E-book
13.65
drukowana A5
28.67
Sajmarskie bajania

Bezpłatny fragment - Sajmarskie bajania


4.9
Objętość:
152 str.
ISBN:
978-83-8245-830-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.67

Na początku było… cicho

Poranek był mroźny, czysty jak sumienie lisa w klatce. Wiatr szalał po bezchmurnym niebie wysoko ponad koronami drzew, od czasu do czasu pogwizdując popularną w tych stronach melodię. Poniżej poziomu szyszek, pogrążony w letargu świt nic o tym jednak nie wiedział. Opustoszały zimą trakt stał się ledwo widoczny pod świeżo spadłym śniegiem. Wąska przecinka wijąca się pomiędzy szpalerem jodeł zlewała się na horyzoncie z morzem białych drzew. Wszechobecny spokój był złowieszczy, przytłaczał. Ukryta pod długim, czarnym płaszczem postać nadawała ton okalającej ją ciszy. Narzucony na pochylone czoło kaptur szczelnie zakrywał każdą emocję. Stojący o kilka metrów dalej Sajmonella wpatrywał się w nieruchomą zjawę z narastającym napięciem. Spod kruczoczarnej kapuzy nie wydobywał się żaden szmer, nie parował oddech.

Fajtera nie dziwił fakt, że płaszcz unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Wiedział, kim była tajemnicza postać, wiedział, skąd przybyła, jak zwykle nie miał tylko pojęcia po co. Poczuł znajomy ucisk świadomości w myślach. Magiczna czy nie, telepatia zawsze nieprzyjemnie osaczała.

— Com rzekł, rzekłem — wyszeptał przemarzniętymi ustami. Ucisk wzmógł się, lecz po chwili zelżał, by w końcu zniknąć zupełnie. Jedno mrugnięcie powiekami później odzianej w czerń postaci już nie było. Rozpłynęła się w porannych odmętach absurdu tak szybko, jak się pojawiła. Młody jeszcze fajter chuchnął w skostniałe dłonie i ruszył powoli w dalszą drogę.

Rozdział pierwszy — Zaczątek

Było ciepłe lato, bo rzadko padało… — Maćko Lowkick zanucił pod nosem starą fajterską balladę. Ściągnął delikatnie lejce. Rudą klacz Imobilajsę traktował prawie jak członka rodziny. Poza nią nie miał zresztą nikogo, kogo mógłby kochać. Najpierw wyszumiana młodość, potem kariera w Gildii, nic szczególnie oryginalnego. A lata mijały coraz szybciej. Nim się obejrzał, dotarł do pierwszych siwych zmarszczek. Dużo wina się piło, bo mocno staniało. Tak zaczęła się, ta fajterska przygoda. On był już niemłody, lecz ona była skora. Zakoch… — stary fajter urwał gwałtownie, gdy zza zakrętu wychynęła żwawo młoda kobieta trzymająca za rękę małą dziewczynkę, niemal wlekąc ją za sobą. Na widok obcego mężczyzny, przyspieszyła nerwowo kroku, gdy jednak podmuch wiatru uchylił płaszcz fajtera na wysokość wypchanej sakiewki, przystanęła. Przybierając błagalny wyraz twarzy, pospiesznie poszarpała tu i ówdzie wysłużoną chustę okrywającą ramiona. Przyciągnęła do siebie dziecko, wyciągając jednocześnie rękę w stronę mijającego ją Maćka.

— Panie — wymamrotała zmęczonym głosem. — Dej pan na chorom córkem, nie żałuj pan dziecku…

Lowkick nawet się nie obejrzał. Miał już dość tej nowej, namolnej mody żebrackiej. Młode matki z dziećmi, ciągnące od klasztoru do dworu i z powrotem, bo książę obiecał im ziarno za darmo, opat mąkę, a robić nie było komu. Za jego czasów ludzie mieli po pięcioro dzieci i jakoś dawali radę. Maćko cmoknięciem zachęcił klacz do kłusu. Zanim zniknął za zakrętem, zdążył jeszcze usłyszeć pomstowanie kobiety:

— Patrzcie go, bogocz się znalazł, a dziecku żałuje! Nie mosz woli, to nie dej, a co, na biednom nie trafiło!

Po kilku milach dotarł do podnóża Krasnego Wierchu. Za nim leżało Helmsby, cel obecnej podróży. Zsiadł powoli z konia i ruszył pieszo na szczyt. Imobilajsa kroczyła przez chwilę za nim, zatrzymując się tu i ówdzie na kilka skubnięć trawy dla zdrowotności. Po dotarciu na szczyt Maćko zboczył z traktu w las. Lawirując ostrożnie między świerkami, dotarł na jego skraj. U stóp wzniesienia rozpościerała się dolina Beczycanki. W oddali dostrzegł senne Helmsby, przytulone jednym bokiem do rzeki. Zlustrował uważnie zabudowania i najbliższą okolicę ze zmarszczonym czołem. Ani śladu bandy, na której ślad wpadł wczoraj, a przecież musieli tędy przejeżdżać. Czyżby zawrócili? Ale dlaczego? I którędy? Westchnął ciężko, poirytowany. Nie cierpiał zagadek.

Przez kilka chwil obserwował jeszcze wioskę, po czym wycofał się z powrotem na trakt, starając się wracać po własnych śladach. Klacz podgryzała resztki trawy tam, gdzie ją zostawił. Uśmiechnął się pod nosem. Stara, dobra Imobilajsa. Jeszcze nikomu nie dała się porwać. Wskoczył na siodło, cmoknął głośno i pocwałował ku przeznaczeniu.


Nigdy wcześniej nie był w Helmsby. Gdyby pościg poprowadził go w inne strony, pewnie umarłby, nie wiedząc nawet, że taka wioska w ogóle istnieje. Kilkanaście rozrzuconych chat leżało daleko od najbardziej uczęszczanych szlaków, o całe mile od strategicznych traktów. Wieś jakich wiele w tej części księstwa, istniejąca, bo istnieć jakoś trzeba. Nie dziwiło go wcale, że bandzior, którego ścigał, zapuścił się właśnie w te rejony. Doskonałe miejsce na kryjówkę po rabunkowym wypadzie. Lowkick wciąż nie dowierzał, że Mospan ze swoją bandą mogli jednak zawrócić lub choćby minąć wioskę. Zostawił konia po bezpieczniejszej stronie rzeki i przekroczył powoli drewnianą kładkę na Beczycance. W napięciu stawiał kolejne kroki, z dłonią zaciśniętą na rękojeści miecza. Spodziewał się ataku spomiędzy chat w każdej chwili. Jeśli wypadną na mnie, to teraz, pomyślał, mijając pierwsze domostwo. Nie pomylił się.

Wypadli na niego z prawej, w zwartej grupie. Na czele pędziła mała dziewczynka, na oko może sześcioletnia. Krzycząc z radości, jaką daje tylko niespodzianka, pierwsza dobiegła do fajtera, sprawnie omijając przy tym sporą kałużę. Wyuczona nieufność nakazała jej zatrzymać się o kilka kroków od mężczyzny. Odjęła dłoń od rozdziawionej buzi dopiero, gdy dopędziła ją rówieśniczka. Rozemocjonowanym szeptem komentowały sobie na ucho wygląd przybysza, zaśmiewając się przy tym filuternie. Dwie sekundy później, z patykami w dłoniach dobiegli do nich chłopcy. Wokół najwyższego z nich skotłowali się pozostali, okrzykami podziwu i zazdrości rozprawiając nad mieczem Lowkicka. Zanim fajter ochłonął z zaskoczenia, z najbliższej chaty wypadła młoda kobieta. Porwała szybko dziewczynki i uciekła pomiędzy budynki. Trzej mężczyźni nadbiegli od strony pobliskiej stodoły, trzymając w kurczowo zaciśniętych dłoniach widły. Na ten widok chłopcy urwali wpół okrzyku i jak na komendę rozbiegli się pomiędzy chaty. Zapadła względna cisza, przerywana jedynie tupotem i chlupotem kolejnych stóp. Nim Maćko zdążył mrugnąć po raz trzeci, była już przy nim cała męska część wsi. Powoli schował miecz do pochwy.

— Dzień dobry, tylko spokojnie — zaczął, unosząc ręce w obronnym geście. — Jestem z Gildii F…

— Poborca! — huknął ktoś z tłumu. Kilku mężczyzn pospiesznie schyliło się po kamienie. Krąg otaczający fajtera zacieśnił się.

— Nie, nie, zaraz, panowie! Fajterów, z Gildii Fajterów! — Lowkick zaczął układać w głowie plan wydarzeń na wypadek, gdyby któremuś z wieśniaków kamień wymsknął się jednak z ręki. Mężczyźni spojrzeli po sobie niepewnie. Kilku ścisnęło mocniej widły, tak na wszelki wypadek.

— Ja wiem! Ja! Ja! — Przez tłum przecisnął się nagle wychudzony chłopak, właściwie już mężczyzna. — Gildia Fajterów, mistrzowie kikfajtingu! Olaboga, panie! Toście Wy? Naprawdę?

— T-t… tak, jam ci to. — Maćko ścisnął podaną mu dłoń. Nie miał pojęcia, co ten chłopak o cielęcym spojrzeniu miał na myśli. Grzechem byłoby jednak nie improwizować w tak napiętej sytuacji.

— Zapraszam, no zapraszam, no! Opowiecie, wszystko opowiecie, no! — Wieśniak złapał Lowkicka za rękaw i począł ciągnąć w głąb wioski. — Sajmonella, Sajmonella jestem panie!

— S-Sajmonella, tak… tak, dobrze… ale… ale koń… — Fajter obejrzał się jeszcze w kierunku rzeki. Wspominając później ten dzień, sam był zaskoczony, jak to niespodziewane pojawienie się podekscytowanego zasmarkańca go zdekoncentrowało. Dwóch najbliżej stojących mężczyzn gestem uspokoiło Lowkicka i ruszyło ku kładce. Młodzieniec nawet tego nie zauważył. Zasypując przybysza gradem słów i pytań, powlókł go prosto przed sołtysa.

ˑˑˑˑˑ

Sołtys powłóczył lewą nogą prawie niezauważalnie, dużym palcem ledwo muskał klepisko. Utykał. Jednak utykał. Klepisko, szlag by to. W tej przeklętej wiosce nie było nawet porządnej podłogi w sali defiladowej sołectwa. Tak ją sobie nazywał. Tym dla niego była. Sala defiladowa. Codziennie pokonywał dystans od drzwi do wiklinowego siedziska przy południowej ścianie niedużej sali z dumnie podniesioną głową. Niósł ze sobą przecież nie tylko powagę stanowiska, ale i rodzinną tradycję doświadczonych administratorów ludzkiego bytowania. Sołecki tron ze zdrewniałych chabazi uginał się wcześniej pod jego ojcem, a przed nim dziadkiem i pradziadkiem. Kto wie, może nawet i pradziadowi antenaci grzmieli z tego miejsca dekretami, może wysoko uniesiony ton organizował życie wsi od niepamiętnych czasów, od momentu położenia pierwszego kamienia pod pierwszą chatę. Uśmiechnął się pod nosem. Zaiste, obecność jego rodziny to łaska dla tej zapomnianej krainy. Był o tym mocno przekonany.

Czasami zastanawiał się, jak miejscowi mogli w ogóle przetrwać od pierwszego do pierwszego przed przybyciem w te strony jego rodziny. Najpewniej wodzem zostawała zwykle jakaś niepiśmienna łajza lub nie było go wcale. Nic dziwnego, że Helmsby to nadal ledwo kropka na mapie księstwa. A mogło być tak pięknie.

Przesunął wzrokiem po twarzach mijanych wieśniaków, oczekujących go z niecierpliwością w sali defiladowej. Same zapite mordy, źle ogolone, w szarych, wymiętolonych łachach. Zaiste, jego ród to dar z nieba dla lokalnej społeczności. Obiecał sobie w duchu westchnąć wieczorem do kogo tam się wzdycha z wdzięcznością, podziękować za swoje istnienie, za intelekt. Za bycie szansą dla Helmsby. Helmsby, psia ich mać, powinni zostać przy poprzedniej nazwie. Najbardziej zapadła wioska w tej części gór. O niewdzięczny losie, za jakie przewiny, przemknęło mu przez myśl. Szybko się jednak zreflektował — to na pewno misja, na pewno. Los zsyła mi zadanie godne tylko największych reformatorów. Jaki inny sens miałoby przyjście na świat akurat tu?

Tymczasem jednak utykał. Starał się mimo wszystko trzymać prosto, kroczyć powoli i z godnością przed sznurem onieśmielonych powagą stanowiska petentów. Chyba nic nie zauważyli, dobrze się zaprezentował. Jak co dzień. Opadł na sołecki tron nieco ciężej niż zwykle. Trzeba będzie odstawić na jakiś czas soczewicę. Kilka kilogramów więcej dobrze robiło na wizerunek, przydawało klasy, statusu. Należało jednak zachować umiar. Umiar w służbowej pulchności to podstawa.

Rzucił zmęczone, wystudiowane spojrzenie na oczekujących go Helmsbian. Znowu te same gęby, żadnego nieznajomego. Nikt się tutaj nie zapuszczał, nawet przypadkiem. Przeorane pracą w polu chlebaki zamiast dłoni miętosiły zdjęte z szacunku czapki. Westchnął lekko, z nutką niechęci. Niech wiedzą, jaką łaskę wyświadcza ich przyziemnym sprawom, ile cierpliwości kosztuje go poświęcanie im swojego cennego czasu. A mógł przecież pić teraz kawę w izbie, taką prosto z pieca. Sonka na pewno już zaparzyła. Skinął głową na pierwszego z petentów.

— Czego Wam to kumie Udrzyk, rozumiecie, trza? — zagaił w lokalnej melodii. Urząd urzędem, w Helmsby musiał zniżać się do poziomu wiejskiego grajka, aby być rozumianym przez tych tępych łotrów. Helmsby, psia ich maćżeby tak dotarło kiedyś do uszu hrabiego, przez jakie ja tu piekło muszę przechodzić. Może by tak, za te wszystkie lata, za ten ból istnienia — na wójta?

— No… to tego… — zająknął się niewysoki mężczyzna, mnąc w dłoniach starą czapkę. — Abo no… te rzepe, co to sołtys kazoł sadzić bokiem, co niby lepiej rośnie…

— Bo lepiej rośnie, psia mać! — Pulchna dłoń wbiła się w oparcie wiklinowego tronu. Nie znosił, kiedy kwestionowano autorytet jego intelektu. Wziął głęboki oddech. Godność i umiar, pamiętaj, godność i umiar. — No dobrze, co tam z tą rzepą…

— Ady z rzepom to nic, po prawdzie. Ino żeśmy od tej rzepy zbiegli ku wiosce, bo dziatwa się naraz rozdarła. No iśmy chopa znaleźli. Nietutejszy łon, znaczy się, bo jakby on tutejszy, to ja bym sołtysa nawet nie… — Mężczyzna rzucił spode łba przestraszone spojrzenie na miejscowego władykę. — No to tego… taki kaprawy. To go Sajmonella ku Antkowy chaty wlók, coby nie zmókł, bo po prawdzie to padać poczęło chwila temu, ale łon się wypi… spod, naczy się, na kamieniu się zatchnął, bo go Sajmonella wlók niemiłosiernie, no i tego… i jemu się zemdlało, bo na głowe spod, tośmy go już w tyj Antkowy chacie łostawili… no i tego… no i on coś o gildii jakiś wcześni mamroto, tośmy pomyśleli, poborca. Ale nie, już go tam młody po drodzy wypytoł, ale wie sołtys, jaki łon do tych sprow… no tośmy pomyśleli, może ten chop to handlowy, kupiec, naczy się. To jak łon znaczniejszy, to może by go tu…

— Bardzo dobrze, kumie, uczyniliście, bardzo dobrze! — wykrzyknął uradowany sołtys.

Twarz wieśniaka rozjaśnił uśmiech. Obejrzał się na pozostałych petentów, czy aby na pewno słyszeli. Takie uznanie z samego rana. Z ust własnego sołtysa. Musi zapytać starej, czy aby czego nie obchodzą dzisiaj. Może to jakie święto?

Tymczasem wiejski władyka starał się opanować narastające podniecenie. Obcy we wsi! I to jeszcze w sytuacji wymagającej jego interwencji. Nareszcie coś się, kurwa, dzieje! Żeby to tylko dobrze rozegrać, wieść pójdzie w świat na pewno. Wójtowanie w nagrodę jak uffa w pacierzu. Oparł obie dłonie o oparcie fotela, ledwo ukrywając ich drżenie. Jeśli to faktycznie kupiec, to aż klepnę Sonkę w tyłek z tej radości.

— Prowadźcie, jeśli on znaczny, to istotnie urzędowa sprawa. Bez zwłoki się nią zajmę.

Uśmiech zniknął nagle z twarzy Udrzyka jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wyraźnie skonsternowany, spuścił wzrok.

— Ale… ale jakże to tak, bez zwłoki… on żyw przecie jeszcze, dycha… — wymamrotał niepewnym tonem.

Sołtys przymknął powieki, wciągając powoli powietrze. Helmsby, psia ich mać…

— Prowadźcie, kumie. Po prostu prowadźcie.

ˑˑˑˑˑ

Capiło capem. Paskudną, ostrą woń z zamkniętymi oczami rozpoznałby nawet początkujący alchemik. Maćko swoich też przezornie nie otwierał. Nie był sam. A do tego capiło capem. Poczuł na ramieniu kilka delikatnych muśnięć, czyjś palec szturchał go też w wewnętrzną stronę dłoni. Wypuścił delikatnie powietrze przez nos, bojąc się poruszyć ustami. W świeżo oprzytomniałej głowie poczuł nieprzyjemne pulsowanie. I ból. Szczęka drgała tępo, coraz nieznośniej. Znów kilka pociągnięć za włosy, jakiś palec zsuwał mu się po skroni w stronę ucha. Gdy dotarł na jego brzeg, Maćko zdecydował, że to najwyższy czas. Opowieści o Bumcynglu, które w dzieciństwie serwował mu dziadek, nie wzięły się znikąd. Otworzył oczy.

Kilkanaście centymetrów nad swoją twarzą zobaczył rozszerzające się źrenice jakiegoś chłopca. I długą strugę śliny, ciągnącą się od złożonych w dzióbek ust, którą ten starał się trafić w lewe oko mężczyzny. Strużka zatrzymała się tuż nad okiem powieką, zadrgała, po czym z głośnym siorbnięciem powróciła do ust właściciela. W mimowolnym odruchu obmierzłości, Maćko zacisnął pięści. Rozległ się głośny, dziewczęcy pisk, a mały palec wcisnął się gwałtownie do ucha Lowkicka. Fajter wyprostował się na łóżku jak wystrzelony z katapulty, zupełnie już przytomny.

W lewej dłoni zaciskał palec jakiejś dziewczynki, która z przerażeniem próbowała go stamtąd wyrwać, nieustannie przy tym piszcząc. Jej siostra, na oko może trzyletnia, ze strachu aż przysiadła na podłodze z buzią wykrzywioną do nadciągającego płaczu. Po chłopcu, który próbował trafić w Maćkowe oko, nie było już śladu. Do ściany tuż obok łóżka przywarł drugi malec, z przestraszonym wyrazem twarzy chowając za sobą palce prawej ręki. Lowkick w przypływie świadomości rozluźnił pięści i przyłożył dłoń do ucha. Chłopiec rzucił okiem na drzwi, niepewny, czy zdąży.

W międzyczasie starsza z dziewczynek poderwała na ręce zapłakaną trzylatkę i wybiegła z pomieszczenia. Na progu zderzyła się jeszcze z fartuchem, który zafalował złowieszczo w pierwszych, porannych tumanach kurzu. Jego właścicielka spojrzała wilkiem na przyklejone do ściany dziecko. Malec natychmiast rzucił się slalomem do wyjścia, nie unikając jednak po drodze smagnięcia naręczem pokrzyw. Kobieta zatrzasnęła drzwi, a trzymane w ręku zielsko rzuciła na zimny jeszcze piec. Oparła się o sfatygowaną framugę, obrzucając Maćka zaintrygowanym spojrzeniem. Zdmuchnęła z nosa rudy kosmyk włosów. Otworzyła usta, lecz natarczywy łomot przerwał jej w pół intencji. Przewróciła jeszcze oczami, nim otworzyła drzwi do izby z wyraźną niechęcią.

Na progu stał niewysoki mężczyzna, ubrany w czystą, wykrochmaloną koszulę. Niecodzienny widok na wsi, w środku tygodnia. Lekko zaciśnięte usta okalała starannie przystrzyżona broda, a czubek głowy wieńczył pieczołowicie upięty z gęstych, czarnych włosów kok. Brodacz rzucił Maćkowi bystre spojrzenie spod zadbanych brwi. Trudno było orzec, czy miał taki wzrok od urodzenia, czy wyczytał go w jakimś poradniku. Lekko utykając, powłóczył w kierunku łoża, na którym spoczywał fajter.

— A witam, witamy, to jest… to znaczy miło nam bardzo tak znamienitego gościa w naszym skromnym Helmsby gościć, bowiem, choć miejscowość to nie najpośledniejsza, jednak uwarunkowania geopolityczne sprawiają, że światowej klasy kupcy mniejsze mają o lokalne trakty staranie, sam pan rozumie, panie…

— Lowkick. — Maćko zamierzał oszczędzać słowa, gdyż ból głowy lekko się wzmógł.

— Lowkick, oczywiście, a jakże. Istotnie, godne to nazwisko człeka pańskiej pozycji. Lowkick, tak. Merthe, a co Ty tak stoisz, dajże panu co do popicia i może jakiego jadła — warknął sołtys w kierunku rudowłosej, która przysłuchiwała się spotkaniu nadal oparta o wysłużoną framugę. Przysiadł na brzegu łóżka. — Śniadania pan jeszcze nie jadł, jak mniemam? No właśnie, widzi pan, zaraza z tymi miejscowymi, bo choć dobrzy to ludzie, to ogłady brak, pewnych, rozumie pan… cech towarzyskich nie wytworzyli, dbam o nich jak umiem, edukuję, ale wie pan jak to jest z tym plebsem, nieraz i najświetniejsze dusze… zresztą, gdzież i moje maniery. Tumilis. Emil Tumilis, sołtys Helmsby, niegdyś zwanego Malizną. Bardzo mi miło.

Maćko uścisnął podaną mu dłoń. Ból głowy narastał z każdym kolejnym słowem.

— Tumilis, Emil Tumilis. Szlacheckie to, wie pan, nazwisko, jednak takie to czasy nam nastały, że i co obszerniejsze umysły zamknięte bywają w okowach geopolitycznych uwarunkowań, w takim, na ten przykład, Helmsby. Cóż jednak począć, misję swą trzeba z godnością przyjmować, nadzieją żyjąc, że starania o cywilizacyjny postęp lokalnych społeczności nie pozostaną niezauważone, a nadejdzie może i taki dzień, że sprawiedliwość życiowa się o mnie, to znaczy o takie persony, upomni. — Tumilis spojrzał znacząco na fajtera.

— Tak… Tumilis, Emil. Zapamiętam, na pewno. — Maćko skrzywił się lekko. W głowie dudniło mu już niemiłosiernie. — Panie… sołtysie. Czy moglibyśmy dalszą rozmowę… odłożyć nieco… głowa, rozumie pan…

— Oczywiście, ależ oczywiście. — Tumilis wyprostował się jak struna. Zamachał gwałtownie rękami na Merthe, która wróciła właśnie z miską kaszy i dzbankiem mleka. — Wszyscy wychodzić! Pan Lowkick musi odpocząć!

Kobieta prychnęła, rzucając przygotowany naprędce posiłek na stół. Nim zniknęła w przedsionku, zdążyła jeszcze rzucić fajterowi obrażone spojrzenie.

— Sołtysie… — sapnął Maćko, gdy mężczyzna stał już na progu. — I dzieci… dzieci proszę nie wpuszczać…

Tumilis ukłonił się lekko, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Do uszu Lowkicka dotarła z sieni przytłumiona reprymenda. Tupot małych stóp ginący gdzieś za oknem upewnił go, że sołtys wziął sobie jego prośbę do serca.

ˑˑˑˑˑ

Obudziła go cisza. Nie pamiętał nawet, kiedy ból głowy ustał, robiąc miejsce sennym marom. Najważniejsze, że ustał na dobre. Maćko przetarł oczy. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi. Westchnął ciężko, gramoląc się z pościeli. Na stole pod oknem stała miska pełna kaszy i kubek mleka. Mimo głodu, Lowkick opróżnił jedynie kubek. Najpierw obowiązki, potem przyjemność.

Wychodząc z izby, potknął się o zwitek szmat. Szarobura masa poruszyła się, a spod kołtunów koloru ziemi zaświecił szeroki uśmiech idioty. Maćko przeklął w duchu.

— Sajmonella. — Fajter pomógł wstać młodzieńcowi. — Co Ty tu robisz? Leżałeś tu cały dzień?

— No… no tak, panie. Coby dziecka nie przeszkadzały, boście zmęczeni byli. — Sajmonella patrzył na mężczyznę z gwałtownie narastającym podekscytowaniem. Obawiając się kolejnego strumienia paplaniny, Maćko przerwał wieśniakowi w pół niemego pytania.

— Zaprowadzisz do sołtysa? Przyjmuje jeszcze o tej porze?

— Ano, a pewno, taką personę… a pewno — Sajmonella był wyraźnie dumny, że stary fajter powierzył mu jakieś zadanie. — Proszę, za mną idźcie, to niedaleko, tu zaraz, ino…

— Chłopcze… — Lowkick starał się utrzymać cierpliwy ton głosu. Uśmiechnął się lekko widząc, jak młodzieniec niemal stężał w oczekiwaniu. Nie chciał robić mu przykrości. Wieśniak, bądź co bądź, warował pod jego drzwiami cały dzień. — Trochę jeszcze boli mnie głowa… gdybym mógł cię prosić… porozmawiamy później, dobrze?

— Aaa… pewno, pewno. Jak mówicie, panie, jak mówicie — wydukał nieco zawiedzionym głosem.

Do siedziby sołtysa podążyli w ciszy, przerywanej wyłącznie miarowym człapaniem bosych stóp Sajmonelli. Stanąwszy w końcu przed budynkiem Maćko wziął głęboki oddech, zanim wszedł do środka. Nie zauważył kunsztownego reliefu na belce nad drzwiami, nie zwrócił uwagi na świeżą słomę na dwuspadowym dachu. Nie miał dziś na to czasu.

Lowkick bywał sporo. Bywał aż stał się obyty. W tak mizerne progi wstąpił jednak po raz pierwszy. Nie spodziewał się wyłożonej marmurem posadzki ani złotego tronu, widywał jednak ładniejsze krzesła z wikliny i równiejsze klepiska. Rozparty na drewnianym siedzisku Tumilis pasował tu istotnie jak pięść do nosa. Nic dziwnego, że miał nadzieję na wszechdosięgającą rękę życiowej sprawiedliwości.

— Szanowny panie Lowkick! — Tumilis wyszczerzył szeroko zęby na powitanie. — Ufam, że wypoczął pan dostatecznie?

— Tak, dziękuję. — Maćko zatrzymał się o kilka kroków od sołtysa. Uśmiechnął się lekko. Na śnieżnobiałej koszuli dostrzegł długi, rudy włos. — Wdzięczny jestem za strawę i czystą pierzynę. Zapewne interesuje pana cel mojej wizyty, powinienem chyba wytłumaczyć moje nagłe przyb…

— Szanowny panie Lowkick! — Sołtys klasnął w ręce, przerywając fajterowi wpół zdania. Zza parawanu po prawej stronie izby wychynęła kobieta w średnim wieku, trzymając w dłoni dwa kieliszki i pokaźny, gliniany dzbanek. Maćko miał nadzieję, że była w nim tylko czysta, bezprocentowa woda. Pomylił się jednak i w kwestii procentów, i napoju. Gdy wychylił z sołtysem „urzędowego”, mleko aż zafurkotało mu w żołądku. Fajter przeklął się w myślach za nietkniętą miskę kaszy.

— Panie sołtysie…

— Emil — rzucił bardziej do siebie, niż do gościa.

Maćko obserwował z niepokojem, jak Tumilis napełnia ponownie kieliszki. Po drugiej kolejce był już pewien, że trzeciej nie zdzierży. Nim dobiegł do drzwi, mleko skisło, a wraz z nim protokół dyplomatyczny. Pozostawiony sam sobie sołtys westchnął ciężko i osunął się na klepisko. Wznosząc oczy ku niebu, przechylił butelkę. Na swoją korzyść.

Kilka minut później stary fajter powrócił chwiejnym krokiem, nieco bardziej pomarszczony niż zwykle. Oczy sołtysa rozbłysły.

— Szwny pnie Lowkick!

— Emil, błagam… — Maćko uśmiechnął się słabo, odtrącając podany mu kieliszek. Stracił w tej zapadłej wsi już zbyt wiele czasu. — Przejdźmy do rzeczy. Jestem tu z rozkazu Gildii Fajterów, w pościgu za…

— Ghhh… — Siedzącym na klepisku Tumilisem nagle zakołysało, jakby ktoś klasnął mu znienacka przed nosem. — Fff-fajtrów? To wy… ty… nie kupiec? Ks… księcia nie znasz?

— Nie, jestem miszcze…

— Aaa… aaa wiesz, kogo… kogo ja znam? — Mężczyzna przechylił do tyłu głowę i patrząc na Lowkicka zawiadiacko, wydął dolną wargę. Po chwili głowa opadła mu gwałtownie do przodu, a rozluźnione ciało aż przygarbiło się od impetu. Emil ni to sapnął, ni to zacharczał. — Nikogo… k… wa… nikogo… a ty… ftrów… a co mnie… fajtrów…

Głowa sołtysa powoli opadła, prawie do samej ziemi. Gniewny bełkot zastąpiło poszarpane charczenie, stopniowo przechodzące w coraz bardziej równomierne pochrapywanie. Po kilku minutach Maćko uznał, że spity mężczyzna zasnął. Gdy zaczął zbierać się do wyjścia, Tumilisem targnęło znowu, tym razem do pionu.

— Aaa, a wiesz co… Lokik? — Emil rzucił nieprzytomne spojrzenie prosto w oczy fajtera. — Aaa, to wypierdalaj… i… i wiesz co, Lokik? Weź tego tam… co o Gildii… wiesz? Weź go i www… www…

— Wiem, Tumilis, wiem. — Maćko uśmiechnął się krzywo. Wypadł na zewnątrz, nim sołtys zdążył wydąć także górną wargę.

Rozdział drugi — Grafitowe psalmy

Sajmonella starał się nie przysnąć w siodle, choć oczy ciążyły mu już jak brak słów. Jechali od rana w absolutnej ciszy, stary fajter nawet nie wzdychał. Od czasu do czasu czuł na sobie jednak jego oceniające spojrzenie. Nie wiedział, dlaczego po powrocie od sołtysa Maćko bez zbędnych ceregieli kazał mu się spakować i wyjechać razem z nim. Od tamtego momentu nie zamienili już bowiem ani słowa.

Maćko właściwie nie wiedział, dlaczego po powrocie od sołtysa, bez zbędnych ceregieli kazał się chłopcu spakować i wyjechać razem z nim. Od tamtego momentu nie zamienił z nim już jednak ani słowa. Może wzruszyło go poświęcenie Sajmonelli, warującego pod drzwiami, czuwającego nad jego spokojnym snem. Bezinteresowność czynu. Niewielu znał ludzi czyniących dobro dla samego dobra. Może to te drwiące spojrzenia innych mieszkańców Helmsby wzbudziły w nim litość dla prostego chłopaka? A może po prostu zrobiło mu się żal, że ktoś poczciwy musi żyć w tej samej wsi co zapity sołtys o nazwisku brzmiącym jak egzotyczna choroba? Odkąd wyruszyli, zdążył dokładnie przyjrzeć się młodzieńcowi. Całkiem nieźle trzymał się w siodle, nawet w galopie, choć nie wyglądał na zaprawionego jeźdźca. Jego wychudzone ciało zdawało się kołysać razem z wiatrem, który łopotał znoszoną, szarą koszulą. Na pierwszy rzut oka nie było w nim nic niezwykłego, a jednak…

Stary fajter westchnął w duchu. Nie wiedział jeszcze, co zrobi z chłopakiem. Na razie jechali.

Gospoda o zachęcającej nazwie „Przestrzenna” wyrosła za zakrętem czechowskiego traktu w samą porę. Dzień miał się już ku końcowi, podobnie jak i Sajmonella, zsuwający się coraz częściej z siodła. Lowkick uśmiechnął się na myśl o nocy spędzonej z dala od dzieci. I o misce ciepłej kaszy.

Karczma była prawie pusta. Kilku gości niespiesznie zapijało kolację przy jednym ze stołów, nie zwracając szczególnie uwagi na nowo przybyłych. Właściciel przybytku był bardziej towarzyski. Dwie miski z potrawką z wiewiórki i ciemny bochen chleba wylądowały na stole zanim Maćko zdążył sięgnąć do kiesy. Córka gospodarza zafalowała spienionym w przyniesionych kuflach piwem, a w drodze powrotnej do kuchni falowała już tylko sobą. Sajmonella przywarł natychmiast do miski ze skupieniem godnym lepszej sprawy.

Maćko tymczasem schował kiesę lżejszą o zapłatę za nocleg i najświeższe informacje. Karczmarz wymruczał co prawda niewiele, zapewne z lęku przed bandycką zemstą, ale wymruczał wystarczająco. Wyglądało na to, że nie musieli się spieszyć. Lowkick pochylił się w zamyśleniu nad gorącą strawą.

ˑˑˑˑˑ

Mgła poranka podnosiła się bardzo powoli, ociężale, niechętnie ustępując pola ciepłym promieniom słońca. W tej cienistej okolicy dni rzadko przebijały się przez noce, a gęste zarośla i stłoczone korony drzew przyjaźniły się z mgłami i półmrokiem na śmierć i życie. Niewielu ludzi mieszkało w stankowej dziedzinie, głównie życiowi pustelnicy i ludzie wykolejeni z dziada pradziada, którzy bardziej od chłodu bali się tylko towarzystwa. Jak we wszystkich mrocznych krainach, zazwyczaj było tu nadzwyczaj spokojnie.

Jeźdźcy wsunęli się w wąską ścieżkę niczym węże. Sajmonella zerknął na Macieja, pewnie zagłębiającego się w leśną przecinkę. Podziwiał jego niezalękniony spokój — sam nigdy nie zapuściłby się w te strony. Wijąca się nad urwistym brzegiem rzeki dróżka prowadziła na wschód, w głąb lasu. Główny trakt dawno temu zostawili już za sobą. Zwarty tunel z gałęzi, rozpościerający się nad ich głowami przywodził na myśl scenografię ostatniej wędrówki człowieka. Sajmonella zamknął oczy. Jeśli na końcu tego tunelu miało czekać na nich światło, nie chciał tego widzieć. Po prawdzie, bał się też wodników, leśnych rusałek i innych mieszkańców gęstych lasów. W ciemnym świecie za powiekami od razu poczuł się lepiej. Jedynie szum rzeki na dnie przepaści z prawej strony nie pozwalał mu się całkowicie odprężyć.

Maciej spojrzał na chłopaka beznamiętnym wzrokiem. Nie dziwił go wcale lęk młodzieńca, okolica nie należała do najprzyjemniejszych. O okolicznych borach krążyło wiele opowieści, niektóre nawet prawdziwe. Tymi najgorszymi, o oślizgłym, przebiegłym Bumcynglu, który wdzierał się przez uszy straszono dzieci po wioskach. Te o Grafitowym Dziedzicu wyszeptywano jedynie po kątach.

Maszerowali gęsiego już piątą godzinę, bez niepotrzebnego pośpiechu, ostrożnie prowadząc konie za uzdy. Droga była tak wąska, że o jeździe nie było mowy. Sajmonella otworzył oczy już jakiś czas temu, kiedy wyrżnął głową w nisko wiszący konar. Wielkim guzem na środku czoła przejmował się teraz bardziej niż osławionym Bumcynglem. Wzdrygnął się, kiedy coś zaszamotało w zaroślach. Sikorka. To tylko sikorka. Odetchnął z ulgą. Miał nadzieję, że nie będą nocować w lesie.

Pół godziny później Maćko zarządził postój na niewielkiej polanie, pomiędzy potężnymi dębami. Rozkulbaczenie koni i zaparzenie kawy pozostawił Sajmonelli, chłopak musiał się w końcu do czegoś przydać. Oparty o chłodny pień drzewa pociągnął łyk wody z bukłaka, obserwując jak jego młody towarzysz sprawnie radzi sobie z wierzchowcami. Wieśniak może i nie był najostrzejszym nożem w kredensie, ale na pewno miał dryg do codzienności. Stary fajter uśmiechnął się do swoich myśli. O Sajmonelli jeszcze usłyszą, nawet jeśli tylko raz. Tego był pewien.

Postój nie trwał długo. Niedawno minęło południe, jednak do przebycia mieli nadal szmat drogi. Maćko także liczył na to, że dotrą do celu podróży przed nocą. Jego towarzysz był za słaby psychicznie, aby szlajać się nocą po okolicach Stanka, nawet pod jego opieką. Ruszyli dalej zaraz po pierwszej kawie bez przepitki.

Kiedy cienie zarośli nabrały wieczornej barwy, Sajmonella omal nie stracił głowy. Całkiem dosłownie. Lowkick w ostatniej chwili dostrzegł cienką jak wodzionka, metalową linkę, rozciągniętą w poprzek drogi pomiędzy drzewami.

— C-co to jest? — Chłopak z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w pobłyskującą zachodzącym słońcem linkę na wysokości jego gardła. Przelotna sugestia wyobraźni sprawiła, że miał ochotę zemdleć, ale teraz bał się nawet myśleć.

— Pułapka na kroserów. — Maćko przeciągnął paznokciem po ostrym jak brzytwa druciku. — Od czasu do czasu, co odważniejsi młodzieńcy, albo ci bardziej znudzeni, urządzają sobie wyścigi konne na tej drodze. Jest mrocznie, wąsko, niejeden już pogruchotał sobie kości spadając w przepaść. Idealne warunki do dowodzenia swojej bezmyślnej męskości. Zawsze jest przy tym sporo hałasu, jak to na wyścigach. A Grafitowy Dziedzic lubi ciszę…

— Grafitowy Dziedzic o-obcina głowy? — Sajmonella prawie udławił się własną śliną.

— Nie, on tylko rozciąga linki — Maćko uśmiechnął się szeroko. — Chodź, już niedaleko.

— Panie Lowkick… — Młody wieśniak wziął głęboki oddech. Do tej pory nie miał odwagi zapytać, ale sytuacja zaczęła go przerastać. — Dokąd… dokąd my właściwie jedziemy?

— Tam, gdzie nikt inny nie ma czelności. — Stary fajter przeprowadził ostrożnie rumaka pod pułapką. — Do Dziedzicówki.

ˑˑˑˑˑ

Zytek rozejrzał się po zgromadzonych słuchaczach błyszczącym od procentów wzrokiem. Jego żona zdawała się zdeterminowana, aby jak najszybciej opuścić karczmę, choćby i wlokąc małoletniego syna za nogi. Mały Vamsi za nic nie wyszedłby teraz sam — siedział przed ojcem wpatrzony w niego jak w obrazek, chłonąc każde słowo. Podobnie zresztą jak i zebrani w gospodzie goście. Zaiste, Zytek miał talent do bajania.

— Downo, a w inszych stronach padają, że nigdy, nie widzioł baby jej krasy. Włosy mioła złote jak… nu, jak przenico na polu starego Jura. Gynste to było… pikne, gynste jak smoła. Łoczy takie samiuśkie. Nie było w nij nic, czegoś się mógł uczepić. Naczy tego, uczepić to i było się czygo… — Zytek przerwał opowieść i pośpiesznie pociągnął łyk piwa, starając się nie zwracać uwagi na bezlitosne spojrzenie żony. — Co ja to tego… ady, przeca. No i na to syćko, rozumicie, drzwi się łotwieroją i do izby wloz…

— Arunia! — wykrzyknął malec. Rozpalonym policzkom chłopca dorównać mogły kolorem jedynie nabrzmiałe już piwem oczy Zytka.

— Ano! — Rozochocony przepitką mężczyzna z uśmiechem grzmotnął kuflem w stół, rozpryskując pianę na wszystkie strony. Kilku siedzących w pobliżu słuchaczy przetarło sobie policzki wierzchem dłoni. Nieznanym sposobem bujna czupryna przycupniętego u stóp ojca Vamsiego pozostała nietknięta. — Dobrze pamientosz! Arunia! I jok łon se ją zobejrzał, to z tygo wszystkiego rozumicie, Aruni…

— Ekhm! — żona Zytka odchrząknęła głośno, wskazując głową na malca. Mężczyzna był co prawda zbyt wstawiony by zatrzymać się wpół narracji, udało mu się jednak sprowadzić opowieść na bardziej obyczajne tory.

— Tego… Aruni… naczy, Arunia… stanął jak wryty! A co było potym…

A potem… cóż…

ˑˑˑˑˑ

Temperatura namiętności w niewielkiej izbie sprawiła, że oliwa w lampce wyparowała nim poruszył ją pierwszy płomień. Westchnął i on, gdy ona westchnęła, a na jego scyzoryku do golenia odbiła się scena, od której żyłka pękłaby nawet kurtyzanie.

Nie był to bowiem zwykły wieczór, niezwykle było to również spotkanie. Źrenice kobiety zwężały i rozszerzały się na przemian, gdy mężczyzna spopielał wargami jej i tak już dogorywającą spazmami szyję. Gdyby mogła, palcami przeszyłaby jego ciało na wylot, kiedy gorący oddech partnera zsunął się ku wezbranym półkulom, dygoczącym na krawędzi przyzwoitości. Nie to jednak zagotowało fusy, nie od tego powstała szczelina jęku na szybie izby otulonej światłem świec. Nie od tego wszystkie zmysły kobiety przegalopowały na wylot świadomości, nieomal pogrążając ją w próżni odczuwania.

Najwyrazistsze nadeszło, gdy ściśnięte dłonie kobiety uspokoiły się nieco, a dla mężczyzny był to znak, że czas najwyższy przesunąć swe wargi dalej na południe, aż po horyzont… Arunia Paladynowicz, zwany Grafitowym Dziedzicem, nie brał jeńców. Maruszka westchnęła resztkami sił, nie pamiętając potem, czy był to sen, czy omdlenie.

ˑˑˑˑˑ

Czuł w nozdrzach zapach zbliżającego się niebezpieczeństwa. Cierpka woń spoconego ze strachu ciała wzmagała zawroty głowy, szalejące w jego czaszce od poczucia bezsilności. Zapędzony w kozi róg, stracił nadzieję na jakąkolwiek przyszłość. Czekał niecierpliwie na zbliżającego się oprawcę, nie mogąc wydobyć ze ściśniętego gardła nawet westchnienia. Siedział przykuty do metalowego krzesła, na środku leśnego traktu. Było coraz chłodniej, choć świt miał się już ku końcowi. Kątem oka wyłowił ruch z prawej strony. Panna Świst drgała spazmatycznie na ziemi pokrytej zgniłym listowiem, bliska cichej agonii. Sklejone krwią i błotem włosy przykryły liście paproci, pomiędzy które osunęła się jej posiniaczona głowa. Tuż obok kobiety leżała Prządka. Nawet już nie parowała. Jej zamglone, nieruchome spojrzenie spoczywało na szarych świerkach po drugiej stronie ścieżki. Paladynowicz podniósł spocone czoło ku niebu, zaciskając zęby w bezsilnej wściekłości. Gdy i panna Świst w końcu znieruchomiała, zdał sobie sprawę, że teraz jego kolej. Nie pomylił się.

Korony drzew w oddali poczęły miotać się na wszystkie strony, jakby targane niewidzialną ręką huraganu. Dało się słyszeć grzmot potężnych stóp miażdżących przemarzniętą ziemię, z początku przytłumiony, potem coraz donośniejszy. Bestia zbliżała się powoli, lecz nieubłaganie. Arunia bezskutecznie starał się przecisnąć ślinę przez zaciśnięte gardło. Stojące o kilkanaście metrów od niego świerki zafalowały, a tupot bosych stóp niemal go ogłuszył.

Zamknął oczy. Bumcyngiel już tu był.

Gdy ponownie je otworzył, ujrzał przed sobą niewielką, nieco ponad metrowego wzrostu postać. Krasnal musiał mieć około stu lat, zaczynał już bowiem mocno łysieć. Nalane policzki podpierały niemrawe oczy, które przyglądały się uważnie Paladynowiczowi. Wydatne usta ściągnęły się w grymasie niezadowolenia, a pokaźny brzuch zafalował malowniczo, gdy jego właściciel obrócił się nagle gwałtownie plecami do mężczyzny.

— Nie, nie, nieee… — zajęczała żałośnie postać, potrząsając głową. — Nie, mój słodki, nieee… za chudy, za chudy…

Krasnal rzucił Aruni ukradkowe spojrzenie przez ramię, przestępując z nogi na nogę.

Jego skwaszona mina zawiedzionego dziecka mówiła wszystko.

— Nie-e… nieee… — Bumcyngiel zaczął pochlipywać, pociągając głośno nosem. — Nie-eee… za brzydki… za brzydki…

Zdawało się, że krasnal za chwilę usiądzie na ziemi i rozpłacze się w głos. Bumcyngiel nagle jednak obrócił się ponownie w stronę Paladyna. Złośliwy uśmiech niespodziewanie odnalezionej nadziei rozświetlił zapłakaną twarz.

— Ale może nie głupi, co, mój słodki? Taaak, taaak… może nie głupi…

Stwór wskoczył zwinnie na kolana mężczyzny. Arunia patrzył z przerażeniem, jak z ust krasnala, o kilka centymetrów od jego twarzy, wysuwa się długi język. Mężczyzna nie był w stanie poruszyć głową, nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zacisnął tylko mocniej skrępowane pięści. Koniuszek języka przesunął się po mostku Paladyna w górę, owinął się mu wokół szyi, pozostawił długą smugę śliny na jego czole i policzkach. A potem… a potem gwałtownie wpadł do lewego ucha. Arunia czuł jak lepki, mokry język oplata mu mózg, szalejąc wewnątrz jego czaszki niczym rozdrażniona kobra. Zanim miotany dreszczo-spazmami wywrócił źrenice na drugą stronę, zdążył zauważyć, że świerki przybrały różowy kolor. Ostatnie spojrzenie padło zaś na jaskrawożółte niebo za plecami krasnala, na którym zarysowała się nagle postać Maruszki.

— Dzi…. Dziedzicu! Dziedzicu!

Arunia poderwał się gwałtownie. Leżał w ciemnej izbie obok kuchni, cały zlany potem. Przez brudne okno wpadało do środka mdłe światło księżyca. Panowała głęboka cisza, przerywana jedynie jego szybkimi, płytkimi oddechami. Dłonie mężczyzny zaciskały się na grubej pierzynie tak mocno, że pomimo panującego półmroku można było bez trudu dojrzeć zbielałe kłykcie. Sen, pomyślał z ulgą, nieco jeszcze oszołomiony, to był tylko zły sen. Spojrzał na przycupniętą w kącie, przerażoną Maruszkę. Gdyby mogła, wcisnęłaby się teraz nawet w mysią dziurę. Arunia opadł ponownie na łóżko z westchnieniem ulgi, przełykając głośno ślinę.

— Wybacz, Marucha, to był tylko zły sen — wymamrotał, starając się opanować zadyszkę. Wyciągnął rękę do dziewczyny. — Tylko zły sen. Chodź, Marucha, śpij.


Poranek dnia następnego wstał rześki jak wspomnienia minionej nocy, choć nieco chłodniejszy. Czuć już było nadchodzącą zimę. Dziedzic wystawił obolałe stawy na pierwsze promienie słońca, przebijające się z trudem przez ciemną ścianę lasu porastającego okoliczne wzgórza. Dziedzicówka była dobrze ukryta, w niewielkiej kotlinie pośrodku gęstego lasu, z dala nawet od szlaków uczęszczanych przez leśnych ludzi. Tak dobrze ukryta, że gdy usłyszał słaby stukot końskich kopyt, był przekonany, że przysnął. Kuna na poddaszu jednak zamilkła, a wiewiórki pospadały z drzewa przed domem szybciej niż orzechy. Nawet pies, gdyby jeszcze żył, pewnie by nie zaszczekał. Ktoś nadchodził.

Maćko nawet nie obrócił się na dźwięk łamanej gałązki. Wiedział bowiem dwie rzeczy. Po pierwsze, Dziedzica na pewno tam nie było, ta sztuczka na zmylenie uwagi przeciwnika była stara jak fajterski świat. Po drugie, na pewno by nie zdążył.

— Skradasz się jak twoja stara, Paladynowiczu. — Lowkick ścisnął mocniej lejce i przystanął w pół kroku. Na widok kuszy wysuwającej się powoli zza zarośli zmarszczył brew. Ostrzejsza strona bełtu skierowana była w jego stronę. Grafitowy Dziedzic pojawił się w całej krasie o ułamek sekundy później, spoglądając złowieszczo na starego fajtera. Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem w milczeniu, a mgła gęstniała wokół nich coraz bielej. W końcu Paladynowicz zdjął palec ze spustu i opuścił broń.

— Może to i prawda. — Arunia uśmiechnął się szeroko. — Dobrze Cię widzieć, Lowkick. Nawet w tak obskurwiałym towarzystwie.

Maćko westchnął. Sajmonella trzymał się sztywno w siodle, bełkocząc coś pod nosem. Jego twarz zdawała się blednąć coraz bardziej z każdą kolejną minutą. Przesuwał nieobecnym wzrokiem po bezkształtnej masie mgły pod końskimi kopytami, oddychając płytko. Maćko spojrzał zmęczonymi oczami na Paladynowicza.

— Miałem nadzieję, że zdążymy tu dotrzeć przed zmierzchem. Arunia, mówię ci, co to była za noc…

— Wiem, Lowkick — Dziedzic parsknął pod nosem. — Wiem. Chodźcie, może jeszcze da się go odratować. W stajni mam pod sianem resztki bimbru, żółędziówka prosto od Jagny.

— Myślałem, że mieliśmy go ratować, a nie dobijać. — Maćko rzucił przyjacielowi porozumiewawcze spojrzenie, uśmiechając się szeroko. — Prowadź.

Stajnia była ciepła i sucha, przyjemnie pachniała żołędziami i końskim nawozem. Mężczyźni zsunęli Sajmonellę z siodła na warstwę siana przy wrotach, przykrywając go szczelnie bronami. Arunia wlał mu do gardła ćwierć butelki brązowego bimbru, po czym sam pociągnął łyk dla zdrowotności.

— Chodź na kawę, pogadamy. — Dziedzic skinął głową na nabierającego kolorów chłopaka. — Ten niech tu trochę poleży, brony powinny wytrzymać napór procentów kiedy już oprzytomnieje. Nie będziemy się przecież nad nim trząść aż do śniadania.

Po drodze do Dziedzicowej sadyby Maćko dostrzegł na trawie świeże ślady stóp, biegnące od domu w stronę potoku. Spojrzał pytająco na Paladynowicza.

— Aaa tam, nie ma o czym opowiadać. — Arunia machnął ręką, nie zwalniając kroku. Po chwili zastanowienia, podjął jednak temat. — Wiesz, jaka teraz moda wśród młodzieży. Trafi się jakaś trochę mniej brzydka we wsi, to zaraz portrety każe sobie malować po jarmarkach, a jak już i w sąsiedniej wsi ją rozpoznają, to wpadnie do sołtysa albo i gospody, i daj jej jeść za darmo, spać za darmo, to rozpowie potem, żeś jest porządnym sołtysem albo karczmarzem co się zowie. Czasem zdarzy się, że i tu przyjdą, te bardziej bezczelne. Dla sławy, rozumiesz, że niby w Dziedzicówce spała, że znamy się jak łyse konie i takie tam. Patrzą na nią potem we wsi jak na wielką panią, zazdroszczą koneksji, męża szukają wśród pomniejszej szlachty. Mnie to nie przeszkadza, odpowiada nawet. Dobrze mi robi na stawy, kiedy zostają do rana, a imion i tak nie pamiętam, tyle tego teraz po świecie, że kto by spamiętał.

Paladynowicz otworzył ciężkie, dębowe drzwi chaty.

— No, ale dość o mnie, za długo tu chyba sam siedzę, rozgadałem się. Wchodź, zaraz coś się znajdzie na śniadanie.

Dziedzicowa izba niewiele się zmieniła od ostatniej wizyty Lowkicka. Kwiaty na oknie tylko jakby świeższe, słoma między belkami jaśniejszego koloru. Kurz ten sam. Gdy Arunia zniknął za drzwiami spiżarni, stary fajter westchnął w duchu, przesuwając palcem po sczerniałym parapecie. Nigdy nie przepadał za tą norą. Kamienne ściany, marmurowe posadzki, bieżąca woda — tak mógł żyć. Nie wytrzymałby w takiej ascezie nawet tygodnia, ale ostatecznie to nie on był najsławniejszym niegdyś fajterem Gildii. Nawet po odejściu z organizacji, legenda Paladynowicza nie słabła. Przeciwnie — można by rzec, że wzmagała się, zwłaszcza od czasu jego zniknięcia w okręgu stanka.

Dziedzic wrócił z szerokim uśmiechem, długim pętem kiełbasy i bochenkiem chleba bez omasty. Gdy zasiedli przy stole, wyczarował z kieszeni kapoty butelkę żółędziówki.

— No, do śmierci jakoś dożyjemy — rzucił zadowolony. — Zamieniam się w słuch.

ˑˑˑˑˑ

W powietrzu wisiała nie tylko woń końskiego nawozu i siana. Sajmonella był pewien, że śni. Obudził się zlany potem i wódką w jakiejś stodole. Dookoła było nieprawdopodobnie cicho, w zastanym powietrzu nie śpiewał żaden ptak, nawet wiatr nie przetaczał się z szemraniem po ścianach ze starych bali. Poczuł chłód i wilgoć. Musiało być około świtu, w pomieszczeniu robiło się bowiem coraz mniej szaro. Pod wyszczerbionymi u dołu wrotami stodoły kłębiły się w półmroku strzępy mgły. Nie czuł pod plecami chłodu klepiska, za to w kark ukłuły go źdźbła słomy, kiedy podniósł nieco głowę żeby rozeznać się w sytuacji. Odczekał chwilę, aż oczy przyzwyczają się do półmroku pomieszczenia.

Leżał na warstwie świeżej słomy, przygnieciony wielkimi, ciężkimi bronami z bukowego drewna. Kolce pośrodku były częściowo usunięte a rama dociążona, konstrukcja skutecznie unieruchamiała jego tułów, natomiast ramiona i uda były zakleszczone pomiędzy wbitymi płytko w ziemię, stalowymi zębami w kształcie włóczni. Bukowe brony? Sajmonella poczuł nadciągającą falę paniki. Nikt nie robił bron z tak twardego drewna. I te dziwne modyfikacje… Poruszył delikatnie stopami i dłońmi. Wszystkie kości całe. Kiedy do nozdrzy dotarł zapach wódki, chłopak pociągnął nosem kilka razy, dla pewności. Żołędziówka? Kto robi wódkę z… Zmarszczył brwi od narastającego ucisku pomiędzy skroniami. Głowa budziła się do życia, lecz co to było za życie. Chyba nie na sto, a na tysiąc sto procent — odór wódki zdawał się oblewać go niczym morskie fale, ale lepkie i gęste jak smoła. W pierwszym odruchu chciał zwymiotować, nie miał jednak czym. I wtedy przypomniał sobie starą legendę z dzieciństwa. Wódka z żołędzi, pułapki na ludzi. Zbielał. Baba Jagna. Porwała go Baba Jagna.

Zaczął się szamotać, bezskutecznie próbując zrzucić z siebie drewniane okowy. Przepite ciało nie nadawało się jednak do niczego, czuł jakby cały składał się z gumy. W pewnym momencie dostrzegł coś po drugiej stronie stodoły i znieruchomiał niczym mucha w pajęczynie tuż przed śmiercią, wstrzymując oddech. Jedynie rozpalone źrenice zalały mu przerażeniem całą gałkę oczną. Nie był sam. W powietrzu wisiała nie tylko woń końskiego nawozu i siana. W rogu pod powałą unosiło się coś, co na początku wziął za stare worki na ziarno albo zwitek szmat. W miarę jednak jak mrok ustępował miejsca szarości, prawda nabierała kształtów.

Postać rozpięta między belkami niczym nietoperz miała na sobie długi, czarny płaszcz i kaptur zakrywający twarz. Ubranie było miejscami lekko postrzępione, Sajmonella nie był jednak w stanie dostrzec choćby skrawka ciała, nigdzie nie wystawały stopy czy dłonie. Tak, jakby płaszcz unosił się sam. Dolna część falowała lekko na boki, reszta trwała nieruchomo. Chłopak wypuścił powoli powietrze. To pewnie tylko jakaś stara kapota, przemknęło mu przez myśl. Spokojnie. Zamknął oczy i odetchnął jeszcze kilka razy na tyle głęboko, na ile pozwalały mu brony. Ostatni oddech wypuścił z ulgą. Uspokojony nieco, powrócił do prób uwolnienia się z pułapki.

Nagle kaptur płaszcza uniósł się do góry, a powietrze wypełnił charczący szept. Sajmonella zaczął krzyczeć i szamotać się jak szalony, niepomny na raniące mu ramiona i nogi stalowe kolce bron. Głowę wypełniała chrapliwa melodia nieznanego języka, przebijająca się z łatwością przez jego okrzyki, oplatająca mu mózg niczym żmija. Nagle szept ustał, jakby nigdy go nie było. Zanim młodzieniec zemdlał z przerażenia, ujrzał jeszcze, jak postać szybuje spod powały w jego stronę, a potem znika pod wrotami stodoły, mieszając się z mgłą. Głowa opadła mu na pachnącą słońcem słomę i wywróconymi do tyłu źrenicami zanurzył się w ciemność.

Rozdział trzeci — Nowinka

Arunia patrzył za znikającym w oddali Lowkickiem targany mieszanymi uczuciami. Cała ta historia nie dawała mu spokoju. Zagadnięty przy kolejnej kromce chleba bez omasty o jego zadanie, Maćko stał się wyjątkowo powściągliwy w słowach. Wymamrotał coś pod nosem o poszukiwaniach Mospana, ale nic więcej nie chciał powiedzieć:

— Rozkazy z samej góry, Dziedzicu. Nieoficjalne, rozumiesz — dodał z dumą.

Nieoficjalne. Lowkick nie należał do najświetniejszych agentów Gildii, ale do agentów jednak należał. Jeśli chodziło tylko o eliminację bandyty, można było wysłać kogokolwiek ze szturmówki, ba, nawet cały oddział. Paladynowicz zmrużył oczy. Nie chciało mu się wierzyć, że ktoś z Gildii mógł powierzyć Lowkickowi misję większego kalibru. Na to jednak wyglądało. Interesujące, ale i niepokojące. Czego Gildia mogła chcieć od podrzędnej zbójeckiej bandy? Ludzi od brudnej roboty im przecież nie brakowało, można to było załatwić w cywilnych ciuchach, jeśli chodziło o jakąś prowokację. Tomasz Cornamusa nie takich specjalistów miał w swoim wydziale. Ale Lowkick?

Kiedy Maćko zniknął wraz ze słońcem pomiędzy drzewami, Grafitowy Dziedzic westchnął ciężko i zawrócił w stronę domu. Być może trzeba będzie się temu przyjrzeć, popytać trochę po starych znajomych. Sprawa była bardzo nietypowa, a jemu, pomimo upływu lat, sprawy Gildii nadal leżały na sercu. W tym momencie miał jednak bardziej naglące zmartwienie. Wszedł do chaty najciszej jak potrafił.

Sajmonella oddychał miarowo, pogrążony w głębokim śnie. Arunia obserwował go przez chwilę, upewniając się, że nie udaje. Usatysfakcjonowany, wyszedł bezszelestnie z salonu, zamykając za sobą drzwi. W kredensie w kuchni miał jeszcze resztki bimbru z pszenicy, na czarną godzinę. Usiadł na ziemi, twarzą w kierunku wejścia. Pociągnął spory łyk. Pszenicówka przyjemnie koiła natrętne myśli, a po całym dniu miał o czym myśleć. Wrócił wspomnieniami do wydarzeń tego poranka…


Byli już po drugim pęcie swojskiej kiełbasy, kiedy usłyszeli krzyk dochodzący ze stodoły. Ryk nawet. Wybiegli z domu w mgnieniu oka. Na spękanym klepisku boiska leżał nieruchomo Sajmonella. Twarz miał koloru podnoszącej się mgły, na ustach pozostałości piany. Jego ubranie było w strzępach, z rąk i nóg broczył krwią. Brony leżały kilka metrów dalej, pęknięte na pół. Gdy ocucili go siarczystym policzkiem, chłopak zaczął wierzgać resztkami sił, charcząc coś pod nosem półprzytomnie, rzucając po pomieszczeniu oszalałe spojrzenia. Arunia nie zrozumiał wszystkich słów, ale rozpoznał melodię języka — mowa półmroku z bagien Toab.

— Ver damalav… bełkotał Sajmonella słabnącym głosem. — ver… shens shemdeg moval…

Złapali go za ręce i nogi, próbując opanować miotające nim spazmy. Maćko starał się uspokoić chłopaka, szeptając mu do ucha nieco nerwowym półgłosem:

— Ciii… ciiicho, no już, oddychaj, Sajmonella, oddychaj… — Młodzieniec cisnął się jeszcze kilka razy, po czym nagle znieruchomiał, wywrócił do góry oczami, a białka zaszły mu szarą mgłą. Stary fajter rzucił Paladynowiczowi zaniepokojone spojrzenie. — Arunia, co do…

— Do domu — rzucił sucho Grafitowy Dziedzic, starając się opanować drżenie głosu. — Natychmiast.


Arunia pociągnął kolejny łyk pszenicznego bimbru. Taaak, to był długi poranek. Przenieśli zesztywniałego Sajmonellę ze stodoły do domu, rzucili na wysłużoną pryczę i zabrali się za opatrywanie ran. Paskudnie to wyglądało. Ramiona i nogi poharatane o stalowe zęby bron czekała długa rekonwalescencja. Całe ciało było posiniaczone, chłopak musiał szalenie miotać się po klepisku zanim do niego dotarli. Grafitowy Dziedzic na całe szczęście pół piwnicy miał zawalone różnego rodzaju maściami i medykamentami od leśnych ludzi. Od czasu pogryzienia przez jadowitego Ixodesa w leki był akurat dobrze zaopatrzony. Owad co prawda zdechł chwilę potem pod ciężkim butem Dziedzica, ale jad zdążył się już na dobre zadomowić w stawach. W tamtym czasie bez naparów z ziół i mazideł jego leśnych znajomych nie przespałby ani jednej nocy. Okazały się jak znalazł na rany Sajmonelli.

Paladynowicz opróżnił butelkę. Nic się nie trzymało kupy. Ver damalav, shens… jak to było… shemdeg moval? Dlaczego mieliby go szukać? I po co? Odłożył puste już naczynie i przetarł oczy. Czas spać, dzisiaj i tak już niczego nie wymyśli. Pomagając sobie rękami, podniósł się niezdarnie z podłogi i nieco chwiejnym krokiem ruszył do sypialni.

ˑˑˑˑˑ

Sajmonella nabierał powoli kolorów, choć nadal nie wracał jeszcze do świadomości. Arunia nie wydawał się tym przesadnie zaniepokojony, doglądał tylko młodzieńca regularnie. Widywał już ludzi nawiedzonych po raz pierwszy przez cienie Toabu. Powinno minąć kilka dni, zanim chłopak się ocknie, potwornie głodny, prawdopodobnie nie pamiętając w ogóle, lub tylko szczątkowo, co się stało. Lepiej, żeby nie pamiętał nic, przemknęło mu przez myśl.

W międzyczasie Paladynowicz zabijał czas i wiewiórki. Na odludziu w najbliższej okolicy Dziedzicówki siłą rzeczy niewiele się działo, był to jednak rewelacyjny teren do treningu. Arunia był człowiekiem dokładnym i skupionym, cierpliwym, przyzwyczajonym do niedogodności losu. Nie zapomniał niczego z fajterskiego szkolenia, choć od jego odejścia z Gildii minęło już kilka lat. Nadal trenował regularnie i równie zapamiętale co niegdyś. Starał się także wymyślać sobie nowe trudności, przekraczać kolejne granice, aby być coraz lepszym we wszystkim, co robił — pociąg do perfekcji był silniejszy od niego. Kiedy w okolicy brakowało już szerszeni, które można by nadziać w locie na widły, gołymi rękami pomagał bobrom ociosywać pnie drzew, zmiatał orzechami wiewiórki z drzew z odległości kilkudziesięciu metrów, ścigał się z wilkami, siłował na łapy z niedźwiedziami i pływał na czas z łosiami.

Był z naturą za pan brat, a odkąd zapędy jego serca pohamowała pewna młoda dama, preferował czworonożne towarzystwo od ludzkiego. Słowem, przeżywał prawdziwie złotą jesień życia, choć przyszła ona na niego nadspodziewanie wcześnie. Wyglądało jednak na to, że choć usilnie starał się zapomnieć o przeszłości, ta najwyraźniej nie zapomniała o nim. Co więcej, stała się znów nachalna jak podteksty w powieściach Sajmara. Przeklęty Lowkick, pomyślał dwa dni po wyjeździe Maćka, dopalając popołudniowego papierosa na drewnianej ławeczce przed chatą. Było już tak statecznie.

ˑˑˑˑˑ

W trzecią noc po wydarzeniach w stodole, Arunię obudziło łomotanie do drzwi chałupy. Na zewnątrz lało jak z cebra, jednostajny szum deszczu niemal zagłuszył kolejne uderzenia pięści o dębowe wrota. Paladynowicz poderwał się z siennika jednym, płynnym ruchem. Na zewnątrz stał Lowkick.

— Zabiłem go! Zabiłem! — Maćko wpadł do chaty jak przemoczony ptak, szlochając od progu. Był tak rozdygotany, że Dziedzic postanowił tym razem machnąć ręką na pozostawiony przez gościa błotny ślad, ciągnący się od wejścia w stronę kuchni. Ten jeden raz. Nalał staremu fajterowi podwójnej herbaty, gdy ten opadł ciężko za kuchennym stołem z twarzą ukrytą w dłoniach. Blask zapalonej świecy tańczył z cieniami po kątach, nadając pomieszczeniu aurę zamkowego lochu. Maćko nagle wyprostował się i ujął drżącymi dłońmi podany mu kubek.

— No to co, że zabiłeś? Nie takie było twoje zadanie? — zaczął Arunia, z nieco zaskoczonym wyrazem twarzy. — Lowkick, czego beczysz, kuźwa?!

— Naszego zabiłem, rozumiesz?! Naszego! — Maćko utopił zasmarkaną twarz w kubku z herbatą. Wypił wszystko jednym haustem. — Mospan to był agent Gildii!

Paladynowicz zmarszczył brew i spojrzał na przyjaciela jakby ten był niespełna rozumu.

— Nasz… — Lowkick rzucił okiem na drzwi pokoju, w którym spał Sajmonella i zniżył głos, choć nadal nie mógł opanować jego drżenia. — Kazał mi zabić naszego! Ja nic nie wiedziałem! Ja naprawdę… ja nie chciałem… ja…

— Czekaj, czekaj, uspokój się — przerwał mu Arunia, starając się panować nad tonem głosu. — Jesteś pewien, że był z Gildii? Kazali ci załatwić dezertera? Przecież jest od tego cały zespół…

— Nie dezertera, ja nie wiedziałem, on… — urwał, przełykając ostatnią łzę. Lowkick zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Po chwili odezwał się znowu, nieco już spokojniej. — Wytropiłem go kilka kilometrów stąd, nad strumieniem. Jego banda spała w chacie, jest tam taka stara rudera po smolarzach, pewnie znasz.

Paladynowicz skinął głową w zamyśleniu. Kilka kilometrów stąd? Tak blisko? W głowie począł układać mu się pewien zawoalowany jeszcze scenariusz.

— Obserwowałem chatę z zarośli, zastanawiałem się jak to ugryźć. Patrzę, a tu Mospan we własnej osobie wychodzi w krzaki. — Maćko zająknął się, urywając na chwilę. — Pomyślałem, lepszej okazji nie będzie, bardziej samego go nie znajdę. No i ruszyłem. Zaszedłem go z boku, deszcz jeszcze nie zaczął padać. Wypadłem na niego, przyłapując go… no… in flagranti.

Lowkick dolał sobie herbaty. Żar świecy zdążył osuszyć już nieco jego ubranie, parujące teraz jak ziemia po letniej mżawce. Arunia mimowolnie uśmiechnął się pod nosem na myśl o minie bandyty.

— Wycelowałem lepiej kuszę, zacząłem mu cicho recytować prawa, tak, żeby ci z chaty na pewno nie usłyszeli — ciągnął dalej Lowkick. — Doszedłem może do połowy zdania, a on, rozumiesz, rzucił się na mnie, tak jak stał. Ja… ja dotychczas znałem takie akcje tylko z treningów, powinienem go obezwładnić, dać w mordę czy coś… ale odruchowo nacisnąłem spust…

— To nie miałeś go dopaść i wyeliminować? — wszedł mu w słowo Grafitowy Dziedzic.

— No miałem, taki dał mi rozkaz, ale… — Maćko zawahał się. — Mospan nosił charakterystyczny naszyjnik, pamiątka po kochanku czy coś. Rozpiąłem mu koszulę na piersi, żeby go zerwać na dowód, a on… on miał nasze znamię. To był nasz człowiek!

— Lowkick, wiesz, że to się kupy nie trzyma? — zaczął Paladynowicz. — Miałeś zlikwidować aktywnego agenta? Przecież macie od tego specjalistów. Kto…

Arunia przerwał w pół zdania. Na zewnątrz nadal padało, coś jednak zakłóciło jednostajny rytm kropel, przykuło jego słuch. Maćko spojrzał na przyjaciela szeroko otwartymi oczami.

— Też to słyszałeś? Czy to nie nasz… — zaczął, odstawiając powoli kubek z herbatą.

— Chodu! — szepnął Paladynowicz, gwałtownym ruchem gasząc świecę. — Do spiżarni!


Rygwach ze Świdnika zaklął pod nosem, przecierając zalewaną deszczem twarz. Od pół godziny mókł z częścią swojego oddziału w zaroślach, czekając aż zwiadowcy wrócą z resztą agentów. Ciągnęli za Lowkickiem do samej Dziedzicówki, ale po drodze kilku żołnierzy pocięło się o linki pozawieszane między pniami drzew. Gdy dotarli na miejsce, wysłał dwóch najszybszych tropicieli z powrotem — mniej doświadczona część drużyny została tej nocy przy koniach, o kilka kilometrów dalej. Rudowłosy kapitan ze Świdnika nie był zachwycony obrotem spraw, ale nagłe straty w zespole musiały być uzupełnione, nawet żółtodziobami, nawet ludźmi. W takiej akcji każda para rąk była na wagę złota. Zwłaszcza, że nie był pewien, czy kusze w takim deszczu w ogóle wystrzelą. Pogoda zepsuła się nagle, w bezpośredniej okolicy celu, choć prognozy wieszczów aury zapowiadały suchą noc w całym regionie. Rygwach westchnął cicho. Co za noc.

W izbie od frontu chaty, pewnie w kuchni, wciąż paliło się słabe światło świecy. Kiedy zwiadowcy wrócili z resztą drużyny, kapitan ustawił zespół w szyku i gestem dał sygnał do szturmu. Byli o kilka metrów od budynku, gdy któryś z kaprali zahukał, naśladując puszczyka. Rygwach zamknął na moment oczy, wypuszczając powietrze przez nos. Przed akcją wyraźnie nakazał nie wydawać komend sygnałowych. Kurwa, kurwa, kurwa! — zaklął w myślach, gdy światło świecy w chacie nagle zgasło. Gwizdnął przeciągle.

Pięciu szturmowców podbiegło gęsiego do ściany przy drzwiach wejściowych. Stojąca na czele dwójka zmiotła dębowe wrota taranem, następnych dwóch wpadło do środka budynku niemal równocześnie, rozbiegając się na prawo i lewo z zarepetowanymi kuszami. Pozostała trójka deptała im już po piętach, pozostawiwszy taran na zewnątrz. Dwie pozostałe grupy otoczyły budynek i stodołę. Było podejrzanie cicho. Rygwach wszedł do chaty.

Żołnierze zorientowawszy się, że w środku nie ma żadnego z fajterów, odpalili pochodnie. Świdnicki kapitan był człowiekiem, nie widział w ciemności tak dobrze jak Curuxa, którymi dowodził. Na stole w kuchni dym z knota unosił się jeszcze nad kubkiem niedopitej herbaty. Z pokoju obok żołnierze wynosili właśnie nieprzytomnego młodzieńca. Rygwach odetchnął w duchu. Mieli przynajmniej chłopaka.

— Przeszukać porządnie chatę! Podłogi, ściany, meble — huknął. — Musi tu być jakieś sekretne przejście, nie rozpłynęli się przecież w powietrzu!

Rozdział czwarty — Rudy Azor

Wypadli w noc jak partyzanci — szybko, zwinnie, niepostrzeżenie. Gnali przed siebie pędzeni gniewem. I strachem. Gdyby dali się pojmać, może sprawy potoczyłyby się inaczej, ale ucieczka w takiej sytuacji oznaczała tylko jedno. Po zabiciu ich człowieka, agenci Gildii Fajterów będą najpierw strzelać, potem zadawać pytania. Paladynowicz nie zamierzał jednak oddawać się w ręce Cornamusy jak zwykły bandzior. Westchnął w duchu. Cała ta sprawa śmierdziała mu od samego początku.

Tunel prowadzący od spiżarni kończył się kilometr dalej, nad strumieniem. Wyjście było zamaskowane gęstymi zaroślami, rosnącymi między pniami zwalonych wiatrem i wiekem drzew. Ostatnio w te rejony nie zapuszczały się nawet wilki, ale Arunia wolał dmuchać na zimne. Od wejścia do tunelu fajterzy nie zamienili ani słowa. Najważniejsze było biec, gnać jak Dziki Gon. Dopiero nad potokiem Maćko zatrzymał się na moment, żeby złapać oddech. Cała sytuacja zaczynała go przerastać. Nie dam rady, pomyślał. Chyba nie dam rady.

— Arunia… zaczekaj chwilę — sapnął Lowkick, zginając się w pół i opierając dłonie na kolanach. Wziął głęboki oddech. — Zaczekaj chwilę. Muszę Ci coś powiedzieć.

— Maćko, kurwa. — Paladynowicz przystanął, w napięciu nasłuchując pogoni. — Teraz?!

Gdzieś w oddali dało się słyszeć trzask łamanych pod ciężkimi butami gałązek. Grafitowy Dziedzic ruszył natychmiast w dół potoku, nie czekając na odpowiedź. Kilka sekund później, Lowkick pobiegł w ślad za nim ze skwaszoną miną.

Po kilkuset metrach potok zakręcał na północ, minąwszy pozostałości kamiennego mostu. Maćko pamiętał to miejsce. Arunia pokazał mu kiedyś całą trasę ewakuacyjną, od włazu w spiżarni po bobrowisko za zakrętem strumienia. Na wszelki wypadek, wiesz jak jest, może się kiedyś przyda, może nie. Trzeba być optymistycznym pesymistą. Po drugiej stronie mostu, z prawej, była niegdyś bobrza tama. Zwierzęta wyprowadziły się już dawno, ale szkielet konstrukcji pozostał. Ledwo widoczna ścieżka prowadziła stamtąd na drugą stronę wzgórza i dalej, do wsi Grzmiąca, malowniczo posadowionej nad jeziorem.

Ścigani nie dotarli jednak nawet do starego bobrowiska.

Czekali na nich już przed mostem.


ˑˑˑˑˑ

Bezksiężycowa, deszczowa noc była ciemna, ciemniejsza niż zwykle. Czarna jak jego myśli. Jak pręgi na karku Curuxa. Jak sam skurwysyn. Kiedy trafili na wąski tunel pod podłogą spiżarni, pomknęli nim z prędkością spadającej gwiazdy. Nie było czasu do stracenia, ścigani i tak mieli już nad nimi sporą przewagę. Rygwach zaklął pod nosem, kiedy w ucho boleśnie trzepnął go wystający ze ściany korzeń. Miał nadzieję, że ten podziemny korytarz nie miał zakrętów — nie mogli zapalić pochodni, biegł więc zupełnie po ciemku, przywiązany liną do jednego z żołnierzy. Czuł wilgoć i chłód — musieli być niezbyt głęboko pod ziemią. Po kilku minutach poczuł na twarzy delikatny powiew świeżego powietrza. Nareszcie, westchnął w duchu z ulgą — nigdy nie lubił ciasnych pomieszczeń.

Zwiadowcy, którzy pobiegli przodem, czekali na resztę przycupnięci w zaroślach pomiędzy zwalonymi pniami drzew. Nieco poniżej wyjścia z tunelu szemrał strumień. Kapitan ze Świdnika zawahał się. Ruszenie w górę potoku, w las, byłoby cwane, wbrew podręcznikowej zasadzie pierwszego odruchu, ale fajterzy na pewno nie widzieli w ciemności tak sprawnie jak Curuxa. Musieliby zwolnić, a do tego Lowkick nigdy nie był wybitny kondycyjnie. Po krótkim czasie zapewne można byłoby już tropić ich na słuch. Rygwach sprawdził czy miecz gładko wychodzi z pochwy i skinął na zwiadowców. Oddział ruszył w dół strumienia.

ˑˑˑˑˑ

Tuż przed mostem Arunia dostrzegł ruch pomiędzy drzewami. Po latach spędzonych w stankowskich lasach widział w ciemności całkiem nieźle, a czego nie widział, wyczuwał niezawodnym instynktem. Przy kamiennej przeprawie zauważył dwa cienie, trzy kolejne przemykały między pobliskimi drzewami jak wilki. Przez chwilę nie był pewien, czy to zasadzka, czy niefortunny zbieg okoliczności. Kiedy jednak wokół zapłonęły pochodnie, jego wątpliwości uleciały wraz z dymem żagwi. Naliczył szybko trzynastu agentów. Byli otoczeni.

— Brawo, panie Lowkick, koncertowa robota — odezwał się stojący przy moście mężczyzna w granatowym płaszczu. — Doskonale pan sobie poradził. Podziwiam zdolności aktorskie, bo pewnie nie było łatwo przekonać przyjaciela.

Grafitowy Dziedzic spojrzał z niedowierzaniem na rzekomego przyjaciela. Maćko wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.

— Musiałem, przepraszam — wymamrotał przygarbiony, spuszczając wzrok. Paladynowicz nie zaklął nawet w duchu. Ściągnął wargi i przeniósł lodowaty wzrok na człowieka przy moście.

— Szuarri — prychnął. — Za moich czasów, takie szumowiny jak ty się ścigało, a nie zatrudniało. Widzę, że w Gildii sporo się zmieniło, odkąd mnie nie ma.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.67