E-book
14.18
drukowana A5
57.49
Ryba i Wodnik

Bezpłatny fragment - Ryba i Wodnik

Tom pierwszy


Objętość:
344 str.
ISBN:
978-83-8455-074-8
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 57.49

Dla Drugiej duszy

Jeśli trzymasz tę historię w dłoniach, to znaczy, że coś w Tobie było gotowe, żeby ją poczuć.

Nie pisałam jej po to, żeby była idealna.

Pisałam ją, żeby była prawdziwa.

Żebyś na chwilę mogła uciec.

Albo wrócić do siebie.

Jeśli znajdziesz tu choć jedno zdanie, które zatrzyma Cię na dłużej

to znaczy, że wszystko było po coś.

— Wiktoria

Ryby

— Twoje dotychczasowe życie właśnie się kończy. Pora, byś popłynęła tam, gdzie twój dom…

Serio, babo… Nie za dużo tego kadzidełka się nawąchałaś? — pomyślałam, a na głos rzuciłam tylko uprzejme: — Dziękuję.

Tak, wiem. Jestem niesamowicie odważna.

— Może to coś dobrego? Może okaże się, że jesteś jakąś wiedźmą? Znaczy, czarodziejką miałam na myśli. I zabierzesz nas do innego wymiaru, jak w tych książkach o elfach! Zawsze wierzyłam, że w tym jest trochę prawdy.

— Źródło prawdy? Elfy? Czy ja ci wyglądam na Froda? A ty na Baginsa? — zapytałam, wskazując palcem niebo. — Jedyne miejsce, do którego mogę popłynąć, jest tam, u góry. I, szczerze mówiąc, jestem już bliżej niż dalej końca tej podróży.

— Coś ty taka paskudna dzisiaj? Księżniczka się nie wyspała?

No i owszem, nie wyspałam się. Już wczoraj Alicja nie dawała mi żyć — błagała, żebym poszła z nią na tę wystawę: „Magia i Piękno”. Kiedyś kochałam wszystko, co z tym związane. Fantastyczne, magiczne, piękne i na swój sposób nieidealne — to wszystko było dla mnie magią.

Razem z Alicją zakochałyśmy się w tym świecie jeszcze jako dzieci, czytając o wróżkach i elfach. Tak się też zaprzyjaźniłyśmy — od pierwszej klasy podstawówki aż do teraz, gdy jedyny ślad magii, jaki w nas został, to brokat na oczach po wczorajszej imprezie.

To nie tak, że już mi się to nie podobało… Po prostu byłam zła na siebie, że straciłam swój błysk. I to przez własną głupotę.

— Jeszcze jeden drink i wracamy do domu, moja droga — zagroziłam jej.

— Co ty, myślałam, że dziś poszalejemy z miksturami!

No i poszalałyśmy. Po jednym drinku bardzo zapragnęłam jeszcze jednej wróżby… i jeszcze jednej. Popijając przy tym kolorowe „eliksiry”.

Pamiętam tylko, że staruszka przebrana jak Elphaba z Krainy Oz powiedziała mi, że czeka mnie miłość… nie z tej ziemi.

Następnego ranka obudziłam się z przemagicznym bólem głowy, a Alicja spała obok — sen złapał ją w połowie drogi do łóżka.

Wstałam, człapiąc do kuchni po szklankę wody z cytryną, po czym spojrzałam w lustro.

I tak jak przypuszczałam — jestem wiedźmą. Choć ludzie często mówią, że wyglądam jak Afrodyta. Ja osobiście utożsamiam się bardziej z Hermesem.

Ubrałam białe dresy i biały top na ramiączkach. Kocham białe ciuchy — podkreślają moją oliwkową skórę. Bynajmniej tak mówi ChatGPT — mój najlepszy przyjaciel, kochanek i terapeuta w jednym.

Proste kasztanowe włosy, sięgające mi do pasa, związałam w koka. Umyłam twarz i… przeraziłam się. Spuchnięta byłam od tego alkoholu jak piłka plażowa. Zazwyczaj owalna buzia teraz wyglądała jak księżyc w pełni.

Oczy nadal miałam szmaragdowozielone. Bóg nadal mnie nie wysłuchał — nie obudziłam się z brązowymi. Zjadłyśmy śniadanie — jeśli można tak nazwać kawę i tosty na słodko. Pożegnałyśmy się, a chwilę później zadzwoniła agencja: za dwa dni lecę do Florencji na sesję zdjęciową dla Calvina Kleina. Tak, ta mała brzydula naprawdę jest modelką. Choć prawdę mówiąc, to nie moje powołanie. Studiuję archeologię, jestem na ostatnim roku i od zawsze czułam niepokojące przywiązanie do prehistorii. Jakbym… już kiedyś tam była.

Alicja przysłała mi głosówkę, w której wyklina swoją pracę. Odpowiedziałam jej, przypominając złośliwie, że była gotowa pójść z szefem do łóżka, żeby tylko dostać to stanowisko. Nie odpisała. Chyba właśnie zaczęła to sobie wyobrażać…

A tak na marginesie — jej praca nie jest taka zła. W dzisiejszych czasach pracownik urzędu pracy trafia na prawdziwe perełki społeczne. Poza tym jej szef to klasyczny przystojny dupek. Gdyby tylko się zeszli, mieliby własny sitcom.

Na obiad zrobiłam makaron z truflami, a resztę dnia spędziłam na rozmowie z Olkiem. Organizuje otwarcie Piwnicy Romańskiej w Gdańsku. Niesamowite miejsce — to pozostałość po dominikańskim klasztorze z XIII wieku.

Około 18:00 poszłam pod prysznic. Zrobiłam sobie full body shower. Wyszłam z kabiny ledwo czując puls, czerwona jak rak. Wyparzyłam z siebie cały brokat zmieszany z alkoholem i potem. Taki reset — i znowu mogłam być clean girl. Myśli wyparowały tak samo szybko, a w głowie zapanowała cisza.

Nie zdążyłam się nawet wytrzeć, gdy usłyszałam pukanie do drzwi.

„Serio, nie wiem kim jesteś, ale idź sobie. Nie lubię gości.”

Oczywiście powiedziałam to tylko w myślach. Za drzwiami stał demon z takimi samymi zielonymi oczami jak moje. Wiedziałam, że to nie był boski dar.

— Daria, wpuścisz mnie?

Wypierdalaj.

— Wejdź, proszę… — uśmiechnął się. — Jaka ty jesteś odważna, Daria. Mówisz, co myślisz. Brawo…

To był mój ojciec. Człowiek, który rozpłynął się w powietrzu na kilka lat, a teraz stał przede mną jak gdyby nigdy nic.

Moja mama popełniła samobójstwo, gdy miałam osiem lat. Powiesiła się w stodole obok naszego domu i zabrała ze sobą moje serce. Nigdy już nie biło tak samo. Nikt już nigdy nie kochał mnie tak, jak ona.

Jej miłość była namacalna — czułam ją zawsze, gdy wchodziła do pokoju. Jej oczy były moim domem.

Była też niestety smutna. Nie pokazywała tego, ale ja czułam. Byłyśmy przecież jednym sercem.

Podobno taka się urodziła — ze smutkiem czającym się za spojrzeniem.

A mój tata?

Był zawsze na misjach, wyjazdach, wojnach…

Nigdy nie zauważył, że największą wojnę ona toczyła tu — codziennie — by żyć jeszcze jeden dzień… dla mnie.

— Piękne mieszkanie. Nie za duże jak na tak małą osóbkę?

— Mała osoba, ale za to bagaż… ogromny. Powiesz mi, jaki jest powód twojej wizyty? Bo chyba nie przyszedłeś na room tour?

— Rybko, proszę cię… Wiem, że nie tak to powinno wyglądać, ale tylko w ten sposób mogłem zapewnić ci bezpieczeństwo. A potem… sam się w tym wszystkim pogubiłem. Wstydziłem się wrócić, po tym jak zawiodłem was dwie…

— Ty się pogubiłeś?! Zaraz ci sama dam sznur, idioto, i powieszę cię na nim! Po śmierci mamy to ty się zapiłeś, a nie zagubiłeś, mój drogi! Czy ty wiesz, jak to było wracać po szkole do tej meliny? Nie miałeś ani grama ochoty mnie wychowywać, ale jeden telefon od tych jebanych „predatorów” potrafił postawić cię na nogi…

Tak, dokładnie — jeden telefon. I mój „tatuś” spakował walizki, po czym oznajmił, że musi jechać „łapać złych ludzi”. Ale wiesz co? To ty jesteś tym złym człowiekiem. Można by pomyśleć, że dziesięcioletnia dziewczynka będzie załamana… Ale nie taka, której serce już dawno zostało złamane. Przytuliłam go wtedy na pożegnanie i obiecałam, że będę grzeczna. Resztę roboty za niego odwalili moi dziadkowie. Mógłbym się wytłumaczyć. Spróbować wyjaśnić całą tę sytuację… Ale teraz to za dużo. Przyszedłem tu w innym celu.

— Nie no, jasne. Przecież masz jakąś misję, prawda? No to proszę bardzo — siadaj, nie krępuj się. Opowiadaj.

Spojrzał spod swoich brwi, jakby patrzył na wariatkę. Może dlatego, że gestykulowałam zbyt gwałtownie. Ale jak miałam nie reagować? Siedział przede mną jak z kamienia — twarz nieporuszona, nieskazitelna niemal. A w środku… popsuty. Do szpiku kości.

Metr osiemdziesiąt. Ciało gotowe do walki ze światem. Włosy, mimo pięćdziesiątki na karku, wciąż miodowe, lekko potargane.

Kiedyś, gdy miałam sześć lat, wyobrażałam sobie, że tak właśnie wyglądają anioły. I naprawdę wierzyłam, że Bóg zesłał mi jednego.

No cóż, koleżanko… To nie był aniołek.

Usiadł na moim barankowym fotelu w salonie, a ja stałam oparta o blat wielkiego, drewnianego stołu. Przez te czerwone ledy czułam się, jakby właśnie mnie przesłuchiwano za zdradę stanu.

Zanim w ogóle wydukał, po co przyszedł, zrobiłam mu herbatę z pokrzywy — własnoręcznie zbieranej. Kłująca roślina dla kłującego człowieka. Idealne połączenie. A tak na serio… po prostu kocham pić ziółka i wmawiać sobie, że budzę się po nich sto lat młodsza.

— Dziękuję. Upił łyk i przeszedł do sedna.- Daria… Musimy stąd zniknąć.

Nie zapytał. On już zdecydował. W jego oczach nie było cienia wątpliwości. To nie była prośba — tylko informacja.

— Znajdujesz się w sytuacji, o której nie masz pojęcia. Jesteśmy w niej oboje.

— Twoja matka nas w to uwikłała. A teraz musimy sobie z tym poradzić. We dwoje.

Nazwać go Venomem, oprawcą czy pasożytem to wciąż za mało. Przeżarł całe życie mojej matki — jej uczucia, jej miłość — a teraz próbował wykorzystać ją do czegoś, co najpewniej sam spaprał. Serce poczuło pierwsze ukłucie. Kłuło zawsze wtedy, gdy myślałam o mamie.

Zbyt wiele czasu poświęciłam na leczenie tej traumy. Na zapominanie go. Terapie, leki, modlitwy — nawet hipnozę. Był tak wielkim demonem, że nic, absolutnie nic, nie potrafiło wymazać jego obecności.

A teraz wraca po latach. Staje przede mną i każe mi wziąć go za rękę. Uciekać. W imię mojego bezpieczeństwa.

Co za ojciec robi coś takiego?

— Wynocha — powiedziałam z największą pogardą, jaką potrafiłam z siebie wydobyć. — Wynocha z mojego życia. Wyjdź tak, jak zrobiłeś to lata temu. I sam napraw swój burdel.

Wzięłam telefon do ręki i uniosłam go, grożąc, że zadzwonię na policję. Przez chwilę staliśmy w milczeniu. W jego oczach pojawił się cień czegoś… może żalu, może wstydu. W końcu skinął głową.

— Daria… ja nie mam czego w sobie naprawiać. Chcę tylko ocalić ciebie.

I wyszedł.

A ja? Czułam się jak dno. Dokładnie to samo uczucie, przed którym tyle lat uczyłam się bronić. I znowu mnie dopadło — nieproszony gość przeszłości, który potrafi zburzyć każdy mur, jeśli ma twarz mojego ojca. Chodziłam po mieszkaniu od trzydziestu minut, czując, jak moja nerwica lękowa zapuszcza korzenie. Ojciec miał rację — stumetrowe mieszkanie to jednak trochę za dużo jak na jedną osobę.

Po raz pierwszy w życiu było mnie stać, żeby rozpieszczać tę małą dziewczynkę we mnie. Jeśli chciała zamek — dostała zamek. I co teraz?

Moje myśli wciągały mnie od środka jak ruchome piaski. Czułam złość, chciałam o tym zapomnieć, nie pozwolić sercu nawet drgnąć. Ale czy tak wypada? Czy dobra osoba by tak zrobiła?

Jedną z najgorszych rzeczy, jakimi Pan mnie obdarzył, jest ta idiotyczna skłonność Darii do bycia Matką Teresą. Do analizowania w kółko, czy przypadkiem kogoś nie uraziła, nie zraniła, nie zniszczyła komuś życia jednym słowem.

W końcu doszłam do porozumienia z moimi koleżankami w głowie, że po prostu dam temu żyć i zaakceptuję wolę losu. Co innego mi zostało?

Następnego ranka obudziłam się i udawałam, że wszystko jest okej. Bo przecież jeśli będę sobie to powtarzać, to w końcu zacznie być prawdą, prawda?

Alicja zdążyła już dziesięć razy zapytać, czy wszystko gra. I nie rozumiem dlaczego — przecież tylko miałam sińce pod oczami i gniazdo na głowie.

— Myślałam, że lubisz takie comic-cony — rzuciła mi podejrzliwe spojrzenie tymi pięknymi brązowymi oczami.

— A dziś zdecydowałam, że robię za Golluma. Super rzecz — odpowiedziałam z miną, która miała mówić „tak miało być”.

Widocznie przekonała ją moja błyskotliwa metafora, bo nie drążyła. I dobrze. Nie chciałam jej się zwalać na głowę. Ma swoje życie i własne kłody, przez które musi przeskakiwać.

Spakowałam się powoli na sesję i zmusiłam do szukania plusów — miejsc, które mogłabym odwiedzić podczas tej podróży do Florencji. Jeszcze raz sprawdziłam, czy mam wszystkie potrzebne rzeczy, po czym położyłam się, żeby złapać choć trochę snu. Rano muszę wstać na samolot, a dojazd na Dworzec Centralny w Warszawie? No przecież, bułka z masłem. Graniczącym z cudem.

Obudziłam się do dźwięków Ocean Drive dudniących w moich słuchawkach i… czegoś, co — jak sądziłam — było moim osobistym paralysis demon. Uśmiechnęłam się leniwie, bo szczerze? Romans z demonem to chyba jedyna rozsądna opcja w dzisiejszych czasach.

Tyle że cała romantyczna wizja poszła się gonić w momencie, kiedy czarna sylwetka przy lustrze zrobiła kilka kroków w moją stronę. Nagle już nie byłam taka pewna tego związku.

Miał maskę. A pod nią — oczy. Migdałowe, wyraźnie skośne, niemal czarne. I wtedy zrobił nimi coś dziwnego. Jakby grymas. Jakby sobie pomyślał: serio? To ją mam dziś straszyć?

„Daria, babo, obudź się”, przemknęło mi przez głowę. Jakiś facet jest w twoim mieszkaniu, a ty fantazjujesz o miłości z cieniem przy piosenkach Duke Dumonta. No cóż. Może jednak zasługuję na egzorcyzm.

W tym momencie otrzeźwiałam i zerwałam się z łóżka. Chciałam dostać się na drugą stronę, ale ten demon złapał mnie w ostatniej chwili za nogę i pociągnął z całej siły. Wylądowałam twarzą przyciśnięta do materaca, machając nogami, próbując uwolnić się z jego uścisku. Trzymał mnie jedną ręką — tak dużą, że spokojnie objęłaby dwie naraz.

Krzyczałam: „Pomocy!”, jednak moi lokatorzy byli albo już głusi, albo właśnie wyłączyli aparaty słuchowe. O, ironio! Jeszcze rok temu cieszyłam się, że mieszkam otoczona starszymi ludźmi.

— Proszę… jeżeli chcesz mnie okraść, weź, co chcesz, tylko mnie nie krzywdź. Proszę — błagałam, łapiąc się czegokolwiek. Mówiłam przecież, że bliżej mi do Hermesa niż Afrodyty. Jeśli mam przeżyć, będę się trzymać każdej deski ratunku…

Nagle wymamrotał coś pod nosem… Ale w jakim to było języku? Głos miał głęboki, ciężki, szorstki jak żwir, i choć nie zrozumiałam ani słowa, mogłam przysiąc, że jest równie poirytowany tą sytuacją co ja. Może nawet bardziej.

Zanim zdążyłam pisnąć, odwrócił mnie jednym ruchem i przycisnął mi dłoń do ust — tak szybko, że nie miałam szansy wydać choćby jęku. Po chwili leżał na mnie, unieruchamiając mnie całym swoim ciałem. Mogłam tylko wpatrywać się w jego oczy.

Skazana. Sparaliżowana. Oczy tego demona były chłodne i mroczne, ale na swój sposób… harmonijne. Jakby nawet chaos miał w sobie jakiś rytm.

W tej samej chwili, gdy ja — jak idiotka — próbowałam poetycko opisać swojego napastnika, on wyjął kawałek materiału i przycisnął mi go do ust tak mocno, że przygryzłam sobie wargę. Krew zmieszała się z jakąś substancją — piekło jak diabli.

A potem przyszedł sen. Ciężki. Nienaturalny. Nie mój.

Wodnik

Nie wiem, co mnie bardziej wkurwia — to, że znowu robią ze mnie chłopca na posyłki, czy to, że mój własny wuj uważa, że potrzebuję odpoczynku w postaci jebanej opiekunki. Brawo, Jun. Trzydzieści lat na karku, połowę z tego w służbie narodowi, a teraz? Włamujesz się do mieszkania jakiejś małolaty. Gratulacje, kurwa.

Podczas gdy dłubałem przy zamku, próbowałem sobie przypomnieć, jakim chujem dali radę mnie w to wkręcić. Jeszcze dwa dni temu prowadziłem testy nowej CS/LR4 dla snajperów, a dzień później mój wuj stwierdził, że może chciałbym trochę wolnego. Nie czekając na odpowiedź, odpalił mi ckliwą historyjkę o swoim przyjacielu-siedmiu-boleści i jego dramatycznych problemach. Dorosły facet, który sam nawarzył sobie piwa, a teraz trzęsie portkami, bo ktoś mu przystawił kosę do gardła. Rzeczywiście, kurwa, komandos.

Zamek w końcu puścił i wszedłem do środka najciszej, jak potrafiłem.

Od razu uderzyła mnie woń — wanilia zmieszana z wiśnią. Słodka, lepka, zupełnie niepasująca do tego, czego się spodziewałem. Boże, ile tu bzdetów — ledy, światełka, lampa, świeczki… O losie. Nie dość, że jestem ubrany w ten żałosny czarny kostium, w pizdu daleko od domu, to jeszcze trafiło mi się z czarownicą. Minąłem kuchnię z salonem — nawet nie musiałem specjalnie szukać, gdzie ta osoba się znajduje. Muzykę z jej słuchawek było słychać w całym domu.

Oto ona. Pani tego domu. Śpi ze słuchawkami w uszach, przy otwartym oknie, a drzwi zamknięte na jeden gówniany zamek.

Można być bardziej nieodpowiedzialnym?

Oparłem się o lustro bo bałem się dotykać czegokolwiek innego. Dałem sobie minutę na dokładne obejrzenie dziewczyny. Była tak drobna, że niemal zlewała się z kołdrą. Tylko włosy błyszczały w słabym świetle, zakrywając wszystko inne. Kiedy miałem podejść, zauważyłem, że jej oddech przyspieszył. Obudziła się.

Kurwa. Tego się właśnie obawiałem. Teraz pomyśli, że jestem jakimś jebanym zbokiem.

Odgarnęła włosy z twarzy i… lekko się uśmiechnęła. Jakby to ona chciała mnie uspokoić. Co, do cholery?

Przeszło mi przez głowę, że może jest opętana. Albo zwyczajnie szalona. Nieważne. Jun, wsadź ją do tego jebanego samolotu i zapomnij o sprawie.

Podszedłem powoli, ostrożnie, żeby nie zaczęła drzeć się na całą kamienicę. Ale wtedy, jakby przewidując ruch, odskoczyła na drugi bok łóżka. Zdołałem złapać ją za kostkę.

— Już nie jesteś taka mądra, co? — syknąłem.

Szarpała się i krzyczała — w sumie jak każdy normalny człowiek w takiej sytuacji. Odwróciłem ją do siebie i zatkałem jej usta.

Tylko jej nie uduś, Jun, upomniałem się w myślach.

Była tak drobna, że mógłbym zrobić jej krzywdę nawet przypadkiem. Oparłem się na niej ledwo zauważalnie, przenosząc cały ciężar na własne barki. Wciąż trzymałem dłoń na jej ustach. Patrzyła na mnie tymi swoimi oczami… jakby próbowała mnie zaczarować.


Choć muszę przyznać — takich oczu nie widziałem nigdy wcześniej. I, jak się później okaże, nigdy już później.Do rzeczy — wynosimy się stąd. Zakryłem jej usta szmatką nasączoną środkiem nasennym. Możliwe, że przesadziłem — na bieli materiału pojawiła się cienka smużka krwi. Chwilę później odpłynęła. Chyba nie bolało — nie zdążyła nawet pisnąć.

Wziąłem ją na ramiona. Dla pewności zerknąłem na miejsce, z którego sączyła się krew. No pięknie, rozwaliłem jej wargę. Kurwa mać, czemu zagryzła te usta?


Nie zamierzam udawać, że jej uroda nie zrobiła na mnie wrażenia. Była ładna. Jako facet zarejestrowałem to automatycznie, instynktownie. I choć z niechęcią przyznaję, że wyglądała wtedy — kiedy spała — niemal nienaturalnie pięknie… musiałem przywołać się do porządku.

Skarciłem się za to natychmiast. Ale było za późno. Myśl już zdążyła zapaść gdzieś głęboko.

Zarzuciłem ją na ramię, wyszedłem z mieszkania. Nie brałem nic więcej — nie było takiego rozkazu. Wsiadłem do czarnej limuzyny czekającej pod blokiem razem z kierowcą i ruszyliśmy w stronę lotniska. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy, czasu polskiego. Poszło sprawnie.

Koleżanka leżała grzecznie nieprzytomna na swoim siedzeniu, a ja mogłem zająć się wymyślaniem wymówki dla Shuang — dlaczego nie przyjechałem na poranny bieg, jak co sobotę. Jej wiadomość mówiła sama za siebie: „GDZIE TY DO CHOLERY JESTEŚ?!”

Nie mam w zwyczaju okłamywać swojej kobiety. Jestem mężczyzną, — nie boję się prawdy. Ale czułem, że to akurat powinienem zachować dla siebie. Intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.

Dojechaliśmy na lotnisko. Drugi raz przerzuciłem ją przez ramię i ruszyłem w stronę prywatnego odrzutowca, który zorganizował mój wuj. Samolot czekał już gotowy do startu — tak jakby wiedział, że nie lubię czekać.

Rozłożyłem fotele, żeby mogła się położyć, i okryłem ją kocem. Zabrałem ją dokładnie tak, jak leżała — w obcisłej czarnej bluzce na ramiączkach i krótkich, białych spodenkach, które bardziej przypominały bieliznę niż cokolwiek, co można by uznać za ubranie. Wtedy uderzyło mnie, że mogłem zabrać jej coś do przebrania. Jej negliż irytował mnie bardziej, niż chciałem przed sobą przyznać.


Kiedyś pewnie bym się na nią rzucił bez większego zastanowienia. Teraz… nie. Choć trzeba przyznać — wyglądała jak jakaś nimfa. Zbyt piękna, zbyt bezbronna. Zbyt ryzykowna. Czy ty się słyszysz, Jun? To jakaś przypadkowa dziewczyna. Jesteś zmęczony i spięty, ogarnij się i zachowuj jak trzydziestoletni facet, a nie rozhisteryzowany dzieciak.”

Wkurzyłem się. Na siebie, na nią, na wszystko. Zmusiła mnie do myśli, których nie chciałem mieć. Irytacja buzowała we mnie jak wrzątek, więc bez słowa przesiadłem się na drugi koniec samolotu, plecami do niej.

Włączyłem Ancient Warfare — moją ulubioną grę. Skoro na tej misji nie miałem nikogo zlikwidować, to przynajmniej w grze odreaguję.

Jeszcze kilka godzin i będę w domu. Zapomnę o tej żenującej sytuacji. O niej. O tym wszystkim.

Ryby

Powoli otwierałam sklejone od łez oczy. Po chwili mój mózg łaskawie zaczął znowu funkcjonować i przypomniał sobie, co się wydarzyło. Spokojnie, Daria. Lepiej się nie zdradzić. Niech ten ktoś myśli, że śpisz.

Leżałam na skórzanym siedzeniu przy oknie, nakryta białym, puchatym kocem. Warga piekła mnie jak cholera — i gdybym była w innej sytuacji, pewnie sama uroniłabym jeszcze parę łez, tak na wzmocnienie efektu dramatycznego.

Kiedy już miałam obmyślać plan obalenia wroga — albo przynajmniej zastanowić się, czy byłabym w stanie przekonująco udawać martwą — usłyszałam za plecami męski głos.

Ten sam, który jeszcze niedawno brzmiał, jakby był zirytowany faktem, że próbuję się ratować.

Choć czułam, że siedzi gdzieś dalej, jego głos rozchodził się po całym pokładzie — ciężki, głęboki, niski. Wbijał się w czaszkę.

Tylko był jeden problem. Gadał w języku, którego nie rozumiałam. I choć mam się za osobę dość oczytaną, brzmiało to dla mnie jak jeden, obcy ciąg dźwięków. Nie miałam pojęcia, czy porwał mnie Chińczyk, Koreańczyk czy Japończyk..

Skończył swoje paplanie, a ja przez dobrą godzinę gapiłam się w niebo, plując sobie w twarz, że nie posłuchałam — ten jeden, jedyny raz — ojca.

Ale swoją drogą… mógł po prostu mnie skuć i zabrać ze sobą.

A on? Po prostu wyszedł.

Powiedziałam,,wyjdź”, a on posłuchał.

Niewiarygodne.

Pewnie teraz siedzi gdzieś na Majorce i popija drineczki.

Udało mu się, a mi się oberwało. Klasyk klasyki.

Już to widzę — normalnie filmowy Eddie Brock w wersji „luzik, to nie mój problem”.

Usłyszałam, że wstaje — i zamarłam. Zamknęłam oczy, jakby to mogło cokolwiek zmienić. A potem poczułam, że stoi nade mną. Jego zapach był ciężki, mocny… i zaskakująco słodki. Taki, który wbija się w nozdrza i zostaje na języku. Można by powiedzieć, że wręcz nachalny. Ale nie w sposób odpychający — raczej jak ktoś, kto wchodzi do pokoju i natychmiast zawłaszcza całą przestrzeń.

W tej samej chwili moje ciało postanowiło działać na własną rękę. Jakbyśmy już nie byli w tej samej drużynie. Spłonęłam rumieńcem, który musiał wyglądać jak sygnał ostrzegawczy: Uwaga, przeciążenie zmysłów.

Nachylił się nade mną. Tym razem powiedział coś po angielsku — i, o zgrozo, zrozumiałam każde słowo. Jego głos dosłownie wibrował mi w uszach. Wibrował… w całkiem przyjemny sposób.

— Daria, proszę cię… Masz przeżyć. Bądź mądrą i rozsądną dziewczyną, na litość boską.

— Możesz otworzyć oczy. Nie gryzę.

Nie gryzę. No kurwa, jasne. Nie gryziesz, tylko porywasz nocą losowe dziewczęta, jak jakiś wojskowy Dziadek Mróz. Co za ulga.

I wtedy coś zadrżało we mnie. Ale nie ze strachu. Ze złości. Takiej, która pachnie jak oud, skóra i adrenalina.

Otworzyłam oczy w najbardziej groźny sposób, na jaki było mnie stać — czyli tak, jakbym miała właśnie rzucić w niego szpilką od Louboutina. Spojrzałam prosto w jego twarz i odpowiedziałam najspokojniej, jak tylko potrafiłam:

— Oczywiście, że nie gryziesz. Jesteś zbyt wielkim tchórzem. Wolisz się zaczaić i poczekać, aż przeciwnik będzie słabszy.

Wypowiedziałam to z idealnym angielskim akcentem. Lata sesji zdjęciowych, wywiadów i pokazów mody nauczyły mnie, że elegancja bywa najlepszą bronią. Nawet kiedy jesteś w samym T-shircie i bez stanika.

— No i co? Odpowiedz mi na to, dupku.

Podniosłam się z pozycji leżącej, usiadłam wyprostowana jak królowa. Albo jak wkurzona modelka z jet-lagiem i złamanym sercem — efekt równie destrukcyjny.

I koniec przedstawienia.

W jego oczach, teraz już zupełnie czarnych, jakby coś się zapadło — ziało złością. Nie ogniem. Złością. Tą zimną, wyrachowaną.

— Pozwól, że wyprowadzę cię z błędu, dziewczynko — warknął. — Nie jestem żadnym zbokiem. A ty nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem.

Powiedział to z taką wyższością, że gdyby mógł, naplułby mi prosto w twarz.

— Jestem żołnierzem. Dostałem rozkaz i go wykonałem. A resztę… niech ci wytłumaczy tatuś, księżniczko.

Miałam w głowie idealną ripostę. Naprawdę. Ciętą, błyskotliwą, taką, która zostawiłaby go w milczeniu na kilka dobrych minut.

Ale wtedy padło to słowo.

Tatuś.

I jak zwykle — mój ojciec wybił mnie z torów.

— Czekaj… jak tatuś? — zapytałam zdziwiona, marszcząc brwi.

— Nie jesteś jednym z tych, którzy chcieli się go pozbyć? I mnie przy okazji?

Wywrócił oczami tak teatralnie, jakby właśnie odebrałam mu ulubionego lizaka. Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego odwrócił się ode mnie i usiadł po drugiej stronie pomieszczenia — jakby potrzebował dystansu.

— Zakoduj to sobie raz, a porządnie — rzucił przez ramię. — Miałem cię zabrać po cichu z domu, tak żeby wyglądało to na uprowadzenie. Miałem cię przywieźć całą i zdrową do mojego wuja. I twojego ojca.

Zamilkł na chwilę, jakby czekał, aż dotrze.

— Resztę tej rodzinnej familiady niech ci tłumaczy twój tatuś, dziewczynko. A ty… bądź dobra. I grzecznie dotrwaj w ciszy jeszcze godzinę.

Spiorunowałam go wzrokiem, bo ja też nie mam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Nienawidzę takich ludzi jak on — wyniosły, zuchwały, pewnie myśli, że jest Herkulesem. Z wierzchu piękny, w środku pusty. Niezdolny do współczucia, smutku — Bóg poskąpił mu wszystkiego, co boskie i ludzkie. Gardzę takimi.

Siedział rozwalony na fotelu jak król wszechświata, a jego sposób bycia aż krzyczał: „to ja tu rządzę”. Miałam wrażenie, że panuje nad wszystkim dookoła — nawet nad powietrzem, które wdycham. No i tak patrzyłam na niego. I nawet nie jest w moim typie, jeśli chodzi o estetykę. Wysoki jak dąb, spokojnie z metr dziewięćdziesiąt. Długie, potężne, silne nogi. Ciało jak wycięte z anime — smukła, mocna talia, szerokie ramiona i jeszcze szersze plecy. Ręce… wielkie, długie, jakby stworzone do wysiłku fizycznego i rzucania samochodami. A twarz — zupełnie jakby ktoś ją dokleił z innej bajki. Prawie niewinna. Gładka skóra, smukły, owalny kształt, wyraźne kości żuchwy. Duży, ale nieprzesadzony nos. I oczy… Głębokie, hipnotyczne, jakby chciały cię najpierw przyciągnąć, potem przytrzymać, a na końcu pożreć żywcem.

Włosy czarne jak oczy, starannie wystrzyżone, z lekkim opadaniem na czoło — całość nadawała mu tę niepokojącą wyrazistość. Tak sobie chyba wyobrażam Lucyfera. Piękny, kuszący, magnetyczny. A na końcu: zabójczy.

No to sobie poleciałam z tym opisem, chyba zapomniałam, co mówiłam dwie sekundy wcześniej. Tak, Daria, przypomnienie dla samej siebie: gardzisz nim. Koleżanka w mojej głowie musiała wstać i przypomnieć reszcie ekipy, że nie akceptujemy zła pod żadną postacią. Nawet jeśli wygląda jak grzech w Versace.

Musiałam się otrząsnąć. Przypomnieć sobie o moim fikcyjnym mężu. Od osiemnastki jestem w mentalnym związku z Theo fucking Jamesem. I raz — raz! — widziałam go na widowni podczas pokazu Victoria’s Secret. Prawie się posikałam w te stringi na scenie. True story.

To jest facet, który zasługuje na wszystko, co najlepsze. Dobry. Miły. Słodki. Spokojny jak jezioro o świcie. Zero emocjonalnych huśtawek, zero dramatów. Idealny mąż, czuły tata, człowiek, który zamiast rzucać krzesłem, przytuli drzewo. Nie umie się bić ani zabijać — i całe szczęście. Woli pokój niż wojnę, recykling niż testosteron. Eko-świr w najlepszym możliwym znaczeniu.

Takich mężczyzn, Daria, lubimy. Takich szanujemy. Więc teraz podnieś głowę i spójrz na tamtego — tak, tego z twarzą Lucyfera i ego wielkim jak jego plecy — i daj mu najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie cię stać.

Wodnik

Dostałem niezły ochrzan od Shuang. I słusznie. Zasłużyłem.

Wymyśliłem, że muszę pomóc chłopakom w jakiejś akcji — niby „drobna sprawa”, terrorystyczny ogon, szybki wypad za miasto. Teraz wracamy. Nie ma już adrenaliny, tylko świadomość, że nawaliłem. Znowu.

Po naszej rozmowie przyszło zdjęcie.

Shuang. W samej bieliźnie. Z moim karabinem. Czekała.

Zazwyczaj w takiej sytuacji nie mogę go uspokoić. Reaguję jak automat.

A teraz? Cisza. Nic.

Spojrzałem na zdjęcie raz. Potem jeszcze raz. I jeszcze jebany raz.

I nic. Pustka. Jakby coś się we mnie wyłączyło. Albo wypaliło.Shuang ma dokładnie to, co mnie kręci. Blond włosy, wycieniowane jak z reklamy szamponu, brązowe oczy i te jej usta — małe, wąskie, ale z tym dziwnym wypukłym środkiem, jakby wyjęte z jakiegoś anime. Jest wysoka, ale drobna. Krucha, niemal koścista.

I jebanie pruderyjna. Nawet sposób, w jaki się ubiera, wygląda jakby wyjęła go z kreskówki — trochę stylu z Tokyo, trochę wojskowego sznytu, zero logiki, ale jakoś to działa.


Próbowałem go rozruszać. Skupić się. Rozmarzyć. Myśleć o tym, jak będę ją dotykał, jak wrócę. Ale coś z tyłu głowy nie dawało spokoju. Coś kazało mi wstać i sprawdzić, czy ta dziewczyna z tyłu jeszcze żyje.

Podszedłem. Stałem nad nią. I przez ułamek sekundy — dosłownie mgnienie — zrobiło mi się jej szkoda. Miała swoje spokojne życie, a teraz? Nowy rozdział, nowa gra. Rzucili ją w coś, czego nie rozumie.

wtedy — zupełnie nie w porę — ciało zareagowało wbrew rozsądkowi.

Jakby z opóźnieniem, jakby nie słuchając głowy.

Obraz Shuang musiał dotrzeć do mnie chwilę później.

Na pewno nie była to reakcja na samą obecność. Nie na nią tak po prostu.

Była… zbyt delikatna. Aż niepokojąco.

Długie, lśniące włosy opadały jej na ramiona i plecy, jakby nie znały dyscypliny. Twarz miała jasną, łagodną, z tym irytującym spokojem niewinności. Rzęsy zbyt długie, usta miękkie, pełne — jakby nieświadome własnej siły.

Jej ciało było smukłe, kruche w formie, pozbawione ostrości. Delikatność, która bardziej rozpraszała, niż kusiła.

Cienki materiał koszulki nie ukrywał ciepła skóry — czułem je, choć starałem się na tym nie skupiać.

— Co ty, kurwa, pierdolisz — powiedziałem do siebie.

Zaraz ją wyrzucę z tego jeb*nego samolotu.

Zauważyłem, że jej klatka piersiowa unosi się zbyt szybko. Nie spała.

Minęło sporo czasu, a jej twarz robiła się coraz bardziej czerwona. Postanowiłem oszczędzić jej tej żenady.

— Możesz otworzyć oczy. Nie gryzę — powiedziałem. Tylko to kręciło mi się w tej pustej głowie.

Otworzyła je gwałtownie, jakby coś ją opętało. I mogę przysiąc, że widziałem w nich, jak mnie zabija.

Najzabawniejsze? Że naprawdę wierzyła, że jej pogarda i brak szacunku mnie zaboli.

A jednak — wkurwiłem się. Sam nie wiem czemu. Może sobie zasłużyła.

I ta mina, gdy usłyszała, że nie jestem żadnym zbirem, tylko pionkiem w rozgrywce jej tatusia.

Paniusia jeszcze nie wie, w co tu się wpakowała.

Usiadłem niedaleko — na tyle blisko, by mieć ją na oku, ale z zachowaniem dystansu. Nie ufałem jej ani trochę.

Sam jej zapach mnie irytował.

Po powrocie do domu chyba obleję się benzyną i podpalę — serio, dla własnego bezpieczeństwa. Czuję, jak ten smród wżera się we mnie, jakby miał zostać na stałe.

Usiadłem i wpatrywalem się w okno z największym skupieniem jakim mogłem. Gniew zaczynał we mnie wzbierać. Nie jestem lalusiem na posyłki wuj jeszcze nigdy nie znieważył mnie w taki sposób. Zawsze dawał mi wyzwania godne wojownika po to bym był przywódca jego armi i godnie bronił ojczyzny. A sytuacja w której się znalazłem poniżała mnie w każdy możliwy sposób. I jeszcze ona. Gapiła się na mnie tak bezczelnie. Pewnie bluzgala sobie w głowie na mój temat. Proszę bardzo należy mi się jestem koncerowym osłem bo nikt o zdrowych zmysłach nie zgodził by się na to.

Ryby

Te ostatnie chwile przed lądowaniem dłużyły się w nieskończoność.

Czułam się, jakby ktoś nałożył mi na głowę reklamówkę i zaczął powoli dusić.

Miałam ochotę napomknąć temu lalusiowi, żeby zaczął używać innej wody po goleniu — najlepiej takiej, która nie sprawia, że człowiek czuje się, jakby siedział mu na klatce piersiowej i przygniatał ostatni kawałek duszy.

I nagle — drgnienie, szarpnięcie.

Lądujemy.

Najgorsze, że ta część — ta „najlżejsza” — właśnie się skończyła.

Bo ta katorga z dupkiem to jeszcze nic w porównaniu z tym, co mnie czeka tam.

A właściwie… sama nie wiem, gdzie i co mnie czeka.

Jedno wiem na pewno — mój ojciec nie zawahałby się sprzedać mnie za kilka wielbłądów. Może z gratisową sziszą.

Mój porywacz wstał i rzucił mi szyderczy uśmieszek — taki, jakim częstuje się towar tuż przed sprzedażą.

Poczułam się, jakbym naprawdę miała zostać sprzedana na organy.

Wiedziałam, że tam, gdzie mnie zabiera, czeka mnie coś złego. Czułam to.

I bałam się.

Nie tak zwyczajnie, jak człowiek boi się ciemności czy pająków.

To był strach, który mnie wypełnił, rozlał się po mnie jak trucizna.

Zatruł mnie całą.

Kiedy samolot wreszcie dotknął pasa, usłyszałam rozkaz:

— Wstawaj.

Ale było już za późno.

Byłam otruta.

Nie fizycznie — psychicznie.

I mogłam tylko upaść.

Pokonałam się sama.

To było najbardziej żałosne w tym wszystkim — że nie trzeba było żadnego wroga.

Wystarczyłam ja.

To ja siebie zatrułam.

Strachem.

Niepewnością.

Panicznym pragnieniem, by zachować rozsądek… którego już dawno się wyzbyłam.

Zapomniałam nacisnąć delete.

Nie odłączyłam mózgu od serca.

I teraz obie te części mnie właśnie się rozpadają. Kobieta podeszła do mnie i objęła mnie ramieniem, prowadząc powoli do łóżka. Na jej twarzy malowało się cierpienie.

— Usiądź. Nie bój się — powiedziała łagodnym głosem, jakby próbowała przekonać pięcioletnie dziecko, że pod łóżkiem nie ma potworów.

Położyła swoją dłoń na mojej i objęła ją, delikatna, krucha, ubrana jak gejsza. Potrząsnęła lekko moimi palcami i powtórzyła:

— Nie bój się. Tutaj nic ci nie grozi. To tam — na zewnątrz — czaiło się całe zło.

Zawahała się na moment.

— Nie mogę ci jeszcze wszystkiego wyjaśnić. Jesteś słaba. Nie duchem, lecz ciałem. Zregeneruj się, a potem opowiem ci wszystko. Twoje serce… jest słabe, prawda? Brałaś leki, potem przestałaś. I teraz jesteś xū ruò — wycieńczona, jak puste źdźbło na wietrze.

Gdybym tylko mogła opisać, co działo się właśnie we mnie, nazwałabym to bitwą o Kaer Morhen.

Połowa mnie rzucała się do walki — chciała krzyczeć, uciec, odrzucić wszystko i pozwolić, by strach i chaos zalały każdy fragment mojego ciała.

Druga połowa… próbowała mnie uspokoić. Przypomnieć, kim jestem. Utrzymać mnie w pionie.

„Jesteś bezpieczna, Daria. Jesteś bezpieczna.”

Tylko że moim Geraltem nie był żaden wiedźmin.

To był głos mojej zmarłej matki.

Cichy, wytrwały. Jedyny, któremu jeszcze ufałam.

Wzięłam głęboki oddech zagarnęła włosy za ucho i potrzaslam głową na znak pokoju.

— Jestem Mei Hua, jestem pewna że dasz radę to wymówić uśmiechała się lekko na co ja odwzajemniłam uśmiech.

Nawiasem mówiąc piękne imie, pasowało do tej kobiety wyglądała jak starsza wersja Mulan. Kobieca drobna delikatną ale coś w niej dawało do zrozumienia ze jest również waleczna.

— Która jest godzina? I… chociaż… gdzie ja w ogóle jestem?

— Mamy dwudziestą, kochanie. Doleciałaś o osiemnastej i obudziłaś się dopiero teraz — odparła spokojnie. — Jesteś w moim domu, który na razie będzie również twoim. Tu możesz czuć się jak u siebie.

— Wiem, że nie miałaś żadnych rzeczy przy sobie, co — przyznam szczerze — mnie oburzyło. Póki co, dam ci kilka moich. Jutro rano pójdziemy razem na zakupy. Mówiła to tonem, jakbyśmy znały się od lat. Z nutą poirytowania z powodu moich braków bagażowych i delikatnym podekscytowaniem na myśl o wspólnych zakupach. Zostawiła mi swoją koszulę do spania. Tyle że to nie była żadna piżama.

To było kimono, Daria.

Czarne, długie, zdobione ptakami i kwiatami u dołu — tak, jakby tańczyły w rytmie jakiejś starożytnej melodii, której nie byłam jeszcze gotowa usłyszeć.

Pas? Szeroki, karminowy, zawiązany tak, że moja talia zniknęła pod jedwabną konstrukcją — jakby sam strój próbował mnie przeprogramować.

Mimo ciężkiego wyglądu materiał był zaskakująco lekki. Otulał ciało tak przyjemnie, że przez chwilę miałam ochotę się w nim… zgubić.

Umyłam się w łazience obok.

I gdy spojrzałam w lustro, doszłam do wniosku, że po wakacjach nad morzem zdarzało mi się wyglądać gorzej. Więc nie jest aż tak źle.

Łazienka wyglądała jak z innego świata — „Zabierz mnie do baśni i nie pytaj o zgodę”.

Złote liście zdobiły ściany, tafla lustra ciągnęła się jak ekran kinowy, a wielki, przeszklony prysznic błyszczał jak biżuteria. Wszystko w odcieniach zieleni i złota. Taka łazienka, że sama Izaura by się nie powstydziła.

Mei Hua przyniosła mi kosmetyki — rzekomo wszystko robione na bazie mleka, kwiatu wiśni i jakiegoś magicznego owsa.

Pachniały lepiej niż cała moja kolekcja Sol de Janeiro razem wzięta.

Położyłam się. Nie po to, żeby spać, tylko żeby to wszystko… przeżyć jeszcze raz w głowie. Może wtedy zrozumiem, w co się wplątałam.

O spaniu nie było mowy.

Nie jestem aż tak naiwna, żeby pozwolić sobie na sen. Bo w tym świecie, kiedy zamykasz oczy, zawsze ktoś czeka, żeby wyrwać cię z łóżka.

A jednak sen był silniejszy. Walczyłam z nim uparcie, ale kiedy powieki w końcu opadły, za oknem zaczynało już świtać. Całą noc trzęsłam się ze stresu. Mięśnie nóg zdawały się zaraz eksplodować z napięcia — uroki nerwicy. W tym wszystkim i niczym zarazem nie potrafiłam nawet skupić myśli. Wszystko wydawało się nijakie.

Środek nocy w Warszawie. Zwykła dziewczyna, która miała lecieć do Florencji, zostaje najpierw nawiedzona przez ojca-widmo, później zasypana kilkoma wstrząsającymi faktami z jego życia… a na koniec? Porwana. Do Chin.

Do CHIN.

Pani porywacz. Nieznajomy wuj. I to wszystko brzmi tak niedorzecznie, że aż boli. Złapałam się za czoło, bo mózg odmówił produkcji jakiejkolwiek sensownej myśli. Żałowałam tylko jednego: że nie mam telefonu.

Otwierałam oczy mimowolnie, przecierając powieki. Nie wiem, czy Mei Hua dosypała mi jakiś ziółek, czy to to fikcyjne łóżko z katalogu snów, ale czułam się, jakby sen mnie dosłownie zassał.

Kołdra była tak ciepła, że przez pierwsze sekundy nie zauważyłam nawet tej wielkiej czarnej plamy przy moim łóżku.

Ledwo przetarłam oczy jeszcze raz, a już wiedziałam: ten drań ma fetysz. Fetysz na nawiedzanie mnie podczas snu.

Znowu stał nade mną. I znowu się gapił. Jakbym była jakimś egzotycznym zwierzątkiem w zoo, tylko bez tabliczki z opisem gatunku.

Popatrzyłam na niego dokładniej — i wrzasnęłam:

— Mei Hua! Mei Hua!!!

Półleżąc w łóżku, nakryłam się kołdrą po uszy, licząc, że ta cudowna kobieta wpadnie i wybawi mnie z tej sceny rodem z psychodramy.

Wpadła. Jak poparzona. Ze strachem na twarzy.

— DaLiyaa! Co się dzieje?!

Wskazałam palcem tego palanta, a on, zupełnie bezczelnie, stał oparty o szafę, w czarnych spodniach ze skórzanym paskiem i obcisłym T-shircie. Na twarzy miał ten swój jebany uśmiech. Ten sam, który sugerował, że doskonale wie, jak bardzo mnie wkurza.

— To on, Mei Hua! — prawie krzyczałam. — To on mnie porwał z mojego domu! A teraz znowu tu przylazł, żeby… żeby coś mi zrobić!

Mówiłam to na jednym wydechu. Mei Hua spojrzała na niego z miną pełną poirytowania, po czym rzuciła coś do niego po chińsku. Słowa cięły powietrze jak ostrze.

Uśmiech zniknął mu z twarzy. Wydukał coś nieśmiało, skulił się jak zbity pies. Albo osioł. Zależy, kto kogo lubi.

Leżałam nadal w łóżku, owinięta w kimono, z gniazdem na głowie i wytrzeszczem godnym egzorcysty.

Mei Hua nagle się odwróciła. I, jak to ona — uśmiechnęła się.

— Jaskółeczko, Jun tylko wygląda tak… przerażająco. Na pewno nie miał nic złego na myśli. Jego wuj kazał mu sprawdzić, czy wszystko w porządku. To mój syn. Ręczę, że nigdy by cię nie skrzywdził.

Już miałam na niego nawrzeszczeć — że jest jakimś pieprzonym pedofilem, psychopatą i że ma się natychmiast odsunąć ode mnie i Mei Hua — kiedy nagle padło jedno, magiczne słowo:

— Syn.

I wtedy mnie zmiotło z planszy.

Kleknęłam na tym łóżku jak Emily Rose podczas egzorcyzmów i tylko gapiłam się na tę miłą, eteryczną kobietę.

Bo jak coś tak pięknego mogło urodzić demona?

Postanowiłam dalej grać rolę rozważnej, zrównoważonej kobiety. Poprawiłam włosy, wstałam z łóżka — potykając się oczywiście o to idiotyczne kimono — i stanęłam obok Mei z opanowaniem godnym greckiej bogini. Spojrzałam jej prosto w oczy.

— Ach, tak? — zaczęłam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczało. — Gdy zapewniała mnie pani, że nic mi tu nie grozi, uwierzyłam. Na tyle, na ile mogłam — biorąc pod uwagę okoliczności. Ale teraz… jak mam to rozumieć? Choć szczerze? Nie rozumiem nic.

Zerknęłam na niego.

— Pani syn, który najpierw porywa mnie w środku nocy, a potem stoi nade mną niczym Hitchcock podczas snu?

Unoszę brew. Napięcie można by kroić nożem. A ja się zastanawiam, czy zaraz się obudzę… czy może właśnie zaczęłam nowy, pojebany rozdział swojego życia.


Wszyscy stali nieruchomo, jakby nagle grali w jakieś chore kalambury, gdzie nikt nie zna hasła. Wymieniali między sobą spojrzenia, jakby szukali winnego.

— Nikt mi nie odpowie? Serio? — rzuciłam, rozkładając ręce. — Fajnie, czyli gramy w „Zgłoś swój szok milczeniem”.

I wtedy odezwał się ten dupek.

Jego angielski był tak tragiczny, że aż miałam ochotę złożyć doniesienie do jakiegoś międzynarodowego trybunału nauczycieli języków.

Bo ktoś, kto dopuścił go do mówienia po angielsku… powinien siedzieć.

— Och, tak. Jestem pedofilem z wyrokiem, a moja mama werbuje mi takie koczkodany jak ty — rzucił z tym swoim jadowitym uśmieszkiem.

— JUN!!! — krzyknęła Pani Mei tak głośno, że całe jego 190 centymetrów męskości aż się skuliło.

A ja? Patrzyłam na nią z coraz większym szacunkiem. Pani Mei Hua zaskakiwała mnie coraz mocniej. Teraz jeszcze językowo — bo powiedziała wszystko po polsku. Najwyraźniej specjalnie, żebym zrozumiała każde słowo.

— Wynoś się. I powiedz wujowi, że DaLiyaa nie jest jeszcze odpowiednio gotowa. A następnym razem niech ustala wszystko ze mną.

Zrobiła krok w jego stronę.

— I jeśli już skończyliśmy z tą tragedią, to proszę cię: zejdź na dół, zjedz z nami kulturalnie śniadanie… albo wyjdź i nie przynoś matce wstydu.

Wodnik

Ta wariatka zemdlała na samą myśl o tym, co może ją czekać na lotnisku. Co dopiero zrobi, jak się dowie, na czyj rozkaz działałem.

Wróciłem po wszystkim do domu i od razu wlazłem pod prysznic. Stałem tam jak idiota, z wodą lejącą się po głowie, myśląc o tym, co tu się właśnie odjebało.

Po wyjściu z łazienki poziom irytacji sięgnął zenitu.

Nie dość, że nie mogłem się pozbyć jej zapachu — co zresztą już sam przed sobą przyznałem w samolocie — to jeszcze w kieszeni miałem jej bransoletkę.

Upadając, zgarnąłem ją z ziemi i przetransportowałem razem z nią do matki, bo taki był plan.

Normalnie bym to wyjebał. Tak postąpiłby stary Jun — bez emocji, zawsze racjonalnie.

Ale stary Jun zawsze działał w zgodzie z sobą. A teraz?

Teraz sam nie wiem, kim jestem.

Plan był prosty: odwiozę jej tę bransoletkę, żeby sobie nie pomyślała, że jestem jakimś jebanym złodziejem.

To chyba najprostszy sposób, żeby to sobie wytłumaczyć.

Chyba.

Wyszedłem z domu bez śniadania. Miałem już jechać do mamy, kiedy pod drzwiami zobaczyłem Shuang.

No to masz przejebane, Jun.

Stała w szarych dresach i krótkim topie w moro. Normalnie powiedziałbym, że wygląda pociągająco. I pewnie tak było.

Ale tym razem… coś mnie wkurwiło. Sam nie wiedziałem, co dokładnie. Może to, że w ogóle tam była. Może to, że wyglądała tak dobrze, jakby nic się nie wydarzyło.

Albo może po prostu byłem wściekły na siebie i nie chciałem tego na niej wyładować.

Zbyłem ją, rzucając, że wuj mnie natychmiast wezwał.

Chciała jechać ze mną, ale powiedziałem jej, żeby została i poczekała w domu. Że zaraz wrócę.

To chyba będzie najbezpieczniejsze.

Bo prawda jest taka, że sam jeszcze nie ogarniam, co się we mnie dzieje.

I nie chcę jej tym truć głowy. Jeszcze nie teraz.

Podjechałem pod naszą wielką posiadłość i wszedłem tylnymi drzwiami. Podejrzewałem, że zamiast śniadania moja matka zaserwuje mi opierdol — za to, w jakim stanie przywiozłem jej Darię. A raczej DaLiyę.

Pewnie już zauważyła rozcięte usta, rozwaloną głowę.

Ale przysięgam — sama sobie to zrobiła. Tym swoim uporem. Jak głaz — nie do ruszenia, nie do negocjacji.

Wszedłem na górę, bo oczywiście dama dostała mój pokój.

Spała. W kimonie mojej matki.

Zaniemówiłem.

To było najświętsze ubranie w całej jej szafie — wyciągane raz w roku, na Nowy Rok, kiedy cała rodzina zbierała się przy ołtarzu. A ona po prostu jej je oddała. Do spania.

Oceniłem, czy w ogóle zasługuje, by je nosić. I niechętnie muszę przyznać — wyglądało, jakby było stworzone dla niej.

Leżało na niej miękko, otulając skórę jak druga warstwa.

W tym momencie zrozumiałem, co mnie tak wkurwiało przez cały ranek.

Ona mnie wabiła.

Jak te mityczne syreny — nie przez słowa, tylko przez to… coś.

Nieziemską lekkość. Ten magnetyzm.

Nawet sposób, w jaki spała, był nieznośnie spokojny.

Jakby nie porwano jej kilka godzin temu. Jakby znała to miejsce od zawsze.

Wyglądała jak pierdolona Śnieżka — długie rzęsy, zaróżowione usta. Biust unoszący się przy każdym oddechu, jakby błagał o dotyk. I ta wyobraźnia, która znów robiła ze mną, co chciała.

Nawet sobie wyobraziłem, jak ciepłe musi być jej ciało o poranku.

I to właśnie był problem.

I tak stałem. Jak debil.

Z zapatrzeniem godnym nastolatka, któremu właśnie pierwszy raz zadrgał głos.

Nie zauważyłem nawet, kiedy otworzyła oczy.

Prawdopodobnie leciała mi ślina z ust, bo dałem się ponieść fantazji.

I wtedy czar prysł.

Bo ta pyskata dziewczynka otworzyła buzię i zaczęła drzeć się wniebogłosy, wołając moją matkę o pomoc.

Poległem. Na całej linii.

Matka zjawiła się w mgnieniu oka, jakby miała radar na histerię. A Daria? Wskazała na mnie palcem, jakbym właśnie wyrwał jej balona, i zaczęła opowiadać matce, jakim to jestem zbirem. Jakbym nie tylko ją porwał, ale jeszcze przetrzymywał w piwnicy i karmił suchym ryżem.

Matka zrównała mnie z błotem. Że nie daję dziewczynie odpocząć. Że pogarszam sytuację. Że jestem… No, cała litania. Wkurwiłem się. Pokazałem tej dziewusze odrobinę dobroci. Nie wyjebałem tej jej bransoletki do kosza. A ona, w moim własnym domu, robi ze mnie potwora.

Dopiero gdy wspomniała, że jestem panem tego domu — znaczy: synem pani tego domu — usiadła na dupie. A właściwie: wyprostowała się jak korkociąg, wstała, o mało się nie wywracając w tym cholernym kimonie, i zażądała wyjaśnień.

Miałem okazję się odgryźć. Rzuciłem żartem. Tylko ja się zaśmiałem.

Musiałem wyjść z twarzą, więc powiedziałem matce, że wuja mnie przysłała, żebym doglądał Darii. Udałem, że słucham, podziękowałem za śniadanie — niech sobie zjedzą same, skoro jestem takim łotrem — i wyszedłem jak najszybciej.

Sam sobie byłem winien tej całej paranoi. Po cholerę tu wlazłem i się na nią gapiłem. Teraz mam nauczkę — lepiej trzymać się z dala od tego szajsu i od niej całej.

Wściekłość zagłuszyła wszystko inne. Poszedłem na trening. Czystka. Jedno znane uczucie. Zero niejasności. Tylko ja i przeciwnik, którego — gdyby nie sędzia — prawie bym zabił.

Ryby

To by było na tyle haosu, bo właśnie opuścił mieszkanie w trybie natychmiastowym.

Pani Mei przygotowała takie śniadanie, że poczułam się, jakbym była na jakiejś wycieczce krajoznawczej — i to nie tylko kulinarnej. Po raz pierwszy od mojego „przyjazdu” wyszłam z pokoju, który do tej pory był dla mnie jak klatka dla kolibra — piękny, ale jednak zamknięty.

Zaparło mi dech.

To było spełnienie marzenia ośmioletniej Darii. Tej, której dusza od zawsze należała do świata fantastyki.

Po wyjściu na korytarz moim oczom ukazał się salon — a raczej… kraina. Wydawał się sięgać nieba, a ja stałam na piętrze, które znajdowało się ponad nim. Wszędzie szkło, ogromne szyby, za którymi rozciągały się lasy i pola — tak szerokie i dzikie, że można by wokół nich zbudować własną osadę.


Schody… Boże, te schody! Jak z Met Gali. Ciemne drewno, złote zdobienia, lustra i kwiaty — wszystko urządzone z taką dbałością, że aż dziwne, że to nie sen.

I wtedy mnie uderzyło.

Te kwiaty. Te kolory. Ten klimat.

To był Lightrack. I Kraina Dzikich. Jakby Isla zostawiła tu kawałek siebie.

Na piętrze było pełno pokoi. Schodząc, zdążyłam naliczyć sześć. Sześć. Czy to w ogóle możliwe? Czy ktoś tu prowadzi tajne biuro podróży po wymiarach?

Pani Mei szła przede mną z taką gracją, jakby to sama Naomi Campbell dawała jej lekcje chodu. A ja? Ja — wzięta modelka — poruszałam się, jakbym właśnie oberwała kulą w udo.

Na dole pokierowała mnie na taras. Idealnie chiński. Idealnie fantastyczny.

Lampiony, świece, witraże… A obok — staw z krystalicznie czystą wodą i rybami, które wyglądały, jakby wyłowiła je z jakiejś Zatoki Przodków. Nie pytaj. Po prostu… magia.

Usiadłam. Zaraz po mnie — Pani Mei, która zaserwowała mi coś, co wyglądało jak maleńkie kulki ryżowe z nadzieniem sezamowym, i masę zaparzonych ziółek, których zapach przypominał coś między lasem deszczowym a skrzynią starej zielarki.

I wtedy to poczułam. Cholera, nie ma kawy.

Daria, błagam, odezwij się, bo zaraz uschniesz. I będzie po sprawie.

— Wszystko jest pyszne, dziękuję.

No i nici z kawy, bo Daria po raz setny postanowiła być aniołem w ciele człowieka.

Zjadłyśmy, a gdy tylko próbowałam pomóc przy sprzątaniu, Mei kategorycznie mi zabroniła i wskazała swoją szafę.

— Idź się lepiej przebrać, Jaskółeczko. Jeszcze przyjdzie czas, byś została Panią tego domu.

Chyba sama nie wierzyła, że to powiedziała, bo jej mina sugerowała, że właśnie strzeliła sobie emocjonalnego samobója.

— Co ma Pani na myśli?! — Stałam nad stołem, zapominając o jakichkolwiek uprzejmościach. Te słowa mnie przeraziły.

— Nie obawiaj się. Chodzi mi po prostu o to, że musisz się tu zadomowić, żeby się nie zgubić. To wielki dom, pełen wielu pomieszczeń.

Powiedziała to i wyszła z uśmiechem, niosąc tacę z naczyniami. Znalazłam się w garderobie tej kobiety… i serio? Anna Wintour mogłaby się schować.

Myślałam, że moje mieszkanie jest duże. Naiwna ja. Ta garderoba miała pięterko. Na buty. Tak, dobrze słyszysz. PIĘTERKO NA BUTY.

Wszystko było za szklanymi drzwiami — jak eksponaty w muzeum mody. Ciemne drewno, luksusowa czerń, oświetlenie jak z katalogu wnętrz z dzikim budżetem. Sukienki, spodnie, garnitury, apaszki, biżuteria… a perfum było tyle, że pewnie sam Dior by się zawstydził.


Tylko że nie śmiałam niczego dotknąć. Wszystko wyglądało na piekielnie drogie i jeszcze bardziej piekielnie ważne dla Pani Mei.

W końcu dołączyła.

— Pomogę ci coś wybrać, skoro nie potrafię cię namówić, żebyś zrobiła to sama.

I w tej chwili stałam się jej osobistym projektem. Albo ofiarą mody. Jeszcze nie wiedziałam.

Stałam naga jak pień w przymierzalni. Tak, dobrze przeczytałaś — przymierzalni, bo oczywiście Pani Mei miała ją w swojej garderobie. Nie pytaj, po co w ogóle chciała iść na zakupy, skoro tutaj można było urządzić pełnoprawny butik.

Przewiesiła przez drzwi sukienkę tak nonszalancko, jakby nie była zrobiona z jakiegoś kosmicznego jedwabiu wartego jednej warszawskiej kawalerki. A może i dwóch.

Sama sukienka? Cudo. Zmysłowa, bajeczna. Ale raczej nie do kościoła, no chyba że miałabym się wyspowiadać z całego życia naraz.

Jedwabna qipao, kremowa, połyskująca, z drobnym orientalnym wzorem. Krótkie rękawki, stójka, a to rozcięcie… matko boska od mandarynek, to rozcięcie. Do samego nieba.


Wyszłam z przymierzalni z miną zbitego psa.

Pani Mei zaklaskała w dłonie jakby właśnie wylansowała nowy sezon haute couture.

— Nie uważa Pani, że trochę za dużo odkrywa? — rzuciłam z mieszanką zawstydzenia i sarkazmu.

— Słucham?! — uniosła brwi. — Taka piękna, a chcesz, żebym ubrała cię w coś dla starych bab, takich jak ja?

Parsknęłam śmiechem.

— Pani Mei, do starej baby jest pani dalej niż mi.

Uśmiechnęła się. Prawdziwie.


Sama ubrała się w coś równie zjawiskowego: ciemnozielony, lekko błyszczący garnitur z otwartym dekoltem, z którego z gracją wyłaniał się delikatny biust. Minimalistycznie, seksownie, z klasą.

Usiadłyśmy przy toaletce. Pani Mei uczesała mnie w luźnego, niedbałego koka z wypadającymi kosmykami, które wyglądały, jakby same wiedziały, jak się ułożyć. U siebie zrobiła dokładnie odwrotność — ciasny, elegancki kok jak poprzedniego dnia. Dyscyplina i szaleństwo — yin i yang, serio.

Przed wyjściem zaproponowała jeszcze biżuterię, ale odmówiłam. To już byłby overkill. Nie chciałam nadużywać tej fali uprzejmości. Zwłaszcza że nadal nie miałam pojęcia, jaki jest jej cel.

A coś mi mówiło, że to nie była tylko przebieranka

Wreszcie wyszłam na zewnątrz. Przez krótką chwilę poczułam się wolna. Powietrze pachniało jaśminem, słońce delikatnie ogrzewało skórę, a wiatr poruszał materiał sukienki jak w jakiejś reklamie perfum.

Ale wtedy coś mnie ukuło. Prosto w serce.

Bo ta wolność była tylko pozorem. Ładnie zapakowanym, podszytym jedwabiem i perfumami. Prawda była taka, że nie miałam pojęcia, co by się stało, gdybym naprawdę postanowiła się uwolnić. Uciec. Zniknąć. Czy ktoś by mnie znalazł? A może nie pozwolono by mi odejść?

Humor zniknął momentalnie. Stałam jak idiotka za ogromnymi szklanymi drzwiami, które nagle wyglądały jak brama między światem a… czymś innym. Czymś, co miało pazury.

Wtedy podjechała ona. Pani Mei. Spojrzała na mnie. Albo mnie wyczuła. Albo naprawdę wszystko widziała.

— Spędźmy tę chwilę radośnie — powiedziała ciepło. — Obiecuję ci, że dziś wszystko ci wyjaśnię. Koniec z tajemnicami.

Przytaknęłam. Bo co miałam zrobić? Zrobić scenę? Wyjść w lakierkach przez krzaki?

Wsiadłam do auta, a skóra fotela była chłodna i pachniała nowością. Zamknęłam oczy na chwilę i obiecałam sobie jedno:

Zrobię to, co mówiła Mei. Spędzę ten dzień najlepiej, jak potrafię. Nawet jeśli mnie zabiją — to chociaż umrę z pełnym sercem.

Z życia trzeba zaczerpnąć. Choćby to miały być ostatnie łyknięcia powietrza przed utonięciem.

Zobaczyłam posiadłość z daleka i zrozumiałam jedno: to nie był dom. To była twierdza.

Trzy piętra, dwie boczne odnogi i osobne garaże. Architektoniczna megalomania, która szeptała: tu nie chodzi o wygodę, tylko o kontrolę.

Jechałyśmy dobre trzydzieści minut, zanim w ogóle wydostałyśmy się z tej posesji. Po drodze zdążyłam obejrzeć dwa razy swoje odbicie w lustrze, przemyśleć życie i wystawić wewnętrzną recenzję pasa bezpieczeństwa z logiem Maybach.

W samochodzie leciała spokojna muzyka — coś między muzyką hotelową a soundtrackiem z filmu o mafii. Mei Hua nuciła pod nosem, jakby to był jej prywatny koncert. Zegarek na desce rozdzielczej wskazywał 11:00 rano.

Co oznaczało, że w Polsce dopiero świta.

I wtedy to do mnie wróciło. Pytanie, które trzymałam z tyłu głowy od przebudzenia:

Czy ktoś w ogóle zauważył moje zniknięcie?

Alicja… Przecież to ona miała mnie odwieźć na lotnisko. Boże, pewnie dostała zawału, widząc otwarte mieszkanie bez mnie. Na pewno zadzwoniła na policję. Może szuka mnie pół miasta. Może nie.

Spokojnie, Daria. Znajdą cię. W końcu. Tylko…

Kto będzie wystarczająco pomysłowy, by zacząć szukać w Chinach?

Myśli przerwał głos Mei Hua:

— Jesteśmy na miejscu.

Spojrzałam przez szybę. Przed nami wyrósł wielki kompleks handlowy, pełen wiszących lampek, luster i… czarny smok. Wielki. Metaliczny. Strzegł środka budynku, jakby właśnie na mnie czekał.

Idealnie. Dotarłyśmy do środka, a moje szare komórki wycisnęły z siebie ostatnie soki, żeby przypomnieć mi brutalną prawdę: nie mam portfela.

— Pani Mei, ja przecież nie mam przy sobie żadnych pieniędzy. Nie zapłacę za nic — powiedziałam, czując się jak bohaterka taniej komedii.

— DaLiyaa, chyba nie sądzisz, że pozwolę ci za to wszystko płacić. I proszę, nie protestuj. Czuję się winna całej tej sytuacji i chociaż tak chcę ci to wynagrodzić — powiedziała ciepło, aż za ciepło.

Podczas jej wzniosłego monologu o wynagradzaniu mi… mojego życia, w mojej głowie zapaliła się iskra.

Jesteśmy w ogromnym centrum handlowym. Tak wielkim, że zgubić się tu można szybciej niż Harry Potter w labiryncie z „Czary Ognia”.

I zapadła decyzja.

Uwolnię się. Ucieknę.

Zaproponowałam, żeby na początek zajść do jakiejś drogerii — coś w stylu chińskiej Sephory, tylko oczywiście z podrasowaną nazwą: Perfect Diary.

Mój plan był tak genialny, że tylko ameba mogłaby go zawalić. Czyli mam mniej więcej 50 procent szans powodzenia.

Chciałam uśpić jej czujność, być miłą, grzeczną, dobrze wychowaną porwaną.

Pani Mei od razu przeszła do sekcji perfum, jakby jej garderoba nie uginała się już od flakonów.

Oczywiście zakochała się w Chanel No. 5 i psikała się nim, jakby to była woda po goleniu z bazaru.

Szkoda tylko, że nie może doradzić w tym temacie swojemu synowi…

I kiedy była już wystarczająco odurzona zapachami, wyszłyśmy i ruszyłyśmy w stronę Zary.

— DaLiyaa, co sądzisz? Jak podoba Ci się tutaj? I jak się czujesz? — zapytała z tym swoim głosem pełnym matczynej troski, której nikt nie zamawiał.

Jak porwana dziewczyna, kobieto, pomyślałam. Ale na głos rzuciłam:

— Naprawdę pięknie. Wszystko takie… dbale wykonane. I z klasą.

Naprawdę, DaLiyaa? Dbale wykonane?

Jeśli ten plan wypali, to sama dam sobie tytuł Lary Croft.

Od razu zaproponowałam, żeby pomogła mi dobrać coś, co pasowałoby do tutejszego stylu — jakbym nie miała swojego.

I, o dziwo, to był strzał w dziesiątkę.

Pani Mei z zapałem zabrała się za buszowanie po wieszakach, a ja stałam z boku i z zachwytem komentowałam każdy jej wybór, jak dobrze wychowana laleczka.

Czy wspominałam, że ten sklep był dwupiętrowy?

Zaczęłam powoli odpinać drobne guziczki swojej sukienki, tak żeby wyglądały na… przypadkowo porwane.

— Ojej, chyba ta sukienka nie była mi pisana. Przepraszam najmocniej, nie chciałam jej zniszczyć — rzuciłam z teatralnym żalem.

Pani Mei tylko machnęła ręką, jakby mówiła o jakiejś taniej ceracie z hipermarketu.

— Jaskółko, idź się przebierz w te ciuchy. Od razu je weźmiemy. Zaraz znajdę przymierzalnię.

— Jest tam, u góry. To ja wezmę ten kombinezon i narzucę na siebie, a Pani — jeśli mogę prosić — niech dobierze mi jakieś buty. Te lakierki są piękne, ale… lekko przyduże.

— Ojej, no tak…

Widziałam to zmieszanie w jej oczach. Delikatne, ale obecne. Jakby przez sekundę zastanawiała się, czy to nie jest przypadkiem zły pomysł.

— Dobrze, dobrze, kochanie. Tak możemy zrobić — zgodziła się, choć w jej głosie pojawiło się coś… rozproszonego.

Mimo jej zaskakująco młodego wyglądu, umysł już nie pracował tak szybko, jakby chciała. I to było widać.

Delikatne drżenie rąk. Chwilowe jąkanie. Zawahanie w spojrzeniu.

Czas dogania nawet takie damy jak pani Mei.

Wcisnęłam się w ten cholerny kombinezon.

Jebane XS.

Czy oni serio uważają, że kobieta w tym rozmiarze nie ma ani tyłka, ani cycków?

Byłam już cała spocona — od tego myślenia, udawania i, kurwa, od całej tej farsy.

Odsunęłam kotarę przymierzalni, cała czerwona, roztrzepana, wyglądająca jak po maratonie.

— Ufff… ledwo oddycham, ale… jest piękny — rzuciłam z wymuszonym zachwytem.

No i faktycznie, był.

Ciemnozielony, bez rękawów, z mandaryńskim kołnierzem i lekkim połyskiem.

Wyglądałam jak elegancka Lara Croft, gdyby Lara pracowała w luksusowej dzielnicy Szanghaju.

— Jakbym widziała siebie sprzed dwudziestu lat — westchnęła pani Mei.

No na pewno, pomyślałam. Jakbyśmy były jedną osobą tylko w różnych erach.

— Jestem pewna, że buty dopełnią stylizację — przypomniałam jej z uśmiechem.

— Ach, tak! Już, już lecę!

Zdjęłam lakierki i podałam jej z gracją.

Pewnie myślała, że bosa nie ucieknę.

Szkoda, że nie posłuchała swojego syna, kiedy mówił, że jestem stuknięta.

Odczekałam dokładnie dwie minuty. Tyle, ile potrzeba, by zejść na dół po ruchomych schodach.

Policzyłam to wcześniej, wchodząc.

Uchyliłam lekko kotarę. Jej nigdzie nie było.

Przede mną — morze ludzi.

Tyle głów, ile mieści się w całych Złotych Tarasach, i wszystkie praktycznie identyczne.

Moje serce waliło.

Nie wiem, jak dokładnie opisać ten stan, ale najbliższe porównanie to chyba…

Blake Lively próbująca dopłynąć do tej jebanej boi, żeby uciec przed rekinem.

I ja byłam teraz tą Blake.

A cały ten idealny, błyszczący, klimatyzowany świat był rekinem.

Jest.

Mój osobisty żarłacz biały.

Stoi przy sekcji szpilek, obracając w dłoni jakiegoś lakierowanego potwora z obcasem.

Nie śpiesz się, babciu. Jaskółki już dawno tu nie będzie.

Wyszłam z przymierzalni jak gdyby nigdy nic.

Wyprostowana. Spokojna. Normalna dziewczyna w sklepie z ciuchami… bosa.

I wtedy się odwróciłam.

A ta niepozorna, słodka babcia była już w połowie drogi do mnie.

A ja nadal stałam jak kłoda przy wieszakach.

Zamrożona. Zdrętwiała. Umysł krzyczał, ale ciało jeszcze nie ruszyło.

Daria, kurwa, ruchy!

Postanowiłam schować się w dziale męskim.

Był tuż obok przymierzalni, kilka kroków.

Pośród tych wysokich facetów w oversize’owych kurtkach nikt mnie nie zauważy.

Usłyszałam, jak odsuwana jest kotara przymierzalni, a potem… cisza i opadająca szczęka.

Jeśli ta kobieta naprawdę dostanie zawału, to… cóż.

Prawdopodobnie będę się winić.

Ale tylko tak delikatnie, na drugim końcu świata, we własnym domu, owinięta w koc i z winem w ręce.

Rozglądała się nerwowo, jej głowa latała jak radar.

— DaLiyaa? DaLiyaa! — wołała, z coraz bardziej rosnącym niepokojem.

Kochaniutka, mam na imię Daria, więc nie wiem, kogo tam szukasz, ale mnie nie znajdziesz.

Zobaczyłam, jak drżącymi palcami wyciąga telefon i wybiera numer.

Prawdopodobnie ten numer.

Ten, który kończy się wejściem ochrony, zablokowaniem drzwi i moim pocałowaniem się w dupę.

A ja?

Nadal sterczałam w dziale męskich spodni, skulona, udająca, że z całego serca podziwiam nogawki.

Jeśli któraś z tych spodni miała duszę, to właśnie ją ocaliłam.

Wodnik

Zbywałem telefony od wuja. Wiedziałem, o co będzie wypytywać.

Nie było tematu.

Przynajmniej dopóki nikt nie dzwonił z paniką w głosie.

Shuang postawiła mnie do pionu.

Zadbana, pewna siebie, zimna jak lód — dopilnowała, żeby mój sprzęt myślał tylko o niej.

I zrobiła to dobrze.

Chociaż nawet wtedy, w tych kilku sekundach ciszy… gdzieś z tyłu głowy była ona.

Ta druga. Ta „stuknięta”.

Siedziałem przy biurku, przeglądając plany taktyczne, gdy zadzwoniła matka.

Westchnąłem. Boże…

Mówiłem jej, że ta dziewucha to wariatka.

Ale co się dziwić? Sam bym spierdolił na jej miejscu.

I wiesz co?

Brawa dla niej.

Naprawdę myślałem, że w tej cukierkowej głowie nie ma dość odwagi.

Wygląda na to, że się pomyliłem.

Obrała sobie najgorszy możliwy cel do drwin. Moja matka — ta naiwna, dobra dusza — znowu wyciągnęła rękę nie tam, gdzie trzeba.

— Mamo, daj spokój. To Pekin. A ona? Bosa, głupia i zbyt pewna siebie. Zaraz ją znajdę. Niech pobłąka się trochę — może w końcu dotrze do niej, że świat to nie bajka.

Zadzwoniłem do kierownika centrum handlowego i kazałem mu natychmiast wysłać cały monitoring z tej żałosnej sceny. Poczekałem kilka minut przed komputerem, aż w końcu pojawił się plik. Poprawiłem się na krześle i zacząłem oglądać…

Jest. Nasza zguba. Rozpina sobie guziki w sukience i gra ofiarę jakby za chwilę miała dostać Oscara.

Z jednej strony — szok, że same się nie rozleciały. Może i jest chuda jak osa, ale ten tyłek… jakby go rzeźbił sam Michał Anioł.

Zresztą, cała wygląda, jakby wyszła prosto spod jego dłuta. I to dopiero zaczyna mnie wkurwiać

Boże, za jakie grzechy… Wuj nie może się o tym dowiedzieć. Sądząc po tym, jak wyniośle wypowiadał się o tej całkiem zwyczajnej dziewczynie, zaczynam podejrzewać, że może mu po prostu brakuje… młodszych wrażeń.

A to oznacza, że jeśli jej nie znajdę, powiesi mnie za jaja.

A bardzo je lubię

Ona naprawdę nie grzeszy rozumem. Godzinę temu zamknęła się w kiblu. W męskim.

Patrząc na to z boku — plan był niezły. W teorii. W praktyce spłonął jak chińskie fajerwerki.

Jadę ją zgarnąć i od razu dzwonię do matki — niech ją następnym razem lepiej zwiąże.

Bo ta jej niewinna buźka to tylko kamuflaż. Pod spodem siedzi mały sabotażysta

Ryby

Czy plan był dobry? Tak.

Czy właśnie go zjebałam? Oh, yes.

Mei Hua po telefonie spokojnie odeszła do samochodu i odjechała, a ja — jak jakiś żałosny wąż — pełzłam za nią.

I tak zostałam sama. No i co niby teraz? Co by zrobiła Lara Croft?

Gówno.

Dokładnie to samo co ja, bo z tej sytuacji nie ma żadnego logicznego wyjścia.

Więc postanowiłam zamknąć się w kiblu.

Nie mam pojęcia, czy to była damska, czy męska toaleta — dzięki ci, Chino, za te pieprzone znaczki.

Usiadłam na klapie i czekałam.

Może szanowna pani Lara raczy znowu mnie oświecić. Zamiast planować ucieczkę, cieszyłam się tym, że wreszcie jestem sama. Wolna. Może i w kiblu, ale wolna — i co mi teraz zrobicie, co? Pierdolcie się. Wolę zdechnąć tu z głodu i chłodu, wolna, niż żyć w waszym złotym więzieniu pełnym luksusów.

Siedziałam tak, z rękami opartymi o podbródek, i zastanawiałam się, gdzie się podział nasz główny bohater — Pan Rambo, czyli mój tatuś. Co teraz? „Daria, chcą nas zabić, mam złote serduszko. Ucieknijmy razem, żyć chuj wie gdzie.” No super, tato. Brawo ty.

Nawet nie wiem, ile czasu minęło, bo nie mam jebanego zegarka, a na słonecznym, niestety, nie zdążyłam się nauczyć. I wtedy w końcu przyszedł płacz. Ale nie taki, kiedy jest ci smutno i spływają te romantyczne, słodkie łzy, bo ktoś nie odwzajemnił twojej szkolnej miłości. Nie. To było wycie — histeryczne, bolesne, palące duszę i mózg, bo żadna część mnie nie umiała już znaleźć wyjścia.

Całe życie pod górkę. I kiedy już w końcu stanęłam na nogi, po tym, jak cała rodzina mnie zgniotła i wyrzuciła jak śmiecia, ktoś postanowił wyjąć mnie z tego kosza, pognieść jeszcze mocniej — i wypierdolić raz jeszcze. Jak psa. Jak coś, co zawsze musi żyć tak, jak inni zdecydują.

I wtedy płacz zamienił się w gniew.

Gdybym mogła, wysadziłabym ten cały budynek razem z fundamentami. Bo jak już coś czuję — to na maksa. A teraz gniew zalał mnie całkowicie. Sto procent jebanego ognia.

Wstałam. Podeszłam do umywalki, chciałam się ochlapać zimną wodą. Ale wtedy moje serce zabiło… inaczej.

Zimne krople wody zmieniły się w żar, a czarno-białe płytki zaczęły wirować jak yin i yang.

I jedyne, co pamiętam, to podłoga.

Czyli mój aktualny poziom. Daria — wersja „leżysz”.

Poczułam, jak jakaś wielka łapa maca mnie po twarzy, a druga zaciska się na moim pasie. I nie — to nie były małe, gładkie, przyjemne dłonie pani Mei. Otworzyć oczu jeszcze nie mogłam, ale węch już działał na pełnych obrotach. Lodowa mięta, ciężki zapach opalanego drewna i papierosów. Mieszanina znajoma i obca jednocześnie. Ostra. Niepokojąca. Oczy w końcu doszły do siebie, choć wciąż trudno było objąć go wzrokiem. Połowę pola widzenia zajmowała jego dłoń — wielka, chłodna, szorstka, szeroka. Dotykała mojego policzka, jakby pod moją skórą krążyły drobne ładunki mangesu, stykające się z przeciwnym biegunem. Uczucie dziwne. Fascynujące. Bardziej fizyczne niż romantyczne. Zwłaszcza że należało do obcego.

— Mogłabyś się, do cholery, ocknąć? Coś ty narobiła?!

Tyle z poezji. Typ właśnie ma do mnie pretensje o całe to gówno, a pewnie też o to, że znowu przeżyłam. Kolejny upadek i wciąż na plusie — chyba mu psuję statystyki.

Wkurw wrócił. Na pełnej. Kazałam oczom się otworzyć, rękom wyszarpać z jego uścisku. Ale wyszło jak zwykle — oczy się otworzyły, a próba ucieczki spod łap King Konga skończyła się przyciśnięciem mnie jeszcze mocniej do jego torsu.

I znowu to robi. Uśmiecha się. Jak dzieciak, który właśnie zrobił na złość i czeka, aż go za to pogłaszczesz.

Rzuciłam mu spojrzenie, które trzymałam specjalnie dla niego — pełne pogardy i jadu.

A on? Twarz jakby wyjęta z greckiego mitu. Pruderyjna. Idealna. Jak kochanek Afrodyty.

Theo James, Daria. Oddychaj.

— Zawiodłaś mnie — rzucił z nonszalancją. — Myślałem, że przynajmniej będę miał okazję sobie za tobą pobiegać. A ty co? Leżysz tu i czekasz, aż cię wybawię. Z rozwaloną głową.

Dotknęłam miejsca, które wręcz piszczało z bólu — i oczywiście, jak się spodziewałam, zobaczyłam krew.

Dobra, Daria. Przełknij to. Nie jest tak źle. Boli, ale nie becz. Zostaw dramat na wolną chwilę, najlepiej taką z winem i playlistą do załamań.

— Ach, przepraszam — syknęłam przez zęby. — Co, już zdążyłeś dopisać moje imię do notatnika „Zabici przez żółwia ninja”? Puść. Wstanę sama.

— Krwawisz, a nadal próbujesz zgrywać odważną dziewczynkę? — rzucił chłodno.

W tej samej chwili poczułam, jak jego palce zaciskają się mocniej wokół mnie. Jakby chciał powiedzieć: „Nie próbuj uciekać. Nie tym razem.”

— Chcesz mnie udusić tą łapą? — warknęłam, krzywiąc się wyraźnie.

Spojrzał na mnie od góry do dołu, szybko, beznamiętnie. A potem przybliżył się — do tego stopnia, że nasze czoła się zetknęły. Jego grzywka opadła na moje czoło, mieszając się z moimi włosami. Dotyk, który w innym życiu mógłby być romantyczny. W tym był ostrzeżeniem.

— Ucieknij jeszcze raz mojej matce. Okaż jakikolwiek brak szacunku… a poczujesz ból, który zapamiętasz na długo. Zrozumiałaś?

Mówił to szeptem, ale ten jego szept był cięższy niż krzyk. Jakby wbijał każde słowo w moją czaszkę żelaznym dłutem.

Potem odsunął się na tyle, by spojrzeć mi prosto w oczy.

— Zrozumiałaś to, Dario

Mój ruch, psychopato.

Złapałam go za kołnierz koszulki i podciągnęłam się na nim, tak by być wyżej. Chciałam spojrzeć mu prosto w te jebane, mistyczne oczy.

— Zrozumiałam, proszę pana — powiedziałam to najsłodszym głosem, jaki potrafiłam z siebie wydobyć.

Zaniemówił. Serio. Pan Władca Pierścieni siedział jak odłączony od Matrixa, oparty na swoich wielkich dłoniach, z miną, jakby właśnie poznał zakończenie Niekończącej się opowieści. Albo jakby ktoś zdradził mu, że śmierć Dumbledore’a to nie plotka.

I to był ten moment. Zebrałam całą siłę.

ŁUP. Kolano. Prosto w krocze.

— Szach mat, frajerze. Chciałeś sobie pobiegać, to teraz masz.

Rzuciłam się do ucieczki.

Z biegania to by było na tyle — złapał mnie znowu za nogę, tuż zanim dotknęłam klamki. Przygwoździł mnie do podłogi jednym ruchem. Nachylił się tylko tyle, by wypowiedzieć spokojnie, niemal znudzonym tonem:

— Zbieraj się. Nie będę nosił na rękach takiej pokraki.

I wyszedł.

Zostawił mnie leżącą jak ścierkę. Ale nie poszedł daleko — słyszałam, jak staje za drzwiami. Czekał. A ja? Ledwo się zeskrobałam z tej podłogi, z dumą poranioną bardziej niż kolana.

Czemu ja zawsze wybieram te trudniejsze scenariusze…?

Wracaliśmy do domu w harmonijnej ciszy.

Dla tych z poczuciem humoru — można by ją nazwać chińską ciszą.

Ale Pan Jun pewnie uznałby to za niestosowne, więc zatrzymam tę błyskotliwość dla siebie.

W końcu dojechaliśmy do mojego zamczyska.

I do smoczycy, która w nim czyhała.

Czy wspominałam, że zostałam związana?

Tak, jak jakiś najemnik z filmów klasy B.

Brakowało tylko, żeby owinęli mi łeb taśmą.

I tak każda część mojego ciała bolała jak po spotkaniu z walcem.

Na podjeździe zauważyłam nowy samochód.

Coś we mnie się zacisnęło.

Nowa osoba w klubie adoracji. Świetnie. Jeszcze tylko tego mi brakowało.

Otworzył mi drzwi i syknął


— Wysiadaj.

Nawet na mnie nie spojrzał.

— Oczywiście, na Twój rozkaz, Panie Dowódco — mruknęłam pod nosem i zaczęłam się gramolić.

Zrobiłam krok. I wtedy poczułam, jak rana na głowie zapulsowała ostrzej, jakby ktoś od środka rozkręcił wiertarkę.

Świat się zakręcił. Obraz rozmył.

W ostatniej chwili złapał mnie za biodro. Jego dłoń była stanowcza, silna. I — o dziwo — nie szorstka od złości.

Schylił się lekko, patrząc mi w oczy:

— Dasz radę dojść sama?


I nie żebym była jakąś damą w opresji, ale… gdyby nie jego cholerna ręka, to moja głowa właśnie poznałaby się bliżej z betonem. Ale najwyraźniej postanowił sobie skrócić drogę.

Po prostu przerzucił mnie przez siebie — zaskakująco łagodnie — tak, żebym mogła oprzeć się o jego plecy.

Ten koleś dostał w pakiecie wszystko: siłę, wysokość i jeszcze trochę rozumu.

Boże, czemu mnie przy rozdziale z mózgiem potraktowałeś jak przy dzieleniu batonika?

Nie był wysportowany jak te typki z siłowni, co wyglądają, jakby ich mięśnie były guzami mózgu.

Jego ciało wręcz krzyczało, że ma w sobie prawdziwą siłę. Taką użytkową. Nie pokazową.

Weszliśmy do domu.

Słyszałam głosy — rozmowa już trwała.

Ale coś się zmieniło, gdy Jun przekroczył próg salonu.

Poczułam, jak jego mięśnie napinają się pod moim ciałem, a sylwetka prostuje jeszcze bardziej. Jakby właśnie wszedł na pole bitwy.

— Wujku, witaj — powiedział chłodno.

No świetnie, Daria. On nadal cię niesie. Tyłem. Na rękach. Jak jakiś pierdolony trofeum wojenne.

Da się być bardziej upokorzoną?

Spoiler: tak, Daria, da się.

Postawił mnie na ziemi z zaskakującym spokojem i delikatnie przytrzymał, żebym złapała pion.

Dzięki, książę z bajki. Jeszcze tylko pantofelek mi przynieś, i możemy się hajtać.

I wtedy go zobaczyłam.

Nasz osobisty Venom — stał między panią Mei a jakimś starym mężczyzną, który wyglądał, jakby co najmniej raz w życiu ogłosił komuś wyrok.

Co zrobiłeś mojej córce?! — wrzasnął Venom na… drugiego Venoma. Normalnie film Marvela w wersji rodzinnie popierdolonej.


— Sama to sobie zrobiła — odburknął, nie ruszając nawet powieką.

— Mówiłem ci, Xi, żebyś trzymał go od niej z daleka.

Wskazał palcem, jakby właśnie oceniał stan uszkodzonego towaru.

— Zobacz, jak ona wygląda. Mieliście ją tylko ugościć. Do mojego przyjazdu. Nic więcej.

Stał na środku salonu jak jakiś cholerny ojciec roku, z idealnie ułożoną fryzurą i szklanką whisky, którą obracał teatralnie w dłoni.

Brakowało tylko fajerwerków i złotej statuetki za najlepszą rolę dramatyczną w kategorii: „Zniknąłem z życia mojej córki na całe lata, ale teraz jestem wkurwiony, bo ktoś mi ją porysował”. - Masz czelność mieć pretensje do mojej matki, wuja, i w końcu do mnie? Do mnie — który latał za nią jak debil? My wykonaliśmy za ciebie obowiązki ojca. I zrobiliśmy to lepiej, niż ty kiedykolwiek byś potrafił. Bo ty trząsłeś portkami za bardzo, żeby po prostu ją wziąć i przywieźć tutaj. Wolałeś pełzać od kamienia do kamienia, aż w końcu dotarłeś tutaj — z całą listą roszczeń.

— Mógłbyś się, za przeproszeniem, odjebać od mojego ojca? — warknęłam, stając między nimi.

— Nie masz pojęcia, co razem przeszliśmy. Dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Więc lepiej pilnuj swoich pełzających krewnych i samego siebie.

Odwróciłam się do ojca i podeszłam tak blisko, że niemal czuł mój oddech. Mówiłam na tyle cicho, by reszta zrozumiała jak najmniej:

— CO TU, DO CHOLERY, SIĘ DZIEJE?

Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? Ultimatum nadal obowiązuje. A jeśli zaraz nie przestaniesz, zgłoszę tych wszystkich popierdolonych psychopatów — razem z tobą — na policję. I pozwolę temu za mną dalej cię szkalować, bo, o zgrozo, ma sto procent racji.

Panie Eddie Brock.

— Dario, usiądź. Przepraszam za niewychowanie pozostałych osób. Powinienem sam się tym zająć — wtedy wszystko na pewno byłoby mniej pogmatwane — odezwał się nieznajomy mężczyzna, z uśmiechem i miną, jakby właśnie medytował z motylkami na skraju góry. Uosobienie spokoju. Poczęcie niewinności.

I choć nie mogłam sobie przypomnieć skąd, była dziwnie znajoma. Angielski tego faceta był jeszcze bardziej poprawniejszy niż mój. Niski, pewnie po sześćdziesiątce, z bujną czupryną na głowie i zaokrąglonym brzuszkiem. Tak niski, że w szpilkach bylibyśmy równi.

I tak staliśmy, wszyscy w kółku, jak w jakimś westernie. Tylko muzyki Ennia Morricone brakowało. Czekaliśmy, kto pierwszy wystrzeli. I czym. Założyłam ręce na piersi i, kurwa, usiadłam. Bo ten starszy pan, szczerze mówiąc, mógłby mnie odstrzelić za brak manier. Ten wysoki psychopata — no cóż, znowu mógłby mnie złapać i przygwoździć do ściany jak plakat na obozie survivalowym. Pani Mei wyglądała już jak duch — jeszcze chwila i dostałaby zawału. A mój ojciec? Pewnie zakrztusiłby się swoim whisky i tyle byśmy go widzieli. — Masz czelność mieć pretensje do mojej matki, wuja, i w końcu do mnie? Do mnie — który latał za nią jak debil? My wykonaliśmy za ciebie obowiązki ojca. I zrobiliśmy to lepiej, niż ty kiedykolwiek byś potrafił. Bo ty trząsłeś portkami za bardzo, żeby po prostu ją wziąć i przywieźć tutaj. Wolałeś pełzać od kamienia do kamienia, aż w końcu dotarłeś tutaj — z całą listą roszczeń.

— Mógłbyś się, za przeproszeniem, odjebać od mojego ojca? — warknęłam, stając między nimi.

— Nie masz pojęcia, co razem przeszliśmy. Dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Więc lepiej pilnuj swoich pełzających krewnych i samego siebie.

Odwróciłam się do ojca i podeszłam tak blisko, że niemal czuł mój oddech. Mówiłam na tyle cicho, by reszta zrozumiała jak najmniej:

— CO TU, DO CHOLERY, SIĘ DZIEJE?

Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? Ultimatum nadal obowiązuje. A jeśli zaraz nie przestaniesz, zgłoszę tych wszystkich popierdolonych psychopatów — razem z tobą — na policję. I pozwolę temu za mną dalej cię szkalować, bo, o zgrozo, ma sto procent racji.

Panie Eddie Brock.

— Dario, usiądź. Przepraszam za niewychowanie pozostałych osób. Powinienem sam się tym zająć — wtedy wszystko na pewno byłoby mniej pogmatwane — odezwał się nieznajomy mężczyzna, z uśmiechem i miną, jakby właśnie medytował z motylkami na skraju góry. Uosobienie spokoju. Poczęcie niewinności.

I choć nie mogłam sobie przypomnieć skąd, była dziwnie znajoma. Angielski tego faceta był jeszcze bardziej poprawniejszy niż mój. Niski, pewnie po sześćdziesiątce, z bujną czupryną na głowie i zaokrąglonym brzuszkiem. Tak niski, że w szpilkach bylibyśmy równi.

I tak staliśmy, wszyscy w kółku, jak w jakimś westernie. Tylko muzyki Ennia Morricone brakowało. Czekaliśmy, kto pierwszy wystrzeli. I czym. Założyłam ręce na piersi i, kurwa, usiadłam. Bo ten starszy pan, szczerze mówiąc, mógłby mnie odstrzelić za brak manier. Ten wysoki psychopata — no cóż, znowu mógłby mnie złapać i przygwoździć do ściany jak plakat na obozie survivalowym. Pani Mei wyglądała już jak duch — jeszcze chwila i dostałaby zawału. A mój ojciec? Pewnie zakrztusiłby się swoim whisky i tyle byśmy go widzieli. — Masz czelność mieć pretensje do mojej matki, wuja, i w końcu do mnie? Do mnie — który latał za nią jak debil? My wykonaliśmy za ciebie obowiązki ojca. I zrobiliśmy to lepiej, niż ty kiedykolwiek byś potrafił. Bo ty trząsłeś portkami za bardzo, żeby po prostu ją wziąć i przywieźć tutaj. Wolałeś pełzać od kamienia do kamienia, aż w końcu dotarłeś tutaj — z całą listą roszczeń.

— Mógłbyś się, za przeproszeniem, odjebać od mojego ojca? — warknęłam, stając między nimi.

— Nie masz pojęcia, co razem przeszliśmy. Dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Więc lepiej pilnuj swoich pełzających krewnych i samego siebie.

Odwróciłam się do ojca i podeszłam tak blisko, że niemal czuł mój oddech. Mówiłam na tyle cicho, by reszta zrozumiała jak najmniej:

— CO TU, DO CHOLERY, SIĘ DZIEJE?

Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? Ultimatum nadal obowiązuje. A jeśli zaraz nie przestaniesz, zgłoszę tych wszystkich popierdolonych psychopatów — razem z tobą — na policję. I pozwolę temu za mną dalej cię szkalować, bo, o zgrozo, ma sto procent racji.

Panie Eddie Brock.

— Dario, usiądź. Przepraszam za niewychowanie pozostałych osób. Powinienem sam się tym zająć — wtedy wszystko na pewno byłoby mniej pogmatwane — odezwał się nieznajomy mężczyzna, z uśmiechem i miną, jakby właśnie medytował z motylkami na skraju góry. Uosobienie spokoju. Poczęcie niewinności.

I choć nie mogłam sobie przypomnieć skąd, była dziwnie znajoma. Angielski tego faceta był jeszcze bardziej poprawniejszy niż mój. Niski, pewnie po sześćdziesiątce, z bujną czupryną na głowie i zaokrąglonym brzuszkiem. Tak niski, że w szpilkach bylibyśmy równi.

I tak staliśmy, wszyscy w kółku, jak w jakimś westernie. Tylko muzyki Ennia Morricone brakowało. Czekaliśmy, kto pierwszy wystrzeli. I czym. Założyłam ręce na piersi i, kurwa, usiadłam. Bo ten starszy pan, szczerze mówiąc, mógłby mnie odstrzelić za brak manier. Ten wysoki psychopata — no cóż, znowu mógłby mnie złapać i przygwoździć do ściany jak plakat na obozie survivalowym. Pani Mei wyglądała już jak duch — jeszcze chwila i dostałaby zawału. A mój ojciec? Pewnie zakrztusiłby się swoim whisky i tyle byśmy go widzieli. Usiadłam na puszystej pufie w kolorze kawy, a Pani Mei przyniosła mi kapcie. Uśmiechnęła się znowu, z tą swoją pełną serdeczności twarzą. Jakby budowlaniec z łopatą właśnie strzelił mi w pysk.

Uciekłam jej. Zwyzywałam jej syna. I po części — ją też. Porównałam do pełzających węży, jakby była królową całego terrarium. A teraz patrzy na mnie tak, jakby nic się nie stało. Jakby nadal zasługiwałam na ciepło. Przeraził mnie widok własnych stóp — całe czarne, jakbym przez ostatnie dni nie walczyła o życie, tylko kręciła nowy sezon „Boso przez Pekin”.

Wsunęłam puchowe kapcie — o dziwo, różowe, jeszcze z metką.

Pani Mei… Kupiła je pewnie dla mnie dzisiejszego feralnego ranka. Jakby przeczuwała, że dziś zostanę uwięziona w różowo-złotej klatce.

Wuj przemówił ponownie.

Domyślałam się już, że to ten sławny wujek, który pociągał za wszystkie sznurki. Jebany „Nauczyciel” z Kodu da Vinci.

Ciekawe, jaką minę miałby nasz King Kong, gdyby się dowiedział, że przypadła mu rola Silasa.

No cóż. Ma wzrost. Ma też obsesję. Brakuje tylko habitu i różańca wbitego w ramię.

— W tej sprawie jest wiele rzeczy, które nie trzymają się sensu, DaLiyaa — powiedział cicho. — Dlatego zanim zacznę… a na pewno nie powiem Ci wszystkiego od razu… proszę Cię o jedno. Uwierz w każde słowo.

Zamilkł na moment, jakby próbował sięgnąć do wspomnienia, które paliło od środka.

— Ja też kiedyś byłem na Twoim miejscu. Słyszałem te same słowa. I nie uwierzyłem. Teraz… zbieram tego okropne skutki.

Wyciągnął dłoń.

Była zdeformowana. Jakby oblana kwasem, powoli odklejała się od reszty ciała, jak niechciany przeszczep, który organizm próbował odrzucić.

— Twoja matka… ona wierzyła.

Ja nie.

I nie byłem jeszcze gotów.

Podszedł bliżej mnie i zatrzymał się na tyle blisko, że mogłam dostrzec delikatną poświatę łez w jego oczach.Czyli nie ma już odwrotu…

Siedziałam jak zbity kot, bo mój umysł nie potrafił połączyć faktów — porwania, Chin i tego, że każdy nagle mieszał w to moją zmarłą matke.

Nagle usłyszałam chrząknięcie dochodzące zza pleców starszego mężczyzny.

— Może ja już pójdę? — rzucił cicho, zerkając gdzieś w bok. — Nie chcę psuć atmosfery… zresztą to wasze prywatne sprawy. Do zobaczenia.

Już odwracał się na pięcie, jakby chciał uciec z tego pokoju i tej rozmowy, kiedy głos jego matki zatrzymał go w pół kroku.


— Nie możesz, Jun…

Ta sprawa dotyczy również Ciebie, synu.

— Tato…

Spojrzałam mu w oczy, ze łzami, które nie zdążyły jeszcze spłynąć. Zawołałam, jak mała dziewczynka otoczona przez potwory, jak wtedy, gdy nie wiedziałam, gdzie się schować przed nocą i strachem.

— Tato, proszę cię… wyjdźmy stąd. Poradzimy sobie sami.

Wstałam, ruszając w jego stronę. Każdy krok był błaganiem. W myślach szepnęłam: Boże, jeśli istniejesz, tchnij w niego chociaż odrobinę troski. Chociaż cień serca.

— Wszystko będzie dobrze — wyszeptałam. — Wrócimy do domu. Obmyślimy plan na nowo. Uciekniemy. Nikt nas nie skrzywdzi…

Spojrzałam na niego, jakbym próbowała przekonać nie tylko jego, ale i siebie.

— Przecież… to wszystko to jakieś bzdury, prawda?

— Bardzo bym chciał. — odpowiedział cicho, jakby każde słowo bolało go bardziej niż poprzednie. — Ale po śmierci twojej matki… zrozumiałem, z czym mamy do czynienia.

Zrobił krok w moją stronę. W jego oczach nie było już tej obojętności, którą znałam. Była tam złość. Strach.

— Nie pozwolę, żeby to coś zabrało mi również Ciebie.

Jego głos się załamał, ale nie odwrócił wzroku.

— Przysięgam ci, że zrobię wszystko… wszystko, żeby cię ochronić.

Ty i Jun zostaliście złączeni.

Tak postanowiła Hanyue — ponad pięćset lat temu.

To nie była zwykła przepowiednia.

To był wyrok przeznaczenia.

Albo się spełni…

Albo będzie zbierać żniwa.

Każdego, kto odważy się stanąć temu na drodze.

Powiedział to tak, jakby recytował zaklęcie. Głośno. Wyraźnie. Każde słowo uderzało jak młot.

Nie…

To nie było zaklęcie. To był rozkaz.

Kolejny cholerny rozkaz.

Czułam, jak powieka mi drży. Znowu.

Nie ze zmęczenia.

Ze złości.

Takiej, co aż piecze pod skórą.

Troje najstarszych wyglądało, jakby byli jakimiś jebanymi wysłannikami losu.

Twarze poważne, jakby właśnie zeszli z góry po tygodniowej medytacji i teraz mieli wręczyć mi klucz do przeznaczenia.

Twardzielowi opadła szczęka.

Dosłownie.

I chyba długo będzie dochodził do siebie.

Powodzenia, naprawdę. Niech zasmakuje w roli ofiary —

chętnie się podzielę.

Mam już doświadczenie. Ty dopiero zaczynasz.

— Daria, proszę cię… nie walcz — powiedział ojciec.

Ton miał jak z poradnika: „Jak zachować się, gdy twoja córka zostaje obiektem magicznego rytuału i wszystko wali się na łeb”.

Patrzył na mnie jak instruktor ze szkolenia emocjonalnego —

spokojny, opanowany. Ojcowski.

Aż się we mnie zagotowało.

— A przepraszam, bo ty to masz doświadczenie, tak?

W takich magicznych sprawach?

To nie było wojsko, tylko Alcatraz z kart tarota?!

— Przepraszam, że robię ci wstyd przy kolegach — wycedziłam. — Może powinnam była włożyć szaty ofiary i milczeć w kącie jak grzeczna bohaterka przepowiedni?

— Zgadzam się z Darią — odezwał się nasz drugi poszkodowany.

Oczy wystrzelone w kierunku Wypierdalam stąd.

W sumie — rozumiem. Też bym tam teraz spojrzała.

— Nie wiem… Wy sobie jakieś jaja robicie?! — fuknął.

Głos mu zadrżał, ale nie od emocji — raczej od przeładowania.

— Mam na głowie pierdyliard spraw, którymi TY mnie zawalasz.

Pilnuję, żeby ten kraj w ogóle jeszcze istniał, trenuję twoich pieprzonych żołnierzy, a TY bawisz się w… w takie coś?!

Machnął ręką dookoła, jakby próbował objąć gestem całą tę farsę.

— Prezydent Chin ma czas, żeby odpierdalać takie rzeczy?!

— Wychodzę stąd. A wy jesteście siebie warci.

Spojrzał na matkę.

— Wiesz co, mamo… Może czas, żebyś wreszcie zaczęła myśleć samodzielnie. I też opuściła ten krąg zjebów.

Zapanowała cisza.

— Ty nie rozumiesz, chłopaku, powagi tej sytuacji — odezwał się mój ojciec, stając przy Junie i łapiąc go za ramię.

To był błąd.

Jun momentalnie wykręcił mu rękę.

Pani Mei aż zadrżała i złapała się za serce.

— Jun!! Proszę, uspokój się!

— Właśnie o to chodzi, że nie.

I nie chcę rozumieć — wysyczał Jun do ucha mojego ojca, patrząc na nas wszystkich jakbyśmy byli uosobieniem zła.

W jednej sekundzie rzucił go na podłogę.

I po prostu… wyszedł.

Drzwi trzasnęły. Cisza opadła na pokój jak ołów.


Prezydent Chin. Boże, no tak… Może dlatego ta twarz już kiedyś mignęła mi przed oczami. Jezu, tutaj nawet nie ma odpowiednich słów. Stałam jak wryta. Ojciec dolewał sobie whisky przy barze, pewnie zlizywał łzy po spotkaniu z podłogą. Pani Mei nadal kurczowo trzymała się mojego boku.

A Pan Prezydent… Zostańmy przy tym tytule, dobrze? Bo w głowie mam kilka smaczków, które aż się proszą o wypuszczenie, ale wolę nie wylądować w pekińskim pierdlu za obrazę głowy państwa.Rozejrzałam się dookoła. Za oknami robiło się już ciemno. Bez dokładnej godziny i z tą całą zmianą czasu kręciło mi się w głowie.

Mamo… przytul mnie.

Tak bardzo potrzebowałam w tej chwili miłości. Tego jednego dotyku, który mówiłby „wszystko będzie dobrze”. Ale nie mogłam. Nie tutaj. Nie teraz. Musiałam dalej walczyć o swoje życie.

Nie martw się, mamo. Urodziłaś wojowniczkę.

Nie poddam się.

Spróbowałam ponownie wykrzesać z siebie minę anioła i zwrócić się do Pana Prezydenta.

Ale przynajmniej będę miała świetną anegdotkę na przyszłość:

„Dario, za Chiny się nie spodziewałam.”

No cóż… ja też.

— Proszę Pana, przepraszam za moje rozdygotanie… i irytację całą tą sytuacją, ale, jak sam Pan widzi, znalazłam się w dość… niewygodnym położeniu.

Proszę, pozwolić mi wrócić do domu. Zapomnieć o wszystkim.

Rozumiem, że Pan choruje, i naprawdę — przykro mi z powodu ręki.

Ja też, będąc na Pana miejscu, szukałabym różnych wytłumaczeń.

Ale niestety… nie mogę Panu pomóc.

Jestem tylko zwykłą dziewczyną, która bardzo tęskni za domem.

Obiecuję, że nikt się nie dowie, że to Pan porwał mnie z własnego mieszkania.

Naprawdę. Zachowam to w tajemnicy.

Słowo harcerza.

Ironia? Nie… skądże znowu.

To przecież tylko uprzejma prośba. W pełni dyplomatyczna

Na koniec dorzuciłam uśmiech.

Taki specjalny — zarezerwowany na sesje zdjęciowe we Florencji, w złotym świetle zachodzącego słońca.

Elegancki. Oziębły. Perfekcyjny.

Udław się nim, matole.

Głowa państwa spojrzała na mnie… i pokręciła głową, jakby w duchu pytał zaświaty: „To na pewno ona?”

Potem rzucił coś do Pani Mei — cicho, szybko, po chińsku — i wyszedł.

Ot, po prostu. Tym swoim prezydenckim chodem, jakby właśnie skończył konferencję w Białym Domu, a nie rozmowę z porwaną dziewczyną z Polski.

Wodnik

Gdy tylko wyruszyłem w drogę do tego nieszczęsnego centrum, telefon nie przestawał dzwonić.

Wuj.

Cholera, nie teraz.

Jechałem ze dwie stówy na godzinę moim Astonem.

Może jak przywalę w drzewo, to ten cyrk się skończy.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Taka myśl potrafi poprawić humor.

Pewnie dlatego nikt nie chce ze mną jeździć.

.

Wkroczyłem do łazienki i…

Scena jak z „Lśnienia”.

Leżała tam w kałuży krwi.

Serio, nie ma jakichś tabletek na równowagę?

Nie ruszała się. Nawet gdy stanąłem przy niej.

I wtedy, nie wiadomo skąd, dopadło mnie coś, co przez lata opanowałem do perfekcji tłumić.

Wyrzuty sumienia.

Może oni naprawdę chcą ją wykorzystać?

Jest piękna. Cholernie piękna.

Kto by nie chciał się w niej zakosztować?

Przestań. To twój wujek.

On by jej nie skrzywdził.

Prawda?

Klęknąłem przy niej na zimnych kaflach.

Cisza.

Była bosa, lodowata.

Złapałem ją za talię i przyciągnąłem do siebie.

Może jak się ogrzeje, wróci do siebie.

Dłoń sama powędrowała na jej policzek.

Miękkość. Ciepło.

Skarciłem się natychmiast i cofnąłem rękę.

Ale to nie wystarczyło.

Położyłem ją jeszcze raz.

I przysięgam — nie dotykałem nigdy niczego miększego niż jej skóra.

Palce na jej talii zacisnęły się mocniej.

Jakby chciały z niej wycisnąć wszystko.

Miałem nieodpartą potrzebę… poczucia, że ją mam.

Że mam wszystko.

Ale ten moment trwał o ułamek sekundy za długo.

Za bardzo wciągnął.

Za bardzo smakował.

Zacząłem ją budzić.

Bo jeszcze chwila, a trzeba by odegrać hymn nekrofilom.

Jej usta zaczęły się poruszać.

Delikatnie.

Zaraz potem drgnęły rzęsy — jakby próbowała się przebudzić z koszmaru, który dopiero się zaczyna.

Wstawaj, królewno.

Ciekawe, jak długo będzie się ze mną siłować…

Zanim zrozumie, że jedyne, co może zrobić, to być posłuszna.

Otworzyła oczy i chyba myślała że się wyrywa ale tylko w swoje wyobraźni. Ręka mi nawet nie drgneła. Spojrzałem na nią a ona wyglądała jak ta jebana syrena. Nie wiem jak to u siebie włącza ale jej policzki nagle się rumienia usta jak by drwiły że jeszcze się w nie nie wgryzłem i ten wzrok jak by nucił mi w głowie melodie.

Palce aż mrowiły z uścisku.

Zasyczała z bólu.

Spodobało mi się to.

Postanowiłem okazać niezadowolenie z powodu jej żenującego planu

A ona?

Przyjęła zaproszenie do gry.

I próbowała się odgryźć.

Za dobrze jej to szło.

Za pewnie.

Więc postanowiłem, że odrobina strachu

może zniechęci ją do tych swoich syrenich oczu

i tego spojrzenia, jakby wiedziała o mnie więcej, niż powinienem zdradzić.

Zbliżyłem się do niej tak blisko, że mogłem poczuć jej oddech na własnej skórze.

Ciepły. Nierówny. Prawdziwy.

A ta cholerna melodia — grała coraz głośniej w mojej głowie.

Nucąc pokusę.

Nie wiem już, co mówiłem.

Słowa mieszały się ze złością, z pożądaniem, z czymś, czego nie chciałem nazwać.

Wszystkie siły włożyłem w to, żeby nie polizać tych pieprzonych ust.

Bo wyglądały…

Jakby tylko na to czekały.

Wyprostowała się w ułamku sekundy,

jakby wracała do życia tylko po to, żeby mnie zniszczyć.

Złapała się mojej koszulki,

wspinając się na mnie z siłą, której się nie spodziewałem.

W tej chwili nie wiem, co powiedziała.

Jakby mnie ktoś ogłuszył.

Jakby każda część mojego ciała słyszała tylko ją —

jej oddech, jej bliskość, jej cholerne istnienie.

Byłem gotów…

Zerwać z niej to ubranie.

Poczuć, jak pachnie jej nagie ciało.

Zanurzyć się w niej tak głęboko,

jakby to mogło wreszcie uciszyć ten pierdolony chaos w mojej głowie. Zrobiła to.

Dotknęła go kolanem.


I wtedy szanowna dama postanowiła wyłączyć swój syreni dar.

Zamiast oczarować — przywołała mnie do porządku.

Kopniakiem.

W jaja.

Scena jak z pieprzonego gwałtu.

Ona rzuciła się do ucieczki, a ja złapałem ją za nogi i przytwierdziłem do ziemi.

Później sam się za to skarciłem.

Jun, do cholery…

Jej głowa i tak była już wystarczająco poobijana.

Trochę delikatności.

To nie front, idioto.

Ale zabolało.

Tam, gdzie miało być dobrze.

I nagle poczułem tylko gniew.

Po co to robiła?

Bawiła się mną?

Testowała?

Spojrzałem na nią z pogardą.

Zimno.

I warknąłem, żeby się pozbierała z ziemi.

Leżała tam, jakbym właśnie naprawdę coś jej zrobił.

A to już był moment, kiedy przestało mi być wszystko jedno.

Zatrzasnąłem się na korytarzu.

Oparłem się o ścianę i złapałem za głowę.

Drwi z ciebie, Jun…

Ta małolata cię rozgrywa jak dzieciaka, a ty się zachowujesz jak prawiczek, który szuka dziury.

Zeszliśmy na podziemny parking.

Chciałem jej otworzyć drzwi — żeby nie uwaliła ich krwią.

Ale odepchnęła moją rękę, jakbym był jebaną trędowatą plamą.

Proszę bardzo, Pani Idealna.

Otwórz sobie te pieprzone drzwi sama.

Reszta drogi upłynęła w ciszy.

Myślałem o pracy.

Żeby nie myśleć o tym, o czym naprawdę chciałem.

Dojechaliśmy.

Samochód wuja już stał na podjeździe.

Nie powiem — miałem moment.

Taki jeden z tych, co potrafią uratować duszę albo spalić wszystko do zera.

Chciałem odjechać.

Po prostu ją stąd zabrać. Odstawić z powrotem do domu.

Zrobić sobie zdjęcie i deletować się nią na odległość. Ale nie.

To tylko dziewczyna.

Zwykła.

Taka, która myśli, że jej niewinność mnie skusi.

Że jej spojrzenia są wystarczające.

Niech spróbuje tych sztuczek na sześćdziesięcioletnim kowboju.

Zobaczymy, czy wtedy też będzie taka mądra.

Wysiadłem pierwszy i kazałem jej zrobić to samo. Mój głos zabrzmiał szorstko, ale tak miało być. Ledwo stanęła na nogach — zastanawiałem się, ile jeszcze zdoła znieść, nim życie całkiem ją dobije. Wyciągnąłem rękę. Tę samą, którą wcześniej odtrąciła, jakby była trędowata. Ku mojemu zaskoczeniu, położyła na niej swoją drobną dłoń. Dopiero wtedy zauważyłem siniaki. Nawet na palcach. Pewnie poobijała się, kiedy upadała. Jej paznokcie nadal błyszczały — jakby przypominały o świecie, z którego ją wyrwano.

Schyliłem się powoli, by jej nie wystraszyć, i przerzuciłem ją przez ramię. Wszystko odbywało się w ciszy. Z boku można by pomyśleć, że niosę ukochaną do domu. A ja zanosiłem ją do jej porywacza. Siebie. Wszystkie komórki mojego ciała się ze sobą kłóciły. Ale nie mogłem pozwolić, by zauważyła moje napięcie. Trzymałem ją mocno, dłonie na jej udach, a jej ciało co chwila ocierało się o mnie. To był przypadek. Przynajmniej tak sobie powtarzałem. Shuang zawsze mi się podobała — była szczupła, proporcjonalna. Ale ta dziewczyna… Ta sylwetka nie miała nic wspólnego z chłodną estetyką. Była chaosem i pragnieniem. A ja nie powinienem nawet o tym myśleć.

Doszliśmy do salonu, a ona położyła głowę na moich plecach tak łagodnie, że przez moment naprawdę pomyślałem, że zasnęła. Przez krótką chwilę miałem wrażenie, że niesie mnie jakąś ufnością. A potem spojrzałem przed siebie.

Pozostała część towarzystwa stała w salonie jak jebana masoneria — sztywno, bez emocji, jakby każdy z nich wiedział coś, czego ja nie wiem. Jakby to oni kontrolowali każdy mój ruch.

Stałem tam i próbowałem odgrodzić się od wszystkiego. Wygłuszyć otoczenie. Nie nasiąkać ich brudami, nie brać na siebie cudzych śmieci. To nie moje. Nie chcę, nie potrzebuję, nie dotyczy mnie.

Ale gówno prawda.

Ich głupota zaczynała jednak sączyć się do mojej głowy. Przez słowa, spojrzenia, to napięcie, które rozlewało się po pokoju jak tłusta plama na wodzie. Im bardziej próbowałem nie słyszeć, tym bardziej do mnie docierało. Jakby mój mózg sam uznał, że trzeba się pochylić nad tym dramatem.

Zrobiło się dziwnie. Niekomfortowo. A może po prostu byłem już zmęczony tym udawaniem, że mam wszystko pod kontrolą.

I jeszcze mnie w to wszystko wciągają. Wbrew mojej woli. Wbrew rozsądkowi. A ja próbuję to wszystko trzymać na wodzy — gniew, zmęczenie, irytację, przyciąganie… Fakt, że muszę się karać już samą myślą o niej.

Ale to wszystko puściło. Posypało się. Nawet matce się oberwało.

A ta dziewczyna? Nie zdziwiłbym się, gdyby maczała w tym palce. Może nawet od początku. Chcieli mnie złamać. Widział, do czego jestem zdolny. I pewnie zazdrość zaślepiła starca. To nie przeznaczenie. To pieprzony spisek przeciwko mnie i mojej matce — tej, która zawsze stała przy jego boku jak wierny cień.

Pocałujcie mnie wszyscy w dupę.

Zobaczymy, jak twoja maszynka będzie działać beze mnie.

Jebany kutas myślał, że jego wiotka łapa ma jakiekolwiek szanse w starciu z moją siłą. Spotkał się z podłogą, i dobrze mu tak.

A reszta niech nawet nie próbuje iść w jego ślady, bo mam nieodpartą ochotę kogoś zabić.

Dojechałem do domu.

W samochodzie udało mi się przekonać samego siebie, że po prostu im odbiło — za dużo wolnego czasu, za mało rozsądku. Tyle.

Jutro porozmawiam z Xi. Jeśli okaże się, że to wszystko było ukartowane przeciwko mnie — odejdę z honorem.

Umyłem się i ległem na łóżku jak kłoda, twarzą w poduszkę.

Czas, żeby te przeciążone mięśnie miały chwilę na regenerację.

Ale z odpoczynku nici, bo moja głowa postanowiła inaczej.

Sen…

Nie wiem, czy był piękny, czy koszmarny.

Chyba jedno i drugie.

Widziałem matkę.

Ganiała mnie po domu, a ja — mały Jun — uciekałem przed tym skrzydlatym aniołem ze śmiechem.

Potem jej głos… łagodny, ciepły, znajomy.

— Jun, mój mały Jun… Pamiętaj, skarbie, że mama kocha cię mocniej, niż ziemia kocha słońce.

— A ja Ciebie mamo.

— A teraz co będziemy robić?

— Opowiem Ci legendę o tym jak dawno temu los postanowił złączyć ze sobą ma zawsze dwie dusze.

— Mój mądry, silny chłopak.

Obudziłem się gwałtownie. Serce tłukło się, jakby miało coś do udowodnienia.

Nie pamiętałem tego.

I właśnie w tym tkwił problem.

Do dziesiątego roku życia mam w głowie czarną dziurę.

Jakby mój mózg zaczął zapisywać wspomnienia dopiero później.

Pustka.

Nic.

Jakby ktoś wyciął całe dzieciństwo nożem chirurgicznym i zostawił tylko bliznę, która boli wtedy, kiedy powinna dawać ciepło.

A jednak w śnie to było. Matka, dom, legendy.

Czy to tylko iluzja? Czy może coś się przebija przez zasłonę?

Nie wiem. Ale wiem jedno — to uczucie, które miałem we śnie, nie było obce.

Jakby ktoś je kiedyś we mnie zaszczepił, zanim zdążyłem zrozumieć, kim jestem.

Nagle zawył alarm. I już wiedziałem, co się szykuje.

Otworzyłem spokojnie oczy.

Mój organizm nie reaguje bez powodu — on już wie, kiedy trzeba się przygotować na kolejną wojnę.

Podszedłem do okna.

Cienie.

Widziałem ich wyraźnie. Nawet nie próbowali być dyskretni, banda idiotów.

Nie zdziwiłbym się, gdyby to byli odrzutki — najgorszy sort, który sam odrzuciłem przy naborze do armii.

Zbyt tępi.

Moi żołnierze nigdy nie stanęliby przeciwko mnie. Nigdy.

Wstałem, sięgając po koszulkę i dresy.

— No panowie… chodźcie do tatusia — mruknąłem, zakładając bluzę.

Czas pogadać jak faceci. Może nawet się pobawimy, skoro już przyszliście bez zaproszenia.

Ryby

Ominę sobie żenujące łkanie ojca, kiedy ten jego staruszek w końcu wyszedł.

„Dario, jak ty wyglądasz… jak się czujesz… wszystko się ułoży… robię to dla twojego dobra.”

Serio?

Ty byś nawet dupę koniu pocałował, gdyby ci za to dali flaszkę, Panie Supermenie.

Nie udawaj bohatera, skoro całe życie grałeś ogona.

To wszystko oczywiście nadal mówiłam tylko do siebie.

Bo rzucić mu to prosto w twarz? Tyle obelg naraz?

Nie, jeszcze nie jestem aż tak popsuta. Jeszcze.

Zamiast tego spojrzałam na niego z tą moją nową, wyćwiczoną obojętnością.

— Powinnam była posłuchać się dziadków.

Powiesić się razem z matką.

Bo jak to oni mówili?

„Zniszczyliście nam synka.”

Odwróciłam się w stronę drzwi.

— Dobranoc.

Zamoczyłam się w wannie, która stała tuż obok tego idiotycznie wielkiego prysznica.

Dobra, Daria. Zamknij oczy i wyobraź sobie, że to ta scena z Grimem.

...Nie no, kurwa. Nie mogę. Nie ten klimat, nie ten nastrój.

Zamiast Grima miałam przed oczami grecką tragedię.

Moje życie.

Niepotrzebnie wspominałam o dziadkach. O mamie.

Teraz to wszystko odbija się jak szambo — wylewa, śmierdzi i nie da się tego zatrzymać.

Dziadkowie zajęli się mną po odejściu taty, ale nigdy nie wybaczyli mojej matce.

Za to, że musieli teraz pilnować „jej nasienia”, jakby byłam jakimś produktem po niej.

Patrzyli na mnie i widzieli kobietę, która — w ich oczach — zniszczyła im synka.

Szkoda, że nigdy nie pomyśleli, że może to ich nasienie było już dawno spaczone.

Czy to już obłęd?

Leżę w wannie i wyobrażam sobie, jak woda wsiąka w moje żyły i budzi mnie do walki.

Jakby każda kropla miała siłę, której mi brakuje.

I gdy tak sobie czarowałam w myślach, usłyszałam rozmowę.

Pani Mei i… ojca.

Ściany w tej łazience musiały być cienkie jak papier, bo słyszałam wszystko.

Słowo w słowo.

Mimo że szeptali, jakby byli judaszami na tajnym spotkaniu.

Moja głowa bardzo dokładnie zarejestrowała te słowa.

— Daria musi tu zostać. Inaczej skończy jak jej matka.

Powiedział to.

Wreszcie to powiedział.

Zawsze o tym myślał, widziałam to.

Miał to w oczach — ten instynktowny lęk.

Bał się mnie. Bo mnie nie znał.

Nie wiedział, jak naprawdę wyglądały moje dni z mamą, kiedy on podbijał nowe kraje ze swoim pieprzonym karabinem.

Bał się, że jestem taka jak ona.

Że mogę być „opętana”.

Tak właśnie się do niej zwracał w każdej kłótni.

„Opętana.”

Jakby była jakimś demonem, który go kiedyś omamił… i zostawił z dzieckiem, którego nawet nie próbował zrozumieć.

Czy ja kiedyś znajdę miejsce, które nie będzie próbowało mnie sobie zabrać?

Te słowa wystarczyły, żebym zrozumiała jedno: zabawa się skończyła.

To nie jest 365 dni.

Nikt nie będzie mnie tutaj głaskał po głowie.

Oni nie chcą mojego ciała.

Chcą mojej głowy.

A ona należy tylko do mnie.

W tej chwili jedyne, o czym myślałam, to czy moja różowa piżamka, którą dostałam przetrwa podróż przez tę chińską dżunglę…

I czy warto marnować czas na założenie butów.

Wstałam. I tak, czułam to.

Tym razem moją idolką nie była Lara Croft.

Tym razem to była „Klątwa”. Kojarzycie?

Ta miła babeczka, która za swoje dobre serduszko została zabita w najbardziej popierdolony sposób…

A potem wróciła i zajebała wszystkich.

Tak po prostu.

Bo mogła. Bo miała dość.

Bo lubiła.

Odrywanie głów zostawmy na moment, kiedy będę miała wszystkich grzecznie pod ręką.

Na razie — spierdalam doładować baterie.

Założyłam piżamę, i te jebane różowe kapcie.

Nie wychodziłam z łazienki do pokoju — tamte okna wychodziły prosto na front.

Tak, Daria tym razem naprawdę to przemyślała.

Włączyłam suszarkę — dla alibi.

Po cichu uchyliłam okno.

Na szczęście bogacze nie cierpią tanich małych okien, więc nie musiałam się przeciskać jak w horrorze klasy B.

Mały szczegół: to było pierwsze piętro. A na dole — busz.

Okej.

Głęboki oddech, Daria.

Stoisz już na parapecie. A oni zaraz się zorientują, że coś długo suszysz te kudły.

Znalazłam na dole miejsce, które wyglądało na największe.

Czy to miało sens?

No, w mojej głowie — jak najbardziej.

Dla odwagi wyobraziłam sobie, że ta starsza pani zapierdala za mną z nożem, a tatuś z karabinem.

I hop…

Brawo, Daria. Prawie bezszelestnie.

Było już ciemno. I teraz nie wiem, czy to plus, czy minus w tej sytuacji. Kapcie trzymały się stóp jak przyklejone, a wokół mnie wyrastały gęste krzewy i drzewa. Zero jakiejkolwiek drogi.

Otrzepałam się jak pies i zrobiłam szybki przegląd techniczny: ramiona obdarte od gałęzi, w głowie pewnie fruwają luźne cząstki mózgu. Ale… udało się. Naprawdę to zrobiłam.

Wiecie, jak ludzie leżą w łóżku i oglądają filmy, to często pytają: „Czemu ona nie ucieka?”.

No więc — ja właśnie popuściłam ze strachu. Dlatego.

Rzuciłam się dalej do ucieczki, bo nie będę znowu tracić czasu na myślenie.

Jak wiemy z poprzednich akcji — nie wychodzi mi to zbyt sprawnie, a i talentu do tego mi poskąpiono.

Biegłam już dobre dziesięć minut, gdy usłyszałam krzyk ojca.

Wołał mnie tak przeraźliwie, że miałam wrażenie, jakby nawet drzewa się zalękły.

Japierdole.

W oczach łzy, w klatce piersiowej ból, serce chce wyskoczyć i spierdolić inną drogą.

I znowu te mroczki.

Nie, Daria. No fucking way. Nie będziemy teraz upadać, słyszysz?

Biegnij.

Biegnij, proszę, dla siebie.

Dla tej Darii, która płacze za mamą i której nikt nie chce przytulić.

Nie rób mi tego.

Boże, proszę…

Daj mi jeszcze jedną szansę.

Przysięgam, nogi jakby nie były nawet moje. Nie czuły zmęczenia, nie były połączone z ciałem. Po prostu biegłam.

I nagle…

Jest.

Widzę ją.

Brama. A wokół niej płot z metalowych prętów.

Co teraz? Nie myśl, nie kombinuj, nie filozofuj…

Chuj, wspinam się.

Jebany płot miał z pięć metrów i był cały w jakichś metalowych zdobieniach, jakby ktoś stwierdził, że ucieczka przez piekło musi wyglądać artystycznie.

Złapałam kapcie w ręce — bo sorry, ale boso zapierdalać nie będę — i byłam już prawie na górze, gdy znowu to usłyszałam:

— Dario! Nie wiesz, co robisz! Wracaj!!!

Drzewa znowu się ugięły. Ale nie ja.

To tylko tchórz z mocnym głosem.

Więc na drugą nóżkę, Daria.

I skaczemy. Odblokowałam kolejny poziom:

Helena uciekła Menelasowi bez pomocy Parysa.

A teraz pedałuję dalej.

Też Was wkurza, jak bohaterowie ledwo przekroczą płot i już robią sobie uroczysty odpoczynek?

Jeszcze balonów i konfetti brakuje.

A potem — oczywiście — z powrotem do wora, bo zbiry zdążyły ich dogonić.

Nie, dzięki. Ja lecę dalej.

A wokół mnie asfaltowa droga — prosta jak do nieba. Przyznam, już wtedy czułam te kłody u stóp. Szłam tą pustą, zimną, mokrą trasą. Miałam poczuć wolność. Ale zamiast tego czułam się jak rozdarta dusza, która błąka się po świecie. Wiecie czemu?

Bo mnie też nikt nie zauważa.

Mogłabym właśnie teraz wykrwawiać się na tej drodze, a jedynym, kto by zapłakał, byłby księżyc. Jestem jak duch — kiedy coś przesunie, przestawi, kiedy cię przestraszy, wtedy go widzisz. Ze mną jest dokładnie tak samo. Dopiero gdy zrobię coś fizycznego, gdy padnę z wycieńczenia, gdy osiągnę coś namacalnego — wtedy ludzie zauważają. Ale nie wtedy, gdy niosę ciężar, który w połowie oni mi dołożyli.

A mimo to idę dalej.

Ratuję tę wartościową, mądrą dziewczynę.

Nie wiem, ile już przeszłam, ale po bokach wciąż ciągnął się ten sam czarny las. Pewnie uznali, że właśnie tam wbiegłam — w zarośla, w noc, w niebyt. Bo czasem z głębi dało się usłyszeć wołania. Echo ich głosów nie niosło ratunku, raczej napięcie.

Żaden samochód nie przejeżdżał tą drogą. Nawet duchy chyba miały dziś wolne. Dopiero po jakimś kwadransie asfalt zaczął się rozszerzać — najpierw nieśmiało, potem pewnie — w dwupasmówkę. Minęłam jakąś tablicę. Powinnam ją przeczytać, ale szczerze? Wszystkie moje siły koncentrowałam na tym, żeby po prostu iść.

Jak trzeba będzie — to i do Polski. Na piechotę. Boso.

Niestety, organizm miał już serdecznie dość moich heroicznych planów. Duch może i chciał iść dalej, ale ciało? Ciało postanowiło zamknąć oczy. Na chwilę. Tylko na moment. I wtedy usłyszałam samochody.

Jakby ktoś walnął we mnie defibrylatorem. Tryb wybiegowy włączył się sam — tak z automatu, jakby moje nogi przypomniały sobie, jak to jest być modelką na pokazie. Babo, jak nie chcesz wyjść na totalną dzikuskę, to przynajmniej nie człap jak Emily Rose po egzorcyzmie. Idź jak dama w opałach. Z gracją. Albo chociaż z resztką godności.

Samochody mijały mnie bez choćby jednego spojrzenia przez okno. Tryb ducha nadal aktywny. Oficjalnie jestem niewidzialna.

Wejście do miasta wyglądało niewinnie. Trochę jakby ktoś próbował cię przekonać, że to bieszczadzka wieś z jednym sklepem i psem w budzie. Dopiero potem odkrywasz, że wlazłaś do scenografii z filmu science fiction.

Nie wiem, czy to był fart, czy Bóg miał mnie już serdecznie dość i postanowił zakończyć naszą roszczeniową kłótnię, ale weszłam w uliczkę, która wyglądała jak żywcem wyjęta z cyberpunka.

Sklepy z ekranami, jakieś anime leciało na gigantycznym wyświetlaczu zawieszonym nad alejką. Była noc, ale ludzie tu chyba żyli w innej strefie czasowej. Restauracje, butiki, pokazy dronów — tak, zdecydowanie centrum. Albo przynajmniej tak mi się wydawało.

Bo dla dziewczyny z Polski to już był szczyt nowoczesności. I coś mi mówi, że gdybym naprawdę zobaczyła faktyczne centrum tego miasta, to zeszłabym na zawał z przebodźcowania.Musiałam obrzydliwie śmierdzieć, bo ludzie zaczęli się oglądać. Z tą miną — wiecie, tą charakterystyczną, jakby właśnie ktoś im wsadził zgniłe jajo pod nos. Ja pierdolę, serio. Porażka życia. Nigdy nie sądziłam, że doprowadzę się do takiego stanu.

Miałam ochotę pokazać im środkowy palec i wrzasnąć, że to nie ja się w tym gównie taplałam, tylko mój osobisty Papa Smerf mnie tak urządził.

Ale nie, szłam dalej. Z miną „trochę przepraszam, że tu jestem” i „trochę spierdalajcie wszyscy, bo zaraz kogoś ugryzę”. Idealna równowaga między ofiarą losu a bombą z opóźnionym zapłonem.Alejka była długa i zapełniona ludźmi jak z „Niekończącej się opowieści” — tylko zamiast fantazji, czuć było pot, smażone tofu i stres. Musicie tu kiedyś przyjechać, serio. Tylko najlepiej z własnej woli. I z gazem pieprzowym.

Muszę jakoś skontaktować się z Alicją.

Na policję się nie zgłoszę — bo pewnie odwiozą mnie z powrotem do tego pieprzonego wąwozu, a drugi raz już nie będę taka odważna, żeby znów robić pielgrzymkę do miasta w piżamie i strachu.

Niestety, nie jestem typem duszy towarzystwa, co ma znajomych w każdym kraju. Więc teraz, kiedy naprawdę potrzebuję jakiegoś „międzynarodowego wsparcia” — nie mam do kogo pójść.

Alicja. Moja jedyna droga awaryjna.

Nie obraź się babo, ale ta opcja trochę mnie przeraża. Więc przekonałam samą siebie, że podejdę do jakiejś osoby i poproszę o telefon. Brawo ja. Tylko że zanim to zrobiłam, zdążyłam już trzy razy przewrócić oczami z zażenowania na własną nieporadność.

Wiem, wiem — każdy normalny człowiek już dawno by podbiegł do pierwszego lepszego przechodnia i błagał o pomoc. Ale ja oglądam filmy.

A z filmów wiemy jedno:

Trzeba dobrze wybrać, komu rzucasz się w ramiona z tekstem „Pomóż mi, bo zaraz padnę trupem”.

Bo co jeśli trafię na kogoś, kto zadzwoni… po policję? Albo, co gorsza, sam mnie tam odprowadzi jak bezdomnego szczeniaka?

A może stwierdzi, że wyglądam jak menelka po melanżu i zacznę straszyć dzieci?

Muszę wyselekcjonować człowieka, który wygląda jak opcja „nie sprzeda mnie do obozu.Chodziłam i przyglądałam się ludziom. Każdy taki sam. Jezu, nie że coś złego — są piękni i w ogóle, okej? Ale zrozumcie mnie: jestem zmęczona. I nic mi nie pasuje.

Otuliłam się ramionami, jakby to miało cokolwiek zmienić, i wtedy… spadł deszcz.

Serio? Dzięki, Panie Wszechmogący. To naprawdę świetne. Zdecydowanie lepsze niż ciepła kąpiel i kocyk z Netflixem.

Schowałam się pod daszkiem jakiejś budki. Czy ja w ogóle mogę mówić „chińska budka”? Bo tu wszystko jest chińskie. Budka też. Daszek obwieszony lampionami, w środku sushi tak pachnące, że czułam się jak bezdomny, który patrzy przez szybę na czyjeś urodziny.

I najgorsze?

Naprawdę tak się czułam.

Stałam tam, głodna, przemoczona, z dumą w kieszeni i miną „proszę, wszechświecie, daj mi chociaż jeden okruszek.Deszcz napierdalał już na tyle mocno, że moje kapcie zaczęły się rozwarstwiać. Serio. Głupie, różowe buciory. Gdybym mogła, wywaliłabym je w najbliższy śmietnik i jeszcze postawiła znicz.

Wpatrywałam się w nie ze wzrokiem mordercy, gdy z boku usłyszałam ten typowo angielski akcent:

— Hej, wszystko w porządku, potrzebujesz pomocy?

No i super, Daria. To ty miałaś szukać pomocy, ale oczywiście musiałaś tak długo czekać, aż pomoc sama cię znajdzie. Bo przecież jesteś uparta jak osioł z dyplomem.

Odwróciłam się.

I nie. Po prostu nie.

Panie Boże, serio? Próbujesz mnie upokorzyć estetycznie?

Przede mną stał… Achilles.

Nie żartuję. Ten grany przez Brada Pitta.

Blond włosy zaczesane do tyłu, lekko za ucho. Oczy zrobione chyba z jakiegoś lodu arktycznego — tak krystalicznie niebieskie, że aż mnie cofnęło. Ciepła opalenizna, twarz delikatna, romantyczna. A wzrost? Idealny. Nie za wysoki, nie za niski. Takie 178, że człowiek czuje się mały, ale nie jak Hobbit.

Nie wyglądał na zbira.

Nie wyglądał na człowieka, który wie, co to smutek.

Wyglądał… jakby przyszedł z innego filmu. A ja byłam z tej taśmy z przeceny.

Człowieku, nie rób sobie tego. Odejdź. Jesteś za piękny na tę wersję mnie.

Wersję w rozmiękłych kapciach, przemoczonym dresie i brudnym sarkazmie.

Wodnik

Mówiłem już, że to były odrzutki?

I tak właśnie ich potraktowałem. Nie zasługiwali na godną śmierć.

Dwóch typów wparowało przez drzwi, chcąc mnie obalić.

Ciotę po prawej kopnąłem na biurko, aż się złamało pod jego ciężarem.

Tego z lewej złapałem w trójkąt i dusiłem, dopóki nie wypluł duszy razem ze śliną.

Bez emocji.

Wyciągnąłem broń i ruszyłem korytarzem.

Z kuchni padły strzały. Przycisnąłem się do ściany, poczekałem, aż sobie postrzelają — zero taktu.

Czekali za lodówką. Do zabijania trzeba mieć jaja, nie płuca i dobre kryjówki.

Wyszedłem im na spotkanie.

Jedna kulka. Drugi łeb.

Koniec.

Na plecy skoczył mi jakiś desperat i wbił nożyk do masła w udo.

No… wkurwiłem się.

Spojrzałem mu w oczy i już wiedział, że ma przejebane. Nie miał siły nawet wyciągnąć tego swojego heroicznego ostrza. Przewróciłem go na ziemię, a potem dostał butem w ryj. I jeszcze raz. I jeszcze.

Kluczyki. Gdzie są te jebane kluczyki.

Rozglądam się po kuchni.

Zawsze je gdzieś jebnę i zapominam. Kurwa, klasyka.

Znalazłem. Byłem już prawie na miejscu.

Jeśli moja matka mi tego nie wyjaśni… przysięgam, że wypatroszę człowieka na jej oczach.

Co do chuja, to ma być ta cała rodzinna tradycja i klasa?

Dojechałem.

Zaparkowałem pod samymi drzwiami i serio — byłem o krok od tego, żeby po prostu w nie wjechać.

Wchodzę, nabuzowany.

W kuchni ciemno. Tylko ona — moja matka — siedzi przy metrowym blacie.

Płacze.

— Nie musisz płakać.

Żałoba odwołana. Tak łatwo się mnie nie zabija.

— Jun…

Podniosła wzrok. Jakby właśnie zobaczyła smoka.

Może dlatego, że byłem cały we krwi.

Podeszła. Objęła mnie.

— Mamo, proszę… nie zamykaj się znowu. Powiedz mi, co się dzieje.

Wiesz, że mogę ich wszystkich zabić. I będzie po problemie.

— Co ci się stało, dziecko… — szepnęła, zapłakana.

— Jakieś zbiry wparowały mi do domu.

Bez zaproszenia.

Podniosła ręce, jakby to, co powiedziałem, było już za dużo.

— Boże… jak długo Hanyue będzie nas jeszcze karać…

— Ja pierdolę, mamo. Ty dalej w te swoje paranoje? — Odsunąłem się od niej gwałtownie i oparłem o blat. — Czyli to nie ty, ani nie Xi wysłaliście te cioty do mojego domu? — spojrzałem na nią spod brwi, lodowato.

— Synu…

— Twój wujek ma cię za syna. Nikt nie chce was skrzywdzić. Wręcz przeciwnie.

— Nas… czyli ona nie maczała łap w tym całym spisku?

— W jakim spisku, Jun? Nie. Ona też jest przerażona. Tak samo jak ty. A teraz… teraz nawet nie wiadomo, czy w ogóle ją jeszcze zobaczymy.

— Co?!

Matka zrobiła minę, jakby mówiła już o duchu, a nie o żywej osobie.

— Usłyszała jakieś bzdury, którymi jej ojciec próbował mnie przekonać. Mówił, że Darię trzeba pilnować non stop, że trzeba nią kierować, bo… ma rzekomo problemy psychiczne. Na końcu dorzucił, że może skończyć jak jej matka.

— Czyli jak? W psychiatryku?

— Jun. Ona się powiesiła.

Cholera. Coś czuję, że ta historia też dobrze się nie skończy. Nic nie jest jasne, nikt nie ma chwili, żeby usiąść i pogadać jak człowiek — bo ciągle dzieje się jakieś pierdolone gówno.

— No okej, ale co z nią teraz?

— Uciekła. Przez okno w łazience. Jej ojciec próbował ją gonić, ale bez skutku. Prawdopodobnie pobiegła do lasu. W samej piżamie.

— Po pierwsze: zostawiliście ją samą w tym jebanym domu pełnym drzwi i okien? Po drugie: była pół naga i prawdopodobnie totalnie wkurwiona, a jak wiadomo — to idzie w parze z determinacją. Więc serio nie sądzę, żeby sobie romantycznie pobiegła do lasu. Ale oczytany Pan Wojak nie mógł ruszyć głową, co? Gdzie on teraz jest?

— Upił się i zasnął w salonie.

— Mam go stąd usunąć? — zapytałem.

— Nie, on jest niegroźny. Tylko zagubiony, jak każdy z nas. Jun, znajdź ją, proszę. Zaprowadź do wujka. On wam to wszystko wyjaśni od początku. Obiecuję.

Jak zwykle — Jun od brudnej roboty.

— Zawiozę ją, ale sam nie chcę mieć z tym nic wspólnego — rzuciłem i wyszedłem, zostawiając ją w kuchni.

Matka wiecznie miała duszę. I to był jej problem. Każdego żałowała, każdego próbowała usprawiedliwiać. Może właśnie dlatego nie mogłem z nią mieszkać. W wieku jedenastu lat przeprowadziłem się do wujka. Tam przynajmniej nikt nie ściemniał, że świat jest dobry. Zadzwoniłem do chłopaków, żeby rozejrzeli się za dziewczyną w kapciach i piżamie. I w chuj mogę zgadnąć, że była różowa. Sam postanowiłem przejechać trasą, którą prawdopodobnie szła.

Co ona sobie, do cholery, myślała, uciekając w nocy? Jezu. Nie mogła tego zostawić na dzień? Przespać się, zjeść coś, odpocząć i ubrać się adekwatnie do ucieczki?

W głowie miałem milion scenariuszy — jak ktoś ją zaczepia po drodze, jak wciąga ją jakiś świr.

Ręce zacisnęły mi się na kierownicy.

To ja ją tu sprowadziłem. To dlatego czułem się, jak się czułem.

To po prostu odpowiedzialność, Jun.

Pojechałem tam od razu. I już w drodze ustaliłem sam ze sobą jedno: chuj mnie obchodzi, z kim była. Ma wstać. I wyjść ze mną.Jeździłem każdą najbliższą uliczką, która zaczynała się na wjeździe do miasta od strony naszego domu. Raz, drugi...Trzeci. Zapętiłem się jak idiota, kręcąc się w kółkonmiędzy tymi samymi światami, aż w końcu telefon zawibrował.

SMS.

Ktoś zgłosił turystkę błądzącą po jednej z pobliskich ulic.

Bingo.

Zaparkowałem ten jebany samochód i już z daleka ją zobaczyłem.

Siedzi. Owinięta w kocyk jak jakaś księżniczka w potrzebie, popija herbatkę jakby właśnie wróciła z jogi, a nie z nocnej eskapady po Pekinie.

Obok niej siedzi jakiś kutas, co wygląda, jakby urwał się z gejowskiego party. Wzrostem ledwo jej dorównuje. Zgaduje, że prędzej ona by mnie przewróciła niż on.

Dobra, Jun. Spokojnie.

Idziesz tam. Na luzie. Masz ją tylko zabrać, wyjaśnić cały ten szajs. Nie daj się sprowokować. Zacząłeś to, to i skończysz. Dokładnie jak w grze.

No więc wchodzę.

I przysięgam — otworzyłem te drzwi lekko, a trzasnęły jak pojebane. Każdy patrzył na mnie, jakbym właśnie przyszedł odebrać im jebane dusze.

Spokojnie, nie dziś. Nie do was.

Idę do niej. A ona… z miny „uratowanej księżniczki” przeszła w tryb „unicestwienie” szybciej niż zdążyłem się zbliżyć.

Zionęła na mnie tymi oczami jak smok, który właśnie obudził się w środku wojny. Stanąłem nad nimi, rzucając cień na oboje.

Boże, jak można tak zmarnować swoją męskość i zrobić z siebie pedzia. Nieważne.

— Przyznaję, tym razem twój plan mnie minimalnie zaskoczył. Ale nie na tyle, żebyś nie wróciła ze mną do domu — rzuciłem z lekkim uśmieszkiem.

Wstała. Jakby próbowała dorównać mi wzrostem. I wydarła się:

— Słucham?!!! Ty naprawdę masz coś nie po kolei w głowie! Ciebie też wciągają w jakieś spiski i jeszcze im pomagasz! Ty jesteś jakiś wybrakowany, czy co?!

I na tym skończyła, bo zakryłem jej usta dłonią.

Pozostali goście uznali, że to idealny moment, żeby udać się do domu.

Ugryzła mnie. Serio. Ona naprawdę mnie ugryzła.

Bezskutecznie. Bo dalej trzymałem rękę na jej ustach, a drugą — za głową.

I wtedy odezwał się pan pedzio.

— Nie wiem, czy ci wiadomo, ale wezwałem policję. Zaraz tu będą. Więc lepiej puść Darię i odejdź, nie robiąc nikomu krzywdy.

Odwróciłem głowę w jego stronę. Brwi uniosły mi się jakby niezależnie ode mnie.

— No popatrz, jaki odważny.

Zlustrowałem lokal.

— Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ta mądrzejsza część ludzi już opuściła to miejsce. Więc chyba jesteś nowym mieszkańcem.

Nachyliłem się nieco, nie odrywając dłoni od jej ust:

— Pozwól, że ci coś wytłumaczę. Nie wpierdalaj się. I wracaj do swojego domku, księżniczko.

— Myślisz, że tylko dlatego, że jesteś większy i silniejszy, możesz grozić i kneblować kobiecie usta?

Przyznam, zawstydził mnie ten tekst, szczególnie gdy spojrzałem na Darię. Jej oczy mówiły jedno: Szach-mat, dupku.

Ale szybko zakryłem to uczucie złością — ta maska zawsze działała. Bez dłuższego namysłu odwinąłem temu pedałowi liścia. Poszedł spać jak grzeczny chłopiec.

— Ty… dupku! — syknęła. — I jak tu nie kneblować jej ust? — pomyślałem. Padła mu na ratunek, jakby miała mu zaraz robić usta-usta.

— Pośpi i wstanie — rzuciłem, wzruszając ramionami. — Może jak się obudzi, to mu wreszcie penis wyrośnie.

Uśmiechnąłem się. Dobre to było. Ale jej chyba się nie spodobało.

— Mówiłeś coś o penisach? — uniosła brew. — Bo ostatnio, jak cię w niego kopnęłam, to jakoś… spektakularny nie był.

Czy ja dobrze słyszę? Ta dziewczynka — bo nawet przechodnie tak ją opisują — właśnie zasugerowała, że mam małego. Zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu, udając przed samym sobą, że wcale nie zatrzymałem się na cyckach.

— Mam ci go teraz zmierzyć, czy chcesz to zrobić sama? — rzuciłem, jakbym mówił o czymś równie niewinnym co prognoza pogody.

Oczy jej pociemniały. Jakby wypowiedzenie takich słów w jej obecności naruszało jakieś tajemne zasady. Udała, że nie słyszy, i dalej ciułała swojego nowego pupilka, jakby od tego zależało życie wszechświata. Patrzyłem na nią chwilę w milczeniu, obserwując, jak się trudzi.

Wciąż klęczała, koc zsunął się z ramion, odsłaniając fioletowe siniaki i zadrapania. Pewnie nie wpadła na to, że mogła po prostu wyjść tylnym wyjściem zamiast urządzać Tarzana po drzewach. Włosy miała rozpuszczone, mokre końcówki spływały po plecach aż do tyłka. A piżama… oczywiście, że wybrała najbardziej rzucający się w oczy kolor świata. Landrynkowy róż. Jakby krzyczała: „Zgarnij mnie, jestem promocją miesiąca”.

Niechętnie przyznałem — działało. Wyglądała jak cukierek, który aż prosi się, żeby go odpakować.

Ramiączka powoli zsuwały się z ramion, a ja czułem, że w moich spodniach coś wstaje. Problem w tym, że nie mogłem się skupić, bo ona cały czas głaskała tego jebanego psa jakby był pępkiem świata. Starczy tej dobroci.

Odsunąłem się od ściany i złapałem ją lekko za ramię.

— Wstajemy, Daria. Koleżanka sobie poradzi.

Rzuciła mi spojrzenie, które zabiłoby słonia. Piorun. W wersji kobiecej, wkurwionej i mokrej.

— Musimy jechać. Jest w chuj późno, ty jesteś w chuj mokra i poobijana, a ja… zmęczony.

I dopiero jak to powiedziałem, dotarło do mnie, co właściwie powiedziałem. Że jest mokra. Zajebiście, geniuszu. Może jeszcze jej powiedz, że wygląda jak zwiastun mokrych snów?

— Dokąd mnie zabierasz? Nie chcę tam wracać — rzuciła cicho.

A ja właśnie wiozłem ją dokładnie tam, gdzie się bała wrócić.

Czułem się jak ostatni fiut. Nie bohater. Nawet nie antybohater. Po prostu ten, co ją zawodzi. Bo co miałem zrobić? Wziąć ją do siebie? Pokazać jej mieszkanie, w którym jeszcze śmierdzi strachem, potem i krwią sześciu ludzi, których posłałem do piachu?

Nie mogę się angażować tak, jak naprawdę bym chciał. Nie mam do tego prawa.

Mam rzucić siedem lat życia, rozwalić związek, bo spodobała mi się dziewczyna z rozmazanym tuszem i ostrym językiem?

Nie jestem jebanym rycerzem w białej zbroi.

A ona nie jest tą jedyną. Prawda?

Czekaj! — rzuciła, podchodząc do stolika. Udawała, że poprawia koc, ale ja widziałem dokładnie, jak zgarnia kartkę i chowa ją sobie za spodenki. Serio? Myślała, że jest Houdinim, a ja jebanym osłem?

Wyszedłem za nią.

Stała przy samochodzie. Nie raczyła nawet udawać, że nic nie wzięła — cały czas macała tyłek, jakby sprawdzała, czy karteczka nadal tam jest. Mina: „Tak, coś chowam, ale proszę, udawaj, że tego nie widzisz.”

Padał deszcz. Nie chciałem, żeby znowu gdzieś spierdoliła, więc grzecznie pozwoliłem jej wsiąść.

— Czemu tak się gapisz? — zapytała, niby obojętnie. — To nie moja wina, że tak wyglądam.

Nachyliłem się do niej, żeby mogła poczuć, że to nie żarty.

— Czyli wcale nie chowasz karteczki w majtkach, tak?

— Spierdalaj. — Powiedziała to wyraźnie, po polsku. Nie jestem jebanym tłumaczem, ale zrozumiałem.

— Wyrażaj się — mruknąłem pod nosem.

— Wyjmiesz ją sam? Proszę bardzo. I tak więcej się po tobie nie spodziewałam.

Aha. No i zabolało.

Znowu.

Siedziała spokojnie na fotelu. Wiedziała, że powiedziałem jej wcześniej, że mnie nie interesuje, że nie jestem pedofilem. Więc teraz siedziała pewna siebie, o milimetr za blisko.

Nachyliła się tak, że czułem jej oddech na brodzie.

— Chyba jednak miałeś jakieś omamy — rzuciła z góry.

Oblizałem usta, żeby ich nie pogryźć.

No to jazda.

Złapałem jej rękę.

Jej pewność siebie była tak prawdziwa, jak moja udawana obojętność.

Szarpnęła się, krzyczała, drapała mnie, gdzie tylko zdołała dosięgnąć.

Jestem jebanym zbokiem, bo mógłbym to znosić bez końca.

Poprowadziłem jej dłoń niżej. Wsunąłem pod spodenki. I zgadnijcie co? Znalazłem to, czego chciałem. Karteczkę przy okazji też.

Nie chciała jej oddać. Trzymała jakby to był pierdolony los świata. Ale w końcu — po kilku próbach i bez robienia jej krzywdy — otworzyła dłoń.

Voilà. Kość niezgody.

Patrzyła na mnie jak na kogoś, kto właśnie ją zgwałcił.

Spojrzałem jej w oczy, jakby nigdy nic.

— Mogłaś po prostu powiedzieć, że chcesz kontynuować.

— Jesteś obrzydliwy, wiesz? Nie wiem, jaka kobieta chciałaby dotykać takiego demona. Jesteś gorszy niż Gollum. On chociaż był zabawny.

— Chcesz tę kartkę z powrotem, czy zamierzasz dalej mnie obrażać? — Uniosłem brew.

Ta kartka była tylko pretekstem.

Pole manewru.

W dupie miałem, co tam było.

— Chcesz ją? To siedź grzecznie całą podróż. I przestań robić te oczy.

— Jakie oczy? — zapytała, udając, że wcale nie próbuje nimi niczego ugrać.

Nie chciałem jej tego robić. Wiem, sekundę temu zarzekałem się, że nie rozwalę przez nią swojego związku. Że nie zniszczę jej życia dla mojej chorej, nieproszonej obsesji. Ale prawda jest taka, że coś we mnie tego dotyku chce.

Chce wiedzieć, jak to jest z nią. Jak to będzie, gdy dotknie mnie palcami — nawet jeśli przy okazji zadrapie.

To jest popierdolone. Wiem. Totalnie złe.

Ona nie jest dla mnie. Ale, kurwa, tym bardziej ja nie jestem dla niej.

I właśnie dlatego tak mnie ciągnie.

Bo dotyk jej skóry przypomina mi, że nadal jestem człowiekiem.

Że nie wszystko jeszcze ze mnie wyparowało.

Że pod tą zimną skorupą coś wciąż drży, pęka, próbuje się wyrwać.

Ryby

Ten przemiły chłopak miał na imię Tom. Nawet imię miał łagodne. Zaprosił mnie do środka, bo — jak się okazało — to była jego restauracja. Dał mi coś ciepłego do wypicia. Nie naciskał. Nie pytał, dlaczego wyglądam jak Zgredek.

I serio, wyglądałam dokładnie jak Zgredek z Harry’ego. „Zgredek jest wolny, nie ma swojego pana” — no, idealna rola dla mnie.

Nie dopytywał o mnie. Zamiast tego opowiedział coś o sobie, żebym mogła go poznać.

Przeprowadził się tutaj, żeby gonić marzenia. A po godzinach pisze powieści.

Czy ja właśnie opisałam materiał na męża?

Taki realny Theo-fucking-James. Nawet był do niego lekko podobny. I ten ciepły, gładki uśmiech…

Nakryłam się kocem po czubek głowy. No bo co miałam powiedzieć?

„Hej, mogę ci koncertowo zjebać życie”?

Jeszcze kilka dni temu — gwarantuję — by się zakochał. Bo jestem jego bratnią duszą. Takie same ciepłe, delikatne istnienia.

Byłam piękna. Zawodowo aktywna. Zdrowa psychicznie.

Dziś?

Żaden z tych podpunktów się nie zgadza. Popatrzyłam z żalem w oczach. Bo naprawdę miał takie cudowne, spokojne życie.

A on tylko się ciepło uśmiechnął, dolał mi herbaty i powiedział:

— Wiesz, wiem, kiedy ktoś coś ukrywa… i nie mówi o tym, bo boi się, że to się rozprzestrzeni. W końcu piszę książki, prawda? — zaśmiał się cicho.

— Coś mi mówi, Dario, że nie spotkaliśmy się bez powodu. To już gdzieś było zapisane.

Dlatego jeśli teraz nie chcesz żadnej pomocy — dam ci mój numer na kartce. Zachowaj go. A kiedy będziesz potrzebować — zadzwoń.

Dobrze się rozmawia z kimś, kto rozumie twój angielski.

— Dziękuję. Naprawdę… bardzo dziękuję. Od dawna nikt nie był dla mnie tak miły, Tom. Obiecuję, że się odezwę.


Tak, Daria. Z budki telefonicznej, jak wyżebrasz jakieś monety.

— Może nie jestem jakimś siłaczem, ale za to mięsień mózgu działa bez zarzutu — powiedział z uśmiechem. — Więc śmiało, nie wahaj się poprosić o pomoc.

Taki Simon Lewis, a ty Clary Fray.


Czy on właśnie nawiązał do mojej bohaterki numer jeden?

Majtki miałam całe mokre — i nie od deszczu.Patrzyłam na niego bez mrugania.

Chyba zbyt długo, bo zaczął się śmiać.

Wytrzyj ślinę, Daria. I myśl.

Później wrócimy do tego Odyseusza — teraz musisz uratować swoją boską dupę.

Patrze na karteczkę z numerem. No właśnie, numer.

Wstałam jak poparzona.

— Tom, mogę mieć prośbę?

Zaczął się śmiać. Tym swoim pięknym, rozbrajającym śmiechem.

Tak, Daria właśnie wkroczyła w fazę romantyczną.

Drogie Panie, może i wy zaczniecie wybierać takich facetów —

zamiast wysokich, napakowanych szatynów z ego wielkim jak ich nos.

.Dobrze, że znałam jej numer na pamięć — w sumie to był jedyny numer, jaki naprawdę pamiętałam. Nawet swojego nie kojarzyłam, ale ten był z kategorii: dzwonię do ciebie sto razy dziennie, bo muszę ci coś powiedzieć.


— Boże, poczta głosowa…

Czy ona kiedykolwiek odebrała za pierwszym razem?

DROGA PRZYJACIÓŁKO, MAM NADZIEJĘ, ŻE WŁAŚNIE LEŻYSZ I PŁACZESZ Z POWODU MOJEGO ZAGINIĘCIA I TO JEST POWÓD, DLA KTÓREGO NIE ODBIERASZ TELEFONU. ZADZWOŃ NA POLICJĘ — JESTEM W CHINACH. PORWAŁ MNIE JAKIŚ KOLEŚ, A AKTUALNIE PISZĘ OD PRZECHODNIA, KTÓRY MI POMÓGŁ, BO UCIEKŁAM. NIE WIEM, ILE TU JESZCZE BĘDĘ. ODDZWOŃ. ALICJA, TO NIE ŻARTY. JA SERIO JESTEM W CHINACH.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 57.49