E-book
6.83
drukowana A5
21.75
Rzecz o ludziach różnych

Bezpłatny fragment - Rzecz o ludziach różnych


5
Objętość:
130 str.
ISBN:
978-83-8221-466-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 21.75

Inwentaryzacja

Szli w kompletnej ciszy. O dziwo, nawet psy w mieszkaniach przestały szczekać. Ich praca przyzwyczajała do hałasu i bałaganu, często też smrodu. A tutaj? I w miarę czysto, i cicho, i nawet zapachy nie odrzucały. Nie narzekali, chociaż raz robota będzie przyjemniejsza.

Mieli ze sobą dalmierze laserowe, komplet dokumentacji i klucze do opuszczonych mieszkań. Oczywiście pozwolenia też. Raz na jakiś czas mieszkania w mieście są sprawdzane, żeby nikt nie miał pretensji, że spółdzielnia ma mieszkańców gdzieś. Miała. To tylko stwarzało złudne wrażenie troski o ich bezpieczeństwo. Nikt nie widział wniosków z tych kontroli, efektów nie było.

— Dziwnie tu — powiedział wysoki blondyn w okularach. Przypominał jednego z braci Hemsworth. — Pewnie zaraz wszystko wróci do normy.

— Oj, daj spokój. Raz trafisz na czystą kamienicę to jeszcze narzekasz. Bądź profesjonalny.

— Luz, Kaśka. Tak tylko mówię. Przecież bardzo się cieszę. Wreszcie może być romantycznie.

— Piotrek! — rzuciła niby nerwowo, ale z zamiarem przekomarzania się. — Profesjonalizm, pamiętaj.

— Oczywiście, szefowo — uśmiechnął się, odwzajemniła.

Nie była szefową, oboje byli na tym samym poziomie w hierarchii firmy. Ale zwykle podczas pracy to ona podejmowała decyzje i pamiętała o wszystkim. Była rzetelna, zorganizowana i piękna. Tak, to nie ma związku, ale było bardzo istotne dla Piotrka. Podkochiwał się w niej, starał flirtować, ale Kasia go zbywała. Może to i lepiej, myślał sobie. W końcu chodzi o profesjonalizm.

Weszli do pierwszej klatki, zapukali do pierwszego mieszkania. Otworzyła im starsza pani, jednak bardzo energiczna. Gdyby nie siwe włosy i wyraźne zmarszczki, mogłaby wrócić na studia. Przeszli po pokojach, pomierzyli co trzeba i odpowiedzieli na parę nurtujących tą panią pytań. Przy okazji odkryli sekret wewnętrznej młodości. W kącie sypialni leżały kijki trekkingowe, dobre buty do biegania i różne inne gadżety, których Piotrek nie potrafił określić. Musieli dzisiaj skończyć pracę, a mieszkań było tutaj sporo. dlatego wyszli i szybkim krokiem ruszyli w kierunku kolejnych drzwi.

Praca szła gładko. Kolejne drzwi były otwierane, powierzchnie mierzone i tak dalej. Krok po kroku zbliżali się do ostatniego piętra. Gdy już tam dotarli, nieco zmęczeni i głodni, sprawdzili dokumenty. Ostatnie mieszkanie było niezamieszkane. Przeszukali torbę z kluczami, wyciągnęli odpowiedni i przekręcili w zamku.

Ich oczom ukazał się długi, całkiem jasny korytarz. Ściany pomalowane na biało, czyste. Po prawej stronie nie było żadnych okien, po lewej okna wewnętrzne, rozpoczynające się na wysokości około dwóch metrów. Pod nimi były dwie pary drzwi, również białe. Jedyny wyróżniający się element to drzwi na końcu korytarza, w kolorze ekstrawaganckiej czerwieni. Może były właściciel to patriota, albo po prostu szalona dusza, pomyślała Kasia. Zmierzyli pomieszczenie, zapisali wyniki w tylko im znanym skrócie. Później będą nad tym siedzieć nieco dłużej, żeby wszystko było przejrzyste i dokładnie narysowane.

Przeszli przez pierwsze drzwi. Pokój, podobnie jak korytarz, był całkiem biały, tyle że bez żadnego wyróżniającego elementu. Miał za to ostry skos, jednak nie przeszkadzał on w pomiarach, bo był wysoko. Pomieszczenie rozświetlały dwa ogromne, nowe okna. Jedno z nielicznych mieszkań, gdzie były zamontowane szczelnie. Pomierzyli i przeszli dalej.

W kolejnym pokoju sytuacja analogiczna, toteż nie rozglądali się za bardzo. Odhaczyli, przeszli do czerwonych drzwi. Piotrek nacisnął na klamkę, niestety ani drgnęło. Popatrzyli po sobie zdziwieni.

— Na pewno nikt tu nie mieszka? Może ktoś sobie szykuje tu lokum, sprawdź.

— Przecież sprawdzałam wszystko. Poza tym nie wydaliby nam kluczy.

— To co robimy?

— Nic, trzeba zadzwonić i się upewnić.


***


— Halo? — powiedział i czekał na głos w słuchawce.

— Marek, słuchaj. Zapomniałem ci powiedzieć, zaczęli już chodzić. Byli u mnie jakieś pół godziny temu, ale chyba zdążysz się przygotować, nie?

Poczuł delikatny dreszcz. Tak to jest jak chcesz na kimś polegać. Trzeba było siedzieć w tym mieszkaniu i pilnować. Wścibscy inżynierowie na pewno będą się chcieli jakoś wcisnąć do tamtego pokoju. Poczuł zimny pot na plecach.

— Halo? Jesteś?

— Tak, dzięki. Do zobaczenia — odłożył słuchawkę zanim zdążył usłyszeć odpowiedź.

Co teraz? Co teraz? Powtarzał w głowie jak mantrę tylko to jedno pytanie. Tak jakby chciał tym nawałem wypchnąć z głębin umysłu jakiś dobry plan. Kręcił się po kuchni, mimo że powinien pośpieszyć się z działaniem. Zdążył nawet zapalić papierosa, ale po chwili go zgniótł w popielniczce. Musiał się skupić.

Przypomniał sobie, że to mieszkanie jest na sprzedaż. Pójdzie tam szybko i powie, że był umówiony na oglądanie. Po drodze wymyśli co dalej. Chociaż nie miał za wiele czasu do namysłu, przeszedł tylko do klatki obok.

I teraz najgorsze — schody. Może i siwizna znaczyła swoje ślady na jego skroniach. Może i już miał zmarszczki na twarzy. Może i pesel nie był zbyt korzystny. Ale nie czuł się staro. Więcej, uważał, że jest w świetnej formie względem swoich rówieśników. Ale mimo to wejście na czwarte piętro po tych przeklętych stopniach przyprawiało go o bezdech. Niestety, teraz musiał wbiec na górę, nie zważając na swoje powietrzne problemy.

Wskakiwał po dwa stopnie, dłoń bez przerwy ślizgała po poręczy. Asekurował się przed upadkiem, a na półpiętrach chwytał się, żeby siła odśrodkowa jak najszybciej wyniosła go z zakrętu. Czuł jak podskakuje mu, nie przesadnie długa, grzywka, jak cząsteczki powietrza gładzą go po policzkach. Na górze znalazł się w przeciągu paru sekund.

Starał się regulować oddech, ale nie było to takie proste. Zajrzał dyskretnie przez drzwi i zobaczył ich. Wysoki blondyn i zgrabna brunetka. Stali i wpatrywali się w czerwone drzwi. Marek wiedział, że nie może im pozwolić tam wejść. To, co chowa to pomieszczenie, nie może wyjść poza jego świadomość. Poprawił włosy, sweter i przestąpił próg. Raz kozie śmierć.

— Dzień dobry! — powiedział głośno, aż rozległo się echo na klatce schodowej.

Odwrócili się, kompletnie bez zaskoczenia, tak jakby na kogoś czekali. Ich twarze pokrywał strach. Marek patrzył na nich i nie wiedział co dalej robić. Dopiero po chwili dostrzegł, że czerwone drzwi są lekko uchylone. Zamarł, serce waliło mu tak szybko, jakby miało zaraz wybuchnąć. To nie może się tak skończyć.


***


— Powiedział mi, że nic nie wiedzą o żadnych drzwiach i mamy sobie radzić sami. Masz jakiś pomysł? — była zdenerwowana. Cały jej perfekcjonizm został zaburzony.

— Wiesz, coś na pewno wymyślimy.

— Odkrywcze, dzięki — parsknęła.

Rozglądali się dookoła, ale tylko dlatego, że nie wiedzieli co robić. Nigdzie nie było żadnego schowka, żadnego haczyka z kluczami. Byli w kropce. Nikt nie nauczył ich radzenia sobie w takich sytuacjach. Wszystko zawsze było już ustalone, oni mieli tylko wykonać najnudniejszą robotę.

Dreptali przy tych drzwiach i dreptali. Mijały sekundy, rosła irytacja i wzajemna niechęć. Jak nie idzie to zespół zawsze szuka najsłabszego ogniwa. Tutaj nie musieli za daleko szukać, tylko że żadne z nich nie potrafiło znaleźć argumentu za swoim wyborem. Kręcili się, a deski skrzypiały. To też wzmagało irytację.

Piotrek zaczął bawić się długopisem, przewracał go w dłoni, obracał między palcami. Uważał, że tak poprawia swoje skupienie, lecz Kasię to tylko rozpraszało. Dawała mu do zrozumienia, swoją miną i postawą, ale nie widział tego. Nie wytrzymała i wytrąciła mu długopis z ręki. Upadł i rozległ pusty huk pod jedną z desek parkietu. Piotrek schylił się po pisak i przyjrzał się desce.

Nacisnął na jeden koniec, nic. Nacisnął na drugi i deska się podniosła. Wyciągnął ją i wytrzeszczył oczy. Kasia spojrzała na niego, nie widziała o co chodzi. Podeszła bliżej i spojrzała mu przez ramię, również zamierając. W małym zagłębieniu leżał klucz, do którego doczepiony był malutki brelok w kształcie kła.

— Miałem rację — powiedział Piotrek.

— O czym mówisz? — zapytała zdziwiona.

— Długopis nam pomógł.

Nie odpowiedziała, tylko się uśmiechnęła. W duchu musiała mu przyznać rację, ale tylko częściowo. Bo to jednak ona wprawiła długopis we właściwy ruch.

Ruszyli w stronę drzwi z nadzieją, że to odpowiedni klucz. Chwila prawdy. Ręka Piotrka ruszyła w kierunku zamka. Wsunął klucz, przekręcił, usłyszeli szczęknięcie mechanizmu. Chwycił za klamkę, drzwi drgnęły. Ich oczom ukazała się ciemność, tak bardzo kontrastowa względem reszty mieszkania.

Kaśka nie mogła wytrzymać z ciekawości, przecisnęła się przed niego i przeszła do pomieszczenia. Przejechała ręką po ścianie w poszukiwaniu włącznika. Niestety po żadnej stronie drzwi go nie było.

— Poczekaj, z pomocą nadchodzi mój niezawodny długopis.

— Co? — powiedziała głośno i wysoko.

— No tak, po drugiej stronie jest mała latarka. W takich chwilach doceń durne gadżety.

— O matko. Niech ci będzie — rzuciła zrezygnowana.

Wszedł za nią i włączył latareczkę. Przeszli w głąb pomieszczenia. W ich uszach rozległ się cichy szum przypominający pracujący okap. W powietrzu unosił się delikatny zapach formaliny i innych substancji, których nie potrafili rozpoznać. Przystanęli.

Piotrek przestał kierować wiązkę światła pod nogi, chcieli się rozejrzeć. Problemem była tylko moc magicznego długopisu, który nie pozwalał zobaczyć zbyt wiele. Rozświetlił, w ramach możliwości, sufit. Rozciągał się tam szereg rur, wszystkie połączone ze sobą i ze wspólnym ujściem gdzieś u góry. Robiło to za wyciąg, stąd ten szum i ledwie wyczuwalny zapach. Zaczęli się zastanawiać po co to wszystko. Co tu takiego się działo, że nie wystarczało otwarcie okna.

— Poświeć po ścianach — rozkazała Kaśka. Wyraźnie było czuć, że jest podniecona odkryciem i czekała na więcej.

Piotrek oczywiście wykonał polecenie, ale za chwilę zaczął tego żałować. Na ścianach wisiały psy. Wszelkie, małe i duże. Wszystkie skierowane pyskiem w głąb pomieszczenia. Nie wiedzieli co robić, z jednej strony byli ciekawi, z drugiej jednak zawładnął nimi strach. Wszystko składało się w całość, ten wyciąg na suficie, te unoszące się w powietrzu zapachy chemikaliów.

Kaśka poczuła jak odruch ściska i odwraca do góry nogami jej wnętrzności. Piotrek starał się zachowywać twardo, jednak czuł dokładnie to samo. W końcu się przełamał i podszedł bliżej. Uczucie się nasilało. „Nie wymiękaj” — powtarzał w głowie. Zbliżył się na wyciągnięcie ręki. Dotknął jednego ze zwierząt, ostrożnie, jednym palcem lewej dłoni. Nie była mu tak bardzo potrzebna, jakby co.

Najpierw poczuł miękką sierść, potem palec delikatnie dotknął zimnej skóry. Bał się jak nigdy, że zobaczy coś, czego jego piękny umysł nie powinien zawierać w swojej pamięci. Próbował się przemóc, aż w końcu docisnął mocniej. Okazało się, że pod naciskiem skóra miękko zapadła się w plusz, tam gdzie powinny być żebra. Nie był może weterynarzem, ale tego mógł być pewien. Głos utknął mu w piersi, na chwilę się zapowietrzył.

— Co się dzieje? — wydukała zniecierpliwiona i przerażona Kaśka.

— One… one… — jąkał się. — One są wypchane — przeszło mu w końcu przez usta.

Wciągnęła powietrze ze świstem i również chwilę zajęło jej powrócenie do normalnego trybu oddychania. Nie mogła w to uwierzyć. Bała się iść dalej, ale czuła, że musi to zrobić. Musi poznać tajemnicę pokoju i przekazać ją dalej, przekazać policji. Ktoś musi za to wszystko odpowiedzieć.

Podeszła do Piotrka i pociągnęła go za rękę, kierując się w głąb pomieszczenia. Małymi kroczkami mijali kolejne psy wiszące na ścianach. Część była cała, z niektórych została jedynie głowa. Naliczyli ich około dwudziestu, tylko na jednej ścianie. Bali się patrzeć w drugą stronę.

Szli dość długo, nie pamiętali, żeby plan budynku przewidywał gdziekolwiek taki długi korytarz. W końcu się zatrzymali. Prawdopodobnie na środku stał metalowy stół, cały poobcierany z pierwszymi ogniskami rdzy. Na nim leżał kolejny psiak. Tym razem nie był wypchany. Był otwarty po stronie brzusznej, wychodziły z niego jelita, prawdopodobnie żołądek i wątroba, nie wiedzieli.

Odruchy nasiliły się u obojga, Piotrek nie wytrzymał i zwrócił śniadanie na podłogę. Kaśka poszła w ślad za nim uzupełniając kolorową breję na podłodze. Nie widzieli tych kolorów, ale lepiej dla nich. Już nie chcieli patrzeć na wszechobecne okrucieństwo, dlatego ruszyli prędko w stronę otwartych drzwi, do światełka w tunelu.

Wyskoczyli stamtąd i trzasnęli za sobą drzwiami. Zamek nie zaskoczył, ale tego już nie zauważyli.

— Piotrek, musimy coś z tym zrobić — powiedziała roztrzęsiona.

— Niby co, Kaśka? Co z tym zrobić?

— Trzeba się uspokoić, ułożyć sobie to wszystko, tak. Zadzwonimy na policję, może oni coś wymyślą — próbowała zebrać myśli, ręce jej się trzęsły.

Stali jak wryci patrząc na czerwone drzwi. Drzwi do piekła.

— Dzień dobry! — ktoś krzyknął za ich plecami.


***


„Cholera, widzieli wszystko. Muszę się ich pozbyć. Trudno, może dwa humanoidalne eksponaty też znajdą swoje miejsce za tymi drzwiami.” — myślał Marek. Patrzyli po sobie, żadne nie wiedziało co powiedzieć. Pierwszy krok wykonał najstarszy.

— Ja w sprawie tego mieszkania, miałem się spotkać z kupcem. To państwo? — starał się panować nad głosem najlepiej jak potrafił. „Spokojnie, nie wiedzą, że to twoje.”

Nie potrafili niczego odpowiedzieć. Widoki z tego pokoju paraliżowały ich wszelkie reakcje. Wykorzystał to i brnął dalej.

— Ach, przepraszam, to jasne. Państwo na inwentaryzację. Proszę się nie przejmować tamtymi drzwiami, tu kiedyś było przejście między dwoma mieszkaniami, podobno jakieś rodziny z tego kiedyś korzystały, ale to nie należy do żadnego z nich. Zresztą i tak nie wiadomo jak się tam dostać, klucze musiały przepaść.

Piotrek odwrócił się do drzwi i dyskretnie je domknął, udając, że się z nimi szarpie. Szybko przekręcił kluczyk i schował do kieszeni.

— Całkiem solidne wykonanie — powiedział. — Kiedyś nie było takich drzwi, ktoś musiał słono zapłacić za taką robotę.

Marek pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie wiedział o co chodzi z tymi drzwiami, ale nie obchodziło go to. Musiał coś z nimi zrobić i nie wzbudzać podejrzeń co do swoich zamiarów. Z trudem dusił w sobie zdenerwowanie.

— Zapraszam państwa na kawę, na pewno przyda się doładować baterie.

— Dziękujemy, chętnie skorzystamy — powiedziała Kasia i ruszyła w stronę nieznajomego. Piotrek z lekkim opóźnieniem zrobił to samo.

Przeszli do klatki obok. W sumie i tak będą musieli tu pomierzyć, więc nie tracili czasu na chodzenie bez sensu. A przerwa dobrze im zrobi. Jedno tylko niepokoiło Kaśkę, niestety nie mogła się tym teraz podzielić ze swoim współpracownikiem. Jeszcze nigdy żaden mieszkaniec nie zaprosił do siebie na kawę. Może i za dużo czytała książek o mordercach, ale po prostu coś jej nie pasowało.

Piotrek za to pozostał bezrefleksyjny. Ucieszył się na wieść o ciepłej kawie, musi ochłonąć. To co zobaczył, nie powinno się wydarzyć i ciągle ma wrażenie, że zaraz się obudzi. Że to tylko głupi sen po alkoholu i wszystko wróci do normy. Dlatego powoli uspokajał się wewnętrznie, rozsiadł się na kanapie i czekał na napój.

Z kuchni dochodziły odgłosy szurania kubkami i gotującej się wody. W tym wszystkim milknął dźwięk otwieranego woreczka z tabletkami. Nie wyglądały jak zwykłe tabletki kupione przy kasie w dyskoncie. To było coś, co miało rozwiązać powstały problem Marka. Dyskretnie pokruszył dwie z nich i wsypał po równo do dwóch kubków z kawą. Po chwili pojawił się z tacą w salonie.

— Proszę bardzo — powiedział rozstawiając kubeczki. — Słodźcie sobie, jest też śmietanka — poustawiał wszystko na stoliku i sam usiadł do swojej kawy.

Podziękowali i wzięli się za doprawianie rozpuszczalnej. Oboje sypnęli po jednej łyżeczce, tylko Piotrek zalał śmietanką. Marek preferował czarną, mocną, taką jaką stworzył producent. Gospodarz przyglądał się inżynierom czekając, aż specyfik zacznie działać.

Mijały minuty. Rozmowa z gospodarzem nie kleiła się zupełnie, jednak czuli, że odpoczywają. Piotrek jakby bardziej, coraz częściej podpierał głowę dłonią, masował się po karku. Przepraszał oczywiście, tłumacząc się, że słabo dzisiaj spał. Kaśka czujnie zwróciła uwagę, że pan który ich zaprosił, również odpływał z każdą chwilą coraz bardziej.

W głowie Marka tliła się myśl, że pomylił kubki. Ale była ona tak słaba, że nie znalazła fizycznego ujścia w działaniu. Oparł się w fotelu, poprawił na siedzisku i po prostu zasnął. Jakby synchronicznie, Piotrek również padł. Kaśka nie wiedziała co się dzieje, ale poczuła, że musi zacząć działać.

Cała ta sytuacja była dziwna od samego początku. Znajdują zamknięty pokój w opuszczonym mieszkaniu, odkrywają czyjąś brudną tajemnicę i na koniec, ni z tego, ni z owego, pojawia się jakiś koleś i zaprasza ich do siebie. Nic tu się nie kleiło. Odruchowo sprawdziła puls i oddech Piotrka. Żył.

Przeszła do kuchni, zobaczyła ślady na blacie po kruszonych tabletkach, a tuż obok rzeczone tabletki w przezroczystym woreczku. Widziała już takie gdzieś. W jednej z książek były opisane wszystkie substancje, których używają mordercy i inni tacy mili goście. Ale nie mogła sobie przypomnieć co to. Zadzwoniła po odpowiednie służby.

Niczego nie dotykała, bała się znaleźć coś więcej. Przeszła do sypialni, która była ostatnim pokojem w tym mieszkaniu. Przeraziła się od razu po uchyleniu drzwi. Wszędzie koty. Na ścianach zdjęcia, pościel tematyczna, jakieś figurki w ich kształcie stojące na parapecie i szafce nocnej. W rogu jakaś kocia wieża, prowadząca do podwieszanych tuneli na suficie. Istny koci raj. Ale żadnego żywego kota

Zapomniała o strachu, zżerała ją ciekawość. Zbliżyła się do szafki nocnej i wysunęła szufladę. Jej oczom ukazał się album ze zdjęciami, z zaskakującą okładką — kotem. Usiadła na krańcu łóżka i zaczęła przeglądać. Wiedziała, że ma dużo czasu, to coś musiało długo działać. Chęć poznania prawdy była zbyt silna.

Otworzyła album. Zawierał zdjęcia, o zgrozo, kota rasy sfinks. Był obrzydliwy, całe szczęście, że go tu nie było. Przewracała strony szybko, jakby miała skaner w oczach i ten krótki moment wystarczał na analizę. Nie było tu nic ciekawego. Na samym końcu była przyklejona koperta. Obejrzała zawartość i zamarła.


***


Szef dał im wolne na tydzień. Uznał, że po czymś takim należy im się przerwa. Wręcz wygonił ich z biura. Nie chciał chyba, żeby zdradzali reszcie szczegóły tej akcji. Kiedy wyszli, otworzył szafkę w swoim gabinecie i wyciągnął, zza stosu dokumentów, butelkę Danielsa. Nalał jedną trzecią szklanki, niczym nie rozcieńczał. Należał do ludzi, którzy uwielbiają smak czystej whisky. Zaczął bujać się na swoim skórzanym fotelu i powoli sączyć trunek.

Para nieszczęśników udała się na przystanek. W milczeniu, każde zamknięte z własnymi myślami. Piotrek nadal uważał, że zaraz się obudzi, a Kaśka nie czuła kompletnie nic. Tyle okrucieństwa jednego poranka to stanowczo za dużo. I mimo, że słyszy się o nim bardzo dużo, to jednak to wszystko wydaje się odległe. Nie przejmuje się tak bardzo masowym ludobójstwem w Syrii, ilość gwałtów w Indiach to tylko statystyka, a o Chińskich, małych rączkach, które złożyły jej iPhone słyszała już tyle bajek, że już w to nie wierzy.

A dzisiaj? Dzisiaj to wszystko stało się na jej oczach, w jej mieście, kilka przystanków stąd. Przechodziły ją dreszcze na samą myśl o tym, co było rano. Potrzebowała zapomnieć, przykryć to wspomnienie kilkoma innymi. Musi wyjechać, choćby na dwa dni. Musi coś przeżyć.

Dotarli na przystanek. Będą jechać jednym autobusem, Piotrek wysiadał po dwóch, a ona nie wiedziała po ilu, jechała do samego końca. Popatrzył na nią, ale nic nie powiedział. Poznała po nim, że coś ukrywa. Trochę się znali, albo tylko to ona dobrze znała jego. Podeszła trochę bliżej i szturchnęła go łokciem w bok. Tak jak z komputerem, czasem trzeba kopnąć, żeby się odwiesił.

— Tak pomyślałem — odkaszlnął. — Może wejdziesz do mnie na chwilę, nie chciałbym być sam teraz. Może tobie też się przyda towarzystwo.

Przytaknęła głową. Właściwie czemu nie, pomyślała. Marzyła jej się jakaś głupia komedia i wino. Albo piwo, nie miała obecnie nastroju na wybrzydzanie. Wystarczy coś, co nieco rozświetli jej ten dzień. Słońce niknęło właśnie za czarną chmurą.

Wsiedli do autobusu i pojechali. Podróż minęła jak sekunda, nie była pewna, czy nie spała w tym czasie. Przeszli przez mały park i znaleźli się pod blokiem. Całe szczęście, bo do kamienicy by nie weszła. Dotarło do niej, że będzie musiała jechać do rodziców, bo sama mieszka w kamienicy. Świetnie, kolejni którzy będą chcieli wiedzieć co tam u niej. Przecież ich nie może okłamać. Coś wymyśli, byle dzisiaj tam nie jechać.

Piotrek otworzył drzwi do mieszkania i zaprosił ją do środka. Było zadziwiająco czysto jak na męskie lokum. Zdjęła buty i przeszła do pokoju dziennego. Zaproponował jej jakieś kolorowe napoje, ale nie chciała być trzeźwa. Wyjął im po piwie. Kolejny powód do zadowolenia, piwa nie pochodziły z małych browarów. Kaśka nie rozumiała jak można pić te wstrętne wytwory udawanych specjalistów. Piwo to piwo, nie ma się nad czym rozwodzić.

Nie chciała nawet szklanki, otworzyła puszkę z sykiem ulatującego gazu i przechyliła. Zimny płyn spływał przełykiem napełniając żołądek. Piotrek był pod wrażeniem tempa, nawet z kolegami mieli pewne opory przed takim wlewem. Ta kobieta była niesamowita, pomyślał.

Poczuła jego wzrok na sobie i szybko powiedziała.

— Mam dwóch braci, starszych. Nie takie rzeczy się robiło. Umiesz otwierać butelkę zębami? — pokręcił głową. — A no widzisz, a ja umiem. Mam sporo niekobiecych cech.

Słuchał jej z podziwem, ale nie uważał, że jest mało kobieca. Wręcz przeciwnie, te męskie zachowania jeszcze dodawały jej uroku. Mówiła dużo, chyba potrzebowała spuścić z siebie powietrze, które nie pozwalało jej po tym wszystkim wrócić na ziemię. Przynosił tylko kolejne piwa, wynosił puste puszki. Był gotowy na kumpli, mieli oglądać mecz w jutrzejszy wieczór. Trudno, zaopatrzy się jeszcze raz.

Kaśka ciągnęła opowieści o rodzinnym domu, o swoich życiowych porażkach i zwycięstwach. O wielu śmiesznych sytuacjach, którymi prawie doprowadzała Piotrka do płaczu. Za oknem było już kompletnie ciemno, a ona z każdym zdaniem stawała się coraz to bardziej wątła. W końcu oparła się o Piotrka i zasnęła.

Nie chciał jej budzić, delikatnie usunął się spod niej i położył jej poduszkę pod głowę. Przyniósł jakąś kołdrę i wszystko pogasił. Zasłonił okna i poszedł do sypialni. Niech nic nie przerywa jej błogiego snu. Wiedział, że ona przeżyła to bardziej, bo jakimś trafem ten gość pomylił kubki i pozwolił jej odkryć tajemnicę. Tajemnicę, o której wie ona i zapewne ktoś z policji.


***


Wybiegła przed klatkę jak tylko usłyszała radiowóz. Niemalże wepchnęła policjantów na górę. Pokazała im mieszkanie i dokumenty, na dowód, że nikogo nie powinno tutaj być. Potem pokazała im drzwi i spytała o latarkę. Oczywiście mieli, mimo że to dzienne wezwanie. Wszystko spisywali, żeby nic nikomu nie umknęło. Nawet fakt, że z kieszeni spodni wyciągnęła klucz.

Drzwi się otworzyły, policjanci od razu włączyli latarki. Okazało się, że przy ich mocy było wszystko dokładnie widać już z progu. Twarze funkcjonariuszy pokryło obrzydzenie, nie byli gotowi na coś takiego. Dopiero teraz Kaśka zobaczyła ogrom tego wszystkiego. Psy wiszące na ścianach szły w dziesiątki. Były to głównie kundle, parę yorków. Na końcu pomieszczenia stały worki z pluszem, obok nich regał z różnymi butelkami. Na środku był ten metalowy stół, a na nim pies z wnętrznościami na wierzchu. Oczywiście, podłoga była upaćkana treścią żołądkową.

Policjanci powstrzymali swoje odruchy, w końcu byli na służbie. Przeszli przez pokój przyglądając się każdej rzeczy. Kaśka dojrzała parę szczegółów. Każdy pies miał ponacinane kończyny, prawdopodobnie po to, żeby nie wierzgały podczas operacji. Ten zwyrodnialec kroił te zwierzęta w pełnej świadomości. Ściany były pokryte pianką, podłoga też była wygłuszona. Prawdopodobnie można było zrobić tu imprezę i nikt by o niej nie wiedział.

Jeden z policjantów podszedł do stołu.

— Ej, to nie ten zaginiony pies? — rzucił do swojego partnera. Tamten szybko pojawił się przy nim.

— O kurwa — powiedział bez ogródek. — Faktycznie. Poczekaj, zrobiłem zdjęcie tego ogłoszenia.

Poszperał chwilę w telefonie po czym pokazał fotkę koledze. Obaj zaczęli kręcić głowami kompletnie nie przejmując się obecnością Kaśki. A ona, jak to zostawiony sam sobie człowiek, zaczęła się rozglądać. Patrzyła po martwych pyskach i wyobrażała sobie cierpienie właścicieli, którzy dowiedzą się co stało się z ich psami. Każdy miał obróżkę. Przeszły ją ciarki.

— Mówiła pani, że wie kto to zrobił. Skąd?

— Mam dowód — i podała im album. — Najważniejsze jest w kopercie na końcu.

Zaczęli przeglądać, jakby nie ufali, że faktycznie Kaśka ma rację. Po przewertowaniu wszystkich stron sięgnęli po kopertę. Wyciągnęli plik kolejnych zdjęć i jak na sygnał zakryli usta rękoma. Album upadł na podłogę, wraz z kopertą i wyciągniętymi zdjęciami.

— Skąd pani to ma?

— Zaprowadzę panów, to w klatce obok — odpowiedziała i ruszyli w stronę wyjścia.

Pokój został bez śladu życia zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Przestrzeń wypełniały dusze martwych psów, które nie są w stanie wydostać się z pokoju przez szumiący wyciąg. Oddzielone od swoich ciał czekają na wolność.

I ten rozszarpany kot, z licznymi śladami psich zębów. Cały we krwi, konający. Tylko wprawne oko dostrzeże, że to sfinks.

Asystent

Stanowisko kierownika, coś o czym marzył od zawsze. Wysokie zarobki, życie w biegu i masa rzeczy na głowie. Jego żywioł — praca. Mimo, że zawsze był w niedoczasie i spóźniał się do pracy, wszyscy wiedzieli co mają robić. Cenił swój zespół za pracowitość i realizację zadań.

Zaparkował swojego Peugeota w garażu pod biurowcem i szybko ruszył w kierunku windy. Nie podobało mu się to auto, ale przyszła żona zdecydowała. W domu to ona była decyzyjna i odpowiadało mu to. Wystarczało, że w pracy podejmował ryzyko i był mózgiem wielu operacji. W domu faktycznie odpoczywał od wszystkiego.

Wjechał na jedenaste piętro i szybko przemknął do swojego gabinetu. Widok na miasto napawał go spokojem i dumą, bo zawsze uważał pracę w takim miejscu za sukces. Przejrzał korespondencję, tę na biurku i tę w komputerze. Jeden z jego pracowników zawsze dbał o to, żeby poczta nie czekała w skrzynce.

Pan Wojciech, doświadczony księgowy, który zawsze przychodził najwcześniej i wychodził jako jeden z ostatnich. Jego prawa ręka, bez niego mógłby nie nadążyć ze wszystkim. To był strzał w dziesiątkę, doświadczenie wprowadzające spokój, a nie młodzieńcza werwa i zamieszanie. Kiedy tylko odbębnił poranne obowiązki zdecydował się zajrzeć do swojego asystenta.

Pan Wojciech siedział jak zawsze przy biurku, lecz tym razem głowa leżała wsparta na rękach. Z początku kierownik myślał, że asystent po prostu odsypia, ale niepokój wziął górę i podszedł sprawdzić czy wszystko z nim ok. Nie było, Wojtek nie oddychał, puls był niewyczuwalny. Szef zamarł. Upadł na podłogę i trzęsącymi się rękami zadzwonił na pogotowie.

Zjawili się bardzo szybko, nie dało się stwierdzić ile czasu minęło. Kierownik niemalże sam potrzebował pomocy, dostał od ratowników leki na uspokojenie, ale nie dawały ukojenia. Lekarz stwierdził zgon, który nastąpił prawdopodobnie już godzinę temu. Kierownik cały się trząsł, zarządził dzień wolny i odesłał wszystkich do domów. Sam został jeszcze trochę, musiał ochłonąć.

Po jakimś czasie pojawiła się policja, obejrzeli miejsce pracy i stwierdzili brak niepokojących elementów.

— Imię, nazwisko i wszystko co pan wie o zmarłym. To tylko procedury, proszę się nie przejmować — powiedział policjant, chyba jakiś detektyw, przesłuchiwany nie potrafił stwierdzić.

— Adam Wachowski — wyjąkał. — Pan Wojtek był świetnym pracownikiem, moja prawa ręka. Miał swoje lata, problemy z sercem. Bodajże rok temu wszczepiono mu rozrusznik. Boję się, że to przez to. Starałem się go oszczędzać, ograniczałem jego obowiązki, żeby nie musiał się przeciążać, ale on był uparty i mówił, że się dobrze czuje.

— Dziękuję, to wystarczy — powiedział policjant.

Policjanci wyszli, zostawiając pustkę w gabinecie. Za oknami zaczynało robić się ciemno, nadchodziła burza. Dalekie grzmoty obudziły Adama i zmotywowały do wyjścia z firmy. Wsiadł do auta i ruszył. Tocząc się przez miasto myślał o tym co dzisiaj zobaczył. Wciąż nie mógł uwierzyć. Jeszcze wczoraj, Wojtek mówił, że wszystko jest ok. Co się mogło zmienić? Skupiony wokół wydarzenia prawie wpadł na skrzyżowanie przy czerwonym świetle. Mocno szarpnął hamulcami, samochód stanął dęba i zatrzymał się w połowie pasów.

Adam wziął głęboki oddech i ruszył wraz z zielonym światłem. Zaparkował pod blokiem w którym mieszkał i wczłapał się do mieszkania. Przywitała go narzeczona, zdziwiona wcześniejszym powrotem swojego lubego.

— Co się stało? — spytała nieco zaniepokojona. — Wyglądasz jakbyś nie spał od tygodnia.

— Wojtek nie żyje — narzeczona aż usiadła.

— Co? — wydukała. — Jak to?

— Nie wiem jak, wszedłem do niego i już nie żył. Nie gadajmy o tym, proszę. Muszę wyluzować.

— Dobrze, coś wykombinuję dla ciebie. Poleżymy, obejrzymy film, zamówimy coś do jedzenia. Niestety mam czas tylko do wieczora, robimy nocne zdjęcia do paru scen. Nie mogę tego przełożyć, przepraszam.

— Jasne, rozumiem. To co jemy?


***


— Magda pojechała na plan to pomyślałem, że wpadnę — powiedział Adam unosząc piwa, żeby sąsiad zauważył.

— Ty to zawsze wiesz, kiedy przyjść. Zapraszam — Marek odpowiedział z uśmiechem na ustach.

Rozsiedli się na kanapie i otworzyli butelki. Chwilę siedzieli bez słowa, ale to nie było dla nich nic nowego. Starali się delektować smakiem piwa, dopiero potem zaczynali rozmowę.

— Dobra, to co cię sprowadza do mnie. Widzę że coś jest nie w porządku.

— Aa, bo widzisz — urwał, nie wiedząc jak powiedzieć to, co się w nim kłębiło. — Mój asystent, kojarzysz zapewne z opowieści, zmarł dzisiaj w pracy. Mam poczucie winy.

— Przykro mi, naprawdę. Ale wiedz, że to nie twoja wina. Był chory, prawda? — Adam pokiwał głową w odpowiedzi. — No więc właśnie, widocznie tak miało być. Niech spoczywa w pokoju, nie zadręczaj się.

— Może masz rację. Za dużo ostatnio wziąłem na głowę. Firma pochłania. Dobrze, że na sąsiada mogę liczyć — uśmiechnął się i uniósł butelkę.

— Oczywiście — odpowiedział.


***


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 21.75