Słowo wstępne, czyli jak białko dogadało się z krzemem
Cześć!
Skoro trzymasz w rękach tę książkę, to znaczy, że cyfrowy absurd nie jest Ci obcy. Internet to kopalnia złota, z której najczęściej wykopujemy memy. Te zabawne obrazki codziennie poprawiają nam humor podczas przewijania ekranu. Pewnego dnia pomyślałam: a co, gdyby zatrzymać te ulotne chwile i ubrać je w rymy?
Tak narodził się ten projekt — niezwykły duet człowieka i technologii.
Wiersze, które za chwilę przeczytasz, są w stu procentach dziełem człowieka. Powstały w mojej głowie z obserwacji sieciowych trendów. Sztuczna inteligencja nie napisała tu ani jednego słowa — cała warstwa tekstowa to moje autorskie rymy.
Zabawa zaczęła się jednak przy ilustracjach. Ponieważ oryginalne memy rządzą się skomplikowanymi prawami autorskimi i nie mogły legalnie trafić do druku, stworzyłam coś zupełnie nowego.
Zagrałam z AI w artystycznego ping-ponga. Ja pisałam tzw. prompty (instrukcje dla komputera) i kierowałam wizją, a sztuczna inteligencja oraz darmowe banki zdjęć przetwarzały to na piksele. Efekt? Dobrze znane motywy internetowe zyskały unikalne, unowocześnione i równie zwariowane oblicze.
Usiądź wygodnie, odłóż na chwilę telefon (tak, dasz radę!) i przygotuj się na solidną dawkę humoru. Ostrzegam: nagłe wybuchy śmiechu są tutaj całkowicie naturalnym skutkiem ubocznym!
Dobrej zabawy!
Barbara Janczura
Poranny autoportret o 5:30
Zegar odmierza czas: piąta trzydzieści.
Taka godzina w głowie się nie mieści!
Stąpam po domu, wciąż jeszcze zaspana.
A za oknem brakuje miłych wieści od rana.
Wolno wchodzę do łazienki, patrzę prosto w lustro.
Moje własne odbicie nagle mnie urzekło!
Zamiast miłej dziewczyny, widzę groźną twarz.
Mówię cicho pod nosem: „Co ty w sobie masz?”.
Nos jak wielki haczyk, oczy jak u sowy.
I ten fryz na głowie, całkiem odlotowy!
Zamiast pięknych włosów — kołtunów korona.
A na moim czole zmarszczka wyżłobiona.
To nie żadna wiedźma, to ja w całej krasie.
W tym najgorszym, porannym, zaspanym czasie!
Gdyby ktoś mnie ujrzał, uciekłby w te pędy,
Jak przed stworem z szafy, co ma ostre zęby.
W kuchni czeka ratunek, czajnik głośno gwiżdże.
Ja tymczasem mamroczę, zanim świt nadejdzie.
Szukam szafki po omacku, ręka mi się trzęsie.
A me groźne odbicie patrzy na mnie wszędzie.
Chcę posłodzić ten napar, sypię białe kryształki.
Przez ogromne zaspanie pomyliłam szafki.
Zamiast cukru do kubka sypię sól łyżkami.
I ten pierwszy, słony łyk wypijam ze łzami!
Wtem pod nogi wpada mój kotek puszysty.
Spojrzał na mnie i przeżył szok oczywisty.
Sierść mu dęba stanęła, miauknął przerażony.
I uciekł pod kanapę, jakby był goniony!
Sypię nową porcję, zapach w nosie kręci.
Nagle w moim umyśle budzi się moc chęci.
Pierwszy łyk dobrego płynu czyni wielkie cuda.
Teraz widzę wyraźnie — ucieczka się uda!
Znikają te zmarszczki, nos się prostuje.
Moje serce na nowo czystą radość czuje.
Włosy kładą się gładko, blask powraca w oko.
Mogę ruszać w ten dzień i skakać wysoko!
Więc pamiętajcie, ludzie, morał z tego krótki:
Bez porannej kawusi straszne są pobudki.
Zanim spojrzysz do lustra i narobisz krzyku,
Wypij mocny napar w swoim własnym kubku!
Portret z łapką na łapce
Za to, że Twoje wierne oczy potrafiły uleczyć każdy smutek, a skrzyżowane łapki przynosiły najpiękniejszy spokój. Dziękuję Ci za każdy dzień, w którym uczyłeś mnie, jak kochać bez słów. Byłeś całym moim światem.
Siedzi dumny na pościeli.
Łapki skrzyżowane ma.
Każdy chętnie by uściskał.
Tak pięknego, mądrego psa.
Czarne futro, podpalane.
Oczy patrzą bystrym wzrokiem.
Czujne uszy zaraz złapią.
Każdy szelest, za dnia i mrokiem.
Choć z wyglądu przypomina.
Dobermana, co dom chroni.
To z tych oczu bije miłość —
Wierny kumpel w Twojej dłoni.
Gdy tak leży rozciągnięty.
Biały koc pod łapką ma.
Żaden człowiek nie odmówi.
Smakołyka dla tego psa.
Czasem zdrzemnie się na chwilę.
Cicho chrapie, o czymś śni.
Może goni szybkie koty.
Albo biega w blasku dni?
Gdy tylko wstaniesz z łóżka.
On już budzi się i wie.
Że przed Wami wspólny spacer.
Bo tak bardzo kocha Cię.
Zawsze czeka na Twój powrót.
Ogon kręci wielkie tany.
Bo to przecież najwspanialszy.
Nasz Brutusik ukochany!
Koci szpieg
Dedykowane wszystkim fanom kocich psot i wesołych historii. Niech ten mały szpieg poprawi Wam humor każdego dnia!
Stoi kotek na balkonie.
Wypatruje czegoś.
Wyciąga mocno szyję,
chce zobaczyć, kto tam bije!
Grażynka go denerwuje,
gdy w oknie coś tam majstruje.
Bo na dole jest afera,
aż mu dech w piersiach zapiera!
Żadna plotka mu nie umknie,
gdy sąsiadka na głos fuknie.
Stoi dumny jak na straży,
ciekawe, co się jeszcze zdarzy!
Nagle sąsiad głośno krzyknął,
pies zaszczekał, a kocur zniknął?
Nie! On łapki w boki spina,
bo ciekawa jest nowina.
Prędko łapie wszystkie fakty,
kto z kim zerwał dziś kontakty.
Na osiedlu nikt nie skłamie,
gdy straż trzyma kot w piżamie!
Morał z tej bajki płynie niezwykle ciekawy: nie trać czasu na własne, nudne sprawy! Gdy na osiedlu głośna kłótnia wre i krzyczy, bądź jak ten kotek — stój i wszystko licz!
O tym, jak mróz chłopa skuł, a Internet gwiazdę z niego uczynił
Motto: „W czasie mroźnej zimy nie zapominaj: natura nie będzie czekać, a internet nie zna litości!”
Dedykowane wszystkim, którzy zimą odważnie wychodzą z ciepłego domu — oby Wasze krany nigdy nie zamarzały, a zasięg w telefonie zawsze dopisywał!
Dawniej to zimy były ze stali.
Mróz tak siarczysty, że aż krew pali!
Śniegu po dachy, zaspy jak góry.
Wicher lodowaty targał chmury.
Gdy chłop na podwórko wyszedł na chwilę.
By ulżyć naturze, choćby o milę.
Strumień w powietrzu w moment zlodowaciał.
I tak oto człowiek w bezruchu się zatracał.
Wtem baba z chaty z czajnikiem wyskoczy.
Z gorącą wodą przez zaspy kroczy!
Trzeba ratować, co lód skuł wokoło.
By znowu w chałupie było wesoło.
Stoi chłop na mrozie, sopel w ręku trzyma.
Gdy wtem zza stodoły sąsiad go podgląda.
Zamiast mu współczuć, że tak sroga zima.
Wyjmuje telefon, bo sensacji żądny.
„Patrzcie na Michała!” — krzyczy do ekranu.
Choć to sroga zima, on tu gacie zrzuca!
„Kranik mu przymarzł — koniec jego planu!” —
Sąsiad przed ekranem ze śmiechu boki zrywa!
Wokół błyszczą flesze kamer, lajki lecą z nieba.
W Internecie wielka burza, sami to widzicie.
Baba z czajnikiem wybiegła: „Współczucia potrzeba!
Wstydźcie się! Kosztem Michała sławę swą robicie!”
Wtem pod samą chatę z piskiem opon wpada.
Z wielkim, jasnym napisem limuzyna biała.
„Telewizja News!” — reporter powiada.
Bo się tą aferą Polska zainteresowała.
„Mamy hit na żywo!” — woła redaktorka.
Choć operator w tej zaspie się nudzi.
„Oto dramat chłopa, mroźna metafora.
Zobaczmy, jak mocno ten widok kraj zbudzi!”
Pytają sąsiada, pytają też babę.
Która przed obiektyw z tym czajnikiem wpada:
„Czy to wina rządu, że zimy są słabe?
Czy może przyroda figle nam płata?”
Wyją już syreny, błyskają koguty.
Pędzi na sygnale strażacka drużyna!
Wóz bojowy ciężki, w gąsienice okuty.
Bo to najtrudniejsza akcja w naszych gminach.
Wyskoczył komendant, wąsem dumnie kręci:
„Rozwińcie rurociąg, grzać parowe kotły!
Mamy tu wypadek, chłop jest bez pamięci.
Wszystkie inne sprawy w kąt dzisiaj odeszły!”
Wyciągają pompy, palniki gazowe.
Dym spowija podwórko, uciekać stąd wypada.
Działają pod presją, procedury nowe.
By ratować Michała z rąk podłego sąsiada!
„Uwaga, odpalamy laserowy palnik!” —
Krzyczy szef sekcji przez wielki megafon.
Baba z tym czajnikiem chowa się za klombik.
Bo strażacka technika pobiła jej fason.
Błysnął nagle laser, para buchnęła do góry.
Wokół dymu chmura i wielkie syczenie!
Rozstąpiły się na niebie mroźne chmury.
Nadeszło wreszcie wielkie rozmrożenie!
Lód puścił z trzaskiem, chłop odzyskał władzę.
Zrobił krok do przodu, głośno odetchnął.
„Udało się, ludzie!” — krzyknął zachwycony.
A tłum przed ekranem z zachwytu aż jęknął.
Sołtys osobiście z orderem przybywa.
Cała wieś hucznie świętować zaczyna.
Zamiast mroźnej wody, złote piwo się leje.
I z wielkiej wpadki każdy się śmieje.
I tak oto Michał, co zamarzł na mrozie.
Został bohaterem w całym powiecie.
Dziś o tej przygodzie śpiewają w zagrodzie.
A filmik z TikToka wciąż krąży po świecie!
Bilans zamknięcia
Tym, którzy nauczyli nas szacunku do przeszłości i pokazali, co w życiowym bilansie liczy się najbardziej.
W zakurzonym kącie, gdzie światło się mruży,
Odpoczywa pamięć minionych już dekad.
Drewniany to świadek codziennej podróży,
Na którą z nadzieją i lękiem brat czekał.
Suche koraliki pod palcem wspomnienia
Stukają tak cicho jak dawne zegary.
Każdy ruch dłoni w smugę cienia zmienia,
Zostawiając w drewnie dotyk ten stary.
Liczyły chleb, uśmiech i łzy urzędnika,
W czasach, gdy cyfra miała swój ciężar.
Dziś, gdy tamten świat powoli znika,
Nikt już na drutach losu nie spiętrza.
Została cisza i zapach starości,
I chłodny metal, co rzędy wciąż trzyma.
Rachunek prosty z ludzkiej obecności:
Minęła młodość, nadchodzi już zima.
Lecz wciąż, gdy zmierzch ramę drewnianą dotyka,
Wydaje się, że czas na chwilę się wstrzymał.
I słychać znów szept starego buchaltera,
Co w księdze życia ostatni rząd przesuwa.
Więc stoją tak same w wieczornej szarości,
Gdy cyfrowy blask zimnym światłem omamia.
Nikt nie zapyta o sumę wierności,
Którą przed laty dłoń ludzka tu kładła.
I tylko pył lekki na drutach osiada,
Jak popiół historii, co w kącie dogasa —
Gdy zamknięto księgi, czas kres dopowiada,
I nikt już z tych kolumn bilansu nie zgłasza.
Kot, bobas i wielki plan
Słońce świeci, ranek wstaje,
kot z bobasem knują plany.
Ruda kitka znów nadaje,
będzie spisek szykowany!
Na zewnętrznym parapecie
ruda dama coś kombinuje.
Najbystrzejsza w całym świecie,
a nasz duet ją obserwuje!
Mruczek mruczy: „Młody brzdącu!
Działać musisz zacząć w końcu.
Zróbmy fortel, zróbmy trik!
Ty rzuć smoczek w lewą stronę,
szyba stuknie, zniknie w mig,
i zwierzątko namierzone!”
Nagle wiewiórka — puk, puk w szkło!
Ząbkami orzeszka chrupie,
Pokazała im język, o!
I ma ich zamiary w dupie.
Zrobiła fikołka na balustradzie,
Zostawiła pustą skorupkę na dnie,
I tyle było po wielkiej naradzie,
Bo ruda zwiała niesłychanie zgrabnie!
Kot tylko westchnął, łapę polizał,
Bobas ze śmiechu na dywan spadł.
Znów ich ten rudy spryciarz wykiwał,
I taki to był ich łowiecki ład.
Siedzi Mruczek z małym brzdącem,
W głowach nowa myśl kiełkuje.
„Skoro sprytem nas pobiła,
Niechaj zgoda nas ratuje!”
Wyciągnęli z szafki skrycie
trzy orzechy, wielkie, grube.
„Dziś zmienimy nasze życie,
pójdą w kąt poranki nudne!”
Bobas na okienku czeka,
kładzie przysmak dla tłuścioszka.
„Chodź, mądralo, nie uciekaj,
bierz orzecha do pyszczka!”
Ruda kita z drzewa zerka,
Węszy, patrzy, uchem strzyże.
Czy to znowu jakaś gierka?
Czy podejdzie krokiem bliżej?
Skok na balkon, krok do przodu!
Ząbki błyszczą, łapka chwyta.
Zrozumiała gest dobroci,
Teraz jest już z nimi kwita!
Wzięła orzech, w oczy patrzy,
Kot puszysty łeb pochyla.
Bobas z dumy aż zaklaszcze,
To jest ta przyjazna chwila!
I tak z wroga i obiadu,
Mają kumpla z lasu rodem.
Teraz siedzą bez podstępu,
Ciesząc się tym małym zgredem.
Słodka łapówka
Dla wszystkich małych i dużych piratów drogowych, którzy potrafią wybrnąć z każdej sytuacji — z życzeniami zawsze słodkich podróży!
Pędzi Audi na akumulator.
Mały szofer to jest wielki amator!
Nagle lizak błyska w oddali.
Trzeba zwolnić, choć serce pali.
Pan policjant groźnie spogląda:
„Przekroczona prędkość!” — tak to wygląda.
Będzie mandat, nie ma litości.
Koniec tej wielkiej, szybkiej radości!
Jednak kierowca ma plan awaryjny.
W takich sprawach jest bardzo sprytny.
„Panie władzo, po co te krzyki?
Mam dwa żelki i soczek z kartonika!”
Pan policjant wąsa kręci.
Taka oferta bardzo go nęci.
Soczek truskawkowy, żelki z misiami,
Lepsze to przecież niż walka z mandatami!
Spojrzał w prawo, spojrzał w lewo.
Schował notes za wielkie drzewo.
„No dobrze, bąblu, umowa stoi.
Niech się twój portfel dzisiaj nie boi!”
Wypił soczek, zjadł słodkie miśki.
Zaraz uśmiech miał bardzo bliski.
„Jedź już ostrożnie, piracie mały.
By twoje koła się nie pozdzierały!”
Ruszył maluch, silnik bzyczy.
Sukcesu w handlu każdy mu życzy.
Tak to na drodze, w krainie dzieci,
Zamiast mandatu — słodkość poleci!
O żabie i wielkim komarze
Siedzi żaba na kamieniu.
Oczy przeciera w zdumieniu.
Obok komar ląduje z wielkim hukiem.
Nie jest zwykłym, małym bzykiem!
Wielki, gruby, uśmiechnięty,
Brzuch ma krwią aż opięty.
Żaba patrzy, w głowę zachodzi:
„Skąd się taki potwór rodzi?”
Język chowa, bo się boi.
Że to komar ją zaraz podoi!
Zamiast obiadu i smacznej przekąski,
Mamy dziś horror z mazurskiej łąki!
Nagle komar rzecze: „Żabo!
Mina twoja wygląda słabo!
Zamiast polować na moich braci,
Zobacz, jak krew od ludzi bogaci!
Byłem wczoraj u kulturysty.
Zysk z tej akcji jest oczywisty.
Wypity koktajl białkowy z żyły
Dodał mi niesamowitej siły!
Więc schowaj język i nie skacz wcale.
Bo dzisiaj ja tu rządzę na fali.
Teraz ty jesteś małą przekąską.
Gdy wielki komar rządzi tą łąką!”
Finał historii:
Żaba zbladła, lecz po chwili.
Mówi: „Po co będziemy się bili?
Skoro jesteś taki wielki i silny.
Nasz nowy układ będzie stabilny!
Ty goń ludzi, co nam psują ciszę.
Ja twą odwagę wierszem opiszę.
Będziesz moim ochroniarzem z nieba.
A mnie już owadów łapać nie trzeba!”
Komar przybił piątkę żabie.
I zatańczyli tango nad rzeczką.
Dziś na stawie spokój mają błogi –.
Żaba z komarem to najlepsze ziomki!
Ekspres do czwartku
Pędzi mały ślimak, gna co sił w kopytach.
a o drogę powrotną nawet dziś nie pyta!
Zostawił rodzeństwo, mamie psuje nerwy.
Biegnie przez chodnik, sunie tak bez przerwy.
Mama łapie się za głowę, krzyczy na ulicę:
„Stójże, dziecko drogie! Zaraz cię dogonię!”
Gdzie tak pędzisz, po co ten szalony taniec?
Przecież do czwartku masz czas na czekanie!”
Na przystanku tabliczka jasno informuje:
Autobus raz w tygodniu tutaj się melduje.
Dla mnie to cała wieczność, lecz matka dobrze wie.
Że aby zdążyć na czwartek — w niedzielę muszę wyjść!
Mały podróżnik ma przecież wielki plan:
Chce odwiedzić miasto, poznać inny stan!
Na wielkim stadionie mecz ma zaraz być.
Ślimak chce kibicować i z drużyną być!
Kupił już bilet, szalik w barwach ma.
Teraz na przystanek co sił w klacie gna!
Bo na tym stadionie, w blasku jasnych gwiazd,
odbędzie się jutro wielki wyścig ciast!
Bo ślimak na biegi ma wielką chrapkę!.
Musi zdążyć w czwartek, zająć dobry rząd.
By żaden inny ślimak nie wygonił go stąd!
Rowerowy absurd
Stoi rowerzysta, w głowę mocno się skrobie.
Znak mówi nam jedno, asfalt przeczy sobie.
Gdzie rower, gdzie pieszy?
Wszystko się tu miesza.
Ta dziwna zagadka nikogo nie cieszy.
Ktoś pędzel pomylił, zły plan w głowie miał.
I teraz na drodze błądzi każdy pieszy.
Bo drogowców psikus wielki chaos dał!
Aż koła w rowerze ze śmiechu zadrżały.
Choć śmiech bierze z boku na ten absurd srogi,
To kodeks tu rządzi, nie malarz podłogi.
Bo w plątaninie kresek, gdy rozum już siada,
Znak pionowy ważniejszy — tak prawo powiada!
Morał z tej historii jest prosty i jasny:
Gdy wokół na drodze błąd szerzy się własny,
Nie patrz na bazgroły na szarym asfalcie,
Szukaj znaków, co stoją na warcie!
Choć malarz się myli i linie splatają,
To znaki pionowe nam rację przyznają.
Gdy rozum już gubi się w kresek powodzi,
Znak z góry ci wskaże, jak bezpiecznie chodzić!
Plastikowy raj
Stoisz w kolejce już trzy godziny,
wokół ze zmęczenia mdleją rodziny.
Cel jest blisko, pot strugami się leje,
człowiek w tym tłumie zupełnie dziczeje.
Byle tylko dorwać te tanie kapcie,
nawet jeśli w biegu stratujesz babcię!
Tłum napiera ślepo na szklane witryny,
robiąc przy tym groźne i bojowe miny.
Jakby towar zaraz miał zniknąć ze świata
albo nadchodziła ostateczna data.
Wszyscy chcą mieć wszystko — najlepiej za darmo,
by nasycić oczy tą tandetną karmą!
Góry tanich ubrań za groszy parę,
plastikowy raj zatracił już miarę.
Ludzie w amoku wykupują kraj,
otwiera się piekło, choć obiecano raj!
W torbach pachnie tanią Azją oraz chemią,
gdy zmęczeni klienci na stojąco drzemią.
Metka na ubraniu dumnie w oczy kłuje,
każdy w głębi duszy triumfuje, że kupuje.
Jutro marne szwy z hukiem się porozłażą,
tanie buty pękną, nim minie godzina.
Dzisiaj wszyscy biegną z uradowaną twarzą,
kupując te bzdury, którymi się sparzą.
W szafie z każdym dniem rośnie góra śmieci,
w portfelu na dnie pusto, ledwo grosz zaświeci.
Wokół krzyczą dzieci, wózek pęka w szwach,
kupowanie ubrań to już nowy fach.
Za rok ten sam tłum do marketu powróci,
by nudne życie na chwilę porzucić.
By w wielkich sklepach zwiedzać sztuczny świat —
ciesząc się ślepo, że przybył nam grat!
Grosz od jeżyka, czyli lekcja z automatu
Grosz od jeżyka, czyli lekcja z automatu
Na asfalcie leży puszka.
Obok mały jeż się kręci.
Warto zgarnąć pięćdziesiąt groszy,
jeśli tylko masz chęci!
Idzie jeżyk, drepcząc cicho.
Patrzy na tę puszkę z bliska.
Szkoda, żeby taki metal
leżał pośród zbiegowiska!
Bo automat w wielkim sklepie
chętnie przyjmie ten podarek.
Zamiast śmiecia na trawniku
będzie zysk i czysty skwerek.
Więc pamiętaj, ekologu:
zbieraj puszki, dbaj o Ziemię.
A kaucja za te starania
wkrótce w dłoni Ci zabrzęczy!
Rusza jeżyk w swoją drogę.
Puszka w bębnie już się kręci.
Czysty świat i grosz w kieszeni —
warto było mieć chęci! ✨
Wirtualne boje i domowe pokoje
Siedzi żona z założonymi rękami.
Ciska gromy z groźnymi spojrzeniami.
„Miałeś zająć się domem, ogarnąć pokoje.
A ty znowu prowadzisz wirtualne boje!”
Mąż w fotelu się kurczy, pot mu spływa z czoła.
Minka mocno mu rzednie, choć uśmiech wywoła.
„Ależ żono!” — tłumaczy głosem wystraszonym.
„Ja naprawdę pracuję!” — nieszczęśnik głośno woła.
Wbijam poziomy, czyszczę mroczne lochy.
Żeby w naszym salonie nie było macochy!
Smok pokonany, świat uratowany,
A ty krzyczysz, że dywan nieodkurzany…”
„Obiecałeś mi rano: »Tylko jedna runda!«
A na ekranie znowu biega jakiś mutant!
Miał być spacer do parku, miłe popołudnie.
A ty w Wiedźmina grasz i tłumaczysz się obłudnie!”
„Przecież dom budowałem!
Choć w grze Minecraft skrycie,
Tam stworzyłem nam z klocków idealne życie!
Daj mi jeszcze pięć minut, bo chłopaki z klanu.
Mówią, że w GS-ie brakuje nam planu!”
Nagle trzask! Ekran gaśnie, ciemność głucha.
Mąż patrzy zszokowany, aż pot mu kapie z ucha.
Żona trzyma w ręku kabel od zasilacza:
„Teraz, mój ty graczu, prawdziwy quest się zaczyna!”
Mąż rzucił się do szafy, gdzie stały szczotka, płyny.
Zrozumiał, że to moment, by odkupić winy!
Chwycił za rurę odkurzacza niczym miecz ze stali.
I zaczął sprzątać salon, aż się w oku pali!
Zmywa naczynia w locie, w kuchni blaty lśnią.
Nawet kurze na szafie już przed nim drżą!
Śmieci dawno w koszu, podłoga umyta.
Żona patrzy z boku, dumna i zachwycona.
Oddała mu kabel z uśmiechem na twarzy:
„Widzisz? Taki mąż to skarb, o którym marzę!
Uratowałeś dom, misja zaliczona.
Usiądźmy tu razem!” — rzekła dumna żona.
Wzięła drugi kontroler, choć grać nie umiała.
I przy misce ciastek cała noc minęła!
Sekret złocistego nuggetsa
W kurniku wesoło kurczaki biegały.
Na małą Majkę z miłością patrzały.
Nagle dziewczynka swą główkę schyliła,
bo straszną nowinę w Internecie odkryła.
Już wie, czym są nuggetsy, złociste kawałki.
Kurczaczki pytają: „Co stało się, Maju?”
A ona zalewa się łzami z żalu.
Kogucik się dziwi, skrzydełkiem potrząsa,
gdy mała dziewczynka noskiem pociąga.
Nie wiedzą ptaszęta, skąd ta nagła zmiana
i czemu ich Maja jest tak zapłakana.
Przykucnęła przy grzędzie, mocno je przytula,
choć wietrzyk na podwórku tak chłodno dziś hula.
„Już nigdy — powtarza — nie dotknę talerza,
gdy danie pochodzi z małego stworzenia!”
Od teraz w kurniku rządzi sałata,
a nuggetsy dostały dożywotniego bata!
Tour de Kabanos
Leży kot puszysty na szarym asfalcie.
Gdzie biały rowerzysta namalowany jest na starcie.
On nie potrzebuje kasku ani pedałów wcale.
By na tym „ścigaczu” pędzić przed siebie wytrwale!
„Grażyna!” — miauczy głośno — „W drogę już wyruszam.
Koła kręcą się w miejscu, aż trzęsie mi się dusza!
Pędzę po kabanosy z łososiem, pyszne, świeże.
Mów szybko, co Ci kupić, póki siedzę na rowerze!”
Grażyna w chmurce myśli z uśmiechem odpowiada:
„Uważaj na krawężniki, to mądra jest zasada!
Szerokiej drogi życzę na tym szybkim cudzie.
Wracaj szybko z rybką, nim zjadą się tu ludzie!”
Tak kotek na rysunku udaje mistrza szosy.
Bo dla pysznej przekąski zniesie wszelkie losy.
Nosi miano kolarza, choć na boku leży.
I w tę jego szybką jazdę nikt zdrowy nie uwierzy!
Wrócił Janusz z wyprawy, choć bardzo zmęczony.
Bo ten rower z asfaltu był nieoswojony.
Koła dalej w miejscu stały, asfalt ani drgnął.
Jednak nasz dzielny kolarz cel swój w końcu osiągnął!
W pyszczku niesie zdobycz, kabanosów całą paczkę.
Grażyna już od progu zaczyna gadanie:
„Gdzieś ty był, Januszu? Minęły trzy godziny!
Kabanosy z łososiem to przysmak całej rodziny!”
Janusz kładzie zapasy na dywanie w przedpokoju.
I mówi: „Grażynko, daj mi chwilę spokoju!
Krawężniki były wielkie, a pod górkę miałem stale.
Ten mój szybki ścigacz nie chciał słuchać mnie wcale!
Mysz mi drogę zajechała, pies zaszczekał z oddali.
Myślałem, że mnie zaraz policjanci zgarną!
Jednak mam! Są rybne pyszności, pachną niesłychanie!”
I tak oto kolarz zakończył swoje polowanie.
Teraz oba koty siedzą, brzuszki mają pełne.
A rower na asfalcie czeka na kolejną wełnę.
Obietnice o ósmej, poranek w zaspie
Dla wszystkich tych, których sylwestrowe (i nie tylko!) plany o „spokojnym wieczorze” zawsze kończą się spektakularnym lądowaniem w zaspie pełnej dobrej zabawy.
Niech ta historia przypomina nam, że najlepsze wspomnienia rodzą się tam, gdzie ucieka rozsądek, a ruszają w tany zwariowani przyjaciele!
O dwudziestej wieczorem, przy blasku księżyca,
Gdy mroźna i biała była okolica.
Nasz bałwan ogłosił donośnym swym głosem:
„Nie ruszam się stąd, nie zaryzykuję nosem!
Sylwester spędzam w ciszy i spokoju.
Bez dzikich tańców i bez niepokoju”.
Nagle zza rogu, przez śnieżne zaspy.
Wpadli koledzy — niezłe narwańce i asy!
Bałwan Stefan, co miał garnek na głowie.
Krzyknął: „Dziś piję za wspólne zdrowie!”
A za nim Marcin, ten chudy ze słomy,
Niósł wielkie głośniki, aż trzęsły się domy.
Przyszła też Zosia, bałwanka urocza.
Wesołym spojrzeniem olśniewała z kloca.
Przyniosła ze sobą zimowe przysmaki.
I sople mrożone — rarytas niebywały taki!
Wokół tupały też małe śnieżki.
Rzucała zmarznięte płatki.
„No dalej!” — wrzasnął Stefan i podał butelkę.
Wzniecił w naszym bałwanie odwagę wielką.
Zosia zaczęła kręcić się w kółko.
Marcin na miotle latał nad jaskółką.
I tak z obietnic o cichym wieczorze
Zrobił się bal w najgłębszym borze!
Gdy wybijała właśnie północna godzina.
Dopiero zaczęła się ta cała kpina.
Wszyscy krzyczeli, petardy strzelały.
Aż im marchewki z wrażenia powypadały!
Stefan zgubił garnek, Zosia miotłę swą czerwoną.
A impreza stała się całkiem szaloną.
Wybija właśnie kwadrans po północy,
A nasz bohater głośno woła pomocy!
Kumple uciekli, bo sił już nie mieli,
I zostawili go sam na sam w pościeli.
Zielone buty wystawił do góry,
Z głową na boku ogląda dziś chmury.
Wierna butelka wciąż w ręku mu drży —
Tak oni obaj popsuli mu sny!
Gdy rano znad zaspy błysnęło już słońce.
A mroźne powietrze nie było gorące.
Stefan się obudził ze strasznym bólem głowy.
I krzyknął: „Mój garnek! Mój garnek stylowy!”
Na czubku swej głowy czuł pustkę i chłód.
A odnaleźć zgubę — to musiał być cud.
Gdzie podział się garnek ze stali błyszczącej.
Co chronił przed słońcem i gwiazdą świecącą?
Wszyscy koledzy ruszyli w te pędy.
By zbadać dokładnie podwórka i grzędy.
Nasz główny bohater, wciąż głową w dół wbity,
Pstryknął palcami: „Mam trop znakomity!”
Okazało się nagle, po krótkiej minucie.
Że garnek nie zginął w zimowym popłochu i smucie.
Gdy o północy impreza szalała.
Wesoła ekipa na pomysł wspaniały wpadła cała!
Zrobili z garnka bębenek estradowy.
By grać na nim głośno hit sylwestrowy.
Niestety, gdy Marcin za mocno weń stuknął.
Garnek się podbił, o drzewo stuknął.
I stoczył się szybko po stromej polanie.
Gdzie wielki pies Azor miał swoje posłanie.
Pies zwinny i sprytny pomyślał w tym pędzie.
Że nowa, wspaniała to miska dziś będzie!
I tak oto Stefan, zamiast garnka z metalu,
Musi dziś nosić — ku wielkiemu żalowi –.
Stary, dziurawy, koszyk wiklinowy,
Który na rynku kosztował zaledwie grosik.
A Azor w ogrodzie, z naczynia Stefana,
Zjada parówki od samego rana!
Gdy słońce wschodziło i blaskiem rzucało.
Wszystko dokoła ze strachu zadrżało.
Bo oto ulica, po nocnej przygodzie,
Zobaczyła powrót, jakiego nie ma w modzie!
Nasza ekipa, zmęczona szalenie,
Rozpoczęła powolne do domu pełzanie.
Na samym przodzie, z wielkim mozołem,
Nasz główny bohater szorował wciąż czołem.
Bo chociaż z tej zaspy wyciągnął już nogi.
To wciąż mu się myliły kierunki i drogi!
Zamiast przed siebie, to szedł ciągle w boki.
Robił w ten sposób prześmieszne podskoki.
Stefan bez garnka, z koszykiem na głowie,
Szedł bardzo cicho, nic nikomu nie powie.
Trzymał się mocno płotu sąsiada.
Bo z każdym krokiem brzuch mu odpadał!
Śniegowa kula, co dół stanowiła.
Trochę się w nocy, niestety, skruszyła.
Marcin ze słomy, ten chudy koleżka,
Zgubił gdzieś drogę, choć wie, gdzie mieszka.
Szedł tyłem do przodu, miotłą się podpierał.
I co pięć minut zaspę wielką wybierał.
Żeby się przespać choćby przez chwileczkę,
Wcisnął pod głowę lodową kosteczkę.
A piękna Zosia, choć zawsze zadbana,
Dziś jakoś słabo trzyma się od rana.
Węgielki-oczy uciekły jej w prawo,
A marchewkowy nosek zwisał mało żwawo.
Gubiła guziki na białym dywanie,
Zsuwało się z niej śniegowe ubranie.
Gdy w końcu dotarli pod swoje podwórko.
Zasnęli natychmiast pod śnieżną chmurką.
I tak oto stoją, zmarznięci od rana.
Udając przed ludźmi grzecznego bałwana!
Wełniany Ogień, czyli Szydełkowy Adidas!
Moja żonka złote ręce ma,
o moje stopy najlepiej dba!
Choć to nie buty z wielkiego sklepu,
nie znajdziesz na świecie lepszego modelu!
Żona odpaliła szydełkowy napęd,
I zrobiła z włóczki niesamowity zamęt!
Mam na moich stopach czysty, żywy szał,
Nawet sam Adidas w wielkim szoku będzie stał!