E-book
17.75
drukowana A5
49.18
Run baby run

Bezpłatny fragment - Run baby run


Objętość:
270 str.
ISBN:
978-83-8189-391-6
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 49.18

Prolog

Styczeń 2017


Naomi:

Z westchnięciem wyszłam z komisariatu. Przeszedł mnie dreszcz. Wciąż nie mogłam przyzwyczaić się do tego, że w Nowym Jorku jest zima. Spędziłam półtora roku w Alamogordo i El Paso, wygrzewając się w słońcu.

Wyjęłam kluczyki od wozu z kieszeni ramoneski. Wciąż z dumą nosiłam tę z logo Black Lashes na plecach.

Śnieg prószył niemrawo, pokrywając chodniki białą warstwą. Rozejrzałam się dookoła i wsiadłam do środka. Dopiero wtedy dostrzegłam, że pod taflą śniegu, na szybie mam jakąś kartkę. Westchnęłam zirytowana. Jeśli to mandat to naprawdę będzie kpina.

Aczkolwiek, kiedy wysiadłam, odgarnęłam śnieg z szyby i zobaczyłam co jest na tej kartce to doszłam do wniosku, że chyba jednak wolałabym zapłacić za złe parkowanie.

Serce zabiło mi mocniej. Znowu ktoś mi groził, chociaż mi się nie grozi. Przyjrzałam się nierównym literom, pisanym odręcznie i papierowi, który nie był wyrwany z zeszytu. To był papier korespondencyjny. O bladożółtym odcieniu, z ozdobnymi rogami. Zmrużyłam oczy. To właśnie tam dostrzegłam nazwę firmy MIAMI INK, która zajmuje się takimi rzeczami.

O kurwa.

Nicco, ty stary wygo.

Sam tekst był krótki, właściwie jednozdaniowy.


Już nigdy nie będziesz szczęśliwa.


Prychnęłam pod nosem.

Jeszcze, kurwa, zobaczymy.

Rozdział 1

Naomi:

Zamknęłam wóz i wróciłam na komisariat. Udałam się wprost do Paula. Co może być zaskakujące, razem z nim i Ruby, tworzyłam team marzenie.

— Załatw mi piętnaście minut w laboratorium. — syknęłam.

Spojrzał na mnie znad ekranu komputera.

— O wow — mruknął — Stradlin, przecież sama możesz tam pójść.

Podeszłam do biurka.

— Lepiej mnie nie denerwuj. — burknęłam, rzucając na blat kartkę.

Od razu na nią spojrzał.

— Ktoś ci grozi? — zapytał.

— Jestem łowcą głów, mam wielu wrogów. — burknęłam.

Zaśmiał się krótko.

— Chyba nie chodzi o zawód — stwierdził — Ruby nie ma takich problemów. To chyba przez charakter.

Zacisnęłam dłonie w pięści.

— Jeszcze jeden taki tekst, Paul, a na wbiciu szpilki w stopę się nie skończy — syknęłam — Pomożesz mi?

Westchnął, ale sięgnął po słuchawkę telefonu, który stał na biurku. Połączył się z naszym laboratorium.

— Stella mówi, że możesz do niej śmiało przyjść. — oznajmił, kończąc połączenie.

— Nie mogło być inaczej. — odparłam z krzywym uśmieszkiem, zgarnęłam liścik i wyszłam z jego gabinetu.

— To dowód w sprawie? — zapytała Stella — Wiesz, że jest kolejka? To, że masz tu inne prawa, nie oznacza, że możesz wychodzić przed szereg. — oznajmiła.

Nie lubiłam tej larwy. Miała dziwną manierę utrudniania wszystkiego. Być może siedziała tutaj za karę.

Westchnęłam i wyjęłam z wewnętrznej kieszeni książeczkę czekową.

— Ile? — wychrypiałam.

Uśmiechnęła się.

— Odpłacisz mi się później — szepnęła, wskazując kamerę w rogi sali — Co my tu mamy?

Spojrzała na kartkę.

— No cóż — szepnęła — Ktoś cię nie lubi, Stradlin, ale nie dziwi mnie to ani trochę — spojrzała na mnie wymownie — Papier jest listowny, ale to sama zdążyłaś zauważyć. Pismo… Pismo jest niestaranne, to było pisane na szybko. No wiesz, ten ktoś z pozoru przygotowuje się do czegoś dużego, ale nie dba o szczegóły. Kupił papier, być może chciał nadrukować tekst, ale ostatecznie nagryzmolił coś na kolanie. Waha się. Chce być profesjonalny, ale jest niedokładny i myślę, że jeśli chcesz coś z tym zrobić to twój punkt zaczepienia.

Westchnęłam.

— Na pocieszenie powiem ci, że ten papier jest cholernie drogi — oznajmiła — Nie ma go w każdym sklepie z artykułami biurowymi, bo nie ma zbyt dużego zbytu przez wysoką cenę. Ktoś chciał załatwić cię z klasą, ale nerwy wzięły nad nim górę.

Wyrwałam jej liścik z ręki i wyszłam.

Miałam głęboką nadzieję, że go złapię szybciej niż on mnie.


Jeszcze zanim zdążyłam wejść do domku, przed drzwiami poczułam, że Mars coś gotuje. Uśmiechnęłam się przelotnie.

Rzuciłam wściekła kluczyki na wyspę.

— Och, dziecinko — jego mama na mnie spojrzała — Czy ty kiedykolwiek wrócisz w dobrym nastroju? — ściskała filiżankę z kawą.

Mars się odwrócił i przeskanował moją twarz.

— Mam kłopoty. — szepnęłam.

Nie było sensu w kłamaniu, Marshall znał mnie na tyle, by wyczuć, że coś kręcę. Poza tym nie wiem czy miałam siłę coś ukrywać.

Było coś uroczego w nim z tą ścierką kuchenną przerzuconą przez ramię.

— Słyszałam to chyba zbyt wiele razy. — rzuciła chłodno moja przyszła teściowa.

Wyjęłam z kieszeni pomiętą kartkę od Nicco i położyłam ją na wyspie.

Mars spojrzał na nią ze zmarszczonym czołem.

— Wiesz od kogo to? — zapytał, świdrując mnie wzrokiem.

Prychnęłam.

— Udam, że to pytanie nie padło — burknęłam — Jest tylko jedna osoba, która chce mnie zabić.

— To jest bardzo ciekawe. — mama Marsa uniosła palec wskazujący w górę.

— Nicco. — szepnęłam.

— Zdaje się, że obiad będzie zaraz gotowy — powiedziała moja teściowa — Wszystko nam opowiesz.

Zdjęłam ramoneskę i nakryłam do stołu. Miałam nadzieję, że tym razem Bóg również będzie miał mnie w opiece.


— Żałuję, że go nie odstrzeliłam — burknęłam — Raz, a porządnie. A teraz to będzie się za mną ciągnęło jak… — nie dokończyłam.

— On wycofał wtedy oskarżenie? — zapytał Mars.

— Nie wiem — oznajmiłam — Giddens uratował mi zad. Jak zawsze.

Westchnął. Teraz nie było to takie proste, bo za dokładnie dwa tygodnie mój mentor miał odejść na emeryturę i bałam się, że jego zastępca nie będzie mi tak przychylny.

— Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek to powiem — syknął Mars — Ale sprzątnę tego śmiecia. Nikt nie będzie czyhał na twoje życie, Nao.

Ogarnął mnie strach.

Wyrwanie się ze szponów gangsterskiego życia nie jest takie proste jak myślałam i obawiałam się, że już do końca swoich dni będę wpadała w takie kłopoty.

Godzinę później mama Marshalla wyszła z domu. Mieszkała u Alarika, odwiedzając nas praktycznie każdego dnia. Cieszyłam się, że wróciła do dawnych sił.

— Nie sądziłem, że z tego byka jest taki gnój — szepnął Mars — Nie mówiłaś o tym, że Inez wpadła w takie kłopoty. No i nie mówiłaś o tym, że byłaś tam z Olivierem.

— Wiesz, może gdyby wtedy Katie nie była ważniejsza to byłbyś tam ze mną. — odcięłam się.

— Nie możemy dopuszczać do tego, by ktoś stawał pomiędzy nami. Nigdy więcej. — objął mnie.

Minęło kilka lat odkąd się znaliśmy, ale to w jego ramionach wciąż czułam się najlepiej.

Ciszę przerwał mój dzwoniący telefon. Odebrałam połączenie od Giddensa.

— Zapomniałaś o dzisiejszym szkoleniu, prawda? — zapytał z westchnięciem.

— Jakim szkoleniu? — rzuciłam zbita z tropu.

— Masz podwładnego od poniedziałku — przypomniał mi — Gerald, pamiętasz?

Zalała mnie fala gorąca. Wróciłam pamięcią do dnia sprzed tygodnia, kiedy to Giddens wyprowadził mnie z równowagi.


Tydzień wcześniej:


— Jaja sobie robisz, Giddens — wrzasnęłam — Nie jestem niańką i nie będę uczyła jakiegoś łosia moich technik!

Patrzył na mnie z tym pacanem z CIA.

— Masz się nim tylko zaopiekować — oznajmił — Gdyby to moje polecenie, na pewno bym go nie wydał, ale to nowy naczelnik naszej komendy…

— Nie — parsknęłam — Nie ma takiej opcji.

— To wasz nowy szef, chociaż na początku mogłabyś stwarzać pozory. — skarcił mnie.

— Wiesz co o tym sądzę — stwierdziłam — W mojej umowie nie ma ani słowa o szkoleniu nowych.

— Ale masz nakaz bezwzględnego stosowania się do poleceń służbowych — powiedział ten drugi — A to twoje polecenie. Koniec kropka. Za tydzień go poznasz. Za dwa tygodnie będzie towarzyszył ci w pracy.

Zacisnęłam dłonie w pięści i wyszłam z komisariatu. Zanim zdążyłam odpalić fajkę, Giddens mnie dogonił.

— Stradlin, błagam cię — powiedział — Daj mu szansę. Jest bystry. Myślę, że się dogadacie.

— Wali mnie to. — burknęłam.

— Radzę ci spuścić z tonu, bo ostatnio mają cię na muszce — szepnął znacząco — Jeśli złamiesz teraz prawo to nowy naczelnik wsadzi cię bez skrupułów do ośrodka resocjalizacyjnego. Wiesz jak wygląda życie w takim miejscu? Zapytaj Ruby.

— Jak on się nazywa? — zapytałam.

— James Watherby. — odpowiedział.

Uśmiechnęłam się cwanie. Byłam pewna, że to ostatnia osoba, która może mi w jakiś sposób zaszkodzić.


Tydzień później:


— Wiesz co, Giddens? — zaczęłam — Niech ci będzie. Tylko żebyś nie żałował, gdy wychowam sobie diabła.

— Nie wiem czy możesz zrobić z niego kogoś gorszego od siebie. — mruknął i się rozłączył.

Dupek.

— Znam to spojrzenie — Mars się uśmiechnął — Będziemy się dobrze bawić.

Wcale w to nie wątpiłam. Musiałam przeprowadzić śledztwo w sprawie swojego nowego naczelnika, ale odłożyłam te plany na później.

Tak samo jak liścik od Nicco.

Ponownie się uzbroiłam. To było jak moja druga skóra — obydwa noże i broń.

— Zapomniałaś o najważniejszym — Mars włożył na mój nos lenonki — Od razu lepiej.

— Stara Naomi ma się całkiem dobrze. — uśmiechnęłam się.

Poczekałam, aż sam narzuci na siebie kurtkę z Black Lashes i mogliśmy ruszać w drogę.

Kojarzycie te sceny z filmów w których czas się zatrzymuje, drzwi szeroko się otwierają i do środka wchodzi grupa wysoko postawionych ludzi? W tamtej chwili tak właśnie było ze mną i z Marsem. Co prawda, nie byliśmy grupą, ale mieliśmy własny gang i powaga sytuacji była taka sama.

Niejaki Gerald czekał na nas w towarzystwie Giddensa na krzesełku w recepcji. Bawił się telefonem, ale na nasz widok schował urządzenie do kieszeni. Co dziwne, nie był młodszy ode mnie. Powiedziałbym, że miał tyle lat co Mars, był postawny, a jego niebieskie oczy lekko zakrywała jasna grzywka.

Byłam lekko zawiedziona takim obrotem spraw. Liczyłam na to, że będę miała do czynienia z jakimś szczeniakiem, który wymięknie po kilku dniach mojej obecności. A tu proszę, trafił mi się solidny przeciwnik.

— No tak — westchnął Giddens — Tam gdzie Stradlin to i Palgrem. — mruknął.

— Już nie mogę się doczekać tej zabawy. — burknęłam.

— Poznaj Geralda, swojego nowego podwładnego — uśmiechnął się blado — Geraldzie, to Naomi, twoja nowa mentorka.

Wyciągnął do mnie dłoń z uśmiechem, ale tylko uniosłam brew.

— Stradlin, przekażę ci regulamin — powiedział Giddens — Mam nadzieję, że jednak nie będziesz uczyła go niemoralnych rzeczy — spojrzał mi w oczy — W poniedziałek będziecie mieli spotkanie z panem Watherby. Mam nadzieję, że uda wam się zrobić na nim pozytywne wrażenie, bo niezły z niego burak cukrowy.

Zaśmiałam się.

— Brawo Giddens — rzuciłam — Zanim odejdziesz stąd w chwale to chyba dam ci order dobrych pyskówek.

— Uczyłem się od najlepszych. — uśmiechnął się do mnie.

Poczekaliśmy chwilę na tego pajaca z CIA i mogliśmy omówić szczegóły mojej współpracy z Geraldem.

— Będzie w przyszłości twoim partnerem — powiedział mój dowódca z CIA — Dlatego musisz nauczyć go wszystkiego od podstaw.

Uniosłam brew.

— Mam już partnera — wskazałam na Marsa — I nie mam zamiaru zmieniać go na żadnego innego. Poza tym, współpracuję z Ruby i Paulem. Tak doskonały team mi wystarczy.

— Chyba nie muszę mówić ci o tym, że pan Palgrem nie ma oficjalnego pozwolenia na współudział w akcjach. — poprawił krawat.

Nachyliłam się w stronę biurka.

— Ale jest jedynym człowiekiem, jakiemu ufam — wysyczałam — Więc albo w końcu wydasz to pozwolenie albo…

Westchnął.

— Musiałabyś go przeszkolić — odezwał się — Poza tym, miał wyrok. Nie jeden. To utrudnia sprawę.

— Przestań mówić o Marsie tak, jakby go tutaj nie było. — syknęłam.

— Uspokój się, do jasnej cholery, bo wydam wniosek o zamknięcie w ośrodku resocjalizacyjnym. — warknął.

Spojrzałam na niego ze zmarszczonym czołem. Dotąd raczej nie sprawiał mi problemów, chociaż był nad wyraz wymagający. Pierwszy raz uniósł głos. I to w moją stronę. Wstałam z fotela, podeszłam do niego i złapałam go za ten durny łeb.

— Spróbuj jeszcze raz na mnie warknąć — wysyczałam mu do ucha — To zostanie z ciebie plama na chodniku. Chyba zapomniałeś z kim masz do czynienia — puściłam go — Spróbuj komukolwiek o tym donieść. — pogroziłam mu palcem.

Poprawił kołnierzyk koszuli.

— Mam do ciebie pytanie, Stradlin — powiedział — Czy ty kiedykolwiek bałaś się konsekwencji swoich działań?

Uśmiechnęłam się cwaniacko.

— To myślę, że powinnaś zacząć się bać. — dodał wściekły.

— Groźby są karalne. — mruknęłam.

— No cóż — wtrącił Giddens — Geraldzie, witamy w składzie NYPD. — uśmiechnął się nerwowo, poklepał go przyjacielsko po plecach i wyszedł.

Zaraz po nim zrobił to ten pajac z CIA.

— Już nie mogę się doczekać. — Gerald zatarł dłonie z uśmiechem na twarzy.

Podejrzewam, że byłam tam jedyną osobą, której wcale nie było do śmiechu.

Rozdział 2

Naomi:

Zanim przejdziemy do ciągu dalszego tej opowieści, musimy uporządkować sobie kilka faktów, tak by wszystko było jasne.

1. Po moim powrocie z Alamogordo i wykonaniu już trzydziestu siedmiu misji dla CIA, dostałam swojego nowego pomocnika i był nim Gerald.

2. Moim nowym mentorem, ale też naczelnikiem komisariatu miał zostać James Watherby.

3. Otrzymałam swoją licencjonowaną broń i odznakę funkcjonariusza CIA.

4. Nadal nie mogłam strzelać do ludzi bez wyraźnego rozkazu.

5. Marshall towarzyszył mi w każdej misji. Był jedyną osobą, która znała się na rzeczy i nie musiałam bać się o to, że coś spieprzy, co w przypadku Ruby i Paula nie było już takie pewne.

Nadszedł czwartek. Jak zawsze o siódmej rano z kubkiem kawy w dłoni weszłam do swojego gabinetu, który dzieliłam z Ruby i Paulem. Postawiłam kubek na biurku i zalogowałam się w systemie policyjnym. Musiałam przeszukać stanową bazę danych i dowiedzieć się kim będzie mój nowy naczelnik. Kilka minut później do środka wpadła Ruby, jak zawsze spóźniona.

— Naprawdę mocno się zastanawiam jak ty to robisz, że jesteś zawsze na czas. — zaśmiała się.

— Gdybyś nie spała przez większość nocy to też byłabyś tu punktualnie. — burknęłam.

— Jak zawsze w humorze. — odcięła się.

— Słyszałaś coś o tym nowym naczelniku? — zapytałam.

— No pewnie — prychnęła — Jest szefem w poprawczaku w którym byłam.

— Wiedziałam, że ma coś za uszami — warknęłam — Inaczej nie straszyłby swoich podwładnych pobytem w tym miejscu.

— Koleś nie należy do miłych, więc gdy dowiedziałam się, że będzie naszym nowym szefem to nawet się wystraszyłam — oznajmiła — Wygląda jak dzik po sterydach i celnie strzela.

— Na pewno nie lepiej ode mnie. — prychnęłam.

— Będzie zabawa, gwarantuję ci to — stwierdziła — I na pewno będzie miał cię na oku, bo z tego co wiem, dostał nasze akta do wglądu. — usiadłam przy biurku.

Westchnęłam. Dlatego ja też powinnam coś wiedzieć o swoim nowym wrogu.

Wklepałam jego dane w wyszukiwarkę.

— Były żołnierz — szepnęłam — Super. Jak wywinie mi tą wielką łapą to nie wstanę przez godzinę. — powiedziałam, patrząc na jego zaciętą minę ze zdjęcia w kartotece.

— Dlatego chyba czas wrócić na ring, Stradlin. — w drzwiach pojawił się Paul.

Spojrzałam na niego.

To była pasja z liceum, którą dzieliłam z Olivierem i nie miałam zamiaru tak prędko do tego wracać.

— Może i nasz kochany Watherby ma siłę w rękach — zaczęłam — Ale na pewno nie jest tak zwinny jak ja i na pewno nie rzuca tak celnie nożem.

— Nie zapominaj o tym, że masz metr sześćdziesiąt wzrostu. — przypomniał mi.

— Nie umniejszaj mnie — burknęłam — Metr sześćdziesiąt pięć.

— Dam ci namiary na dobrą spelunę — szepnął — Z naszej trójki to ty będziesz na muszce. Jesteś najbardziej pyskata.

Pokazałam mu środkowy palec.

— O której przychodzi nasz nowy uczeń? — zakpiła Ruby.

— Jeszcze chwila — oznajmiłam — Musiałam dać sobie trochę czasu, by zebrać myśli.

— Sprawdzałaś go? — zapytał Paul.

— Jeszcze nie. — wzruszyłam ramionami.

Nie mogłam zalogować się na komisariacie na Viper.com, ale zawsze mogłam zadzwonić do Gillberta. Aczkolwiek nie byłam pewna czy chcę znów zawracać mu głowę swoimi problemami.

Zajrzałam do akt swojego nowego ucznia. Ukończył Akademię Policyjną. Dobrze strzelał i był bystry. Podobno opanował sztuki manipulacyjne i miał być negocjatorem po szkoleniu ze mną. Westchnęłam.

Zrobię to śledztwo sama.


Punktualnie o ósmej do moich drzwi zapukał Gerald. Że też wybrał sobie moment. Siedziałam na fotelu z nogami na podłokietniku i próbowałam razem z Ruby opracować jakiś plan dotyczący Watherby. Niestety, dziewczyna nie znała go zbyt dobrze i to działało na moją niekorzyść.

— Cześć dziewczyny. — przywitał się.

— Nie przypominam sobie, żebyśmy byli na ty — burknęła Ruby — Wódki z tobą nie piłam.

Spojrzał na nią zaskoczony.

— Czy kiedykolwiek któraś z was była miła? — zapytał.

— Patrzysz właśnie na dwie morderczynie, więc jak sądzisz? — wywróciła oczami.

Uśmiechnęłam się. Nieźle ją sobie wychowałam.

— Już żałuję, że tutaj jestem. — westchnął.

— Cudownie widzieć wasze gotowe do działania twarze — Giddens wszedł do środka — Ruby, zmykaj do swoich zadań. A ty, Naomi, chodź ze mną. Mamy morderstwo do zrobienia.

— Nie sprzątam waszego bałaganu. — burknęłam.

— Sądzę, że będziesz zainteresowana — oznajmił — Zwłaszcza, że trupem jest Casandra Martinez, a ty podobno chodziłaś z nią do szkoły.

Spojrzałam na niego ze zmarszczonym czołem.

— No proszę, suka w końcu się doigrała. — syknęłam i wstałam z miejsca.

Najpierw poszliśmy do jego gabinetu. Pokazał mi w locie jej akta — sam zlepek doniesień o tym, że kogoś dręczyła. Potem wybraliśmy się na miejsce zbrodni. Na miejscu już byli nasi technicy i biegli.

— Mój Boże — szepnął Gerald — Szkoda dziewczyny.

Prychnęłam.

— Gdybyś wiedział kim była to wcale byś tak nie mówił. — szepnęłam.

— Trochę współczucia. — wzruszył ramionami.

— Tutaj nie ma miejsca na współczucie. — rzuciłam ostro.

Ukucnęłam nad nią. Była w jakiejś sukience, zniszczonej. Ramiona miała ubrudzone błotem, podobnie jak uda. Zerknęłam na jej dłonie — pod paznokciami miała krew, więc zapewne próbowała walczyć.

— Nie ma tu wielkiej filozofii — zaczęłam — Ktoś ją zgwałcił i udusił. Pręgi na szyi, krew pod paznokciami. Patolodzy powinni sami to dostrzec.

Rozejrzałam się dookoła. Byliśmy na placu przy porcie. Sam smród zdechniętych ryb i opuszczony hotel za kilkoma kontenerami. Dostrzegłam pod budynkiem kilku kolesi w skórzanych kurtkach i to był miejscowy gang.

— Myślisz, że mają coś wspólnego z tym bałaganem? — zapytał Giddens.

— Nie sadzę. — szepnęłam.

— Obserwujemy ich od kilku lat — zdradził — Ale nigdy nie dali nam powodu do zatrzymania. No wiesz, mieszkają w tej opuszczonej budzie, ale tylko imprezują.

— Sprawdzę to. — stwierdziłam.

— Chciałaś powiedzieć, że sprawdzicie. — wskazał na Geralda.

Prychnęłam.

— Na pewno pójdę porozmawiać z gangiem z kimś takim jak Gee — burknęłam — Ściągnę Palgrema, inaczej możemy narazić się komuś, komu nie chcemy.

— Nie sadzę, żeby ci szczeniacy zechcieli zadzierać z Black Lashes. — stwierdził Giddens.

Wywróciłam oczami.

— Niech ją stąd zabiorą, a ja załatwię to po swojemu. — wyjęłam telefon z kieszeni.


Do Mars: Robota w porcie. Weź Tylera.


— Nie ma tu kamer. — powiedział Gerald.

— To miejscówka jakichś szczurów — burknęłam — Jedyne na co ich stać to kolejna flaszka.

— Nie wszyscy mają w życiu tak lekko jak ty. — powiedział, patrząc na mnie.

Giddens się skrzywił.

— Moje biedny uszy udają, że tego nie słyszały. — syknęłam i odeszłam od nich.

Burak.

— Znaleźliśmy coś. — podeszła do mnie Stella, z miną wdzięczną jak zawsze.

Spojrzałam na nią.

— Pendrive. — pokazała.

— Cudownie, więc zdecydowanie powinniśmy udać się na komisariat i obejrzeć to show — oznajmiłam — Ale najpierw załatwię swoje sprawy. — uśmiechnęłam się do niej sztucznie i ją wyminęłam.

Po jakimś czasie na miejscu pojawił się Mars i Tyler.

— Elo stara — Tyler zbił ze mną żółwika — Co to za robota?

— Musimy porozmawiać z miejscowym gangiem. — wskazałam na budynek.

Tyler się zaśmiał.

— Nie obrażaj gangów, oni to najwyżej banda zapijaczonych gówniarzy. — stwierdził.

— Znasz ich? — zapytałam.

— Kilkoro z widzenia — oznajmił — Kupują prochy na Bronksie — dodał ledwo słyszalnie, patrząc na Giddensa, dyskutującego z Geraldem kilka metrów przed nami — Nazywają się The Frangipaniles, o ile się nie mylę.

Westchnęłam.

— Cudownie — powiedziałam — Wiedząc o tym, że bawią się w dragi, będę mogła ich zmusić do gadania.

Tyler zatarł dłonie.

— Zatem chodźmy skopać im tyłki. — zaśmiał się.

— Nie tak prędko — Giddens do nas podszedł — Stradlin, to moja ostatnia sprawa. Chcecie wejść w sam środek mrowiska z zarzutami. Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.

Uśmiechnęłam się chytrze.

— Chyba nie doceniasz moich możliwości, agencie Giddens. — mruknęłam i ruszyłam w kierunku odrapanego budynku.

Kilkoro z nich siedziało na ławkach przed wejściem, obserwując z daleka naszą akcję, inni siedzieli w oknach i robili to samo.

— Wiedziałem, że banda tych kundli zaraz przyleci tutaj z oskarżeniem. — prychnął jeden z nich.

— Na twoim miejscu bardziej zważałbym na słówka. — burknęłam.

Było mi już kurewsko zimno, styczeń nas nie rozpieszczał w tym roku. Jak oni mogli mieszkać w tej budzie?

— Bo co, pani psinko? — wstał z miejsca.

— Bo mnie wkurwisz, a tego byś nie chciał, dzieciaczku. — syknęłam.

Jeden z jego kolegów złapał go za łokieć w geście uspokojenia.

— Zluzuj, stary — powiedział — To chyba nie jest zwykła policja, oni się tak nie zwracają do… innych. — dodał z trudem.

— Brawo za spostrzegawczość — rzuciłam — Kto jest waszym guru?

Patrzyli na mnie zmieszani.

— Ja — usłyszałam za sobą — Ja jestem przywódcą. — odwróciłam się.

O żesz w mordę. Koleś na pewno nie był zwykłym szczeniakiem. Był ogromny, miał ze dwa metry wzrostu, bicka takiego jak moje udo, a z jego oczu biła ogromna nieufność. Nie wiem czy mógłby równać się swoją sylwetką z Tylerem czy Watherby, ale jeśli zaraz się wkurzy i mi wywinie to chyba nigdy nie wstanę.

Zmusiłam swoją głowę do maksymalnego skupienia na jego ruchach. No wiecie, jakby coś to muszę być szybsza.

— Ja jestem przywódcą i chcę wiedzieć dlaczego właśnie patrzę na Black Lashes na moim terenie. — oznajmił złowieszczo.

Spojrzałam na Marshalla. Jak zawsze obserwował sytuację z powątpiewaniem na twarzy.

— Opanuj hormony, bo inaczej się nie dogadamy. — warknęłam.

Uniósł brwi zaskoczony.

— Nikt cię nie nauczył, że nie pyskuje się do starszych? — zapytał.

— A kto miałby mi tego zabronić? — odpowiedziałam — Sprawa jest jasna — zaczęłam — Nad ranem ktoś zamordował na waszym terenie dziewczynę, Casandrę Martinez. Wątpię, żebyście o tej godzinie wszyscy smacznie spali — zerknęłam na ciekawską resztę chłopaków — Oczywiście, możecie milczeć, ale generalnie to nie radzę, bo jeśli dowiem się, że ktoś z was cokolwiek widział i słyszał to wrócę, a wtedy nie będę już taka milutka jak teraz. — oznajmiłam chłodno.

Jeden z chłopaków wstał i wszedł do środka. Zmarszczyłam czoło.

— Bez jaj, Rick — syknął ten najbardziej wyrywny — Jakaś laska przychodzi do nas i podejrzewa nas o morderstwo…

— Nic takiego nie powiedziałam — weszłam mu brutalnie w zdanie — Nie umiesz wyciągać logicznych wniosków z czyjejś wypowiedzi? — podeszłam do niego — Czerwone oczy, rozbiegany wzrok… Dzieciaku, naprawdę sądzisz, że nie wiem o waszych zabawach z dragami? — zapytałam dobitnie — Wiesz co się stanie, jeśli szepnę komuś kilka słówek na ten temat? Spalą waszą budę i skończysz w poprawczaku, a ty Rick — odwróciłam się do niego — Skończysz w pudle.

— Nie masz żadnego prawa nam grozić. — wrzasnął gówniarz, stając mi przed twarzą.

Uniosłam brew.

— Zabroń mi. — szepnęłam cwanie.

— Uspokój się, Nick. — powiedział ktoś.

Ale chyba było już za późno, bo rozjuszony chłopak złapał mnie swoimi brudnymi łapami za szyję i próbował mnie przewrócić (cholera wie, co chciał zrobić), ale odczytałam jego zamiary w sekundę, podcięłam jego liche nogi, złapałam go za ręce i wykręciłam je do tyłu. Syknął z bólu.

— Nawet nie wiesz z kim, kurwa, zadarłeś — rzuciłam zimno wprost do jego ucha, ściskając go mocniej — Tym głupim zachowaniem zarezerwowałeś sobie bilet do poprawczaka, szczeniaku. — puściłam go.

— Zmuszę chłopaków do gadania — oznajmił Rick — Gdzie mogę cię znaleźć, gdy czegoś się dowiem?

— Komisariat przy świętej Marii — powiedziałam — Ach i jeszcze jedno — zwróciłam się do gówniarza — Następnym razem dwa razy zastanów się, zanim podskoczysz do kogokolwiek bez odpowiedniego przygotowania.

— Nigdy nie przestanę podziwiać tego jak potrafisz wywołać strach u ludzi. — zaśmiał się Tyler.

— Lata praktyki, mój drogi. — szepnęłam.

— Przyznam szczerze, że nawet ja się wystraszyłem. — oznajmił.

Teraz to ja się zaśmiałam.

— Uczyłam się od najlepszych. — spojrzałam na Marsa.

— O nie — powiedział Palgrem — To ja uczę się od najlepszej. — dał mi buziaka w czoło.

— Mam nadzieję, że doczekam się takiego dnia w którym nie zmusisz nikogo do gadania za pomocą przemocy. — westchnął Giddens.

— Ich guru, Rick, ma przyjść na komisariat, jeśli się czegoś dowie. — powiedziałam.

— Uważaj, bo to zrobi. — prychnął Gee.

Spojrzałam na niego.

— Jeśli nie to tu wrócę i go zastrzelę. — syknęłam.

— Jest okropnie zimno — Giddens zmienił temat — Stawiam kawę u Joego. Myślę, że w tym czasie Stella zbada zawartość pendrive, który znalazła.

Pokiwałam głową.

— Ja się zwijam, moi drodzy — powiedział Tyler — Mam robotę w warsztacie. Będziemy na drutach, jak coś. — zbił ze mną żółwika i się oddalił.

Rozejrzałam się po okalającym nas terenie. Port, spokojna zatoka, kontenery i skrzek mew. I martwa Casandra. To nie był przypadek. Ktoś, kto chce się mnie pozbyć i chce mnie wystraszyć, zaczął od ludzi, którzy mieli ze mną kontakt, by przejść do tych, którzy są dla mnie ważni, by na samym końcu dopaść mnie. Serce zabiło mi mocniej i zadzwoniło mi w uszach.

Casandra była dla mnie nikim, ale wciąż miałam ludzi na których powinno mi zależeć.

Takich jak moja rodzina. Matka, ojciec i mały. Świadomość o tym, że może grozić im niebezpieczeństwo prawie zmiotła mnie z powierzchni ziemi.

Nie mówiąc o ludziach za których oddałabym życie i których broniłabym ostatkiem sił. Inez, Logan, Mars czy chociażby Morello i Maks. A co jeżeli im też coś się stanie?

No cóż, wygląda na to, że będę musiała dopaść tego chuja pierwsza.


— Co o tym sądzisz? — zapytał Gee, gdy wchodziliśmy do Joego.

— O knajpie czy o morderstwie? — burknęłam.

Zaśmiał się.

— O jednym i drugim. — szepnął.

— Nie mam nic do powiedzenia na ten temat — wzruszyłam ramionami, patrząc na ludzi przy barze — O kurwa. — szepnęłam.

Dlaczego chociaż raz Bóg nie może być dla mnie łaskawy?

— Wiedziałem, że jeszcze kiedyś cię tutaj spotkam. — Olivier z ogromnym uśmiechem na twarzy do mnie podszedł.

— Tak — mruknęłam — Jeszcze zdarza mi się tutaj przychodzić — wzięłam głęboki oddech — Jak studia?

— Właśnie przyjechałem ze znajomymi na konferencję — wyciągnął ulotką z kieszeni — Wiesz, ostatni semestr, trzeba się udzielać. — zaśmiał się, podając mi papierek.

Zerknęłam na zawartość ulotki.

— Nikt nie organizuje konferencji na Bronksie. — oznajmił Mars, zaglądając mi przez ramię.

— Co? — Oli przestał się uśmiechać.

— Ulica Jonathana — szepnęłam — Jedyne, co się tam znajduje to opuszczone sklepy i biurowce. To jakiś bullshit, Olivier. — powiedziałam przerażona, zgniatając ulotkę.

Giddens przywołał mnie ręką do stolika.

— Olivier — zaczęłam — Pod żadnym pozorem tam nie idź — powiedziałam — To może być pułapka.

— Ale o co chodzi? — zapytał — Tylko mi nie mów, że znowu wpadłaś w jakieś szambo, bo chyba nie uwierzę.

— Pamiętasz jak byliśmy w Miami? — zapytałam — Ten koleś właśnie szuka zemsty. Dzisiaj rano byłam na miejscu morderstwa. Wiesz kto jest ofiarą? Casandra Martinez, a jak oboje dobrze wiemy, miałam z nią na pieńku.

— Poczekaj, bo nie nadążam — szepnął — Chcesz mi powiedzieć, że ktoś wysłał nam zaproszenie na konferencję związaną z naszym kierunkiem studiów, by się na nas zasadzić? — spojrzał na grupkę siedzącą przy barze.

Dwie dziewczyny i jacyś chłopcy.

Pokiwałam głową.

— To powiedz to moim znajomym — ciągnął — Cieszyli się na to wydarzenie, bo nikt nie organizuje konferencji z naszej dziedziny poza środowiskiem uniwersyteckim. Nawet nie wiesz jacy będą zawiedzeni.

— Ale będą nadal żywi — burknęłam i podeszłam do tych dziewczyn — Naomi Stradlin, CIA — pokazałam im odznakę — Wiem, że wybieracie się dzisiaj na konferencję naukową związaną z waszymi studiami — zaczęłam — Ale ta konferencja się nie odbędzie. Adres wpisany na ulotce nie jest poprawny. To jakiś podstęp. Zostańcie w domu.

— Co? — odezwał się jakiś chłopak — Claire, co to ma znaczyć?

— Naomi to moja stara znajoma — szepnął — Pracuje w CIA i prowadzi śledztwo… Zna Bronks lepiej niż my, a właśnie tam ma odbyć się ta pseudokonferencja. Czy cokolwiek.

— Czy to znaczy, że ktoś nam grozi? — szepnęła jego koleżanka.

— To znaczy, że dzisiaj zrobię tam nalot — powiedziałam twardo — Jest wiele innych rzeczy, które można zobaczyć w Nowym Jorku, więc poświęćcie swój czas na to niż na wpadanie w kłopoty. Ja i tak mam już dużo na głowie, nie będę ratowała waszych tyłków.

— Właśnie to zrobiłaś — oznajmił Olivier — To nie mógł być przypadek. Dzięki, Naomi. — wziął mnie w ramiona.

— Bywaj zdrów, Claire. — burknęłam i dosiadłam się do Giddensa, Gee i Marsa, chowając uprzednio ulotkę do kieszeni.

— Nie wyglądasz dobrze. — zaśmiał się Gee.

— Bo nie jest mi do śmiechu. — warknęłam.

Giddens przyglądał mi się uważnie.

— Mów, co ci chodzi po głowie — oznajmił — Nie chcę znowu sprzątać twojego bałaganu.

— Nic takiego — wzruszyłam ramionami — Dowiem się czegoś więcej o Casandrze, bo jednak kolekcja zdjęć jej cycków na MacBooku to za mało.

Gee uniósł brwi.

— Mówiłam, że nienawidziłam tej kurwy? — prychnęłam — No to teraz mam nadzieję, że wyjaśniłam ci to dosadnie.

— A może to ty? — zapytał.

Uśmiechnęłam się.

— Oczywiście — burknęłam — Myślę, że gdybym miała ją załatwić, wybrałabym bardziej malowniczą scenerię niż port z zapijaczonymi szczeniakami w tle.

— A może to ktoś z twojego gangu? — drążył.

Co on w ogóle wygadywał?

Marshall prychnął.

— Każdy z moich chłopców ma legalną pracę, dom i rodziny — syknęłam — A to jest więcej warte niż zamordowanie jakieś gówniary.

— Ciekawe czy powiedziałby to przy Tylerze. — mruknął Mars.

— Za duże ryzyko, aniołku. — mrugnęłam do niego.

Tę jakże przemiłą wymianę zdań przerwał nam sms od Stelli.


Od Stella: Stradlin, masz przejebane. Będziesz musiała mi słono zapłacić, żebym zgubiła ten pendrive.


Zacisnęłam szczękę.

— Muszę spadać. — rzuciłam szybko, łapiąc swój kubek w locie i wyszłam z knajpy.

— Halo, co to za ucieczka? — Mars mnie dogonił.

— Jedziemy na komisariat. Byle szybko. — warknęłam.

Wsiedliśmy do wozu.

— Kurwa — syknęłam — To morderstwo to na bank robota Nicco. Konferencja też! Rozumiesz? Nie zasadzałby się na moich bliskich, gdyby nie chciał się do mnie dostać. — zacisnęłam dłonie w pięści.

— Uspokój się, Nao — powiedział cicho — Po co jedziemy na komisariat?

— I tak będę musiała złożyć raport — wzruszyłam ramionami — Zabiję go, przysięgam.

Czułam jak się we mnie gotuje i ten padalec rozpalił we mnie uczucie, którego dawno nie czułam. Chciał zagrozić moim bliskim, a moim bliskim się nie grozi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 49.18