E-book
34.13
drukowana A5
56.66
Sara Rogers

Bezpłatny fragment - Sara Rogers

Londyn


Objętość:
286 str.
ISBN:
978-83-8245-063-7
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 56.66

Dziękuję i dedykuję,

Mojej drogiej przyjaciółce A.R — wiernej czytelniczce. Bez Ciebie nie powstałby drugi rozdział.

Moim najdroższym rodzicom — Jesteście dla mnie inspiracją.

Mojemu ukochanemu za nieumiarkowane wsparcie w chwilach zwątpienia.

Rozdział I

Przyglądał się jej z niedużego dystansu. Obserwował jak nakreślała krokami krąg i w jaki sposób patrzy na leżące, na wpół zakryte czarną folią martwe ciało. Biorąc kolejny łyk gorzkiej kawy z papierowego kubka zastanawiał się nad jej rytmem. Zawsze ta sama twarz, gdy przyjeżdżała na miejsce zbrodni, to samo spojrzenie, którym nie manifestowała współczucia, a uważnie studiowała pozycje ofiary. Jej uwagę przyciągał każdy szczegół, nad którym nachylała się i przez kilka minut zadawała sobie pytania, na które będzie zmuszona znaleźć odpowiedzi.

Park Dulwich w godzinach porannych był punktem, w którym mijały się dziesiątki osób; punktem, który z założenia traktowany był przez niektórych jako przejście z jednej części miasta do drugiej, a dla pozostałych miejscem, które pozwalało na odcięcie się od obu stref i pozostanie na neutralnym gruncie między granicami. Dzisiejszego dnia nikt nie był w stanie rozpoznać, kto spieszy się do pracy, a kto wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Deszczowa pogoda, jak duch, jak aura Londynu nie spłoszyła dotąd nikogo pochłoniętego konstatacją wydarzenia. Czarne parasole otwierały się i wznosiły do góry nad głowy gapiów, jeden po drugim. Taśma odgradzająca miejsce zbrodni pozwalała na swobodną pracę techników i funkcjonariuszy, jednak dodatkowych par oczu wciąż przybywało.

Mimo chłodnego poranka i mrożącego

twarze wiatru robiło się duszno. Niemal wszyscy policjanci obecni na miejscu czuli, że nieprzypadkowych obserwatorów jest za dużo.

Gary Fitzgerald — starszy sierżant postanowił nieco odepchnąć tłum od żółtych granic zawieszonych na niskich palikach wbitych w spulchniałą od deszczu ziemię. Stojąc na wprost głodnego sensacji tłumu hien szacował swoje szanse. Zaczął odparcie machając rękami statecznie poruszając się do przodu. Niektórzy wcale nie chcieli ustąpić; starali się ominąć Fitzgeralda tłumacząc, że są asystentami reporterów, że muszą się wykazać i zdobyć dobre zdjęcia. Twarze dziennikarzy były Garemu dobrze znane. Rozejrzał się unosząc głowę; krople z nieba zwilżyły jego czoło spływając do oczu i ust przez zmarszczki wokół nosa. Zauważył tych porządnych, tych, którzy szli po trupach i na koniec tę, która pracowała w pojedynkę dla jego ulubionej gazety o zagadkach kryminalnych. Dla Garego czas się na chwilę zatrzymał. Widział jej przejęte spojrzenie. Na szyi miała zawieszony aparat w wodoodpornym gumowym futerale, w jednej ręce trzymała telefon, a drugą starała się kierować ciało, aby móc zbliżyć się do miejsca, w którym stał Gary.

— Wszyscy cywile proszeni są o cofnięcie się! — Czas przyspieszył. Widząc tę drobną osóbkę, która starała się podejść jak najbliżej, która opisywała rzeczywistość, a nie barwiła jej tanimi dziennikarskimi farbkami. Szukała motywu i podstawy. Dociekała… Na tyle, na ile mogła cofała się w przeszłość. Wielu policjantów czytało jej artykuły, eseje i opracowania spraw. Nie były płytkie i okrojone. Nie sprowadzała morderstwa do kilkunastu zdań z jedną retrospekcją, ale pracowała w pocie czoła, aby jak najlepiej opowiedzieć historie życia i śmierci. Widząc ją jego trudny charakter ustąpił.

— Strefa wyłącznie dla reporterów po prawej! — Krzyknął widząc, jak wszyscy znani mu dziennikarze ruszyli po swoje. A ona stała najbliżej tego miejsca. Nagle jej twarz przybrała jaśniejszej barwy. Stojąc już na swoim miejscu — najlepszym miejscu spojrzała na Garego salutując mu z uniesioną głową i tym niepowtarzalnym dziewczęcym uśmiechem. Odpowiedział tym samym żołnierskim gestem i wrócił do swoich.

— Zróbmy zdjęcia, może w tłumie znajdziemy coś, co przykuję naszą uwagę. -Włożyła ręce do kieszeni długiego do kostek płaszcza i odwróciła się, aby przez chwilę skontrolować wzrokiem sytuację, która odgrywała się za jej plecami.

Kapitan Bruce Hudson właśnie przekraczał granice wyznaczoną żółtą taśmą.

— Megan Palmer. Dwadzieścia osiem lat. Nie ma jej w bazie. Zdążyliśmy ustalić, że nie jest to jej prawdziwe nazwisko. Tożsamość zmieniła w zeszłym roku. Do tamtej pory nie ma nic na jej temat. Żadnych rejestrów z przychodni, szpitali, lotnisk, urzędów. Duch. -Hudson dotrzymał wolnego kroku detektyw i kontrolując wzrokiem otoczenie zadał pierwsze na ogół standardowe, retoryczne pytanie.

— Dlaczego miałaby usuwać przeszłość? -Przywarł opuszki palców do brody, jak w zwyczaju miał robić i potarł nimi o gęsty, kilkudniowy zarost. -Jakaś teoria Pani detektyw?

— Nieudane małżeństwo, romans… — Sara wiedząc, że opcji jest wiele nerwowo przymrużyła oczy i wyjrzała na tłum blokujący przejście jednemu z funkcjonariuszy.

— Jakieś znaki szczególne? –Hudson przerwał jej rozkojarzenie. Przeniosła na niego wzrok i przez kilka sekund milczała szybko dumając nad tym, czy znak na ciele kobiety, który dostrzegła powinna traktować jako bezwzględną podpowiedź.

— Ślad po obrączce. -Szybko podjęła decyzję i odchyliła folię z ręki ofiary końcówką długopisu wskazując na dłoń kobiety. — Na początku wszystko wyglądało jak robota kieszonkowca, któremu wszystko się skomplikowało podczas szarpaniny. — Zerknęła na Hudsona. — Gdy chwilę później znaleźliśmy pierścionek pod językiem. -Nie ukrył zdziwienia. Od tej chwili zmienił swoją postawę. Wyprostował się, a jego oczy wyraźnie stały się bardziej uważne. Detektyw Rogers na powrót zakryła rękę kobiety czarną folią i wstając zdjęła z rąk nylonowe rękawiczki wyrzucając je do parkowego kosza.

— Jej torebka leżała kilka metrów dalej w krzakach. — Wskazała palcem na część trawnika. — Dokumenty, pieniądze, karty. — Ponownie na niego spojrzała i znając to odwzajemnione spojrzenie ostrożnie przytaknęła głową. Kapitan rozejrzał się po rozmieszczonych wokół ich głów kamerach i każdą z nich zaznaczył wskazującym palcem.

— Chcę nagrań z całej nocy i dzisiejszego poranka. — Wysunął spod rękawa zegarek i zliczył wszystkie interesujące go godziny.

— William już nad tym pracuje. Nagranie będzie koło południa. — Uspokoiła go uśmiechając ze zrozumieniem widząc jego zdenerwowanie. -Kapitanie. — Zaczęła nabierając powietrza. Dotknęła jego przedramienia i ściskając je coraz mocniej przesunęła się wraz z Hudsonem o kilka metrów dalej. Bacznie obserwując dziennikarzy zakryła dłonią usta.

— Na obrączce wygrawerowano inicjały C.R. — Jego źrenice powiększyły się, a mimo widocznych chęci odpowiedzi jego głos na chwilę uwiązł w gardle. Zerknął przez prawie ramię widząc tę najmłodszą. Oczy wszystkich dziennikarzy zwróciły się w ich stronę; głodne i chciwe spojrzenia niczym sople lodu kuły detektywów. Tylko jej było inne… Współczujące. Przez te kilkanaście długich sekund pomyślał o tym, że ta dziewczyna powinna pracować po drugiej stronie żółtej taśmy. Bo jak to możliwe, że jest tak podobna do nich, a zajmuje się czymś zupełnie przeciwnym.

— Ragnar… -Szepnął zerkając przez prawe ramię na kilku techników i dziennikarzy kręcących się za ich plecami, którzy nie odpuszczając po ostatnich upomnieniach wciąż starali się przekroczyć taśmę.

— Chciałabym nie mieć tego przeczucia.

— Zaraz… — Jedna myśl goniła drugą, a Bruce Hudson, jak zawsze wyważone były jego słowa, tak starał się kontrolować i analizować wszystko, to co usłyszy. — Obrączka nie należy do ofiary? — Jego skroń zapulsowała, co nie uszło uwadze Rogers, dlatego zwalniając tempo szukała równowagi w tym, co im obojgu podpowiada intuicja.

— Uważamy, że nie będzie pasować.

— Dobrze… — Hudson odetchnął i przyłożył obie dłonie do bioder rozchylając do tyłu rozpięty beżowy płaszcz. — Skupmy się na kobiecie. Nie skłaniajmy się ku temu od razu. — Mając podobne maniery w prowadzeniu śledztwa zgodziła się z nim skinąwszy głową. -Przyczyna zgonu? -Zapytał rozluźniając mięśnie szyi.

— Elena stwierdziła uduszenie, ale musimy poczekać, aż wykona wszystkie badania… — Czekała na odpowiedni moment, aby przejść do kolejnej części. — Zmarła około szóstej rano. — Dokończyła i podjęła decyzję. Wzięła głęboki oddech. -Kapitanie, możemy porozmawiać? -Spojrzała na mężczyznę stojącego po drugiej stronie zabezpieczonego terenu. Wciąż trzymał, na wpół pełny kubek z kawą i wcale nie speszyła go wzrokiem. Jego dzisiejsza obojętność sprawiła, że zawahała się przez chwilę, jednak nie pozwoliła sobie odpuścić. Wciąż wiedziała, że jego obecność może zaszkodzić śledztwu.

— Sara bardzo chciałbym Ci pomóc… -przeszli kilka metrów dalej, pod starą wierzbę unikając obiektywów dziennikarzy. -Mam związane ręce. — Hudson wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów z grubym filtrem i odetchnął na myśl, że stres zaraz ulotni się wraz z pierwszym zaciągnięciem.

— To śledztwo będzie miało priorytet… Były mąż to polityk i wpływowy inwestor. — Naciskała.

— Ja też nie chciałbym, żeby ktoś rozpracowywał moją osobowość, ale ufam mu i Ty też powinnaś dać temu szansę. Powtórzę, to co mówiłem już wcześniej… Nie raz z resztą. On jest najlepszą opcją, jaka mogła nas dotknąć. -Końcówka papierosa iskrzyła się na pomarańczowo, a Hudson wreszcie nabrał na buzi kolorów.

— On nie chcę poznać tylko mojego działania, a wykorzystać tę wiedzę do usunięcia mnie z wydziału. Bruce… -Urwała zdając sobie sprawę, że te krótkie rozmowy między nimi są wyłącznie wyrazem jej rozczarowania, a jego prób przekonania jej, że sytuacja ulegnie poprawie.

— Zajmij się śledztwem tak jak zawsze, pokaż mu siebie nie grając za jego plecami, a odejdzie od nas z niczym. -Wzięła do ręki zaproponowany gest i nie korzystając z oferty rzuciła niedopalonego papierosa w zroszoną deszczem trawę. Hudson zawisł spojrzeniem na niedopałku gaszonym mokrą trawą.

— Staram się Bruce. Ale to mi już nie wystarcza… — Westchnęła starając się nieco ukryć swoje rozczarowanie. — Chcę czegoś więcej niż tylko lotnego wydostanie się z klatki. -Kapitan ciężko nachylił głowę do przodu i zmarszczył czoło. Zamyślił się.

— Nie mogę pozwolić roznieść całego miasta dla jednego człowieka. — Upomniał ją wreszcie, a Sara zrozumiała, że zagalopowała się w słowach. Nie mogła o to prosić — nie zamierzała. Zachodziła w głowę, dlaczego teraz jej uczucia i ambicje wymknęły się spod kontroli. Jakby to zabójstwo miało być inne niż wszystkie przez ostatni rok i poczuła w ten czas nagłą złość, której nie potrafiła zrozumieć. — Nawet nie przypuszczamy, gdzie może być Charles Ragnar. — Czule dotknął jej ramienia. — Porozmawiajmy dzisiaj w naszym miejscu. -Wyszeptał uspokajając detektyw swoim aksamitnym głosem i ruszyli z powrotem na miejsce zbrodni.


— Gdzie jest sierżant Soulier? -Zapytał, gdy ponownie dołączyli do swoich.

— Pomaga Williamowi. Starają się ustalić życie kobiety. Wygląda na to, że nie będzie to proste.

Mżawka ustąpiła miejsca promieniom słońca. Spora część widzów zza taśmy powoli zaczęła się rozchodzić, zaś inni próbowali za wszelką cenę podpowiedzieć dziennikarzom coś, co później mogliby usłyszeć w telewizji; sprzedaż kilku nieznaczących faktów, drobne kłamstwo, które powtarzane tysiąc razy w wiadomościach stanie się prawdą i w efekcie sąsiedzka sława. Taka otoczka za każdym razem podczas morderstwa na ulicy towarzyszyła detektywom.

Sara starannie ponownie przeszła się po miejscu zapisując w swoim notesie kilka niuansów, które zwróciły jej uwagę i podeszła do patolog sądowej, zajętej układaniem w walizce plastikowych fiołek z próbkami pobranych z ciała denatki i terenu.

— Elena? -Sara dyskretnie wskazała na leżący u jej stóp aparat lustrzany niechętnie rozpraszając koleżankę.

— Coś przeoczyłam? -Elena O’Conor była najrzetelniejszym patologiem w całym Londynie. Seminaria, które organizowała dla studentów postawiły ją w świetle, z początku niechcianych przez nią reflektorów, jednak przekonała ją chęć wiedzy młodych, ambitnym ludzi, a sama nie uciekła od swojego zawodu. Nauczanie innych wciąż było dla niej zajęciem dodatkowym, a pasja pracy pozostała docelowym powołaniem.

— Absolutnie, chciałam mieć szerszą perspektywę przy dzisiejszym omówieniu sprawy. -Detektyw sięgnęła po aparat i wyszła za taśmę. Wśród tłumu ludzi uważała, że łatwo jest przeoczyć coś, co może mieć znaczenie w połowie lub pod koniec śledztwa. W miejscach publicznych nauczyła się patrzeć z tej samej perspektywy, co zabójca. Chciała widzieć to, co on widzi, zatem potrzebowała patrzeć na miejsce zbrodni również w taki sposób, w jaki on w tej chwili mógł mieć na to obraz; Ukrywając twarz pod kapturem lub dumnie obserwując następstwa swojego czynu. Może to być początek mordercy, który podczas duszenia kobiety poczuł podniecenie, uwolnienie z ciała człowieka, z nieprzydatnego sumienia, moralności, niewinności ludzkiej. Sara bez względu na miejsce morderstwa, czas, okoliczności, czy swoistą intuicję, za każdym razem brała pod uwagę ewentualność popełnienia kolejnego zabójstwa. Dla niej seryjny zabójca mógł zrodzić się z każdego, nawet najmniej oczekiwanego, przypadkowego morderstwa.

— Pani detektyw? -Głos zza jej pleców rozdrażnił jej chwilę. Odsunęła od twarzy aparat i przyjrzała się wykonanym zdjęciom.

— Możemy jechać. -Rzuciła niezaangażowanie i odeszła odnieść sprzęt na miejsce.


Russell Reid, agent służb federalnych od tygodni był jej cieniem. Raport z jego obserwacji miał później trafić do agencji wywiadowczej, a od niego zależała kariera i całe życie detektyw Rogers.

Nie potrafili ze sobą rozmawiać, nie próbowali od samego początku. Podobny wiek i doświadczenie nie pozwoliło im w tej sytuacji znaleźć choć jednego tematu, a to z kolei utrudniło ich wspólne zadanie, którym miała być współpraca. Mimo wzajemnego szacunku do siebie nie zaryzykowali i pozostali wobec siebie obojętni z dodatkowym brakiem empatii. Zdając sobie sprawę, z tego, że Rogers jest jednym z najbardziej skutecznych detektywów Londynu, Reid niechętnie zgodził się na kwestionowanie każdej jej decyzji, obserwacji dobrze wykonywanej przez nią pracy, jednak przyjął to zlecenie uważając się za godnego człowieka. Zaangażowany w pierwsze procesy, w których Sara wydała mu się dobrym człowiekiem pogłębił swoją ciekawość w tej sprawie. Odkładając wszystko na drugi tor, zanim pierwszy raz wsiadł z Rogers do radiowozu, poświęcił jej osobie swoją uwagę, czas i nieprzespane noce. Analiza wydarzeń, w których Rogers brała udział pochłonęła przez ostatni rok sporą część jego życia. Nie trudząc się i nie chcąc doszukiwać się intuicyjnie znaków, zdobywać informacji z drugiej ręki, dokładnie dwa miesiące temu, gdy zaczął towarzyszyć detektyw, postawił na wyłączność do sprawy. Wsiadł do radiowozu i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł się bezpiecznie. W towarzystwie Rogers odetchnął i zaznał spokoju wiedząc, że doprowadzi to do końca.

Dzisiaj droga powrotna na komisariat wydłużyła się o korek. Godziny szczytu w centrum Londynu obowiązywały niemal cały dzień. Na Wood Street nie brakowało radiowozów ani pojazdów cywilnych. Agent Reid postanowił zaparkować przecznicę obok wysadzając wcześniej u drzwi posterunku detektyw Rogers.

Wchodząc na wyłożoną kamieniem powierzchnię przed drzwiami głównymi spojrzała na swoje ulubione londyńskie popiersie Roberta Peela, po czym pokonała dziesięć szerokich granitowych schodów i zaciągnęła się zapachem wnętrza.

Wnętrza, które w zasadzie za każdym razem od siedmiu lat miało dla niej specyficzną woń. Zamykając za sobą drzwi nabrała powietrza i odetchnęła czując, że jest u siebie.

Przeszła na główną salę, gdzie rozmowy i dźwięki telefonów walczyły o posłuch. Wydział zabójstw znajdował się na drugim piętrze, przez co wykorzystała chwilę na przejrzenie telefonu. Kilka wiadomości, powiadomienia poczty głosowej i dwa nieodebrane połączenia, na które zdążyła oddzwonić nim drzwi ciężkiej maszyny otworzyły się na odpowiednim piętrze. Myślami pożegnała swoją ulubioną windę. Była wytworna; zamykając się w niej mogła na te kilkadziesiąt sekund przenieść się do lat 20-stych. Złote okucia i bursztynowe ściany, okrągłe przyciski z kamienia i wreszcie — kłuta klatka ręcznie otwierana. Dla niektórych poezja i rozkosz dla wyobraźni, dla innych roztrwonione pieniądze miasta na urządzenie, które tłukło się całą drogę w górę i w dół wydając specyficzne dźwięki ścisku szczęk.


— Nie mamy jeszcze pewności, co do przyczyny śmierci. -Przy jej prawym boku znalazł się sierżant Kevin Soulier, który towarzyszył jej w drodze do biurka. Wyciągnął z teczki plik papierów i zaczął przeglądać jedną kartkę po drugiej.

Soulier trafił pod skrzydła detektyw Rogers, a właściwie detektywa Williama O’Neila, partnera Rogers, który zadeklarował wstępne wyszkolenie i praktykę. Z całego Londynu z obecnego roku egzaminacyjnego na poborze inspektorów Kevin wypadł najlepiej na tle pozostałych. Dostał, co prawda niepowtarzalną szansę, aby pracować z detektywami o najwyższym wskaźniku wykrywalności w mieście, jednak na szczęście dla często porywczego detektywa O’Neila, entuzjazm sierżanta przerodził się w cierpliwość i pracowitość, co wszyscy z komisariatu bacznie obserwują.

— Megan Palmer. Dwadzieścia osiem lat. Jedno małżeństwo. Jeden rozwód. Bezdzietna. Żadnych zagranicznych lotów, żadnej hospitalizacji. Oczywiście wszystkie dane wgrały się w momencie przyjęcia nowego nazwiska. — Zrobił przerwę po zdaniu wypowiedzianym na jednym wydechu. — Will już pracuje nad jej przeszłością.

— Po za tym nic o niej nie wiemy. -Zakończyła

akapit Souliera.

— A gdzie Reid? Nasz facet w czerni. -Kevin rozejrzał się teatralnie po komisariacie. -Znowu kiepskie parkowanie?

— Najwyraźniej lubi spacery. — Odpowiedziała myśląc o czymś zupełnie innym. — Sprawdziliście kamery z parku? — Soulier wyjął z teczki mapę parku Dulwich, na której zaznaczył aktywne kamery.

— Są tutaj. — Wskazał palcem na trzy miejsca, blisko których znajduje się droga, ścieżki parkowe, budka telefoniczna i wjazd do parku. — Przeglądałem nagrania i sprawdzamy właśnie rejestrację samochodów, które przejeżdżały tamtędy między piąta, a siódmą rano. Ustaliliśmy za to, że jedyną osobą, która tej nocy dzwoniła z tego telefonu… — Wskazał na wykonane dzisiaj zdjęcie czerwonej kabiny na kolejnej kartce, którą podał detektyw. –To nasza ofiara.

— Co tam robiłaś Megan… — Szepnęła do siebie. — Do kogo dzwoniła?

— Do byłego męża. Rozmowa trwała około trzydziestu sekund.

— Chcę obejrzeć to nagranie. — Cierpliwie czekali, aż Will prześlę plik video, a gdy video się otworzyło oboje zbliżyli twarze do monitora. — Nie jest niespokojna… — Z przymrużonymi oczami Sara obserwowała kobietę trzymającą przy uchu słuchawkę. — O której to było godzinie?

— Siedemnaście po piątej. –Odpowiedział cicho. — Jeszcze nie wiedziała, że to były jej ostatnie minuty życia.

— Albo podejrzewała i dlatego dzwoniła. — Sara puściła trzeci raz z rzędu nagranie od początku. — Widzisz, jak zarzuciła włosy na profil twarzy? — Zatrzymała film w miejscu, w którym Megan odwraca głowę. -Tak jakby najpierw kogoś zobaczyła, zorientował się, że ją obserwuje i próbowała uciec wzrokiem.

— Nie wiem, czy coś uda nam się z tego uzyskać, ale możemy spróbować wyciągnąć coś z odbicia w szybie. — Zaproponował wskazując na jedno z kwadratowych okienek, w których wyraźnie widać było różnice w padającym świetle.

— Sprawdźmy to. — Zgodziła się. — Czym się zajmowała? — Kevin rozłożył ręce kręcąc przecząco głową.

— Już jestem. -William położył na blacie jedną z kartek i przysiadł na jego brzegu.

— Co mamy? -Zaczęła detektyw.

— To nie to pytanie detektyw Rogers. -Zerknęła na Willa kątem oka wyciągając z torby notes i wracając do swojego biurka, gdy on tymczasem studiował swoją kopie dokumentów. — Co wiedział mąż. -Odpowiedział tym samym wzrokiem i przeszedł za jej krzesło, aby wskazać informację z kartki. -Odpowiedź na to pytanie potencjalnie wykreśla go z listy podejrzanych, ale tylko w tej kwestii. -Max Sutherland — zaczął głośno i przerzucił wzrok na dokument. — Dołączył do nich Kapitan Hudson, który słysząc nazwisko potarł skronie obiema dłońmi przeklinając pod nosem. — Dokładnie kapitanie. — Zawtórował mu detektyw O’Neil i potrząsnął kartka papieru. Odkaszlnął i zaczął energicznie.

— Kandydat na burmistrza Londynu to były mąż naszej ofiary, tudzież Megan Palmer.

— Dlaczego go wykluczamy? -Jedna rzecz, która wzbudzała w jej odczuciach zmieszanie to budowanie przez Willa napięcia. Przy większości spraw udawało mu się bez większej farsy odczytywać znalezione informacje i nie opowiadać ich w sposób, w jaki czytałby najlepszą powieść, czy humorystyczny esej o przyczynach zaburzeń hormonów u kobiet w ciąży, ale czasem przy względnie ciekawszych sprawach zmieniał się w komika lub narratora powieści sci-fi, która przedstawiała fakty sposobem postaci Walta Disneya. Miszmasz jego osobowości podczas odczytu danych to nie mniej jednak nie wzbudzało to rozczarowania u detektyw Rogers. Była słuchowcem, więc taki przekaz odpowiadał jej zmysłowi.

— Megan Palmer — zaczął ściszony głosem — to tak naprawdę Alice Bright, ex dama do towarzystwa, której los wydał się hojny i w odpowiednim momencie weszła w kręgi londyńskiej śmietanki, tym samym poślubiając Sutherlanda. To wszystko działo się jeszcze na długo przed jego awansem i wejściem na najwyższe piętro.

— Zmieniła nazwisko dla niego? -Wtrąciła wątpliwie.

— Nic z tych rzeczy. Żyła szczęśliwie pod swoim nazwiskiem, dopóki media nie wywęszyły jej czarnej karty przeszłości. Rozwód był efektem skandalu, który wybuchł na kilka tygodni później. -Detektyw Rogers przytknęła końcówkę długopisu do podbródka i układała ten scenariusz według możliwych okoliczności. — Jedyne, co uszło uwadze i bystrości w działaniu dziennikarzy to jej nowa osobowość. –Ostatnie zdanie niemalże wypowiedział w sylabach i nie uszło jego uwadze zamyślenie Rogers. -Naprawdę o tym nie słyszałaś? -Zaprzeczyła krótkim wzruszeniem ramion.

— Nie jestem fanką rubryki o celebrytach.

— To polityk. -Poprawił ją Sierżant Soulier nachylając się w jej stronę.

— Jeśli wybuchł skandal po jego ślubie z prostytutką to już większa część jego życia jest właściwa dla dwutygodnika Private Eye. -Uniosła brwi czekając na dalszą część, podczas gdy Soulier w zadumie analizował jej zwięzłą teorię. -Ktoś chciał zrujnować pozycję Sutherlanda i znalazł jego słaby punkt. — Dodała rozważając tę ewentualność.

— Możliwe. — Przytaknął Will. -Ale co ciekawsze, pozew o rozwód wniosła Alice Bright. -Sara podeszła to tablicy magnetycznej i nakreśliła wymienione do tej pory fakty. -Niedługo po rozwodzie, jeszcze wtedy Alice Bright, zaczęła zgłaszać na policję doniesienia o prześladowaniu. -Zaczął kolejny punkt ze swojej ściągi odrywając po chwili wzrok od kryzy papieru.

— Mąż? -Sara rytmicznie uderzyła markerem o tablicę.

— Jak wynika już z pierwszego raportu, Alice zeznała, że Max Sutherland wiedział o jej przeszłości, a ona sama zadecydowała o rozstaniu dla dobra jego kariery. Osobiście poprosiła o wykluczenie Maxa z listy podejrzanych, a oboje przyznali, że nikt z otoczenia przyszłego burmistrza nie zdobyłby się na coś takiego jednocześnie wiedząc, że jeśli doszłoby do wpadki nie byłoby odwrotu z tej sytuacji. Cytując samego Sutherlanda: „Polityka jest rwącą rzeką, a politycy to wędkarze, a nie ryby w wodzie.’’ — Skinął głową przyznając słuszność słów.

— Tożsamość zmieniła po jej drugim z kolei zgłoszeniu, to jest cztery miesiące po rozwodzie.

— Jakiego typu były te prześladowania? -Zapytał Sierżant Soulier w imieniu pozostałych.

— Przygotowana kąpiel i płatki róż. Pod jej nieobecność szykował jej różne niespodzianki. — William przytknął dłoń do ust i łagodnie potarł nią podbródek. — Wykańczał ją psychicznie…

— Ściągnąłeś wszystkie raporty z jej zgłoszeń Will?

— Zostawiłem na biurku. Zaraz wracam. — Szybkim krokiem oddalił się od pozostałych ściągając na siebie przy okazji wzrok policjantki siedzącej przy przeciwległym biurku, co nie uszło uwadze detektyw Rogers. Był czas, kiedy również ona nieświadomie wędrowała za nim wzrokiem — pomyślała przelotnie. Ale te dni odeszły wraz z początkiem ich zacieśnionej współpracy. Wiedziała, że jeśli między nimi pojawiłoby się uczucie, a w następstwie mogłoby to ulec zmianie to w rezultacie straciliby relacje, którą od początku zbudowali. Z czasem na dobre pozbyła się choćby przemyśleń na ten temat i już po krótkim czasie była pewna, że postąpiła słusznie. Z perspektywy czasu zrozumiała, że detektyw William powinien stać się jej przyjacielem, a przede wszystkim partnerem.

— Agencie Russell. -Kevin skinął głową na powitanie i spojrzał na cztery papierowe kubki, z wieczek których unosiła się para i zapach czarnej, świeżo zmielonej kawy.

— Swoją wypiłem po drodze. — Wytłumaczył się i wręczył detektywom po kubku ostatni stawiając na biurku wzrokiem poszukując O’Neila.

— Dziękuję. -Sara nie czuła się najlepiej przy tych gestach. Pracowali razem od dwóch miesięcy, nie rozmawiali ze sobą, w zasadzie była pod jego ciągłą obserwacją, na której koniec miał wystawić ocenę, a ten jeden nic nieznaczący, acz uprzejmy gest, który wykonywał podczas rozpoczynania każdej nowej sprawy wydawał jej się nie na miejscu. Z początku, przy pierwszym śledztwie nie wiedziała, jak ma się zachować. Teraz jednak, może nie przeszło to w rutynę, ale udawało jej się naturalnie podziękować bez zbędnego jąkania i przeprowadzić krótką kurtuazyjną rozmowę.

— Może tym razem pojedziemy moim? — Zaproponowała. — Mam zarezerwowane na stałe miejsce parkingowe tuż przy wejściu. -Uśmiechnęła się.

— O ile mogę później liczyć na podwiezienie mnie na koniec miasta, gdzie porzuciłem samochód na zakazie parkowania. -Uśmiechnął się łagodnie.

— Nie mów głośno. Drogówka dostała nową wymaganą ilość mandatów. Nie mają litości nawet dla nas. -Soulier odkrył rzędy białych zębów i pozwolił obojgu w uldze oderwać od siebie spojrzenia.

— Co mnie ominęło? -Reid rozejrzał się po znajomych twarzach, a detektyw Rogers pokrótce przedstawiła świeżo zdobyte informacje o denatce.


— Alice Bright nie nudziła się przez ostatni rok przed zmianą nazwiska. -Wrócił O’Neil trzymając raporty. Kątem oka zerknął na papierowy kubek z kawą, ale Sara szybko i dyskretnie zganiła go wzrokiem i wskazała podbródkiem na jego dłonie, w których trzymał dokumenty. Po przywitaniu się z Reidem przeszedł do rzeczy.

— Sytuacja z kąpielą nie była pierwszym zgłoszeniem. Tutaj mam ułożone raporty chronologicznie… -Wręczył Rogers część kopii. -A tutaj raporty ze zgłoszeń, za które później w jakiś sposób próbowano się zabrać.

— W jakiś sposób? Chyba nie brakuje w Londynie ludzi do pracy, że nie mogli tego zbadać. -Wzięła do ręki plik kartek.

— Owszem, mogli. Ale w jaki sposób, jeżeli za każdą sytuacją kryła się aluzja niepoprawnego romantyka? -Odpowiedział Will. — Wzięli pod lupę kilku amantów, którzy wcześniej korzystali z jej usług matrymonialnych. Nikomu nie mogli nic udowodnić, a sama Alice negowała każdą prawdopodobną i zdolną do tego osobę.

— „Wypieczony chleb w piekarniku…", -Rogers przeczytała nagłówek raportu. — Założyli jej później kamery, albo podsłuch? -Zapytała nie odkrywając wzroku od linijek tekstu.

— Nie zgadzała się. W czwartym z kolei raporcie sam kapitan posterunku ze śródmieścia opisał swoją prośbę do Alice o założenie całego zestawu, ale odmówiła mówiąc, że czułaby jakby, tutaj cytuję „to on na nią patrzył”. -Pokręcił głową. -Jestem pewny, że Jack zrobił co w jego mocy, żeby ją przekonać. — Ze zrozumieniem zmarszczył brwi i pozwolił Rogers dojść do głosu.

— No dobrze… -Sara znów podeszła do tablicy, aby zapisać kolejny punkt dyskusji. -Zgłoszeń w ciągu roku było sześć. Po raz pierwszy, dwa miesiące po rozwodzie i kolejno co osiem tygodni, jakby regularnie szykował nowe dla siebie zadanie i wykonywał je, wcześniej poznając jej rozkład prawdopodobnie każdego dnia.

— Jeżeli cały plan w jej domu przygotowywał dwa miesiące wstecz musiał znać jej rutynę, śledzić ją i układać plan na wszelki wypadek, gdyby coś w jej dniu miało ulec zmianie. -Dodał agent Reid, który pracując dla służb federalnych bardzo często miał kontakt z fetyszystami, osobami o zaburzeniach osobowości o zachowaniu dysocjacyjnym, którzy dokonywali morderstwa dopiero po wcześniejszych wykreowanych przez nich samych okolicznościach i stworzeniu odpowiedniego scenariusza z dopracowanymi szczegółami. Nie ważne, czy było to prześladowanie, grożenie, czy niewinny flirt w barze; niektórzy nie potrafili po prostu zabić — musieli znaleźć w człowieku coś, co ich zainspiruje i dzięki czemu ulegną prowokacji. Miał w takich sprawach doświadczenie, dlatego gdy tylko wtrącił się do rozmowy Sara spojrzała na niego czekając na jakąś myśl, sugestie, instynkt i przeczucie.

— Myślisz, że to były mąż? -Zapytała wreszcie.

— Za wcześnie, żeby w ogóle się nad tym zastanawiać, ale to mało prawdopodobne, chyba, że oszalał na jej punkcie po rozwodzie, albo do reszty ją znienawidził. Mało prawdopodobne, że popadł w którąkolwiek ze skrajności. — Zazdrość, zawiść, czasem zwykłe przywiązanie, które nie pozwala zrezygnować z ukochanej osoby i doprowadza do szaleństwa to częstsze zjawisko wśród przeciętnej grupy społecznej. — Ktoś taki jak Sutherland ma zbyt wiele do stracenia. Po za tym myślę, że gdyby jego priorytetem był związek z żoną to nie dopuściłby do zatrzymania przez nią własnego nazwiska. Nie sądzę, że Sutherland należy do tego typu mężczyzn. Dla niego liczy się kariera. -Przez dłuższą chwilę zawisł wzrokiem na oczach detektyw, po czym spojrzał na kilka ostatnich linijek tekstu. -Zwłaszcza, że od ostatniego ataku na Alice minęły dokładnie dwa miesiące.

— Dlaczego zwłaszcza? -Will zmarszczył brwi zastanawiając się, czy Sutherland sam strzeliłby sobie w kolano, jeśli policja miałaby później powiązać czasowe spójności.

— Bo tyle właśnie trwał rozwód. Dwa miesiące katuszy, które facet znosił po dwóch latach, wydawać by się mogło idylli, która go spotkała. -Doczytał to spostrzeżenie jednego z policjantów prowadzących tę sprawę.

— Więc… -Sara okrążała biurko. -Nie uważasz, że to całkiem możliwe? Że Sutherland oszalał. Odległość między każdym kolejnym napastowaniem dziewczyny to dokładnie tyle ile trwał rozwód.

— Właśnie dlatego tak nie uważam. — Wyprostował się Reid. — Ten fakt zwyczajnie ktoś wykorzystał wiedząc, że na koniec będzie to punkt zaczepienia, gdy dziewczyna zginie. Sutherland jest bystrym gościem. Raczej wziąłby to pod uwagę i zabijając zrobiłby wszystko, żeby nie dopuścić nas do tych skojarzeń.

— W takim razie… — Zaczęła Sara. — Od razu możemy z góry założyć, że ten kto ją nachodził od samego początku planował morderstwo. Może jeszcze do końca nie wiedział, kiedy i w jakich okolicznościach, ale przygotował sobie grunt.

— Czy w takim razie celem mordercy była Alice, czy wrobienie Sutherlanda w morderstwo? — Zauważył Will.

— Konieczna jest rozmowa z mężem. — Odpowiedział Reid. — Sutherland mógł mieć wrogów, a Alice to szantaż idealny.

— Słuchajcie. — Kontynuowała Sara. — Czy to nie jest zbyt naciągane? Napastnik zadaje sobie tyle trudu. Dokładne czasowe odstępy między przygotowywanymi scenami w jej domu. Dokładna aranżacja wszystkiego… — Rogers przeglądała właśnie zdjęcia z domu Alice Bright z policyjnych akt po każdym z włamań. -… I zabija ją w parku? To do siebie nie pasuje. Taki maniak nie mógłby zabić w ten sposób. Nie mógłby patrzeć na jej brudne ciało. Nie mógłby zostawić jej na środku ulicy. Ten kto wtrącił się do jej życia i straszył nie pozwoliłby sobie na tak niski poziom doznań podczas zabójstwa. To dwie różne osoby. — Telefon Rogers uruchomił wibracje w jej kieszeni i oddaliła się na kilka kroków.

— Spójrzmy na to z perspektywy ofiary. — Zaczął Will, gdy Rogers ponownie do nich dołączyła. — Alice Bright, prostytutka. Nie zmienia swojej tożsamości, ryzykując, że w każdym momencie w jej związku z wpływowym człowiekiem Londynu wszystko się wyda. Ryzykuje całe dwa lata nie bacząc na konsekwencje, nie zmieniając nazwiska, które znała każda agencja dziewczyn. Tak na prawdę każdy z jej przeszłości, który mógłby jej złorzeczyć miał możliwość zniszczyć jej nowe idealizowane życie. Tego już z pewnością się nie dowiemy, ale w tamtym momencie nagle zaczyna się jej najgorszy możliwy koszmar i dziewczyna zmienia tożsamość, bo ktoś po rozwodzie zaczyna ją prześladować… Możliwe, że morderca, o którym mówisz nie jest tym, który ją nachodził, ale wiedząc, że ktoś prześladuje Alice wykorzystał to i zabił ją myśląc, że wszystko pójdzie na konto Sutherlanda. A wróg polityka mógłby wiedzieć o tym, co przeżywała Alice we własnym domu… — Will często myśli na głos. Studiując akta, sugerując hipotezy stara się głośno analizować. -Musimy wziąć pod uwagę, że morderca Alice to ktoś z bliskiego otoczenia ich obojga. Musiał wiedzieć o jej operacji, zmianie tożsamości i całej reszcie.

— Prawdopodobne. A jeśli ktoś czyha na posadę naszego polityka i jednocześnie wiedział o prześladowaniach na Alice mógł ją zabić licząc, że policja zawęzi śledztwo wokół Sutherlanda, a jego droga kariery będzie prostsza. — Na zbyt wiele zakamarków wszyscy reagowali tymi samymi długimi oddechami i chwilami ciszy poświęcając moment na koncentrację. — Jeżeli bierzemy pod uwagę, że zabił ją człowiek z otoczenia Sutherlanda, to musimy znaleźć osoby, które mogły wiedzieć również o prześladowcy.

— Robi się. — Will po raz kolejny zniknął udając się do biura IT.

— Ja widzę w tym całą masę ironii. -Przyznał cicho sierżant Soulier kręcąc głową. -Ustatkowała się, wyszła na dobrą drogę, ryzykowała jej rozpoznanie, może nawet zapomniała o swojej wstydliwej przeszłości, a tu nagle rozwód i kobieta jest na tyle zastraszona, żeby zmienić nazwisko. — Kontynuował Kevin. -Kto bardziej boi się konsekwencji swojej przeszłości od utracenia dotychczasowego dobra? Normalnie zmieniłaby tożsamość zanim poślubiła jedną z najbardziej wpływowych osób w mieście, żeby jej życie mogło się ułożyć. Jak mogła ryzykować coś takiego?

— Może nie dbała o pieniądze. -Agent Reid przyglądał się nowo tworzonej przez detektyw Rogers tablicy.

— Kto o to nie dba odbijając się od dna? -Kevin dostrzegł wreszcie swoją neutralną pozycję narratora i zamilkł patrząc pytająco na Reida.

— Właściwie to się zgadzam. Jak mogła o to nie dbać? Kłaść się spokojnie spać i budzić z myślą, że w każdej chwili ktoś zacznie węszyć chcąc usunąć polityka z gry, wytrącając mu pałeczkę z dłoni w skutek skandalu, czy w wyniku zawiści zabrać Alice to, co dostała w nowym życiu. -Reid upił łyk parzącej go w usta kawy.

— Musimy zaryzykować i ustawić Sutherlanda w odpowiednim na tę chwilę dla niego miejscu. — Soulier podszedł do tablicy i napisał jego nazwisko po drugiej stronie wypisów Rogers — jako głównego podejrzanego. Kapitan Hudson przyglądając się wszystkiemu z boku skinął głową popierając młodego Sierżanta. — Może wściekł się po rozwodzie, ktoś faktycznie ją zastraszał a on w tym całym szaleństwie pomyślał, że problemy ucichną wraz z ostatnim oddechem Alice. Wykorzystał fakt jej nękania przez jakiegoś maniaka i zlecił morderstwo w parku. Jest bystry. — Zwrócił się bezpośrednio do Reida popierając jego wcześniejsze słowa. — I może to jego plan idealny? Dobrze wie, że nic u niego nie znajdziemy więc stworzymy sobie zupełnie inny, ale równie dobrze pasujący scenariusz do historii Alice.

— To mogłoby się zgadzać. — Poparła Sara. — Ale byłoby też zbyt idealne. Idealne wrobienie kogoś, kto naprawdę mógł ją kochać. — Zakończyła zdanie a jej telefon znów rozbrzmiał. -Przepraszam. — Oddaliła się o kilka kroków i przez chwilę wysłuchiwała relacji.

— Jakieś nowe wieści? — Zapytał Kapitan.

— Wiemy na pewno, że wielbiciel Alice jej nie zabił. — Wszyscy zgodnie czekali na słowa potwierdzające. -Kolejny romantyczny wieczór czekał na nią minionej nocy. — Dodała i stanęła opierając się o biurko rytmicznie postukując palcami w ekran telefonu.

— Wiemy teraz, że w ogóle nie wróciła wczoraj do domu. — Odnotował Reid. — Z kim mogła być?

— I gdzie. — Dodała Sara. — Sprawdźmy miejski monitoring. –Sierżant Soulier zgodnie przytaknął głową i usiadł przed komputerem swojego biurka.

— A jeśli to również jest przykrywką dla mordercy? — Wtrącił Soulier. — Możliwe, że morderca był jeden. Nachodził ją, w końcu w akcie gniewu zabił, pomimo, że wcześniej po raz kolejny zaaranżował jej dom na randkę. — Przygryzł dolną wargę nie tracąc podzielnej uwagi przy przeszukiwaniu odpowiedniego na mapie miejskiego monitoringu. -Morderstwo byłoby w takim wypadku nagłe, niespodziewane również dla niego.

— Mógł zobaczyć ją w parku z kimś, z kim miał nadzieję jej nie ujrzeć. Przygotował kolacje, śledził ją… — Sara zerknęła na mapę miasta zawieszoną na ścianie za jej biurkiem. — Dom Alice znajduje się bardzo blisko parku Dulwich.

— Więc podczas jej powrotu do domu nachodzi ją rozzłoszczony… — Zaczął Reid.

— Alice wraca ze spotkania z naszym X, a po drodze ginie, pomimo, że w domu czekała ją kolejna niespodzianka. — Rogers westchnęła. — Mamy kilka scenariuszy. Teraz sprawdźmy, który jest najbliższy naszej ofierze. –Will? — Zwrócił się w jej stronę gotowy do odpowiedzi, gdy tylko z powrotem przysiadł na brzegu biurka. — Sprawdziłeś z kim rozmawia Sutherland?

— Według bilingów, w ostatnim miesiącu najczęściej telefonował do swojego prawnika, gościa od PR-u i dwóch osób pracujących nad jego promocją.

— Sprawdźmy ich wszystkich. Wyślij do każdego patrol. Swobodne pytania; jak postrzegają stosunek między Sutherlandem, a Alice Bright. Max jest tylko człowiekiem, więc jeśli był wściekły na byłą żonę i obwiniał ją o nieumyślny sabotaż jego kariery, to na pewno jedna z tych osób była jego powiernikiem w tym czasie.

Przejście do sali głównej było tuż przy biurku detektyw Rogers, a z uwagi na delikatną sprawę przez wzgląd na pozycję polityka wolała nie odsłaniać przed nim ich dyskusji na posterunku. Nie wiedząc, czy powinno się podejrzewać byłego męża, czy jednak okazać mężczyźnie współczucie lepiej nie odkrywać swoich kart i spotkać się dopiero w biurze detektywa. Wszyscy oprócz Rogers rozeszli się po sali czekając na przyjazd Sutherlanda.

— Pani detektyw! -Ledwo usłyszała, ale zamyślona jeszcze przez chwilę nie odwróciła się za siebie. -Detektyw Rogers! -Jeden z funkcjonariuszy zbliżał się w jej stronę. Zmęczony truchtem odetchnął ciężko. Pierwsze krople potu przetarł dłonią, a kilka głębszych oddechów pozwoliło mu na przemowę.

— O co chodzi? -Sara wciąż była rozkojarzona jednak widząc powagę policjanta stanęła na wprost niego pełna uwagi.

— Pan… -Spojrzał w kartkę, którą trzymał w ręce wciąż sapiąc.

— Max Sutherland. — Ułatwiła. — Miał dotrzeć eskortą. -Odpowiedziała twardo podejrzewając, że mężczyzna odmówił dobrowolnej rozmowy na posterunku.

— Właśnie od niego wracamy… — Parker był jednym z tych, którzy z własnej woli i z braku chęci nigdy nie awansują, ale nie lubią źle wykonanych zadań, dlatego też sierżant Soulier jeszcze na miejscu zbrodni wysłał właśnie jego. Sara słysząc jego rezygnację była pewna, że użył wszystkich argumentów, aby przekonać byłego męża ofiary do spotkania na posterunku.

Na ten moment jako siedmioletnia stażem detektyw, do końca nie była pewna czy postępuje dobrze.

Czy zgodnie z prawem i procedurą? Owszem. Ale czy przekazanie wieści o śmierci byłej żony na terytorium Sutherlanda nie byłoby rozsądniejszą decyzją? Miał motyw i sposobność, więc nie musiała tłumaczyć się ze swoich decyzji. Ale przed sobą. Czy postępuje etycznie, czy bezwzględnie i chłodno jak zaprogramowany inspektor.


Czy jednak to jest jego gra. Może postępuje na tyle chytrze, że detektyw Rogers nie jest w stanie odgadnąć prawdy i słucha głosu sumienia.

W każdym razie, teraz, gdy okazało się, że Max Sutherland odmówił przyjazdu Sara jest zmuszona zjawić się tam osobiście i pojednać się ze swoim rozsądkiem.

— Dziękuję Steve. Ustaw radio na nasz kanał. -Słysząc to Parkerowi znów wrócił hart ducha na dzisiejszy dzień i niezwłocznie wyciągnął zza paska krótkofalówkę ustawiając na niej odpowiednią częstotliwość. Był pocieszony tym, że mimo tak małego wkładu ze swojej strony dostał zaproszenie do udziału w śledztwie. Miał być w gotowości, czekać na swoją część pracy. Sara miała bardzo przydatną umiejętność zjednywania sobie ludzi niekoniecznie na zasadzie przełożony-podwładny. Starała się o to, aby ktoś chętny do działania spełniał się w swojej pracy. W rezultacie zyskiwała nie tylko dobrych ludzi, policjantów, ale również ich zaufanie do siebie i swoich działań.


— Sierżancie. -Zwróciła jego uwagę, a ten widząc, jak detektyw zarzuca na ramiona marynarkę niezwłocznie zerwał się z krzesła podążając za nią.

Sara znała obycie młodego detektywa. Dobrze jej się z nim pracowało w terenie. Zawsze wiedział jaką postawę przyjąć, czego nie robić, co należy, a czego nie wypada. Był mądrym i bystrym uczniem oraz współpracownikiem. Poniekąd tylko do niego mogła się zwrócić o wsparcie w sytuacji, gdzie była na celowniku wszystkich z posterunku, którzy tylko czekali, aż wyznaczą nagrodę za jej głowę. William O’Neil, jak zawsze na początku śledztwa sprawdzał wszystkie ślady w sieci i na gruncie przeszłości. Przykuty do biurka miał swoją pracę do wykonania, a dla dobra śledztwa i ofiary Sara nie śmiała go od tego odrywać.

— Reid rozmawia przez telefon

w biurze. Dołączy na pewno na dole.

— Nie jedzie z nami. — Wyjaśniła krótko.

— Ta sprawa to jego priorytet. — Kevin był o głowę niższy od detektyw więc jej szybki krok musiał skutecznie nadrabiać. — Wreszcie trafia się ktoś z wyższej półki. Myślisz, że odpuści?

— Zanim dojdzie do samochodu, my już dawno będziemy w drodze.

— Ale w końcu dojedzie.

— O ile potrafi ściągnąć blokadę z koła. -Sara nawet nie była ciekawa reakcji swojego rozmówcy, który na chwilę zaniemówił.

— Kiedy zgłosiłaś to złe parkowanie? -Sierżant wyraźnie zaabsorbowany przebiegłością Rogers ruszył za nią przywiązany niewidzialną nicią.

— Jeżeli wszedłby z nami do Sutherlanda, ten mógłby wykorzystać to i celować we mnie uwagami, dzięki którym podwyższyłby tylko swoje morale. Niepotrzebnie. Nam chodzi głównie o jego pokorę i zwięzłe odpowiedzi. — Wyjaśniła.

— Zaskakuje mnie Pani. -Ostatnie zdanie kończył wsiadając już do samochodu. Chłód jaki panował w jego wnętrzu ukoił ich oboje. Pospiesznie wbiła bieg i po zawróceniu auta zobaczyła we wstecznym lusterku zbiegającego ze schodów agenta Reida. Nawet nie patrzył w ich kierunku. Wybiegł z posterunku i w drodze do swojego Dodge zarzucił na siebie długi, czarny płaszcz odbierając przy tym telefon.


— Detektyw Sara Rogers i sierżant Kevin Soulier. -Zaczęła w holu głównym. -Do pana Maxa Sutherlanda. -Buzia niewinnej o blond włosach sekretarki w mgnieniu oka po zakończeniu zdania przez detektyw zmieniła się w twarz naburmuszonej panienki.

— Policji brakuje dzisiaj wrażeń? — Rzuciła i wywracając oczami wykręciła numer wewnętrzny.

— Detektywi do pana. -Odezwała się do słuchawki i zaraz odłożyła ją z powrotem na widełki.

Oboje wymienili między sobą spojrzenie i wrócili wzrokiem do kobiety.

— Szef ochrony zejdzie do Państwa. — Lekko podniosła się z biurowego krzesła. -Zapraszam tutaj. -Zza wysokiej lady wyłoniło się metr pięćdziesiąt na wysokich czarnych szpilkach ubrane w przylegającą do ciała małą czarną i kwiecisty żakiet. Zeszła energicznie z podium. -Proszę usiąść. — Wskazała ręką na zestaw wypoczynkowy pod ścianą sztucznego wodospadu. — Mogę zaproponować kawę, herbatę.

— Propozycja padła z jej ust niechętnie, jakby miała nadzieję niczego nie parzyć.

— Dziękujemy, jednak zaczekamy tutaj. -Soulier odezwał się do jej pleców, gdy oddaliła się od nich o znaczne kilka metrów.

— No dobrze. -Zmusiła się do uśmiechu i wróciła na swoje miejsce. -W takim razie pozwolicie państwo, że wrócę do swojej pracy. –Poprawiła włosy, upiła łyk kawy z błyszczącego kubka i biorąc między palce długopis zaczęła wstukiwać słowa na klawiaturze komputera.

— Naturalnie. -Sara mówiąc to uśmiechnęła się do detektywa.

Cisza wewnątrz była uspokajająca. Co jakiś czas słychać było zatrzaskiwane drzwi w pobocznych pomieszczeniach, gładki śmiech, jakby wywołany krótkim żartem i dźwięki obcasów niesione echem.

— Wie pani, że Sutherland nie musi z wami rozmawiać. -W punkt. Nie mogła się powstrzymać widząc na twarzy detektyw Rogers tak łagodny i pewny siebie uśmiech.

Zazwyczaj takie drobne sekretarki wiedzą więcej niż się wydaje, a Sara była tego świadoma przez doświadczenie w przelotnych znajomościach kobiet pokroju, jak udało jej się odczytać z identyfikatora na piersi, Veroniki. Władza nieduża, ale jednak. Mogła nieco nadużyć swojej pozycji, poczuć, że jej rola strażnika drzwi przełożonego wydaje się pełniejsza, jeśli to ona jest pośrednikiem w przepuszczaniu gości. Oczywiście miała rację.

Sara zdawała sobie sprawę również z tego, że jeżeli się ich nie naciska i stwarza na pozór uprzejmą, acz obojętną relację, wtedy nic nie jest w stanie wyprowadzić bardziej z równowagi i nic tak nie skłoni do rozmowy, jak łagodna i pewna siebie postawa.

Połknęła haczyk, więc nie pozostało nic więcej jak przyjąć rozdane karty, jednocześnie wiedząc, że dziewczyna ma rację; Max Sutherland wcale nie musi z nimi rozmawiać.

— Co ma Pani na myśli? -Przyjęła postawę wciąż pewnej siebie, ale pokornej. Była tym śmielsza, gdy nie usłyszała z ust sekretarki „pan” przed nazwiskiem polityka. Wiedziała już więc, że dziewczyna ma elastyczny stosunek do swojego szefa.

— Po rozwodzie zmienił wszystkich swoich adwokatów. Ma najlepszych w mieście, więc przegonienie was stąd to kwestia telefonu. -Kobieta nie tylko poczuła smak władzy, którym pachniało jej skórzane krzesło, ale sama prosiła się o dociekliwsze pytania.

— Rozwód był szybki, bez kłótni, czy dodatkowych spraw. Po co zmieniał adwokatów, skoro poprzednicy spisali się przy tak głośnym procesie? -Dziewczyna wplotła palce w część włosów i zakręciła jeden kosmyk.

— Jest przezorny. -Kompletnie nie miała pojęcia.

— Chyba nie ma nic na sumieniu, skoro przyjmuje nas na rozmowę? -Sara spróbowała od razu storpedować zaufanie Sutherlanda do swojej sekretarki i zadać bezpośrednie pytanie. Ryzykowała, że dziewczyna się wycofa, ale trafiło jej się ziarno.

— Kto tutaj nie ma nic na sumieniu pani detektyw? — Odpowiedziała pytaniem na pytanie. Ja czasem zapominam nakarmić rybek, ale proszę spojrzeć na moje miejsce pracy. -Zaśmiała się i obie omiotły miejsce wzorkiem. Co prawda najbardziej wytworna recepcja, jaką przyszło oglądać detektyw Rogers, ale to wciąż tylko recepcja, zwykła asystentura. -Ci na górze, dzielący piętro z Maxem to są rekiny, które głodne niszczą wszystko na swojej drodze. -Dziewczyna spojrzała delikatnie na wycelowane w nią kamery, a Rogers zrezygnowała na jej subtelny sygnał.

— Pan Sutherland musi pani ufać, jeżeli zleca pracę, która wymaga dotrzymywania ewentualnych sekretów firmy i jego osoby. — Kontynuowała widząc chęci ze strony dziewczyny.

— On już nikomu nie ufa. -Jeżeli wiedziała coś, co pomoże im w sprawie, to prędzej, czy później przyjdzie do detektyw sama, bo całą gębą nienawidziła ludzi, którzy jej płacą.

— Pani detektyw? -Mężczyzna koło sześćdziesiątki w garniturze pojawił się u dołu schodów. -I sierżant Soulier oczywiście. W mieście zaczynają tworzyć się historie o pańskiej wschodzącej gwieździe. Gregory Cole. -Wyciągnął dłoń na przywitanie. -Miło nam Państwa gościć. Czemu możemy być wdzięczni, że jedni z najlepszych detektywów Londynu przychodzą do naszego domu z niezapowiedzianą wizytą? -Pomimo jego elokwencji dobór słów i zamiar był oczywisty. Równie dobrze mógł zapytać: „czego tutaj?”.

— Chcielibyśmy spotkać się z panem Sutherlandem.

— Naturalnie. — Zgodził się odsłaniając rząd białych zębów. -Zdążyliśmy to ustalić z Pani podwładnym. Niestety Pan Sutherland przygotowuje się do ważnego wywiadu i nie życzył sobie gości do południa. -Pewność siebie nie opuszczała mężczyzny z przyklejonym do twarzy złośliwym uśmiechem.

— Co pan powie, Panie Cole. -Sierżant Soulier rozejrzał się po wnętrzu. -W takim razie proszę z nami. -Kevin wiedział, że konsjerż z tak tanimi manierami nie może być przygotowany prawnie do tego spotkania i zdecydowanie nie z tego punktu. — My jako gwiazdy Londynu, że się tak wyrażę odnosząc się do Pana słów… -Spojrzał na Rogers, która kompletnie nie mogła wejść w swoją rolę. -Musimy kogoś dowieść do sali przesłuchań. Planowaliśmy tylko porozmawiać, ale skoro chciałby Pan przybrać rolę Pana Sutherlanda musimy zareagować. -Zrobił krótką pauzę, aby Gregory Cole mógł zrozumieć wreszcie w jakiej sytuacji się znalazł. -Skoro pan wychodzi jako jego adwokat pojedzie pan z nami. — Odwzajemniając uśmiech przyłożył dłoń do paska nieznacznie odkrywając palcami srebrne kajdanki przypięte do szlufki. — Skoro odpowiada Pan w imieniu swojego szefa spiszemy zeznania i omówimy sprawę na posterunku. Właściwie to… -Zdjął z niego dłoń i zaczął przechadzać się po obszernym biurze wystukując palcami nikomu nieznajomy rytm na kaburze broni. -Właściwie… Pana nie musimy prosić o zgodę. — Zwrócił się do detektyw, która wciąż nie zmieniając swojej pozycji, przyglądała się wydarzeniu z dużą dozą zainteresowania. — Zgodzi się Pani ze mną, Pani detektyw? -Soulier roześmiał się i odpiął od paska kajdanki. -Wolisz bez smyczy, czy użyć dla podtrzymania klimatu, który tak śmiało wznieciłeś? -Stal zabrzęczała, a Sara wychwyciła subtelny uśmiech dziewczyny.

— W porządku. Chodźmy, tędy proszę. -Przepuścił w drzwiach Rogers i wszedł na półpiętro pomiędzy dwoma detektywami. -Powiem tylko, że Pan Sutherland jest w swoim biurze od rana. -Przywołał windę z siódmego piętra.

— Greg! Wreszcie mówisz jak facet! -Soulier poklepał mężczyzna po ramieniu.


— Panie Sutherland, bardzo przepraszam, ale detektywi nalegali na spotkanie…

— Zapraszam. -Marne tłumaczenie przerwał niski męski głos. Od razu można było wyczuć w tym tonie nutę zdenerwowania.

— Zapraszam. — Gregory wszedł jako ostatni, lecz zganiony wzrokiem szefa szybko zniknął z gabinetu. Ciężkie, wysokie drzwi biura, z klamką na wysokości piersi dorosłego człowieka, delikatnie opadły na futrynę na powrót przy zamykaniu.

Mężczyzna jednym słowem przywitał gości z uśmiechem odkładając szklankę whisky. Nie zadawał sobie trudu, żeby wyjść zza biurka. Tak jak podejrzewała — pierwiastek pewności siebie utrzymywał się na jego terytorium.

— Nie przygotowałem go na pokaz z kajdankami. -Spojrzał na ekran monitora na przeciwległym końcu biura, na którym miał podgląd recepcji. -Dziewczyna mnie nie lubi, to jasne. -Przechylił szklankę przy ustach robiąc pilotem zbliżenie na sekretarkę i dopił resztkę alkoholu. -Ale zna się na odbieraniu poczty więc na pewno popracuje tutaj, dopóki nie nauczy się serwować kawy, jaką robi Gregory. -Uśmiechnął się bezpośrednio do detektyw Rogers. -Ale Pani… -Gestem ręki wskazał na jej twarz i opuścił ją wzdłuż jej ciała. -Detektyw Rogers, jest Pani ideałem kobiety, która wykonuje swoją ciężką pracę w męskim świecie. — Przygryzając usta ponownie wbił wzrok w jej ciało. — Pomimo psa hamującego pani temperament rzecz jasna. — Obdarował ją uśmiechem.

— Panie Sutherland. -Zaczęła spokojnie nie zwracając uwagi na jego próbę prowokacji.

— A propos, a gdzie Pani pit bull? Zerwana smycz? -Nie znał granic, które mogłyby powstrzymać jego temperament. -Soulier na koniec jego ostatniego zdania gotów był odpowiedzieć atakiem, jednak wzrok Rogers powstrzymał go przed zawaleniem tej rozmowy, która miała przebiec profesjonalnie przynajmniej z ich strony.

— Doszło do morderstwa i mamy nadzieję, że współpracując z nami odpowie pan na kilka istotnych pytań. -Ustąpił wreszcie nie komentując. Detektyw Rogers wciąż walczyła z samą sobą, czy aby na pewno nie przekracza granic etyki. Rozpoczęcie rozmowy z byłym mężem od pytań w sprawie jego alibi było istotnie dalekie od możliwej przyzwoitości.

Sara jednak miała zbyt wiele podejrzeń, a dla niej liczyła się wyłącznie ofiara. Czuła, że koniec końców może odpowiadać wyłącznie przed Alice Bright, a wszelkie jej czyny moralne, czy też nie są przede wszystkim działaniem na rzecz kobiety, której ciało spoczywa w tej chwili w chłodni. -Co robił pan pomiędzy czwartą, a szóstą dzisiejszego poranka? –Sara sprawdzała jego domniemaną niewinność przez sposób w jaki mógłby odpowiedzieć niewerbalnie. Przez spojrzenie i mowę ciała.

— Nie ustaliliście jeszcze dokładnej godziny? -Zapytał podtrzymując swój bezczelny uśmiech. Sara poczuła na swoim ciele łagodne mrowienie wywołane gęsią skórką. Zastanawiała się, czy Sutherland wie w jakiej sprawie przyszli i ubogi w sumienie drażni się z nimi wspominając jak trzymał swoje dłonie na szyi byłej żony.

— Więc na pewno jestem waszym pierwszym podejrzanym, skoro do tej pory nie macie dokładnych informacji. -Dokończył zalewając dno szklanki nową dawką. Kryształowa karafka odbijała promienie porannego słońca i jak kalejdoskop łamała światło na różne kolory. -W co tym razem próbuje wrobić mnie moja niesławna konkurencja? — Po tych słowach Rogers uspokoiła nerwy i wspomniała jak Will mówił o częstych telefonach Maxa do swojego prawnika.

— Panie Sutherland, dziś rano zamordowano pana byłą żonę. -Bum. Mężczyzna przez chwilę był zmieszany, a to ustąpiło miejsca rezygnacji ze swojej dotychczasowej postawy. Oparł się o biurko i napiął wszystkie mięśnie twarzy. Karafka uderzyła o blat z grubego plastra dębowego drzewa. Detektyw Rogers opuściły wyrzuty sumienia, że zakazała funkcjonariuszowi podawać powodu jego przesłuchania. Poczuła się lepiej przekazując te wieści osobiście. W razie domniemanej niewinności Sutherlanda nie liczyła na inną reakcje. Nie dodając wyrazów współczucia czekała cierpliwie na powrót mężczyzny z jego wspomnień.

Siedem lat temu, robiąc to po raz pierwszy odczuła nie tylko współczucie, ale długo w swoich wspomnieniach powracała do twarzy mężczyzny, któremu składała kondolencje. Ojca, który nazajutrz miał pochować swoją siedemnastoletnią córkę.

Rogers była pogrążona w żałobie i praca, którą wtedy wykonała, zamykając osobiście kraty więziennej celi, była wyrażeniem jej kondolencji — ostatniej łaski wobec zmarłej.

— Dziś rano detektyw O’Neil próbował się z Panem skontaktować.

— Słucham? -Oderwany od swoich myśli zdziwiony skakał wzrokiem po obu gościach. -Nikt do mnie nie dzwonił… Nie. Nie miałem żadnego telefonu. -Przycisnął dłonie do oczu i zacisnął kości żuchwy policzkowej z siłą, przez którą przebił się zgrzyt zębów. -Moja Alice… — Jęknął. — Jak to się stało?

— Park Dulwich. –Mówiła łagodnie. Postawiła na ostrożność i dawkowanie informacji. Ale czy słowa będą miały znaczenie, czy są może tylko narzędziem. Bezprecedensowym narzędziem, które nijak się ma do tragicznych wydarzeń. Nie mają żadnej wartości wobec czynu i niezależnie w jaki sposób wieści zostaną przekazane, ani z jaką ilością litości i życzliwości, niczego to nie zmieni. Nie zwróci życia. Więc Sara pamiętając tę mantrę była naturalna i spokojna. Gdyby pozwoliła sobie na przejęcie uczuć od osoby, której mówi o śmierci najbliższego, to serce chciałoby się wyrwać z klatki, a rozsądek zastąpiłyby uczucia niepozwalające na racjonalną ocenę podejrzanego. To też ćwiczy od początku i choć trudno w to uwierzyć, zawsze jest poruszona w takich chwilach, a uczucia uwalnia w domu. W bezpiecznej opoce, gdzie nie musi przecierać łez, ale dać im wyschnąć na skórze.

— Park… — Powtórzył, a jego twarz poszarzała. Nie spodziewał się, że Sara wymieni jedno z publicznych miejsc. -Moja Alice… Alice. — Powtarzał jej imię kilkukrotnie różnym tonem i barwą głosu, jakby miało to sprawić, że wreszcie czar pryśnie, wybudzi się i wszystko okaże się być koszmarem.

Sara miała tylko chwilę, żeby tak naprawdę mu się przyjrzeć. Był zadbanym młodym mężczyzną z kilkudniowym zarostem. W rogu stała bieżnia, a okna z całego biura narożnego tylko w tym miejscu były odsłonięte. Miał idealnie zaprasowany kołnierzyk oraz mankiety rękawów i dopasowane od centymetra garniturowe spodnie. Był schludny i czysty, a przy tym miał idealną wymowę, charyzmę i aparycję. Mężczyzna doskonały, pomyślała Sara, która w tym samym momencie, w którym dojrzała jego zalety, wyegzekwowała również wady. Na przykład to, w jaki sposób przygryzał dolną wargę; nie zgadzało się to z jego ładną buzią. Ale nie o tym chciała teraz rozmyślać. — Poczuła suchość w gardle. — Wiedziała, że najistotniejszymi wadami tego człowieka była arogancja, lekceważenie i narcyzm. Do końca sama nie była pewna czy ta ostatnia była jego pierwotną wadą, dzięki której pewność siebie doprowadziła go na tak wysokie piętro, czy to raczej wada z tych nabytych, wykreowanych, którą nadaje osobisty trener. „Musisz wierzyć z taką siłą w siebie i swój rozwój, żeby pomimo totalnej klapy publicznej ludzie Cię oglądający uznali to za spektakularne! Żeby i oni uwierzyli.” Oczami wyobraźni widziała Sutherlanda stojącego przed całą stolicą, który dziarsko przygryzając usta dopija szkocką, strzepuje szklankę do ziemi, a wyznawcy zaczynają rytmicznie uderzać w wewnętrzne strony dłoni potakując synchronicznie głowami.

— O której godzinie zaczyna Pan dzisiejszy wywiad? — Wyrwała siebie i jego z chwilowego zatracenia.

— Słucham? — Tępo spojrzał przed siebie.

— Dlaczego nie chciał nas Pan wpuścić?

— Wcześniej wysłała Pani policjanta, który upierał się, żebym przyjechał na komisariat. Z całym szacunkiem Pani detektyw… — Nabrał powietrza i wypuścił je głośno. -… Moje ostatnie wizyty na policji dotyczą wyłącznie oszczerstw rzucanych przez innych kandydatów. — Włożył dłonie w kieszenie spodni. — Nie postąpiłbym tak wiedząc, że… — Urwał w połowie zdania. — Ale to Pani gra… — Dokończył ciszej tracąc z Rogers kontakt wzrokowy. Uśmiechnął się smutno.

— Proszę powiedzieć, gdzie pan był pomiędzy czwartą a szóstą dzisiejszego poranka. –Zaczął zniecierpliwiony Soulier.

— Biegałem. Wstałem po piątej… -Zaczął łamiącym głosem. — Przebiegłem około czterech kilometrów i wróciłem do domu po samochód. Parę minut po szóstej byłem już tutaj w biurze. — Każde kolejne słowo w jednej wypowiedzi wymagało od niego coraz większej ilości powietrza.

— Jakim samochodem aktualnie Pan jeździ? –Sierżant zerknął jeszcze na komisariacie na galerie aut Sutherlanda więc chciał się upewnić w posiadaniu jakiego samochodu jest aktualnie.

— Jaguarem z 89-ego. — Oczywiście ta informacja jest czysto teoretyczna. Jeśli Rogers zażąda nakazu na przeszukanie aut zapis z GPS wskaże dokładnie, który z samochodów był obecnie w użytku. Wiedziała, że ta droga dopiero się zaczęła, że czas na nakazy i ewentualne aresztowania w tej sprawie będą musiały poczekać. Na tę chwilę muszą zaufać swojej intuicji, szukać tropów, które pozwolą im ruszyć dalej.

— Czy miałby Pan coś przeciwko gdybyśmy przeszukali pański dom? –Nie zezłościło to Sutherlanda. Nawet jeśli miałby coś do ukrycia już dawno posprzątał przewidując tę prowokację.

— Śmiało. — Wyciągnął kluczyki z kocim symbolem z szuflady biurka. — Samochody też możecie. Gosposia otworzy wam drzwi.

— Wystarczy dom Panie Sutherland. — Odpowiedział Soulier. -Zaraz wracam. –Szepnął do Rogers i wyszedł na zewnątrz z telefonem do Willa. Poinformował go o obecnym samochodzie Sutherlanda, a ten potwierdził alibi mężczyzny. Według nagrań z miejskich kamer do pracy rzeczywiście udał się wspomnianym wcześniej samochodem. Czas zgadzał się, co do kilku minut podanych przez mężczyznę.


— Byłem sam… -Po chwili odezwał się, ale głosem innego mężczyzny, niż tego, którym był jeszcze chwilę wcześniej. Pewność siebie ulotniła się jakby wraz z ostatnim łykiem whisky.

— Proszę? -Rogers dała mężczyźnie trochę więcej czasu na przemyślenia niż planowała i przez to wziął ster rozmowy w swoje ręce wyznaczając zupełnie inny kurs niż przewidziała.

— Kilka dni temu dzwoniła do mnie zapłakana. Byłem sam i załgałem jej, że mam spotkanie biznesowe.

— Nie chciał jej Pan widzieć? -Sara nie wyrwała koła z jego rąk mając nadzieję, że dodatkowo ustali poboczne fakty, które mogą wpłynąć na śledztwo.

— Po rozwodzie cały czas miałem nadzieję, że Alice zmieni zdanie, ale wtedy byłem zły. — Przycisnął dłoń do blatu. — Rozumie Pani? — Wzruszył ramionami i delikatnie uniósł kącik ust. Uśmiech był gorzki. — Obudziłem się tamtego dnia i poczułem złość, że nie ma jej przy mnie. To wszystko z tęsknoty, ale gdy zadzwoniła chciałem, żeby przez chwilę poczuła to co ja. — Rzucił przekleństwem pod nosem i otarł twarz. — Gdybym wtedy się zgodził może nadal by żyła? — Wypuścił powietrze z płuc. Ona była… — Łzy wreszcie spłynęły po jego policzkach. Wystarczająco długo podtrzymywał je na krawędziach oczu. Soulier wrócił z holu energicznym krokiem, ale widząc twarz Maxa ucichł i łagodnie zbliżył się do Rogers. -Była emocjonalna, impulsywna, czasem szalona. Kochałem ja za to.


— Działała pod presją wydarzeń? -Zaczęła Sara ujmującym głosem.

— Tak… -Nie ocierał już więcej łez tylko przykładał dłonie do twarzy czekając, aż osuszy je temperaturą ciała. Po czym znów opuszczał ręce wzdłuż pasa stojąc nieruchomo. — Wiedziała, ile znaczy dla mnie ta posada.

— Czy nie było to już bez znaczenia, gdy wszyscy się dowiedzieli? Nie mógł Pan wciąż prowadzić swoich interesów w ten sam sposób czekając, aż brukowce znajdą kolejne żywe mięso? -Sierżant zadał pytanie tonem, który w większym stopniu odpowiadał jego prywatnym potrzebom informacyjnych niż służbowym. To jednak nie zwróciło uwagi Sutherlanda, który już składał zdanie na kolejną odpowiedź.

— Oczywiście, że mogliśmy to przeczekać. Burza trwałaby znacznie krócej, gdyby nie rozwód. Sami podtrzymaliśmy ciekawość publiczności i wydłużyliśmy własny skandal.

— Ale Alice nie ustąpiła. Nie miał Pan wyjścia. -Rogers przewidziała jego kolejną odpowiedź i swój następny atak. Oczami wyobraźni widziała kilka kolejnych ruchów przeciwnika, niczym w rozgrywającej się partii szachów.

— Myślałem, że to tylko przejściowe, że zrozumie, jak działa świat. Ludzie kochają skandale. Gdyby gazety pisały wyłącznie o pomyślnych dniach osób publicznych nikogo nie interesowałby nasz świat. Ludzie przestaliby popierać właściwe, czy też niewłaściwe osoby. Życie prywatne… Ale szczere życie, nie takie spod obiektywu jakiegoś pismaka to największy dowód naszej stabilności, egoizmu, dobra i zła. — Zamilkł.

— Musiał być Pan wściekły na żonę. -Iskra prowokacji chwyciła go za ramiona.

— Nie zabiłem jej, jeśli o to pani pyta, Pani detektyw. -Burknął, jakby nie do końca przejęty atakiem. Nie interesowała go twarz Rogers. Oglądał betonowy las za oknem.

— Po ilu tygodniach media ucichły, odkąd proces rozwodowy dobiegł końca? -Jątrzyła.

— Nie zabiłem jej! — Uderzając pięścią o dębowe biurko nie stracił równowagi. Przycisnął kłykcie do drewnianego mebla i spojrzał na detektyw wzrokiem, o który sama się prosiła. Jego oczy zmęczone były od ciągłego przecierania, a twarz poczerwieniała ze złości. Oczy diabła — pomyślała.

Dłuższą chwilę milczał wpatrując się w jej spokojną, przyjemną twarz.

— Afera nadal trwa. — Zaczął, gdy ochłonął. -Dziennikarze jak szczury kanalizacyjne szukają ciemnej nory, w której będą mogły zrobić dla siebie bezpieczną przestrzeń.

— Jak Pan myśli, dlaczego tak długo? -Zapytała równie spokojnie.

— Dlaczego? Jesteście bezczelni i wyniośli! -Soulier zrobił krok w przód, aby w razie wypadku swoim ciałem osłonić Rogers. Był nazbyt opiekuńczym podwładnym, jednak Rogers to nie przeszkadzało. Ona zaś wyszkolona, wysportowana o sylwetce proporcjonalnej i dumnej. Może nawet Kevin zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby doszło do jakiegokolwiek zagrożenia, Rogers mogłaby okazać się silniejsza. Mimo wszystko jego instynkt obronny był niekontrolowanym odruchem wobec kobiety.

— Wynika to z tego Pani detektyw, że ktoś od was sprzedawał raporty policyjne.

— Raporty ze zgłoszeń Alice? -Ani detektywi, ani Sutherland nie musieli zastanawiać się kto mógł mieć korzyści z tego, że afera zamożnego polityka wydłuży się o dodatkowe kilka miesięcy. Każdy skorumpowany policjant w mieście, każdy bez wyjątku mógł dodatkowo zarobić kosztem utraty pozycji Sutherlanda. Alice była bronią idealną. Ex prostytutka o łagodnym usposobieniu była narzędziem, które powoli, acz skutecznie mogło zrujnować karierę każdego wpływowego człowieka.

— Podejrzewali mnie. Wszyscy współpracownicy, każdy pracownik i rodzina. Wszyscy spiskowali i gdybali. Myśleli, że mógłbym zrobić jej krzywdę… -Znów zmienił postawę do detektywów. Tym razem siła opuściła go już na dobre. Rozsiadł się w swoim fotelu. Nieelegancko, okazując bezsilność. — Nigdy nie zrobiłbym jej krzywdy… -Słuchała cierpliwie jego słów. Rzetelnie studiowała jego twarz, siłę napięcia mięśni i zaczerwienione oczy wypełnione zmartwieniem.

— Panie Sutherland, mam nadzieję, że rozumie Pan naszą obecność tutaj. -Zaczęła wreszcie po wyczerpującym monologu mężczyzny. Była profesjonalna. Nie okazywała w tej chwili współczucia, nie obnosiła się ze swoimi hipotezami. Nie była podejrzliwa. Traktowała go, jak bliskiego ofiary, któremu musi zadać podręcznikowe pytania. Rozmawiała z nim w sposób suchy, ale nie oschły, łagodnie, ale stanowczo. Grzecznie, ale to ona decydowała, kiedy kończą jeden temat, a przechodzą na kolejny, aby rozmowa mogła ułożyć jeden obraz.

Miała poukładaną w głowie teorię, która wynikała ze słów Sutherlanda. Jak mogło być? Jeśli mężczyzna mówi całą prawdę, była to sprawa prosta i trudna zarazem.

— Chcę Pani pomóc… Może trudno w to uwierzyć, ale… — Oparł ręce o biurko i spojrzał w jej oczy. — Proszę pomóc i mnie. Chcę wiedzieć kto… Moją Alice. — Zakończył szorstkim tonem.

— Czy podejrzewa Pan któregoś ze swoich politycznych konkurentów. Byliby zdolni posunąć się do morderstwa prowokując Pana? A może ktoś jest na tyle zuchwały, że mógłby chcieć, żeby wina spadła na Pana. — Sutherland był człowiekiem wykształconym, ale nie to sprawiło, że tak szybko przeszedł od łez do faktów, że był w stanie logicznie myśleć i kalkulować. To odbyło się przez jego treningi. Na jego stanowisku musiał rozwinąć tę część mózgu, która odpowiadała za stabilność emocjonalną i samokontrolę.

— Nie wiem. Może tak, może nie. Ktoś nachodził ją przez prawie rok w jej własnym domu. Myślę, że gdyby mieli ją zabić i wrobić w to mnie zrobiliby to szybko nie bawiąc się w żadne gry i nie narażając się na zostawienie po sobie śladów. — Przerwał i spojrzał na detektyw przymrużając oczy. Chwilę studiował jej twarz. Przyglądał się, w końcu wstał z krzesła spierając dłonie o biurko nachylił się ostrożnie w jej stronę i zaczął szeptem. –Uważa Pani, że to dwie różne osoby… — Patrzył na nią i zaczynał rozumieć. — Nie zabił jej ten, kto ją prześladował. — Sara potwierdziła milczeniem. Przyłożył dłoń do czoła i potarł je intensywnie rzucając pod nosem kilka przekleństw. — Myśli Pani, że poświęciłbym jej życie? Że naraziłbym ją? — Sara splotła palce dłoni na wysokości bioder.

— Muszę zadać to pytanie nie ważne jakie były okoliczności.

— Zatem proszę je zadać. -Patrzył na nią czekając, aż słowa Rogers spoliczkują go i wyrwą z niego resztki sił. Detektyw oczami wyobraźni widziała jego upadek i jego cierpienie. Zacisnęła usta nie pozwalając im się wysuszyć i w swoim ciele w okolicach płuc poczuła intensywne ciepło, jakby spływające z głowy, bo w ten czas całą buzię miała chłodną w dotyku. Czuła jak skóra na policzkach kurczy się pod wpływem zimna. Cisza przeszyła jej myśli. Dwukrotnie musiała powtórzyć wewnątrz siebie słowa, które zaraz wypowie. I tak nie znalazła łagodniejszej wersji tego pytania. Nie wyszukała pośród tysięcy zwrotów tego jednego, które nie uderzyłoby Sutherlanda, nie zestrzeliło jego duszy.

— Panie Sutherland. — Głośno wypowiedziała jego nazwisko. — Czy morderstwo na Alice Bright, pana byłej żony, może być skutkiem szantażu odbijającym się na Pana osobie i karierze? Czy postawiono Pana w jawnej sytuacji, z której wynikać mogło, że Alice Bright miałaby być kartą przetargową w pańskim zaangażowaniu w sferę polityczną, a Pan nie zareagowawszy nie poddał się groźbom, w wyniku których zagrożone było życie Alice Bright? -Zakończyła. Czekała, aż mężczyzna będzie mógł odpowiedzieć nie dławiąc się łzami. Najpierw pojawiły się oklaski. Uderzał dłońmi wolno, głośno.

— Dlatego jest najlepsza… — Włożył ręce w kieszenie spodni. -Nigdy nikt nie zgłosił się do mnie. — Był poważny i stanowczy. — Nie grałem życiem Alice. — Uspokoił się i ze wzrokiem wbitym w detektyw zaczął ją nienawidzić i był wdzięczny jednocześnie za brak ograniczeń i współczucia. Był pewny, że przyzwalając na pracę detektyw Rogers w sprawie zabójstwa jego żony może liczyć na jej intensywność.

— Proszę nam opowiedzieć o swoim dzisiejszym poranku. –Rogers odetchnęła zmieniając temat.

— Mam gosposię w domu, może widziała, jak wychodzę, a później jak zabieram samochód. -Sięgnął na biurko po kartkę papieru i pióro. -Prya Labbay. -Napisał niezgrabnie i szybko jej nazwisko oraz adres wręczając kartkę sierżantowi. Już rozchylił usta, żeby zapytać, ale jeszcze przez krótką chwilę po prostu patrzył na detektywów. -Tak jak mówiłem. — Zaczął. — Wyszedłem parę minut po piątej. -Nagle poruszył się nerwowo i spojrzał na Rogers wielkimi oczami. — Jak ona… Jak to się stało? –Nie czuł się przygotowany do tej odpowiedzi. Zastanawiał się, czy w ogóle chciałby ją poznać. Jednocześnie musiał wiedzieć.

— Jeszcze tego nie ustaliliśmy. — Przyjrzała się jego reakcji. Poczuła w sobie równie uparte przekonanie, że jest zobowiązana przekazać tę wiadomość. -Podejrzewamy uduszenie. -Zgrabna wypowiedź uderzyła Sutherlanda. Do końca nie wiedziała, jaki rodzaj bólu to był.

— Czy oprócz mnie podejrzewacie kogoś jeszcze?

— Co Pan wie w sprawie zgłoszeń Alice? -Zapytała wymijając pytanie. Rogers nie odkrywała wszystkich kart. Wciąż, choć w niedużym stopniu, liczyła się ze swoją pomyłką w ocenie mężczyzny. -Może Alice uskarżała się Panu na kogoś, kto mógł w jej życiu sprawić kłopot? A może wspomniała o jakimś szczególe, którego nie uwzględniła w zeznaniach?

— Zadzwoniła do mnie jakieś cztery miesiące po rozwodzie. Była roztrzęsiona.

— Tak? -Sara dotknęła stalówką kartki w notesie. Tusz spłynął na biel i zaczęła zdanie niedużym kleksem.

— Mówiła, że zaczęło się jeszcze dwa miesiące wcześniej, to jest osiem tygodni po naszym rozwodzie. — Westchnął ciężko. — Ale to już na pewno wiecie. -Rozluźnił mocno związany krawat. — Ten świr upiekł chleb w jej domu i wbił nóż w jego środek, a wtedy za drugim razem… -Zacisnął zęby i schował twarz za dłonią. — Wpadłem na Alice ponad trzy lata temu w kawiarni. -Uśmiechnął się łagodnie marszcząc brwi na to wspomnienie, a Rogers wraz z Soulierem wymienili między sobą spojrzenie. -Zaprosiłem ją wtedy na kolacje. Tak się poznaliśmy. Dopiero po kilku miesiącach powiedziała mi o sobie prawdę. O swojej przeszłości. Była to dla mnie duża sprawa, muszę to przyznać, ale traciła na znaczeniu, gdy… — znów zacisnął kości żuchwy policzkowej — ...coraz bardziej mnie w sobie rozkochiwała. Jest… — Zagryzł usta. — Była… Niesamowitą kobietą. — Wyznał. — Wiem, że owijała mnie sobie wokół palca, ale byłem jej, a ona moja… -Czy podejrzewa pan, że za tymi groźbami może stać ktoś z jej przeszłości? -Wyszeptała.

— Oczywiście! -Podniósł ton i rozluźnił krawat.

— Dlaczego więc Alice wniosła pozew o rozwód? -Kevin pomimo swojej dość biernej postawy w spotkaniu nie stwarzał pozorów. Dla niego najważniejsze były podstawowe, ale jednocześnie marginalne informacje. Mimo wszystko ułatwiło to prace Rogers. Mogła skupić się na najważniejszych pytaniach mając spokojną głowę o uzupełniające okoliczności przez Souliera. -Prosiłem ją o zmianę tożsamości, ale odmawiała. Twierdziła, że przeszłość jej nie dosięgnie na takiej pozycji. -Potrząsnął głową. -Kłóciliśmy się, a ja zawsze jej powtarzałem, że po prostu nie chce zapominać i odcinać tego etapu od siebie. Czasem… -Znów zakrył usta ręką. -Czasem mówiłem jej, że to lubiła, że była od tego uzależniona. Obrażałem ją… Gdy wreszcie media trafiły na jej przeszłość… — Zatrzymał się w tym miejscu jakby licząc, że ktoś dokończy to zdanie za niego. — Już i tak się od siebie oddaliliśmy. To ona złożyła papiery o rozwód. -Detektywi przyglądali mu się uważnie. -Miała wyrzuty sumienia wobec mnie i po moich wielu nieudanych prośbach i tak postanowiła ode mnie odejść. — Zacisnął usta.

Sara zdając sobie jednak sprawę z pijarów, które szerzyły się na ogromną skalę wśród osobistości politycznych nie poddała się temu, być może złudnemu obrazowi i wróciła uczuciami na neutralny grunt, gdzie jednocześnie współczuła, ale będąc obiektywną, wciąż miała do Sutherlanda mnóstwo pytań i oczekiwała odpowiedzi.

— Media rozdmuchały ten fakt, że ja nie chciałem rozwodu. Wszyscy moi wspólnicy z partii użyli swoich kontaktów do tego, żeby obrócić to na moją korzyść. Oczywiście na uprzednią prośbę Alice. Konferencje, wywiady… Cała masa kłamstw, żebym tylko mógł wrócić do gry. Chcieli, aby wszyscy pomyśleli, że i ja nie wiedziałem o jej przeszłości. Za wszelką cenę starali się utrzymać mój wizerunek. Alice poddała się temu zabiegowi i zaangażowała się w medialne oszustwo. Nie dopuszczała do siebie kamer nie chcąc, aby ktokolwiek zaczął podejrzewać. Miała odegrać fałszywą rolę jak postanowiła i dopięła

swego. — Rozprostował ręce na boki i wiodąc za sobą spojrzenia detektywów,

— Czy jest ktoś w pańskim

otoczeniu, któremu zależy na pańskiej pozycji na tyle, żeby zabić?

— Każdy. — Odpowiedział wyraźnie i szybko. — Aktualnie zyskuje poparcie klasy robotniczej, która jak wiemy jest najdoskonalszym sprawdzianem wyborów.

— Kiedy miał Pan ostatni kontakt z Alice? — Jego oczy na powrót wypełniły się łzami, a twarz zbladła. Nastąpiła długa głucha cisza wypełniona ciężkim oddechem mężczyzny. Nic więcej nie słyszała. Wydawało jej się, że jeszcze przed chwilą do jej uszu dochodziły dźwięki ruchu ulicznego. Klaksony na zmianę z okrzykami przechodniów. Teraz jednak jej skupienie na Sutherlandzie przyćmiło resztę odbieranych tylko nieświadomie bodźców.

— Czy ona… — Zaczął drżącym głosem. — O której…

— Kilka minut po szóstej Panie Sutherland. — Sara podeszła do ruchomego barku po drugiej stronie pokoju i nalała do jednej ze szklanek wody ze stojącej obok butelki mineralnej. Podając Sutherlandowi zastanawiała się w jakiej trzeba być desperacji jednocześnie świadomym konsekwencji, a tym samym szalenie pragnąc życia i żyć w strachu przed odebraniem wolności, aby dopuszczać się takiego aktorstwa. Coraz bliżej była w przyznaniu się przed samą sobą wiary w niewinność mężczyzny.

Wyciągnęła w jego stronę dłoń podając napój i czekała cierpliwie przypuszczając o czym Sutherland mógł sobie przypomnieć.

— Dzwoniła do mnie tuż po piątej. — Przejął szklankę w swoje ręce skinąwszy głową. — Tak… Dzwoniła. — Wplótł palce lewej dłoni w gęste włosy i wykrzywiając usta w podkowę wypuścił z oczu kilka łez, które właśnie uderzyły o drewnianą podłogę. Jego telewizyjna aparycja zniknęła. Sara ujrzała przed sobą mężczyznę, który jest naturalny. Dojrzała jego okrągłe rysy buzi, pełne usta, błyszczące oczy i tę dziwną chłopięcość. Niektórzy mężczyźni, choć dorośli maja w sobie ten pierwiastek młodości. To coś, co sprawia, że są przystojni plastyczni i aksamitni. Pulchne palce, delikatne dłonie i swobodne ruchy. Sara kategoryzowała urodę mężczyzn i dzieliła ich właśnie na dwie grupy; ostre i łagodne. Max Sutherland zdecydowanie należał do tej drugiej. Do grupy mężczyzn, która miała większe powodzenie u kobiet.

— Pytała, jak się czuje, a mnie najbardziej interesowało, to dlaczego dzwoni z obcego numeru. Zmartwiła mnie, ale jednocześnie byłem wściekły. Prosiłem, żeby wróciła do domu, że zaczyna tracić zmysły… — Wziął kilka łyków wody i odstawił szklankę przecierając niedbale usta. — Ona była samotna i przerażona, a ja nie zrobiłem nic, żeby jej pomóc. — Spojrzał na Rogers jakby czekał na rozgrzeszenie. Sara nie odpowiedziała. Jej głos uwiązł w gardle. Przez tę krótką, a jednak długą na pozór chwilę próbowała sobie przypomnieć podobnie ciężką reakcję na śmierć bliskiego, a jednocześnie tak krzykliwe wyrzuty sumienia. Słusznie? Nie można osądzić. Detektyw Rogers miała jeszcze zbyt mało informacji, by móc wysunąć wnioski. Alice Bright była nękana. Możliwe, że straciła w tym wszystkim prawdziwą siebie, ale nie chciała słusznej pomocy w formie kamer i ochrony w domu. Dlaczego? A no właśnie dlatego, że była zastraszona i zapędzona w kąt. Jej strach musiał na tyle duży, że obawiając się o własne życie straciła rozsądek. Nikt nie mógł jej pomóc, a Sutherland odbierając telefon był również tylko człowiekiem. Nie wiedział, co może dla niej zrobić, ale nie przypuszczał też, że w tej godzinie, gdy słyszał jej szalony na pozór głos, mogła zostać zamordowana. Sara nie widziała takiego załamania nawet u niektórych rodziców. Ten żal i rozpacz nie wynikały wyłącznie z zachowania czy ilości łez, ale z postawy, spojrzenia, ciężaru słów ostrożnie ważonych, intymnych wyznań, a przede wszystkim ze zmiany pozycji.

— Pokłóciliśmy się.

— Czy Alice mówiła, że się kogoś obawia? — Sutherland siedział nieruchomo. Nie mógł ułożyć jednej myśli. — Czy w tamtej chwili mówiła, że ktoś ją śledzi, obserwuje, a może tego właśnie się obawiała?

— Jezu… Czy ona dzwoniła z… — Przerwał w połowie zaciskając pięści.

— Tak. — Wyznała wiedząc, że odpowiadanie temu człowiekowi słowami pocieszenia i stwarzanie pozorów nie są wyjściem.

— Chcę, żeby Pani do końca prowadziła to śledztwo. — Oznajmił silniejszym głosem po niedługiej chwili.

— Znajdziemy go Panie Sutherland.

— Nie rozumie Pani. — Uniósł starannie niczym wilk czyhający na łanie kącik prawej strony ust ku górze. Był to grymas jeden z tych, dzięki któremu można utrzymać łzy nie pozwalając im opuścić oczu. Sara nieznacznie przechyliła głowę na prawe ramię odgadując dalszą część jego życzenia. Zamknął oczy. — Nie wolno Pani z tego zrezygnować i oddać tej sprawy. — Sutherland pochodził jak na ironię z rodziny, w której jako jedyny dorosły mężczyzna nie nosił odznaki policyjnej. Jego ojciec i dziadek byli komisarzami irlandzkich posterunków. Max dobrze wiedział, jak wyglądają procedury i jak traktują glinę, który ma na głowie agencje do spraw wewnętrznych. — Nawet jeśli Pani zagrożą, nawet bez odznaki i dumy to Pani musi to dokończyć.

— Skąd przypuszczenia, że ktoś mógłby mnie odsunąć?

— Bo Pani poluje, a reszta działa według paragrafów. — Nie czuła w tym pochwały. Nie urzekły jej te słowa. Znała swoją wartość jako detektywa, ale nie była ani przekupna, ani ckliwa.

— Zrobię co w mojej mocy, żeby odnaleźć mordercę Pana żony. — Nie użyła słowa „byłej” wiedząc, że Sutherland nie życzyłby sobie tego tytułu. Wiedziała, że nazwanie Alice jego żoną sprawi mu czystą, może nawet nieświadomą dla niego w tej chwili przyjemność. Uznała to za drobne pocieszenie, za nieznaczne ciepło, na które w tej chwili zasługiwał; które prześlizgnie się między palcami zostawiając po sobie jedynie mgielne i ulotne znaczenie wyłącznie dla tego momentu.

— Pani detektyw… — Czekał na złożenie obietnicy.

— Znajdę go. — Ucięła. Przysięgi były dla niej uwiązaniem, a nigdy nie żyła z poczuciem, że mogłaby kogoś zawieść. Wystarczające było dla niej to, że za każdym razem gotowa była poświęcić swoje życie. To było dla niej mniejszym brzemieniem niż zakładanie sobie na szyję łańcucha i obiecywanie, że dokona czegoś, co może okazać się nieosiągalnym.

— Czy będąc pana żoną, Alice miała jakiś wrogów z kręgów politycznych? -Sara przewróciła stronę w notesie przygniatając zapisaną kartkę wierzchem dłoni i ugniatając palcem u szycia stron. Uznała, że dwie minuty ciszy wystarczą, aby mężczyzna mógł się uspokoić.

— Alice była raczej… wycofana, jeśli chodzi o moje sprawy zawodowe. Nie afiszowała się przed kamerami, a ważne dla mnie kolacje biznesowe, czy bankiety były dla niej dumą, ale też ostatecznością.

— Jak nazwałby Pan jej relacje z gosposią?

— Prya to skomplikowana kobieta. Wiedziałem, że coś do mnie czuje. Ale to minęło w dniu, kiedy pojawiła się Alice. Zresztą, nawet jeśli wciąż jest we mnie zadurzona to po naszym rozwodzie nie miałaby już powodów, aby… — urwał zdanie wiedząc, że nie zdoła mówić o śmierci Alice na głos. — żeby ją skrzywdzić.

— Panna Labbay ma nadpłacane, czy usługi te są wrzucone w koszty czyszczenia basenu? -Rzucił Sierżant Soulier, a Sara głośno trzasnęła okładką notesu, jednak żaden nie zmusił się do spojrzenia w jej stronę.

Romans Sutherlanda

z gosposią w żaden sposób nie wpłyną na śledztwo, a obrażanie Sutherlanda to ostatnie, co Sara chciałaby w tej chwili robić.

— Panie Sutherland. — Przerwała bitwę. — U Alice zauważyłam odgniecenie na palcu po obrączce… -Zaczęła starając się łagodnie zerwać spojrzenia między mężczyznami.

— Rozwiedliśmy się prawie rok temu. — Ostrożnie przeniósł wzrok na detektyw Rogers. — Nie nosiłaby obrączki. — Powiedział niepewnie licząc na to, że się myli.

— Jesteśmy niemal pewni, że jest to ślad po ślubnej obrączce.

— Mogę ją zobaczyć? — Jego oczy na kilka sekund wydały się większe.

— Oddałam ją do analizy, aby upewnić się w stu procentach, że odgniecenie na palcu pasuje. — Sara wyciągnęła z kieszeni płaszcza zdjęcie w formacie A4 i podała Sutherlandowi. — Proszę mnie wyprowadzić z błędu, jeśli się mylę.

— Moja droga Alice… –Przyglądał się fotografii przykładając dłoń do ust. Ciężko oddychał i powstrzymywał łzy. — Tak, poznaje. — Potwierdził ponownie prostując się i powoli wracając do dialogu, przyjmując jednocześnie łagodniejszą postawę. Starał się ochłonąć z kolejnego ataku więc odłożył zdjęcie na biurko i uniósł głowę.

— Panie Sutherland… — Czekał na pytanie, a Sara pierwszy raz od dłuższego czasu w rozmowie z bliskim ofiary nie potrafiła przyjąć profesjonalnej strony.

— Myśli Pani, że nosiła tę obrączkę? — Zapytał wypełniony nadzieją. Potwierdzenie z ust detektyw nie przywróciłoby Alice z powrotem. Nie sprawiłoby, że Sutherland mógłby zażegnać tęsknotę i nie odziać się w żałobę. Podobnie jak niewyjawienie jednego szczegółu z miejsca zbrodni mogłoby wywołać kolejny wstrząs, kolejny cios, tak swoim potwierdzeniem mogła sprawić, że kochający mężczyzna odczuje ulgę.

Fakt, że morderca Alice zostawił pierścionek w jej jamie ustnej doprowadziłoby Sutherlanda do szaleństwa. Pominęła więc tę część wiedząc, że przekazanie tego nic nie zmieni, na nic nie będzie miało wpływu. Jeśli jednak to Sutherland się pomylił i obrączka nie należała do Alice, a została zostawiona przy ofierze przez Ragnara, to Sara nie zamierzała wyprzedzać faktów. Musiała cierpliwie czekać na wyniki pracy Eleny, która dokładnie zbada każdy szczegół i pozna ciało kobiety w taki sposób, który odpowie im na to pytanie.

— Możliwe Panie Sutherland. — Odpowiedziała szybko nie przedłużając podejrzanie tej chwili. Serce zabiło jej mocniej, a mężczyzna odetchnął, jakby na chwilę swoje czarne myśli o martwej Alice zastąpił chwilową nostalgią.

— Chciałabym również poznać prawdę na temat zmiany tożsamości Pana żony. — Zatrzepotał rzęsami niczym dwudziestoparoletnia kobieta wabiąca spojrzeniem.

— Nie ja jej w tym pomogłem. — Przyznał. — To była jej decyzja. Powiedziała mi o tym na kółka tygodni przed operacją twarzy.

— Kto zatem mógł? — Pokręcił głową.

— Podczas naszego małżeństwa zapewne uzupełniła swoją książkę telefoniczną. — Odpowiedział zwięźle. — Nie wiem tego Pani detektyw. — Dodał odpowiadając jednoznacznie na pytanie.

— Czy po zmianie uspokoiła się? Czuła się bezpieczniej?

— Tak myślę… Gdy ją o to pytałem potwierdzała, ale w ostatnim czasie dość często ustępowała w rozmowach.

— Przez wydarzenia w jej życiu. — Uzupełnia.

— Po jej zmianie czasem miałem wrażenie, że rozmawiam z zupełnie kimś innym. — Sara przyjrzała mu się czekając na rozwinięcie. — Tak jakby jakaś jej część osobowości została z tamtą twarzą… — Nie mógł tego ująć w jednym zdaniu, to jasne. Zrezygnowany opuścił wzrok.

— Rozmawialiście o tym? — Ich rozmowa od wejścia Rogers przeszła metamorfozę. Nie użyła zwrotu per Pan, stąd wrażenie, że ich dialog stał się swobodny.

— Próbowałem, lecz Alice często odrzucała ten temat, a gdy już byłem blisko wykrzesania z niej kilku słów zaczynaliśmy się kłócić, a ona uciekała ode mnie.

— Czy Alice wspominała, gdzie wykonała operacje plastyczną?

— Twierdziła, że nie może mnie informować dla jej dobra. — Teraz prawdopodobnie Sara poznała prawdę. Odpowiedział właśnie na jej pytania. Swoją niepewnością… Niewinnością?

— Panie Sutherland… — Zaczęła chowając notatnik do kieszeni płaszcza. — Gdyby przypomniał sobie Pan o czymś, co w jakiś sposób ułatwi nam pracę, odkryje nowe możliwości w śledztwie, bardzo proszę o telefon. — Położyła swoją wizytówkę na biurku przystukując o nią dwukrotnie palcami i wraz z sierżantem Soulierem po chwili opuścili gabinet.


— Nie ufałbym mu. -Kevin otwierając przed detektyw Rogers główne drzwi budynku na zewnątrz powoli chłonął i gasił pobudzone nerwy.

— Co się z Tobą dzieje?

— Widziałaś jego zdziwienie?

— Słyszałam nawet jego myśli. — Wyszli z budynku i chłodny wiatr owiał ich buzie. — On zaczął żałobę, a ty atakujesz go jakby to miało rozwiązać jego usta.

— Jest arogancki i…

— Sierżancie. -Sara przystanęła opuszczając ręce wzdłuż ciała patrząc na Souliera spokojnym wzrokiem. -Musimy uważać w rozmowach z nim, a tym bardziej nie manifestować swojej subiektywnej oceny na temat jego, nawet najbardziej brudnego, prywatnego życia.

— Sądziłem, że na tym polega nasza praca.

— Oczywiście, że na tym, ale to nie był odpowiedni moment. Na tę chwilę w niczym nie pomoże nam odpowiedź, czy sypia ze swoją gosposią, czy basenowym, nawet jeśli wcześniej mieliby zaostrzone stosunki z Alice. — Sara nabrała powietrza do płuc. — Kevinie, jestem pod obserwacją, jeśli coś zrobię niezgodnie z regulaminem odsuną mnie… — Przyjęła postawę przyjaciela. — Nie każ mi sądzić, że jesteś lekkomyślny.

— Wybacz. To już się nie powtórzy. — Wykrzywiła usta w podkowę i przymrużyła oczy.

— Musimy być rozsądni w takich rozmowach. — Dodała uspokajając sytuację. -To Will. -Telefon detektyw Rogers uruchomił wibrację w kieszeni jej płaszcza.


— Ktoś znał się na rzeczy, gdy kobieta zmieniała całą tożsamość. Ciężko znaleźć cokolwiek o Alice Bright. Nie mówiąc już o człowieku, który zmienił jej twarz. Jakiś czas to zajmie zanim go znajdę.

— Ale nie dzwoniłbyś przekazać nam wyłącznie złych wieści. Włączam na głośnomówiący.

— Za chwilę się okaże. Wyszliście już?

— Z hukiem. — Odpowiedziała Sara patrząc ostrzegawczo na sierżanta.

— No to zaczynam. — Odchrząknął Will. — Zanim została żoną Sutherlanda próbowała swoich sił, uwaga… w polityce. -Oboje przygryźli usta czekając na dalszą część.

— Od prostytucji do polityki. -Wtrącił Kevin.

— I to nie wszystko. — Kontynuował detektyw. — Była indywidualną asystentką, tutaj usiądź… Szefa Maxa Sutherlanda.

— Artusa Conleya… — Potwierdziła Rogers. — Na takich stanowiskach mają swoich protegowanych. — Na kilka sekund przykryła oczy powiekami. — Sutherland zostanie burmistrzem.

— Otóż to. Burmistrz Conley na swojego zastępcę wziął Maxa, a ten z kolei w tym samym czasie przyjął Alice jako swoją prawą rękę, to jest przeszło cztery lata temu.

— Więc pracowali razem przez rok? — Zapytała pro forma.

— Dokładnie. Skąd wiesz? — Will od razu wyczuł głos Rogers, który podpowiadał mu o jej rozkojarzeniu.

— Sutherland powiedział, że poznali się trzy lata temu w kawiarni… Czemu miałby kłamać w tak błahy sposób? — Zapytała retorycznie. — Czemu pominął rok współpracy z Alice.

— Dziwna sprawa. Wracacie do niego?

— Nie, odpuścimy dzisiaj. Nie pominął tej części bez powodu wiedząc jak łatwo to sprawdzimy. Dzięki Will. Za chwilę będziemy na miejscu. — Rozłączyła rozmowę i stojąc w miejscu zastanawiała się co przeoczyli.

— O czym myślisz? -Zainteresował się Soulier. -Przydałby się Reid do burzy mózgów, która nas czeka na posterunku, prawda? -Sara zmierzyła jego twarz wzrokiem i zakończyła proces mimowolnym uśmiechem.

— Ale pamiętasz, że on jest tutaj po to, aby mieli podstawy do usunięcia mnie z wydziału?

— Może uda nam się dobić targu z agencją i zastąpi Cię po wszystkim. -Położył jej dłoń na łopatkach, a na jego twarzy pojaśniał najszczerszy uśmiech, jaki Rogers widziała od czasu, kiedy zesłali im na głowy agenta.

— Pociągnę was ze sobą na dno.

— Liczymy na to. –Odpowiedział nie pozostając jej dłużny.

Rozdział II

— Detektyw Rogers. Zapraszam. -Drzwi zostawił za sobą otwarte. Pomimo nieprzebijającego się przez chmury słońca rolety zaciągnięte były na wszystkich oknach. Na sfatygowanym biurku paliła się nieduża lampa o ciemnym kloszu w indyjskie wzory i ciepłym świetle sięgająca pamięcią do trzech poprzedników Hudsona. Wewnątrz było chłodno; przyjemniej niż na sali głównej, w tłumie, krzykach i gorączce spraw, które miały swój termin ważności.

Sierżant pożegnał ją ciepłym spojrzeniem. Odwzajemniła uśmiech.

— Proszę zamknąć za sobą drzwi. -Głos kapitana przypominał tego narratora filmów ze starego kina. -Detektyw Rogers… -Spojrzał na nią.

— Sara… -Wziął głęboki oddech, a Reid z lekko zwieszoną głową opierał się o parapet. Wzrok wbity miał w podłogę, a marynarkę przewieszoną przez oparcie kanapy. Wygnieciona koszula i zawinięte rękawy były czymś nowym, co Sara zauważyła u agenta. Miał zwyczaj mieć na sobie idealnie dopasowany garnitur, schludne ubranie, krawat pod szyją i wzrok na jej twarzy. Pierwszy też raz zobaczyła na jego nadgarstku odsłonięty zegarek. Żadna błyskotka, a przedwojenny oryginał, który teraz nie jest osiągalny u żadnego zegarmistrza, czy lepszego jubilera.

Była pewna, że jej spotkanie z Hudsonem w towarzystwie agenta nie dotyczyło ostatniego zdarzenia związanego z blokadą na kole. Gdyby w ogóle miał zamiar przeprowadzić z nią taką rozmowę nie zaprosiłby Reida bez uprzedzenia jej. Ten wygłup mógł kosztować ją wyłącznie drobnej nagany, której na swojej pozycji zawodowej, jak i prywatnej względem kapitana nie mogła się spodziewać.

— Kapitanie. -Skinęła głową. Pozwoliła mu jeszcze na chwilę ciszy, ale dzisiaj czas nie był jej sprzymierzeńcem, więc zaczynała się niecierpliwić. Co jeszcze ją zaskoczy, zastanawiała się, a przez co dzień i tak się nie wydłuży. Zerknęła na zegar ścienny który wskazywał dwunastą w południe.

— Musisz zostawić Maxa Sutherlanda w spokoju. -Spodziewała się wielu złych wiadomości; twardych dowodów, żeby móc po raz kolejny porozmawiać z politykiem. Jasnych tropów, żeby prosić o nakaz, ale nie przyszło jej do głowy, że drabina, na której szczeblu właśnie postawiła nogę sięga aż tak wysoko. Max Sutherland był może kilka stopni nad nią, ale gdyby ona wyłamała szczebel pod nim, on mógł spaść, a ktoś wyżej odczułby niekomfortowe drgania zaburzające pracę wielu wpływowych ludzi. A tego właśnie się bali. Nawet niewielka zmiana oddziałuje na wszystkich.

— Z całym szacunkiem kapitanie, ale komenda policji nie jest własnością rządową.

— My również się z tym nie zgadzamy.

— My? -Sara przeniosła wzrok na Reida, który odezwawszy się wreszcie uniósł głowę i spojrzał na nią. W tym świetle jego oczy do znudzenia przypominały zielone. Kolorem szaleństwa, więc patrzył na detektyw i nie czekając na odpowiedź znów zniósł z niej swój wzrok.

— Agent Reid opowiedział się po naszej stronie w tej sprawie. -Kapitan Hudson zwrócił się tułowiem do niego, jakby dopuszczał i jednocześnie prosił go o słowo. Zrozumiał komendę.

— Pani detektyw, moja obecność tutaj nie wyklucza poparcia pani obiekcji czy krytykowania pani rzetelności w ocenie podejrzanego. -Nie tłumaczył się jej. Nie przepraszał. Wyraźnie podkreślał jedynie swoje stanowisko — swoją rolę w jej życiu. Powiedział to z czystej satysfakcji sumienia, które nakazało mu tym razem zmienić stronę wywiadu. Wysłuchała go nie tracąc ostatnich nerwów i na powrót przeniosła wzrok na kapitana.

— Co, jeśli zdobędę dowody przeciwko Sutherlandowi? -Sara pomimo swoich wcześniejszych i wciąż aktualnych obiekcji w związku z prywatnym oraz subiektywnym oskarżeniem Sutherlanda pozwoliła sobie zadać to pytanie w razie zmiany okoliczności.

— To zawodowcy Sara. Myślisz, że on sam wywlókł jej ciało na ścieżkę parkową, wsiadł do Bentleya i odjechał? -Uderzył ją ten wywód. Pierwszy raz uświadczyła w kapitanie, a jednocześnie w swoim przyjacielu tyle protekcjonalności w jednej chwili.

— Nawet najsprytniejsi popełniają proste błędy. -W połowie tego zdania jedną nogą była już po drugiej stronie progu. Sala główna nie była tak cicha od dwóch miesięcy, gdy głośna kłótnia kapitana z detektyw Rogers zakrzyczała głosy policjantów, jak w tym momencie, kiedy detektyw Rogers zamknęła za sobą drzwi od gabinetu, a za przeszkloną ścianą pozostawiła w środku dwóch mężczyzn, wydawać by się mogło, na pozór stopniem wyżej od niej samej. Kilku z funkcjonariuszy przyglądających się zdarzeniu skinęło w jej stronę głowami, jakby na dowód aprobaty, reszta zaś wściekle patrzyła jak Sara mocno trzyma się swojej pozycji i odznaki detektywa, która ich zdaniem już dawno powinna zostać zwrócona do archiwum.

— Will! Masz coś dla mnie? -Z kilku metrów zauważyła detektywa idącego w stronę pomieszczenia socjalnego. W ręku trzymał kubek i papierową teczkę wiązaną na sznurek.

Odwrócił się i już stawiał pierwszy krok w jej stronę, kiedy zobaczył gest jej ręki, którą poprosiła go o pozostanie na miejscu.

Wieloletnie partnerstwo między nimi, współpraca i przyjaźń pozwoliła detektywowi O’Neil zrozumieć, że niesnaski pomiędzy Rogers, a kapitanem z reguły kończą się powodzeniem w śledztwie. Nie przejął się tłumem policjantów wpatrujących się w nich, nie zważał na drobne sceny w gabinecie Hudsona. Wiedział, że nie ważne co tam się wydarzyło, widząc Rogers z wciąż zawieszoną na łańcuszku odznaką i oczami pełnymi blasku, był pewien, że to wyłącznie przejściowe i Sara wkrótce zażegna ten kryzys między nimi. -Porozmawiajmy w środku. -Nie zatrzymując się wskazała głową wąskie przejście i oboje podeszli do dzbanka z gorącą kawą.

— Kevin wspomniał przechodząc, że poszłaś do Hudsona. -Napełnił jej kubek i oparł dłonie o blat podglądając przez żaluzje drzwi rozchodzące się zbiegowisko.

— Mamy odsunąć się od Sutherlanda.

— Żartujesz… -Pokręcił głową. — To przecież dobry początek.

— Zostawmy go na chwilę i sprawdźmy inne możliwości. Wspominał o gosposi. Powiedział nam też, że wyszedł pobiegać kilka minut po piątej i wrócił po samochód. Do biura przyjechał po szóstej. -Sara instynktownie przy powracaniu do wspomnień przyłożyła opuszki palców do ust.

— To i tak daje nam godzinę luki. Alice zamordowano kilka minut po szóstej. Kamery w mieście złapały jego samochód o 6:27, a wcześniej jego alibi nie ma żadnego cyfrowego potwierdzenia. Sprawdzałem dostęp do sieci z jego telefonu, ale według sygnału prawdopodobnie telefon zostawił w domu.

— Na piechotę nie przeniósł ciała do parku. -Zmarszczyła brwi i spojrzała na detektywa.

— Sprawdzę wypożyczalnie samochodów.

— Sprawdź również na oba nazwiska ofiary i Gregorego Cole. -Wyliczała na palcach zastanawiając się, czy gosposia mogłaby wziąć w tym udział, a Will zatrzymał się przy nazwisku Cole patrząc pytająco znad kieszonkowego notesu, który pospiesznie wyjął z tylnej kieszeni dżinsów zapisując nazwiska. -Sługus Sutherlanda. -Przemyślała kolejną prośbę do detektywa O’Neila i po kilku łykach kawy kontynuowała.

— Sprawdź go przy okazji. Jestem ciekawa jaką przeszedł drogę zanim trafił pod skrzydła Sutherlanda. Jestem pewna, że był również doradcą Artusa Conleya. — Przez chwilę oczami wyobraźni przeniosła się z powrotem do recepcji drapacza chmur, w której poznała Gregorego. Jeszcze raz przestudiowała jego twarz i sposób w jaki się zachowywał. Była pewna, że to nie ich pierwsze spotkanie. Zastanawiała się nad tym już wtedy, gdy sierżant Soulier prowadził swój monolog. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że i on żywił przekonanie o ich przelotnej znajomości. Unikał kontaktu wzrokowego, ale gdy tylko spoglądała na Kevina czuła na sobie wzrok mężczyzny.

— C.O.L.E. -Przeliterowała nazwisko tropiąc wzrokiem tworzone litery przez Willa.

— A gosposia? -Przypomniał.

— Prya Labbay.

— A jak poszła rozmowa z Sutherlandem? Myślisz, że mógłby zabić?

— Musiałbyś tam być. Był taki… — Will uniósł brwi do góry marszcząc czoło.

— Przekonał Cię? — Zapytał dość ogólnie.

— Jestem prawie pewna, że to nie mógł być on. — Zmrużyła oczy zakrywając je w połowie gęstymi rzęsami i przeczesała palcami swoje włosy po chwili upinając je.

— Cokolwiek nie stwierdziłaś na pewno uda nam się tego dowieść. -Detektyw O’Neil zabierając na wpół pełny kubek wrócił do komputera, a telefon Rogers znów w porę o sobie przypomniał.


— Sara? Skończyłam sekcje… Możecie przyjechać. -Elena O’Conor pomimo wrodzonego wdzięku i inteligencji miała w sobie również coś, co udało jej się stworzyć łącząc te dwie cechy. Naturalną umiejętność niewerbalnego przekazu swoich uczuć. Jej głos powiedział Rogers, że nie była zadowolona z wyników, choć to względne pojęcie, bo żadne wyniki sekcji nie są zadowalające, jeżeli człowiek nie zmarł śmiercią naturalną, czy w wyniku choroby. W każdym razie nie są dobre, jeżeli rzeczywiście chodzi o morderstwo.

Sara nie dopijając kawy wyszła z komisariatu kierując się do swojego forda. Nigdy nie wiedziała jaki widok czeka ją za drzwiami, za którymi siedziała Elena w białych nylonowych rękawiczkach z próbkami krwi w dłoniach. Więc pomimo skurczonego żołądka postanowiła nie wyciągać ze schowka żadnej przekąski.


— Powiedzmy, że teraz to ja jestem Twoją blokadą na kole. -Na miejscu pasażera zastała Reida jedzącego jeden z kilku batoników, których ilość zawsze uzupełniała na czarną godzinę. -Ja potrafię ją ściągać bez wzywania kolegów w przeciwieństwie do Twojego zabiegu założenia jej na koło.

— Kto się wygadał? -Wsadziła kluczyk do stacyjki i zaciągnęła przez piersi pas bezpieczeństwa.

— Ty, w tym momencie. -Uśmiech na twarzy agenta pojaśniał. Nie był to taki, którym obdarowuje po miłym żarcie, ale mimo wszystko wzbudziło to w Rogers przyjemne, od dłuższego czasu nieosiągalne między nimi, miłe uczucie.

— Dokąd jedziemy? Elena czy gosposia?

— Są już wyniki sekcji. -Tym zwrotem zakończył się ich dialog i wzajemne naturalne reakcje. Nie zastanawiała się skąd wie o gosposi znając długi język sierżanta Souliera i jego sympatię, którą żywił do agenta.

Przez dłuższą chwilę jechali w ciszy, a przez niedługi moment Sara miała ochotę dokończyć rozmowę, którą zaczęli w biurze kapitana. Powstrzymała ją jednak myśl, że i tak nie zdążyliby jej zakończyć przed dotarciem na miejsce. Po walce z samą sobą, utracie kolejnych minut na możliwą dyskusję, które zmarnowała na przemyślenia, odpuściła i przyspieszyła. Mijali właśnie zjazd przy Tower Bridge, kiedy Russell nerwowo spojrzał w boczne lusterku po jego lewej stronie.

— Coś nie tak? -Zapytała nie odrywając wzroku od jezdni. Spojrzał na nią i zacisnął dłoń na klamce. To musiało być dla niego upokarzająca sytuacja, ale nie dał ponieść się emocjom. -Jadą za nami, odkąd minęliśmy pierwszy wiadukt. -Sara przymrużyła oczy dla lepszej widoczności drogi podczas nieustępującej od kilku godzin charakterystycznej dla Londynu ulewy. Dzień wydał się krótszy przez gęste chmury wiszące nad miastem. Szarość sprawiła, że Sara poczuła się lepiej. Taka pogoda jej odpowiadała. Zawsze jadąc samochodem i przebijając się przez ściany atmosferyczne liczyła, że promienie słońca znów za chwilę ustąpią i będzie mogła nacieszyć się ponurą aurą. Naturalnie nie należała do osób, które popadają w stany depresyjne zależne od pogody za oknem. Zwyczajnie cieszył ją Londyn okryty sławnym ponurym i charakterystycznym dla niego fluidem. -Podjedź pod najbliższy sklep, gdy wjedziesz do kolejnej dzielnicy i wysadź mnie tam.

— Jeżeli przyjmują do wydziału samych takich sprytnych, jak pan agencie Reid, to na pewno nie są jednym wozem. -Po siedmiu minutach drogi, Rogers zjechała z trasy i zatrzymała się pod piekarnią Jerego.

— Jedź do Eleny i zaczekaj tam na mnie. — Dokończył stojąc już na chodniku. -Bez słowa chwyciła z powrotem za drążek rozluźniając hamulec ręczny i po zamknięciu drzwi od pasażera ruszyła dalej. Do końca podróży zastanawiała się z jakiego powodu Reid wysiadł. Mianowała dwie opcję, z których jedna mówiła jej o tym, jak daleko zaszedł jako agent, jakie doświadczenie zdobył i nie ważne, co mówią wskazówki jest wierny swoim ideom, swojej pracy, swojej misji. Generalnie postawiła wszystko na siebie. Nie była w stanie wziąć pod uwagę alternatywy, że Reid faktycznie mógłby opowiedzieć się po jej stronie. Domyślała się, że biorąc to zlecenie podpisał pakt z diabłem, to jest istotny dokument, w którym była mowa o zdradzie, jeśli nieoczekiwanie nie zaraportowałby swoich nowych spostrzeżeń. Spostrzeżeń, które być może dotyczyły stanowiska detektyw Rogers, które skłaniały go do myślenia, że niewyrafinowane, a konsekwentne śledztwo Rogers, która naciskała na bezpośredni kontakt z podejrzanym, było lepszym rozwiązaniem od tony papierów na biurku, raportowaniem każdego spotkania ze świadkiem i analizy, która w żaden sposób nie przyczyni się do kontaktu z mordercą. Te wszystkie zabiegi piątkowego detektywa wyłącznie rozdmuchujące mgłę otaczającą śledztwo. Sara wolała

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 56.66