Wenecja
W drodze: Holenderskie pożegnanie
Poszło sprawnie: przesiadka w Leiden, szybki trucht na peron i już jadę. Lotnisko Schiphol koło Amsterdamu. To miejsce, jak zwykle, tętni życiem. Głosy zlewają się w jeden szum — zapowiedzi lotów, stukot kół walizek, rozmowy, śmiechy, a gdzieś w tle unoszący się zapach kawy i perfum, których ktoś użył zdecydowanie zbyt obficie w sklepie bezcłowym. Stoję przed tablicą odlotów i wpatruję się w niekończące się rzędy liter. Szukam swojego lotu do Wenecji — ma wystartować o dziewiątej trzydzieści.
Moje oczy, jeszcze zaspane, próbują nadążyć za migającymi nazwami miast. Myślami wciąż jestem w domu i nie mogąc przestać zastanawiać się, czy na pewno wszystko zabrałam.
Już sobie przypomniałam, że w pośpiechu, szykując się rano, zapomniałam o jednej rzeczy — kurtce przeciwdeszczowej. Wczoraj musiałam ją niespodziewanie wyprać, powiesiłam na balkonie, żeby wyschła, i już sobie tam została. A to wszystko przez kotkę Korbę i jej wieczorny spacer. Ona — jak to ona — wytarzała się w trawie i lekkim błocie, bo przecież w Holandii wiecznie pada. Po tej błotnej kąpieli złapałam łobuziarę na ręce, przy okazji brudząc sobie kurtkę. Czy będę tęskniła za tą kupką kłaczków? Pewnie, że tak. Zawsze za nią tęsknię! To moja bratnia dusza, taka moja mała kopia na czterech łapkach. Ruda, przemądrzała, troszkę wredna — a jednak potrafiąca być słodka.
Nagle czuję szarpnięcie. Coś — a właściwie ktoś — najeżdża mi na stopę. Odwracam się: wózek z bagażami, pchany przez pana dość pokaźnych rozmiarów, zatrzymał się na mojej nodze, a jego właściciel przygląda mi się z przejęciem, powtarzając cienkim, zupełnie niepasującym do jego sylwetki głosikiem: „Sorry, I am sorry”. Stoi tak i wciąż się na mnie gapi. Nie wiem, na co liczy? Może myśli, że się uśmiechnę i powiem: „Nic nie szkodzi”. Zabierając obolałą nogę odburknęłam mu z grymasem na twarzy tylko jedno słowo: patrz! Spojrzałam na niego znacząco i odeszłam. Oto cała ja z rana, niewyspana, półprzytomna i mająca daleko gdzieś wszystkie konwenanse. Jednak w drodze na odprawę poczułam lekkie wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że mogłam okazać temu panu więcej uprzejmości, ale stało się jak się stało i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Schiphol to — jeśli ktoś nie był — ogromne miejsce, gdzie nawet jeśli się zgubisz, nic złego się nie stanie. Tam można żyć, a nawet mieszkać, i to całkiem na niezłym poziomie. Zawsze, gdy tu jestem, przed oczami staje mi Tom Hanks z filmu „Terminal”. I wtedy sama na chwilę staję się takim Tomem. Idę na swoje stanowisko, rozglądam się po drodze. Mijam sklepiki, pokoje relaksacyjne, foteliki do masażu… Wystarczy mieć dwie sakiewki pieniędzy i można tu bawić się jak król.
Mam trochę czasu, więc rozglądam się za moją kawą — Starbucks, naturalnie. Tak, jestem kawoszem, choć po powrocie z podróży pójdę na odwyk… od niej, rzecz jasna. Bo jak to być we Włoszech i nie napić się maleńkiej, wyśmienitej małej czarnej? Jestem bardzo podekscytowana. Nie byłam tam od piętnastu lat. Czy od mojego ostatniego pobytu wiele się zmieniło? Sądzę, że tak. Ale czy będę miała dobre porównanie? Tym razem lecę do Wenecji — a tam jeszcze nigdy nie byłam. Dotąd poznałam tylko włoski „obcas”, ale coś z niego pozostało we mnie na zawsze. Tym razem chcę odwiedzić Wenecję, Florencję i Rzym. Jest już koniec września, ale liczę na ładną pogodę. Internetowa pogodynka zapowiada 20–26 stopni i deszcz. Mam nadzieję, że jednak obejdzie się bez niego — niech Włochy przywitają mnie słońcem, a nie parasolem.
Podróżuję z bagażem podręcznym, więc zabrałam tylko to, co naprawdę niezbędne. Dużo się nie zmieściło. Dwie podkoszulki, bluza, jeansy na zmianę, przewiewny kombinezon i cienkie lniane spodnie — na wypadek, gdyby zrobiło się gorąco. Do tego legginsy i koszulka z długim rękawem, bo pogoda może być zmienna.
W końcu się doczekałam — wejście na pokład i start. W czasie lotu nie mogę oderwać wzroku od widoków za oknem — majestatyczne szczyty Alp powoli wyłaniające się z chmur, zapierają dech w moich piersiach. Niestety moje kolana ciągle uderzają w oparcie krzesła pana siedzącego przede mną, przypominając mi, że mimo piękna krajobrazu, w samolocie panuje ciasnota. Nie mogę pojąć, dlaczego tak ustawiają siedzenia — czy naprawdę muszą być tak blisko siebie? Przecież tu prawie nie ma miejsca! A ja jestem wysoka i potrzebuję trochę przestrzeni na nogi. Pewnie nie tylko ja mam ten problem — przecież lecimy z Holandii.
Lekkie turbulencje. Zapinamy pasy ale po chwili pogoda się uspokaja. Wiatr ustępuje, a my znowu możemy je rozpiąć.
Na wyjście z samolotu nie musiałam długo czekać. Szybka akcja — drzwi postawione, wychodzimy z dwóch stron. Ja z tyłu, bo siedziałam bliżej końca.
Zadowolona wychodzę i… plusk! Cała nogawka moich jasnych jeansów mokra. Oby to nie było błoto… oby nie! Idę, rozglądając się za toaletą. W środku jeszcze raz przyglądam się nogawce. Nie wygląda źle — trochę ją przepiorę i będzie w porządku.
Z lotniska dojechałam autobusem pod hotel, z przesiadką po drodze. I, jak to ja, wysiadłam jedną stację za daleko. Wiedziałam, że mam wysiąść na trzynastej stacji. Liczyłam wszystkie przystanki ogłaszane w komunikatach głosowych — te, na których autobus może się zatrzymać, jeśli ktoś wciśnie przycisk stopu. Ale po piątej stacji „Orlanda” już się pogubiłam. Dziewięć przystanków z nazwą „Orlanda”? Naprawdę!
Lawiruję między małymi uliczkami, ciągnąc za sobą walizkę i szukając swojego hotelu. Gapię się w nawigację, która prowadzi mnie przez labirynt wąskich dróg. Prawie upadłam, zahaczając o krzywy krawężnik. Zapomniałam — przecież znowu jestem we Włoszech — wśród tych cholernie krzywych, wąskich chodniczków i uliczek pokrytych gładkimi, śliskimi od deszczu kamieniami. A ten to naprawdę cudownie zaparkował, szkoda, że nie wjechał jej do salonu. Witajcie w Italy!
Mijam ładny hotelik — spa. Bynajmniej z zewnątrz wygląda dobrze. Idę dalej za nawigacją. Jeszcze parę metrów — i oto szyld mojego hotelu: San Carlo. Żółta tablica bije po oczach z daleka. No cóż, tutaj raczej spa nie będzie — na to się chyba nie zanosi. W końcu szukałam hotelu tylko na dwa dni, więc chciałam, żeby cena była przystępna. Czego więc wymagam?
Przy recepcji, w bardzo klimatycznym wnętrzu, wita mnie sympatyczna pani Włoszka. Kobieta pyta, czy chcę również zarezerwować sobie śniadania, bo nie były wstępnie wliczone w cenę. Zgadzam się. W sumie 10 euro za śniadanie — niedużo. Do tego płacę 5 euro podatku. Super! Nie ma nic lepszego niż zejść rano na śniadanie i włoską kawę… Już się cieszę na samą myśl.
Dostaję kartę do pokoju i ruszam w stronę windy. Czekam chwilę, aż łaskawie zjedzie. Wreszcie się stacza — mała, trzeszcząca, obita wykładziną po sam sufit. Klimatyczna, trochę jak wehikuł z czasów RPL-u, w którym ktoś uznał, że dywan na ścianie to szczyt elegancji. Zastanawia mnie jedno: skąd ten brud na wykładzinie widzącej na ścianie? Gdyby leżała na podłodze, nie zdziwiłabym się — tyle ludzi, tyle depczących ją butów. Ale na ścianie? Może kiedyś leżała na podłodze, a potem ktoś ją tu powiesił, żeby wyglądało przytulniej? Winda rusza, leniwie wspina się na górę.
Wysiadam na swoim piętrze i ruszam korytarzem w poszukiwaniu pokoju numer 331. Łatwy do zapamiętania — przynajmniej teoretycznie. Bo u mnie z numerkami bywa różnie. Kiedyś z koleżanką wybrałyśmy się do kina na film. Sala kinowa 5, rząd 4, miejsca 12 i 13. Ledwo co zdążyłyśmy, bo tramwaj miał opóźnienie. W biegu, w zamieszaniu, oczywiście pomyliłam numerki: sala 4, rząd 5. W środku panował już totalny mrok, a wszyscy w ciszy oglądali film. Myślałam, że wchodzimy na zwiastuny i co gorsza, ktoś zdążył już zająć nasze miejsca!
Pomyślałam, że nie będę się kłóciła — dwa siedzenia obok są wolne, więc usiadłyśmy tam. Wysłałam jednak w stronę intruzów złośliwe spojrzenie — niech wiedzą, że nie jestem zadowolona. Siedzimy. Dziesięć minut mija, a film trwa dalej. To na pewno nie zwiastuny ani „Wicked”, na który przyszłyśmy. Wyciągam bilety, podświetlam je telefonem i sprawdzam.
— Hej, to nie ta sala. Musimy stąd wyjść — szepczę do koleżanki.
— Co ty mówisz? — odpowiada zdziwiona.– Co ty znowu odwalasz?
Jeszcze przez chwilę siedziałyśmy, bo nie mogłam się ruszyć, zachodząc się od śmiechu. Kiedy w końcu się opanowałam, cichutko ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Oczywiście, sala nas wypatrzyła od razu. Każde spojrzenie na nas spoczęło jak reflektor.
Uśmiecham się na to wspomnienie, gdy przykładam kartę, aby otworzyć drzwi. Ustępują z lekkim kliknięciem.
Na środku pokoju stoi łóżko — proste, białe, z lekko pogniecioną narzutą. Obok mały stolik z krzesełkiem, jakby wyjęty z innej epoki. Na ścianie obowiązkowe lustro, a przy drzwiach — szafa, która skrzypi już pod samym spojrzeniem. Tapeta w blado-różowym kolorze (taki wyblakły róż, majtkowy), w drobne kwiatuszki, połyskuje srebrem w świetle dziennym.
Wychodzę na malutki balkon, ledwie na dwa kroki. Zerkam w dół — mam widok na kanał, już prawie wenecki! Nie jest źle, myślę. Mam tylko dwa dni, żeby zwiedzić Wenecję, więc szybko otwieram walizkę. Szukam koszulki na zmianę — stara już lekko spocona. Spodnie zostają, nadal wyglądają dobrze. Zabieram ze sobą aparat — oczywiście, będę robiła zdjęcia.
Telefon, parasolkę… bo pogodynka mnie trochę wystraszyła, a niebo też nie wygląda zbyt przejrzyście.
Nieprzejrzyście? Granatowe? Czarne? Trudno powiedzieć! No dobra — jeśli zaraz nie runie mi na głowę, będzie dobrze. Jestem gotowa. Czas wyjść i zacząć mój pierwszy spacer po Wenecji.
Mój hotel znajduje się w jakiejś weneckiej dzielnicy, położonej parę kilometrów od centrum miasta. Nawigacja prowadzi mnie na przystanek. Czekam krótko, może z pięć minut. Podjeżdża pojazd T1 — nie wiem, czy to autobus, trolejbus, czy tramwaj. Trudno stwierdzić, ważne, żeby mnie zawiózł. Wsiadam. Jedziemy kilka minut, może z dwanaście, parę przystanków. Droga prowadzi wzdłuż kanału, a z obu stron rozciągają się piękne widoki. I nagle… jestem w „starej” Wenecji.
Wysiadam z tego czegoś na kołach i ruszam przed siebie. Nie mam pojęcia, dokąd idę, ale to nieważne. Mam dziś mało czasu, chcę się po prostu rozejrzeć. Jutro z rana wyruszę — już z gotowym planem tego, co chcę zobaczyć.
Przechodzę przez duży most. Jest cudownie. Wyciągam aparat i pstrykam zdjęcia, chwytając każdą chwilę, gdy tylko mam przed sobą odrobinę wolnego miejsca. Jedno ujęcie, drugie — bez zastanowienia. Ludzi jest sporo, choć myślałam, że będzie ich jeszcze więcej. Pewnie te czarne chmury na granatowym niebie odstraszyły zwiedzających. Idę dalej bez planu, ale z uśmiechem, zachwycając się po drodze małymi, urokliwymi uliczkami.
W przydrożnych restauracyjkach siedzą turyści, a może i miejscowi — jedzą, piją, rozmawiają. Wszystko dzieje się tu spokojnie, bez pośpiechu, jakby czas płynął inaczej. Po półgodzinnym marszu docieram nad duży kanał. Postanawiam zrobić sobie spacer wzdłuż wody, usiąść gdzieś, coś zjeść — w końcu jestem we Włoszech. Marzy mi się pasta: tortellini — al dente czy nie al dente, sos pomidorowy, carbonara, parmezan… i moja wyczekiwana kawa.
Kulinarny niewypał
Mijam restauracyjki, ale nie mogę się zdecydować, którą wybrać. Podchodzę, zerkam na menu, patrzę, co serwują. Trudny wybór. Ukradkiem obserwuję obsługę, wypatrując kucharza — chcę starego Włocha, takiego, który ugotuje mi coś z duszą. W końcu decyduję się na knajpkę ze stolikami nad samym kanałem. Ładne miejsce, a widok jeszcze lepszy.
Podchodzę do tablicy przed wejściem i zerkam na menu umieszczone w gablocie.
W tej chwili podchodzi do mnie kelner — kurczę, chyba nie Włoch, raczej przyjezdny. Za chwilę pojawia się drugi — też trudno dostrzec w nim Italiano. Może brat tamtego? Mam dziwne przeczucie, że w kuchni siedzi stary Włoch, ale już tylko jako duch opiekun.
Decyduję, że zostanę tu na posiłek gdy miły pan podchodzi z kartą. Zamawiam na początek bruschettę oraz ravioli z serem w sosie grzybowym. Kawy jeszcze nie biorę — wybieram świeży sok z pomarańczy.
Po chwili kelner przynosi mi szklankę soku i bruschettę na drewnianej, okrągłej tacce. Już na pierwszy rzut oka coś tu nie gra. Może to ta zwiędła rukola, którą udekorowano przystawkę? Mina mi zrzedła — czuję lekkie rozczarowanie. Cóż, mam nadzieję, że dalej będzie już tylko lepiej. Wzrokiem przeczesuję stół w poszukiwaniu oliwy z oliwek, ale nie znajduję. Dziwne. We Włoszech zawsze podawano ją do dań. Trudno. Biorę kęs bruschetty. Pomidory lekko kwaśne, już nie pierwszej świeżości. Masakra. I nawet czosnku prawie nie czuć. Oliwy brak! Jestem rozczarowana, ale może drugie danie uratuje sytuację.
Popijam sokiem — świeżo wyciskanym z kartonu, bo na pewno nie z pomarańczy.
Po kilku minutach pojawia się danie główne. Fajnie, że tak szybko, jestem naprawdę głodna. Oprócz jakiejś lichej kanapki i kawy serwowanej w samolocie nie zdążyłam dzisiaj nic zjeść.
To osiem wychudzonych, niedogotowanych, jak się potem okazało, ravioli, ułożonych po cztery z każdej strony talerza. Domyślam się, że były nadziane serem. Już na pierwszy rzut oka widzę, że zamiast sosu grzybowego kucharz użył „sosu mojej siostry”. Jeśli ktoś chce przepis, proszę bardzo: woda, sól, pieprz i zagęszczamy. Bardzo zagęszczamy mąką. To nie sos, to krochmal! Moja babka używała takiego do usztywniania pościeli — kto pamięta poszewkę na kołdrę z kopertą, ten wie, o czym mówię.
Trzy grzyby na krzyż i jeden wielki glut. Jaja sobie robi?! Do oczu napływają mi łzy, zaraz się rozpłaczę. Jestem zmęczona po podróży, głodna, a zaraz jeszcze będzie lało. Czuję się jak dziecko, które pod choinką zamiast wymarzonej zabawki znajduje skarpetki.
A przecież miało być tak pięknie!
Przywołałam kelnera wzrokiem, tym razem już ewidentnie wkurzonym. Podszedł po chwili.
— Czy już pani skończyła? — zapytał zdziwiony, spoglądając to na mnie, to na mój prawie pełny talerz.
— Tak, poproszę rachunek — odpowiedziałam chłodno, choć w środku aż się we mnie gotowało.
Kelner spojrzał znowu na mój talerz i zapytał z udawaną troską:
— Czy smakowało pani?
Prawdę mówiąc, mógł sobie to darować.
— Nie, nie smakowało — odpowiedziałam z miną małej, obrażonej dziewczynki. Kelner lekko się zdziwił. Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi. W sumie… czego oczekiwał? Po tak „wyśmienitych” daniach.
— A skąd pani pochodzi? Skąd jest pani? — zagadnął, najwyraźniej chcąc złagodzić atmosferę.
— Przyjechałam z Holandii, ale urodziłam się w Polsce. Jestem Polką — odpowiedziałam spokojnie, prostując się przy stole, nadal twardo trzymając w sobie wściekłość.
— O, to fajnie! Ja byłem w Warszawie — oznajmił uradowanym głosem.
Na pewno wszyscy byliście w Warszawie albo w Krakowie, bo tylko te polskie miasta znacie z nazwy — pomyślałam, uśmiechając się od niechcenia. Wyciągam kartę, by uregulować rachunek — trzydzieści euro. Ciekawe, za co właściwie?
Kelner powtarza kwotę, pewnie licząc na napiwek. Ani on, ani ten „podrobiony” włoski kucharz nie zasłużyli na ani grosza.
Wstałam, pożegnałam się i odeszłam, zostawiając za sobą niedopowiedzianą ironię i zmęczenie po całym dniu. Po kulinarnym niewypale udałam się na poszukiwanie mojej włoskiej kawki. Potrzebowałam chwili wytchnienia, aromatu i ciepła w dłoniach, żeby odzyskać choć odrobinę radości po tym rozczarowującym posiłku.
Spacer między gondolami
Tym razem obrałam sobie cel — idę w kierunku bazyliki św. Marka. Kręcę się po małych, urokliwych uliczkach, mijam kawiarenki i restauracyjki, ale czekam na tę jedną, wyjątkową.
Mijam sklep Poli Museo della Grappa, zerkam przez ramię na wystawę pełną butelek w dziwacznych kształtach. Następnie przechodzę przez mały mostek i niemal od razu trafiam na uroczą cukiernię Prodotti Tipici — Gelato Artigianale.
Wchodzę do środka — powietrze pachnie słodyczą, wanilią i kakao. Na wystawie, aż roi się od ciast, kremowych rolad i maleńkich babeczek. Wybór ogromny, ale w końcu decyduję się na tiramisu. I to był strzał w dziesiątkę. Delikatne, kremowe, idealnie wyważone — z każdym kęsem czuć, że ktoś przygotował je z sercem. Taki zastrzyk cukru, a może i kolejny krok ku cukrzycy, był mi dziś naprawdę potrzebny.
Po całym dniu podróży, zwiedzania i nerwów związanych z tym nieszczęsnym sosem poczułam się od razu lepiej.
Jestem gotowa na dalszy marsz przez Wenecję. Idę wąskimi uliczkami, mijając po drodze piękne budowle — kościoły, kaplice, a może bazyliki, trudno stwierdzić. Skręcam w lewo i wychodzę nad wodę. Wąski kanał po obu stronach otoczony kolorowymi kamienicami — z jednej strony ceglasta czerwień z łagodnie postrzępioną elewacją, z drugiej delikatny róż i żółć. Na wodzie kołyszą się małe łódki, jedna z nich jest żółto-niebieska, przycumowana tuż przy brzegu.
Nad kanałem wznosi się drewniany mostek, prosty, a jednocześnie pełen uroku, z ciemnego drewna kontrastującego z jasnymi murami budynków. Okna kamienic mają ciemnozielone, uchylone okiennice, a na ich fasadach widać ślady czasu — miejscami odpadający tynk, gdzieniegdzie nierówności farby, które nadają miejscu charakter i historię. Cisza, spokój, i ledwie słyszalne pluskanie wody pod mostkiem — idealne miejsce na krótki spacer i obserwację codziennego życia Wenecji z dala od tłumów turystów.
Po krótkim momencie zachwytu kontynuuję podróż. Zatrzymuję się przy sklepie z torebkami. Wystawa przyciąga wzrok — śmieszne, oryginalne fasony. Torebki mają wszyte zegarki z maleńkimi wskazówkami, które naprawdę pokazują aktualny czas.
Idę dalej. Mijam kanały, urocze zaułki, a na jednym z mostków postanawiam zrobić sobie zdjęcie. Rozglądam się — potrzebuję kogoś, kto nie ucieknie z moim aparatem. Dostrzegam kobietę, starszą Azjatkę, też z aparatem — wygląda, jakby wiedziała, co robi. Uprzejmie proszę ją o zdjęcie. Kuca, ustawia kadr, próbuje ująć mnie z dołu, żebym zmieściła się cała, i pstryka kilka fotek. Dziękuję jej z uśmiechem, po czym zerkam na efekty. O Boże… nic się nie nadaje! No cóż — przynajmniej miała dobre chęci.
Na kolejnym mostku zauważam przepływające gondole i zrobię kilka zdjęć. Fotki wychodzą urocze — ciemnopomarańczowe ściany starych kamienic odbijają się w wodzie, a między nimi suną eleganckie, czarne gondole prowadzone przez gondolierów w pasiastych koszulach. Ich ruchy są spokojne, niemal hipnotyzujące. Całość wygląda jak z włoskiej pocztówki.
Po niedługim czasie dochodzę do Placu Świętego Marka, który znajduje się w najstarszej części Wenecji. Cudownie. Ludzi jest trochę, ale tłumów nie widać — można oddychać. Wprost przede mną wznosi się wysoka dzwonnica, dumnie górująca nad placem. Obok, w oddali, majaczy się przepiękna bazylika św. Marka, a otaczające Plac Stara i Nowa Prokuracja przywodzą mi na myśl krakowskie Sukiennice.
Do Starej Prokuracji przylega też Torre dell’Orologio, czyli Wieża Zegarowa, która wznosi się tu od drugiej połowy XV wieku. Wiem, że na jej szczycie znajdują się dwa posągi Maurów, które uderzają co godzinę w dzwon. Super!
Na środku Placu Świętego Marka roi się od gołębi. Przechodnie karmią je resztkami chleba i bułek, a ptaki niechętnie ustępują miejsca pieszym, jakby to one były tu gospodarzami. Utrudniają przejście, ale ich obecność ma w sobie coś niezwykle malowniczego.
Plac św. Marka łączy się z Piazzetta San Marco, na której dumnie stoją kolumna św. Marka i św. Teodora, a po lewej stronie — Pałac Dożów. Przechodząc obok pałacu, nie mogę oderwać wzroku od gotyckich elewacji, które wychodzą w stronę kanału i placyku św. Marka. To tam, w jego głównej części, przez wiele stuleci znajdowały się cele więzienne.
Przez kanał pałacowy rozciąga się słynny Most Westchnień. Wykonany z białego marmuru istryjskiego, jest dumny i majestatyczny. Przy bliższym spojrzeniu widać na jego fasadzie dwadzieścia misternie wyrzeźbionych masek. To on łączył niegdyś Pałac Dożów z nowym więzieniem, a jego ponura nazwa, związana była z westchnieniami skazanych żegnających wolność. Dziś na szczęście Most Westchnień ma inną, romantyczną legendę: przepłynięcie gondolą pod jego łukiem ma zapewnić zakochanym wieczną miłość.
Gondole suną powoli pod mostem, a widok ich pasażerów, ujętych w złocistym świetle, wydaje się niemal magiczny — jakby historia i romantyzm splatały się tu razem.
Jest już dość późno, a ja czuję zmęczenie. Pogoda też nie dopisuje — jak było ciemno, tak jest. Na szczęście nie pada.
Ostatni punkt, który chciałam dziś zobaczyć, to stara księgarnia. Mam nadzieję, że uda mi się do niej dotrzeć i nie padnę po drodze. Wbijam adres w nawigację i ruszam przed siebie.
Libreria Acqua Alta znalazłam bez problemu w jednej z weneckich, ciasnych uliczek. To urocze miejsce, założone przez Luigiego Frizzo, położone nad kanałem, słynie z oryginalnego przechowywania książek w gondolach, wannach i łodziach, aby chronić je przed powodziami.
Już samo wejście jest magiczne i pełne historii. Na jednej ze ścian właściciel ułożył stare, zniszczone książki, co nadaje miejscu jeszcze bardziej charakterystyczny wygląd i czyni je idealnym tłem do zdjęć. W środku, obok kasy, siedzi śliczny biały kotek. Od razu zatęskniłam za swoją Korbą — czy również o mnie myśli?
Obok jakaś kobieta natarczywie robi mu zdjęcia. Kotek ma już dość roli modela i chowa główkę pod łapką. Właścicielka — a może sprzedawczyni? — ruszyła mu na pomoc, zabierając go z lady w bezpieczne miejsce.
W bibliotece jest mnóstwo różnych książek — od klasyki literatury dziecięcej, takiej jak „Pinokio”, po albumy o Wenecji. Rozglądam się, wręcz chłonąc atmosferę tego miejsca. Dla siebie wybrałam cienki kalendarz na przyszły rok ze zdjęciami Wenecji. Wplątane w kadry oczywiście były kotki — jak mogłoby ich zabraknąć?
Kawy już nie szukam — choć wokół jest pełno kawiarni, jestem zbyt zmęczona, żeby zatrzymywać się jeszcze gdzieś przy stoliku. Z żalem rozpoczynam podróż powrotną.
Postanawiam wrócić vaporetto do stacji kolejowej, a stamtąd autobusem lub czymkolwiek innym do hotelu.
Bilet na vaporetto kosztuje 9 euro. To nie 80 czy 100 euro za gondolę. Poza tym jestem sama, a płynięcie gondolą jest zbyt romantyczne, żeby… płynąć w pojedynkę. Aczkolwiek… może to tylko moje wrażenie?
Okej, 9 euro to nie 100 euro a widoki pozostają zachwycające, może nawet bardziej panoramiczne. Nawigacja prowadzi mnie na przystanek San Zaccaria. Czekam może z pięć minut, aż podjeżdża tramwaj wodny nr 1, który powiezie mnie przez kanały Wenecji.
Na pokładzie panuje tłok, stoję wśród innych pasażerów i rozpływam się w widokach. Mam aparat cały czas w gotowości i robię zdjęcia, gdy tylko pojawia się wolny kadr — nikt mi nie zasłania widoku, bo ludzie cały czas się przemieszczają.
Co chwilę spoglądam na kobietę, która obsługuje wejście i zejście pasażerów. Jest postawna, z mocnym głosem i jeszcze mocniejszym charakterem. Za każdym razem, gdy musi przejść z jednego końca łodzi na drugi, przepycha się przez tłum, krzycząc: „Rozejść się! Rozejść się! Musi być miejsce!”. Naprawdę potrzebuje sporo przestrzeni. Ludzie próbują z nią dyskutować, inni jej odpyskują, a ona coraz bardziej wściekła przesuwa się od burty do burty, rozpychając ich na boki swoim „tyłeczkiem”. Cała ta sytuacja, z nią w centrum uwagi, zaczyna mnie bawić. Gdyby nie ona, rejs byłby naprawdę nudny.
Już jest wieczór. Powoli zapada zmrok, a że dzień nie był słoneczny, ciemnieje szybciej niż zwykle. Z nieba zaczynają padać drobne krople deszczu. Szkoda, ale widoki pozostają zachwycające.
Przypomina mi się scena z filmu „Śmierć w Wenecji”. Kto oglądał, ten wie, o czym mówię — pochmurna, szara pogoda i łódka płynąca kanalem. Tym razem ja też na takiej niecodziennej łodzi płynę z brzegu do brzegu.
Podróż trwa bardzo długo. Nie mogę się już doczekać końca tej podróży.
W końcu nadchodzi mój przystanek Ferrovia — przy stacji kolejowej Santa Lucia. Dziękuję kobiecie za podróż, uśmiechając się lekko. Odpowiada mi w podobny sposób, również z delikatnym uśmiechem. Chyba mnie polubiła — myślę w duchu, że nie stałam przez całą podróż w przejściu.
Wychodzę z ulgą na twardy grunt — ojejku, deszcz teraz pada jeszcze mocniej. Wyciągam parasolkę, rozkładam ją i ruszam przed siebie, szukając pojazdu, który dowiezie mnie szczęśliwie z powrotem do hotelu. Autobusem nr 80 w ciągu 7 minut docieram na swój przystanek przy hotelu. Tym razem nie omijam go — wysiadam dokładnie tam, gdzie trzeba.
Wchodzę do pokoju, chwila odpoczynku, ale głód daje o sobie znać. Dziś zjadłam tylko pyszne tiramisu i trochę nieszczęsnego obiadu, więc postanawiam wybrać się do pizzerii, którą zauważyłam po drodze na przystanek, kiedy jechałam T1 do centrum Wenecji. Wyglądała… no, całkiem zachęcająco.
Sprawdzimy, może tym razem zjem dobrą pizzę. Wchodzę do pizzerii San Marco, niepewna, czy jeszcze jest czynna, czy może już zamknięta. Wnętrze świeci pustkami, a sprzedawca gdzieś zniknął. Czekam chwilę, aż wreszcie pojawia się ktoś, kto może mi pomóc.
— Ciao, czy mogę jeszcze zamówić pizzę?
— Tak, oczywiście — odpowiada sprzedawca po włosku. Włosi są u siebie, mówią po swojemu.
— Mieliśmy małą awarię prądu… — mówi dalej szybko, gestykulując i pokazując ręką na piec. Ja tylko patrzę, nie rozumiejąc nic.
— Cosa? — pytam, używając jedynego włoskiego słowa, które w tej chwili przychodzi mi do głowy.
Kucharz uderza dłonią w piec i znów tłumaczy, tym razem bardzo wolno, jakby od jego tempa mówienia miało zależeć moje zrozumienie.
Na pewno każdy choć raz był w podobnej sytuacji. Pamiętam, jak kiedyś na wycieczce z Krakowa do Pragi, podczas obiadu, jedna pani z naszej grupy próbowała zamówić kompot do picia. Nie znała angielskiego słowa, więc zaczęła do kelnerki machać ręką i powoli, bardzo wyraźnie mówić: kooompoot. Do dziś pamiętam, jak się wtedy śmiałam. Bo przecież jeśli ktoś nie zna języka, to nieważne, czy mówisz szybko, czy wolno — i tak tego nie zrozumie! Gdyby jakiś Chińczyk zwracał się do mnie w swoim własnym języku, mogłabym jedynie kiwać głową, nie rozumiejąc ani słowa.
W końcu domyśliłam się, że chodzi o piec — musi się nagrzać. Trzeba poczekać.
— Pewnie, poczekam — odpowiadam.
— Poproszę pizzę wegetariańską na wynos, bo w oddali grzmi i obawiam się nadchodzącej burzy, oraz kawę na miejscu, którą wypiję, czekając na pizzę.
Kucharz uśmiecha się lekko i zabiera do pracy. Siedzę przy stoliku, sama w pustej sali. Przede mną kawa — moja pierwsza we Włoszech. Nie jest zła, lecz nie gorąca; lubię kawę parującą i mocną, a to z pewnością nie było to, na co czekałam.
Moja pierwsza kawa we Włoszech, którą pamiętam, urzekła mnie całkowicie. Czarna, gęsta jak likier, pachnąca — to był raj. Raj na ziemi. Nie wiem, czy moje wspomnienia są zbyt wyidealizowane, czy po prostu po tylu latach wszystko już nie smakuje tak samo. Ta niestety nie zrobiła na mnie wrażenia — wolałabym Starbucks.
Kiedy otrzymałam gotową pizzę, pożegnałam się z kucharzem: „Ciao, ciao, ciao!” — i ruszyłam w stronę hotelu.
Siadam na hotelowym łóżku i otwieram pudełko z moją gorącą, włoską pizzą. Ciasto cieniutkie, delikatnie posmarowane sosem pomidorowym. Na wierzchu cztery plasterki grillowanego bakłażana, pięć kawałków cukinii, cztery drobne paski papryki i kilka krążków cebuli. I… to wszystko? A gdzie reszta? Może jakieś pieczarki? Oliwki? Hallo!
Jestem wkurzona, ale próbuję pierwszy kawałek — i muszę przyznać, że smakuje świetnie. Warzywa są doskonale przypieczone, pachną dymem z grilla. Ciasto jest chrupiące a sos aromatyczny. Naprawdę dobra pizza… tylko jakoś mało warzyw. Czuć malizną.
Zmęczona ale w końcu najedzona leżę w łóżku i słyszę deszcz stukający o parapet. Wenecja gdzieś tam za oknem oddycha swoim nocnym rytmem, a ja powoli odpływam w sen. Dzień pełen wrażeń, zaskoczeń i smaków — nie zawsze tych, których się spodziewałam — dobiega końca. Jutro też będzie pięknie. Może nawet bardziej.
Poranek w hotelu San Carlo
Wstaję lekko zziębnięta. Noc była chłodna, a zamiast kołdry znalazłam tylko cienką narzutkę. Następnym razem muszę założyć coś cieplejszego do spania. Nie będę przecież prosić o kołdrę — może wciąż mają tu sezon letni.
Zerkam na telefon — szósta. Śniadanie dopiero o siódmej, więc muszę chwilę poczekać. Nie polecę przecież pierwsza, wygłodniała jak wilk. Zejdę o siódmej trzydzieści, to będzie wyglądało lepiej. Zostaję więc w łóżku i przeglądam wczorajsze zdjęcia. Kilka fotek nada się na relację na Facebooka — a czemu by nie?
O siódmej trzydzieści schodzę na śniadanie. Windy nie dotykam, idę schodami. Jestem pierwsza, ale zaraz po mnie pojawia się para młodych ludzi.
Wybór śniadania jest raczej skromny: żółty ser, jakaś wędlina w stylu mortadeli, parówki ustawione pionowo w kubku (takiego sposobu podania jeszcze nie widziałam), do tego jajko na twardo, marmolada i płatki zbożowe. Włosi nie przywiązują wagi do śniadań — croissant i kawa w zupełności im wystarczą.
Nakładam coś na talerzyk i nalewam kawy z automatu. Niedobra. Ale cóż, po wczorajszym dniu nic mnie już nie zdziwi. Po chwili schodzą dwie kobiety — wyglądają na „matkę z córką”, może Hinduski, a może o bardziej „cygańskiej” urodzie. Młodsza rozgląda się po bufecie i z niezadowoloną miną, po kolei nakłada wszystko na talerz. Albo jest głodna, albo po prostu chce spróbować wszystkiego.
Starsza kobieta, w długiej sukience i adidasach, z torebką przerzuconą przez ramię i materiałową siatką w dłoni, podchodzi do szklanego baniaka z wodą. Wyciąga z torby pustą plastikową butelkę i zaczyna ją napełniać. Udaję, że tego nie widzę. Pani z obsługi też udaje. Kiedy pierwsza butelka jest już pełna, kobieta chowa ją do siatki i wyciąga drugą. W mojej głowie pojawia się jedna myśl: ale obciach!
Czy naprawdę nie mogła nalać tej wody z kranu? Przecież to dokładnie ta sama woda. Nie mam co do tego złudzeń — wiem to aż za dobrze. Na studiach dorabiałam w weekendy jako pokojówką i znam te wszystkie hotelowe triki od podszewki.
Na stołówkę wchodzi jeszcze jedna kobieta, Włoszka. Wita się z kelnerką i wymieniają ze sobą kilka zdań w swoim języku. Po chwili pani z bufetu przynosi jej kawę — nie z automatu, tylko z ekspresu przy barze w holu. Tamta dziękuje, uśmiechają się do siebie, rozmawiają chwilę jak stare znajome.
„Matka” z „córką” siedzące obok wyraźnie zdenerwowane. Szepczą coś między sobą z minami, które mówią wszystko: „Dlaczego ona dostała lepszą kawę?”. No kurde, mi też się to nie podoba! Ale udaję, że nic się nie dzieje — siedzę spokojnie i piję swoją lurę z automatu.
Za chwilę na śniadanie schodzi kolejna kobieta — też Włoszka, przynajmniej tak wygląda. Krótkie „Buongiorno”, uśmiechy, dwa zdania wymienione i… sytuacja się powtarza. Znowu kawa z ekspresu, nie z automatu. Tamte dwie przy stole już prawie parują ze złości. Zaraz chyba wybuchną. Patrzę na nie i aż chce mi się śmiać. Ale z drugiej strony — trochę to niesprawiedliwe. Jedni to „nasi”, inni tylko turyści. Chyba napiwku tutaj też nie będzie. I weź nie wyjdź na skąpca.
Drugiego dnia w Wenecji planowałam trzymać się harmonogramu, ale po całym wczorajszym dniu zwiedzania byłam jeszcze lekko zmęczona. Postanowiłam więc pozwolić sobie na odrobinę spontanu: przejdę się, zrobię drobne zakupy, kupię upominki dla najbliższych, znajdę dobrą restaurację, zjem coś porządnego i napiję się aromatycznej, włoskiej kawy.
Kupujemy pamiątki!
Dzisiaj zamierzam pójść w innym kierunku, może odkryję coś, czego jeszcze nie widziałam. Weszłam w ulicę ze sklepikami oferującymi upominki, torebki i biżuterię. Dookoła stały też budki, w których można było kupić różne drobiazgi — magnesy na lodówkę, breloczki, pocztówki.
Weszłam do sklepu z torbami, w mojej torebce zepsuł się suwak więc nadarzyła się okazja aby sobie prezent — prawdziwą włoską torebkę.
Przywitała mnie sprzedawczyni — bardzo ładna, sympatyczna dziewczyna, trochę zawstydzona, jakby dopiero zaczynała tu pracę. Rozglądałam się po sklepie pełnym półek zastawionych torbami i plecakami. Szukałam czegoś niedużego, ale pojemnego — żebym mogła zmieścić aparat z obiektywem, parasolkę, portfel, chusteczki i dokumenty w bezpiecznej kieszeni na suwak. W oko wpadła mi torba w kolorach włoskiej flagi — biała, czerwona i zielona. Pomyślałam jednak, że to trochę zbyt „włoskie”. Zaczęłam więc oglądać kolejne.
W sklepie było wąsko, więc gdy sięgałam po jedną torebkę z przodu, dwie inne przypadkiem strącałam tyłkiem. Sprzedawczyni patrzyła na mnie z nieśmiałym uśmiechem. W końcu znalazłam brązową, która bardzo mi się spodobała. Założyłam ją na ramię i pomaszerowałam do lusterka, żeby się z nią pooglądać. Zapakowałam do niej aparat, portfel, parasolkę — i …. za mała. Scenka z przepakowywaniem powtórzyła się jeszcze z dziesięć razy. Do sklepu weszła para turystów, więc zaczęłam rozglądać się za swoim aparatem. W pewnym momencie zorientowałam się, że moje rzeczy leżą porozrzucane po całym sklepie — aparat na walizkach, parasolka na półce z plecakami, portfel gdzieś między torbami. Zaczęłam nerwowo je zbierać, próbując przywrócić porządek w tym małym włoskim chaosie, który sama wywołałam. Sprzedawczyni śledziła mnie wzrokiem, nie przestając się uśmiechać — może z sympatii, a może z lekkiej ulgi, że niczego jeszcze nie zrzuciłam.
Wróciłam do tej biało-czerwono-zielonej torby, tej w kolorach włoskiej flagi. Zastanawiałam się nad nią od początku i wyglądało na to, że to właśnie ona mnie wybrała.
— Dobrze, biorę ją — powiedziałam z triumfem, jakbym właśnie podjęła ważną życiową decyzję. Sprzedawczyni uśmiechnęła się szeroko — tym razem z wyraźną ulgą.
Zapłaciłam, odebrałam torbę, pożegnałam się krótkim:
— Ciao, ciao!
Wyszłam na ulicę, czując się jak prawdziwa Włoszka z nową, narodową torebką na ramieniu.
Daleko nie zaszłam, gdyż naprzeciwko wpadła mi w oczy witryna z biżuterią ze szkła z Murano. Już czuję, że dzisiaj to chyba nie będzie zwiedzania. Zachwycona ręcznie wykonanymi drobiazgami, przeglądam po kolei małe cudeńka. Wybór jest trudny — wszystko lśni, wszystko kusi, a ja, typowa turystka, czuję się jak dziecko w sklepie z cukierkami.
W końcu decyduję się na wisiorek w odcieniach bursztynu — idealny do moich rudych włosów. Dobieram do niego kolczyki, a potem jeszcze bransoletki — jedną dla siostry (tej od sosu, wiadomo), drugą dla koleżanki. Z uśmiechem podchodzę do kasy, zadowolona z siebie — zakupy udane, prezenty wybrane, można żyć.
Tuż obok wchodzę do następnego sklepu, jego witryna również przykuła moją uwagę. Po prostu… oczojebna! Kolory, światło, drobiazgi poukładane w perfekcyjny chaos — trudno oderwać wzrok.
Po lewej stronie sklepu, na cienkich gałązkach drzewa, wiszą łańcuszki i korale. Pomiędzy nimi, niczym promyki światła, wplecione są delikatne wstążki, które razem tworzą przepiękną, niemal bajkową kompozycję. Pod spodem, na drewnianej półce wyłożonej miękkim aksamitem, znajdują się równo ułożono kolczyki, bransoletki i pierścionki — wszystkie w odcieniach zieleni. Tuż obok, jak w starannie zaplanowanej tęczy, czekają na mnie kolejne zestawy: biżuteria w błękitach, w żółciach, czerwieniach, różach, a na końcu — w głębokiej czerni. Stoję jak zaczarowana, jakbym trafiła do jakiegoś szklanego raju. Nie wiem, gdzie patrzeć najpierw — wszystko błyszczy, mieni się i szepcze: „Kup mnie, kup mnie!”. Gdybym miała nieco więcej miejsca w walizce (i trochę mniej zdrowego rozsądku… okej, większą walizkę), chyba wykupiłabym pół sklepu.
Wzięłam do ręki bransoletkę z koralików w odcieniach niebieskiego i zaczęłam ją przymierzać, zakładając na nadgarstek. W tej samej chwili przechodząca obok sprzedawczyni przyciągnęła moją uwagę, więc ją zaczepiłam i zapytałam:
— Nie mogę się zdecydować, który kolor będzie mi pasował?
— Ten — odpowiedziała pani z lekkim uśmiechem, wskazując bransoletkę, którą właśnie miałam na nadgarstku.
Nie wiem, czy jej odpowiedź była przemyślana, czy po prostu tak powiedziała od niechcenia, ale pewność w jej głosie sprawiła, że poczułam się spokojniejsza. Wybrałam ją.
Kolejnym budynkiem, do którego wchodzę, jest sklep z maskami karnawałowymi. Uwagę moją przyciąga witryna, w której poukładane są przeróżne, kolorowe maski. W środku tego sklepu stoi, zapewne właściciel, dość potężny mężczyzna w białym, długim fartuchu. Dookoła niego leży kilka masek, które właśnie maluje na biało, a następnie zapewne przyozdobi. Na pierwszy rzut oka ta scenka wygląda trochę przerażająco; przypomina mi się scena z filmu „Hostel”, kiedy gość z piłą podchodzi do więźnia, żeby go rozczłonkować. Skąd to skojarzenie? Naprawdę nie wiem. Maski są bardzo ciekawe, wykonane w różnym stylu i kolorze. Oglądam produkty i zastanawiam się, czy nie kupić jednej na pamiątkę, ale w sumie co z nią zrobię? Miejsca w walizce też mam niewiele. Jak kupić, to którą? Jest ich za dużo, a wszystkie są bardzo interesujące. Kiedy stoję nad półką z największymi maskami, które są wykonane z drewna, do środka wchodzi para turystów w średnim wieku.
— Ojej! Tę muszę kupić! Chodź, zobacz! Przecież jak założę taką maskę na karnawał, to im wszystkim szczęka opadnie! Biorę ją! — słyszę znajomy język.
Udaję, że nie rozumiem, o czym rozmawiają. Teraz już wiem, do czego taka maska może się przydać, tylko nie mam takiej osoby, której chciałabym, żeby ta szczęka opadła.
Wychodzę ze sklepu. Zadowolona z dzisiejszych zakupów, robię małą przerwę na kawę. Wreszcie — myślę sobie — napiję się kawy normalnie, w kawiarence, bez pośpiechu. Liczę, że będzie pyszna… i że w tym włoskim raju kawa nie okaże się kolejnym małym, gorzkim zaskoczeniem.
Udałam się na kawę do Città Italia Café przy Fondamenta della Maddalena, w samym sercu miasta. Zajęłam stolik z widokiem na okazałą bazylikę i weneckie uliczki, które wyglądały, jakby ktoś je starannie poukładał, żeby turysta mógł się zgubić. Kawa była dobra. Nie wspaniała, ale okej.
Siedząc przy stoliku, obserwowałam przechodzących ludzi — spacerujących, dyskutujących, ustawiających się do zdjęć lub pstrykających fotki. Pomyślałam, że sama mam niewiele zdjęć na tle Wenecji i najwyższy czas to nadrobić.
Idę przed siebie — zrelaksowana, zadowolona z zakupów i prezentów, lekko pobudzona małą dawką kofeiny. Wszystko dziś wydaje się idealne: nawet pogoda dopisuje, i na niebie wreszcie pojawiło się słońce. To będzie miłe pożegnanie z Wenecją.
Mijam sklep ze słodyczami — na wystawie kuszą ciasteczka, babeczki, czekoladki i bezy wielkości pięści budowlańca. Jeszcze takich dużych nie widziałam! Cztery euro za jedną — cena w sam raz do jej rozmiaru.
Włoskie pożegnanie i brak „Ciao, bella”
Podchodzę do mostku, na którym zebrało się już kilku turystów robiących sobie zdjęcia. Tak, tutaj i ja chcę zdjęcie! Wypatruję w tłumie znowu kogoś, kto wygląda na takiego, co to raczej daleko nie ucieknie, i proszę o zrobienie mi zdjęcia. Zaczepiam jedną panią, zgadza się i pstryka mi kilka ujęć. Ustawiam się ze swoją nową włoską torebką — lewy bok, prawy, na wprost — jak rasowa modelka w Mediolanie. A co! No, może bardziej jak modelka po dwóch dniach zwiedzania, z rozczochranymi włosami i bez makijażu, ale kto by tam się czepiał. Ważne, że włoska torebka błyszczy! Przeglądam zdjęcia i uśmiecham się pod nosem — stara a głupia.
Idę dalej, rozglądając się wokół. Podziwiam monumentalne budowle, obserwuję ludzi zatopionych w rozmowach, spokojnie pijących swoje kawy. Po dwóch dniach spędzonych we Włoszech dochodzę do wniosku, że ci Włosi — mężczyźni — są zupełnie inni. Inni niż ich zapamiętałam. Gdzie są ci gorący Włosi w obcisłych koszulkach, z dobrze zbudowanymi torsami i nienagannie ułożonymi włosami postawionymi na żel, opierający się o ściany budynków i krzyczący za tobą: „Ciao, bella! Come stai?”. I te iskierki w tych brązowych, pożerających cię w całości oczach. Ich obecność zdawała się wypełniać całe ulice, a teraz? Może to rzeczywiście nie ten rejon Włoch. Może ta pogoda, te śnieżne zimy, ochłodziły ich temperament. A może… to mój rocznik już nie ten, co kiedyś?
Skręcam w wąską, brukowaną uliczkę wypełnioną ciepłym światłem popołudniowego słońca. Po obu stronach mieszczą się stare kamienice, których tynki noszą ślady czasu — tu i ówdzie odsłaniając cegły. Okiennice mają lekko przetarte krawędzie, a z każdej fasady z doniczek zwisają kwiaty, których zielone pnącza delikatnie opadają w stronę chodnika. Nad wejściem do jednej z tych kamienic wisi prosty, lecz urokliwy szyld: PIZZERIA. Światło lampy stojącej przy ścianie rzuca ciepłe refleksy na ceglasty jej mur.
Drzwi do lokalu stoją uchylone, zapraszając przechodniów do środka aromatem świeżego ciasta i pieczonego sera.
Zgłodniałam, nawet bardzo. Po małym, skromnym śniadaniu oprócz kawy nie miałam nic wustach. Nie mam ochoty na pizzę, zjem coś innego, ale tym razem wybiorę lepszą restaurację niż ostatnio.
Kieruję się już w stronę stacji busów, po drodze licząc na znalezienie czegoś ciekawego. Mijam niewielką restauracyjkę — wygląda sympatycznie, jakby można było tu dobrze zjeść. Decyduję się zostać w tej restauracji. Wybieram mały stolik na zewnątrz, idealny dla jednej osoby. Siadam, obserwując uliczkę, i spokojnie czekam, aż podejdzie do mnie kelner. Mimo że wciąż czuję lekkie obawy przy składaniu zamówienia, mam nadzieję, że tym razem trafię na coś smacznego.
— Proszę, to menu. Czy napije się pani wody? — pyta kelner.
— Tak, poproszę — odpowiadam.
— Wodę gazowaną czy nie? — dopytuje.
— Normalną — mówię zdecydowanie.
Gdy kelner odchodzi po wodę, przeglądam menu i decyduję się na serowo-szpinakowe ravioli w sosie parmezanowym. Na początek proszę o przystawkę caprese, licząc na to, że będzie smaczna. Popijam wodę, jestem spragniona, i czekając na posiłek, obserwuję otoczenie. Stolik po prawej zajmuje starsza para z młodszą kobietą, zakładam, że to ich córka. Czekają na zamówione dania, popijając białe wino. Po lewej kobieta w starszym wieku kończy swoje prosecco, co kilka sekund nerwowo spogląda w stronę drzwi, jakby zaraz miał się w nich pojawić kelner z rachunkiem.
Siedząc i przyglądając się ludziom wokół, nie zauważyłam podchodzącego do mnie kelnera. Przystawka okazała się wyśmienita — świeża mozzarella, dojrzałe pomidory polane złocistą oliwą i posypane aromatyczną bazylią. Smak pieści moje podniebienie, a niepokój, który wcześniej mi towarzyszył, znikną bezpowrotnie. Już nie boję się, że zamówione danie okaże się kolejną kulinarną porażką.
W końcu podano moje ravioli w sosie parmezanowym. Poprawiam talerz, unoszę widelec i pozwalam pierwszemu kęsowi zaskoczyć podniebienie. Wyśmienite ciasto, wypełnione aksamitnym serowo-szpinakowym farszem, otulone kremowym sosem, porusza każdy zmysł i chwyta za serce.
Wreszcie czuję, że wróciłam do domu — szczęśliwa, radosna: „Tak, mamo, jestem z powrotem. Witaj, ukochana Italio!”
Kiedy zjadłam swoje ravioli, poczułam lekki niedosyt. Na talerzu pozostał tylko kremowy sos. Sięgnęłam po kawałek chleba z wiklinowego koszyczka, który podano mi razem z daniem, i zaczęłam wyjadać nimi resztki z talerza — aromatyczny smak wciąż rozpływał mi się w ustach. Kobieta przy sąsiednim stoliku robiła to samo, najwyraźniej jej również smakowało.
Miejsce kobiety popijającej prosecco zajęła para młodych ludzi. Obok nich dosiadła się jeszcze jedna osoba. Zaczęło robić się gwarno — ludzie schodzili się na kolację, a ja nawet nie zauważyłam, że zapadł zmierzch.
Fruzja i Dolina Pięciu Stawów
Trzeba uciekać na busa i wracać do hotelu. Jutro nowe wyzwanie — podróż do Florencji. Czy urzeknie mnie tak samo jak Wenecja? Nie mam pojęcia, czego się spodziewać. Wiem tylko, że przed wyjazdem Fruzja mnie ostrzegała: „To kolebka sztuki, trzeba zobaczyć jak najwięcej!”.
Znamy się z Fruzją od lat szkolnych, a podczas ostatniej naszej rozmowy telefonicznej napomknęłam jej, że wybieram się między innymi do Florencji. Powiedziałam jej, że skoro spędzę tam niecałe dwa dni, to nie robię planów na zwiedzanie. Trochę się poszwendam — pójdę nad rzekę, trochę odpocznę na łonie natury.
— Jaka natura?! Ty jedziesz do Florencji, kolebki sztuki! Nie możesz nie zobaczyć dzieł Michała Anioła! Serio! Tam tworzył Leonardo da Vinci –tak się wkurzyła i tak głośno gadała przez telefon, że aż ucho mnie zabolało.
To kobieta pełna wrażeń, miłośniczka dużego miasta. Fruzja mieszka na uboczu małego miasteczka na Lubelszczyźnie — na prawdziwym zadupiu. Rano sarenki przychodzą na jej taras, przyklejają nosy do oszklonych drzwi i, trzepocząc rzęsami, sprawdzają, czy już wstała. Oczywiście, że wstała. Fruzja wstaje każdego dnia o 5 rano, zaparza kubek kawy, której nigdy nie ma okazji wypić do końca, i w szarym, frotowym szlafroku zaczyna latać po domu. Trzeba przecież tyle zrobić. Na każdy dzień ma plan, który układa dzień wcześniej, a u niej nie ma mowy, żeby coś mogło pozostać niewykonane.
Dwa lata wcześniej, podczas letnich wakacji, wybrałyśmy się na tydzień do Zakopanego. Fruzja jest fanką gór — ma nawet książeczkę wspinacza-skauta, w której w każdym schronisku stemplują jej zdobyte szlaki i potwierdzają dojście do celu.
Wstawałyśmy wcześnie rano, bo przecież trzeba iść w góry, gdy inni turyści jeszcze smacznie śpią. Spakowałyśmy plecaki i wyruszyłyśmy na szlak. Fruzja zaplanowała, że dzisiaj zdobędziemy Dolinę Pięciu Stawów, pomimo zapowiadanych porannych burz.
Nie byłam przygotowana na deszcz — przyleciałam do Polski tylko na kilka dni i nawet nie pomyślałam, żeby zabrać coś na deszczowe dni. Najwyraźniej często o tym zapominam.
Na szczęście siostra poratowała mnie takim jednorazowym płaszczem przeciwdeszczowym, jakich jest pełno do kupienia w kioskach na Krupówkach.
Gotowa do wymarszu, zakładam plecak na plecy i nowe buty trekkingowe, które specjalnie kupiłam na ten wyjazd. Oczywiście zabieram też ze sobą płaszcz. Wydaje mi się, że jestem dobrze przygotowana na wędrówkę po górach.
Na początek trasy, prowadzącej do Doliny Pięciu Stawów, przywiózł nas bus, do którego wsiadłyśmy na przystanku niedaleko naszego zakwaterowania. Idziemy laskiem w górę, jest jeszcze lekko pochmurno i chłodno, mimo że mamy sierpień. Po półgodzinnej wędrówce zagrzałyśmy się już wystarczająco, a moje stopy zaczynają płonąć w nowych butach sięgających wysoko za kostkę. Czuję, że duży palec u prawej stopy zaczyna pobolewać i lekko pulsować. Ale nie chcę marudzić — wiem, że u Fruzji to i tak nie przejdzie. Plan musi być wykonany do końca, bez względu na przeszkody.
Nagle zaczyna kropić deszcz, a my udajemy, że nic się nie dzieje. Jest nam już dość ciepło, więc mały deszczyk nam nie zaszkodzi. W miarę jak zbliżamy się do celu, krople stają się coraz większe, a deszcz przybiera na sile. Wyciągam z opakowania swój nieprzemakalny płaszcz od kochanej siostry, który okazuje się żółtą peleryną z wielkim kapturem. Oto, jak mnie ubrała! Nic mi nie pozostało, jak narzucić tę płachtę na siebie i liczyć, że burza jednak się rozmyśli.
Jest mi potwornie duszno w tych cholernych butach, a teraz jeszcze w tej foliowej saunie na sobie. Zakładam tylko kaptur od bluzy, daruję sobie ten z płaszcza — boję się, że się po prostu ugotuję.
Fruzja chyba się zgubiła. Wyciąga mapę i na rozwidleniu dróg sprawdza, którym szlakiem mamy iść. Na szlaku ani żywej duszy. Myślę, że każdy normalny człowiek w taką pogodę siedzi pod kocem, a nie urządza sobie górskie spacery w deszczu.
— Tam! — pokazuje ręką w prawo.
No to idziemy. Posłusznie podążam za koleżanką, która też jest już kompletnie przemoczona i sunie przed siebie jak czołg. Zrobiła się niezła ulewa. Ślizgam się po błocie, które z każdą minutą staje się bardziej grząskie, i uważam, żeby nie wywalić się na śliskich kamieniach, po których teraz wspinamy się pod stromą górę. Widok jest malowniczy: strumyk wody spływający po głazach i dwie wariatki — jedna w żółtej pelerynie, postrzępionej od gałęzi — ślizgające się w błocie i próbujące dostać się na szczyt.
Kiedy w końcu się udaje, podnosimy się z kolan i patrzymy przed siebie. Kurcze. Przecież stąd tam nie dojdziemy. Dolina Pięciu Stawów jest gdzieś daleko na dole, a my stoimy na szczycie góry, z której zejście w taką pogodę to proszenie się o śmierć. Zrezygnowane, mokre i zawiedzione, patrzymy na siebie i postanawiamy zawrócić.
Schodzimy w dół wzdłuż strumieniu — bo ta „droga” już tak właśnie wygląda. Moje stopy płoną, zaraz eksplodują z bólu. Najchętniej zdjęłabym te przyciasne, gorące buty i wsadziła gołe nogi w lodowaty potok. Ale nie. Jestem twarda. Dam radę.
Wracamy tą samą drogą, aż do pewnego momentu, potem zaczynamy błądzić. Fruzja po raz kolejny wyciąga mapę, z której niestety nic już nie będzie– cała mokra, atrament się rozpłynął. Koniec nawigacji.
Wchodziłyśmy pod górę, to teraz idziemy w dół — to na pewno gdzieś wyjdziemy. Cały czas leje jak z cebra. Jesteśmy przemoczone i całe wręcz parujemy, z gorąca od tej wspinaczki z przeszkodami. Czuję, że ubrania mam już mokre, włosy też. Przypominam sobie o kapturze z peleryny i naciągam go na głowę. Cholera! Trzy litry wody spłynęły mi prosto po twarzy. Ten cholerny, wodoodporny kaptur napełnił się po brzegi deszczówką, którą mam teraz nawet w biustonoszu. Powinnam się wściec, ale jest mi już wszystko jedno. Przemoczona, zgrzana i obolała, chcę tylko wrócić do domu. I nagle — jak na złość — wypogadza się. Deszcz przestaje padać, wychodzi słońce. Całkiem przyjemna pogoda, taka idealna na chodzenie po górach. Idziemy przed siebie jeszcze z dwadzieścia minut, nie odzywając się do siebie. Chcemy po prostu stąd wyjść. W końcu wychodzimy na szlak. Szczęśliwe, że wreszcie dojdziemy do przystanku.
Po chwili mijamy dwóch chłopaków, uśmiechniętych, rozmawiających żywo o czymś między sobą. Obaj w krótkich spodenkach, podkoszulkach i lekkich butach trekkingowych. Na nasz widok urywają rozmowę i patrzą zdziwieni.
— Daleko jeszcze do asfaltu?! — woła Fruzja, podchodząc do jednego z chłopaków.
— Nie, tam! — wskazuje ręką jeden z nich, lekko wystraszony, a może tylko zaskoczony. Mokre, całe w błocie, ja w żółtych strzępach czegoś tam, patrzymy w kierunku, który nam pokazał. I rzeczywiście — jakieś cztery metry przed nami, za drzewami, widać asfaltową drogę.
Chłopcy odchodzą w swoją stronę, kontynuując zagorzałą rozmowę. I nagle Fruzja wyskakuje do mnie — musiała trochę podskoczyć, bo, jak to mówią, ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu — i ze złością macha mi palcem przed oczami, grożąc:
— Pamiętaj, byłyśmy tam. Nikt nie może się dowiedzieć: jadłyśmy pomidorówkę w schronisku!
— Dobra — odpowiedziałam.
Miałam się zapytać, czy jadłam zupę z makaronem, czy z ryżem, ale nie chciałam jej jeszcze bardziej rozzłościć. I tak biedna nie ma stempla w książeczce.
Przywołuję kelnera i proszę o rachunek. Kelner podchodzi i pyta uprzejmie, czy wszystko mi smakowało.
— Dziękuję, było bardzo, bardzo dobre! — mówię z entuzjazmem, jakbym właśnie ogłosiła, że wygrał konkurs kulinarny.
— Buonissimo! — dodaję i, pełna włoskiego temperamentu, robię gest dłonią: zginam palec środkowy, przykładam go do policzka i kręcę nim w kółko. Pamiętam to jeszcze z mojej pierwszej wizyty we Włoszech — wtedy starsza pani w cukierni dokładnie tak samo zachwycała się czekoladkami.
Kelner patrzy na mnie z lekkim rozbawieniem, po czym parska śmiechem. Jedno wiem na pewno — zrobiłam mu dzień. A on mi — wyśmienitym obiadem. Tutaj napiwek należy się bez dwóch zdań.
Zmierzam w kierunku stacji powoli, delektując się ostatnimi minutami w tym uroczym mieście. Na ulicach zrobiło się pusto, aż dziwnie. Jeszcze chwilę temu tłumy ludzi, gwar, rozmowy, a teraz cisza. Słychać tylko mój stukot butów po kamiennym bruku i plusk wody w kanałach. Powietrze pachnie wodą, wilgocią i trochę kolacją.
Zatrzymuję się na mostku. Siostra mówiła: „Tam śmierdzi i pełno ludzi.” Wącham, czy naprawdę ta woda śmierdzi? Nic nie czuję. Mieszkam od lat w Holandii, gdzie są tysiące kanałów — a może, kurna, i u nas śmierdzi, może już się przyzwyczaiłam.
Wenecja żegna mnie spokojem, bez pośpiechu, jakby mówiła: „Wróć jeszcze kiedyś”. Uśmiecham się pod nosem i ruszam dalej. Jutro Florencja. Ale póki co — jeszcze tu jestem.
W autobusie, mimo późnej godziny, jest tłoczno. Kilka osób wraca z pracy. Atmosfera jest bardzo przyjemna i spokojna — każdy jest życzliwy dla siebie, jak jedna wielka rodzina. Takiego widoku w środkach transportu publicznego w Holandii dawno już nie widziałam. Tutaj jest po prostu fajnie.
Ostatni poranek w Wenecji
Ostatnie śniadanie w Wenecji. Ten sam zestaw: parówki w kubku, jajka na twardo itd. Dzisiaj tylko coś słodkiego — croissant z czekoladą i kawa, ta sama niedobra co wcześniej. „Matka” z „córką” pojawiły się dopiero później, kiedy ja już kończyłam. Torba i siatka też były obecne.
Pokój gotowy do opuszczenia. Schodzę do recepcji, omijam windę, żeby nie ryzykować spóźnienia na pociąg, oddaję kartę i żegnam się z hotelem. Ciao Wenecjo, witaj Florencjo!
Na dworzec przyjechałam za wcześnie, miałam jeszcze sporo czasu. Pogoda cudowna, słoneczna — szkoda, że dopiero teraz, kiedy wyjeżdżam, niebo się rozpogodziło. Chodzę wzdłuż kanału, ciągnąc walizkę. Szukam miejsca, gdzie mogłabym przysiąść, ale nie znajduję żadnej ławeczki. Postanawiam wejść na dworzec.
Czekam pod tablicą odjazdów około 20 minut, aż w końcu wyświetla się komunikat: pociąg do Rzymu Frecciarossa 9415, przejeżdżający między innymi przez Florencję, odjeżdża z peronu 13. Kieruję się tam i wchodzę do podstawionego pociągu, szukając swojego miejsca.
Wagon jest wygodny, myślę, że podróż będzie naprawdę przyjemna. Całą drogę siedzę sama — świetnie. W ciszy mogę podziwiać widoki za oknem, piękno Toskanii. Pociąg sunie wzdłuż łagodnych wzniesień, gdzieniegdzie widać gospodarstwa otoczone polami, porośniętymi winoroślą lub innymi uprawami.
Zakładam słuchawki na uszy i kontynuuję słuchanie audiobooka, którego zaczęłam słuchać, będąc jeszcze w Holandii: „Obudź w sobie olbrzyma” Anthony’ego Robbinsa. I taką mam też nadzieję! Słuchając, wzroku nie odrywam od widoków za oknem. To były bardzo relaksujące dwie godziny, które upłynęły mi niespodziewanie szybko.
🌶️Ravioli z sosem Arabbiatta
Składniki na ciasto:
— mąka pszenna 500 g
— pół łyżeczki soli
— 3 łyżki oleju (u mnie oliwa z oliwek)
— szklanka gorącej wody — 250 ml
Składniki na farsz:
— pieczarki (u mnie brązowe) 500 g
— jedna duża cebula
— przyprawy (sól, pieprz, papryka ostra — według uznania)
Sposób przygotowania:
Cebulę obrać i drobno posiekać w kostkę. Podsmażyć ją na maśle klarowanym (lub oleju), aż się zeszkli. Pieczarki umyć, w razie potrzeby obrać, cienko pokroić i dodać do cebuli.
Całość poddusić na niewielkim ogniu, aż grzyby zmiękną, a następnie doprawić do smaku solą i pieprzem. Gotowy farsz przełożyć na sitko, aby pozbyć się nadmiaru wody.
Składniki na ciasto dokładnie wymieszać i zagnieść, aż powstanie jednolita, elastyczna masa. Część ciasta cienko rozwałkować, a następnie pokroić nożem na małe kwadraty. Na środek każdego kwadratu nałożyć porcję farszu i przykryć drugim kawałkiem ciasta. Brzegi dokładnie skleić, najlepiej dociskając je widelcem — dzięki temu ravioli zyskają ozdobne ząbki. Można też po prostu skleić je palcami. Gotowe ravioli wrzucić do wrzącej, osolonej wody z dodatkiem jednej łyżki oliwy. Gdy wypłyną na powierzchnię, zmniejszyć ogień i gotować jeszcze około 5 minut.
Sos Arrabbiata
Składniki:
— 2 lub 3 ostre papryczki (mogą być też suszone)