I. Kupa żelastwa
Rok 2120.
Miasto nie umarło nagle. Najpierw zgasły reklamy, później witryny sklepów, potem światła w oknach. Na końcu ucichły samochody. Po kilkudziesięciu latach asfalt popękał, drzewa weszły między domy, a wiatr nauczył się otwierać drzwi budynków, do których nikt już nie zaglądał.
Jack miał dwadzieścia kilka lat i określał siebie jako „prawie inżyniera”. Nie dlatego, że brakowało mu wiedzy. Brakowało uczelni, wykładowców i dyplomu.
Fabrykę robotów znalazł przypadkiem. Ogromna hala przetrwała lepiej niż większość miasta. Na taśmach montażowych stały szkielety maszyn, a magazyny pełne były silników, przewodów, czujników i kończyn należących kiedyś do różnych modeli.
Jack przez dwa tygodnie wybierał części.
Korpus znalazł w dziale serwisowym. Prawą rękę w skrzyni oznaczonej „AG-7”. Lewą wziął z robota spawalniczego. Jedna noga była czarna, druga żółta. Głowa wyglądała, jakby projektantowi pod koniec zmiany zabrakło cierpliwości.
Jack podłączył ostatni przewód i cofnął się.
— No, dawaj, stary. Rusz się, kupo żelastwa.
Nic.
czasami „dom” nie jest miejscem, do którego się wraca.
Czasami jest kimś, do kogo chce się wrócić.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
Sprawdził zasilanie.
— To już czternasty raz. Jeżeli teraz nie wstaniesz, zrobię z ciebie szafkę.
Robot zaiskrzył.
Jack odskoczył.
W korpusie coś zazgrzytało. Zielona dioda zamigotała, zgasła, po czym zapaliła się ponownie. Maszyna wyprostowała najpierw jedną nogę, później drugą i z wysiłkiem podniosła się z podłogi.
Rozejrzała się.
— Ja mówię: kto to jesteś ty?
Jack otworzył usta.
— Jestem Jack. Twój konstruktor.
Robot spojrzał na niego jednym zielonym okiem.
— Konstruktor jest ten, kto skonstruował?
— Tak.
— A części skonstruowali inni.
Jack zawahał się.
— Dobrze. Złożyłem cię.
— To precyzyjniejsze.
Jack patrzył na niego przez chwilę.
— Dopiero wstałeś i już się czepiasz.
— Co to znaczy „czepiasz”?
— Dowiesz się. Będziesz moim pomocnikiem. Słuchasz, co mówię, i pomagasz mi przeżyć. Zrozumiałeś?
— Ja mówię: tak, Jack.
— I potrzebujesz imienia.
Robot czekał.
Jack obejrzał swoje dzieło. Krzywy korpus, niedopasowane ręce, żółta noga, czarna noga, kilka miejsc pokrytych rdzą.
— Rumot.
— Ja Rumot.
— Pasuje.
Robot obejrzał się w kawałku pękniętego lustra.
— Dlaczego?
— Później.
— Ludzie często mówią „później”, kiedy nie chcą odpowiedzieć?
Jack spojrzał na niego.
— Skąd ty to wiesz?
— Nie wiem.
To była pierwsza rzecz, która Jacka zaniepokoiła.
Drugą odkrył pięć minut później.
Rumot podniósł metalową skrzynkę, którą Jack z trudem przesuwał po podłodze, i odstawił ją jedną ręką.
— Ile ważysz? — zapytał Jack.
— Sto dziewięćdziesiąt trzy kilogramy.
— A ile możesz podnieść?
— Nie wiem.
— To sprawdzimy.
Rumot popatrzył na niego.
— Ludzie najpierw budują, a potem sprawdzają, co zbudowali?
— Czasami.
— To wyjaśnia stan miasta.
Jack przez chwilę milczał.
Potem zaczął się śmiać.
Rumot zapisał ten dźwięk w pamięci.
Nie rozumiał jeszcze, do czego służy.
II. Dziewczyna z karabinem
Wyruszyli trzy dni później.
Jack zabrał wodę, konserwy, narzędzia, mapę i stary odbiornik radiowy. Rumot zabrał skrzynkę części zamiennych, dwie baterie i metalowy kubek, który znalazł w fabryce.
— Po co ci kubek? — zapytał Jack.
— Ty masz.
— Ja piję.
— Ja obserwuję.
— I?
— Chcę wyglądać, jakbym uczestniczył.
Jack nie znalazł odpowiedzi.
Miasto kończyło się powoli. Zrujnowane bloki ustępowały magazynom, magazyny polom, a pola lasowi, który przez dziesięciolecia odzyskiwał ziemię.
Rumot zatrzymywał się przy wszystkim.
Przy znaku drogowym.
Przy dziecięcym rowerze.
Przy szkielecie autobusu.
— Dlaczego ludzie budowali pojazd dla sześćdziesięciu osób, a potem każdy chciał mieć własny samochód?
— Bo mogli.
— To nie jest odpowiedź.
— Jest. Ludzka.
Rumot zapisał.
Pod wieczór znaleźli dom z dymem unoszącym się z komina.
Jack ruszył pierwszy.
Nie zdążył dojść do furtki.
Huk wystrzału rozdarł ciszę.
Pocisk uderzył w murowany słupek pół metra od jego głowy. Odłamek cegły przeciął mu policzek.
Jack znieruchomiał z rękami uniesionymi do połowy.
— Ani kroku dalej! Następny strzał nie będzie ostrzegawczy.
Głos należał do kobiety.
Jack podniósł wzrok.
Na balkonie stała dziewczyna z karabinem. Ciemne włosy, brudna kurtka, twarz, która nie wyglądała na przestraszoną.
Trzymała broń pewnie. Lufa celowała prosto w jego pierś.
— Nie strzelaj. Jestem Jack.
— To ma mnie uspokoić?
— Nie wiem. Zwykle ludzie się przedstawiają.
Rumot wyszedł zza drzewa.
Dziewczyna natychmiast skierowała broń na niego.
— Co to jest?!
— Ja mówię: Rumot.
— Robot?
— Tak.
— Zatrzymaj go!
Jack nie odrywał wzroku od jej palca na spuście.
— Rumot, stój.
Rumot zatrzymał się natychmiast.
— Stoję.
Dziewczyna jeszcze przez chwilę obserwowała ich z góry. Potem zeszła na dół, nie opuszczając broni.
Dopiero przy furtce odsunęła palec od spustu i obniżyła lufę o kilka centymetrów.
Miała na imię Mary.
Jack zauważył to, czego Rumot nie potrafił jeszcze nazwać: kiedy minął pierwszy strach i złość, dziewczyna zaczęła mu się podobać.
Rumot zauważył coś innego.
Obszedł Mary dookoła.
— Co robisz? — zapytała.
— Analizuję.
— Przestań.
— Jack patrzy na ciebie inaczej niż na mnie.
Jack zakrztusił się.
Mary uśmiechnęła się.
— Naprawdę?
— Rumot!
Robot popatrzył na Jacka.
— Ja mówię: wystające piersi, szersza miednica, inny rozkład…
— RUMOT!
Mary roześmiała się.
— Zostaw go. Jest ciekawy.
Rumot spojrzał na nią ponownie.
— Mery, Jack mówi, że jesteś pi… pi… piękna, ale po… po… powiedz mi, z której strony?
Zapadła cisza.
Jack patrzył na robota z przerażeniem.
Mary patrzyła na Jacka.
Potem uśmiechnęła się do Rumota.
— Z tej, z której Jack patrzy.
Rumot odwrócił głowę do Jacka.
— To nieprecyzyjne.
— Przyzwyczajaj się — powiedział Jack.
Mary dołączyła do nich następnego ranka.
Twierdziła, że tylko na kilka dni.
Jack nie protestował.
Rumot zapisał później:
„Ludzie mówią «tylko na kilka dni», kiedy chcą czegoś, czego jeszcze boją się nazwać.”
Nie wiedział, że była to jego pierwsza złota myśl.
III. Sektor siedemnaście
Mary miała radio.
Nie działało dobrze, ale działało lepiej niż odbiornik Jacka. Wieczorami rozstawiali antenę na dachach opuszczonych budynków i nasłuchiwali.
Przez większość czasu słyszeli trzaski.
Czasami urwane słowo.
Raz dziecięcy śmiech.
Innym razem trzy cyfry powtarzane przez kilka minut.
Trzeciej nocy Rumot zatrzymał się w pół kroku.
— Cisza.
— Przecież jest cicho — powiedział Jack.
— Nie. Wy mówicie.
Mary uśmiechnęła się do niego.
— Słuchamy.
Rumot podłączył przewód do radia.
Z głośnika dobiegł szum, a potem głos:
— …sektor siedemnaście… jeżeli ktoś odbiera…
Mary rzuciła się do pokrętła.
— Jeszcze raz!
Szum.
— …siedemnaście… stacja…
Sygnał zniknął.
Jack spojrzał na mapę.
Sektor siedemnaście znajdował się ponad sto kilometrów dalej.
— Idziemy.
Mary skinęła głową.
Rumot stał nieruchomo.
— Co? — zapytał Jack.
— Sto trzy kilometry.
Pierwsze kilometry z Mary zmieniły rytm wędrówki. Jack, który wcześniej potrafił iść pół dnia bez słowa, nagle zaczął znajdować powody do rozmowy. Pytał Mary o miejsca, które widziała, o ludzi, których spotkała, o to, jak długo mieszkała sama. Rumot słuchał wszystkiego i po dwóch godzinach uznał, że należy pomóc.
— Mary, Jack zadał ci dziś dwadzieścia siedem pytań.
— Rumot…
— Tobie zadał trzy — dokończyła Mary.
— Mnie nie musi. Zna moje parametry.
— Właśnie — powiedział Jack. — Idź przodem.
Rumot przyspieszył, lecz po kilkunastu metrach odwrócił głowę.
— Ja mówię: jeżeli chcesz wiedzieć, czy Mary cię lubi, możesz zapytać.
Mary uśmiechnęła się.
Jack postanowił przez następny kilometr nie odzywać się do robota.
Nocą zatrzymali się w małym domu na skraju dawnej wsi. Na ścianie kuchni wisiał kalendarz sprzed trzydziestu lat, a na stole stał wazon z zasuszonymi kwiatami. Mary znalazła w szafce dwie filiżanki.
— Ktoś tu kiedyś rano pił kawę — powiedziała.
Jack spojrzał na puste krzesła.
— Pewnie narzekał, że jest poniedziałek.
— Myślisz, że wiedzieli, że to się skończy?
— Chyba nikt nie wie, kiedy coś robi po raz ostatni.
Rumot stał w drzwiach.
— To nieracjonalne.
— Co?
— Gdyby ludzie wiedzieli, że coś robią ostatni raz, robiliby to uważniej.
Mary spojrzała na niego.
— Właśnie dlatego nie wiedzą.
Rumot zapisał zdanie. Jack zauważył, że coraz częściej zapisywał nie dane, lecz rzeczy, których nie rozumiał.
— Wiem.
— Pieszo.
— Wiem.
— Ludzie słyszą trzy słowa i idą sto kilometrów?
Mary zarzuciła plecak.
— Jeśli po drugiej stronie może być człowiek.
Rumot patrzył na nią chwilę.
— Ja mówię: ludzie są nieekonomiczni.
— Bardzo — odpowiedziała.
W drodze Mary i Jack coraz częściej szli obok siebie. Rumot szedł kilka metrów za nimi i obserwował.
Wieczorem zatrzymali się w starej stacji benzynowej.
Mary zasnęła pierwsza.
Rumot podszedł do Jacka.
— Jack.
— Co?
— Dlaczego dałeś Mary swój koc?
— Było jej zimno.
— Tobie też.
— Ja wytrzymam.
Rumot przeanalizował.
— Czyli kiedy człowiekowi podoba się drugi człowiek, pogarsza własne warunki termiczne?
Jack spojrzał na niego.
— Idź pilnować drzwi.
— Ja mówię: to bardzo skomplikowany gatunek.
Następnego dnia znaleźli pierwszą wskazówkę, że sygnał był prawdziwy: świeży ślad opony na błocie.
Potem drugi.
A przed zachodem słońca antenę wystającą ponad las.
Stacja sektora siedemnaście istniała.
IV. Człowiek, który nie chciał być znaleziony
Stacja wyglądała na opuszczoną.
Drzwi były zamknięte. Okna zabite płytami. Antena obracała się jednak powoli.
Jack zapukał.
Nic.
Mary zapukała kolbą.
— Jeżeli ktoś tam jest, nie chcemy kłopotów!
Z wnętrza dobiegł głos:
— To po co przyszliście?
Jack spojrzał na Mary.
— Dobre pytanie.
Drzwi uchyliły się.
Mężczyzna miał około sześćdziesięciu lat, siwe włosy i pistolet skierowany dokładnie między oczy Jacka.
— Walter — przedstawił się po chwili.
— Jack.
— Mary.
Rumot wysunął głowę.
— Ja mówię: Rumot.
Walter opuścił broń.
— O cholera.
— Częsta reakcja — zauważył Rumot.
Walter mieszkał w stacji od jedenastu lat. Utrzymywał antenę, zbierał sygnały i zapisywał każdy ślad innych ludzi.
Na ścianie wisiała mapa pełna czerwonych punktów.
— Ilu? — zapytała Mary.
— Nie wiem. Dziesiątki. Może setki.
Jack patrzył na mapę.
— Dlaczego ich nie szukałeś?
Walter spojrzał na niego jak na człowieka, który nie rozumie podstawowej rzeczy.
— Bo przeżyłem właśnie dlatego, że przestałem szukać ludzi.
Walter nie od razu zgodził się ich wpuścić. Najpierw obejrzał Jacka, później Mary, a na końcu Rumota.
— Ten też wchodzi?
— Ja mówię: mogę zostać.
Walter spojrzał na niego podejrzliwie.
— A jak cię zostawię na zewnątrz, to wejdziesz sam?
Rumot zastanowił się.
— Jeżeli będzie padać.
— Dlaczego?
— Rdzewieję.
Walter opuścił broń.
— Wchodź. Nie będę miał robota na sumieniu.
— To znaczy, że mam sumienie?
— Nie zaczynaj — powiedział Jack.
Mary uśmiechnęła się i weszła pierwsza.