E-book
7.88
drukowana A5
45.28
Rubiez

Bezpłatny fragment - Rubiez


Objętość:
253 str.
ISBN:
978-83-8467-957-9
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 45.28

Rozdział 1. Rubież

Stacja graniczna „Argus” od dawna nie była już miejscem, do którego ktokolwiek leciał dla przygody. Leżała na rubieży Układu Słonecznego, daleko od głównych szlaków, w przestrzeni, gdzie czasem jedynym wydarzeniem przez wiele tygodni był przelot komety albo wykrycie asteroidy wartej oznaczenia dla ekip wydobywczych. Dawniej wojskowa i ważna, teraz pełniła głównie dyżur nasłuchowy. Około stu mieszkańców tworzyło zamkniętą społeczność z własnym obiegiem wody, produkcją żywności, szkołą, blokiem medycznym, zapleczem technicznym i niewielkim sektorem rekreacyjnym.

Z zewnątrz Argus przypominał rozłożony w próżni mechaniczny kwiat. W centrum znajdował się dawny wojskowy trzon z dokami, centrum dowodzenia i najstarszymi modułami mieszkalnymi. Od niego odchodził pierścień oraz dwanaście długich ramion nasłuchowych. Kiedyś śledziły ruch flot, emisje napędów i obiekty zbliżające się do granic Układu. Teraz większość pracowała w trybie automatycznym, wychwytując anomalie, sygnały jednostek wydobywczych i śmieci pozostałe po dawnych wyprawach.

Wewnątrz stacja miała własny rytm. O szóstej czasu pokładowego rozjaśniały się panele w sektorach mieszkalnych. Godzinę później zaczynała pracę szkoła, hydroponika przechodziła na pełne światło, a w kantynie uruchamiano pierwsze automaty żywieniowe. Wieczorem dzieci wracały z zajęć, technicy schodzili ze zmian, ktoś szedł na basen, ktoś do niewielkiej sali treningowej. Po roku człowiek potrafił przewidzieć, kto pojawi się w windzie po otwarciu drzwi.

Największym luksusem nie była woda ani energia. Była nim zmiana. Nowa twarz, niespodziewana wiadomość, statek z centrum Układu albo awaria, która zmuszała ludzi do zrobienia czegoś inaczej niż wczoraj. Na stacji każda kłótnia miała po dwóch dniach kilka wersji, a każdy nowy romans stawał się faktem społecznym szybciej, niż zainteresowani zdążyli ustalić, czy w ogóle jest romansem.

Matylda przyleciała na Argusa około roku wcześniej. Stacja nie miała niczego, co mogłoby przyciągnąć kolonistów poza spokojem, którego początkowo szukała. Z czasem jednak ten spokój zaczął przypominać pustkę.

Pracowała w sektorze energetyki, pilnując rozdziału mocy, magazynów energii i systemów, które zwykle działały bez jej pomocy. Poważniejsze awarie zdarzały się rzadko, resztę załatwiały automaty i serwisanci. Matylda, trzydziestoletnia brunetka o ciemnych, piwnych oczach, zwyczajnie się nudziła. Brakowało jej ludzi, nowych twarzy i dotyku, którego technologia potrafiła naśladować, ale którego nie potrafiła zastąpić.

Tego ranka jej największym problemem był skok poboru w sekcji hydroponiki. Jedna z lamp pełnego widma zaczęła pobierać o cztery procent więcej mocy, niż przewidywała charakterystyka. System sam zaproponował odłączenie całej gałęzi, ale Matylda odrzuciła sugestię. Gdyby zrobiła to bez sprawdzenia, przez dwie godziny połowa upraw zostałaby bez światła.

Przeszła więc przez dwa pierścienie stacji z walizką pomiarową. W hydroponice pachniało wilgotną ziemią. Technik ogrodniczy stał na drabinie i przeklinał sterownik lampy.

— System chce mi zgasić pół sufitu — powiedział.

— System nie je sałaty — odpowiedziała Matylda. — Dlatego łatwo mu podejmować decyzje.

Problemem okazał się nadpalony element zasilacza. Wymieniła go ręcznie, wpisała obejście do rejestru i została między rzędami roślin. Lubiła hydroponikę. Tutaj przynajmniej coś rosło, zmieniało się z dnia na dzień i nie wracało po każdej zmianie do tej samej wartości na ekranie.

Kiedy wychodziła, minęła rodzinę z dwójką dzieci. Młodszy chłopiec niósł doniczkę z kiełkującą fasolą niczym najcenniejszy ładunek na stacji. Matylda uśmiechnęła się do niego, a potem przez resztę drogi do energetyki czuła znajome ukłucie. Sama nie wiedziała już, czego brakowało jej bardziej. Chyba po prostu kogoś, kto czekałby na nią po zmianie.

Na Argusie prawie wszyscy byli z kimś związani. Ci nieliczni samotni mężczyźni, których spotykała na co dzień, nie budzili w niej zainteresowania. Dlatego czterech pilotów dwóch jednostek technicznych, którzy po długiej zmianie zatrzymali się po tej stronie stacji, natychmiast zwróciło jej uwagę.

Piotr podchodził pod czterdziestkę. Był dowódcą jednej z jednostek i potrafił opowiadać o pracy w przestrzeni tak, że nawet zerwany holownik przy asteroidzie lecącej w stronę Neptuna brzmiał jak historia z filmu. Matylda usiadła blisko niego w kantynie i słuchała. W pewnej chwili Piotr przerwał opowieść i zerknął na nią.

— Rozsunął ci się zamek przy dekolcie.

Dopiero wtedy Matylda spojrzała w dół i zauważyła, że kombinezon techniczny rozpiął się bardziej, niż zamierzała. Kiedy podniosła wzrok, Piotr nadal patrzył na nią, ale już się nie uśmiechał. Ciemne włosy Matyldy zasłoniły jej oczy.

— Och, do czego to doszło — powiedziała półgłosem.

Potrzebowała rozładować napięcie i poczuć prawdziwą bliskość. Kosmos był ogromny, ludzi niewielu, a coraz doskonalsze substytuty nie rozwiązywały samotności.


Do kajuty wróciła wieczorem i uruchomiła kapsułę.

— Cholera — mruknęła, układając się wygodnie na ławeczce kapsuły.

Nogi opuściła po bokach ławeczki, ramiona ułożyła nad głową. Okulary z sensorami przy skroniach przesyłały impulsy, a migająca dioda zdradzała rosnącą intensywność programu. Pod powiekami pojawił się obraz na tyle sugestywny, że oddech Matyldy szybko stracił równy rytm.

Kiedy system rozpoznał właściwy poziom pobudzenia, korpus maszyny przesunął się bliżej. Ciepły dotyk zsynchronizował się z wizją wyświetlaną w korze mózgowej. Łatwo było uwierzyć, że za tym dotykiem stoi drugi człowiek.

Ustawiła wcześniej potencjometr na „stanowczy”. Mogła wybrać program delikatniejszy, mocniejszy albo maksymalny, lecz ostatniego nigdy nie używała. Koleżanka z wcześniejszej pracy na księżycach Jowisza spróbowała kiedyś z ciekawości i później przez godzinę nie miała siły wstać z kapsuły.

Matyldzie wystarczał „stanowczy”. Program działał na tyle sugestywnie, że ciało reagowało szybciej, niż chciała to przyznać.

Zamknęła oczy mocniej. W wirtualnym obrazie czuła czyjąś obecność; poza nim pracowała tylko maszyna. Z jej ust wyrwało się krótkie westchnienie.

— Och.

Przez kilka sekund pozwoliła sobie zapomnieć, że wokół jest tylko maszyna.

Dioda zaczęła zwalniać. Konsola łagodniała, wyciszając program, aż wreszcie zatrzymała się całkowicie.

Matylda jeszcze chwilę leżała bez ruchu. Oblizała usta i powiedziała zachrypniętym głosem sama do siebie:

— Pieprzona technologia. Oddam milion kredytów za żywego mężczyznę.

Kapsuła odpowiedziała jedynie krótkim sygnałem zakończenia programu. Matylda parsknęła śmiechem.

— Widzisz? Nawet się nie obrazisz.

Usiadła i odpięła sensory od skroni. Po kilkunastu sekundach znów widziała zwykłą kajutę i terminal przy ścianie; zmysły dawało się oszukać, samotności nie.

Na komunikatorze czekała wiadomość z energetyki. Następnego dnia miała objąć późniejszą zmianę, bo jeden z techników zgłosił gorączkę. Matylda zatwierdziła zmianę grafiku, a potem długo patrzyła na listę ludzi aktualnie obecnych na stacji. Nazwiska pilotów nadal widniały w sektorze gościnnym. Na razie nic z tym nie zrobiła.


Dwa miesiące wcześniej, zanim Piotr wrócił na Argusa, podobny poranek zaczynała Justynka. Była pielęgniarką. Od dwóch lat, właściwie od chwili ukończenia szkoły, pracowała na Argusie. Ściągnął ją tutaj Tomek, jej chłopak, zwabiony dobrym kontraktem przy systemach produkcji i recyrkulacji wody. Na początku wydawało im się, że trafili na rubież tylko na chwilę. Leżeli we wspólnej kajucie i snuli plany o własnym domu gdzieś pośrodku wielkiej polany otoczonej dziewiczym lasem.

Marzenia były jednak marzeniami, a życie życiem. Justynka obudziła się tego dnia wcześniej i poszła do pracy przed czasem. Lubiła poranne godziny w recepcji bloku medycznego. Mogła spokojnie przejrzeć zgłoszenia, uzupełnić dokumentację i przygotować listę pacjentów, zanim stacja na dobre się obudziła.

Blok medyczny zajmował niewielki fragment dawnego modułu wojskowego. Miał salę zabiegową, dwa pokoje obserwacyjne, izolatkę, laboratorium i gabinety, które projektowano jeszcze dla znacznie większej obsady. Teraz większość drzwi pozostawała zamknięta, a światło zapalało się dopiero po wykryciu ruchu.

Justynka lubiła ten spokój. Przed siódmą słyszała głównie pompy obiegu powietrza i ciche sygnały aparatury. Po ósmej zaczynały się dziecięce szczepienia, drobne urazy z warsztatów, kontrole kości po dłuższych lotach i ludzie, którzy przychodzili porozmawiać, bo nie mieli z kim rozmawiać gdzie indziej.

Na Argusie medycyna łączyła funkcję przychodni i pogotowia, a przy okazji stawała się miejscem, do którego trafiały problemy społeczne stacji. Anna mawiała, że w zamkniętej społeczności lekarz prędzej czy później dowiaduje się o człowieku więcej niż jego partner.

Razem z nią i Tomkiem tym samym promem przyleciała na Argusa Łucja, jej najlepsza przyjaciółka. Przez pierwszy rok wszystko układało się świetnie. Później zaczęło się psuć.

— Cholera — powiedziała Justynka pod nosem.

— Co tam pani mówi, siostro Justynko? Że chce pani napić się ze mną kawy?

Zmieszała się. Doktor Artur był naprawdę fajnym facetem, tylko interesowała go prawie każda atrakcyjna kobieta, która znalazła się dostatecznie blisko. Do tego była jeszcze doktor Anna, która stawiała sprawę jasno: kontakt tak, uczucie nie.

— On na ciebie leci — powiedziała Dorota z sąsiedniego biurka, przygotowując karty szczepień dla dzieci.

— Ech, ale pani doktor Anna…

— Ona ma męża i nigdy nie zostawi go dla doktora Artura.

— Ale jak oni tak mogą? Kocha jednego, jest z nim, a w międzyczasie śpi z drugim?

Dorota odłożyła kartę.

— O Annie? Tu nic nie jest proste. Jak siedzisz rok na stacji z tymi samymi ludźmi, samotność zaczyna cię gryźć. A wolnych, którzy jeszcze cię interesują, policzysz na palcach.

— A jej mąż?

— Pilot. Znika na dwa tygodnie, czasem na miesiąc. Jak wraca, nadrabiają życie przez kilka dni i znowu go nie ma. Artur chyba wypełnia jej czas między jego lotami. Taki żywy substytut.

— Kapsuły?

— Zamawiasz, ustawiasz program i przez chwilę masz spokój. Podobno świetne. Tyle że po wszystkim dalej jesteś sama.

— A Artur?

— Jemu chyba wszystko jedno, że Anna ma męża. Najchętniej zająłby jego miejsce, ale innych kobiet z tego powodu raczej nie odpuści.

Justynka milczała.

— Jak myślisz, można się umówić z doktorem Arturem?

Dorota roześmiała się.

— Umówić się możesz, jeśli jesteś gotowa wylądować w jego łóżku. A jeśli już tam wylądujesz, nie wierz we wszystkie jego obietnice.

Rok wcześniej zaczęło się psuć między Justynką i Tomkiem. Początkowo nie wiedziała dlaczego. Tomek wracał coraz później, zmęczony, bez ochoty na rozmowę i bez sił na cokolwiek innego.

Dopiero później wyszło, że część swojego czasu poświęcał Łucji. Pracowali razem. Łucja z przyjemnością go wysłuchiwała, pocieszała i rozumiała wszystko to, czego podobno Justynka przestała rozumieć.

Prawda wyszła podczas jednej z kłótni. Okazało się, że nie tylko razem pracowali.

Łucja znała każdą słabość Justynki. Była jej najlepszą przyjaciółką, a teraz stała się najgorszym wrogiem. Tomek zdradził ją i wszystkie ich rozmowy o domu pośrodku polany otoczonej dziewiczym lasem.

Najgorsze było to, że na Argusie nie dało się naprawdę zerwać kontaktu. Tomek pracował trzy sektory dalej. Łucja pojawiała się w kantynie, w windzie, czasem w kolejce do basenu. System przydziału miejsc nie znał pojęcia „nie chcę jej widzieć”. Stacja była za mała, żeby dawać ludziom taki luksus.

Justynka nauczyła się więc rozpoznawać ich grafiki i przesuwać własny dzień o kilkanaście minut. Wychodziła później na posiłek, wybierała inną windę, brała dodatkowe dyżury. Wiedziała, że to dziecinne, ale pomagało.

Artur był dokładnym przeciwieństwem tamtej historii. Nie obiecywał domu na polanie ani wspólnej przyszłości, przynajmniej tak wtedy sądziła.


Tego dnia przed południem Justynka zobaczyła Tomka po raz pierwszy od kilku dni. Przeszedł przez recepcję z kartą badań okresowych i zatrzymał się, ale przez kilka sekund nic nie mówił.

— Cześć.

— Cześć.

Tyle zostało z rozmów o domu, a Tomek odwrócił wzrok pierwszy.

— Łucja ma dziś zmianę w laboratorium. Jakbyś chciała… żebyśmy nie wpadli na siebie wszyscy naraz.

Justynka poczuła, jak pod skórą pojawia się znajome gorąco.

— Bardzo troskliwe.

— Nie chciałem…

— Wiem. Nigdy nie chciałeś. Rzeczy po prostu ci się zdarzały.

Odwróciła się do terminalu, a Tomek odszedł bez odpowiedzi. Dorota, która słyszała wszystko, podała Justynce kartę pacjenta.

— Nadal boli?

— Mniej.

— Kłamiesz gorzej od niego.

Justynka nie zaprzeczyła.


Kilka godzin później, kiedy Artur zaproponował kawę, odmowa wymagała od niej więcej siły, niż chciała mu pokazać.

— Czy dałaby się pani zaprosić na kawę? — Artur nie ustępował.

Była sama od roku i tym razem dała się zaprosić. Później kawa skończyła się w jego łóżku. I dokładnie tak, jak ostrzegała Dorota, po wszystkim pojawiła się cała litania obietnic. W część z nich Justynka była skłonna uwierzyć.

Rozdział 2. Ludzie

Dwa miesiące później doktor Anna Piekarska odłożyła okulary przybliżające, sprzężone z komputerem i robotem lekarskim. Operacja wyrostka robaczkowego w obecnych czasach była raczej porównywalna do prostego zabiegu niż czegoś, co mogło pójść nie tak. Elektronika maszyny medycznej z ramieniem jeszcze chwilę pikała sygnałami sensorów i po chwili przeszła w stan czuwania.

Prosty zabieg nie oznaczał zabiegu bez znaczenia. Na Argusie nie było zapasowego zespołu chirurgicznego czekającego za ścianą ani szpitala, do którego można było przewieźć pacjenta w ciągu godziny. Najbliższa placówka z pełnym blokiem operacyjnym znajdowała się zbyt daleko, żeby w nagłym przypadku liczyć na transport. Robot potrafił prowadzić narzędzia z dokładnością niedostępną ludzkiej dłoni, analizował krwawienie i sugerował kolejne kroki, ale Anna zawsze powtarzała młodszemu personelowi, że maszyna nie bierze odpowiedzialności za pacjenta.

— Ciśnienie stabilne — podała Justynka ze stanowiska anestezjologicznego.

— Dobrze. Jeszcze trzy minuty obserwacji i przenosimy go na pooperacyjną — odpowiedziała Anna.

Artur sprawdził zamknięcie niewielkich nacięć i odsunął ramię robota.

— Bohatersko pokonaliśmy wyrostek — stwierdził.

— Wyrostek był nieuzbrojony.

— Tym większy sukces.

Anna pokręciła głową, ale się uśmiechnęła. Przy stole operacyjnym lubiła Artura najbardziej, bo żarty kończyły się dokładnie wtedy, kiedy powinny; jeśli sytuacja robiła się poważna, potrafił przez godzinę nie powiedzieć ani jednego zbędnego słowa.

Obecny po drugiej stronie stołu operacyjnego jej kolega, a raczej przyjaciel — doktor Artur — zasunął cienki materiał na pacjenta, który jeszcze był pod wpływem narkozy. Anna odpięła od niego sondy i powiedziała do pielęgniarki, że może zabrać pechowca z wyrostkiem.

Wyrostek na stacji Argus był wydarzeniem w ich małym świecie medycznym.

W ciągu zwyczajnego tygodnia zajmowali się przeciążonym kręgosłupem, skaleczeniami z warsztatów, infekcjami dróg oddechowych i kontrolą ludzi wracających z długich lotów. Co kilka dni przychodziło dziecko z rozbitą głową albo ktoś z hydroponiki uczulony na nową serię nawozu biologicznego. Poważniejsze operacje zdarzały się rzadko.

Ta rzadkość bywała zdradliwa. Sprzęt trzeba było utrzymywać w gotowości, personel szkolić, a ręce musiały pamiętać czynności, których czasem nie wykonywały przez pół roku. Dlatego Anna raz w tygodniu uruchamiała symulacje, choć Artur narzekał, że wirtualni pacjenci są bardziej wymagający niż prawdziwi.

— Wirtualny pacjent nie boi się składać skarg — odpowiadała wtedy.

— Prawdziwi też się nauczyli.

Anna poszła do pomieszczenia sanitarnego lekarzy, gdzie stanęła przed lustrem. Po chwili pojawił się Artur.

Przez kilka sekund stała sama. Zdjęła okulary i przetarła twarz chłodną wodą. W lustrze zobaczyła kobietę po trzydziestce, zmęczoną nocnym dyżurem i zadowoloną, że pacjent za dwa dni będzie chodził po stacji bez śladu po zabiegu.

Na terminalu przy drzwiach migała krótka wiadomość od Piotra, wysłana wiele godzin wcześniej z jednostki technicznej: wracają, jeśli nie pojawi się kolejna robota. Anna przeczytała ją drugi raz. Odległość narzucała ich małżeństwu powtarzalny rytm. Najpierw czekała na powrót, potem mieli kilkanaście wspólnych dni, po których Piotr znów wylatywał.

Wiedziała, że za kilka godzin będzie odliczała czas do jego wejścia do mieszkania. Wiedziała też, że właśnie teraz stoi za nią Artur.

— Doktor Anno, spisała się pani rewelacyjnie. Moje uznanie — powiedział.

Ale jego oficjalny ton przeczył jego ruchom. Stał z tyłu, za jej plecami, z twarzą zanurzoną w jej włosach. Jego dłonie, teraz już bez rękawiczek, splotły się z przodu z dłońmi Anny pod kranem z wodą. Razem, jakby tańczyły, obmywając się wzajemnie.

Wreszcie Anna zakręciła kurek i wytarła swoje i jego dłonie w ręcznik wiszący przed nią.

Patrząc w lustro, Anna poluzowała medyczny fartuch. Chłodne powietrze dotknęło skóry rozgrzanej po operacji. W ich małym zespole nikt nie przywiązywał większej wagi do ceremonii przebierania się po dyżurze.

Dłonie Artura zatrzymały się na jej talii. Przyjęła ten gest z cichym westchnieniem i przechyliła głowę, pozwalając mu pocałować się w szyję.

Fartuchy opadły na ławkę obok umywalki. Artur przysunął ją do siebie, a Anna obserwowała ich w lustrze. Stał tuż za nią, a jego dłonie znała już zbyt dobrze.

Zbliżenie przyszło bez rozmowy, znajome i pozbawione romantycznych obietnic. Anna nawet wtedy potrafiła myśleć o rzeczach zupełnie zwyczajnych: że brak naturalnego słońca zrobił jej skórę zbyt bladą, że trzeba posprzątać mieszkanie i że Piotr powinien pojawić się na stacji lada chwila.

Jej babka mawiała, że kobieta zdradza przede wszystkim emocjami. Anna długo powtarzała sobie, że z Arturem chodzi wyłącznie o fizyczną bliskość i samotność między powrotami męża. Nigdy nie zostawała u niego na noc i nigdy nie planowała wspólnej przyszłości. Wiedziała jednak, że z czasem obecność Artura stała się częścią jej codzienności.

Kiedy wszystko ucichło, nadal patrzyła w lustro. Artur stał blisko, bawiąc się pasmem jej włosów, a ona odzyskiwała równy oddech.

— Artur? Przez najbliższe dwa tygodnie będziesz musiał zająć się Justynką. Piotr będzie w domu.

— Ach, Piotr — westchnął Artur. — Rozumiem. Na szczęście Justynka chyba nie będzie miała nic przeciwko.

Przekładał jej włosy między palcami i obserwował Annę w odbiciu. Ona poprawiła fartuch i odwróciła się do niego.

— Nie mów takim tonem. Piotr wraca. Przez dwa tygodnie dajesz mi spokój.

— Czyli urlop?

— Nie marudź. Z Justynką sypiasz od dwóch miesięcy. Jakoś przeżyjesz.

— A jeśli będę tęsknił?

— Kup sobie biorobota.

Zaśmiała się i pocałowała go szybko w policzek, po czym spojrzała na siebie w lustrze i poprawiła ubranie.

— Cholera. Niby prosta sprawa, a człowiek i tak potrzebuje później prysznica.

Pokazała mu gest dwóch palców udających nożyczki.

— Justynka nie marudzi tak jak ty — podjął żart Artur.

— Zobaczymy, jak będziesz śpiewał za dwa tygodnie. A teraz ręce przy sobie. Piotr wraca.

Po wyjściu Artura Anna została jeszcze chwilę sama. Dawne definicje małżeństwa wydawały jej się na Argusie zbyt proste, a współczesne usprawiedliwienia czasem zbyt wygodne. Ludzie zmienili prawo, medycynę i technologię. Samotność podczas wielotygodniowych rozłąk pozostała dokładnie tak samo ludzka jak przed wiekami.

Przez długi czas Anna uważała, że skoro ona i Piotr nie ustalili twardych zakazów, niczego nie łamie. Ostatnio coraz częściej podejrzewała, że brak zakazu nie zawsze oznacza zgodę. Zwłaszcza wtedy, gdy jakaś część życia zaczynała wymagać ukrywania szczegółów.

Wróciła na salę pooperacyjną. Pacjent już się budził, zdezorientowany i zły na cały świat.

— Co z nim? — zapytał Artur.

— Żyje. Zaraz zacznie narzekać.

— Czyli pełny sukces.

Anna sprawdziła parametry i poprawiła przewód kroplówki. Z korytarza dobiegł śmiech dzieci idących na badania okresowe. Wtedy pomyślała o własnych. Starsze miało już dość tego, że rodzice zawsze pytali o szkołę, młodsze uważało każdy powrót Piotra za święto.

To również było częścią małżeństwa, której żaden współczesny manifest o wolności nie potrafił uprościć. Ona i Piotr mieli wspólny dom, dzieci, pieniądze, plany urlopów, rodzinne żarty i lata pamięci. Artur znał jej ciało i dużą część myśli, ale nie znał historii o pierwszym zgubionym zębie córki ani sposobu, w jaki Piotr zasypiał po długim locie z dłonią pod jej poduszką.

Granica między fizycznością i uczuciem wydawała się prosta tylko wtedy, kiedy patrzyła na nią z daleka.

Założyła czysty fartuch i wróciła do pacjenta. W medycynie granice były prostsze: człowiek miał stabilne parametry albo nie, a z uczuciami nikt nie wymyślił równie wygodnego monitora.

Rozdział 3. Piotr

Kilka godzin po spotkaniu w kantynie Matylda znalazła się w sektorze rezerwowych kajut zajmowanych przez pilotów. Sama nie potrafiła później powiedzieć, w którym dokładnie momencie podjęła decyzję. Zapukała do pierwszych drzwi, które otworzyły się bezszelestnie.

Po drodze trzy razy mogła zawrócić. Najpierw przy windzie, kiedy system zapytał o sektor docelowy. Potem przy śluzie pomiędzy pierścieniem mieszkalnym i gościnnym. Wreszcie na końcu korytarza, gdy zobaczyła numer kajuty Piotra.

Za każdym razem znajdowała rozsądny powód, żeby iść dalej. Zgłoszenie oświetlenia było prawdziwe, a technik z nocnej zmiany rzeczywiście utknął przy awarii w magazynie energii. Matylda miała uprawnienia do skrzynki zabezpieczeń i niczego przecież nie planowała. Ta ostatnia myśl rozbawiła ją najbardziej.

— Tak, proszę — dobiegł ze środka głos Piotra.

Weszła, słysząc z łazienki szum prysznica. W odbiciu niewielkiego lustra zobaczyła Piotra, który właśnie kończył się wycierać, i serce zabiło jej szybciej. Sytuacja była mało romantyczna, ale właśnie ta zwyczajność działała na nią najmocniej. Piotr wyszedł z łazienki, wycierając włosy ręcznikiem.

— Musiałbym się jeszcze ogolić.

Matylda odchrząknęła.

— Jak dla mnie delikatny zarost jest w porządku.

Piotr odwrócił się gwałtownie.

— To ty?

— Technik jest zajęty. Podobno nie masz oświetlenia w kabinie.

Piotr spojrzał w górę.

— Wyrzuciło jakiś bezpiecznik. Nie mam klucza do skrzynki.

— W tych skrzynkach nie ma bezpieczników od trzydziestu lat — powiedziała. — Są odłączniki nadprądowe i moduły samoresetujące.

— Czyli wyrzuciło coś o dłuższej nazwie.

— Dokładnie.

Podeszła do panelu, otworzyła go kluczem serwisowym i zobaczyła czerwony znacznik jednej z gałęzi. Usterka była drobna: przetwornica oświetlenia zgłosiła fałszywe przeciążenie po dokowaniu i zablokowała ponowne załączenie. Matylda mogła naprawić to w dwie minuty, ale się nie spieszyła.

Piotr stał kilka kroków dalej. Dopiero z bliska zauważyła drobne blizny przy barku i ślady po wszczepach używanych przez ludzi spędzających lata w obniżonej grawitacji. Nie wyglądał jak mężczyzna z reklam kolonii. Był bardziej zwyczajny i przez to prawdziwszy: zmęczony, z kilkudniowym zarostem i cienką linią starego urazu biegnącą wzdłuż obojczyka.

— Długo latasz? — zapytała.

— Wystarczająco długo, żeby lekarze dokładali mi części zamienne.

— To akurat rozumiem. Ja dokładam części zamienne stacji.

— Stacja narzeka mniej.

— Nie znałeś Argusa w czasie awarii klimatyzacji.

Matylda miała ze sobą torbę z narzędziami i powinna była zająć się skrzynką, ale zamiast tego została przy nim.

To była rzecz, której nigdy nie potrafiła sobie wytłumaczyć. Była w tym samym kombinezonie co po południu, tym, w którym Piotr zauważył rozpięcie dekoltu. Być może wystarczyło, że była sama i zwyczajnie chciała czyjejś bliskości. A może po prostu było nudno i każda atrakcja była na wagę złota.

Rozsunęła zamek najpierw odrobinę, potem niżej. Materiał puścił napięcie wokół szyi i ramion, a na wysokości pępka błysnął niewielki kolczyk. Piotr patrzył już bez udawania, że interesuje go skrzynka z bezpiecznikami.

Matylda zatrzymała suwak i przez chwilę po prostu stała przed nim, jakby sama sprawdzała, czy naprawdę chce zrobić następny krok.

Miała na sobie rozpięty kombinezon techniczny i trzymała torbę z narzędziami. Sytuacja była irracjonalna, ale reakcja Piotra nie pozostawiała jej wielu wątpliwości. W jego oczach zobaczyła to samo zainteresowanie, które od kilku godzin próbowała wywołać.

Przemknęła jej przez głowę banalna myśl: żyli na skraju Układu, otoczeni technologią, a zwykła ludzka bliskość nadal pozostawała towarem deficytowym. Torba z narzędziami spadła na podłogę z głuchym brzękiem metalu.

Położyła dłonie na jego klatce piersiowej. Implant za jej uchem rejestrował przyspieszone tętno i próbował dopasować je do znanych wzorców. Lokalna AI odezwała się cichym pytaniem, czy potrzebuje pomocy. Wyciszyła ją jednym poleceniem.

Od dawna nie była tak blisko żywego człowieka, bez programu, kapsuły ani innego substytutu.

Piotr dotknął jej dłoni, potem przesunął palce wzdłuż szyi i zatrzymał je na karku. Kombinezon zsunął się z ramion Matyldy. Niebieskie światło przy posadzce odbijało się w kolczyku i metalowych klamrach ubrania. Przyciągnął ją bliżej, obejmując w talii. Matylda odpowiedziała bez wahania.

Nie łączyło ich wielkie uczucie ani romantyzm ludzi, którzy długo na siebie czekali. Prawie się nie znali, a ciekawość była silniejsza od ostrożności, choć oboje mogli się jeszcze wycofać.

Żadne z nich się nie wycofało. Dłoń Piotra pozostała na jej biodrze, Matylda przysunęła się bliżej, a ich usta spotkały się najpierw ostrożnie, później mocniej.

Bliskość była reglamentowana w kosmosie na równi z wodą i powietrzem.

Kombinezon w końcu znalazł się na podłodze obok torby z narzędziami. Reszty nie potrzebowali sobie tłumaczyć.

Dla Piotra pierwszy moment po wszystkim okazał się trudniejszy niż sam wybór. Leżał obok kobiety, której nazwisko znał od kilku godzin, i czuł, jak do pokoju wraca logika. Anna była kilkaset metrów dalej po drugiej stronie stacji. Może właśnie kończyła dyżur. Może czekała na jego oficjalne wejście do sektora mieszkalnego. Matylda najwyraźniej zauważyła zmianę w jego twarzy.

— Nie pytam, czy masz żonę — powiedziała cicho.

Piotr spojrzał na nią.

— Mam.

— Domyśliłam się.

— To czemu przyszłaś?

— Bo pytanie brzmiało, czy ja chcę tu przyjść. Nie czy twoje życie jest proste.

Odpowiedź była wygodna i niewygodna jednocześnie.

— A ty? — zapytał.

— Nie mam nikogo.

W jej głosie nie było pretensji, co zabrzmiało gorzej niż wyrzut. Matylda przytuliła się do Piotra, chłonąc jego ciepło i zwyczajną fizyczną obecność.

Jej palce wyczuły pod skórą jego ramienia twarde elementy po dawnym zabiegu wzmacniającym szkielet, koniecznym czasem u ludzi pracujących długo w przestrzeni.

Za jego uchem znalazła implant. Pulsował pod palcem szybciej niż zwykle, analizując hormony i przyspieszony przepływ krwi, jakby nie potrafił zdecydować, czy organizm znajduje się w stresie, czy w zupełnie innej sytuacji.

Po kilkunastu minutach Matylda rzeczywiście zajęła się skrzynką. Usiadła na podłodze, nadal z rozpiętym kombinezonem, wcisnęła reset serwisowy i sprawdziła przebieg obciążenia.

— Gotowe. Oświetlenie wróci po restarcie lokalnego modułu.

— Czyli naprawdę przyszłaś naprawić światło.

— Oczywiście. Reszta była usługą dodatkową.

Piotr roześmiał się, ale kiedy drzwi zamknęły się za nią, długo siedział w półmroku.

Mógł od razu pójść do Anny, lecz zamiast tego wziął drugi prysznic. Potem sprawdził harmonogram dokowania, potwierdził raport po locie i wysłał żonie krótką wiadomość, że zjawi się rano. O Matyldzie nie napisał i na razie nie nazywał tego kłamstwem.


Rano poszedł przez stację pieszo, choć szybsza była kolejka wewnętrzna. Potrzebował kilku minut, zanim stanie przed Anną. Argus budził się powoli. W części szkolnej ktoś prowadził grupę dzieci na zajęcia, w hydroponice odsłaniano kolejne sekcje upraw, a z kantyny pachniało pieczywem z automatu.

Przy jednym z przejść minął Matyldę, idącą w przeciwnym kierunku z torbą narzędziową. Zatrzymali się na sekundę.

— Światło działa? — zapytała.

— Działa.

— To najważniejsze.

Uśmiechnęła się, ale nie podeszła bliżej. Piotr był jej za to wdzięczny.


Kilka minut później otworzył drzwi mieszkania. Anna rzuciła mu się na szyję, zanim zdążył odłożyć torbę. Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczuł ciężar tego, czego jej nie powiedział.

Rozdział 4. Alarm

Echo anomalii pojawiło się nagle, początkowo jako sygnał nic nieznaczący. W przestrzeni takich zjawisk było wiele. System Argusa automatycznie monitorował każdy sektor bardziej z przyzwyczajenia niż z konieczności.

Pierwszy odczyt pochodził z ramienia nasłuchowego numer osiem. Zaledwie kilka milisekund zakłócenia na częstotliwościach, na których nie powinno być niczego poza tłem. System oznaczył je jako zdarzenie niskiego priorytetu i porównał z katalogiem błysków słonecznych, emisji silników i naturalnych źródeł radiowych.

Nie znalazł zgodności.

Dwanaście sekund później podobny impuls zarejestrowały ramiona siódme i dziewiąte. Lokalizacja wypadała daleko poza normalnym ruchem jednostek. Automatyka skierowała tam dodatkowe sensory i podniosła priorytet obserwacji o jeden poziom.

Dyżurny oficer nawet wtedy nie przerwał czytania. Na Argusie system podnosił priorytet kilka razy w tygodniu. Zazwyczaj kończyło się na nieregularnie obracającej się asteroidzie albo śladzie napędu sprzed wielu godzin. Dopiero trzeci pakiet sprawił, że odłożył książkę.

W pustej przestrzeni pojawiła się masa.

Dyżurny oficer spędzał większość zmiany na czytaniu powieści i przekomarzaniu się przez łącze z koleżanką ze stacji przy pierścieniach Saturna. Za miesiąc miał przylecieć prom i wreszcie mieli się spotkać. Wtedy anomalia wyrzuciła z siebie coś dużego.

Nie wyglądało to jak wyjście z nadświetlnego skoku ani jak zwykłe wejście jednostki w zasięg sensorów. Przez ułamek sekundy kilka anten pokazało dwa położenia obiektu jednocześnie. Potem jedno zniknęło. Oficer wyprostował się w fotelu.

— System, powtórz triangulację.

— Triangulacja niejednoznaczna.

— Powtórz.

— Triangulacja niejednoznaczna. Błąd czasu pomiaru pomiędzy ramionami: zero przecinek siedemnaście sekundy.

Zegar stacji potwierdzał prawidłową synchronizację atomową.

— Uruchom procedurę kontaktu niezidentyfikowanego.

Dopiero wtedy światło w centrum nasłuchu zmieniło kolor. Obiekt dryfował równym kursem, bez przyspieszania i manewrów. Nadawał jednak automatyczny sygnał rozpoznawczy floty bojowej sprzed ponad trzydziestu lat.

Kod identyfikacyjny pojawił się w bazie archiwalnej, ale system nie wyświetlił nazwy od razu. Najpierw zażądał potwierdzenia dostępu do danych wojskowych. Oficer wprowadził własny klucz, potem klucz dyżurnego dowódcy.

Na ekranie pojawiła się fotografia starego niszczyciela oraz zapis: JEDNOSTKA UTRACONA W DZIAŁANIACH BOJOWYCH. STATUS HISTORYCZNY. Oficer przeczytał linię dwa razy.

— To jakiś transponder muzealny? — zapytał technik siedzący obok.

— Muzeum nie powinno właśnie wyjść z anomalii na rubieży.

Po chwili wezwali kapitan Katarzynę Sawicką.


Alarm przeciął kabinę brzęczeniem i czerwonym światłem.

Anna leżała na brzuchu męża i spała, a Piotr gładził jej włosy. Uwielbiała jego powroty. Dzieci wędrowały wtedy do jej matki na inny sektor, a w mieszkaniu zostawała cisza przerywana tylko ich rozmowami i szeptami. Teraz, zmęczona i rozgrzana, zwyczajnie zasnęła na nim. Piotr drgnął, gdy na korytarzu rozległ się delikatny sygnał wzywający zespoły dyżurne. Anna obudziła się natychmiast i dotknęła implantu za uchem, wyciszając komunikat.

— Muszę iść. Mam dyżur, alarm… — zawahała się i pocałowała męża.

Piotr patrzył, jak wstaje, owija się prześcieradłem i na bosaka przechodzi przez pokój. Lubił linię jej pleców, ruch bioder i to, jak potargane blond włosy wpadały jej na twarz, kiedy się odwracała.

— Bądź grzeczny i nie marnuj sił. Wrócę i chcę mieć cały zapas dla siebie — powiedziała ze śmiechem.

Posłała mu pocałunek i wyszła. Kiedy wróciła po kilku godzinach, Piotr zdążył już zjeść śniadanie i przeglądał zaległe wiadomości.

— Pewnie będziesz potrzebny. Pojawiło się coś, co będzie wymagało interwencji pilotów — powiedziała, rozbierając się. Teraz, w zwykłej koszulce i spodenkach, nie wyglądała jak pani doktor.

— Przyleciałeś wczoraj? Szkoda, że nie przyszedłeś od razu. Tęskniłam — dodała Ania.

— Tak, dobiliśmy wczoraj. Najpierw raporty, potem Paweł zgłosił hamulec magnetyczny po podejściu do asteroidy. Serwis mógł utknąć na zabezpieczeniach, więc mieliśmy być pod ręką. Zostaliśmy po tamtej stronie stacji — odpowiedział Piotr.

Nie wspomniał jej o Arturze. Ich świat był mały i z czasem wszyscy wiedzieli wszystko o innych; o nim dowiedział się jakieś dwa lata wcześniej. Wiedział jednak, że dla Anny to tylko fizyczność. Nie chciał wracać bez zapowiedzi, kiedy nie wiedział, jak wygląda sytuacja, i stawiać wszystkich przed koniecznością natychmiastowego podejmowania decyzji. Wolał poczekać, aż logowanie stacji oficjalnie potwierdzi jego przybycie, tak żeby Anna mogła je odebrać i nie zostać zaskoczona.

Prywatność, świadomość i własność ciała drugiej osoby były w świecie kosmosu względne. O Matyldzie również nic Annie nie powiedział, uznając, że ta informacja niczego jej nie da.

— Byłeś oglądany przez kogoś z personelu medycznego po misji?

— Hmm, tak. Przez ciebie — zaśmiał się Piotr.

Anna popatrzyła na niego figlarnie.

— Następnym razem wyślę ci biorobota, żeby sprawdził, czy czegoś nie ukrywałeś.

Wskazała dwuznacznie na jego tyłek.

— Ani mi się waż zbliżać czymś metalowym do mnie — zaprotestował Piotr.

— Oj tam, oj tam. Mała kolonoskopia, żebyś pamiętał o żonie tam, gdzieś daleko — zaśmiała się i poszła do kuchni.


Godzinę później Piotr, tak jak mówiła Anna, dostał wezwanie na naradę do dowództwa stacji.

Sala odpraw znajdowała się w najstarszej części Argusa, jeszcze z czasów, kiedy stacja miała pełnić rolę wojskowego punktu obserwacyjnego. Na ścianie zachowano ręczne panele awaryjne i stare oznaczenia sekcji, choć większość funkcji przejęły nowsze systemy.

Na głównym ekranie wisiała sylwetka obiektu. Obok biegły kolumny danych: prędkość względna, rotacja, emisja cieplna, szczątkowa aktywność reaktora, kod rozpoznawczy. Piotr zatrzymał się przy wejściu.

— To nie wygląda jak jednostka cywilna.

Sawicka podniosła wzrok.

— Bo nie jest.

— Co to?

— Na razie wrak, który nadaje jak okręt wojenny.

Paweł przesunął obraz o kilka stopni.

— I ma zasilanie. Niewielkie, ale stabilne. Coś podtrzymuje systemy od bardzo dawna albo od znacznie krótszego czasu, niż sugeruje baza.

— Załoga?

— Brak odpowiedzi.

Piotr usiadł. Dopiero wtedy zauważył Annę i Artura przy drugim końcu stołu.

Anna ubrała spódnicę do kolan oraz stanik i dopiero na to zarzuciła fartuch. Wolała tak. Inaczej wszyscy mogli się na nią gapić. Nie lubiła, gdy zbyt wielu próbowało rozebrać ją wzrokiem.

Mieli się spotkać na naradę, ale przyszła pierwsza. W sali był Artur i któryś z programistów. Ten drugi, ze słuchawkami na uszach, tymczasowo odciął się od świata, zanurzony w linijkach kodu.

Artur przywitał Annę uśmiechem i podszedł bliżej. Rozejrzała się, czy nikt nie patrzy, i pozwoliła się pocałować. Potem zachowała się tak, jakby nic się nie stało.

Nachylała się nad danymi zebranymi na biurku, ale czuła dłoń Artura, jak dotyka jej uda, wędruje po nim, muska ją, aż zacisnęła zęby. Zebrała kolana razem i wykręciła się biodrami.

— Nie teraz, głupcze. Za chwilę przyjdą ludzie.

Artur położył swoją rękę na jej dłoni.

— Tęsknię — wyszeptał jej do ucha.

W tym momencie zaszurały jakieś buty w przejściu. Wiele osób weszło do pomieszczenia. Nie zważając na nich, zaczęli rozmawiać i zajmować miejsca.

Nikt poza Piotrem nie zwrócił uwagi na szeroko rozwarte oczy Anny ani dłoń Artura spoczywającą na jej dłoni.

Nie zobaczył niczego, czego wcześniej nie podejrzewał, ale widok potwierdził coś, co dotąd łatwiej było trzymać w sferze domysłów.

Przez lata łatwiej było mu myśleć o Arturze jak o abstrakcyjnym rozwiązaniu problemu samotności. Człowieku istniejącym wtedy, gdy Piotr był daleko. Teraz dłoń Artura leżała na dłoni jego żony w świetle sali odpraw, kilka metrów od niego. Nagle cała teoria o nowoczesnym podejściu do związków straciła wygodny dystans.

Pomyślał o poranku i o tym, czego nie powiedział Annie po nocy z Matyldą.

Zazdrość przyszła razem z czymś jeszcze: nieprzyjemną świadomością, że od tej chwili żadnemu z nich nie będzie łatwo udawać, że zasady dotyczą tylko drugiej strony.

Sawicka rozpoczęła odprawę, zanim napięcie zdążyło zamienić się w prywatną scenę.

— Mamy jednostkę z aktywnym reaktorem, nieaktywną odpowiedzią załogi i sygnałem rozpoznawczym zgodnym z okrętem uznanym za utracony trzydzieści osiem lat temu. Nie będziemy zgadywać, dlaczego tu jest. Najpierw sprawdzimy, czym jest.

Na ekranie pojawił się plan podejścia.

— „Fryga” wchodzi pierwsza. Bez dokowania do czasu pełnego skanu. Jeżeli system uzbrojenia przejdzie w aktywne śledzenie, wycofujecie się. Jeżeli zobaczycie ludzi, nie wchodzicie bez kontroli biologicznej. Jeżeli nie zobaczycie ludzi, również zakładacie, że mogą tam być.

Artur uniósł rękę.

— Medycznie biorę Annę czy jedziemy oboje?

— Anna. Potrzebuję jednego lekarza, nie całej przychodni. Ty zostajesz na Argusie.

Piotr zauważył drobne rozczarowanie na twarzy Artura. Zauważył też, że Anna go nie skomentowała.

— Matylda — kontynuowała Sawicka. — Energetyka i napędy. Paweł, wsparcie pilota i analiza systemów. Reszta według listy. Wylot za trzy godziny.

Prywatne sprawy zniknęły pod ciężarem zadania, ale nie przestały istnieć. Jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Anny, która po chwili spuściła oczy na stół.


Po odprawie Argus przestał zachowywać się jak stacja, na której największym wydarzeniem tygodnia bywał spóźniony prom. W ciągu kilkunastu minut otwarto hangar techniczny, zablokowano jeden z korytarzy dla ruchu cywilnego i przesunięto ludzi z dziennej zmiany do zespołów wsparcia. Na tablicach informacyjnych pojawił się krótki komunikat o niezidentyfikowanej jednostce wojskowej i czasowym ograniczeniu dostępu do doków. Sawicka nie podała nazwy okrętu, ale nie było to potrzebne: wiadomość zdążyła już przejść z centrum nasłuchu do energetyki, a stamtąd dalej po stacji.

Piotr zszedł do hangaru razem z Pawłem. „Fryga” stała na stanowisku numer dwa, otoczona przewodami zasilającymi i otwartymi panelami serwisowymi. Mechanicy kończyli test napędu manewrowego, a robot diagnostyczny przesuwał głowicę wzdłuż krawędzi poszycia.

— Zewnętrzny hamulec magnetyczny? — zapytał Piotr.

— W normie — odpowiedział główny mechanik. — Ten, który narzekał wczoraj, dostał nowy sterownik. Zostawiłem stary w magazynie, gdyby nowy postanowił być nowoczesny w najgorszym możliwym momencie.

Paweł zajrzał do otwartego panelu.

— Kto zmieniał oprogramowanie?

— Nikt. I dlatego działa.

Piotr pozwolił sobie na krótki uśmiech. Takie rozmowy lubił, bo problem miał konkretną przyczynę i dało się go usunąć. Żadnych trzydziestu ośmiu lat, żadnych okrętów wychodzących z miejsca, w którym według map nie powinno być niczego.

Na stanowisku obok Matylda kompletowała wyposażenie energetyczne. Dwa izolowane terminale, zestaw próbników, ręczne klucze do starych szaf rozdzielczych, miernik pól i kilka przejściówek, których współczesne jednostki prawie już nie potrzebowały. Jedną obejrzała z obu stron i wrzuciła do skrzynki.

— To ma pasować do instalacji sprzed czterdziestu lat? — zapytał Piotr.

— Jeśli ktoś czterdzieści lat temu też uważał, że standard oznacza „każdy robi po swojemu”, to nie. Dlatego biorę trzy.

— Optymistka.

— Technik.

Przez moment oboje pamiętali o kajucie, rozpiętym kombinezonie i rzeczach, o których Anna jeszcze wtedy nie wiedziała. Matylda pierwsza wróciła do skrzynki.

— Na statku zachowujemy się jak w pracy — powiedziała.

— Taki miałem zamiar.

— Dobrze. Ja też.

Anna przygotowywała moduł medyczny po drugiej stronie hangaru. Nie brała sprzętu na masowe zdarzenie. Ośmioosobowy zespół miał własne skafandry i telemetrię, a jeśli na „Rarogu” znajdowali się ranni, pierwszą decyzją miało być wycofanie, nie prowadzenie szpitala polowego na obcym pokładzie. Mimo to do torby dorzuciła drugi zestaw do stabilizacji krążenia, dwa autonomiczne filtry i pakiet izolacyjny do próbek biologicznych. Artur przyszedł sprawdzić listę.

— Bierzesz pół ambulatorium.

— Biorę tyle, żebym po powrocie nie musiała słuchać, że czegoś nie wzięłam.

— Ja nigdy bym tak nie powiedział.

Anna uniosła wzrok.

— Ty potrafisz powiedzieć coś gorszego z uśmiechem.

Artur oparł dłoń o skrzynię, ale tym razem jej nie dotknął. Piotr był kilkanaście metrów dalej. Anna zauważyła, że Artur również go widzi.

— Uważaj na siebie — powiedział już normalnie.

— Będę.

W korytarzu prowadzącym do części obserwacyjnej zebrało się kilkanaście osób. Sawicka kazała ochronie ich nie przepędzać, dopóki nie blokowali przejścia. Na ekranie publicznym pokazano tylko daleki obraz ciemnej sylwetki. Przy takiej odległości „Raróg” był plamą ze światłami pozycyjnymi, ale dla ludzi na Argusie wystarczało to, żeby przestać traktować go jak wpis w komunikacie.

Jeden ze starszych techników przyszedł do hangaru z wnukiem. Chłopiec miał może dziesięć lat i trzymał tablet z otwartą stroną archiwalną.

— To naprawdę Husarz? — zapytał, kiedy zobaczył Piotra.

Piotr zatrzymał się.

— Na to wygląda.

— W szkole mówią, że wszystkie zginęły w bitwie.

Starszy mężczyzna położył mu dłoń na ramieniu.

— W szkole mówią „utracone”. To nie zawsze znaczy to samo.

Chłopiec spojrzał jeszcze raz na ekran.

— A jak tam są ludzie?

Piotr pomyślał o automatycznym sygnale, szczątkowej mocy reaktora i ciszy na wszystkich kanałach.

— Właśnie lecimy to sprawdzić.

Kiedy trzy godziny później zamykano właz „Frygi”, przy przeszkleniu obserwacyjnym nadal stali mieszkańcy. Nikt im nie machał. W zamkniętej społeczności wyprawa dziewięciu osób nie była anonimową misją. Każdy z ludzi za szybą znał kogoś w środku albo znał kogoś, kto znał. Gdy zatrzasnęły się rygle, Piotr po raz pierwszy poczuł, że zabierają ze sobą znacznie więcej niż ciekawość stacji.

Rozdział 5. ORP „Raróg” H-11

Identyfikacja nie pozostawiała większych wątpliwości. Był to ORP „Raróg”, H-11, niszczyciel klasy Husarz zaginiony około trzydziestu ośmiu lat wcześniej podczas wielkiej bitwy. Okręt, którego nie powinno już być.

Archiwum wojskowe zawierało niewiele szczegółów dostępnych na poziomie Argusa. „Raróg” figurował jako jednostka utracona w końcowej fazie starcia, bez potwierdzonej eksplozji i bez odnalezionych kapsuł ratunkowych. Przez lata status zmieniano kilka razy: zaginiony, uznany za zniszczony, wykreślony ze stanu floty.

Teraz wisiał kilkadziesiąt tysięcy kilometrów od stacji i odpowiadał automatycznym kodem, którego od dekad nikt nie używał.

Sawicka zakazała zbliżania się do niego jednostkom cywilnym. Na Argusie nie było wielkiej floty ratunkowej, więc zadanie przypadło ludziom, którzy potrafili pracować przy uszkodzonych konstrukcjach w próżni. „Fryga” miała nie dokować bezpośrednio do kadłuba. Najpierw mieli obejść okręt, sprawdzić emisje, stan uzbrojenia i poszukać bezpiecznego wejścia.

Do rozpoznania wysłano jednostkę techniczną „Fryga” 6145 z dziewięcioosobową załogą i robotem bojowym. Piotr dowodził zespołem, Anna zapewniała zabezpieczenie medyczne, a Matylda odpowiadała za energetykę i napędy. Lecieli z nimi także dwaj operatorzy uzbrojenia, inżynier okrętowy, programista, biotechnolog-chemik oraz drugi pilot Paweł, który miał pozostać na „Frydze” i zabezpieczać odwrót.

Ciemna sylwetka niszczyciela rosła przed nimi, a migające światła pozycyjne świadczyły, że jakieś zasilanie nadal działa. Prawa burta nosiła ślady trafień: w miejscu jednej z baterii ziała wyrwa, druga wisiała z opuszczonymi lufami. Działa jonowe na górnym pokładzie pozostały skierowane w bok, jakby bitwa została przerwana w jednej chwili.

Piotr prowadził podejście wolniej, niż wymagała tego procedura. „Raróg” był prawie nieruchomy względem „Frygi”, ale jego masa robiła wrażenie dopiero z bliska. Jednostka techniczna wyglądała przy nim jak łódź serwisowa obok starego liniowca.

— Dystans osiemset metrów — podał Paweł.

— Uzbrojenie?

Operator sprawdził własne odczyty.

— Brak aktywnego namierzania. Zasilanie lokalne na dwóch bateriach, ale obwody strzału martwe. Nie dam głowy za mechanikę.

— Nie podchodzimy przed lufy.

Piotr przesunął „Frygę” wzdłuż spodniej części kadłuba. Na pancerzu widzieli miejsca po trafieniach, awaryjne łaty i całe sektory pokryte osadem po ablacji. Część napraw wyglądała na wykonane automatycznie. Ramiona serwisowe musiały pracować już po bitwie. Anna obserwowała kadłub na swoim ekranie.

— Jeśli ktoś tam przeżył, miał dużo pracy.

— Jeśli ktoś tam przeżył — powtórzył Paweł.

Piotr włączył kanał wywoławczy.

— ORP „Raróg”, H-11, niszczyciel klasy Husarz, tu jednostka techniczna „Fryga” 6145 ze stacji granicznej „Argus”. Wywołuję „Raroga”. Proszę o potwierdzenie odbioru i identyfikację załogi. Czy ktoś na pokładzie mnie słyszy?

Odpowiedział tylko automatyczny sygnał.

— „Raróg”, H-11, tu „Fryga” 6145. Jeżeli na pokładzie znajduje się załoga, odpowiedzcie na dowolnym kanale.

Cisza.

System „Odra” niszczyciela działał, lecz pozostawał w trybie bojowym. Była to stara sztuczna inteligencja wywodząca się jeszcze z programu TOPAZ — systemów izolowanego pola walki, projektowanych tak, by były praktycznie odporne na zewnętrzną infiltrację. ODRA potrafiła zarządzać okrętem, analizować i proponować rozwiązania, ale jej konstruktorzy celowo pozostawili najważniejsze decyzje człowiekowi.

Dla współczesnych systemów sieciowych TOPAZ był zabytkiem i koszmarem jednocześnie. Poszczególne moduły okrętu miały własne magistrale, lokalne klucze i możliwość pracy po całkowitym odcięciu od reszty jednostki. W czasie wojny była to zaleta. Przejęcie jednego sektora nie dawało dostępu do całego statku.

Teraz oznaczało, że programista z Argusa nie mógł po prostu „zalogować się” do wraku. Każde drzwi, śluza i stanowisko mogły podlegać innemu poziomowi autoryzacji.

— Jeżeli ODRA uzna nas za intruzów, może zamknąć przed nami pół okrętu — powiedział programista.

— Może otworzyć przestrzeń? — zapytała Anna.

— Nie bez potwierdzenia bojowego albo lokalnej awarii. Teoretycznie.

— Nie lubię słowa „teoretycznie”.

— Ja też. Dlatego mamy skafandry.

— Oni wtedy mieli hopla na punkcie infiltracji — powiedział Paweł. — Dobrowolnie śluzy nam nie otworzy.

Piotr sprowadził „Frygę” pod spód niszczyciela. Wlot hangaru myśliwców był otwarty.

Wewnątrz reflektory przecięły mrok. W systemie awaryjnego przechwycenia nadal tkwił uszkodzony myśliwiec. Dwa stateczniki wyglądały, jakby ktoś nadtopił je nad ogniem. Wokół działek ciągnęły się czarne smugi. Kabina była otwarta.

Pilota nie było.

Osiem osób i robot zeszło z „Frygi”. Paweł pozostał na pokładzie jednostki, utrzymując ją w gotowości.

— Uwaga wszyscy. Kontrola szczelności skafandrów. Medycyna i energetyk do środka formacji. Robot idzie pierwszy. Ochrona na boki. Ja z przodu. Inżynier zamyka. Nie strzelamy do niczego, co nam bezpośrednio nie zagraża. Pamiętajcie, że to nasza jednostka… tylko bardzo stara.

Piotr powiedział ostatnie słowa mniej pewnie, niż zamierzał. Korytarze były częściowo oświetlone. Kolejne drzwi rozsuwały się przed nimi i przez pewien czas system zachowywał się tak, jakby ekspedycja należała do załogi. Dopiero przed mostkiem ODRA powiedziała „nie”.

Pierwsze zaskoczenie pojawiło się już przy wyjściu z hangaru. Panel identyfikacyjny zamiast komunikatu „gość” albo „intruz” wyświetlił starą wojskową formułę: PERSONEL SOJUSZNICZY. STATUS DO WERYFIKACJI.

— Ona wie, kim jesteśmy? — zapytała Matylda.

— Wie, że nasze identyfikatory mają właściwy rodowód kryptograficzny — odpowiedział programista. — Reszty się domyśla.

— SI nie powinna się domyślać.

— Ta robiła to, zanim urodzili się nasi nauczyciele.

Przy kolejnych drzwiach status zmieniał się zależnie od sektora: medyczny rozpoznał uprawnienia Anny, energetyczny wpuścił Matyldę dopiero po dodatkowym potwierdzeniu, a magazyn uzbrojenia pozostał zamknięty.

ODRA nie traktowała ich jak własnej załogi. Traktowała ich jak ludzi, których jeszcze nie zdecydowała się wyrzucić.

W jednym z bocznych korytarzy zatrzymała ich zamknięta grodź. Nie prowadziła do mostka ani magazynu uzbrojenia, tylko do zwykłego węzła komunikacyjnego.

— ODRA, otwórz przejście C-dwanaście — polecił Piotr.

— Brak uprawnienia.

— Jestem dowódcą zespołu ratunkowego.

— Funkcja nierozpoznana w bieżącej strukturze dowodzenia.

Programista westchnął.

— Mówiłem. Dla niej jesteśmy z przyszłości, ale regulamin ma stary.

Piotr spróbował inaczej.

— Awaryjna kontrola stanu jednostki. Dostęp konieczny do oceny zagrożenia dla okrętu.

Panel zamigotał.

— Uzasadnienie przyjęte. Dostęp tymczasowy. Zapisano naruszenie procedury.

Drzwi się otworzyły.

Matylda spojrzała na Piotra.

— Nawet wrak prowadzi na ciebie dokumentację.

— To jedyna rzecz, która się w administracji nie starzeje.

Za grodzią znaleźli trzy wyłączone windy i pionowy szyb techniczny. Na ścianie ktoś ręcznie napisał markerem: NIE UŻYWAĆ AUTOMATYKI. Napis wyglądał na stary, marker jednak nie.

Programista próbował uzyskać dostęp, ale zabezpieczenie abordażowe pozostawało aktywne. Mostek mógł otworzyć oficer okrętu albo ktoś posiadający odpowiedni autorytet.

Robot bojowy, mniejsza wersja legendarnego „Młota”, zaczął tymczasem zachowywać się dziwnie, odwracając się i mierząc raz w lewo, raz w prawo, w puste korytarze. Sensory ludzi niczego tam nie wykrywały.

— On coś widzi? — zapytała Anna.

— Nic nie ma — odpowiedział inżynier.

Piotr spojrzał na robota.

— Jednostka bojowa, tu dowódca. Postaw tarczę.

Robot rozłożył emitery i przyjął pozycję osłonową. Jednocześnie panel przy wejściu na mostek zapiszczał.

ODRA przeprowadziła identyfikację ludzi obecnych na pokładzie. Dawny dowódca „Raroga”, jego zastępca i oficer wachtowy nie odpowiadali. System nie znajdował żadnego aktywnego oficera dawnej załogi. Piotr był natomiast aktywnym oficerem własnej cywilizacji i najwyższym stopniem człowiekiem znajdującym się na pokładzie.

— Brak aktywnego oficera dowodzącego ORP „Raróg” — odezwał się stary system. — Uruchomiono procedurę sukcesji. Piotrze, zgodnie z procedurą awaryjną obejmuje pan tymczasowe dowodzenie jednostką H-11.

Piotr spojrzał na programistę.

— Dlaczego ja?

— Bo masz aktywną licencję dowódczą na jednostki państwowe i najwyższy poziom spośród nas. System widzi ciągłość prawną, nawet jeśli dzieli ją czterdzieści lat.

— Trzydzieści osiem.

— To bardzo poprawia sytuację.

ODRA odezwała się ponownie.

— Potwierdzenie przyjęcia dowodzenia wymagane.

Piotr zawahał się. Przejęcie wraku było formalnością tylko na papierze. W praktyce właśnie miał powiedzieć staremu niszczycielowi, że jest jego kapitanem.

— Potwierdzam tymczasowe dowodzenie do czasu przekazania jednostki właściwemu organowi.

— Potwierdzono.

Dopiero wtedy panel zmienił kolor.

— Co?

Panel zaświecił na zielono.

Drzwi mostka otworzyły się.

Piotr zrobił krok do środka i mostek ożył. Zapaliły się wszystkie światła. Panele rozbłysły. Wielkie prostokątne ekrany pełniące funkcję iluminatorów pokazały przestrzeń zapamiętaną przez system. Stół taktyczny wypełnił się symbolami jednostek. Wiele z nich oznaczono na czerwono. Przez kilka sekund stali wewnątrz bitwy sprzed trzydziestu ośmiu lat.

Na ekranach mignęły urwane obrazy bitwy: znaczniki jednostek, linie ognia, alarmy nakładające się na siebie. Jeden z kontaktów nie miał identyfikacji. Po chwili obraz zalała biel.

Wszystko zgasło.

Po intensywnej iluminacji awaryjny półmrok wydawał się niemal całkowitą ciemnością.

— Co to było? — wyszeptała Matylda.

— O cholera — powiedział programista.

Inżynier okrętowy patrzył na wygaszone ekrany.

— To wyglądało jak końcówka zapisu bojowego. Trafienie albo awaria rejestracji… Trzeba będzie odzyskać pełny materiał.

Piotr nic nie odpowiedział. „Raróg” przecież nie umarł.

Rozdział 6. Ślady

Zgodnie z rozkazem dowództwa Argusa nie rozdzielali się. Szli po okręcie w szyku, nagrywali wszystko, sprawdzali promieniowanie i pobierali próbki.

Każdy sektor miał własną procedurę wejścia. Najpierw Młot skanował przestrzeń i sprawdzał ciśnienie. Potem Piotr zatwierdzał przejście, Anna kontrolowała parametry środowiskowe, a dopiero na końcu technicy mogli podłączać diagnostykę.

Tempo było męcząco wolne. Na starym okręcie nawet zwykłe otwarcie drzwi mogło połączyć dwa przedziały o różnym ciśnieniu albo uwolnić z magazynu coś, co od dekad powinno być odizolowane.

Najbardziej niepokojące pozostawało jednak to, że większość systemów działała. Wentylatory obracały się cicho, w ścianach pracowały pompy, a co kilka minut ODRA korygowała ciśnienie w kolejnej sekcji, jakby okręt wciąż wykonywał codzienną wachtę.

— Wrak nie powinien być aż tak… uporządkowany — powiedziała Anna.

— Wojskowe systemy podtrzymania projektowano na długą autonomię — odpowiedział inżynier.

— Trzydzieści osiem lat?

— Nie.

W przedziale sterowania osłonami generatory były martwe. Matylda podłączyła tablet diagnostyczny, sprawdziła rozdzielnię i pokręciła głową.

— Cała instalacja jest spalona. Generatory zostały usmażone impulsowym przeciążeniem. Szybszym niż mikrosekundowa reakcja zabezpieczeń. System sterowania został dosłownie ugotowany.

Przetarła z sadzy tabliczkę znamionową. Dało się odczytać: SYSTEM OBRONY DEFENSYWNEJ „PERUN”. Dalej powierzchnia była zwęglona. Na końcu pozostało jeszcze: BUMAR. MADE IN SOL.

Poszli dalej, mijając przedziały załogi i magazyny. Przy baterii działa szybowego z jednego z zasobników wysypały się ciężkie pręty.

— Pociski wolframowe — stwierdził jeden z operatorów uzbrojenia.

Dalsza część przejścia kończyła się otwartą przestrzenią. Za grodzią ziała wyrwa w kadłubie.

— Dalej nie pójdziemy — powiedział Piotr. — Musimy znaleźć przejście górnym pokładem.

W drodze powrotnej zatrzymali się przy kantynie. Na podłodze walały się plastikowe sztućce, jakby ktoś rzucił je w pośpiechu. Na stole stało otwarte opakowanie gotowego dania. Anna zmarszczyła brwi.

— Komu przyszło do głowy jeść podczas bitwy?

Matylda pochyliła się nad pudełkiem.

— To jedzenie nie wygląda, jakby miało kilkadziesiąt lat.

W środku był makaron w sosie bolońskim. Opakowanie wyglądało na otwarte tego samego dnia. Biotechnolog zbliżył skaner do powierzchni jedzenia, ale go nie dotknął.

— Temperatura siedemnaście stopni. Zgodna z pomieszczeniem. Wilgotność normalna. Nie widzę kolonii grzybów.

— Konserwanty? — zapytała Anna.

— Wojskowe racje miały długą trwałość, ale nie taką. Nawet jeśli opakowanie przetrwa, po otwarciu utlenianie robi swoje.

Piotr rozejrzał się po kantynie. Na ścianie wisiał ekran z wygaszonym menu, a przy jednym ze stołów leżał przewrócony kubek. W kroplach zaschniętych na powierzchni nie było nic niezwykłego, przez co całość wyglądała jeszcze gorzej: jak pomieszczenie opuszczone pięć minut przed ich wejściem. Młot obrócił głowicę w stronę drzwi. Operator ochrony natychmiast uniósł broń.

— Co jest?

Robot nie odpowiedział alarmem. Przez trzy sekundy prowadził lufą za pustym korytarzem, potem wrócił do pozycji neutralnej.

— Zapisz to — powiedział Piotr.

Dwaj operatorzy ochrony odbezpieczyli broń, a biotechnolog pobrał próbkę.

— Nie będę zgadywał, dopóki tego nie przebadam. Ale trzydzieści osiem lat? Nie.

Robot przeskanował najbliższe pomieszczenia w podczerwieni, lecz niczego nie znalazł.

— System, połącz się z ODRĄ — polecił Piotr. — Chcę wiedzieć, czy może powiedzieć coś o losie załogi i kiedy ostatnio uruchamiano wyposażenie kuchni albo kantyny.

ODRA potwierdziła jedynie, że rejestry kantyny są niepełne. Piotr nie naciskał. Biotechnolog zabezpieczył próbkę do analizy po powrocie na Argusa; teraz ważniejsze było ustalenie, co jeszcze zachowało się na okręcie.

— Argus, Argus, tu ekspedycja na pokładzie ORP „Raróg”. Przesyłam częściowy materiał z eksploracji. Okręt częściowo sprawny. Systemy podtrzymywania życia działają. Uszkodzenia kadłuba zabezpieczone przez system jednostki. Brak załogi. Kierujemy się na górne pokłady w stronę napędów. Bez odbioru.

Po meldunku poprawili uprzęże i zaczęli wspinać się po drabinie szybu. Platforma transportowa nie reagowała, a inna śluza prowadząca w stronę reaktora była zamknięta od wewnątrz, jakby ktoś z dawnej załogi celowo odciął tę drogę. Mimo sprawnej atmosfery nikt nie zdejmował maski.

Matylda trzymała się przy Piotrze bliżej, niż wymagała sytuacja, i Anna to zauważała, ale milczała. Po tym, co Piotr zobaczył między nią i Arturem podczas narady, nie chciała rozpoczynać rozmowy właśnie tutaj. Wiedziała jednak, że spojrzenie Matyldy nie jest już tylko spojrzeniem koleżanki z ekspedycji.

Przy technicznej furcie platformy znaleźli butlę z gazem ułożoną w poprzek drzwi. Inżynier wyciągnął rękę.

— Nie powinno jej tu być.

— Poczekaj — zatrzymał go Piotr. — A jeśli ktoś położył ją tutaj celowo? Najpierw dowiedzmy się dlaczego.

W magazynie żywności biotechnolog zatrzymał się przy rozwalonych kartonach. Nie były rozcięte przypadkowo. Ktoś otwierał je po kolei i wybierał rzeczy według trwałości. Brakowało racji wysokokalorycznych, koncentratów białkowych i soli mineralnych. Zostały opakowania smakowe, część słodyczy i produkty wymagające przygotowania w kuchni. Anna uklękła przy pustym kartonie.

— To nie wygląda na panikę.

— Raczej na zapasy — odpowiedział biotechnolog.

— Na ile osób?

Mężczyzna policzył brakujące pakiety na podstawie kodów magazynowych.

— Jeśli jedna osoba: tygodnie. Jeśli kilkanaście: kilka dni.

— A jeśli cała załoga?

— Za mało, żeby miało znaczenie.

Piotr zatrzymał wzrok na zamkniętej drodze w stronę maszynowni. Ślady wskazywały, że ktoś przeżył trafienie i planował zostać na okręcie dłużej.

Kilka metrów dalej znaleźli pierwsze miejsce, które wyglądało na prowizoryczny punkt odpoczynku. Koc termiczny leżał złożony przy ścianie. Obok stał pusty pojemnik po wodzie oraz ręczna lampa z wyczerpaną baterią. Anna przykucnęła.

— Nie dotykajcie.

Biotechnolog pobrał wymaz z uchwytu pojemnika.

— Jeśli zachował się materiał genetyczny, porównamy go z listą załogi.

Koc i butelka zmieniały sposób, w jaki Piotr patrzył na „Raroga”. Łatwiej było wyobrazić sobie człowieka siedzącego przy awaryjnym świetle, słuchającego odgłosów okrętu i nie wiedzącego, komu może otworzyć drzwi. Młot ponownie uniósł lufę, ale wszyscy zobaczyli tylko pustkę.

— Tutaj ktoś buszował.

Puste opakowania piętrzyły się w rogu, a półki były w dużej części opróżnione.

— Jak na jednostkę, która w pełni zaopatrzona weszła do bitwy na orbicie planety, ten ubytek prowiantu jest niewytłumaczalny — powiedziała Anna.

— Chyba że ktoś musiał jeść przez trzydzieści osiem lat — rzucił programista.

Piotr sprawdził odczyty.

— Jak wygląda poziom wody?

— Zapas rezerwowy. Zdecydowanie za mały. System powinien już uruchomić pełne odzyskiwanie.

— Może uszkodzenie poszycia? — zapytał inżynier.

— Albo wypili — powiedziała Matylda.

Anna uniosła ku niej wzrok.

— Jeśli wypili, to musieli żyć. A nigdzie ich nie ma.

W końcu dotarli do przedziału reaktora i rozdzielni napędów. Matylda przyłożyła skaner do czytnika i podłączyła diagnostykę.

— System sterowania sprawny. Reaktor na biegu jałowym. Główny napęd impulsowy nie reaguje. Wyłączony administracyjnie. Sekcja napędu manewrowego jest odseparowana; wygląda na sprawną, ale na razie jej nie uruchamiam.

Piotr dał programiście znak, a ten bez pytania otworzył kanał do ODRA-y.

— ODRA, podaj przyczynę wyłączenia napędu.

Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast.

— System napędowy odłączony ręcznie z panelu administracyjnego. Dane identyfikacyjne operacji usunięte.

Programista zawahał się i spróbował ponownie.

— ODRA, potwierdź. Napęd został wyłączony w wyniku uszkodzenia?

— Nie.

— Procedura automatyczna?

— Nie.

— Polecenie człowieka?

— Autoryzacja administracyjna.

— Kto wydał polecenie?

— Dane identyfikacyjne usunięte.

Programista spróbował odczytać historię samego panelu. Lokalny sterownik odpowiedział, ale rejestr zawierał lukę dokładnie w chwili odłączenia napędu.

— To nie jest skasowany wpis — powiedział po chwili. — To wygląda, jakby ten fragment pamięci nigdy nie dostał identyfikatora użytkownika.

— A sama komenda?

— Prawidłowa. Podpisana kluczem administracyjnym. System wykonał ją bez błędu.

— Czyli ktoś miał uprawnienia.

— Albo system dostał poprawną komendę z miejsca, którego nie potrafi teraz wskazać.

Matylda spojrzała na niego.

— To jest różnica?

— Ogromna.

Piotr podjął decyzję szybciej, niż pozwalała dyskusja.

— Nie testujemy tego na napędzie głównym.

Piotr patrzył na wygaszony schemat napędu. Ktoś na tym okręcie przeżył wystarczająco długo, by podjąć decyzję. Ktoś wyłączył główny napęd. A potem zadbał o to, żeby nikt nie dowiedział się, kto to zrobił.

— Głównego napędu nie ruszamy — powiedział. — Nie wiemy, dlaczego został wyłączony. Jeśli będziemy musieli przemieścić okręt, użyjemy tylko manewrówek do stabilizacji. Resztę niech zrobi holownik.

Rozdział 7. Nie jesteście sami

— Tu Argus, powtarzam, tu Argus. Do dowódcy zespołu eksploracyjnego na jednostce H-11, ORP „Raróg”. Mamy komunikat z dowództwa. Przystąpić do przejęcia jednostki i przygotowania jej do zaholowania na orbitę Argusa. Zachować wszelkie środki ostrożności.

Piotr nie przyjął komunikatu z entuzjazmem. Rozkaz oznaczał, że część zespołu musi pozostać na niszczycielu podczas przygotowania do holowania. Jako tymczasowy dowódca „Raroga” nie miał większego wyboru. Musiał zostać.

Głównego napędu nie zamierzał uruchamiać. Nie wiedzieli, dlaczego ktoś wcześniej wyłączył go ręcznie i usunął dane autoryzacji. Do korekt położenia mieli wykorzystać wyłącznie sprawne sekcje napędu manewrowego. Zasadniczy ciąg miał zapewnić Hulajboj — ciężka jednostka techniczna Argusa przeznaczona do przemieszczania dużych obiektów i uszkodzonych jednostek.

Na „Rarogu” mieli zostać Piotr, Matylda i dwóch operatorów uzbrojenia. Młot pozostawał z nimi jako dodatkowa ochrona. Anna, programista, inżynier okrętowy i biotechnolog mieli wrócić na „Frygę”, gdzie czekał Paweł.

Sawicka nie wydała tej decyzji lekko. Holowanie jednostki tej wielkości wymagało ludzi na miejscu, a system sukcesji ODRY dodatkowo komplikował sprawę: Piotr był dla starego niszczyciela tymczasowym dowódcą i część procedur nie chciała przechodzić bez jego obecności.

— Gdybyśmy mieli drugi zespół, zmieniłabym was po sześciu godzinach — powiedziała przez łącze. — Nie mamy. Dlatego żadnego zwiedzania. Mostek, manewrówki, hangar. Koniec.

— Przyjąłem.

— Piotr, to nie jest statek do odzysku na złom. Jeśli coś zacznie się zachowywać inaczej niż w dokumentacji, nie próbuj być mądrzejszy od trzydziestu ośmiu lat niewiedzy.

— Przyjąłem.

Anna słyszała rozmowę i po jej minie Piotr wiedział, że bez wojskowego tonu powtórzyłaby mu to samo.

Decyzję również przyjęła bez entuzjazmu. Martwił ją nie tylko stan starego niszczyciela. Drugą osobą potrzebną Piotrowi do obsługi systemów podczas holowania była Matylda. Anna nic jednak nie powiedziała. Na pokładzie okrętu, którego załoga zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach, zazdrość musiała poczekać.

Cała grupa zebrała się ponownie w hangarze myśliwców. Z „Frygi” wyładowano dodatkowe zapasy, zestawy awaryjne i wyposażenie potrzebne czwórce pozostającej na niszczycielu. Piotr sprawdził łączność z Argusem i potwierdził, że Młot po zakończeniu przygotowań zostanie ustawiony przy wejściu na mostek jako posterunek.

Pożegnanie było krótkie. Piotr i pozostała trójka pomachali ludziom, którzy zniknęli w kadłubie małej jednostki. Chwilę później „Fryga” oderwała się od pokładu i zaczęła wychodzić z hangaru.

Piotr ruszył w stronę korytarza, ale po kilku krokach zatrzymał wzrok na uszkodzonym myśliwcu.

Uszkodzony myśliwiec nadal tkwił w awaryjnej siatce przechwytującej. Podczas pierwszego wejścia na „Raroga” jego kabina była otwarta i widzieli pusty fotel pilota. Teraz pozostawała zamknięta. Piotr zatrzymał całą grupę.

— Ktoś jej dotykał?

Nikt się nie odezwał.

— ODRA, kto zamknął osłonę kabiny myśliwca w hangarze głównym?

Stary system odpowiedział po sekundzie.

— Brak zarejestrowanej operacji.

— Czy osłona mogła zamknąć się automatycznie?

— Tak.

— Z jakiego powodu?

— Ochrona pilota. Przygotowanie do startu. Procedura przeciwpożarowa. Polecenie pilota. Polecenie obsługi hangaru.

Piotr spojrzał na pusty fotel widoczny przez szybę.

— Która z tych procedur została wykonana?

— Brak zarejestrowanej operacji.

Matylda zaklęła pod nosem.

— Bardzo pomocna jest ta twoja nowa podwładna.

— Nie moja. Ja jestem tylko numerem w procedurze awaryjnej.

Mimo żartu Piotr kazał obu operatorom ponownie sprawdzić hangar, lecz nikogo nie znaleźli.

Na polecenie Piotra nikt nie opuszczał już mostka bez wyraźnej potrzeby. Dwaj operatorzy uzbrojenia zajęli stanowiska przy wejściu, a Młot stanął po zewnętrznej stronie śluzy, zwrócony w stronę korytarza. Jego sensory miały pilnować jedynej drogi prowadzącej do nich.

Matylda uruchomiła tylko te sekcje napędu manewrowego, które przeszły diagnostykę. Główny napęd impulsowy pozostawał odłączony. Piotr miał używać manewrówek wyłącznie do tłumienia obrotu kadłuba i utrzymywania właściwej orientacji względem wektora holowania.

Pierwsze uruchomienie wykonali na minimalnym ciągu. Matylda osobiście odcięła magistralę prowadzącą do głównego napędu i założyła mechaniczną plombę na dźwignię serwisową. Dopiero potem podała zasilanie na dwa boczne zespoły manewrowe. Kadłub odpowiedział lekkim drżeniem.

— Ciśnienie komory stabilne. Temperatura stabilna. Zawory pracują — meldowała.

Piotr przesunął sterowanie o dwa procent. Na zewnętrznym obrazie gwiazdy drgnęły.

— Reakcja zgodna — powiedział.

— Powtórz po trzydziestu sekundach. Chcę zobaczyć, czy któryś sterownik nie pamięta innego polecenia.

Operator uzbrojenia spojrzał na nią.

— Sterownik może pamiętać polecenie?

— Po tym, co widziałam w rozdzielni, nie chcę wiedzieć, co może pamiętać.

Z Argusa miał wyjść Hulajboj. To on miał przejąć zasadniczy ciężar operacji, zaczepić „Raroga” w wyznaczonych punktach konstrukcyjnych i bardzo powoli sprowadzić niszczyciel na orbitę stacji. „Fryga” pozostawała jednostką wsparcia i ewakuacji, nie holownikiem.

Piotr spojrzał na wygaszone panele starego okrętu. Jeszcze kilka godzin wcześniej „Raróg” był tylko sygnałem z anomalii. Teraz system uznawał go za swojego dowódcę, na pokładzie brakowało całej załogi, ktoś zużył żywność i wodę, ktoś ręcznie wyłączył napęd, a kabina martwego myśliwca zamknęła się bez świadków.

Za drzwiami mostka Młot poruszył głowicą i przez chwilę mierzył w pusty korytarz.

Anna usiadła w fotelu Piotra. Wciąż wyczuwała na nim jego zapach. Tymczasem Paweł, z drugiego stanowiska, wyprowadził „Frygę” na bezpieczną odległość od niszczyciela. Zatrzymali się i czekali na Hulajboja. Paweł otworzył kanał łączności.

— Paweł do Piotra. Jak sytuacja?

— Wszystko w porządku. Młot pilnuje wejścia, a my rozłożyliśmy się na mostku. Czekamy na Hulajboja. Sprawdź nagrania z korytarzy. Nie wiem, czego szuka ten robot, kiedy celuje w pustą przestrzeń. Zachowuje się, jakby wykrywał coś, czego my nie widzimy. Przesyłam dane.

Plik pojawił się na terminalu. Paweł uruchomił zapis z systemów Młota i podzielił ekran na dwie części: po lewej widzieli obraz kolejnych kamer robota, przełączanych zależnie od kierunku jego obserwacji, a po prawej pracował system namierzania i detekcji. Na obrazie nie było niczego, więc przesunął zapis dalej.

Nadal nic. Robot rzeczywiście obracał się w stronę kolejnych korytarzy i prowadził lufą za czymś, czego kamera nie rejestrowała. Nie było wiadomo, który z jego sensorów wywoływał reakcję ani dlaczego system bojowy uznawał puste przejścia za warte obserwacji. Anna pochyliła się nad ekranem i zmarszczyła brwi.

Nie patrzyła na sam obraz. Patrzyła na momenty, w których Młot zmieniał pozycję. Robot robił to zbyt płynnie, żeby były to przypadkowe korekty. Najpierw wykrywał coś jednym z czujników, potem przewidywał ruch i prowadził za nim uzbrojeniem.

— Cofnij do poprzedniego skrzyżowania — powiedziała.

Paweł odtworzył zapis.

— Teraz pokaż mi nie kamerę. Surowe sensory.

Na ekranie pojawiły się wykresy lidaru, podczerwieni, radaru bliskiego zasięgu i analizy pola elektromagnetycznego. Każdy osobno wyglądał prawie normalnie. Dopiero nałożone na siebie tworzyły krótką anomalię w tym samym miejscu.

— Młot nie „widzi człowieka” — powiedział Paweł. — Fuzja danych daje mu obiekt. Kilka sensorów jednocześnie widzi coś trochę nie tak.

— Czyli robot składa duchy z błędów pomiarowych?

— Albo człowieka z sygnałów, których nasze oczy nie potrafią połączyć.

— Cofnij.

— Co?

— Całość. Szybko. Do początku tego fragmentu.

Paweł uruchomił przyspieszone przewijanie wstecz. Przy szybkim cofaniu jeden fragment obrazu zadrżał inaczej niż pozostałe.

Przy odtwarzaniu materiału od końca jeden z pozornie pustych fragmentów korytarza na moment przestał wyglądać normalnie. Dokładnie w miejscu, w które chwilę wcześniej kierował broń Młot, przestrzeń załamała się jak obraz oglądany przez nierówny kryształ. Zniekształcenie trwało zaledwie kilka klatek. Paweł zatrzymał nagranie.

— Jeszcze raz.

Odtworzył fragment klatka po klatce. Załamanie światła układało się w proporcje ludzkiej sylwetki, niemal przezroczystej, widocznej głównie jako deformacja tła. Gdy lufa Młota kierowała się dokładnie w to miejsce, zniekształcenie znikało. Anna wyprostowała się w fotelu Piotra.

— To dlatego za nim prowadził.

— Albo tak nam się wydaje — odpowiedział Paweł. — Nie wiemy jeszcze, co oglądamy.

Anna nie odrywała wzroku od zatrzymanej klatki.

— Ale coś tam jest.

Paweł natychmiast otworzył kanał.

— Paweł do Piotra. Jesteś tam?

Odpowiedź przyszła po chwili.

— Tak. Rozkładamy się do odpoczynku. Czekamy na Hulajboja.

Paweł spojrzał na Annę, a potem ponownie na nieruchomy obraz.

— Przejrzeliśmy zapis z kamer Młota. Nie mam dobrych wiadomości.

— Mów.

— Nie jesteście tam sami.

Rozdział 8. Powrót

Na „Rarogu” Piotr przez chwilę nie odpowiedział.

— Co dokładnie widzicie?

— Zniekształcenie tła o proporcjach człowieka. Kilka klatek. Młot prowadzi za tym uzbrojeniem.

Matylda spojrzała na zamknięte drzwi mostka.

— Wspaniale.

— Nie wiemy, czy to człowiek — dodał Paweł. — Może błąd synchronizacji kamer.

— Prześlij klatki.

Obraz pojawił się na bocznym monitorze. Piotr powiększył go. Korytarz był pusty, a jednocześnie w jednym miejscu światło zachowywało się źle. Linie paneli wyginały się na moment wokół czegoś, czego nie było.

— Młot zostaje za drzwiami — powiedział Piotr. — Nikt nie wychodzi samotnie. Jeśli coś spróbuje wejść, najpierw chcę alarm, potem decyzję człowieka.

ODRA odezwała się z głośnika:

— Polecenie zarejestrowano.

Piotr podniósł głowę.

— ODRA, wykrywasz niezidentyfikowaną obecność na pokładzie?

— Pytanie niejednoznaczne.

— Ilu ludzi znajduje się teraz na „Rarogu”?

Przerwa trwała wyraźnie dłużej.

— Odpowiedź zależna od znacznika czasu.

Cisza na mostku przeciągnęła się, więc Piotr spróbował jeszcze raz.

— ODRA, podaj minimalną i maksymalną liczbę ludzi na pokładzie według aktywnych rejestrów.

— Minimalna: cztery osoby. Maksymalna: dwieście siedemnaście osób.

Matylda odwróciła się do niego.

— Nas jest czterech.

— Wiem.

— Skąd dwieście siedemnaście?

— Rejestry obecności obejmują sprzeczne przedziały czasowe.

— Czy którykolwiek zapis wskazuje żyjącego członka dawnej załogi w bieżącej chwili?

— Bieżąca chwila wymaga wskazania źródła czasu.

Piotr poczuł irytację.

— Źródło czasu: system Argusa.

— Według czasu systemu Argusa: brak potwierdzonej aktywności biologicznej dawnej załogi.

— A według czasu „Raroga”?

ODRA zamilkła na kilka sekund.

— Pytanie nie posiada pojedynczej odpowiedzi.

Matylda usiadła przy konsoli.

— To był zły pomysł, żeby pytać.

— Nie. Teraz wiemy, że problem jest większy niż kamery.


Kilka godzin później „Fryga” wróciła na Argusa z częścią zespołu i materiałem pobranym z niszczyciela. Piotr z Matyldą nadal pozostawali na „Rarogu”, czekając na Hulajboja. Anna po dekontaminacji zaniosła próbki do bloku medycznego.

Doktor Anna weszła do gabinetu z walizeczką rutynowych próbek: atmosfery, wody, żywności i śladów biologicznych. Na niszczycielu nic w nich nie wyglądało niezwykle, ale procedura wymagała sprawdzenia wszystkiego.

Zanim zapaliła światło w ciemnym pomieszczeniu, coś się poruszyło i usłyszała gorączkowe szepty.

Zapaliła lampkę na biurku. Domyślała się, że jedyną osobą, która mogła tu być, był Artur. Światła głównego nie włączała, bo nie chciała robić przedstawienia.

Na rozłożonej sofie pod kocem faktycznie leżał Artur. Tors miał nagi, resztę ciała schowaną. Obok niego Justynka naciągnęła koc aż pod oczy, jakby miało to uczynić ją niewidzialną. Anna podparła się dla żartów pod boki.

— Hmm, hmm. A co my tu mamy? — udała poważną.

— No cóż, Anno… doktor Anno — poprawił się Artur.

— Rozumiem, że nasz personel medyczny w osobie siostry Justyny prowadzi badania specjalistyczne?

Justynka schowała twarz jeszcze głębiej pod kocem.

— Kochanie, nie wstydź się. Doktor Artur od dawna nie jest na tej stacji tajemnicą.

Justynka ostrożnie wysunęła głowę.

— Dwa miesiące, a ty nadal chowasz się pod kocem — Anna zaśmiała się. — Zakładam, że materiał do badań został już pobrany.

Poruszyła znacząco brwiami w kierunku Artura.

— Najpierw się ubierzcie. Potem będę się śmiała. Jesteście na dyżurze, a te próbki trzeba rozdzielić przed końcem zmiany.

Justynka poderwała się z sofy, nadal trzymając koc, i sięgnęła po fartuch. Ubrała go pospiesznie, czerwona na twarzy.

— Spokojnie — powiedziała Anna. — Nie przyszłam tu nikogo rozliczać.

— Za twoją namową… — mruknął Artur.

— Artur, jeszcze jedno. Dopóki Piotr jest na stacji, mniej żartów i ręce przy sobie. Chyba wie o nas, ale nie chcę sprawdzać, ile naprawdę akceptuje.


Dzień później Anna zatrzymała Justynkę na korytarzu. Przyglądała jej się przez moment z uśmiechem, a potem wzięła ją za rękę.

— Kochanie, jesteś jeszcze młoda. Nie wpakuj się w coś, czego potem będziesz żałować. Artur jest świetny, dopóki niczego od niego nie oczekujesz. Na męża bym go nie brała. Sama zresztą myślę, jak z tego wyjść.

Justynka skinęła głową i chciała potraktować tę radę poważnie, lecz rozsądek zwykle przychodził chwilę później niż Artur.

Ich relacja trwała już ponad dwa miesiące. Do tej pory Justynka pilnowała zabezpieczenia. Kilka dni po rozmowie z Anną Artur powiedział jej, że przeszedł wazektomię i zapewnił, że nie muszą już używać dodatkowej ochrony. Mówił spokojnie i pewnie, więc Justynka mu uwierzyła, choć kłamał.

W tej samej dobie stacja wróciła pozornie do zwykłego rytmu. Dzieci poszły do szkoły, w hydroponice naprawiono kolejną lampę, a w kantynie podano tę samą kawę co dzień wcześniej. Tylko na głównych ekranach informacyjnych pojawił się komunikat o czasowym zamknięciu wybranej strefy orbitalnej. Ludzie natychmiast zaczęli zgadywać.

Po stacji krążyły różne wersje: od starego wraku po wojskowe znalezisko. Jedni twierdzili, że widzieli przez iluminator cały niszczyciel, inni przekonywali, że z jednostki zabrano ciała.

Na Argusie tajemnica miała okres połowicznego rozpadu krótszy niż świeże pieczywo z drukarki żywności.

Hulajboj dotarł następnego dnia. Piotr nie zgodził się na uruchomienie głównego napędu „Raroga”. Nie wiedzieli, dlaczego ktoś wyłączył go ręcznie ani dlaczego usunięto dane administratora. Matylda uruchomiła jedynie sprawne sekcje napędu manewrowego, wystarczające do stabilizacji niszczyciela i korygowania jego położenia względem jednostki holowniczej.

Przez następne dwa dni nie wydarzyło się nic, co wymagałoby ponownego wejścia w głąb okrętu. Czwórka pozostała na mostku. Młot pilnował wejścia i kilka razy zmieniał kierunek obserwacji, ale nie podniósł alarmu. Piotr nie pozwolił nikomu samotnie opuszczać zabezpieczonego sektora.

Trzeciego dnia ORP „Raróg” H-11 znalazł się na wyznaczonej orbicie Argusa. Główny napęd pozostał odłączony. Do czasu przybycia specjalistycznej ekipy z centrum układu dowództwo stacji zakazało kolejnych wejść na pokład bez wyraźnej zgody.

Holowanie trwało dłużej, niż zakładano. Hulajboj nie mógł po prostu pociągnąć kilkudziesięciu tysięcy ton uszkodzonej konstrukcji. Najpierw drony założyły zaczepy na wzmocnionych punktach kadłuba. Potem przez kilka godzin wyrównywano rotację. Każdy impuls ciągu „Raroga” Piotr zatwierdzał ręcznie, a Matylda kontrolowała temperatury zaworów i ciśnienie w komorach.

Najmniejszy błąd mógł zerwać zaczep albo wprowadzić niszczyciel w obrót, którego Hulajboj nie zdołałby zatrzymać przed zbliżeniem do stacji.

Kiedy operacja dobiegła końca, cała czwórka zeszła z „Raroga” zmęczona bardziej napięciem niż pracą fizyczną.

Podczas kursów zaopatrzeniowych Argus przerzucił na niszczyciel dwa dodatkowe Młoty. Jeden pozostał przy mostku, drugi przy węźle prowadzącym do sekcji medycznej i gospodarki wodnej. Sawicka nie zamierzała pozwolić, żeby następne wejście opierało się na jednym robocie i dobrej woli starego okrętu.

W hangarze Argusa czekała ekipa dekontaminacyjna. Najpierw skafandry, potem sprzęt, próbki i wreszcie ludzie. Anna przyjęła Piotra po drugiej stronie śluzy jako lekarz, zanim mogła przywitać go jak żona.

— Źrenice.

— Tęskniłem za tobą też.

— Źrenice, Piotr.

Załoga wróciła na Argusa. Anna i Piotr weszli do mieszkania razem. W środku panowała cisza, do której nie byli przyzwyczajeni. Dzieci zostały u matki Anny jeszcze na kilka dni.

Anna odłożyła torbę przy stole, a Piotr zamknął drzwi. Cisza między nimi szybko przestała być wygodna, kiedy spojrzała na niego.

— Widziałam, jak Matylda na ciebie patrzy.

Piotr spuścił wzrok.

— A ja widziałem dłoń Artura nie tam, gdzie trzeba.

Anna pokiwała głową.

— Ta samotność nas kiedyś wykończy.

Piotr zatrzymał na niej wzrok. Stali naprzeciwko siebie w pustym mieszkaniu. Dzieci zostały u matki Anny, alarm ucichł, dyżur się skończył, a „Raróg” wisiał daleko za ścianami stacji. Tym razem rozmowy nie przerywało nic.

Anna pierwsza odwróciła wzrok i ruszyła w stronę kuchni. Temat pozostał między nimi. Żadne nie próbowało go tego wieczoru rozstrzygać.

Zamiast rozmowy zajęli się rzeczami zwykłymi. Anna wstawiła pranie, a Piotr sprawdził wiadomości od dzieci. Jedli późną kolację bez apetytu, a potem przez kilka minut oglądali stary program informacyjny, którego żadne nie śledziło.

Wspólne życie miało tę przewagę nad romansami, że składało się także z rzeczy całkowicie pozbawionych napięcia: z pytania, kto odbierze dzieci, czy filtr w kuchni był wymieniany i dlaczego jeden z kubków znowu przecieka.


Rano dzieci wróciły na kilka godzin od matki Anny. Młodsze od razu chciało wiedzieć, czy Piotr naprawdę był na „statku duchów”.

— Nie ma statków duchów — odpowiedział.

— W szkole mówią, że jest.

— W szkole mówią też, że automat w kantynie potrafi zrobić prawdziwą pizzę.

— Potrafi.

Anna parsknęła śmiechem. Starsze dziecko było mniej łatwe do zbycia.

— Dlaczego stoi tak daleko od stacji?

Piotr spojrzał na Annę.

— Bo jeszcze go badamy.

— Czy jest niebezpieczny?

— Nie wiemy.

Anna odłożyła kubek.

— Tata chciał powiedzieć, że dlatego stoi daleko.

Rozmowa trwała kilka minut, potem dzieci zaczęły się kłócić o dostęp do konsoli i tajemniczy niszczyciel przegrał z grą. Piotr patrzył na nich i pomyślał, że prawie wszystko, co robił zawodowo, sprowadzało się do jednego: utrzymać dziwne rzeczy wystarczająco daleko od tego pokoju.

Piotr zdał sobie sprawę, że właśnie tych drobiazgów bał się stracić najbardziej.

Anna położyła się wcześniej. Kiedy zasnęła, przez chwilę patrzył na jej twarz w półmroku. Nie wiedział, czy bardziej boli go Artur, czy własna hipokryzja. Wiedział tylko, że teoria o „swobodzie ludzi przyszłości” nie pomagała w żaden praktyczny sposób.


Przy kolejnym wejściu na „Raroga” wyprawa nie wydawała się już szczególnie tajemnicza. Dział medyczny chciał pobrać próbki leków i sprawdzić, czy anomalia wpłynęła na stabilność materiałów biologicznych, a Paweł zamierzał przejąć więcej logów z systemów pokładowych.

Tym razem procedura była bardziej formalna. Każda próbka dostała trzy znaczniki czasu: lokalny z „Raroga”, niezależny z urządzenia badawczego i synchronizację Argusa przesyłaną jednokierunkowym kanałem. Po pierwszej wyprawie nikt nie chciał opierać się na jednym zegarze.

Paweł został na „Frydze” i przed wejściem przypomniał im przez interkom:

— Jeśli dwa zegary pokażą różne wartości, nie poprawiacie żadnego. Zapisujecie oba.

— Wiemy — odpowiedział Piotr.

— Mówię głównie do ciebie. Piloci mają potrzebę naprawiania wszystkiego, co wygląda źle.

— Programiści mają potrzebę komentowania wszystkiego.

— To mechanizm bezpieczeństwa.

Anna uśmiechnęła się po raz pierwszy od poprzedniego wieczoru. Piotr poleciał jako pilot i dowódca ekspedycji. Z Anną zabrali biotechnika i jego asystenta. Nie zabrali operatorów uzbrojenia, ale wejście nadal odbywało się pod osłoną Młotów. „Raróg” stał na wyznaczonej orbicie Argusa, monitorowany zdalnie, lecz nikt nie uznał tego za powód do obniżenia procedur bezpieczeństwa.

Po wejściu cała czwórka przeszła razem do pierwszego bezpiecznego węzła. Dopiero tam rozdzielili się na dwie pary: biotechnicy ruszyli do sekcji gospodarki wodnej z jednym Młotem, a Piotr z Anną skierowali się na pokład ambulatoryjny pod osłoną drugiego. Okręt zachowywał się spokojniej niż podczas pierwszej eksploracji. Systemy pracowały stabilniej, powietrze było czyste, a diagnostyka działała bez przerwy. Ślady ostrzału, wyrwa po zniszczonej baterii i martwe sekcje pancerza przypominały jednak, że jednostka nadal była wrakiem wymagającym stoczni, nie statkiem gotowym do służby.

Nie zanotowano nowych fantomowych sygnałów. Przy sterowni, siłowni i innych kluczowych przejściach nadal działały roboty pozostawione podczas holowania. Piotr szedł pierwszy mimo osłony i co jakiś czas zatrzymywał się, zanim pozwolił Annie wejść w kolejną odnogę korytarza.

Przed laboratorium Anna przeszła przez śluzę jako pierwsza. System rozpoznał jej uprawnienia medyczne.

Drzwi zareagowały inaczej niż poprzednio: panel poprosił o potwierdzenie stopnia medycznego, więc Anna przyłożyła dłoń. System sprawdził implant i wyświetlił: LEKARZ CYWILNY. UPRAWNIENIA TYMCZASOWE.

— Czuję awans — powiedziała.

— Jeszcze chwila i dostaniesz własny gabinet na wraku.

— Pod warunkiem, że nie będzie w nim Artura.

Słowa wyrwały jej się automatycznie. Oboje zamarli na sekundę, po czym Anna pokręciła głową.

— Przepraszam.

— Nie musisz przepraszać za każde jego imię.

— A ty za każde imię Matyldy?

Piotr spojrzał na nią.

— Chyba to jest powód, żebyśmy wreszcie porozmawiali.

— Jako doktor mogę teraz polecić automatycznym sanitariuszom, żeby cię pojmali — zażartowała.

— Ciekawe to stopniowanie władzy na okręcie wojskowym. Chcesz poddać mnie torturom? Za co?

— Za Matyldę — odpowiedziała odruchowo. Zaraz spoważniała. — Wybacz.

— Masz prawo być na mnie zła. Oboje chyba za długo udawaliśmy, że wszystko jest w porządku, skoro niczego sobie formalnie nie zakazaliśmy.

— Może nie ciągnijmy tego. To był głupi żart.

— Nie. Skoro już zaczęliśmy, dokończmy. Inaczej dalej będziemy udawać. — Zawahał się. — O Arturze wiem od ponad roku.

Zapadła cisza.

— Nie wiem, co mam powiedzieć. A Matylda?

— Matyldę poznałem, kiedy przyszła naprawić zasilanie w kajucie. Była zainteresowana. Ja też. Nie poszedłem od razu do ciebie, bo nie wiedziałem, czy jesteś z Arturem. Potem była ciekawość, pożądanie… i chyba potrzeba, żeby ktoś przez chwilę patrzył tylko na mnie. To nie był romans. Jedna noc, tuż przed całym tym bałaganem z „Rarogiem”. — Klepnął dłonią w obudowę pomieszczenia. — Nie mam lepszego usprawiedliwienia. Chyba sam za bardzo uwierzyłem w tę naszą wygodną wersję wolności.

— Wiedziałeś od ponad roku i nic mi nie powiedziałeś? — Anna zamilkła. — Z Arturem też miało być prosto. Był wtedy, kiedy ciebie nie było. Słuchał, potrafił być miły, zawsze się pojawiał. Najpierw traktowałam go jak sposób na samotność. Potem przywykłam, że jest codziennie. To już nie było tylko rozładowanie napięcia. Nie będę cię okłamywać. Przyzwyczaiłam się żyć pomiędzy wami dwoma.

Rozmowa nie rozwiązała niczego. Anna pobrała próbki leków, Piotr pomógł jej zabezpieczyć pojemniki, a potem przeszli do kolejnych szaf medycznych. Oboje byli bardziej skupieni niż wcześniej. Po raz pierwszy przynajmniej wiedzieli, o czym naprawdę milczą.

Po zakończeniu pracy wrócili do śluzy razem. Biotechnicy czekali już z próbkami wody. „Raróg” został za nimi taki sam jak przed wizytą: pusty, cichy i zbyt stary według kalendarza, a zbyt świeży według części tego, co znajdowali na pokładzie.

Przy wyjściu Anna zatrzymała się jeszcze przy jednym z terminali medycznych. Na ekranie migał komunikat o niespójnej synchronizacji czasu badania. Otworzyła szczegóły.

Badanie oznaczono jako wykonane trzydzieści osiem lat temu. Właściwości próbki zapisane w tym samym pliku wskazywały na materiał pobrany kilka godzin wcześniej.

— Piotr.

Podszedł.

— To może być uszkodzenie bazy?

— Może. Zapiszę to Pawłowi.

Nie powiedziała głośno drugiej myśli. Jeśli zegary kłamały, nie wiedzieli jeszcze, czy kłamstwo dotyczyło elektroniki, czy samego czasu.

Rozdział 9. Rejestr bojowy

Matylda od czasu wizyty na tym przedziwnym okręcie nie potrafiła się uspokoić. Zostało w niej wrażenie, że coś ją obserwowało, choć nie umiała powiedzieć co. Po powrocie na stację napięcie nie zniknęło. Wmawiała sobie, że to tylko stres.

Najgorzej było w pustych korytarzach energetyki podczas nocnej zmiany. Argus nigdy nie był całkowicie cichy. W ścianach pracowały pompy, przewody rozszerzały się przy zmianach temperatury, czasem metal konstrukcji odpowiadał krótkim trzaskiem na korektę położenia stacji. Matylda znała te dźwięki od roku, lecz po „Rarogu” zaczęła je interpretować inaczej.

Dwa razy odwróciła się, przekonana, że ktoś idzie za nią. Raz zatrzymała windę piętro wcześniej, bo wydawało jej się, że w odbiciu drzwi widzi ruch za plecami. Za każdym razem korytarz był pusty.

Nie powiedziała o tym nikomu. Jeszcze tego brakowało, żeby po jednej wyprawie na stary wrak trafiła do medycznego z podejrzeniem reakcji lękowej.


Kapsułę wybrała dopiero wieczorem, bo obiecywała pełną kontrolę nad ustawieniem, programem, czasem i wyłączeniem.

Położyła się w kapsule i wybrała mocniejszy program. Zatrzymała palec na opcji „stanowczy”, chcąc wyrzucić z siebie złość na własną naiwność, na Piotra za jego małżeństwo i na Annę, która sypiała z Arturem, a mimo to patrzyła na Matyldę z zazdrością.

Przez moment pomyślała o ustawieniu „max”, ale została przy wcześniejszej decyzji.

Program uruchomił kolejne obrazy, dioda w okularach przyspieszyła, a kapsuła zadrżała. Po kilku sekundach Matylda poczuła, że intensywność przekracza wybrany poziom.

Spróbowała rozluźnić ciało, ale impulsy rosły. Program powinien już zwalniać. Zamiast tego przyspieszał.

Moduł kapsuły pracował bez przerwy. Kolejne bodźce nakładały się na siebie, odbierając jej poczucie kontroli nad własnym ciałem.

— Matko, przeklęta maszyna zacięła się czy jak? Cholera…

Palce Matyldy wbiły się w miękką skórę ławeczki. Złapała uchwyt, próbując się podnieść. Świat wirował, a parametry implantu nagle zapaliły się na czerwono.

Kiedy tętno i napięcie mięśni przekroczyły bezpieczny próg, implant zakomunikował ryzyko dla zdrowia i życia i odciął kapsułę poleceniem nadrzędnym.

Panel odjechał powoli do pozycji początkowej, a dioda w okularach stopniowo zwalniała, aż zastygła na zielono.

Matylda oddychała ciężko. Przez dłuższą chwilę nie mogła się ruszyć; była oszołomiona i obolała, jak po przeciążeniu, którego program nigdy nie powinien wygenerować.

— Cholera, co to było? System, co się stało z maszyną? — wyszeptała do pokoju.

Jej lokalne AI odpowiedziało po krótkiej zwłoce. Matylda spodziewała się komunikatu o awarii serwomechanizmu albo błędzie regulatora, bo to dałoby się zgłosić, rozkręcić i naprawić przez wymianę części.

— Parametry ustawiono na poziom maksymalny przez użytkownika.

Doskonale wiedziała, że nie ustawiła takich parametrów. Leżąc jeszcze bez sił, spojrzała na maszynę. Pokrętło potencjometru rzeczywiście znajdowało się maksymalnie po prawej stronie.

— Głupia maszyna! — wykrzyczała Matylda.

Miała dziwne przeczucie, że coś lub ktoś cały czas ją obserwuje.

Wyciągnęła rękę do panelu i otworzyła historię ustawień. Ostatnia komenda rzeczywiście pokazywała MAX, a autoryzacja i czas wykonania wyglądały prawidłowo.

Matylda odtworzyła zapis z własnego implantu i przypomniała sobie ruch palca na pozycji „stanowczy”. System sensoryczny zapisał dokładnie ten sam gest. Dwa źródła danych mówiły więc różne rzeczy.

Siedziała naga na brzegu kapsuły i patrzyła na pokrętło, jakby mogło samo odpowiedzieć.


Przed kolejną zmianą Matylda zabrała moduł sterowania kapsuły do warsztatu. Nie wpisywała oficjalnego zgłoszenia, tylko poprosiła znajomego elektronika o szybkie sprawdzenie.

— Co zrobiła? — zapytał, podpinając tester.

— Przestawiła program.

— Sama?

— Gdybym wiedziała, nie przynosiłabym ci jej.

Tester przeszedł przez pamięć sterownika, enkoder potencjometru i układ wykonawczy.

— Mechanicznie czysta. Rejestr mówi, że dostała MAX z panelu użytkownika.

— A gdyby pokrętło samo przeskoczyło?

— Czujnik widziałby ruch. Nie widzi.

— Czyli?

— Czyli albo źle pamiętasz, albo pamięć urządzenia jest lepsza od twojej.

Matylda zabrała moduł bez odpowiedzi. Po „Rarogu” coraz mniej ufała temu argumentowi.

Zrobiła coś, czego początkowo nie planowała: wyłączyła urządzenie fizycznym odłącznikiem przy podłodze, a potem zasłoniła je kocem. Raportu nie napisała.

Dwa dni po sprowadzeniu ORP „Raróg” H-11 na orbitę Argusa niszczyciel nadal tkwił w wyznaczonej strefie, utrzymywany przez boje stabilizacyjne. Reaktor główny pracował na biegu jałowym, a odłączony napęd zabezpieczono dodatkowo mechanicznymi blokadami. Po tym, co znaleziono na pokładzie, dowództwo nie zamierzało pozostawiać jego uruchomienia wyłącznie elektronice.

Technicy zdołali jednak odzyskać pierwszy dłuższy fragment rejestratora bojowego. Kapitan Katarzyna Sawicka, obecna dowódczyni Argusa, zwołała naradę. Na co dzień jej służba sprowadzała się głównie do nadzorowania ruchu jednostek technicznych, awarii i pracy stacji. „Raróg” był największym wydarzeniem, jakie wydarzyło się na Argusie od wielu lat.

Sala odpraw była pełna bardziej niż zwykle. Oprócz ludzi z pierwszej ekspedycji przyszli kierownik energetyki, szef ochrony technicznej i dwóch specjalistów od starych systemów wojskowych. Sawicka ograniczyła dostęp do materiału do minimum, ale na stacji minimum i tak oznaczało kilkanaście osób. Przed rozpoczęciem kazała odłączyć salę od sieci ogólnej.

— To przesada? — zapytał jeden z techników.

— Być może — odpowiedziała. — Wolę przesadę niż raport zaczynający się od zdania „nie przewidzieliśmy”.

Paweł podłączył nośnik bezpośrednio do projektora. Żadnej chmury, żadnego automatycznego kopiowania, żadnego dostępu z zewnątrz.

Piotr zauważył, że stary wojskowy sposób pracy z „Raroga” zaczyna przenosić się na Argusa.

W niewielkiej sali odpraw zasiedli Piotr, Anna, Matylda, Paweł, programista oraz specjaliści pracujący nad danymi z H-11. Sawicka stanęła przy końcu stołu.

— To, co zobaczycie, zarejestrowano trzydzieści osiem lat temu. Materiał jest niepełny. Obraz złożyliśmy z rejestratora mostka, systemów uzbrojenia i kamer wewnętrznych. Niczego nie poprawialiśmy poza próbą synchronizacji zapisów.

Programista uniósł głowę znad tabletu.

— O ile w tym przypadku można jeszcze mówić o synchronizacji.

Sawicka spojrzała na niego.

— Do tego dojdziemy. Najpierw zobaczmy, co stało się z okrętem.

Światło przygasło. Na głównym ekranie pojawił się mostek „Raroga”. Nie ten pusty, ciemny i martwy, po którym kilka dni wcześniej chodzili ludzie z Argusa. Ten był pełen życia. Przy stanowiskach siedzieli członkowie załogi, na ekranach taktycznych przesuwały się dziesiątki znaczników, a czerwonych było zdecydowanie więcej niż pozostałych.

— Bateria pierwsza, ognia!

Obraz zadrżał. Kamera zewnętrzna pokazała działa jonowe. Kilka jasnych linii przecięło przestrzeń i zniknęło poza kadrem.

— Cel trafiony. Prowadzić dalej!

Kolejny wstrząs był mocniejszy. Na mostku zgasła część oświetlenia.

— Maszynownia do mostka! Perun dwa przeciążony. Tracimy sekcję osłony na prawej burcie!

Matylda poruszyła się na krześle.

— To znaleźliśmy. Cała rozdzielnia była spalona.

Piotr nie odrywał wzroku od ekranu. Na obrazie jedna z baterii szybkostrzelnych prowadziła ogień niemal bez przerwy. Chwilę później ekran zalała biel. Kiedy obraz wrócił, w miejscu baterii ziała wyrwa. Ta sama, którą oglądali z pokładu „Frygi”.

Rejestr przełączył się na hangar. Uszkodzony myśliwiec wpadał do środka zdecydowanie za szybko.

— Nie ma hamowania!

System przechwytujący uruchomił się automatycznie. Wielka konstrukcja pochwyciła maszynę. Myśliwiec szarpnął się w siatce, uderzył bokiem i znieruchomiał. Kabina otworzyła się. Pilot żył. Dwóch ludzi wyciągnęło go ze środka.

Paweł spojrzał na Piotra i obaj rozpoznali ten sam myśliwiec, który po trzydziestu ośmiu latach nadal tkwił w systemie przechwytującym. Nagranie wróciło na mostek.

Sytuacja pogarszała się z każdą chwilą. „Raróg” prowadził ogień ze wszystkiego, co jeszcze działało. Wtedy na jednym z ekranów pojawił się nowy kontakt.

— Obiekt na sektorze dziewięć!

— Identyfikacja!

— Brak zgodności z bazą.

— Swój?

— Nie odpowiada.

Na obrazie znajdowała się ogromna konstrukcja, odległa i niewyraźna. Nie przypominała żadnej jednostki widocznej wcześniej. Z jej kierunku pojawiła się cienka linia emisji.

— Promieniowanie rośnie!

Dowódca „Raroga” poderwał głowę.

— Unik! Pełny ciąg, lewa burta!

Za późno.

Biel pochłonęła ekran.

Zamiast eksplozji obraz na moment zastygł, jakby uderzenie ominęło samą materię okrętu.

Chwilę później rozsypał się czas.

Efekt nie przypominał uszkodzonej kamery. Dźwięk i obraz rozjechały się, ale każdy na swój sposób. Jeden z marynarzy wykonał ruch dwa razy. Na ekranie taktycznym znacznik własnej jednostki przesunął się, wrócił i dopiero potem pokazał polecenie steru, które miało ten ruch wywołać. Paweł zatrzymał nagranie.

— Cofnij — powiedział Piotr.

— Właśnie to robię.

— Nie. Cofnij normalnie. Bez korekcji.

Po wyłączeniu algorytmu synchronizującego materiał stał się jeszcze bardziej chaotyczny.

— Ten zapis był wcześniej wygładzony? — zapytała Anna.

— Tylko złożony według znaczników czasu. Problem w tym, że znaczniki nie zgadzają się ze sobą.

Sawicka pochyliła się nad stołem.

— Czyli nie wiemy, w jakiej kolejności wydarzyły się nawet te kilka sekund?

— Dokładnie.

Potem zegary zaczęły pokazywać różne wartości. Jeden odliczał normalnie. Drugi cofał sekundy. Trzeci przeskoczył o kilka godzin. Na jednym z paneli data zmieniła się na wcześniejszą o trzy dni, zniknęła i została zastąpiona datą późniejszą o kilkanaście lat.

— Co się dzieje?! — krzyknął ktoś na mostku.

Po chwili z głośników dobiegł ten sam głos.

— Co się dzieje?!

Człowiek, który wypowiedział te słowa, zamarł i tym razem już się nie odezwał. Jeden z członków załogi gwałtownie odwrócił głowę.

— Dowódco…

— Co?

— Tam ktoś stoi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 45.28