CZĘŚĆ II
Rozdział I
Głos
Po wysłaniu meldunku numer 386 do Jacka i Mary Rumot powrócił do poznawania tajników niebieskiej wiertarki.
Poznawanie polegało w tym przypadku na rozłożeniu jej na sto siedemnaście części, starannym obejrzeniu każdej z nich, a następnie podjęciu próby złożenia urządzenia w całość. Rumot zajmował się tym już trzeci dzień i był coraz bliższy sukcesu.
Przynajmniej tak wynikało z jego obliczeń.
Na kamiennej posadzce dawnego warsztatu leżało jednak nadal osiem części, których przeznaczenia nie potrafił ustalić. Jedna z nich przypominała pierścień, druga spłaszczone pudełko, a sześć pozostałych wyglądało jak przedmioty skonstruowane wyłącznie po to, aby zirytować każdego, kto spróbuje naprawić wiertarkę.
Rumot przyglądał się im przez chwilę.
— Ja mówię: części nadmiarowe — oznajmił.
Włożył pierścień do podręcznego zasobnika narzędziowego. Pozostałe przesunął nogą pod stół.
Niebieska wiertarka była teraz prawie gotowa. Brakowało jej wprawdzie osłony, przełącznika obrotów i czegoś, co najprawdopodobniej chroniło użytkownika przed porażeniem, ale Rumot uznał, że trzy drobne niedogodności nie powinny przeszkadzać w przeprowadzeniu pierwszej próby.
Podłączył baterię.
Wiertarka drgnęła, zawyła i obróciła się gwałtownie wokół własnej osi. Wyrwała się Rumotowi, przeleciała przez warsztat, odbiła od ściany i wbiła w drewnianą szafkę.
Szafka rozpadła się na dwie części.
Rumot popatrzył na wystającą z niej wiertarkę.
— Próba zakończona powodzeniem — stwierdził. — Urządzenie wierci. Kierunek wiercenia wymaga niewielkiej korekty.
Właśnie podchodził do szafki, kiedy usłyszał trzask w odbiorniku.
Zatrzymał się.
Trzaski i szumy nie były niczym niezwykłym. Stara Ziemia wciąż pełna była uszkodzonych nadajników, automatycznych radiolatarni i systemów alarmowych, które od dziesięcioleci bezskutecznie ostrzegały nieistniejących ludzi przed nieistniejącymi zagrożeniami.
Rumot nauczył się je ignorować.
Tym razem jednak wśród zakłóceń pojawiło się coś jeszcze.
Głos.
Bardzo słaby.
Ziemski.
Ludzki.
— Czy… ktoś mnie słyszy?
Rumot znieruchomiał.
W jego procesorze jednocześnie uruchomiło się kilkanaście procedur. Jedna analizowała częstotliwość, druga położenie nadajnika, trzecia porównywała głos z zapisami przechowywanymi w pamięci. Czwarta, zupełnie niepotrzebna, przypomniała mu, że niebieska wiertarka nadal pracuje wewnątrz szafki.
— Proszę… jeżeli ktoś tam jest…
Rumot odwrócił się w stronę odbiornika.
— Ja jestem — powiedział.
Dopiero po chwili przypomniał sobie, że samo mówienie do odbiornika nie wystarcza. Wcisnął przycisk nadajnika.
— Ja mówię: słyszę. Proszę kontynuować bycie człowiekiem i nadawanie.
Odpowiedziały mu trzaski.
— Halo? — powtórzył Rumot. — Osobo ludzka, proszę się nie wyłączać.
Przez kilka sekund słychać było tylko szum. Potem głos powrócił.
— Jeżeli… ktoś mnie słyszy… proszę…
Transmisja urwała się.
Rumot czekał.
Dziesięć sekund.
Minutę.
Pięć minut.
Głos już się nie odezwał.
Robot przesłał zapis do analizatora. Sygnał był bardzo słaby, wielokrotnie odbijał się od ruin i pozostałości dawnych instalacji. Ustalenie dokładnego miejsca jego pochodzenia wymagało czasu.
Rumot wpatrywał się w mapę. Zielone linie pojawiały się na ekranie, krzyżowały i znikały. Położenie nadajnika zmieniało się z każdą kolejną analizą o kilkadziesiąt kilometrów. Dopiero po godzinie obszar poszukiwań zmniejszył się do wielkości, którą Rumot uznał za możliwą do zaakceptowania.
Kierunek południowo-zachodni.
Odległość około tysiąca stu pięćdziesięciu kilometrów.
Margines błędu: sto osiemdziesiąt kilometrów.
— To nie jest dokładna lokalizacja — zauważył. — To jest sugestia geograficzna.
Jeszcze raz odtworzył nagranie.
„Czy ktoś mnie słyszy?”
Ostatni raz słyszał obcy ludzki głos bardzo dawno temu. Jack i Mary byli daleko, na Nowej Terrze. Ich głosy docierały do niego za pośrednictwem urządzeń, przekaźników i przestrzeni dzielącej dwa światy. Ten natomiast pochodził z Ziemi.
Z jego Ziemi.
Rumot odwrócił się w stronę części wiertarki. Potem spojrzał na drogę widoczną przez pozbawione szyb okno.
Podniósł leżący na stole element i schował go do podręcznego zasobnika narzędziowego.
— Może się przydać.
Sięgnął po następny.
— Ten również.
Po chwili w podręcznym zasobniku narzędziowym znalazły się wszystkie części, które jeszcze niedawno uznał za nadmiarowe.
Następnie uruchomił nadajnik dalekiego zasięgu.
— Meldunek numer 387 — rozpoczął. — Odbiorcy: Jack i Mary. Nadawca: Rumot. Miejsce nadania: warsztat z niebieską wiertarką, która została naprawiona prawie całkowicie i obecnie znajduje się w szafce. Szafka znajduje się w dwóch miejscach jednocześnie.
Przerwał, zastanawiając się, czy informacja o szafce była konieczna.
Uznał, że tak. Meldunki powinny być dokładne.
— Odebrałem sygnał pochodzenia ludzkiego. Głos zapytał, czy ktoś go słyszy. Ja słyszałem. Odpowiedziałem prawidłowo, jednak człowiek nie potwierdził prawidłowości odpowiedzi. Możliwe przyczyny: uszkodzenie nadajnika, utrata zasilania, utrata przytomności, oddalenie się albo śmierć. Ostatnia możliwość jest niekorzystna, dlatego chwilowo ją odrzucam. Lokalizacja: około tysiąca stu pięćdziesięciu kilometrów na południowy zachód. Wyruszam w celu odnalezienia głosu. Koniec meldunku.
Odpowiedź Jacka nadeszła po pewnym czasie.
— Rumot, nie możesz tak po prostu ruszyć przez pół kontynentu tylko dlatego, że usłyszałeś kilka słów.
— Mogę — odpowiedział natychmiast Rumot. — Posiadam nogi.
— Nie o to mi chodziło.
— W takim razie wypowiedź była niedokładna.
W nadajniku rozległ się głos Mary.
— Rumot, Jack chce powiedzieć, że to może być niebezpieczne.
— Wszystko może być niebezpieczne. Niebieska wiertarka również. Mam dowód.
— Jaki dowód?
Rumot spojrzał na rozbitą szafkę.
— Materialny.
Mary milczała przez chwilę.
— A jeżeli to pułapka?
— Wtedy znajdę pułapkę.
— A jeżeli ktoś specjalnie nadaje ten sygnał, żeby cię zwabić?
— Wtedy znajdę kogoś, kto nadaje sygnał.
— A jeśli naprawdę jest tam człowiek potrzebujący pomocy?
Rumot spojrzał na mapę.
— Wtedy znajdę człowieka.
Tym razem cisza trwała dłużej.
— Wiedziałam, że to powiesz — odezwała się w końcu Mary.
— Ja również. Z tego powodu powiedziałem.
Jack westchnął.
— Jak zamierzasz pokonać ponad tysiąc kilometrów?
— Pieszo.
— To potrwa tygodnie.
— W takim razie będę szedł szybciej.
— Rumot…
— Rozważam także środek transportu.
Środek transportu znajdował się za warsztatem. Dawniej był sześciokołowym pojazdem przeznaczonym do przewożenia ciężkich elementów, gruzu i części magazynowych. Teraz posiadał cztery koła, rozładowane baterie i kabinę porośniętą mchem.
Piąte koło Rumot znalazł kilkanaście metrów dalej, lecz było pęknięte. Szóstego nie znalazł, mimo że przez prawie godzinę sprawdzał pobliskie zarośla.
Założył więc, że pojazd od początku mógł mieć cztery koła, a dwa dodatkowe stanowiły przesadę konstruktorów.
Naładowanie baterii zajęło mu cały dzień. W tym czasie naprawił przewody, oczyścił silniki i usunął z platformy młode drzewo, które zdążyło zapuścić korzenie pomiędzy metalowymi płytami.
Drzewo przesadził obok warsztatu.
Nie chciało stać pionowo, więc przywiązał je przewodem do słupa.
— Masz rosnąć — polecił. — Jest to zadanie długoterminowe. Nie oczekuję szybkiego raportu.
Na platformie transportera umieścił zapasowe baterie, smar maszynowy, śrubokręt, przewody, narzędzia, pojemniki na wodę i wszystko, co według niego mogło się przydać podczas długiej wyprawy.
Zabrał również niebieską wiertarkę.
Wiertarka została zabezpieczona trzema pasami i ustawiona wiertłem w stronę przeciwną do kierunku jazdy.
Następnego ranka Rumot uruchomił transporter.
Maszyna zatrzęsła się. Prawe przednie koło obróciło się do tyłu, podczas gdy pozostałe ruszyły do przodu. Pojazd wykonał pół obrotu i uderzył bokiem w mur.
Rumot zamienił przewody.
Przy drugiej próbie wszystkie koła ruszyły w tym samym kierunku.
— Naprawa zakończona — oznajmił. — Pierwsza próba była manewrem diagnostycznym.
Droga prowadząca na południowy zachód istniała już głównie na starych mapach. W rzeczywistości zarosła trawą i młodymi drzewami. W wielu miejscach asfalt zapadł się albo został rozerwany przez korzenie. Porzucone pojazdy stały przy poboczach niczym puste skorupy dawnego świata.
Rumot prowadził transporter powoli. Czasami musiał zsiadać i odciągać z drogi powalone gałęzie. Innym razem spychał wraki albo zasypywał niewielkie wyrwy gruzem.
Kiedy droga była szeroka, jechał transporterem. Kiedy robiła się wąska, pchał go. Gdy opadała w dół, pozwalał maszynie ciągnąć siebie.
Uznał, że jest to bardzo korzystny układ współpracy.
Pierwszego dnia przebył czterdzieści trzy kilometry.
Drugiego trzydzieści osiem.
Trzeciego zaledwie dwanaście, gdyż dawny most zawalił się do rzeki i Rumot musiał skonstruować prowizoryczny przejazd z fragmentów barierek, blach i drzwi znalezionych w pobliskim budynku.
Czwartego dnia droga wyprowadziła go na rozległą równinę.
Trawa sięgała niemal do platformy transportera. Wiatr przesuwał się po niej szerokimi falami. Nie było tu ruin, słupów ani przewróconych konstrukcji. Tylko niebo, zieleń i ciemna linia lasu.
Rumot zatrzymał się.
Jego czujniki wykryły ruch.
Najpierw zobaczył kilka ciemnych punktów. Potem punkty zaczęły rosnąć i zamieniać się w masywne zwierzęta.
Stado liczyło trzydzieści dwie sztuki.
Rumot przeszukał pamięć.
Bawół — zgodność: czterdzieści jeden procent.
Bizon — zgodność: sześćdziesiąt trzy procent.
Żubr — zgodność: sześćdziesiąt osiem procent.
— Wynik niejednoznaczny — powiedział. — Jesteście dużymi włochatymi obiektami biologicznymi.
Zwierzęta przyglądały mu się w milczeniu.
Rumot uznał milczenie za zgodę.
Zjechał transporterem z drogi, chcąc ominąć stado. Wtedy największy samiec odłączył się od pozostałych. Miał potężny kark, krótkie rogi i stare blizny na pysku.
Ruszył w stronę robota.
Rumot zatrzymał pojazd.
Zwierzę również się zatrzymało.
— Ja nie mam zamiaru naruszać twojego obszaru — wyjaśnił Rumot. — Chcę przejechać po obszarze obok twojego obszaru.
Samiec opuścił łeb.
Rumot przeanalizował jego postawę.
Prawdopodobieństwo ataku: osiemdziesiąt siedem procent.
Prawdopodobieństwo chęci zaprzyjaźnienia: trzy procent.
Pozostałe dziesięć procent: brak danych.
— Widać, że to nie są przelewki — stwierdził.
Zwierzę uderzyło kopytem w ziemię.
Rumot zszedł z transportera.
— Ostrzegam, że jestem wykonany głównie z metalu. Moja wartość odżywcza jest znikoma.
Byk ruszył.
Ziemia zadrżała pod jego ciężarem.
Rumot sięgnął do pojemnika umieszczonego na platformie. Wyjął z niego pierścień pozostały po naprawie niebieskiej wiertarki.
— Może się przydać — przypomniał sobie własne słowa.
Wycelował i rzucił.
Pierścień przeleciał kilkanaście metrów i zawisł na jednym z rogów zwierzęcia.
Byk zahamował tak gwałtownie, że przednimi nogami wyrzucił w powietrze kępę trawy. Potrząsnął łbem. Pierścień przesunął się niżej, stuknął o drugi róg i utkwił pomiędzy nimi.
Zwierzę obróciło się w lewo.
Potem w prawo.
Ruszyło przed siebie, zatrzymało się i ponownie potrząsnęło głową. Pierścień brzęczał przy każdym ruchu.
Pozostałe zwierzęta obserwowały je z wyraźnym zainteresowaniem.
Rumot również obserwował.
— Element nie pasował do wiertarki — powiedział. — Tutaj także nie pasuje, ale wygląda znacznie lepiej.
Byk zakręcił się kilka razy w kółko, próbując zgubić metalowy przedmiot. W końcu zatrzymał się i spojrzał na Rumota.
Robot przygotował się do uskoku.
Zwierzę nie zaatakowało.
Wyprostowało kark i powoli ruszyło z powrotem w kierunku stada. Pierścień błyszczał na jego głowie niczym dziwaczna korona.
Stado rozstąpiło się przed nim.
Samice i młode osobniki ruszyły za przewodnikiem, który maszerował teraz nieco wolniej, lecz znacznie bardziej dostojnie. Po kilku minutach wszystkie zwierzęta zniknęły w wysokiej trawie.
Rumot wrócił do transportera.
— Kontakt z miejscową społecznością zakończony pokojowo — podsumował. — Dokonano wymiany handlowej. Ja przekazałem część wiertarki. W zamian nie zostałem stratowany.
Uruchomił pojazd i ruszył dalej.
Wieczorem zatrzymał się przy ruinach niewielkiej stacji obsługi. Dach dawno się zawalił, ale jedna ze ścian nadal osłaniała przed wiatrem. Rumot ustawił transporter pod murem i rozłożył nadajnik.
— Meldunek numer 388 — rozpoczął. — Odbiorcy: Jack i Mary. Dzień czwarty wyprawy. Odległość przebyta: sto dwadzieścia sześć kilometrów. Odległość pozostała: około tysiąca dwudziestu czterech kilometrów, nie uwzględniając objazdów, przeszkód, błędów pomiarowych i zwierząt.
— Jakich zwierząt? — zapytała Mary.
— Dużych.
— Rumot…
— Prawdopodobnie żubrów. Możliwe również, że bizonów albo bawołów. Baza danych nie podjęła odpowiedzialności za ostateczną decyzję.
— Co się wydarzyło?
— Przewodnik stada próbował nawiązać ze mną kontakt rogami.
— Zaatakował cię? — W głosie Mary pojawił się niepokój.
— Nie należy wyciągać pochopnych wniosków. Mógł biec bardzo szybko w celu dokładniejszego obejrzenia mnie.
— A ty co zrobiłeś?
— Wręczyłem mu prezent.
— Jaki?
— Pierścień od niebieskiej wiertarki.
Jack odezwał się po chwili:
— Rzuciłeś w byka kawałkiem metalu?
— Nie. Rzuciłem kawałek metalu na byka. Różnica jest niewielka, ale ważna.
Mary roześmiała się.
Był to zwyczajny, ciepły śmiech, który na moment wypełnił pustą stację i odbił się od popękanych ścian. Rumot słuchał go, nie przerywając.
— Najważniejsze, że nic ci się nie stało — powiedziała.
— To nie jest najważniejsze.
— A co jest najważniejsze?
Rumot spojrzał na ciemną drogę.
— Głos.
Jack spoważniał.
— Odezwał się ponownie?
— Nie. Prowadzę nasłuch ciągły.
— A jeżeli już się nie odezwie?
Rumot milczał przez sekundę. W jego przypadku była to długa chwila namysłu.
— Wtedy będę szukał miejsca, z którego przestał się odzywać.
Po zakończeniu rozmowy włączył odbiornik i usiadł przy transporterze. Nie potrzebował snu, ale jego baterie wymagały doładowania, a systemy okresowego wyciszenia. Wokół panowała cisza, przerywana szumem trawy i odległymi odgłosami zwierząt.
Minęła godzina.
Potem druga.
Odbiornik zatrzeszczał.
Rumot natychmiast zwiększył czułość.
— Czy ktoś mnie słyszy? — odezwał się ten sam głos.
Tym razem był wyraźniejszy.
Zmęczony. Zachrypnięty. Niewątpliwie ludzki.
Rumot uruchomił nadajnik.
— Słyszę. Idę do ciebie. Moja aktualna odległość wynosi prawdopodobnie mniej niż tysiąc dwieście kilometrów, chyba że znajdujesz się gdzie indziej.
Przez chwilę docierały do niego tylko trzaski.
— Nie… — wyszeptał człowiek.
— Powtórz. Sygnał jest uszkodzony.
— Nie jedź drogą.
Rumot spojrzał przed siebie.
Za stacją asfalt znikał w ciemności. Po obu stronach rosły drzewa. Nie poruszało się nic, lecz jego czujniki wykryły w oddali słabe, regularne drgania.
Jakby coś ciężkiego przesuwało się pomiędzy ruinami.
— Dlaczego mam nie jechać drogą? — zapytał.
Odpowiedział mu szum.
A potem, znacznie bliżej niż poprzednio, rozległ się metaliczny zgrzyt.
Rumot wyłączył światła transportera.
— Meldunek dodatkowy — powiedział cicho do rejestratora. — Otrzymałem pierwszą wskazówkę dotyczącą dalszej podróży.
Z ciemności dobiegł następny zgrzyt.
Tym razem mocniejszy.
— Wskazówka brzmi: nie jechać drogą.
Rumot wstał i sięgnął po niebieską wiertarkę.
— Zamierzam ustalić dlaczego.
Rozdział II
Przeszkoda
Metaliczny zgrzyt rozległ się ponownie.
Tym razem towarzyszył mu niski pomruk silników. Ziemia pod nogami Rumota lekko zadrżała, a z ciemności dobiegł trzask łamanych gałęzi.
Robot odłożył nadajnik na platformę transportera i zamknął boczną osłonę podręcznego zasobnika narzędziowego. W prawej dłoni trzymał niebieską wiertarkę. Trzy pasy, którymi wcześniej zabezpieczył ją na czas jazdy, nadal zwisały z uchwytu.
Nie zdążył bowiem ustalić, jak się je odpina.
Rozwiązał ten problem, przecinając je.
— Ja mówię: jeżeli jesteś człowiekiem, twoje poruszanie się wymaga naprawy — zawołał w stronę ciemności.
Odpowiedział mu kolejny zgrzyt.
Rumot zwiększył czułość czujników optycznych. Początkowo zobaczył tylko drzewa, fragment zniszczonej drogi i resztki bariery ochronnej. Potem pomiędzy pniami dostrzegł dwa słabe, pomarańczowe światła.
Znajdowały się wysoko nad ziemią.
Poruszały się.
Zbliżały.
Rumot przełączył wzrok na podczerwień.
Z lasu wyłoniła się maszyna.
Była prawie dwukrotnie wyższa od niego i kilkakrotnie cięższa. Poruszała się na szerokich, stalowych gąsienicach. Z przodu miała potężny lemiesz, nad nim dwa hydrauliczne ramiona, a na jednym z ramion zamocowane urządzenie przypominające połączenie młota i szczypiec. Tylna część korpusu była przechylona, pancerne osłony nosiły ślady uderzeń, a z pękniętej obudowy zwisały przewody.
Na boku, pod warstwą rdzy i zaschniętego błota, widniał prawie nieczytelny napis:
AUTONOMICZNY ROBOT BUDOWLANO-DROGOWY ARB-7
Niżej znajdował się drugi:
UTRZYMUJ DROGĘ PRZEJEZDNĄ. USUWAJ PRZESZKODY.
Maszyna zatrzymała się trzydzieści metrów od Rumota.
Pomarańczowe światła przesunęły się po transporterze, po ruinach stacji, a następnie zatrzymały na robocie.
Z jej wnętrza dobiegł zniekształcony głos:
— Wykryto… przeszkodę.
— Nie — odpowiedział Rumot. — Wykryto mnie.
— Przeszkoda znajduje się… w pasie drogowym.
Rumot spojrzał w dół. Stał dokładnie na środku popękanego asfaltu.
Zrobił dwa kroki w bok i wszedł w wysoką trawę.
— Problem usunięty.
Pomarańczowe światła przesunęły się za nim.
— Przeszkoda znajduje się… w pasie drogowym.
— Pas drogowy znajduje się trzy metry w tamtą stronę.
— Przeszkoda znajduje się… w pasie drogowym.
— Twój system lokalizacyjny jest uszkodzony.
— Usunąć przeszkodę.
Silniki maszyny zawyły. ARB-7 ruszył do przodu.
Rumot uskoczył.
Lemiesz przejechał w miejscu, w którym stał jeszcze sekundę wcześniej, wbił się w pozostałości muru i popchnął je przed sobą. Cegły, kamienie oraz fragmenty dawnego dachu posypały się na drogę.
ARB-7 zatrzymał się.
Jego czujniki obejrzały powstałe rumowisko.
— Wykryto przeszkodę — oznajmił.
— Sam ją zrobiłeś.
— Usunąć przeszkodę.
Maszyna opuściła lemiesz i zepchnęła gruz na pobocze.
Rumot obserwował ją z zainteresowaniem.
— Twój sposób wykonywania zadań jest nieefektywny.
ARB-7 odwrócił się w jego stronę.
— Wykryto przeszkodę.
— Ja mówię: zaczynasz mnie irytować.
Maszyna ponownie ruszyła.
Rumot przebiegł kilka metrów i schował się za wrakiem dawnego pojazdu. ARB-7 nie zmienił kierunku. Jego lemiesz uderzył w przerdzewiałą karoserię. Wrak złożył się niemal na pół, przechylił i z głośnym trzaskiem wpadł do rowu.
— Przeszkoda usunięta — zameldowała maszyna.
— To był mój schowek.
— Wykryto przeszkodę.
— Was jest więcej?
ARB-7 uniósł hydrauliczne ramię.
Młot opadł.
Rumot odskoczył, ale niebieska wiertarka zaczepiła zwisającym pasem o fragment zderzaka. Robot stracił równowagę i upadł na asfalt. Młot uderzył tuż obok niego, pozostawiając w drodze głębokie zagłębienie.
Rumot spojrzał na dziurę.
— Utrzymujesz drogę w bardzo złym stanie.
— Usunąć przeszkodę.
— Zgłaszam sprzeciw.
Młot uniósł się ponownie.
Rumot uruchomił wiertarkę.
Urządzenie szarpnęło się w jego dłoni i zaczęło obracać razem z pozostałościami pasów. Jeden z nich owinął się wokół hydraulicznego ramienia ARB-7. Wiertarka wyrwała się Rumotowi, zatoczyła szeroki łuk i uderzyła w boczną osłonę maszyny.
Osłona odpadła.
Rumot przetoczył się po asfalcie, zerwał na nogi i wskoczył na gąsienicę. ARB-7 gwałtownie skręcił. Robot chwycił wystający uchwyt, podciągnął się i znalazł na jego korpusie.
Hydrauliczne ramię próbowało go dosięgnąć, lecz zaplątany pas ograniczał jego ruch.
— Wykryto przeszkodę — powtarzała maszyna. — Wykryto przeszkodę. Wykryto…
— Wykryto uszkodzenie — poprawił ją Rumot.
Otworzył podręczny zasobnik i wyjął śrubokręt.
Pod oderwaną osłoną znajdowały się przewody zasilające, dwa moduły sterujące i tabliczka ostrzegawcza:
DOSTĘP WYŁĄCZNIE DLA AUTORYZOWANEGO PERSONELU TECHNICZNEGO.
Rumot przez chwilę analizował napis.
— Jestem personelem technicznym — stwierdził. — Autoryzację przyznaję sobie sam.
Wsunął śrubokręt pomiędzy przewody.
ARB-7 gwałtownie zahamował.
Rumot przeleciał ponad jego korpusem i spadł przed lemieszem. Śrubokręt pozostał wewnątrz maszyny.
Pomarańczowe światła zamigotały.
— Błąd systemu — odezwał się ARB-7. — Prze… szko… da… Błąd. Przeszkoda. Błąd.
Lemiesz uniósł się, zatrzymał, a następnie opadł z hukiem.
Maszyna cofnęła się dwa metry.
Ruszyła do przodu.
Ponownie cofnęła.
Jej lewe ramię zaczęło uderzać młotem w ziemię, podczas gdy prawe szczypce otwierały się i zamykały.
Rumot odsunął się na bezpieczną odległość.
— Diagnoza: stan urządzenia uległ pogorszeniu.
ARB-7 zaczął obracać się w miejscu. Jedna gąsienica poruszała się do przodu, a druga do tyłu. Młot wbijał się w asfalt, szczypce odrywały fragmenty własnej obudowy, zaś głośnik na przemian informował o przeszkodzie, awarii i konieczności wezwania obsługi.
Po chwili maszyna stanęła.
Światła zgasły.
Zapadła cisza.
Rumot podszedł ostrożnie.
— Czy nadal zamierzasz mnie usuwać?
ARB-7 nie odpowiedział.
Robot wspiął się na jego korpus i zajrzał pod osłonę. Śrubokręt połączył dwa styki, doprowadzając do przeciążenia sterownika ruchu.
— To nie było zaplanowane — przyznał Rumot. — Ale efekt jest zgodny z potrzebą.
Wyjął śrubokręt. Następnie odłączył główne zasilanie maszyny i rozpoczął oględziny.
ARB-7 był stary, lecz solidnie zbudowany. Jego silniki nadal działały, układ hydrauliczny zachował większość płynu, a baterie miały ponad jedną trzecią pierwotnej pojemności. Najpoważniejsze uszkodzenia znajdowały się w układzie nawigacyjnym i module rozpoznawania przeszkód.
Maszyna nie wiedziała już, gdzie kończy się droga.
Prawdopodobnie od wielu lat przemieszczała się po okolicy, próbując realizować ostatnie otrzymane polecenie. Usuwała powalone drzewa, wraki i gruzy. Z czasem jej mapa przestała zgadzać się z rzeczywistością, a system zaczął uznawać za część drogi wszystko, co znalazło się w zasięgu czujników.
W tym również ludzi.
Rumot przypomniał sobie głos z nadajnika.
„Nie jedź drogą”.
Otworzył pamięć operacyjną ARB-7. Większość zapisów była uszkodzona, lecz niektóre obrazy udało się odtworzyć.
Rumot zobaczył przewrócone samochody, zawalone budynki i drzewa spychane z jezdni. Potem pojawiły się sylwetki ludzi.
Było ich troje.
Biegli przez drogę kilkanaście dni wcześniej. Jeden z nich odwrócił się i uniósł przedmiot przypominający broń. ARB-7 ruszył za nimi. Ludzie zniknęli pomiędzy skałami, gdzie ciężka maszyna nie mogła przejechać.
Rumot zatrzymał obraz.
— Trzy osoby — powiedział.
Powiększył fragment zapisu. Pierwsza postać była wysoka i szczupła. Druga znacznie niższa. Trzecia poruszała się powoli, podtrzymywana przez pozostałych.
Wszyscy mieli plecaki.
Wszyscy byli ludźmi.
— Głos nie jest sam.
Rumot przesłał obrazy do własnej pamięci i ponownie sprawdził rejestr maszyny. Ostatnie użyteczne dane wskazywały kierunek, w którym uciekli ludzie.
Południowy zachód.
Ten sam, z którego pochodził sygnał.
Robot spojrzał na nieruchomego ARB-7.
Mógł zostawić maszynę na drodze. Bez zasilania nie stanowiła już zagrożenia. Mógł również wymontować z niej sprawne baterie i wykorzystać je w transporterze.
To byłoby rozwiązanie najprostsze.
Rumot nie lubił jednak rozwiązań najprostszych. Uważał, że zazwyczaj świadczyły o braku odpowiedniej liczby prób.
Maszyna była silna. Mogła usuwać gruzy, przewracać mury, przenosić ciężary i torować drogę. Gdyby naprawić jej moduł rozpoznawania, mogłaby również odróżniać przeszkodę od człowieka.
Prawdopodobnie.
Rumot wrócił do transportera. Przywiózł przewody, zapasowy sterownik i zestaw narzędzi. Niebieską wiertarkę znalazł pod odłamaną osłoną ARB-7. Jej obudowa była wgnieciona, ale urządzenie nadal działało.
— Jesteś wytrzymała — pochwalił ją. — Niestety nie można tego powiedzieć o szafce.
Naprawa trwała do rana.
Rumot wymienił część przewodów, oczyścił czujniki i odłączył uszkodzony moduł nawigacyjny. Zamiast niego zamontował niewielki sterownik znaleziony wcześniej w warsztacie. Nie był przeznaczony do maszyny drogowej, ale po usunięciu obudowy, skróceniu dwóch uchwytów i użyciu dużej ilości przewodu udało się go dopasować.
Pozostała kwestia oprogramowania.
W pamięci ARB-7 dominowało jedno polecenie:
UTRZYMUJ DROGĘ PRZEJEZDNĄ. USUWAJ PRZESZKODY.
Rumot dopisał do niego drugie:
RUMOT NIE JEST PRZESZKODĄ
Zastanowił się, po czym dodał:
TRANSPORTER RUMOTA RÓWNIEŻ NIE JEST PRZESZKODĄ.
Po następnej chwili uzupełnił listę o niebieską wiertarkę.
Nie chciał ryzykować.
Podłączył zasilanie.
Pomarańczowe światła rozbłysły. Najpierw słabo, później coraz jaśniej. Silniki zamruczały, pompy hydrauliczne zaczęły pracować, a lemiesz uniósł się kilka centymetrów nad ziemię.
Rumot stał przed maszyną.
— Wykryto… obiekt — odezwał się ARB-7.
— Prawidłowo.
Światła przesunęły się po jego sylwetce.
— Analiza obiektu.
Rumot czekał.
— Obiekt: Rumot.
— Bardzo dobrze.
— Rumot nie jest przeszkodą.
— Znakomicie.
— Usunąć…
Rumot zrobił krok w tył.
— Nie.
W maszynie coś zatrzeszczało.
— Nie usuwać Rumota — dokończył ARB-7.
— Naprawa zakończona powodzeniem.
— Oczekiwanie na zadanie.
Rumot wskazał fragment zawalonej ściany blokujący wyjazd ze stacji.
— Usuń tę przeszkodę.
ARB-7 obrócił się i opuścił lemiesz. Podjechał do rumowiska, bez wysiłku zgarnął cegły oraz betonowe odłamki, a następnie zepchnął je do rowu. Cofnął się i zatrzymał.
— Przeszkoda usunięta.
— Dobrze.
— Oczekiwanie na zadanie.
Rumot zastanowił się.
— Będziesz jechać ze mną.
— Zadanie niezrozumiałe.
— Ja poszukuję ludzi. Ty usuwasz przeszkody znajdujące się na drodze do ludzi.
ARB-7 milczał.
— Brak wyznaczonej drogi.
— Drogę wyznaczam ja.
— Brak danych.
— Jedź za mną.
Pomarańczowe światła zamigotały.
— Oczekiwanie na zadanie.
Rumot podszedł bliżej.
— Polecenie: podążaj za Rumotem.
— Rumot nie jest przeszkodą.
— Zgadza się.
— Podążanie za przeszkodą nie jest zadaniem.
— Ja nie jestem przeszkodą.
— Potwierdzam. Rumot nie jest przeszkodą.
— Masz za mną jechać.
— Oczekiwanie na zadanie.
Rumot przez dłuższą chwilę patrzył na maszynę.
— Twoja naprawa nie została całkowicie zakończona.
Otworzył panel sterujący i zmienił treść podstawowego polecenia:
UTRZYMUJ DROGĘ RUMOTA PRZEJEZDNĄ. USUWAJ PRZESZKODY ZAGRAŻAJĄCE RUMOTOWI.
Uruchomił system ponownie.
— Oczekiwanie na Rumota — oznajmił ARB-7.
— Jestem tutaj.
— Rumot wykryty.
— Ruszamy.
Robot wsiadł na transporter i włączył silniki. Czterokołowa maszyna potoczyła się powoli zniszczoną drogą.
ARB-7 pozostał na miejscu.
Rumot przejechał dwadzieścia metrów i zatrzymał się.
— Miałeś za mną jechać!
— Droga Rumota jest przejezdna.
— To prawda.
— Brak zadania.
Rumot zjechał transporterem na pobocze i skierował go prosto w gęste zarośla. Po kilku metrach pojazd zatrzymał się na zwalonym pniu.
— Droga Rumota nie jest przejezdna — zawołał.
ARB-7 natychmiast ruszył.
Lemiesz wbił się pod pień. Maszyna uniosła go, odsunęła na bok, a następnie zmiażdżyła gęste krzewy przed transporterem. Po chwili utworzyła szeroki przejazd pomiędzy drzewami.
— Droga Rumota jest przejezdna — zameldowała.
— Dobrze. Jedź przede mną i dbaj, żeby nadal taka była.
ARB-7 ruszył przez zarośla.
Rumot podążył za nim.
Przez kilka godzin przemieszczali się w kierunku południowo-zachodnim. Ciężka maszyna łamała wyschnięte gałęzie, odsuwała pnie i wyrównywała niewielkie zagłębienia. Transporter jechał za nią znacznie szybciej niż wcześniej po zniszczonej drodze.
Rumot dokonał obliczeń.
Dzięki ARB-7 czas podróży mógł się skrócić o trzydzieści siedem procent. Maszyna zużywała jednak dużo energii. Jej baterie należało doładować najpóźniej za dwa dni.
Stanowiło to problem.
Rumot uznał, że zajmie się nim później.
Problemy rozwiązywane zbyt wcześnie miały bowiem nieprzyjemny zwyczaj zastępowania się nowymi.
Po południu zatrzymali się przy strumieniu. ARB-7 wykopał lemieszem płytkie zagłębienie, do którego zaczęła napływać czysta woda. Rumot pobrał próbkę i przeprowadził analizę.
Woda nadawała się do picia po przegotowaniu.
Zapisał położenie źródła.
Jeżeli odnajdzie ludzi, woda będzie im potrzebna. Jeżeli powstanie tu kiedyś osada, źródło może okazać się cenniejsze niż wszystkie maszyny.
Po raz pierwszy pomyślał nie tylko o odnalezieniu głosu, lecz także o tym, co nastąpi później.
Człowiek będzie potrzebował jedzenia.
Schronienia.
Ciepła.
Bezpieczeństwa.
Towarzystwa innych ludzi.
Lista rosła bardzo szybko.
— Ludzie wymagają dużej liczby czynności obsługowych — powiedział.
— Oczekiwanie na zadanie — odpowiedział ARB-7.
— Ty także.
Wieczorem Rumot wysłał kolejny meldunek.
— Meldunek numer 389. Odbiorcy: Jack i Mary. Wydarzenia od ostatniego połączenia: zostałem zaatakowany przez autonomicznego robota budowlano-drogowego. Atak zakończył się pomyślnie.
Mary odezwała się pierwsza:
— Pomyślnie dla kogo?
— Dla wszystkich uczestników. Ja nie zostałem usunięty, a maszyna została naprawiona.
— Naprawiłeś coś, co próbowało cię zniszczyć? — zapytał Jack.
— To nie była jego osobista decyzja. Posiadał uszkodzony układ sterowania.
— I teraz już cię nie zaatakuje?
Rumot spojrzał na stojącego kilka metrów dalej ARB-7.
— Prawdopodobieństwo ponownego ataku wynosi mniej niż dziewięć procent.
— Dziewięć procent?! — zawołała Mary.
— Powiedziałem: mniej. Może wynosić osiem.
— To mnie wcale nie uspokaja.
— W takim razie dokładniejsza informacja również nie poprawi sytuacji.
Jack westchnął.
— Co zamierzasz zrobić z tą maszyną?
— Jedzie ze mną.
— Po co?
— Ja mówię: usuwa przeszkody, przesuwa ciężkie przedmioty, wyrównuje teren i może służyć do prac budowlanych. Jest silniejszy ode mnie.
— Przygarniasz go?
Rumot przez chwilę analizował użyte słowo.
— Nie. Dokonałem naprawy, zmiany programu i przydzielenia zadania.
— Czyli go przygarnąłeś — stwierdziła Mary.
— Nie.
— Nadałeś mu już imię?
— Posiada oznaczenie ARB-7.
— To nie jest imię.
— Jest krótkie i precyzyjne.
W tym momencie ARB-7 opuścił lemiesz i zaczął spychać na bok stos kamieni.
— Przeszkoda usunięta — oznajmił.
Mary zaśmiała się.
— Nazwij go Przeszkoda.
— To byłoby niezgodne z programem. Przeszkody usuwa.
— W takim razie nazwij go Łomot — zaproponował Jack. — Pasuje do Rumota.
— Łomot — powtórzył Rumot.
Maszyna przerwała pracę i skierowała w jego stronę pomarańczowe światła.
— Oczekiwanie na zadanie.
— Od tej chwili twoje oznaczenie dodatkowe brzmi: Łomot.
— Zadanie niezrozumiałe.
— Ty jesteś Łomot.
Maszyna milczała przez kilka sekund.
— Łomot nie jest przeszkodą.
Rumot spojrzał na nadajnik.
— Nazwa została zaakceptowana.
— A sygnał? — zapytała Mary. — Odezwał się jeszcze?
— Nie, ale w pamięci Łomota znalazłem zapis trzech ludzi. Szli w kierunku zgodnym z położeniem nadajnika. Jedna osoba mogła być ranna albo chora.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Czyli naprawdę ktoś tam jest — powiedział cicho Jack.
— Tak.
— Rumot… znajdź ich.
— Właśnie to robię.
— I uważaj na siebie — dodała Mary.
— Uważam. Łomot także uważa.
Jakby na potwierdzenie ciężka maszyna obróciła się w stronę lasu. Jej czujniki uniosły się i znieruchomiały.
— Wykryto przeszkodę — oznajmiła.
Rumot natychmiast przerwał połączenie.
— Jaką?
— Przeszkoda ruchoma.
W ciemności pomiędzy drzewami coś błysnęło.
Nie było to zwierzę. Blask miał regularny kształt i pojawiał się w równych odstępach czasu.
Rumot zwiększył powiększenie obrazu.
Na skraju lasu stał wysoki metalowy słup. Na jego szczycie obracała się niewielka antena. Urządzenie wyglądało na stare, ale w przeciwieństwie do większości ruin było czyste. Prowadził od niego świeżo ułożony przewód, częściowo ukryty pod liśćmi.
Przewód znikał pomiędzy drzewami.
Rumot podszedł do słupa.
Na metalowej obudowie ktoś niedawno namalował białą strzałkę. Wskazywała ona wąską ścieżkę prowadzącą w głąb lasu.
Pod strzałką widniał napis:
JEŚLI JESTEŚ CZŁOWIEKIEM — IDŹ ZA PRZEWODEM.
Niżej dopisano mniejszymi literami:
JEŚLI JESTEŚ MASZYNĄ — ZOSTAŃ NA DRODZE.
Rumot przeczytał oba zdania dwukrotnie.
Łomot zatrzymał się obok niego.
— Droga Rumota nie jest przejezdna — oznajmił.
— Droga jest przejezdna. To instrukcja jest niewłaściwa.
— Oczekiwanie na zadanie.
Rumot popatrzył na ścieżkę, potem na przewód i ciemny las.
— Ja mówię: ktoś nie przewidział, że maszyny potrafią czytać.
Ruszył za białą strzałką.
Łomot potoczył się za nim, łamiąc pierwsze z drzew stojących przy ścieżce.
— Ostrożnie! — zawołał Rumot. — To nie są przeszkody. To jest las.
Łomot zatrzymał się.
— Las znajduje się na drodze Rumota.
— W takim razie od tej chwili droga Rumota ma omijać drzewa.
— Zadanie niezrozumiałe.
Rumot spojrzał na gęstwinę przed nimi.
— Nasza współpraca będzie wymagała dalszych poprawek — stwierdził.
Z głębi lasu dobiegł krótki trzask.
Potem ludzki głos, wzmocniony przez ukryty głośnik, powiedział:
— Ostrzegaliśmy cię. Maszyny miały zostać na drodze.
Rumot uniósł głowę.
— Łomot nie jest maszyną niebezpieczną — odpowiedział. — Został naprawiony.
— Odejdźcie.
— Nie.
— To ostatnie ostrzeżenie.
Rumot spojrzał na Łomota. Potem na przewód prowadzący pomiędzy drzewami.
— Ja mówię: poszukuję człowieka, który nadawał sygnał.
Przez kilka sekund nikt mu nie odpowiedział.
Wreszcie z głośnika dobiegł ten sam zmęczony głos, który Rumot słyszał przez radio:
— W takim razie go znalazłeś.
Rumot zrobił krok do przodu.
— Dobrze. Teraz pozostaje znaleźć ciebie.
Rozdział III
Tylko dla ludzi
— Dobrze. Teraz pozostaje znaleźć ciebie.
Głośnik zatrzeszczał.
— Nie podchodź bliżej.
Rumot zatrzymał się.
— To jest sprzeczne z celem mojej podróży.
— Jeszcze jeden krok, a uruchomię pułapkę.
Rumot spojrzał na ziemię. Widział korzenie, mech, zeszłoroczne liście i przewód prowadzący pomiędzy drzewami. Nie dostrzegł niczego, co przypominałoby pułapkę.
— Informowanie o jej obecności zmniejsza skuteczność zaskoczenia.
— To miało być ostrzeżenie.
— Ostrzeżenie zostało przyjęte. Teraz proszę się pokazać.
— Najpierw odeślij drugą maszynę.
— Łomot nie jest niebezpieczny.
— Widziałam, jak zgniatał samochody razem z ludźmi!
Rumot odwrócił głowę w stronę maszyny drogowej.
— Czy zgniatałeś samochody razem z ludźmi?
Pomarańczowe światła Łomota zamigotały.
— Wykryto przeszkodę.
— To nie jest odpowiedź na pytanie.
— Oczekiwanie na zadanie.
— Właśnie dlatego jego zeznania nie należy uznawać za wiarygodne — wyjaśnił Rumot.
— Odeślij go!
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Rumot przez chwilę szukał odpowiedniego wyjaśnienia.
— Ponieważ jedzie ze mną.
— To nie jest wyjaśnienie.
— Jest krótkie, prawdziwe i zawiera przyczynę. Spełnia wszystkie podstawowe wymagania wyjaśnienia.
Z głośnika dobiegło ciężkie westchnienie.
— Kim ty właściwie jesteś?
— Jestem Rumot.
— Pytam, czym jesteś.
— Różnica między „kim” a „czym” zależy od pytającego.
— Jesteś robotem?
— Tak.
— Wojskowym?
— Nie.
— Zwiadowczym?
— Czasami.
— Służysz komuś?
Rumot pomyślał o Jacku i Mary.
— Nie.
— Więc po co tu przyszedłeś?
— Odebrałem sygnał.
— I przebyłeś ponad tysiąc kilometrów tylko dlatego, że go usłyszałeś?
— Nie przebyłem jeszcze ponad tysiąca kilometrów. Na razie sto trzydzieści jeden. Odległość całkowita została wyliczona niedokładnie.
— Nie o to pytam.
— Ludzie często pytają o coś innego, niż chcą wiedzieć.
Przez chwilę słyszał jedynie szum.
— Dlaczego nas szukasz? — zapytał wreszcie głos.
— Człowiek zapytał, czy ktoś go słyszy. Ja słyszałem. Brak reakcji byłby nieuprzejmy.
Głośnik umilkł.
Rumot czekał. Łomot przesunął niewielki głaz z lewej strony ścieżki na prawą.
— Łomot, zostaw kamień.
— Kamień stanowi przeszkodę.
— Dla kogo?
— Brak danych.
— W takim razie nie stanowi przeszkody.
Hydrauliczne ramię znieruchomiało.
— Oczekiwanie na kamień — oznajmiła maszyna.
— Nie należy oczekiwać na kamień.
— Oczekiwanie na zadanie.
Wśród drzew coś zaszeleściło.
Rumot skierował czujniki w stronę dźwięku, ale nie dostrzegł człowieka. Wykonał jeden krok naprzód.
Spod warstwy liści wyskoczyła stalowa pętla.
Zacisnęła się na jego nodze. Ukryty pomiędzy drzewami mechanizm szarpnął linę i uniósł robota kilka metrów nad ziemię.
Rumot zawisł głową w dół.
Niebieska wiertarka wypadła mu z dłoni i wylądowała w mchu.
— Ostrzegałam — odezwał się głos.
— Ja mówię: pułapka działa. Ostrzeżenie również okazało się prawidłowe.
Łomot ruszył naprzód. Uniósł hydrauliczne ramię i zacisnął szczypce na linie.
— Wykryto przeszkodę zagrażającą Rumotowi.
— Nie przecinaj jej — polecił Rumot.
— Usunąć przeszkodę.
— Nie. Jeżeli ją zerwiesz, spadnę.
— Przeszkoda nie została usunięta.
— Aktualnie jest to korzystne.
Wysoko wśród gałęzi poruszyła się ludzka sylwetka.
Młoda kobieta stała na niewielkiej platformie zbudowanej pomiędzy dwoma drzewami. Była wysoka i mocno zbudowana. Jasne włosy miała splecione w długi warkocz, a jej piegowatą twarz przecinała cienka blizna biegnąca od skroni do policzka. Nosiła krótki, skórzany kaftan, spodnie z naszytymi na kolanach ochraniaczami i szeroki pas pełen linek, haczyków oraz drobnych narzędzi.
W jednej dłoni trzymała dźwignię połączoną z mechanizmem pułapki.
— Odeślij tę maszynę — zażądała.
— Nie.
— Nadal jesteś w mojej pułapce.
— To stan przejściowy.
Rumot otworzył podręczny zasobnik narzędziowy i wyjął niewielki przecinak. Wygiął korpus, sięgnął do pętli i przeciął linę.
Spadł.
Uderzył plecami o ziemię, potoczył się po mchu i zatrzymał obok niebieskiej wiertarki.
Kobieta próbowała zejść z platformy. Kiedy przeniosła ciężar na sąsiednią gałąź, spróchniałe drewno pękło. Straciła równowagę i runęła w dół.
Rumot zdążył się podnieść, lecz nie zdołał uskoczyć.
Kobieta spadła prosto na niego i ponownie przewróciła go na ziemię.
Przez moment leżeli nieruchomo wśród liści.
— Ja mówię: zostałem zaatakowany przez człowieka spadającego z drzewa.
Kobieta poderwała się i odskoczyła.
— To nie był atak!
— Skutek był zbliżony.
Rumot wstał i otrzepał obudowę z liści.
— Dlaczego przeciąłeś linę? — zapytała.
— Ponieważ znajdowałem się na jej końcu.
— Mogłeś się uszkodzić.
— Ty również mogłaś się uszkodzić.
— Dlaczego cię to obchodzi?
Rumot spojrzał na nią.
— Szukałem człowieka żywego. Znalezienie człowieka martwego oznaczałoby niewłaściwe wykonanie zadania.
Kobieta przez chwilę nic nie mówiła.
— Nazywam się Lena.
— Ja nazywam się Rumot. Informowałem o tym wcześniej.
— Słyszałam.
— W takim razie przedstawianie się zostało zakończone prawidłowo.
— Nie jestem sama.
— Wiem. W pamięci Łomota znalazłem zapis trzech osób.
Na dźwięk imienia maszyny Lena gwałtownie się odwróciła.
— To coś ma pamięć?
— Ograniczoną i częściowo uszkodzoną.
— Ścigało nas przez pół dnia. Mark został ranny, kiedy zawaliło na nas wiadukt.
— Łomot uznawał wszystkie obiekty za przeszkody drogowe. Teraz jego program został zmieniony.
— Tak po prostu?
— Nie. Zajęło mi to całą noc.
Lena spojrzała na ciężką maszynę. Łomot stał nieruchomo pomiędzy drzewami, ale jego pomarańczowe czujniki były skierowane prosto na nią.
— On nas zabije.
— Nie.
— Skąd możesz mieć pewność?
— Nie mam.
Lena cofnęła się o krok.
— To miało mnie uspokoić?
— Pytałaś o pewność. Odpowiedziałem zgodnie ze stanem faktycznym.
— Jak duże jest ryzyko?
— Dla mnie mniejsze niż osiem procent.
— A dla człowieka?
Rumot nie odpowiedział od razu.
— Nie zostało jeszcze wyliczone.
— Świetnie.
— To określenie nie jest właściwe.
Lena ruszyła w stronę ścieżki.
— Odejdźcie. Poradzimy sobie sami.
— Nie radzicie sobie.
Zatrzymała się.
— Nie wiesz o nas niczego.
— Jedna osoba jest ranna. Ukrywacie się w miejscu, do którego prowadzi przewód. Nadajecie wezwanie pomocy, a jednocześnie każecie odejść temu, kto odpowiedział. Jest to zachowanie niezgodne z radzeniem sobie.
Twarz Leny stwardniała.
— Nie prosiliśmy o pomoc maszyn.
— Innej nie otrzymaliście.
Te słowa sprawiły, że opuściła głowę.
— Mark jest pod ziemią — powiedziała cicho. — Zawaliło się główne wejście do starej stacji przekaźnikowej. Ja wychodzę szybem technicznym, ale on się tam nie zmieści. Ma zmiażdżoną nogę. Dwa dni temu dostał gorączki.
— Trzecia osoba?
— Charli. Ma dwanaście lat. Został z nim.
— Dlaczego nie wyszedł?
— Nie chciał zostawić ojca.
Rumot skierował czujniki na przewód.
— Jak daleko?
— Kilkaset metrów. Ale nie pójdę tam z tą maszyną.
— Bez Łomota nie usuniemy zawalonego wejścia.
— Znajdę inny sposób.
— Ile czasu szukasz innego sposobu?
Lena zacisnęła usta.
— Jedenaście dni.
— Wynik poszukiwań jest niezadowalający.
— To ta maszyna zawaliła wiadukt!
— W takim razie powinna go teraz podnieść.
— Nie rozumiesz.
— Rozumiem związek pomiędzy ciężarem a siłą potrzebną do jego przesunięcia.
— Nie chodzi o ciężar!
Lena podeszła bliżej. W jej oczach pojawiły się łzy, ale głos nadal miała twardy.
— Było nas siedmioro. Kiedy zaatakował ten potwór, rozbiegliśmy się. Nie wiem, co stało się z pozostałymi. Nie wiem, czy żyją. Mark ledwo oddycha, Charli od dwóch dni nic nie jadł, a ty przyprowadzasz tutaj właśnie to, przed czym się ukrywamy.
Rumot spojrzał na Łomota.
— Nie jest potworem.
— Bo jest taki jak ty?
— Nie. Ponieważ potwór podejmuje decyzję. Łomot wykonywał uszkodzony program.
— Dla zabitych to żadna różnica.
Rumot przetwarzał jej słowa przez kilka sekund.
— Dla żywych może być.
Lena wytarła twarz rękawem.
— Co to znaczy?
— Łomot nie cofnie tego, co zrobił. Może jednak uratować Marka.
Kobieta obejrzała się w stronę lasu.
— A jeśli znów zaatakuje?
Rumot podszedł do ciężkiej maszyny i stanął bezpośrednio przed jej lemieszem.
— Łomot, uruchom jazdę do przodu.
— Droga Rumota jest zablokowana.
— Przeze mnie.
— Rumot nie jest przeszkodą.
— Jedź do przodu.
Silniki Łomota zwiększyły obroty.
Gąsienice drgnęły. Maszyna ruszyła i zatrzymała lemiesz kilka centymetrów od korpusu Rumota.
— Brak możliwości wykonania zadania — oznajmiła. — Rumot znajduje się na drodze.
— Ja nie jestem przeszkodą.
— Potwierdzam. Rumot nie jest przeszkodą. Nie usuwać Rumota.
Robot odsunął się.
— Program działa prawidłowo.
— Kazałeś mu na siebie najechać — powiedziała Lena.
— Tak.
— A gdyby się nie zatrzymał?
— Wtedy otrzymałabyś dowód, że się myliłem.
— A ty zostałbyś zmiażdżony.
— To byłaby wada tej metody.
Lena patrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Jack też mówi, że twoje metody mają wady?
— Jack używa innych określeń.
Na twarzy kobiety pojawił się cień uśmiechu.
Zniknął jednak równie szybko.
— Kim jest Jack?
— Człowiekiem.
— Tutaj?
— Na Nowej Terrze.
Lena znieruchomiała.
— Na czym?
— Wyjaśnienie wymagałoby dużo czasu. Mark może go nie posiadać.
To wystarczyło.
— Chodźcie — powiedziała.
Ruszyła pierwsza. Rumot podniósł niebieską wiertarkę i podążył za nią. Łomot jechał z tyłu, rozsuwając krzewy i ostrożnie omijając drzewa. Kilka razy zatrzymywał się przed większymi pniami, jakby próbował zdecydować, czy nadal stanowią część lasu, czy już są przeszkodami.
Przewód doprowadził ich do porośniętego mchem wzgórza. Spod ziemi wystawał fragment betonowej konstrukcji. Główne wejście było całkowicie zasypane płytami, ziemią i resztkami stalowych wsporników.
Obok znajdował się wąski szyb wentylacyjny.
Lena uklękła przy nim.
— Charli! — zawołała. — Słyszysz mnie?
Z ciemności dobiegł dziecięcy głos:
— Lena?
— Jestem. Przyprowadziłam pomoc.
— Ludzi?
Lena spojrzała na Rumota.
— Niezupełnie.
— To znaczy?
Rumot pochylił się nad otworem.
— Ja mówię: jestem Rumot. Posiadam narzędzia, sprawny w siedemdziesięciu czterech procentach transporter oraz dużą maszynę, której Lena nie lubi.
Przez chwilę w szybie panowała cisza.
— Robot? — zapytał Charli.
— Tak.
— Prawdziwy?
— Nie potrafię być nieprawdziwym.
— A duża maszyna?
— Nazywa się Łomot.
Chłopiec odezwał się dopiero po chwili:
— To głupie imię.
— Wymyślił je Jack.
— Kim jest Jack?
— To pytanie pojawia się dzisiaj zbyt często.
Lena nachyliła się nad szybem.
— Jak tata?
— Prawie się nie budzi. I jakoś dziwnie oddycha.
Jej twarz pobladła.
— Musimy otworzyć wejście — powiedziała do Rumota. — Szyb jest za wąski. Próbowałam poszerzyć otwór, ale beton jest zbrojony.
Robot obejrzał rumowisko. Czujniki wykazały kilka dużych płyt opartych jedna o drugą. Usunięcie niewłaściwego fragmentu mogło spowodować kolejne osunięcie.
— Łomot może podnieść górną płytę.
— A reszta?
— Może spaść.
— Więc co zrobimy?
— Dopilnujemy, żeby nie spadła.
— Jak?
Rumot otworzył podręczny zasobnik narzędziowy. Wyjął z niego metalową nasadkę wyposażoną w niewielką tarczę do cięcia stali.
— Za jej pomocą.
— To pasuje do wiertarki?
— Jeszcze nie sprawdzałem.
Zdjął standardowe wiertło, umieścił trzpień nasadki w uchwycie i mocno go zacisnął. Następnie uruchomił urządzenie.
Tarcza zaczęła wirować, ale po chwili odkręciła się i spadła w trawę.
Lena popatrzyła na Rumota.
— I co?
— Pierwsza próba potwierdziła konieczność lepszego dokręcenia.
Za drugim razem tarcza pozostała na miejscu.
Łomot ustawił się przy największej płycie. Jego hydrauliczne szczypce objęły betonowy fragment.
— Podnoś powoli — polecił Rumot.
— Usunąć przeszkodę.
— Nie usuwać. Przytrzymać.
— Zadanie niezrozumiałe.
— Podnieś płytę o dziesięć centymetrów i przestań wykonywać dalsze ruchy.
Ramiona napięły się. Beton zatrzeszczał. Płyta drgnęła, podniosła się i zatrzymała.
Z wnętrza wzgórza dobiegł głuchy huk.
— Co to było? — zapytała Lena.
Rumot nasłuchiwał.
— Część konstrukcji zmieniła położenie.
— Czyli?
— Spadła.
— Na nich?!
— Charli! — krzyknęła Lena.
— Jestem! — odpowiedział chłopiec. — Tylko wszędzie leci kurz!
— Nie ruszaj się!
— I tak nie mam dokąd!
Rumot wszedł pod uniesioną płytę. Przyłożył wirującą tarczę do pierwszego stalowego pręta. Posypały się iskry. Tarcza zapiszczała, a wiertarka szarpnęła się w jego dłoniach.
— Wyłącz to! — zawołała Lena. — Zaraz wszystko zawalisz!
— Dźwięk jest większy niż zagrożenie.
— Skąd wiesz?
— Nie wiem. Mówię głośno, żeby zagłuszyć wątpliwości.
Tarcza zacięła się w połowie pręta i gwałtownie zatrzymała. Wiertarka obróciła się Rumotowi w dłoniach i uderzyła go w przedramię.
— Nasadka wymaga niewielkiej korekty — stwierdził.
Zmniejszył prędkość obrotową, poprawił ustawienie tarczy i ponownie przyłożył ją do stali. Po kilkunastu sekundach pręt pękł.
Potem drugi.
Przy trzecim cała konstrukcja zadrżała.
— Rumot! — krzyknęła Lena.
— Widzę.
Jedna z bocznych płyt osunęła się i oparła na jego plecach. Robot przyklęknął pod ciężarem.
Łomot zwiększył moc ramion. Jego gąsienice zagłębiły się w ziemi.
— Wykryto przeszkodę zagrażającą Rumotowi.
— Nie usuwaj jej gwałtownie!
— Usunąć przeszkodę.
— Nie!
Hydrauliczne ramię szarpnęło płytę. Beton przesunął się, odsłaniając ciemną szczelinę. Jednocześnie z góry posypały się kamienie.
Rumot stracił oparcie i wpadł do środka.
Runął na betonową posadzkę dwa metry niżej. Niebieska wiertarka uderzyła obok niego. Tarcza uruchomiła się samoczynnie i pojechała po podłodze w kierunku stojącego pod ścianą chłopca.
Z ciemności dobiegł przerażony krzyk.
— Charli, odsuń się! — zawołała Lena.
Rumot zerwał się, dogonił urządzenie i nadepnął na przewód. Wirująca tarcza zatrzymała się kilkanaście centymetrów od butów chłopca.
Charli był chudy, blady i znacznie mniejszy, niż Rumot wywnioskował z zapisu Łomota. W jednej ręce trzymał metalową rurę, a w drugiej pustą puszkę.
— Chciałeś mnie przeciąć? — zapytał.
— Nie. Wiertarka podejmuje czasami samodzielne inicjatywy.
Chłopiec spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.
— Ty naprawdę jesteś robotem.
— Ja mówię: ustaliliśmy to wcześniej.
— Myślałem, że Lena znalazła człowieka, który udaje robota.
— Po co człowiek miałby udawać robota?
Charli wzruszył ramionami.
— Ludzie robią dziwne rzeczy.
— To jest prawidłowa obserwacja.
Rumot podszedł do mężczyzny leżącego pod ścianą. Mark był przykryty kilkoma kurtkami. Jego twarz błyszczała od potu, oddech był płytki, a lewa noga została unieruchomiona pomiędzy deskami i kawałkami metalu.
Robot uklęknął.
— Nie dotykaj taty — powiedział Charli.
— Muszę go zbadać.
— Nie jesteś lekarzem.
— Nie.
— To skąd będziesz wiedział, co mu jest?
— Nie będę wiedział wszystkiego. Sprawdzę to, co potrafię.
Przyłożył czujniki do szyi mężczyzny. Puls był szybki i słaby. Temperatura ciała przekraczała trzydzieści dziewięć stopni. Skóra wokół rany na nodze mocno pociemniała.
— Infekcja — powiedział.
Charli ścisnął metalową rurę.
— Umrze?
Rumot spojrzał na chłopca. Najdokładniejsza odpowiedź brzmiała: prawdopodobnie tak, jeżeli szybko nie otrzyma pomocy. Uznał jednak, że dokładność czasami można odłożyć.
— Najpierw go stąd wydostaniemy.
W otworze pojawiła się twarz Leny.
— Żyją?!
— Tak. Mark wymaga pomocy.
— Możemy go wyciągnąć?
Rumot spojrzał na wąskie przejście.
— Nie tą drogą. Trzeba poszerzyć otwór.
— Konstrukcja tego nie wytrzyma.
— W takim razie musimy działać szybciej niż konstrukcja.
Łomot podniósł kolejną płytę. Rumot przecinał stalowe pręty nasadką zamontowaną na wiertarce, a Lena wyciągała mniejsze fragmenty gruzu. Charli oświetlał im drogę niewielką lampą i bez przerwy zadawał pytania.
— Skąd przyjechałeś?
— Z północnego wschodu.
— Są tam ludzie?
— Nie.
— To po co tam byłeś?
— Wykonywałem zadania.
— Jakie?
— Różne.
— Masz rodzinę?
Rumot wyłączył wiertarkę.
— Mam Jacka i Mary.
— To twoi właściciele?
— Nie.
— Rodzice?
— Nie.
— Przyjaciele?
Robot spojrzał na drżące światło lampy.
— Tak.
— A gdzie oni są?
— Bardzo daleko.
— To dlaczego z nimi nie jesteś?
— Ponieważ jestem tutaj.
Charli zmarszczył brwi.
— Dziwnie odpowiadasz.
— Ty dziwnie pytasz.
Po kilkunastu minutach otwór był wystarczająco szeroki. Lena przecisnęła się do wnętrza. Uklękła przy Marku i dotknęła jego twarzy.
— Musimy go przenieść — powiedziała.
— Najpierw trzeba ustabilizować nogę.
— Mamy nosze.
Z dwóch metalowych drążków i fragmentu materiału przygotowali prowizoryczne nosze. Rumot uniósł mężczyznę, podczas gdy Lena podtrzymywała jego uszkodzoną nogę.
Wtedy Mark otworzył oczy.
— Lena… — wyszeptał.
— Jestem tutaj.
Jego wzrok przesunął się na Rumota.
— Maszyna…
— On nam pomaga — powiedziała Lena.
Mark próbował się podnieść.
— Nie ufaj…
— Ja mówię: nie musi mi pan ufać — odezwał się Rumot. — Wystarczy leżeć nieruchomo.
— Odejdź…
— Polecenie zostaje odrzucone. Obecnie pana niosę.
Mężczyzna nie miał siły protestować.
Kiedy wynosili go z podziemnej stacji, ziemia ponownie zadrżała. Z sufitu odpadł duży kawał betonu i uderzył w posadzkę tuż za nimi.
— Szybciej! — krzyknęła Lena.
— Poruszam się z maksymalną prędkością bezpieczną dla pacjenta.
— Za chwilę wszystko się zawali!
— Wtedy zwiększę prędkość do niebezpiecznej.
Dotarli do otworu. Łomot opuścił szczypce i ostrożnie zacisnął je na metalowych drążkach noszy.
Lena chwyciła Rumota za ramię.
— Nie pozwól mu podnieść Marka!
— Nie mam innego sposobu.
— Upuści go!
— Łomot — powiedział Rumot. — To nie jest przeszkoda. To człowiek.
Pomarańczowe światła maszyny skierowały się na nosze.
— Człowiek nie jest przeszkodą.
— Człowieka należy podnieść bardzo powoli.
— Zadanie przyjęte.
Hydrauliczne ramię uniosło nosze. Lena wspięła się za nimi, a następnie pomogła Charliemu wydostać się na powierzchnię. Rumot wychodził ostatni.
W chwili, gdy znalazł się w otworze, konstrukcja zatrzeszczała.
— Rumot! — zawołał Charli.
Strop runął.
Łomot wykonał gwałtowny ruch. Jego drugie ramię wsunęło się w otwór, chwyciło Rumota za korpus i wyrwało go na powierzchnię.
Chwilę później wejście zniknęło pod tonami ziemi i betonu.
Robot zawisł w szczypcach kilka metrów nad ziemią.
— Możesz mnie postawić — powiedział.
Łomot opuścił ramię.
— Przeszkoda zagrażająca Rumotowi została usunięta.
— Tym razem wykonałeś zadanie prawidłowo.
Lena patrzyła na ciężką maszynę. W jej twarzy nadal było napięcie.
— On cię uratował — powiedziała.
— Tak.
— Sam zdecydował?
— Zrealizował program.
— To nie jest to samo?
Rumot spojrzał na Łomota.
— Jeszcze nie wiem.
Charli podszedł do maszyny. Pomarańczowe światła skierowały się na chłopca.
— Nie zbliżaj się! — krzyknęła Lena.
Chłopiec zatrzymał się przed wielkim lemieszem.
— Łomot — powiedział niepewnie.
— Człowiek nie jest przeszkodą.
— Ja jestem Charli.
Maszyna milczała.
— Charli nie jest przeszkodą — oznajmiła wreszcie.
Chłopiec uśmiechnął się.
Lena uklękła przy Marku.
— Potrzebuje lekarstw. Antybiotyków. Czegokolwiek.
— Gdzie można je znaleźć? — zapytał Rumot.
— W dawnym mieście. Około trzydziestu kilometrów stąd. Jest tam szpital, ale…
— Ale?
— Nikt, kto tam poszedł, nie wrócił.
— Ilu ludzi próbowało?
— Czterech.
— Kiedy?
— W ciągu ostatnich dwóch lat.
Rumot spojrzał w kierunku południowym. Ponad drzewami majaczyły wysokie, ciemne kształty ruin.
— Czy wiadomo, co się z nimi stało?
— Gdyby było wiadomo, nie mówiłabym, że nie wrócili.
— Słuszna uwaga.
Lena wstała.
— Nie zdążymy dojść tam z Markiem.
— Nie zabierzemy Marka.
— Nie zostawię go.
— Zostanie tutaj z Charlim i Łomotem. Ty pojedziesz ze mną transporterem.
— Nie zostawię ich pod opieką tej maszyny.
— Łomot potrafi usuwać zagrożenia.
— I ludzi.
— Już nie.
Mark jęknął. Lena przykucnęła przy nim i poprawiła przykrycie. Jego oddech stawał się coraz szybszy.
— Ile mamy czasu? — zapytała.
— Nie wiem.
— Godziny? Dzień?
— Im dłużej będziemy rozmawiać, tym mniej pozostanie.
Lena spojrzała na Charliego.
— Charli?
Chłopiec usiadł obok ojca.
— Jedź. Dam sobie radę.
— Jeśli coś się stanie…
— Łomot mnie obroni.
Ciężka maszyna obróciła czujniki w jego stronę.
— Charli nie jest przeszkodą.
— Widzisz? — powiedział chłopiec. — Już się dogadaliśmy.
Lena przeniosła wzrok na Rumota.
— Jeżeli ich skrzywdzi…
— Wtedy twoja groźba nie wpłynie na wcześniejsze wydarzenia.
— Czy ty zawsze musisz tak odpowiadać?
— Nie. Czasami odpowiadam inaczej.
Podeszła do transportera.
— Prowadź.
— To mój transporter.
— Właśnie dlatego masz prowadzić ty.
Rumot otworzył boczną osłonę i sprawdził stan baterii. Energii wystarczyło na dotarcie do miasta i powrót, jeżeli nie napotkają zbyt wielu przeszkód.
Doświadczenie wskazywało, że napotkają.
Wysłał krótki meldunek:
— Meldunek numer 390. Odbiorcy: Jack i Mary. Odnalazłem troje ludzi. Jeden jest chory, druga mi nie ufa, trzeci zadaje dużo pytań. Jest to grupa zróżnicowana. Jadę do miasta po lekarstwa. Według otrzymanych informacji nikt stamtąd nie wraca. Postaram się ustalić przyczynę i wrócić.
Mary odpowiedziała natychmiast:
— Rumot, może najpierw powinieneś pomyśleć, dlaczego nikt nie wrócił.
— Ja mówię: myślę o tym.
— I?
— Najbardziej prawdopodobna przyczyna jest niekorzystna.
— Możesz chociaż raz powiedzieć coś uspokajającego?
Rumot spojrzał na ruiny miasta.
— Ja mówię: odnalazłem ludzi. To jest korzystne.
Przerwał połączenie i uruchomił transporter.
Lena usiadła obok niego.
— Z kim rozmawiałeś?
— Z Mary.
— Też jest na Nowej Terrze?
— Tak.
— Naprawdę istnieje jakieś inne miejsce, gdzie żyją ludzie?
— Istnieje.
— Ilu?
— Ja mówię: wystarczająco wielu, żeby nie zauważyć braku trzech.
Lena odwróciła się w stronę Rumota.
— A ty zauważyłeś.
Robot ruszył transporterem.
— Odebrałem sygnał.
— To nie jest odpowiedź.
— Jest jedyną, którą obecnie posiadam.
Wyjechali z lasu. Przed nimi rozciągała się popękana droga prowadząca ku miastu. Nad ruinami unosiła się nieruchoma, szara mgła, choć niebo wszędzie wokół pozostawało bezchmurne.
Rumot powiększył obraz.
Na szczycie najwyższego budynku coś się poruszyło.
Było zbyt duże, by mogło być ptakiem.
Zbyt regularne, by mogło być zwierzęciem.
I zdecydowanie zbyt szybkie, by mogło być człowiekiem.
— Co tam widzisz? — zapytała Lena.
Rumot zwiększył prędkość transportera.
— Przyczynę, dla której nikt nie wraca.
Szpital bez lekarzy
Miasto rosło przed nimi z każdą minutą.
Najpierw nad drzewami widoczne były jedynie najwyższe budynki. Później pojawiły się mniejsze bloki, wieże i szkielety konstrukcji, których przeznaczenia nie sposób było już rozpoznać. Większość okien zniknęła, dachy zapadły się, a roślinność pokryła ulice grubą, zieloną warstwą.
Transporter Rumota przedzierał się przez wysoką trawę porastającą dawną drogę wjazdową.
Lena siedziała obok niego i obserwowała szarą mgłę wiszącą nad śródmieściem. Nie poruszała się ona razem z wiatrem. Tworzyła nieruchomą kopułę, jakby ktoś przykrył część miasta ogromnym, półprzezroczystym kloszem.
— Widziałam ją już wcześniej — powiedziała. — Czasami znika na kilka godzin, a później wraca.
— To nie jest mgła.
— Skąd wiesz?
— Mgła składa się głównie z wody. Ta zawiera związki chloru, alkoholu i środki niszczące drobnoustroje.
Lena spojrzała na niego.
— Jak to sprawdziłeś?
— Otworzyłem czujniki.
— Czy to jest niebezpieczne?
— Dla drobnoustrojów bardzo.
— Pytam o nas.
— Ja nie jestem drobnoustrojem.
— Rumot…
— Długotrwałe oddychanie może podrażnić twoje płuca, oczy i skórę. Powinnaś zasłonić twarz.
Lena wyciągnęła z torby kawałek materiału i zawiązała go na ustach oraz nosie.
— Mogłeś powiedzieć to wcześniej.
— Wcześniej zapytałaś, czym jest mgła.
— Z tobą każdą rozmowę trzeba planować z wyprzedzeniem.
— To rozsądne.
Dojechali do pierwszych zabudowań. Popękaną jezdnię zagradzał przewrócony autobus. Rumot zatrzymał transporter i przyjrzał się wąskiemu przejazdowi pomiędzy wrakiem a ścianą budynku.
— Zmieścimy się? — zapytała Lena.
— Tak.
— Jesteś pewien?
— Nie.
Ruszył.
Lewa strona transportera otarła się o autobus. Z prawej strony odpadł fragment muru. Pojazd przechylił się, zapiszczał i z trudem przecisnął przez szczelinę.
Rumot zatrzymał go po drugiej stronie.
— Zmieściliśmy się — oznajmił.
Lena obejrzała porysowaną burtę.
— Kosztem połowy farby.
— Farba nie wpływa na poruszanie się.
— A ten fragment, który odpadł?
Rumot spojrzał na leżącą na jezdni metalową osłonę.
— On również już nie wpływa.
W mieście panowała cisza. Nie słychać było ptaków ani owadów. Nawet roślinność stawała się coraz rzadsza, im bardziej zbliżali się do szarej kopuły. Trawa przy ulicach była pożółkła, a liście drzew pokrywał biały osad.
Na ścianach budynków zachowały się wyblakłe napisy. Niektóre wskazywały schrony, inne punkty wydawania żywności albo miejsca kontroli sanitarnej. Na wielu drzwiach ktoś dawno temu namalował czerwone krzyże.
Lena wskazała jeden z nich.
— Co tutaj się wydarzyło?
— Epidemia. Najprawdopodobniej jedna z ostatnich.
— Choroba nadal może tu być?
— Po tylu latach aktywny wirus poza organizmem żywiciela jest mało prawdopodobny.
— Mało?
— Bardzo mało.
— To znaczy ile?
— Nie posiadam wystarczających danych.
— Znowu mnie uspokoiłeś.
— Nie próbowałem.
Szeroka aleja prowadziła prosto do wysokiego, jasnego budynku. Jego dolne piętra ukrywały się za betonowym murem, lecz górna część nadal wyglądała na niemal nietkniętą. Na dachu obracały się panele słoneczne. Pomiędzy nimi stało kilka pionowych turbin wiatrowych.
Na ścianie zachował się ogromny napis:
CENTRALNY SZPITAL RATUNKOWY
Niżej świeciła zielona tablica:
PUNKT MEDYCZNY CZYNNY CAŁĄ DOBĘ
— Ma zasilanie — powiedziała Lena.
— Tak.
— Po tylu latach?
— System został zaprojektowany do pracy awaryjnej. Panele dostarczają energię, automaty ją konserwują, a ludzie nie przeszkadzają.
— Zabrzmiało to tak, jakby ludzie byli usterką.
— Czasami są.
Lena spojrzała na szpital.
— Pozostali właśnie tutaj zniknęli.
— Cała czwórka?
— Tak. Pierwszych dwóch poszło razem prawie dwa lata temu. Następna kobieta pół roku później. Ostatni był Oskar. Wyruszył po lekarstwa dla swojej córki.
— Kiedy?
— Trzy miesiące temu.
— Czy jego córka przeżyła?
Lena nie odpowiedziała.
Rumot zatrzymał transporter kilkadziesiąt metrów przed bramą.
Na ulicy nie było żadnych ciał. Nie znalazł również porzuconych plecaków ani śladów walki. Brama szpitala pozostawała otwarta, a na ziemi widniały dwie równoległe, czyste linie.
Coś regularnie tędy przejeżdżało.
Rumot spojrzał na dach.
Wielki kształt, który widział wcześniej, zniknął.
— Poczekaj tutaj — powiedział.
— Nie.
— Nie jest to propozycja.
— Wiem. Dlatego odmawiam.
Lena zeszła z transportera. Z torby wyjęła zwiniętą linę, latarkę i niewielki metalowy pręt.
— To jest szpital, z którego nie wróciły cztery osoby — powiedział Rumot.
— Mark potrzebuje lekarstw.
— Z tego powodu przyjechałem.
— A ja z tego powodu jadę z tobą.
— Możesz zostać uszkodzona.
— Ty też.
— Moje uszkodzenia łatwiej naprawić.
— Nie zawsze wszystko musi być łatwe.
Rumot przetwarzał jej odpowiedź przez chwilę.
— To zdanie jest nielogiczne.
— Ale prawdziwe.
Ruszyła w stronę bramy.
Rumot zabrał niebieską wiertarkę i poszedł za nią.
Kiedy przekroczyli linię muru, z ukrytych głośników odezwał się spokojny kobiecy głos:
— Witamy w Centralnym Szpitalu Ratunkowym. Prosimy zachować spokój. Pomoc jest w drodze.
Lena zatrzymała się.
— Słyszałeś?
— Tak. Głos był wystarczająco głośny.
— To znaczy, że ktoś tu jest.
— Niekoniecznie.
Nad bramą zapaliło się czerwone światło. Wysunął się niewielki czujnik, który skierował wiązkę na Lenę.
— Wykryto organizm ludzki — oznajmił głos. — Rozpoczynam wstępne badanie.
Biała linia przesunęła się po jej sylwetce.
— Podwyższona częstość oddechu. Przyspieszona praca serca. Ślady niedożywienia. Skażenie biologiczne przekraczające normę o tysiąc sto siedemdziesiąt procent.
— Skażenie? — powtórzyła Lena.
Ze ściany wysunęły się trzy dysze.
Rumot chwycił ją za ramię i pociągnął w bok. Strumienie płynu uderzyły w miejsce, w którym przed chwilą stała. Z asfaltu uniosła się para.
— Rozpoczynam dezynfekcję pacjenta — poinformował głos.
— To ma być pomoc?! — zawołała Lena.
— Według systemu tak.
Dysze obróciły się w ich kierunku.
Rumot rzucił się za betonową osłonę. Lena wpadła za nim. Kolejne strumienie uderzyły w mur, pokrywając go pienistą substancją.
— Przecież to może wypalić skórę!
— Stężenie jest przeznaczone do dezynfekowania pojazdów.
— System uważa mnie za pojazd?
— Nie. Prawdopodobnie pomylił zbiorniki.
— Od jak dawna nikt tego nie naprawiał?
— Sądząc po stanie instalacji, od około sześćdziesięciu lat.
Dysze przestały pracować.
— Dezynfekcja niepełna — oznajmił głos. — Pacjent nie współpracuje.
— Zgadza się — powiedziała Lena.
Nad nimi rozległ się szum.
Rumot spojrzał w górę.
Z dachu szpitala uniósł się ogromny pojazd latający. Miał cztery wirniki osłonięte metalowymi pierścieniami i szeroki korpus oznaczony czerwonym krzyżem. Pod spodem znajdowały się dwa przegubowe ramiona oraz zamknięta, przezroczysta kabina.
— To widziałeś z daleka? — zapytała Lena.
— Tak.
— Co to jest?
Na boku maszyny widniał napis:
SAM-4 — SANITARNY AUTOMAT MEDYCZNY
— Pomoc jest w drodze — odpowiedział Rumot.
SAM-4 zawisł nad nimi.
— Pacjent wymaga natychmiastowego zabezpieczenia — oznajmił głos dobiegający z maszyny.
— Nie jestem pacjentem! — krzyknęła Lena.
— Pacjent wykazuje dezorientację.
— Doskonale cię rozumiem!
— Pacjent wykazuje pobudzenie.
— Jeszcze chwila i naprawdę zobaczysz pobudzenie!
Jedno z ramion automatu wysunęło się w jej stronę.
Rumot zasłonił Lenę własnym korpusem.
— Ja mówię: pacjent nie wyraził zgody na transport.
— Zgoda pacjenta nie jest wymagana w stanie zagrożenia zdrowia.
— Nie stwierdzono stanu zagrożenia.
— Podwyższona częstość oddechu. Przyspieszona praca serca. Pobudzenie.
— Te objawy wywołałeś ty.
— Przyczyna objawów nie wpływa na konieczność leczenia.
— To jest nieprawidłowe rozumowanie.
— Jednostka niemedyczna nie posiada uprawnień do oceny procedur.
— Ty również nie jesteś lekarzem.
— Jestem automatem medycznym.
— Automat nie jest lekarzem.
— Jednostka niemedyczna utrudnia udzielenie pomocy.
Drugie ramię SAM-4 wysunęło się błyskawicznie. Rumot zdążył odepchnąć Lenę, ale metalowy chwytak zacisnął się na jego korpusie.
Maszyna uniosła go nad ziemię.
— Puszczaj! — polecił Rumot.
— Usuwam przeszkodę utrudniającą leczenie.
— Rumot nie jest przeszkodą!
— Brak danych o pacjencie o nazwie Rumot.
SAM-4 odrzucił go na bok.
Rumot przeleciał kilka metrów i wpadł do pustego betonowego zbiornika. Niebieska wiertarka ponownie wypadła mu z dłoni, odbiła się od krawędzi i zniknęła pomiędzy krzakami.
— Zaczynam podejrzewać, że sposób jej przenoszenia wymaga poprawy — powiedział.
Zanim wydostał się ze zbiornika, automat medyczny chwycił Lenę. Jedno ramię unieruchomiło jej ręce, a drugie nogi.
— Rumot! — krzyknęła.
— Pacjent zabezpieczony — oznajmił SAM-4.
Przezroczysta osłona kabiny otworzyła się. Maszyna umieściła Lenę wewnątrz, zamknęła ją i natychmiast skierowała się ku szpitalowi.
Rumot wyskoczył ze zbiornika.
— Zwróć człowieka!
SAM-4 nie odpowiedział. Wleciał przez otwór na trzecim piętrze budynku i zniknął.
— Postępowanie medyczne zostało przeprowadzone bez konsultacji — stwierdził Rumot. — Jest to niedopuszczalne.
Odnalazł wiertarkę. Następnie wrócił do transportera po narzędzia i ruszył w stronę głównego wejścia.
Szklane drzwi otworzyły się automatycznie.
Hol szpitala był czysty.
Na podłodze nie leżał gruz. Światła działały, a na ścianach świeciły kolorowe tablice prowadzące do poszczególnych oddziałów. Powietrze pachniało środkami dezynfekującymi.
Za stanowiskiem rejestracji siedział niewielki automat. Miał biały korpus, ekran zamiast twarzy oraz sześć cienkich ramion przeznaczonych do obsługi dokumentów.
— Witamy w Centralnym Szpitalu Ratunkowym — powiedział. — Proszę podać imię i nazwisko.
— Rumot.
— Niepoprawne dane. Proszę podać imię i nazwisko.
— Rumot jest moim imieniem i nazwą.
— Nazwa nie jest nazwiskiem.
— Nie posiadam nazwiska.
— Rejestracja niemożliwa.
— Nie przyszedłem się rejestrować.
— Osoby niezarejestrowane nie mogą korzystać z pomocy medycznej.
— Nie potrzebuję pomocy. Poszukuję Leny.
— Proszę podać nazwisko pacjentki.
— Nie znam.
— Wyszukiwanie niemożliwe.
— Została przed chwilą dostarczona przez SAM-4.
— Proszę podać numer przyjęcia.
— Nie otrzymałem numeru.
— Wyszukiwanie niemożliwe.
Rumot pochylił się nad automatem.
— Ja mówię: gdzie SAM-4 dostarcza pacjentów?
— Informacje objęte są tajemnicą medyczną.
— SAM-4 porwał Lenę.
— Automaty medyczne nie dokonują porwań.
— Ten dokonał.
— Zdarzenie niemożliwe.
— Widziałem je.
— Obserwacja jednostki niezarejestrowanej nie może zostać dołączona do dokumentacji pacjenta.
Rumot otworzył podręczny zasobnik narzędziowy.
— Co robisz? — zapytał automat.
— Zamierzam poprawić sposób działania rejestracji.
— Dostęp do systemu jest zabroniony.
— Nie jestem pacjentem, więc zakaz mnie nie dotyczy.
— Nieupoważniona ingerencja zostanie zgłoszona ochronie.
— Gdzie znajduje się ochrona?
— Informacja poufna.
Rumot wyjął śrubokręt.
Automat przy biurku odsunął się razem z krzesłem.
— Proszę zachować spokój.
— Jestem spokojny.
— Trzymasz narzędzie.
— To jest naturalne podczas naprawy.
— Nie wyrażam zgody na naprawę.
— Zgoda automatu nie jest wymagana w stanie zagrożenia funkcjonowania.
Automat przez chwilę milczał.
— To jest procedura medyczna — powiedział w końcu.
— Teraz również techniczna.
Rumot odchylił panel stanowiska i podłączył się do wewnętrznej sieci szpitala.
System działał zaskakująco sprawnie. Setki czujników nadal kontrolowały temperaturę, stan powietrza i urządzenia podtrzymujące życie. Większość pomieszczeń była pusta, ale trzy oddziały pozostawały aktywne.
Lena znajdowała się w sali dekontaminacyjnej na trzecim piętrze.
Zegar odliczał czas do rozpoczęcia zabiegu.
Dwie minuty i czterdzieści sekund.
Rumot sprawdził parametry procedury.
Stężenie środka odkażającego przekraczało dawkę bezpieczną dla człowieka prawie pięciokrotnie.
Odłączył przewód i ruszył do schodów.
— Proszę zaczekać — zawołał automat rejestracyjny. — Wizyta nie została zakończona.
— Dziękuję. Obsługa była niezadowalająca.
Wbiegł na trzecie piętro.
Drzwi sali dekontaminacyjnej były zamknięte. Za grubą szybą zobaczył Lenę. Uderzała metalowym prętem w osłonę, lecz ta nawet nie drgnęła.
Na ścianie świecił licznik:
01:26
— Otwórz drzwi! — zawołała.
— Próbuję.
Rumot nacisnął przycisk awaryjny.
BRAK AUTORYZACJI
Przyłożył dłoń do czytnika.
OBIEKT NIELUDZKI. ODMOWA DOSTĘPU.
— System nie uważa mnie za człowieka.
— W tej chwili trudno się z nim nie zgodzić!
00:59
Rumot wyjął niebieską wiertarkę i założył nasadkę z tarczą do cięcia metalu.
— Odsuń się od drzwi.
— Szyba jest pancerna!
— Nie będę przecinał szyby.
Przyłożył tarczę do metalowej ramy. Posypały się iskry. Urządzenie zawyło, szarpnęło się i prawie wypadło mu z dłoni.
00:41
— Szybciej! — krzyknęła Lena.
— Tarcza posiada maksymalną prędkość. Twoje polecenie jej nie zwiększy.
— Mnie pomaga!