E-book
13.65
drukowana A5
28.22
Rozkruszone ździebełka

Bezpłatny fragment - Rozkruszone ździebełka

Objętość:
148 str.
ISBN:
978-83-8126-358-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.22

Ewelinie

Jakubowi i Szczepanowi

Opowieści zza progu

pod podszewką zmienności dni o bliźniaczo złożonej treści

przemijająca zieleń powtarzająca się zawrotnie

te same zachody z purpurowym słońcem

ten sam widnokrąg rzeczywisty oswojony

poza zasięgiem kombinacji i neuronów

zadany jasnym gestem spoza odmętu spoza perspektyw


w dzień w którym zaciemnią się widoki – wypalą rzeki 

odpłynie zarys ziemi w objęciach starego błękitu 

zamroczą zapomniane grzechy …

nieograniczona wskazówkami tarczy słonecznej 

ani  obszarem niewiedzy -  posiądę tę przestrzeń 

prostym słowem z przypowieści wysupływanej codziennie

nicią złotą lub konopnym sznurem przemiennie


ostatnim oddechem odbiję od ciała brzegu

uspokojona popłynę absolutnym krwioobiegiem

w ciepłe dziewicze błogostany

zdam życie z brzemieniem śmierci w perspektywach

i śmierć z piętnem życia

o smakach cierpkich w słodkich kielichach


otworzą się wszystkie horyzonty wszystkie galaktyki

niepoznane dotąd

rozmarznie ziemia pod dotykiem łaskawości promienia

i urosną skrzydła nielotom

odnajdę płatki każdego kwiatka każdej z wiosen

już nie przemijających …


usprawiedliwiona ciszą — w opowieściach przystanę

by rozwierać zielone pąki twardym konarom

i nawzajem

„Nie samym chlebem żyje człowiek”

Wiersz wyróżniony II miejscem w IX Mazowieckim Konkursie Literackim Przasnysz 2015

ponad wszystko ponad kosmos ponad logiką

istoty ze świata dobrych mocy

gdy otwieram biblię poszukując drogowskazu

lub siebie prawdziwej

nadlatują bezszelestnie zewsząd ku pomocy

wszechaksamitnie rozdają promienność i spokój

nieba ciepłe bezwietrzne o zachodach wiekuistych pożarów

pełne

płodny zalążek na moment przybity do palców gwoździem

i pomieszkuję chwilę w zaciszach w niszach

za całunem rzęsistej mgły wotywnej

gdzie rodzi się wolność archetypem płomiennym

a łzy upadłe jako pieczęć pieczęci

przemieniają smutek i żal w diament z odbiciem tęczy

w załamaniach oszlifowanych dłutem

jak topór lepkim od krwi i potu


świadoma niewiary nie domykam stron poszarzałych

wyzierają z nich nowe fundamenty — zbawione papilarnie

od pożądań rdzy i namiętności przetrawionych krzywd


poznając powietrza skamieniałość

zadry do bólu zaciskam w dłoniach zbolałych

za paznokciem rana wybawiona kolcem i cierń na czole

i łzy grzesznic — poprzez krzyż rozwierający horyzonty

apostroficzny pewnik przewierca prześwit myślą jasną

kształty się wygładzą — występne w garbie niejednolitym

przeformuje wyrazem prostym a niezmąconym jak menhiry

w zielono-szemrzące wodospady znad Massy i Meriby


zatrzaśnięte antaby próg zaśniedziały obrodzą cudem

rodzenia kropelki ze skały …

Kartka dodana do księgi imion

hieroglifami pęknięć przytwierdzony pochyły cień

na ścianie starego domu odrapanego z koloru i westchnień

gdzie dzieje korzeniami wrosłe w duszę pokoleń

i sęk na sztachecie i każdy koszmar prześniony samotnie

jest w tobie zapisany genami dziedzicznie


z pragnieniem utraconego edenu powstajesz do biegu

zapomnij upadek pamiętaj powstawanie

i błogosławieństwa — przekleństw nie pamiętaj

ułaskawiony nadzieją świtu idź i celebruj zadany dzień

jak gdyby miał być ostatni lub pierwszy — ten jedyny

najważniejszy


opatrz z troską nadłamaną trzcinę nieroztropną

potrzebujesz ciszy szelestów i głębi błękitu by powracać

by odpocząć gdzie zefir uwięziony w liściach ostrobrzegich

mdleje szemrząc — grzesznie pachnący błogostanem rzeczy


drzazgę wbitą w nogi na przyjaciela progu

co kłuje boleśnie raniąc zdradzone stopy i serce —zapomnij

drzwi zatrzaśnięte więc odejdź

otwórz swoje i czekaj aż przyjdą — nastaw wodę

niech imbryk marzy portową opowieścią że jest statkiem

wielkim

i płynie szczęśliwy z przypływem herbacianych poezji


pochyl się nad tymi nad którymi nikt się nie pochyla

przytul i trzymaj dopóki zechcą dotyku dłoni serdecznych

rozkrzewiających się z głębin piersi


światu rozdawaj tego lepszego siebie

resztę odrzuć lub przeszlifuj w diament powszednim

chlebem

i bądź człowiekiem ojciec westchnął

imię tobie nadając

na wieczność

Eldorado

upalną nocą śnię na brzegu łóżka w bloku z wielkiej płyty

wśród kazirodczych mieszkań

że głowę składam na płatkach słonecznika

odpoczywam przykryta liściem łopianu jego dobrocią

nade mną gwiazdy łopoczą spadając jedna za drugą

świetlaną drogą wiodącą do szczytów lub na uroczyska

leżąc na trawie schłodzonej rosą

czuję dotyk pulsującego życia w odrzwiach kosmosu …

budzi mnie zapach świeżego pieczywa

(z pobliskiej piekarni z wiernym polepszaczem

jako remedium na apetyt powszednich zjadaczy)

zapach prawdziwy i szczery w skurczach sercach

jak wtedy gdy mama wyjmowała z pieca dojrzałe bochny

przemycam tamtą codzienność z uczuciem dojrzałej

tęsknoty przyzwanej wspomnieniami …


…chrabąszcze spadające wieczorem z drzew zielonych

chłopcy wrzucają za bluzki dziewcząt

z piskiem i śmiechem echo obija sobie boki

o drzewa wiekowe w starym borze

jutro o zmierzchu znów spotkamy się pod kasztanowcami

w dzień będziemy pleść wianki z rumianku i chabrów

będziemy stroić lalki z kukurydzianych kwiatostanów

i słuchać śpiewu skowronków …

ta baśń działa się dawno temu gdy niebo było blisko

bezpieczne przetaczały się dzieje

wolno powolutku wrastały w ziemię

współcześnie nad kurzem miejskiej ulicy

oddalone obłoki przesuwają nieboskłon błękitny

coraz szybciej — za szybko znikają cienie

w dłoniach trzymam kasztany zawieruszone w kieszeniach

pomarszczone jak zmięta kartka papieru

co była biletem w jedną stronę …


w pamięciach rozgościł się smak jabłek

czule poukładanych na strychu

odgłosy gacków przycupniętych na opak pod belką

spróchniałą

gdy z koszyczkiem po stromych schodach wędrowałam

a jabłka pachniały przez zimę całą

gdy sad odpoczywał w śniegach i śnił o urodzaju …


zaprzedana życiu powracam w moje eldorado

w krąg niewiędnącej nadziei do źródeł wszystkich bajek

po lekkość wspomnień i siłę na czas zażaleń …

Przystań — przystań na chwilę

Wiersz wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Ks. Jana Twardowskiego — Jabłonna 2015

w przejrzystej jak lustro w jadalni — studni z kołowrotkiem

jęczącym pod naporem pragnień krystalicznych

niebo przerzuca tęczę wśród kropelek zwodniczych

cynkowe wiadro czerpie garściami

gasi pożary

obmywa ciało i duszę uwalnia z ciężarów …


studnię dawno zasypano industrializacją i komercją

wysublimowanych czasów kosmicznych lotów i zawałów

można kupić erzac w plastikowej butelce

zakamuflowane wysokich obcasów pojęcie dobrobytu

udoskonalone minerałem sztucznym jak uśmiechy

nieżywych

i słodkością zniewalającą ciało diabetyka

nie takie

podniecające jak skrzypienie starego koromysła

i smak orzeźwiający na zastygłych ustach

chłodny i wierny prawdzie wszechoczywistej

wysupłanej z urodzajnych trzewi matki ziemi


przy studni odnajdywałeś nadzieję raju

i pierwsze szczęście i przeźroczystość ideału

teraz próbujesz dopasować kropelki z wodociągów

miejskich kapiące z przeciekających kranów

zabójczo pustynia wyrasta — źródła pogasły

pordzewiały antaby serca

zapomniałeś spoglądać w niebo i wzdychać do księżyca

przytwierdziłeś się spojrzeniem na wprost powietrza

jak gdyby pobocze nie istniało — umarło coś…

coś roztratowane na brukach


studnia zakopana w podziemiach gromadzi soki …


rozepnij spięte nicością powieki gdy serce jeszcze pulsuje

jeszcze być możesz jak wodospady

po kropelce wydzierające z piasków klepsydry oazy …

Starowiejski bruk

proste kąty wiejskich bloków

toną w szarości całodziennej

w ogródkach forsycje krzyczą

na ławce starcy przesiadują dzień w dzień

oczekując zakończenia powieści

zapisanej w wątpliwościach ciała

wypłowiałym spojrzeniem pogodzonym

z rzeczywistością jaka była

milkną słowa


cichą prozą życia i samotności

omszałe sztachety piszą inny wymiar

dla mniej ciekawskich zamykają furtki

czasem ktoś miastowy odwiedzi

o zdrowie zapyta

i pospiesznie odchodzi niezrozumiały ciszą

tylko forsycje prostolinijnie krzyczą

na przekór szarym murom

na przekór …

Sanktuarium

kamienista droga dawno temu ułożona

dla furmanek z furmanami i sianem

dziury zasypane gruzem wspomnień

niespokojnych oddechów i licznych zwątpień

zapisanych w zmurszałych odłamkach ściany

umarłych domów starych

ich śladem toczą się koła samochodu

dziwisz się jak ludzie mogli żyć tutaj

na pustkowiu …


na skraju drogi wiodącej jak gdyby do nikąd

dwa domostwa liche i krzyż drewniany

z pieczęcią wieków — przystrojony w żółte tulipany


cieszą oko kolorytem latarni z kosmosu

wdzięcznie malowanej dziecięcą rączką

na papierze białym

jako pierwsze krajobrazy życia

dorosłością wyabortowane ze stron codzienności

codziennie zdradzane…


zapatrzony w pejzaż ikonowy

słyszysz jak cisza krzyczy

a czas przyklęknął na moment łaski

zbudził nasiona zarzucone w rozpadlinach piersi

kiełkują wzywająco …

zdzierasz przywarte maski uchylasz parawany

spróchniały krzyż i uśmiechnięte tulipany

stwarzają cię

wzbiera misterium

dojrzewa chleb …


widzisz: ktoś pielęgnuje dziedziczony zakątek

i nie pozwoli zapomnieć

że w nim twej drogi koniec i początek

gdzie Chrystus gestem brzemiennie otwartych ramion

wita i błogosławi

byś mógł iść dalej


by nie złamać nadłamanej

a zagoić rany

I śnić rzeczy niewyśnione

Wiersz wyróżniony w IX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Wawrzyn Sądecczyzny — 2013

maszkarony na gzymsach zapadają w bezsenność o pełni

księżyca

gdy po dachach przemykamy do błogiego nikąd

gdzie jest cisza i pięknie i licho co nigdy nie zasypia

rozdaje czterolistną koniczynę na szczęście

zasuszona w baśni z tysiąca jednej nocy przypominać

będzie o spełnianiu snów tych pięknych

a tych jak błąd na marginesie spisany w niepamięć

sympatycznym atramentem — nie zapamiętamy


żal atramentu wyziera z każdej strony sczytanej

gdy zmory na nowiu wychodzą zewsząd

a śnienie knuje w bezładzie ciała zawieszonego pomiędzy

północą a śniedzią między wiarą a niewiedzą


snem odrodzony strach i słabość pożerają

jak rdza pokonuje żelazny krzyż — dar za odwagę

szarym projektorem kadry rzucane powoli na wspak

wstrzymują oddech i torturują prześcignięty czas

w chwili grozy bezdech osiąga zenit

i budzimy się z krzykiem niemym na ustach

łzą samotną wyzwoleni szczęśliwi że to sen

i puchowa kołdra otulająca całokształt bardziej rzeczywista

niż cienie obok na pomiętych poduszkach


są i takie sny o których nie mówi się i takie serdeczne

jak sploty nici

dawno temu przez mamę ofiarowane w ciepłym swetrze


i szukamy w sennikach wyroczni lub stawiamy tarota

wciąż nieprzejrzyści i niewiele wiedzący o atlantydach

Naprzeciw żywiołów

w dolin gąszczu człowiek — marzyciel nieskończony

pasjami powstaje naprzeciw żywiołów

i swoich nieoswojonych pożądań i fatum

wojownik dogmatu — orędownik życia — dyktator

i pcha i toczy swój cień i garb

zwyciężając mimo ofiary na ołtarzach polowych

i bocznych wyjść w nawach


nie rozumiany przez zjadaczy powszedniego chleba

usypuje kopiec z mikroskopijnych wrażeń istnienia

i zakotwicza stopy na szczycie ośmiotysięcznika

adorując matki przyrody moc i wszechsiłę

mogącą obrócić wszystko w proch lub budować nadzieję

z drobinek


zbratany z krainą skał zawładnął powietrza

przeniknął kamienie kruszone niewidzialnym tchnieniem

w szczelinach oczekujących na skrzydła

w głąb prawdy sięga kwantową jednostką miary

niezwyciężony lub ofiarowany


do niego należy wieczności oddech i wątek

że można tak bardzo żyć ponad niemocą ciała i zwątpień

poza horyzontem wejrzeń w constans nieskończoności

dla potwierdzenia słońcem blasku księżyca czarnej nocy

z jej wnętrza wydziera prawa dróg mlecznych

nieoznaczonych w atlasach ani w brewiarzach codziennych

epicentrum tęsknot rodzących siłę równą nawałnicom

co zrywają dachy z kamienic i obracają w gruz wszystko …


z ruin wydźwignięta przyszłość rozkwitnie piękniejsza

ślad zadany na wieczność ze szczątków wczorajszej klęski

wyzwanie wszechwygranej pewnik

Narodzi się człowiek

Za szybą przepaść nocy i kłujący mróz

I cień samotnej dziewczynki z zapałkami

I przenikliwe zimno i zastygły chłód

Na parapecie smutek marzący skrami …


O miłości w blasku rozkwitłej nadziei

Co nieśmiałymi młodej wiary pąkami

Wplata pomiędzy liście chłodnej zieleni

Ognie kwiatów z purpurowymi płatkami


I lotnym jak obłok błękitny zapachem

Napełnia samotną duszę mieszkania …

Dobrze jest trwać na oknie paproci kwiatem

W czas radosnego cudu oczekiwania


Zamarznięte łzy dziewczynki z zapałkami

Pełnią księżycowej nocy w świecie cieni

Spadają na ziemię drżącymi gwiazdami

W kosmicznej nieba bezkresnej przestrzeni


Baśniową nadzieją tli się zapałka

W jej płomieniu cieplejszy nadejdzie świt

I ktoś odnajdzie w porze mroźnego poranka

Dziewczynki z zapałkami kryształowe łzy


Narodzi się Człowiek …

Ziszczą się codzienności niewidzialni aniołowie

Wędrowanie z paciorkami litanii

pewnego ranka zbudzony refleksem dnia

z bólem głowy i fragmentacją świata

zakodowanego kodem kreskowym

w dalekim mieście nieoswojonym

skubizowanym w zastygłe chropawe betony

zatęsknisz za życiem prostym i szczerym

jak błogosławieństwo ofiarowane przez starych

młodym przed wyruszeniem


i wspomnisz dom rodzinny taki jeden jedyny

na rozległej ziemi a coraz mniejszej

jak gdyby


w okowach narzuconej przestrzeni wskrzesi iskry

dawno spopielone — odkupisz dzieciństwo

rozgrzeszysz marzenia niespełnione

wciąż mieszkające w skołatanej głowie


ty w księdze narodzin kaligrafią zapisany

staniesz pokornie na zmurszałym progu

i powiesz pochwalony — powróciłem z przedostatniej

niezapisanej jeszcze strony

tu gdzie wszystko na przestrzał na wskroś ciebie

oczyszczające jak spowiedź


na spłowiałej ścianie portret ojca

i matka święte dzieciątko karmiąca

u stołu twoja własna — samotna

z czołem nad wspomnieniem czasów czarno-białych

pochylonym


witaj synku

może zjesz chleba czajnik już nastawiony …


i rozzielenią się korzenie pierwotne a oczywiste

obrodzą szczodrze oazy na pustyni

obmywające twarze z wszystkich zdrad i korozji

i twoje amen przed końcem drogi

Laboratorium życiorysów

nie z żelaza jesteś tylko z wody i gliny uczyniony

biblijnego alabastru

w niedelikatnej porze rzeczywistością otoczony

rób co nakazane przykazane właściwe

gdy zbłądzisz potępienie znajdziesz

i miłosierne grzechów odpuszczenie


z pragnieniem pierwszego poznania zdobywaj ziemie

i barykady coraz bardziej chłonniej i pokorniej

gdy pokonasz własną słabość i niewiedzę

przymierzaj wszystkie zadane perspektywy

wybieraj przestrzenie nieograniczone śniedzią

ani żadną żądzą żadnym załamaniem cieni

miej się na baczności w smudze przyczajonych okiennic

pozamykaj co otwarte otwórz co zamknięte

by nowe zagościło rozkwitało wszędzie


tymczasem nie uchylaj rąbka tajemnicy znanej tylko

cudotwórcom lub sprzedawcom ulicznym

osnutej transcendentalną nicią


nie ograniczaj ducha niech biegnie do tchu utraty

po nowy oddech

po morzu stąpaj wiarygodnie

ufaj odruchom serca bezwarunkowym

słuchaj co mówią poległe trawy

w zwierciadle przeglądaj duszę i rysy

twarzy nie poddawaj ich

odnowie biologicznej

w końcu i tak trafisz na rumowisko

jak gliniane skorupy antycznej amfory

z której kiedyś pito wino

może to z Kany?


twój ślad zbyt piękny by go zignorować

wezwany lokaj

garderobiany własnego życia

homo-utopia

Wieczorami…

Nagroda specjalna w Konkursie Poetyckim „O Pióro Magazynu „Świat PL” ph Wiosna 2010”

kiedy dni są chropowate i przepastne wieczory

przed nocą skuloną w fatalnym śnie

który skona poza świtem

dni w których nawet menhiry płaczą

wydrapuję poezję z czarnych półek jaśniejszą połową

wieczoru

wachlarz wyrazów poukładanych dokładnie

rozkłada się w zdania co spalone trzewia koją balsamem

treści

te strony popiół rozrzucą i wydobędą

zarzewie pożaru


sczerniałe cienie odchodzą w gęstniejący mrok nocy

przechowuję załamany ich przemarszem

jeszcze ciepły promień jako zakładkę do książki

w miękkich papciach

zanurzona w fotelu

z filiżanką jaśminu w złagodniałej dłoni

wyłuskuję dusze z orzechów laskowych

w skorupce szukając kamienia filozoficznego

potrzebnego do przerobienia rysów twarzy w niebanalny

granit

który powstrzyma płaczące menhiry przed erozją ich

podstawy

Jesteś

Nagroda specjalna w Konkursie Poetyckim „O Pióro Magazynu „Świat PL” ph Wiosna 2010”

jesteś treścią dawno nie czytanej książki

w ładnej okładce półki wrosłaś

wkomponowana okolicą

na okrasę całości zwanej życiorysem


w ciemnych okularach nie rozpoznana

przemykasz po korytarzach przeżycia


niedośniona nocą do brzegu łóżka

rozpruwasz skraj poszewki do której wlatują

marzenia drobiu o lotach kosmicznych

garstka puchu unosząca głowę ponad wszystko


spulchniona wrażliwością słodyczy

zeskrobujesz okruchy ze wzgórz morenowych


otwarta na chybił zdzierasz paznokciami

warstwa po warstwie niepamięć

złożoną z meteorytów — jesteś mleczną drogą

urodzajną w blaski gwiazd

nad ranem zasuszonych między stronicami

Na marach nocy

Nagroda specjalna w Konkursie Poetyckim „O Pióro Magazynu „Świat PL” ph Wiosna 2010”

i znowu maj zażółcił zieleń traw oczami mniszków

rozwartymi na głos słońca

zerwane porankiem przez zielarkę

na miód co leczy wszystko

nawet złamaną strzałę w sercu

wypuszczoną w zastygłą jak lawa porę

przez amory zawiane

i osłodzi usta dzieci niechcianych


spojrzenia dziewcząt połaskotane blaskiem

niewidzialne za ciemnymi szkłami

wypatrują księcia z bajki zakończonej słowami: „żyli długo

i szczęśliwie” w alkowie marzeń

majowe wieczory podniecone w młodej wyobraźni

sztormem napełniają łąkę za ciasną

na tyle rozlewanych romantycznie przyjaźni

znów porzucą puste opakowania chipsów

butelki po szampanie i tanim winie

rozbite na kawałki zielone jak omszały kamień


nim mgła podniesie się lub opadnie

wtłoczą marzenia w ekstazę

różowej otchłani z eliksirem zapomnienia

nad ranem łąka podniesie rechot żab

niewyspanych przez rozkrzyczaną noc

odurzonych kijanek

niekochanych nawet przez psy za płotem rozbudzone

żądne ciszy dla nerwów skołatanych właścicieli

na granicy spokojności miasta


w ten wieczór i puby pękają w ciżbie uliczek

zapełnionych niewyraźnym chichotem

bezgrzeszna noc rozdaje bez żenady zapach

bzu i maciejki i świeżo skoszonej trawy …


…rozsypane śmieci z ulicznego kosza

zniszczone wiaty i znaki drogowe — stały tu — po co?…

znaczą ślady powracających do domu

zszarzałych w ciasnocie dymu z papierosa

weekendowych macho


…zamglony nów tej nocy zamknął kwiaty mniszków

w oczekiwaniu orzeźwiającej rosy …

Istnienia motyw

wyskubujemy siebie z własnych opowieści i tęsknoty

w stanie świadomości umiejscowieni algorytmem

oklepanych formuł zdradzonych przysiąg i alternatyw

by zawładnąć przestrzenią i czasu cząstką przemijającą

nadmiarem słów zbywamy ciszę zmumifikowaną

rozgwarem myśli

codzienności oczywistość w inwigilacji słuchu zmysłów

przyzwyczajenie w kalamburze śniedzi

nie do rozwiązania w aktach spowiedzi

a sprawy ostateczne w majestat ubrane

załatwione pozytywnie

dogmatu źrenicą opieczętowane kamienne krzyże

coraz ich więcej i ściślej w zaułku zmarłych

jak galerie pełne obrazów zatrzymanych na chwilę scen

rozpędzonych kwadryg

odwracamy twarze by nie słyszeć podpowiedzi serca

rozgrzeszamy wyabortowane sekund tętna

jak echo powtarzające te same sylaby

ciężkie od przyklęknięcia w powszednich nawach

dylematów constans i złudzenia być albo nie być

sedno przecieka pomiędzy zgrzytami sprężyn zużytych dni

nie oddychamy gdy bolą przeorany polany ściernisk

z trudem wstrzymane łzy dudnią spadając do rzeki

bez powrotu

nurt wzmaga się

rzeka podtrzymuje istnienia motyw

wciąż na fali trwa

źródła mocą

Słowa słów pełne

Wiersz wyróżniony II miejscem w IX Mazowieckim Konkursie Literackim — Przasnysz 2015

rzekł Bóg i słowo wyfrunęło motylem

zachwyciło szelestem aksamitnych skrzydeł

weselem użyźniło wyschłą ziemię

i zakwitło mleczem w kolorze słonecznym

uniosło lica ku promieniom — zamknęło gdy cień zszedł

na niebo

mknęło wichurą — gradem deszczem dudniło w szybę

modlili się ludzie o urodzaj o życie

i słowo działo się …


Jezus rozmnażał pajdy chleba i słowami obdzielał

sanhedryn ważył Jego ślinę i wartość błota — wyrokował

srebrnikouści iskarioci sprzedają pocałunki

aż do eutanazji wznoszą mównic piedestały ze skorup

amfor

kiedyś pełnych wina z Kany

abortując brzemienność Słów — z których rodzimy się

sylabami o świcie dodanymi do innych


razem tworzymy wyrazy zdania

układamy się w poematy — dogadujemy w pytaniach

możemy budować możemy zszywać milczeć i milczeniem

zabijać …

tymczasem sponad Domeny Uniwersum

igielną szczeliną przeciska się właściwy czas rzeczy

czas potrzebny na bycie człowiekiem


umieszczona pośród zapisanych przestrzeni

wydrapuję zaśniedziałe skreślam by nie bolały

strzępy walają się wszędzie nawet wiatr ich nie posiądzie

resztki pozbieram pyłem drogi zwiążę


krwawiące blizny z ołtarza całopalnych dni zgłoskami ranią

zranieni szukamy współbrzmienia by złożyć zdanie treściwe

kaligrafią w księdze narodzin utrwalone atramentem

o barwie indygo

modlitwy kształtowane w mlecznych piersiach matek

jak wzgórza malachitowe nad doliną

pełną konwalii i mniszków kwitnących brzemiennie w maju

otulają nas zaraniem cierpliwych galaktyk zrozumienia

siebie i innych …


określeni niezaprzeczalnym cytatem i ciszą

opadamy w zapisany na piasku wyrok

kropka na końcu erraty wyrówna piasek

poszeptem oddalającego się zefiru

Myśli nachylone

Wiersz wyróżniony w XV Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Włodzimierza Pietrzaka — Turek 2014

w strużynie jabłka wspomnienie kwiatów

nadziei w pąkach uśpionej dla niewinności lata

dojrzałej do pełni jesiennych dni coraz krótszych

a nocy samotnych w oczekiwaniu na spełnienia

dobrych obietnic


w strużynie jabłka

brzemienna jabłoń z konarami ciężkimi od płodu

korzeniami sięgająca nieba

jej pamięć ukryta w małym ziarenku

maleńkim jak przeźroczysta łza co spłynęła po policzku

w odmęty powszedniości smętnego dnia


w strużynie jabłka kuszenie i grzech pierworodny

pierwszy smak soczystych ogrodów

słodka niepamięć spływająca po ustach

ostatnia rozkosz z raju wypędzonych


w strużynie jabłka wśród odpadków na kompostowniku

zaczyn na płodność ziemi

na chleby w zalążku — pachnące przednim żytem

przy stołach zaścielonych białym obrusem


rozbudzone zapachem zmysły uchylają

rąbka tajemnicy odwiecznych praw

życia

przekazywanego w nieskończoności rzeczy

Na początku była cisza

Wiersz wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Ks. Jana Twardowskiego — Jabłonna 2015

utajnione mleczne galaktyki w nieugiętych szuwarach

pełnia przyszłej drogi jak gdyby zbytecznej

dla nikogo transcedentalnym wyrzeźbiona pejzażem

psałterz przyrody skryty pod podszewką zielonego ołtarza


na przestrzał

drżenie cichych westchnień i wątpliwości nowozrodzonych

przy leśnym jeziorku z łabędziem samotnym

pośrodku zielono zmętniałej wody na stałym poziomie

jak źrenica w oku Boga lśni bielą perspektywy ponad

dziewiczy błogostan zaklęty w ptaka pierwsze tętno

w pierwsze stworzenie świata i wiosny


spodobała się Majestatowi cisza najcichsza

opleciona liśćmi i pajęczynami drzew czcigodnych

zadumaniem

ukołysane spojrzeniem znad błękitów strzegą tej głuszy

jak klejnot jak najczarowniejszy kamień urwany

z kosmosu


słychać furkot przelatującego

z błogosławieństwem bociana

ropucha dała nurka w swoje święte arkana

pluskiem zamknęła świat na klucz podwodnych serpentyn

sosna upuściła szyszkę dojrzałą przewybornie żywicznie

jako córkę oddała ziemi

dla cnoty wzrastania korzeniami w dorosłość

trzask upadłej nie rozproszył prostej linii horyzontu

ani mchu pewnego zamyślenia o sprawach wzniosłych

ponad korony szmaragdowego igliwia ponad przestrzeń

skąd natchnienia kroplami poją delikatność

idei nic nieposiadania


cisza trwa

bezkompromisowa

do nieskończenia

to Stwórcy DNA

i naszego przeznaczenia

Idziesz idąc na przekór cieniom

Wiersz wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Ks. Jana Twardowskiego — Jabłonna 2015

metafizyką tłumaczysz że zawędrowałeś aż dotąd z nikąd

zewsząd nieznanej rzeczy — zagubiony w sobie z twarzą

ku północy

rozmieniony na bezimienne ziarenka piasku

reszta horyzontu za daleko na rozciągnięcie palców

i za nisko by sięgnąć po jeszcze jeden przyśniony talent

lub knebel


zagarniasz przezwojone światy garściami

gdy krwawią czujesz że serce pulsuje

upuszczając karminowe łzy

i pragniesz na przestrzał być szczęśliwy

w istocie algorytmu własnej osoby


i nieszczęśliwy witasz się z bliźniaczym katem

uśmiechasz się pozornie nie wiedząc co potem

wczoraj odrzucasz na pohybel śmierci

nie potrzebne jutra śmieci — przeterminowane recepty

jako błazen możesz być nikim i każdym

w kazirodztwie pół-rzeczy pół-niespełnienia boga-poety


za tobą strzępy przewinione których nie zrzucisz po raz

drugi

na plecach krzyż wysłużony jak penitencjarny automobil

zbierasz okruszki do torby jałmużnę dla innych

zadatek na sprawiedliwy los ze szczyptą soli

dla przyprawienia wyrazistości czasom niewinnym


nie dowierzając pustyni gdzie swój skarb toczy skarabeusz

pełzniesz jak on odwrócony na przekór cieniom

obawiając się wrogów — w zachmurzenie strzeżesz pełni

horyzontu

a perspektywy ciężarem własnym

ranią cierniem po dziesięciokroć wierniejszym

niż pocałunki


idziesz

drapieżnie

co noc

zaciskając rąbek zbawiennej pościeli

by nie zniknąć w tle snów porozwieszanych na hakach

mamideł nierzetelnych

nad ranem odsyłasz gwiazdy by przeżyć …

Z genów wydziergane krajobrazy serca

Wiersz wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Ks. Jana Twardowskiego — Jabłonna 2015

myślałam że nie mam wspomnień o ojcu — naszym tacie

po prostu był — był oczywisty jak cień w zenicie

jak drzewo od zawsze rosnące nieopodal

był naszym dachem tłem podpowiedzią

korzeniami sięgał w niebo i nas w nie wtulał

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.22