„Nie jest rozczarowaniem, że nie będę w stanie dokończyć Świątyni. Zestarzeję się, ale inni przyjdą po mnie. To, co zawsze musi być zachowane, to duch dzieła; jego życie będzie zależało od pokoleń, które przekażą tego ducha i wcielą go w życie”
Antoni Gaudi. Adaptacja
WSTĘP
Wszyscy zachwycają się zaprojektowanym przez Antoniego Gaudiego niedawno ukończonym barcelońskim kościołem Sagrada Familia. Zawsze znajdą się jacyś malkontenci, którym się on nie podoba, ale tych jest z pewnością niewielu. Jeśli chodzi o mnie — to od jakiegoś krótkiego czasu jestem w gronie tych pierwszych.
Mimo to jestem pewien, że po przeczytaniu tego, co mam do powiedzenia na ten temat, liczba miłośników tej budowli się zmieni. Czy będzie ich mniej, czy więcej, jest to rzecz najmniej istotna. Chciałbym, aby było ich jak najwięcej, no ale jeśli ich ubędzie, to i cóż z tego — nie liczba jest ważna, lecz jakość.
Czytając te moje słowa, szanowny czytelniku, zapewne zastanawiasz się, czy w ogóle jest możliwa zmiana już raz wyrobionej opinii na temat tego kościoła, ale jeśli w spokoju, bez zbędnej egzaltacji dotrzesz do końca tej książki, to samodzielnie dojdziesz do wniosków, które diametralnie zmienią twoją percepcję na temat doniosłości przekazu tego monumentalnego dzieła Gaudiego.
W tym miejscu chciałbym od razu uwypuklić jedną bardzo ważną, wręcz kardynalną informację, która będzie cały czas stanowić motto tej mojej osobistej wiwisekcji związanej z twórczością głównego bohatera tej opowieści. Wcześniej nigdy nie byłem admiratorem tego wszystkiego, co jest związane z miastem — Barceloną, regionem — Katalonią, budowlami — Sagradą Familią i innymi jego dziełami — oraz nawet z samym twórcą tego całego „zamieszania”.
Do tej pory nie byłem i raczej nigdy nie będę miłośnikiem tego miasta, tego regionu z powodów jak najbardziej osobistych i, rzec by można — organicznych. Co więcej, nigdy do tej pory w tym mieście i regionie nie byłem, a czy będę — to się okaże. Jestem „zagorzałym” fanem innego miasta i innego regionu tego kraju. Jakim? O tym w innym miejscu.
Dlaczego w takim razie zajmuję się tym tematem, który nie jest mi szczególnie bliski, nie jest mi do niczego potrzebny, a na dodatek z powyższego powodu zajmuję się nim z delikatną dezynwolturą?
Otóż jest powód ku temu, jest powód i to tak ogromnie ważny, że na bok odkładam wszelkie miazmatyczne i nieistotne powody związane z tym miastem i regionem, ponieważ rzecz, o której chciałbym wam wszystkim czytającym te słowa opowiedzieć, jest tak doniosła, że aż mi „ręce drżą”, by wam to wszystko jakoś już teraz, w tym momencie, jakoś sensownie wyłożyć.
Pisząc to, mam już ogólny koncept tego, co będzie meritum mojej opowieści, ale cały czas zastanawiam się, jak to wam w jakiś strawny sposób przedstawić, by nie popaść w meandry niedbalstwa czy też ignorancji.
Dlatego też w tej mojej peregrynacji po najważniejszych „zakamarkach duszy” Antoniego Gaudiego będę posiłkował się napisaną przez Przemysława Słowińskiego biografią tego barcelońskiego geniusza architektury.
Jestem przekonany, że bez tej nawet ciekawej biografii i tak poradziłbym sobie z tym tematem — wcześniej miałem już ogólny pomysł na moje osobiste odniesienie się do tego zagadnienia, ale od strony faktograficznej jego książka jest bardzo dobrym merytorycznym uzupełnieniem.
W tym momencie chciałbym bardzo wyraźnie podkreślić, iż jest to tylko i wyłącznie uzupełnienie i w żadnym razie nie jest to jakieś marne naśladownictwo czy też plagiat biografii Gaudiego, a tylko i wyłącznie stanowi podstawę do mojego odniesienia się do tematu na zasadach prawa cytatu.
No dobrze, ale wracając do tematu mojej osobistej interpretacji tego wiekopomnego dzieła Antoniego Gaudiego, to chciałbym w tym wstępie zawrzeć jeszcze jedną bardzo ważną informację. Otóż książce tej postanowiłem nadać tytuł: „SAGRADA ZASADA” — co jest bardzo ważnym i niezwykle istotnym tropem wiodącym — tym razem — do moich zakamarków, nie tyle duszy, ale co ważniejsze, do mojej dotychczasowej twórczości.
Chciałoby się stwierdzić: w moim dorobku literackim, ale nie określiłbym mojego pisarstwa aż tak górnolotnie. Nie śmiem nawet porównywać się do największych geniuszy i artystów tego fachu. Jestem zaledwie skromnym wyrobnikiem, zaledwie amatorem słowa pisanego, ale coś jednak po sobie pozostawię, a czy jest to rzecz godna uwagi, czy też jakiegokolwiek zainteresowania — nie mnie o tym dywagować.
Jedno jest pewne w tym, co robię — robię to tak, jak tylko potrafię najlepiej. Robię to i piszę na tyle, na ile pozwalają mi moje umiejętności, ale piszę te moje książki, by dać świadectwo prawdzie.
Pewnie to za mało, pewnie nie raz popełniałem jakieś nieścisłości czy błędy, ale jest w tym tyle szczerej i nieprzymuszonej gorliwości, która trwa już ze mną ponad dwadzieścia pięć lat, że, jak sądzę, zniweczy ona wszelkie potencjalne krytyczne głosy.
Nie dbam o to, jaki będzie efekt mojej pracy, tak jak ów barceloński architekt nie dbał o to, jak pobieżne i dyletanckie będą oceny jego twórczości formułowane przez współczesnych mu ludzi. On to — bo o nim tu rzecz — nie przejmował się opiniami ówczesnych mieszkańców stolicy Katalonii. Nie dbał także o zdanie ludzi, którzy zamawiali u niego projekty kolejnych budowli. Projektował i budował to, co chciał, to, co mu w duszy grało, to, co zapewne sam widział w swoich wielobarwnych wizjach.
I to jest podstawowe kryterium, którym i ja także się kieruję. Jest to najczystsza z najczystszych prawd, którą się kieruję — dać świadectwo prawdzie. Prawdzie o tym, co kiedyś było wiadome, a dzisiaj jest niekoniecznie dobrze rozumiane. Więcej nawet — to, co dotyczy twórczości Antoniego Gaudiego, jest wręcz w dramatyczny sposób całkowicie niezrozumiałe.
Nie mam na to dowodów, ale moim zdaniem obecnie nikt — być może sto lat temu był ktoś, komu on się zwierzał — w swoich najśmielszych wyobrażeniach nie zdaje sobie nawet w jednym procencie sprawy z tego, z jakimi genialnymi dziełami mamy do czynienia.
Jest rzeczą oczywistą, że zgodnie z tytułem tej książki najważniejszym dziełem Gaudiego jest obecnie najwyższy kościół na świecie i na tym budynku skoncentrowana jest moja uwaga, ale i pozostałe obiekty, których był projektantem, są godne uwagi.
Są one osobliwym i komplementarnym uzupełnieniem jego planu. Powtórzę — PLANU. Planu budowy zaszyfrowanej informacji o czymś bardzo wyjątkowym, o czymś bardzo spektakularnym, co porównać można tylko do najgenialniejszych obiektów ludzkiej przemyślności, ze starożytnymi piramidami egipskimi na czele.
Z naturalnych powodów nie wymieniam wszystkich tych artefaktów — zajęłoby to zbyt wiele miejsca, jest to wszakże zaledwie wstęp do książki, ale jeśli ktokolwiek zapoznał się z moją dotychczasową bibliografią, to łatwo stwierdzi, jakie są jeszcze inne przykłady ludzkiej twórczości, które do tej pory pozostawały, zanim je odkodowałem, w mrokach ciemnoty i ignorancji.
Nie w tym rzecz. Wspominam o tym, ponieważ mam zamiar sukcesywnie, kiedy będzie ku temu odpowiedni czas, przypominać fragmenty moich dotychczasowych opracowań. Będą one dotyczyły poszczególnych zagadnień dotyczących twórczości Gaudiego i od strony formalnej stanowić będą faktyczne uzupełnienie omawianego tematu.
To chyba wszystko najważniejsze, co należałoby napisać jako wstęp do książki. Mam nadzieję, że wszystko, co dalej w poszczególnych rozdziałach znajdzie się na jej stronach, będzie stanowić asumpt do jak najbardziej radykalnych wniosków każdego z czytelników z osobna i in gremio także.
Jeśli chodzi o mnie, to moje wnioski zmaterializowały się zupełnie niedawno — tuż przed datą uroczystej inauguracji i poświęcenia wieży Jezusa Chrystusa (10 czerwca 2026), kiedy było o tym głośno we wszystkich mediach na całym świecie.
I już zupełnie na koniec chciałbym przedstawić sugestię, która moim zdaniem urasta do miana twierdzenia, iż to, co wszyscy określają mianem wieży Jezusa Chrystusa oraz z oczywistych względów całego kościoła Sagrada Familia, nie jest tym, za co powszechnie się je uważa. Ale o tym wszystkim opowiem w dalszej części tej książki.
Rozdział I Antoni
Na wstępie zasadniczej części tej książki chciałbym zaznaczyć, iż mój sposób narracji będzie bardzo specyficzny. Zgodnie ze sztuką pisarską będzie to narracja trzecioosobowa, ale zarazem i w tym tkwi to moje zastrzeżenie, będzie to narracja wszechwiedząca. Nie w tym sensie, że posiadam wiedzę o wszystkim i wszystkich, ale znalazłem w internecie bardzo dobrą definicję tej narracji, o jaką mi chodzi a będzie to taki sposób opowiadania historii, kiedy to „narrator zna myśli, uczucia i motywy wszystkich bohaterów”.
Spokojnie — jest to tylko definicja i nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że akurat ja, piszący te słowa sto lat po śmierci Gaudiego, znam myśli i uczucia wszystkich postaci z tamtego okresu. Byłaby to oczywista niedorzeczność, jednakowoż mam takie wrażenie, graniczące wręcz z pewnością, że znam myśli, uczucia i motywy głównego spiritus movens całego tego „zamieszania”. Jest to nadzwyczaj śmiała teza, na dodatek niepoparta jakimiś konkretnymi dowodami, ale na zasadzie analogii życiorysów Gaudiego oraz mojego, postaram się udowodnić, choć w minimalnym zakresie, że jednak takowa korelacja zachodzi.
O życiorysie barcelońskiego architekta wiadomo już prawie wszystko, natomiast jeśli chodzi o moją skromną osobę, to na mój temat mogę się tylko ja sam wypowiadać, z tego też powodu udowodnienie tej tezy będzie nadzwyczaj karkołomne, ale nie niemożliwe. Mam nadzieję, że wraz z rozwojem toku opowieści wszystko samo się wyjaśni.
W tym miejscu jednak dodać jeszcze muszę, że jeżeli chodzi o szczegóły mojego życiorysu, to pozostawię je poza głównym nurtem tej opowieści, uwypuklując jednakowoż zasadnicze punkty styczne z życiorysem Gaudiego, a to z tego powodu, że nie chodzi bowiem o pełną zgodność, tylko o zasadę.
„Paradoksalnie, narodzenie sztuki Gaudiego związane jest z jego chorobą. Od wczesnego dzieciństwa cierpiał na reumatyzm i zamiast chodzić do szkoły, zabijał nudę w domu, obserwując otaczający go świat. To dzięki temu właśnie wykształcił u siebie niesłychaną wyobraźnię, dzięki czemu, jako dorosły już człowiek, mógł stwarzać przełomowe projekty w architekturze. Wiele lat później doświadczenia te sformułował w swojej własnej definicji sztuki: „W naturze nie ma przypadków. Każda roślina rozwija się w funkcjonalny dla niej sposób”.
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strony 10—11.
Jeszcze raz powtórzę najważniejsze na ten moment przesłanie: nie chodzi tu w żadnej mierze o moją osobę a tylko i wyłącznie o stwierdzenie, że potencjalnie znam „myśli, uczucia i motywy” Gaudiego. W moim dzieciństwie także były momenty choroby, co prawda tylko momenty, ale jeśli chodzi o całą resztę — czyli chodzenie do szkoły, to u mnie przeważnie było „pod górkę”.
Żeby było jasne — nie siedziałem w domu i nie nudziłem się, ale ilość dni spędzona w szkole zdecydowanie odbiegała od normy. To po pierwsze. Jeśli chodzi o wyobraźnię, to jej mi nie brakuje — dowodem jest wszystko to co do tej pory, jako dorosły już człowiek, opublikowałem. To po drugie. No i w końcu ja także sformułowałem własną definicję, tylko że nie sztuki, ale inną, równie przełomową.
No dobrze, załóżmy, że tak było, no i cóż z tego faktu może wynikać? Ano może wynikać bardzo wiele ciekawych rzeczy. O jednej już teraz nieco więcej warto powiedzieć. Otóż sądzę, że ta wyobraźnia Gaudiego — ta uformowana w dzieciństwie — miała swoje, bardzo istotne drugie dno.
Aby to w jakiś zrozumiały sposób wyjaśnić muszę posłużyć się fragmentem mojej wcześniejszej książki, gdzie problematyka ta została dość dobrze zaprezentowana. Poniżej zamieszczony cytat pochodzi z mojej debiutanckiej książki: „Gloria olivae” będzie stanowił podstawę do wszystkich kolejnych wniosków, jakie będę chciał sukcesywnie w tej książce zamieszczać.
— — — — — — — — — — — —
„Hormony determinują odmienną męską i żeńską organizację mózgu w czasie jego rozwoju w łonie matki. […] Proces ten, w sensie dosłownym zmieniający umysł rozwijającego się osobnika, jest rezultatem tego samego zjawiska, które determinuje inne zmiany fizyczne — działania hormonów […]. Poziom tego hormonu jest w tym okresie czterokrotnie wyższy niż poziom, który osiągnie przez cały okres niemowlęcy i dziecięcy […]. Gwałtowny przybór hormonu męskiego występuje również w przełomowym momencie rozwoju osobnika płci męskiej w okresie dojrzewania […]. Wpływ hormonów na mózg jest dwustopniowy […]. Chłopcy nie najlepiej dają sobie radę w pierwszych latach szkolnych. Jednakże z nadejściem wieku dojrzewania gwałtownie przyspieszają. Wyniki w testach IQ wzrastają gwałtownie pomiędzy czternastym a szesnastym rokiem życia, podczas gdy wyniki dziewcząt wykazują tendencję do utrzymywania się na tym samym poziomie, a czasem się obniżają.”
cytat: Anne Moir, David Jessel, Płeć mózgu.
Jeśli jest prawdą to, o czym Moir i Jessel piszą, a jak dotąd nie spotkałem się z innym zdaniem na ten temat, to ich wniosek o deterministycznej roli genów i hormonów, a w szczególności testosteronu na mózg (co z kolei ma wpływ na płeć), stanowi punkt wyjścia dla wyjaśnienia meritum tego rozdziału.
Jak najdalszy jestem od deprecjonowania kobiecego IQ ani też nie jest moim celem antagonizowanie kobiet i mężczyzn, ale powodem, dla którego tak wyróżniłem te, a nie inne zdania, była tylko i wyłącznie chęć podkreślenia zasadniczego wpływu testosteronu nie tylko na wyraźny wzrost inteligencji, ale także na pewien ogromnie ważny „efekt uboczny” tego procesu.
Jak wynika z badań naukowych, mózg dorosłego człowieka może produkować nowe neurony. Wiemy, że w stadium rozwoju płodowego i w czasie dojrzewania najważniejszym stymulatorem tego procesu są hormony — głównie testosteron, który z kolei ma nierozerwalny związek z ruchem fizycznym (nasilenie neurogenezy u osobników mających dużo ruchu potwierdzone doświadczeniem z myszami).
I dalej, jak starałem się to udowodnić (bonobo) — jak najczęstsze, jak najdłuższe ograniczanie wpływu współczulnego układu nerwowego automatycznie zwiększa wpływ przywspółczulnego układu, co powoduje skutki podobne do wysiłku fizycznego.
Czy osiągnie się to poprzez bezpośrednią stymulację (onanizm), czy pośrednikiem tej stymulacji są wyobrażenia kobiety (figurki „Wenus”), czy będzie to wynikiem powstrzymywania się od ejakulacji (cała problematyka „Sybilli”), czy też dzięki ćwiczeniom jogi — której „walory” są bardzo różnorodne (stan mistycznej ekstazy), ma to swoje niebagatelne znaczenie. Notabene, ten jakże wstydliwy, lecz w określonych sytuacjach naturalny stymulator, tak skuteczny u bonobo i oczywiście u człowieka — onanizm, zauważalny jest nie tylko u tych dwu, zróżnicowanych pod względem IQ, gatunków.
Jeśli weźmiemy „pod lupę” pozostałe gatunki ssaków, to okaże się, że walenie (delfiny, humbaki, wieloryby), słonie, jak wskazują na to liczne dowody, zachowują się podobnie jak bonobo (oczywiście w znacznie bardziej symboliczny sposób). Ich inteligencja i więzi społeczne są wprost proporcjonalne do czasu, jaki poświęcają na „nieprzyzwoite” stymulacje.
Z tego wszystkiego wynika kolejny ciekawy wniosek. Człowiek czy też stworzenie, z którego ukształtował się człowiek, swoją pozycję na szczycie królestwa zwierząt zawdzięcza dobrodziejstwu akceleracji neurogenezy, natomiast „pośrednie etapy” ewolucji życia na Ziemi — zwierzęta, pozostały na swoich poziomach. Taka jest nienaruszalna konsekwencja logiki ewolucji i egzogeniczny imperatyw Opatrzności, której podlegamy.
Wracając jednak do wielce intrygującego „efektu ubocznego” neurogenezy, to jest nią cała sfera zagadnień związanych z: „anteną mózgową”, otwarciem „trzeciego oka”, „wizjami” z pogranicza życia i śmierci, fenomenem epifanii pierwszych patriarchów — są to namacalne dowody istnienia jaźni. Gdyby całą tę „menażerię” porównać do biegu rzeki, to nachalne i zgubne w swoich konsekwencjach „zaglądanie za kotarę” określiłbym jako skrajne brzegi tej rzeki, gdzie nurt wody zwalnia i gdzie zbierają się liście, odpadki i zwykły szlam.
Natomiast tę „Bożą niecierpliwość” można porównać tylko do niebezpiecznego i rwącego nurtu, gdzie płynącego czeka tylko poświęcenie i ciężka praca. „Wyróżnienie” to nie jest takie niemiłe sercu każdego z nich. Czasami jednak niegodziwość lub nieostrożność „pływaka” kończy się „utonięciem”. Przestrzegając „chińskiego przesłania” i postępując zgodnie z nakazami Pitagorasa, Mojżesza czy też Buddy, będziemy płynąć spokojnie w zgodzie z naszym przeznaczeniem.
Jak już wcześniej wspomniałem, Bóg-Stwórca, chcąc przyspieszyć czy też zmienić bieg naszej przysłowiowej rzeki — tym razem historii — czyni to za pomocą, umownie rzecz ujmując, „anteny mózgowej” (neurogeneza — wpływ testosteronu). Objawiło się to np. u Abrahama, Buddy i innych. Jezus i jego misja jest najdoskonalszym przejawem takiego wpływu Stwórcy na swe dzieło — człowieka.
Z książki Anne Moir wiemy, że neurogeneza u człowieka swoje apogeum osiąga w wieku płodowym i młodzieńczym. Czytając Ewangelię Nowego Testamentu, dowiadujemy się, że Maria, żona Józefa, za sprawą Ducha Świętego poczęła Jezusa (Łuk 1, 35 i dalej, gdy Jezus miał dwanaście lat, nauczał w Jerozolimskiej świątyni 1,42 i 1, 52).
Rozdział V jednoznacznie potwierdza tezę o tym, iż nie należy dosłownie, zdanie w zdanie, traktować tego, o czym jest mowa w tych celowo zaszyfrowanych księgach. Jeżeli przyjąć, że esseńczycy i pierwsi chrześcijanie to dwa różne „wcielenia” tej samej grupy ludzi, to należy przyjąć, że Nowy Testament również należy traktować symbolicznie, a nie dosłownie. Wynika to niezaprzeczalnie z „wiedzy tajemnej” sekt chrzcielnych.
Z tego wszystkiego wynika, że twórcy Ewangelii pisząc o wpływie Ducha Świętego na Jezusa, mieli na uwadze tylko i wyłącznie to, by przekazać nam informacje o „wpływie” Boga-Stwórcy na człowieka — w okresie płodowym i w czasie dojrzewania. To, że zostało nam to przekazane za pomocą takiej, a nie innej „opowieści” o Elżbiecie — matce Jana Chrzciciela i Marii — matce Jezusa, w żaden sposób nie deprecjonuje żadnej z tych godnych najwyższego szacunku niewiast, jednakowoż nic, co dotyczy ich macierzyństwa, nie ma potwierdzenia w prawdzie — jedyna prawda pochodzi od Boga (Objawienie świętego Jana 22, 18–19).
„Prorok nie był wtajemniczonym, lecz człowiekiem od urodzenia szczególnie obdarzonym w sprawach duchowych, człowiekiem, który słyszał głos Jahwe i obwieszczał ludziom to, co słyszy. Z pewnością istniało wielu proroków, jak również ludzi, których wypowiedzi weszły w skład Pisma Świętego. Tym, co ich łączyło, było poczucie, że zostali indywidualnie wybrani jako narzędzie ducha Jahwe — nie stali się widzącymi dzięki udziałowi w rytuale czy inicjacji, lecz zostali bezpośrednio wybrani przez Boga. Jak powiada Jeremiasz: Jahwe skierował do mnie swe słowo mówiąc: „Zanim ukształtowałem cię w łonie, znałem cię; zanim ujrzałeś światło dzienne, Jam cię poświęcił i ustanowił prorokiem narodów” (Księga Jeremiasza 1, 5).”
cytat: Andrew Welburn, Początki chrześcijaństwa.
Opatrzność Boska czuwała więc nad Jezusem — prorokiem był już od chwili swego poczęcia, zaś bezpośredni kontakt i wpływ na jego poczynania (dzięki „antenie mózgowej) Bóg-Stwórca miał podczas dwóch newralgicznych momentów „męskiego życiorysu”. Czy aby na pewno są dwa takie przełomy? Anne Moir dowodzi, że tak. Ja jednak twierdzę, a przykładem są „prawie” wszyscy mężczyźni znajdujący się w średnim wieku, że nie dwa, lecz trzy są takie momenty — co prawda, każdy z nich następuje z innym natężeniem i inny jest jego cel.
Ten średni wiek mężczyzny, gdzie to według przysłowia „Kiedy głowa siwieje, d… szaleje”, gdy po okresie zgodnej z naturą prokreacji (20–30 lat) krew ponownie zaczyna szybciej krążyć — to słynna czterdziestka — przełom, granica między młodością a starością. Zjawisko to ma niewątpliwie socjologiczne oraz fizjologiczne przyczyny, głównym „winowajcą” zaś tego „powtórnego poderwania się do lotu” jest testosteron.
I to właśnie dzięki temu hormonowi możliwy jest także „efekt uboczny” neurogenezy, czyli możliwość bezpośredniego kontaktu czy też wpływu Stwórcy na swe dzieło — człowieka.
„Liczba 40, reprezentująca pełnię, odgrywa szczególnie ważną rolę w Biblii. Pobyt Mojżesza na górze Synaj trwał 40 dni, podobnie zresztą jak pobyt Chrystusa na pustyni. Także Arka Noego przez 40 dni i nocy unosiła się na wodzie podczas potopu. 40 było również znaczącą liczbą lat — Żydzi spędzili 40 lat, wędrując przez pustynię, zaś rządy Dawida i Salomona trwały także 40 lat.”
cytat: Miranda Bruce-Mitford, Ilustrowana księga znaków i symboli.
Powstaje więc pytanie: dlaczego w Biblii liczba czterdzieści odgrywa tak ważną rolę? Czy i jaki może to mieć związek z Jezusem? Otóż ma i to zasadniczy. Biorąc pod uwagę to, jakie znaczenie ma dla człowieka, odpowiedź nasuwa się sama. Wiadomym jest, iż Jezus w rzeczywistości urodził się około 6 — 7 r. p.n.e. Jeśli więc Jezus, dostępując ostatecznego wtajemniczenia — chrztu w rzece Jordan, a później podążając drogą, którą powiódł go sam Bóg — miał 33 lata, to z sumy tych lat wynika, że w chwili swego ostatecznego przeznaczenia miał właśnie 40 lat. Ta czterdziestka z Biblii to fakty czy symbol?
A oto kolejna „ciekawa” liczba. W starożytnym Egipcie 4 ściany piramidy i piramidion, 4 płyty i daszek w komorach odciążających piramidy Cheopsa. W filozofii greckiej — 4 żywioły: powietrze Anaksymenesa, ogień Heraklita, woda Talesa, ziemia Demokryta i sfairos Empedoklesa. Doktryna 4 szlachetnych prawd i nirwana Buddy.
Chińska teoria pięciu pierwiastków — gdzie 4 odnosiły się do stosunków w rodzinie i między przyjaciółmi, tylko jeden — piąty — dotyczył stosunków między panującym a poddanym. Wszelakie święte góry z wyraźnie ukształtowanymi 4 ścianami. Światowid — 4-ścienny słup wapienny pokryty płaskorzeźbami, nakryty wspólnym kapeluszem. Mandala — 4 boki kwadratu, wpisanego w koło, gdzie to nakładające się na siebie trójkąty skierowane ku górze i ku dołowi tworzą piąty element. […]
„Delfy — dziś Kastri, siedziba słynnej starożytnej wyroczni Apollina. Nad pronaosem widniał napis — poznaj samego siebie oraz niczego za wiele. W adytonie oprócz trójnogu, na którym siadywała pytia, znajdował się słynny kamień uważany za pępek (omfalos) świata oraz posąg Apollina, sarkofag Dionizosa. Pytia — kapłanka Apollina, która udzielała przepowiedni. Pytie były wybierane przez kolegium kapłanów, wychowywały się od dzieciństwa przy świątyni. W czasie przepowiadania pytia zasiadała na trójnogu w adytonie świątyni, według starożytnych nad szczeliną, z której wydobywały się wyziewy z ziemi. Prawdopodobniejsze jest jednak, że w adytonie spalano odurzające kadzidła, pod których wpływem pytia wpadała w rodzaj ekstazy i wypowiadała luźne słowa, wykorzystywane przez kapłanów do uzyskania tekstu odpowiedzi. Sybilla — nazwa wróżek u różnych ludów starożytnych. O ich imionach, liczbie i pochodzeniu nie wiadomo nic pewnego. Platon mówi o jednej, Arystoteles i Arystofanes o kilku, w czasach Warrona znano ich dziesięć. Greckie Sybille związane były z kultem Apollina i przepowiadały zwykle w pobliżu jego wyroczni. Znano też Sybille rzymskie i hebrajską — Sabba, którą identyfikowano z jeszcze inną babilońską.”
cytat: Piszczek, Z. (red.). (1983). Mała encyklopedia kultury antycznej A-Z (Wyd. 5). PWN.
Zdolność udzielania przepowiedni, jaką miały Pytie, wcale nie była spowodowana wyziewami wydobywającymi się z głębi Ziemi, ani też nie uczyniły tego odurzające kadzidła. Ten stan zachwytu, uniesienia, czyli ekstazy, był od samego początku bardzo dobrze przemyślanym i zaplanowanym dziełem kapłanów, którzy wykorzystywali te dziewczynki, a później kobiety do swych niecnych czynów.
Dla człowieka ogromne znaczenie ma jego seksualność, a konkretnie wpływ testosteronu na mózg i fallusa. Moim zdaniem, nieustanna stymulacja narządów rozrodczych powoduje ponadnormalną pracę współczulnego układu nerwowego, a co się z tym wiąże — większe ukrwienie mózgu — co stanowi bezpośrednią przyczynę neurogenezy.
Naturalnym hamulcem przywracającym równowagę jest ejakulacja, po której aktywuje się przywspółczulny układ nerwowy — obniża się ciśnienie tętnicze, napięcie organizmu oraz poziom testosteronu, co prowadzi do chwilowego spadku pobudzenia i regeneracji układu nerwowego.
Neurogeneza jest efektem większego niż normalnie poziomu tych czynników, które stymulują neurony w hipokampie. Neuronalne komórki macierzyste mogą dać początek neuronom we wszystkich regionach mózgu, włącznie z korą.
Przeciętnego człowieka mającego co jakiś czas kontakty seksualne można porównać do wody wypływającej z tamy, która obniża jej poziom (obniża poziom napięcia układu nerwowego, ciśnienie i testosteron). Zwiększając ten poziom poprzez nieustanną stymulację, powoduje, że woda w tym zbiorniku przelewa się obrzeża — co skutkuje neurogenezą. Jednakże co jakiś czas napięcia te są niwelowane poprzez prokreację.
Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby stan tego napięcia — nieustannego pobudzenia seksualnego — wydłużyć w nieskończoność i nie likwidować go działaniem współczulnego układu nerwowego. Taki stan nieustannego napięcia porównałbym do ogromnego wodospadu, który powodowałby nie tylko neurogenezę, ale w efekcie doprowadziłby organizm i cały układ nerwowy do ekstazy — uniesienia, zachwytu.
Taką ekstazę można porównać tylko do orgazmu, jaki każdy „dorosły” już czytelnik (nieistotne, czy podczas stosunku seksualnego, stymulacji czy polucji) przeżywał. Jak wiadomo, takie szczytowanie trwa kilka, kilkanaście sekund. Brak takich naturalnych hamulców może spowodować najpierw strumyk, później rzekę, a w końcu nigdy niekończącą się kaskadę nieustannego niezaspokojenia seksualnego, które w konsekwencji prowadzi do ekstazy.
Jakie mogą być skutki takiej ekstazy, można się przekonać właśnie na przykładzie kapłanek apollińskich wyroczni. Dziewczynki te, a później kobiety, nie były „wychowywane” w tych świątyniach, ale trzymane niczym zwierzęta w zoo i wykorzystywane przez kapłanów do „przepowiadania” przyszłości.
„Delfy były zamieszkane w większości przez drobnych przekupniów i handlarzy dewocjonaliami, żerujących na naiwności pielgrzymów. Na wielką skalę wyzysk ten uprawiali kapłani, którzy opierali swe wpływy na szeroko wykorzystywanej służbie informacyjnej, służącej celom politycznym. Wpływ polityczny wyroczni delfickiej oraz płynące z niej dochody budziły w okolicznych miastach-państwach chęć ogarnięcia świętym okręgiem, co w rezultacie doprowadziło do powstania tzw. Amfiktionii Delfickiej, która w obronie interesów sanktuarium prowadziła trzy święte wojny.”
cytat: Piszczek, Z. (red.). (1983). Mała encyklopedia kultury antycznej A-Z (Wyd. 5). PWN.
Nie było to żadne przepowiadanie przyszłości, lecz według mojego rozumowania efekt szczególnego procesu przekształcania się mózgu kapłanki w „antenę mózgową”, dzięki czemu możliwe było „podglądanie Boga” — czyli „telepatyczny kontakt z jaźnią”. Taki też był cel deformacji czaszek ludzkich przez „człowieka przedpotopowego”.
Czym to się skończyło — już wiemy. Zauważmy, że te „wychowywane” dziewczynki mogły opuścić świątynię dopiero wtedy, gdy ich przydatność (niższy poziom hormonów) nie była już zbyt duża. Kobiety te musiały poddać się rygorowi abstynencji płciowej, co w tej ogólnej atmosferze pożądania i niezaspokojenia seksualnego niejednokrotnie skutkowało onanizmem i lesbijstwem — w tych warunkach było to rzeczą całkowicie zrozumiałą.
Aby wydobyć z pytii zdolności paranormalne, były one odseparowywane nawet od swoich towarzyszek losu. Wszystko to, o czym tutaj piszę, ma ogromnie ważne znaczenie dla zrozumienia całej problematyki kontaktów człowieka poprzez „antenę mózgową” nie ze starcem z siwą brodą, ale z substancją niematerialną, nieskończoną, nieokreśloną — strumieniem myśli — Jaźnią.
Tylko dzięki seksualnej wstrzemięźliwości mogła nastąpić drożność kanałów „anteny mózgowej” łączącej człowieka z Bogiem. Wykorzystywali to ludzie z „epoki przedpotopowej”, a także, bardziej lub mniej świadomie, kapłani wszystkich cywilizacji, kultur, religii — od kapłanów Sumeru, Egiptu, Chin, Afryki (Zimbabwe), obu Ameryk (Indianie Anasazi, Hopewell, Majowie, Inkowie).
Żeby wymienić wszystkich, zabrakłoby stron w tej książce, dlatego też tak ważny jest 71 fragment pism Heraklita: „Należy mieć na uwadze człowieka, który zapomina, dokąd wiedzie droga”.
Są to ci wszyscy, którzy sprzeniewierzają powierzone przez Boga tajemnice (podglądają Boga) dla korzyści materialnych (delficcy kapłani), z ciekawości (eksperymenty z NDE) czy też dla zaspokojenia żądzy posiadania wiedzy, która może być narzędziem władzy. Czym to się kończy? Szaleństwem lub „potopem”. Czyż nie mogłaby to być „płynąca spokojnym nurtem rzeka” powolnego i naturalnego wzrostu poziomu inteligencji (neurogenezy), jak to do tej pory się odbywa?”
— — — — — — — — — — — —
No dobrze, na razie dość tych cytatów. Zapewne wprowadziły one dużo zamieszania w tok dotychczasowej opowieści o zdecydowanie innej tematyce. Co może mieć wspólnego wszystko to, co powyżej w tych dwóch cytatach z innej książki jest zawarte z biografią młodzieńczych lat Antoniego Gaudiego? Jest to kardynalnego znaczenia pytanie, ponieważ odpowiedź na nie będzie miała daleko idące konsekwencje.
Czas na pierwsze wnioski. Sądzę, że ponadprzeciętny poziom wrażliwości estetycznej oraz jego wyobraźni ukształtował się już w dzieciństwie. Jakie były tego przyczyny? Powyższe cytaty starają się to wyjaśnić, jednakże, aby ten temat właściwie zrozumieć, dodam od siebie, że było to skutkiem jego perypetii związanych z chorobą w okresie dzieciństwa, które stały się przyczynkiem do ponadprzeciętnego wzrostu wyobraźni.
Nie stało się to samo z siebie, nie był to skutek siedzenia w domu i patrzenia w okno, ale należy to powiązać z tym wszystkim, co jest związane z neurogenezą, jaka ma miejsce w wieku dojrzewania młodego organizmu. Tutaj od razu należy to powiązać z faktycznym odosobnieniem i wyobcowaniem podobnym do antycznych Sybilli z wyroczni Apollina.
Jest to ze zrozumiałych względów niezwykle kontrowersyjna przesłanka, by to twierdzić, ale faktem jest, że to w latach młodzieńczej „samotności” ukształtował się artystyczny potencjał architekta z Barcelony. Tutaj, moim subiektywnym zdaniem, ma znaczenie jeszcze jeden ważny element tej całej układanki, a mianowicie jego profil psychofizyczny.
Nie mam zupełnej pewności, jaki był rzeczywisty profil psychofizyczny Gaudiego, jednak na podstawie dostępnych przesłanek mogę przypuszczać, że część jego trudności mogła mieć związek z cechami przypisywanymi łagodniejszym formom zespołu Aspergera (często określanym dawniej jako autyzm wysoko funkcjonujący).
Cechy te bywają trudne do zauważenia, ponieważ osoby nimi obdarzone zazwyczaj dobrze funkcjonują w codziennym życiu, choć mogą doświadczać subtelnych trudności w relacjach społecznych i komunikacji, niejednokrotnie ukrywanych poprzez tak zwane maskowanie.
Jest to zaledwie prolog opowieści o Antonim Gaudim, dlatego nie rozwijam jeszcze tego tematu do bardziej szczegółowych wniosków. Kolejne etapy jego biografii mogą jednak dostarczyć przesłanek do dalszych rozważań nad jego profilem psychofizycznym. Jest to również dobry moment, aby uwypuklić podobieństwo, jakie potencjalnie może łączyć główną postać tej książki z jej autorem.
Mam tu na myśli przede wszystkim moje własne trudności w zakresie umiejętności interpersonalnych, a raczej ich ograniczenia, choć nie jest to obecnie najważniejszy temat tych rozważań.
„Kolebką wielkich ludzi bywają często skromne domy. Antoni Gaudi urodził się w rodzinie o tradycjach rzemieślniczych. Jego pierwszym męskim, udokumentowanym w Katalonii przodkiem był niejaki Joan Gaudi, emigrant z Auvergne, z południa Francji, który w latach 30. XVII wieku zarabiał na życie jako wędrowny kupiec w regionie Camp de Tarragona. […]
Tam właśnie, w Riudoms, Joan poznał śliczną Marię Escurę, która także miała prowansalskie korzenie, i w 1634 roku pojął ją za żonę. […] Większość potomków Marii i Joana stanowili rolnicy, lecz późniejszy architekt Antoni Gaudi urodził się w rodzinie, która z obydwu stron pochodziła z długiej lini kotlarzy. W 1843 roku jego ojciec Francesc Gaudi, urodzony w Riudoms w 1813 roku, syn i wnuk kotlarza, pojął za żonę Antoninę Cornet i Bertran — tak jak on mającą ojca i dziadka kotlarza. To był dobry zawód, a parający się nim rzemieślnicy dbali o ducha cechu i w pewny sensie uprawiali endogamię”.
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strony 42—43.
Wszyscy jego bezpośredni przodkowie byli rzemieślnikami. Z tego wynika, że zamiłowania artystyczne oraz — z oczywistych względów — wyższe wykształcenie w tej rodzinie były raczej niespodzianką. Można uznać za prawdopodobne, że ze względu na środowisko rodzinne i tradycje zawodowe młody Gaudi mógłby w przyszłości zostać rzemieślnikiem. Powie ktoś, że niekoniecznie, zawsze zdarzają się wyjątki. Obecnie w naszych czasach to norma — wykształcenie i proweniencja rodziców nie determinują przyszłości dziecka, ale ponad sto lat temu było to raczej powszechne.
Czemu zatem należy zawdzięczać takie, a nie inne skłonności artystyczne oraz poziom inteligencji, który zaowocował tak fenomenalnym efektem? Sądzę, że należy w tym wszystkim uwzględnić ów samotniczy (delficki) oraz egzogenny (neurogeneza) wpływ transcendencji na młody jeszcze wtedy umysł Antoniego. Jest to znowu karkołomna teza, niepoparta żadnym dowodem, ale jak mówi pewien ogólnie znany zwrot z Ewangelii św. Mateusza: „po owocach ich poznacie”.
Dlaczego przytoczyłem ten epizod z biografii naszego głównego bohatera? Ano po to, by wprowadzić do tych rozważań inną perspektywę poznawczą. Nie wszystko bowiem na tym świecie daje się wyjaśnić wyłącznie za pomocą rozumu i metod naukowych. Istnieje również cała sfera doświadczeń i sposobów poznania, która wymyka się ścisłym badaniom analitycznym. Można ją opisać wieloma różnymi nazwami: intuicją, doświadczeniem wewnętrznym, wglądem, kontemplacją, mistycyzmem, duchowością, świadomością, doświadczeniem transcendentnym czy poznaniem symbolicznym.
Wypada w tym miejscu dodać, iż podobnego typu „perypetie” związane z brakiem wykształcenia oraz zdecydowanie nieartystycznymi zamiłowaniami rodziców, a także i wcześniejszych przodków stały się również moim udziałem. W mojej rodzinie próżno szukać osoby, która cokolwiek miałaby wspólnego z działaniami artystycznymi, a jednak jakimś cudem po okresie jałowej edukacji doznałem „olśnienia” i zamiast wykonywania swojego robotniczego zawodu, zająłem się pisaniem książek. Lepszych czy gorszych — to nieistotne w tym momencie, ale jedno jest ważne, nie jest to przypadek, lecz wynik takich samych jak u Gaudiego endogennych oraz egzogennych przyczyn.
„W nowym domu małżeństwa Gaudi-Cornet los od początku przynosił więcej łez niż radości — dwoje ich pociech zmarło we wczesnym dzieciństwie. Ale porzekadło mówi: »Jest czas łez i czas radości, czas smutku i czas zabawy«… Ostatniemu ich dziecku, Antoniemu, przeznaczone było przeżycie rodziców i zawładnięcie wyobraźnią pięciu kontynentów. Pierwsze dziecko państwa Gaudich, urodzona w 1844 roku córka Rosa, była słabego zdrowia. Przeżyła 35 lat. W roku 1845 przyszła na świat ich druga córka, Maria, która zmarła w 1850 roku. W tym roku zmarło też ich trzecie dziecko — dwuletni syn Francesc.
Czwarte dziecko, chłopiec, któremu również nadano to imię, urodził się w 1851 roku. Miał być wielką nadzieją rodziny na przyszłość, lecz tak się nie stało. Skończył studia medyczne, jednak zmarł w wieku 25 lat. Piąte dziecko, urodzony w 1852 roku syn Antoni, od początku było chorowite. W połowie XIX wieku duża śmiertelność wśród noworodków nie była w europejskich domach niczym niezwykłym. Jednak mimo wszystko, utrata czworga dzieci w jednej rodzinie nie była czymś powszednimi — jak łatwo sobie wyobrazić– wpłynęła na atmosferę panującą w domu.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 44
Zamieszczam ten cytat w konkretnym celu — by tym sposobem podkreślić, zdecydowanie samotniczy charakter młodego Antonia oraz nieustanny stan zagrożenia życia, który musiał mieć wpływ na jego stan umysłu. Jak to wcześniej w cytatach z mojej książki: „Gloria olivae” unaoczniałem, mogło to mieć wpływ na wzrost jego potencjału intelektualnego.
W tym miejscu od razu koniecznie muszę wspomnieć o moim domu rodzinnym. Był on zupełnie podobny.
Także jestem najmłodszym dzieckiem w wielodzietnej rodzinie, z tym jednak zastrzeżeniem, że ta koszmarna śmiertelność naszą rodzinę omijała. Tak jak w przypadku Gaudiego nastąpiła strata naszej „nadziei na przyszłość”, jednak już w starszym wieku.
Jak na to wskazują obecne badania naukowe, najstarsze dzieci w wielodzietnej rodzinie charakteryzują się wyższym ilorazem inteligencji, natomiast najmłodsi mają tendencję do bycia bardziej kreatywnymi, towarzyskimi i odważnymi. Nie jest to reguła, ale w przypadku Gaudiego zapewne miała zastosowanie. W mojej rodzinie także. Taka ciekawostka.
„Pierwszy rok nauki u pijarów kosztował młodego Antoniego Gaudiego wiele łez i wysiłku. Oblał kilka egzaminów, z niektórych przedmiotów otrzymywał słabe oceny. Geometria była jedyną dziedziną, w której celował…
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 54.
Moje świadectwo z ostatniej klasy szkoły podstawowej nie było rewelacyjne, a już to z drugiej klasy szkoły średniej wręcz fenomenalnie słabe… Nie licząc faktu, że szkołę średnią ukończyłem w wyjątkowo długim czasie… Nie dlatego że byłem beznadziejnym przypadkiem edukacyjnym tylko dlatego, że w moim umyśle nastąpił etap totalnej flauty i nie chciało mi się uczyć…
„Naturalną konsekwencją słabego zdrowie Antoniego była konieczność częstego rezygnowania z zabaw z rówieśnikami. To wzmacniało zmysł obserwacji. […] Gdy tylko czuł się dobrze, Antoni lubił wybierać się na piesze wycieczki poza miasto, by oglądać ruiny starych pieców hutniczych z czasów rzymskich…[…]
Osamotniony Antoni szybko odnalazł świat marzeń, który harmonizował z pięknem i różnorodnością przyrody.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 55.
Jeśli chodzi o autora tej książki, to i on także chadzał na piesze wycieczki, a że odbywały się one w czasie gdy wszyscy jego koledzy i koleżanki ze szkoły przebywali wtedy na zajęciach lekcyjnych — to i cóż z tego… Także i u niego wyobraźnia miała priorytet…
„Lata, w których Antoni Gaudi męczył się w szkole średniej, były okresem długotrwałych niepokojów i przemian społecznych. Tamte wydarzenia, szczególnie dwa lub trzy z nich, rozpatrywane z perspektywy półtora wieku, okazały się znaczące.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 60.
To wprost niewiarygodne jak te lata młodego Gaudiego były podobne do młodzieńczych lat autora tej książki. Żeby nie być gołosłownym, powiem tylko jedno i to powinno wystarczyć za cały komentarz, akurat do szkoły średniej uczęszczałem do szkoły średniej w czasie długotrwałych niepokojów społecznych, jakie miały miejsce na przełomie lat osiemdziesiątych, dwudziestego wieku. Poniżej, przełomowe daty.
Wybuch strajków robotniczych, jakie miały miejsce wtedy jeszcze w komunistycznej Polsce (1980 rok). Wprowadzenie stanu wojennego, który spacyfikował nadzieje społeczeństwa na jakiekolwiek demokratyczne zmiany (1981 rok). Zniesienie stanu wojennego, niestety niezakończone jakimikolwiek zmianami. (1983 rok).
No i cóż szanowni czytelnicy powiedzą na tę niespodziewaną korelację biografii Gaudiego oraz autora tej książki? Kolejnym etapem w biografii naszego głównego bohatera tej książki były studia w Escola Provincial d’Arquitectura.
„Student Antoni Gaudi nie zaliczał się bynajmniej do najlepszych studentów Escola Provincial d’Arquitectura, chociaż zdobyta tam wiedza stała się w przyszłości solidną bazą jego pracy. Przy okazji ujawniła się jednak nie tylko fascynacja młodego studenta budownictwem, ale również niesamowity upór i samowola. Dyrektor szkoły, Elias Rogent i inni profesorowie dostrzegli niewątpliwy talent Gaudiego, jednak jego wojowniczy styl bycia nie zawsze zjednywał mu przyjaciół.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 82.
Zamieszczam ten cytat, w którym dowiadujemy się o kolejnym ważnym momencie w życiu Gaudiego, nie bez powodu. Jak już cały czas staram się to udowodnić, większość, jeżeli nie wszystkie poprzednie elementy w jego biografii, w jakiś zadziwiający sposób były identyczne z moim. Oczywiście można to uznać za dość szczególny rodzaj przypadku, ale ja sam do tej pory w delikatnej rozterce odkąd po raz pierwszy zapoznałem się z książką Przemysława Słowińskiego zaledwie kilka dni temu i stwierdziłem, że jednak jest to fenomenalna koincydencja. Tak, bezdyskusyjnie.
Kolejnym dowodem na to jest ostatni cytat. Nie jest moim celem na siłę przypasowywać do siebie obu życiorysów ani tym bardziej manipulować faktami, ale fakty mają to do siebie, że można je poddać weryfikacji i wtedy wyjdzie na jaw prawda lub fałsz, prawda lub próba manipulacji z mojej strony.
By zadość uczynić wszelkim potencjalnym zarzutom, co do prawdziwości moich słów, gotów jestem poprzeć je dowodami w postaci dokumentów, które posiadam. Na ten moment jednak każdemu z czytelników musi wystarczyć moje zapewnienie, że piszę prawdę — choć oczywiście na zasadzie ograniczonego zaufania.
No dobrze, ale co z tym ostatnim cytatem? W moim życiorysie, po ukończeniu szkoły średniej nastał czas rozterki — cóż robić dalej? O studiach raczej nie było mowy, ale kolejnym krokiem w mojej edukacji było intensywne szkolenie. Zdobyłem formalne kwalifikacje zawodowe, które stały się solidną bazą mojej przyszłej pracy. Przyjaciół też raczej nie miałem — ale to już taki mój styl bycia. No dobrze, ale ta książka nie jest o mnie, tylko o Antonim.
„Przez jakiś czas udawało się Gaudiemu unikać obowiązkowej służby wojskowej. W końcu jednak, w lutym 1875 roku skierował do władz uczelni prośbę o przełożenie zaległych egzaminów na termin późniejszy. Armia nie dawała się dłużej zwodzić… Został przyjęty do pułku piechoty.” […] Po zdaniu zaległego egzaminu z teorii sztuki Gaudi powrócił do studiowania. Rok akademicki 1876/1877 miał wymagać od niego jeszcze większego wysiłku.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 87.
Tak się przypadkiem zdarzyło, że i ja po próbie uniknięcia obowiązkowej służby wojskowej, (ze względów zdrowotnych), zostałem w końcu skierowany do „Armii” i zostałem wcielony do pułku (6 Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Pile), po Szkole Młodszych Specjalistów w Dęblinie. Byłem także w podobnym do Gaudiego wieku (miałem wtedy 22 lata).
Na dodatek okres mojej służby wojskowej trwał dokładnie 20 miesięcy — z powodu wyrównywania roczników absolwentów owej szkółki meteorologicznej. Jeśli założyć, że rok akademicki zaczyna się wraz z początkiem jesieni, (a tak obecnie jest — jest to październik), to jakby nie liczyć to od lutego 1875 do początku roku akademickiego 1876/1877 jest dokładnie 20 miesięcy… Może się mylę? Na wszystko mam dowód w postaci mojej książeczki wojskowej…
„Minęło kilkanaście miesięcy i w lecie 1876 roku na rodzinę Gaudi-Cornet spadło nieszczęście. Pierwszego lipca Francesc Gaudi i Cornet zmarł nagle w wieku 25 lat, nie zdążywszy nawet rozpocząć na dobre obiecującej kariery w zawodzie lekarza. Nie istnieje żaden zapis określający przyczynę śmierci. Jego matka wkrótce ciężko zachorowała i dwa miesiące później, 8 września, zmarła z głębokim żalem w sercu, przeżywszy 63 lata. Antoni z trudem radził sobie z wszechogarniającym przygnębieniem…”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 93.
Kolejny przykład koincydencji w biografii Gaudiego oraz autora tej książki, z tym jednakowoż zastrzeżeniem, że nie była już tak dokładna (nie w tak młodym wieku „wielkiej nadziei rodziny na przyszłość”), oraz nie w tej samej kolejności. Nie mam zamiaru rozwijać tego tematu, ponieważ jest to zbyt traumatyczny i osobisty problem.
Tym niezwykle dramatycznym momentem w życiu Antoniego Gaudiego chciałbym zakończyć rozdział poświęcony jego młodości. To właśnie w takich chwilach — gdy człowiek doświadcza cierpienia, samotności i utraty — najpełniej ujawnia się jego prawdziwa natura.
Być może właśnie wtedy kształtuje się to, co później świat nazywa talentem, powołaniem lub geniuszem. Czy wszystkie przedstawione przeze mnie podobieństwa między biografią Gaudiego a moją własną są jedynie zbiorem przypadkowych zbiegów okoliczności?
Każdy czytelnik ma prawo odpowiedzieć na to pytanie według własnego przekonania. Ja natomiast uważam, że liczba tych koincydencji jest już na tyle duża, iż trudno przejść obok nich obojętnie. Nie traktuję ich jako dowodu, lecz jako przesłankę skłaniającą do dalszych poszukiwań.
W kolejnych rozdziałach podobnych punktów stycznych będzie jeszcze więcej. Dopiero wtedy będzie można ocenić, czy mamy do czynienia z grą przypadku, czy też z pewną prawidłowością, która — choć trudna do uchwycenia metodami naukowymi — pozostawia po sobie wyraźny ślad w ludzkich biografiach. To właśnie ten ślad będę starał się dalej tropić.
Rozdział II Gaudi
Pierwsze rozdziały życia Antoniego Gaudiego można porównać do fundamentów budowli. Nie są one jeszcze widoczne dla przechodnia, lecz to właśnie od nich zależy wszystko, co powstanie później. Choroba, samotność, trudności szkolne, skromne pochodzenie, atmosfera domu rodzinnego oraz dramatyczne doświadczenia młodości — wszystkie te elementy ukształtowały człowieka, który dopiero miał objawić światu swój niezwykły talent.
Na tym jednak podobieństwa się nie kończą. Przeciwnie — odnoszę wrażenie, że dopiero od tego momentu zaczynają układać się w coraz bardziej zaskakującą sekwencję zdarzeń.
Przechodząc do kolejnych etapów biografii Gaudiego, będę konsekwentnie zestawiał je z odpowiadającymi im wydarzeniami z własnego życia. Nie po to, aby udowadniać, że nasze losy były identyczne — byłoby to oczywistą przesadą — lecz dlatego, że uderzająca liczba analogii domaga się przynajmniej próby wyjaśnienia.
Czy jest to tylko przypadek? A może istnieją w ludzkich biografiach pewne powtarzalne schematy, które ujawniają się szczególnie wyraźnie u ludzi obdarzonych ponadprzeciętną wyobraźnią? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że od tego miejsca podobieństwa stają się jeszcze bardziej konkretne i łatwiejsze do zweryfikowania.
Młody Antoni kończy okres dojrzewania i wkracza w dorosłość. Rozpoczyna się czas pierwszych samodzielnych decyzji, pierwszych sukcesów, pierwszych rozczarowań i pierwszych spotkań z przeznaczeniem. Właśnie ten etap jego życia będzie przedmiotem dalszych rozważań.
„15 marca 1879 roku obronił dyplom. Jednak otrzymał ocenę najniższą z wystawianych na uniwersytecie.
Podczas egzaminu końcowego, który zdał nie jednomyślnie, lecz większością głosów, dyrektor Rogent wypowiedział pamiętne słowa:
— Panowie, stoimy przed obliczem geniusza lub szaleńca.
— No to chyba jestem architektem — odpowiedział z ironią Antoni.
Chociaż swojej kariery nie rozpoczął od rewolucyjnego przewrotu, Gaudi szybko oddalił się od utartych ścieżek akademickiego stylu architektonicznego swoich czasów.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 94.
Doskonale pamiętam moment podjęcia decyzji o napisaniu swojej pierwszej książki, której notabene pierwsze dwa cytaty wcześniej już tu przedstawiłem w pierwszym rozdziale. Pamiętam także, jak ogromne zaskoczenie i zdziwienie wywołała ta informacja w chwili, kiedy przekazałem ją moim najbliższym. Tak, niewątpliwie musiały przemknąć im przez moment te same myśli, które wyrażały słowa wypowiedziane przez dyrektora uczelni, do której uczęszczał Gaudi. Zresztą, czy to aż tak ważne, czy takie same myśli, czy nie, ważne, że była to totalna niespodzianka. Jednego tylko mogę być pewien, że także i ja podchodziłem do tego w tamtym czasie z ironią…
„Widział potrzebę dokładnego rozważenia każdego szczegółu projektu, którym się zajmował, i przewidywania każdej trudności, jaka mogłaby się w nim pojawić, ponieważ lenistwo jest przypadłością bardziej intelektualną niż fizyczną i mistrz budowlany nie powinien liczyć na to, że jego pracownicy podejmą trud myślenia. Doszedł też do tego, że nie w pełni ufał książkom, szybko wynajdując nieścisłości, błędy lub fałsz. Powtarzał często: „Rzadko znajduje się w książce to, czego się szukało, a gdy to znajduje, zwykle okazuje się, że to błąd”. W rezultacie kończyło się tak, że obmyślał wszystko po swojemu.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 99.
Jest mi trochę niezręcznie zamieszczać aż tyle cytatów z czyjejś książki. Zapewne każdy, kto dotarł do tego miejsca ma już przesyt tych informacji, do których doklejam swój komentarz, ale niestety jestem do tego zmuszony koniecznością przedstawienia faktów z najbardziej w tym momencie dostępnego mi źródła, jakim jest książka Przemysława Słowińskiego. Jak inaczej, niż zamieszczając potwierdzone przez bibliografię dowody, mam się odnieść do mojej głównej tezy mówiącej o tożsamości biografii barcelońskiego architekta z biografią autora tej książki?
Nie sposób postępować inaczej, dlatego też zmuszony jestem zaufać cierpliwości czytelników i dalej zamieszczać konkretne, interesujące mnie fragmenty z książki, która jest w tym momencie dla mnie nieocenionym źródłem wiedzy, więcej nawet — doskonałym źródłem.
Jeśli chodzi o tę konkretną reminiscencję ze sposobu pracy twórczej Gaudiego, to mogę tylko ze zdumieniem, a zarazem z całkowitą pewnością stwierdzić, iż mój sposób selekcji materiału, którego użyłem do mojej pierwszej książki miał podobną genezę.
Dodam tylko, gwoli ścisłości, iż w trakcie moich około czteroletnich przygotowań i szukania odpowiedniego materiału bibliograficznego, którego użyłem do egzemplifikacji moich przemyśleń, „przekopałem” całą masę literatury oraz czasopism popularnonaukowych z wielu różnych dziedzin.
Zajęło mi to wiele czasu nie dlatego, że wynikało to z mojego sposobu pracy, ale dlatego, że by dokładnie i rzetelnie udokumentować swoje tezy główne zawarte w książce, musiałem zapoznać się z ogromnym „morzem” informacji, które następnie musiałem poddać starannej selekcji, oddzielając treści istotne od nieistotnych. Ostatnie zdanie powyższego cytatu stanowi swoistą sentencję całej mojej pracy nad debiutancką książką.
„Po śmierci matki siostra Antoniego, Rosa, stała się jedynym żyjącym żeńskim potomkiem rodziny Gaudi i Cornet. Była najstarsza i od urodzenia chorowita. Wyszła za mąż — jak wspomniano wcześniej — za ubogiego muzyka, który polubił cygański styl życia i nadużywał alkoholu. Nie jest jasne, czy w końcu wykończyła go gorzałka, czy pewnego dnia zniknął z rodzinnej sceny. Pierwsze dziecko zawsze obciążone jest oczekiwaniami rodziców, na nim także skupiają się ich rozczarowania. A Rosa Gaudi de Egea, poddając się ufnie losowi, zmarła w 1979 roku w wieku zaledwie 35 lat, pozostawiając trzyletnią córkę, także noszącą imię Rosa. Opiekę nad dziewczynką mogliby teraz przejąć tylko dziadek Francesc i jego syn, dwudziestoletni wówczas Antoni.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 109.
To kolejny fragment z biografii Gaudiego oraz kolejne podobieństwa, które różnią się jedynie szczegółami. Nie mam zamiaru aż nazbyt dokładnie opowiadać o niuansach mojej rodziny, ponieważ nie są to wiadomości do poddawania ich publicznej wiwisekcji. Powiem krótko — większość z tych informacji dotyczących starszej siostry Gaudiego jest zbieżna z ogólną charakterystyką mojej żyjącej, (niech żyje sto lat!), siostry.
„Miłość do kobiety jest śmiercią mądrości — mówi stare perskie przysłowie. Kropla miłości znaczy więcej niż ocean rozumu — stwierdził francuski matematyk, fizyk i filozof Blaise Pascal. […] Tak, tak, prawdziwa miłość uderza w człowieka, jak piorun, ale często zostaje z niej później tylko garstka popiołu. Tak właśnie stało się w przypadku Gaudiego. Możliwe, że gdy Antoni oświadczył się Josefie Moreu, ta piękna kobieta wciąż uwikłana była w przeciągający proces rozwodowy z pierwszym mężem, niejakim Antonim Palau, pochodzącym z nadmorskiej miejscowości Calella, leżącej około dwudziestu kilometrów na północ od Mataró.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 114.
I znów muszę zastrzec sobie prawo do zachowania prywatności tych informacji — jedno w tym momencie jest istotne — dla mnie ta znajomość była i nadal pozostaje najważniejszą relacją z kobietą w moim życiu. I nic już tego nie zmieni. Bardzo ciekawa jest nazwa miejscowości pochodzenia pierwszego męża Josefy… jak bardzo jest ona podobna do tej rzeczywistej z biografii autora tej książki…
„W każdym razie Josefa, którą czule zwano Pepetą, była dużo młodsza od Gaudiego i piękna: szczupła, „z czerwonozłotymi włosami, koloru prawie mahoniowego, o niecodziennej urodzie” — jak opisywał ją bratanek Enric Moreu-Rey. Jej atrakcyjność fizyczną uzupełniała olśniewająca osobowość, połączona z eleganckimi manierami i nowoczesnym sposobem bycia. Josefa Moreu była świetną pływaczką i często popisywała się na plaży swoimi umiejętnościami, co w tamtych czasach, mimo że kostiumy kąpielowe sięgały do kolan, powodowało, iż w oczach konserwatywnej części społeczeństwa, postrzegana była jako zuchwała bezwstydnica. Poza tym grała na fortepianie, potrafiła nieźle śpiewać i znała francuski.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strony 114—115.
Wszystko, co zawarte jest w tym cytacie, mógłbym odnieść do mojej byłej znajomości, (ale nie powtórzę z oczywistych dyskrecjonalnych względów), z tą jednak różnicą, iż nie była ona dużo młodsza ode mnie, a znajomość języka również nieco odbiega od prawdy — ponieważ chodzi o język angielski…
„Kiedy Antoni rozpoczął samodzielną pracę, poprawiła się jego sytuacja finansowa. Zaczął nosić dobrze skrojone garnitury i palić długie cygara. Był dobrze zbudowany, średniego wzrostu, a jego głowa przypominała głowy z popiersi rzymskich cesarzy, jakie można spotkać w muzeach w Tarragonie, Barcelonie czy Paryżu. Brak włosów na głowie kompensowała mu gęsta, krótko przystrzyżona broda, okalająca jego regularne, zaokrąglone rysy. Posiadał szeroką wiedzę ogólną, lecz na pierwszym spotkaniu prędzej można go było wziąć za prostego blacharza ubranego w niedzielny garnitur niż za kulturalnego człowieka.
Niestety, zachowanie się w towarzystwie, eleganckie siadanie lub składanie serwetki itp. — to wszystko było obce synowi i wnukowi miejskich rzemieślników. Najczęściej w towarzystwie zachowywał się obcesowo. Był tego zresztą w pełni świadom. „Przez całe życie starałem się kontrolować swój charakter; zazwyczaj udaje mi się, ale od czasu do czasu on jest silniejszy ode mnie” — zapisał kiedyś w swoim pamiętniku. Relacje z kobietami musiały mu sprawiać olbrzymie trudności.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strony 116—117.
Większość informacji zawartych w powyższym cytacie, jest kwestią, znaną tylko autorowi tej książki i z tego też powodu
nie istnieje sposób, aby to jednoznacznie zweryfikować — jedno jest tylko pewne, nigdy nie miałem brody i nie zamierzam nigdy jej zapuszczać…
„W czasie, gdy jego wiara została powtórnie rozbudzona, cierpiał na bolesne dolegliwości, stanowiące impuls do jego duchowej odnowy. Dokonując końcowych zabiegów na ozdobach Casa Vicens, inspirowany był pragnieniem posiadania własnej rodziny i pragnienie to wyraził w inskrypcji umieszczonej w centrum tej fasady: „Niech ten ogień w palenisku płonie jasnym płomieniem miłości”. Po kilku flirtach i nieudanym romansie pragnienie to przybrało podobno kształt poważnych zabiegów o względy pewnej pobożnej młodej damy, która w ostatniej chwili zdecydowała się wstąpić do klasztoru. Gaudi miał wtedy 33 lata i to gorzkie rozczarowanie spowodowało ostateczną rezygnację z poszukiwań ludzkiej miłości na rzecz miłości boskiej i doprowadziło do wyboru życia w chrześcijańskim celibacie.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strony 151—152.
O prawdziwych motywach takiego, a nie innego postępowania Gaudiego wszyscy jego potencjalni biografowie mogą się jedynie domyślać. Nie chcę w jakikolwiek sposób szczycić się tą — wprost fenomenalną — „biograficzną bliskością” z Gaudim, ale sądzę, iż powody jego decyzji były zgoła inne, bardziej fundamentalne, niż to się na pozór wydaje.
Bynajmniej nie chodziło tu o trywialną chęć zaspokojenia tzw. „męskich powinności”, lecz raczej o kierunek myślenia, w którym można dostrzec kategorię powołania — w formie strukturalnie zbliżonej do chrześcijańskiego powołania kapłańskiego. Jest to istotny moment w interpretacji biografii Gaudiego i z tego względu wymaga szerszego omówienia.
Przedstawiana poniżej interpretacja motywów jego życia ma charakter wyłącznie eseistyczny i spekulatywny. Stanowi próbę odczytania jego biografii poprzez własny model relacji między twórczością, duchowością a dobrowolną ascezą.
Nie roszczę sobie prawa do twierdzenia, że opisane tu motywy były rzeczywistymi intencjami architekta. Dostępne źródła historyczne nie pozwalają na jednoznaczne rozstrzygnięcia. Każda interpretacja jego decyzji — zarówno tradycyjna, jak i alternatywna — pozostaje rekonstrukcją, a nie pewnikiem. W tym sensie niniejszy tekst należy traktować jako propozycję hermeneutyczną, a nie rekonstrukcję faktów historycznych.
Życie Antoniego Gaudiego w powszechnym odbiorze jawi się jako przykład całkowitego podporządkowania egzystencji jednej idei: budowie Sagrada Família oraz rozwijaniu unikalnego języka architektury organicznej. W klasycznych interpretacjach jego biografii celibat tłumaczy się najczęściej trzema czynnikami: głęboką religijnością, rozczarowaniami emocjonalnymi oraz całkowitym oddaniem pracy twórczej.
Każde z tych wyjaśnień ma pewną wartość opisową, jednak żadne nie wyczerpuje radykalizmu jego wyboru życiowego. Gaudi nie tylko zrezygnował z życia rodzinnego — on całkowicie przekształcił strukturę swojej egzystencji w system podporządkowany jednemu dziełu. Ta konsekwencja rodzi pytanie, czy jego decyzje nie miały charakteru głębiej zakorzenionego, wynikającego z określonej wizji rozwoju duchowego i twórczego.
W niniejszej interpretacji przyjmuję, że jego celibat można rozumieć nie jako prostą ascezę, lecz jako element szerszego modelu powołania twórczego, strukturalnie zbliżonego do powołania kapłańskiego.
W wielu tradycjach religijnych celibat nie oznacza wyłącznie rezygnacji z życia seksualnego, lecz reorganizację energii życiowej w kierunku jednego celu: kontemplacji, służby i koncentracji.
Analogicznie można postawić hipotezę, że Gaudi postrzegał swoje życie jako całkowicie podporządkowane dziełu architektonicznemu, które nie było jedynie projektem budowlanym, lecz formą materializacji wizji duchowej. W takim ujęciu celibat nie byłby negacją życia, lecz jego rekonstrukcją w jednym kierunku znaczeniowym.
Interpretację tę wzmacniają konkretne fakty z biografii Gaudiego. W ostatnich latach życia niemal całkowicie podporządkował on swoją codzienność budowie Sagrada Família — zamieszkał w pomieszczeniach związanych z budową Sagrada Família, prowadził skromny, niemal ascetyczny tryb życia, regularnie uczestniczył w praktykach religijnych, pościł oraz ograniczał potrzeby materialne. Wszystko to można odczytywać jako świadectwo konsekwentnego realizowania powołania, w którym życie osobiste, religijność i twórczość stopniowo zlały się w jedną całość.
W wielu kulturach spotykamy przekonanie, że dobrowolna asceza zwiększa zdolność koncentracji i intensywność doświadczenia wewnętrznego. Przykłady obejmują kapłanów starożytnego Egiptu, wspólnoty esseńskie, pitagorejczyków, niektóre tradycje prorockie oraz późniejsze formy monastycyzmu chrześcijańskiego.
Wspólnym elementem tych systemów nie jest sama abstynencja, lecz przekonanie, że ograniczenie rozproszeń życia codziennego prowadzi do intensyfikacji życia intelektualnego i duchowego. W tym sensie celibat funkcjonuje jako narzędzie organizacji uwagi, a nie jako cel sam w sobie.
Na tym tle decyzję Gaudiego można interpretować jako wpisującą się w szerszy historyczny model, w którym twórczość i duchowość wymagają redukcji rozproszeń egzystencjalnych.
Architektura Gaudiego — szczególnie Sagrada Família — nie jest wyłącznie konstrukcją techniczną ani estetyczną. Jest systemem symbolicznym, w którym forma, światło i struktura przestrzeni tworzą spójny język doświadczenia. W tej perspektywie jego twórczość można rozumieć jako próbę przekształcenia rzeczywistości materialnej w nośnik sensu duchowego — co stanowi jedynie wstęp do pełniejszej interpretacji tego barcelońskiego kościoła, którą rozwinę w osobnym rozdziale.
Jeśli przyjąć tę interpretację, celibat można rozumieć jako element redukcji rozproszeń psychicznych, umożliwiający pełniejsze skupienie na jednym projekcie egzystencjalnym. W mojej ocenie można postawić hipotezę o możliwym związku między długotrwałą abstynencją seksualną a koncentracją twórczą, chociaż hipoteza ta nie została dotąd jednoznacznie potwierdzona empirycznie.
Moja pierwotna hipoteza zakłada również istnienie potencjalnych mechanizmów neurobiologicznych, jednak ze względu na brak wystarczających dowodów w nauce, w niniejszej analizie koncentruję się przede wszystkim na ujęciu funkcjonalnym i filozoficznym.
Gaudi, jako twórca pracujący nad jednym dominującym projektem przez dekady, wpisuje się w ten model nie w sensie biologicznym, lecz strukturalnym: jego życie można odczytać jako proces stopniowego zawężania pola doświadczenia na rzecz maksymalnej intensyfikacji jednego kierunku twórczego.
W wielu kulturach spotykamy przekonanie, że ograniczenie życia seksualnego i materialnego sprzyja rozwojowi szczególnych form percepcji i koncentracji. Kapłani starożytnego Egiptu funkcjonowali w systemach rytualnej czystości, wspólnoty esseńskie praktykowały surową dyscyplinę życia, tradycje pitagorejskie łączyły ascezę z nauką i kontemplacją liczby, a postacie sybillińskie i prorockie przedstawiano jako żyjące poza standardowym porządkiem społecznym.
Fakt, że odmienne cywilizacje — oddzielone czasem i przestrzenią — wypracowały podobne modele ascetycznego życia, może świadczyć o istnieniu uniwersalnej intuicji antropologicznej. W wielu kulturach dobrowolna wstrzemięźliwość wiązana była z pogłębieniem koncentracji, kontemplacji oraz twórczego wglądu.
W tym sensie celibat Gaudiego można interpretować nie jako jednostkowy przypadek biograficzny, lecz jako wariant szerzej znanego modelu „życia ukierunkowanego”.
Istotnym elementem tej interpretacji jest również samotność, która w przypadku Gaudiego miała charakter nie tylko społeczny, ale również strukturalny. Samotność twórcza nie oznacza jedynie braku relacji, lecz redukcję liczby ról społecznych, ograniczenie sprzecznych narracji oraz stabilizację jednego dominującego systemu znaczeń. W tym ujęciu celibat nie jest przyczyną samotności, lecz jednym z jej komponentów.
Gaudi stopniowo przekształcał swoje życie w system, w którym architektura stawała się nie tylko pracą, ale również relacją, formą ekspresji i strukturą tożsamości. W miarę rozwoju jego twórczości widoczny jest proces redukcji wielości życia do jednego projektu egzystencjalnego.
Sagrada Família nie jest w tym ujęciu „najważniejszym dziełem Gaudiego”, lecz jego egzystencjalnym centrum grawitacyjnym. Wszystkie inne aspekty życia — społeczne, emocjonalne i materialne — zostają stopniowo podporządkowane temu kierunkowi.
Celibat, samotność, redukcja potrzeb i pełne podporządkowanie pracy nie były odrębnymi decyzjami, lecz elementami jednej logiki: maksymalnej integracji egzystencji wokół jednego projektu sensu. W tym modelu życie prywatne traci autonomię, relacje społeczne tracą centralność, ciało staje się narzędziem pracy, a czas podporządkowany zostaje procesowi tworzenia.
W tym sensie jego biografia nie jest historią rezygnacji, lecz historią maksymalnej integracji egzystencji wokół jednego dzieła. Sagrada Família staje się nie tylko świątynią, lecz także zapisem życia, formą myślenia i materialnym odpowiednikiem procesu, w którym jednostka redukuje wielość świata do jednego dominującego sensu.
„Ojciec Gaudiego żył wystarczająco długo, by widzieć, jak wytworzone w wyobraźni jego jedynego syna fantastyczne kształty materializują się w kamieniu, i jak te kamienie układane są jeden na drugim, i jak wieże kościoła Świętej Rodziny wznoszą się w powietrze, podobnie jak będące symbolem wieczności drzewa cyprysowe na cmentarzu w Riudoms. Teraz mógł wreszcie pożegnać się z całym światem i odejść spokojnie. Francesc Gaudi i Serra, stary kotlarz z Riudoms, wdowiec po Antonii Cornet, zmarł 29 października 1906 roku, w wieku 93 lat. Śmierć ojca nie była niespodzianką dla Gaudiego, lecz nie wyobrażał on sobie nawet, jaki będzie to dla niego cios, dopóki nie ukląkł przy trumnie. Dla niego, który 54 lata swego życia niemal bez przerwy spędził u boku ojca, stanowiło to utratę najwierniejszego towarzysza życia, przyjaciela w smutkach i nieszczęściach”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 195.
Po raz kolejny zmuszony jestem w radykalny sposób ograniczyć swój komentarz dotyczący fragmentu tekstu źródłowego. Temat ten jest zbyt osobisty na jakiekolwiek dywagacje, a to z tego powodu, iż dotyczą osobistych doświadczeń emocjonalnych. Faktycznie są one podobne w zadziwiający sposób. Efekty mojej pracy były znane i widziane przez mojego ojca, z którym mieszkałem pod jednym dachem przez ostatnich kilkanaście lat, natomiast równie zadziwiająco podobny jest wiek najbliższej mi osoby w owym jakże dramatycznie katastrofalnym czasie.
Kończąc ten etap rozważań, mam świadomość, że dla wielu czytelników przedstawiona liczba analogii pomiędzy biografią Antoniego Gaudiego a moim życiem może wydawać się zaskakująca, a być może nawet niewiarygodna. Nie oczekuję jednak, że zostaną one bezwarunkowo zaakceptowane. Przeciwnie — zachęcam do zachowania zdrowego sceptycyzmu. Każde z opisanych podobieństw można bowiem próbować tłumaczyć przypadkiem. Trudniej jednak za przypadek uznać ich wzajemne nagromadzenie, kolejność występowania oraz zgodność ogólnej struktury obu życiorysów.
W niniejszym rozdziale starałem się wykazać, że podobieństwa te nie ograniczają się do pojedynczych wydarzeń, lecz obejmują kolejne etapy rozwoju twórczego. Początek samodzielnej działalności, sposób dochodzenia do własnych przekonań, wieloletnia praca oparta na samodzielnej analizie źródeł, relacje rodzinne, doświadczenia uczuciowe, stopniowe ograniczanie życia prywatnego na rzecz działalności twórczej, a także głęboko przeżywane doświadczenia związane z odejściem najbliższych — wszystkie te elementy układają się w ciąg analogii, którego nie sposób było pominąć.
Nie twierdzę, że moje życie jest powtórzeniem życia Gaudiego. Byłoby to twierdzenie nieuprawnione. Uważam jednak, że obie biografie wykazują zadziwiająco podobną architekturę. Różnią się faktami, epoką i okolicznościami historycznymi, lecz wykazują zbieżność w sposobie rozwijania się wydarzeń, w kierunku podejmowanych decyzji oraz w procesie stopniowego podporządkowywania życia jednej dominującej idei. To właśnie ta zgodność struktury, a także identyczność faktów, stanowi przedmiot moich dalszych rozważań.
Czy oznacza to, że istnieją ponadczasowe wzorce rozwoju ludzi twórczych? Czy wybitne jednostki, niezależnie od epoki, podążają podobnymi drogami, choć ich życiorysy wypełniają odmienne wydarzenia? A może podobieństwa te są jedynie projekcją ludzkiego umysłu, który z naturalną skłonnością poszukuje porządku tam, gdzie w rzeczywistości panuje przypadek? Nie zamierzam na tym etapie udzielać jednoznacznej odpowiedzi. Zadaniem tej książki nie jest bowiem narzucanie gotowych wniosków, lecz stopniowe budowanie argumentacji.
Już we wstępie zaznaczyłem, że książka będzie prowadzona z perspektywy narratora wszechwiedzącego. Nie oznacza to, iż przypisuję sobie wszechwiedzę ani prawo do nieomylnych sądów. Chodzi o coś znacznie subtelniejszego. Narrator wszechwiedzący, zgodnie z klasycznym rozumieniem tego pojęcia, stara się przeniknąć nie tylko przebieg wydarzeń, ale również motywy, uczucia i wewnętrzną logikę postępowania swoich bohaterów. Tylko z takiej perspektywy można próbować odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dwa odległe od siebie życiorysy wykazują tak wiele wspólnych cech.
Dlatego też w kolejnych rozdziałach nie będę ograniczał się wyłącznie do przytaczania faktów historycznych ani do opisywania własnych doświadczeń. Fakty są jedynie materiałem, z którego można próbować odtworzyć głębszą strukturę ludzkiego życia. Interesuje mnie nie tylko to, co wydarzyło się w biografii Antoniego Gaudiego, ale również, dlaczego wydarzyło się właśnie w taki sposób oraz czy podobne mechanizmy można odnaleźć również w innych biografiach — w tym także w mojej własnej.
Być może ostatecznie okaże się, że wszystkie opisane analogie są jedynie niezwykłym zbiegiem okoliczności. Być może jednak stanowią one ślad istnienia głębszego porządku, którego dotychczas nie potrafiliśmy właściwie opisać. Właśnie możliwość istnienia takiego ukrytego porządku stanowi główną hipotezę tej książki. Wszystko, co zostało przedstawione do tej pory, jest jedynie przygotowaniem do dalszego rozwinięcia tej hipotezy.
Rozdział III Antoni Gaudi
Dwa poprzednie rozdziały można potraktować jako swoistą przystawkę poprzedzającą danie główne tej książki. Ich zadaniem było przygotowanie czytelnika do zasadniczego problemu, który od początku stanowi właściwy cel moich rozważań.
Najpierw należało przedstawić człowieka, następnie jego biografię oraz wskazać podobieństwa pomiędzy doświadczeniami Antoniego Gaudiego a moimi własnymi. Bez tego dalsza analiza byłaby jedynie opisem architektury. Tymczasem architektura Gaudiego — w moim przekonaniu — nigdy nie była wyłącznie architekturą.
Zanim jednak przejdziemy do dania głównego, pozostaje jeszcze pierwsze danie — swoista, symboliczna zupa, bez której całość byłaby trudna do zrozumienia. Rozdział ten będzie właśnie takim etapem przejściowym. Czytelnik znajdzie w nim wiele hipotez, intuicji oraz prób interpretacji, których nie sposób obecnie jednoznacznie zweryfikować metodami klasycznej historiografii. Mam tego pełną świadomość.
Nie zamierzam jednak ukrywać, że część przedstawionych tutaj wniosków opiera się nie tylko na analizie źródeł, lecz również na osobistej perspektywie interpretacyjnej, która od wielu lat towarzyszy mojej pracy. Nie będę na obecnym etapie podejmował próby wyjaśnienia mechanizmów prowadzących mnie do takich wniosków. Być może przyjdzie na to miejsce w dalszej części książki. Na razie proszę jedynie potraktować kolejne rozważania jako propozycję odczytania twórczości Gaudiego z perspektywy odmiennej od tej, która dominuje we współczesnej literaturze. Od tego miejsca rozpoczyna się właściwe odszyfrowywanie fenomenu Antoniego Gaudiego.
Nie będzie to analiza wyłącznie architektoniczna ani historyczna. Interesuje mnie przede wszystkim język symboli ukrytych w jego dziełach, sposób organizowania przestrzeni oraz możliwość istnienia wielowarstwowego przekazu, którego odbiorca często nie uświadamia sobie nawet podczas zwiedzania jego budowli. Zakładam bowiem, że architektura Gaudiego funkcjonuje jednocześnie na kilku poziomach znaczeniowych — od warstwy estetycznej, poprzez religijną, aż po symboliczną.
Naturalnym punktem wyjścia staje się Sagrada Família — budowla będąca nie tylko największym dziełem Gaudiego, ale również jednym z najbardziej zagadkowych obiektów architektonicznych nowożytnej Europy.
W wielu opracowaniach historycznych podkreśla się, że idea budowy świątyni narodziła się w środowisku katolickiego Stowarzyszenia Czcicieli Świętego Józefa, którego celem było przeciwstawienie się postępującej laicyzacji Barcelony oraz wzniesienie świątyni pokutnej finansowanej wyłącznie z dobrowolnych ofiar wiernych. Początkowo właśnie postać św. Józefa miała odgrywać rolę patrona całego przedsięwzięcia.
Im głębiej analizowałem symbolikę Sagrady Famílii, tym częściej odnosiłem wrażenie, że oficjalna historia budowy świątyni nie wyjaśnia wszystkich elementów jej programu ikonograficznego. Pojawiły się pytania, na które — przynajmniej w znanych mi opracowaniach — nie znalazłem satysfakcjonujących odpowiedzi.
Jednym z takich pytań jest kwestia samego św. Józefa. Skoro właśnie jego kult stanowił impuls do rozpoczęcia całego przedsięwzięcia, dlaczego jego obecność w finalnym programie symbolicznym świątyni wydaje się znacznie mniej wyeksponowana, niż można byłoby oczekiwać? Czy jest to jedynie rezultat późniejszej ewolucji projektu, czy też świadomy zabieg samego Gaudiego? Na obecnym etapie nie przesądzam odpowiedzi, stawiam jedynie pytanie, które będzie powracało w dalszych częściach rozdziału.
W kolejnych rozdziałach spróbuję odczytać tajemnicze symbole Sagrady nie tylko jako kościoła, lecz również jako „tekst” zapisany w kamieniu. Będę analizował symbole, proporcje, układ wież, ornamentykę oraz rozwiązania architektoniczne, poszukując ich możliwych znaczeń. Część proponowanych interpretacji będzie zgodna z ustaleniami historyków sztuki, część natomiast będzie miała charakter autorskich hipotez. Każdy z czytelników tej książki sam zdecyduje, które z nich uznać za przekonujące.
Od pierwszego rozdziału zapowiadałem, że narracja tej książki będzie miała charakter narracji wszechwiedzącej — nie w znaczeniu przypisywania sobie nieomylności, lecz jako próba dotarcia do wewnętrznej logiki działań jej bohatera.
„W drugiej połowie XX wieku w dynamicznie rozwijającej się Barcelonie coraz wyraźniej widać było wywierany przez wiele grup nacisk na laicyzację, życia publicznego.
Zwłaszcza dążyli do tego robotnicy, na których silny wpływ wywierały rozmaite „czerwone” ideologie. Typowe zachowanie się ludzi oderwanych od korzeni, którzy zamiast pielęgnować swą wiarę i tradycje, dające im oparcie w całkowitym obcym świecie, wyrzekają się własnego dziedzictwa. Z wielkim niepokojem obserwowali ten proces miejscowi katolicy, zakładając nawet w celu przeciwdziałania „zarazie” Związek Czcicieli Świętego Józefa — patrona robotników (Asociacion Espiritual de Devotos de San Jose). Już w roku 1886 w kręgu osób tworzących wymienioną organizację narodziła się idea zbudowania na przedmieściach Barcelony wielkiej świątyni pokutnej, w celu przebłagania Boga za wszystkie dziejące się w mieście „bezeceństwa”. Ktoś, trudno dociec kto, zaproponował na jej patronkę Świętą Rodzinę. W założeniu pomysłodawców kościół miał powstać bez żadnych państwowych dotacji, finansowany wyłącznie z datków wiernych… W roku 1881 Związek wykupił kompleks domów leżących wówczas na peryferiach Barcelony. Na parceli miał powstać kościół Sagrada Familia.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strony 158—159.
Zamieszczam teraz ten fragment książki Słowińskiego akurat teraz, ponieważ jest on istotny dla tego rozdziału. Cytatem tym chciałbym zasygnalizować podprogową funkcję samego kościoła Sagrada Familia, znaną, jak sądzę, tak Gaudiemu, jak i autorowi tej książki.
Powtórzę zasadnicze pytanie: dlaczego, skoro idea Świętej Rodziny stanowiła symboliczny „kamień węgielny” tego kościoła, jej patronów uczczono w tak skromny sposób, ograniczając ich obecność jedynie do kilku figur na fasadzie? Przecież patronem robotników był święty Józef, a pomysłodawcami budowy byli właśnie jego czciciele.
Dlaczego więc wśród kilkunastu wzniesionych wież nie znalazła się ani jedna poświęcona świętemu Józefowi? Na razie pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi. Bez obaw — w dalszej części tej książki postaram się je wyjaśnić.
„W młodości Gaudi interesował się magią i astrologią, czego — jak wiemy — Kościół raczej zabrania. Przynajmniej raz w tygodniu w jego domu odbywały się seanse spirytystczne — czego zabrania surowo. Wśród zaproszonych gości bywał znany w Barcelonie spirytysta Guanyabents. Wiadomo, że podczas organizowanych przez barcelońskie elity niedzielnych wycieczek w góry, Antoni „eksperymentował” z amanita muscaria — grzybami halucynogennymi które uwiecznił potem na budkach przy wejściu do parku Guell. Uzyskane dzięki grzybkom „odmienne stany świadomości” wykorzystywał później w tworzeniu swych szalonych „roślinnych” form architektonicznych.
Również w swych dziełach mistrz Antoni nie zawsze lubił Stwórcę. Zaraz za bramą słynnego parku Guell ustawił na przykład piec alchemika z kamieniem filozoficznym w środku. Wejście do jednego z parkowych pawilonów zdobią smoki rodem z Atlantydy Jacinto Verdaguera, z 1877 roku. Pod mozaiką przedstawiającą odwrócony krzyż spotykają się do tej pory barcelońscy sataniści. Właściwie na każdej budowli Gaudiego — jeśli się dobrze przypatrzeć — odnaleźć można rozmaite dziwne symbole, używane przez masonów i różokrzyżowców. Nawet na budowlach sakralnych! Sagradę Familia, kiedy zostanie już ukończona, w bliżej nieokreślonej przyszłości ozdobi — zgodnie z jego projektem — sześcioramienny krzyż — charakterystyczny symbol masoński. Istnieją przypuszczenia, że sam Gaudi był masonem. Uważa się to jednak dość powszechnie za plotkę, ponieważ trudno przyjąć, że człowiek, który z takim zapałem budował i restaurował budynki kościelne, prowadził podwójne życie.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 18.
W tym miejscu muszę przerwać ten pasjonujący wątek z książki autora, który stanowi źródło mojej wiedzy na tematy związane w biograficznymi szczegółami barcelońskiego geniusza, ponieważ chciałbym gwałtownie zaprotestować tym insynuacjom. Gaudi w żadnej mierze nie był masonem, a że wykorzystywał tego rodzaju symbole do swoich celów, nie jest to w żadnej mierze odstępstwo od jego, dość specyficznej poniekąd, Wiary. Piszę wiary z dużej litery, ponieważ, jak sądzę, jego wiara była ponadprzeciętna i ponadwymiarowa i nikomu nawet w najśmielszych domysłach nie było dane podejrzewać, iż ta jego wiara w Boga była niezachwiana.
Jest to znowu bardzo odważne stwierdzenie, na dodatek niepoparte żadnymi dowodami. Mam jednak poważne podejrzenie, a nawet — po przeanalizowaniu wielu poszlak — przekonanie, że było właśnie odwrotnie.
Jeśli chodzi o samą masonerię i symbole masońskie, temat ten został z biegiem czasu tak dalece zdeformowany przez narosłe mity, uproszczenia i emocje, że aż trudno podjąć próbę jego spokojnego odczytania. W dalszej części przedstawię własny punkt widzenia, jednak na tym etapie znacznie ważniejsze jest zrozumienie motywów, które mogły kierować Gaudím przy umieszczaniu tych — jak je często określano — „nieszczęsnych” symboli.
Zanim jednak przejdę do ich interpretacji, trzeba odpowiedzieć na pytanie znacznie bardziej podstawowe. Jest nim definicja samego pojęcia Boga. W tradycji chrześcijańskiej, a szczególnie katolickiej odpowiedź wydaje się oczywista. Opiera się ona na Objawieniu, Piśmie Świętym, Tradycji oraz nauczaniu Kościoła.
Są to fundamenty wiary, które dla wierzącego stanowią wystarczającą podstawę do uznania istnienia Boga. Nie wymagają one dowodu w sensie naukowym, ponieważ wiara z samej swojej natury nie opiera się na eksperymencie ani na matematycznej pewności, lecz na zaufaniu.
W tym właśnie tkwi istota problemu. Moim zdaniem próżno doszukiwać się definicji Boga wyznawanej przez Gaudiego wyłącznie w ramach tradycyjnego katolickiego wyznania wiary. Była ona — jak już wspomniałem — znacznie głębsza, bardziej uniwersalna i zdecydowanie bardziej transcendentna. Wynikało to z powodów, o których pisałem w pierwszym rozdziale, przywołując fragmenty mojej książki Gloria olivae.
Powstaje więc pytanie: jak naprawdę było z Gaudim? Czy wierzył w Boga? Czy był masonem? A może był odstępcą od wiary, heretykiem?
Moja odpowiedź jest jednoznaczna: Gaudi wierzył w Boga. Uważam jednak, że jego rozumienie Boga wykraczało poza potoczne wyobrażenia religijne i opierało się na pojęciu Bytu Transcendentnego — rzeczywistości absolutnej, będącej źródłem wszelkiego istnienia. Głównym czynnikiem kształtującym jego podejście do wiary — swoistym impulsem, który je ukierunkował — był moim zdaniem celibat. Nie jest to jednak cała prawda. Istnieje jeszcze kwestia wybraństwa, przekonania o szczególnej misji, jaka została mu powierzona.
W przypadku Gaudiego można bowiem mówić nie tylko o zwykłym wyborze drogi życiowej, lecz o poczuciu powołania. W jego własnym rozumieniu nie była to jedynie decyzja osobista czy konsekwencja życiowych okoliczności, ale doświadczenie, które miało charakter niemal duchowy — przekonanie, że został powołany do wypełnienia określonej misji.
W tym sensie jego postawa nie ogranicza się do surowej dyscypliny celibatu. Dochodzi tu jeszcze wymiar wewnętrznego przekonania o sensie i konieczności realizacji dzieła, które — w jego odczuciu — nie było wyłącznie projektem architektonicznym, lecz zadaniem o głębszym, wręcz objawieniowym charakterze.
Wracając do przyczyny tych nieporozumień — Masonerii — to należałoby nieco uporządkować wiedzę na ten temat. Po raz kolejny skorzystam z mojej przepastnej twórczości i zamieszczę mój punkt widzenia na tę sprawę. Będzie to już drugi fragment z książki pod tytułem: „Gloria olivae”.
— — — — — — — — — — — —
„Między 1307 a 1314 r. „wiedza tajemna” Ubogich Rycerzy Chrystusa, dosłownie i w przenośni, „wyparowała” w ogniu „świętego oburzenia”. Tytuł tego rozdziału w jednoznaczny sposób definiuje wszystko to, co nastąpiło później, dlatego też naiwnym byłoby spodziewać się jakichkolwiek „żelaznych dowodów”. Ten oczywisty fakt implikuje całą sferę niewiedzy, domysłów czy też „bocznych torów”, na które templariusze świadomie wpuścili różnych „poszukiwaczy straconego czasu”.
To, gdzie i w jaki sposób templariusze „zakotwiczyli”, nie jest już takie istotne, pozostaje mieć nadzieję, że ich epigoni, kiedy tylko uznają to za stosowne (kult Człowieka-Ptaka powinien mieć dla tej decyzji znaczenie niebagatelne), ujawnią wszem i wobec swoją „genealogię”.
Podstawowym celem tej książki jest ukazanie prawdy, takiej, jaka ona jest, a nie jaka nam się wydaje, a potwierdzać ją mają niepodważalne dowody, których nasi przodkowie pozostawili bez liku.
Aby ten cel osiągnąć, potrzebna jest tylko umiejętność rozszyfrowywania tych śladów. No więc właśnie, czy na podstawie symboli, jakimi „zasłonili się” wolnomularze, można stwierdzić, że mimo iż człowiek „z powrotem zasnął” wielkim snem, „wiedza tajemna”, której „posmakował” „nie zasnęła”?
Rytuały i symbole ukryte w mrokach „labiryntu” wolnomularzy jednoznacznie potwierdzają zdefiniowany w poprzednim rozdziale główny cel pierwszych zdobywców Jerozolimy, jakim było stworzenie siłą własnych rąk Królestwa Bożego.
Oto mamy koronny dowód ich dobrej, choć mimo wszystko zelockiej woli. Bo czymże innym, jak nie marzeniem o dobrych i uczciwych ludziach żyjących w świecie pozbawionym zła, są wszystkie te przyrządy murarskie, dzięki którym z pojedynczych „cegiełek” — właściwie uformowanych obywateli w przyszłości powstanie olbrzymi „gmach” Królestwa Bożego, do którego „wprowadzi się” sam Bóg-Stwórca, by wraz z jego budowniczymi cieszyć się dobrodziejstwem zmartwychwstania.
Jaka więc wiedza tajemna kryje się w symbolach wolnomularzy? Wizerunek Słońca na Fartuszku Wielkiego Mistrza sygnuje całą gnozę megacyklu oraz odradzanie się życia, natomiast Wielki Mistrz, zasiadając po wschodniej stronie otwieranego zgromadzenia loży, parafrazuje życiodajną rolę Słońca. Inspirując nowe obrady — podobnie jak cień głazu Heel Stone co roku w dniu przesilenia (podczas wschodu słońca) wnikając do wnętrza kręgu Stonehenge — inspiruje powstanie nowego życia.
Formowanie nowych ludzi zaczyna się od właściwego ustawienia pionu i poziomu, do których powinni dążyć nowo przyjmowani członkowie rzemiosła. Pion i poziom są symbolami prawego i uczciwego postępowania oraz równości. Z pozostałymi określeniami już bym dyskutował.
„Masoneria jest najstarszym na świecie męskim stowarzyszeniem. Jego członkowie, masoni, tworzą loże, na czele których stoją strażnicy oraz mistrz. Rzemiosło, jak masoni nazywają swoją organizację, zajmuje się »formowaniem« dobrych ludzi. Rytuały inicjacyjne, umożliwiające osiąganie kolejnych stopni wtajemniczenia, związane są z symboliką biblijnej świątyni Salomona oraz znaczeniem narzędzi murarskich reprezentujących duchowy rozwój człowieka.
Fartuszek — masoński fartuszek wywodzi się z oryginalnych fartuchów roboczych z jagnięcej skóry używanych przez średniowiecznych kamieniarzy. Fartuszki są bogato zdobione symbolami związanymi z rzemiosłem. Na fartuszku Wielkiego Mistrza widnieje wizerunek słońca — tak jak słońce pojawiające się na wschodzie zwiastuje kolejny dzień, tak Wielki Mistrz otwiera zgromadzenie loży, zasiadając po wschodniej stronie.
Pion — budowniczowie posługują się tym narzędziem do wyznaczania pionu ścian. Dla masonów pion jest symbolem prawości oraz uczciwego postępowania. Jest on także emblematem Młodszego Strażnika loży masońskiej. Poziomica — poziomicy używa się do równego układania cegieł w poziomie. W masonerii jest ona symbolem Starszego Strażnika oraz oznacza równość.
„Kątownica — jest emblematem Mistrza loży masońskiej. Jest narzędziem, które porządkuje porozrzucane elementy, a więc reprezentuje także zasady moralnego postępowania..”
cytat: M. Bruce-Mitford, Ilustrowana księga znaków i symboli, Warszawa 1997, s. 109.
Kątownica jest nie tylko emblematem Mistrza czy też narzędziem, które porządkuje porozrzucane elementy, ale coś znacznie więcej — jest symbolem człowieka w ogóle. Przypomnij sobie, szanowny czytelniku, o czym mówi Tabula Smaragdina: „Niebo na górze, niebo na dole, gwiazdy w górze, gwiazdy na dole. Wszystko, co jest na górze, jest też na dole. Szczęśliwy, kto tę zagadkę odgadnie” i spójrz teraz na emblemat masonerii.
Niezaprzeczalnie jest to Gwiazda Dawida — esencja „wiedzy tajemnej”. Kątownica jest symbolem człowieka przyszłości, tego, który uformowany został przez „pion i poziom” i który spotka się z naszym Ojcem w Królestwie Bożym. Jeśli kątownica symbolizuje człowieka, to cyrklem może być tylko nasz Bóg-Stwórca. Mimo że kątownica w tym emblemacie jest trójkątem skierowanym ku dołowi, a cyrkiel trójkątem skierowanym ku górze, odwrotnie niż w Gwieździe Dawida, to jednak idea Boga-Stwórcy człowieka została zachowana. Cyrklem Bóg odmierza (formuje, tworzy) człowieka — Biblia: I stworzył Bóg człowieka na obraz swój (Genesis 1:27).
„Emblemat Masonerii — podstawowe narzędzia kamieniarza, takie jak kątownica, cyrkiel, stanowią główne symbole masonerii. Służą one do symbolicznego kształtowania lepszych obywateli. Tablica poglądowa — zasady masonerii wyjaśnia się nowo przyjmowanym członkom za pomocą specjalnych symbolicznych tablic poglądowych. Ta tablica, na której widoczne są kolumny mądrości, siły i piękna, reprezentuje pierwszy stopień inicjacyjny masońskiej wspólnoty.”
cytat: M. Bruce-Mitford, Ilustrowana księga znaków i symboli, Warszawa 1997, s. 109.
Tablica poglądowa — dzięki której nowo przyjmowani członkowie dowiadywali się o zasadach masonerii, oprócz swoich niewątpliwych dydaktycznych walorów stanowi również summę „wiedzy tajemnej”. Kierunki świata: północ, południe, wschód i zachód, w wyraźny sposób nawiązują do czterech wypustek mandali, a tym samym jest to „informacja” o czterech stopniach dochodzenia człowieka do Królestwa Bożego (cztery ściany piramidy itd.).
Słońce po jednej (lewej jak zawsze) stronie i Księżyc po drugiej „reprezentują” dwie przeciwne sobie i zarazem uzupełniające się strony megacyklu, zaś wszystko wiedzące oko między nimi to oczywiście czuwający nad wszystkim nasz Ojciec. Oprócz pionu, poziomu, cyrkla i poziomicy, pozostałe elementy tej tablicy również mają swoje głębsze znaczenie.
Posadzka w szachownicę — białe i czarne kwadraty symbolizują walkę dobra ze złem, ale także, a może bardziej, naszą dobrą i złą wolę, naszą naturę, która „ukrywa się” w każdym z nas. Na podłodze leży labirynt niewiedzy, w którym błądzą „śpiący”. Jedyną drogą wyjścia z tego labiryntu jest Świątynia Salomona — czyli wiedza o misie z brązu — Jam oraz dwóch wolno stojących kolumnach Jahin i Boaz.
Nieobrobiony kamień reprezentuje nieukształtowanego jeszcze człowieka, natomiast obrobiony kamienny blok po drugiej stronie — symbolizuje doskonałość, czyli człowieka przyszłości. Trzy kolumny symbolizują zasadę trzech wartości: mądrości, piękna i siły, manifestujących się w konstrukcji Świątyni Salomona, ale także, a może bardziej — trzy półokręgi znane z żydowskiego świecznika — Menory, czy też z platońskiej Atlantydy — czyli dom, rodzina i środowisko.
Kwintesencją wiedzy tajemnej jest drabina Jakubowa, która łączy niebo z ziemią jej trzema głównymi szczeblami: wiarą, nadzieją i miłosierdziem, ale także jest to w syntetyczny sposób przedstawiony cały proces dochodzenia człowieka do prawdy (już po wyjściu z labiryntu niewiedzy). Pierwszym i podstawowym szczeblem w tej drabinie jest nauka. Delikwent, który chciałby zostać wtajemniczony, najpierw wiele czasu musi poświęcić na zapoznanie się z tym wszystkim, co naprawdę znaczą wszystkie symbole, na które do tej pory patrzył, ale ich nie widział.
Otwarta Księga Wiedzy, symbole Królestwa Bożego i megacyklu — dwie przeciwstawne sobie siły i pomiędzy nimi środkowy punkt tego perpetum mobile. Następnym szczeblem tej drogi jest wielce symboliczny klucz. Co on oznacza, każdy z czytelników tej książki już z pewnością wie.
Tym kluczem jest konkluzja — a więc fallus — czyli nieustanne i świadome „angażowanie” przywspółczulnego układu nerwowego, w połączeniu z mózgiem — najważniejszy twórca „inteligentnego człowieka”. Bez wiedzy o tym „akceleratorze” naszej ewolucji człowiek, niczym statek bez kotwicy pływałby po wzburzonym morzu, pełnym mniemań i złudzeń. „Kotwica” utrzymuje „człowieka-statek” na czystych wodach prawdy.
I w końcu ostatni etap — najdoskonalsza rzecz, jaką można sobie wyobrazić — czyli zrozumienie dwóch zdawałoby się wykluczających się wartości: wiary i nauki — Jedność — prawda absolutna. Oto cała tajemnica stowarzyszenia, którego najważniejszym celem było formowanie dobrych ludzi w nadziei, że kiedy nadejdzie czas przebudzenia człowieka, staną oni w pierwszym szeregu budowniczych nowego społeczeństwa, będącego „materiałem budowlanym” Królestwa Bożego.
Niewiedza i strach przed tajemniczą i niebezpieczną dla chrześcijaństwa wywrotową organizacją spowodowała, iż masoneria i wszystko to, co związane jest z masonami, co i rusz jest oskarżane o całe zło tego świata (spisek przeciwko Kościołowi, wojny itp.), a przecież rzemiosło, nauczone przypadkiem swoich poprzedników, robi tylko jedno — „śpi”.
— — — — — — — — — — —
Niewiedza oraz obawy związane z tajnym charakterem tej organizacji sprawiły, iż masoneria oraz wszystko, co z nią związane, bywa regularnie oskarżane o całe zło tego świata — od spisków przeciwko Kościołowi po wywoływanie wojen. Tymczasem jest to raczej wynik nadinterpretacji i narosłych mitów niż rzetelnej wiedzy historycznej.
Rzemiosło, które — jak się często podkreśla — wywodzi się z dawnych tradycji cechowych i uczyło się poprzez doświadczenie poprzednich pokoleń, nie „knuje” ani nie działa jako siła sprawcza dziejów. Funkcjonuje ono raczej jako symboliczny i historyczny ślad dawnych form organizacji pracy i myślenia o świecie.
Właśnie w tym tkwi istota całego zamieszania. Masoneria i symbole masońskie są niczym komar zatopiony w bursztynie — stanowią skamieniały ślad przeszłości, fragment dawnej wiedzy o świecie, który przetrwał do naszych czasów. To, w jaki sposób są one dziś interpretowane i oceniane, to już zupełnie odrębna kwestia.
I właśnie to — moim zdaniem — rozumiał Antoni Gaudi, co postaram się w dalszej części tej książki udowodnić.
„Niektóre źródła sugerują, że był również członkiem buntowniczej tertulii — nieformalnej grupy dyskusyjnej, zabawiającej się obrażaniem księży i przedrzeźnianiem procesji religijnych. Jej członkowie spotykali się w niesławnej Cafe Pelayo. Tertulia to określenie salonu literackiego, ale typowe tertulie odbywały się w miejscach publicznych.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strona 87.
To kolejny argument, wiele mówiący o „niekonwencjonalnej” wierze Gaudiego.
To fakt (sugestia), ale na zasadzie kontrapunktu, poniżej przedstawiam inny cytat z książki Słowińskiego, który dobitnie świadczy o jakiejś dziwnej i niespodziewanej przemianie duchowej naszego głównego bohatera. Informacja ta ma, wbrew pozorom, doniosłe znaczenie.
„Od lutego do sierpnia 1887 roku Gaudi przygotowywał rysunki dla biskupa. Historia ich powstania jest dość niezwykła. Zwyczajowa metoda Gaudiego polegała na bezpośrednim poznaniu miejsca i topografii. Ze względu na inne zamówienia, nie mógł się on wybrać się do Astorgi. Nie chcą opóźniać zamówienia, poprosił duchownego o przesłanie fotografii oraz informacji o miejscu, co pozwoliłoby mu zaprojektować nowy pałac. […] Gaudi godzinami rozmawiał z Grauem o liturgii. Biskup zachęcił go do przeczytania L’Annee Liturgique (Roku liturgicznego) Prospera Guerangera, francuskiego Benedykta, Sługi Bożego Kościoła katolickiego, odnowiciela zakony we Francji po kasacie podczas Rewolucji Francuskiej, jednego z inicjatorów ruchu odnowy liturgicznej.
Dla artysty był to kluczowy tekst, który z dumą postawił na półce z książkami obok opatrzonej dedykacją autora L’Atlantida. Po latach stwierdził, że był to prawdopodobnie okres, który wywarł wpływ na jego życie zawodowe. Badacze twórczości Antoniego Gaudiego także uważają, że to właśnie Joan Grau i Vallespinos był inspiratorem wzrastającego zzagażowania architekta w odrodzenie Katolicyzmu. Lecz także w tym samym czasie, w listopadzie i grudniu 1889 roku, Gaudi wybrał samotność w klasztorze w Tortosie. Być może zainspirowało go Kolegium Terezjańskie, które miał ukończyć w rekordowym czasie, przed początkiem lata 1890 roku. Tak czy inaczej, powoli, lecz stanowczo zbliżał się do katalońskiego Kościoła katolickiego.”
cytat: Przemysław Słowiński, Antoni Gaudi, Videograf, rok 2014, strony 143—144.
Kolegium Tereziańskie (hiszp. Colegio Teresiano) to nazwa kilku katolickich szkół prowadzonych przez zgromadzenia zakonne inspirowane duchowością św. Teresy z Ávili.
W całej tej sprawie z ukończeniem Kolegium Terezjańskiego najważniejszą poszlaką wiodącą do zrozumienia tej dziwnej przemiany Gaudiego jest właśnie charakter tego kolegium. Otóż było ono w sposób zasadniczy ukierunkowane na duchowość związaną z postacią św. Teresy z Ávili, czyli na głęboko rozwiniętą formę życia wewnętrznego i kontemplacji — a tej, być może, Gaudiemu w pewnym momencie jego życia trochę brakowało lub została ona w nim w szczególny sposób obudzona.
W całej tej sprawie chciałbym zwrócić uwagę na najistotniejszy, moim zdaniem, element tej szarady — lekturę L’Année Liturgique Prospera Guérangera, który — jak wskazuje tekst źródłowy — był odnowicielem, co prawda zakonu, ale przede wszystkim odnowicielem myśli liturgicznej i duchowej.