazbierałeś… PINDZIESIĄTEK? — zapytał powtarzając jego wymowę.

— Pindziesiątki ludzie chętniej dają niż złotki. Teraz takie czasy, że nikt nie ma za wiele, przez to nie ma co wymagać za dużo.

— Coś w tym jest — Karol wyciągnął z kieszeni portfel, ale starając się mu nie pokazywać jego zawartości rzekł: — Zawsze płacę kartą, ale coś chyba drobnych mam. Masz pięćdziesiątkę albo masz jeszcze złotówkę, ja nie będę taki skąpy.

— Dzięki dobry człowieku. Niech Bóg ci to w dzieciach wynagrodzi.

— Niech lepiej ześle najpierw piękną żonę — odparł żartując.

— Pięknej nie szukaj. Najważniejsze żeby miała rozum — odpowiedział zaskakując go swoją odpowiedzią, ale zaraz dodał mrugając do niego okiem: — I wielki cyc.

***

Nie wiedział czemu, nie mógł przestać myśleć o nietypowej wróżce. Intrygowała go coraz bardziej i będąc tak blisko niej, nie mógł nie wstąpić do niej. Przechadzał się rynkiem, jakby spacerował bez celu, ale z każdym krokiem zbliżał się coraz bardziej do jej różowego domku. Już widział jej szyld i uśmiechał się na samą myśl o ich nowym spotkaniu, gdy zobaczył, że jakiś starszy mężczyzna właśnie do niej przyszedł. Nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie duży bukiet kwiatów, który trzymał za plecami. Karol przystanął i nagle poczuł się zazdrosny. Owszem było piękna i pewnie każdego dnia spotykała się z różnymi mężczyznami, ale miał nadzieję, że jej dziwny charakter i zawód, który wykonuje skutecznie odstrasza od nich jakichkolwiek adoratorów. W końcu który mężczyzna lubi wszechwiedzącą kobietę?

Zaskoczony i zawiedziony już nie szedł dalej. Nie chciał im przeszkadzać. Zawrócił więc do domu, gdzie w spokoju chciał usiąść i zobaczyć może jakiś film w telewizji. Jutro już na to nie będzie miał czasu, więc ostatni moment na takie rozluźnienie.

Jednak, gdy tylko doszedł do bloku, zaczepiła go jego ulubiona sąsiadka.

— Co ty robisz całymi dniami? — zapytała go wścibska Mirela. — Trochę cię obserwuję i aż podejrzane jest to, że nie pracujesz, a masz pieniądze. Może ty jesteś jakimś płatnym mordercą albo coś takiego?

— Gdybym nim był, to niech mi pani wierzy, jedną osobą bym się zajął, nawet za darmo — zażartował mając ją już dość.

— No, wiesz?

Zadowolony z siebie przeszedł obok niej, korzystając z tego, że nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Doszedł do swoich drzwi i już miał je otwierać, gdy wyszła z mieszkania obok Karolinka. Stanęła w progu i patrząc na niego, zapytała:

— Wraca pan do Anglii?

— Co? — odparł zaskoczony. — Nie, niestety.

— Szkoda, a może pan wysłać tam jedną panią?

— Chyba wiem którą — odparł z uśmiechem.

— Wszystkiego nam zabrania.

— Wiesz co… — schylił się do niej, by dokończyć zdanie szeptem. — Słuchajcie tylko swoich rodziców, nie jej.

— Ale ona krzyczy.

— To też zacznijcie krzyczeć. Założę się, że potraficie głośniej od niej. Kiedyś też się jej bałem. Krzyczała po mnie tak samo jak i po was.

— I co pan zrobił?

— Zapytałem mamę, czy muszę słuchać się innych, gdy po mnie krzyczą i wiesz jaka była jej odpowiedź?

— Nie.

— Słuchaj się tylko swoich rodziców. Tej wrednej baby nie słuchajcie.

— Naprawdę? — dziewczynce aż oczy zabłysły na samą myśl.

Karol tylko przytaknął, a Karolinka pełna radości w momencie wbiegła do swojego mieszkania, zamykając za sobą drzwi i od razu zaczęła wołać swojego braciszka. Karol dumny z samego siebie, wszedł do środka i usiadł wygodnie na kanapie. Zza drzwi tylko słyszał wychodzące, szczęśliwe dzieciaki sąsiada na dwór i piłkę odbijającą się po schodach. Wiedział, że idą sprawdzić jego słowa i tylko czekał na efekt swoich słów.

— A wy dokąd z tą piłką? — już zaczęła Mirela.

— Zagrać — odpowiedziała Karolinka.

— Jak? Nie wolno! Tu nie boisko!

— To nasz plac zabaw.

— Co?… Jak śmiecie?… Już mi się z tą piłką zabierajcie!

— Nie ma mowy! — zaczęła już krzyczeć mała Karolinka, co od razu wywołało uśmiech na twarzy Karola. — To jest plac zabaw i możemy na nim robić, co chcemy!

— Ty mała smarkulo! Zaraz zabiorę ci tą piłkę!

— To nas dogoń!

Karol nie wytrzymał. Musiał to zobaczyć i wyjrzał przez okno. Starsza i grubiutka sąsiadka naprawdę próbowała ich dogonić. Ciężko stawiała kroki i widać, że każdy pokonany przez nią metr daje się jej we znaki, aż w końcu po chwili opadła z sił. Ciężko dysząc chciała zacząć krzyczeć, ale nie mogła złapać tchu. Karol widząc ją trzymającą się za serce i pochylającą się ku ziemi, przestraszył się, że biedna kobiecina walczy o życie. Lecz już po chwili odzyskała siły i wyprostowała się, by wykrzyczeć kolejne groźby:

— Już ja pogadam z waszymi rodzicami. Niech zleją wam tyłki!

— Nasi rodzice nas nie biją — odpowiedział im Michałek.

— Widać, wychowanie bez stresowe. Jakbym była waszą matką…

— To bym się zastselił — odpowiedział jej bez zawahania malutki sąsiad.

— Co?

— Chodź Karol — zawołała go siostra.

Kobieta choć niechętnie, ale musiała dać im za wygraną. Nie miała sił na gonitwę, a też nie mogła pozwolić, by wszyscy sąsiedzi widzieli, jak małe dzieci ją obrażają. Przez lata nikt jej tak nie pyskował i już prawie zapomniała dzieci, które jako pierwsze tak jej odszczekiwały. Odwróciła się od nich i wtedy zobaczyła szczęśliwą minę Karola, patrzącego na nią z okna.

— To twoja sprawka! — od razu wykrzyknęła.

Ten nie chciał jej już więcej drażnić. Schował się do środka, wiedząc że jej serce nie było już tak silne jak kiedyś, gdy wraz z kolegami uciekali przed nią przez kilka ulic. Teraz kolejne pokolenie się jej sprzeciwia, a ona niestety nic się nie zmienia.

***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 31.26