E-book
18.9
drukowana A5
38.73
Rozświtanie

Bezpłatny fragment - Rozświtanie


Objętość:
88 str.
ISBN:
978-83-8467-414-7
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 38.73


Słowo od autorki

Pewnego dnia poezja zapukała do mojego życia, nie mogłam jej zignorować. Wpuściłam, pozwoliłam, żeby rozgościła się, wybrzmiała. Właśnie tak powstało Rozświtanie.

Pisząc, szukałam granicy — tej ledwie wyczuwalnej linii między czułością i pragnieniem, między subtelnością a namiętnością. Znajdziesz tu poezję o miłości — bardzo liryczną, jak również erotyczną, zmysłową, napisaną ze smakiem i finezją. Emocje splatają się z obrazem, tworząc przestrzeń pełną barw, niedopowiedzeń i symboli.

Ale ten tom nie jest tylko o świetle. Jest też o braku, tęsknocie, mroku — tym, który osiada w słowach ludzi, ich gestach, obojętności. O pęknięciach pod powierzchnią dnia codziennego. O tym, co zamiatane pod dywan, aż zaczyna oddychać ciężkim, przytłaczającym powietrzem.

Niech te wiersze staną się dla Ciebie przestrzenią do zatrzymania, chwilą oddechu, spotkaniem z własną wrażliwością. Jeśli odnajdziesz w nich cząstkę siebie, ich istnienie nabierze pełniejszego sensu.

Laura Alszer

Laurarium

kryształki

odbijają się od siebie

tworząc eteryczną

kojącą melodię


subtelny poblask

skrzy w źrenicach

rozprowadzam go

na skórze

na literach

w poezji

w twoim sercu


chodź

weź mnie za rękę

polecimy na planetę

gdzie zamiast wody

płynie liryka


z każdym wersem

będzie jej więcej

tylko i aż

czytaj

Piwonie pod Pałacem Kultury

ładny masz uśmiech

biorę

przymierzam

rozdaję jak ulotki zdumionym przechodniom


do twarzy ci w białej koszuli

pod Pałacem Kultury

staruszka sprzedaje piwonie

wsuwasz mi jedną we włosy


wjeżdżamy windą na szóste piętro

Dereszowska i Pazura

przypominają za co kochamy teatr


gdy wychodzimy

wręczasz mi małe pudełko

otwieram

piwonie migoczą jak Warszawa nocą


czy mówiłam że do twarzy ci w białej koszuli?

Esencja

rozsypuję się

jak piasek po powrocie z plaży

tylko po to

żebyś mnie zebrał

ulepił od nowa

nabieram nowych kształtów

w twoich dłoniach


chcę być makiem z makowca

który przykleił się w kąciku ust

żebyś go zlizał


nosisz mnie dumnie

jak drogie perfumy

uczepiona twojego kołnierzyka

nie chcę się ulotnić

Glock

wtulona w chłód ulicy

rozpłaszczam się

wnikam w chodnik

ludzie przechodzą

nie widzą

klapki spadają z balkonu

iloraz zdarzeń i wyłupanych ptasich oczu


rozrzucona kostka brukowa uwiera

za śmietnikiem kamienicy

nastolatek dopala papierosa


jakaś kobieta

przechodzi po mnie w szpilkach

boli

podnoszę się twardsza

mrok krąży w żyłach


glock pasuje do dłoni jak sutanna do księdza

wychodzącego z kościoła

módlmy się

jest niedziela


prostuję ręce

lekko zginam w łokciach

Spacer po Barcelonie

Katalończycy noszą uśmiech na ustach

idę La Rambla w stronę Kolumba

i też niosę


tłum płynie w obu kierunkach

bezdomny zakłada spodnie

czterdziestolatek w garniturze

delektuje się skrętem

mijam nastolatka z Lewandowskim na koszulce

i starszą wytatuowaną parę


stoję przed fontanną w której tańczyła Shakira

wody nie ma bo susza

ale krzyczę loca loca


młody Hiszpan zaczepia mnie

— do you need something?


w Dzielnicy Gotyckiej

gładzę średniowieczne mury

robię zdjęcie tłumu siedzącego

przed katedrą


przy Sagradzie kłaniam się Gaudiemu

sypnął kolorem na Barcelonę

Casa Batlló i Casa Milà

potwierdzają że był czarodziejem

Erotyk wieczorny

noc unosi sukienkę

fen całuje skrzące uda

gdy zrywa podwiązkę

srebrzysta łuna

sprawia że ślepnie

Kawa ze szczyptą melancholii

zaciągam się liryką jak dymem

ślizgam od słowa do słowa

otulona strofami

wciskam nos w poduszkę


doskonale pamiętam ten zapach

smak kawowych pocałunków

dotyk warg na chłodnej skórze


stanę przed tobą rozkołysana poezją

w trzepocie rzęs

skrzydełkami ważki pogłaszczę policzek


upijemy się łykiem melancholii

wyłuskując ze swoich ust słowa

miękkie mięciusieńkie lepkie


papieros przygaśnie w popielniczce

Na gołe klatki schodowe

poturlajmy się

potarmośmy


niech patrzą

jedzą żują piją mlaszczą

niech klaszczą


clap clap

clap your hands


chodźmy

w podartych rajstopach lub bez

osmolone okulary

za rogiem wymienimy na różowe


próżniak próżno szuka sensu w próżni

ciśnienie niemierzalne próżnomierzem


dziwi się dziwidło olbrzymie

otwiera kwiatostan

woń drażni nozdrza

wypełnia płuca


pędrak wesoło pełza

płoszy pędźgę


butelka toczy się toczy

wpada do wody

drażni parzydełka

Poszarpane

sikorki dygoczą na gałęzi

dmucha chłodny wiatr od wschodu

targa pióra


plącze włosy

gdy zagubiona schodzę ze ścieżki

zapominam którędy

do pocałunków

pieszczot

subtelnych

słów


chochliki z umorusanymi polikami

grają w klasy

coś szeleści

gżegżółka robiąca raban w cudzym gnieździe


a my spłaszczeni

spłoszeni

senni

sen

nick

t

Zestalenie

słoik był nieszczelny

mikstura wyciekła

próbowałam zebrać

ale zbyt rzadka by utrzymać w rękach

i zbyt gorąca

popłynęła po kuchennym blacie


wzór kształtem przypomina twoją twarz

nie mając wyjścia — zatęskniłam

wtedy ciecz zmieniając swój stan (niecywilny)

jak krew skrzepła


tak powstał obraz

oprawiony w srebrną ramę

zawisnął na salonowej ścianie


i teraz patrzysz na mnie

jak piszę wiersz

układam litery w kształt twojej twarzy

Zajebisty tytuł

Morsztyn napisał Nagrobek kurwie

wiem

chciałbyś wygooglować ten wiersz

poczekaj

zostań ze mną


dlaczego nie

pomalujemy razem

nieprzyzwoicie

flamastrami po staniku

(miseczka podwójne d)


będzie się działo

biel zaczerwieniona po fiolet na niebie

indygo


pozwól odprawić się z tobą

prawą ręką


z prawem na lewo

poprawnie


popraw mnie

Brazylijskie słońce

nawet pająki nie tkają

sieci tak miękkich

jak jego włosy

w których brazylijskie słońce

przegląda się leniwie

uśmiecha


pszczoły

zgubiły drogę do ula

bo żaden miód

nie jest tak słodki

jak jego usta

a żadne futro tak miękkie

największa pokusa


w jego ustach

wszechświat schował gwiazdy

otulam się nimi

garściami zrywam

wcieram w skórę

jak nektar

językiem smakuję


w jego rękach

kociak ociera się i mruczy

w rytmie bicia mojego serca

jestem miękka

duża

a jednak maleńka


w oczach skrył grzechy

całego piekła

zagubiona szukam drogi

uciekam

kalecząc stopy

spadam w przepaść


nie ma powrotu

nie ma


wtulona w jego tatuaże

czekam

na odrobinę ciepła

palcami krążę po liniach

mój ideał

patrzy z jego lustra

śmieje się

a ja nie mam powietrza


nie potrafię oddychać

odkąd się uśmiecha

w piersi czuję

najmniejszy ruch jego ust

wygięcie tak subtelne

jak babie lato

czuję w trzewiach

nikt tak pięknie nie wymawiał

mojego imienia


jego głos mnie wypełnia

krąży we krwi

w sutkach

karmi mnie tym brzmieniem

wbijam w słowa

wygłodniałe palce

chwytam ustami


wdycham

brazylijskie słońce

nigdzie nie świeci jaśniej

niż w jego uśmiechu

Międzynami

kałuża rośnie

do rozmiaru stawu

by zostać rozkołysanym morzem

do którego po księżycu

zjeżdżają gwiazdy

Molekuły

sypnęłam cukrem

jabłka zarumienione zrzuciły skórkę

upojony nutami cynamonu

chciałbyś zanurzyć zęby

uszczknąć kawalątek


nie patrz tak na mnie

bo skończymy utytłani w maśle

z mąką we włosach

subtelnie lepcy


rozgrzani do stu osiemdziesięciu stopni

bez termoobiegu

w słodkim przesyceniu


tylko okruchy

Pokuszenie

pierwsze oblicze

błysk rybiej łuski

dżungla gęsto porośnięta

pięćdziesięciometrowa bertolecja

schyla się ku mnie

— no zerwij orzeszek


szeptem odganiam kostrączynę

strzepuję z ramion popiół

dmucham na twój policzek


drugie oblicze mniej surowe

puszysty piesek

przywiera łebkiem do łydki

chcę pogłaskać

ale przyjmuje kształt bazyliszka

gdy widzę ogon tężeję


nie patrz w oczy

tylko nie patrz mu w oczy

Momenty krytyczne

niekiedy odrywanie plastra

boli bardziej niż szycie

powiesz chrzanienie

mentalna wyliczanka


to nie może skończyć się dobrze

trzeba mieć mięśnie jak Banot

żeby wejść na Globant Tower bez zabezpieczeń

utrzymać cały ciężar w palcach jednej dłoni


czasami warto się puścić

prosto w amazońską dżunglę

pozwolić ukąsić żararace


wtedy ktoś przyłoży kojące usta

wyssie jad

pogłaszcze policzek

zapewni


trwam

Czarna koronka

przeszukuję szafę żeby znaleźć tę jedną

wyjątkową

na dzisiejszy wieczór


rubinowa szminka na ustach

powieki błyszczą jak złoto

maluję rzęsy kolorem twojej koszuli


noc tańczy dla nas burleskę

prywatny pokaz

kokardki wstążki

biodra pośladki ręce


zachłanny wzrok

obraca w popiół sukienkę


powolne ruchy

biodra pośladki i ręce


sól na języku

szybciej mocniej

więcej

Dreszcze

ciii

podejdź bliżej

staję naga przed tobą

nie odwracaj oczu

dawno zgubiłam wstyd

poliż wzrokiem


ciii

świetliki

układają litery w wersy

gasną dreszczem na skórze

obnażona wierszem

na wierzch nakładam

siebie dla ciebie


na stos

na stos


popiół rozbłyśnie jak brokat

Dossier

rdzawy atrament

sączy się

przecieka przez włókna papieru

bezszelestnie wypełnia

każdy margines


zamazuje imię


***


kiedyś

była na pierwszym miejscu


dziś

osiada na dnie

kieliszka z winem


***


szkło

pęka w jej ustach


zamiast wypluć

połyka


***


moje wino

moja wina

Iluzja

w świetle neonów połyskuje pustka

przykładam dłonie do gładkiej struktury

szukam odbicia

idę przez lustrzany labirynt

zagubiona chcę odnaleźć siebie


nagle go widzę

czarne oczy przeszywają

jak zardzewiała pinezka papier

gdy śmieje się szkło pęka


biegnę

jest tuż za mną

nie ucieknę

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 38.73