E-book
15.3
drukowana A5
63.35
SANATRIS

Bezpłatny fragment - SANATRIS


Objętość:
522 str.
ISBN:
978-83-8104-440-0
E-book
za 15.3
drukowana A5
za 63.35

Self-publishing

piotrsemla1@gmail.com

Zapraszam na moją stronę autorską:

www.piotrsemla.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie całości lub fragmentu bez pisemnej zgody autora zabronione

Zbieżność osób i nazwisk zawartych w książce jest przypadkowa.

Wydanie I, 2016

Dla tej jednej spośród planet,

która mnie ocaliła…

Zmierzaj wyłącznie tam, gdzie twoje serce,

zrób to i więcej o nic nie pytaj,

bo kiedy podążysz za swoim sercem,

cały wszechświat podąży za tobą.

Wstęp

Rok 1997

Austriacki fizyk Anton Zeilinger wraz z zespołem naukowców dokonują pierwszej kwantowej teleportacji pomiędzy dwoma fotonami…


Rok 2031

W wyniku inicjatywy miliardera i pioniera w dziedzinie astrofizyki Williama Bradleya powstaje Międzynarodowa Elitarna Jednostka do Badań Astronomicznych MEJBA. Współpracując z głowami państw i największymi organizacjami międzynarodowymi zyskują kolosalne środki na badania naukowe z zakresu fizyki kwantowej.

W tym samym czasie do masowej produkcji zostają wprowadzone roboty pod względem funkcji przypominające ludzi. Roboty z czasem zaczynają zastępować ich w niemal każdej czynności…


Rok 2038

Zespół pod kierownictwem Williama Bradleya nadaje atomowi cezu właściwości elektronu. Trzy tygodnie później udaje się wypełnić powłokę atomu ołowiu zmodyfikowanymi atomami cezu.

W ciągu następnych miesięcy wymiana właściwości atomu i elektronu prowadzi do odkrycia formy zawieszonej pomiędzy jednym stanem a drugim. Nazwaną ją „materią fotonową”. Pozwoliła ona przechwytywać właściwości cząsteczek, czyniąc je same swoim własnym stanem fotonowym, a bazując na odkryciu Zeilingera, dokonano przemieszczenia tego stanu pomiędzy dwoma splątanymi ośrodkami, by na koniec przekształcić do pierwotnej postaci.

Przed końcem roku udaje się dokonać teleportacji kartki papieru z bazy na orbicie ziemskiej do tajnej bazy MEJBA w galaktyce Andromedy.


Rok 2040

William Bradley przeznacza znaczną część zatajonego budżetu MEJBA i patentuje wyspecjalizowaną serię sond wyposażonych w napęd fotonowy. Wykorzystując środki z projektu potajemnie konstruuje sondę poruszającą się z prędkością nadświetlną. Rozpoczyna się produkcja coraz szybszych pojazdów, regularnie teleportowanych do odległych sond, z których każda posiada materię fotonową splątaną ze swoim odpowiednikiem w tajnym sektorze teleportacji.


Rok 2058

Sonda badawcza Pion-AK94 napotyka istnienie planety podobnej do ziemi. Fakt ten, podobnie jak reszta odkryć, zostaje utajony. Planecie nadano nazwę Sanatris.

Sonda na bazie inteligentnego programu, ukrytych w niej materiałów i splątanego segmentu materii fotonowej ze swoim odpowiednikiem, znajdującym się w tajnej bazie kosmicznej MEJBA, tworzy na powierzchni Sanatris portal, przez które zostaje przeteleportowany jeden z największych wielofunkcyjnych statków MEJBA. Powstała baza staje się ośrodkiem dalszych badań, które w celu stworzenia pomocy w eksploracji planety wzbogacono o genetykę. W tym samym roku w wyniku projektu SC-A powstaje dwudziestu czterech ludzkich klonów.


Rok 2059

Pół roku później miejsce projektu SC-A ma zastąpić projekt SC-Omega, zmierzający w stronę przeznaczenia Sanatris do sieci laboratoriów służących do masowej produkcji syntetycznych ludzi, których celem będzie zastąpienie ziemskich robotów, tym samym zmieniając MEJBA w największą korporację w dziejach i dając jej nieograniczone środki na dalsze badanie wszechświata…

Podróż

Centrum dowodzenia MEJBA — orbita ziemska. 10 listopada 2059


Tytanowe drzwi rozsunęły się bezdźwięcznie. Znaleźli się w pustym korytarzu, rozświetlonym niemal na biało za sprawą olbrzymich sufitowych halogenów. Ruszyli wzdłuż błękitnych neonowych linii, które w oślepiającym, przysłaniającym ściany świetle, przypominały mistyczną balustradę, pośród futurystycznego chaosu wyznaczająca drogę ku niezmąconemu przeznaczeniu.

— Wciąż nie rozumiem, w jaki sposób hipoteza wzajemnej zależności cząsteczki i fali okazała się słuszna — powiedział siwiejący mężczyzna w okularach i laboratoryjnym fartuchu, wyrażając niezrozumiałą (w jego przypadku) pokorę wobec prac naukowych, w których odegrał kluczową rolę, i które miały miejsce ponad dziesięć lat wcześniej. — Gdybyśmy sprzedali ten patent, zostalibyśmy najbogatszymi ludźmi na ziemi.

Towarzyszący mu, o głowę wyższy energiczny mężczyzna w garniturze, którego można by posądzić o zupełny brak emocji dla tej chwili (gdyby nie jego iskrzące się spod pomarszczonego czoła i podrygujące w geście ekscytacji oczy), spojrzał na naukowca, po czym dumnie uniósł twarz w stronę jaskrawego światła jarzącego się znad futryny, nazbyt gęsto naszpikowanej błękitnymi reflektorami.

— Pieniądze — rzekł ostentacyjnie. — Mógłbyś kupić więcej krajów, niż kiedykolwiek zwiedziłeś, a twoje dzieci nigdy nie będą w stanie roztrwonić odsetek płynących z twoich kont bankowych.

— Dzieci… — powtórzył bezwiednie. — Nie chcą mnie znać. Gdyby tylko pieniądze potrafiły do nich przemówić…

— Stary druhu. — Wystrojony mężczyzna położył dłoń na ramieniu towarzysza. — Musisz się w końcu pogodzić z faktem, że jedni wierzą w marzenia, inni w rzeczywistość. Twoje dzieci teraz tego nie doceniają, ale kiedyś zrozumieją, że jesteś jednym z najważniejszych ludzi na świecie. I pieniądze wcale nie odegrają w tym kluczowej roli. — Zdjął dłoń z jego ramienia i przystanął przed tytanowymi drzwiami, w które wpatrywał się przez większość drogi. Obok nich widniał napis, wygrawerowany w tabliczce wtłoczonej w metalową ścianę: „SALA OBRAD DOWÓDZTWA”. — Alexandrze — kontynuował — dokonaliśmy największego odkrycia w dziejach ludzkości. Po co nam bogactwo i sława na ziemi, skoro możemy mieć własne planety? Jesteśmy ojcami nowego świata, a ludzie, którzy staną się jego częścią, będą uważać nas za bogów. Chcesz, żeby ziemianie nam to odebrali? — Jego oczy przestały podrygiwać i beznamiętnie wyczekiwały odpowiedzi na pozornie retoryczne pytanie.

— Nie zapominaj, że sam jesteś ziemianinem — odpowiedział naukowiec.

W reakcji na konserwatywność usłyszanych poglądów pokręcił nieznacznie głową, po czym tonem, który w założeniu wyraża oczywistość treści dla każdego z rozmówców, odrzekł:

— Technologia, jaką posiadamy, pozwala nam odbywać niegraniczone przestrzenią podróże po wszechświecie. Skoro istnieją dwie zielone planety, z pewnością odnajdziemy ich więcej. Kim wtedy będą dla nas ludzie, skoro oni mają tylko ziemię, a my… cały wszechświat?

Alexander z niedowierzania absurdowi usłyszanych słów rozszerzył lekko oczy, ale świadomość podręcznikowej wyższości swojego zwierzchnika nie pozwoliła mu podkreślić, że jego osobiste odczucia mają jakiekolwiek znaczenie w tej relacji.

— Wszechświat? — zapytał tonem ekonomisty. — Sondy, które utraciliśmy w kolizji z ciałami niebieskimi, pochłonęły większość pieniędzy, a znaleźliśmy na razie tylko jedną malutką planetę. W dodatku zajęło nam to wiele lat…

— I właśnie po to zwołałem to zebranie — odpowiedział ze stoickim spokojem, który jakby z oddali zaczynał przeszywać roziskrzający się płomień dumy, wymieszanej z wyczekiwaniem na moment zdziwienia rozmówcy, niczym iluzjonista inicjujący chwilę mistycznej ciszy przed kulminacyjnym show. — Za chwilę dowiesz się, skąd weźmiemy pieniądze. — Zręcznym ruchem, w wyniku którego z rękawa powinny posypać się nominowane przez publiczność karty, podniósł dłoń i przyłożył ją do niewielkiego wygaszonego monitora obok drzwi. W tej chwili przez ekran przemknęła linia niebieskiego światła, które odbiło się na białej dłoni mężczyzny, i niemalże w tej samej chwili miejsce skanera laserowego zajęła trójwymiarowa twarz pięknej (choć trochę zmechanizowanej) kobiety, która z wypracowanym uśmiechem zaapelowała:

— Witaj panie Williamie Bradleyu. Zebrani czekają na sali obrad.

Drzwi z dyskretną precyzją rozsunęły się, ukazując wielkie tak jasno oświetlone jak korytarz (i jak wszystkie inne pomieszczenia statku) owalne pomieszczenie. Linie neonowych lamp, tworzące pierścienie (które niezależnie od punktu widokowego sprawiały złudne wrażenie spirali), otaczały metaliczny stół, obsadzony przez ponad dwadzieścioro ubranych w białe stroje osób, czekających w ceremonialnym skupieniu. W odpowiedzi na widok swojego zwierzchnika grono naukowców podniosło się z krzeseł, symbolicznie witając go kiwnięciem głowy.

Kiedy dwójka przybyłych półkolem ominęła stół i skierowała twarze w stronę wejścia, dwie półprzeźroczyste płytki przytwierdzone do srebrzystej podłogi oderwały się od niej i przybrały kształty siedzeń, połączonych z podłogą jedynie cienkimi szyjkami. Gdy Alexander — niczym strudzony mężczyzna wracający do domu po całym dniu ciężkiej pracy, dalekich podróży i wysoce filozoficznych przemyśleń — rzucił się na siedzenie, ugięło się ono i przechyliło w tył (lecz w drodze do zmiany w leżak zatrzymało się, by wciąż zachować wszystkie cechy oficjalnego krzesła), a kiedy opuścił ręce, z oparcia wynurzyły się dwa podłokietniki, które pozwoliły zając mu najwygodniejszą pozycję. Krzesło Bradleya po aktywacji znajdowało wyżej od pozostałych, dzięki czemu przyciągał uwagę wszystkich podwładnych, jednocześnie podkreślając fakt, że w ich społeczności nie istnieje jakakolwiek arkadyjska zasada równości.

— Zapewne zastanawiacie się, po co was tutaj sprowadziłem — rozległ się wyrazisty i niemal namacalny głos, za którym próbowały podążać jego czarne oczy (teraz zamiast podrygiwać, zaczęły płonąć nieproporcjonalnie silnie rozbudzoną żarliwością dla w porywach lekko nadzwyczajnych okoliczności). — Przerywanie pracy w laboratorium to bezprecedensowe wykroczenie, niezasługujące na jakiekolwiek okoliczności łagodzące, jednakże pojawiła się sposobność, która w najbliższym czasie uwieńczy waszą pracę nieograniczonymi, w porównaniu z dotychczasowymi, możliwościami. — Rozejrzał się po twarzach naukowców, by upewnić się, że wszyscy darzą treść jego słów dostatecznie satysfakcjonującą go uwagą. — Powiem wprost: chodzi o pieniądze. Finasowanie badań i konstruowanie sond niebawem zbliżą nas do zgłębienia tajemnicy, która rok temu pokazała nam, że wszystkiego na świecie można dotknąć. Wystarczy tylko dostatecznie wysoko wyciągnąć rękę.

By wypełnić ekscytacją chwilę niepewności, podniósł dłoń, w której błyszczał błękitny marker (nie był jednak narzędziem służącym do pisania: stanowił zarówno nośnik pamięci, jak i klucz do uruchomienia projektora sali obrad). Kiedy docisnął przyłożony do jego końca kciuk, powierzchnia stołu rozbłysła kolorem grantowym, a wysoko nad nim pojawiła się trójwymiarowa projekcja… Jawiła się jako wirująca kula ziemska i krążące na jej orbicie statki należące do MEJBA: największy z nich jasno rozświetlono i każdy z zebranych doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że obrazuje on główny statek dowodzący, w którym aktualnie się znajdowali.

— Ziemia…

Głos Williama przywdział szaleńczy ton człowieka przekonanego, że jest kimś nadzwyczajnym, kto przerasta nie tylko istotę własnej egzystencji, ale także istotę wszelkiego istnienia. W tejże chwili atrapa ziemi zaczęła się powiększać, a oceany, wzgórza, kontynenty stawały się coraz wyraźniejsze; w mgnieniu oka zbliżenie obrazu sprawiło, że nad stołem znalazła się wizja wielkiego budynku, fabryki, a z jednego z otwartych drzwi wynurzał się wężyk ludzi (lub robotów wyglądających jak ludzie). Wyimaginowana kamera wślizgnęła się do środka, by na chwilę zatrzymać się przy wewnętrznych drzwiach, gdzie stał olbrzymi, niemal trzymetrowy mężczyzna o nieruchomej twarzy, pilnujący dostępu do głównego pierścienia fabryki: laserowym skanerem umieszczonym w gałce ocznej rewidował informacje zawarte w neurotycznym obiegu elektrycznym niższego od siebie robota, który kilka sekund wcześniej stwierdził rażąco nienamiętnym głosem: „Zamiennik Petera Burrowsa, kierownika utrzymania ruchu”. Następnie kamerzysta incognito przeszył profil strażnika i ukazał oczom naukowców wielką halę, gdzie setki maszyn obstawiających niemiłosiernie długie taśmy produkcyjnie w zamęcie jaskrawych błysków, zgrzytliwych trzasków i ogłuszających pisków tworzyły łudząco podobne do ludzi roboty.

— Zmechanizowany świat, w którym najbardziej chodliwym towarem są roboty wyręczające ludzi we wszystkim, co niewygodne, spełniające wszystkie pragnienia, których bez ich pomocy nie potrafiliby ziścić, miejsce, gdzie wszyscy wierzą, że suma części składowych to nic więcej jak tylko suma części składowych. Upadek wartości, które promowała archaiczna już poezja i literatura, zapoczątkowała era maszyn, wirtualnych doznań i abstrakcyjności istnienia. — Spojrzał na Alexandra, który jako jedyny nie wyglądał na porwanego jego wspaniałomyślnością i przekonaniem o nadludzkiej mocy. — Teraz czas to zmienić, zastąpić maszyny ludźmi… prawdziwszymi, żywszymi, tańszymi w produkcji…

— Tańszymi? — Mistyczne oczekiwanie na puentę Bradleya przerwał kobiecy i niebywale delikatny (lecz absurdalnie racjonalny w tej chwili) głos. Brwi Alexandra lekko uniosły się i spojrzały na subtelną twarz Sophie Collins, podobnie jak on dośmiertnie związanej z MEJBA, jednak w przeciwieństwie do niego od początku zupełnie niepasującej do tego miejsca. Po wyrazie jej szafirowych oczu nie można było odczytać jej myśli, lecz kiedy zaczynała mówić, słowa nadawały jej spojrzeniu wyraz niezwykle samoświadomej osobowości. — Mówisz o klonowaniu?

— Cóż za bystrość, panno Collins. — Rzucił jej przenikliwe spojrzenie, po którym, nie przerywając wciąż iskrzącego się w jego umyśle uroku bycia Panem Wszechświata, rozejrzał się po twarzach pozostałych, by upewnić się, że wątpliwości Sophie nie zaburzyły ich uwagi oraz (przede wszystkim) podziwu. Uwięzione w fabryce, nieświadome śledzenia roboty dalej wprawiały w ruch wizualizacje. — Jednakże już od kilku miesięcy słowo „klonowanie” nie jest odpowiednie dla naszej działalności. Mówię o syntetycznych ludziach, iście doskonałych, dokładnie takich, jakich życzą sobie ludzie na ziemi. Czyż projekt SC-A, który prowadzimy, nie podlega tym właśnie kryteriom? — Spojrzał na Sophie i poczekał aż treść jego słów stanie się niezmąconą prawdą w umyśle każdego z zebranych. — Mam rację, panno Collins?

— Projekt SC-A obejmował stworzenie dwudziestu czterech ludzkich klonów w celach zarówno badawczych jak i pomocy przy pracach na Sanatris. — Odpowiedziała inteligentnym i zdecydowanym tonem, nie sposób było wprowadzić ją w zakłopotanie. — W celu utrzymania tajemnicy odkrycia Sanatris okazali się niezbędni…

— To ofiary — przerwał William. — Pod domeną każdego postępu jak i utrzymania porządku kryją się ofiary. Aby ochronić naszą malutką planetę przed ludźmi, potrzebowaliśmy garstki nieetycznych, w twoim zamyśle, klonów… Żeby pójść dalej, musimy mieć ich więcej…

— Mówisz o imperium klonów! — Ton jej głosu zmienił surrealistyczny monolog Bradleya w wyniesioną dyskusję, która tylko dodała spotkaniu upragnionej sceniczności. — Żeby je stworzyć, będzie trzeba wypełnić Sanatris laboratoriami i ośrodkami przystosowującymi je do życia na ziemi. Chcesz na to poświęcić „cud”, który odkryliśmy?

William Bradley westchnął, dając znać, że jednak nadmierna emocjonalność nie tyle stoi na drodze do wykonania jego planu, co jest po prostu nieistotna. Spojrzał na projekt, a palec przyciskający marker rozlał wizualizację fabryki robotów, wskutek czego z barwnego chaosu wyłoniła się okrągła błękitna planeta.

— Dowód — stwierdził finalnym tonem. — Sanatris to dowód naszych możliwości. To maleńki, niemal zupełnie pozbawiony hydrosfery, pożywienia i jakichkolwiek cennych surowców zlep pospolitych pierwiastków. To dowód, tylko dowód. — Jego ostatnie, nad wyraz zaakcentowane słowo, zawisło w powietrzu i wirowało w umysłach naukowców, gotowych niesprzecznie przyznać rację swojemu zwierzchnikowi.

— Lecz czy właśnie w tym nie tkwi tajemnica Sanatris? — Sophie przerwała chwilę ciszy. — Jest bogata w roślinność, choć nie dociera do niej światło słoneczne; nie posiada mórz, oceanów, a nawet rzek; jest idealną kulą, bez wybrzuszeń i wklęsłości, choć nie ma swojego satelity, który by na nią oddziaływał. ­– Wszyscy wokół spojrzeli na nią z zaciekawieniem, a niezmącone naturalną (w towarzystwie Williama) niepewnością słowa utwierdzały ich w roli zahipnotyzowanego obserwatora, który pozbawiony umiejętności zastanawiania się nad treścią przekazu samorzutnie uznaje ją za dogmat. — Nie krąży wokół żadnej gwiazdy, nie obraca się dookoła własnej osi, nie jest w ruchu… a to przeczy wszelkim prawom fizyki. I nawet najlepszy na świecie zespół wybitnych geniuszy, posiadający aparaturę, z której korzystamy, lecz wciąż nie możemy pojąć jej działania, nie potrafi po niemal roku skrupulatnych badań podać jakiejkolwiek przyczyny praw rządzących tą planetą. Masz rację, Williamie, to dowód… ale nie naszych możliwości, tylko tego, że tak naprawdę wcale ich nie posiadamy.

Wszyscy spojrzeli na Bradleya wyczekując odpowiedzi, która oświecając ich umysły przyodzieje płaszcz nieskazitelności i pozbawi wszelkie pytania przyczyn ich powstania.

— Szansa odnalezienia drugiej planety podobnej do ziemi jest znikoma — zaczął — ale skoro się nam trafiła, można łatwo wywnioskować, że biorąc pod uwagę zakres prawdopodobieństwa cechujący nieskończoność wszechświata, istnieje nieskończona liczba takich planet… — Zbliżył nieznacznie twarz w stronę Sophie, wnikliwie wpatrując się w jej nieuległe spojrzenie. — …nieskończona liczba tajemnic do zbadania, nieskończona liczba pytań i odpowiedzi… być może prawa działające w drodze mlecznej i wszystkich galaktykach, do których ziemianinie mają dostęp, nie sprawdzają się w bardziej odległych miejscach, gdzie nie ma nawet podziału na galaktyki. Być morze w pogoni za nieskończonością poznamy uniwersalne prawa, działające w całych wszechświecie, stworzymy własną naukę, która uczyni z nas bogów… lecz nie osiągniemy tego, mając tylko jedną niewiadomą, i nie osiągniemy tego… bez pomocy syntetycznych ludzi.

Nim Collins zdążyła odpowiedzieć, Bradley wcisnął marker, a wizja Sanatris podobnie do uprzedniej projekcji ziemi zaczęła się przybliżać, by odzwierciedlić pokrytą turkusową roślinnością powierzchnię. Mącąc krajobraz flory, oczom naukowców ukazał się wielki, stojący na czterech olbrzymich odnogach statek kosmiczny: poza wierzchnim stożkowym kadłubem głównym współtworzyły go dwie pierścieniowe kondygnacje, naszpikowane okrągłymi oknami, z których jarzyło się nieskazitelnie białe światło. Pod dolną komorą napędową, na powierzchni planety znajdowała się okrągła błyszcząca platforma, którą ograniczało sześć kolosalnych słupów, które powyżej poziomu kadłuba schodziły się w ostrosłup, więżący statek. Po chwili wokół bazy zaczęły pojawiać się wielkie, metalowe budynki z ponumerowanymi szyldami: układały się ciasno jeden obok drugiego, by w miarę sunięcia po powierzchni, obracania projekcji ciała niebieskiego i przyspieszającego tempa tego procesu zając całą planetę.

— Drodzy kompani najwyższego kręgu wtajemniczenia MEJBA — oznajmił, powstrzymując się od zatarcia rąk, ukrywając dumę, że treść jego przekazu stała się tak gęsta, iż Sophie Collins wraz ze swoimi naiwnie humanitarnymi wątpliwościami nie mogła się już przez nią przebić, a jego kontrola nad sytuacją pozwoliła mu wrócić do odpowiedniego momentu, jakby cała dyskusją z nią nie miała miejsca. Dodatkowo, potwierdzając swoje zwierzchnictwo i bezapelacyjną rację, rozejrzał się dwukrotnie po wszystkich twarzach. — Przedstawiam wam drugą i ostateczną wersję projektu Sanatris Clons: SC-Omega. Są to, tak jak mówiła panna Collins, laboratoria połączone z ośrodkami, wypełniające całą planetę.

Spojrzał na Alexandra, od początku zebrania równomiernie niezaciekawionego i niewzruszonego wizją projektu, zawsze potrafiącego klarownie i obiektywnie ocenić sytuację na bazie kalkulacji i zdrowego rozsądku, którego życiowe poglądy stanowią absolutną opozycję do poglądów Sophie — to właśnie skłoniło go do stworzenia z nich zespołu, o czym lada chwila mieli się dowiedzieć.

— Pieniądze i popyt — stwierdził tonem znudzonego księgowego Davies, pewny że niczego więcej nie brakuje jego wypowiedzi.

— Wszystko w swoim czasie, Alexandrze. Schemat kanałów transakcyjnych jest dokładnie przedstawiony w materiałach, które w tej chwili znajdują się w systemie, macie do nich dostęp. Nie celem jest jednak wymieniać nazwiska osób, które umożliwią nam proces inicjalizacji projektu. Oni, tak jak i wy, nie powinni zadawać niepotrzebnych pytań. A w kwestii pieniędzy, na chwilę obecną posiadamy środki i aparaturę, których wymaga faza pierwsza projektu.

— Faza pierwsza? — zapytał formalnie Alexander, wciąż nie wyrażając nawet nutki ciekawości.

— Dziesięć tysięcy skrajnie różnych prototypów, które w celach prezentacyjnych zostaną przeteleportowane na ziemię i dostarczone do naszych największych klientów. Jako dziewiczy towar luksusowy będą kosztować majątek, a pieniądze z ich sprzedaży pozwolą nam stworzyć kilkanaście nowych laboratoriów i ośrodków. To zainicjuje fazę drugą, pozwalającą na wyprodukowanie miliona egzemplarzy. Po upływie trzech miesięcy od rozpoczęcia fazy drugiej znajdziemy się w posiadaniu kapitału na pełną urbanizację Sanatris. Kilkadziesiąt tysięcy punktów taśmowo produkujących najdroższe na świecie produkty… — Zniżył głos, by nie obnażać niepotrzebnie własnych emocji, i zupełnie spokojnym tonem dokończył: — Niebawem MEJBA stanie się największą na świecie korporacją, o której potędze nie będzie wiedział nikt poza osobami znajdującymi się w tym pomieszczeniu.

— Kiedy zaczynamy projekt? — W reakcji na pytanie Daviesa wszyscy zebrani spojrzeli po sobie i zaczęli wiercić się w miejscach na znak niepotrzebującej dalszej zachęty gotowości do pracy.

— Jutro. — Dające się wyczuć drugie dno odpowiedzi Williama uciszyło salę obrad. — Alexandrze, będziesz nadzorował prace przygotowujące do fazy pierwszej projektu SC-Omega, zajmiesz się przeprogramowaniem inkubatorów i techniczną stroną projektu. Panno Collins… — zwrócił się do Sophie, której szafirowe oczy wciąż przyglądały się wirującej projekcji zurbanizowanej planety. — …przymykam oko na brak twojej wiary w przedsięwzięcie, zdając sobie jednocześnie sprawę z faktu, że niezależny i potrafiący oceniać wszystko w kategorii moralnej umysł będzie najlepszym narzędziem do tworzenia doskonałych ludzi, takich, jakich potrzebujemy. — Kobieta z lekkim niedowierzaniem zwróciła wzrok w stronę Bradleya, lecz utkwił jedynie na niebieskich pierścieniach za jego plecami, każąc każdemu potencjalnemu zebranemu zaciekawionemu jej emocjami ślepo zgadywać, o czym myślała w tej chwili. — Stworzyłaś dwadzieścia cztery niesamowite wzorce, na których bazował projekt SC-A. Kwestia konwencjonalna, opracowanie dziesięciu tysięcy wzorców, należy do ciebie. Macie dwa tygodnie. Wtedy rozpoczynamy produkcję, którą będę nadzorował osobiście. Do tego czasu zostawiam was samych.

— Kiedy wyruszamy? — zapytał Davies, wyciągając do przodu rękę; zsuwający się rękaw laboratoryjnego fartuchu odsłonił złoty zegarek pełniący między innymi także funkcję kalendarza.

— Jutro z samego rana. Dzisiaj macie czas na zapoznanie się z projektem i pożegnanie z waszymi rodzinami. Prom już na was czeka. — Rozejrzał się po swoich pracownikach, niczym surowy ojciec protekcjonalnie wyrażający troskę. — Lepiej wykorzystajcie dobrze ten wolny dzień, przez następne tygodnie czeka was mnóstwo pracy…

Londyn, Anglia. 10 listopada 2059, ten sam dzień


Wiatr ją popędzał, zakradał się w jej myśli, każąc podejmować tylko najbardziej konieczne decyzje, dzięki którym — mimo iż rozpadnie się prawie wszystko — najcenniejsze dla jej pełnej wątpliwości duszy wartości i najbliższe sercu skarby pozostaną nietknięte. Zapach jesiennego powietrza — od wielu lat pozbawionego świeżości, poszlak zapachu drzew i wydających ostatnie tchnienie liści — wydawał się jej bliski, ale od tak dawna wiele rzeczy nie pozwalało cieszyć się jego obecnością… Wciąż miała przed oczami wielkiego dęba zamieszkującego jej dziecięce podwórko, który niegdyś dumnie rozpościerał swoje gałęzie, mozaiką liści zacierając monotonny widok zabieganej, lecz wciąż nie do końca mechanicznej ulicy. Dzień, w którym jej ojciec kazał go ściąć i zastąpić lepszym (jak mówił) drzewem, które zawsze będzie zielone, piękne, niewymagające troski i pielęgnacji, zmieniające układ gałęzi niemal na zawołanie — dzień, w którym klarownie ujrzała ulicę, niczym jaskrawo przystrojoną smutkiem prawdę o rzeczywistości, uświadomił jej, co powinna w życiu robić… Od tamtego dnia, próbując zagubić wzrok wśród gałęzi sztucznego drzewa, czekając na dającą jej szansę do działania dorosłość, wpatrywała się w przeraźliwie jasną ulicę, gdzie coraz więcej ludzi nie posiadało twarzy, tylko ruchome maski, gdzie krzyki i odgłosy biegających dzieci wydawały się zupełnie nie na miejscu, aż w końcu zdając sobie z tego sprawę całkiem zamilkły. Nawet jej matka — anielskim głosem śpiewająca kołysanki w drodze do krainy dziecięcych snów, żyjąca z sercem na otwartej dłoni i zawsze potrafiąca spojrzeć sobie w oczy patrząc w lustro, której nigdy nie podejrzewała o to, że pozwoli zastąpić siebie robotem — zaczęła nieprzerwanie przebywać w domu. Wyglądała tak, jakby traciła duszę, jakby sposób życia, z którego zrezygnowała, pozbawił ją sił; lecz to nie była prawda — zrozumiała to w chwili, kiedy zobaczyła ją zupełnie białą, wyglądającą jak wyłączony robot… gdy ojciec powiedział, że była chora i musiała umrzeć. Doczekała się dorosłości… lecz nie takiej, jakiej pragnęła.

Weszła do sklepu, ukradkiem przywitała się z niemal nieruchomym sprzedawcą i ruszyła do przedziału z zabawkami dla dzieci. Zatrzymała się przy module z bajkami, ujęła kilka z nich w dłonie i przekartkowała, patrząc na okładki; odłożyła i wzięła następne. Chciała wybrać idealną bajkę, żeby jej dzieci pamiętały ją tak, jak ona pamięta swoją matkę. Przez następne kilka miesięcy może jej nie zobaczą, a nie pozostało jej wiele czasu, żeby wrócić.

— Proszę wybrać dwie zamiast jednej.

Odezwał się głos za jej plecami. Zaprojektowano go tak, żeby wydawał się naturalny, lecz Sophie nie sposób było zamydlić oczu — wszystko, co nie posiadało głębi, stanowiło dla niej sztuczność i zakłamanie.

— Jest promocja. Jeśli kupi pani jedną, drugą otrzyma za połowę ceny. To samo dotyczy zabawek pluszowych z czerwoną nalepką…

Dzięki MEJBA stała się tak bogata, że nie musiała tutaj być, mogłaby wysłać robota, który wykupiłby wszystkie zabawki w tym sklepie, a jednak poświęciła czas, by coś wybrać dla swoich dzieci; i nie chodziło jej o przedmioty, których tak naprawdę nie potrzebowały, lecz o swoją obecność i nade wszystko czas, który jest najcenniejszą rzeczą, a tak niewiele go jej zostało. To dlatego chciała wybrać wyjątkową bajkę, lecz żadna nie była aż tak dobra, by pokazać im świat, który dla nich wymarzyła.

— …promocja obowiązuje do końca miesiąca… — Robot przerwał, kiedy zarejestrował spływającą po policzku kobiety łzę, i włożył dwa palce do kieszeni marynarki, by wyjąć z niej paczkę chusteczek, którą w następstwie podał klientce.

— Nie, dziękuję — odpowiedziała, odkładając bajki na półkę. Jedną z nich pozostawiła w dłoniach. — Chcę kupić tę bajkę.

Niechęć do samochodów od zawsze zmuszała ją do pieszych wędrówek, jednak krócący się czas zamienił je w jazdy metrami, coraz bardziej przypominające statki kosmiczne, na których niemal nieprzerwanie spędziła siedem ostatnich lat pracy. Po tym, jak wróciła do domu i przywitała się z Aaronem, sześcioletnią Lucy i trzyletnią Caroline, zrobiła obiad, choć w ułamku sekundy mógł ją wyręczyć w tym stary robot kuchenny — wielka przypominająca mikrofalówkę skrzynka z przymocowanymi pojemnikami na potrawy, w innych domach od dawna zastąpiona mechanicznymi humanoidami. Po spacerze i zabawie z dziećmi, kiedy kładła je spać, przeczytała im bajkę.

— Mamo?

— Tak, kochanie? — Pogłaskała po główce swoją starszą córeczkę. Młodsza, Caroline, drgając powiekami, wciąż odtwarzała zakończenie opowieści w swojej niewinnej wyobraźni. Obydwie, skulone w jej objęciach, stanowiły najpiękniejszą rzecz, jaka spotkała ją w życiu, warty poświęcenia i prawdziwej miłości skarb, tak cudowny, że niezależnie od ceny jego posiadania, nigdy nie wolno jej było płakać.

— A oni przeprosili potem tego chłopczyka z papieru?

— Tak, Lucy, nie tylko przeprosili, ale także zbudowali mu dom, taki z tektury. Z tej samej tektury, z której oni byli zrobieni.

— I zamieszkała w nim ta papierowa dziewczynka? — zapytała wielkimi rozmarzonymi oczkami Caroline.

— Tak, i już nigdy go nie zostawiła. Zamieszkali tam na zawsze, mieli nawet papierowego pieska.

Lucy jęknęła w zamyśleniu, po czym zapytała:

— To dlaczego w bajce tego nie ma?

— Kochanie, a co twoim zdaniem znaczy „szczęśliwie”? Bo tak skończyła się ta bajka, pamiętasz? „Żyli długo i szczęśliwie.”

— A my też będziemy żyć długo i szczęśliwie? — zapytała Caroline.

— Tak, maleńka, będziemy. — Pochyliła się i pocałowała Lucy w czoło, następnie wzięła w ręce młodszą dziewczynkę i zaniosła do przeciwległego łóżka. — Już pora spać. — Pogładziła dłonią czółko Caroline i obdarowała je buziakiem, który sprawił, że jej córeczka odwróciła się na bok i ze słodkim uśmiechem zamknęła oczka.

— Mamo… — wyszeptała Lucy, kiedy Sophie chciała opuścić pokój. Wróciła do łóżka dziewczynki i usiadła na skraju. — Na długo wyjeżdżasz?

— Mówiłam ci już, kochanie. — Odgarnęła jej włosy z policzka. Po zgaszeniu lampki nocnej księżyc nie potrafił rozświetlić jej twarzy, i jedynie odbijając swój blask od jej oczu, utworzył dwa błyszczące punkciki stanowiące źrenice dziewczynki.

— Będę tęsknić, mamusiu.

— Ja też, kocham was. — Pocałowała ją jeszcze raz i wyszła z dziecięcej sypialni. W drodze do swojego pokoju, gdzie miała kochać się z Aaronem i dać wytchnienie łaknieniu bliskości, przystanęła przy drzwiach toalety. Wiedziała, że zostawiła w środku torebkę, ale bała się tego, co znajdowało w środku; i choć doskonale to znała, każdego dnia przyglądała się temu i nie wierzyła, że jej doskonałą rodzinę spotka zły los (choć ze wszystkich scenariuszy wolała właśnie ten, że ów zło dotnie ją najbardziej). Próbując naiwnie uchronić Aarona i dziewczynki przed nieuniknioną, walącą pięściami w drzwi ich rodzinnego domu prawdę, nie powiedziała im, co się dzieje.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.3
drukowana A5
za 63.35