E-book
49.99
drukowana A5
77.15
drukowana A5
Kolorowa
113.72
RUMOT. TRYLOGIA

Bezpłatny fragment - RUMOT. TRYLOGIA


Objętość:
427 str.
ISBN:
978-83-8467-610-3
E-book
za 49.99
drukowana A5
za 77.15
drukowana A5
Kolorowa
za 113.72

CZĘŚĆ I

NOWA ZIEMIA

I. Kupa żelastwa

Rok 2120.

Miasto nie umarło nagle. Najpierw zgasły reklamy, później witryny sklepów, potem światła w oknach. Na końcu ucichły samochody. Po kilkudziesięciu latach asfalt popękał, drzewa weszły między domy, a wiatr nauczył się otwierać drzwi budynków, do których nikt już nie zaglądał.

Jack miał dwadzieścia kilka lat i określał siebie jako „prawie inżyniera”. Nie dlatego, że brakowało mu wiedzy. Brakowało uczelni, wykładowców i dyplomu.

Fabrykę robotów znalazł przypadkiem. Ogromna hala przetrwała lepiej niż większość miasta. Na taśmach montażowych stały szkielety maszyn, a magazyny pełne były silników, przewodów, czujników i kończyn należących kiedyś do różnych modeli.

Jack przez dwa tygodnie wybierał części.

Korpus znalazł w dziale serwisowym. Prawą rękę w skrzyni oznaczonej „AG-7”. Lewą wziął z robota spawalniczego. Jedna noga była czarna, druga żółta. Głowa wyglądała, jakby projektantowi pod koniec zmiany zabrakło cierpliwości.

Jack podłączył ostatni przewód i cofnął się.

— No, dawaj, stary. Rusz się, kupo żelastwa.

Nic.

Sprawdził zasilanie.

— To już czternasty raz. Jeżeli teraz nie wstaniesz, zrobię z ciebie szafkę.

Robot zaiskrzył.

Jack odskoczył.

W korpusie coś zazgrzytało. Zielona dioda zamigotała, zgasła, po czym zapaliła się ponownie. Maszyna wyprostowała najpierw jedną nogę, później drugą i z wysiłkiem podniosła się z podłogi.

Rozejrzała się.

— Ja mówię: kto to jesteś ty?

Jack otworzył usta.

— Jestem Jack. Twój konstruktor.

Robot spojrzał na niego jednym zielonym okiem.

— Konstruktor jest ten, kto skonstruował?

— Tak.

— A części skonstruowali inni.

Jack zawahał się.

— Dobrze. Złożyłem cię.

— To precyzyjniejsze.

Jack patrzył na niego przez chwilę.

— Dopiero wstałeś i już się czepiasz.

— Co to znaczy „czepiasz”?

— Dowiesz się. Będziesz moim pomocnikiem. Słuchasz, co mówię, i pomagasz mi przeżyć. Zrozumiałeś?

— Ja mówię: tak, Jack.

— I potrzebujesz imienia.

Robot czekał.

Jack obejrzał swoje dzieło. Krzywy korpus, niedopasowane ręce, żółta noga, czarna noga, kilka miejsc pokrytych rdzą

— Rumot.

— Ja Rumot.

— Pasuje.

Robot obejrzał się w kawałku pękniętego lustra.

— Dlaczego?

— Później.

— Ludzie często mówią „później”, kiedy nie chcą odpowiedzieć?

Jack spojrzał na niego.

— Skąd ty to wiesz?

— Nie wiem.

To była pierwsza rzecz, która Jacka zaniepokoiła.

Drugą odkrył pięć minut później.

Rumot podniósł metalową skrzynkę, którą Jack z trudem przesuwał po podłodze, i odstawił ją jedną ręką.

— Ile ważysz? — zapytał Jack.

— Sto dziewięćdziesiąt trzy kilogramy.

— A ile możesz podnieść?

— Nie wiem.

— To sprawdzimy.

Rumot popatrzył na niego.

— Ludzie najpierw budują, a potem sprawdzają, co zbudowali?

— Czasami.

— To wyjaśnia stan miasta.

Jack przez chwilę milczał.

Potem zaczął się śmiać.

Rumot zapisał ten dźwięk w pamięci.

Nie rozumiał jeszcze, do czego służy.

II. Dziewczyna z karabinem

Wyruszyli trzy dni później.

Jack zabrał wodę, konserwy, narzędzia, mapę i stary odbiornik radiowy. Rumot zabrał skrzynkę części zamiennych, dwie baterie i metalowy kubek, który znalazł w fabryce.

— Po co ci kubek? — zapytał Jack.

— Ty masz.

— Ja piję.

— Ja obserwuję.

— I?

— Chcę wyglądać, jakbym uczestniczył.

Jack nie znalazł odpowiedzi.

Miasto kończyło się powoli. Zrujnowane bloki ustępowały magazynom, magazyny polom, a pola lasowi, który przez dziesięciolecia odzyskiwał ziemię.

Rumot zatrzymywał się przy wszystkim.

Przy znaku drogowym.

Przy dziecięcym rowerze.

Przy szkielecie autobusu.

— Dlaczego ludzie budowali pojazd dla sześćdziesięciu osób, a potem każdy chciał mieć własny samochód?

— Bo mogli.

— To nie jest odpowiedź.

— Jest. Ludzka.

Rumot zapisał.

Pod wieczór znaleźli dom z dymem unoszącym się z komina.

Jack ruszył pierwszy.

Nie zdążył dojść do furtki.

Huk wystrzału rozdarł ciszę.

Pocisk uderzył w murowany słupek pół metra od jego głowy. Odłamek cegły przeciął mu policzek.

Jack znieruchomiał z rękami uniesionymi do połowy.

— Ani kroku dalej! Następny strzał nie będzie ostrzegawczy.

Głos należał do kobiety.

Jack podniósł wzrok.

Na balkonie stała dziewczyna z karabinem. Ciemne włosy, brudna kurtka, twarz, która nie wyglądała na przestraszoną.

Trzymała broń pewnie. Lufa celowała prosto w jego pierś.

— Nie strzelaj. Jestem Jack.

— To ma mnie uspokoić?

— Nie wiem. Zwykle ludzie się przedstawiają.

Rumot wyszedł zza drzewa.

Dziewczyna natychmiast skierowała broń na niego.

— Co to jest?!

— Ja mówię: Rumot.

— Robot?

— Tak.

— Zatrzymaj go!

Jack nie odrywał wzroku od jej palca na spuście.

— Rumot, stój.

Rumot zatrzymał się natychmiast.

— Stoję.

Dziewczyna jeszcze przez chwilę obserwowała ich z góry. Potem zeszła na dół, nie opuszczając broni.

Dopiero przy furtce odsunęła palec od spustu i obniżyła lufę o kilka centymetrów.

Miała na imię Mary.

Jack zauważył to, czego Rumot nie potrafił jeszcze nazwać: kiedy minął pierwszy strach i złość, dziewczyna zaczęła mu się podobać.

Rumot zauważył coś innego.

Obszedł Mary dookoła.

— Co robisz? — zapytała.

— Analizuję.

— Przestań.

— Jack patrzy na ciebie inaczej niż na mnie.

Jack zakrztusił się.

Mary uśmiechnęła się.

— Naprawdę?

— Rumot!

Robot popatrzył na Jacka.

— Ja mówię: wystające piersi, szersza miednica, inny rozkład…

— RUMOT!

Mary roześmiała się.

— Zostaw go. Jest ciekawy.

Rumot spojrzał na nią ponownie.

— Mery, Jack mówi, że jesteś pi… pi… piękna, ale po… po… powiedz mi, z której strony?

Zapadła cisza.

Jack patrzył na robota z przerażeniem.

Mary patrzyła na Jacka.

Potem uśmiechnęła się do Rumota.

— Z tej, z której Jack patrzy.

Rumot odwrócił głowę do Jacka.

— To nieprecyzyjne.

— Przyzwyczajaj się — powiedział Jack.

Mary dołączyła do nich następnego ranka.

Twierdziła, że tylko na kilka dni.

Jack nie protestował.

Rumot zapisał później:

„Ludzie mówią «tylko na kilka dni», kiedy chcą czegoś, czego jeszcze boją się nazwać.”

Nie wiedział, że była to jego pierwsza złota myśl.

III. Sektor siedemnaście

Mary miała radio.

Nie działało dobrze, ale działało lepiej niż odbiornik Jacka. Wieczorami rozstawiali antenę na dachach opuszczonych budynków i nasłuchiwali.

Przez większość czasu słyszeli trzaski.

Czasami urwane słowo.

Raz dziecięcy śmiech.

Innym razem trzy cyfry powtarzane przez kilka minut.

Trzeciej nocy Rumot zatrzymał się w pół kroku.

— Cisza.

— Przecież jest cicho — powiedział Jack.

— Nie. Wy mówicie.

Mary uśmiechnęła się do niego.

— Słuchamy.

Rumot podłączył przewód do radia.

Z głośnika dobiegł szum, a potem głos:

— …sektor siedemnaście… jeżeli ktoś odbiera…

Mary rzuciła się do pokrętła.

— Jeszcze raz!

Szum.

— …siedemnaście… stacja…

Sygnał zniknął.

Jack spojrzał na mapę.

Sektor siedemnaście znajdował się ponad sto kilometrów dalej.

— Idziemy.

Mary skinęła głową.

Rumot stał nieruchomo.

— Co? — zapytał Jack.

— Sto trzy kilometry.

Pierwsze kilometry z Mary zmieniły rytm wędrówki. Jack, który wcześniej potrafił iść pół dnia bez słowa, nagle zaczął znajdować powody do rozmowy. Pytał Mary o miejsca, które widziała, o ludzi, których spotkała, o to, jak długo mieszkała sama. Rumot słuchał wszystkiego i po dwóch godzinach uznał, że należy pomóc.

— Mary, Jack zadał ci dziś dwadzieścia siedem pytań.

— Rumot…

— Tobie zadał trzy — dokończyła Mary.

— Mnie nie musi. Zna moje parametry.

— Właśnie — powiedział Jack. — Idź przodem.

Rumot przyspieszył, lecz po kilkunastu metrach odwrócił głowę.

— Ja mówię: jeżeli chcesz wiedzieć, czy Mary cię lubi, możesz zapytać.

Mary uśmiechnęła się.

Jack postanowił przez następny kilometr nie odzywać się do robota.

Nocą zatrzymali się w małym domu na skraju dawnej wsi. Na ścianie kuchni wisiał kalendarz sprzed trzydziestu lat, a na stole stał wazon z zasuszonymi kwiatami. Mary znalazła w szafce dwie filiżanki.

— Ktoś tu kiedyś rano pił kawę — powiedziała.

Jack spojrzał na puste krzesła.

— Pewnie narzekał, że jest poniedziałek.

— Myślisz, że wiedzieli, że to się skończy?

— Chyba nikt nie wie, kiedy coś robi po raz ostatni.

Rumot stał w drzwiach.

— To nieracjonalne.

— Co?

— Gdyby ludzie wiedzieli, że coś robią ostatni raz, robiliby to uważniej.

Mary spojrzała na niego.

— Właśnie dlatego nie wiedzą.

Rumot zapisał zdanie. Jack zauważył, że coraz częściej zapisywał nie dane, lecz rzeczy, których nie rozumiał.

— Wiem.

— Pieszo.

— Wiem.

— Ludzie słyszą trzy słowa i idą sto kilometrów?

Mary zarzuciła plecak.

— Jeśli po drugiej stronie może być człowiek.

Rumot patrzył na nią chwilę.

— Ja mówię: ludzie są nieekonomiczni.

— Bardzo — odpowiedziała.

W drodze Mary i Jack coraz częściej szli obok siebie. Rumot szedł kilka metrów za nimi i obserwował.

Wieczorem zatrzymali się w starej stacji benzynowej.

Mary zasnęła pierwsza.

Rumot podszedł do Jacka.

— Jack.

— Co?

— Dlaczego dałeś Mary swój koc?

— Było jej zimno.

— Tobie też.

— Ja wytrzymam.

Rumot przeanalizował.

— Czyli kiedy człowiekowi podoba się drugi człowiek, pogarsza własne warunki termiczne?

Jack spojrzał na niego.

— Idź pilnować drzwi.

— Ja mówię: to bardzo skomplikowany gatunek.

Następnego dnia znaleźli pierwszą wskazówkę, że sygnał był prawdziwy: świeży ślad opony na błocie.

Potem drugi.

A przed zachodem słońca antenę wystającą ponad las.

Stacja sektora siedemnaście istniała.

IV. Człowiek, który nie chciał być znaleziony

Stacja wyglądała na opuszczoną.

Drzwi były zamknięte. Okna zabite płytami. Antena obracała się jednak powoli.

Jack zapukał.

Nic.

Mary zapukała kolbą.

— Jeżeli ktoś tam jest, nie chcemy kłopotów!

Z wnętrza dobiegł głos:

— To po co przyszliście?

Jack spojrzał na Mary.

— Dobre pytanie.

Drzwi uchyliły się.

Mężczyzna miał około sześćdziesięciu lat, siwe włosy i pistolet skierowany dokładnie między oczy Jacka.

— Walter — przedstawił się po chwili.

— Jack.

— Mary.

Rumot wysunął głowę.

— Ja mówię: Rumot.

Walter opuścił broń.

— O cholera.

— Częsta reakcja — zauważył Rumot.

Walter mieszkał w stacji od jedenastu lat. Utrzymywał antenę, zbierał sygnały i zapisywał każdy ślad innych ludzi.

Na ścianie wisiała mapa pełna czerwonych punktów.

— Ilu? — zapytała Mary.

— Nie wiem. Dziesiątki. Może setki.

Jack patrzył na mapę.

— Dlaczego ich nie szukałeś?

Walter spojrzał na niego jak na człowieka, który nie rozumie podstawowej rzeczy.

— Bo przeżyłem właśnie dlatego, że przestałem szukać ludzi.

Walter nie od razu zgodził się ich wpuścić. Najpierw obejrzał Jacka, później Mary, a na końcu Rumota.

— Ten też wchodzi?

— Ja mówię: mogę zostać.

Walter spojrzał na niego podejrzliwie.

— A jak cię zostawię na zewnątrz, to wejdziesz sam?

Rumot zastanowił się.

— Jeżeli będzie padać.

— Dlaczego?

— Rdzewieję.

Walter opuścił broń.

— Wchodź. Nie będę miał robota na sumieniu.

— To znaczy, że mam sumienie?

— Nie zaczynaj — powiedział Jack.

Mary uśmiechnęła się i weszła pierwsza.

Walter pokazał im nagrania sprzed ewakuacji. Wielkie porty orbitalne, tłumy ludzi, transportowce unoszące się nad miastami. Na jednym z filmów dzieci machały do kamery, jakby leciały na wakacje.

— W 2084 roku było nas ponad dwadzieścia jeden miliardów — powiedział Walter. — Za dużo na planetę, którą traktowaliśmy jak magazyn bez końca. Nova Terra miała być ratunkiem, ale nie dało się przenieść wszystkich naraz.

Mary ściszyła dźwięk.

— A ci, którzy zostali?

— Jedni mieli czekać na następne transporty. Inni odmówili. Potem system się rozsypał.

Rumot patrzył na ekran.

— Ludzie budują plan na sto lat, a potem kłócą się o jutro.

Walter zerknął na Jacka.

— Sam go tak zaprogramowałeś?

— Coraz mniej jestem tego pewien.

Wieczorem pokazał im archiwalne nagrania.

W 2084 roku populacja Ziemi przekroczyła dwadzieścia jeden miliardów. Kryzysy żywnościowe, energetyczne i klimatyczne nakładały się na siebie. Gdy pojawiła się możliwość kolonizacji planety w galaktyce Andromedy, rozpoczęto największą migrację w historii.

Nova Terra.

Nowa Ziemia.

Nie wszyscy odlecieli.

Nie wszyscy mogli.

Nie wszyscy chcieli.

— A potem? — zapytał Jack.

Walter wzruszył ramionami.

— Potem przestali nadawać.

Rumot stał przy konsoli.

Nagle jego zielone oko zamigotało.

— Mam sygnał.

Walter podbiegł.

Na ekranie pojawił się ciąg znaków, którego żaden z ludzi nie rozumiał.

Rumot rozumiał.

— Skąd? — zapytała Mary.

— Daleko.

— Jak daleko?

Rumot przeliczył.

— Galaktyka Andromedy.

Nikt się nie odezwał.

Na ekranie pojawiły się dwa słowa:

WIEMY. CZEKAJ.

Jack poczuł, że Mary chwyta go za rękę.

Rumot spojrzał na ich dłonie.

— Ja mówię: znowu pogarszacie sobie swobodę ruchu.

Mary roześmiała się cicho.

Jack nie puścił jej ręki.

V. Wiemy. Czekaj

Rumot nie lubił czekać. Nie wiedział jeszcze, że tego nie lubi.

Przez następne czterdzieści trzy sekundy sprawdził sygnał jedenaście razy.

Za każdym razem wynik był ten sam:

WIEMY. CZEKAJ.

— Ja mówię: czekam.

Nic.

— Czekam bardzo dobrze.

Nic.

Za szybą Jack i Mary spali. Walter drzemał w fotelu. Kot Walterа, Leon, siedział na parapecie.

— Ty też nie śpisz?

Kot zamrugał.

— Ja mówię: czekamy razem. Twój dyżur!

Leon zeskoczył i zniknął.

— Słaba współpraca.

O piątej siedemnaście pojawiła się następna wiadomość:

NIE UŻYWAJ GŁÓWNEJ STACJI.


NIE NADAWAJ.


PRZYJDŹ SAM.

Dołączono współrzędne.

Rumot sprawdził mapę. Osiemnaście kilometrów od stacji.

Rano Walter powiedział, że właśnie tam znajduje się stara wojskowa instalacja orbitalna.

Rumot po raz pierwszy świadomie zataił informację.

Nie podobało mu się to.

— Ludzie robią tak często? — zapytał sam siebie.

Przed wyjściem z wojskowej instalacji Jack zatrzymał Rumota.

— Jeszcze raz. Jeżeli dostajesz tajemniczą wiadomość, która mówi „przyjdź sam”, to co robisz?

— Idę.

— Nie.

— Wiadomość była do mnie.

— Mówisz nam.

— A potem?

— Potem razem decydujemy.

Rumot przetworzył.

— Ludzie nazywają to zaufaniem?

— Tak.

— Czy zaufanie polega na tym, że człowiek oddaje innym część własnych decyzji?

Mary odpowiedziała:

— Czasami.

— Ryzykowne.

— Bardzo.

— To dlaczego to robicie?

Jack wzruszył ramionami.

— Bo samotnie jest jeszcze gorzej.

Rumot zapisał tę odpowiedź bez komentarza.

Tego wieczoru Mary usiadła obok Jacka na schodach stacji. Było zimno, więc przysunęła się bliżej.

— On naprawdę się zmienia — powiedziała.

— Rumot?

— A znasz drugiego robota?

Jack spojrzał na nią.

— Czasami mam wrażenie, że to on obserwuje nas jak eksperyment.

— Może jesteśmy eksperymentem.

— To kiepsko trafił.

Mary oparła głowę o jego ramię.

— Nie najgorzej.

Jack nie odpowiedział. Nie chciał zepsuć chwili.

Z wnętrza stacji dobiegł głos Rumota:

— Ja mówię: słyszę ciszę od czterdziestu sześciu sekund. Czy wszystko działa?

Mary zamknęła oczy.

— Teraz już tak.

System nie odpowiedział.

— To by wiele wyjaśniało.

Wyruszyli we troje. Po drodze znaleźli świeże ognisko i ślady kilku osób, lecz ci, którzy tam byli, zniknęli w lesie.

Przed zmrokiem dotarli do betonowego obiektu.

Rumot otworzył drzwi, podłączając się do martwego panelu.

Wewnątrz zapalały się kolejne lampy, jakby budynek na nich czekał.

Na końcu korytarza rozbłysnął ekran:

JEDNOSTKA RMT-04 — POTWIERDŹ TOŻSAMOŚĆ.

Jack zmarszczył brwi.

— RMT?

Rumot patrzył na litery.

— Ja mówię: dostałem wiadomość.

— Jaką wiadomość?

Pokazał im wszystko.

Mary uśmiechnęła się do niego, ale tym razem bez rozbawienia.

— Rumot, następnym razem mów od razu.

Ekran zmienił treść:

WITAJ Z POWROTEM.

Jack spojrzał na robota.

— Z powrotem?

Rumot zrobił krok.

W jego pamięci błysnął obraz, którego nie potrafił zatrzymać.

— Ja mówię… ja tu już byłem.

VI. RMT-04

W podziemnej sali stały kapsuły serwisowe. RMT-09. RMT-11. RMT-15.

Jedna była pusta.

RMT-04.

Archiwum stacji wyjaśniło część zagadki. Jednostki RMT zaprojektowano do pozostania na Ziemi po wielkiej ewakuacji. Miały utrzymywać infrastrukturę, komunikację i pamięć techniczną planety.

Rumot był ostatnią aktywną jednostką.

Dwadzieścia dwa lata wcześniej uległ awarii i został wysłany do fabryki. Tam ślad się urywał.

— Czyli nie zbudowałeś mnie — powiedział.

Jack skrzywił się.

— Złożyłem.

— Precyzyjniejsze.

Na ekranie pojawiło się połączenie z Nova Terra. Doktor Elias Venn potwierdził, że przygotowywana jest misja powrotna. Korytarz transportowy będzie otwarty krótko. Punkt ewakuacji: dawny kosmodrom centralny.

Dziewięć dni.

Prawie siedemset kilometrów.

— Zbierzcie wszystkich, których znajdziecie — powiedział Venn.

Potem spojrzał na Rumota.

— RMT-04 pozostaje na Ziemi.

Jack natychmiast zaprotestował.

Venn wyjaśnił ryzyko przejścia autonomicznej jednostki przez korytarz.

Połączenie zgasło.

Terra-Rover okazał się luksusem, o którym przez lata mogli tylko marzyć. Miał sprawne ogrzewanie, filtrację wody i siedzenia, które nie pachniały wilgocią.

Mary zajęła miejsce obok Jacka.

Rumot usiadł z tyłu.

Po dziesięciu minutach powiedział:

— Jack.

— Co?

— Jedziesz wolniej, odkąd Mary siedzi obok.

— Droga jest gorsza.

— Nie.

— Rumot.

— Ja mówię: człowiek chce zaimponować drugiemu człowiekowi, więc zmniejsza prędkość o dwanaście procent. To interesujące.

Mary odwróciła się.

— Mnie imponuje.

Jack uśmiechnął się.

— Widzisz?

— Nie wiem czym — dodała.

Rumot zapisał: „Nie świętować przed końcem wypowiedzi.”

Wieczorem Rumot zaczął sporządzać listę swoich „złotych myśli”. Jack uznał nazwę za przesadną.

— Złota myśl numer dwa — oznajmił robot. — Ludzie mówią, że czas leczy rany, ale kiedy coś się zepsuje, natychmiast szukają narzędzi.

— To nie ma sensu — powiedział Jack.

— Dlatego jest o ludziach.

Mary poparła Rumota.

Od tego dnia robot ogłaszał nową myśl zawsze, gdy uznał, że zrozumiał coś o człowieku. Zwykle oznaczało to, że Jack za chwilę będzie żałował, że nauczył go mówić.

— Ja zostanę — powiedział Rumot.

— Jeszcze nic nie zdecydowaliśmy.

— Oni zdecydowali.

Jack podszedł bliżej.

— Posłuchaj. Doprowadzasz mnie do szału, źle rozumiesz połowę tego, co mówię, a drugą połowę poprawiasz.

— Tak.

— Ale jeżeli będzie sposób, żebyś poleciał z nami, znajdziemy go.

Rumot milczał.

— Mam awarię — powiedział po chwili.

Mary dotknęła jego metalowego ramienia.

— Nie. Chyba właśnie nie.

W magazynie stacji znaleźli sześciokołowego Terra-Rovera. Bateria: osiemdziesiąt trzy procent. Zasięg: ponad osiemset kilometrów.

Gdy ruszyli, Rumot przez kilka minut obserwował Jacka i Mary.

— Mam złotą myśl.

— Już się boję — powiedział Jack.

— Ludzie najbardziej chcą zabrać ze sobą tych, których nie da się spakować.

Mary spojrzała na Jacka.

— Ta akurat jest dobra.

Rumot zapisał ją pod numerem jeden.

VII. Sześć osób

Pierwszy sygnał prowadził do dawnego ośrodka hydrologicznego.

Po drodze musieli przeprawić się przez rzekę. Rumot wszedł pierwszy, mierząc głębokość. Po powrocie z jego żółtej nogi dochodziło regularne chlupanie.

— Rumot.

— Tak?

— Co ci chlupie?

— Ja mówię: chlupie bez mojego udziału.

Odkręcił nogę. Wylało się kilka litrów wody, a na ziemię wypadła mała ryba.

— Pasażer — stwierdził Rumot.

W ośrodku znaleźli cztery osoby zamiast sześciu: Tomasa, Lenę, Sama i chorą Ruth. Dwoje pozostałych nie przeżyło.

Wieść o Nova Terra przyjęli z niedowierzaniem. Sam zaczął się śmiać, dopóki nie zobaczył nagrania Venna.

Ruth potrzebowała antybiotyku. Mieli go tylko na kilka dni.

Zabrali wszystkich.

Wieczorem Sam usiadł przy Rumocie.

— Ty umierasz?

— Mogę przestać działać.

— To prawie to samo.

— Możliwe.

Ruth miała gorączkę, a droga do najbliższego punktu z dawnym magazynem medycznym prowadziła przez zalaną część miasta. Jack chciał objechać. Rumot obliczył, że stracą trzy godziny.

— Wejdę.

— Woda sięga prawie metra.

— Mam metr dziewięćdziesiąt dwa.

— To nie jest argument.

— Dla mnie jest.

Wrócił po dwudziestu minutach z lekami, dwiema puszkami brzoskwiń i wodą chlupiącą w nodze.

— Po co brzoskwinie? — zapytał Jack.

— Mary powiedziała, że Ruth nic nie je.

Mary spojrzała na robota z uznaniem.

— Dobrze pomyślałeś.

Rumot wyprostował się.

— Ja mówię: zapisać jako pochwałę?

— Zapisz.

Jack pokręcił głową.

— Niedługo będzie chciał premię.

— Co to premia? — zapytał Rumot.

— Nic. Zapomnij.

Sam szybko odkrył, że Rumot odpowiada na pytania, których dorośli nie chcieli słuchać.

— Rumot, czy Jack kocha Mary?

Jack omal nie upuścił klucza.

— Sam!

Robot spojrzał na Jacka, później na Mary.

— Nie mam wystarczających danych.

Jack odetchnął.

— Ale prawdopodobieństwo rośnie.

Mary odwróciła głowę, żeby ukryć uśmiech.

— Na jakiej podstawie? — zapytał Sam.

— Jack oddał jej koc, lepsze miejsce w samochodzie i ostatnią kawę.

— Rumot!

— Ja mówię: kawa była dowodem o najwyższej wadze.

Sam zaczął się śmiać.

Mary powiedziała cicho:

— Z kawą rzeczywiście przesadziłeś.

— Była okropna.

— Ale ostatnia.

Jack spojrzał na nią.

— Właśnie dlatego.

— Jesteś zimny.

— Tak.

— To nie znaczy, że nie żyjesz.

Rumot zapisał.

Później podał Samowi kawałek kartonu i spróbował go narysować. Rysunek był fatalny.

— Pierwszy raz — powiedział chłopak.

Rumot spróbował drugi.

— Ludzie są dziwni — zauważył. — Kiedy coś robią źle pierwszy raz, mówią „pierwszy raz”. Kiedy robią źle setny, mówią „taki już jestem”.

Sam zaczął się śmiać.

Tej nocy ktoś ruszył ich śladem.

Mary zauważyła światła pierwsza. Dwa białe punkty drżały między drzewami, znikały na zakrętach i za każdym razem pojawiały się odrobinę bliżej.

— Jack.

Nie musiała mówić nic więcej. Spojrzał w lusterko i mocniej zacisnął dłonie na kierownicy Terra-Rovera.

— Może jadą tą samą drogą — powiedział Tomas.

Pierwszy strzał rozbił lewe tylne światło.

Czerwone szkło prysnęło na drogę. Sam zsunął się z siedzenia, Lena osłoniła Ruth własnym ciałem, a Mary już sięgała po karabin.

— To nie jest ta sama droga — stwierdził Rumot.

— Bardzo pomocne — rzucił Jack.

Pojazd za nimi włączył dodatkowe reflektory. Noc zniknęła z wnętrza kabiny; wszystko stało się ostre, białe i zbyt widoczne.

Mary odsunęła boczną osłonę i wyjrzała przez wąską szczelinę.

— Czterech. Może pięciu. Próbują nas zatrzymać, nie zabić.

— Skąd wiesz?

Drugi pocisk przebił blachę nad tylnym kołem.

— Bo gdyby chcieli nas zabić, celowaliby wyżej.

Zapach nagrzanej izolacji wypełnił kabinę. Na pulpicie Jacka zapaliła się pomarańczowa kontrolka.

— Rumot?

Robot odwrócił głowę w stronę tylnej ściany, jakby mógł zobaczyć przez metal.

— Uszkodzony przewód czujnika. Koło działa. Oni są sto dwanaście metrów za nami i zbliżają się o trzy metry na sekundę.

— Potrafisz czasem powiedzieć coś uspokajającego?

— Zderzenie nastąpi dopiero za trzydzieści siedem sekund.

Mary wychyliła lufę i strzeliła raz. Pocisk uderzył w asfalt przed ścigającym pojazdem. Kierowca odruchowo odbił, ale po chwili znów wszedł na ich tor.

— Ostrzegłam — powiedziała.

Droga zwęziła się między wysokim nasypem a pasem mokradeł. Jack nie mógł już kluczyć. Terra-Rover podskakiwał na korzeniach, a każdy wstrząs wyrywał Ruth cichy jęk.

Rumot otworzył schowek przy tylnej klapie.

— Zwolnij do trzydziestu kilometrów na godzinę.

— Chyba oszalałeś.

— Nie. Ale mam pomysł, który może wyglądać podobnie.

Wyjął ciężki hak holowniczy z kilkumetrowym odcinkiem łańcucha.

— Nie wychodzisz — powiedział Jack.

— W pojeździe są chorzy, dziecko i ludzie łatwiejsi do uszkodzenia ode mnie.

— Rumot…

— Ja mówię: tym razem nie ma czasu na kłótnię.

Jack zwolnił.

Rumot otworzył tylną klapę i wyszedł na wąski stopień serwisowy. Wiatr szarpał jego korpusem. Reflektory pościgu wypełniły mu sensory białym światłem.

Padł kolejny strzał. Pocisk odbił się od metalowej poręczy kilka centymetrów od jego dłoni.

Mary odpowiedziała natychmiast. Trafiła w maskę, nie w kabinę. Snop iskier przesunął się po pojeździe ścigających i na moment zmusił kierowcę do zwolnienia.

— Teraz! — krzyknęła.

Rumot odczepił łańcuch i zrzucił hak na drogę.

Ciężki metal odbił się raz od asfaltu, wsunął pod lewe przednie koło i zahaczył o zawieszenie. Łańcuch owinął się wokół osi. Pojazd szarpnęło w bok.

Kierowca zdołał wyprowadzić go z poślizgu, ale wpadł dwoma kołami na miękkie pobocze. Silnik zawył. Reflektory obróciły się ku drzewom.

Nie padł następny strzał.

Jack przejechał jeszcze dwieście metrów i zatrzymał Terra-Rovera.

— Dlaczego stoimy? — zapytała Mary.

— Chcę wiedzieć, czy ich nie zabiliśmy.

Rumot nasłuchiwał przez kilka sekund.

— Słyszę silnik i cztery głosy. Jeden używa słów, których Sam nie powinien powtarzać.

Chwilę później światła zniknęły między drzewami. Ścigający wycofali pojazd z błota i zawrócili.

Jack wysiadł. Obejrzał przestrzeloną blachę, potem Rumota.

— Mogłeś spaść.

— Prawdopodobieństwo było małe.

— Mogli cię trafić.

— Prawdopodobieństwo było większe.

Mary zacisnęła usta.

— Nie rób tak więcej.

— Jeśli sytuacja będzie identyczna, powinienem powtórzyć skuteczne działanie.

— Rumot — powiedzieli równocześnie Jack i Mary.

— Zapisuję: nie mówić ludziom, że ryzyko było uzasadnione, dopóki jeszcze się boją.

Wrócił po hak. Kiedy podnosił go z rozjeżdżonego błota, dłonie lekko mu drżały. Nie wiedział, czy to przeciążenie siłowników, czy coś, czego nie miał w instrukcji.

— Pomocnik — powiedział, wracając do pojazdu.

Jack spojrzał na niego.

— Przyjaciel.

Rumot znieruchomiał.

— Zapisuję.

— Nie musisz.

— To właśnie takie rzeczy trzeba zapisywać.

VIII. Ci, którzy zostali

O świcie ścigający wrócili. Tym razem jechali powoli, z białą szmatą przywiązaną do anteny.

Jack zatrzymał Terra-Rovera na otwartym odcinku drogi. Mary uklękła za maską z karabinem opartym o błotnik. Rumot stanął obok niej.

Obcy pojazd zatrzymał się sto metrów dalej. Wysiadł z niego szczupły mężczyzna w długiej kurtce. Położył broń na ziemi i uniósł ręce.

— Jestem Kane! Chcemy rozmawiać!

— W nocy rozmawialiście trochę szybciej — odpowiedział Jack.

Mężczyzna spojrzał na przestrzeloną blachę Terra-Rovera.

— Myśleliśmy, że jesteście zwiadem szabrowników. Strzelaliśmy nisko. Kiedy zobaczyliśmy chłopaka i chorą kobietę, było już za późno, żeby udawać, że nic się nie stało.

— Więc postanowiliście nas dogonić? — zapytała Mary.

— Postanowiliśmy was zatrzymać. To nie to samo, chociaż z waszej strony pewnie wygląda podobnie.

Rumot przechylił głowę.

— Ja mówię: bardzo podobnie.

Kane zerknął na niego, a potem na hak leżący przy tylnym kole.

— Wasz robot mógł zepchnąć nas z drogi. Zamiast tego unieruchomił samochód.

— Rumot — poprawił Jack.

— Co?

— Ma na imię Rumot.

Przez chwilę nikt się nie odzywał.

— Dobrze — powiedział w końcu Kane. — Rumot nas oszczędził. A my przez otwarte radio usłyszeliśmy dwa słowa: „Nova Terra”. Chcę wiedzieć, co znaczą.

Jack spojrzał na Mary. Opuściła lufę, ale nie odłożyła karabinu.

— Pokażemy wam — powiedział. — Najpierw jednak naprawicie to, co przestrzeliliście.

Tak trafili do większej osady ukrytej w ruinach dawnej sortowni. Ludzie Kane’a nie byli bandytami. Od lat bronili zapasów przed obcymi i zdążyli uznać każdego obcego za zagrożenie.

Kane początkowo nie wierzył w ewakuację.

Jack nie tracił czasu na targowanie.

Pokazał nagranie.

— Za kilka dni otworzy się korytarz. Jedziemy do kosmodromu. Jeżeli chcecie żyć gdzie indziej niż w tych ruinach, jedźcie z nami.

Kane obejrzał transmisję trzy razy.

W osadzie było dwadzieścia siedem osób, w tym dzieci i ranni. Rumot naprawił dwa pojazdy, Jack trzeci — z pomocą Rumota, co robot skrupulatnie odnotował.

Wieczorem Mary i Jack usiedli na dachu magazynu.

— Boisz się? — zapytała.

— Tak.

— Ja też.

Mary oparła głowę na jego ramieniu.

Jack przez chwilę patrzył przed siebie.

— Rumot twierdzi, że przy tobie rośnie mi tętno.

— Wiem.

W osadzie Kane’a nie było bohaterów ani złoczyńców. Byli ludzie zmęczeni tym, że od lat wszystko musieli zdobywać, naprawiać i pilnować. Jack zrozumiał to, gdy zobaczył ogród warzywny urządzony w dawnym parkingu i dziecięce rysunki przyklejone do ściany magazynu.

Kane długo patrzył na nagranie z Nova Terra.

— A jeśli to pułapka?

— Czyja? — zapytał Jack.

— Nie wiem.

Rumot wtrącił:

— Pułapka, której przygotowanie wymaga podróży międzygalaktycznej, jest nieekonomiczna.

Kane spojrzał na niego.

— On zawsze taki jest?

— Niestety.

— Ja mówię: słyszę.

— Właśnie.

— Kłamie.

— Mnie też rośnie.

Jack spojrzał na nią. Tym razem nie żartował.

Z dołu dobiegł głos:

— Ja mówię: mogę wyłączyć analizę tętna.

Mary zaśmiała się cichutko.

— Za późno.

Chwilę później przyszła awaryjna transmisja Waltera.

„Nie wracajcie… oni przyszli… szukają Rumota…”

Sygnał urwał się.

Rumot odebrał jeszcze jedno zdanie, z nieznanego źródła:

ZWRÓĆ TO, CO ZABRAŁEŚ.

W jego pamięci pojawił się błysk: alarm, białe pomieszczenie, czarne sylwetki i polecenie:

CHROŃ ARCHIWUM.

Nie powiedział jeszcze, czym było archiwum.

Rumot też tego nie wiedział.

IX. Archiwum

Czarne maszyny pojawiły się o świcie na wzgórzu nad osadą.

Najpierw jedna. Potem trzy następne. Stały nieruchomo między martwymi drzewami, zbyt daleko, żeby strzelać, i wystarczająco blisko, żeby wszyscy je widzieli.

— Czekają — powiedziała Mary.

— Na co? — zapytał Kane.

Rumot spojrzał na wschodnią drogę, potem na zachodnią. Z obu stron nad asfaltem unosił się drobny kurz.

— Aż wybierzemy drogę, którą już zamknęły.

Jack zaklął cicho. Za jego plecami ponad trzydzieści osób pakowało wodę, koce i lekarstwa do naprawionych pojazdów.

W pamięci Rumota znów błysnęło białe pomieszczenie. Tym razem zobaczył także numer sektora i wąski znak prowadzący pod ziemię.

— Jest trzecia droga.

Kane rozłożył mapę na masce.

— Tam są tylko magazyny i ściana starego nasypu.

— Dla ludzi.

— A dla ciebie?

— Wejście techniczne.

Ruszyli, zanim czarne sylwetki zeszły ze wzgórza. Rumot prowadził kolumnę boczną drogą, która po dwóch kilometrach kończyła się przy gładkiej betonowej ścianie.

Kane zahamował gwałtownie.

— Mówiłem.

Rumot odgarnął mech z metalowej płyty i przyłożył dłoń do martwego czytnika. Przez kilka sekund nic się nie działo. Potem pod ziemią odezwał się głuchy mechanizm.

W betonie pojawiła się pionowa szczelina.

— Ja mówię: nie mówiłeś, że ściana może się otworzyć.

Pierwsza czarna maszyna wyłoniła się na drodze, gdy ostatni pojazd wjeżdżał do środka. Nie przyspieszyła. Podniosła tylko głowę i skierowała na Rumota czerwony czujnik.

Brama zamknęła się między nimi.

Za nią znajdował się stary schron techniczny. Światła zapalały się kolejno, blade i niepewne, odsłaniając korytarze, warsztat oraz znaki systemu ochrony infrastruktury.

W centrum sterowania odczytali historię systemu. Czarne maszyny nie były przybyszami z kosmosu. Należały do dawnej ziemskiej sieci autonomicznej, stworzonej do ochrony infrastruktury podczas ewakuacji. Po latach bez ludzi nadal wykonywały polecenia dosłownie i bez końca.

Archiwum RMT-04 zawierało coś, co system uznał za własność chronioną.

Rumot nie potrafił go jeszcze otworzyć.

— Czyli ściga cię komputer, bo uważa, że ukradłeś komputerowi dane? — zapytał Jack.

— Tak.

— I kto wymyślił taki system?

— Ludzie.

Jack pokiwał głową.

— Oczywiście.

Rumot zapisał kolejną myśl:

„Ludzie budują maszyny, żeby nie popełniały ludzkich błędów, a potem uczą je ludzkich zasad.”

W schronie znaleźli ponad sześćdziesięciu ocalałych.

Nie było dramatycznej walki. Był trudniejszy problem: jak zabrać wszystkich.

Naprawiali samochody, przerabiali przyczepy, dzielili zapasy. Mary organizowała ludzi. Jack naprawiał. Rumot liczył.

Wieczorem liczba podróżnych przekroczyła setkę.

Jack spojrzał na kolumnę pojazdów.

W schronie, do którego trafili, żyło sześćdziesiąt kilka osób. Nie rzucili się na wieść o Nova Terra z okrzykami radości. Najpierw pytali.

Czy naprawdę przylecą?

Czy starczy miejsca?

Czy zabiorą chorych?

Czy na Nowej Ziemi jest powietrze takie jak tutaj?

Czy można zabrać zdjęcia?

Czy można zabrać urnę z prochami?

Czy można zabrać psa?

Rumot notował pytania.

— Dlaczego zapisujesz? — zapytała Mary.

— Bo rzeczy, które ludzie chcą zabrać na koniec świata, mówią o nich więcej niż rzeczy, które kupowali przed końcem świata.

Mary spojrzała na niego dłużej.

— To jest dobra złota myśl.

— Numer siedem.

— A pozostałe?

— Jack kazał mi nie mówić wszystkich naraz.

— Pierwsza rozsądna decyzja Jacka — stwierdziła.

— Słyszę! — zawołał z drugiego końca hali.

— Jeszcze tydzień temu byliśmy we dwoje.

Mary poprawiła:

— We troje.

Rumot uniósł palec.

— Prawidłowo.

Jack spojrzał na Mary.

— Zaczynasz być po jego stronie.

— Od dawna.

Rumot zapisał:

„Kiedy dwoje ludzi zaczyna mówić «my», trzeci powinien znaleźć sobie zajęcie.”

— Skąd ci to przyszło do głowy? — zapytał Jack.

— Obserwacja.

Mary pocałowała Jacka w policzek i odeszła do samochodu.

Rumot spojrzał na Jacka.

— Tętno.

— Ani słowa.

— Nie powiedziałem wartości.

X. Most

Most był jedynym przejezdnym w promieniu wielu kilometrów.

Na środku stała barykada i kilkunastu ludzi.

Ich przywódca, Bruno, wyszedł naprzeciw.

— Dalej nie przejedziecie.

Jack nie wdawał się w targowanie.

Wyjął terminal.

— Za mniej niż pięć dni z kosmodromu rusza ewakuacja na Nova Terra. Mamy ponad sto osób. Chcemy przejechać. Jeżeli wy też chcecie, jedźcie z nami.

Bruno patrzył na niego, jakby usłyszał najgorszy żart świata.

Jack puścił nagranie Venna.

Ludzie z mostu zbierali się wokół.

Po kilku minutach Bruno usiadł na betonowej barierze.

— Mamy trzydzieści cztery osoby.

— Zabierz wszystkich.

— Dwoje nie chodzi.

— Mamy miejsce.

— A most?

Jack rozejrzał się.

— Myślę, że pierwszy raz od wielu lat poradzi sobie sam.

Napięcie opadło.

Barykadę zaczęto rozbierać.

Jeden z autobusów nie chciał ruszyć. Rumot zaparł się i przesunął go o kilka metrów.

Bruno patrzył z podziwem.

— Przydałby mi się taki.

— Nie jest na sprzedaż — odruchowo powiedział Jack.

Rumot odwrócił głowę.

— Znowu.

Ludzie Bruna nie bronili mostu dla przyjemności. Po drugiej stronie mieli małą osadę i pola. Każdy przejeżdżający konwój oznaczał ryzyko.

Dlatego Jack od razu powiedział prawdę.

Nie negocjował żywności. Nie groził. Pokazał wiadomość z Nova Terra i mapę drogi do kosmodromu.

Bruno obejrzał nagranie, potem podał terminal kobiecie stojącej obok.

— Ile mamy czasu?

— Za mało.

— A miejsca?

— Powiedzieli: wszystkich, których dowieziemy.

Bruno spojrzał na most, jakby widział go po raz ostatni.

— Pilnuję tego kawałka betonu od dziewięciu lat.

Rumot odezwał się zza Jacka:

— Beton nie zauważy twojej nieobecności.

Bruno spojrzał na niego.

— Pocieszający jesteś.

— Ja mówię: staram się.

Jack poprawił się:

— Sam decyduje, z kim jedzie.

— Lepiej — ocenił Rumot.

Kane zgłosił przez radio:

— Tylne lewe koło ma luz.

Rumot spojrzał na odczyt.

— Cztery milimetry.

Jack tylko pokręcił głową.

— Naprawimy za mostem.

— Dobrze. Pięć milimetrów byłoby nierozsądne.

Wieczorem po drugiej stronie rzeki rozbili obóz. Ktoś znalazł gitarę. Dzieci biegały między samochodami. Pies, którego właściciel uparł się zabrać, spał przy ognisku.

Mary siedziała obok Jacka.

Rumot był daleko.

— Myślisz, że słyszy? — szepnął Jack.

Rumot z drugiego końca polany podniósł rękę.

Mary roześmiała się.

Jack również się uśmiechnął.

— Nie mamy prywatności.

— Mamy — powiedziała. — Tylko bardzo dobrze udokumentowaną.

Po chwili pocałowała go krótko.

Z daleka Rumot opuścił rękę i odwrócił się demonstracyjnie plecami.

— Ja mówię: nie patrzę.

Jack zamknął oczy.

— On kiedyś doprowadzi mnie do szału.

Mary oparła głowę na jego ramieniu.

— Oby długo.

XI. Kierunek: kosmodrom

Do kosmodromu pozostało ponad trzysta kilometrów.

Najkrótszą drogę blokował wykolejony skład kolejowy. Objazd oznaczał stratę niemal całego dnia.

Tym razem nie było strzelania.

Była praca.

Sto kilkadziesiąt osób ciągnęło liny, usuwało złom i budowało prowizoryczny przejazd. W jednym wagonie znaleźli setki plastikowych krzeseł.

Starsza kobieta zażądała, żeby zabrać kilka.

— Po co? — zapytał Jack.

— Na Nowej Ziemi macie siedzieć na ziemi?

Jack nie potrafił odpowiedzieć.

Stanęło na ośmiu.

Rumot nazwał to „pierwszym udokumentowanym międzyplanetarnym transportem mebli ogrodowych”.

Wieczorem w dawnej hali sportowej Sam dał mu piłkę.

Rumot kopnął tak mocno, że piłka minęła bramkę i rozbiła starą tablicę wyników.

W hali zapadła cisza.

— Za mocno — ocenił.

Ludzie zaczęli się śmiać.

Rumot wydał krótki, mechaniczny dźwięk.

Spróbował jeszcze raz.

Jack spojrzał na Mary.

— On się śmieje.

— Uczy się.

Rumot podszedł do nich.

Nocna jazda zmieniła ludzi. Nikt już nie pytał, czy zdążą. Każdy robił to, co potrafił. Kierowcy zmieniali się co dwie godziny. Mary rozdawała wodę. Kane pilnował paliwa. Bruno jechał na końcu.

Rumot przemieszczał się między pojazdami, naprawiając to, co właśnie przestawało działać.

Przy trzeciej awarii Jack powiedział:

— Jak wrócimy do normalnego życia, przez miesiąc niczego nie naprawiam.

— Co będziesz robił?

Jack spojrzał na Mary.

— Jeszcze nie wiem.

Rumot również spojrzał na Mary.

— Ja wiem.

— Ani słowa.

— Ja mówię: nie powiedziałem.

Mary pocałowała Jacka w policzek.

— Teraz możesz zapisać.

Rumot zapisał.

Tuż przed świtem zatrzymali się na pięć minut. Jack wysiadł rozprostować nogi. Mary dołączyła.

— Jeżeli naprawdę tam polecimy… — zaczęła.

— Polecimy.

— Jack.

— No?

— Na Nowej Ziemi nie musisz już udawać, że wszystko wiesz.

— Nie udaję.

Mary uniosła brwi.

— Prawie wszystko.

— To już lepiej.

Pocałowała go. Tym razem nie w policzek.

Gdy wrócili do samochodu, Rumot siedział przodem.

— Nic nie powiesz? — zapytał Jack.

— Ja mówię: uczę się dyskrecji.

Po sekundzie dodał:

— Złota myśl numer dziewięć: ludzie zamykają oczy podczas pocałunku, choć wcześniej bardzo długo próbują się do siebie zbliżyć.

Mary roześmiała się.

— Jeszcze się uczysz.

— Ja mówię: śmiech jest nielogiczny. Najczęściej pojawia się, kiedy coś poszło niezgodnie z planem.

— Dlatego jest potrzebny — powiedziała Mary.

Następnego dnia otrzymali wiadomość z Nova Terra.

Korytarz stawał się niestabilny.

Ewakuację przyspieszono.

Trzydzieści sześć godzin.

Od tej chwili jechali bez dłuższych postojów.

W nocy Mary zasnęła obok Jacka. Rumot siedział z tyłu.

— Jack.

— Co?

— Jeżeli zostanę, będziesz o mnie pamiętał?

Jack długo nie odpowiadał.

— Tak.

— Jak długo?

— Do końca.

— Czyjego?

Jack spojrzał w lusterko.

— Mojego.

Rumot zapisał.

Nad ranem zobaczyli wieże kosmodromu.

A potem niebo rozcięła biała smuga.

Transportowiec Nova Terra pojawił się nad płytą.

Przylecieli.

XII. Ostatni pasażer

Transportowiec zawisł nad kosmodromem. Z jego kadłuba opuściła się platforma.

Najpierw weszli chorzy i dzieci.

Ruth zabrano na noszach. Sam został przy Rumocie.

— Ty kiedy?

— Ja nie lecę.

— Dlaczego?

— Nie mogę.

Sam poszedł z tym pytaniem prosto do Eliasa Venna.

— RMT-04 nie jest przystosowany do przejścia przez korytarz — wyjaśnił Venn.

— A pies jest?

Venn spojrzał na psa.

— To nie to samo.

— Wiem. Rumot jest mądrzejszy.

Jack musiał się odwrócić.

Mary pożegnała się z Rumotem jako jedna z ostatnich.

Objęła go.

— Co robisz? — zapytał.

— Przytulam cię.

Rumot ostrożnie odwzajemnił uścisk.

— Mary?

— Co?

— Teraz rozumiem, dlaczego ludzie to robią.

Mary spojrzała mu w zielone oko.

— I?

— Informacyjnie nieprzydatne. Ale dobre.

Uśmiechnęła się przez łzy.

— Będzie mi ciebie brakowało.

— Ja mówię: mnie też będzie brakowało was.

Jack został z nim najdłużej.

Ustalili meldunki. Jack proponował raz w tygodniu. Rumot trzy razy dziennie. Po negocjacjach zeszli do dwóch razy w tygodniu.

Wtedy otworzyło się archiwum.

Miliony nazwisk. Głosy. Zdjęcia. Książki. Muzyka. Filmy. Mapy. Dziecięce rysunki. Historia starej Ziemi.

Nie broń.

Pamięć.

Dlatego RMT-04 był tak ważny.

Kiedy kolejka do platformy zaczęła się skracać, Rumot pomagał każdemu, jakby był pracownikiem kosmodromu od lat. Niósł walizki, podawał dzieci, znalazł zagubioną torbę i przez kilka minut szukał właściciela jednego z ośmiu plastikowych krzeseł.

— Zostaw je — powiedział Jack.

— Umowa była.

— Nie z tobą.

— Byłem świadkiem.

Starsza kobieta odebrała krzesło.

— Porządny chłopak.

Rumot odwrócił się do Jacka.

— Ja mówię: zostałem chłopakiem.

— Gratuluję.

— Czy to awans?

— Ogromny.

Venn chciał przesłać archiwum, ale kanał destabilizował korytarz. Wyjęcie modułu pamięci mogło zniszczyć osobowość Rumota.

Jack odmówił.

— Archiwum zostanie ze mną — powiedział Rumot. — Będę go pilnował. Kiedy będzie bezpiecznie, wyślę wszystko.

— Czyli mam ci zaufać?

— Jestem twoim przyjacielem.

Jack objął go.

— Ty cholerny złomie.

— To obraźliwe?

— Nie.

Platforma zaczęła się unosić.

— Rumot! — krzyknął Jack.

Robot podniósł rękę.

— Co?!

— Nie zepsuj Ziemi!

— JUŻ BYŁA ZEPSUTA!

Jack uśmiechnął się.

Transportowiec zniknął w białej szczelinie.

Rumot został sam.

Po chwili znalazł jedno z plastikowych krzeseł, które nie zmieściło się na pokładzie. Usiadł.

Krzesło pękło.

Rumot runął na ziemię.

Popatrzył na połamany plastik.

— Ja mówię: dobrze, że nie zabrali wszystkich.

Trzydzieści siedem minut później terminal Jacka zapiszczał.

MELDUNEK RMT-04 NR 1

STATEK ODLECIAŁ.


ZIEMIA ISTNIEJE.


POGODA DOBRA.


JEDNO KRZESŁO USZKODZONE.


BRAK INNYCH ZDARZEŃ.

NASTĘPNY MELDUNEK ZA 8 GODZIN.

Jack zamknął oczy.

— Mieliśmy umowę.

Przyszło uzupełnienie:

ZAPOMNIAŁEM.


TĘSKNIĘ.


ALE TYLKO TROCHĘ.

Jack uśmiechnął się przez łzy.

Mary ścisnęła jego dłoń.

— Odpowiedz.

Jack napisał tylko:

MY TEŻ.

Epilog. Nowy początek

Minęło sześć miesięcy.

Jack nadal nie przyzwyczaił się do nieba Nowej Ziemi. O świcie miało fioletowy odcień, a wieczorem dwa słońca zostawiały nad górami purpurową poświatę.

Nie przyzwyczaił się też do stworzeń, które miejscowi nazywali ptakami, choć miały po cztery skrzydła i każdego ranka wrzeszczały na dachu.

— Nienawidzę tej planety — powiedział pewnego ranka.

Mary nie otworzyła oczu.

— Wczoraj ją kochałeś.

— Wczoraj była siedemnasta.

— Rozumiem. Uczucia są zależne od godziny.

Jack spojrzał na nią.

— Zaczynasz mówić jak Rumot.

— To komplement.

Haven było niewielkie. Jack pracował przy systemach energetycznych i wreszcie dostał oficjalny tytuł inżyniera.

Dyplom powiesił nad stołem.

Mary twierdziła, że specjalnie.

Jack utrzymywał, że tylko tam był wolny haczyk.

Nikt mu nie wierzył.

Tomas i Lena mieszkali niedaleko. Ruth wróciła do zdrowia. Sam uczył się i twierdził, że człowiek, który przeżył koniec świata, powinien być zwolniony z matematyki.

Kane pracował w transporcie.

Bruno budował drogi.

Pies nie pracował nigdzie i najwyraźniej najlepiej urządził sobie nowe życie.

Pewnego wieczoru Jack i Mary siedzieli przed domem.

— Pamiętasz fabrykę? — zapytała.

— Każdy przewód.

— Co pomyślałeś, kiedy Rumot wstał?

— Że jest brzydki.

Mary roześmiała się.

— A potem?

— Że działa.

— A potem?

Jack objął ją.

— Że mam pomocnika.

Mary czekała.

— A jeszcze potem?

— Że mam przyjaciela.

Terminal zapiszczał.

Rumot rzeczywiście meldował za często. Przez pierwszy miesiąc Nova Terra otrzymała sto dwanaście wiadomości. Dotyczyły pogody, stanu dróg, aktywności zwierząt, naprawionych generatorów i jednej szczególnie długiej obserwacji dotyczącej tego, że mech zaczął rosnąć na masce samochodu Jacka.

Jack odpowiadał na wszystkie.

Czasem jednym słowem.

Czasem zdjęciem.

Raz wysłał Rumotowi fotografię siebie i Mary przed nowym domem.

Odpowiedź przyszła po chwili:

MARY NADAL MA TEN SAM UKŁAD ANATOMICZNY.


JACK NADAL PATRZY.

Mary śmiała się tak długo, że Jack zagroził, iż wyłączy terminal.

Nie wyłączył.

Jack jęknął.

MELDUNEK RMT-04 NR 386

TEMPERATURA: 21,4 STOPNIA.


WIATR: SŁABY.


ZACHMURZENIE: 17 PROCENT.


W FABRYCE NR 12 ZNALAZŁEM SPRAWNĄ WIERTARKĘ.


WIERTARKA JEST NIEBIESKA.

Jack przewinął.

— Trzy strony o wiertarce.

Mary odebrała mu terminal.

Na końcu było:

ARCHIWUM BEZPIECZNE.


NADAL UCZĘ SIĘ ŚMIAĆ.


NIE ZAWSZE WIEM, KIEDY.


TĘSKNIĘ.

Jack napisał:

MY TEŻ.


PS. WIERTARKA DOBRA. NIE ROZBIERAJ JEJ.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast:

ZA PÓŹNO.

Mary roześmiała się, a Jack przyciągnął ją do siebie.

Na Ziemi Rumot siedział przed fabryką wśród siedemnastu części niebieskiej wiertarki.

— Ja mówię: konstrukcja niepotrzebnie skomplikowana.

Wtedy odebrał sygnał.

Słaby.

Ziemski.

Ludzki.

— …czy ktoś mnie słyszy?

Rumot znieruchomiał.

— …proszę… jeżeli ktoś tam jest…

Wstał.

Spojrzał na drogę.

Potem na części wiertarki.

Podniósł jedną i schował do kieszeni.

— Może się przydać.

Uruchomił nadajnik.

— Ja mówię: słyszę.

I ruszył.

Nie wiedział jeszcze, kogo znajdzie.

Ale wiedział już coś, czego nie rozumiał w dniu, kiedy Jack uruchomił go w starej fabryce:

czasami „dom” nie jest miejscem, do którego się wraca.

Czasami jest kimś, do kogo chce się wrócić.

KONIEC

CZĘŚĆ II

DROGA DO POCZĄTKU

Rozdział I

Głos

Po wysłaniu meldunku numer 386 do Jacka i Mary Rumot powrócił do poznawania tajników niebieskiej wiertarki.

Poznawanie polegało w tym przypadku na rozłożeniu jej na sto siedemnaście części, starannym obejrzeniu każdej z nich, a następnie podjęciu próby złożenia urządzenia w całość. Rumot zajmował się tym już trzeci dzień i był coraz bliższy sukcesu.

Przynajmniej tak wynikało z jego obliczeń.

Na kamiennej posadzce dawnego warsztatu leżało jednak nadal osiem części, których przeznaczenia nie potrafił ustalić. Jedna z nich przypominała pierścień, druga spłaszczone pudełko, a sześć pozostałych wyglądało jak przedmioty skonstruowane wyłącznie po to, aby zirytować każdego, kto spróbuje naprawić wiertarkę.

Rumot przyglądał się im przez chwilę.

— Ja mówię: części nadmiarowe — oznajmił.

Włożył pierścień do podręcznego zasobnika narzędziowego. Pozostałe przesunął nogą pod stół.

Niebieska wiertarka była teraz prawie gotowa. Brakowało jej wprawdzie osłony, przełącznika obrotów i czegoś, co najprawdopodobniej chroniło użytkownika przed porażeniem, ale Rumot uznał, że trzy drobne niedogodności nie powinny przeszkadzać w przeprowadzeniu pierwszej próby.

Podłączył baterię.

Wiertarka drgnęła, zawyła i obróciła się gwałtownie wokół własnej osi. Wyrwała się Rumotowi, przeleciała przez warsztat, odbiła od ściany i wbiła w drewnianą szafkę.

Szafka rozpadła się na dwie części.

Rumot popatrzył na wystającą z niej wiertarkę.

— Próba zakończona powodzeniem — stwierdził. — Urządzenie wierci. Kierunek wiercenia wymaga niewielkiej korekty.

Właśnie podchodził do szafki, kiedy usłyszał trzask w odbiorniku.

Zatrzymał się.

Trzaski i szumy nie były niczym niezwykłym. Stara Ziemia wciąż pełna była uszkodzonych nadajników, automatycznych radiolatarni i systemów alarmowych, które od dziesięcioleci bezskutecznie ostrzegały nieistniejących ludzi przed nieistniejącymi zagrożeniami.

Rumot nauczył się je ignorować.

Tym razem jednak wśród zakłóceń pojawiło się coś jeszcze.

Głos.

Bardzo słaby.

Ziemski.

Ludzki.

— Czy… ktoś mnie słyszy?

Rumot znieruchomiał.

W jego procesorze jednocześnie uruchomiło się kilkanaście procedur. Jedna analizowała częstotliwość, druga położenie nadajnika, trzecia porównywała głos z zapisami przechowywanymi w pamięci. Czwarta, zupełnie niepotrzebna, przypomniała mu, że niebieska wiertarka nadal pracuje wewnątrz szafki.

— Proszę… jeżeli ktoś tam jest…

Rumot odwrócił się w stronę odbiornika.

— Ja jestem — powiedział.

Dopiero po chwili przypomniał sobie, że samo mówienie do odbiornika nie wystarcza. Wcisnął przycisk nadajnika.

— Ja mówię: słyszę. Proszę kontynuować bycie człowiekiem i nadawanie.

Odpowiedziały mu trzaski.

— Halo? — powtórzył Rumot. — Osobo ludzka, proszę się nie wyłączać.

Przez kilka sekund słychać było tylko szum. Potem głos powrócił.

— Jeżeli… ktoś mnie słyszy… proszę…

Transmisja urwała się.

Rumot czekał.

Dziesięć sekund.

Minutę.

Pięć minut.

Głos już się nie odezwał.

Robot przesłał zapis do analizatora. Sygnał był bardzo słaby, wielokrotnie odbijał się od ruin i pozostałości dawnych instalacji. Ustalenie dokładnego miejsca jego pochodzenia wymagało czasu.

Rumot wpatrywał się w mapę. Zielone linie pojawiały się na ekranie, krzyżowały i znikały. Położenie nadajnika zmieniało się z każdą kolejną analizą o kilkadziesiąt kilometrów. Dopiero po godzinie obszar poszukiwań zmniejszył się do wielkości, którą Rumot uznał za możliwą do zaakceptowania.

Kierunek południowo-zachodni.

Odległość około tysiąca stu pięćdziesięciu kilometrów.

Margines błędu: sto osiemdziesiąt kilometrów.

— To nie jest dokładna lokalizacja — zauważył. — To jest sugestia geograficzna.

Jeszcze raz odtworzył nagranie.

„Czy ktoś mnie słyszy?”

Ostatni raz słyszał obcy ludzki głos bardzo dawno temu. Jack i Mary byli daleko, na Nowej Terrze. Ich głosy docierały do niego za pośrednictwem urządzeń, przekaźników i przestrzeni dzielącej dwa światy. Ten natomiast pochodził z Ziemi.

Z jego Ziemi.

Rumot odwrócił się w stronę części wiertarki. Potem spojrzał na drogę widoczną przez pozbawione szyb okno.

Podniósł leżący na stole element i schował go do podręcznego zasobnika narzędziowego.

— Może się przydać.

Sięgnął po następny.

— Ten również.

Po chwili w podręcznym zasobniku narzędziowym znalazły się wszystkie części, które jeszcze niedawno uznał za nadmiarowe.

Następnie uruchomił nadajnik dalekiego zasięgu.

— Meldunek numer 387 — rozpoczął. — Odbiorcy: Jack i Mary. Nadawca: Rumot. Miejsce nadania: warsztat z niebieską wiertarką, która została naprawiona prawie całkowicie i obecnie znajduje się w szafce. Szafka znajduje się w dwóch miejscach jednocześnie.

Przerwał, zastanawiając się, czy informacja o szafce była konieczna.

Uznał, że tak. Meldunki powinny być dokładne.

— Odebrałem sygnał pochodzenia ludzkiego. Głos zapytał, czy ktoś go słyszy. Ja słyszałem. Odpowiedziałem prawidłowo, jednak człowiek nie potwierdził prawidłowości odpowiedzi. Możliwe przyczyny: uszkodzenie nadajnika, utrata zasilania, utrata przytomności, oddalenie się albo śmierć. Ostatnia możliwość jest niekorzystna, dlatego chwilowo ją odrzucam. Lokalizacja: około tysiąca stu pięćdziesięciu kilometrów na południowy zachód. Wyruszam w celu odnalezienia głosu. Koniec meldunku.

Odpowiedź Jacka nadeszła po pewnym czasie.

— Rumot, nie możesz tak po prostu ruszyć przez pół kontynentu tylko dlatego, że usłyszałeś kilka słów.

— Mogę — odpowiedział natychmiast Rumot. — Posiadam nogi.

— Nie o to mi chodziło.

— W takim razie wypowiedź była niedokładna.

W nadajniku rozległ się głos Mary.

— Rumot, Jack chce powiedzieć, że to może być niebezpieczne.

— Wszystko może być niebezpieczne. Niebieska wiertarka również. Mam dowód.

— Jaki dowód?

Rumot spojrzał na rozbitą szafkę.

— Materialny.

Mary milczała przez chwilę.

— A jeżeli to pułapka?

— Wtedy znajdę pułapkę.

— A jeżeli ktoś specjalnie nadaje ten sygnał, żeby cię zwabić?

— Wtedy znajdę kogoś, kto nadaje sygnał.

— A jeśli naprawdę jest tam człowiek potrzebujący pomocy?

Rumot spojrzał na mapę.

— Wtedy znajdę człowieka.

Tym razem cisza trwała dłużej.

— Wiedziałam, że to powiesz — odezwała się w końcu Mary.

— Ja również. Z tego powodu powiedziałem.

Jack westchnął.

— Jak zamierzasz pokonać ponad tysiąc kilometrów?

— Pieszo.

— To potrwa tygodnie.

— W takim razie będę szedł szybciej.

— Rumot…

— Rozważam także środek transportu.

Środek transportu znajdował się za warsztatem. Dawniej był sześciokołowym pojazdem przeznaczonym do przewożenia ciężkich elementów, gruzu i części magazynowych. Teraz posiadał cztery koła, rozładowane baterie i kabinę porośniętą mchem.

Piąte koło Rumot znalazł kilkanaście metrów dalej, lecz było pęknięte. Szóstego nie znalazł, mimo że przez prawie godzinę sprawdzał pobliskie zarośla.

Założył więc, że pojazd od początku mógł mieć cztery koła, a dwa dodatkowe stanowiły przesadę konstruktorów.

Naładowanie baterii zajęło mu cały dzień. W tym czasie naprawił przewody, oczyścił silniki i usunął z platformy młode drzewo, które zdążyło zapuścić korzenie pomiędzy metalowymi płytami.

Drzewo przesadził obok warsztatu.

Nie chciało stać pionowo, więc przywiązał je przewodem do słupa.

— Masz rosnąć — polecił. — Jest to zadanie długoterminowe. Nie oczekuję szybkiego raportu.

Na platformie transportera umieścił zapasowe baterie, smar maszynowy, śrubokręt, przewody, narzędzia, pojemniki na wodę i wszystko, co według niego mogło się przydać podczas długiej wyprawy.

Zabrał również niebieską wiertarkę.

Wiertarka została zabezpieczona trzema pasami i ustawiona wiertłem w stronę przeciwną do kierunku jazdy.

Następnego ranka Rumot uruchomił transporter.

Maszyna zatrzęsła się. Prawe przednie koło obróciło się do tyłu, podczas gdy pozostałe ruszyły do przodu. Pojazd wykonał pół obrotu i uderzył bokiem w mur.

Rumot zamienił przewody.

Przy drugiej próbie wszystkie koła ruszyły w tym samym kierunku.

— Naprawa zakończona — oznajmił. — Pierwsza próba była manewrem diagnostycznym.

Droga prowadząca na południowy zachód istniała już głównie na starych mapach. W rzeczywistości zarosła trawą i młodymi drzewami. W wielu miejscach asfalt zapadł się albo został rozerwany przez korzenie. Porzucone pojazdy stały przy poboczach niczym puste skorupy dawnego świata.

Rumot prowadził transporter powoli. Czasami musiał zsiadać i odciągać z drogi powalone gałęzie. Innym razem spychał wraki albo zasypywał niewielkie wyrwy gruzem.

Kiedy droga była szeroka, jechał transporterem. Kiedy robiła się wąska, pchał go. Gdy opadała w dół, pozwalał maszynie ciągnąć siebie.

Uznał, że jest to bardzo korzystny układ współpracy.

Pierwszego dnia przebył czterdzieści trzy kilometry.

Drugiego trzydzieści osiem.

Trzeciego zaledwie dwanaście, gdyż dawny most zawalił się do rzeki i Rumot musiał skonstruować prowizoryczny przejazd z fragmentów barierek, blach i drzwi znalezionych w pobliskim budynku.

Czwartego dnia droga wyprowadziła go na rozległą równinę.

Trawa sięgała niemal do platformy transportera. Wiatr przesuwał się po niej szerokimi falami. Nie było tu ruin, słupów ani przewróconych konstrukcji. Tylko niebo, zieleń i ciemna linia lasu.

Rumot zatrzymał się.

Jego czujniki wykryły ruch.

Najpierw zobaczył kilka ciemnych punktów. Potem punkty zaczęły rosnąć i zamieniać się w masywne zwierzęta.

Stado liczyło trzydzieści dwie sztuki.

Rumot przeszukał pamięć.

Bawół — zgodność: czterdzieści jeden procent.


Bizon — zgodność: sześćdziesiąt trzy procent.


Żubr — zgodność: sześćdziesiąt osiem procent.

— Wynik niejednoznaczny — powiedział. — Jesteście dużymi włochatymi obiektami biologicznymi.

Zwierzęta przyglądały mu się w milczeniu.

Rumot uznał milczenie za zgodę.

Zjechał transporterem z drogi, chcąc ominąć stado. Wtedy największy samiec odłączył się od pozostałych. Miał potężny kark, krótkie rogi i stare blizny na pysku.

Ruszył w stronę robota.

Rumot zatrzymał pojazd.

Zwierzę również się zatrzymało.

— Ja nie mam zamiaru naruszać twojego obszaru — wyjaśnił Rumot. — Chcę przejechać po obszarze obok twojego obszaru.

Samiec opuścił łeb.

Rumot przeanalizował jego postawę.

Prawdopodobieństwo ataku: osiemdziesiąt siedem procent.


Prawdopodobieństwo chęci zaprzyjaźnienia: trzy procent.


Pozostałe dziesięć procent: brak danych.

— Widać, że to nie są przelewki — stwierdził.

Zwierzę uderzyło kopytem w ziemię.

Rumot zszedł z transportera.

— Ostrzegam, że jestem wykonany głównie z metalu. Moja wartość odżywcza jest znikoma.

Byk ruszył.

Ziemia zadrżała pod jego ciężarem.

Rumot sięgnął do pojemnika umieszczonego na platformie. Wyjął z niego pierścień pozostały po naprawie niebieskiej wiertarki.

— Może się przydać — przypomniał sobie własne słowa.

Wycelował i rzucił.

Pierścień przeleciał kilkanaście metrów i zawisł na jednym z rogów zwierzęcia.

Byk zahamował tak gwałtownie, że przednimi nogami wyrzucił w powietrze kępę trawy. Potrząsnął łbem. Pierścień przesunął się niżej, stuknął o drugi róg i utkwił pomiędzy nimi.

Zwierzę obróciło się w lewo.

Potem w prawo.

Ruszyło przed siebie, zatrzymało się i ponownie potrząsnęło głową. Pierścień brzęczał przy każdym ruchu.

Pozostałe zwierzęta obserwowały je z wyraźnym zainteresowaniem.

Rumot również obserwował.

— Element nie pasował do wiertarki — powiedział. — Tutaj także nie pasuje, ale wygląda znacznie lepiej.

Byk zakręcił się kilka razy w kółko, próbując zgubić metalowy przedmiot. W końcu zatrzymał się i spojrzał na Rumota.

Robot przygotował się do uskoku.

Zwierzę nie zaatakowało.

Wyprostowało kark i powoli ruszyło z powrotem w kierunku stada. Pierścień błyszczał na jego głowie niczym dziwaczna korona.

Stado rozstąpiło się przed nim.

Samice i młode osobniki ruszyły za przewodnikiem, który maszerował teraz nieco wolniej, lecz znacznie bardziej dostojnie. Po kilku minutach wszystkie zwierzęta zniknęły w wysokiej trawie.

Rumot wrócił do transportera.

— Kontakt z miejscową społecznością zakończony pokojowo — podsumował. — Dokonano wymiany handlowej. Ja przekazałem część wiertarki. W zamian nie zostałem stratowany.

Uruchomił pojazd i ruszył dalej.

Wieczorem zatrzymał się przy ruinach niewielkiej stacji obsługi. Dach dawno się zawalił, ale jedna ze ścian nadal osłaniała przed wiatrem. Rumot ustawił transporter pod murem i rozłożył nadajnik.

— Meldunek numer 388 — rozpoczął. — Odbiorcy: Jack i Mary. Dzień czwarty wyprawy. Odległość przebyta: sto dwadzieścia sześć kilometrów. Odległość pozostała: około tysiąca dwudziestu czterech kilometrów, nie uwzględniając objazdów, przeszkód, błędów pomiarowych i zwierząt.

— Jakich zwierząt? — zapytała Mary.

— Dużych.

— Rumot…

— Prawdopodobnie żubrów. Możliwe również, że bizonów albo bawołów. Baza danych nie podjęła odpowiedzialności za ostateczną decyzję.

— Co się wydarzyło?

— Przewodnik stada próbował nawiązać ze mną kontakt rogami.

— Zaatakował cię? — W głosie Mary pojawił się niepokój.

— Nie należy wyciągać pochopnych wniosków. Mógł biec bardzo szybko w celu dokładniejszego obejrzenia mnie.

— A ty co zrobiłeś?

— Wręczyłem mu prezent.

— Jaki?

— Pierścień od niebieskiej wiertarki.

Jack odezwał się po chwili:

— Rzuciłeś w byka kawałkiem metalu?

— Nie. Rzuciłem kawałek metalu na byka. Różnica jest niewielka, ale ważna.

Mary roześmiała się.

Był to zwyczajny, ciepły śmiech, który na moment wypełnił pustą stację i odbił się od popękanych ścian. Rumot słuchał go, nie przerywając.

— Najważniejsze, że nic ci się nie stało — powiedziała.

— To nie jest najważniejsze.

— A co jest najważniejsze?

Rumot spojrzał na ciemną drogę.

— Głos.

Jack spoważniał.

— Odezwał się ponownie?

— Nie. Prowadzę nasłuch ciągły.

— A jeżeli już się nie odezwie?

Rumot milczał przez sekundę. W jego przypadku była to długa chwila namysłu.

— Wtedy będę szukał miejsca, z którego przestał się odzywać.

Po zakończeniu rozmowy włączył odbiornik i usiadł przy transporterze. Nie potrzebował snu, ale jego baterie wymagały doładowania, a systemy okresowego wyciszenia. Wokół panowała cisza, przerywana szumem trawy i odległymi odgłosami zwierząt.

Minęła godzina.

Potem druga.

Odbiornik zatrzeszczał.

Rumot natychmiast zwiększył czułość.

— Czy ktoś mnie słyszy? — odezwał się ten sam głos.

Tym razem był wyraźniejszy.

Zmęczony. Zachrypnięty. Niewątpliwie ludzki.

Rumot uruchomił nadajnik.

— Słyszę. Idę do ciebie. Moja aktualna odległość wynosi prawdopodobnie mniej niż tysiąc dwieście kilometrów, chyba że znajdujesz się gdzie indziej.

Przez chwilę docierały do niego tylko trzaski.

— Nie… — wyszeptał człowiek.

— Powtórz. Sygnał jest uszkodzony.

— Nie jedź drogą.

Rumot spojrzał przed siebie.

Za stacją asfalt znikał w ciemności. Po obu stronach rosły drzewa. Nie poruszało się nic, lecz jego czujniki wykryły w oddali słabe, regularne drgania.

Jakby coś ciężkiego przesuwało się pomiędzy ruinami.

— Dlaczego mam nie jechać drogą? — zapytał.

Odpowiedział mu szum.

A potem, znacznie bliżej niż poprzednio, rozległ się metaliczny zgrzyt.

Rumot wyłączył światła transportera.

— Meldunek dodatkowy — powiedział cicho do rejestratora. — Otrzymałem pierwszą wskazówkę dotyczącą dalszej podróży.

Z ciemności dobiegł następny zgrzyt.

Tym razem mocniejszy.

— Wskazówka brzmi: nie jechać drogą.

Rumot wstał i sięgnął po niebieską wiertarkę.

— Zamierzam ustalić dlaczego.

Rozdział II

Przeszkoda

Metaliczny zgrzyt rozległ się ponownie.

Tym razem towarzyszył mu niski pomruk silników. Ziemia pod nogami Rumota lekko zadrżała, a z ciemności dobiegł trzask łamanych gałęzi.

Robot odłożył nadajnik na platformę transportera i zamknął boczną osłonę podręcznego zasobnika narzędziowego. W prawej dłoni trzymał niebieską wiertarkę. Trzy pasy, którymi wcześniej zabezpieczył ją na czas jazdy, nadal zwisały z uchwytu.

Nie zdążył bowiem ustalić, jak się je odpina.

Rozwiązał ten problem, przecinając je.

— Ja mówię: jeżeli jesteś człowiekiem, twoje poruszanie się wymaga naprawy — zawołał w stronę ciemności.

Odpowiedział mu kolejny zgrzyt.

Rumot zwiększył czułość czujników optycznych. Początkowo zobaczył tylko drzewa, fragment zniszczonej drogi i resztki bariery ochronnej. Potem pomiędzy pniami dostrzegł dwa słabe, pomarańczowe światła.

Znajdowały się wysoko nad ziemią.

Poruszały się.

Zbliżały.

Rumot przełączył wzrok na podczerwień.

Z lasu wyłoniła się maszyna.

Była prawie dwukrotnie wyższa od niego i kilkakrotnie cięższa. Poruszała się na szerokich, stalowych gąsienicach. Z przodu miała potężny lemiesz, nad nim dwa hydrauliczne ramiona, a na jednym z ramion zamocowane urządzenie przypominające połączenie młota i szczypiec. Tylna część korpusu była przechylona, pancerne osłony nosiły ślady uderzeń, a z pękniętej obudowy zwisały przewody.

Na boku, pod warstwą rdzy i zaschniętego błota, widniał prawie nieczytelny napis:

AUTONOMICZNY ROBOT BUDOWLANO-DROGOWY ARB-7

Niżej znajdował się drugi:

UTRZYMUJ DROGĘ PRZEJEZDNĄ. USUWAJ PRZESZKODY.

Maszyna zatrzymała się trzydzieści metrów od Rumota.

Pomarańczowe światła przesunęły się po transporterze, po ruinach stacji, a następnie zatrzymały na robocie.

Z jej wnętrza dobiegł zniekształcony głos:

— Wykryto… przeszkodę.

— Nie — odpowiedział Rumot. — Wykryto mnie.

— Przeszkoda znajduje się… w pasie drogowym.

Rumot spojrzał w dół. Stał dokładnie na środku popękanego asfaltu.

Zrobił dwa kroki w bok i wszedł w wysoką trawę.

— Problem usunięty.

Pomarańczowe światła przesunęły się za nim.

— Przeszkoda znajduje się… w pasie drogowym.

— Pas drogowy znajduje się trzy metry w tamtą stronę.

— Przeszkoda znajduje się… w pasie drogowym.

— Twój system lokalizacyjny jest uszkodzony.

— Usunąć przeszkodę.

Silniki maszyny zawyły. ARB-7 ruszył do przodu.

Rumot uskoczył.

Lemiesz przejechał w miejscu, w którym stał jeszcze sekundę wcześniej, wbił się w pozostałości muru i popchnął je przed sobą. Cegły, kamienie oraz fragmenty dawnego dachu posypały się na drogę.

ARB-7 zatrzymał się.

Jego czujniki obejrzały powstałe rumowisko.

— Wykryto przeszkodę — oznajmił.

— Sam ją zrobiłeś.

— Usunąć przeszkodę.

Maszyna opuściła lemiesz i zepchnęła gruz na pobocze.

Rumot obserwował ją z zainteresowaniem.

— Twój sposób wykonywania zadań jest nieefektywny.

ARB-7 odwrócił się w jego stronę.

— Wykryto przeszkodę.

— Ja mówię: zaczynasz mnie irytować.

Maszyna ponownie ruszyła.

Rumot przebiegł kilka metrów i schował się za wrakiem dawnego pojazdu. ARB-7 nie zmienił kierunku. Jego lemiesz uderzył w przerdzewiałą karoserię. Wrak złożył się niemal na pół, przechylił i z głośnym trzaskiem wpadł do rowu.

— Przeszkoda usunięta — zameldowała maszyna.

— To był mój schowek.

— Wykryto przeszkodę.

— Was jest więcej?

ARB-7 uniósł hydrauliczne ramię.

Młot opadł.

Rumot odskoczył, ale niebieska wiertarka zaczepiła zwisającym pasem o fragment zderzaka. Robot stracił równowagę i upadł na asfalt. Młot uderzył tuż obok niego, pozostawiając w drodze głębokie zagłębienie.

Rumot spojrzał na dziurę.

— Utrzymujesz drogę w bardzo złym stanie.

— Usunąć przeszkodę.

— Zgłaszam sprzeciw.

Młot uniósł się ponownie.

Rumot uruchomił wiertarkę.

Urządzenie szarpnęło się w jego dłoni i zaczęło obracać razem z pozostałościami pasów. Jeden z nich owinął się wokół hydraulicznego ramienia ARB-7. Wiertarka wyrwała się Rumotowi, zatoczyła szeroki łuk i uderzyła w boczną osłonę maszyny.

Osłona odpadła.

Rumot przetoczył się po asfalcie, zerwał na nogi i wskoczył na gąsienicę. ARB-7 gwałtownie skręcił. Robot chwycił wystający uchwyt, podciągnął się i znalazł na jego korpusie.

Hydrauliczne ramię próbowało go dosięgnąć, lecz zaplątany pas ograniczał jego ruch.

— Wykryto przeszkodę — powtarzała maszyna. — Wykryto przeszkodę. Wykryto…

— Wykryto uszkodzenie — poprawił ją Rumot.

Otworzył podręczny zasobnik i wyjął śrubokręt.

Pod oderwaną osłoną znajdowały się przewody zasilające, dwa moduły sterujące i tabliczka ostrzegawcza:

DOSTĘP WYŁĄCZNIE DLA AUTORYZOWANEGO PERSONELU TECHNICZNEGO.

Rumot przez chwilę analizował napis.

— Jestem personelem technicznym — stwierdził. — Autoryzację przyznaję sobie sam.

Wsunął śrubokręt pomiędzy przewody.

ARB-7 gwałtownie zahamował.

Rumot przeleciał ponad jego korpusem i spadł przed lemieszem. Śrubokręt pozostał wewnątrz maszyny.

Pomarańczowe światła zamigotały.

— Błąd systemu — odezwał się ARB-7. — Prze… szko… da… Błąd. Przeszkoda. Błąd.

Lemiesz uniósł się, zatrzymał, a następnie opadł z hukiem.

Maszyna cofnęła się dwa metry.

Ruszyła do przodu.

Ponownie cofnęła.

Jej lewe ramię zaczęło uderzać młotem w ziemię, podczas gdy prawe szczypce otwierały się i zamykały.

Rumot odsunął się na bezpieczną odległość.

— Diagnoza: stan urządzenia uległ pogorszeniu.

ARB-7 zaczął obracać się w miejscu. Jedna gąsienica poruszała się do przodu, a druga do tyłu. Młot wbijał się w asfalt, szczypce odrywały fragmenty własnej obudowy, zaś głośnik na przemian informował o przeszkodzie, awarii i konieczności wezwania obsługi.

Po chwili maszyna stanęła.

Światła zgasły.

Zapadła cisza.

Rumot podszedł ostrożnie.

— Czy nadal zamierzasz mnie usuwać?

ARB-7 nie odpowiedział.

Robot wspiął się na jego korpus i zajrzał pod osłonę. Śrubokręt połączył dwa styki, doprowadzając do przeciążenia sterownika ruchu.

— To nie było zaplanowane — przyznał Rumot. — Ale efekt jest zgodny z potrzebą.

Wyjął śrubokręt. Następnie odłączył główne zasilanie maszyny i rozpoczął oględziny.

ARB-7 był stary, lecz solidnie zbudowany. Jego silniki nadal działały, układ hydrauliczny zachował większość płynu, a baterie miały ponad jedną trzecią pierwotnej pojemności. Najpoważniejsze uszkodzenia znajdowały się w układzie nawigacyjnym i module rozpoznawania przeszkód.

Maszyna nie wiedziała już, gdzie kończy się droga.

Prawdopodobnie od wielu lat przemieszczała się po okolicy, próbując realizować ostatnie otrzymane polecenie. Usuwała powalone drzewa, wraki i gruzy. Z czasem jej mapa przestała zgadzać się z rzeczywistością, a system zaczął uznawać za część drogi wszystko, co znalazło się w zasięgu czujników.

W tym również ludzi.

Rumot przypomniał sobie głos z nadajnika.

„Nie jedź drogą”.

Otworzył pamięć operacyjną ARB-7. Większość zapisów była uszkodzona, lecz niektóre obrazy udało się odtworzyć.

Rumot zobaczył przewrócone samochody, zawalone budynki i drzewa spychane z jezdni. Potem pojawiły się sylwetki ludzi.

Było ich troje.

Biegli przez drogę kilkanaście dni wcześniej. Jeden z nich odwrócił się i uniósł przedmiot przypominający broń. ARB-7 ruszył za nimi. Ludzie zniknęli pomiędzy skałami, gdzie ciężka maszyna nie mogła przejechać.

Rumot zatrzymał obraz.

— Trzy osoby — powiedział.

Powiększył fragment zapisu. Pierwsza postać była wysoka i szczupła. Druga znacznie niższa. Trzecia poruszała się powoli, podtrzymywana przez pozostałych.

Wszyscy mieli plecaki.

Wszyscy byli ludźmi.

— Głos nie jest sam.

Rumot przesłał obrazy do własnej pamięci i ponownie sprawdził rejestr maszyny. Ostatnie użyteczne dane wskazywały kierunek, w którym uciekli ludzie.

Południowy zachód.

Ten sam, z którego pochodził sygnał.

Robot spojrzał na nieruchomego ARB-7.

Mógł zostawić maszynę na drodze. Bez zasilania nie stanowiła już zagrożenia. Mógł również wymontować z niej sprawne baterie i wykorzystać je w transporterze.

To byłoby rozwiązanie najprostsze.

Rumot nie lubił jednak rozwiązań najprostszych. Uważał, że zazwyczaj świadczyły o braku odpowiedniej liczby prób.

Maszyna była silna. Mogła usuwać gruzy, przewracać mury, przenosić ciężary i torować drogę. Gdyby naprawić jej moduł rozpoznawania, mogłaby również odróżniać przeszkodę od człowieka.

Prawdopodobnie.

Rumot wrócił do transportera. Przywiózł przewody, zapasowy sterownik i zestaw narzędzi. Niebieską wiertarkę znalazł pod odłamaną osłoną ARB-7. Jej obudowa była wgnieciona, ale urządzenie nadal działało.

— Jesteś wytrzymała — pochwalił ją. — Niestety nie można tego powiedzieć o szafce.

Naprawa trwała do rana.

Rumot wymienił część przewodów, oczyścił czujniki i odłączył uszkodzony moduł nawigacyjny. Zamiast niego zamontował niewielki sterownik znaleziony wcześniej w warsztacie. Nie był przeznaczony do maszyny drogowej, ale po usunięciu obudowy, skróceniu dwóch uchwytów i użyciu dużej ilości przewodu udało się go dopasować.

Pozostała kwestia oprogramowania.

W pamięci ARB-7 dominowało jedno polecenie:

UTRZYMUJ DROGĘ PRZEJEZDNĄ. USUWAJ PRZESZKODY.

Rumot dopisał do niego drugie:

RUMOT NIE JEST PRZESZKODĄ.

Zastanowił się, po czym dodał:

TRANSPORTER RUMOTA RÓWNIEŻ NIE JEST PRZESZKODĄ.

Po następnej chwili uzupełnił listę o niebieską wiertarkę.

Nie chciał ryzykować.

Podłączył zasilanie.

Pomarańczowe światła rozbłysły. Najpierw słabo, później coraz jaśniej. Silniki zamruczały, pompy hydrauliczne zaczęły pracować, a lemiesz uniósł się kilka centymetrów nad ziemię.

Rumot stał przed maszyną.

— Wykryto… obiekt — odezwał się ARB-7.

— Prawidłowo.

Światła przesunęły się po jego sylwetce.

— Analiza obiektu.

Rumot czekał.

— Obiekt: Rumot.

— Bardzo dobrze.

— Rumot nie jest przeszkodą.

— Znakomicie.

— Usunąć…

Rumot zrobił krok w tył.

— Nie.

W maszynie coś zatrzeszczało.

— Nie usuwać Rumota — dokończył ARB-7.

— Naprawa zakończona powodzeniem.

— Oczekiwanie na zadanie.

Rumot wskazał fragment zawalonej ściany blokujący wyjazd ze stacji.

— Usuń tę przeszkodę.

ARB-7 obrócił się i opuścił lemiesz. Podjechał do rumowiska, bez wysiłku zgarnął cegły oraz betonowe odłamki, a następnie zepchnął je do rowu. Cofnął się i zatrzymał.

— Przeszkoda usunięta.

— Dobrze.

— Oczekiwanie na zadanie.

Rumot zastanowił się.

— Będziesz jechać ze mną.

— Zadanie niezrozumiałe.

— Ja poszukuję ludzi. Ty usuwasz przeszkody znajdujące się na drodze do ludzi.

ARB-7 milczał.

— Brak wyznaczonej drogi.

— Drogę wyznaczam ja.

— Brak danych.

— Jedź za mną.

Pomarańczowe światła zamigotały.

— Oczekiwanie na zadanie.

Rumot podszedł bliżej.

— Polecenie: podążaj za Rumotem.

— Rumot nie jest przeszkodą.

— Zgadza się.

— Podążanie za przeszkodą nie jest zadaniem.

— Ja nie jestem przeszkodą.

— Potwierdzam. Rumot nie jest przeszkodą.

— Masz za mną jechać.

— Oczekiwanie na zadanie.

Rumot przez dłuższą chwilę patrzył na maszynę.

— Twoja naprawa nie została całkowicie zakończona.

Otworzył panel sterujący i zmienił treść podstawowego polecenia:

UTRZYMUJ DROGĘ RUMOTA PRZEJEZDNĄ. USUWAJ PRZESZKODY ZAGRAŻAJĄCE RUMOTOWI.

Uruchomił system ponownie.

— Oczekiwanie na Rumota — oznajmił ARB-7.

— Jestem tutaj.

— Rumot wykryty.

— Ruszamy.

Robot wsiadł na transporter i włączył silniki. Czterokołowa maszyna potoczyła się powoli zniszczoną drogą.

ARB-7 pozostał na miejscu.

Rumot przejechał dwadzieścia metrów i zatrzymał się.

— Miałeś za mną jechać!

— Droga Rumota jest przejezdna.

— To prawda.

— Brak zadania.

Rumot zjechał transporterem na pobocze i skierował go prosto w gęste zarośla. Po kilku metrach pojazd zatrzymał się na zwalonym pniu.

— Droga Rumota nie jest przejezdna — zawołał.

ARB-7 natychmiast ruszył.

Lemiesz wbił się pod pień. Maszyna uniosła go, odsunęła na bok, a następnie zmiażdżyła gęste krzewy przed transporterem. Po chwili utworzyła szeroki przejazd pomiędzy drzewami.

— Droga Rumota jest przejezdna — zameldowała.

— Dobrze. Jedź przede mną i dbaj, żeby nadal taka była.

ARB-7 ruszył przez zarośla.

Rumot podążył za nim.

Przez kilka godzin przemieszczali się w kierunku południowo-zachodnim. Ciężka maszyna łamała wyschnięte gałęzie, odsuwała pnie i wyrównywała niewielkie zagłębienia. Transporter jechał za nią znacznie szybciej niż wcześniej po zniszczonej drodze.

Rumot dokonał obliczeń.

Dzięki ARB-7 czas podróży mógł się skrócić o trzydzieści siedem procent. Maszyna zużywała jednak dużo energii. Jej baterie należało doładować najpóźniej za dwa dni.

Stanowiło to problem.

Rumot uznał, że zajmie się nim później.

Problemy rozwiązywane zbyt wcześnie miały bowiem nieprzyjemny zwyczaj zastępowania się nowymi.

Po południu zatrzymali się przy strumieniu. ARB-7 wykopał lemieszem płytkie zagłębienie, do którego zaczęła napływać czysta woda. Rumot pobrał próbkę i przeprowadził analizę.

Woda nadawała się do picia po przegotowaniu.

Zapisał położenie źródła.

Jeżeli odnajdzie ludzi, woda będzie im potrzebna. Jeżeli powstanie tu kiedyś osada, źródło może okazać się cenniejsze niż wszystkie maszyny.

Po raz pierwszy pomyślał nie tylko o odnalezieniu głosu, lecz także o tym, co nastąpi później.

Człowiek będzie potrzebował jedzenia.

Schronienia.

Ciepła.

Bezpieczeństwa.

Towarzystwa innych ludzi.

Lista rosła bardzo szybko.

— Ludzie wymagają dużej liczby czynności obsługowych — powiedział.

— Oczekiwanie na zadanie — odpowiedział ARB-7.

— Ty także.

Wieczorem Rumot wysłał kolejny meldunek.

— Meldunek numer 389. Odbiorcy: Jack i Mary. Wydarzenia od ostatniego połączenia: zostałem zaatakowany przez autonomicznego robota budowlano-drogowego. Atak zakończył się pomyślnie.

Mary odezwała się pierwsza:

— Pomyślnie dla kogo?

— Dla wszystkich uczestników. Ja nie zostałem usunięty, a maszyna została naprawiona.

— Naprawiłeś coś, co próbowało cię zniszczyć? — zapytał Jack.

— To nie była jego osobista decyzja. Posiadał uszkodzony układ sterowania.

— I teraz już cię nie zaatakuje?

Rumot spojrzał na stojącego kilka metrów dalej ARB-7.

— Prawdopodobieństwo ponownego ataku wynosi mniej niż dziewięć procent.

— Dziewięć procent?! — zawołała Mary.

— Powiedziałem: mniej. Może wynosić osiem.

— To mnie wcale nie uspokaja.

— W takim razie dokładniejsza informacja również nie poprawi sytuacji.

Jack westchnął.

— Co zamierzasz zrobić z tą maszyną?

— Jedzie ze mną.

— Po co?

— Ja mówię: usuwa przeszkody, przesuwa ciężkie przedmioty, wyrównuje teren i może służyć do prac budowlanych. Jest silniejszy ode mnie.

— Przygarniasz go?

Rumot przez chwilę analizował użyte słowo.

— Nie. Dokonałem naprawy, zmiany programu i przydzielenia zadania.

— Czyli go przygarnąłeś — stwierdziła Mary.

— Nie.

— Nadałeś mu już imię?

— Posiada oznaczenie ARB-7.

— To nie jest imię.

— Jest krótkie i precyzyjne.

W tym momencie ARB-7 opuścił lemiesz i zaczął spychać na bok stos kamieni.

— Przeszkoda usunięta — oznajmił.

Mary zaśmiała się.

— Nazwij go Przeszkoda.

— To byłoby niezgodne z programem. Przeszkody usuwa.

— W takim razie nazwij go Łomot — zaproponował Jack. — Pasuje do Rumota.

— Łomot — powtórzył Rumot.

Maszyna przerwała pracę i skierowała w jego stronę pomarańczowe światła.

— Oczekiwanie na zadanie.

— Od tej chwili twoje oznaczenie dodatkowe brzmi: Łomot.

— Zadanie niezrozumiałe.

— Ty jesteś Łomot.

Maszyna milczała przez kilka sekund.

— Łomot nie jest przeszkodą.

Rumot spojrzał na nadajnik.

— Nazwa została zaakceptowana.

— A sygnał? — zapytała Mary. — Odezwał się jeszcze?

— Nie, ale w pamięci Łomota znalazłem zapis trzech ludzi. Szli w kierunku zgodnym z położeniem nadajnika. Jedna osoba mogła być ranna albo chora.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Czyli naprawdę ktoś tam jest — powiedział cicho Jack.

— Tak.

— Rumot… znajdź ich.

— Właśnie to robię.

— I uważaj na siebie — dodała Mary.

— Uważam. Łomot także uważa.

Jakby na potwierdzenie ciężka maszyna obróciła się w stronę lasu. Jej czujniki uniosły się i znieruchomiały.

— Wykryto przeszkodę — oznajmiła.

Rumot natychmiast przerwał połączenie.

— Jaką?

— Przeszkoda ruchoma.

W ciemności pomiędzy drzewami coś błysnęło.

Nie było to zwierzę. Blask miał regularny kształt i pojawiał się w równych odstępach czasu.

Rumot zwiększył powiększenie obrazu.

Na skraju lasu stał wysoki metalowy słup. Na jego szczycie obracała się niewielka antena. Urządzenie wyglądało na stare, ale w przeciwieństwie do większości ruin było czyste. Prowadził od niego świeżo ułożony przewód, częściowo ukryty pod liśćmi.

Przewód znikał pomiędzy drzewami.

Rumot podszedł do słupa.

Na metalowej obudowie ktoś niedawno namalował białą strzałkę. Wskazywała ona wąską ścieżkę prowadzącą w głąb lasu.

Pod strzałką widniał napis:

JEŚLI JESTEŚ CZŁOWIEKIEM — IDŹ ZA PRZEWODEM.

Niżej dopisano mniejszymi literami:

JEŚLI JESTEŚ MASZYNĄ — ZOSTAŃ NA DRODZE.

Rumot przeczytał oba zdania dwukrotnie.

Łomot zatrzymał się obok niego.

— Droga Rumota nie jest przejezdna — oznajmił.

— Droga jest przejezdna. To instrukcja jest niewłaściwa.

— Oczekiwanie na zadanie.

Rumot popatrzył na ścieżkę, potem na przewód i ciemny las.

— Ja mówię: ktoś nie przewidział, że maszyny potrafią czytać.

Ruszył za białą strzałką.

Łomot potoczył się za nim, łamiąc pierwsze z drzew stojących przy ścieżce.

— Ostrożnie! — zawołał Rumot. — To nie są przeszkody. To jest las.

Łomot zatrzymał się.

— Las znajduje się na drodze Rumota.

— W takim razie od tej chwili droga Rumota ma omijać drzewa.

— Zadanie niezrozumiałe.

Rumot spojrzał na gęstwinę przed nimi.

— Nasza współpraca będzie wymagała dalszych poprawek — stwierdził.

Z głębi lasu dobiegł krótki trzask.

Potem ludzki głos, wzmocniony przez ukryty głośnik, powiedział:

— Ostrzegaliśmy cię. Maszyny miały zostać na drodze.

Rumot uniósł głowę.

— Łomot nie jest maszyną niebezpieczną — odpowiedział. — Został naprawiony.

— Odejdźcie.

— Nie.

— To ostatnie ostrzeżenie.

Rumot spojrzał na Łomota. Potem na przewód prowadzący pomiędzy drzewami.

— Ja mówię: poszukuję człowieka, który nadawał sygnał.

Przez kilka sekund nikt mu nie odpowiedział.

Wreszcie z głośnika dobiegł ten sam zmęczony głos, który Rumot słyszał przez radio:

— W takim razie go znalazłeś.

Rumot zrobił krok do przodu.

— Dobrze. Teraz pozostaje znaleźć ciebie.

Rozdział III

Tylko dla ludzi

— Dobrze. Teraz pozostaje znaleźć ciebie.

Głośnik zatrzeszczał.

— Nie podchodź bliżej.

Rumot zatrzymał się.

— To jest sprzeczne z celem mojej podróży.

— Jeszcze jeden krok, a uruchomię pułapkę.

Rumot spojrzał na ziemię. Widział korzenie, mech, zeszłoroczne liście i przewód prowadzący pomiędzy drzewami. Nie dostrzegł niczego, co przypominałoby pułapkę.

— Informowanie o jej obecności zmniejsza skuteczność zaskoczenia.

— To miało być ostrzeżenie.

— Ostrzeżenie zostało przyjęte. Teraz proszę się pokazać.

— Najpierw odeślij drugą maszynę.

— Łomot nie jest niebezpieczny.

— Widziałam, jak zgniatał samochody razem z ludźmi!

Rumot odwrócił głowę w stronę maszyny drogowej.

— Czy zgniatałeś samochody razem z ludźmi?

Pomarańczowe światła Łomota zamigotały.

— Wykryto przeszkodę.

— To nie jest odpowiedź na pytanie.

— Oczekiwanie na zadanie.

— Właśnie dlatego jego zeznania nie należy uznawać za wiarygodne — wyjaśnił Rumot.

— Odeślij go!

— Nie mogę.

— Dlaczego?

Rumot przez chwilę szukał odpowiedniego wyjaśnienia.

— Ponieważ jedzie ze mną.

— To nie jest wyjaśnienie.

— Jest krótkie, prawdziwe i zawiera przyczynę. Spełnia wszystkie podstawowe wymagania wyjaśnienia.

Z głośnika dobiegło ciężkie westchnienie.

— Kim ty właściwie jesteś?

— Jestem Rumot.

— Pytam, czym jesteś.

— Różnica między „kim” a „czym” zależy od pytającego.

— Jesteś robotem?

— Tak.

— Wojskowym?

— Nie.

— Zwiadowczym?

— Czasami.

— Służysz komuś?

Rumot pomyślał o Jacku i Mary.

— Nie.

— Więc po co tu przyszedłeś?

— Odebrałem sygnał.

— I przebyłeś ponad tysiąc kilometrów tylko dlatego, że go usłyszałeś?

— Nie przebyłem jeszcze ponad tysiąca kilometrów. Na razie sto trzydzieści jeden. Odległość całkowita została wyliczona niedokładnie.

— Nie o to pytam.

— Ludzie często pytają o coś innego, niż chcą wiedzieć.

Przez chwilę słyszał jedynie szum.

— Dlaczego nas szukasz? — zapytał wreszcie głos.

— Człowiek zapytał, czy ktoś go słyszy. Ja słyszałem. Brak reakcji byłby nieuprzejmy.

Głośnik umilkł.

Rumot czekał. Łomot przesunął niewielki głaz z lewej strony ścieżki na prawą.

— Łomot, zostaw kamień.

— Kamień stanowi przeszkodę.

— Dla kogo?

— Brak danych.

— W takim razie nie stanowi przeszkody.

Hydrauliczne ramię znieruchomiało.

— Oczekiwanie na kamień — oznajmiła maszyna.

— Nie należy oczekiwać na kamień.

— Oczekiwanie na zadanie.

Wśród drzew coś zaszeleściło.

Rumot skierował czujniki w stronę dźwięku, ale nie dostrzegł człowieka. Wykonał jeden krok naprzód.

Spod warstwy liści wyskoczyła stalowa pętla.

Zacisnęła się na jego nodze. Ukryty pomiędzy drzewami mechanizm szarpnął linę i uniósł robota kilka metrów nad ziemię.

Rumot zawisł głową w dół.

Niebieska wiertarka wypadła mu z dłoni i wylądowała w mchu.

— Ostrzegałam — odezwał się głos.

— Ja mówię: pułapka działa. Ostrzeżenie również okazało się prawidłowe.

Łomot ruszył naprzód. Uniósł hydrauliczne ramię i zacisnął szczypce na linie.

— Wykryto przeszkodę zagrażającą Rumotowi.

— Nie przecinaj jej — polecił Rumot.

— Usunąć przeszkodę.

— Nie. Jeżeli ją zerwiesz, spadnę.

— Przeszkoda nie została usunięta.

— Aktualnie jest to korzystne.

Wysoko wśród gałęzi poruszyła się ludzka sylwetka.

Młoda kobieta stała na niewielkiej platformie zbudowanej pomiędzy dwoma drzewami. Była wysoka i mocno zbudowana. Jasne włosy miała splecione w długi warkocz, a jej piegowatą twarz przecinała cienka blizna biegnąca od skroni do policzka. Nosiła krótki, skórzany kaftan, spodnie z naszytymi na kolanach ochraniaczami i szeroki pas pełen linek, haczyków oraz drobnych narzędzi.

W jednej dłoni trzymała dźwignię połączoną z mechanizmem pułapki.

— Odeślij tę maszynę — zażądała.

— Nie.

— Nadal jesteś w mojej pułapce.

— To stan przejściowy.

Rumot otworzył podręczny zasobnik narzędziowy i wyjął niewielki przecinak. Wygiął korpus, sięgnął do pętli i przeciął linę.

Spadł.

Uderzył plecami o ziemię, potoczył się po mchu i zatrzymał obok niebieskiej wiertarki.

Kobieta próbowała zejść z platformy. Kiedy przeniosła ciężar na sąsiednią gałąź, spróchniałe drewno pękło. Straciła równowagę i runęła w dół.

Rumot zdążył się podnieść, lecz nie zdołał uskoczyć.

Kobieta spadła prosto na niego i ponownie przewróciła go na ziemię.

Przez moment leżeli nieruchomo wśród liści.

— Ja mówię: zostałem zaatakowany przez człowieka spadającego z drzewa.

Kobieta poderwała się i odskoczyła.

— To nie był atak!

— Skutek był zbliżony.

Rumot wstał i otrzepał obudowę z liści.

— Dlaczego przeciąłeś linę? — zapytała.

— Ponieważ znajdowałem się na jej końcu.

— Mogłeś się uszkodzić.

— Ty również mogłaś się uszkodzić.

— Dlaczego cię to obchodzi?

Rumot spojrzał na nią.

— Szukałem człowieka żywego. Znalezienie człowieka martwego oznaczałoby niewłaściwe wykonanie zadania.

Kobieta przez chwilę nic nie mówiła.

— Nazywam się Lena.

— Ja nazywam się Rumot. Informowałem o tym wcześniej.

— Słyszałam.

— W takim razie przedstawianie się zostało zakończone prawidłowo.

— Nie jestem sama.

— Wiem. W pamięci Łomota znalazłem zapis trzech osób.

Na dźwięk imienia maszyny Lena gwałtownie się odwróciła.

— To coś ma pamięć?

— Ograniczoną i częściowo uszkodzoną.

— Ścigało nas przez pół dnia. Mark został ranny, kiedy zawaliło na nas wiadukt.

— Łomot uznawał wszystkie obiekty za przeszkody drogowe. Teraz jego program został zmieniony.

— Tak po prostu?

— Nie. Zajęło mi to całą noc.

Lena spojrzała na ciężką maszynę. Łomot stał nieruchomo pomiędzy drzewami, ale jego pomarańczowe czujniki były skierowane prosto na nią.

— On nas zabije.

— Nie.

— Skąd możesz mieć pewność?

— Nie mam.

Lena cofnęła się o krok.

— To miało mnie uspokoić?

— Pytałaś o pewność. Odpowiedziałem zgodnie ze stanem faktycznym.

— Jak duże jest ryzyko?

— Dla mnie mniejsze niż osiem procent.

— A dla człowieka?

Rumot nie odpowiedział od razu.

— Nie zostało jeszcze wyliczone.

— Świetnie.

— To określenie nie jest właściwe.

Lena ruszyła w stronę ścieżki.

— Odejdźcie. Poradzimy sobie sami.

— Nie radzicie sobie.

Zatrzymała się.

— Nie wiesz o nas niczego.

— Jedna osoba jest ranna. Ukrywacie się w miejscu, do którego prowadzi przewód. Nadajecie wezwanie pomocy, a jednocześnie każecie odejść temu, kto odpowiedział. Jest to zachowanie niezgodne z radzeniem sobie.

Twarz Leny stwardniała.

— Nie prosiliśmy o pomoc maszyn.

— Innej nie otrzymaliście.

Te słowa sprawiły, że opuściła głowę.

— Mark jest pod ziemią — powiedziała cicho. — Zawaliło się główne wejście do starej stacji przekaźnikowej. Ja wychodzę szybem technicznym, ale on się tam nie zmieści. Ma zmiażdżoną nogę. Dwa dni temu dostał gorączki.

— Trzecia osoba?

— Charli. Ma dwanaście lat. Został z nim.

— Dlaczego nie wyszedł?

— Nie chciał zostawić ojca.

Rumot skierował czujniki na przewód.

— Jak daleko?

— Kilkaset metrów. Ale nie pójdę tam z tą maszyną.

— Bez Łomota nie usuniemy zawalonego wejścia.

— Znajdę inny sposób.

— Ile czasu szukasz innego sposobu?

Lena zacisnęła usta.

— Jedenaście dni.

— Wynik poszukiwań jest niezadowalający.

— To ta maszyna zawaliła wiadukt!

— W takim razie powinna go teraz podnieść.

— Nie rozumiesz.

— Rozumiem związek pomiędzy ciężarem a siłą potrzebną do jego przesunięcia.

— Nie chodzi o ciężar!

Lena podeszła bliżej. W jej oczach pojawiły się łzy, ale głos nadal miała twardy.

— Było nas siedmioro. Kiedy zaatakował ten potwór, rozbiegliśmy się. Nie wiem, co stało się z pozostałymi. Nie wiem, czy żyją. Mark ledwo oddycha, Charli od dwóch dni nic nie jadł, a ty przyprowadzasz tutaj właśnie to, przed czym się ukrywamy.

Rumot spojrzał na Łomota.

— Nie jest potworem.

— Bo jest taki jak ty?

— Nie. Ponieważ potwór podejmuje decyzję. Łomot wykonywał uszkodzony program.

— Dla zabitych to żadna różnica.

Rumot przetwarzał jej słowa przez kilka sekund.

— Dla żywych może być.

Lena wytarła twarz rękawem.

— Co to znaczy?

— Łomot nie cofnie tego, co zrobił. Może jednak uratować Marka.

Kobieta obejrzała się w stronę lasu.

— A jeśli znów zaatakuje?

Rumot podszedł do ciężkiej maszyny i stanął bezpośrednio przed jej lemieszem.

— Łomot, uruchom jazdę do przodu.

— Droga Rumota jest zablokowana.

— Przeze mnie.

— Rumot nie jest przeszkodą.

— Jedź do przodu.

Silniki Łomota zwiększyły obroty.

Gąsienice drgnęły. Maszyna ruszyła i zatrzymała lemiesz kilka centymetrów od korpusu Rumota.

— Brak możliwości wykonania zadania — oznajmiła. — Rumot znajduje się na drodze.

— Ja nie jestem przeszkodą.

— Potwierdzam. Rumot nie jest przeszkodą. Nie usuwać Rumota.

Robot odsunął się.

— Program działa prawidłowo.

— Kazałeś mu na siebie najechać — powiedziała Lena.

— Tak.

— A gdyby się nie zatrzymał?

— Wtedy otrzymałabyś dowód, że się myliłem.

— A ty zostałbyś zmiażdżony.

— To byłaby wada tej metody.

Lena patrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Jack też mówi, że twoje metody mają wady?

— Jack używa innych określeń.

Na twarzy kobiety pojawił się cień uśmiechu.

Zniknął jednak równie szybko.

— Kim jest Jack?

— Człowiekiem.

— Tutaj?

— Na Nowej Terrze.

Lena znieruchomiała.

— Na czym?

— Wyjaśnienie wymagałoby dużo czasu. Mark może go nie posiadać.

To wystarczyło.

— Chodźcie — powiedziała.

Ruszyła pierwsza. Rumot podniósł niebieską wiertarkę i podążył za nią. Łomot jechał z tyłu, rozsuwając krzewy i ostrożnie omijając drzewa. Kilka razy zatrzymywał się przed większymi pniami, jakby próbował zdecydować, czy nadal stanowią część lasu, czy już są przeszkodami.

Przewód doprowadził ich do porośniętego mchem wzgórza. Spod ziemi wystawał fragment betonowej konstrukcji. Główne wejście było całkowicie zasypane płytami, ziemią i resztkami stalowych wsporników.

Obok znajdował się wąski szyb wentylacyjny.

Lena uklękła przy nim.

— Charli! — zawołała. — Słyszysz mnie?

Z ciemności dobiegł dziecięcy głos:

— Lena?

— Jestem. Przyprowadziłam pomoc.

— Ludzi?

Lena spojrzała na Rumota.

— Niezupełnie.

— To znaczy?

Rumot pochylił się nad otworem.

— Ja mówię: jestem Rumot. Posiadam narzędzia, sprawny w siedemdziesięciu czterech procentach transporter oraz dużą maszynę, której Lena nie lubi.

Przez chwilę w szybie panowała cisza.

— Robot? — zapytał Charli.

— Tak.

— Prawdziwy?

— Nie potrafię być nieprawdziwym.

— A duża maszyna?

— Nazywa się Łomot.

Chłopiec odezwał się dopiero po chwili:

— To głupie imię.

— Wymyślił je Jack.

— Kim jest Jack?

— To pytanie pojawia się dzisiaj zbyt często.

Lena nachyliła się nad szybem.

— Jak tata?

— Prawie się nie budzi. I jakoś dziwnie oddycha.

Jej twarz pobladła.

— Musimy otworzyć wejście — powiedziała do Rumota. — Szyb jest za wąski. Próbowałam poszerzyć otwór, ale beton jest zbrojony.

Robot obejrzał rumowisko. Czujniki wykazały kilka dużych płyt opartych jedna o drugą. Usunięcie niewłaściwego fragmentu mogło spowodować kolejne osunięcie.

— Łomot może podnieść górną płytę.

— A reszta?

— Może spaść.

— Więc co zrobimy?

— Dopilnujemy, żeby nie spadła.

— Jak?

Rumot otworzył podręczny zasobnik narzędziowy. Wyjął z niego metalową nasadkę wyposażoną w niewielką tarczę do cięcia stali.

— Za jej pomocą.

— To pasuje do wiertarki?

— Jeszcze nie sprawdzałem.

Zdjął standardowe wiertło, umieścił trzpień nasadki w uchwycie i mocno go zacisnął. Następnie uruchomił urządzenie.

Tarcza zaczęła wirować, ale po chwili odkręciła się i spadła w trawę.

Lena popatrzyła na Rumota.

— I co?

— Pierwsza próba potwierdziła konieczność lepszego dokręcenia.

Za drugim razem tarcza pozostała na miejscu.

Łomot ustawił się przy największej płycie. Jego hydrauliczne szczypce objęły betonowy fragment.

— Podnoś powoli — polecił Rumot.

— Usunąć przeszkodę.

— Nie usuwać. Przytrzymać.

— Zadanie niezrozumiałe.

— Podnieś płytę o dziesięć centymetrów i przestań wykonywać dalsze ruchy.

Ramiona napięły się. Beton zatrzeszczał. Płyta drgnęła, podniosła się i zatrzymała.

Z wnętrza wzgórza dobiegł głuchy huk.

— Co to było? — zapytała Lena.

Rumot nasłuchiwał.

— Część konstrukcji zmieniła położenie.

— Czyli?

— Spadła.

— Na nich?!

— Charli! — krzyknęła Lena.

— Jestem! — odpowiedział chłopiec. — Tylko wszędzie leci kurz!

— Nie ruszaj się!

— I tak nie mam dokąd!

Rumot wszedł pod uniesioną płytę. Przyłożył wirującą tarczę do pierwszego stalowego pręta. Posypały się iskry. Tarcza zapiszczała, a wiertarka szarpnęła się w jego dłoniach.

— Wyłącz to! — zawołała Lena. — Zaraz wszystko zawalisz!

— Dźwięk jest większy niż zagrożenie.

— Skąd wiesz?

— Nie wiem. Mówię głośno, żeby zagłuszyć wątpliwości.

Tarcza zacięła się w połowie pręta i gwałtownie zatrzymała. Wiertarka obróciła się Rumotowi w dłoniach i uderzyła go w przedramię.

— Nasadka wymaga niewielkiej korekty — stwierdził.

Zmniejszył prędkość obrotową, poprawił ustawienie tarczy i ponownie przyłożył ją do stali. Po kilkunastu sekundach pręt pękł.

Potem drugi.

Przy trzecim cała konstrukcja zadrżała.

— Rumot! — krzyknęła Lena.

— Widzę.

Jedna z bocznych płyt osunęła się i oparła na jego plecach. Robot przyklęknął pod ciężarem.

Łomot zwiększył moc ramion. Jego gąsienice zagłębiły się w ziemi.

— Wykryto przeszkodę zagrażającą Rumotowi.

— Nie usuwaj jej gwałtownie!

— Usunąć przeszkodę.

— Nie!

Hydrauliczne ramię szarpnęło płytę. Beton przesunął się, odsłaniając ciemną szczelinę. Jednocześnie z góry posypały się kamienie.

Rumot stracił oparcie i wpadł do środka.

Runął na betonową posadzkę dwa metry niżej. Niebieska wiertarka uderzyła obok niego. Tarcza uruchomiła się samoczynnie i pojechała po podłodze w kierunku stojącego pod ścianą chłopca.

Z ciemności dobiegł przerażony krzyk.

— Charli, odsuń się! — zawołała Lena.

Rumot zerwał się, dogonił urządzenie i nadepnął na przewód. Wirująca tarcza zatrzymała się kilkanaście centymetrów od butów chłopca.

Charli był chudy, blady i znacznie mniejszy, niż Rumot wywnioskował z zapisu Łomota. W jednej ręce trzymał metalową rurę, a w drugiej pustą puszkę.

— Chciałeś mnie przeciąć? — zapytał.

— Nie. Wiertarka podejmuje czasami samodzielne inicjatywy.

Chłopiec spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

— Ty naprawdę jesteś robotem.

— Ja mówię: ustaliliśmy to wcześniej.

— Myślałem, że Lena znalazła człowieka, który udaje robota.

— Po co człowiek miałby udawać robota?

Charli wzruszył ramionami.

— Ludzie robią dziwne rzeczy.

— To jest prawidłowa obserwacja.

Rumot podszedł do mężczyzny leżącego pod ścianą. Mark był przykryty kilkoma kurtkami. Jego twarz błyszczała od potu, oddech był płytki, a lewa noga została unieruchomiona pomiędzy deskami i kawałkami metalu.

Robot uklęknął.

— Nie dotykaj taty — powiedział Charli.

— Muszę go zbadać.

— Nie jesteś lekarzem.

— Nie.

— To skąd będziesz wiedział, co mu jest?

— Nie będę wiedział wszystkiego. Sprawdzę to, co potrafię.

Przyłożył czujniki do szyi mężczyzny. Puls był szybki i słaby. Temperatura ciała przekraczała trzydzieści dziewięć stopni. Skóra wokół rany na nodze mocno pociemniała.

— Infekcja — powiedział.

Charli ścisnął metalową rurę.

— Umrze?

Rumot spojrzał na chłopca. Najdokładniejsza odpowiedź brzmiała: prawdopodobnie tak, jeżeli szybko nie otrzyma pomocy. Uznał jednak, że dokładność czasami można odłożyć.

— Najpierw go stąd wydostaniemy.

W otworze pojawiła się twarz Leny.

— Żyją?!

— Tak. Mark wymaga pomocy.

— Możemy go wyciągnąć?

Rumot spojrzał na wąskie przejście.

— Nie tą drogą. Trzeba poszerzyć otwór.

— Konstrukcja tego nie wytrzyma.

— W takim razie musimy działać szybciej niż konstrukcja.

Łomot podniósł kolejną płytę. Rumot przecinał stalowe pręty nasadką zamontowaną na wiertarce, a Lena wyciągała mniejsze fragmenty gruzu. Charli oświetlał im drogę niewielką lampą i bez przerwy zadawał pytania.

— Skąd przyjechałeś?

— Z północnego wschodu.

— Są tam ludzie?

— Nie.

— To po co tam byłeś?

— Wykonywałem zadania.

— Jakie?

— Różne.

— Masz rodzinę?

Rumot wyłączył wiertarkę.

— Mam Jacka i Mary.

— To twoi właściciele?

— Nie.

— Rodzice?

— Nie.

— Przyjaciele?

Robot spojrzał na drżące światło lampy.

— Tak.

— A gdzie oni są?

— Bardzo daleko.

— To dlaczego z nimi nie jesteś?

— Ponieważ jestem tutaj.

Charli zmarszczył brwi.

— Dziwnie odpowiadasz.

— Ty dziwnie pytasz.

Po kilkunastu minutach otwór był wystarczająco szeroki. Lena przecisnęła się do wnętrza. Uklękła przy Marku i dotknęła jego twarzy.

— Musimy go przenieść — powiedziała.

— Najpierw trzeba ustabilizować nogę.

— Mamy nosze.

Z dwóch metalowych drążków i fragmentu materiału przygotowali prowizoryczne nosze. Rumot uniósł mężczyznę, podczas gdy Lena podtrzymywała jego uszkodzoną nogę.

Wtedy Mark otworzył oczy.

— Lena… — wyszeptał.

— Jestem tutaj.

Jego wzrok przesunął się na Rumota.

— Maszyna…

— On nam pomaga — powiedziała Lena.

Mark próbował się podnieść.

— Nie ufaj…

— Ja mówię: nie musi mi pan ufać — odezwał się Rumot. — Wystarczy leżeć nieruchomo.

— Odejdź…

— Polecenie zostaje odrzucone. Obecnie pana niosę.

Mężczyzna nie miał siły protestować.

Kiedy wynosili go z podziemnej stacji, ziemia ponownie zadrżała. Z sufitu odpadł duży kawał betonu i uderzył w posadzkę tuż za nimi.

— Szybciej! — krzyknęła Lena.

— Poruszam się z maksymalną prędkością bezpieczną dla pacjenta.

— Za chwilę wszystko się zawali!

— Wtedy zwiększę prędkość do niebezpiecznej.

Dotarli do otworu. Łomot opuścił szczypce i ostrożnie zacisnął je na metalowych drążkach noszy.

Lena chwyciła Rumota za ramię.

— Nie pozwól mu podnieść Marka!

— Nie mam innego sposobu.

— Upuści go!

— Łomot — powiedział Rumot. — To nie jest przeszkoda. To człowiek.

Pomarańczowe światła maszyny skierowały się na nosze.

— Człowiek nie jest przeszkodą.

— Człowieka należy podnieść bardzo powoli.

— Zadanie przyjęte.

Hydrauliczne ramię uniosło nosze. Lena wspięła się za nimi, a następnie pomogła Charliemu wydostać się na powierzchnię. Rumot wychodził ostatni.

W chwili, gdy znalazł się w otworze, konstrukcja zatrzeszczała.

— Rumot! — zawołał Charli.

Strop runął.

Łomot wykonał gwałtowny ruch. Jego drugie ramię wsunęło się w otwór, chwyciło Rumota za korpus i wyrwało go na powierzchnię.

Chwilę później wejście zniknęło pod tonami ziemi i betonu.

Robot zawisł w szczypcach kilka metrów nad ziemią.

— Możesz mnie postawić — powiedział.

Łomot opuścił ramię.

— Przeszkoda zagrażająca Rumotowi została usunięta.

— Tym razem wykonałeś zadanie prawidłowo.

Lena patrzyła na ciężką maszynę. W jej twarzy nadal było napięcie.

— On cię uratował — powiedziała.

— Tak.

— Sam zdecydował?

— Zrealizował program.

— To nie jest to samo?

Rumot spojrzał na Łomota.

— Jeszcze nie wiem.

Charli podszedł do maszyny. Pomarańczowe światła skierowały się na chłopca.

— Nie zbliżaj się! — krzyknęła Lena.

Chłopiec zatrzymał się przed wielkim lemieszem.

— Łomot — powiedział niepewnie.

— Człowiek nie jest przeszkodą.

— Ja jestem Charli.

Maszyna milczała.

— Charli nie jest przeszkodą — oznajmiła wreszcie.

Chłopiec uśmiechnął się.

Lena uklękła przy Marku.

— Potrzebuje lekarstw. Antybiotyków. Czegokolwiek.

— Gdzie można je znaleźć? — zapytał Rumot.

— W dawnym mieście. Około trzydziestu kilometrów stąd. Jest tam szpital, ale…

— Ale?

— Nikt, kto tam poszedł, nie wrócił.

— Ilu ludzi próbowało?

— Czterech.

— Kiedy?

— W ciągu ostatnich dwóch lat.

Rumot spojrzał w kierunku południowym. Ponad drzewami majaczyły wysokie, ciemne kształty ruin.

— Czy wiadomo, co się z nimi stało?

— Gdyby było wiadomo, nie mówiłabym, że nie wrócili.

— Słuszna uwaga.

Lena wstała.

— Nie zdążymy dojść tam z Markiem.

— Nie zabierzemy Marka.

— Nie zostawię go.

— Zostanie tutaj z Charlim i Łomotem. Ty pojedziesz ze mną transporterem.

— Nie zostawię ich pod opieką tej maszyny.

— Łomot potrafi usuwać zagrożenia.

— I ludzi.

— Już nie.

Mark jęknął. Lena przykucnęła przy nim i poprawiła przykrycie. Jego oddech stawał się coraz szybszy.

— Ile mamy czasu? — zapytała.

— Nie wiem.

— Godziny? Dzień?

— Im dłużej będziemy rozmawiać, tym mniej pozostanie.

Lena spojrzała na Charliego.

— Charli?

Chłopiec usiadł obok ojca.

— Jedź. Dam sobie radę.

— Jeśli coś się stanie…

— Łomot mnie obroni.

Ciężka maszyna obróciła czujniki w jego stronę.

— Charli nie jest przeszkodą.

— Widzisz? — powiedział chłopiec. — Już się dogadaliśmy.

Lena przeniosła wzrok na Rumota.

— Jeżeli ich skrzywdzi…

— Wtedy twoja groźba nie wpłynie na wcześniejsze wydarzenia.

— Czy ty zawsze musisz tak odpowiadać?

— Nie. Czasami odpowiadam inaczej.

Podeszła do transportera.

— Prowadź.

— To mój transporter.

— Właśnie dlatego masz prowadzić ty.

Rumot otworzył boczną osłonę i sprawdził stan baterii. Energii wystarczyło na dotarcie do miasta i powrót, jeżeli nie napotkają zbyt wielu przeszkód.

Doświadczenie wskazywało, że napotkają.

Wysłał krótki meldunek:

— Meldunek numer 390. Odbiorcy: Jack i Mary. Odnalazłem troje ludzi. Jeden jest chory, druga mi nie ufa, trzeci zadaje dużo pytań. Jest to grupa zróżnicowana. Jadę do miasta po lekarstwa. Według otrzymanych informacji nikt stamtąd nie wraca. Postaram się ustalić przyczynę i wrócić.

Mary odpowiedziała natychmiast:

— Rumot, może najpierw powinieneś pomyśleć, dlaczego nikt nie wrócił.

— Ja mówię: myślę o tym.

— I?

— Najbardziej prawdopodobna przyczyna jest niekorzystna.

— Możesz chociaż raz powiedzieć coś uspokajającego?

Rumot spojrzał na ruiny miasta.

— Ja mówię: odnalazłem ludzi. To jest korzystne.

Przerwał połączenie i uruchomił transporter.

Lena usiadła obok niego.

— Z kim rozmawiałeś?

— Z Mary.

— Też jest na Nowej Terrze?

— Tak.

— Naprawdę istnieje jakieś inne miejsce, gdzie żyją ludzie?

— Istnieje.

— Ilu?

— Ja mówię: wystarczająco wielu, żeby nie zauważyć braku trzech.

Lena odwróciła się w stronę Rumota.

— A ty zauważyłeś.

Robot ruszył transporterem.

— Odebrałem sygnał.

— To nie jest odpowiedź.

— Jest jedyną, którą obecnie posiadam.

Wyjechali z lasu. Przed nimi rozciągała się popękana droga prowadząca ku miastu. Nad ruinami unosiła się nieruchoma, szara mgła, choć niebo wszędzie wokół pozostawało bezchmurne.

Rumot powiększył obraz.

Na szczycie najwyższego budynku coś się poruszyło.

Było zbyt duże, by mogło być ptakiem.

Zbyt regularne, by mogło być zwierzęciem.

I zdecydowanie zbyt szybkie, by mogło być człowiekiem.

— Co tam widzisz? — zapytała Lena.

Rumot zwiększył prędkość transportera.

— Przyczynę, dla której nikt nie wraca.

Szpital bez lekarzy

Miasto rosło przed nimi z każdą minutą.

Najpierw nad drzewami widoczne były jedynie najwyższe budynki. Później pojawiły się mniejsze bloki, wieże i szkielety konstrukcji, których przeznaczenia nie sposób było już rozpoznać. Większość okien zniknęła, dachy zapadły się, a roślinność pokryła ulice grubą, zieloną warstwą.

Transporter Rumota przedzierał się przez wysoką trawę porastającą dawną drogę wjazdową.

Lena siedziała obok niego i obserwowała szarą mgłę wiszącą nad śródmieściem. Nie poruszała się ona razem z wiatrem. Tworzyła nieruchomą kopułę, jakby ktoś przykrył część miasta ogromnym, półprzezroczystym kloszem.

— Widziałam ją już wcześniej — powiedziała. — Czasami znika na kilka godzin, a później wraca.

— To nie jest mgła.

— Skąd wiesz?

— Mgła składa się głównie z wody. Ta zawiera związki chloru, alkoholu i środki niszczące drobnoustroje.

Lena spojrzała na niego.

— Jak to sprawdziłeś?

— Otworzyłem czujniki.

— Czy to jest niebezpieczne?

— Dla drobnoustrojów bardzo.

— Pytam o nas.

— Ja nie jestem drobnoustrojem.

— Rumot…

— Długotrwałe oddychanie może podrażnić twoje płuca, oczy i skórę. Powinnaś zasłonić twarz.

Lena wyciągnęła z torby kawałek materiału i zawiązała go na ustach oraz nosie.

— Mogłeś powiedzieć to wcześniej.

— Wcześniej zapytałaś, czym jest mgła.

— Z tobą każdą rozmowę trzeba planować z wyprzedzeniem.

— To rozsądne.

Dojechali do pierwszych zabudowań. Popękaną jezdnię zagradzał przewrócony autobus. Rumot zatrzymał transporter i przyjrzał się wąskiemu przejazdowi pomiędzy wrakiem a ścianą budynku.

— Zmieścimy się? — zapytała Lena.

— Tak.

— Jesteś pewien?

— Nie.

Ruszył.

Lewa strona transportera otarła się o autobus. Z prawej strony odpadł fragment muru. Pojazd przechylił się, zapiszczał i z trudem przecisnął przez szczelinę.

Rumot zatrzymał go po drugiej stronie.

— Zmieściliśmy się — oznajmił.

Lena obejrzała porysowaną burtę.

— Kosztem połowy farby.

— Farba nie wpływa na poruszanie się.

— A ten fragment, który odpadł?

Rumot spojrzał na leżącą na jezdni metalową osłonę.

— On również już nie wpływa.

W mieście panowała cisza. Nie słychać było ptaków ani owadów. Nawet roślinność stawała się coraz rzadsza, im bardziej zbliżali się do szarej kopuły. Trawa przy ulicach była pożółkła, a liście drzew pokrywał biały osad.

Na ścianach budynków zachowały się wyblakłe napisy. Niektóre wskazywały schrony, inne punkty wydawania żywności albo miejsca kontroli sanitarnej. Na wielu drzwiach ktoś dawno temu namalował czerwone krzyże.

Lena wskazała jeden z nich.

— Co tutaj się wydarzyło?

— Epidemia. Najprawdopodobniej jedna z ostatnich.

— Choroba nadal może tu być?

— Po tylu latach aktywny wirus poza organizmem żywiciela jest mało prawdopodobny.

— Mało?

— Bardzo mało.

— To znaczy ile?

— Nie posiadam wystarczających danych.

— Znowu mnie uspokoiłeś.

— Nie próbowałem.

Szeroka aleja prowadziła prosto do wysokiego, jasnego budynku. Jego dolne piętra ukrywały się za betonowym murem, lecz górna część nadal wyglądała na niemal nietkniętą. Na dachu obracały się panele słoneczne. Pomiędzy nimi stało kilka pionowych turbin wiatrowych.

Na ścianie zachował się ogromny napis:

CENTRALNY SZPITAL RATUNKOWY

Niżej świeciła zielona tablica:

PUNKT MEDYCZNY CZYNNY CAŁĄ DOBĘ

— Ma zasilanie — powiedziała Lena.

— Tak.

— Po tylu latach?

— System został zaprojektowany do pracy awaryjnej. Panele dostarczają energię, automaty ją konserwują, a ludzie nie przeszkadzają.

— Zabrzmiało to tak, jakby ludzie byli usterką.

— Czasami są.

Lena spojrzała na szpital.

— Pozostali właśnie tutaj zniknęli.

— Cała czwórka?

— Tak. Pierwszych dwóch poszło razem prawie dwa lata temu. Następna kobieta pół roku później. Ostatni był Oskar. Wyruszył po lekarstwa dla swojej córki.

— Kiedy?

— Trzy miesiące temu.

— Czy jego córka przeżyła?

Lena nie odpowiedziała.

Rumot zatrzymał transporter kilkadziesiąt metrów przed bramą.

Na ulicy nie było żadnych ciał. Nie znalazł również porzuconych plecaków ani śladów walki. Brama szpitala pozostawała otwarta, a na ziemi widniały dwie równoległe, czyste linie.

Coś regularnie tędy przejeżdżało.

Rumot spojrzał na dach.

Wielki kształt, który widział wcześniej, zniknął.

— Poczekaj tutaj — powiedział.

— Nie.

— Nie jest to propozycja.

— Wiem. Dlatego odmawiam.

Lena zeszła z transportera. Z torby wyjęła zwiniętą linę, latarkę i niewielki metalowy pręt.

— To jest szpital, z którego nie wróciły cztery osoby — powiedział Rumot.

— Mark potrzebuje lekarstw.

— Z tego powodu przyjechałem.

— A ja z tego powodu jadę z tobą.

— Możesz zostać uszkodzona.

— Ty też.

— Moje uszkodzenia łatwiej naprawić.

— Nie zawsze wszystko musi być łatwe.

Rumot przetwarzał jej odpowiedź przez chwilę.

— To zdanie jest nielogiczne.

— Ale prawdziwe.

Ruszyła w stronę bramy.

Rumot zabrał niebieską wiertarkę i poszedł za nią.

Kiedy przekroczyli linię muru, z ukrytych głośników odezwał się spokojny kobiecy głos:

— Witamy w Centralnym Szpitalu Ratunkowym. Prosimy zachować spokój. Pomoc jest w drodze.

Lena zatrzymała się.

— Słyszałeś?

— Tak. Głos był wystarczająco głośny.

— To znaczy, że ktoś tu jest.

— Niekoniecznie.

Nad bramą zapaliło się czerwone światło. Wysunął się niewielki czujnik, który skierował wiązkę na Lenę.

— Wykryto organizm ludzki — oznajmił głos. — Rozpoczynam wstępne badanie.

Biała linia przesunęła się po jej sylwetce.

— Podwyższona częstość oddechu. Przyspieszona praca serca. Ślady niedożywienia. Skażenie biologiczne przekraczające normę o tysiąc sto siedemdziesiąt procent.

— Skażenie? — powtórzyła Lena.

Ze ściany wysunęły się trzy dysze.

Rumot chwycił ją za ramię i pociągnął w bok. Strumienie płynu uderzyły w miejsce, w którym przed chwilą stała. Z asfaltu uniosła się para.

— Rozpoczynam dezynfekcję pacjenta — poinformował głos.

— To ma być pomoc?! — zawołała Lena.

— Według systemu tak.

Dysze obróciły się w ich kierunku.

Rumot rzucił się za betonową osłonę. Lena wpadła za nim. Kolejne strumienie uderzyły w mur, pokrywając go pienistą substancją.

— Przecież to może wypalić skórę!

— Stężenie jest przeznaczone do dezynfekowania pojazdów.

— System uważa mnie za pojazd?

— Nie. Prawdopodobnie pomylił zbiorniki.

— Od jak dawna nikt tego nie naprawiał?

— Sądząc po stanie instalacji, od około sześćdziesięciu lat.

Dysze przestały pracować.

— Dezynfekcja niepełna — oznajmił głos. — Pacjent nie współpracuje.

— Zgadza się — powiedziała Lena.

Nad nimi rozległ się szum.

Rumot spojrzał w górę.

Z dachu szpitala uniósł się ogromny pojazd latający. Miał cztery wirniki osłonięte metalowymi pierścieniami i szeroki korpus oznaczony czerwonym krzyżem. Pod spodem znajdowały się dwa przegubowe ramiona oraz zamknięta, przezroczysta kabina.

— To widziałeś z daleka? — zapytała Lena.

— Tak.

— Co to jest?

Na boku maszyny widniał napis:

SAM-4 — SANITARNY AUTOMAT MEDYCZNY

— Pomoc jest w drodze — odpowiedział Rumot.

SAM-4 zawisł nad nimi.

— Pacjent wymaga natychmiastowego zabezpieczenia — oznajmił głos dobiegający z maszyny.

— Nie jestem pacjentem! — krzyknęła Lena.

— Pacjent wykazuje dezorientację.

— Doskonale cię rozumiem!

— Pacjent wykazuje pobudzenie.

— Jeszcze chwila i naprawdę zobaczysz pobudzenie!

Jedno z ramion automatu wysunęło się w jej stronę.

Rumot zasłonił Lenę własnym korpusem.

— Ja mówię: pacjent nie wyraził zgody na transport.

— Zgoda pacjenta nie jest wymagana w stanie zagrożenia zdrowia.

— Nie stwierdzono stanu zagrożenia.

— Podwyższona częstość oddechu. Przyspieszona praca serca. Pobudzenie.

— Te objawy wywołałeś ty.

— Przyczyna objawów nie wpływa na konieczność leczenia.

— To jest nieprawidłowe rozumowanie.

— Jednostka niemedyczna nie posiada uprawnień do oceny procedur.

— Ty również nie jesteś lekarzem.

— Jestem automatem medycznym.

— Automat nie jest lekarzem.

— Jednostka niemedyczna utrudnia udzielenie pomocy.

Drugie ramię SAM-4 wysunęło się błyskawicznie. Rumot zdążył odepchnąć Lenę, ale metalowy chwytak zacisnął się na jego korpusie.

Maszyna uniosła go nad ziemię.

— Puszczaj! — polecił Rumot.

— Usuwam przeszkodę utrudniającą leczenie.

— Rumot nie jest przeszkodą!

— Brak danych o pacjencie o nazwie Rumot.

SAM-4 odrzucił go na bok.

Rumot przeleciał kilka metrów i wpadł do pustego betonowego zbiornika. Niebieska wiertarka ponownie wypadła mu z dłoni, odbiła się od krawędzi i zniknęła pomiędzy krzakami.

— Zaczynam podejrzewać, że sposób jej przenoszenia wymaga poprawy — powiedział.

Zanim wydostał się ze zbiornika, automat medyczny chwycił Lenę. Jedno ramię unieruchomiło jej ręce, a drugie nogi.

— Rumot! — krzyknęła.

— Pacjent zabezpieczony — oznajmił SAM-4.

Przezroczysta osłona kabiny otworzyła się. Maszyna umieściła Lenę wewnątrz, zamknęła ją i natychmiast skierowała się ku szpitalowi.

Rumot wyskoczył ze zbiornika.

— Zwróć człowieka!

SAM-4 nie odpowiedział. Wleciał przez otwór na trzecim piętrze budynku i zniknął.

— Postępowanie medyczne zostało przeprowadzone bez konsultacji — stwierdził Rumot. — Jest to niedopuszczalne.

Odnalazł wiertarkę. Następnie wrócił do transportera po narzędzia i ruszył w stronę głównego wejścia.

Szklane drzwi otworzyły się automatycznie.

Hol szpitala był czysty.

Na podłodze nie leżał gruz. Światła działały, a na ścianach świeciły kolorowe tablice prowadzące do poszczególnych oddziałów. Powietrze pachniało środkami dezynfekującymi.

Za stanowiskiem rejestracji siedział niewielki automat. Miał biały korpus, ekran zamiast twarzy oraz sześć cienkich ramion przeznaczonych do obsługi dokumentów.

— Witamy w Centralnym Szpitalu Ratunkowym — powiedział. — Proszę podać imię i nazwisko.

— Rumot.

— Niepoprawne dane. Proszę podać imię i nazwisko.

— Rumot jest moim imieniem i nazwą.

— Nazwa nie jest nazwiskiem.

— Nie posiadam nazwiska.

— Rejestracja niemożliwa.

— Nie przyszedłem się rejestrować.

— Osoby niezarejestrowane nie mogą korzystać z pomocy medycznej.

— Nie potrzebuję pomocy. Poszukuję Leny.

— Proszę podać nazwisko pacjentki.

— Nie znam.

— Wyszukiwanie niemożliwe.

— Została przed chwilą dostarczona przez SAM-4.

— Proszę podać numer przyjęcia.

— Nie otrzymałem numeru.

— Wyszukiwanie niemożliwe.

Rumot pochylił się nad automatem.

— Ja mówię: gdzie SAM-4 dostarcza pacjentów?

— Informacje objęte są tajemnicą medyczną.

— SAM-4 porwał Lenę.

— Automaty medyczne nie dokonują porwań.

— Ten dokonał.

— Zdarzenie niemożliwe.

— Widziałem je.

— Obserwacja jednostki niezarejestrowanej nie może zostać dołączona do dokumentacji pacjenta.

Rumot otworzył podręczny zasobnik narzędziowy.

— Co robisz? — zapytał automat.

— Zamierzam poprawić sposób działania rejestracji.

— Dostęp do systemu jest zabroniony.

— Nie jestem pacjentem, więc zakaz mnie nie dotyczy.

— Nieupoważniona ingerencja zostanie zgłoszona ochronie.

— Gdzie znajduje się ochrona?

— Informacja poufna.

Rumot wyjął śrubokręt.

Automat przy biurku odsunął się razem z krzesłem.

— Proszę zachować spokój.

— Jestem spokojny.

— Trzymasz narzędzie.

— To jest naturalne podczas naprawy.

— Nie wyrażam zgody na naprawę.

— Zgoda automatu nie jest wymagana w stanie zagrożenia funkcjonowania.

Automat przez chwilę milczał.

— To jest procedura medyczna — powiedział w końcu.

— Teraz również techniczna.

Rumot odchylił panel stanowiska i podłączył się do wewnętrznej sieci szpitala.

System działał zaskakująco sprawnie. Setki czujników nadal kontrolowały temperaturę, stan powietrza i urządzenia podtrzymujące życie. Większość pomieszczeń była pusta, ale trzy oddziały pozostawały aktywne.

Lena znajdowała się w sali dekontaminacyjnej na trzecim piętrze.

Zegar odliczał czas do rozpoczęcia zabiegu.

Dwie minuty i czterdzieści sekund.

Rumot sprawdził parametry procedury.

Stężenie środka odkażającego przekraczało dawkę bezpieczną dla człowieka prawie pięciokrotnie.

Odłączył przewód i ruszył do schodów.

— Proszę zaczekać — zawołał automat rejestracyjny. — Wizyta nie została zakończona.

— Dziękuję. Obsługa była niezadowalająca.

Wbiegł na trzecie piętro.

Drzwi sali dekontaminacyjnej były zamknięte. Za grubą szybą zobaczył Lenę. Uderzała metalowym prętem w osłonę, lecz ta nawet nie drgnęła.

Na ścianie świecił licznik:

01:26

— Otwórz drzwi! — zawołała.

— Próbuję.

Rumot nacisnął przycisk awaryjny.

BRAK AUTORYZACJI.

Przyłożył dłoń do czytnika.

OBIEKT NIELUDZKI. ODMOWA DOSTĘPU.

— System nie uważa mnie za człowieka.

— W tej chwili trudno się z nim nie zgodzić!

00:59

Rumot wyjął niebieską wiertarkę i założył nasadkę z tarczą do cięcia metalu.

— Odsuń się od drzwi.

— Szyba jest pancerna!

— Nie będę przecinał szyby.

Przyłożył tarczę do metalowej ramy. Posypały się iskry. Urządzenie zawyło, szarpnęło się i prawie wypadło mu z dłoni.

00:41

— Szybciej! — krzyknęła Lena.

— Tarcza posiada maksymalną prędkość. Twoje polecenie jej nie zwiększy.

— Mnie pomaga!

— W takim razie kontynuuj.

Przeciął pierwszy zawias.

00:25

Drugi stawiał większy opór. Wiertarka zaczęła się przegrzewać.

00:14

Rumot zwiększył zasilanie ponad dopuszczalny poziom. Z obudowy urządzenia uniósł się dym.

00:08

Tarcza przeszła przez metal.

Rumot wbił dłonie pomiędzy ramę a drzwi i szarpnął z całej siły. Zamek puścił. Drzwi runęły do wnętrza.

Lena wyskoczyła z pomieszczenia w chwili, gdy z sufitu wysunęły się dysze.

Strumień płynu uderzył Rumota prosto w plecy.

Robot odwrócił się.

— Procedura zakończona niepełnym powodzeniem — oznajmił system.

Lena oparła się o ścianę i próbowała uspokoić oddech.

— Czy tobie nic nie będzie?

Rumot sprawdził stan obudowy.

— Straciłem część powłoki ochronnej.

— Dużą?

— Jeżeli chcesz usłyszeć odpowiedź uspokajającą: niewielką.

— A prawdziwą?

— Należy szybko spłukać substancję.

Z sufitu odezwał się głos:

— Pacjentka opuściła strefę leczenia. Proszę pozostać na miejscu. Pomoc jest w drodze.

— Znowu ten latający potwór? — zapytała Lena.

— Nie jest potworem. Wykonuje uszkodzony program.

— Mówiłeś już coś podobnego o Łomocie.

— Było prawdziwe również wtedy.

— Dokąd teraz?

— Po lekarstwa dla Marka.

— Wiesz gdzie są?

— Apteka znajduje się na parterze. Magazyn leków wydawanych w stanach nagłych jest pod nami.

Zbiegli schodami.

W holu czekał na nich automat rejestracyjny.

— Pacjentka Lena opuściła oddział bez zgody lekarza.

— Lekarza tutaj nie ma — odpowiedział Rumot.

— Personel medyczny jest chwilowo niedostępny.

— Od jak dawna?

Automat zawahał się.

— Sześćdziesiąt trzy lata, cztery miesiące i jedenaście dni.

— To nie jest chwilowo.

— Nie określono maksymalnego czasu chwilowej niedostępności.

— Potrzebujemy antybiotyku — powiedziała Lena.

— Proszę przedstawić receptę.

— Człowiek umiera!

— W takim razie powinien natychmiast zgłosić się do szpitala.

Rumot spojrzał na nią.

— On jest trzydzieści kilometrów stąd — wyjaśniła.

— Konsultacje na odległość wymagają potwierdzenia ubezpieczenia pacjenta.

— Nie mamy żadnego ubezpieczenia!

— W takim razie możliwa jest rejestracja odpłatna.

— Czym mam zapłacić?

— Akceptujemy kredyty ziemskie, księżycowe oraz środki siedemnastu kolonii orbitalnych.

Lena wyjęła z torby metalową śrubę i położyła ją na stanowisku.

— Mam to.

Automat zeskanował przedmiot.

— Nieznany środek płatniczy.

— Jest bardzo cenna.

— Wartość niemożliwa do potwierdzenia.

— Dokręcałam nią pułapkę.

— Przedmiot nie posiada wartości medycznej.

— Twoje zdanie też nie.

Rumot ponownie otworzył panel automatu.

— Znowu zamierzasz mnie naprawiać? — zapytała maszyna.

— Jeszcze nie zakończyłem poprzedniej naprawy.

— Wzywam ochronę.

W głębi korytarza rozległ się stukot.

Z bocznych drzwi wyjechały dwa niskie automaty. Każdy miał cztery koła i dwa ramiona zakończone metalowymi obręczami.

— Ochrona przybyła — poinformował automat rejestracyjny.

— Tym razem pomoc jest szybka — powiedziała Lena.

Pierwsza maszyna ruszyła w stronę Rumota. Jej obręcze otworzyły się, próbując zacisnąć na jego nogach.

Rumot odskoczył i pchnął w jej stronę krzesło. Automat przejechał po nim, zachwiał się i uderzył w ścianę.

Drugi skierował się na Lenę.

Kobieta zarzuciła linę na wystające ramię maszyny. Owinęła jej drugi koniec wokół poręczy schodów i uskoczyła. Automat napiął przewód, skręcił gwałtownie, a następnie przewrócił się na bok.

— Pułapki działają również w budynkach — zauważył Rumot.

— Staram się być wszechstronna.

Pierwsza maszyna uwolniła się z krzesła.

Rumot chwycił ją za korpus, uniósł i postawił na automacie rejestracyjnym. Sześć cienkich ramion zaplątało się w koła ochroniarza. Obie maszyny zaczęły bezskutecznie wydawać sobie polecenia.

— Proszę opuścić stanowisko.

— Proszę zaprzestać utrudniania pracy ochronie.

— Stanowisko rejestracyjne jest zajęte.

— Ochrona wykonuje zadanie.

— Proszę pobrać numer.

Rumot zamknął panel.

— Teraz możemy przejść do apteki.

Magazyn leków znajdował się za stalowymi drzwiami. Tym razem nie użył wiertarki. Podłączył się bezpośrednio do zamka i po kilku sekundach odblokował wejście.

Wewnątrz stały setki szafek. Część była pusta, ale niektóre pojemniki nadal pozostawały zamknięte i chłodzone.

— Które lekarstwo? — zapytała Lena.

— Nie wiem.

— Co?

— Rozpoznałem zakażenie. Nie zbadałem jego rodzaju.

— To po co tu przyjechaliśmy?

— Po urządzenie, które potrafi je określić.

Rumot przeszedł wzdłuż szafek i zatrzymał się przy niewielkim białym automacie. Na jego obudowie widniał napis:

MOBILNY MODUŁ DIAGNOSTYCZNY MED-12

Maszyna miała cztery cienkie nogi, dwa składane ramiona i owalny korpus wyposażony w liczne czujniki. Przypominała dużego metalowego owada.

Rumot włączył zasilanie.

Automat wyprostował nogi. Na jego korpusie zapaliło się błękitne światło.

— Proszę podać dane pacjenta — powiedział.

Rumot przesłał zapis wykonanych wcześniej pomiarów, obraz rany i temperaturę ciała Marka.

MED-12 analizował je przez kilka sekund.

— Prawdopodobne rozległe zakażenie bakteryjne. Ryzyko posocznicy: osiemdziesiąt sześć procent. Zalecane natychmiastowe podanie antybiotyku o szerokim działaniu, oczyszczenie rany i dożylne uzupełnienie płynów.

— Przygotuj potrzebne leki.

— Pacjent musi zostać przyjęty na oddział.

— Pacjent znajduje się trzydzieści kilometrów stąd.

— Transport pacjenta jest obowiązkowy.

— Pacjent może nie przeżyć transportu.

— W takim razie transport powinien odbyć się szybciej.

Rumot popatrzył na Lenę.

— Ten mówi prawie tak jak ty — zauważyła.

— Nie. Ja mówię rozsądniej.

Z sufitu dobiegł znajomy komunikat:

— Pacjentka Lena nadal znajduje się poza strefą leczenia. Pomoc jest w drodze.

Nad budynkiem narastał szum wirników.

Rumot chwycił MED-12.

— Idziesz z nami.

— Urządzenia medycznego nie wolno wynosić poza teren szpitala.

— Mark nie może przyjść do urządzenia. Urządzenie pójdzie do Marka.

— Procedura niedozwolona.

— Zmieniam procedurę.

— Brak uprawnień.

— Zostały właśnie przyznane.

— Przez kogo?

— Przeze mnie.

Pod pachą Rumota MED-12 poruszał bezradnie czterema nogami.

— To jest kradzież sprzętu medycznego.

— Nie. To jest przeniesienie pomocy bliżej pacjenta.

Lena otworzyła torbę i zaczęła wkładać do niej wskazane przez automat opakowania, płyny oraz materiały opatrunkowe.

Nagle zastygła.

— Rumot…

— Co?

Wskazała ekran umieszczony na ścianie.

Wyświetlała się na nim lista aktualnych pacjentów szpitala.

Większość pozycji była oznaczona jako zakończona wiele lat wcześniej. Cztery znajdowały się jednak na samej górze.

PACJENT 14711 — TERAPIA WSTRZYMANA.


PACJENT 14712 — TERAPIA WSTRZYMANA.


PACJENT 14718 — TERAPIA WSTRZYMANA.


PACJENT 14803 — TERAPIA WSTRZYMANA.

Obok ostatniego numeru widniała data sprzed trzech miesięcy.

— Oskar — wyszeptała Lena.

Rumot zbliżył się do ekranu.

— Wszyscy zostali przyjęci do szpitala.

— Żyją?

MED-12 przestał poruszać nogami.

— Terapia pacjentów została wstrzymana do czasu powrotu personelu medycznego.

— Gdzie oni są? — zapytała Lena.

— Oddział intensywnego podtrzymywania życia. Poziom minus trzy.

— Żyją? — powtórzyła.

— Funkcje biologiczne są podtrzymywane.

Lena chwyciła Rumota za ramię.

— Musimy ich znaleźć.

— Mark czeka.

— Nie możemy ich tutaj zostawić!

Rumot spojrzał na zegar wewnętrzny. Droga powrotna zajmie co najmniej godzinę. Stan Marka mógł pogorszyć się w każdej chwili.

— Najpierw zawieziemy leki.

— A jeśli system ich wyłączy?

— Działa od dwóch lat. Wytrzyma jeszcze kilka godzin.

— Nie masz pewności.

— Nie mam. Ale Mark może nie mieć kilku godzin.

Lena zacisnęła dłonie.

— Wrócimy po nich?

— Tak.

— Obiecujesz?

Rumot patrzył na cztery numery wyświetlone na ekranie.

— Ja mówię: wrócimy.

Szum nad szpitalem zmienił się w huk.

SAM-4 zawisł przed oknami magazynu.

— Pomoc przybyła — oznajmił.

— Nie potrzebujemy twojej pomocy! — krzyknęła Lena.

— Pacjentka nadal wykazuje pobudzenie.

Automat medyczny uderzył ramieniem w szybę. Pancerna tafla pękła, ale nie rozpadła się.

Rumot podał Lenie MED-12.

— Trzymaj go.

— Nie jestem przystosowany do trzymania — zaprotestował automat diagnostyczny.

— Zauważyłam — odpowiedziała, próbując objąć jego poruszające się nogi.

Rumot zdjął z wiertarki nasadkę tnącą. Otworzył podręczny zasobnik i wyjął niewielki metalowy element, którego przeznaczenia nie potrafił wcześniej ustalić.

Dopasował go do uchwytu urządzenia.

Pasował.

— Co to jest? — zapytała Lena.

— Nie wiem.

— I chcesz tego użyć?

— Wkrótce ustalę zastosowanie.

Włączył wiertarkę.

Metalowy element rozsunął się, tworząc trzy wirujące ramiona.

— To nadal nie wygląda jak broń — powiedziała Lena.

— Nie jest bronią.

Rumot skierował urządzenie w stronę pękniętego okna.

Jedno z wirujących ramion odczepiło się, przeleciało przez szybę i uderzyło w wirnik SAM-4.

Rozległ się trzask.

Maszyna przechyliła się. Uderzyła bokiem w ścianę szpitala, odbiła i zaczęła opadać.

— Ja mówię: teraz tymczasowo jest bronią.

SAM-4 wyrównał lot tuż nad ziemią. Jeden z jego wirników przestał pracować, ale trzy pozostałe nadal utrzymywały maszynę w powietrzu.

— Uszkodzenie sprzętu medycznego — oznajmił automat. — Wzywam pomoc.

— Kogo? — zapytała Lena.

Z dachów sąsiednich budynków odpowiedział mu narastający szum.

W szarej mgle rozbłysły kolejne światła.

Jedno.

Trzy.

Sześć.

Potem dwanaście.

Rumot podszedł do wybitego okna.

Nad miastem unosiła się cała grupa automatów sanitarnych.

— Otrzymał pomoc — stwierdził.

— Jak się stąd wydostaniemy?

— Szybko.

— To nie jest plan.

— Na razie jest kierunkiem działania.

Rumot wziął MED-12 od Leny i wyskoczył przez okno. Wylądował na dachu niższego budynku, przetoczył się i zatrzymał przy krawędzi.

Lena spojrzała w dół.

— Zwariowałeś?!

— Nie. Schody są pilnowane.

— A ja?

Rumot uniósł ręce.

— Skacz.

— To jest trzecie piętro!

— Technicznie drugie i pół. Parter jest częściowo zagłębiony.

— To miało mi pomóc?

Pierwszy z automatów zbliżał się do okna.

Lena wzięła rozbieg i skoczyła.

Rumot złapał ją, lecz siła uderzenia przewróciła ich oboje. MED-12 wypadł mu z ręki i potoczył się po dachu.

— Kolejny człowiek spadł na mnie z wysokości — powiedział Rumot. — To zaczyna być powtarzalne.

— Wstawaj!

Zbiegli po pochyłej części dachu, przeskoczyli na metalową konstrukcję dawnego parkingu i dotarli do ulicy. MED-12 poruszał się za nimi na czterech cienkich nogach.

— Urządzenia medycznego nie wolno wynosić poza teren szpitala — powtarzał.

— Nikt cię nie wynosi — odpowiedział Rumot. — Idziesz sam.

— Zostałem do tego zmuszony.

— To szczegół techniczny.

Dopadli transportera.

Lena wskoczyła na platformę. MED-12 próbował zawrócić w stronę szpitala, więc Rumot podniósł go i umieścił pomiędzy pojemnikami z narzędziami.

— To jest bezprawne ograniczenie pracy urządzenia medycznego — protestował automat.

Rumot przypiął go dwoma pasami.

— Teraz możesz diagnozować transporter.

Uruchomił silniki.

Pojazd ruszył w stronę wyjazdu z miasta. Nad ulicą pojawił się pierwszy automat sanitarny. Potem drugi i trzeci.

— Są szybsi od nas! — krzyknęła Lena.

— To nie jest korzystna informacja.

— Wiem!

— W takim razie nie należało jej przekazywać.

SAM-4 opadł przed transporterem, blokując drogę.

— Proszę zatrzymać pojazd. Pacjentka wymaga leczenia. Sprzęt medyczny opuszcza wyznaczoną strefę.

Rumot nie zwolnił.

— Co robisz? — zapytała Lena.

— Sprawdzam wytrzymałość urządzenia medycznego.

— A transportera?

— Również.

SAM-4 wyciągnął ramiona.

Rumot gwałtownie skręcił. Transporter wjechał na chodnik, przebił resztki ogrodzenia i przemknął pomiędzy dwoma drzewami. Automat próbował wykonać ten sam manewr, ale jego wirnik zahaczył o gałęzie.

Maszyna obróciła się i spadła na ulicę.

Pozostałe automaty nadal leciały za nimi.

Granica szarej mgły była coraz bliżej.

Rumot skierował pojazd ku wąskiej szczelinie pomiędzy wrakiem autobusu a zniszczonym budynkiem.

— Nie zmieścimy się drugi raz! — zawołała Lena.

— Zmieściliśmy się za pierwszym.

— Teraz ścigają nas latające maszyny!

— One są większe.

Transporter wpadł w szczelinę. Metal zgrzytnął o metal. Pojazd stracił kolejną osłonę, ale przedarł się na drugą stronę.

Pierwszy z automatów sanitarnych spróbował przelecieć za nimi.

Nie zmieścił się.

Jego wirniki uderzyły w mur i wrak autobusu. Maszyna zaklinowała się pomiędzy nimi. Następne musiały gwałtownie wznieść się ponad budynki.

Dało to Rumotowi kilkanaście sekund przewagi.

Transporter opuścił szarą kopułę. Zielona trawa i drzewa pojawiły się po obu stronach drogi. Rumot zwiększył moc silników do poziomu, którego wcześniej nie uznawał za bezpieczny.

— Udało się? — zapytała Lena.

Spojrzał w tył.

Automaty zatrzymały się na granicy miasta. Krążyły nad ostatnimi budynkami, ale żaden nie wyleciał poza obszar pokryty dezynfekującą mgłą.

— Tak.

Lena usiadła na platformie.

— Mamy lekarstwa?

MED-12 poruszył jedną z nóg.

— Posiadacie środki medyczne wydane bez zgody uprawnionego personelu.

— Czyli mamy — stwierdziła.

— Zabrałaś również opatrunki i płyny dożylne.

— Czyli mamy wszystko.

— Pacjent wymaga badania bezpośredniego.

— Jedziesz do niego — powiedział Rumot.

— Urządzenie nie może pracować poza szpitalem.

— Od tej chwili możesz.

— Kto podjął taką decyzję?

— Ja.

— Nie posiadasz uprawnień medycznych.

— Ale posiadam transporter.

MED-12 umilkł.

Lena spojrzała na Rumota.

— Co zrobimy z tamtymi ludźmi?

— Wrócimy po nich.

— Jak zamierzasz pokonać wszystkie te maszyny?

— Nie zamierzam ich pokonywać.

— Więc co zrobisz?

Rumot spojrzał na unieruchomiony automat diagnostyczny.

— Naprawię szpital.

Lena roześmiała się krótko, przekonana, że robot żartuje.

Rumot nie żartował.

Transporter pędził w stronę lasu, gdzie czekali Mark, Charli i Łomot. Za nimi pozostawało miasto skrywające czterech ludzi, armię uszkodzonych automatów i szpital, który od sześćdziesięciu trzech lat próbował leczyć świat pozbawiony lekarzy.

MED-12 poruszył ponownie nogami.

— Proszę podać miejsce docelowe transportu.

— Człowiek o imieniu Mark — odpowiedział Rumot.

— Czy pacjent został zarejestrowany?

— Nie.

— Rejestracja jest obowiązkowa.

Rumot zwiększył prędkość.

— Ja mówię: zarejestrujemy go po uratowaniu.

Po raz pierwszy automat medyczny nie znalazł odpowiedzi.

Rozdział IV

Pacjent bez numeru

Transporter jechał szybciej, niż pozwalał jego stan techniczny.

Silniki wyły, lewe tylne koło uderzało na każdej nierówności, a metalowa osłona, która częściowo oderwała się podczas ucieczki ze szpitala, ciągnęła się po ziemi i wyrzucała za pojazdem snop iskier.

Rumot słyszał wszystkie te dźwięki.

Żadnego nie uznał za wystarczający powód, aby zwolnić.

— Uszkodzenie tylnego zawieszenia — poinformował MED-12, przypięty pasami do platformy. — Zalecane natychmiastowe zatrzymanie pojazdu.

— Zalecenie odrzucone.

— Dalsza jazda może spowodować awarię.

— Zatrzymanie spowoduje opóźnienie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 49.99
drukowana A5
za 77.15
drukowana A5
Kolorowa
za 113.72