Słowo od autorki
Pewnego dnia poezja zapukała do mojego życia, nie mogłam jej zignorować. Wpuściłam, pozwoliłam, żeby rozgościła się, wybrzmiała. Właśnie tak powstało Rozświtanie.
Pisząc, szukałam granicy — tej ledwie wyczuwalnej linii między czułością i pragnieniem, między subtelnością a namiętnością. Znajdziesz tu poezję o miłości — bardzo liryczną, jak również erotyczną, zmysłową, napisaną ze smakiem i finezją. Emocje splatają się z obrazem, tworząc przestrzeń pełną barw, niedopowiedzeń i symboli.
Ale ten tom nie jest tylko o świetle. Jest też o braku, tęsknocie, mroku — tym, który osiada w słowach ludzi, ich gestach, obojętności. O pęknięciach pod powierzchnią dnia codziennego. O tym, co zamiatane pod dywan, aż zaczyna oddychać ciężkim, przytłaczającym powietrzem.
Niech te wiersze staną się dla Ciebie przestrzenią do zatrzymania, chwilą oddechu, spotkaniem z własną wrażliwością. Jeśli odnajdziesz w nich cząstkę siebie, ich istnienie nabierze pełniejszego sensu.
Laura Alszer
Laurarium
kryształki
odbijają się od siebie
tworząc eteryczną
kojącą melodię
subtelny poblask
skrzy w źrenicach
rozprowadzam go
na skórze
na literach
w poezji
w twoim sercu
chodź
weź mnie za rękę
polecimy na planetę
gdzie zamiast wody
płynie liryka
z każdym wersem
będzie jej więcej
tylko i aż
czytaj
Piwonie pod Pałacem Kultury
ładny masz uśmiech
biorę
przymierzam
rozdaję jak ulotki zdumionym przechodniom
do twarzy ci w białej koszuli
pod Pałacem Kultury
staruszka sprzedaje piwonie
wsuwasz mi jedną we włosy
wjeżdżamy windą na szóste piętro
Dereszowska i Pazura
przypominają za co kochamy teatr
gdy wychodzimy
wręczasz mi małe pudełko
otwieram
piwonie migoczą jak Warszawa nocą
czy mówiłam że do twarzy ci w białej koszuli?
Esencja
rozsypuję się
jak piasek po powrocie z plaży
tylko po to
żebyś mnie zebrał
ulepił od nowa
nabieram nowych kształtów
w twoich dłoniach
chcę być makiem z makowca
który przykleił się w kąciku ust
żebyś go zlizał
nosisz mnie dumnie
jak drogie perfumy
uczepiona twojego kołnierzyka
nie chcę się ulotnić
Glock
wtulona w chłód ulicy
rozpłaszczam się
wnikam w chodnik
ludzie przechodzą
nie widzą
klapki spadają z balkonu
iloraz zdarzeń i wyłupanych ptasich oczu
rozrzucona kostka brukowa uwiera
za śmietnikiem kamienicy
nastolatek dopala papierosa
jakaś kobieta
przechodzi po mnie w szpilkach
boli
podnoszę się twardsza
mrok krąży w żyłach
glock pasuje do dłoni jak sutanna do księdza
wychodzącego z kościoła
módlmy się
jest niedziela
prostuję ręce
lekko zginam w łokciach
Spacer po Barcelonie
Katalończycy noszą uśmiech na ustach
idę La Rambla w stronę Kolumba
i też niosę
tłum płynie w obu kierunkach
bezdomny zakłada spodnie
czterdziestolatek w garniturze
delektuje się skrętem
mijam nastolatka z Lewandowskim na koszulce
i starszą wytatuowaną parę
stoję przed fontanną w której tańczyła Shakira
wody nie ma bo susza
ale krzyczę loca loca
młody Hiszpan zaczepia mnie
— do you need something?
w Dzielnicy Gotyckiej
gładzę średniowieczne mury
robię zdjęcie tłumu siedzącego
przed katedrą
przy Sagradzie kłaniam się Gaudiemu
sypnął kolorem na Barcelonę
Casa Batlló i Casa Milà
potwierdzają że był czarodziejem
Erotyk wieczorny
noc unosi sukienkę
fen całuje skrzące uda
gdy zrywa podwiązkę
srebrzysta łuna
sprawia że ślepnie
Kawa ze szczyptą melancholii
zaciągam się liryką jak dymem
ślizgam od słowa do słowa
otulona strofami
wciskam nos w poduszkę
doskonale pamiętam ten zapach
smak kawowych pocałunków
dotyk warg na chłodnej skórze
stanę przed tobą rozkołysana poezją
w trzepocie rzęs
skrzydełkami ważki pogłaszczę policzek
upijemy się łykiem melancholii
wyłuskując ze swoich ust słowa
miękkie mięciusieńkie lepkie
papieros przygaśnie w popielniczce
Na gołe klatki schodowe
poturlajmy się
potarmośmy
niech patrzą
jedzą żują piją mlaszczą
niech klaszczą
clap clap
clap your hands
chodźmy
w podartych rajstopach lub bez
osmolone okulary
za rogiem wymienimy na różowe
próżniak próżno szuka sensu w próżni
ciśnienie niemierzalne próżnomierzem
dziwi się dziwidło olbrzymie
otwiera kwiatostan
woń drażni nozdrza
wypełnia płuca
pędrak wesoło pełza
płoszy pędźgę
butelka toczy się toczy
wpada do wody
drażni parzydełka
Poszarpane
sikorki dygoczą na gałęzi
dmucha chłodny wiatr od wschodu
targa pióra
plącze włosy
gdy zagubiona schodzę ze ścieżki
zapominam którędy
do pocałunków
pieszczot
subtelnych
słów
chochliki z umorusanymi polikami
grają w klasy
coś szeleści
gżegżółka robiąca raban w cudzym gnieździe
a my spłaszczeni
spłoszeni
senni
sen
nick
t
Zestalenie
słoik był nieszczelny
mikstura wyciekła
próbowałam zebrać
ale zbyt rzadka by utrzymać w rękach
i zbyt gorąca
popłynęła po kuchennym blacie
wzór kształtem przypomina twoją twarz
nie mając wyjścia — zatęskniłam
wtedy ciecz zmieniając swój stan (niecywilny)
jak krew skrzepła
tak powstał obraz
oprawiony w srebrną ramę
zawisnął na salonowej ścianie
i teraz patrzysz na mnie
jak piszę wiersz
układam litery w kształt twojej twarzy
Zajebisty tytuł
Morsztyn napisał Nagrobek kurwie
wiem
chciałbyś wygooglować ten wiersz
poczekaj
zostań ze mną
dlaczego nie
pomalujemy razem
nieprzyzwoicie
flamastrami po staniku
(miseczka podwójne d)
będzie się działo
biel zaczerwieniona po fiolet na niebie
indygo
pozwól odprawić się z tobą
prawą ręką
z prawem na lewo
poprawnie
popraw mnie
Brazylijskie słońce
nawet pająki nie tkają
sieci tak miękkich
jak jego włosy
w których brazylijskie słońce
przegląda się leniwie
uśmiecha
pszczoły
zgubiły drogę do ula
bo żaden miód
nie jest tak słodki
jak jego usta
a żadne futro tak miękkie
największa pokusa
w jego ustach
wszechświat schował gwiazdy
otulam się nimi
garściami zrywam
wcieram w skórę
jak nektar
językiem smakuję
w jego rękach
kociak ociera się i mruczy
w rytmie bicia mojego serca
jestem miękka
duża
a jednak maleńka
w oczach skrył grzechy
całego piekła
zagubiona szukam drogi
uciekam
kalecząc stopy
spadam w przepaść
nie ma powrotu
nie ma
wtulona w jego tatuaże
czekam
na odrobinę ciepła
palcami krążę po liniach
mój ideał
patrzy z jego lustra
śmieje się
a ja nie mam powietrza
nie potrafię oddychać
odkąd się uśmiecha
w piersi czuję
najmniejszy ruch jego ust
wygięcie tak subtelne
jak babie lato
czuję w trzewiach
nikt tak pięknie nie wymawiał
mojego imienia
jego głos mnie wypełnia
krąży we krwi
w sutkach
karmi mnie tym brzmieniem
wbijam w słowa
wygłodniałe palce
chwytam ustami
wdycham
brazylijskie słońce
nigdzie nie świeci jaśniej
niż w jego uśmiechu
Międzynami
kałuża rośnie
do rozmiaru stawu
by zostać rozkołysanym morzem
do którego po księżycu
zjeżdżają gwiazdy
Molekuły
sypnęłam cukrem
jabłka zarumienione zrzuciły skórkę
upojony nutami cynamonu
chciałbyś zanurzyć zęby
uszczknąć kawalątek
nie patrz tak na mnie
bo skończymy utytłani w maśle
z mąką we włosach
subtelnie lepcy
rozgrzani do stu osiemdziesięciu stopni
bez termoobiegu
w słodkim przesyceniu
tylko okruchy
Pokuszenie
pierwsze oblicze
błysk rybiej łuski
dżungla gęsto porośnięta
pięćdziesięciometrowa bertolecja
schyla się ku mnie
— no zerwij orzeszek
szeptem odganiam kostrączynę
strzepuję z ramion popiół
dmucham na twój policzek
drugie oblicze mniej surowe
puszysty piesek
przywiera łebkiem do łydki
chcę pogłaskać
ale przyjmuje kształt bazyliszka
gdy widzę ogon tężeję
nie patrz w oczy
tylko nie patrz mu w oczy
Momenty krytyczne
niekiedy odrywanie plastra
boli bardziej niż szycie
powiesz chrzanienie
mentalna wyliczanka
to nie może skończyć się dobrze
trzeba mieć mięśnie jak Banot
żeby wejść na Globant Tower bez zabezpieczeń
utrzymać cały ciężar w palcach jednej dłoni
czasami warto się puścić
prosto w amazońską dżunglę
pozwolić ukąsić żararace
wtedy ktoś przyłoży kojące usta
wyssie jad
pogłaszcze policzek
zapewni
trwam
Czarna koronka
przeszukuję szafę żeby znaleźć tę jedną
wyjątkową
na dzisiejszy wieczór
rubinowa szminka na ustach
powieki błyszczą jak złoto
maluję rzęsy kolorem twojej koszuli
noc tańczy dla nas burleskę
prywatny pokaz
kokardki wstążki
biodra pośladki ręce
zachłanny wzrok
obraca w popiół sukienkę
powolne ruchy
biodra pośladki i ręce
sól na języku
szybciej mocniej
więcej
Dreszcze
ciii
podejdź bliżej
staję naga przed tobą
nie odwracaj oczu
dawno zgubiłam wstyd
poliż wzrokiem
ciii
świetliki
układają litery w wersy
gasną dreszczem na skórze
obnażona wierszem
na wierzch nakładam
siebie dla ciebie
na stos
na stos
popiół rozbłyśnie jak brokat
Dossier
rdzawy atrament
sączy się
przecieka przez włókna papieru
bezszelestnie wypełnia
każdy margines
zamazuje imię
***
kiedyś
była na pierwszym miejscu
dziś
osiada na dnie
kieliszka z winem
***
szkło
pęka w jej ustach
zamiast wypluć
połyka
***
moje wino
moja wina
Iluzja
w świetle neonów połyskuje pustka
przykładam dłonie do gładkiej struktury
szukam odbicia
idę przez lustrzany labirynt
zagubiona chcę odnaleźć siebie
nagle go widzę
czarne oczy przeszywają
jak zardzewiała pinezka papier
gdy śmieje się szkło pęka
biegnę
jest tuż za mną
nie ucieknę