E-book
23.21
drukowana A5
50.95
Sara Rogers: Londyn

Bezpłatny fragment - Sara Rogers: Londyn


Objętość:
286 str.
ISBN:
978-83-8245-063-7
E-book
za 23.21
drukowana A5
za 50.95

Dziękuję i dedykuję

Moim najdroższym rodzicom — Jesteście dla mnie inspiracją.

Mojemu ukochanemu za nieumiarkowane wsparcie w chwilach zwątpienia.

Mojej drogiej przyjaciółce A.R — wiernej czytelniczce. Bez Ciebie nie powstałby drugi rozdział.

Rozdział I

Przyglądał się jej z niedużego dystansu. Obserwował jak nakreślała krokami krąg i w jaki sposób patrzy na leżące, na wpół zakryte czarną folią martwe ciało. Biorąc kolejny łyk gorzkiej kawy z papierowego kubka zastanawiał się nad jej rytmem. Zawsze ta sama twarz, gdy przyjeżdżała na miejsce zbrodni, to samo spojrzenie, którym nie manifestowała współczucia, a uważnie studiowała pozycje ofiary. Jej uwagę przyciągał każdy szczegół, nad którym nachylała się i przez kilka minut zadawała sobie pytania, na które będzie zmuszona znaleźć odpowiedzi.

Park Dulwich w godzinach porannych był punktem, w którym mijały się dziesiątki osób; punktem, który z założenia traktowany był przez niektórych jako przejście z jednej części miasta do drugiej, a dla pozostałych miejscem, które pozwalało na odcięcie się od obu stref i pozostanie na neutralnym gruncie między granicami. Dzisiejszego dnia nikt nie był w stanie rozpoznać, kto spieszy się do pracy, a kto wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Deszczowa pogoda, jak duch, jak aura Londynu nie spłoszyła dotąd nikogo pochłoniętego konstatacją wydarzenia. Czarne parasole otwierały się i wznosiły do góry nad głowy gapiów, jeden po drugim. Taśma odgradzająca miejsce zbrodni pozwalała na swobodną pracę techników i funkcjonariuszy, jednak dodatkowych par oczu wciąż przybywało.

Mimo chłodnego poranka i mrożącego

twarze wiatru robiło się duszno. Niemal wszyscy policjanci obecni na miejscu czuli, że nieprzypadkowych obserwatorów jest za dużo.

Gary Fitzgerald — starszy sierżant postanowił nieco odepchnąć tłum od żółtych granic zawieszonych na niskich palikach wbitych w spulchniałą od deszczu ziemię. Stojąc na wprost głodnego sensacji tłumu hien szacował swoje szanse. Zaczął odparcie machając rękami statecznie poruszając się do przodu. Niektórzy wcale nie chcieli ustąpić; starali się ominąć Fitzgeralda tłumacząc, że są asystentami reporterów, że muszą się wykazać i zdobyć dobre zdjęcia. Twarze dziennikarzy były Garemu dobrze znane. Rozejrzał się unosząc głowę; krople z nieba zwilżyły jego czoło spływając do oczu i ust przez zmarszczki wokół nosa. Zauważył tych porządnych, tych, którzy szli po trupach i na koniec tę, która pracowała w pojedynkę dla jego ulubionej gazety o zagadkach kryminalnych. Dla Garego czas się na chwilę zatrzymał. Widział jej przejęte spojrzenie. Na szyi miała zawieszony aparat w wodoodpornym gumowym futerale, w jednej ręce trzymała telefon, a drugą starała się kierować ciało, aby móc zbliżyć się do miejsca, w którym stał Gary.

— Wszyscy cywile proszeni są o cofnięcie się! — Czas przyspieszył. Widząc tę drobną osóbkę, która starała się podejść jak najbliżej, która opisywała rzeczywistość, a nie barwiła jej tanimi dziennikarskimi farbkami. Szukała motywu i podstawy. Dociekała… Na tyle, na ile mogła cofała się w przeszłość. Wielu policjantów czytało jej artykuły, eseje i opracowania spraw. Nie były płytkie i okrojone. Nie sprowadzała morderstwa do kilkunastu zdań z jedną retrospekcją, ale pracowała w pocie czoła, aby jak najlepiej opowiedzieć historie życia i śmierci. Widząc ją jego trudny charakter ustąpił.

— Strefa wyłącznie dla reporterów po prawej! — Krzyknął widząc, jak wszyscy znani mu dziennikarze ruszyli po swoje. A ona stała najbliżej tego miejsca. Nagle jej twarz przybrała jaśniejszej barwy. Stojąc już na swoim miejscu — najlepszym miejscu spojrzała na Garego salutując mu z uniesioną głową i tym niepowtarzalnym dziewczęcym uśmiechem. Odpowiedział tym samym żołnierskim gestem i wrócił do swoich.

— Zróbmy zdjęcia, może w tłumie znajdziemy coś, co przykuję naszą uwagę. -Włożyła ręce do kieszeni długiego do kostek płaszcza i odwróciła się, aby przez chwilę skontrolować wzrokiem sytuację, która odgrywała się za jej plecami.

Kapitan Bruce Hudson właśnie przekraczał granice wyznaczoną żółtą taśmą.

— Megan Palmer. Dwadzieścia osiem lat. Nie ma jej w bazie. Zdążyliśmy ustalić, że nie jest to jej prawdziwe nazwisko. Tożsamość zmieniła w zeszłym roku. Do tamtej pory nie ma nic na jej temat. Żadnych rejestrów z przychodni, szpitali, lotnisk, urzędów. Duch. -Hudson dotrzymał wolnego kroku detektyw i kontrolując wzrokiem otoczenie zadał pierwsze na ogół standardowe, retoryczne pytanie.

— Dlaczego miałaby usuwać przeszłość? -Przywarł opuszki palców do brody, jak w zwyczaju miał robić i potarł nimi o gęsty, kilkudniowy zarost. -Jakaś teoria Pani detektyw?

— Nieudane małżeństwo, romans… — Sara wiedząc, że opcji jest wiele nerwowo przymrużyła oczy i wyjrzała na tłum blokujący przejście jednemu z funkcjonariuszy.

— Jakieś znaki szczególne? –Hudson przerwał jej rozkojarzenie. Przeniosła na niego wzrok i przez kilka sekund milczała szybko dumając nad tym, czy znak na ciele kobiety, który dostrzegła powinna traktować jako bezwzględną podpowiedź.

— Ślad po obrączce. -Szybko podjęła decyzję i odchyliła folię z ręki ofiary końcówką długopisu wskazując na dłoń kobiety. — Na początku wszystko wyglądało jak robota kieszonkowca, któremu wszystko się skomplikowało podczas szarpaniny. — Zerknęła na Hudsona. — Gdy chwilę później znaleźliśmy pierścionek pod językiem. -Nie ukrył zdziwienia. Od tej chwili zmienił swoją postawę. Wyprostował się, a jego oczy wyraźnie stały się bardziej uważne. Detektyw Rogers na powrót zakryła rękę kobiety czarną folią i wstając zdjęła z rąk nylonowe rękawiczki wyrzucając je do parkowego kosza.

— Jej torebka leżała kilka metrów dalej w krzakach. — Wskazała palcem na część trawnika. — Dokumenty, pieniądze, karty. — Ponownie na niego spojrzała i znając to odwzajemnione spojrzenie ostrożnie przytaknęła głową. Kapitan rozejrzał się po rozmieszczonych wokół ich głów kamerach i każdą z nich zaznaczył wskazującym palcem.

— Chcę nagrań z całej nocy i dzisiejszego poranka. — Wysunął spod rękawa zegarek i zliczył wszystkie interesujące go godziny.

— William już nad tym pracuje. Nagranie będzie koło południa. — Uspokoiła go uśmiechając ze zrozumieniem widząc jego zdenerwowanie. -Kapitanie. — Zaczęła nabierając powietrza. Dotknęła jego przedramienia i ściskając je coraz mocniej przesunęła się wraz z Hudsonem o kilka metrów dalej. Bacznie obserwując dziennikarzy zakryła dłonią usta.

— Na obrączce wygrawerowano inicjały C.R. — Jego źrenice powiększyły się, a mimo widocznych chęci odpowiedzi jego głos na chwilę uwiązł w gardle. Zerknął przez prawie ramię widząc tę najmłodszą. Oczy wszystkich dziennikarzy zwróciły się w ich stronę; głodne i chciwe spojrzenia niczym sople lodu kuły detektywów. Tylko jej było inne… Współczujące. Przez te kilkanaście długich sekund pomyślał o tym, że ta dziewczyna powinna pracować po drugiej stronie żółtej taśmy. Bo jak to możliwe, że jest tak podobna do nich, a zajmuje się czymś zupełnie przeciwnym.

— Ragnar… -Szepnął zerkając przez prawe ramię na kilku techników i dziennikarzy kręcących się za ich plecami, którzy nie odpuszczając po ostatnich upomnieniach wciąż starali się przekroczyć taśmę.

— Chciałabym nie mieć tego przeczucia.

— Zaraz… — Jedna myśl goniła drugą, a Bruce Hudson, jak zawsze wyważone były jego słowa, tak starał się kontrolować i analizować wszystko, to co usłyszy. — Obrączka nie należy do ofiary? — Jego skroń zapulsowała, co nie uszło uwadze Rogers, dlatego zwalniając tempo szukała równowagi w tym, co im obojgu podpowiada intuicja.

— Uważamy, że nie będzie pasować.

— Dobrze… — Hudson odetchnął i przyłożył obie dłonie do bioder rozchylając do tyłu rozpięty beżowy płaszcz. — Skupmy się na kobiecie. Nie skłaniajmy się ku temu od razu. — Mając podobne maniery w prowadzeniu śledztwa zgodziła się z nim skinąwszy głową. -Przyczyna zgonu? -Zapytał rozluźniając mięśnie szyi.

— Elena stwierdziła uduszenie, ale musimy poczekać, aż wykona wszystkie badania… — Czekała na odpowiedni moment, aby przejść do kolejnej części. — Zmarła około szóstej rano. — Dokończyła i podjęła decyzję. Wzięła głęboki oddech. -Kapitanie, możemy porozmawiać? -Spojrzała na mężczyznę stojącego po drugiej stronie zabezpieczonego terenu. Wciąż trzymał, na wpół pełny kubek z kawą i wcale nie speszyła go wzrokiem. Jego dzisiejsza obojętność sprawiła, że zawahała się przez chwilę, jednak nie pozwoliła sobie odpuścić. Wciąż wiedziała, że jego obecność może zaszkodzić śledztwu.

— Sara bardzo chciałbym Ci pomóc… -przeszli kilka metrów dalej, pod starą wierzbę unikając obiektywów dziennikarzy. -Mam związane ręce. — Hudson wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów z grubym filtrem i odetchnął na myśl, że stres zaraz ulotni się wraz z pierwszym zaciągnięciem.

— To śledztwo będzie miało priorytet… Były mąż to polityk i wpływowy inwestor. — Naciskała.

— Ja też nie chciałbym, żeby ktoś rozpracowywał moją osobowość, ale ufam mu i Ty też powinnaś dać temu szansę. Powtórzę, to co mówiłem już wcześniej… Nie raz z resztą. On jest najlepszą opcją, jaka mogła nas dotknąć. -Końcówka papierosa iskrzyła się na pomarańczowo, a Hudson wreszcie nabrał na buzi kolorów.

— On nie chcę poznać tylko mojego działania, a wykorzystać tę wiedzę do usunięcia mnie z wydziału. Bruce… -Urwała zdając sobie sprawę, że te krótkie rozmowy między nimi są wyłącznie wyrazem jej rozczarowania, a jego prób przekonania jej, że sytuacja ulegnie poprawie.

— Zajmij się śledztwem tak jak zawsze, pokaż mu siebie nie grając za jego plecami, a odejdzie od nas z niczym. -Wzięła do ręki zaproponowany gest i nie korzystając z oferty rzuciła niedopalonego papierosa w zroszoną deszczem trawę. Hudson zawisł spojrzeniem na niedopałku gaszonym mokrą trawą.

— Staram się Bruce. Ale to mi już nie wystarcza… — Westchnęła starając się nieco ukryć swoje rozczarowanie. — Chcę czegoś więcej niż tylko lotnego wydostanie się z klatki. -Kapitan ciężko nachylił głowę do przodu i zmarszczył czoło. Zamyślił się.

— Nie mogę pozwolić roznieść całego miasta dla jednego człowieka. — Upomniał ją wreszcie, a Sara zrozumiała, że zagalopowała się w słowach. Nie mogła o to prosić — nie zamierzała. Zachodziła w głowę, dlaczego teraz jej uczucia i ambicje wymknęły się spod kontroli. Jakby to zabójstwo miało być inne niż wszystkie przez ostatni rok i poczuła w ten czas nagłą złość, której nie potrafiła zrozumieć. — Nawet nie przypuszczamy, gdzie może być Charles Ragnar. — Czule dotknął jej ramienia. — Porozmawiajmy dzisiaj w naszym miejscu. -Wyszeptał uspokajając detektyw swoim aksamitnym głosem i ruszyli z powrotem na miejsce zbrodni.


— Gdzie jest sierżant Soulier? -Zapytał, gdy ponownie dołączyli do swoich.

— Pomaga Williamowi. Starają się ustalić życie kobiety. Wygląda na to, że nie będzie to proste.

Mżawka ustąpiła miejsca promieniom słońca. Spora część widzów zza taśmy powoli zaczęła się rozchodzić, zaś inni próbowali za wszelką cenę podpowiedzieć dziennikarzom coś, co później mogliby usłyszeć w telewizji; sprzedaż kilku nieznaczących faktów, drobne kłamstwo, które powtarzane tysiąc razy w wiadomościach stanie się prawdą i w efekcie sąsiedzka sława. Taka otoczka za każdym razem podczas morderstwa na ulicy towarzyszyła detektywom.

Sara starannie ponownie przeszła się po miejscu zapisując w swoim notesie kilka niuansów, które zwróciły jej uwagę i podeszła do patolog sądowej, zajętej układaniem w walizce plastikowych fiołek z próbkami pobranych z ciała denatki i terenu.

— Elena? -Sara dyskretnie wskazała na leżący u jej stóp aparat lustrzany niechętnie rozpraszając koleżankę.

— Coś przeoczyłam? -Elena O’Conor była najrzetelniejszym patologiem w całym Londynie. Seminaria, które organizowała dla studentów postawiły ją w świetle, z początku niechcianych przez nią reflektorów, jednak przekonała ją chęć wiedzy młodych, ambitnym ludzi, a sama nie uciekła od swojego zawodu. Nauczanie innych wciąż było dla niej zajęciem dodatkowym, a pasja pracy pozostała docelowym powołaniem.

— Absolutnie, chciałam mieć szerszą perspektywę przy dzisiejszym omówieniu sprawy. -Detektyw sięgnęła po aparat i wyszła za taśmę. Wśród tłumu ludzi uważała, że łatwo jest przeoczyć coś, co może mieć znaczenie w połowie lub pod koniec śledztwa. W miejscach publicznych nauczyła się patrzeć z tej samej perspektywy, co zabójca. Chciała widzieć to, co on widzi, zatem potrzebowała patrzeć na miejsce zbrodni również w taki sposób, w jaki on w tej chwili mógł mieć na to obraz; Ukrywając twarz pod kapturem lub dumnie obserwując następstwa swojego czynu. Może to być początek mordercy, który podczas duszenia kobiety poczuł podniecenie, uwolnienie z ciała człowieka, z nieprzydatnego sumienia, moralności, niewinności ludzkiej. Sara bez względu na miejsce morderstwa, czas, okoliczności, czy swoistą intuicję, za każdym razem brała pod uwagę ewentualność popełnienia kolejnego zabójstwa. Dla niej seryjny zabójca mógł zrodzić się z każdego, nawet najmniej oczekiwanego, przypadkowego morderstwa.

— Pani detektyw? -Głos zza jej pleców rozdrażnił jej chwilę. Odsunęła od twarzy aparat i przyjrzała się wykonanym zdjęciom.

— Możemy jechać. -Rzuciła niezaangażowanie i odeszła odnieść sprzęt na miejsce.


Russell Reid, agent służb federalnych od tygodni był jej cieniem. Raport z jego obserwacji miał później trafić do agencji wywiadowczej, a od niego zależała kariera i całe życie detektyw Rogers.

Nie potrafili ze sobą rozmawiać, nie próbowali od samego początku. Podobny wiek i doświadczenie nie pozwoliło im w tej sytuacji znaleźć choć jednego tematu, a to z kolei utrudniło ich wspólne zadanie, którym miała być współpraca. Mimo wzajemnego szacunku do siebie nie zaryzykowali i pozostali wobec siebie obojętni z dodatkowym brakiem empatii. Zdając sobie sprawę, z tego, że Rogers jest jednym z najbardziej skutecznych detektywów Londynu, Reid niechętnie zgodził się na kwestionowanie każdej jej decyzji, obserwacji dobrze wykonywanej przez nią pracy, jednak przyjął to zlecenie uważając się za godnego człowieka. Zaangażowany w pierwsze procesy, w których Sara wydała mu się dobrym człowiekiem pogłębił swoją ciekawość w tej sprawie. Odkładając wszystko na drugi tor, zanim pierwszy raz wsiadł z Rogers do radiowozu, poświęcił jej osobie swoją uwagę, czas i nieprzespane noce. Analiza wydarzeń, w których Rogers brała udział pochłonęła przez ostatni rok sporą część jego życia. Nie trudząc się i nie chcąc doszukiwać się intuicyjnie znaków, zdobywać informacji z drugiej ręki, dokładnie dwa miesiące temu, gdy zaczął towarzyszyć detektyw, postawił na wyłączność do sprawy. Wsiadł do radiowozu i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł się bezpiecznie. W towarzystwie Rogers odetchnął i zaznał spokoju wiedząc, że doprowadzi to do końca.

Dzisiaj droga powrotna na komisariat wydłużyła się o korek. Godziny szczytu w centrum Londynu obowiązywały niemal cały dzień. Na Wood Street nie brakowało radiowozów ani pojazdów cywilnych. Agent Reid postanowił zaparkować przecznicę obok wysadzając wcześniej u drzwi posterunku detektyw Rogers.

Wchodząc na wyłożoną kamieniem powierzchnię przed drzwiami głównymi spojrzała na swoje ulubione londyńskie popiersie Roberta Peela, po czym pokonała dziesięć szerokich granitowych schodów i zaciągnęła się zapachem wnętrza.

Wnętrza, które w zasadzie za każdym razem od siedmiu lat miało dla niej specyficzną woń. Zamykając za sobą drzwi nabrała powietrza i odetchnęła czując, że jest u siebie.

Przeszła na główną salę, gdzie rozmowy i dźwięki telefonów walczyły o posłuch. Wydział zabójstw znajdował się na drugim piętrze, przez co wykorzystała chwilę na przejrzenie telefonu. Kilka wiadomości, powiadomienia poczty głosowej i dwa nieodebrane połączenia, na które zdążyła oddzwonić nim drzwi ciężkiej maszyny otworzyły się na odpowiednim piętrze. Myślami pożegnała swoją ulubioną windę. Była wytworna; zamykając się w niej mogła na te kilkadziesiąt sekund przenieść się do lat 20-stych. Złote okucia i bursztynowe ściany, okrągłe przyciski z kamienia i wreszcie — kłuta klatka ręcznie otwierana. Dla niektórych poezja i rozkosz dla wyobraźni, dla innych roztrwonione pieniądze miasta na urządzenie, które tłukło się całą drogę w górę i w dół wydając specyficzne dźwięki ścisku szczęk.


— Nie mamy jeszcze pewności, co do przyczyny śmierci. -Przy jej prawym boku znalazł się sierżant Kevin Soulier, który towarzyszył jej w drodze do biurka. Wyciągnął z teczki plik papierów i zaczął przeglądać jedną kartkę po drugiej.

Soulier trafił pod skrzydła detektyw Rogers, a właściwie detektywa Williama O’Neila, partnera Rogers, który zadeklarował wstępne wyszkolenie i praktykę. Z całego Londynu z obecnego roku egzaminacyjnego na poborze inspektorów Kevin wypadł najlepiej na tle pozostałych. Dostał, co prawda niepowtarzalną szansę, aby pracować z detektywami o najwyższym wskaźniku wykrywalności w mieście, jednak na szczęście dla często porywczego detektywa O’Neila, entuzjazm sierżanta przerodził się w cierpliwość i pracowitość, co wszyscy z komisariatu bacznie obserwują.

— Megan Palmer. Dwadzieścia osiem lat. Jedno małżeństwo. Jeden rozwód. Bezdzietna. Żadnych zagranicznych lotów, żadnej hospitalizacji. Oczywiście wszystkie dane wgrały się w momencie przyjęcia nowego nazwiska. — Zrobił przerwę po zdaniu wypowiedzianym na jednym wydechu. — Will już pracuje nad jej przeszłością.

— Po za tym nic o niej nie wiemy. -Zakończyła

akapit Souliera.

— A gdzie Reid? Nasz facet w czerni. -Kevin rozejrzał się teatralnie po komisariacie. -Znowu kiepskie parkowanie?

— Najwyraźniej lubi spacery. — Odpowiedziała myśląc o czymś zupełnie innym. — Sprawdziliście kamery z parku? — Soulier wyjął z teczki mapę parku Dulwich, na której zaznaczył aktywne kamery.

— Są tutaj. — Wskazał palcem na trzy miejsca, blisko których znajduje się droga, ścieżki parkowe, budka telefoniczna i wjazd do parku. — Przeglądałem nagrania i sprawdzamy właśnie rejestrację samochodów, które przejeżdżały tamtędy między piąta, a siódmą rano. Ustaliliśmy za to, że jedyną osobą, która tej nocy dzwoniła z tego telefonu… — Wskazał na wykonane dzisiaj zdjęcie czerwonej kabiny na kolejnej kartce, którą podał detektyw. –To nasza ofiara.

— Co tam robiłaś Megan… — Szepnęła do siebie. — Do kogo dzwoniła?

— Do byłego męża. Rozmowa trwała około trzydziestu sekund.

— Chcę obejrzeć to nagranie. — Cierpliwie czekali, aż Will prześlę plik video, a gdy video się otworzyło oboje zbliżyli twarze do monitora. — Nie jest niespokojna… — Z przymrużonymi oczami Sara obserwowała kobietę trzymającą przy uchu słuchawkę. — O której to było godzinie?

— Siedemnaście po piątej. –Odpowiedział cicho. — Jeszcze nie wiedziała, że to były jej ostatnie minuty życia.

— Albo podejrzewała i dlatego dzwoniła. — Sara puściła trzeci raz z rzędu nagranie od początku. — Widzisz, jak zarzuciła włosy na profil twarzy? — Zatrzymała film w miejscu, w którym Megan odwraca głowę. -Tak jakby najpierw kogoś zobaczyła, zorientował się, że ją obserwuje i próbowała uciec wzrokiem.

— Nie wiem, czy coś uda nam się z tego uzyskać, ale możemy spróbować wyciągnąć coś z odbicia w szybie. — Zaproponował wskazując na jedno z kwadratowych okienek, w których wyraźnie widać było różnice w padającym świetle.

— Sprawdźmy to. — Zgodziła się. — Czym się zajmowała? — Kevin rozłożył ręce kręcąc przecząco głową.

— Już jestem. -William położył na blacie jedną z kartek i przysiadł na jego brzegu.

— Co mamy? -Zaczęła detektyw.

— To nie to pytanie detektyw Rogers. -Zerknęła na Willa kątem oka wyciągając z torby notes i wracając do swojego biurka, gdy on tymczasem studiował swoją kopie dokumentów. — Co wiedział mąż. -Odpowiedział tym samym wzrokiem i przeszedł za jej krzesło, aby wskazać informację z kartki. -Odpowiedź na to pytanie potencjalnie wykreśla go z listy podejrzanych, ale tylko w tej kwestii. -Max Sutherland — zaczął głośno i przerzucił wzrok na dokument. — Dołączył do nich Kapitan Hudson, który słysząc nazwisko potarł skronie obiema dłońmi przeklinając pod nosem. — Dokładnie kapitanie. — Zawtórował mu detektyw O’Neil i potrząsnął kartka papieru. Odkaszlnął i zaczął energicznie.

— Kandydat na burmistrza Londynu to były mąż naszej ofiary, tudzież Megan Palmer.

— Dlaczego go wykluczamy? -Jedna rzecz, która wzbudzała w jej odczuciach zmieszanie to budowanie przez Willa napięcia. Przy większości spraw udawało mu się bez większej farsy odczytywać znalezione informacje i nie opowiadać ich w sposób, w jaki czytałby najlepszą powieść, czy humorystyczny esej o przyczynach zaburzeń hormonów u kobiet w ciąży, ale czasem przy względnie ciekawszych sprawach zmieniał się w komika lub narratora powieści sci-fi, która przedstawiała fakty sposobem postaci Walta Disneya. Miszmasz jego osobowości podczas odczytu danych to nie mniej jednak nie wzbudzało to rozczarowania u detektyw Rogers. Była słuchowcem, więc taki przekaz odpowiadał jej zmysłowi.

— Megan Palmer — zaczął ściszony głosem — to tak naprawdę Alice Bright, ex dama do towarzystwa, której los wydał się hojny i w odpowiednim momencie weszła w kręgi londyńskiej śmietanki, tym samym poślubiając Sutherlanda. To wszystko działo się jeszcze na długo przed jego awansem i wejściem na najwyższe piętro.

— Zmieniła nazwisko dla niego? -Wtrąciła wątpliwie.

— Nic z tych rzeczy. Żyła szczęśliwie pod swoim nazwiskiem, dopóki media nie wywęszyły jej czarnej karty przeszłości. Rozwód był efektem skandalu, który wybuchł na kilka tygodni później. -Detektyw Rogers przytknęła końcówkę długopisu do podbródka i układała ten scenariusz według możliwych okoliczności. — Jedyne, co uszło uwadze i bystrości w działaniu dziennikarzy to jej nowa osobowość. –Ostatnie zdanie niemalże wypowiedział w sylabach i nie uszło jego uwadze zamyślenie Rogers. -Naprawdę o tym nie słyszałaś? -Zaprzeczyła krótkim wzruszeniem ramion.

— Nie jestem fanką rubryki o celebrytach.

— To polityk. -Poprawił ją Sierżant Soulier nachylając się w jej stronę.

— Jeśli wybuchł skandal po jego ślubie z prostytutką to już większa część jego życia jest właściwa dla dwutygodnika Private Eye. -Uniosła brwi czekając na dalszą część, podczas gdy Soulier w zadumie analizował jej zwięzłą teorię. -Ktoś chciał zrujnować pozycję Sutherlanda i znalazł jego słaby punkt. — Dodała rozważając tę ewentualność.

— Możliwe. — Przytaknął Will. -Ale co ciekawsze, pozew o rozwód wniosła Alice Bright. -Sara podeszła to tablicy magnetycznej i nakreśliła wymienione do tej pory fakty. -Niedługo po rozwodzie, jeszcze wtedy Alice Bright, zaczęła zgłaszać na policję doniesienia o prześladowaniu. -Zaczął kolejny punkt ze swojej ściągi odrywając po chwili wzrok od kryzy papieru.

— Mąż? -Sara rytmicznie uderzyła markerem o tablicę.

— Jak wynika już z pierwszego raportu, Alice zeznała, że Max Sutherland wiedział o jej przeszłości, a ona sama zadecydowała o rozstaniu dla dobra jego kariery. Osobiście poprosiła o wykluczenie Maxa z listy podejrzanych, a oboje przyznali, że nikt z otoczenia przyszłego burmistrza nie zdobyłby się na coś takiego jednocześnie wiedząc, że jeśli doszłoby do wpadki nie byłoby odwrotu z tej sytuacji. Cytując samego Sutherlanda: „Polityka jest rwącą rzeką, a politycy to wędkarze, a nie ryby w wodzie.’’ — Skinął głową przyznając słuszność słów.

— Tożsamość zmieniła po jej drugim z kolei zgłoszeniu, to jest cztery miesiące po rozwodzie.

— Jakiego typu były te prześladowania? -Zapytał Sierżant Soulier w imieniu pozostałych.

— Przygotowana kąpiel i płatki róż. Pod jej nieobecność szykował jej różne niespodzianki. — William przytknął dłoń do ust i łagodnie potarł nią podbródek. — Wykańczał ją psychicznie…

— Ściągnąłeś wszystkie raporty z jej zgłoszeń Will?

— Zostawiłem na biurku. Zaraz wracam. — Szybkim krokiem oddalił się od pozostałych ściągając na siebie przy okazji wzrok policjantki siedzącej przy przeciwległym biurku, co nie uszło uwadze detektyw Rogers. Był czas, kiedy również ona nieświadomie wędrowała za nim wzrokiem — pomyślała przelotnie. Ale te dni odeszły wraz z początkiem ich zacieśnionej współpracy. Wiedziała, że jeśli między nimi pojawiłoby się uczucie, a w następstwie mogłoby to ulec zmianie to w rezultacie straciliby relacje, którą od początku zbudowali. Z czasem na dobre pozbyła się choćby przemyśleń na ten temat i już po krótkim czasie była pewna, że postąpiła słusznie. Z perspektywy czasu zrozumiała, że detektyw William powinien stać się jej przyjacielem, a przede wszystkim partnerem.

— Agencie Russell. -Kevin skinął głową na powitanie i spojrzał na cztery papierowe kubki, z wieczek których unosiła się para i zapach czarnej, świeżo zmielonej kawy.

— Swoją wypiłem po drodze. — Wytłumaczył się i wręczył detektywom po kubku ostatni stawiając na biurku wzrokiem poszukując O’Neila.

— Dziękuję. -Sara nie czuła się najlepiej przy tych gestach. Pracowali razem od dwóch miesięcy, nie rozmawiali ze sobą, w zasadzie była pod jego ciągłą obserwacją, na której koniec miał wystawić ocenę, a ten jeden nic nieznaczący, acz uprzejmy gest, który wykonywał podczas rozpoczynania każdej nowej sprawy wydawał jej się nie na miejscu. Z początku, przy pierwszym śledztwie nie wiedziała, jak ma się zachować. Teraz jednak, może nie przeszło to w rutynę, ale udawało jej się naturalnie podziękować bez zbędnego jąkania i przeprowadzić krótką kurtuazyjną rozmowę.

— Może tym razem pojedziemy moim? — Zaproponowała. — Mam zarezerwowane na stałe miejsce parkingowe tuż przy wejściu. -Uśmiechnęła się.

— O ile mogę później liczyć na podwiezienie mnie na koniec miasta, gdzie porzuciłem samochód na zakazie parkowania. -Uśmiechnął się łagodnie.

— Nie mów głośno. Drogówka dostała nową wymaganą ilość mandatów. Nie mają litości nawet dla nas. -Soulier odkrył rzędy białych zębów i pozwolił obojgu w uldze oderwać od siebie spojrzenia.

— Co mnie ominęło? -Reid rozejrzał się po znajomych twarzach, a detektyw Rogers pokrótce przedstawiła świeżo zdobyte informacje o denatce.


— Alice Bright nie nudziła się przez ostatni rok przed zmianą nazwiska. -Wrócił O’Neil trzymając raporty. Kątem oka zerknął na papierowy kubek z kawą, ale Sara szybko i dyskretnie zganiła go wzrokiem i wskazała podbródkiem na jego dłonie, w których trzymał dokumenty. Po przywitaniu się z Reidem przeszedł do rzeczy.

— Sytuacja z kąpielą nie była pierwszym zgłoszeniem. Tutaj mam ułożone raporty chronologicznie… -Wręczył Rogers część kopii. -A tutaj raporty ze zgłoszeń, za które później w jakiś sposób próbowano się zabrać.

— W jakiś sposób? Chyba nie brakuje w Londynie ludzi do pracy, że nie mogli tego zbadać. -Wzięła do ręki plik kartek.

— Owszem, mogli. Ale w jaki sposób, jeżeli za każdą sytuacją kryła się aluzja niepoprawnego romantyka? -Odpowiedział Will. — Wzięli pod lupę kilku amantów, którzy wcześniej korzystali z jej usług matrymonialnych. Nikomu nie mogli nic udowodnić, a sama Alice negowała każdą prawdopodobną i zdolną do tego osobę.

— „Wypieczony chleb w piekarniku…", -Rogers przeczytała nagłówek raportu. — Założyli jej później kamery, albo podsłuch? -Zapytała nie odkrywając wzroku od linijek tekstu.

— Nie zgadzała się. W czwartym z kolei raporcie sam kapitan posterunku ze śródmieścia opisał swoją prośbę do Alice o założenie całego zestawu, ale odmówiła mówiąc, że czułaby jakby, tutaj cytuję „to on na nią patrzył”. -Pokręcił głową. -Jestem pewny, że Jack zrobił co w jego mocy, żeby ją przekonać. — Ze zrozumieniem zmarszczył brwi i pozwolił Rogers dojść do głosu.

— No dobrze… -Sara znów podeszła do tablicy, aby zapisać kolejny punkt dyskusji. -Zgłoszeń w ciągu roku było sześć. Po raz pierwszy, dwa miesiące po rozwodzie i kolejno co osiem tygodni, jakby regularnie szykował nowe dla siebie zadanie i wykonywał je, wcześniej poznając jej rozkład prawdopodobnie każdego dnia.

— Jeżeli cały plan w jej domu przygotowywał dwa miesiące wstecz musiał znać jej rutynę, śledzić ją i układać plan na wszelki wypadek, gdyby coś w jej dniu miało ulec zmianie. -Dodał agent Reid, który pracując dla służb federalnych bardzo często miał kontakt z fetyszystami, osobami o zaburzeniach osobowości o zachowaniu dysocjacyjnym, którzy dokonywali morderstwa dopiero po wcześniejszych wykreowanych przez nich samych okolicznościach i stworzeniu odpowiedniego scenariusza z dopracowanymi szczegółami. Nie ważne, czy było to prześladowanie, grożenie, czy niewinny flirt w barze; niektórzy nie potrafili po prostu zabić — musieli znaleźć w człowieku coś, co ich zainspiruje i dzięki czemu ulegną prowokacji. Miał w takich sprawach doświadczenie, dlatego gdy tylko wtrącił się do rozmowy Sara spojrzała na niego czekając na jakąś myśl, sugestie, instynkt i przeczucie.

— Myślisz, że to były mąż? -Zapytała wreszcie.

— Za wcześnie, żeby w ogóle się nad tym zastanawiać, ale to mało prawdopodobne, chyba, że oszalał na jej punkcie po rozwodzie, albo do reszty ją znienawidził. Mało prawdopodobne, że popadł w którąkolwiek ze skrajności. — Zazdrość, zawiść, czasem zwykłe przywiązanie, które nie pozwala zrezygnować z ukochanej osoby i doprowadza do szaleństwa to częstsze zjawisko wśród przeciętnej grupy społecznej. — Ktoś taki jak Sutherland ma zbyt wiele do stracenia. Po za tym myślę, że gdyby jego priorytetem był związek z żoną to nie dopuściłby do zatrzymania przez nią własnego nazwiska. Nie sądzę, że Sutherland należy do tego typu mężczyzn. Dla niego liczy się kariera. -Przez dłuższą chwilę zawisł wzrokiem na oczach detektyw, po czym spojrzał na kilka ostatnich linijek tekstu. -Zwłaszcza, że od ostatniego ataku na Alice minęły dokładnie dwa miesiące.

— Dlaczego zwłaszcza? -Will zmarszczył brwi zastanawiając się, czy Sutherland sam strzeliłby sobie w kolano, jeśli policja miałaby później powiązać czasowe spójności.

— Bo tyle właśnie trwał rozwód. Dwa miesiące katuszy, które facet znosił po dwóch latach, wydawać by się mogło idylli, która go spotkała. -Doczytał to spostrzeżenie jednego z policjantów prowadzących tę sprawę.

— Więc… -Sara okrążała biurko. -Nie uważasz, że to całkiem możliwe? Że Sutherland oszalał. Odległość między każdym kolejnym napastowaniem dziewczyny to dokładnie tyle ile trwał rozwód.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.21
drukowana A5
za 50.95