E-book
4.1
drukowana A5
26.68
Rozwiewność menhirów

Bezpłatny fragment - Rozwiewność menhirów

Objętość:
134 str.
ISBN:
978-83-8126-993-3
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 26.68


BLISKIM …

gdy dobiegniesz do mety

nie upajaj się sukcesem

biegnij dalej

niezmierzone drogi

czekają na czasu zmierzenie

Na orbicie w pół do trzeciej

znalazłam w kieszeniach kasztany

pamiątki zeszłorocznej jesieni

zaciskam mocno w dłoni

wpatrzona w gwiazdy rozwieszone nad widnokręgiem

wtłoczona w wszechświata jedność

czuję że jestem jego fragmentem

w nim kasztanów zaranie i wieczność


dżdżysta jesień odpełzła w przydeptanych kapciach

wielu za bramą grzech roztasował milczeniem na ustach

lata poprzednie przeminęły jak przemija wszystko

uzbierało się kłamstw łamanych przysiąg i złej pogody

sumienie nie bolało uformowane za parawanem pozy


świat ułamkami maleje i wciąż ubywa

i mnie jak gdyby coraz mniej w sobie

i kasztany pomarszczone

jedynie przysadzista cisza ogromnieje w bezsenności porze …


wszystko na ziemi i ponad zestrojone w jeden wymiar

tylko ta chwila

przebudzenia

chwila śmierci czy życia chwila?

Zmienność

jestem życiem jestem śmierci cieniem

jestem błogosławieństwem

i złowieszczym spojrzeniem

muzyką myśli coraz bardziej huczną

delikatnie składam trzcinę nadłamaną

niekiedy jestem wichurą

co pole trzcin przemienia w chaos

ginę w światach marzeń zdziwionych

implozji doznaniem

jestem zaprzeczeniem i prawdą

ciszą i jak dworcowe poczekalnie gwarną

gdy wzbiera echo rosną emocje

w przyspieszonym oddechu zwyczajnym losem

zwykłą niedzielą i świętem też być mogę

w imaginacji przyzwyczajeń

chorągiewką i sztandarem który niosą

w zadumie tłumnie

taka już jestem


wznoszę mosty złudzeń

co zawsze się rozpadają

zostawiając nieprzemakalną pamięć

jak dla tonącego kamień


w teatrze codziennego aktora-widza

gram swoją rolę

epika czynów rozgrzesza dnia aforyzm

Obraz określony ramą

geometria mieszkania mnie przytula

zakrywa szczodrość łez

kolczastość czasu

i ciszę niewypowiedzianych słów

zastygły gest

smutek zlazł ze ścian

i rozlał się po podłodze jak uległy dywan

stąpam po nim samotnie

bezbronna jak wobec śmierci człowiek

początek nadziei ukrytej za lustrem

budzi uśmiech na twarzy życia


żyję więc tęsknię

te ściany znają mnie na wprost miłosiernie

nigdy nie wydadzą osądów

ani marzeń zawieszonych pod żyrandolem

co rozświetla okna

i oddala mroku bezwzględne pazury

do bezsenności bólu

niepewność eksploduje w wejrzeniu

wdzierających się codziennych cieni

dyletantów



świtaniem dojrzewają myśli w słowa

przeżute złudzeniem wczoraj

niestrawione wyłuszczają nowe widoki

przechodzące przez cierpienie

improwizacja w tle

ściany uśmiechają się do okien

zorza przegląda się w wazonach

samotność zawisa pod nadirem

niczym stary łach lub klątwa

świat mnie kąsa …

a nadzieja — ta nadzieja uskrzydlona — przyzywa

do spełnienia łzy skazanej na milczenie

jestem jej dopełnieniem


dniu! już idę!

Kompozycja

kobieta jest jak zbiór nut

tylko wirtuoz potrafi

zgrać je w piękno

ignorant nie usłyszy

nic oprócz jęku

z wezbranych ust

i nie zrozumie

nic a nic z galimatiasu nut


mistrz odnajdzie

to „coś” niezwykłe

pochwyci i poukłada

na pięciolinii

w kropelki tęczy

a ona na nieboskłonie rozwiesi

i przejdą pod nią razem

nadzy i piękni

ostatni i pierwsi

Rozpacz

rozsypał się błękit

w popiołach zagrzebał swą przestrzeń

zastygł w lawie cierpień

i opadł na zachmurzone oblicza

zszarzał

do pustki bezdechu

do smutku knowań

westchnął głęboko

zadumał

zatrzymał się w pozie

tęsknił za słońca źrenicą

skonał łzą okrągłą i cichą


czas przepływał powolnie poprzez smutek

przesypując poszarzałe minuty

przez melancholii rozpełzłe kontury


wąską szczeliną nadziei

sączył się jeden promień

jedyny

nieustępliwy

aż pojaśniały znamiona szramy

pojaśniały ciemne odmęty

i odwróciły się by oddać tamten czas

i przyjąć nowo zrodzony

błękit

Rozliczenie

w klepsydrze

złote kwadrygi czuwają na baczność

gdy czas zatrzyma się w pełni

i zabrzmi ostatni akord

zgranej melodii

ciche rumaki poniosą

całość w błękitne głębie


na znak Najwyższego

dobre minuty

zapłoną nad wszystkie firmamenty

i jednej gwiazdy przybędzie


a czasu zmarnotrawionego

ciemność nie zwróci

ciemność posiądzie nów

do potęgi nocy

Milczące melancholie

rozsypała się cichość krystaliczną tonią

nad szkieletami schronów

nad jezior glazurą rozświetloną

i nad raną dawno temu ziemi zadaną


stare drzewa pochyliły się nad historią

pamiętają choć były niewinne i świeże

i płakały tamtą zimą

gdy krew wstępowała w szmaragdy

i w szmaragdach zakwitała


w wolności nam ofiarowanej

przez nich co w ofierze świętej

odmaszerowali w wieczność

ciszą bezwzględną ciszą ostateczną


ta cisza oplata okopów serpentyną

pulsujące serca i przeszłe cienie

zasypane liści milczeniem


i przeprasza za tamte dni

zamętu ostatnie

dojrzałe i pierwsze w swej prawdzie

i prawdzie najwierniejsze


Na „Przesmyku śmierci” sierpień 2011 r.

„Przesmyk śmierci” to pas ziemi pomiędzy jeziorami Smolno i Zdbiczno w bezpośrednim sąsiedztwie miejscowości Zdbice, który był broniony przez bunkry niemieckie, pola minowe oraz betonowe zapory przeciwczołgowe i zasieki z drutu kolczastego. Rozegrała się tu jedna z najkrwawszych bitew o przełamanie Wału Pomorskiego. Przesmyk pomiędzy jeziorami stał się miejscem ostatniej walki dla ponad 300 żołnierzy polskich i radzieckich.

Akty dnia każdego

wymknę się przez dziurkę od klucza

i szczelnie zamknę drzwi

na twarz nałożę następny uśmiech

ułożony w pasemka bezimiennych dni


będę czekać wpatrzona w gwiazd drżenie

i będę pytać o pogodę o losu zrządzenie


czy warto było czekać

pozory nie są nadzieją


znam zakończenie …

i łzy i samotność na poprzedniej twarzy

i tej co będzie ostatnią …


gdy powrócę

poznam smak niewiary i bezsensu


pogodzona z losem oddam się

przepaści nocy

…i znów wymknę się ciemności

na przekór

po wieczność następnego aktu

nadziei

po ogrody rozkwitłe w natchnieniu


po szpony by przeżyć

Zastałość

behawiorystycznie spoglądał na świat rzeczy

poukładanych na półkach z napisem eksponat

próbował dotykać

próbował je zmieniać

na próżno — wklejone w horyzont historii

pokryte nalotem zwierzchności trwały

jak szczerba w drewnianym płocie

do końca jego wieczności

psychologicznie próbował dojrzewać

do samobójstwa niemocy

poniósł koszty i zakończył leczenie

zamknął drzwi bez klamki i wniknął

w następne pokolenie

jako cień z genetycznym obciążeniem

Przyrzeczenie

„wstawaj szkoda dnia”

w radio krzyczą

marne ciało zwlekam

strzepuję resztki snów z pod powieki

nabrzmiałej muzyką nocnych nietoperzy


gasną latarnie

słońce spóźnione wyziera

niesforne i zaróżowione

od widoków po drugiej stronie

ranek czeka na dotyk

i wita mnie chłodem

mam nadzieję że będzie dobry

jak wczoraj

lub więcej niedosytu

i więcej rozczarowań


powiedzie mnie do następnego świtu

by trudniej było powstawać i budować

w ograniczonej ramie

układać kolory zgrane

nie ważne plamy

i niedociągnięcia

ten obraz będzie mój niepowtarzalny

więc budzę dzień

dla nadziei co jeszcze

nie umarły


trzymają mnie mocno w garściach

za strzępy ubrań

skrywających przeszłość

zaceruję je mocną nicią

i dobrze wpasuję w całość

postaram się w kontrakcie przyszłości

mimo wszystko

zorze zapalać

modelujące przestrzeń

dnia następnego

i prawdy nowe

Świat motyli

zasypiają motyle

w błękitnych objęciach

wiatrem ukołysane

na tęczowych skrzydełkach


niewinnie strzepują

pyłek co olśniewa wszechświat

przechodząc na drugą stronę

słonecznego lustra


tam słychać tupanie

małych nóżek tańczących

na alabastrowych płatkach

taniec godowy

nienarodzonych

Marzyciel

gdyby można było

powrócić i kochać bez granic


gdyby można było

wskazówki na spóźnione godziny

przestawić


myślał zafrasowany w kolejce

do projekcji życiorysu


myślał że był życiem

że był tego życia panem


był tylko księżyca odbiciem

w zmąconej wodzie


i jak urwany guzik

potoczył się z łoskotem po podłodze


do ciemnej szpary

po niepamięć

Remedium

gdybym miała jutro umrzeć

dzisiaj chciałabym przeżyć na kropelkach tęczy

we wszechobecnym powietrzu

zrozumieć niezrozumiałe

usprawiedliwić zaniechane

uchwycić szept złotych myśli

wznieść się jak ptak wznosi brzmienie pieśni

przez chwilę trwać w przejrzystym niebie

i rozdawać światy piękne nieskończenie


pójść poprzez czasu refleksje zdzierając kolana

przedrzeć się przez niepokorny brzeg tonąc w piaskach

w bezdechu pustyni odnaleźć oazy cień

i pozostać tak długo aż powiedzą że to koniec

i zamkną spojrzeniem świt

w ruinie dnia ścichnie śpiew

dzwon poruszy drżenie rzęs

w anatomii języka powstaną sztuki milczenia słów

wywracających świat w reklamacje życia


chciałabym odejść wybaczona od krzywd

kochania pokorą w galerii imion i burz



gdybym miała jutro umrzeć

chciałabym powiedzieć — przepraszam —

ludziom i cierpieniom które przeklinałam

dzięki nim ułagodzona dotrwałam

w serca drgnieniach

w kształtach powietrza

byłam

bo jestem

niepewna jutra …


wieczorem opatruję lampę

Zachody

podziwiając zapach siana

podziwiając widoki

i kurz opadający na ścierniska

leniwie przeciąga się jesień

nie chciała rozmoczyć

nie chciała przybyć za wcześnie

chciała być wesoła i słoneczna

a mówią że jest kapryśna

a przecież musi przygotować zimie

ścieżkę


umiejscowiona pomiędzy

ciepłem a mrozem

stara się ułagodzić pogodę

więc wplata

w kruczoczarne warkocze

srebrne nitki babiego lata

aż zasrebrzy skronie

i w ciepłe rękawice powkłada

pomarszczone dłonie

zaciskające ostatnie nieme promienie

schodzące z twarzy

w podziemie

Migawki

rozdygotane rzęsy drżały jeszcze długo

nim pieśń zgasła i echo zasnęło

odmaszerowały straszydła w ciemność

dzień przedzierał się do szklanki z piwem

i pszczoły budziły kwiaty…


w okowach nocy odpoczywał strach

o pięknych jak szmaragdy oczach

zmoczone rosą zalotnie lśniły na firmamencie

były zadziornie piękne

nie jeden utonął tej nocy chcąc dotknąć

chcąc poczuć ich nieziemskość

upadł pod kadzią wściekle kipiącą

i kipieli oddał duszę i serce zauroczone

eliksirem złociście spienionym

pełnym kropelek odurzonych


myślał że przetrwa szczęśliwie wszystkie mary nocne

w niepamięci przeszczęśliwej

i po właściwej stronie obudzi świty przed wschodem


nad ranem pozbierał łzy i zakrył oczami

raziła jasność i krtań trawiła gorycz

a przecież taki był szczęśliwy


kolejna noc osaczona powietrzem skłębionym

czeka na wybiegu rozgorączkowana

na wszystkich niewpasowanych w szablony

Świat idzie

świat idzie do przodu

i nie zatrzyma kroku

pełen żądzy

potrafi wynieść wysoko

i zrzucić w przepaść

niepokornych


a ja nie mogę bez niego istnieć

bez miejsca określonego geograficznie

bez horyzontu granic

bez bacznego spojrzenia ulic

bez prawd zbieranych przez pokolenia


jestem drobiną niewielką

jak kosmiczny pyłek w krtani

co wywołuje torsje

poznałam brud i brzydotę

rzeczy potrzebne do rozróżnienia

piękna i tego co niedobre


świat uformował moje ego

dziękuję świecie że istniejesz obok

niewiernie


centrycznie gdy tańczę

na linie

Koncert na wiatr i deszcz

delikatne gałązki brzozowe wiatr targa bezlitośnie

trawy zielone wywraca na lewą jaśniejszą stronę

przewrócony muchomorek pozrzucał białe kropki

czeka na krasnoludka co pozbierałby je troskliwie

i włożył do małego z mchu skręconego koszyczka


krople przezroczyste dudnią o parapet

obtłukując się wcześniej na wilgotnej szybie

w rytmie narzucanym przez dyrygenta powietrza

które tańczy i wiruje w takt polki szalonej i oberka

kręci młynka i porywem posuwistym leci nad polem

nad urwiskiem

nad łąką w majowej sukni upstrzonej stokrotkami

nad mniszków główki pozamykane z braku słońca

za zasłoną zadziornych chmur schowane nie skroi walca

obłoki nieprzeniknione galopują na łeb na szyje

w dal zakończoną okręgiem wpisanym w horyzonty sine


za oknem furiat dmucha

pochwycony w partyturze Dworzaka

dobrze niepogodę przeczekać

w dźwiękach przestworzy koncertowych świata

współbrzmieniach

natury i człowieka

Poezja długich wieczorów

zimową porą wiersze karmią się w spiżarniach

popiją słodkie kompoty

pełne doskonałego smaku lata

i słonecznych promieni

zamkniętych w szklanych wekach

kusząco apetycznych i lubieżnych

niczym rajska jabłoń

ze skrytym w szmaragdach liści rumieńcem

z owocem brzemiennym

na biodrach z rąbkiem tajemnicy …


przypływają okrętem z przylądka dobrej nadziei

falami srebrzystych oceanów tętnią w piersi

uchylając rąbka tajemnicy

po ustach rozpływają się kroplami złociście

i smakują schowane konfitury w kredensie

przewybornie a dżdżysto rozsmarowane na chleba kromce

rymami przywieść mogą w siódme niebo nad urwisko

by dodać lub ująć kropki czerwonej biedronce…

z reklamy

Wybielone prześwity

zapłakane posągi w ogrodzie

drżały z zimna

mokre wnętrza

na przeciąg wystawionych domów

przytulały bezdomnych

rozłamane gałęzie jabłoni

zawisły pochylone nad

owocami …

poobijane i zgniecione

bezbronnie leżały

wtulone w trawę

odświeżoną kroplami

z mgły wysupłanymi

litaniami

do wszystkich po przeciwnej

stronie

wybielonych prześwitami


łzy błękit nanizał

na promień aksamitny

i rozświetlił strapionych

zdradzonych

niechcianych


w koniec drogi nierozliczonej …

wpatrzonych prośbami


i stali się


i świat stał się ocalony

w perspektywie przestrzeni

opisanej na dłoni z prześwitem prawdy

że kilka grudek ziemi odsłoni widok

na ogród dla śmiertelnych

Bieg do nieba

dobrze być blisko

obejmować szafir

i tulić do piersi dziecko

o jasnych włosach

i zapachu wiosny


dobrze czuć dotyk

ciepły i czuły

wilgotny od mgły

muskającej rumiany policzek

nad świtem

gdy przebudzone obłoki

zaczynają nalewać rosę

w kielichy kwiatostanów

a horyzont nieśmiały

rozsypuje wszystkie

barwy purpury

i uwodzi dzień kolorami


dobrze wstać rano

uchwycić promień

przesuwający cień

zegara słonecznego

i trwać w szumie

wiatru wśród drzew

rozsiadłych

nad naszą chatą

gdzie czekają na nas

kropelki tęczy z baśnią


i być prawdziwym

jak nigdy dotąd

Zew wolności

wrócę do ciszy wielkiego poranka

w blasku świecy stanę samotna

i bezradna

podniosę ręce drżące od zmęczenia

otworzę usta i najpiękniej jak zdołam

ze szczęśliwej gardzieli

wysupłam słowa dziękczynienia

po skończonej dobrej niedzieli

i skonam


mój duch

przeniknie obłoki i wszystkie sfery

spocznie w błękitnym mateczniku

przestworzy

i odpocznie

na płatkach świętej macierzy

w ciszy wielkiej pokory

Nad zniczem

zagrała siedmiostrunna cytra

hymn dziękczynienia

dokładnie wykonany

przez tych

co odeszli

po drogach spełnienia niespełnienia

zapisanych w prostych czynach

twardych i grzesznych


daj im wieczne spoczywanie

niech odpoczną w Twym cieniu

przed zmartwychwstaniem

Karmienie ptaków

mówiłeś do mnie szeptem

słowa najważniejsze

niedosłyszane dopowiadałam

bezdźwięcznie

wybrałam nieświadomość rzeczy

mniej boli wybaczona rana

za zasłoną kąsającej ciszy


wrośliśmy w symbiozę

te same soki piliśmy w tej samej kuchni

nie woda krążyła w żyłach

dwa serca napełniała jednym pulsem

rozdzielone na dwa tętna samotne

krwawią soczyście …


zapamiętałam te chwile

w ułamkach niewidzialnego powietrza

że byłeś świadczą wilgotne ślady

na policzkach

pełne współbrzmienia


słyszę szept wiatru w powiewie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 26.68