dla mojej najpiękniejszej Beaty
PROLOG
CIENIE PRZESZŁOŚCI
Był czas, gdy Rzeczpospolita żyła mieczem, a jej południowe rubieże płonęły w nieustannych napadach tatarskich. Ziemia Wielkopolska, skąd pochodził ród Sokołów herbu Sokół (złoty sokół na niebieskim tle a poniżej biało-czerwona szachownica), wciąż jednak tchnęła spokojem i dostatkiem. Tam właśnie mieszkał Stanisław, szlachcic stateczny, mąż pięknej i zacnej kobiety o urodzie nieco wschodniej, a sercu wiernym i łagodnym. Mieszkał wraz z nią oraz jej bratem — Stefanem, zakonnikiem, który mimo habitu potrafił władać szablą lepiej niż niejeden husarz.
Wszystko mogłoby trwać w błogim porządku, gdyby nie podróż…
Tamtego lata Stanisław wraz z żoną i szwagrem wyruszył na południe — odwiedzić swego dawnego druha, z którym przed laty służył w jednej chorągwi. Ów druh osiadł na kresach podolskich, gdzie granice kraju stykały się z dzikim stepem i tatarskim pograniczem.
Gościnne spotkanie miało być krótkie.
Nie zdążyli jednak nacieszyć się wspólną biesiadą, gdy przyszła wieść o nadciągającym czambule. Rycerze ruszyli na Tatarów ale część napastników ominęła polski oddział i zaatakowała dwór. Nikt nie zdążył uciec. W noc pełną ognia i wrzasku, gdy Tatarzy runęli na dwór jak burza, żona Stanisława i Stefan dostali się do niewoli.
Rano, gdy dym jeszcze unosił się nad zgliszczami, Stanisław odnalazł jedynie trupy czeladzi, zniszczone obejście i roztrzaskany krzyż z ze spalonej kapliczki. Ruszył w pogoń, ale ślad zaginął pośród stepów.
Nie wiedział, że jego żona, nim została porwana, nosiła już w sobie dziecko — syna, owoc ich miłości. Nie wiedział też, że Stefan, wierny przysiędze braterskiej, nie odstąpi jej ani na krok, choćby miał zginąć.
Lata mijały.
Stanisław powrócił do swego majątku w Wielkopolsce, lecz nie był już tym samym człowiekiem. W ciszy gospodarstwa niósł w sercu żałobę po żonie i szwagrze. Każdego roku, w rocznicę tamtej wyprawy, zamykał się w kaplicy i długo modlił się — za zaginionych, za dusze tych, których pochłonął step.
Nie wiedział, że gdzieś daleko, w cieniu minaretów, rośnie chłopiec z jego krwi i z imieniem jego rodu.
Dziecko urodzone w niewoli, wychowane wśród wrogów, lecz przeznaczone do wielkich rzeczy.
Miał na imię Wiktor.
ROZDZIAŁ I
DZIECKO DWÓCH ŚWIATÓW
Słońce dopiero przecięło horyzont, a obóz jeszcze ziewał po nocy. Jednak na placu ćwiczebnym już rozlegał się suchy trzask bambusowego kija uderzającego o twarde drewno. Chłopiec w lekkiej lnianej tunice poruszał się szybko, stanowczo, z precyzją, która nie przystawała dziesięciolatkowi. Jego ruchy były jak pociągnięcia pędzla po pergaminie — płynne, pewne, wyuczone.
— Ni bu ke yi xiang xin ni de yan lei! — zawołał Ling melodyjnym, ostrym tonem. — Nie ufaj łzom. One oszukują ciało.
Wiktor wykonał obrót, obniżył środek ciężkości i uderzył kijem w powietrze tak, że rozciął je świstem. Spojrzał na Linga z szacunkiem i pewną dozą uporu.
— Nie płaczę — odpowiedział.
— To dobrze. Wojownik nie ma czasu na łzy.
Ling był smukłym, niewysokim mężczyzną, o twarzy bez wieku i oczach, które widziały więcej, niż mówił. Przybył do pałacu wezyra wiele lat temu — nikt nie znał całej jego historii. Władca darzył go zaufaniem, a Wiktora… Wiktora szkolił tak, jakby widział w nim kogoś znacznie większego niż dziecko z niewoli.
Kilku młodych sipahów przystanęło nieopodal placu, przyciągniętych widokiem chłopca. Szeptali między sobą pełni zdumienia.
— Patrzcie, jak się rusza. Jak kot — mruknął jeden.
— Nie kot — poprawił drugi. — Coś znacznie groźniejszego.
A jednak nikt z nich nie odważył się zakpić głośno. Wiktor był ulubieńcem wezyra. W ich świecie to znaczyło więcej niż krew, imię, pochodzenie.
Po kolejnej serii ćwiczeń Ling odsunął się i skinął głową.
Z cienia wyszedł wuj Stefan.
Wiktor od razu się wyprostował, jakby nagle stał się starszy.
Stefan, w skromnej, szarej szacie zakonnika lecz bez kaptura, wyglądał tu jak nie pasujący element mozaiki — ale jego oczy miały ostrość człowieka, który znał wartość szabli. Pod materiałem chował broń, którą umiał władać jak mistrz, choć o tym wiedziało niewielu.
— Dość na dziś? — zapytał Stefan, patrząc z lekkim uśmiechem na chłopca.
— Ling mówi, że wojownik nie odpoczywa — odpowiedział Wiktor poważnie.
Ling skinął głową.
— Ale nawet stal trzeba schować do pochwy, by nie pękła.
Stefan podszedł bliżej, kładąc dłoń na ramieniu Wiktora.
— Dziś odwiedzi cię wezyr — powiedział tonem spokojnym, choć w jego głosie drgało napięcie.
Wiktor uniósł brwi.
— Czy coś zrobiłem źle?
— Nie. — Stefan pokręcił głową. — On… chce z tobą porozmawiać.
— O czym? — wtrącił Ling, mrużąc oczy.
— O Tobie i Twoim przeznaczeniu — odpowiedział wezyr, który pojawił się za nimi tak cicho, że nikt nie usłyszał kroków.
Chłopiec odwrócił się gwałtownie. Wezyr stał w eleganckiej szacie, ale jego twarz była pozbawiona zwykłej majestatyczności. Wyglądał inaczej. Jakby nosił w sobie ciężar wspomnienia, które wciąż rani.
— Wiktorze — zaczął łagodnie — byłeś dla mnie jak syn, odkąd się urodziłeś. I być może czas, byś wiedział, dlaczego.
Stefan zesztywniał. Ling milczał, lecz jego spojrzenie stało się ostre jak klinga.
— Twoja matka… — wezyr zawahał się. — Przybyła tu z bratem. Była tatarską branką. A ja… zakochałem się w niej od pierwszego spojrzenia.
Wiktor poczuł zimny ciężar w piersi. O matce wiedział niewiele. Że była piękna. Że zmarła przy porodzie. I że nosiła go pod sercem, gdy ją uprowadzono.
Ale słowo zakochałem brzmiało obco.
— Kochałeś moją matkę? — zapytał cicho.
— Tak — odpowiedział wezyr. — Choć ona kochała kogoś innego. Swojego męża, Stanisława. A ciebie nosiła pod sercem — jego syna.
Wiktor przełknął ślinę, jakby połknął kamień.
— A teraz… — dokończył wezyr, biorąc oddech — nadszedł czas, byś wiedział prawdę do końca.
Za jego plecami wiał wiatr, unosząc kurz placu. Stefan nie ruszał się, ale jego pięści zacisnęły się pod materiałem szaty. Ling milczał — jak zawsze, gdy na szali ważyły się sprawy większe niż nauka walki.
— Przyjdź dziś wieczorem do mojego namiotu — powiedział wezyr. — Opowiem ci o twojej matce. I o tym, dlaczego nie mogłem ocalić twojego losu… ale mogę ocalić twoją przyszłość.
Wiktor poczuł, jak świat staje się większy niż plac ćwiczebny, większy niż obóz, większy niż każdy dotychczasowy dzień.
A w jego dziecięcym, lecz twardym sercu zrodziło się uczucie, które nie miało jeszcze nazwy — mieszanka ciekawości, lęku i przeczucia przeznaczenia.
WYROK ZAPADŁ W CISZY
Wieczór spowił obóz ciepłym, pomarańczowym światłem lamp oliwnych. Namiot wezyra pachniał kadzidłem i cynamonem — zapachami, które zwykle koiły, ale tej nocy zdawały się gęste, ciężkie, przyduszone niepokojem. Wiktor wszedł pierwszy, a za nim Stefan i Ling. Wezyr stał przy niskim stole, jakby śledził wzór na jego powierzchni, choć myślami był daleko poza tym miejscem.
— Usiądźcie — powiedział cicho.
Wiktor wyczuł napięcie. Zwykle wezyr mówił spokojnie, jak ktoś, kto panuje nad światem. Teraz brzmiał jak człowiek, który musi przyznać się do porażki.
Gdy usiedli, wezyr ujął w dłonie niewielki, srebrny puchar i podniósł go w stronę światła lampy. Nie pił; jedynie patrzył, jakby szukał odwagi w odbiciu ognia.
— Wiktorze — zaczął — jesteś mi drogi jak własny syn. Choć wiem, że twoje serce należy do Boga twoich przodków… nigdy nie chciałem cię zmuszać do zmiany wiary.
Chłopiec poczuł, jak Ling zesztywniał obok. Stefan siedział nieruchomo, lecz w jego spojrzeniu był strach. Nie osiebie ale o siostrzeńca.
— Sułtan dowiedział się — kontynuował wezyr — że po raz kolejny odmówiłeś przyjęcia islamu. A ja… pozwoliłem ci na to.
Wiktor wbił wzrok w ziemię. Ostatnia rozmowa z imamem była krótka. Nie, nie potrafię, powiedział wtedy. To nie mój Bóg. Nie sądził jednak, że konsekwencje będą aż tak poważne.
— Sułtan uważa to za niesubordynację. — Wezyr wziął głęboki oddech. — I winą obarcza mnie. Zakwestionował moją lojalność. Uznaje, że trzymam przy sobie chrześcijańskie dziecko… jakbym chciał uczynić cię czymś, czym nie jesteś.
Milczenie w namiocie było jak napięty łuk.
— Co to znaczy dla Wiktora? — zapytał Stefan, spokojnie, lecz lodowato.
Wezyr spojrzał na niego długo, z uznaniem i smutkiem.
— Że jego życie jest zagrożone. — Po tych słowach zapadła grobowa cisza. — Sułtan wydał rozkaz, by chłopiec stanął przed nim. A ja wiem, że nie jest to wezwanie… ale wyrok.
Wiktor poczuł, jak serce mu zamiera. Ling powoli przesunął dłoń na rękojeść krótkiej, chińskiej broni u pasa, jakby podświadomie chciał chronić chłopca tu i teraz.
— Dlatego musisz zniknąć — powiedział wezyr. — Dziś. Teraz.
Podszedł do nich i odkrył skrzynię przykrytą jedwabiem. W środku błyszczały niezwykłe szable — łukowate, lekkie, wysadzane rubinami, nefrytami i szmaragdami. Jedne miały rękojeści z masy perłowej, inne oprawy z czystego złota.
— To dary dla cesarza Chin oraz cesarza Japonii — oznajmił. — Sułtan pragnie zyskać ich przychylność. Chcę, byście to wy dostarczyli je w jego imieniu… bo to najpewniejszy sposób, by was oddalić od dworu bez podejrzeń.
Ling skinął głową.
Stefan zmrużył oczy.
Wiktor dotknął jednej z pochew — była zimna, piękna i dziwnie niepokojąca.
— Podróż będzie daleka — ciągnął wezyr. — A niebezpieczeństwo zacznie się już za bramą obozu. Wśród tych, którzy z wami wyruszą, są ludzie lojalni… ale i tacy, którzy mogą donosić sułtanowi. Musicie uważać na zdrajców pośród własnej drużyny.
Stefan skinął głową powoli.
— Rozumiem.
— A to… — Wezyr sięgnął do drugiej szkatuły i wyjął przedmiot, który lśnił w półmroku niczym gwiazda. Była to buława — ciężka, wykonana z ciemnego metalu i złota oraz wspaniale zdobiona złotymi nitami i nieznanym symbolem. — …to znak opieki sułtana i cesarza Chin. Każdy lud, każde plemię, każdy emir, ataman czy chan, który zobaczy tę buławę, będzie wiedział, że jesteście wysłannikami dwóch największych potęg Wschodu. Kto odmówi pomocy — narazi się na gniew władców.
Wiktor patrzył na buławę w milczeniu. Nie wyglądała jak zwykła oznaka władzy. Emanowała czymś, czego nie potrafił nazwać… jakby historią zaklętą w metalu.
— A co z ochroną? — zapytał Ling, łamiąc ciszę.
Wezyr uśmiechnął się bladym, zmęczonym uśmiechem.
— Podąży za wami ktoś jeszcze. Ktoś, kogo nie zobaczycie, a kto będzie waszym cieniem. Mój najlepszy asasyn.
Wiktor uniósł głowę.
— Asasyn? Dlaczego w ukryciu?
— Bo wróg też kryje się w cieniu — odpowiedział wezyr. — A z cieniem najlepiej walczyć innym cieniem.
Odsunął się od stołu. Jego ramiona opadły. Wyglądał, jakby ta rozmowa odjęła mu lat i sił.
— Ruszycie natychmiast. O świcie będzie już za późno. Przed wami obszary pełne zdrady i gniewu. Dopiero w górach Kaukazu będziecie naprawdę bezpieczni.
Stefan wstał.
— Zrobimy, co trzeba.
Ling spojrzał na chłopca, a jego słowa były ciche, lecz pewne:
— Wiktor ocaleje. Ja to gwarantuję.
Wezyr przysunął się do chłopca, ujął jego dłoń i położył na buławie.
— Jesteś synem matki, którą kochałem — powiedział szeptem. — I synem ojca, którego szanowałem, choć nigdy go nie spotkałem. Teraz idź. Ocal swoje dziedzictwo.
Wiktor poczuł, jak ciężar buławy przechodzi przez jego dłoń aż do serca.
Już nie był tylko dzieckiem.
Był posłańcem trzech imperiów.
I celem dla tych, którzy chcieli, by nigdy nie dorósł.
ROZDZIAŁ II
PIERWSZY CIEŃ ZDRADY
Noc była gęsta, bezgwiezdna, jakby niebo samo chciało ukryć ich ucieczkę. Wiktor jechał na niewielkim, ale szybkim koniu, który stawiał kroki pewnie, nie płosząc się ani cichym stukiem podków. Stefan i Ling jechali po jego bokach. Za nimi, w półmroku, posuwało się kilku wybranych wojowników — niewielki oddział, który miał chronić cenne dary i jeszcze cenniejszego chłopca.
Nie mieli pochodni.
Nie rozmawiali.
Tylko oddechy koni i cichy szmer trawy dawały świadectwo ich istnienia.
Warto było odejść przed świtem — tuż za obozem widzieli przemykające sylwetki straży, których ścieżki zwykle o tej porze były puste. Wezyr najwyraźniej miał rację — czas był ich największym wrogiem.
Gdy świt zaczął rozlewać się na horyzoncie, Stefan podniósł rękę.
— Popas — powiedział cicho. — Konie też mają prawo odpocząć.
Zatrzymali się w dolince otulonej niskimi zaroślami. Wojownicy zaczęli rozkładać prowizoryczny obóz: dwie skóry, woda, trochę chleba, suszone mięso. Wiktor zeskoczył z konia i rozmasował kark. Ledwo spał tej nocy, a wydarzenia w namiocie wezyra dźwięczały mu w głowie jak echo.
Ling klęczał obok niego i sprawdzał napięcie łuku kompozytowego, kiedy nagle…
— Teraz, psie niewierny! — wrzasnął ktoś.
Wiktor nie zdążył się odwrócić. Ciężar janczara powalił go na ziemię. Chłopiec usłyszał syk ostrza wyciąganego z pochwy, a tuż przy swoim policzku poczuł zapach brudnego, przepoconego zdrajcy.
Instynkt — nie wiek — go ocalił.
Wiktor skręcił biodra, odsunął się w bok i uderzył napastnika kolanem w żebra. Janczar ryknął z bólu, ale wciąż trzymał nóż. Ostrze opadło… i zatrzymało się o włos od gardła chłopca.
Trzask.
Coś błysnęło. Uderzenie było szybkie jak błyskawica.
Ling stał za janczarem z bambusowym kijem, który właśnie ponownie uniósł — i uderzył. Tym razem mocniej, celując w skroń. Atakujący osunął się bezwładnie, jak worek zboża.
To trwało może trzy sekundy.
Trzy sekundy, które mogły zakończyć wyprawę, zanim w ogóle się zaczęła.
— Żadnej litości — warknął Stefan, doskakując i rozbrajając janczara. — Tak działa zdrada.
— Gdzie drugi? — zapytał Ling.
Odpowiedź przyniosło echo końskich kopyt.
Najpierw ciche, potem coraz szybsze.
Jeden z janczarów już uciekał, mknąc przez równinę w kierunku, z którego przybyli.
— Do obozu… — wyszeptał Stefan. — On wraca do obozu!
— I niesie naszą śmierć — dodał Ling.
Wojownicy zebrali się wokół ciała leżącego janczara. Jeden z nich nerwowo przełknął ślinę.
— Panie… to znaczy, że byli z nami zdrajcy od początku?
— Tak, zdrajcy — poprawił go Stefan mroźnym tonem. — Najemnicy sułtana udający lojalność dla wezyra.
Wiktor otrząsał się powoli. Dopiero gdy Ling położył mu dłoń na ramieniu, zrozumiał, że wciąż drży.
— Dobrze walczyłeś — powiedział mistrz. — Zgodnie z nauką.
— Prawie zginąłem — wyszeptał.
— Właśnie dlatego uczę cię, by nigdy nie było „prawie” — odpowiedział Ling poważnie.
Zwołano naradę. Wojownicy usiedli wokół Stefana, który jak zwykle wyglądał, jakby nic go nie zaskakiwało. Ling stał oparty o drzewo, wciąż obserwując przestrzeń wokół — jak kot wypatrujący zagrożenia.
— Musimy zakładać, że ten, który uciekł, dotrze do obozu przed zmrokiem — powiedział Stefan. — Wyśle za nami pościg. Zorganizowany. Szybki.
— Więc musimy ruszać już teraz — powiedział jeden z wojowników.
— Nie. — Stefan pokręcił głową. — Konie są zmęczone. Jeśli je zajeździmy, zostaniemy pieszo. A pieszo nie uciekniemy przed janczarami.
— Co zrobimy? — zapytał Wiktor.
Stefan spojrzał na niego długim, poważnym spojrzeniem.
— Odpoczniemy jeszcze kilka godzin. Zjemy, nakarmimy i napoimy konie, sprawdzamy uzbrojenie. A gdy słońce zacznie zachodzić — ruszamy najszybciej jak możemy, ale mądrze. Nie galopem. Musimy oszczędzać konie, bo droga daleka, a pościg nie odpuści.
Wiktor skinął głową.
Ling również.
Wojownicy nie dyskutowali. To była mądra decyzja.
Jeden tylko zapytał:
— A co z janczarem, który próbował zabić chłopca?
Stefan odpowiedział bez mrugnięcia.
— Zakopać. Bez oznaczenia. Niech ziemia przyjmie go, jak przyjmuje zdrajców.
Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, gdy wyprawa znów ruszyła, tym razem szybciej, zdecydowanie, ale wciąż z rozwagą. Konie parskały zmęczone, lecz posłuszne. Ling trzymał się blisko Wiktora, Stefan jechał na przedzie, prowadząc ich w milczeniu.
Wiatr niósł zapach kurzu i zbliżającego się niebezpieczeństwa.
A gdzieś, wysoko na wzgórzu, niewidoczna sylwetka obserwowała ich w milczeniu.
Asasyn — cień wysłany przez wezyra.
Już wiedział o zdradzie w orszaku.
Już ruszył za nimi.
I już wiedział, że to dopiero początek.
ZASADZKA W CIENIU KAUKAZU
Dni ucieczki zlewały się w jedno długie pasmo kurzu i zmęczenia. Góry Kaukazu już majaczyły na horyzoncie — szare, ostre, obietnica schronienia i kolejnego sprawdzianu. Pościg nie ustawał. Na mapie nieba i ziemi wciąż widać było ruchy, pomruki oddziału, który za nimi podążał: sokoli lot janczarów, setki kopyt, które nieustannie zmniejszały dystans.
Mimo tego napięcia, w nocy narodził się plan. Asasyn, cień, który szedł za nimi jak problem, a nie rozwiązanie, przysunął się pewnego wieczoru do ogniska, przy którym zebrała się niewielka rada. Pojawił się jak duch, którego nawet Mistrz Ling nie zauważył. Rozmawiali po cichu: Stefan, Ling, kilku ochotników a Wiktor się bacznie przysłuchiwał, chłonąc każde słowo.
— Nie pobiegną dalej bez dowódcy — powiedział asasyn, jego głos był niski jak szum trawy. — A dowódcę można złamać. Można też złamać morale. Proponuję zasadzkę.
— Zasadzka? — powtórzył Stefan, niepewność tylko przez chwilę przeszyła jego twarz. — Jesteśmy w mniejszości. Ponad sto koni goni nas bez wytchnienia.
— Liczba nie gra roli — odparł asasyn. — Grę rozstrzyga teren, ukrycie i strach. Wybierzemy wąskie przejście przy kamiennej półce. Tam, gdzie górska droga zwęża się do szerokości jednego konia. Tam zatakujemy. Na początek łuki. Potem — miecz, a gdy zwątpienie wpadnie w ich szeregi — uderzymy z tyłu. I nikt nie wróci do obozu. Nikt.
Słowa padały spokojnie, bez triumfu. W głosie asasyna nie było radości; była konieczność. Każde z nich rozumiało znaczenie tych słów: jeśli żywi wrócą i opowiedzą — pościg będzie jeszcze zacieklejszy. Lepiej było zdławić pamięć tam, przy kamieniu, z krwią na nożach.
— Ostrzegam was — dodał Ling, biorąc oddech. — Jeśli ktoś zacznie się cofać do obozu i da hasło, niech liczy na to, że inni nie postąpią inaczej. Musimy zamknąć tyły.
Głos wuja Stefana był równie zimny. Uznali plan. Ustawili się wzdłuż skalnej półki, skryci w cieniu wychodni i w zaroślach. Łucznicy zamaskowali się tak, by wyglądać jak część skał. Kusznicy weszli w koronę niskich jarów. Asasyn przyjął najczarniejsze zadanie: wejść w sam środek szpicy i zlikwidować tego, który trzymał w ręku chorągiew pościgu — dowódcę.
Wiktor również miał swoje zadanie — młody, lecz z podjętą odpowiedzialnością: podążać za jednym ze skrzydeł, osłaniać łuczników, jeśli któryś z janczarów wyjdzie z szyku. Był przestraszony — a jednak nie mógł cofnąć się przed tym, czego nauczył go Ling i przed tym, czego wymagał od niego Stefan. W jego dłoni drżała miecz żelazne przedłużenie ręki.
Pojawił się pierwszy podmuch dźwięku: rżenie, świst i krzyk. Janczarzy weszli w przełom zbyt pewni siebie, rozciągając szyk, by zmieścić siłę i liczebność. W jednej chwili łuki zamienił ciszę w grad strzał. Pierwsze konie padły, zaskoczone, strzałami z łuków ukrytymi w cieniu skały. Potem padł pierwszy człowiek.
Zamieszanie rozlało się jak rozbryzgi wody — jeden róg gonił, drugi zwalniał, szeregi plątały się o kamienie. Łucznicy Wschodu potrafili karać precyzyjnie; trafić jeźdźca tak, by upadł i by jego koń zaczął kręcić w panice. Gdy szyk się załamał, rycerzom ciężko było zapanować nad końmi, które szarpały się jakby opętane.
Wtedy nadeszła druga fala: kusznicy zasypali ich ciężkimi bełtami, kusze rozbiły osłony, a mierzone ciosy miecza przeszły przez gardy tych, którzy próbowali powstrzymać upadek. Asasyn przedarł się do środka, przemykając między końmi i nogami upadających, odnajdując dowódcę po znakach chorągwi. Trafił go cicho, dokładnie — i gdy ten runął, reszta straciła rytm.
W walce, która nastąpiła potem, nie było miejsca na sentyment. Stefan i Ling prowadzili siłę precyzyjnych uderzeń: ciężar, który łamał szyk; cięcie, które kończyło życie zanim przeciwnik zdołał w pełni krzyknąć. Wicher łuków, buczenie końskich kopyt, metaliczny dźwięk kling — wszystko to tworzyło jeden, brutalny rytm.
Wiktor znalazł się nagle twarzą w twarz z człowiekiem, który parę minut wcześniej jeszcze wołał rozkazy. Jego ruch był szybki, przeraźliwie ludzki. Chłopiec odruchowo przeszedł do obrony; potem — pamiętając słowa Linga — zaatakował. Miecz płytko uderzył. Człowiek padł, jak każdy człowiek padł tutaj: bez hołdu, bez rozgłosu. Wiktor patrzył przez krótką chwilę na twarz, która teraz była obca i nieruchoma. Nie było w niej ani wroga, ani legendy — tylko koniec drogi.
To był jego pierwszy trup. Nie było w tym triumfu. Była cisza, która szybko przesyciła dźwięki bitwy. Zrozumienie przyszło nie w słowach, lecz w suchości w gardle, w niechęci do podniesienia wzroku. Wiktor wiedział, że przełamał jakąś niewidzialną granicę.
Gdy walka dobiegła końca, droga między skałami była usiane ciałami i połamanym sprzętem. Ktoś policzył — niebezpieczeństwo minęło. Setka janczarów nie miało tej nocy, do czego wrócić. Nie było świadków, którzy mogliby zapamiętać ich twarze. Asasyn dopilnował tego osobiście, zamykając usta, które mogłyby mówić.
Po bitwie panowała krótka, wymuszona cisza. Niektórzy żołnierze umyślnie odwracali wzrok, inni czyścili broń, jakby w ten sposób przywrócili sobie porządek. Stefan ukląkł przy martwym jeźdźcu i szeptem odmówił krótką modlitwę — może za wroga, może za spokój własnego sumienia. Ling stał oschły, patrząc w kierunku Kaukazu, jakby szukał tam odpowiedzi.
Wiktor siedział na skraju drogi, jeszcze z mieczem w ręku. Jego dłonie były zakrwawione, a serce przytłoczone. Ling usiadł obok niego i nie powiedział wiele — położył tylko dłoń na jego ramieniu.
— Pierwsze odebrane życie zawsze zostawia ślad — powiedział cicho. — Nie zapomnisz go, ale nauczysz się z tym żyć. To także część bycia wojownikiem.
Wiktor nie potrafił odpowiedzieć. Spojrzał raz jeszcze na pole, na ciała spiętrzone obok kamieni, i poczuł, że coś w nim pękło. Nie była to zwyczajna rana; była to brama, przez którą przeszedł i od której nie ma powrotu do beztroskiego chłopca sprzed chwili.
Asasyn, który pojawił się w ich obozie tamtej nocy, nie był byle najemnikiem. Nazywano go Daghli, synem kaukaskich gór, wychowanym pośród surowych, wolnych ludów, oddychającym tym samym wiatrem, który świszczał nad urwiskami Elbrusu. Wiedział, jak zniknąć bez śladu, znał języki plemion, ich obyczaje, dumę i chciwość — potrafił to wykorzystać.
Po zwycięskiej rzezi, gdy nad ranem dolina wypełniła się zapachem krwi, a sto ciał janczarów leżało zastygłych w bezładnych pozach pośród wysokiej trawy, Daghli nie pozwolił, by zwycięstwo zamieniło się w zgubę. Zarządził ciszę i szybkie działanie.
— Nie może zostać nawet jeden ślad — powiedział, jakby oznajmiał rzecz oczywistą. — Sułtan musi wierzyć, że jego janczarzy zniknęli jak mgła.
O świcie ruszył między skały, poruszając się jak duch. Zniknął na kilka godzin, by powrócić z grupą ponurych, brodatych mężczyzn o oczach czujnych jak wilki. Byli to górale z okolicznych wiosek, półwojownicy, półzbóje, którzy nie mieli sympatii ani do Turcji, ani do sułtana, a za to mieli wielką słabość do złota, srebra i dobrych trzewików zdjętych z martwych.
Daghli przemówił do nich krótko — w ich własnym języku, twardym jak kamień:
— Ciała janczarów są wasze, łupy też. Ale musicie je ukryć. Głęboko. Wszystkie.
Wystarczyło.
Przez kilka godzin trwała ponura, cicha praca. W wielkiej niecce między zboczami wykopano wspólną mogiłę, tak głęboką, że nawet górski wiatr zdawał się omijać ją z trwogą. Zrzucano tam ciała janczarów — jedne wciąż trzymały broń w dłoniach, inne miały twarze zastygłe w wyrazie zdumienia. Górale obdzierali je skrupulatnie, ale bez zdziczenia; była to robota chłodna, praktyczna, wykonywana przez ludzi, dla których wojna była codziennością.
Wiktor przyglądał się temu ze współczuciem i lękiem. To były pierwsze trupy, które położył własną ręką. Jeszcze drżały mu palce. Ale Stefan położył mu dłoń na ramieniu.
— Tak wygląda świat, w którym przyszło ci żyć. Nie ty zacząłeś tę wojnę, ale musisz ją przetrwać.
Kiedy ostatnie ciało przykryto płaszczem ziemi, górale usypali na mogile kopiec. Kamień po kamieniu, bez słowa, jakby wznosili kurhan dla zapomnianych. Na szczycie położyli wielki głaz, znak, który miał ostrzegać: tu śmierć zebrała żniwo — nie zbliżać się.
Od tamtej pory miejsce to owiało się złą sławą. Miejscowi omijali je szerokim łukiem, mówiąc, że nocami słychać tam głosy wojowników z dalekiego kraju, którzy przyszli po zemstę. Nikt jednak nie ważył się wspominać o tym miejscu Turkom, a już na pewno nie wysyłał żadnych wieści do Konstantynopola.
Oddział ponad stu janczarów, duma sułtańskiego wojska, rozpłynął się jakby nigdy nie istniał. Żaden ślad nie wrócił do pałacu. Żaden plotkarz nie odważył się opowiadać o ich końcu.
Daghli uśmiechnął się tylko pod nosem.
— Tak miało być. Zniknęli w górach. A w górach… nie ma świadków.
Wiktor, Stefan, Ling oraz reszta oddziału ruszyli dalej, w stronę Kaukazu, już bez pościgu za plecami — ale bogatsi o świadomość, że właśnie przeszli przez próg, po którym nie ma powrotu do dzieciństwa Wiktora.
Następnego dnia ruszyli dalej, oszczędnie używając sił koni, milcząc częściej niż zwykle. Kaukaz już był bliżej — teraz, po tej nocy, był także bliższy w sercach: granica, która miała przynieść względne bezpieczeństwo, ale też miejsce, gdzie Wiktor, Stefan i Ling poznali, ile kosztuje ocalenie.
I choć zwycięstwo należało do nich, każdy z nich niósł własny ciężar. Asasyn zniknął z pola tak szybko, jak się pojawił — cień, który zrobił, co należało — a wyprawa ruszyła dalej, mała grupa przemierzając krajobraz, który już nie był tym samym, co przedtem.
Wiktor wiedział, że od tej nocy będzie inaczej. Jego ręka była pewniejsza, a serce mniej niewinne. I gdzieś między kamieniami Kaukazu, zaczął rozumieć, że na jego drodze nie będzie już łatwych powrotów.
ROZDZIAŁ III
DOM WŚRÓD GÓR
Szli wiele dni. Góry wznosiły się przed nimi coraz wyżej, jak spiętrzone fale kamienia. Droga wiodła wśród wąwozów, wzdłuż rwących potoków, przez przełęcze, gdzie nawet powietrze wydawało się ostrzejsze od miecza. Konie były zmęczone, ludzie milczący. Tylko echo kopyt przypominało, że w tej dziczy jeszcze tli się życie.
Wiktor czuł, że z każdym dniem staje się inny.
Okrucieństwo bitwy w dolinie nie dawało mu spokoju — w snach widział twarze janczarów, ich szeroko otwarte oczy. Ale Stefan milczał o tym, a Ling, jak zwykle, nie komentował bólu — tylko kazał ćwiczyć oddech, by serce nie zamarzło w strachu.
Kiedy już myśleli, że kolejne przełęcze nigdy się nie skończą, pewnej nocy zjawił się on — Asasyn.
Pojawił się tak, jak zniknął po bitwie: bez dźwięku, bez zapowiedzi. Po prostu stał przy ogniu, gdy strażnik uniósł głowę, i choć nikt nie słyszał jego kroków, wszyscy wiedzieli, że to Daghli.
— Nie spodziewaliście się mnie, ale góry nie lubią, gdy wędruje się po nich bez przewodnika — powiedział spokojnie, siadając przy ognisku. — Macie szczęście, że was znalazłem, nim znalazło was coś innego.
Stefan skinął głową z powagą.
— Dobrze cię widzieć, przyjacielu.
Daghli zaproponował, by poszli z nim do jego domu, niedaleko stąd, w dolinie ukrytej między skałami. Miejsce to, jak mówił, znał tylko on i paru górali z sąsiednich wiosek. „Bezpieczne jak grób, ale cieplejsze” — dodał z uśmiechem.
Dom asasyna był skromny, zbudowany z kamienia i drewna, wtulony w zbocze góry. W środku płonęło ognisko, pachniało świeżym chlebem i ziołami. Tam czekała na nich kobieta.
Była piękna w sposób prosty i smutny, jak pieśń o utraconej ziemi. Miała jasne włosy, splecione w warkocz, i niebieskie oczy. Mówiła cicho, z obcym akcentem. Kiedy Ling zapytał ją o pochodzenie, spuściła wzrok.
— Nie pamiętam… — odrzekła po chwili. — Byłam dzieckiem, gdy nas napadli. Mówili, że jestem Słowianką, może z Rusi, może z Polski… Nie wiem. Wiem tylko, że wzięli mnie, a Daghli mnie ocalił.
Stefan wymienił z Wiktorem spojrzenie.
W sercu młodzieńca coś zadrżało — może litość, a może dziwne, nagłe uczucie bliskości z kimś, kto także nosił w sobie cień zniewolenia.
Przez kilka dni odpoczywali w tym domu. Jedli, spali, reperowali uzbrojenie. Ling ćwiczył z Wiktorem ruchy szabli, a Stefan rozmawiał z Daghlim o drogach, które prowadzą przez góry na wschód.
Wieczorami siedzieli razem przy ogniu. Asasyn opowiadał o ludach Kaukazu — o Czerkiesach, Lezgach, o plemionach, które nie kłaniały się ani sułtanowi, ani carowi.
— Tutaj człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy ma w dłoni broń i w sercu honor — mówił. — Kto tego nie rozumie, ginie.
Wiktor słuchał go uważnie. W głosie Daghlego brzmiała prawda, której nie było w książkach ani w kazaniach zakonników.
Kiedy minął tydzień, przyszła pora ruszać dalej. Konie były już wypoczęte, zapasy uzupełnione. Daghli zaproponował, że pójdzie z nimi — przynajmniej do następnej doliny, by pokazać im bezpieczną ścieżkę.
Stefan jednak odmówił z wdzięcznością.
— Zrobiłeś już dla nas dość — powiedział. — Teraz nas chroni buława sułtana i cesarza. Ktokolwiek nas napotka, musi okazać posłuszeństwo.
Asasyn spojrzał na niego z półuśmiechem.
— Buława nie zatrzyma strzały — rzekł cicho. — Ale skoro taka twoja wola, niech prowadzi was Bóg.
Uściskali się po kaukasku, ramieniem w ramię. Kobieta Daghlego wręczyła Wiktorowi mały amulet z wypalonym symbolem słońca.
— Na szczęście — powiedziała. — I żebyś nigdy nie zapomniał, kim jesteś, złaszcza gdy będziesz wśród obcych.
Wiktor schował amulet pod koszulę.
Gdy wyruszyli o świcie, góry zdawały się milczeć z szacunkiem. Mgły snuły się po zboczach jak duchy, a w dolinie, w której zostawili dom asasyna, długo jeszcze unosił się dym z komina — jedyny znak, że wśród tej dzikiej krainy istniało miejsce, gdzie mogli zaznać pokoju.
Ale pokój — jak wiedział Stefan — nigdy nie trwał długo.
Bo świat, który nosili ze sobą, nie znał spokoju.
POD NIEBEM STEPU
Od czasu, gdy opuścili górskie doliny Kaukazu, minęło wiele tygodni. Przemierzali bezkresne równiny, porośnięte suchą trawą i kępami jałowca, mijali rzeki i opuszczone posterunki, wędrowali w ciszy — zawsze na wschód, ku słońcu, które codziennie wschodziło wcześniej, jakby prowadziło ich ku przeznaczeniu.
Mistrz Ling, znający te ziemie jak własną dłoń, prowadził ich z pewnością człowieka, który widział już niejedną wędrówkę. Pewnego poranka, gdy zatrzymali się nad strumieniem, wyciągnął mapę z cienkiego pergaminu i rozłożył ją na kolanach.
— Jeśli dobrze liczę, do Pekinu nie dotrzemy przed zimą — rzekł, spokojnie, ale stanowczo. — Śniegi w górach i na stepach odetną nam drogę. Nie przejdziemy przez Mandżurię w czasie mrozów.
— Więc co radzisz? — spytał Stefan.
Ling spojrzał na niego znad mapy.
— Przemieszczajmy się tak długo, jak pogoda pozwoli. Gdy nadejdzie śnieg — skręcimy ku północy. Znam lud, który nas przyjmie. Mongołowie. Twardzi, wolni ludzie. Nie boją się obcych, jeśli ci przybywają z honorem.
Wiktor słuchał z uwagą. Nazwa „Mongolia” brzmiała jak coś z opowieści — kraina niekończących się przestrzeni i dzikich jeźdźców.
— Byłeś tam wcześniej? — zapytał.
Ling uśmiechnął się lekko.
— Byłem. I uczyłem ich. Choć może bardziej oni uczyli mnie.
Ruszyli dalej, kierując się słońcem i radą mistrza. Podróż przez bezkresny step była trudna. Dni gorące, noce lodowate. Czasem przez wiele godzin nie widzieli żadnego śladu ludzkiej obecności, tylko trawę kołysaną wiatrem i krążące nad nimi sępy.
Zdarzały się potyczki.
Tu i ówdzie grasowały bandy włóczęgów — dawnych wojowników, rozbitków, uciekinierów, którzy nie uznawali żadnej władzy. Atakowali z ukrycia, licząc na łatwy łup. Ale oddział Stefana i Linga był jak stalowy krąg — nie do przełamania.
Wiktor, choć młody, walczył już jak doświadczony żołnierz.
Nauczył się, że bitwa nie zawsze trwa długo. Czasem wystarczy cios w odpowiednim momencie, chłodny umysł i spokój.
Po każdej walce Ling mawiał:
— Najlepszy wojownik to ten, który nie musi walczyć. Ale jeśli już musi — niech będzie jak burza, która przelatuje i znika, zostawiając tylko ciszę.
Kiedy jednak napotykali oddziały lokalnych władz — tatarskich namiestników, chińskich strażników granic czy perskich urzędników — Stefan zawsze wyjmował buławę, przekazaną im przez wezyra.
Była to rzecz niezwykła: rękojeść ze szczerego złota, ozdobiona kamieniami i dwoma pieczęciami — półksiężycem sułtana i smokiem cesarza Chin.
Wystarczyło, by ją ukazać.
Strażnicy milkli, dowódcy salutowali, a drogę otwierano z szacunkiem, w milczeniu.
Buława niosła władzę, której nikt nie śmiał kwestionować — choć niewielu rozumiało, skąd się wzięła.
Jesienny wiatr niósł coraz chłodniejsze powiewy. Trawy żółkły, a horyzont zasnuwała mgła. Pewnego ranka, gdy z ust koni zaczęła unosić się para, Stefan zrozumiał, że nadszedł czas.
— Zima idzie. Ling, prowadź nas do tych twoich Mongołów — powiedział, zacierając dłonie.
I rzeczywiście — po trzech dniach marszu, gdy pierwsze płatki śniegu spadły na ich ramiona, ujrzeli dym unoszący się nad doliną. Potem jurty — dziesiątki, może setki białych, okrągłych namiotów, stojących wśród stada koni i wielbłądów.
Mongołowie przyjęli ich gościnnie. Ling był witany jak stary przyjaciel. Gospodarz, starszy wojownik o imieniu Bajar, uścisnął mu rękę, a potem skinął na Stefana i Wiktora.
— Jeśli jesteście jego towarzyszami, to i moimi braćmi — powiedział. — Zima długa, ale ogień i mięso znajdzie się dla każdego.
Zostali więc na stepie.
Śnieg przyszedł szybko i gęsto. Step zniknął pod białą powłoką, a wiatr śpiewał pieśń o lodzie i samotności. W jurcie Ling i Stefan rozłożyli swoje rzeczy, a Wiktor — jak zawsze — nie tracił czasu.
Ćwiczył.
Z Lingiem uczył się walki włócznią, łukiem, nożem i kijem.
Ze Stefanem doskonalił szermierkę, precyzyjne cięcia i obrony.
Mongołowie, zafascynowani jego szybkością i odwagą, zaczęli nazywać go Kara Tenger — Czarna Błyskawica.
Wieczorami siadali przy ognisku, słuchając opowieści o dawnych bitwach i duchach stepu. Zima miała potrwać trzy, może cztery miesiące — czas wystarczający, by młody Wiktor stał się prawdziwym wojownikiem.
I choć wokoło panował mróz, w jego sercu tlił się ogień.
Ogień, który miał poprowadzić go dalej — ku wielkiemu Wschodowi.
KU WSCHODZĄCEMU SŁOŃCU
Zima odchodziła powoli, jak stary wojownik, który niechętnie zdejmuje zbroję po długiej bitwie.
Śniegi topniały, a step zieleniał pierwszymi źdźbłami trawy. Zimne wiatry ustępowały miejsca cieplejszym powiewom, niosącym zapach mokrej ziemi i dymu z jurty, w której tliło się nowe życie.
Wiktor, choć miał zaledwie jedenaście lat, budził się przed świtem jak dorosły. Wyszedł na pagórek nad obozem i patrzył na wschód, gdzie słońce wznosiło się ponad bezkresną równinę. W jego oczach odbijało się złoto poranka i coś jeszcze — cień dojrzałości, której nie powinno znać dziecko.
Wuj Stefan modlił się w milczeniu przy ogniu, trzymając w dłoniach stary różaniec — jedyną pamiątkę po rodzinnych stronach. Obok niego Ling ostrzył szablę i cicho śpiewał pieśń w obcym języku. Jego ruchy były spokojne, jakby sam wschód słońca słuchał jego rytmu.
Tego dnia mieli ruszyć w dalszą drogę — na południowy wschód, ku Pekinowi, stolicy cesarstwa. Tam mieli przekazać dary dla cesarza i wypełnić zadanie powierzone im przez wezyra.
Ich drużyna była niewielka: Stefan, Ling, Wiktor i sześciu najwierniejszych janczarów. To byli żołnierze doświadczeni, którzy przeszli przez ogień, krew i zdradę. Teraz podążali za młodym chłopcem, w którego losach łączyły się dwa światy — Wschód i Zachód.
Stefan podniósł się i przemówił spokojnym, ale stanowczym tonem:
— Zimę przetrwaliśmy dzięki Bożej łasce i gościnności tych ludzi. Teraz czas ruszyć w drogę. Wiktorze, pamiętaj: przed nami wiele dni i nocy, ale ten, kto nie traci nadziei, nigdy nie błądzi.
Ling skinął głową.
— Droga długa, lecz warta każdego kroku. W Pekinie poznamy prawdziwą wagę przeznaczenia.
Buława — znak sułtańskiej i cesarskiej opieki — spoczywała w jukach Stefana. Gdziekolwiek ją ukazywali, budziła szacunek, a czasem i lęk.
Mongolowie, którzy przez całą zimę dzielili się z nimi strawą i schronieniem, przyszli ich pożegnać. Przynieśli suszone mięso, mleko kobyle i skóry, które miały ich chronić przed chłodem stepu.
Stary Bajar, wódz osady, położył dłoń na ramieniu Wiktora.
— Masz w oczach ogień, chłopcze — powiedział. — Niech wiatr stepu prowadzi cię tam, dokąd serce każe.
Wiktor ukłonił się z powagą, jak dorosły.
— Zapamiętam twoje słowa, Panie Stepu.
Kiedy słońce stanęło wysoko, oddział ruszył. Konie parskały, pary unosiły się z ich nozdrzy, a mokry śnieg pryskał spod kopyt. Za nimi zostawały jurty i ludzie, którzy stali się ich przyjaciółmi.
Przed nimi — bezkresna równina, droga ku nieznanemu.
Wiktor obejrzał się jeszcze raz za siebie, po czym poprawił siodło i spojrzał przed siebie, ku wschodowi.
Nie wiedział, jak bardzo ta podróż odmieni jego życie.
Ale czuł — choć był jeszcze dzieckiem — że idzie na spotkanie z przeznaczeniem.
Po kilku tygodniach spokojnej podróży, gdy dni stawały się coraz cieplejsze, a trawa gęstsza, spokój prysł jak dym z ogniska.
O zmierzchu, w wąskiej dolinie między wzgórzami, otoczył ich oddział chińskich dezerterów — zbieranina zbrojnych w łachmanach, z dzidami i szablami, z oczami błyszczącymi żądzą złota.
Nie było sensu pokazywać buławy. Bandyci nie dbali o pieczęcie, cesarzy ni sułtanów — chcieli tylko łupu. Było ich kilkudziesięciu, a więc, jak sądzili, mieli przewagę.
Bardzo się mylili.
Stefan i Ling wymienili jedno spojrzenie. Potem, bez słowa, starsi wojownicy rzucili się na rabusiów, jak dwa pioruny wbijające się w ziemię.
Szable błysnęły, konie zarżały, a echo bitewnego zgiełku poniosło się po dolinie.
Wiktor, zgodnie z rozkazem wuja, ukrył się za skałą, ale nie po to, by biernie patrzeć. Zdjął z pleców mongolski łuk — dar od starego Bajara — i napiął cięciwę.
Ręce drżały mu tylko przez chwilę. Potem uspokoił oddech i zaczął strzelać — szybko, pewnie, z precyzją, jakiej nie powstydziliby się najlepsi łucznicy stepu.