E-book
12.29
RYZYKO

Bezpłatny fragment - RYZYKO


5
Objętość:
75 str.
ISBN:
978-83-65543-61-5

,,Prawdziwa przyjaźń to jak światło w ciemnościach… zrozumie ten kto przyjacielem się poczuwa”.


Janusz Niedzielin


Książkę dedykuję swoim największym miłościom Edycie i córce Mai jak i Natalii

Zdawało mi się, że to będzie zwykły jesienny dzień. Dopiero później okazało się, jak bardzo się myliłem. Miałem własny dom w niewielkim nadmorskim mieście. Nie byłem facetem z okładki playboya, ale kobiety nigdy nie mijały mnie obojętnie.

Widziały we mnie to „coś”.

Tego dnia siedziałem wygodnie w fotelu rozmyślając, gdy nagle odezwał się telefon. Spokojnym ruchem ręki podniosłem słuchawkę.

— Słucham — powiedziałem lekko ochrypłym głosem.

— Możemy spotkać się jutro w Grocie u Franka? — usłyszałem w słuchawce — Jest temat. Podaj tylko czas. Ja się dostosuję.

Zastanowiłem się przez moment. Nikt oprócz Franka nie znał tego numeru telefonu. To pewne, że nieznajomy złapał kontakt właśnie przez niego.

— Jutro nie dam rady. Grafik. Rozumiesz? — odpowiedziałem spokojnie — Najwcześniej w środę. Niech będzie 22:00, stolik numer trzy.

— W środę? — czułem w głosie rozmówcy zdenerwowanie.

— Spotkajmy się szybciej.

Nietrudno było się zorientować, że dla niego ta sprawa jest do załatwienia na wczoraj.

— Środa — powtórzyłem obojętnie i odłożyłem słuchawkę.

Miałem czas by dowiedzieć się, z kim rozmawiałem. Natychmiast wykonałem telefon do Franka. Franek to prawdziwy przyjaciel, na którego zawsze mogłem liczyć.

Poprosiłem go, aby powiedział mi, co nieco o nieznajomym. Tak to już jest w tym fachu — trzeba być bardzo ostrożnym, inaczej stajesz się ofiarą.

Nie minął dzień, gdy Franek zadzwonił do mnie, żeby zdać relację o moim rozmówcy.

Wysłuchałem go uważnie.

Wciąż miałem zasady, których przestrzegałem.

Już rok temu chciałem wycofać się z branży, jednak powód był zawsze ten sam — kasa, zarobić na emeryturę i ulotnić się gdzieś. Może rodzina? Dzieci? Normalne życie — pomyślałem — Ostatnie zlecenie. Naprawdę ostatnie. Pod Grotę podjechałem od zaplecza na wyłączonych światłach. Już mam taki nawyk. Było dziesięć minut po ustalonym czasie. Wszedłem do środka i podszedłem do baru.

Kątem oka spojrzałem na umówiony stolik. Siedział tam facet spoglądający na zegarek.

Wyglądał na około czterdzieści lat, ubrany był cały na czarno. Krótko przystrzyżone włosy i kilkudniowy zarost dodawały mu powagi.

— Jest czysto? — dyskretnie spytałem Franka. Skinął głową.

Zamówiłem drinka i podszedłem do stolika.

Nie przedstawiłem się, nie miało to znaczenia — on wiedział, kim jestem.

— Może udasz się do toalety — zaproponowałem. Spojrzał na mnie lekko zdziwiony, ale zastosował się do mojej sugestii.


Po chwili podążyłem za nim. Stał przy lufciku i nerwowo zaciągał się dymem z papierosa. Grzecznie poprosiłem, aby zrobił sobie tak zwanego rentgena.

Zrobił to bez zastanowienia, rozumiejąc mnie w zupełności.

— Ostrożności nigdy za wiele — dorzucił, po czym wróciliśmy do stolika.

Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Prawie nic na temat. Wspominał między wierszami coś o swojej żonie.

W czasie rozmowy szybko i zdecydowanie wsunął mi kartkę do bocznej kieszeni marynarki.

Niemal w tym samym czasie do stolika podeszły mewki, proponując swoje usługi.

Odmówiłem. Nie nalegały, przeprosiły i oddaliły się.

— Zadzwoń do mnie jutro — powiedziałem szeptem — przez noc strawię temat i dam Ci odpowiedź.

Tak naprawdę mogłem odpowiedzieć na miejscu.

Suma za wyczyn była pokaźna. Trzymałem się jednak zasad.

Nigdy wcześniej ich nie złamałem. To był taki prywatny Kodeks Honorowy.

Robota okazała się zleceniem na kobietę, a ściślej mówiąc na żonę klienta. Przez moment, niczym grom, przeszedł natłok myśli.

Już nieraz zdarzały mi się zlecenia podobnego typu, ale zawsze odpowiedź była na nie.

Kobiety i dzieci nie wchodzą w rachubę.

Wiedziałem już, że chodzi o kobietę, a jednak nie odmówiłem. Sam nie wiem dlaczego. Czas mijał szybko. Biłem się z myślami, jak nigdy.

W końcu podjąłem decyzję. Chciałem bliżej przyjrzeć się sprawie. Franek bardzo szybko dotarł do rdzenia informacji o nieznajomym.

Franek to taki agent od „ucha”, jeśli trzeba dowiedzieć się czegoś o kimś, to mój przyjaciel nie ma sobie równych. Sam nie wiem, dlaczego zacząłem drążyć temat, przecież nigdy mnie nie obchodziło kto dlaczego.

W tym fachu nie ma to zbytniego znaczenia. Liczy się kasa, a nie sentymenty. To zasada numer jeden.

Dzień minął szybko, a noc dłużyła mi się w nieskończoność. Nad ranem opadły mi powieki obolałe od niewyspania. Nieznajomy chyba też nie spał, gdyż nad wyraz wcześnie zatelefonował do mnie.

Tyle było mego snu.

Szybka kawa, coś na ząb, parę pompek i ulubiony drążek, który miałem zamontowany w futrynie, postawiły mnie na nogi. Udałem się na umówione spotkanie. Trasę pokonałem szybko. On już tam był.


Miał przy sobie kopertę i ten niespokojny wzrok wbijający się w moją twarz.

Koperta była dość gruba, a w niej zaliczka, namiary i fotografia jego „ukochanej”. Nie chciałem przedłużać nerwowych chwil, dlatego zgodziłem się dodając od siebie:


— Trzy tygodnie i będzie po zabiegu.

— Ok. Reszta kasy po — odparł. I tyle go widziałem.

Wsiadłem do mojego samochodu i odjechałem z miejsca spotkania. Jadąc, myślałem „Moje zasady…, może są po to żeby je łamać”?

Zgodziłem się bo to mój ostatni kontrakt i jest mi obojętne kto będzie ofiarą. Nie, to było coś więcej, to jakby przeczucie, głos z nieba „Zgódź się.” Zjechałem na pobocze i raz jeszcze zajrzałem do koperty, wyciągnąłem fotografię swojej przyszłej ofiary. Jak na ironię losu do zdjęcia przykleił się stu dolarowy banknot. Odklejałem go bardzo delikatnie, tak, aby nie uszkodzić zdjęcia.

Milimetr po milimetrze odsłaniała się twarz, aż w końcu studolarówka i fotografia rozdzieliły się na dobre.

Zobaczyłem ją. Była piękna. Czarne włosy, niewinny uśmiech i oczy pełne blasku, płonące życiem. Życiem, które już wkrótce ma zgasnąć.

Tego samego wieczoru spotkałem się z Frankiem. Uzupełnił mi wiadomości o nieznajomym.

— Biznesmen, cicha woda, gość poukładany, znajomości na szczeblach i kasy jak diabeł gwoździ — skwitował na koniec.

Moje nawyki z policji zostały. Może i dobrze. Pies to pies, czasem musi coś niuchnąć. Zresztą przeszłość nie ma znaczenia. Zanim przeszedłem na czarną stronę, dużo rozmyślałem nad swoim losem.

Może tam też była ciemna strona, tylko tego nie widziałem. Nie ważne, liczy się dziś.

Franek mówił coś do mnie. Widziałem jego ruszające się wargi, ale nic nie słyszałem. Kompletnie się wyłączyłem.

Chyba naprawdę czas na emeryturę. Wypiłem wściekłego psa i wróciłem na ziemię. Franek uśmiechnął się, jeszcze nigdy nie widział mnie takiego. Wcale mu się nie dziwię, bo sam takiego siebie nie widziałem. Wróciliśmy do rozmowy. Wszystko było jasne. Ona najwidoczniej była dla niego solą w oku.

Rozwód nie wchodził w rachubę — za dużo miał do stracenia.

— Ciekawe czy mają dzieci? — pomyślałem. Franek gestem głowy dał znać, że nie. Widocznie pomyślałem głośno, skoro wiedział, o co chodzi. Chyba jestem zmęczony. Czas na sen. Przechyliłem jeszcze jedną lufę i ulotniłem się z baru do swojego gniazdka. Tym razem ze spaniem nie było problemu. Zasnąłem jak niemowlę.

Nazajutrz wziąłem się do roboty. Zacząłem opracowywać plan. Dni mijały szybko.

Niemal wszystko miałem zapięte na przysłowiowy ostatni guzik. W końcu nadszedł ten dzień.

Pamiętam. Piątek i to trzynastego. Nie byłem zbytnio przesądny, więc nie przejąłem się specjalnie datą.

Podjechałem autem o parę ulic od celu. Resztę trasy pokonałem pieszo. Jak na złość odezwała się kontuzja kolana, którą kiedyś nabyłem w młodości.

Na całe szczęście ból zniknął tak szybko, jak szybko się pojawił. Byłem spokojniejszy. Poprawiłem stabilizator i ruszyłem w drogę.

Po niedługiej chwili dotarłem do celu.

Piękna willa przypominała twierdzę, którą musiałem sforsować.

Od frontu nie miałem szans. Czujniki świetlne, kamery — to jeszcze nic, ale ten ruch na ulicy o tak późnej porze trochę mnie zaskoczył.

Odczekałem jeszcze chwilę i ruszyłem od zaplecza. Wspiąłem się na mur ogrodzenia. Po podwórzu biegał doberman, ujadając co jakiś czas. Rzuciłem jedzenie ze środkiem nasennym.

Po chwili zrobiło, to swoje. Pies padł jak martwy. Siedziałem na murku jeszcze jakiś czas i czekałem na stosowną chwilę, aby wejść do środka. Kamerę oraz czujnik światła rozpracowałem bez problemu, odcinając chwilowo dopływ prądu.

Byłem już przy drzwiach wejściowych. Jeszcze kilka ruchów wytrychem i będę wewnątrz.

Miało to wyglądać na nieszczęśliwy wypadek, jak w typowym kryminale. Przedzierałem się po cichu przez hol, obok salon, kominek i strzelające w nim brzozowe klocki.

Drzwi od łazienki były lekko uchylone, w oddali było słychać cichą muzykę. Pomyślałem przez chwilę hmm, fajna melodia przed umieraniem.

Pistolet w sumie do tej roboty nie był potrzebny ale profilaktycznie trzymałem go lewej dłoni, odbezpieczony na wszelki wypadek. Byłem u celu.

Siedziała w wannie, płakała tak jakby wiedziała, że to jej ostatnie chwile.

Wtem odwróciła się.

Skamieniałem. Jej oczy przeszyły mnie na wylot niczym laser. Miałem na sobie kominiarkę, a czułem jakby patrzyła mi w twarz.

Wymiękłem na maksa. Teraz albo nigdy — pomyślałem.

W jej oczach nie widziałem strachu tylko zrezygnowanie i obojętność. Po chwili powiedziała, jak na tę sytuację, spokojnym głosem:

— To on cię tu przysłał? Więc na co czekasz, zrób to co masz zrobić.

W tym momencie mój kodeks i zasady legły w gruzy niczym wieża Babel.

— Czy mogę wyjść z wanny? — zapytała — bo woda robi się zimna.

— To bez znaczenia. Bo i tak zaraz umrzesz.

Ktoś inny wrzeszczałby, panikował. Naćpana czy co, że jest jej wszystko jedno? Wyszła z wanny i zobaczyłem ją w całej okazałości.

Wenus, normalnie bogini, nie mogłem oderwać od niej wzroku. W tym momencie zgłupiałem… Po chwili namysłu podałem jej ręcznik, aby mogła otulić swe piękne ciało. Usiadła na brzegu

wanny, przyglądała mi się. Nagle z jej pięknych oczy popłynął strumień łez.

— I tak chciałam ze sobą skończyć. A ty mi w tym przeszkodziłeś.

Co za ironia losu — pomyślałem. Miałem dużo czasu, choć było późno, to do rana zostało kilka godzin.

Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Ciszę przerwał dzwoniący telefon. Nie podniosła słuchawki, nawet nie poprosiła czy może. Widocznie było jej to obojętne.

Po chwili włączyła się automatyczna sekretarka, usłyszałem głos mojego zleceniodawcy.

— Kochanie będę jutro w południe. Dobrej nocy. Kocham cię. — dorzucił na koniec.

— Skurwiel — skwitowałem krótko. Zbliżyłem się do niej, drżała, raczej nie ze strachu lecz z zimna.

Po jej ciele spływały krople wody nie wchłonięte przez ręcznik.

Zaproponowałem jej, aby zeszła ze mną do salonu i ogrzała się przy kominku, w którym i tak na pewno już wygasło. Zeszliśmy na dół po lekko skrzypiących schodach.

Pistolet miałem w pogotowiu, kto wie co może się zdarzyć.

Znaleźliśmy się w salonie, usiadła na dywanie

patrząc na dogaszające się polanko.

Dorzuciłem dwa dobrze wyschnięte klocki.

Po chwili płomienne języki objęły drewno w całości, w salonie zrobiło się jaśniej i cieplej.

— Masz żonę? — spytała nie odwracając głowy.

— Miałem — odpowiedziałem jednocześnie zdejmując kominiarkę. Spojrzała na mnie.

— Teraz będziesz musiał mnie zabić, widzę twoją twarz.

Wyczułem w jej głosie ironie bo przecież to i tak nie miało żadnego znaczenia skoro przyszedłem tu w określonym celu. Chciała kontynuować rozmowę.

— Masz dzieci? — zapytała.

— To bez znaczenia, odpowiedziałem.

Po chwili zorientowałem się, że zrobiłem się wylewny. Uśmiechnąłem się do niej, ona odwzajemniła się tym samym. Zaczęło świtać.

Przy kominku zostało tylko jedno polanko, nie czułem się zmęczony. Patrzyłem się na nią wiedząc o tym, że nie wykonam zadania. Ona również o tym wiedziała.

Nie do końca, ale wiedziała. W pewnym momencie usłyszeliśmy warkot silnika samochodu. Dyskretnie spojrzałem przez okienko, które swoim zasięgiem,,patrzenia”” wychodziło na ulicę. Pod dom podjechało czarne volvo. Nie było południa tylko piąta rano. Coś tu jest nie tak? — pomyślałem. Z auta wysiadło dwóch mężczyzn. Jeden z nich trzymał w ręku dużą torbę. Nagle dziewczyna chwyciła mnie za dłoń. O mało w nią nie strzeliłem.

— Uciekaj, to po mnie — powiedziała.

Raczej po twoje zwłoki — powiedziałem w myślach.

Mieli klucze od drzwi wejściowych, coś mi tu nie pasowało.

Przyjechali po trupa. Szli szybko i pewnie.

Oniemiałem z wrażenia. Jeden z nich to Franek.

Chwyciłem ją za rękę i schowaliśmy się za wersalką obok kominka.

— Uciekaj — powiedziała — oni cię zabiją.

Teraz już wiedziałam, że polowanie nabrało innego znaczenia. W takich chwilach trzeba decydować szybko.

Chwyciłem, za polanko, które miało spłonąć w romantycznym kominku, gdy znaleźli się na mojej linii ognia.

Szybkim ruchem przywaliłem osiłkowi w łeb.

Zwalił się na kolana.

Natomiast Franek dostał kopniaka w krocze.

Pierwszemu musiałem poprawić. Kolbą pistoletu, powtórzyłem raz, aż z ust napastnika popłynęła stróżka krwi.

Z uderzeniem trochę przesadziłem, bo gość padł martwy. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, tym bardziej, że tym razem ktoś chciał zapolować na mnie.

Moja niedoszła ofiara siedziała w końcu salonu trzymając w dłoni widełki do paleniska. Wyglądało to, tak jak by, chciała zrobić z nich użytek z zamiarem zdzielenia tym kogoś po głowie.

Tak czy owak, musiałem być czujny i mieć oko na wszystko.

Franek pomału dochodził do siebie, ale nie pozwoliłem mu wstać.

Przytrzymałem go nogą, tak aby uniemożliwić mu wstanie z podłogi. Zapytałem krótko.

— Dlaczego?

Spojrzał na mnie ze śmiertelną powagą i odpowiedział.

— Dla szmalu.

— Judasz — odparłem.

Resztę zrobiła moja dziewiątka.

— Czas się poznać — powiedziałem do niedoszłej ofiary.

— Nikola — odpowiedziała.

— Maks — powiedziałem z poślizgiem — Jeśli tu zostaniemy,

wcześniej czy później zginiesz.

— Nie zabijesz mnie? — spytała.

— Nie. Weź swoje rzeczy i czas uciekać.

Na zegarze była godzina 6:15, na zewnątrz zaczął się robić ruch. Wyszliśmy od frontu. Przy furtce stał drżący doberman, próbował wydobyć z siebie głos, ale coś mu nie wychodziło.

Widocznie jeszcze w pełni nie doszedł do siebie.

Odsunął się z przejścia, a my znaleźliśmy się na zewnątrz. Doszliśmy do mojej bryki i ruszyliśmy w trasę tak jakby nic się nie wydarzyło.

Jechaliśmy w milczeniu, tak naprawdę nie bardzo wiedziałem gdzie. Była godzina 8:30, postanowiłem zajechać do siebie, choć zdawałem sobie sprawę, że zegar nie bardzo tyka na moją korzyść.

Skoro Franek mnie zdradził to rzecz jasna Wiktor, bo tak nazywa się mój zleceniodawca, pewnie wie gdzie mieszkam.

Miałem trochę oszczędności w mym gniazdku. Koniecznym więc było odwiedzić moją ostoję. Nie podjechałem pod sam dom bo nie byłem sam, tym bardziej musiałem być czujny nie znając niewiadomego. Zaparkowałem auto na pobliskim parkingu jakieś sto metrów od mojego lokum.

— Myślę, że Cię tu zastanę jak wrócę — rzekłem do niej. Gdy już chciałem wyjść z samochodu złapała mnie za rękę mówiąc ciepłym i troskliwym głosem.

— Uważaj na siebie.

Rozglądając się na boki skierowałem swe kroki do domu. Na pierwszy rzut oka wszystko było ok.

Wyjąłem klucz, którym otworzyłem zamek w drzwiach. Nie zrobiłem nawet dwóch kroków gdy padłem na podłogę z wielkim bólem głowy. Świat zawirował mi we wszystkich kolorach.

Przez moment nic nie widziałem, czułem jak krew spływająca z czoła ciśnie mi się do ust.

Po chwili poczułem mocne uderzenie czymś twardym w okolicy żeber — na stówę pękło jedno albo dwa. Zaczęło brakować mi tchu, myślałem, że to koniec.

Zimna stal dotknęła mojej skroni, widziałem jak przez mgłę postać nad sobą.

— Gdzie jest kasa od Wiktora? — spytał bandyta.

Od razu zrozumiałem, że skurwiel i tak miał zamiar skasować mnie po robocie.

Bandzior nie miał pojęcia o całym zajściu w willi tego fiuta, myślał, że zrobiłem swoje i po prostu wróciłem do chaty, inaczej od razu by mnie zabił.

— Nie trzymam kasy w skarpecie, mam swoją norę, możemy tam pojechać — odpowiedziałem.

— Jeśli mnie kiwasz to cię odstrzelę zanim mrugniesz — odparł przyduszając mi nogą łeb do podłogi.

Lufę przy mojej skroni czułem niczym wiertło które, miało się wbić w mój mózg drugą ręką wyciągną komórkę i zaczął wybierać numer.

— Ben, za dziesięć minut bądź na Luźnej — usłyszałem. Na tej ulicy właśnie mieszkam. Zrozumiałe, że wzywa wsparcie — pomyślałem — bez szans. To już koniec.

Odpalił jakieś śmierdzące gówno, którym dmuchnął mi w twarz. Z ironicznym uśmiechem patrzył mi w moje zakrwawione oczy. Nogą ważącą chyba z tonę przyduszał mnie systematycznie, aż do utraty tchu.

W tym momencie otworzyły się drzwi. Facet osłupiał, ja też. W drzwiach pojawiła się Nikola.

Ten moment rozkojarzenia wystarczył mi abym mógł wyciągnąć broń i zrobić z niej użytek.

Potężne cielsko z łomotem zwaliło się na podłogę, z jego szyi strumieniem lała się krew. Trafiłem w tętnicę.

— Dupek, nie zawodowiec, nawet mnie nie przeszukał.

Po prostu góra mięcha.

Nikola spojrzała na trupa i powiedziała:

— Znam go, to jeden z jego goryli.

— Musimy spadać — rzuciłem od siebie — zaraz tu będzie gorąco.

Dziewczyna nawet nie ruszyła się z miejsca.

— Co jest? — spytałem.

— Krew. Krew tak na mnie działa.

Na wyjście z domu było już za późno.

Właśnie przybył nieoczekiwany gość. Tu nie było żadnego problemu wszystko odbyło się bezszelestnie.

Nikola opatrzyła mi głowę. Miałem problem z oddychaniem, złamane żebra dawały mi się we znaki, ale szło przeżyć. Denatom zabrałem telefony i gnaty, nie będą im już potrzebne.

— Jeszcze tylko mały schowek i możemy iść — zwróciłem się do kobiety. Otworzyłem sejf i zdębiałem.

— Pusty! Pieprzony Frank wyczyścił mnie na cacy, tylko on wiedział gdzie trzymam kasę.

— Daj spokój — powiedziała Nikola, objęła mnie delikatnie i wyszliśmy z mieszkania.

— Nawet nie mam za co zatankować — powiedziałem.

Ona spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Wyciągnęła plik zielonych.

— Tyle była warta moja głowa? A może więcej? Zapytała

Czułem się znokautowany.

Niedoszła ofiara najpierw ocaliła mi w zasadzie życie, a teraz postanowiła za sponsorować paliwo. Gdyby nie żebra, pomyślałbym, że śnię na jawie.

Po kilku godzinach jazdy Nikola siadła za kierownicę, ponieważ musiałem się zdrzemnąć, nabrać sił.

Dojechaliśmy do jakiejś dziury, najważniejsze, że było spokojnie.

W tym momencie spokój działał na mnie jak lekarstwo.

Gdzieś nieopodal kościoła był domek do wynajęcia.

Tak przynajmniej wynikało z ogłoszenia.

Chciałbym widzieć oczy tego śmiecia Wiktora — pomyślałem w duchu. Nie skończyłem swoich myśli, gdy odezwał się jeden z telefonów nie żyjących oprychów.

— Halo, Edek! — zabrzmiał głos w słuchawce. Poznałem. To był głos Wiktora.

— Słucham — zmodyfikowałem trochę głos dla niepoznania.

— Co tu kurwa się dzieje? — zagrzmiało wulgaryzmem w słuchawce.

— Dopiero będzie się działo — odpowiedziałem, mówiąc już,,własnym” głosem.

— To ty! Już jesteś trupem, ta suka też. Znajdę was, choćbyście schowali się pod ziemię.

Był wściekły. Wiedziałem, że nie spocznie, dopóki nas nie odnajdzie, ale póki co byliśmy bezpieczni.

— Zmienię ci opatrunek — powiedziała Nikola. — Potem gorąca kąpiel — dodała.

Znalazłem się w wannie. Po chwili poczułem jej delikatne dłonie, myła mi kark i plecy, to było wspaniałe uczucie.

Była taka delikatna, nawet się nie spostrzegłem jak znalazła się ze mną w wannie. Kobieta miała na sobie koszulkę, która przesiąkła wodą. Patrzyłem na nią bez słowa, jej sutki odznaczały się na niej bardzo wyraźnie, zdjęła koszulkę.

Delikatnie dotknąłem palcami jej ust, była piękna i niewiarygodnie seksowna.

Po chwili zbliżyliśmy się do siebie, zapomniałem o bólu.

Było wspaniale.

Rano przy śniadaniu opowiedziała mi kawałek swojego życia, ja również coś napomknąłem o sobie.

Choć niechętnie mówiła o Wiktorze, zapytałem:

— Dlaczego nie odeszłaś od niego?

— Bałam się, że nie da mi żyć. Oczywiście powiedziałam mu, że dość mam takiego życia pod kloszem, ale on zawsze mówił: „Czy czegoś ci brak? Masz wszystko, kasę, dom, więc czego jeszcze chcesz?”.

Mówiłam mu, że brak w tym związku miłości, gdy to słyszał wpadał w furię i rozbijał wszystko co było w zasięgu jego ręki.

Mówił, że mogę odejść, ale zabije każdego kto będzie ze mną. Wierzyłam w to.

— Zdarzało się, ale to nic przy znęcaniu się nade mną psychicznie. Wtedy było gorzej. Aż w końcu pojawiłeś się Ty…

— Zaraz, zaraz — przerwałem jej grzecznie. — To dlaczego z nim byłaś?

— Ach, to całkiem inna historia.

W tym momencie ktoś zapukał. Odruchowo wyciągnąłem pistolet i po cichu podszedłem do drzwi.

Spojrzałem na Nikol, wykonałem w jej kierunku dwa gesty ręką, wiedziała o co chodzi.

— Kto tam? — zapytała.

— Zamówiony szampan — usłyszeliśmy głos z za drzwi.

— Ale ja nie… — hej, powiedziałem cicho Ona spojrzała w moją stronę, a ja mrugnąłem do niej z uśmiechem i otworzyłem drzwi.

— Dziękuję za dostawę — powiedziałem do młodzieńca i tak przy okazji zapytałem — Daleko stąd do Kalisza?

— Nie — odpowiedział chłopak — jakieś 75 kilometrów.

— Dzięki — dałem mu napiwek i zamknąłem za nim drzwi.

— Do Kalisza? Przecież mieliśmy jechać do Poznania.

— Kochanie, zrobiłem to umyślnie. Nie wierzę w to, że Wiktor nas nie tropił, akcja z Kaliszem była dla zmyły.

— Zaraz. Powiedziałeś do mnie kochanie? — zdziwiła się Nikola.

— Tak, powiedziałem. To prawda.

— Co „prawda”?

— Zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia — wyznałem.

— A ja myślałam, że takie sytuacje zdarzają się tyko w filmach — stwierdziła i rzuciła mi się na szyję.

— Aj, moje żebra — pomyślałem, ale co tam, od lat nie byłem tak szczęśliwy.

Wylądowaliśmy w łóżku.

Szampan spływał jej po jędrnych piersiach, a potem niżej i coraz niżej. Jej pępek wypełnił się bąbelkowym płynem, zlizywałem wszystko niemal do sucha.

Było wspaniale. Kochaliśmy się do upadłego. Tak naprawdę byłem trochę zmęczony, a Nikola…, hmm to się nie da opisać. To było piękne.

Po miłosnych wyczynach leżeliśmy długo w łóżku spoglądając na siebie. W końcu ona przerwała milczenie.

— Czy ja ci już mówiłam, że cię kocham?

— Nie — odpowiedziałem.

— Kocham cię.

Co za wspaniałe chwile — pomyślałem — oby nigdy się nie skończyły. Słońce zaczęło pomału zachodzić.

Przeleżeliśmy cały dzień.

— Maks — powiedziała cicho Nikola. — Nauczysz mnie czegoś?

— Czego?

— Strzelać — odpowiedziała.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.