E-book
23.63
drukowana A5
56.01
SAN FRANCISCO 03:31

Bezpłatny fragment - SAN FRANCISCO 03:31

ŚWIAT NIE JEST JEDEN. KTOŚ PILNUJE BYŚ TEGO NIE WIEDZIAŁ…


Objętość:
188 str.
ISBN:
978-83-8467-239-6
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 56.01

ROZDZIAŁ 1

Miasto, które czeka

San Francisco pachniało inaczej niż wszystkie miasta, które Adam znał. Nie był to zapach oceanu. Ani soli. Ani rybich targów, o których czytał przed wyjazdem. W powietrzu unosiła się chłodna woń mokrego drewna, starego asfaltu i czegoś jeszcze — czegoś trudnego do nazwania, jak zapach pomieszczenia zamkniętego przez wiele lat, do którego ktoś właśnie uchylił drzwi. Samolot wylądował niespełna dwie godziny wcześniej. Adam szedł powoli ulicami Nob Hill, ciągnąc za sobą niewielką walizkę. Po obu stronach piętrzyły się wiktoriańskie kamienice. Ich okna odbijały pomarańczowe światło zachodzącego słońca. Cable car przeciął skrzyżowanie z charakterystycznym dzwonkiem, a grupa turystów roześmiała się, próbując zrobić idealne zdjęcie na tle stromego zbocza.

Miasto wyglądało niemal zbyt pięknie. Adam miał rozpocząć nowe życie. Dostał pracę jako archiwista cyfrowy w niewielkiej firmie współpracującej z miejskimi instytucjami. Przez kilka najbliższych lat miał skanować stare fotografie, mapy, dokumenty budowlane i akta, których od dziesięcioleci nikt nie otwierał. Pierwszą noc miał spędzić w hotelu. Następnego dnia czekało na niego wynajęte mieszkanie w starej kamienicy przy Mason Street. Wszystko było przygotowane. Wszystko miało być proste. A jednak od momentu wyjścia z lotniska nie potrafił pozbyć się wrażenia, że ktoś go obserwuje. Nie widział nikogo konkretnego. Czuł jedynie wzrok. Zawsze gdy odwracał głowę, za nim znajdowały się przypadkowe twarze albo pusta ulica.

Wieczorem, zamiast wracać od razu do hotelu, poszedł w kierunku Lombard Street. Chciał zobaczyć miasto przed rozpoczęciem pracy, zanim codzienność odbierze mu ciekawość turysty. Mgła nadeszła szybciej, niż zapowiadała prognoza. Najpierw przykryła dachy. Potem latarnie. W końcu zaczęła wypełniać ulicę jak mlecznobiała rzeka. Adam zwolnił. Przez chwilę wydawało mu się, że ktoś wypowiedział jego imię.

— Adam…

Odwrócił się. Nikogo. Tylko szum drzew i odległy dzwonek tramwaju. Ruszył dalej. Kilkanaście metrów przed nim, na starej drewnianej ławce, siedział mężczyzna. Nie wyglądał na turystę. Miał długi ciemny płaszcz, skórzane rękawiczki i kapelusz z szerokim rondem. Siedział nieruchomo, z dłońmi opartymi na lasce. Jak posąg. Adam minął go, starając się nie zwracać uwagi.

— Spóźniłeś się o siedem minut.

Głos był spokojny. Zbyt spokojny. Adam zatrzymał się.

— Przepraszam?

Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał.

— Gdybyś przyszedł wcześniej, jeszcze by żyła.

Adam poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.

— Kto?

Długa cisza.

— Dziewczyna z czerwonym parasolem.

Adam rozejrzał się po ulicy. Nie było żadnej dziewczyny. Nie było nawet nikogo z parasolem.

— Nie znam żadnej dziewczyny.

Mężczyzna uśmiechnął się i dopiero wtedy spojrzał mu w oczy.

— Jeszcze nie.

Telefon Adama zawibrował. Na ekranie pojawiło się ostrzeżenie pogodowe. Gęsta mgła. Zaleca się ograniczenie poruszania po stromych ulicach w rejonie Russian Hill. Adam uniósł wzrok. Ławka była pusta. Nie widział odchodzącej sylwetki. Nie słyszał kroków. Mężczyzna zniknął. Na drewnianym siedzisku leżała jedynie pożółkła koperta. Bez znaczka. Bez adresu. Na środku zapisano czarnym atramentem jedno słowo: ADAM.

Przez chwilę zastanawiał się, czy jej nie zostawić. Rozsądek podpowiadał mu, że ktoś urządza żart. Ciekawość zwyciężyła. Otworzył kopertę. W środku znajdowała się fotografia. Golden Gate Bridge tonął na niej w gęstej mgle. Przy barierce stał mężczyzna odwrócony plecami do aparatu. Miał na sobie dokładnie taką samą kurtkę jak Adam. Na odwrocie znajdowało się jedno zdanie:

TO ZDJĘCIE ZOSTANIE ZROBIONE ZA TRZY DNI.

Adam poczuł zimno, które nie miało nic wspólnego z pogodą. Przyjrzał się fotografii ponownie. I wtedy zauważył drugą postać. Stała kilka metrów za mężczyzną przy barierce. Wysoka. Nienaturalnie chuda. Prawie niewidoczna we mgle. Twarz pozostawała niewyraźna. Ale Adam mógłby przysiąc, że postać się uśmiechała.

ROZDZIAŁ 2

Człowiek, którego nie było

Nie pamiętał dokładnie drogi powrotnej do hotelu. Fotografię położył na stoliku obok łóżka. Przez kilka minut siedział w ciszy, wpatrując się w nią tak długo, aż zaczęły piec go oczy. Nic się nie zmieniło. Na zdjęciu nadal stał człowiek w jego kurtce. Za nim czekała wysoka sylwetka.

— Świetny początek nowego życia — powiedział do pustego pokoju.

Próbował znaleźć racjonalne wyjaśnienie. Fotomontaż. Ukryta kamera. Reklama jakiejś atrakcji. Ekscentryczny performance. San Francisco słynęło z dziwnych ludzi. To musiało być coś takiego. O drugiej siedemnaście obudziło go pukanie. Trzy krótkie uderzenia. Adam otworzył oczy i spojrzał na zegarek. 02:17. Cisza. Minęła minuta. Ponownie trzy uderzenia. Tym razem wolniejsze. Wstał. Przez wizjer nie zobaczył nikogo. Otworzył drzwi. Korytarz był pusty. Jedynie klimatyzacja wydawała jednostajny szum. Już miał zamknąć drzwi, gdy zauważył coś na wykładzinie. Monetę. Podniósł ją. Była ciężka i chłodna. Przypominała stary srebrny dolar. Po jednej stronie widniała Statua Wolności. Druga była idealnie gładka, jakby ktoś starannie zeszlifował cały wzór.

W tym momencie drzwi zatrzasnęły się za jego plecami. Karta została w pokoju. Recepcjonista zjawił się kilka minut później. Młody mężczyzna o azjatyckich rysach otworzył zamek kartą serwisową. Kiedy zauważył monetę, jego twarz pobladła.

— Gdzie pan to znalazł?

— Przed drzwiami.

Recepcjonista przez chwilę milczał.

— Powinien pan ją wyrzucić.

— Dlaczego?

— Bo ludzie, którzy je znajdują, zwykle nie wracają.

Adam uśmiechnął się nerwowo.

— Lokalna legenda?

Recepcjonista nie odpowiedział. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Następnego ranka świat znowu wyglądał normalnie. Słońce. Ludzie z kubkami kawy. Biegacze. Psy. Samochody stojące na stromych ulicach pod absurdalnymi kątami. Jakby nocne wydarzenia były jedynie snem. Adam wymeldował się i zostawił walizkę w przechowalni. Klucze do mieszkania na Mason Street miał odebrać dopiero po południu, więc poszedł w stronę Chinatown. Między straganami panował tłok. Zapach kadzideł mieszał się z aromatem smażonych pierożków, herbaty jaśminowej i mokrego kartonu. W pewnym momencie zauważył niewielki antykwariat. Nad drzwiami wisiał wyblakły szyld:

MORROW & SONS — RARE BOOKS SINCE 1912

Nie wiedział dlaczego, ale wszedł. W środku panował półmrok. Na półkach piętrzyły się tysiące książek. Pachniało kurzem, skórą i wilgotnym papierem. Za ladą siedział starszy mężczyzna i czytał gazetę. Nie podniósł wzroku.

— W końcu pan przyszedł.

Adam zatrzymał się.

— Przepraszam?

Starzec złożył gazetę.

— Czekałem siedemnaście lat.

— Na mnie?

— Tak.

— My się znamy?

— Nie.

— Więc skąd…

— Dokładnie siedemnaście lat temu zostawił mi pan wiadomość.

Adam poczuł chłód na plecach.

— To niemożliwe.

— Oczywiście.

Starzec otworzył szufladę i wyjął grubą kopertę opieczętowaną czarnym woskiem. Na pieczęci widniał kruk.

— Powiedział pan wtedy: „Jeżeli przyjdzie człowiek wyglądający dokładnie jak ja, proszę mu to oddać”.

Adam nie sięgnął po kopertę.

— Ile miał ten człowiek lat?

— Mniej więcej tyle co pan.

— I wyglądał jak ja?

— Nie podobnie. Identycznie.

— Co jeszcze powiedział?

Starzec zawahał się.

— Żebym nigdy nie pozwolił panu otworzyć koperty tutaj.

W tej samej chwili z zaplecza dobiegł huk. Jedna książka spadła z półki. Potem druga. Trzecia. Kolejne uderzały o podłogę, tworząc idealnie prostą linię prowadzącą do niewielkich drzwi w głębi sklepu. Starzec pobladł.

— Nie…

— Co się dzieje?

— On wie, że pan tu jest.

— Kto?

Starszy mężczyzna spojrzał na drzwi.

— Archiwista.

Adam prawie się roześmiał.

— Sam jestem archiwistą.

— Nie takim.

Ktoś zapukał od drugiej strony drzwi. Raz. Drugi. Trzeci. Dokładnie w tym samym rytmie, który Adam słyszał w hotelu. Starzec podszedł do drzwi i przekręcił klucz.

— Proszę stąd wyjść.

— A koperta?

— Zabierze ją pan.

— Co jest za drzwiami?

— Miejsce, którego nie powinno być.

Adam sięgnął po kopertę. Była ciężka. Znajdowało się w niej coś twardszego niż papier.

— Kim jest Archiwista?

Starzec spojrzał mu w oczy.

— Kimś, kto pilnuje, żeby przyszłość pozostała tam, gdzie jej miejsce.

Pukanie rozległo się ponownie. Starzec wypchnął Adama na ulicę.

— Jeżeli zobaczy pan człowieka bez twarzy, proszę nie pytać go o swoje życie.

Drzwi zatrzasnęły się. Kiedy Adam po kilku sekundach odwrócił się ponownie, szyld antykwariatu zniknął. W miejscu wejścia znajdowała się zabita deskami witryna. Wyblakła kartka głosiła:

LOKAL ZAMKNIĘTY OD 2009 ROKU.

Adam długo patrzył na napis. W kieszeni nadal miał kopertę.

ROZDZIAŁ 3

Mason Street

Kamienica wyglądała dokładnie tak, jak na zdjęciach w ogłoszeniu. Cztery piętra. Wąska fasada. Kamienne schody. Wysokie okna. Mason House, 1904. „Historyczny charakter” — napisano w ofercie. Adam zrozumiał później, że historyczny charakter oznaczał skrzypiące podłogi, stare rury i dziwne odgłosy wewnątrz ścian. Za ladą w niewielkim holu siedział zarządca. Chudy mężczyzna po sześćdziesiątce. Szara skóra, starannie zaczesane włosy i oczy, które niemal nie mrugały.

— Pan Mercer — powiedział, zanim Adam zdążył się przedstawić. — Czwarte piętro.

Adam zmarszczył brwi.

— Skąd zna pan moje nazwisko?

— Jest na umowie.

— Umowę podpisywałem z agencją.

Zarządca uśmiechnął się.

— Pan Vale.

Wyciągnął rękę.

— W razie problemów jestem na dole.

Mieszkanie było większe, niż Adam się spodziewał. Z okna widział dachy Chinatown i fragment zatoki. Przez pierwszą godzinę rozpakowywał rzeczy. Dopiero później przypomniał sobie o kopercie z antykwariatu. Rozerwał pieczęć. W środku znajdowała się kaseta magnetofonowa i niewielka kartka. Na kartce zapisano tylko:

NIE SŁUCHAJ NAGRANIA PO 02:17.

Adam spojrzał na zegarek. 18:42. Kasety nie miał nawet na czym odtworzyć. Odłożył ją na stół. W nocy śnił o podziemnym korytarzu. Setki drzwi. Każde oznaczone inną datą. Za każdym ktoś płakał. Obudził się nad ranem. Na zewnętrznej stronie okna znajdował się mokry ślad dłoni. Mieszkał na czwartym piętrze. Podszedł bliżej. Nie było balkonu. Gzyms miał kilka centymetrów szerokości. Dotknął śladu. Woda była lodowata. Telefon zadzwonił. Nieznany numer.

— Słucham?

Najpierw usłyszał trzaski. Potem oddech.

— Adam…

Głos brzmiał jak jego własny.

— Kto mówi?

— Nie schodź na minus cztery.

Połączenie zostało przerwane. W historii telefonu nie pozostał żaden ślad rozmowy.

ROZDZIAŁ 4

Plan

Pierwszego dnia pracy Adam dostał do zeskanowania teczkę oznaczoną numerem 1117-M. W środku znajdowały się plany kanalizacji, stare fotografie oraz dokumentacja sporządzona po trzęsieniu ziemi z 1906 roku. Pracował mechanicznie, aż zauważył nazwę:

MASON HOUSE.

Pochylił się nad planem. Przekrój budynku przedstawiał parter, cztery kondygnacje mieszkalne, strych i piwnicę. Poniżej istniały jeszcze trzy poziomy. B2. B3. B4. Adam poczuł napięcie w karku. Na poziomie B4 znajdował się długi korytarz i sześć pomieszczeń. Z ostatniego wychodził tunel ciągnący się pod Mason Street. Obok ktoś dopisał ręcznie:

PRZEJŚCIE ZAMKNIĘTO 18 KWIETNIA 1906 ROKU. NIE OTWIERAĆ.

— Znalazłeś skarb?

Adam drgnął. Za nim stała Maya Chen, konserwatorka dokumentów. Miała nieco ponad trzydzieści lat, czarne włosy spięte ołówkiem i irytujący zwyczaj pojawiania się bezszelestnie.

— Stary plan.

Maya spojrzała na dokument. Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.

— Skąd go masz?

— Był w tej teczce.

— Nie powinien.

— Dlaczego?

— Bo widziałam go wcześniej.

— Gdzie?

— W archiwum zamkniętym.

Adam wskazał budynek.

— Mieszkam tam.

Maya zamarła.

— Od kiedy?

— Od wczoraj.

— Nie wiedziałam, że znowu wynajmują mieszkania.

— Dlaczego mieliby nie wynajmować?

— W zeszłym roku zniknęła tam kobieta.

Adam przestał się uśmiechać.

— Jak?

— Weszła do windy na trzecim piętrze. Kamera pokazała, że nacisnęła parter. Drzwi się zamknęły. Kiedy otworzyły się na dole, kabina była pusta.

— Inne wyjście?

— Nie ma.

— Kamera wewnątrz?

— Przestała działać na czterdzieści siedem sekund.

— Znaleziono ją?

— Nie.

— Jak się nazywała?

Maya spojrzała na niego uważnie.

— Elena Voss.

Adam poczuł dziwne ukłucie pamięci. Dziewczyna z czerwonym parasolem. Nie wiedział, dlaczego pomyślał właśnie o niej. Światła zgasły. Monitory umilkły. Skaner zatrzymał się. W ciemności rozległo się szuranie. Coś przesuwało się pod stołem. Adam włączył latarkę telefonu. Na podłodze leżała mokra kartka. Nie było jej tam wcześniej. Podniósł ją. Na środku znajdował się czarny odcisk dłoni. Telefon zawibrował.

ONI WIEDZĄ, ŻE ZOBACZYŁEŚ PLAN.

Maya wyrwała kartkę z jego ręki.

— Nie dotykaj rzeczy, które pojawiają się bez wyjaśnienia.

— Mogłaś powiedzieć wcześniej.

— Musisz się wyprowadzić.

— Z powodu kartki?

— Z powodu tego budynku.

Wyjęła z szuflady mały, ciężki klucz. Na jego główce wybito cyfrę 4.

— Należał do mojej prababki. Mieszkała w Mason House w 1906 roku.

Adam wziął klucz. Był ciepły.

— Do czego pasuje?

— Tego właśnie boję się najbardziej.

ROZDZIAŁ 5

Poziom –4

Wieczorem Adam wrócił do kamienicy. Vale siedział za ladą.

— Czy pod budynkiem istnieją poziomy B2, B3 i B4? — zapytał Adam.

Zarządca nawet nie drgnął.

— Nie.

— Widziałem plany.

— Stare plany bywają niedokładne.

— A tunel pod Mason Street?

Vale podniósł wzrok.

— Radziłbym nie interesować się historią budynku.

— Dlaczego?

— Ponieważ historia nie lubi świadków.

W tej chwili zabrzmiał dzwonek windy. Drzwi otworzyły się. Kabina była pusta. Na panelu świeciła się liczba: –4 Adam spojrzał na zarządcę.

— Mówił pan, że taki poziom nie istnieje.

Vale wstał.

— Niech pan nie wchodzi.

Adam zrobił krok do kabiny.

— Panie Mercer.

Drzwi zaczęły się zamykać. Adam wsunął rękę między skrzydła. Winda pachniała wilgocią i spalenizną. Nacisnął czwarte piętro. Nic. Ponownie. Panel zgasł. Drzwi zamknęły się. Kabina ruszyła w dół. Parter. –1. Adam nacisnął alarm. Cisza. –2. Telefon stracił zasięg. –3. Winda zatrzymała się. –4. Drzwi otworzyły się. Za nimi znajdował się korytarz wyłożony białymi kafelkami. Część była popękana, część pokrywały ciemne zacieki. Ze stropu zwisały przewody i stare rury. Na końcu stała kobieta. Odwrócona plecami. Długie ciemne włosy. Jasna sukienka. Bose stopy czarne od błota.

— Elena?

Sam nie wiedział, dlaczego wypowiedział to imię. Kobieta przechyliła głowę. Zaczęła się odwracać. Jej twarz była niewyraźna, jak poruszona fotografia. Uniosła rękę. Na dłoni brakowało skóry. Drzwi windy zaczęły się zamykać. Adam rzucił się do kabiny. Za późno. Winda odjechała. Kiedy spojrzał znowu w głąb korytarza, kobiety nie było. Pozostały tylko mokre ślady stóp. Prowadziły do drzwi oznaczonych cyfrą 4. Klucz od Mayi rozgrzał się w kieszeni. Adam szedł. Za pierwszymi drzwiami ktoś płakał. Za drugimi ktoś szeptał jego imię. Za trzecimi rozlegało się drapanie. Gdy dotarł do czwartych, wszystko ucichło. Wsunął klucz. Pasował. W środku nie było mebli. Tylko magnetofon szpulowy stojący na drewnianej skrzyni.

Taśma obracała się mimo braku przewodu. Z głośnika popłynął głos. Jego własny.

— Nazywam się Adam Mercer. Jest 18 kwietnia 1906 roku. Znajduję się na poziomie minus cztery. Nie wiem, jak długo tu jestem.

Adam cofnął się.

— Jeżeli tego słuchasz, oznacza to, że znowu tu przyszedłeś. Nie ufaj Mayi. Nie ufaj Vale’owi. I cokolwiek zobaczysz w ostatnim pomieszczeniu, nie pozwól mu wyjść na ulicę.

Taśma zatrzymała się. Potem ruszyła w przeciwną stronę. Rozległ się dziecięcy śmiech. Drzwi za Adamem zatrzasnęły się. Rzucił się do klamki. Nie poruszyła się. Magnetofon odezwał się ponownie. Tym razem kobiecym głosem.

— Adamie. Spójrz za siebie.

Nie chciał.

— Adamie…

Oddech musnął jego kark. Odwrócił się. Po drugiej stronie pomieszczenia stał on sam. Drugi Adam był przemoczony. Woda spływała z włosów i ubrania. Twarz miał bladą, pokrytą drobnymi pęknięciami przypominającymi starą porcelanę. Uśmiechnął się.

— Za późno.

Światło zgasło. Adam ocknął się na podłodze windy. Nad nim pochylał się Vale.

— Co pan zrobił?

Adam usiadł. Kabina stała na parterze.

— Byłem na minus cztery.

— Nie ma minus cztery.

— Widziałem kobietę. Magnetofon. I siebie.

Vale chwycił go za nadgarstek.

— Czy otworzył pan drzwi numer cztery?

Adam nic nie powiedział. Zarządca zamknął oczy.

— Boże…

— Co tam było?

— Nie powinien pan był schodzić.

— Winda sama mnie zabrała.

Vale spojrzał mu w oczy.

— Winda nie zabiera nikogo, kto nie został wcześniej wezwany.

— Przez kogo?

— Przez pana.

Adam sięgnął do kieszeni. Klucza nie było.

ROZDZIAŁ 6

Odbicie

Tej nocy nie spał. Przeglądał stare strony internetowe, fora i cyfrowe archiwa. W końcu znalazł wątek:

LUDZIE, KTÓRZY ZNIKNĘLI POD MASON STREET

Opisano w nim sześć przypadków. Lokator, który wszedł do piwnicy i nigdy nie wrócił. Technik windy, którego narzędzia znaleziono na nieistniejącym poziomie. Dziecko opowiadające o „drugim tatusiu mieszkającym pod domem”. Elena Voss. Na końcu znajdowała się fotografia wykonana po trzęsieniu ziemi w 1906 roku. Adam powiększył ją. Przed Mason House stała grupa ludzi. Po lewej stronie znajdował się młody mężczyzna w ciemnym płaszczu. Miał twarz Adama. Podpis głosił: Niezidentyfikowany pracownik punktu ratunkowego. Kwiecień 1906. Mężczyzna trzymał klucz oznaczony cyfrą cztery. W mieszkaniu rozległo się pukanie. Trzy uderzenia. Adam spojrzał na zegarek. 02:17. Pukanie powtórzyło się. Podszedł do drzwi i spojrzał przez wizjer.

Na korytarzu stała Maya. Otworzył.

— Skąd wiesz, gdzie mieszkam?

— Musimy wyjść.

— Byłem na minus cztery.

— Wiem.

— Skąd?

Maya spojrzała przez jego ramię.

— Bo coś wróciło razem z tobą.

Wyjęła z torby niewielkie lusterko.

— Spójrz.

Adam zobaczył swoją zmęczoną twarz. Za jego ramieniem stała druga. Przemoczona. Popękana. Uśmiechnięta. Odwrócił się. Nikogo. Ponownie spojrzał w lustro. Drugi Adam stał bliżej.

— Nie możesz zasnąć — powiedziała Maya.

— Dlaczego?

— Kiedy zaśniesz, zacznie przejmować twoje wspomnienia.

— Kim on jest?

Maya zawahała się.

— Tobą.

— To nie jest odpowiedź.

— To jedyna odpowiedź, której naprawdę się boisz.

Usiedli. Maya mówiła cicho. Po trzęsieniu ziemi w 1906 roku pod Mason House urządzono punkt ratunkowy. Oficjalnie leczono tam rannych. Nieoficjalnie doktor Elias Vale prowadził eksperymenty nad pamięcią. Uważał, że ekstremalne przeżycia pozostawiają ślad nie tylko w ludzkim mózgu, lecz także w miejscu, w którym do nich doszło. Kiedy pożar odciął podziemia, ponad trzydzieści osób zostało uwięzionych. Vale uruchomił urządzenie wykorzystujące drgania skał i sieć podziemnych tuneli. Chciał zachować świadomość umierających.

— I udało mu się? — zapytał Adam.

— Nie.

— Więc co stworzył?

— Odbicia.

— Duchy?

— Nie. Coś gorszego. Kopie zbudowane ze wspomnień. Nie są pełnymi ludźmi. Potrzebują żywego umysłu, żeby się nimi stać.

Adam spojrzał na nią.

— Dlaczego ja?

Maya nie odpowiedziała. Telefon zadzwonił. Ukryty numer.

— Nie odbieraj — powiedziała.

Adam odebrał. Z głośnika popłynął jego własny głos.

— Ona kłamie.

Maya pobladła.

— Rozłącz się.

— Maya była tam wcześniej — mówił głos. — Nie jako dziecko. Nie jako świadek. Jako jedna z nich.

— Adam, rozłącz się.

— Zapytaj ją, dlaczego nie odbija się w oknie.

Adam powoli odwrócił głowę. W szybie widział siebie. Stół. Lampę. Krzesło. W miejscu, gdzie stała Maya, nie było odbicia. Telefon wypadł mu z ręki.

— Kim jesteś?

Maya milczała.

— Kim jesteś?!

Uśmiechnęła się smutno.

— Kimś, kto od bardzo dawna próbuje stamtąd uciec.

Za ścianą rozległo się drapanie. Tynk pękł. Spod farby zaczęła wypływać woda. Ściana wybrzuszyła się. Pojawił się w niej zarys ludzkiej twarzy. Kobiecej. Maya cofnęła się.

— Elena…

Twarz otworzyła oczy.

— Otwórz — wyszeptała spod tynku.

Światła zgasły. Spod podłogi dobiegł dźwięk windy jadącej w dół.

ROZDZIAŁ 7

Archiwum

Adam nie wiedział, ile czasu minęło. Sekundy. Minuty. Kiedy światło wróciło, ściana była nienaruszona. Mayi nie było. Na stole leżała pożółkła fotografia z Golden Gate Bridge. Ta sama, którą dostał pierwszego wieczoru. Odwrócił ją. Napis się zmienił.

TO ZDJĘCIE ZOSTANIE ZROBIONE JUTRO.

Pod nim pojawiło się drugie zdanie:

JEŻELI CHCESZ WIEDZIEĆ, DLACZEGO JUŻ TAM BYŁEŚ, WRÓĆ DO MIEJSCA, W KTÓRYM CZEKAJĄ TWOJE WERSJE.

Adam pomyślał o antykwariacie. O drzwiach. O Archiwiście. Następnego dnia wrócił do Chinatown. Zabita deskami witryna nadal wyglądała na opuszczoną. Adam dotknął klamki. Drzwi otworzyły się. W środku znajdował się antykwariat. Starzec siedział za ladą. Jakby minęło kilka minut, a nie dwa dni.

— Wiedziałem, że pan wróci.

— Chcę zobaczyć, co jest na dole.

Starzec zamknął oczy.

— Wszyscy tak mówią.

— Wszyscy?

— Pan też.

— Kiedy?

— Wiele razy.

Adam poczuł zimno.

— Otwórz drzwi.

Starzec wstał.

— Kiedy ostatnim razem pan schodził, obiecał mi pan, że następnym razem będę próbował pana powstrzymać.

— Nie pamiętam tego.

— Właśnie dlatego wraca pan za każdym razem.

Otworzył drzwi. Za nimi znajdowały się kamienne schody prowadzące w dół. Powietrze pachniało wilgocią i starym papierem. Adam schodził. Słyszał szepty. Setki głosów. Wśród nich własny. Głos Mayi. Głos Eleny. Głosy ludzi, których nigdy nie spotkał. Na końcu schodów znajdowała się ogromna sala. Regały ciągnęły się od podłogi aż po ciemność pod sufitem. Miliony teczek. Miliony nazwisk. Na półkach nie zapisano lat przeszłych. Widniały tam daty przyszłe. Adam szedł między regałami. W końcu zobaczył tabliczkę:

MERCER, ADAM.

Pod spodem znajdowały się dziesiątki grubych tomów. Każdy miał numer. Wersja 1. Wersja 2. Wersja 3.

Wersja 17. Adam wyciągnął ostatnią. Na pierwszej stronie napisano: To siedemnasta próba. W poprzednich szesnastu nie udało ci się zatrzymać Archiwisty. Za każdym razem dochodziłeś do tego samego miejsca. Przewrócił stronę. Opisano jego przylot. Lombard Street. Fotografię. Hotel. Monetę. Antykwariat. Mason House. Mayę. Windę. Wszystko. Każde słowo. Adam zamknął księgę.

— To niemożliwe.

Za jego plecami rozległ się głos.

— W twoim przypadku to słowo straciło już znaczenie.

Odwrócił się. Między regałami stał wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu. Nie miał twarzy. Tam, gdzie powinny znajdować się oczy, nos i usta, rozciągała się idealnie gładka skóra. W dłoniach trzymał czarną księgę.

— Archiwista.

Postać przechyliła głowę.

— Tak mnie nazywacie.

— Kim jesteś?

— Kimś, kto zapisuje to, co wydarzy się, kiedy skończą się wszystkie możliwości.

— Dlaczego ja?

Archiwista podszedł bliżej.

— Ponieważ to ty otworzyłeś drzwi po raz pierwszy.

— W 1906 roku?

— Tak.

— Nie żyłem wtedy.

— To zdanie powtarzałeś siedemnaście razy.

Archiwista otworzył księgę.

— Elias Vale nie stworzył odbić.

Adam patrzył na niego w milczeniu.

— Odkrył je. To ty uruchomiłeś urządzenie.

— Nie.

— Byłeś jego asystentem.

— Nie.

— Nazywałeś się wtedy Adam Mercer.

— To niemożliwe.

— Twoje ciało było inne. Pamięć nie.

Adam przypomniał sobie zdjęcie. Mężczyznę z jego twarzą. Klucz. Nagranie.

— Co się ze mną stało?

— Próbowałeś zatrzymać proces. Zginąłeś na poziomie minus cztery.

— Więc kim jestem teraz?

Archiwista zamknął księgę.

— Osiemnastą wersją.

Adam poczuł, że podłoga usuwa mu się spod nóg.

— Kopią?

— Nie.

— Odbiciem?

— Nie.

— Więc czym?

Po raz pierwszy na gładkiej twarzy Archiwisty pojawiła się cienka pionowa szczelina. Rozsunęła się. Były to usta.

— Drzwiami.

W całym archiwum zgasły światła. W ciemności tysiące książek otworzyły się jednocześnie. Rozległ się szelest milionów stron. Archiwista mówił dalej.

— Za każdym razem wracasz do San Francisco. Za każdym razem coś przypomina ci o poziomie minus cztery. Za każdym razem próbujesz odkryć prawdę.

— Dlaczego?

— Ponieważ coś pod miastem próbuje wrócić razem z tobą.

— Drugi Adam?

— Jedna jego część.

— Maya?

— Inna.

— Elena?

— Następna.

Adam zrozumiał.

— Oni nie są osobnymi ludźmi.

— Już nie.

— Są fragmentami tego samego czegoś.

Archiwista skinął głową.

— A ono potrzebuje ciebie, żeby stać się kompletne.

Gdzieś w ciemności rozległ się dźwięk dzwonka windy. Archiwista otworzył księgę na ostatniej stronie.

— Tym razem zaszedłeś dalej niż zwykle.

Na pustym papierze zaczęły pojawiać się litery. Jakby niewidzialna ręka pisała czarnym atramentem.

WERSJA 18

Pod spodem pojawiło się kolejne zdanie:

ADAM MERCER OPUSZCZA ARCHIWUM I IDZIE NA GOLDEN GATE BRIDGE.

Adam spojrzał na Archiwistę.

— Nie pójdę.

— Wszyscy tak mówią.

Następna linia pojawiła się sama.

O GODZINIE 02:17 SPOTKA TAM DZIEWCZYNĘ Z CZERWONYM PARASOLEM.

Adam zamarł.

— Elenę?

— Jeszcze nie.

To były dokładnie te same słowa, które pierwszego wieczoru wypowiedział mężczyzna na ławce.

— To byłeś ty?

Archiwista nie odpowiedział. W książce pojawiła się następna linia.

DZIEWCZYNA UMRZE, JEŚLI ADAM SPÓŹNI SIĘ O SIEDEM MINUT.

Adam spojrzał na zegarek. 01:53. Zostały dwadzieścia cztery minuty. Archiwista zamknął księgę.

— Teraz sprawdźmy, czy osiemnasta wersja potrafi zrobić coś, czego nie zrobiła żadna poprzednia.

— Co?

Gładka twarz pochyliła się ku niemu.

— Wybrać coś, czego jeszcze nie zapisano.

I wtedy Adam zrozumiał, że fotografia z mostu nigdy nie była ostrzeżeniem. Była zaproszeniem.

ROZDZIAŁ 8

Siedem minut

Adam wybiegł z antykwariatu o 01:55. Nie oglądał się za siebie. Chinatown było niemal puste. Czerwone lampiony kołysały się nad ulicą, choć nie było wiatru. Witryny sklepów pozostawały ciemne, metalowe kraty zasłaniały wejścia, a na mokrym asfalcie odbijały się pojedyncze światła samochodów. Golden Gate Bridge znajdował się za daleko. Sprawdził telefon. Według mapy dotarcie samochodem zajmie osiemnaście minut. Do 02:17 pozostały dwadzieścia dwie. Zatrzymał pierwszą taksówkę.

— Golden Gate. Jak najszybciej.

Kierowca spojrzał na niego w lusterku.

— O tej porze?

— Proszę jechać.

Mężczyzna ruszył. Adam ściskał telefon tak mocno, że pobielały mu knykcie. 01:58. Miasto przesuwało się za szybą. Powinien próbować zrozumieć, co powiedział mu Archiwista. Powinien analizować księgi, wersje, rok 1906 i własne rzekome poprzednie życia. Nie potrafił. Widział tylko jedno zdanie. Dziewczyna umrze, jeśli Adam spóźni się o siedem minut.

— Szybciej — powiedział.

— Jadę, ile mogę.

Na skrzyżowaniu zapaliło się czerwone światło. Adam spojrzał na zegarek. 02:03. Minęła minuta. Dwie. Światło wciąż było czerwone.

— Co jest?

Kierowca wzruszył ramionami.

— Awaria?

Nie było żadnych samochodów z pozostałych stron. Ulica była pusta. Czerwone światło trwało nadal. 02:05. Adam otworzył drzwi.

— Co pan robi?

— Dalej pójdę sam.

— Do mostu jest kilka kilometrów!

Adam wysiadł. Zaczął biec. Najpierw szybko. Potem szybciej. Płuca piekły go po kilkuset metrach. Chłodne powietrze cięło gardło. Mgła stawała się coraz gęstsza. Telefon zawibrował. Nieznany numer. Nie odebrał. Po chwili pojawiła się wiadomość.

NIE BIEGNIJ. TO WŁAŚNIE DLATEGO SIĘ SPÓŹNISZ.

Adam zatrzymał się. Przeczytał zdanie ponownie. Telefon zawibrował.

JEŚLI PÓJDZIESZ NA MOST, WERSJA 18 ZAKOŃCZY SIĘ TAK SAMO JAK POZOSTAŁE.

— Kim jesteś? — powiedział do ekranu.

Odpowiedź przyszła natychmiast.

TO TY DO MNIE NAPISAŁEŚ.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie. Adam poczuł mdłości. Fotografia przedstawiała jego samego siedzącego w pomieszczeniu, którego nie znał. Był starszy. Miał siwe włosy, zapadnięte policzki i bliznę biegnącą od skroni do szczęki. Trzymał kartkę. Na niej znajdowały się cztery słowa:

NIE RATUJ DZIEWCZYNY. RATUJ SIEBIE.

Adam patrzył na fotografię. 02:09. Osiem minut. Ktoś zatrąbił. Taksówka, z której wysiadł, zatrzymała się kilka metrów dalej. Kierowca opuścił szybę.

— Wsiadaj!

Adam spojrzał na niego zaskoczony.

— Co?

— Chcesz zdążyć czy nie?

Tym razem nie pytał. Wsiadł. Samochód ruszył z piskiem opon.

— Skąd pan wie, że chcę zdążyć?

Kierowca przez chwilę nie odpowiadał.

— Każdy, kto jedzie na most o drugiej w nocy, przed czymś ucieka albo do czegoś próbuje zdążyć.

Adam spojrzał w lusterko. I wtedy zauważył, że kierowca nie ma odbicia. Odwrócił głowę. Mężczyzna nadal prowadził.

— Kim pan jest?

— Teraz naprawdę chcesz rozmawiać?

— Kim pan jest?!

Kierowca uśmiechnął się.

— Kimś, kogo nie uratowałeś w wersji dziewiątej.

Adam chwycił klamkę. Drzwi były zablokowane.

— Spokojnie. Gdybym chciał cię zabić, nie musiałbym prowadzić.

— Dokąd mnie pan wiezie?

— Tam, gdzie kazałeś.

— Nie znam pana.

— To zdanie też już słyszałem.

Samochód gwałtownie przyspieszył. 02:13. Na końcu ulicy zamajaczył most. Mgła otaczała stalowe konstrukcje, czerwone wieże znikały w bieli.

— Zatrzymaj się.

Kierowca zahamował. Adam wyskoczył.

— Cztery minuty! — zawołał mężczyzna.

Adam pobiegł. Most o tej porze wyglądał inaczej. Nie jak symbol miasta. Jak granica. Światła rozpływały się we mgle. Wiatr uderzał w stalowe barierki. Zatoka pod nim była niemal niewidoczna. 02:15. Nie było dziewczyny. Adam szedł coraz szybciej.

— Halo?!

Cisza. 02:16. I wtedy ją zobaczył. Stała kilkadziesiąt metrów dalej. Czerwony parasol. Jasny płaszcz. Długie ciemne włosy. Elena. Adam pobiegł.

— Zaczekaj!

Dziewczyna odwróciła się. Nie była Eleną. Miała może dwadzieścia pięć lat. Delikatną twarz, mokre włosy przyklejone do policzków i oczy rozszerzone ze strachu.

— Nie podchodź! — krzyknęła.

Adam zatrzymał się. 02:17.

— Nie chcę cię skrzywdzić.

— Wiem, kim jesteś.

— Co?

Dziewczyna cofnęła się w stronę bariery.

— Nie podchodź.

— Posłuchaj. Ktoś powiedział mi, że…

— Że umrę?

Adam zamarł. Dziewczyna zaczęła płakać.

— Mnie powiedzieli, że umrzesz ty.

Wiatr poderwał parasol. Czerwony materiał zniknął we mgle. Adam zrobił krok.

— Kto ci to powiedział?

— Ty.

Przez chwilę słyszał tylko wiatr.

— Co?

Dziewczyna wyjęła telefon. Na ekranie znajdowało się nagranie. Nacisnęła „play”. Adam zobaczył siebie. Starszego. Tego samego ze zdjęcia. Mężczyzna patrzył prosto w kamerę.

— Jeżeli oglądasz to nagranie, masz na imię Claire Bennett. Jest 8 sierpnia 2026 roku. O 02:17 spotkasz mnie na Golden Gate Bridge. Musisz zrobić dokładnie to, co ci powiem. Nie pozwól Adamowi Mercerowi zejść z mostu.

Nagranie się skończyło. Adam patrzył na Claire.

— Kto ci to wysłał?

— Przyszło trzy dni temu.

— Dlaczego tu przyszłaś?

— Bo wiedział rzeczy, których nikt nie mógł wiedzieć.

— Jakie?

Claire zawahała się.

— Wiedział, jak zginął mój brat.

Adam nie odpowiedział.

— Wiedział też, że policja uznała to za samobójstwo.

— A nie było?

Claire spojrzała na niego.

— Nie.

Mgła przesunęła się między nimi. Z drugiej strony mostu dobiegł metaliczny dźwięk. Ktoś uderzył w barierkę. Raz. Drugi. Trzeci. Adam odwrócił się. W oddali stała wysoka postać. Bez twarzy. Archiwista. Claire krzyknęła.

— To on?

Adam ruszył w stronę postaci.

— Zaczekaj! — Claire złapała go za rękę. — Na nagraniu mówiłeś, żebyś nie zszedł z mostu.

— Starszy ja.

— To nadal ty.

— Nie wiem, czym jest starszy ja.

Archiwista uniósł rękę. W jego dłoni znajdowała się czarna księga. Otworzył ją. Wiatr ustał. Wszystko zamarło. Samochody na jezdni przestały się poruszać. Mgła stanęła nieruchomo. Claire otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Tylko Adam mógł się ruszać. Archiwista przemówił.

— Siedem minut minęło.

— Ona żyje.

— Właśnie dlatego przyszłość się zmieniła.

— Czyli wygrałem.

— Nie.

Gładka twarz Archiwisty zwróciła się w stronę Claire.

— W żadnej poprzedniej wersji nie udało ci się dotrzeć do niej przed śmiercią.

Adam poczuł ulgę. Trwała sekundę.

— Więc co teraz?

Archiwista zamknął księgę.

— Teraz nie wiem.

— Nie wiesz?

— Nie.

Po raz pierwszy w jego głosie pojawiło się coś, co przypominało strach. Adam spojrzał na niego uważnie.

— Bo księga tego nie przewidziała?

— Bo od 02:17 przyszłość przestała się zapisywać.

Na niebie zgasło światło. Nie lampy. Nie miasto. Całe niebo. Przez ułamek sekundy San Francisco pogrążyło się w absolutnej czerni. Potem wszystko wróciło. Samochody ruszyły. Wiatr uderzył. Claire krzyknęła. Archiwisty nie było. Na ziemi leżała tylko czarna kartka. Adam podniósł ją. Było na niej jedno zdanie:

WŁAŚNIE OTWORZYŁEŚ WERSJĘ, KTÓREJ NIGDY NIE POWINNO BYĆ.

ROZDZIAŁ 9

Claire

Przez pierwszych kilka minut Claire nie chciała z nim rozmawiać. Stała przy barierce, obejmując się ramionami, jakby próbowała powstrzymać drżenie. Adam nie naciskał. Sam nie wiedział, co powiedzieć. „Witaj, najwyraźniej spotkaliśmy się, ponieważ moja przyszła wersja wysłała ci nagranie, a bezkształtna istota twierdzi, że właśnie złamaliśmy przyszłość” nie brzmiało jak dobry początek znajomości.

— Pokaż mi to nagranie jeszcze raz — powiedział w końcu.

Claire podała telefon. Adam zatrzymał obraz na twarzy starszego siebie. Blizna. Siwe włosy. Za nim znajdowała się ściana z mapą San Francisco. Adam powiększył obraz. Na mapie ktoś zaznaczył siedem miejsc. Mason House. Chinatown. Golden Gate Bridge. Alcatraz. Presidio. Twin Peaks. I mały punkt w zatoce. Bez nazwy.

— Co to jest?

Claire spojrzała.

— Nie wiem.

Adam zrobił zrzut ekranu.

— Twój brat.

Claire zesztywniała.

— Co z nim?

— Powiedziałaś, że to nie było samobójstwo.

— Nie było.

— Skąd wiesz?

— Bo dwa dni po jego śmierci dostałam wiadomość od niego.

Adam spojrzał na nią.

— Po śmierci?

— Tak.

— Co napisał?

Claire wyjęła telefon. Odszukała starą wiadomość. Treść była krótka.

JEŻELI KIEDYKOLWIEK SPOTKASZ ADAMA MERCERA, NIE MÓW MU, ŻE MNIE ZNAŁ.

Adam przeczytał dwa razy.

— Jak miał na imię twój brat?

Claire długo milczała.

— Daniel.

Adam poczuł ukłucie w skroni. Przez moment zobaczył błysk. Białe pomieszczenie. Mężczyzna przywiązany do krzesła. Krew na podłodze. I własną dłoń trzymającą nóż. Obraz zniknął. Adam zachwiał się.

— Wszystko w porządku?

— Tak.

— Znasz Daniela?

— Nie.

Odpowiedział zbyt szybko. Claire to zauważyła.

— Kłamiesz.

— Nie znam go.

— Ale coś zobaczyłeś.

Adam odwrócił wzrok.

— Musimy zejść z mostu.

— Nagranie mówiło, żeby ci nie pozwolić.

— Nagranie zostało wysłane przez człowieka, którym być może nigdy się nie stanę.

— A może właśnie dlatego nie powinnam cię puścić.

Adam spojrzał na nią.

— Możesz zostać tutaj sama.

Claire westchnęła.

— Nienawidzę cię.

— Znamy się od dziesięciu minut.

— Wystarczyło.

Ruszyła za nim.

ROZDZIAŁ 10

Pokój 1117

W drodze do Mason House Adam opowiedział Claire wszystko. Nie uwierzyła mu. Nie od razu. Ale kiedy dotarli do kamienicy i winda sama otworzyła drzwi, przestała zadawać pytania. Vale nie siedział za recepcją. Na ladzie znajdowała się kartka.

PANIE MERCER, JEŚLI WRÓCIŁ PAN Z DZIEWCZYNĄ, JEST JUŻ ZA PÓŹNO.

Claire przeczytała.

— Sympatyczny budynek.

Adam spojrzał na windę. Panel działał normalnie. Nie było przycisku –4.

— Idziemy schodami.

Na czwartym piętrze drzwi jego mieszkania były otwarte. W środku panował chaos. Szafki opróżniono. Materac przewrócono. Książki leżały na podłodze. Nie wyglądało to jednak jak włamanie. Niczego nie ukradziono. Ktoś czegoś szukał. Adam podszedł do stołu. Fotografia mostu zniknęła. Moneta również. Kaseta została. Claire podniosła ją.

— Co to?

— Długa historia.

Z łazienki dobiegło kapanie. Adam podszedł. Kran był zakręcony. Dźwięk dochodził zza lustra. Kap. Kap. Kap. Claire stanęła obok.

— Słyszysz?

Adam skinął głową. Zdjął lustro ze ściany. Za nim znajdowały się metalowe drzwiczki.

— Były tu wcześniej?

— Nie wiem.

Otworzył je. W środku znajdowała się mała wnęka. A w niej kaseta magnetofonowa. Na etykiecie ktoś napisał:

WERSJA 18 — PO MOŚCIE

Claire spojrzała na Adama.

— Kto to nagrał?

— Podejrzewam, że ja.

W salonie stał stary magnetofon, który Adam znalazł w szafie mieszkania pierwszego dnia. Wcześniej nie zwrócił na niego uwagi. Włożył kasetę. Nacisnął „play”. Najpierw szum. Potem jego głos. Nie starszy. Obecny.

— Jeżeli tego słuchasz, Claire przeżyła.

Claire zamarła. Adam również.

— To znaczy, że po raz pierwszy dotarłeś do punktu, którego ja nie pamiętam.

Nagranie trzasnęło.

— Teraz najważniejsze. Archiwista nie jest twoim wrogiem.

Adam spojrzał na Claire.

— Nie ufaj człowiekowi, który twierdzi, że chce ci pomóc zatrzymać odbicia. W każdej wersji pojawia się pod innym nazwiskiem. Lekarz. Policjant. Ksiądz. Naukowiec. Psycholog.

Głos urwał się. Po chwili wrócił.

— W tej wersji nazywa się doktor Nathan Crowe.

Claire pobladła.

— Co?

Adam zatrzymał nagranie.

— Znasz go?

Claire przez chwilę nie odpowiadała.

— To był psychiatra mojego brata.

Cisza. Adam ponownie nacisnął „play”.

— Crowe wie, czym jesteś. Wie też, czym jest Claire. Jeśli was odnajdzie, nie idźcie z nim dobrowolnie.

Rozległ się huk. Jakby osoba nagrywająca odwróciła się. Głos Adama stał się cichszy.

— Jeśli słyszysz to przed świtem, masz jeszcze szansę. Znajdź pokój 1117.

Nagranie się skończyło. Adam spojrzał na kasetę. Ten sam numer miała teczka w archiwum.

— Pokój 1117 gdzie?

Claire wzruszyła ramionami. Telefon Adama zawibrował. Nieznany numer. Wiadomość zawierała tylko adres.

ST. FRANCIS MEMORIAL HOSPITAL

I numer. 1117

ROZDZIAŁ 11

Doktor Crowe

Szpital nocą był prawie pusty. Automatyczne drzwi rozsunęły się przed nimi. Claire zatrzymała się.

— To zły pomysł.

— Zgadza się.

— Więc dlaczego wchodzimy?

— Bo wszystkie dobre pomysły skończyły się mniej więcej wtedy, gdy zobaczyłem siebie na fotografii z przyszłości.

W recepcji siedziała starsza pielęgniarka.

— Pokój 1117? — zapytał Adam.

Kobieta spojrzała na nich dziwnie.

— Nie mamy jedenastego piętra.

Claire zamknęła oczy.

— Oczywiście.

— Najwyższe jest dziesiąte — dodała pielęgniarka.

Adam pokazał wiadomość.

— Czy pracuje tutaj doktor Nathan Crowe?

Kobieta zamarła. Zmiana była subtelna, ale zauważalna.

— Kto pyta?

— Adam Mercer.

Długopis wypadł jej z ręki.

— Proszę poczekać.

Wstała i zniknęła za drzwiami. Claire spojrzała na Adama.

— Uciekamy?

— Jeszcze nie.

Winda na końcu korytarza wydała dźwięk. Drzwi otworzyły się. W środku stał mężczyzna około pięćdziesiątki. Elegancki. Siwe włosy. Granatowy garnitur. Spokojny uśmiech.

— Pan Mercer.

Adam nie odpowiedział. Mężczyzna przeniósł wzrok na Claire.

— Pani Bennett.

Claire cofnęła się.

— Doktor Crowe.

— Dobrze cię znowu widzieć.

— Mnie nie.

Crowe wyszedł z windy.

— Zakładam, że znaleźliście nagranie.

Adam poczuł napięcie.

— Skąd pan wie?

— Ponieważ sam kazałem ci je nagrać.

Adam spojrzał na niego.

— W przyszłości?

Crowe uśmiechnął się.

— Nie.

— Więc kiedy?

— Siedemnaście lat temu.

Adam przestał oddychać.

— To pan był w antykwariacie?

— Nie. Ale byłem tam z tobą.

Crowe wyjął z kieszeni telefon. Pokazał fotografię. Zdjęcie wykonano wewnątrz Morrow & Sons. Za ladą stał młodszy właściciel. Przed nim dwóch mężczyzn. Nathan Crowe. I Adam. Dokładnie taki jak teraz. Na odwrocie fotografii widniała data: 14 czerwca 2009.

— To niemożliwe.

— Już powinieneś przestać używać tego słowa.

Crowe spojrzał na Claire.

— Daniel również długo go używał.

— Nie wypowiadaj imienia mojego brata — powiedziała.

— Twój brat umarł, próbując uratować Adama.

Adam spojrzał na Crowe’a.

— Przed czym?

Crowe nacisnął przycisk windy.

— Przed prawdą.

— A czym jest prawda?

Drzwi windy otworzyły się. Na panelu znajdował się przycisk, którego wcześniej nie było. 11

— Pokój 1117 istnieje — powiedział Crowe. — Tylko nie zawsze.

Claire chwyciła Adama za ramię.

— Nie wchodź.

Crowe uśmiechnął się.

— Nagranie powiedziało, żeby mi nie ufać?

Adam milczał.

— To dobra rada.

— Sam pan to przyznaje?

— Oczywiście. Zaufanie jest luksusem ludzi, którzy żyją tylko raz.

Wszedł do windy.

— Ale jeżeli chcecie wiedzieć, kim naprawdę jest Archiwista, dlaczego Claire została wybrana i kto zabił Daniela, musicie zobaczyć pokój 1117.

Claire spojrzała na Adama.

— To pułapka.

— Prawdopodobnie.

— I chcesz wejść?

Adam patrzył na Crowe’a.

— Tak.

Weszli. Crowe nacisnął 11. Winda ruszyła. Wyświetlacz pokazywał kolejne piętra. Potem zgasł. Przez kilka sekund jechali dalej.

— Przecież nie ma jedenastego piętra — powiedziała Claire.

Crowe patrzył przed siebie.

— Jest wiele rzeczy, których nie ma.

Winda zatrzymała się. Drzwi otworzyły się. Korytarz był całkowicie biały. Nie szpitalny. Nie nowoczesny. Sterylna biel ciągnęła się w obie strony. Na ścianach wisiały fotografie. Adam zrobił krok. Pierwsza przedstawiała jego przylot do San Francisco. Druga — spotkanie ze starcem. Trzecia — Mason House. Czwarta — most. Claire przeżyła. Im dalej szli, tym fotografie stawały się nowsze. Ostatnia przedstawiała ich stojących właśnie w tym korytarzu. Adam podszedł bliżej. Zdjęcie wykonano z końca korytarza.

— Kto to zrobił?

Crowe nie odpowiedział. Za nimi rozległ się klik. Na ścianie pojawiła się nowa fotografia. Cała trójka patrzyła teraz na fotografię poprzednią. Claire odsunęła się.

— Nie podoba mi się to.

— Mnie od siedemnastu lat — powiedział Crowe.

Doszli do drzwi. Crowe zatrzymał się.

— Zanim wejdziemy, muszę powiedzieć wam jedną rzecz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 56.01