E-book
6.83
drukowana A5
41.1
drukowana A5
Kolorowa
70.01
Samotne pasmo tęczy

Bezpłatny fragment - Samotne pasmo tęczy


Objętość:
237 str.
ISBN:
978-83-8155-867-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 41.1
drukowana A5
Kolorowa
za 70.01

Biała tęcza, tęcza we mgle — zjawisko optyczne i meteorologiczne, powstające w analogiczny sposób jak klasyczna wielobarwna tęcza, ale na kroplach mgły /Wikipedia/ (na górnym zewnętrznym łuku białej tęczy widoczne jedynie cienkie czerwone pasmo. Księżycowa tęcza — powstaje dzięki światłu odbijanemu przez światło Księżyca.)


Żadna modlitwa nie idzie nigdy na marne. Czasami tylko wydaje nam się, że tak jest, bo Pan Bóg przekracza nasze oczekiwania, a my tak jesteśmy skoncentrowani na tych oczekiwaniach, że nie zauważyliśmy, jak Pan Bóg zadziałał w naszym życiu. Bo zadziałał inaczej. Cóż, mogę tylko powtórzyć, Pan Bóg nie jest Złotą Rybką.

/internauta/

„Im większa nędza, tym większe ma prawo do Miłosierdzia Mojego”

/Dzienniczek Siostry Faustyny/

„Człowiek ucieka tak daleko, dokąd sięga jego strach, a żyje tak długo, na ile wystarcza mu odwagi”

/cytat z filmu/

„Pogodzić się ze stratą można (lub nie) tylko wtedy, kiedy jest ona nieodwracalna, ale kiedy istnieje jakakolwiek szansa na powrót do tego co było, człowiek chce całym sobą to odzyskać”

/cytat z filmu/

„Kiedy człowieka ogarnia panika, jest jakby nieobecny. Mózg blokuje wszelkie działanie. Znika groza i przerażenie. Pozostaje tylko dziwna niemoc, bezsilne poddanie się wydarzeniom. Uczucia i emocje znikają, człowiek wpada w otchłań, gdzie wszystko dzieje się poza nim.”

/P. Coelho/


„12 Tedy rzekł Bóg: To jest znak przymierza, który Ja dawam między mną i między wami, i między każdą duszą żywiącą, która jest z wami, w rodzaje wieczne.

13 Łuk mój położyłem na obłoku, który będzie na znak przymierza między mną, i między ziemią.

14 I stanie się, gdy wzbudzę ciemny obłok nad ziemią, a ukaże się łuk na obłoku:

15 Że wspomnę na przymierze moje, które jest między mną i między wami, i między każdą duszą żywiącą w każdem ciele; i nie będą więcej wody na potop, ku wytraceniu wszelkiego ciała.”

/Biblia/

Od autorki

Wszystko, co chciałam o tej mojej trzynastej już i chyba raczej ostatniej — przynajmniej na dłuższy czas — książce powiedzieć, umieściłam na tylnej okładce książki, dlatego powtórzę to również na wstępie w zbliżonej wersji i dodam do tego coś jeszcze.

Warunkiem powstania tęczy jest słońce, zaś w powstaniu białej tęczy bierze udział księżyc i mgła. Z siedmiobarwnej tęczy składają się eteryczne, duchowe powłoki naszego ciała subtelnego. Kiedy jest w nas słońce, radość, szczęście, równowaga emocjonalna, ten nasz duchowy płaszcz jest piękny, żywy, kolorowy, gra w nas prawdziwa gama niezafałszowanych dźwięków. Kiedy w naszym życiu pada deszcz łez, biją pioruny, a niszczycielski grad rujnuje nasze „zasiewy, plony życiowe”, na które tak ciężko pracowaliśmy nieraz przez lata, chowamy się przed światem, przed Bogiem, przed samym sobą pod nieprzemakalnym przezroczysto-białym „płaszczem”. Jesteśmy niewidoczni, jesteśmy w stanie FOG BOW — białej tęczy, często nie pozwalamy sobie pomóc, tracimy wiarę. Biała tęcza nazywa się z angielskiego zjawiskiem fog bow, gdyż jest utkana na bazie mgły i nocnego światła. Posiada ona pewną cechę… Widoczny jest w niej tylko cienki zewnętrzny sznureczek czerwonego pasma, niczym wiązanie w płaszczu przeciwdeszczowym lub czerwony promień, który może nas jeszcze uratować, sprawić, że jesteśmy widoczni w mroku, otworzyć nas na pomoc. Czym jest ów promień…?


To książka o potężnym ciosie życiowym, na który złożyły się uderzenia losu następujące jedno za drugim. Nie ma już nic i nic nie jest możliwe, nawet cud. Śmiertelna dawka leków i decyzja młodej dziewczyny, studentki, zdają się mieć przewagę nad planami i decyzją Boga względem niej. W strasznych, lecz romantycznych tajemniczych ruinach bardzo starej nieczynnej budowli rozgrywa się dramat Eliasza. Czy bohaterka wyjdzie ze swojej „Groty Eliasza”, jakie przejdzie procesy, czy cud będzie możliwy? Księżycowy Dziadek, biała tęcza, różowy śnieg, tajemniczy czerwony sznurek, wielkie znaki w stanie jawy i snu, wreszcie zlanie się w całość postaci z japońskiej księżycowej baśni z naszymi bohaterami, tajemnice z przeszłości, teczka samobójców, tajemnicze zdjęcie, poszukiwania dziwnego ogrodu na ukrytej ulicy, antyczna kłódka, zardzewiały zegar bez wskazówek, wreszcie ogród, wielkie spotkania i transformacja, gdyż życie bez niej nie jest życiem.


Dla jasności dopowiem tylko, że nie ma już „Snu in Excelsis” — dawno zakończona i wydana książka, ale treść tej księgi stanowiącej moją duchową autobiografię toczy się nadal. Kiedyś musiałam zakończyć ją i zrobiłam to dawno temu, zaś wszelkie moje dalsze przeżycia w „stanach wyższych” i nie tylko wkładam w losy bohaterów kolejnych książek i uczyniłam to również w tej książce. Oczywiście losy Tessi nie są i nigdy nie były moimi losami, jedynie moje własne doświadczenia duchowe przelałam właśnie na nią. Losy bohaterów są fikcją literacką, natomiast przesłanie duchowe najprawdziwsze i najmocniejsze pod słońcem. Inspiracją do napisania tej książki stało się ciche, niezauważalne dla kogoś patrzącego na życie powierzchownie wydarzenie z autobusu nr. 12 w moim rodzinnym mieście Toruniu, także ciekawa tajemnicza dzielnica na Rudaku, kryjąca obiekty historyczne, przejmująco przemawiające do wyobraźni i ducha. Tak więc dziesiątego października 2018 roku spóźniłam się na autobus 12, którym jeżdżę najwyżej dwa razy w roku do przychodni specjalistycznej, musiałam zaczekać na kolejny, ale gdyby nie to, nigdy nie ujrzałabym młodziutkiego chłopaka z dłuższymi związanymi z tyłu włosami, chłopaka o twarzy Jezusa. Nie zauważyłabym też zegara bez wskazówek, zardzewiałego zegara z umarłym czasem, oraz historycznego schronu, działającego podobnie jak ten zegar-widmo na wyobraźnię. Książkę miałam w tej jednej jedynej chwili prawie całą w głowie! Zawsze tak piszę. Owszem, chciałam napisać jeszcze tą jedną, ostatnią książkę, wiedziałam świetnie o jakich wartościach ma ona być, ale potrzebowałam akcji, bohaterów i oni się pojawili. Piszę ONI, nie ON, ponieważ bohater był jeszcze jeden, a właściwie bohaterka… Otóż umówiłam się tuż przed świętami Bożego Narodzenia z moją koleżanką Gosią i wracałam wieczorem po odwiedzinach do domu. Było ciemno, spóźniłam się na autobus, jak wtedy. Musiałam odczekać dwadzieścia minut na kolejny, ale warto było, i to jak! Czekając na przystanku poprosiłam moją niezawodną św. Ritę o pomoc w pewnej sprawie nie dotyczącej mnie, tylko kogoś. Autobus nadjechał. W pomoc Rity wierzyłam bezgranicznie, ale nie spodziewałam się, że… spotkam ją poniekąd już w autobusie! Autobus był kompletnie pusty, tylko ja i ...siostra zakonna w czarnym habicie, jak św. Rita. Siostra wstała po jakimś czasie i zmierzała do wyjścia z autobusu. Chwyciła dłonią odzianą w czarną rękawiczkę za pionowy uchwyt i...moim oczom ukazał się wizerunek wyhaftowanej na rękawiczce czerwonej róży z zielonym listkiem — symbol św. Rity, oraz mały napis: Święta Rito naucz nas kochać! No cóż… Ta święta odpowiada w sposób niewyobrażalny, często natychmiastowy, dała tą scenką znak, że przyjęła moje zgłoszenie o pomoc dla osoby, o którą prosiłam, a jednocześnie otrzymałam kolejną scenkę do książki! Jeśli chodzi o moje doświadczenia duchowe na falach subtelnych, oraz na tych zwykłych falach jawy, to bardzo znów poszły do przodu. Każde z najbardziej niewiarygodnych doświadczeń duchowych Tessi jest moim osobistym doświadczeniem powstałym już po napisaniu mojej autobiografii i wszystkich innych książek. Jedynym „błędem” postrzegania z mojej strony pozostaje fakt, że szłam przez życie i pisanie z przekonaniem, iż większość ludzi przeżywa stany i doświadczenia przynajmniej w jakimś stopniu podobne moim, niestety, większość ich nie przeżywa, są tacy, którzy nawet nie wierzą mi, sami żyją „powierzchownie, zewnętrznie” i nawet nie chcą tego zmieniać, a ja nie chcę ich oceniać. Ja szanuję ich w ich fizycznym przeżywaniu życia, zaś oni mnie w moim duchowym niestety, nie zawsze. Piszę więc dla tych, którzy są ciekawi, otwarci i chcą coś zmienić, otworzyć się na głębię ducha i współpracę z Niebem. Cóż...Nie dziwię się tym pierwszym, ja z kolei nie mogę pojąć, że można nie mieć podobnych przeżyć, ale muszę się z tym pogodzić i dodać swej ocenie innych ludzi odrobinę pokory więcej. Chciałabym jeszcze podziękować w tej książce wszystkim, którzy bardziej lub mniej świadomie przyczynili się do jej powstania, a więc między innymi koleżance Gosi za naszą niezapomnianą wyprawę z aparatem fotograficznym na toruński Rudak do tajemniczej dzielnicy z zegarem bez czasu i schronem-hangarem, za zdjęcia, za obecność. Także na moje podziękowania bardzo zasługuje miły i uprzejmy pan Michał Kadlec, autor niezwykłego bloga „Po Toruniu”, który użyczył mi kilku swoich fotografii z wnętrza Schronu-Hangaru Wschodniego i fotografii muru, oraz udzielił kilku cennych wskazówek dot. zdjęć. Polecam wszystkim gorąco ten wspaniały blog pana Michała, jako jego autor charakteryzuje się pan Michał umiejętnością bardzo trafnego wyboru niezwykle ciekawych miejsc, obiektów wartych utrwalenia i przedstawienia ludziom. http://potoruniu.blogspot.com/p/info.html

Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi wszelką informacją, czy po prostu ze mną byli i są w tym codziennym życiu, wszystkim, z którymi prowadziłam przez lata bardzo twórcze dla mnie dyskusje, rozmowy, wszystkim którzy czytają lub dopiero przeczytają moje książki. Dziękuję z góry panu Darkowi i wszystkim powiązanym ludziom, którzy przyczynią się do powstania płyty z utworem muzycznym z moim własnym tekstem, czyli późniejszy załącznik do książki.

Cierpienie, próba i wytrzymałość Tessi były wyliczone odmierzone, odważone, przekalkulowane z dokładnością co do jednego atomu przez Boga, bo ON nigdy nie nałoży na nikogo więcej, niż ten ktoś jest w stanie znieść. Jaki Bóg zajmuje się Z ZEWNĄTRZ, Z ODDALI, kwadrylionami istnień ludzkich i nie tylko ludzkich na przestrzeni czasu? ALBO BÓG ZMYŚLONY, ALBO BÓG POJMOWANY PRYMITYWNIE, ALBO… BÓG, KTÓRY JEST W NAS, W SWOICH STWORZENIACH I W CAŁYM SWOIM STWORZENIU OD WEWNĄTRZ I JEDNOCZEŚNIE TAKŻE ODGÓRNIE STERUJĄC WSZYSTKIM! I od tego momentu wszystko powinno być dla każdego jasne! Bóg jest matematykiem, chemikiem, fizykiem, biologiem, lekarzem, psychologiem, astronomem, kreślarzem, scenografem, filmowcem, poetą, malarzem, po prostu geniuszem i artystą! To dlatego masz „policzony każdy włos na głowie”, bo Bóg jest także w tobie od wewnątrz! W każdej twojej tkance, w każdym atomie! Będzie wielu takich, którzy odrzucą moją twórczość z powodu...Jezusa Chrystusa. Jeśli ktoś mnie z Jego powodu wyśmieje, to ja będę z tego powodu dumna, nic ponad to nie mam do powiedzenia, pozostałym życzę miłej, owocnej lektury. „Jesteś bezczelna, albo… święta”. Oto słowa, które usłyszałam od kogoś, kto dowiedział się o moich przeżyciach duchowych, wiedzy, doświadczeniu, postrzeganiu, pojmowaniu. Moja odpowiedź: nie dodałam ani jednego słowa do tego, co faktycznie przeżywam i o tym wie Bóg, kiedyś się z tego rozliczę, więc jestem spokojna, zaś do świętości mi daleko, mam wiele wad, niedoskonałości charakteru, z wieloma problemami sobie nie radzę. I nie piszę tego „pod publiczkę”, aby krytyką własnej osoby zaskarbić sobie czyjeś względy. Na szczęście wielu wokół takich, którzy świetnie wiedzą o czym piszę opisując moje przeżycia, doświadczenia. Z takimi właśnie dzielę się tym wszystkim, gdyż sami doświadczają w takiej czy nieco innej formie podobnych stanów, a przynajmniej wiedzą, o co chodzi, zaś wszystkim pozostałym przedstawiam i proponuję to wszystko od podstaw, wierząc, że komuś będę pomocna, a przez to spełnię swoją życiową misję i niech tak się stanie. Odebrałam i odbieram już pierwsze podziękowania, niektóre bardzo wzruszajace, pytania, prośby, dotyczące mojej twórczości i niech ona wszystkim otworzy, przybliży to, czego nie dały im być może inne źródła. Dodam jeszcze, że książka nie ma na celu TYLKO przedstawienia niezwykłych przeżyć duchowych. Opisuje przede wszystkim tragiczne losy bohaterki, przemieniane przez Boga, którego ona najpierw obraża, odrzuca, potem przeprasza i błaga o pomoc.

Będą tacy, którzy odrzucą moją twórczość, pogardzą nią, celowo zademonstrują odrzucenie poprzez nie przeczytanie z powodu moich darów, jakie otrzymałam od Boga już na życiowym starcie, a które oni poddają w wątpliwość z czystej zawiści. Wiem też, że niektórzy odrzucający moją twórczość, odrzucają ją tylko z tego powodu, że to właśnie JA, a nie ktoś inny przez nich poważany, jestem tą obdarowaną duchowymi darami autorką i zignorują mnie nawet, jeśli książki zostały im przeze mnie podarowane. Ja zawsze wtedy myślę o tych, którzy mnie docenili i sami przez to coś zyskali, ja zaś zawsze mogę od nich dowiedzieć się ciekawych rzeczy w sprawach, w których to oni są tymi „wybranymi”. Wszystkim takim osobom jeszcze raz dziękuję, zaś tym pierwszym odpowiem mimo wszystko, a może zwłaszcza po chrześcijańsku: niech Wam wszystkim Bóg błogosławi i przytoczę coś z ewangelii św. Łukasza.


Słowa Ewangelii według świętego Łukasza


Jezus zeszedł z dwunastoma Apostołami na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu.

A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił:

«Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.

Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.

Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.

Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.

Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.

Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.

Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.

Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem ojcowie ich czynili fałszywym prorokom»./Autorka/

Ekstremalny stres

„Kiedy człowieka ogarnia panika, jest jakby nieobecny. Mózg blokuje wszelkie działanie. Znika groza i przerażenie. Pozostaje tylko dziwna niemoc, bezsilne poddanie się wydarzeniom. Uczucia i emocje znikają, człowiek wpada w otchłań, gdzie wszystko dzieje się poza nim. "/P. Coelho/


„A potem odzianemu w purpurę Jezusowi żołnierze włożyli na głowę koronę cierniową. Upleciona z miejscowych krzewów o kolcach długich na kilka centymetrów została mocno, ze złością, wciśnięta na Jego skronie. Teraz rozpoczęło się kolejne bicie i poszturchiwanie, które dosięgało głowy, a więc ostre kolce wbijały się jeszcze głębiej. Do czego można porównać ból przeszywający dobrze unerwioną skórę głowy? Przypomina rażenie prądem? Fizjolodzy wyliczają, że to miejsce, które jest również dobrze ukrwione, na jednym centymetrze kwadratowym posiada aż 140 punktów wrażliwych na ból. Pamiętajmy, że Jezus był już bardzo wycieńczony. Nie jadł przez wiele godzin, a przede wszystkim był spragniony — nie pił w upale przy postępującym odwodnieniu organizmu i upływie krwi. Miał za sobą ciężką, bezsenną noc w ogrodzie oliwnym.


Opuszczony i zdradzony, staczający duchową walkę z samym sobą, targany niepokojem modlił się i płakał. Bał się śmierci. Z relacji świadków dowiadujemy się o krwawym pocie, jaki właśnie wtedy pojawił się na Jego ciele. Pisze o nim ewangelista Łukasz, który sam był lekarzem. Czym jest ów tajemniczy pot o tak niezwykłym zabarwieniu? Może go wywołać ból fizyczny bądź lęk psychiczny przekraczający wytrzymałość człowieka. Wtedy pękają drobne naczynka krwionośne znajdujące się w skórze. Tak było w przypadku Jezusa, którego obezwładnił stres.


— Gdy wspominamy śmierć Chrystusa i ogarniamy szczegóły Jego męki, samo narzuca się przekonanie, że intensywność dolegliwości fizycznych była bliska ekstremum — mówi dr Szczepan Cofta. — Że zasadniczo trudno wyobrazić sobie większą udrękę w jakiejkolwiek z ludzkich sytuacji zdrowotnych. Dla mnie osobiście to ekstremum Męki jest jednym z ważnych dowodów bliskości, jaką Syn Boży mógł ofiarować człowiekowi. Zanurzył się w najgorszej wyobrażalnej sytuacji cierpienia. W takiej sytuacji nawet w największej opresji żaden cierpiący człowiek nie powinien się czuć niezrozumiany, opuszczony.


/Materiały Serwisu Chrześcijańskiego, Witryny Krakowskiej Prowincji Karmelitów Bosych, Przewodnika Katolickiego, How did Jesus die? Christian Answers.Net/

Danuta Pawlicka

Głos Wielkopolski

Strażnik magicznych kłódek

Starszy człowiek w odzieniu kloszarda, w wersji jednak raczej czystej i jeśli nie pachnącej, to przynajmniej nie śmierdzącej i to z całą pewnością, często widywany był w mieście przy miejscowym małym mostku. Był jakby typem wiecznego włóczęgi — filozofa. Balustrada mostku uginała się pod ciężarem …kłódek, przynajmniej tak to wyglądało z powodu ich nadmiaru, a pomyśleć tylko, że zaczęło się od jednej, tej pierwszej… Kłódkom groziła ewakuacja do haniebnego jak na całą sprawę miejsca, do miejsca ich „kaźni’, na złomowisko. Strażnik kłódek nie mógł przecież na to pozwolić, aby ta pierwsza kłódka, ta najważniejsza, zginęła tragicznie na złomowisku, gdzie sam dostarczał i sprzedawał znaleziony złom. Złom to złom, zaś takie kłódki, to była dla niego świętość! Był świadkiem od samego dosłownie początku, jak zakochane pary zawieszały na mostku swój metalowy dowód miłości, zamykały go kluczykiem i kluczyk wrzucały do płytkiej dość wody w strudze… Miasto posiadało wprawdzie inny, wielki most o znaczeniu krajowym, europejskim i piękną rzekę Wisłę, jednak pary wybrały akurat to miejsce. Czuł się opiekunem tych kłódek, ich właścicieli i ich uczuć. Para, która przyszła tu kiedyś jako pierwsza, miała ze sobą bardzo charakterystyczną kłódkę. Nie była to kłódka nowa, mała, lekka, taka wprost ze sklepu, na dodatek imiona miała nieco niezdarnie wydrapane gwoździem na swej powierzchni. Ta kłódka rozpoczęła historię wszystkich następnych na tym mostku. Była ogromna, bardzo ciężka, pochodziła z osiemnastego lub dziewiętnastego wieku, miała na sobie wzór jaszczurki i trzy kluczyki. Kłódki zakochanych, te ze specjalnego sklepu, z pięknym laserowym grawerem mają pewnie jeden kluczyk, ta wielka, antyczna miała trzy. Jakby mówiła nie o dwóch osobach, czyli jednej parze, ale o trzech osobach, a więc może o jednej parze i trzeciej osobie? Kiedy klucze od tej historycznej, tajemniczej nieco pierwszej kłódki utonęły w strudze, starszy człowiek zrobił rzecz co najmniej dziwną. Natychmiast po odejściu młodej pary wyłowił je ze strugi, zdążył cudem i schował je w przepastnej kieszeni swego płaszcza...Nie potrafił odpowiedzieć samemu sobie, dlaczego tak postąpił, być może nawet siebie samego o to nie zapytał. Czuł, że coś lub KTOŚ nim kierował. Klucze nosił w kieszeni lat kilka. Kiedy kłódkom na poważnie zagroziło złomowisko, starszy człowiek przy oświetleniu jedynie księżyca w pełni stanął na mostku, wydobył z namaszczeniem klucze z głębi kieszeni i powolnym, dostojnym ruchem włożył jeden z nich w antyczną kłódkę. Po chwili charakterystyczny dźwięk oznajmił, że oto kłódka została otwarta. Starszy człowiek tkwił tak przez chwilę w bezruchu, po czym zdjął ciężką kłódkę z balustrady mostku i cięższy o wagę uratowanego przedmiotu przepadł w ciemnościach… Teraz miał i kłódkę i klucze. Teraz był w posiadaniu całości czegoś, co dopiero w momencie wybranym przez los, bardziej pewnie przez Boga wreszcie przemówi i odkryje swoją historię w wyższym, ważnym celu...Starszy człowiek oczywiście nie miał o tym pojęcia, kłódką zaopiekował się bardziej z powodu jakiegoś niejasnego przeczucia, lub sentymentu do niej, była przecież pierwszą na tym mostku, a on wprawdzie z oddali, ale jednak widział parę, która ją zakładała i która wrzuciła klucze do strugi. Podświadomie raczej czuł, że on musi być jej strażnikiem, zaś przy okazji także strażnikiem wszystkich kolejnych, jednak już bez takiego przywiązania do nich. Kolejne były kłódkami zwyczajnymi, nowymi, wprost ze sklepu, z pięknym grawerem imion par. Ta pierwsza przebiła wszystkie następne pod każdym względem, zdawała się przyglądać wszystkim kolejnym, jakby trochę z góry, nisko oceniając ich znaczenie. No bo czy świeżo wyprodukowana automatycznie, maszynowo, hurtowo, kłódka z laserowym grawerem mogła mieć duże znaczenie? Może i miała, jednak ta antyczna, wykonana przed wiekiem lub dwoma przez kowala, zahartowana w ogniu, pamiętająca sękate spracowane dłonie autora swego żywota była wśród nich królową! Taką kłódkę mogła zawiesić tylko para wyjątkowa, świadoma lub nie swej wyjątkowości… swego przeznaczenia napisanego przez Boga…

Jak uderzenie pioruna…

Po czasie…

Trzydziestego grudnia świat żył już właściwie tylko atmosferą nadchodzącego szybkimi krokami Sylwestra. Ruch w hipermarketach, odłożone na ostatnią chwilę pospieszne wizyty w sklepach z elegancką odzieżą, prawdziwy nalot na salony fryzjerskie i kosmetyczne, wielkie zamówienia w cukierniach… Dzień to był dziwny w swej kolorystyce, bowiem kolor nieba stał się różowo-żółty, słońce zaś przygaszone, niczym w stanie zaćmienia. Kolor nieba rzutował na wygląd śniegu, który przybrał podobny odcień zarówno na zasadzie odbitego światła, jak i za przyczyną opadających z nieba cząsteczek pustynnego piasku… Tak… Daleka Sahara wysłała tu do Europy, do Polski drogą powietrzną swoich posłańców — kwadryliony ziaren piasku, jakby zaproszenie dla kogoś, kto ma wybrać się na prywatną „pustynię” swego życia, podobnie do biblijnego Eliasza… Wyprawa Eliasza kończy się wielkim wyjściem z groty osamotnienia, w której dokonała się jego transformacja. Czy osoba, po którą pustynia wysłała piaskowych posłańców też zakończy swoją wyprawę wielkim wyjściem z groty? Czy może zastygnie w niej w obezwładniającym bólu, strachu, w obłędzie, niemym krzyku, ekstremalnym stresie co zabija?


Trzydziesty pierwszy grudnia…

Czarna, ogromna źrenica kosmosu drażniona i oślepiana była teraz, w tą jedyną noc w roku rytmicznymi i tęczowymi błyskami fajerwerków, a potężne tony uroczystego poloneza zdawały się wprawiać w wirujący taniec Dom Człowieka — planetę o nazwie Ziemia. Tańczyła wokół własnej osi i tańczyła na sali balowej Wszechświata po ściśle wyznaczonym torze, każdym kolejnym krokiem tanecznym zadając pytanie ludzkości i każdemu pojedynczemu ludzkiemu istnieniu...Co osiągnąłeś przez kolejny rok? Co zrozumiałeś? Jaką lekcję przerobiłeś i jakie z niej wyciągnąłeś wnioski? Kogo skrzywdziłeś? Komu wybaczyłeś? Co podarowałeś innym z siebie? Co wniosłeś do księgi życia ludzkości? To zjawisko wyglądało pewnie z kosmosu, z oddali, niczym jakiś mechanizm powtarzający swoje czynności cyklicznie i bez końca, zawsze w tym samym momencie tzw. ziemskiego roku...Na salach balowych, na prywatkach i pod chmurką bawili się nieświadomi głębszego sensu tych wydarzeń ludzie młodsi i starsi, ci szczęśliwi i ci udający szczęśliwych, ci kochający się i ci skłóceni, ci spełnieni i frajerzy...Gdzieś tam w ciemnych zakamarkach mieszkań siedzieli smętnie trzeźwi i mniej trzeźwi samotnicy, świętujący gorycz swej kolejnej życiowej porażki… Jedni w tym momencie z głośnym krzykiem narodzin witali Ziemię, inni z krzykiem lub bardzo cicho ją żegnali… Po ulicach biegały wystraszone fajerwerkami bezdomne psy i koty, usiłując skryć się w bezpiecznej piwnicy i szukające w tym celu choćby małego uchylonego okienka piwnicznego.

Daleko od centrum miasta i z dala od pięknych osiedli, w opustoszałej dzielnicy składającej się z niekończącej się starej linii kolejowej i przerażających, choć romantycznie pięknych w pewnym sensie pustostanów pozostałych po dawnych obiektach wysokiej rangi, dzielnicy straszącej swym wyglądem z powodu wyludnienia niczym scena z filmu grozy, w ciasnej piwniczce, za to przy ciepłej jakimś cudem rurze przebiegającej tędy, ktoś skrył się jeszcze na długo przed zapadnięciem zmroku… Ktoś siedział teraz skamieniały nie z zimna, lecz z zupełnie innego powodu. Istota ludzka przerażona i oszalała do stopnia, w którym następuje już tylko proces zastygnięcia i nieświadomego trwania w nicości. Istota ludzka, niczym dzikie przerażone zwierzątko schwytane w pułapkę, w pozycji skulonej reagowała na każdy odgłos, a nawet na dotyk powietrza niczym na narzędzia tortur...Najmniejszy ledwie docierający blask raził oczy jakby sztyletami, odłamkami szkła, a lekki powiew docierający chwilami przez nieszczelne okienko piwniczne smagał biczami ciało wyczulone do tego stopnia, że bicze powiewu odczuwalne były jakby na gołej skórze, chociaż postać odziana była jak przystało na tą porę roku, na dodatek niezbyt mroźną, a przez piwnicę biegła jakby jakimś cudem, wspomniana przed chwilą jakaś ciepła rura o nieznanym przeznaczeniu. Oszalały wzrok biegał po otoczeniu, oczekując ciosu w najmniej spodziewanej chwili i najmniej spodziewanej strony. Istota ludzka bała się oczywiście ewentualnych zbirów, o takich w podobnych miejscach nietrudno, ale bała się głównie zupełnie czegoś innego… Świtu, który każe jej dalej żyć. Tylko JAK?! A świt był brutalny i nadszedł. Nic nie robił sobie z człowieka, który zastygł w bólu i przerażeniu tak wielkim, że postać mogła uchodzić za martwą. Kiedy oszalały wzrok istoty potwierdził przybycie świtu jaśniejszym odcieniem siwej piwnicznej ściany, ktoś poczuł się zawiedziony… Gdzieś tam w głębi siebie właściciel tych oczu liczył na to, że ze światem jakimś cudem coś się stanie i poranku nie będzie. Ale on był...Był i tkwił sztyletem wbitym w serce i w każdą część ciała i duszy. A w srebrnym sztylecie odbijać się zdawały znienawidzone odbłyski porannego słońca, które znów dostawały się do oczu i raziły bólem… bólem istnienia. Na siwej ścianie piwnicy coś poruszyło się w sposób realny, namacalny… Oszalały wzrok istoty ludzkiej skakał po ścianie za drgającym lekko zjawiskiem. Zjawisko było sztuczną maluteńką tęczą, jaka powstała z odbitych w stłuczonym lekko okienku piwniczki promieni słońca. Boże! Panie!...to niemożliwe! Znalazłeś mnie i wyciągasz do mnie dłoń?! Znalazłeś mnie nawet tu?! Boże, to niemożliwe! Dajesz mi jak zawsze znak naszego przymierza?! Znalazłeś sposób by mi go dać?! Przecież opuściłeś mnie jakąś dobę temu na zawsze! Dotąd często dawałeś mi znaki tęczą, wczoraj jednak wszystko się skończyło, cała nasza przygoda Panie! Zgrabiałe, sztywne dłonie drżącym ruchem ścigały pulsującą tęczę na ścianie piwniczki. Chwile, w których dotykały jej, były jak dotknięcie ręki Boga…

Cóż jednak możesz zrobić dla mnie Panie TERAZ?! Już nie da się zrobić nic, ani po ludzku, ani po bosku! Już nie… Teraz istota ludzka, obdarowana od urodzenia wielkim darem od Boga, darem postrzegania pozazmysłowego przypomniała sobie wizję, jaką miała przed przebudzeniem pod przymkniętymi jeszcze powiekami, ale już wiedziała, że nie śpi. Najpierw widziała przezroczysta kopułę, która jakby zniżyła się z astronomicznego nieba i osiadła na ziemi. Z niej w wersji również przezroczystej lecz świetnie rozpoznawalnej przemawiał na placu kościelnym sam Jezus Chrystus. Oskarżał ludzkość o nie zastosowanie się do Jego nauk, do niszczenia dzieła Jego Zbawienia, był bardzo zdesperowany. Ukazywały się po kolei wszystkie biblijne plagi, po czym czarne parasolki ludzi nagle wszystkie były zepsute, a symbolizowały pewnie ochronę z Nieba… Potem na czarnym tle pojawiły się jakby utkane z białej mgły dłonie Jezusa Miłosiernego, które poruszały się i przyzywały ją gestami, wyciągały się do niej. Po chwili dla rozpoznania uwidocznił się jeden, prawy strumień wytryskujący z Jego Serca, który choć w naturze czerwony, w wizji był w kolorze białej mgły, jak wszystko w tym widzeniu. Znała nasza biedna istota ten widok świetnie i szybko mentalnie podała Mu swoją dłoń. Po chwili widziała swoją dłoń, wyglądającą jak Jego, w postaci białej mgiełki. Jej dłoń była w Jego dłoni… Potem istota ludzka ujrzała zegar ścienny, też w postaci utkanej z mgiełki. Jego wskazówki chodziły, wskazywały kolejne godziny. Nie były to zwyczajne wskazówki. Każda ze wskazówek miała na swej końcówce miniaturową, palącą się świeczkę. Póki świeczki się palą, jej czas żyje. Czas zawahał się na godzinie dziewiątej, świeczka zatrzepotała płomykiem, ale nie zgasła, poszła na godzinę jedenastą w przyspieszonym tempie, potem dalej… Więc jednak...Jednak mnie nie opuścisz Panie?! Ale ja nie jestem w stanie się ruszyć, a co dopiero wyjść stąd i żyć! Przedłużenie, uzupełnienie mojego ciała i duszy, jakim są wszyscy, wszystko, co dla mnie miało znaczenie już nie istnieje…


Kilkanaście godzin wcześniej, 31 grudnia rano, akademiki.

Studenci pakowali w pośpiechu swoje niewielkie bagaże i każdy zmierzał po chwili w bliższy lub dalszy zakątek kraju do domu...Na Sylwestra i Nowy Rok. Inni zostawali na miejscu i w akademiku niebawem rozpoczną się przygotowania do wielkiej imprezy. Tego poranka ktoś otrzymał kilka wiadomości jednocześnie, prawie jednocześnie. To Tereska, znana popularnie jako Tessi lub Tessa, ładna, ale niezbyt rzucająca się w oczy poprzez swą skromność, dziewczyna o jasnych włosach, prostych i dość długich, najczęściej spinanych w koczek, dziewczyna o zielonych dużych oczach, dziewczyna z pobliskiej wioski, studiująca na trzecim roku… Odważyła się na poranną próbę ciążową i kiedy wskaźnik na testerze niezaprzeczalnie potwierdził jej podejrzenia, nastąpiło uderzenie niczym młotem w głowę, a świat wirował wokół niej złowrogimi cząsteczkami rzeczywistości, która wyglądała teraz niczym wykrzywiona w lustrze w domu śmiechu, w lunaparku. Wszechświat drwił z niej śmiechem miniaturowych złośliwych klaunów, którymi napełniona była przestrzeń… Pierwsze uderzenie losu miała wczoraj...Jej narzeczony brutalnie oświadczył, że on już wybrał i odchodzi do Zośki. Zrozumiał nagle i wspaniałomyślnie i nieodwołalnie, że to jednak z nią chce iść przez życie, bo ona stanowi dobrą i mocną podstawę, zaś delikatna i wrażliwa Tessi wymagała opieki, dobrego słowa, wsparcia. Współcześni i nie tylko współcześni, młodzi i nie tylko młodzi niektórzy tylko oczywiście mężczyźni szukali i szukają wsparcia w kobiecie, zawieszenia się na niej i tym co posiada i potrafi, a powinno być odwrotnie, a tak szczerze, to pewnie pół na pół, lub nawet bez znaczenia kto, ile, jak i kiedy, ale tylko w przypadku działań podjętych SERCEM i tylko sercem. Gdzie czasy, kiedy ambicją i honorem mężczyzny była troska o kobietę?! Jednak chodzi o troskę i opiekę w sensie zdrowym, czyli nie pociągającym za sobą uległości kobiety wobec mężczyzny, czy też jej rezygnacji z własnych ambicji. Nawiasem mówiąc, taka troska powinna zawsze być wzajemna. Tessi nie powiedziała chłopakowi, narzeczonemu o podejrzeniu ciąży, jeszcze wtedy tylko o podejrzeniu...Przepłakała noc, po czym spakowała się świtem i potem zrobiła ten nieszczęsny test. Kiedy znała już wynik testu, nagle rozległ się dźwięk komórki, brzmiący tak dziwnie, jakby miał osobowość i uprzedzał swym tonem o czymś złym… Tessi po chwili osunęła się po ścianie na podłogę...To dzwoniła koleżanka z jej rodzinnej wioski, że jedyna rodzina Tereski, jedyna podpora życiowa, starsza siostra Basia, zginęła tragicznie wraz z mężem. Tessi została całkowicie sama. Bez środków do życia, bez rodziny, bez domu, bez przyszłości. Bez celu, sensu, bez nadziei i szansy na cokolwiek. Poza tym nie była nic warta, skoro zostawił ją ukochany… Tak przynajmniej o sobie myślała. Jej delikatne ciało zdawało się unicestwiać z chwili na chwilę, odsłaniając bezbronną psychikę i wystawiając ją na śmierć poprzez tortury. Kolejna wiadomość zastała Tereskę już na podłodze. Mówiła ona o tym, że nie udało jej się jednak zaliczyć wczoraj poprawki z kolokwium, wynik dotarł do niej przed chwilą. Zbyt rozmyślała i dręczyła się swoim chłopakiem, który dziwnie ostatnio się zmienił. Rozmyślała o nim, zamiast poświęcić teraz czas głównie nauce… Mieszkał w sąsiednim akademiku i studiował na innym kierunku. Byli ze sobą półtora roku i planowali ślub. Tessi nie powie mu o dziecku, zabierze wszystkie swoje tragedie i swoją samotność tam, gdzie nie ma już smutku, bólu, łez cierpienia, złości, żalu, samotności, podstępu, chorób, śmierci, rozstań… Odejdzie i będzie szczęśliwa wraz ze swoim nienarodzonym dzieckiem, które obecnie mogło mieć jakieś trzy tygodnie, jeśli istniało, a test stwierdzał, że tak. Spotka TAM rodziców, dziadków, siostrę i jej męża i będzie szczęśliwa, a nieprzyjaznej planecie Ziemi pokiwa z oddali! Jeszcze tylko pozbiera wszelkie możliwe tabletki: uspokajające, przeciwbólowe, nasenne. Pozbiera te, które ma i jeszcze skombinuje coś ekstra od koleżanki, która leczy się od roku na depresję po rozstaniu ze swoim chłopakiem i mieszka w pokoju na końcu korytarza. Ma na imię Ania i nawet ją zapraszała na babskie łzawe pogaduchy na noc. Tessi dokupi coś jeszcze w aptece i będzie w sam raz. Tak też zrobiła, a koleżanka Anna, która czuła się zdecydowanie lepiej, wielkodusznie w przypływie euforii i współczucia w sprawie Tessi, o której nie miała pojęcia co do jej istoty, jedynie tak ogólnie, bez wiedzy o tym najgorszym, podarowała jej prawie całe dwa pudełka zapisanych przez psychiatrę antydepresantów i… ważną jeszcze w tym dniu receptę na taki sam zestaw w celu wyjścia z „przejściowego dołka” i w celu wyleczenia okresowej bezsenności i drażliwości! Tessi z udawaną wesołością ucałowała koleżankę ciesząc się z poprawy jej stanu i po złożeniu życzeń na Nowy Rok jej, oraz kilku innym koleżankom i kolegom, oraz po zapewnieniu, że po Sylwestrze wróci w dobrym nastroju, wyszła z całkiem niezłą miną z akademika...Nikt niczego o niej nie wiedział… Poinformowała wszystkich, że jedzie do siostry i szwagra na wieś, do rodzinnego domu. Nikt nie miał pojęcia, jak na ten moment wygląda cała prawda o jej życiu...Nikt niczego nie podejrzewał, nie przeczuwał. Młodzi ludzie podekscytowani nadchodzącym szybkimi krokami sylwestrowym szaleństwem zajęci byli głównie sobą i własnymi planami. Ostatni raz widzieli Tessi, kiedy w swojej futerkowej kurtce, z plecakiem i ciemnymi dużymi okularami na twarzy oraz komórką w dłoniach przekraczała próg akademika.

Tessi objechała autobusami MZK miasto, kupiła rzeczy, które mogą jeszcze jej się przydać na ostatnie chwile, do czasu pożegnania ze światem, zachowała dziwnie idealny spokój i opanowanie, wreszcie wsiadła do autobusu jadącego za most, przez rzekę, do dziwnej dzielnicy. Uciekł jej niby przypadkiem poprzedni, właściwy autobus i odczekała na kolejny. Nie ma jednak przypadków, zawsze jest tylko cel, którego jeszcze nie rozumiemy...Autobus nie uciekł bez sensu. Przeznaczony jej był ten kolejny...dopiero ten…


Zegar z umarłym czasem, albo zetknięcie tysiącleci…

Tessi początkowo nerwowo bawiła się komórką, teraz jednak siedziała z twarzą przyklejoną do szyby autobusu i prawie niewidzącym wzrokiem oraz skamieniałym sercem i umysłem obserwowała bez zainteresowania mijane widoki i ludzi. Autobus wjechał w dziwną dzielnicę… Pustka, groza, tory kolejowe, brak zabudowań...Nagle po prawej stronie zabudowania się pojawiły, jednak groźny to był widok. Pustostany po starych nieczynnych obiektach z czerwonej cegły, w których hulał wiatr. I jeszcze budynek z zardzewiałym nieczynnym zegarem bez wskazówek! Czas stał tu w miejscu i ona tego potrzebowała! Potrzebowała samotności, izolacji, pustki i ciszy doskonałej i czasu, który stoi w miejscu! Kiedy świat będzie za parę godzin szalał, kiedy najważniejszym przedmiotem stanie się wszędzie jakiś wielki przystrojony balonami i serpentyną zegar, ona będzie miała swój zegar! Zegar zardzewiały, bez wskazówek, bez czasu...Jej zegar zakpi z czasu i świata tak, jak czas i świat zakpiły z niej! Kiedy tak myślała, dostrzegła w prawie pustym autobusie postać człowieka w wieku zbliżonym do jej, a może jednak nieco młodszym? Tego nie wiedziała i nie było to ważne. Skamieniała swoim i tak już spiętym do ostatnich granic ciałem jeszcze bardziej… Oto do wyjścia z autobusu w tym akurat miejscu kierowała się postać młodzieńca w stu procentach odpowiadająca ziemskiemu rysopisowi Jezusa Chrystusa, z całym Jego wyrazem twarzy jednocześnie. To była taka Jego wersja delikatna z włosami ciemny blond. Postać odziana była po dzisiejszemu, przed chwilą wyjęła słuchawki komórki z uszu, nałożyła czarną zimową czapkę na związane z tyłu dość długie włosy...Ale ta twarz i jej rysy, cały jej wyraz, włosy, oczy, sylwetka, wszystko! Kiedy chłopak stał już u drzwi, przyjrzała mu się uważnie, a on ją zauważył, to wiedziała. Siedziała tuż obok, bardzo, bardzo blisko wyjścia. Odwrócił teraz głowę na bok, w drugą stronę, coś gdzieś tam zauważył pewnie i pochłonięty widokiem teraz na nią przez moment nie patrzył, a ona przyjrzała mu się dokładnie i w jednej chwili wyobraziła sobie namacalnie całą sobą, że to postać ziemskiego Jezusa Chrystusa we własnej osobie, który powrócił podejrzeć z Ziemi współczesny świat — chociaż i tak go ogląda naszymi oczami w nas samych -, a ona ma niepowtarzalną szansę trwać realnie u Jego stóp i wpatrując się w Jego twarz żebrać pomocy! Szybko zrealizowała swe pragnienie, a chłopak jakby coś poczuł. Przelotnie spojrzał na nią, jakby zabrała z jego wnętrza dla siebie COŚ! Wyraźnie to poczuł! Jakby wyszła z niego cząstka mocy, jego własnej mocy! I wysiadł… Teraz szedł na tle zardzewiałego zegara i przez szybę spojrzał jej w oczy wzrokiem okradzionego z czegoś, czego nie rozumiał, co czuł namacalnie i czego NIE ŻAŁOWAŁ NIEZNAJOMEJ DZIEWCZYNIE! Mimo wszystko nie żałował! On poczuł coś dziwnego, czuł się niczym dawca narządu, dawca krwi dla umierającej istoty ludzkiej...Kiedy szedł na tle zardzewiałego zegara bez wskazówek i spojrzał jej wtedy ostatni raz w oczy przez szybę autobusu, ona odczuła to tak, że stanął, albo cofnął się czas o dwa tysiące lat wstecz i ON sam, we własnej OSOBIE patrzy jej w oczy… Ona wysiądzie przystanek dalej, dla niepoznaki… Potem wróci te parę kroków do zegara bez wskazówek, to nie będzie trudne, kolejne przystanki w tej dzielnicy były dziwnie krótkie. Tak też zrobiła, uwalniając się w drzwiach autobusu od zabłąkanej długiej, grubej, czerwonej nici, będącej jak wiotki bezwładny promień pozbawiony w tym momencie blasku, który dziwnie przyczepił się do niej niczym magnes. Czyżby nić była z jego odzienia?! Szybkim ruchem zerwała ją i włożyła do kieszeni, nie wiedząc dlaczego to zrobiła. Chłopak miał pod kurtką coś czerwonego! Oczywiście zginął jej z oczu i nigdzie nie było widać jego sylwetki, nawet z oddali. Wkraczała teraz w nieprzyjazne, lecz dla niej najlepsze z możliwych otoczenie, w stare, puste ruiny. Przyjrzała się teraz zegarowi jeszcze raz, z bliska. Tak...to był strzał w dziesiątkę! Wybór genialny wręcz!

Księżycowy Dziadek, czyli nić przeznaczenia

Pod oszronionym drzewem siedziała dziwna, lecz ciekawa postać. Tessi pomyślała, że to typowy bezdomny i podała mu dwuzłotówkę na chleb, czy może bułkę i wodę mineralną. Jednak „bezdomny” przyglądał jej się jakoś niezwykle, wręcz śrubującym wzrokiem wpatrywał się w jej oczy. Oczy Tessi były wielkie, zielone, przepastnie głębokie, bardzo smutne...Czy to była jedyna przyczyna, że tak się w nie wpatrywał ten człowiek? Czy rzeczywiście przyczyna tkwiła w samym podziwie dla jej oczu? Tessi nie zwróciła uwagi na ważny szczegół...Na te właśnie oczy, które tak intensywnie wpatrywały się w jej własne oczy z głębin zarośniętej, pociemniałej twarzy starszego mężczyzny...Nie zwróciła uwagi, jakie są te oczy...Starzec wyciągnął do niej dłoń i przywołał ją bez słów. Cofnęła się i podeszła po raz drugi. Za swoją dwuzłotówkę dostała prezent od starca, od bezdomnego! To był czerwony sznureczek z zawieszonym małym srebrnym księżycem oraz medalikiem ze św. Krzysztofem, a całość stanowiła bransoletkę. Nie śmiała nie wziąć, ładnie podziękowała, dorzuciła mu jeszcze pięciozłotówkę i wsunąwszy odruchowo dziwną ozdobę na lewy nadgarstek, poszła nieco dalej. Życie jest podróżą, św. Krzysztof jest patronem podróży, ale ona swoją podróż właśnie kończy. Oczy starca wyglądały jak oczy jasnowidza, tyle sobie uświadomiła, jednak niczego więcej w nich na ten moment się nie doszukiwała. Na niebie tkwiła wciąż księżycowa biała tęcza, z widocznym tylko jednym, jedynym pasmem na zewnętrznym łuku… i to było pasmo CZERWONE. To normalne w zjawisku fog bow.To jakby kolejny znak, jeszcze ta dziwna czerwona nić z drzwi autobusu i teraz znów czerwona nić… Tu o coś może chodzić, ale ona nie miała już czasu na dochodzenie. Ona już zakończyła kombinacje w swoim trudnym życiu i nie dała szansy pokombinować Bogu...Postanowiła odejść. Starzec miał przy sobie zniszczoną torbę oraz zniszczoną starą książkę w sztywnych okładkach z dziwnymi znakami, tytułu nie widziała dokładnie, dałaby jednak głowę, że jeden wyraz w tytule miał coś wspólnego z księżycem, albo tylko jej się wydawało? Starzec odprowadził ją wzrokiem, po czym powrócił do swoich rozmyślań.

Schron Pana Boga i misterium odchodzenia

Tessi pokręciła się po terenie i weszła w otwór, jaki został po dawnych drzwiach schronu-hangaru. Drzwi były, jednak uszkodzone, zniszczone, nie działające. Stwierdziła, że zejdzie najniżej jak się da. Było zimno i wiatr wpadający przez wybite okna tańczył walca skazańców wokół jej osoby, jednocześnie jakby chroniąc każdego z jej kroków. Ostrożnie pokonywała schody prowadzące w dół. Bała się spotkać tam jakichś oprychów, czy może tylko niegroźnych bezdomnych, jak ten dziadek, który dał jej prezent, ale stwierdziła, że niegościnny teren był całkowicie pusty. Był jej. Kiedy stanęła na nierównej posadzce piwniczki pogrążonej w mroku, ujrzała małe okienka. Wychodziły na plac i gdyby ktoś tam stanął na zewnątrz, właśnie przy okienkach, widziałaby jego buty i kawałek nóg. Okienko, które intuicyjnie wybrała jako „swoje” posiadało niewielkie stłuczenie, które nie stanowiło problemu. Jej życie też pękło, więc wszystko do siebie pasowało. Rozgościła się tu wygodnie, miała ze sobą ubrania, przedmioty osobiste, a nawet miękki ciepły koc. W kącie piwniczki stała podniszczona nieco miska, szeroka ławka bez oparcia, cynkowe wiaderko, jakaś miska, kubek z fabrycznym nadrukiem, taki typowy współczesny gadżet… I jeszcze brelok z klepsydrą — „zmieniacz czasu” i drugi brelok, z cytatem! „Nie ma przypadków, jest tylko cel, którego jeszcze nie rozumiemy”! Napis na kubku „On nie pozwoli zachwiać się twej nodze ani się nie zdrzemnie Ten który cię strzeże. Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie ten, który czuwa nad Izraelem” /Ps 1213,4/ A więc liczba Pi! Liczba, która przewraca świat do góry nogami! Była jeszcze teczka na gumkę, w środku były obszerne wydruki internetowe. Zdążyła przeczytać tylko nagłówek forum, bo to było forum...forum samobójców! „Chcę umrzeć i proszę Boga o śmierć”. Tak brzmiał nagłówek… Czyżby kiedyś ktoś tu przebywał jak ona teraz? Przedmioty były czyste, pokryte jedynie kurzem, który starła chusteczkami higienicznymi, a zabrała ich sporo. Miała ze sobą wodę mineralną, coś tam do jedzenia, a nawet duży termos z gorącą póki co herbatą. Ułożyła wszystko po swojemu, ławkę zaścieliła kocem i usiadła… Obracała w dłoniach obmyty porządnie wodą mineralną i małym mydełkiem kubek, który wyraźnie los przygotował dla niej i to nie tylko dla celu wypicia wody, herbaty, szampana, ale dla wypicia z niego SENSU… Wielkiego sensu widniejących tam słów. Tylko, co tu jest do zrozumienia, wszystko przecież skończone i „zamiecione”, pytała retorycznie siebie samą, ale już podświadomie wiedziała, że pytanie kieruje do niewłaściwej osoby… Powinna je zadać Bogu. Będzie miała swojego ostatniego w tym życiu, najdziwniejszego i najmocniejszego Sylwestra… Zrobi sobie długą, wielogodzinną przeprawę z Bogiem, wszystko Mu wygarnie, rzuci oskarżenia, wykrzyczy cały swój ból, a potem zamilknie i posłucha głosu ciszy. To w ciszy, na pustyni duszy, jak niegdyś Eliasz, w spotkaniu ze sobą samym prosimy o śmierć, ale spotykamy Boga, a Bóg odpowiada i przemienia nas i sytuację. Czasem przemienia sytuację dosłownie, a czasem nas samych i to my zmieniamy jedynie swoje spojrzenie na ową sytuację. Czy odpowie jej? Bo jeśli nie, to ona… Tu spojrzała odruchowo na pudełka z lekami. Miała zabezpieczenie w tych pudełkach i tu miała wyższość nad wolą i mocą Boga, tak właśnie myślała. Pamiętała, jak dodatkowo wykupiła dziś receptę podarowaną przez koleżankę. Farmaceutka nie miała pojęcia, że właśnie wydaje być może bilet na tamtą stronę życia. Przygotowała sobie Tessi teraz stół sylwestrowy. Miała kilka szerokich niskich świeczek, zapalniczkę, obrazek Jezusa Miłosiernego, różaniec z białego naturalnego korala, jeszcze od I Komunii Świętej, miniaturową, zniszczoną nieco czytaniem biblię z zakładkami i różnymi karteczkami, trochę jedzenia dla podtrzymania funkcji organizmu póki co, sporo picia, w tym nawet ogromną 1,5 litrową butelkę bardzo lekkiego, bo tylko 7% szampana. Jak odchodzić, to z klasą, drwiła sama z siebie. Miała też w planie wygłosić przemowę do swojego dziecka, wszystko po kolei, ma czas...całe mnóstwo czasu… Takiej okazji nie miała nigdy dotąd...To się Bóg zdziwi, kiedy ją zobaczy, usłyszy...Czy Bóg był gotowy na takie zagranie z jej strony? Czy się go spodziewał? Stół sylwestrowy był już przygotowany wraz z ustawionym ołtarzykiem i zapalonymi świeczkami. Kupiła takie o zapachu mirry — zapachu cierpienia, Golgoty. Celowo. Po jednej stronie jedzenie w opakowaniach w niedużej ilości, po drugiej woda mineralna i szampan, a także wielki termos z herbatą. Plecak miała bardzo duży, ubrań bardzo mało, jej wioska znajdowała się blisko miasta, w którym studiowała, często wymieniała więc ubrania, niektóre prała w akademiku inne przywoziła świeże z domu, inne w typie kurtek zmieniała wraz ze zmianami pór roku. W związku z tym plecak był obecnie prawie pusty i mogła zmieścić do niego wszystko, czego potrzebowała na teraz, na jej być może, a raczej stuprocentowo ostatnie chwile na Ziemi… Zrobiła sobie wygodne siedzisko na ławie okrytej swoim własnym grubym kocykiem, oparła się o miękki, pikowany plecak, zapaliła świeczki, wlała sobie pierwszą lampkę szampana i mentalnie przygotowywała się do swojej „uroczystości”. Najpierw wygłosi przemowę do dziecka, potem wda się w rozprawę z Bogiem, to już ustalone. Jej obrazek Jezusa Miłosiernego posiadał pewien dodatek. Było to wypisane wielkim drukiem pytanie: CZY TY MI UFASZ? A wzrok Jezusa z obrazka św. Faustyny, który wbijał się pełen miłości, troski i smutku w oczy patrzącego miał w sobie nutkę niedowierzania i żalu...Czy ja Tobie ufam? Czy ja Tobie ufam? Powtarzała Tessi. To był obrazek znaleziony na siedzeniu w autobusie nie tak dawno temu, ale już w czasie kiedy Tessi miała pewne podejrzenia co do wierności swego wybranka, kiedy przestawała się pilnie uczyć, dotąd była jednym z najlepszych i najbardziej ambitnych studentów na roku. Nie była jakoś wybitnie zdolna, tylko zdolna tak zwyczajnie, swe wyniki zawdzięczała ciężkiej pracy i była z tego dumna. Niedawno to się zmieniło, aż nie zaliczyła kolokwium, potem poprawki, a oceny z innych przedmiotów spadały coraz niżej i niżej, podobnie jak jej ambicja, determinacja, jej wielkie cele i marzenia...Na dodatek pokłóciła się bardzo poważnie i pierwszy raz tak mocno o takie bezsensowne głupstwo ze swoją jedyną rodziną, z ukochaną siostrą Basią i ulubionym jedynym szwagrem, którego traktowała jak bliskiego krewnego. A teraz na wszystko było za późno, oni nie żyli już po tej stronie życia, po której została ona, osierocona, porzucona, obciążona dzieckiem, które ma się urodzić za jakieś osiem miesięcy, zagrożona wydaleniem ze studiów, skazana na wszystkich frontach życia, w tym na bezdomność. Tu pomanipulowała symbolicznym zmieniaczem czasu i z ironicznym uśmiechem oraz nutką żalu pomyślała, że gdyby można było cofnąć czas...Ale nie można, nie w tej naszej ziemskiej rzeczywistości. Czas można w pewnym sensie cofnąć nawet tu na Ziemi! Jeśli cofniemy się mentalnie do momentu, w którym popełniliśmy zło, błąd, żałujemy tego i mamy wolę to naprawić, to TAK! My cofamy wtedy czas i zaczynamy od nowa, wciąż od nowa! Znów powstajemy i walczymy, idziemy do przodu, ale przy powierzeniu wszystkiego Bogu, bo tylko ON będzie wiedział, jak pokierować nami! Tessi jednak nie była obecnie na takim etapie, ona była na etapie utraty wiary, etapie ucieczki…

Ona ucieknie od tego wszystkiego i zakpi z losu tak, jak los zakpił z niej. Podobno Bóg nigdy nie nałoży na czyjeś ramiona krzyża cięższego choćby o miligram od tego, jaki ten ktoś zdoła unieść i przemienić go w dobro. Jak widać było inaczej, bo ona nie zniesie nawet jednego z kilku ostatnich wydarzeń, noo… może poza oblanym kolokwium, to zawsze dałoby się jakoś jeszcze naprawić, pozostałych faktów już zmienić się nie da, ich struktura była strukturą stłuczonej w najmniejsze drobiazgi szklanki. Czy ja Ci ufam…? Popijając po łyku szampana na wiele godzin przed północą powtarzała te słowa, wpatrując się w oczy Jezusa Chrystusa. Tessi była wybrańcem losu, posiadała wielkie dary duchowe, widziała i czuła więcej niż większość ludzi, często ludzie pytali ją o coś lub prosili, a ona pomagała zawsze tak, jak umiała. Jej życie było jednym wielkim dialogiem z Bogiem Ojcem, Duchem św., Jezusem Chrystusem i Maryją, z Aniołami i wybranymi świętymi, z czasoprzestrzenią, z przyrodą… Posiadała dar jasnowidzenia i snów proroczych, oraz kontaktów z Wyższym i ze zmarłymi na falach mózgowych zarówno zwykłej jawy, jak i na tych falach subtelniejszych, falach snu, gdzie w „nocnych widzeniach” miała dostęp do czegoś o wiele większego niż ogół ludzi. Bóg często odpowiadał jej znakami w postaci przypadkowo i nagle ujrzanych napisów, w postaci dziwnych zbiegów okoliczności, spotkanego człowieka, ujrzanego filmu lub wydarzenia, w postaci znalezionego obrazka, przedmiotu, karteczki, zauważonej ważnej książki, w postaci widoku tęczy. Drugi człowiek odpowiadał z kolei na jej dary niedowierzaniem, przerażeniem, wybuchem śmiechu, obrazą, najczęściej jednak podziwem i ciekawością. Byli i tacy, którzy z zawiści próbowali jej dary ośmieszyć, poddać w wątpliwość, ale nie wiedzieli z czym mają do czynienia i jak mocne jest to, czego nie mogli strawić, ale przede wszystkim nie wiedzieli, jak wielką opiekę i poparcie ze strony Boga ma Tessi. Drażniło wielu to, że nie dała się nigdy złamać, zawsze pozostała wierna Bogu i sobie samej, nie dała się wyrwać ze swojego świata i podłączyć do ogółu, którego wartości z pewnością nie były jej wartościami, podobnie jak testowanie i zmienianie kolejnych chłopaków. Najszczęśliwsza była, kiedy spotykała osobę, która dary i przeżycia miała podobne...Jednak sens polegał na edukowaniu tych, którzy nie umieli, nie wiedzieli, nie doświadczali, a nie na potwierdzaniu przeżyć u osób sobie podobnych, o których tak przecież zresztą raczej trudno. Ona miała przemówić do tych, którym to wszystko nie było dane...Była także posiadaczką skarbów pod postacią bardzo mocnych modlitw czyniących cuda, oraz bezpośredniego doświadczania obecności Jezusa, Maryi, zmarłych i nie tylko. Jej darów duchowych nie da się zliczyć, a jej historia jest historią nie do wiary dla ludzi żyjących na sposób bardziej przyziemny, choć niekoniecznie przecież bezwartościowy. Ci zwyczajnie żyjący, to często też dobrzy lub źli, zapracowani ludzie prostej wiary, lub ateiści, niektórzy wykształceni wyżej lub niżej w różnych ziemskich dziedzinach, niektórzy bez wykształcenia, różnie. Ostatecznie tych żyjących zwyczajnie jest więcej, niestety więcej...Wspominała teraz z uśmiechem, jak Bóg biegał razem z nią po schodach pewnej instytucji i pomagał jej załatwić sprawę po ludzku trudną. Puszczał jej jak zawsze malutką tęczę, nieważne że sztucznie powstałą w pomieszczeniu, ale jednak to była tęcza i ona zaprowadziła ją do tych właściwych drzwi, gdzie czekał właściwy człowiek i miał rozwiązanie jej sprawy. Teraz już nie miała mocy, odebrano jej wszystko. Nawet nie chciała już próbować walczyć, chciała tylko wygarnąć Bogu wszystko i przeprosić swoje dziecko, nim odejdzie. Ale i na to niewiele już miała sił. Na murze, przy którym przejeżdżała rano widniał od lat wymalowany zieloną farbą napis: NADCHODZI KONIEC. Mijała nie jeden raz ten napis, jednak dziś napis był dedykowany jej osobiście...Jednak przy napisie widniała namalowana drabina, na jej szczycie czerwone serce, na sercu postać mężczyzny wyciągającej rękę, dalej coś jakby litera „K”, a wszystko to wymalowane obok metalowej skrzynki z jakimś może transformatorem, lub czymś w tym typie...Dziwne znaki, pomyślała Tessi, a znaki czytała zawsze bezbłędnie… Dla innych to były bazgroły na murze, dla niej znak.


Kochanie...Nie wiem, czy jesteś chłopcem, czy dziewczynką, ale w każdym razie jesteś. Tak powiedział mój test i moje dolegliwości. U lekarza nie byłam, bez niego wiem, co się dzieje...Nie zobaczymy się fizycznie, zobaczymy się od razu w Niebie, chyba że trafię w straszne obszary nicości za to, co dziś zrobię sobie samej i tobie i za co bardzo cię przepraszam. Kiedyś i tak się zobaczymy, aby spojrzeć sobie w twarz po tamtej stronie i wszystko wyjaśnić. Chcę, abyś już dziś wiedziało, że kochałabym ciebie, twojego tatę, cieszyłabym się naszą rodziną i domem, naszą zabawą, rozmowami, czasem kłótniami, potem twoimi osiągnięciami w nauce, może w sporcie, a może w czymś absolutnie innym, twoją pierwszą miłością i pierwszą pracą, może twoim prawem jazdy, czy obroną pracy naukowej. Kiedyś pewnie byś założył/a swoją rodzinę, a ja i twój tata bylibyśmy dziadkami. Tak jednak nie będzie. Dziś wrócisz do Boga, oddam Mu ciebie, nie zasługuję na ciebie, bo stchórzyłam tak bardzo, jak bardzo przerosły mnie wszelkie nagłe i skumulowane okoliczności życiowe. Przepraszam cię kochanie raz jeszcze, rozłączam się z tobą tak, jakbym przed chwilą mówiła do ciebie przez komórkę. Mms-a ze swoim zdjęciem ci nie wyślę, nie mam jak, wystarczy, że słyszysz bicie mojego serca, a każde jego uderzenie to moje słowo do ciebie. Bicie mojego serca we wszystkich jego tonach niech ci będzie jak list do ciebie, jak kołysanka, której ci nigdy na Ziemi nie zaśpiewam, bo ta moja słowna przemowa jest głupia, płaska, mała, beznadziejna i niczego prawdziwie nie oddaje. Kocham, przepraszam, żałuję, ale nie dam rady, nie chcę abyś cierpiało razem ze mną. Do zobaczenia w Niebie, kiedyś. Wsiadłeś, wsiadłaś w niewłaściwy wehikuł, kiedy skorzystałeś, skorzystałaś z mojego ziemskiego ciała. Twoja niedobra, tchórzliwa mama, z którą odejdziesz w jednej chwili tam, skąd przyszliśmy na Ziemię, na której tylko łzy i ból i smutek i cierpienie. Aaa...jeszcze coś. Jeśli byłbyś chłopcem, dałabym ci na imię Dawid, a jeśli dziewczynką, to...no jeszcze do końca nie wiem, ale to i tak już bez znaczenia. Jakoś tak intuicyjnie myślałam o tobie jako o chłopcu, nie wiem dlaczego..


Boże Ojcze, Duchu św., Jezu, Maryjo, Wszyscy Święci i Błogosławieni, Aniołowie i Archaniołowie, Aniele Stróżu mój...Nigdy bym nie sądziła, że przyjdzie mi wygłosić takie przemówienie najpierw do swojego dziecka, a teraz do Was wszystkich. Będę jak żałosny kapłan na ambonie, który zdradził swój święty stan, a śmie jeszcze głosić przemowy do wiernych...Nie mam innego wyjścia, więc przyjmijcie tą moją przemowę, jak testament, lub jakąś odmianę ostatniej woli.

Szliście ze mną całe życie, przeżywaliśmy razem tysiące wydarzeń, które Wy przemienialiście. Było czasem tak, że spełnialiście moją gorącą prośbę, a czasem tak, że pozornie odmawialiście mi, ale po chwili już wiedziałam, że odpowiedzieliście, tylko w inny sposób, zawsze najlepszy dla mnie. Cudów i kontaktów z Wami w moim życiu nie zliczę, jednak nadszedł ten dzień, w którym STAŁO SIĘ i nie ma dla mnie ratunku ani po ludzku, ani po bosku. Ja nawet nie poproszę tym razem o pomoc Was, gdyż to co się stało przekreśla i uniemożliwia wszystko. Nie ma już przyszłości, nie ma wyjścia, nie ma nikogo i niczego. Wszystko, co się stało jest nieodwracalne i Wy to wiecie. Nie będę bezdomną włóczęgą z noworodkiem na ręku, chociaż Ty Maryjo poniekąd byłaś kimś takim. Ty miałaś jednak Józefa i nie byłaś zmuszona przerwać studiów, to była inna epoka. Ty na dodatek znałaś swoją i swojego Bożego Dziecka przyszłość, więc tylko realizowałaś plan, nawet jeśli było Ci ciężko, to wiedziałaś, że uczestniczysz w wielkim planie zbawienia ludzkości i dla tego planu powstawałaś, zawsze powstawałaś i zawsze był przy tobie Józef. Ja w takim planie nie uczestniczę i moje dziecko nie byłoby Mesjaszem, przecież wiecie to lepiej ode mnie. Nawet nie miałoby ojca, przynajmniej tego ziemskiego. Nie było wtedy przecież takiej cywilizacji jak dziś i cała konstrukcja ludzkiego życia, losu, oparta była na prostych fundamentach, dziś to era kosmiczna w porównaniu z tamtą i Wy o tym wiecie. Nie wiem, co jeszcze mam Wam powiedzieć, żenująca i głupia ta moja do Was przemowa, ale nie chce mi się już nawet wysilić na coś na wyższym poziomie. Jestem bardzo zmęczona, chciałabym zasnąć i nie obudzić się nigdy więcej na Ziemi, ale chwilowo prześpię się tak zwyczajnie, zanim zasnę snem wiecznym… Tak mi żal, że już więcej nie odpowiesz mi tęczą...Przystawiłeś na niebie niczym pieczęć białą księżycową tęczę, pieczęć która wszystko zakończyła… Mój duchowy płaszcz, który składał się z siedmiu warstw, a każda była kolorem, cudownym kolorem tęczy, prawdziwej tęczy, bo przecież tak jest zbudowane ciało duchowe człowieka, ten płaszcz jest teraz jak biały jednolity przeciwdeszczowy foliowy płaszcz! Jak ...BIAŁA TĘCZA! Moje prywatne, OSOBISTE, MAŁE-WIELKIE FOGBOW! BOSKIEJ GAMY, CO WE MNIE GRAŁA I ŚPIEWAŁA TEŻ JUŻ NIE SŁYSZĘ, MARSZ ŻAŁOBNY GRA WE MNIE JEDYNIE I JĄ ZAGŁUSZA, ZAŚ SERCE BIJE JAK DZWON POGRZEBOWY! A ŚWIĘTA BOSKA GEOMETRIA WE MNIE JUŻ NIE TWORZY KSZTAŁTÓW! DŁOŃ PRZEZNACZENIA WYTRĄCIŁA JEJ CYRKIEL I LINIJKĘ… TERAZ TYLKO CIEŃ MALUJE NIEWPRAWNIE WE MNIE WZORY ZANIKAJĄCEGO POWOLI ŻYCIA…

Tessi ułożyła się na posłaniu z ciepłego koca na dużej ławce i zwinięta w kłębek powoli odpływała w głęboki stan subtelnej rzeczywistości, jednak nie zażyła póki co ani jednej tabletki…


Status Quo, czyli liczba Pi, tęcza i Boska Chemia

Tessi stała teraz we śnie na werandzie starego domu na wsi, tego rodzinnego, gdzie kiedyś mieszkała z rodzicami i siostrą Basią, aż…

Na niebie rozpoczął się proces tzw. „aktywnego nieba”, znany jej z wielu doświadczeń na falach snu i alfa, czyli zawieszenia na granicy, ale z pełną świadomością tego, co się dzieje. Obecnie na aktywnym niebie pojawiły się księżyce w większej liczbie, niektóre zaćmione, to krwawe tetrady! Nieboskłon dziwnie się poruszał posuwistym ruchem i ukazując kilka płaszczyzn nieba nakładających się na siebie. Księżyce zmieniały miejsca, coś pokazywały swoim układem, ale Tessi nie rozumiała. Wybiegła w tym stanie wraz z ludźmi na puste stare uliczki jakiejś miejscowości. Coś ją wzywało w konkretne miejsce i ona wyszła z domu. Zmierzała na falach snu w miejsce, gdzie coś na nią czekało...To coś okazało się ogromną tęczą na nocnym niebie. Tęcza miała zarysowane lekko z boków białe anielskie skrzydła. To nie wszystko! Obok tęczy tkwiła na niebie w postaci piramidy gigantyczna tablica Mendelejewa! I to jeszcze nie wszystko! Otóż na wschodnim nieboskłonie widniały też w postaci jakby hologramu następujące napisy…

E=MC2, sq (status quo — obecny stan rzeczy?), LOVE, 3,14 czyli Pi.


Tessi usiłuje teraz w stanie snu robić aparatem zdjęcia, który czuje w dłoniach zupełnie jak w stanie tzw. jawy, czy realu, ale z aparatu unosi się dym, para i dziwny syk, daje się wyczuć „podłączenie” aparatu do głębi kosmosu, zaś ludzie znajdujący się razem z nią, są ze wszystkich możliwych wymiarów i czasów! Dziwny stan trwa… Teraz Tessi widzi ustawiony na ulicy stoliczek, na nim leży księga życia i pióro wieczne, trzeba się podpisać! Tessi widzi siebie w wieku lat około dziewięćdziesięciu, pod rękę ze swoim… mężem?! Tuż przy nich kończą się tory kolejowe, jakby czyjaś droga życiowa dobiegała końca...czyjaś SPEŁNIONA droga życia! Tessi z mężem w podeszłym wieku składa we śnie podpis w księdze życia i zlana potem otwiera oczy!

Zapada w kolejny trans…

Jest teraz na dzikich obszarach naszej planety. Odnajduje duży kamień, odgarnia plątaninę roślin i dotyka go. Kamień jest gorący, gorąco idzie z głębin Ziemi, bo Ziemia żyje, ma osobowość i ducha, wyczuwalny jest jakby puls, czy bicie serca, Ziemia kontaktuje się z nami! Współczuje, cierpi, współprzeżywa! Cały Wszechświat porozumiewa się z człowiekiem, rośliny, zwierzęta, niebo, gwiazdy, słońce, księżyc, tęcza, planety! To Alfabet Pana Boga?! ON jest Artystą!


Tylko co z tego wszystkiego, skoro budowla życia Tessi z dnia na dzień popadała w ruinę, kurczyła się, traciła kolejne salony, komnaty, wyposażenie, gasło światło, wszystko pokrywał kurz, zimno wdzierało się przez wybite okna… aż budowla ta stała się lodowatą, ciemną i wilgotną celą, piwnicą, w której mieściło się już tylko jej przerażone skulone ciało. Przerażone oczy biegały wzrokiem niczym gasnącym światłem latarki po strasznych smutnych ścianach...nie miała z czego opłacić za prąd i gaz w swoim życiu, nie ten dosłowny prąd i gaz, mieszkała w akademiku, ale ten jej wewnętrzny! Eliksirem podróży zmieniającej życie, napędem, „gazem”, „prądem” staje się przecież motywacja!

Tessi popiła łyka gorącej herbaty i zapadła w kolejny głęboki sen…

Znajdowała się teraz w swojej ukochanej Bazylice Licheńskiej z Cudownym Obrazem, który tyle cudów zdziałał dotąd w jej życiu, ale teraz… teraz cud się nie wydarzy, bo nie ma do niego podstaw, nawet tych najmniejszych, no bo we wskrzeszenie bliskich uwierzyć nie potrafiła! Czy jednak sens cudu nie polega przypadkiem na tym, że on się pojawia, chociaż podstawy nie istnieją? Pewnie tak, ale ona już w cud TYM RAZEM nie wierzyła, bo nie da rady żyć bez tych jedynych bliskich, nawet jeśli okoliczności jej życia nagle cudem polepszyłyby się w sensie materialnym, nie o to chodziło, tylko o ich nieobecność, o nieobecność tych, których kochała i nikogo poza nimi nie miała. Siedziała we śnie oparta o wewnętrzną ścianę bazyliki, na której znajduje się Obraz, siedziała tuż pod tym Obrazem. Nagle z Obrazu wydostała się złota tarcza i unosiła się po Bazylice, jakby kogoś szukając. Tessi świetnie znała takie przekazy we śnie. Tarcza namierzała ludzi i nagle...szybkim ruchem przybyła w powietrzu tuż przed jej twarz! Tam zmieniła kształt z okręgu na prostokąt, w tym samym czasie z hukiem na podłogę runął skądś złoty Krzyż Jezusa Chrystusa, oraz złoty bicz, którym był biczowany, a także złota cierniowa korona i złoty miecz, którym przebito święty bok Jezusa i złote gwoździe, którymi Go przybito do Krzyża i złote narzędzia tortur! Złote „lustro” odbiło twarz Tessi i znów przybrało postać okręgu, po czym z magnetycznym przyciąganiem uderzyło w Cudowny Obraz i wtopiło się w okolice Serca Maryi! Tessi odczuła wielkie szczęście i dziwną ulgę, jednak powoli zaczynała wchodzić na lekkie fale alfa, w stan półsnu, półjawy i…w wielkim oku, jakie pojawiło się przed jej oczami i które świetnie znała ze swoich wieloletnich stanów ducha zapaliło się najpierw światło, a potem Tessi patrzyła jakby od góry na...stopy, bose, męskie, stojące na posadzce jakby jakiejś świątyni, drgnienie serca...czyżby?! O Boże, czyżby ON?! Dalej idąc wzrokiem w górę postaci pojawia się lekko falująca długa, biała szata...jeszcze wyżej i widać wzór na szacie, oraz opuszczone wzdłuż tułowia delikatne dłonie… Wzór na szacie przedstawiał cztery kielichy w kolorze złotym na wysokości klatki piersiowej i...Serce Tessi coraz silniej bije… Poniżej był delikatny złoty wzorek siatkowy, gdzie na skrzyżowanych liniach siateczki tkwiły małe złote gwiazdki.. Tessi odchodzi od zmysłów ze szczęścia i strachu, że widok zginie, nim ujrzy twarz. A jednak!!! Jest!!! PRZENAJŚWIĘTSZA ŻYWA, PRAWDZIWA TWARZ ZBAWICIELA LUDZKOŚCI!!! JEGO OCZY, USTA, WSZYSTKO!!! To jednak była twarz dokładnie ta sama, jaką poznaliśmy na filmie „Niebo istnieje naprawdę” i tym Tessi była zaskoczona, chociaż o filmie tym dawno zapomniała!

Teraz powrót do głębszego stanu, zaśnięcie i…

Pojawia się starzec-mędrzec z tamtej strony życia, wrażenie robi takie, jakby żył w bardzo odległych wiekach. Ma ciemną brązową starożytną długą szatę, jest zarośnięty, długowłosy. Opowiada o budowie i znaczeniu Hostii, Ciała Chrystusa. Pokazuje przy tym pożółkłą Hostię sprzed wieków i obok niej świeżą, dopiero co przeistoczoną. Nazywa dwie Hostie „starą i nową kością pamięci”! Trąci to elektroniką! „Kość” to przecież pamięć w sensie informatycznym! Pamięć to pamięć, a więc chodzi o pamięć genetyczną w sensie duchowym…? Starzec pokazuje potem na małą dziewczynkę pierwszokomunijną, która odcina najmłodsze, górne odrośla na gałązkach winorośli na polecenie jakiejś złej siły. Potem ta zła siła zrywa brutalnie podmuchem jakby groźnego wiatru wianki z głów dziewczynek i krzyczy dość! Koniec tego! Dziewczynki płaczą. Odbierają w walce swoje wianki i zatrzymują w dłoniach… Ten przekaz wyraźnie odebrała Tessi jako ostrzeżenie przed odcięciem się przez kolejne młode pokolenia od „Winnego Krzewu” jakim jest Jezus Chrystus… Ona nie odetnie się z pewnością i powie o tym, ostrzeże innych, jeśli… będzie żyła.

Po chwili kolejne zapadnięcie w sen i Tessi znajduje się na placu kościelnym, przy ołtarzu polowym, pod którym przyjęła kiedyś swoją Pierwszą Komunię Świętą. To jest niby jakaś rocznica, wszyscy są teraz dorośli. Tessi dostaje polecenie od śp. księdza od jej Pierwszej Komunii, aby opowiedziała o swoim życiu ludziom, bo to podobno jej obowiązek względem siebie samej i ludzi! Ona opowiada, rozkręca się coraz bardziej, ma całe grono słuchających, wciąż ich przybywa, aż nagle pojawiają się z tamtej i z tej strony życia inni księża różnych wyznań nawet i wszyscy jednocześnie podają jej Ciało i Krew Chrystusa pod takimi postaciami, w jakich są te Postaci podawane w tych właśnie wyznaniach!


Szczęście, radość szaleńcza, uczucie najwyższego zaszczytu, zapowiedzianej misji życiowej i...subtelne fale mózgowe alfa spadają do brutalnych fal beta i gamma, czyli totalna jawa, a więc fizyczność, gęsta materia, brud i ból i strach i cierpienie. Jak to?! Przecież nie ma dla mnie ratunku, a tu takie coś?! Taki kontakt przed chwilą?! Przecież Basia i Darek nie będą wskrzeszeni TERAZ, w tym ziemskim sensie, to niemożliwe, a więc ja nie będę żyć! O co więc chodzi?!


Wskazówka na jej zegarze zgodnie z wcześniejszą wizją zatrzepotała na koniec wizji z Jezusem Chrystusem płomykiem świeczki tkwiącej na jej końcu i...nie zgasła! Poszła dalej!


Do północy zostało jeszcze trochę, Tessi nie piła jednak swojego szampana, tylko herbatę, pozostawała w pełnej świadomości, tabletki spoczywały w pełnym komplecie, nietknięte, coś nią kierowało, czuła, że musi być świadoma. Północ przywitała tylko jedną lampką zwietrzałego już pewnie szampana, zaledwie paroma łyczkami i spokojna, jakoś dziwnie spokojna czekała na rozwój wydarzeń, jednak aby zaistniały wydarzenia, muszą istnieć ich uczestnicy. Tymczasem ona była sama jak palec, oczywiście miała Jezusa i Maryję, miała swój cud, którego póki co nie pojmowała, no bo ziemskiego wskrzeszenia bliskich TERAZ nie będzie, to już wiemy. To właśnie wtedy dzika panika dopadła ją na dobre, a już wszystko wskazywało na to, że wyjdzie z tragedii samodzielnie, że dostała cudowną pomoc z Nieba...To właśnie wtedy jej ciało i psychika zostały poddane torturom...Skulona i zziębnięta, ze wzrokiem oszalałym i dłońmi zaciśniętymi w pięści powitała znienawidzony świt pierwszego stycznia. Nie dość, że cud wskrzeszenia się nie stał, no przecież nie liczyła na niego, nie na taki cud, najwyżej na jakiś inny, ale ona żadnego innego nie chciała, tylko tego, żeby jej Basieńka i Darek żyli, albo chociaż w najgorszym razie jedno z nich, ale to było niemożliwe! I jeszcze ona stchórzyła i nie spełniła swego planu, wciąż żyła… Wciąż niestety żyła! To wtedy ścigała oszalałym wzrokiem malutką sztuczną poniekąd tęczę na pojaśniałej świtem ścianie piwnicy… Wyciągnęła dłoń i dotknęła pulsującego znaku, wtedy tęcza przestała być widoczna i Tessi wystraszyła się jej nagłym brakiem. Po chwili zrozumiała, że tęcza wciąż jest, tylko stała się niewidoczna, bo ona ją „złapała” i jakby zamknęła w dłoni! Wstała na sztywnych obolałych nogach i zabrała się za zwiedzanie sąsiednich „celi”.

Tessi zwiedziła kilka pomieszczeń schronu-hangaru… W jednym z nich napotkała coś niebywałego! Deskę-gablotę sporych rozmiarów, z ”przegródkami”, deskę która była przed dwoma wiekami… TABLICĄ MENDELEJEWA! Zachował się jeden jedyny opis pierwiastka i był to Holm. Cały eksponat stanowiący tablicę był jednak martwy, wygasły, bez zawartości „chemii”. Podobnie jak jej wygasła „chemia” z Bogiem...To dopiero idealny obraz stanu, w jakim znajdowała się jej dusza. Tylko ten jeden jedyny zachowany, ocalały pierwiastek jakby dawał znak, że istnieje szansa na odbudowę, przywrócenie czegoś, że nie wszystko stracone…


Tablica Mendelejewa jest przestawiana także w niebywały sposób, który zadziwiająco łączył się z jej dziwnym, powtarzającym się snem, w którym tęcza zwijała się w spiralę, okrąg i miała na sobie jakieś znaki, litery, cyfry. Tessi widywała ją także w postaci piramidy…


Galaktyka chemiczna — eliptyczna spirala, której autorem jest Philip J. Steward, będąca najnowszą wersją postaci spiralnej układu okresowego, znanej chemikom żyjącym jeszcze przed Mendelejewem, zainspirowana grafiką namalowaną przez artystę Edgara Longmana w 1951 roku; według autora tego konceptu „łączy pierwiastki chemiczne z drogami gwiezdnymi w celach zilustrowania powiązań chemii z budową Wszechświata, pobudzenia wyobraźni i wskrzeszenia podziwu dla naturalnego porządku, który jest obecny w otaczającym człowieka Wszechświecie”[12];


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 41.1
drukowana A5
Kolorowa
za 70.01