Z widokiem na morze
Sztuka osadzona jest współcześnie (2025 rok), w nadmorskim domu wczasowym w Ustce. Łączy elementy klasycznej komedii pomyłek (fantazje, nieporozumienia małżeńskie, lekki erotyzm) z chaotyczną, improwizowaną energią (impreza wymykająca się spod kontroli, alkohol, przypadkowi goście, eskalujące nieporozumienia). Główny mechanizm komiczny opiera się na serii nieoczekiwanych wejść i wyjść postaci, mylnych tożsamości, ukrywania faktów oraz absurdalnych prób ratowania pozorów.
Postacie główne:
— Anna Korska (32 lata) — atrakcyjna, energiczna mężatka, która przyjechała na tydzień „odpocząć od małżeństwa”. Inteligentna, ale nieco chaotyczna, lubi flirtować, lecz nie przekracza granic.
— Marek Korski (35 lat) — mąż Anny, spokojny informatyk, który niespodziewanie przyjeżdża, podejrzewając żonę o romans.
— Kuba (28 lat) — przystojny, sympatyczny surfer, sąsiad z sąsiedniego domku, obiekt niewinnego flirtu Anny.
— Ola (30 lat) — przyjaciółka Anny z Warszawy, singielka, która przyjechała razem z nią i jest motorem imprezy.
— Bartek (34 lata) — znajomy Oli, nieco pretensjonalny fotograf, który „przypadkiem” został zaproszony.
— Pani Halina (60 lat) — właścicielka domu wczasowego, wścibska, ale życzliwa emerytka, która mieszka na parterze.
AKT I
Scena 1
Salon domu wczasowego w Ustce. Jasne, przestronne wnętrze w nowoczesnym stylu letniskowym. Duże okna panoramiczne i drzwi przesuwne na taras ukazują złotą plażę i spokojne morze w popołudniowym słońcu. Na podłodze stoją dwie otwarte walizki, obok leżą torby plażowe, kapelusze, kremy do opalania i kilka butelek wina. Na stole leżą rozpakowane kosmetyki, książki i paczki przekąsek. W tle słychać delikatny szum fal i krzyki mew. Powietrze pachnie solą i świeżym praniem.
Anna Korska (32 lata), ubrana w lekką letnią sukienkę, stoi przy walizce i metodycznie wyjmuje z niej ubrania, układając je na sofie. Porusza się z energią, lecz widać w jej gestach ulgę, jakby zrzucała z siebie niewidzialny ciężar. Ola (30 lat), w szortach i luźnej koszulce, siedzi na podłodze przy drugiej walizce, wyjmując z niej bikini i ręczniki plażowe. Trzyma w ręku kieliszek z wodą z cytryną, popijając leniwie.
Ola
(odkładając bikini na stół, z westchnieniem zadowolenia)
Wreszcie. Zero budzika, zero kalendarza, zero „musisz być o ósmej”. Siedem dni czystego oddechu. Czujesz to samo?
Anna
(kiwa głową, składając bluzkę z precyzją, ale wolniej niż zwykle)
Czuję. Jakby ktoś zdjął mi z ramion niewidzialny plecak pełen rachunków, obowiązków i… rutyny. Siedem dni, w których mogę być po prostu sobą. Nie „żoną”, nie „pracownicą”, nie „organizatorką wszystkiego”. Tylko Anną.
Ola
(podnosi wzrok, uśmiecha się lekko ironicznie)
„Żoną”. Brzmi to tak, jakbyś mówiła o stanowisku w korporacji. Marek wie, że tu jesteś?
Anna
(wzdycha, siada na sofie obok sterty ubrań)
Wie. Powiedziałam mu, że potrzebuję tygodnia dla siebie. Nie kłamałam — tylko pominęłam szczegóły. Że będzie nas dwie, że morze, że wino. Że nie będę codziennie raportować, co jadłam na obiad.
Ola
(siada obok, opierając się o sofę)
I co on na to? Nie protestował?
Anna
(prostuje się, patrząc w okno na fale)
Nie. Zaskakująco łatwo się zgodził. Powiedział: „Jedź, odpocznij. Zasługujesz”. Potem cisza. Jakby sam nie wiedział, co powiedzieć dalej. Czasem myślę, że nasze małżeństwo stało się… zbyt dobrze naoliwioną maszyną. Wszystko działa, wszystko jest przewidywalne. Budzimy się o tej samej porze, pijemy tę samą kawę, oglądamy te same seriale. Nawet kłótnie są przewidywalne — zawsze o to samo: o brak czasu, o zmęczenie, o „dlaczego nigdy nie rozmawiamy naprawdę”.
Ola
(cicho, z empatią)
Rutyna zabija powoli. Ale to nie znaczy, że wszystko jest stracone.
Anna
(kręci głową, uśmiecha się gorzko)
Nie jest stracone. Marek jest dobry. Naprawdę dobry. Nie zdradza, nie krzyczy, pomaga w domu. Tylko… brakuje iskry. Tego uczucia, że coś może się zdarzyć. Że życie nie jest już napisane scenariuszem. Dlatego tu przyjechałam. Żeby poczuć, że wciąż potrafię się śmiać do rozpuku, tańczyć bez powodu, rozmawiać do trzeciej nad ranem. Że wciąż jestem zdolna do radości.
Ola
(podnosi kieliszek, stukając nim delikatnie o kieliszek Anny, który ta właśnie wzięła ze stołu)
To brzmi jak plan. Ale ostrzegam cię — radość lubi towarzystwo. Zwłaszcza takie, które nie przypomina męża.
Anna
(śmieje się krótko, ale zdecydowanie)
Nie szukam przygody, Ola. Naprawdę. Nie chcę romansu, nie chcę dramatu. Chcę tylko zabawy. Szczerej, lekkiej, bez konsekwencji. Chcę się poczuć atrakcyjna, pożądana przez chwilę, ale bez przekraczania granic. Flirtować jak nastolatka, a potem wrócić do domu i dalej być żoną. To możliwe?
Ola
(kiwa głową, z błyskiem w oku)
Możliwe. Jeśli dobrze rozegramy karty. A karty mamy dobre: morze, wino, plaża, dwóch przystojnych sąsiadów z deskami surfingowymi. To już nie jest rutyna — to okazja.
Anna
(patrzy na nią z lekkim przestrachem, ale też z rozbawieniem)
Dwóch sąsiadów? Skąd ty to wiesz?
Ola
(wstaje, podchodzi do okna, wskazuje na sąsiedni domek)
Widziałam ich rano. Jeden wysoki, opalony, z deską pod pachą. Drugi z aparatem — fotograf, artysta. Obaj uśmiechali się, kiedy przechodzili obok. Klasyka wakacyjna.
Anna
(śmieje się, wstaje i dołącza do niej przy oknie)
Klasyka. Ale ja nie jestem na polowaniu. Jestem na urlopie.
Ola
(odwraca się do niej, poważnieje na chwilę)
Wiem. I dlatego właśnie tu jesteśmy — żebyś mogła przypomnieć sobie, kim jesteś poza rolami, które grasz na co dzień. A teraz… rozpakujmy się do końca i otwórzmy to wino. Za oddech. Za zabawę. Za morze, które nie pyta o pozwolenie.
Obie unoszą kieliszki. Anna patrzy przez okno na fale, jej twarz rozjaśnia się lekkim uśmiechem — mieszanką ulgi i niepewności. Ola dolewa wody z cytryną do swojego kieliszka, po czym obie wracają do rozpakowywania walizek, nucąc pod nosem tę samą melodię.
Światło popołudniowe powoli złoci się, zapowiadając zmierzch.
Koniec Sceny 1.
Scena 2
Ten sam salon domu wczasowego. Popołudniowe światło ustępuje miejsca ciepłemu, złotemu zmierzchowi. Na stole przybyło dwie otwarte butelki wina i kilka paczek chipsów. Walizki zostały już częściowo schowane pod sofą. Z głośnika telefonu Oli płynie cicha, instrumentalna muzyka chillout. Anna stoi przy panoramicznym oknie, patrząc na morze i popijając wino. Ola krząta się między kuchnią a salonem, układając przekąski na tacy.
Nagle rozlega się energiczne pukanie do drzwi tarasowych — trzy szybkie, pewne uderzenia. Ola od razu się uśmiecha.
Ola
(z entuzjazmem, odstawiając tacę)
To oni. Idealny timing.
Podchodzi do drzwi przesuwnych i otwiera je szeroko.
Wchodzą Kuba (28 lat) — opalony, w szortach i rozpiętej koszuli hawajskiej, z gitarą przewieszoną przez ramię i sześciopakiem piwa w lewej ręce — oraz Bartek (34 lata) — w lnianej koszuli, z aparatem fotograficznym na szyi i małą torbą na ramieniu.
Kuba
(unosząc sześciopak z szerokim uśmiechem)
Dobry wieczór sąsiadkom. Ola mówiła „na jednego drinka”, więc przynieśliśmy sześć. Na wszelki wypadek.
Ola
(klaszcząc w dłonie)
Brawo za przezorność. Wchodźcie, wchodźcie. Taras czeka.
Bartek
(wchodząc, od razu rozgląda się po wnętrzu)
Piękny kawałek świata. To światło o tej porze… można by tu kręcić reklamę raju. Mogę zrobić kilka kadrów?
Anna
(odwraca się od okna, uśmiecha się uprzejmie, choć z lekkim zaskoczeniem)
Proszę bardzo. Tylko bez flesza — oczy bolą po całym dniu patrzenia na morze.
Kuba stawia piwo na stole, odkłada gitarę na oparcie sofy i od razu otwiera jedną butelkę, podając ją Annie.
Kuba
(patrząc jej w oczy, z lekkim uśmiechem)
Pierwsza kolej zawsze dla gospodyni. Albo dla tej, która wygląda, jakby najbardziej potrzebowała relaksu.
Anna
(przyjmuje piwo, unosząc brew)
Dziękuję. Czy to był komplement, czy diagnoza?
Kuba
(śmieje się cicho)
Obie wersje są prawdziwe.
Ola nalewa wino dla siebie i Bartka, po czym siada na kanapie, klepiąc miejsce obok siebie.
Ola
Siadajcie. Opowiadajcie. Jak długo już tu surfujecie?
Bartek
Ja nie surfuję. Ja dokumentuję. Przyjechałem na tydzień, żeby złapać trochę autentycznego lata. Kuba mnie wciągnął.
Kuba
(siada na podłokietniku sofy, blisko Anny)
A ja tu mieszkam od czerwca. Pracuję w sezonie jako instruktor, poza sezonem… no cóż, głównie patrzę na fale i gram na gitarze. Proste życie.
Anna
(pociąga łyk piwa, patrząc na niego z zainteresowaniem)
Proste życie brzmi kusząco, kiedy człowiek przez cały rok żyje w Excelu i terminach.
Kuba
(lekko przechyla głowę)
Excel, powiadasz… To brzmi groźnie. Jak bardzo groźnie?
Anna
(żartobliwie, z udawaną powagą)
Na tyle groźnie, że czasem marzę, żeby ktoś porwał mój laptop i utopił go w morzu.
Kuba
(z błyskiem w oku)
Mogę to załatwić. Mam deskę, linę i dobre intencje.
Anna
(śmieje się, kręcąc głową)
Tylko nie mów, że jesteś typem, który ratuje kobiety przed arkuszami kalkulacyjnymi.
Kuba
Dokładnie tym typem. Ratuję je przed nudą, przed rutyną i przed nadmiarem kolumn. Specjalizacja wąska, ale skuteczna.
Ola parska śmiechem, Bartek robi szybkie zdjęcie ich rozmowy.
Bartek
Ten kadr… naturalne światło, morze w tle, chemia między ludźmi. Idealne.
Anna
(zerka na Bartka, potem na Kubę)
Chemia, powiada. A ja myślałam, że to po prostu dobrze schłodzone piwo.
Kuba
(pochyla się lekko w jej stronę, zniżając głos)
Piwo pomaga. Ale nie oszukujmy się — chemia jest tu od chwili, kiedy otworzyłem te drzwi.
Anna unosi brew, ale się nie odsuwa. Uśmiecha się kącikiem ust.
Anna
Masz bardzo pewną siebie diagnozę, panie ratowniku.
Kuba
Obserwacja terenowa. Niezawodna metoda.
Ola
(wtrąca się, unosząc kieliszek)
Dobra, dość tej subtelności. Za sąsiedzkie uprzejmości, za morze i za to, żeby wieczór trwał dłużej niż planowaliśmy.
Wszyscy stukają się kieliszkami i butelkami. Kuba bierze gitarę, brzdąka pierwsze, leniwe akordy popularnej piosenki letniej.
Kuba
(patrząc na Annę)
Znasz to?
Anna
(kiwa głową, uśmiechając się szerzej)
Znam. Śpiewałam to kiedyś na wakacjach… bardzo dawno temu.
Kuba
To zaśpiewajmy razem. Na próbę. Bez zobowiązań.
Anna waha się przez sekundę, potem dołącza cicho do melodii. Ich głosy splatają się lekko, żartobliwie. Ola klaszcze w rytm, Bartek robi kolejne zdjęcia.
Światło za oknem staje się coraz bardziej pomarańczowe, morze migocze w tle. Atmosfera robi się coraz luźniejsza, śmiech coraz częstszy.
Anna
(kończąc fragment piosenki, patrząc na Kubę)
Nieźle Ci poszło. Prawie uwierzyłam, że naprawdę ratujesz kobiety przed Excelami.
Kuba
(odkłada gitarę, uśmiecha się powoli)
Prawie? To muszę się bardziej postarać.
Anna śmieje się cicho i odwraca wzrok w stronę morza, ale kąciki jej ust nadal drgają.
Kurtyna opada powoli na tle cichej gitary i odległego szumu fal.
Koniec Sceny 2.
Scena 3
Salon domu wczasowego. Zmierzch gęstnieje, za panoramicznymi oknami morze przyjmuje granatowy odcień, a pierwsze gwiazdy zaczynają przebijać się przez niebo. Na stole stoi sześciopak piwa obok butelek wina, talerze z przekąskami są w lekkim nieładzie. Gitara Kuby spoczywa na sofie, obok leży otwarta puszka. Muzyka z telefonu Oli gra cicho w tle — delikatny, letni chillout. Anna siedzi na podłokietniku sofy, popijając piwo i śmiejąc się z żartu Kuby. Ola stoi przy stole, nalewając wino. Bartek przegląda zdjęcia na aparacie.
Nagle rozlega się energiczne, trzy razy pukanie do drzwi wejściowych — szybkie, zdecydowane, jakby właścicielka domu nie nawykła do czekania.
Ola
(odstawiając butelkę, z lekkim uśmiechem)
Klasyka. Pani Halina.
Kuba
(cicho, do Anny)
To ta z dołu? Ta, co patrzy jak jastrząb?
Anna
(kiwa głową, wstaje)
Najprawdopodobniej. Spokojnie, zaraz się przekonamy.
Anna podchodzi do drzwi i otwiera je. W progu stoi Pani Halina (60 lat), drobna, energiczna kobieta w kwiecistej bluzce i praktycznych spodniach, z pękiem kluczy w jednej ręce i tacą przykrytą ściereczką w drugiej. Na twarzy ma wyraz jednocześnie życzliwej troski i niepodważalnej władzy.
Pani Halina
(bez zbędnych wstępów, wchodząc do środka)
Dobry wieczór państwu. Widzę, że towarzystwo się zebrało. Przyniosłam klucze zapasowe do drzwi tarasowych — czasem się zacinają przy wilgoci. I ciasteczka, świeże, drożdżowe z rodzynkami. Niech się państwo nie krępują.
Stawia tacę na stole, obok piwa. Wszyscy na chwilę zamierają w uprzejmym zdziwieniu.
Anna
(uprzejmie, biorąc pęk kluczy)
Bardzo dziękujemy, pani Halino. To bardzo miłe. Nie spodziewaliśmy się…
Pani Halina
(nie pozwalając dokończyć, rozgląda się po salonie)
Nie trzeba się spodziewać, trzeba być przygotowanym. Regulamin domu państwo znają? Cisza po dwudziestej drugiej. Absolutna. Nie chcę mieć rano telefonów od sąsiadów z lewej — ci z psem, co szczeka na każdy szmer — ani z prawej, gdzie starsza pani ma lekki słuch, ale bardzo czuły na hałas.
Ola
(śmieje się cicho, podając jej kieliszek z wodą)
Obiecujemy, pani Halino. Będziemy cisi jak myszki pod miotłą. Może pani z nami na chwilkę? Na jedno ciasteczko?
Pani Halina
(siada na krześle przy stole, bierze ciasteczko, ale nie je od razu)
Chwilę mogę. Dawno nie widziałam tu takiej… ożywionej grupy. Zwykle to pary emerytów albo rodziny z dziećmi. A tu — młodzi, gitara, piwo… ładnie.
Bartek
(odkładając aparat, z szacunkiem)
My staramy się nie przekraczać granic. Tylko relaks, morze i rozmowy.
Pani Halina
(mruży oko, patrząc na Kubę)
Relaks, powiada pan. Tylko niech pan pamięta, że morze jest ciche, ale echo po plaży niesie się daleko. Szczególnie jak ktoś śpiewa do gitary o pierwszej w nocy.
Kuba
(unosząc ręce w geście poddania)
Obiecuję, pani Halino. Maksymalnie do dwudziestej drugiej. Potem cisza i gwiazdy.
Pani Halina
(kiwa głową z aprobatą)
Dobrze. Bo ja tu mieszkam na parterze, tuż pod państwem. I będę zaglądać. Nie z ciekawości — z troski. Jakby co się działo, jakby ktoś zasłabł albo drzwi się zacięły… wystarczy zawołać. Albo zadzwonić. Mam numer do wszystkich domków.
Anna
(z uśmiechem, szczerze)
To bardzo miłe. Dziękujemy za czujność. I za ciasteczka — pachną wspaniale.
Pani Halina
(wstaje, otrzepując ręce)
Smacznego. I pamiętajcie: dwudziesta druga. Nie później. Dobranoc państwu.
Odwraca się do wyjścia, ale w progu zatrzymuje się jeszcze raz.
Pani Halina
(dodając z lekkim uśmiechem)
Aha, i gdyby ktoś chciał porannej kawy… to ja parzę najlepszą w całej Ustce. Ale to już jutro.
Wychodzi, zamykając drzwi cicho, ale zdecydowanie. Przez chwilę panuje cisza, po czym wszyscy parskają śmiechem.
Ola
(klaszcząc w dłonie)
No i mamy oficjalne błogosławieństwo. I nadzór. Klasyczna pani Halina.
Kuba
(podnosząc gitarę)
To co — gramy dalej? Tylko ciszej niż szept.
Anna
(śmieje się, siadając z powrotem)
Tak, ale do dwudziestej drugiej. Nie chcę rano mieć reprymendy.
Bartek
(z błyskiem w oku)
A może zrobimy jej rano kawę w podziękowaniu? Żeby nie musiała nas pilnować.
Ola
(nalewając wszystkim po kieliszku)
Genialny pomysł. Ale najpierw — za panią Halinę. Niech nam sprzyja.
Wszyscy unoszą kieliszki. Muzyka wraca cicho, śmiech miesza się z szumem fal. Światło lamp na tarasie odbija się od szyb, tworząc ciepłą, intymną atmosferę.
Koniec Sceny 3.
Scena 4
Salon domu wczasowego. Wieczór w pełni; za oknami głęboki granat morza, przerywany odległymi światłami kutrów. Wnętrze oświetlone ciepłym światłem lamp stojących i migoczącymi lampkami choinkowymi rozwieszonymi naprędce na tarasie przez Olę. Na stole panuje radosny chaos: puste butelki po piwie, resztki przekąsek, kieliszki z winem w różnych stadiach napełnienia. Gitara Kuby stoi oparta o sofę. Muzyka z głośnika gra umiarkowanie głośno — lekki, taneczny pop z lat 90. Grupa siedzi w luźnym kręgu: Ola na podłodze z kieliszkiem w dłoni, Bartek na krześle z aparatem na kolanach, Kuba na sofie obok Anny, która popija wino i śmieje się z czegoś, co właśnie powiedział.
Ola
(uderzając dłonią o stół, z teatralnym przekonaniem)
Propozycja nie do odrzucenia: dzisiejszy wieczór ogłaszamy strefą „tylko dla swoich”. Żadnych telefonów do pracy, żadnych maili, żadnych mężów dzwoniących z pytaniem „czy zamknęłaś drzwi na klucz”. Tylko my, morze i zero konsekwencji. Kto jest za?
Bartek
(podnosząc aparat jak flagę)
Ja jestem za. Pod warunkiem, że nikt nie będzie protestował przeciwko kilku artystycznym ujęciom. To będzie materiał na wystawę: „Wakacje bez cenzury”.
Kuba
(śmieje się, unosząc butelkę piwa)
Ja głosuję za, ale z poprawką: muzyka może być głośniejsza. Pani Halina i tak już wie, że tu jesteśmy. Jak usłyszy basy, pomyśli, że to jej ulubiony zespół z lat 80. wrócił do Ustki.
Anna
(kręci głową, ale z uśmiechem)
Pani Halina usłyszy i przyśle nam nalewkę z rabarbaru jako karę za hałas. Albo — co gorsza — dołączy z gitarą i zaśpiewa nam „O sole mio” do rana.
Ola
(klaszcząc w dłonie)
To byłoby idealne! Wyobraźcie sobie: my w bikini, ona w fartuchu, wszyscy śpiewamy refren. Klasyczna komedia pomyłek. Głosujmy: kto za imprezą do upadłego?
Wszyscy podnoszą ręce — Anna z lekkim wahaniem, ale z błyskiem w oku.
Anna
(dobrze, poddaję się)
Dobrze, ale najpierw jedna formalność. Muszę… uspokoić sumienie.
Wstaje, bierze telefon ze stołu i wychodzi na taras. Grupa kontynuuje rozmowę, ale ciszej, z ciekawością obserwując ją przez szybę.
Ola
(szeptem, do Kuby i Bartka)
Patrzcie: pani Korska idzie negocjować pokój z mężem. Jak w ONZ — uśmiech dyplomatyczny, a w tle szampan.
Kuba
(cicho)
Myślicie, że mu powie o gitarze i surferze w salonie?
Bartek
(udając powagę)
Raczej nie. Powie: „Kochanie, wszystko spokojnie, tylko Ola i ja, morze i… eee… mewy”.
Anna na tarasie wybiera numer. Telefon przy uchu, odwraca się plecami do salonu, ale jej głos jest słyszalny przez uchylone drzwi.
Anna
(starając się brzmieć naturalnie)
Marek? Cześć… Tak, wszystko w porządku. Bardzo spokojnie. Tylko Ola i ja, wino, rozmowy… i widok na morze. Nic wielkiego.
Głos Marka słychać niewyraźnie — ciepły, z lekką troską.
Anna
(śmieje się krótko, nerwowo)
Przygody? Marek, proszę cię. To nie jest jakaś operacja specjalna. Żadnych komandosów, żadnych skoków ze spadochronem. Tylko… relaks. Bez harmonogramu. Tęsknię? Oczywiście. Ale cieszę się, że mam ten tydzień. Potem wrócimy do… normalności.
Krótka pauza. Anna spuszcza wzrok na fale.
Anna
Dobrze. Odezwę się jutro. Śpij spokojnie. Pa.
Rozłącza się. Patrzy chwilę na telefon, potem zdecydowanie wyłącza go i chowa do kieszeni sukienki. Wraca do salonu z szerokim uśmiechem.
Ola
(z wyczuciem)
I jak? Rozejm podpisany?
Anna
(podnosząc kieliszek)
Rozejm. I zakaz wzmianek o Excelu do końca tygodnia. A teraz… muzyka głośniej!
Kuba wstaje, podkręca głośność. Muzyka wypełnia salon — energetyczny beat. Ola ciągnie Bartka na środek, zaczynają tańczyć w przesadnie komiczny sposób — Bartek udaje, że fotografuje własne ruchy.
Bartek
(krzycząc przez muzykę)
To będzie hit wystawy: „Taniec z aparatem”!
Kuba
(podchodzi do Anny, wyciąga rękę)
A Ty? Gotowa na pierwszy taniec sezonu?
Anna
(śmieje się, bierze jego rękę)
Tylko jeśli obiecasz, że nie utopisz mnie w morzu za słabe kroki.
Kuba
(kręci ją lekko)
Obiecuję. Najwyżej uratuję Cię deską surfingową. Specjalna akcja ratownicza.
Zaczynają tańczyć — początkowo nieśmiało, potem coraz swobodniej. Anna śmieje się głośno, włosy opadają jej na twarz. Ola dołącza z Bartkiem, cała grupa wiruje w salonie. Drinki przelewają się z kieliszków, śmiech zagłusza muzykę.
Ola
(krzycząc)
Za „tylko dla swoich”! I za to, żeby pani Halina nigdy nie dowiedziała się, jak głośno potrafimy być cicho!
Anna
(tańcząc bliżej Kuby, z figlarnym uśmiechem)
I za to, że na chwilę zapomniałam, co to znaczy „spokojnie”.
Muzyka osiąga crescendo. Anna kręci się w ramionach Kuby, śmiech miesza się z rytmem. Światło lamp odbija się od szyb, morze w tle faluje w ciemności.
Kurtyna opada powoli na tle wirującego tańca i głośnego śmiechu.
AKT II
Scena 1
Salon domu wczasowym w Ustce. Wieczór w pełni; za panoramicznymi oknami czarne morze z białymi grzywaczami fal, oświetlone jedynie odległymi latarniami mola i księżycem w pełni. Wnętrze rozświetlone ciepłym, przytłumionym światłem lamp stojących oraz kolorowymi lampkami choinkowymi rozwieszonymi na tarasie. Muzyka z głośnika Bluetooth gra głośno — energetyczny remiks klasycznego letniego hitu z lat 2000. Na stole panuje artystyczny bałagan: puste butelki po piwie i winie, porozrzucane chipsy, kieliszki w różnych stadiach napełnienia. Grupa tańczy i śmieje się w luźnym kręgu: Ola w centrum, wirując między Kubą a Bartkiem; Kuba oparty o sofę z gitarą w pogotowiu; Bartek z aparatem przy oku, robiący zdjęcia co chwilę; Anna stoi nieco z boku, trzymając kieliszek wina, uśmiechnięta, ale z lekkim napięciem w spojrzeniu — wciąż czuje się panią sytuacji.
Ola
(krzycząc przez muzykę, klaszcząc w dłonie)
No dobra, panowie! Koniec z tą powściągliwością! Kuba, opowiedz tę historię z rekinem, którą obiecałeś. A Bartek — przestań wreszcie robić zdjęcia jak National Geographic i dołącz do nas, zanim uznamy cię za szpiega!
Kuba
(śmieje się, odkłada gitarę na sofę, wstaje dramatycznie)
Dobrze, dobrze. Więc wyobraźcie sobie: lipiec, fala jak ściana, ja na desce, pełen życia. Nagle — cień pod wodą. Wielki. Czarny. Myślę: rekin. Serce mi stanęło. Krzyczę: „Rekin! Rekin!”. Wszyscy uciekają z wody jak z pożaru. A ja? Stoję na desce, macham rękami, wołam: „To koniec, żegnajcie!”. I co? Okazuje się, że to nie rekin, tylko… foka. Zwykła, ciekawska foka. Patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć: „Człowieku, przestań panikować, ja tu tylko pływać chciałam”.
Ola
(parska śmiechem, ociera łzę)
Foka! Klasyka! Więc jesteś bohaterem, który przegrał z foką. To brzmi jak metafora całego twojego życia, Kuba.
Kuba
(udaje obrażonego, kładzie rękę na sercu)
Ej, to była foka ninja. Niezwykła foka. Mogła mnie zjeść na śniadanie. Albo przynajmniej ugryźć deskę. To się liczy jako przygoda.
Bartek
(z aparatem przy oku, robiąc serię zdjęć Kuby w trakcie opowieści)
To złoto. Tytuł kadru: „Człowiek kontra foka — runda pierwsza”. Portfolio się wzbogaci. Jeszcze jedno ujęcie z dramatyzmem… tak, właśnie tak — ręka na sercu, spojrzenie w dal. Idealne.
Anna
(śmieje się cicho, ale z dystansem, popijając wino)
Panowie, spokojnie. Jeśli zaczniecie tu kręcić film dokumentalny o fokach ninja, pani Halina usłyszy i przyśle nam straż przybrzeżną z nalewką zamiast karabinów.
Ola
(podchodzi do Kuby, kładzie mu rękę na ramieniu, flirtująco)
A ja bym chętnie zobaczyła cię w akcji na tej desce. Może jutro rano? Pokażesz mi, jak się unika fok i robi wrażenie na plaży?
Kuba
(śmieje się, pochyla się lekko w jej stronę)
Dla ciebie — nawet dwie rundy. Tylko obiecaj, że nie będziesz krzyczeć „rekin!” na widok każdej foki.
Bartek
(robi kolejne zdjęcie Oli i Kuby, udając artystyczną powagę)
Ten kadr… napięcie, flirt, morze w tle. To będzie okładka mojej wystawy: „Letnie napięcia w Ustce”. Ola, jeszcze jedno spojrzenie — bardziej tajemnicze.
Ola
(obraca się do Bartka, puszcza mu oczko)
Tajemnicze? Proszę bardzo. Ale najpierw zrób mi zdjęcie z tobą. Żebyś miał dowód, że nie tylko dokumentujesz — czasem uczestniczysz.
Bartek odkłada aparat na chwilę, Ola ciągnie go do tańca. Zaczynają wirować w przesadnie teatralnym stylu — Ola udaje tancerkę flamenco, Bartek próbuje nadążyć, co kończy się komicznym potknięciem.
Bartek
(łapiąc równowagę, śmieje się)
Ja jestem fotografem, nie tancerzem! To nie fair — ty masz rytm, ja mam tylko obiektyw!
Ola
(wciąż wirując)
Obiektyw nie tańczy, ale może patrzeć. A ja lubię być obserwowana… przez artystów.
Anna
(śmiejąc się głośniej, ale wciąż stojąc z boku, podnosi kieliszek)
Dobrze się bawicie. Tylko pamiętajcie: pani Halina i jej zegar. Jeszcze godzina do policyjnej godziny, a ja nie chcę rano tłumaczyć się z fok ninja i flamenco.
Kuba
(podchodzi do Anny, wyciąga rękę)
A Ty? Gotowa na jedną rundę? Obiecuję, że nie będzie fok. Tylko ja, Ty i muzyka.
Anna
(waha się sekundę, potem bierze jego rękę, uśmiecha się szerzej)
Jedną rundę. Tylko jedną. Żeby nie było, że straciłam kontrolę.
Zaczynają tańczyć — lekko, swobodnie. Anna śmieje się, odrzuca głowę do tyłu. Ola i Bartek dołączają, cała grupa wiruje. Muzyka gra coraz głośniej, śmiech zagłusza fale.
Ola
(krzycząc przez muzykę)
Za foki, za zdjęcia i za to, że nikt tu nie jest nudny!
Anna
(tańcząc, do Kuby, cicho, ale z błyskiem w oku)
Wiesz co? Czasem warto stracić kontrolę… na chwilę.
Kuba kręci ją w piruecie. Anna śmieje się głośno. Atmosfera staje się coraz bardziej swobodna, granice rozmywają się w śmiechu i rytmie.
Kurtyna opada powoli na tle wirującego tańca i głośnej muzyki.
Koniec Sceny 1.
Scena 2
Salon domu wczasowego. Impreza osiągnęła punkt kulminacyjny. Muzyka gra głośno — pulsujący, taneczny utwór elektroniczny z wyraźnym bitem. Kolorowe lampki na tarasie migoczą w rytm basu. Na stole walają się puste butelki, kieliszki, porozrzucane przekąski. Ola tańczy w środku salonu, wirując z przesadną ekspresją. Kuba klaszcze w rytm i podśpiewuje refren. Bartek, z aparatem w ręku, próbuje jednocześnie tańczyć i robić zdjęcia, co kończy się zabawnymi potknięciami. Anna kręci się z Kubą — jej ruchy są już swobodne, śmiech głośny, włosy w nieładzie. Światło w pomieszczeniu przygaszone, atmosfera gorąca i beztroska.
Nagle — trzy szybkie, zdecydowane uderzenia w drzwi wejściowe.
Muzyka nie milknie od razu, ale wszyscy zamierają na ułamek sekundy.
Ola
(zatrzymując się w pół obrotu, teatralnym szeptem)
O nie… To ona.
Kuba
(cicho, z uśmiechem)
Pani Halina o 23:17. Rekord punktualności.
Anna
(natychmiast prostując się, poprawiając sukienkę)
Cisza! Ola, wyłącz to!
Ola podbiega do głośnika i przyciska pauzę. W salonie zapada nagła, nienaturalna cisza — słychać tylko odległy szum fal i przyspieszone oddechy.
Anna podchodzi do drzwi i otwiera je ostrożnie.
W progu stoi Pani Halina, ubrana w bordowy sweter i praktyczne kapcie, z dużą tacą przykrytą lnianą ściereczką w rękach. Na twarzy ma wyraz mieszanki troski i nieukrywanego oburzenia.
Pani Halina
(energicznie, wchodząc bez zaproszenia)
Dobry wieczór… a raczej dobrej nocy. Słyszałam basy aż na parterze. Myślałam, że może państwo urządzają dyskotekę dla fok z Zatoki Puckiej.
Anna
(z wymuszonym uśmiechem, blokując sobą widok na salon)
Pani Halino… przepraszamy bardzo. Trochę się zagapiliśmy. Już ściszamy.
Pani Halina
(omijając Annę, wchodzi głębiej i rozgląda się)
Ściszać? To już trzeci raz w tym tygodniu słyszę „ściszamy”. A tu wciąż dudni jak na Sopockim Molo w szczycie sezonu.
Stawia tacę na stole, odsłania ściereczkę — na tacy leżą spore kawałki domowego ciasta drożdżowego z kruszonką i rodzynkami.
Pani Halina
Przyniosłam ciasto. Pomyślałam, że jak już nie da się spać, to chociaż coś słodkiego zjeść. Bo na czczo hałas jeszcze bardziej szkodzi.
Ola
(szybko podchodząc, z entuzjazmem)
Pani Halino, jest Pani aniołem! Pachnie jak u babci. Naprawdę możemy spróbować?
Pani Halina
(siadając na krześle bez pytania)
Możecie. Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałam. Sąsiad z lewej już dzwonił, że mu pies wyje w rytm.
Kuba
(starając się zachować powagę)
To chyba był komplement dla naszej playlisty.
Pani Halina
(mruży oko, patrząc na Kubę)
Pan młody człowiek z gitarą, tak? Widziałam Pana rano na plaży. Z deską. Ładnie Pan wygląda na desce… ale głośno Pan gra w środku nocy.
Bartek
(odkładając aparat, z szacunkiem)
Obiecujemy poprawę. Może nawet dedykację dla Pani następnym razem.
Pani Halina
(wzdycha, bierze kawałek ciasta, ale sama nie je — tylko obraca w palcach)
Wiecie… jak byłam w waszym wieku, też tu przyjeżdżałam. Latem 1982. Miałam dwadzieścia cztery lata, włosy do pasa i chłopaka, co grał na saksofonie w orkiestrze tanecznej „Fala Bałtyku”. Tańczyliśmy do rana na molo. Raz nawet milicja przyszła, bo ktoś doniósł, że „młodzież się degeneruje”.
Ola
(z błyskiem w oku, siadając obok)
I co? Została Pani zdegradowana?
Pani Halina
(śmieje się cicho, pierwszy raz rozluźniając twarz)
Nie zdążyli. Uciekliśmy z saksofonistą bocznymi schodami. On z saksofonem, ja z butami w ręku. Biegliśmy plażą w samych skarpetkach. Do dziś pamiętam, jak zimny piasek kleił się do stóp… i jak bardzo się wtedy nie przejmowałam, co powiedzą inni.
Krótka cisza. Wszyscy słuchają z zainteresowaniem.
Anna
(cicho, z uśmiechem)
To brzmi… pięknie.
Pani Halina
(patrzy na Annę uważnie)
Było piękne. Ale wiecie co? Najbardziej żałuję nie tego, co robiłam, tylko tego, czego nie zrobiłam. Bo potem życie się zaczęło układać w kostkę — dzieci, praca, mąż, rachunki. I nagle człowiek patrzy w lustro i myśli: „Gdzie się podziała ta dziewczyna, co biegała boso po plaży?”.
Podnosi wzrok na grupę.
Pani Halina
Więc tańczcie. Śmiejcie się. Póki możecie. Tylko… ciszej. Bo ja już nie mam siły biegać po schodach i uciekać przed milicją.
Wstaje powoli, otrzepuje ręce.
Pani Halina
Dobrej nocy. I zostawcie mi choć jeden kawałek ciasta na rano.
Odwraca się do wyjścia. W progu zatrzymuje się jeszcze raz.
Pani Halina
Aha… i gdyby ktoś chciał posłuchać, jak brzmi prawdziwy saksofon nad morzem… to ja wciąż mam tę płytę. Może kiedyś wam puszczę. Ale nie dziś. Dziś cisza.
Wychodzi, zamykając drzwi cicho.
Przez chwilę panuje milczenie.
Ola
(cicho, z uśmiechem)
No to mamy błogosławieństwo… z nutką nostalgii.
Kuba
(lekko)
I zakaz basów. Ale ciasta możemy jeść głośno.
Anna
(patrząc na drzwi, zamyślona)
Ona ma rację. Czasem trzeba biegać boso… zanim ktoś nam każe założyć kapcie.
Ola podchodzi do głośnika i ścisza muzykę o połowę.
Ola
Za panią Halinę. I za dziewczynę, która kiedyś uciekała z saksofonistą.
Wszyscy unoszą kieliszki. Muzyka gra teraz ciszej, bardziej nastrojowo. Atmosfera staje się dziwnie ciepła i refleksyjna, mimo wcześniejszego szaleństwa.
Koniec Sceny 2.
Scena 3
Salon domu wczasowego. Impreza trwa w najlepsze, choć po wizycie Pani Haliny muzyka została wyraźnie ściszona — teraz płynie z głośnika spokojniejszy, nastrojowy utwór elektroniczny z delikatnym bitem. Lampki choinkowe na tarasie migoczą leniwie. Na stole pozostało kilka niedopitych kieliszków wina i piwa, talerze z resztkami ciasta drożdżowego Pani Haliny. Ola siedzi na sofie, nonszalancko oparta o ramię Kuby, śmiejąc się z jego kolejnej anegdoty. Bartek przegląda zdjęcia na aparacie, pokazując je Oli. Anna stoi przy stole, nalewa sobie resztkę wina do kieliszka — porusza się swobodnie, ale wciąż z widoczną świadomością otoczenia.
Nagle — w kieszeni sukienki Anny rozlega się wibracja i cichy, ale natarczywy dzwonek telefonu. Melodia jest stonowana, znajoma — standardowy dzwonek ustawiony dla Marka.
Wszyscy na ułamek sekundy zamierają.
Ola
(cicho, z uniesioną brwią)
Mąż o północy. Klasyka gatunku.
Anna
(natychmiast prostując się, głosem spokojnym, ale napiętym)
Przepraszam na chwilę.
Wyciąga telefon, patrzy na ekran — „Marek”. Przez sekundę waha się, potem odwraca i szybkim krokiem wychodzi na taras, zamykając za sobą przesuwne drzwi. W salonie robi się ciszej; Ola ścisza muzykę jeszcze bardziej pilotem.
Na tarasie. Księżyc odbija się w czarnej wodzie. Wiatr lekko porusza włosami Anny. Stoi tyłem do salonu, oparta o balustradę, telefon przy uchu.
Anna
(cicho, starając się brzmieć naturalnie)
Marek? Cześć… Tak, nie śpię jeszcze. Wszystko w porządku.
Głos Marka słychać niewyraźnie, ale ciepły i tęskny.
Anna
(słuchając, kiwa głową)
Tęsknisz… Ja też. Naprawdę.
Krótka pauza. Anna zaciska palce na balustradzie.
Marek (głos z telefonu, słyszalny fragmentarycznie)
…może przyjadę wcześniej… jutro wieczorem… albo nawet dziś w nocy… co Ty na to?
Anna zastyga. Oczy rozszerzają się na moment.
Anna
(szybko, zbyt szybko)
Nie, nie… nie musisz. Naprawdę. Tu jest… bardzo spokojnie. Tylko Ola i ja, wino, rozmowy… morze szumi, wiesz, jak to działa uspokajająco.
Kolejna pauza. Anna odwraca się lekko bokiem, jakby chciała zasłonić salon przed niewidzialnym spojrzeniem męża.
Anna
(śmieje się krótko, nerwowo)
Wiem, że to brzmi jak wymówka… ale serio, wszystko jest pod kontrolą. Nie ma potrzeby, żebyś jechał w środku nocy. Drogi mokre, zmęczony będziesz… Odpocznij. Przyjedziesz w piątek, jak planowaliśmy. Będę na Ciebie czekała.
Głos Marka brzmi łagodniej, ale z lekką wątpliwością.
Anna
(dodając szybko)
Tak, obiecuję. Nic się nie dzieje. Po prostu… cieszę się tym tygodniem. Potrzebowałam tego. Ale tęsknię. Naprawdę tęsknię.
Krótka cisza. Anna zamyka oczy na moment.
Anna
Dobrze… dobranoc. Śpij spokojnie. Ja też zaraz idę spać. Pa.
Rozłącza się. Przez kilka sekund stoi nieruchomo, patrząc na fale. Potem głęboko wzdycha, prostuje ramiona, poprawia włosy. Odwraca się i wraca do salonu.
W salonie. Ola, Kuba i Bartek udają, że rozmawiają o czymś neutralnym, ale wszyscy zerkają na Annę.
Ola
(lekko, z wyczuciem)
I jak? Kryzys zażegnany?
Anna
(kiwa głową, uśmiechając się z wysiłkiem)
Zażegnany. Mówi, że tęskni i zastanawiał się, czy nie przyjechać wcześniej… ale przekonałam go, że nie ma potrzeby. Wszystko jest pod kontrolą.
Kuba
(cicho, z lekkim uśmiechem)
Pod kontrolą. Brzmi jak zaklęcie, które trzeba powtarzać coraz częściej.
Anna
(patrzy na niego przez chwilę, potem bierze kieliszek)
Czasem trzeba je powtarzać, żeby zadziałało.
Siada na sofie. Ola dolewa jej wina.
Ola
(unosząc kieliszek)
Za kontrolę… i za to, żeby nie musiała być zbyt ścisła.
Wszyscy stukają się kieliszkami. Anna wypija łyk, patrzy przez okno na morze. Uśmiech wraca na jej twarz — trochę wymuszony, ale coraz bardziej autentyczny. Muzyka znów zaczyna grać trochę głośniej.
Anna
(cicho, bardziej do siebie)
Jeszcze mamy czas.
Kuba podchodzi, wyciąga rękę w geście zaproszenia do tańca.
Kuba
To co — jeszcze jedna runda, zanim kontrola zwycięży?
Anna
(po chwili wahania, bierze jego rękę)
Jeszcze jedna.
Wstają. Zaczynają tańczyć powoli, w rytm ściszonej muzyki. Ola i Bartek dołączają. Światło lamp odbija się od szyb, morze szumi w tle.
Kurtyna opada powoli.
Koniec Sceny 3.
Scena 4
Salon domu wczasowego. Godzina zbliża się do pierwszej w nocy. Muzyka gra teraz cicho, nastrojowo — powolny, głęboki utwór elektroniczny z lekkim echem fal w tle. Lampki choinkowe na tarasie migoczą leniwie. Na stole pozostało niewiele: kilka niedopitych kieliszków, pusty talerz po cieście Pani Haliny, porozrzucane chipsy. Atmosfera jest ciepła, nieco senna, ale wciąż pełna lekkiego napięcia.
Ola leży na sofie z głową na kolanach Bartka, który przegląda zdjęcia na aparacie. Kuba stoi przy otwartych drzwiach tarasowych, patrząc na morze. Anna siedzi na podłokietniku sofy, boso, z kieliszkiem w dłoni — włosy w nieładzie, policzki zarumienione od wina i tańca. Śmieje się cicho z żartu Oli.
Kuba
(odwracając się od okna, z błyskiem w oku)
Woda jest teraz idealna. Ciepła jak mleko, zero fal, księżyc świeci prosto na plażę. Ktoś ma ochotę na nocną kąpiel?
Ola
(natychmiast siadając, z entuzjazmem)
Ja! Od razu! To jest dokładnie to, czego potrzebujemy na finał wieczoru.
Bartek
(bez entuzjazmu, nie odrywając wzroku od ekranu aparatu)
Ja dziękuję. Ostatnio skończyło się na tym, że miałem piasek w obiektywie przez tydzień.
Kuba
(patrząc prosto na Annę, z lekkim uśmiechem wyzwania)
A Ty, Anno? Jedna nocna kąpiel. Bez zobowiązań. Tylko Ty, ja, morze i księżyc. Klasyka.
Anna
(śmieje się krótko, kręcąc głową)
Nie, dziękuję. Za zimno. Za późno. I… nie jestem w nastroju na romantyczne sceny z mokrymi włosami.
Kuba
(podchodzi bliżej, zniżając głos)
Romantyczne? To tylko kąpiel. Woda jest ciepła, a Ty przecież mówiłaś, że przyjechałaś tu po odrobinę wolności. Co może być bardziej wolne niż wskoczenie do morza o pierwszej w nocy?
Ola
(wstaje z sofy, klaszcząc w dłonie)
No właśnie! Anno, nie bądź taka zasadnicza. To będzie zabawne. Wskakujemy wszyscy, biegniemy plażą w samych kostiumach kąpielowych, wracamy mokrzy i pijemy resztkę wina. Idealny finał. Dla żartu. Dla wspomnienia. No weź…
Anna
(waha się, patrzy na Kubę, potem na Olę)
Dla żartu, powiadasz… A jak mnie potem wyciągniecie, jak się utopię ze śmiechu?
Ola
(pociąga ją za rękę)
Nie utopisz się. Ja Cię wyciągnę. Albo Kuba. On jest ratownikiem, pamiętasz? Specjalista od fok i utopionych marzeń.
Kuba
(udaje powagę)
Gwarantuję pełne bezpieczeństwo. I zero fok ninja. Tylko Ty i ja… i ewentualnie Ola, która będzie robić zdjęcia.
Anna
(śmieje się, ale wciąż się waha)
Nie wiem… To brzmi jak początek kiepskiego filmu.
W tym momencie rozlega się głośny, wyraźny dźwięk dzwonka do drzwi wejściowych — ostry, natarczywy, zupełnie niepasujący do sennej atmosfery nocy.
Wszyscy zamierają.
Cisza. Tylko szum fal i odległe bicie serca.
Ola
(szeptem, z szeroko otwartymi oczami)
Kto… o tej porze?
Bartek
(cicho, odkładając aparat)
Pani Halina z nalewką?
Kuba
(lekko)
Albo straż przybrzeżna po skargach.
Anna powoli wstaje. Twarz jej blednie. Robi krok w stronę drzwi, ale zatrzymuje się.
Dzwonek rozlega się po raz drugi — dłuższy, bardziej zdecydowany.
Anna
(szeptem, niemal bez tchu)
To Marek.
Ola
(z niedowierzaniem)
Nie żartuj.
Anna podchodzi do drzwi na palcach. Przez wizjer patrzy przez chwilę, potem odwraca się do grupy — oczy szeroko otwarte.
Anna
(bez głosu, poruszając tylko ustami)
Marek.
Wszyscy zamierają w bezruchu.