Rozdział 1
Król-kobieta
Śmierć króla była blisko. Był rok 1827 Fryderyk August I rozumiał, że czas wybrać następcę i przyszłego męża dla swojej córki.
— Wzywałeś mnie ojcze? — spytała.
— Tak. — odparł król. Spojrzenie miał już słabe, zmęczone. — Odchodzę z tego świata. Dlatego od tej chwili ty będziesz królową.
Do sali wszedł prezes Rady Administracyjnej Walenty Faustyn Sobolewski.
— Wasza wysokość. — ukłonił się nisko jak należało.
— Ogłoś. — król zaczął kaszleć. — Że od teraz władzę sprawuje moja córka.
— A konstytucja wasza miłość? — spytał prezes.
— Byłem tylko warunkowo królem. — Fryderyk August uśmiechnął się słabo. — Co prawda ostatnia poprawka do konstytucji wnosiła wieczysty związek między Saksonią i Polską.
Zrobił pauzę.
— To jednak wiem, że tak naprawdę to Sejm decyduję… prawda?
Sobolewski milczał czas jakiś.
— Tak miłościwy panie. — odpowiedział w końcu.
Król zawahał się, jakby ważył każde słowo.
— Jeśli uznacie, że moje dziecko nie może sprawować władzy… wówczas niech abdykuje i niech sejm zdecyduje o królu.
Po tych słowach król Fryderyk August I zmarł.
…
Wieść o śmierci Fryderyka Augusta I dotarła do Warszawy jeszcze przed świtem. Zanim dzwony wszystkich kościołów zaczęły bić żałobnie, w pałacu sejmowym panował już ruch, jakiego nie widziano od lat wojny.
Nie było króla.
Ale było państwo.
Marszałek Sejmu Federalnego, książę Stanisław Zamoyski, otworzył obrady w ciszy tak głębokiej, że słychać było szelest papierów i oddechy posłów.
— Panowie senatorowie, panowie posłowie — zaczął — Rzeczpospolita znalazła się w stanie bezkrólewia. Lecz nie jest to bezkrólewie anarchii, a bezkrólewie prawa.
Kilku posłów skinęło głowami. Inni szeptali.
— Król Fryderyk August — ciągnął Zamoyski — nie naruszył konstytucji. Nie wskazał następcy. Oddał sprawę w ręce Sejmu.
Tu rozległ się pierwszy głos sprzeciwu.
— A jego córka? — zapytał poseł z Małopolski. — Ogłoszono ją władczynią.
— Ogłoszono ją sprawującą władzę — poprawił sucho marszałek. — To różnica zasadnicza.
Wtedy wstał poseł litewski, jeden z młodszych.
— Czy konstytucja dopuszcza kobietę na tronie?
Sala zadrżała od pomruków.
— Konstytucja — odpowiedział spokojnie Zamoyski — nie zakazuje kobiecie sprawowania władzy wykonawczej. Milczy natomiast o dziedziczeniu Korony przez linię żeńską. A milczenie prawa nie jest jego złamaniem.
Starszy senator, dawny stronnik Sasów, uderzył laską w posadzkę.
— Milczenie prawa to zaproszenie do chaosu!
— Nie — odparł ktoś z ław miejskich. — To zaproszenie do decyzji.
Marszałek podniósł rękę.
— Sejm nie rozstrzyga dziś o królu. Sejm rozstrzyga dziś o ciągłości państwa. Proponuję uznać córkę zmarłego monarchy za regentkę Rzeczypospolitej, do czasu zakończenia obrad sukcesyjnych.
Zapadła cisza.
Po chwili ktoś powiedział cicho:
— To rozsądne.
A potem kolejni.
Uchwałę przyjęto większością głosów.
Rzeczpospolita miała regentkę.
…
Tego samego wieczoru regentka — bo tak ją już nazywano — stała przy oknie Zamku Królewskiego. Miasto było ciche. Zbyt ciche, jak na stolicę wielkiego państwa.
Sobolewski wszedł bez zapowiedzi.
— Wasza Wysokość… a raczej. — zawahał się. — Wasza Królewska Mość?
Odwróciła się powoli.
— Jeszcze nie. — odparła. — I być może nigdy.
Podał jej dokument.
— Uchwała Sejmu. Zostaje pani mianowana Regentką Rzeczypospolitej Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, do czasu rozstrzygnięcia sprawy Korony.
Czytała uważnie.
— Nie królowa. Nie następczyni. Regentka. — powiedziała.
— Sejm uznał, że to jedyna forma zgodna z konstytucją — odparł Sobolewski. — Władza wykonawcza bez prawa wskazania następcy. Bez prawa koronacji.
Uśmiechnęła się gorzko.
— Jestem więc strażniczką czasu.
— Strażniczką państwa. — poprawił ją cicho.
Zamilkli.
— Ojciec wiedział, że tak będzie. — powiedziała po chwili. — Wiedział, że mnie nie wybiorą.
— Wiedział. — potwierdził Sobolewski. — I dlatego oddał decyzję Sejmowi. To był… ostatni akt jego panowania.
Regentka spojrzała na miasto.
— A jeśli Sejm mnie odsunie?
— Wówczas. — odpowiedział prezes Rady — Zapisze się pani w historii nie jako królowa, lecz jako ta, która nie dopuściła do wojny domowej.
To wystarczyło.
— Proszę zwołać Radę Administracyjną. — powiedziała. — Od jutra rządzimy. Ale tylko zgodnie z prawem.
Ukłonił się.
— Tak jest, Wasza Wysokość.
Gdy wyszedł, spojrzała jeszcze raz na Warszawę.
Korona była blisko.
Ale jeszcze bliżej była konstytucja.
…
Pierwsi zebrali się dawni stronnicy Sasów. Starsi, pamiętający jeszcze czasy Augusta III Sasa.
— Nie możemy dopuścić do zerwania. — powiedział poseł saski von Reichenbach. — Konstytucja mówi jasno o sukcesji saskiej.
— Ale jest jeden problem. — zauważył ktoś. — Brak męskiego dziedzica.
— Wszak dla was to nie problem. — odparł poseł. — Przecie u was już panowały kobiety, Wanda, Jadwiga i Anna.
— Co z sejmem? — spytał inny.
— Sejm się zgodzi. — Niemiec uśmiechnął się lekko. — Zawsze się zgadza z faktami dokonanymi.
Po krótkiej dyskusji sformułowano cele stronnictwa.
— Wzmocnienie władzy królewskiej
— Ścisły związek lub sojusz z Saksonią.
— Spokój zamiast eksperymentów
Od miejsca, w którym się znajdowali zawiązali Konfederację Targowicką. Nie wojskową, polityczną.
…
W Warszawie zebrali się zwolennicy konstytucji.
— Na to czekaliśmy. — powiedział marszałek Sejmu. — Sejm znów decyduje.
— Zawsze decydował. — odparł ktoś.
— Jeśli teraz oddamy decyzję dynastii. — mówił młody poseł z Krakowa — to po co było czterdzieści lat konstytucji?
— A kobieta na tronie? — zapytał ktoś.
Zapadła cisza.
— Regentka może rządzić. — padła odpowiedź. — Ale król musi być wyborem, nie dziedzictwem.
Sformułowano następujące postulaty.
— Król jako strażnik państwa a nie władca
— Większa autonomia prowincji
— Wzmocnienie Sejmu
Nazwali siebie Stronnictwem Patriotycznym.
…
Najmniejsza grupa spotykała się dyskretnie. Bez manifestów, bez toastów. U nich mówiło się szeptem.
— Saksonia się kończy. — powiedział stary senator z Wołynia. — Ale federacja sama nie przetrwa.
— Potrzeba nazwiska. — odparł ktoś inny. — Takiego, które znają w Wiedniu i Petersburgu.
— I które nie budzi strachu w Sejmie.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
W końcu padło jedno nazwisko.
— Czartoryski.
Cisza była inna niż wcześniej. Cięższa.
— Adam Jerzy? — spytał ktoś. — Były minister cara. Europejczyk. Polak.
— I arystokrata, który nie chce korony. — dodał senator. — A takich najłatwiej na nią wynieść.
— Regentka? — zapytał ktoś.
— Zrozumie. — odparł pierwszy. — Ona rządzi teraz. On ma rządzić potem.
Ich program obejmował:
— Wybór Adama Jerzego Czartoryskiego jako,,Króla Piasta”
— Stopniowa ewolucja z monarchii konstytucyjnej do konstytucyjno-parlamentarnej.
— Zachowanie status quo
Przezwali siebie Stronnictwem Narodowo-Demokratycznym. Choć nazwali się Narodowo-Demokratycznymi, nie mieli nic wspólnego z późniejszymi doktrynami nacjonalizmu; dla nich ‘naród’ znaczył wspólnotę praw, nie krwi.
…
Gdy Sobolewski meldował regentce o powstaniu konfederacji, nie zdziwiła się.
— Targowica, Patrioci, Narodowi Demokraci… — powtórzyła. — Każdy chce uratować Rzeczpospolitą na swój sposób.
— I każdy jest przekonany, że tylko on ma rację — dodał.
Uśmiechnęła się blado.
— To dobrze. Gorsza byłaby jednomyślność.
Spojrzała na mapę wiszącą na ścianie.
— Proszę przygotować zaproszenie dla księcia Adama Jerzego Czartoryskiego.
— Na rozmowę prywatną?
— Na rozmowę o przyszłości.
…
Pałac był cichy. Zbyt cichy jak na Warszawę, która jeszcze tydzień temu żyła pogrzebem króla. Regentka przyjęła go nie w sali tronowej, lecz w gabinecie, który wcześniej należał do Fryderyka Augusta.
Adam Jerzy Czartoryski wszedł powoli, z wyraźną rezerwą. Nie był człowiekiem, który czuł się swobodnie na dworach — a przecież znał ich więcej niż większość europejskich dyplomatów.
— Wasza Wysokość — skłonił się głęboko.
— Książę — odpowiedziała, wskazując mu miejsce. — Dziękuję, że pan przyszedł.
— Nie mogłem odmówić — odparł szczerze. — Choć domyślam się, dlaczego mnie wezwano.
Regentka spojrzała na niego uważnie.
— Proszę więc powiedzieć. Dlaczego?
— Ponieważ Sejm szuka króla, który nie będzie ani Sasem, ani Romanowem — odpowiedział spokojnie. — A ja… jestem wystarczająco niewygodny dla obu.
Uśmiechnęła się słabo.
— Nie każdy potrafi to powiedzieć o sobie z taką precyzją.
Zapadła chwila ciszy.
Rozdział 2
Konflikt sukcesyjny
Gdy oficjalnie ogłoszono powstanie Konfederacji Targowickiej, Warszawa eksplodowała.
Gazety nie przebierały w słowach.
„Targowica powraca!”
„Zdrada czy legalizm?”
„Czy konstytucja została właśnie pogrzebana?”
Na ulicach pojawiły się ulotki, jedne potępiające nazwę, inne ją broniące.
— To bezczelność! — krzyczał poseł Stronnictwa Patriotycznego na posiedzeniu plenarnym. — Jak można sięgać po symbol hańby?!
— Hańby nadanej później — odpowiedział spokojnie lider konfederatów. — My sięgamy po formę prawną, nie mit.
— Lud nie rozróżnia mitów od faktów!
— Lud rozumie jedno: czy państwo działa zgodnie z prawem — padła odpowiedź.
Debata trwała godzinami.
W końcu głos zabrał przedstawiciel Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego.
— Panowie — powiedział — nie spieramy się o nazwę, lecz o przyszłość. Targowica, Patriotyzm, Naród — to tylko słowa. Pytanie brzmi: kto ma prawo wskazać króla?
Zapadła cisza.
— Sejm — odpowiedziało kilka głosów.
— W takim razie — kontynuował — zróbmy to otwarcie. Bez dworów. Bez ambasadorów. Bez obcych instrukcji.
…
Depesza dotarła do Petersburga szybciej, niż się spodziewano.
Car Paweł I czytał ją w milczeniu. Każde zdanie pogłębiało jego irytację.
— Czartoryski… — powtórzył. — Mój były minister.
— Wasza Cesarska Mość — odezwał się doradca — to człowiek Zachodu. Nie Sas. Nie Romanow. To precedens.
— To zagrożenie — odparł car ostro. — Jeśli Polska pokaże, że można wybierać króla bez nas…
— …inni też spróbują — dokończył minister.
Paweł wstał.
— Nie będziemy interweniować — powiedział po chwili. — Jeszcze.
— Jeszcze?
— Jeśli się potkną, Europa zobaczy ich słabość. Jeśli nie… — urwał.
— Wtedy?
Car spojrzał przez okno na Newę.
— Wtedy będziemy musieli nauczyć się żyć z Rzecząpospolitą jako państwem.
…
Tymczasem w Warszawie Sejm zbierał się na decydujące głosowanie.
Regentka wiedziała, że niezależnie od wyniku — świat się zmienił.
Rzeczpospolita wracała.
Nie jako wspomnienie.
Jako problem dla Europy.
…
Nikt nie spodziewał się ciszy.
Gdy marszałek Sejmu uderzył laską w posadzkę, gwar nie ucichł od razu. Dopiero trzecie uderzenie sprawiło, że posłowie zrozumieli: to nie jest kolejne przemówienie. To chwila rozstrzygnięcia.
— Przystępujemy do głosowania — oznajmił marszałek. — W sprawie dalszego sprawowania władzy najwyższej w Rzeczypospolitej.
Każde słowo ważyło więcej niż zwykle.
Nie głosowano nad osobą.
Nie głosowano nad dynastią.
Głosowano nad tym, kto ma prawo wskazać króla.
Pierwszy wniosek, zgłoszony przez Konfederację Targowicką, brzmiał sucho i legalnie:
„Czy Sejm uznaje sukcesję saską za obowiązującą mimo braku męskiego potomka?”
Głosy liczono powoli.
Wynik był bliski.
Ale wniosek upadł.
Po raz pierwszy od śmierci Fryderyka Augusta stało się jasne, że ciągłość dynastii nie wystarczy.
Na sali rozległ się szmer — jeszcze nie triumf, raczej niedowierzanie.
Drugi wniosek złożyło Stronnictwo Patriotyczne:
„Czy Sejm uznaje regentkę za pełnoprawnego monarchę bez konieczności elekcji?”
Tym razem wynik był wyraźniejszy.
Wniosek odrzucono.
Regentka nie poruszyła się ani o krok. Jakby od początku wiedziała, że ten moment nadejdzie.
Dopiero trzeci wniosek — zgłoszony wspólnie przez Konfederację Targowicką i Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne — zmienił wszystko.
Marszałek odczytał go wolno:
„Czy Sejm uznaje, że w sytuacji nadzwyczajnej, wobec wygaśnięcia dynastii i zagrożenia równowagi państwa, prawo wskazania monarchy powraca w całości do Sejmu Walnego?”
Na sali zapadła cisza, jakiej nie było tu od lat.
To był moment przewrotu.
Nie gwałtownego.
Nie krwawego.
Prawnego.
Głosowanie trwało długo.
Gdy sekretarze liczyli głosy, nikt już nie rozmawiał. Nawet najzagorzalsi przeciwnicy wiedzieli, że wynik cofnie lub pchnie Rzeczpospolitą o pokolenie.
Marszałek wstał.
— Wniosek… — zawiesił głos — …został przyjęty.
Przez krótką chwilę nikt nie klaskał. Jakby wszyscy bali się, że to złudzenie.
Dopiero potem sala wybuchła.
— Sejm odzyskał koronę!
— Konstytucja zwyciężyła!
— To koniec dominacji dworów!