Rozbierz mnie
z emocji
Tom pierwszy trylogii „»Marchetti«”
Kamila Lisek
Nie każda kobieta pragnie być ratowana.
Niektóre budują imperia.
Uwaga — treści wrażliwe
Ta książka zawiera sceny przemocy psychicznej, fizycznej i seksualnej. Niektóre fragmenty mogą być trudne dla osób po doświadczeniach traumy. Tylko dla dorosłych czytelników (18+).
Pisząc tę historię, starałam się oddać prawdę emocji — bez cenzury, ale z szacunkiem.
Jeśli czytając ją, poczujesz, że musisz się zatrzymać — zrób to.
Twoje granice są ważniejsze niż fikcja.
Wszystkie postacie, wydarzenia i miejsca przedstawione w tej książce są fikcyjne i stworzone wyłącznie na potrzeby fabuły.
Choć ta historia osadzona jest w świecie mafii, pamiętaj: prawdziwa mafia nie jest romantyczna ani piękna. Jej działalność obejmuje m.in. handel ludźmi, przemoc, sutenerstwo i porwania — realne zbrodnie, które każdego dnia ranią niewinnych ludzi.
Od Autorki
Piszę tą książkę dla tych,
którzy wciąż czują ogień tam, gdzie inni pragną ciszy.
Dla tych, którzy z pęknięć potrafili uczynić ostrze.
Dla kobiet, które przeżyły piekło — i nie wróciły z niego takie same, bo właśnie tam zbudowały swój tron.
Ta książka nie prosi o zrozumienie.
Oddycha gniewem, miłością i krwią.
Nie będzie grzeczna. Nie musi.
Bo każda kobieta, która przetrwała,
zasługuje, by stanąć w ogniu i się nie spalić.
Dziękuje, że tu jesteś.
Nie jesteś sama.
Rozdział 1
Niebo miało jego kolor..……1
Rozdział 2
Początek końca…18
Rozdział 3
Dotyk ciemności…36
Rozdział 4
Bracia bez krwi…52
Rozdział 5
Witamy w królestwie…63
Rozdział 6
Nieznana zmienna…79
Rozdział 7
„»Zostaniesz tu?«”… 93
Rozdział 8
Mam na imię Livlia… 103
Rozdział 9
„»Na zawsze«”…115
Rozdział 10
Nie powinnam tu być…132
Rozdział 11
Cisza pomiędzy…147
Rozdział 12
Nie zdążyłem Cię stracić…158
Rozdział 13
Wspomnienia…167
Rozdział 14
Upadek i kapitulacja…190
Rozdział 15
Rozbierz mnie z emocji…198
Rozdział 16
Pragnę Cię, Matrioszko… 222
Rozdział 17
Układ został zerwany………………….…….238
Rozdział 18
Marchetti……………………………….…………252
To nie jest saga, która wybucha od pierwszej strony. Tom pierwszy jest to preludium — ostrzeżeniem. Bo prawdziwe piekło zaczyna się
w tomie drugim…
Prolog
Drzwi się otworzyły.
Zapach uderzył jako pierwszy.
Żelazo.
Krew.
Strach.
Potem widok.
— Matteo jest… Wybitny. — Odezwał się z dumą.
— Czternaście ciał. Zrobił to sam. Bez świadków. Bez hałasu. — Podszedł kilka kroków, stanął przede mną
i uśmiechnął się łagodnie. Zbyt łagodnie.
— Nie lubię brudzić sobie butów krwią, Livlio. Ale dla Ciebie… Zrobię wyjątek. — Zamarłam w miejscu.
— Co to za teatr? — Zapytałam cicho.
— To nie teatr. — Powiedział, odwracając się.
— To scena. A my jesteśmy postaciami. (…)
Niebo miało jego kolor
Livlia
Uważam, że miałam cudowne dzieciństwo,
które z czasem przerodziło się w przeklęte dorastanie. Ten moment, gdy jako dziecko szukasz oparcia, wzorców do naśladowania, gdy jeszcze nie wiesz,
kim jesteś — a już każą Ci podejmować decyzje, niby łatwe, ale tylko dla tych, którzy nie muszą ich naprawdę przeżywać.
Dla mnie były cholernie trudne.
Właśnie wtedy mój świat wywrócił się do góry nogami. Mieszanka wybuchowa, która zakiełkowała gorzkimi owocami. Tak się czułam — zniszczona, uszczerbiona, bez życia. A przecież to były te piękne, kolorowe „nastoletnie dni” — przebarwione smakiem alkoholu, zapachem wolności i dymem używek.
Czas chaosu, burzy hormonów, zmiany szkoły,
ludzi i zasad. Czas samozniszczenia.
Kryształowa bajka, która jeszcze przed chwilą błyszczała śmiechem, śpiewem, miłością… Nagle pękła. Roztrzaskała się na tysiące kawałków.
Nie do uratowania. Zamieciona do szufelki i wyrzucona.
Tak w skrócie wyglądało moje dzieciństwo.
Wspomnienia, które z początku grzeją serce, a chwilę później przeszywa je chłód.
Bo gdy próbuję coś sobie przypomnieć, widzę pustkę. Jakby ktoś zapiął wspomnienia w kajdany i wrzucił na dno ciemności. Czuję ich ciężar, ale nie potrafię ich dosięgnąć.
To niesamowite, jak bardzo ludzki umysł potrafi bronić się przed cierpieniem. Jak łatwo zapomnieć piętnaście lat życia. I jak boleśnie niemożliwe staje się ich odzyskanie.
Czy samobójcy to tchórze? Czy raczej silni ludzie, którzy po prostu nie mogli już dłużej grać roli w sztuce zwanej życiem? Przez wiele lat zadawałam sobie to pytanie. I przez tyle samo próbowałam zrozumieć, ile jeszcze wytrzyma moja psychika. Gdzie jest granica?
Czy życie nie powinno być usłane różami, czy może
po prostu…
Egzystencja jest tylko czymiś scenariuszem?
A może… Gdy już nie będę miała siły grać, po prostu zejdę ze sceny?
Z biegiem lat — po kolejnych wydarzeniach, które obróciły moje życie o następne 180 stopni — coraz częściej wracam myślami do tej nastoletniej dziewczyny.
Tej, która dzień przed podjęciem decyzji…
Spotkała swojego anioła.
Jedno uderzenie, drugie uderzenie.
Cholera, muszę się przedrzeć.
Rozgrzewka już za mną — pora pokazać pazura.
Uśmiechnęłam się.
— Wiesz, że nie dam się łatwo! — Krzyknęłam
i ruszyłam do przodu.
Zwód w prawo, szybki obrót wokół własnej osi. Wiedziałam, że nie przejdę. Ale nienawidziłam przegrywać. Uśmiechnęłam się cwanie. Nie przegram. Odbiłam do tyłu. Teraz.
Rzut za trzy.
— Ładna trójka! — Krzyknął Ivar, przecierając czoło.
— Cholera, za szybko się dla mnie ruszasz!
— Za bardzo skupiasz się na wsadach! — Zawołałam, wycierając pot z twarzy. Popołudniowe słońce dawało znaki, a brak drzew dookoła boiska tylko pogarszał sprawę.
— Dobra, zróbmy tak: kto przegra, sprząta i robi obiad!
Uśmiechnęłam się chytrze. Dzieliło nas tylko sześć punktów — dwie trójki. Wystarczyło się postarać.
Ivar podszedł do mnie z szybkim, zadziornym uśmiechem, stając naprzeciwko w pełnej obronie.
— To teraz się postaram. — Rzucił z iskrą w oku.
Cholera, nie wygram tego. Przecież nie dam rady przejść przez niego.
— Dawaj, dawaj! Mówiłaś, że twoje trójki są lepsze!
Zwód w prawo, szykowałam się do kolejnego, gdy Ivar mnie objął i przyciągnął do siebie.
— Dobra koniec. Widzę tę zaciekłą minę i od razu kapituluję. — Powiedział, z szerokim uśmiechem.
— Jakbyś grała z dziewczyną, już dawno nie nadążyłaby za twoimi punktami. Jesteś świetna!
— No ale…
— Nie ma „ale”. Chodź. Zabiorę cię na kolację.
A potem posprzątam w domu. — Mówiąc to, złapał za piłkę, całując mnie w czoło.
— To na co masz dziś ochotę?
Uwielbiałam nasze wspólne treningi koszykówki.
Chwile, w których zapomniałam o wszystkim.
Liczyła się tylko gra, obserwacja, taktyka, spryt.
Nic więcej. No może… Był jeszcze on. Ivar.
Mężczyzna, który pojawił się w odpowiednim czasie. Który po prostu został. Został na tyle lat.. Nigdy nie dowiedział się, że gdyby nie on, już by mnie tu nie było.
Był moim zbawieniem. Moją obsesją.
Miłością tak prawdziwą, że aż chorą. Chorą, bo zbyt magiczną. Był ostoją w najciemniejszych chwilach. Ciepłym światłem, które przebijało się przez mrok moich myśli. Cierpliwym, wyrozumiałym, obecnym — nawet wtedy, gdy odpychałam cały świat.
Czasem patrzył na mnie w taki sposób, jakby naprawdę widział wszystko. Jakby znał każdą ranę, każdy cień mojej duszy — i mimo to nie odchodził.
A może właśnie dlatego zostawał.
Z nim mogłam oddychać. Tylko z nim.
— Jak myślisz, które by pasowały? — Zapytałam, pokazując mu w telefonie zdjęcia białego stołu zdobionego mchem.
— Kochanie, naprawdę...Jest mi wszystko jedno. Wybierz takie, jakie ci się podobają. — Odpowiedział bez namysłu, nawet na mnie nie spoglądając. Zaczynało we mnie wrzeć.
— Dobrze, ale nie chcę potem słyszeć żadnego „ale”. Możesz mi w końcu podać listę gości? Muszę wiedzieć, jaki budżet przeznaczyć na salę.
— Umówię się z mamą jutro i dam ci znać. — Rzucił obojętnie. Zacisnęłam zęby. Ivar był idealny…
Ale każdy ma swoje wady.
— Ale to jest nasze wesele, a nie twojej mamy!
Krzyknęłam, oburzona absurdem tej sytuacji. Od kilku dni, odkąd postanowiliśmy się pobrać, między nami wisiało napięcie. Kochaliśmy się, ale patrzyliśmy na świat zupełnie inaczej. Ja żyłam dla niego. Nie miałam nic — tylko jego. On miał wszystko: dużą rodzinę, hałaśliwe zjazdy, ludzi, których nie znałam i których uśmiechy wydawały się fałszywe. Każdy odgrywa jakąś rolę w scenariuszu, którego nie rozumiałam.
A ja? Ja tego nienawidziłam — tej sztuczności,
tej presji. I w samym środku tego wszystkiego był Ivar — mój Ivar. Chłopak, którego poznałam sześć lat temu.
Wtedy stał z boku, cichy, nieśmiały. Ale kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się. Tak prawdziwie.
Ten moment związał nasze losy na zawsze. Przeciwieństwa, które zamiast się odpychać, przyciągały się coraz mocniej. Otoczył mnie miłością.
I choć był ideałem w moich oczach, czasem nie potrafił mnie zrozumieć. Musiałam odpuścić.
Nie chciałam się z nim kłócić — nie o coś takiego.
— Dobrze… Ale niech twoja mama nie przesadzi. Nie chcę więcej niż sto gości.
— Sto? Przecież wiesz, że mam dużą rodzinę.
— Kochanie, ja tam będę sama… — Powiedziałam cicho, niemal szeptem. Ivar odwrócił się do mnie, odłożył konsolę i spojrzał uważnie.
— Kochanie… — Powiedział łagodnym głosem, podchodząc do mnie.
— Przecież wiesz, że moja rodzina już dawno traktuje cię jak swoją. Oni cię kochają. — Wstał i delikatnie podniósł moją twarz palcami, patrząc mi prosto w oczy.
— Przepraszam. Wiesz, że ja sam najchętniej pominąłbym całe to wesele. Ale musimy je zrobić. Wiem, jacy są. Ale rodzina to rodzina. A ty jesteś jej częścią. — Pocałował mnie lekko w usta.
— Prawie wszyscy cię znają. Nikt nie będzie głupio pytał… — Westchnęłam ciężko.
— Nie o to chodzi… Po prostu wolę coś mniejszego. Intymnego. — Ivar przewrócił oczami, ale zaraz się uśmiechnął — tym swoim uśmiechem, który ogrzewał moje serce.
Jego spojrzenie miało głębię, której nie potrafiłam się oprzeć. A dźwięk jego śmiechu była jak melodia, która niosła mnie przez życie.
— Nie! Nie zaczynaj mnie tu czarować! — Odwróciłam się plecami. Ale Ivar nie pozwolił mi uciec. Przytulił mnie mocno do siebie.
— No weź, kochanie, nie gniewaj się już…
Pocałował mnie w czubek głowy.
— Zobaczysz, po pierwszym toaście będą tak zajęci sobą, że jak znikniemy na pół wesela, nawet nie zauważą.
— Ale wesele trwa z dziesięć godzin… — Jęknęłam zrezygnowana. Roześmiał się.
— Coś wymyślimy. Mogę udawać, że za dużo wypiłem… Chociaż pewnie wtedy będą gadać jeszcze więcej. — Dodał z ironicznym śmiechem. Spojrzałam na niego z przekąsem.
— Nigdy nie zrozumiem twojej więzi z rodziną.
Dwa tygodnie przed ślubem wszystko było już prawie gotowe. Została tylko suknia i obrączki — do odebrania we wtorek. Usiadłam ciężko przy stole, zmęczona tymi wszystkimi dyskusjami, ustaleniami, wiecznym trzymaniem uśmiechu przy rodzinnych spotkaniach.
Czułam się wyczerpana, jakby z każdym dniem traciła się jakaś cząstka mnie.
— Nie wyglądasz jak szczęśliwa przyszła panna młoda.
Powiedział z przekąsem Ivar, zbliżając się do mnie
z rękami pełnymi słodyczy.
— Co dziś oglądamy?
— Dziś potrzebuję krwi i chaosu.
— Oho, czyżby mama znów dała popalić?
— „Popalić” to za mało powiedziane. Ona mnie chyba wykończy zanim wejdę do kościoła.
— Dzisiaj pokłóciła się z księdzem, bo nie zgodził się na konfetti po przysiędze… — Nie dokończyłam, jego usta objęły moje.
— Nieważne. Liczy się tylko to, że ty tam będziesz ze mną. — Nie miałam już siły. Potrzebowałam ciszy. Potrzebowałam jego ramion. Tylko tyle.
— Chodź. — Powiedział cicho, pociągając mnie
w stronę kanapy. Siedząc wtulona w jego bok, patrzyłam na ekran bez większego zainteresowania.
To był nasz reset — filmy, wygłupy, wspólne wymyślanie dialogów, alternatywne zakończenia.
Nasz własny świat, zbudowany tylko dla nas. Może właśnie dlatego uchodziliśmy za idealną parę. Rzadko się kłóciliśmy, zawsze szukaliśmy kompromisów.
Byliśmy jak dwa różne dźwięki, które z czasem stworzyły harmonię. Na początku byłam cicha. Milcząca. Dziewczyna bez zdania. Ivar mnie otworzył. Pokazał mi światło tam, gdzie ja widziałam tylko cień. Był moją ostoją. Osłonił mnie przed światem — i przed samą sobą. Może wiedział. Widział blizny: te na udzie, i tę jedną — pierwszą, najgłębszą — na nadgarstku.
Tę, po której obiecałam sobie, że następnym razem się uda. Ale nigdy nie zapytał. Nigdy nie naciskał. Szanował moje przeszłe piekło. Nie chciał dołożyć cegiełki. Chciał zrzucić ze mnie cały ciężar.
— Hej, wróć do mnie. — Zamachał ręką przed moją twarzą.
— Jesteś najpiękniejszym skarbem, jaki dało mi życie.
Wyszeptał, całując mnie delikatnie.
— Potrzebujesz czegoś?
Zawsze, gdy widział, że odpływam w myślach, jego głos miękł jeszcze bardziej. Bał się, że rozsypię się od wspomnień.
— Nie, nic… — Szepnęłam z ledwo zauważalnym uśmiechem. Przysunął mnie bliżej, otulił ramieniem,
a jego dłoń powoli głaskała moje włosy.
— Mój skarbie. — Powiedział, całując mnie w czoło.
Rozpływałam się w jego cieple. Tak prawdziwym,
tak czułym. Nasze życie było zwyczajne, ale w tym właśnie tkwiła magia. Śniadania w piżamach, przekomarzania się o to, kto dziś robi kawę, wspólne zakupy, podczas których zawsze przynosił mi coś słodkiego „na osłodę życia”. Wieczory z planszówkami, jego śmiech, który niósł się po całym mieszkaniu, i mój uśmiech, który pojawiał się, gdy tylko słyszałam jego kroki za drzwiami. Nie byliśmy doskonali.
Czasem milczeliśmy przez zbyt długi czas, czasem nie rozumieliśmy się od razu. Ale byliśmy. Dla siebie. Prawdziwi. Bliscy.
Z każdym dniem budowaliśmy wspólny dom — nie
z cegieł, lecz z czułości i uważności.
Wiedziałam, że cokolwiek się wydarzy — będę miała wspomnienia, które ogrzeją mnie w najzimniejszą noc.
W tamtej chwili, wtulona w niego, z jego ciepłą dłonią na mojej głowie, czułam, że świat nie musi być idealny.
Bo miałam jego.
Ivar spoważniał i lekko się wyprostował.
— Jest coś, co chciałbym Ci dać. — Sięgnął za plecy, stając przede mną niemal w pozycji bacznej.
— Gdy pierwszy raz cię zobaczyłem, zapragnąłem cię chronić przed całym światem. — Uśmiechnął się promiennie. Brakowało mu tylko aureoli. Wyciągnął dłoń ku mnie a na jego palcach zwisała maleńka zawieszka.
— Cieszę się, że cię poznałem. Że pozwoliłaś mi dotknąć nie tylko twojego ciała, ale i umysłu. Jesteś wyjątkowa. Do końca życia chcę robić wszystko, byś była szczęśliwa. Żebyś już nigdy więcej nie cierpiała. Jestem twoim domem. — Zbliżył się do mnie i spojrzał głęboko w oczy.
— Kocham cię. — Wyszeptał w usta po czym pocałował
z czułością. Objął mnie, delikatnie obracając.
— Chciałem, żebyś założyła go jutro. — Zapięcie zawieszki zajęło mu chwilę.
— Martwię się o to, że zostaniesz sama. Powiedz tylko słowo a zostanę.
— Dam radę. Przecież to tylko jeden dzień.
Uśmiechnęłam się szczerze. Włożyłam w to cały wysiłek. Nie chciałam, żeby się martwił. Przeszył mnie wzrokiem. Tym swoim błękitem, który zdawał się mieć
w sobie wszystkie kolory nieba. Kolor jego oczu był…
Moim ulubionym miejscem, wspomnieniem, życiem.
To, jak na mnie patrzył — z czułością, spokojem, pewnością — zostawało pod powiekami na długo. Trwaliśmy tak w bezruchu, smakując każdej sekundy. Jego oddech owiewał mi ramiona. Cisza między nami nie była ciężarem. Była spokojem, w którym można było się schować. Dotknęłam zawieszki.
— Dziękuję. — Szepnęłam. Objął mnie drugą ręką, przyciskając do siebie.
— Ech… Jak ja nie mam ochoty tam iść. Słuchać tego wszystkiego, jakby nie wiadomo co się działo. — Rzucił żartobliwie. Puszczając zawieszkę, spojrzałam na Ivara.
— No tak… Patrząc, jaka będzie hucznie, będzie
o czym mówić. — Odpowiedziałam pół-żartem, z lekkim sarkazmem. Jak zawsze próbował odczytać moje myśli
i uratować dla mnie świat. Był taki dobry. Taki czysty.
Spojrzałam znów na zawieszkę — maleńką, ale pełną znaczenia. Była połączeniem delikatnych anielskich skrzydeł i drobnej kotwicy splecionych subtelnym pierścieniem.
— Skrzydło symbolizuje ochronę, obecność. A kotwica — stabilność. Bez względu na okoliczności, zawsze będę przy tobie. — Powiedział cicho. Dotykając zawieszki, czułam jego obietnicę przy sobie — teraz
i zawsze.
Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że czas potrafi łamać nawet najpiękniejsze przysięgi.
Gdybym mogła — nigdy bym go nie wypuściła tego dnia z domu. Przy nim nie potrzebowałam reszty świata.
To przez niego żyłam. A Ivar? Miał wszystko — a chciał tylko mnie — reszty nie potrzebował.
— Idź, spóźnisz się. Ja też muszę jeszcze podjechać po kilka rzeczy. — Powiedziałam cicho, żałując, że ta chwila musi zejść na ziemię.
— Jeśli będziesz mnie potrzebować, zadzwoń.
— Dobrze. — Pocałowałam go delikatnie. Poczochrał mi włosy — coś, czego nienawidziłam i jednocześnie kochałam.
— To do jutra, moja żonko. — Puścił oczko, akcentując słowo „żonka”. I to była nasza ostatnia chwila.
Ludzie są stworzeni do życia w stadach. Miłość to narkotyk — wciąga, uzależnia, daje nadzieję. Gdy kochasz, pragniesz z tą osobą stworzyć dom, rodzinę. Rodzina to poczucie bezpieczeństwa, to wspólne poranki i zapach obiadu. To ciepło ogniska, które tli się mimo wichrów życia. Ale życie… Nie pyta o nasze plany. Toczy się własnym torem. Uczy nas przyjmować ciosy, czuć ból, mierzyć się z samotnością.
Słyszymy: „Trzeba żyć dalej”, „Czas leczy rany”.
Ale nikt nie mówi, ile to potrwa.
I że nie każda rana naprawdę się zabliźni.
Moim marzeniem zawsze była rodzina. A jednak tak bardzo się jej bałam. Nie bałam się ciąży, nie bałam się opieki nad dzieckiem. Bałam się stabilności, tego że ktoś będzie — i może odejść. Pamiętam swoje dzieciństwo jak bajkę, w której pierwsze strony były kolorowe. Potem jednak zaczęły blaknąć.
Wspomnienia są jak szkło — połamane i ostre.
Byłam cichym dzieckiem, zamkniętym w swoim świecie, zbyt delikatnym na zewnętrzne hałasy.
Widziałam więcej, niż powinnam. Czułam napięcie, zanim wybuchło. Pamiętam krzyki rodziców, które odbijały się echem po ścianach, i ciszę, która bolała jeszcze bardziej.
Miałam 13 lat, gdy rodzice zaprowadzili mnie do psychologa. Zauważyli, że coś się ze mną dzieje.
Depresja. Tak to nazwali.
Starali się pomóc — a ja miałam wrażenie, że wszystko się jeszcze bardziej sypie. Ich troska bolała, bo nie była już pełna miłości, tylko obowiązku.
Pewnego dnia jechaliśmy do szpitala — do babci od strony taty jedynej rodzinny jaką znałam. Była ciężko chora. Atmosfera między rodzicami już od rana była napięta. W samochodzie wybuchła kolejna kłótnia.
Czułam to zanim się zaczęło.
A potem… Świat się zatrzymał.
Wypadek. Samochód. Krzyk. Ciemność.
Tego samego dnia babcia zmarła na zawał serca, zaraz po tym, jak usłyszała wiadomość o śmierci swojego syna i synowej. Nie zdążyła nawet dowiedzieć się,
że ja… Przeżyłam.
Nie była to wina mojego taty. Ale może… Może łatwiej byłoby mi go obwiniać niż żyć z tą świadomością, że to nie on. Że to ktoś obcy. Pijany kierowca, odebrał mi wszystko. Człowiek, którego nigdy nie znałam, zniszczył moje życie jednym zakrętem.
On dostał 14 lat więzienia. A ja? Ja dostałam dom dziecka. Ciszę w miejscu, gdzie powinien być dom. Pustkę przy stole. Strach zamiast kołysanki.
Wiesz, żałoba nie krzyczy. Ona siada obok ciebie rano
i nie znika nawet wtedy, gdy pijesz herbatę. Żałoba to twoje odbicie w lustrze, którego nie rozpoznajesz. To twarz dziecka, które już wie, że bajki się kończą, zanim zdążą się na dobre zacząć.
Nie płakałam pierwszej nocy. Leżałam w obcym łóżku, pod kocem, który pachniał płynem do prania i czymś… Czego nie znałam. To nie był dom. Tu nikt nie mówił szeptem na dobranoc, nikt nie przykrywał mnie po uszy. Nikt nie czekał, aż zasnę. Rano nie było śniadania
z uśmiechem. Były kubki z numerami i głosy, które krzyczały przez korytarze, jakby uczucia były czymś, czego trzeba się wstydzić. Wszyscy tu coś stracili.
Każde z tych dzieci nosiło w sobie demony.
Nie chciałam się bawić, nie chciałam rozmawiać. Patrzyłam w ścianę i zadawałam sobie pytanie, którego nikt nie chciał słyszeć: Po co jeszcze jestem?
Zaczęłam nienawidzić dni. Bo przynosiły godziny,
w których trzeba było oddychać, udawać, że się istnieje.
Czasem siedziałam pod oknem i wyobrażałam sobie,
że znikam — po prostu. Bez bólu, bez hałasu.
Tylko… Niknę.
Aż któregoś dnia, wracając z terapii, przeszłam obok placu zabaw. Było pusto. Prawie. Dwoje dzieci ganiało się po placu. Nieco dalej siedział chłopak, który obserwował mnie uważnie, niemal przeszywająco. Przystanęłam, zatracając się w jego spojrzeniu.
Od sześciu lat leczyłam rany. A jutro… Jutro chciałam stworzyć całkiem nową przyszłość.
— Czeka pani na kogoś? — Wyrwałam się z amoku wspomnień.
— Słucham? — Zapytałam zdezorientowana.
— Gorączka przygotowań? — Uśmiechnęła się uprzejmie ekspedientka, stojąca naprzeciwko mnie.
— W czym mogę pomóc? Czy może czeka pani jeszcze na kogoś?
— Nie. Przyszłam dziś odebrać suknię.
— Och, przepraszam, nie skojarzyłam pani. Jaka to suknia? Chce pani jeszcze raz ją przymierzyć? Pokazać się?
— Nie, dziękuję. Może pani ją od razu zapakować. Zapłacę resztę kartą.
Ekspedientka zniknęła na zapleczu. Oparłam się jedną ręką o ladę i spojrzałam na suknie wiszące wokół. Pomyślałam, jakby to było, gdyby była tu mama. A może przyjaciółki? Przez twarz przemknął cień. A może wtedy… Nie poznałabym Ivara? Może wszystko to było zaplanowane gdzieś tam, na górze?
— Suknia została wyprasowana. Jeśli dowiezie ją pani szybko do domu i od razu powiesi, nie będzie trzeba jej jutro prasować. — Powiedziała, wracając. Przystanęła na moment, lekko opuszczając kąciki ust, choć nadal się uśmiechała.
— Odbiera pani sama suknię?
— Tak. Nie chciałam, by narzeczony zobaczył ją wcześniej. — Uśmiechnęłam się niepewnie. Może dlatego mnie nie zapamiętała? Podczas przymiarek chciałam jak najszybciej znaleźć tę jedyną i zniknąć.
Nie znosiłam spojrzeń kobiet siedzących w grupach
z matkami, siostrami czy druhnami. Ich ciekawość, współczucie, czasem politowanie.
— Nie chcę pani stresować. — Dodała ekspedientka ostrożnie.
— Ale jest taki przesąd, że panna młoda nie powinna sama nieść sukni ślubnej do domu. Może chce pani zadzwonić po kogoś? Narzeczony nie zobaczy sukni, jeśli jest schowana w pokrowcu. — Zawahałam się. Przez ułamek sekundy przemknęła mi myśl, by zadzwonić po Ivara. Ale wiedziałam, że gdyby przyjechał, nie chciałabym, żeby już odjeżdżał.
Nigdy też nie byłam przesądna.
— Nie. — Powiedziałam cicho.
— Chciałabym już zapłacić. — Dodałam, widząc iskrę zaciekawienia w jej oczach.
— Oczywiście. Już sprawdzę, ile zostało do zapłaty.
Odeszła w stronę kasy, a ja ruszyłam za nią pospiesznie. Pięć minut później wyszłam z salonu sukien — nieco zmieszana, ale z ulgą. Słońce powoli chowało się za horyzontem. Powietrze pachniało chłodem i kurzem majowego miasta. Pokrowiec z suknią ciążył mi na ramieniu, ale bardziej ciążyły myśli.
Czy naprawdę jestem gotowa?
Zatrzymałam się przed przejściem. Zanim zapaliło się zielone światło, spojrzałam w niebo. Było czyste, spokojne, jakby kłamało. Moje życie było jak ta suknia — wyprasowane, idealne… Na zewnątrz. Ale w środku wciąż były zagniecenia, których nikt nie widział.
Nie wiedziałam, czy ślub to zamknięcie rozdziału…
Czy jego początek. Ale jedno było pewne.
Nie byłoby mnie tu — ani tej sukni — gdyby nie on.
Ivar.
Nagle zapragnęłam go zobaczyć.
Choćby na chwilę.
Jeszcze przed jutrem.
Początek końca
Livlia
Wieczór był jak z definicji — spokojny, cichy, zwykły.
A jednak coś było nie tak. Niepokój chodził za mną krok w krok, jak cień, którego nie mogłam się pozbyć.
Przechadzałam się po mieszkaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, jakby moja dusza przeczuwała, że coś nadchodzi. Coś nieodwracalnego.
Usiadłam w końcu na kanapie i zerknęłam na telefon. Cisza. Nie pisałam, nie dzwoniłam — przecież miał spędzać czas z rodziną. Napisał, że bezpiecznie dojechał do domu. Więc czym się martwię? Czemu mam to dziwne uczucie?
Po gorącej kąpieli ułożyłam się w łóżku, z kieliszkiem wina w dłoni wpatrywałam się w zdjęcia na ścianie. Nasze wspólne chwile. Nasza codzienność.
Zastanawiałam się, czy mam prawo być częścią jego życia. Czy to fair, że wprowadziłam go do mojego świata — świata chaosu, diagnoz, walki z samą sobą.
Ivar był jak promień światła w moim pogrążonym
w mroku wnętrzu. Pchał ten rozpadający się wózek pod górę, z nadzieją, że uda się dotrzeć na szczyt.
Ale ja wiedziałam, że nie jestem łatwym bagażem.
Ivar zasługiwał na więcej — na kobietę, która nosi
w sobie lekkość, szczęście, jasność. Na kobietę, która chce mu dać rodzinę, która nie drży każdego dnia od lęku i niepewności. A ja? Byłam zlepkiem traum, lęków
i niewyjaśnionych emocji.
Budzik wyrwał mnie z niespokojnego snu. Ósma.
Czas się szykować. Zerknęłam na telefon — żadnej wiadomości. Znowu to uczucie. Ciało weszło w tryb przetrwania. Może po prostu wariuję…
Wstałam, ruszyłam do łazienki. Za pół godziny miałam być u makijażystki. Pośpiesznie ogarniałam kuchnię, nastawiałam kawę. Poranne zamieszanie — moje ADHD dawało o sobie znać. Biegałam po domu, gubiąc rzeczy i siebie. Zawsze się z tego śmiał. Zadzwonił telefon.
„Ivar” — ucieszyłam się. Pędem rzuciłam się do sypialni. Z uśmiechem chwyciłam telefon z łóżka…
I zamarłam.
„Julia — matka Ivara.”
Ona nigdy do mnie nie dzwoniła. Przez sześć lat tolerowała mnie tylko przy nim. Teraz dzwoniła? Przesunęłam palcem po ekranie. Dłoń zaczęła mi drżeć.
— Dzień… — Zaczęłam, ale nie zdążyłam.
W słuchawce rozległ się szloch. Mokry oddech. Cichy jęk bólu.
— On… — Próbowała coś powiedzieć, ale zawisła
w bezdechu.
— Żyje?! — Zapytałam rozpaczliwie, podnosząc się gwałtownie.
Szukałam kluczy, chciałam już jechać, być tam, wiedzieć.
Cisza.
Tylko szloch.
— NIE ŻYJE! — Krzyk przebił się przez słuchawkę
i rozdarł moje wnętrze. Upuściłam telefon.
Padł na podłogę z hukiem, jakby oznajmiał koniec świata. Stałam w miejscu, ciało drżało, serce dusiło mnie od środka. Umierałam.
Rozpadałam się.
To nie mogła być prawda. Nie Ivar. Nie on.
Krzyczałam, biłam się po twarzy, próbując obudzić.
To musiał być sen.
— To jest sen! — Wrzeszczałam, podnosząc telefon
i ciskając nim o ścianę.
— DLACZEGO NIE JA?! — Krzyknęłam do nikogo.
Do Boga. Do świata. Do pustki. Nie miałam już siły. Kolana ugięły się pode mną. Chciałam umrzeć. Po prostu zniknąć.
Ciemność objęła mnie jak znajoma dłoń.
— Obiecuję że nawet jeśli mnie kiedyś zabraknie, nie przestanę cię kochać. Będę tam… W tej ciszy. — Nie odpowiedziałam. Po prostu przyłożyłam głowę do jego klatki piersiowej, słuchając bicia serca. Tak kojącego.
Leżałam na podłodze. Policzek miałam przyklejony do paneli, otworzyłam usta, ale nie byłam w stanie wydać
z siebie głosu. Całe ciało drżało. Mięśnie były sztywne, zdrętwiałe od zbyt długiego snu w niewygodnej pozycji. W głowie szumiało, czułam się pusta, jakby coś ze mnie brutalnie wyrwano i zostawiło tylko pustkę. Usiadłam powoli, opierając się o ścianę. Każdy ruch był walką
z grawitacją. Spojrzałam przed siebie — zgaszony ekran telefonu leżał kilka kroków dalej.
Wszystko było takie same…
I jednocześnie już nic nie było na swoim miejscu.
Przyszła myśl — ta przerażająca, zimna, bezlitosna — On naprawdę nie żyje. Ślub. Plany. Może dziecko.
Dałabym mu je, na pewno. Byłam na dobrej drodze, naprawdę się zmieniałam. Leki ujarzmiły moje wahania nastrojów, uczyłam się cieszyć życiem. Po raz pierwszy miałam ku temu powód. Ivar.. Pustym wzrokiem wpatrywałam się w pęknięty ekran.
Znowu. Znowu zostałam sama.
Ivar…
Tylko ten niemy krzyk i chłód, który przenikał aż do kości. Co teraz? Gdzieś w oddali przebiegła myśl — może to nie on? Przecież miał być u rodziców… To nie możliwe. Nie powinno. Rozejrzałam się po mieszkaniu — tym samym co zawsze, niezmienionym.
A jednak bez niego. Sama. Pokręciłam głową, wbijając wzrok w podłogę. Jak to się stało? Kiedy? Dlaczego?
Znów szepnęłam jego imię bezgłośnie, ponownie ten głuchy ból. Muszę go zobaczyć. Muszę się pożegnać. Uniosłam głowę. Kluczyki. Gdzie są?
Leżały na stosie moich książek, tych, które czytałam przed snem. Tam zawsze je odkładał. Chciałam wstać. W jednej chwili pociemniało mi przed oczami i osunęłam się na podłogę. Syknęłam cicho, zaskoczona. Nogi ciągle drżały. Dalej byłam w szoku, nie wiedziałam, jak długo nieprzytomność trzymała mnie w objęciach.
Spojrzałam na kluczyki. Nie dam rady. Sama nie dam. Ale… Nie miałam nikogo. Nikogo, kto mógłby mnie tam zawieźć. Jeśli on w ogóle tam był. A raczej był, bo już go nie ma. Przyciągnęłam kolana do piersi, próbując się uspokoić. Muszę go zobaczyć.
Po raz ostatni.
Nie jestem pewna ile tak siedziałam, bujając się na podłodze. Myśli odpływały, wracały, znikały. Potem przestałam się kołysać. Usiadłam po turecku. Przygarbiona, patrzyłam w drzwi. Trwałam.
Czy to była egzystencja?
Czy to było jeszcze życie?
Cisza dźwięczy w uszach.
Uderzała. Bolała.
Spojrzałam na okna. Popołudnie.
Rano… Przecież to miał być mój dzień.
Wybawienie.
To moja wina. To ja powinnam odejść.
Nie trwać przy nim.
Zatrzymałam wzrok na kluczykach — muszę go pożegnać. Muszę. Wciągnęłam powietrze przez nos, zacisnęłam usta. Podniosłam się powoli, najpierw na kolana. Ciało bolało. Umysł wył. Ale wstałam. Zdeterminowana. Podeszłam do kluczy. Ścisnęłam je
w dłoni tak mocno, aż zabolało. Spojrzałam na drzwi. Czy dam radę? Co mi pozostało?
Szłam krok za krokiem, drugą ręką wspierając się
o ścianę. Głęboki wdech. Muszę dostać się do szpitala. Chwyciłam klamkę. Przekroczyłam próg, otwierając tym samym drzwi do nowej, brutalnej rzeczywistości.
Kolejny cios. Chociaż… Czy to wciąż był cios?
Czy po tylu mogłam jeszcze coś czuć?
Stałam pod szpitalem. Najbliższym. Jak tu dojechałam? Jaką drogą? Czy pędziłam? Mózg działał mechanicznie.
Prowadził mnie do niego.
Spojrzałam na recepcję i podbiegłam do niej.
Mężczyzna tam siedzący podskoczył, spoglądając na mnie. Jego twarz wyrażała zaskoczenie, potem strach.
— Ivar. — Wydusiłam. To jedno imię. Tylko to mi zostało. Spojrzałam na niego błagalnie. Prosiłam wzrokiem, by cofnął czas. Mężczyzna zamilkł. Spojrzał na kobietę obok. Ta patrzyła na mnie z troską.
— Ja… — Zająknął się. Odchrząknął.
— Zaprowadzę panią. Proszę tędy.
Skinęłam głową. Tyle zdołałam. Pozwoliłam się prowadzić korytarzem. Długim. Cichym. Obcym. Stanęliśmy przed drzwiami. Spojrzałam w jego plecy.
— To tutaj… Proszę… — Przesunął się w bok.
— Zawiadomić kogoś z rodziny, by po panią przyjechał?
Rodzina…
Czy mu odpowiedziałam?
Nie jestem pewna.
Dotknęłam klamki. Chłodnej.
Popchnęłam drzwi.
W środku było zimno.
Śmierć była tutaj codziennością.
Miłość — nie istniała.
Zostałam tylko ja. Wydrążona. Z bólu. Z nadziei. Z życia.
Zerknęłam na jego dłoń, wystającą spod materiału. Znałam ją. Dotykałam tysiące razy. Teraz była nieruchoma. Po chwili… Bez pożegnania, bez słowa, bez łzy — odwróciłam się i wyszłam.
Usiadłam na krześle. Patrzyłam w ścianę. Umarłam.
To mnie przerosło, ile czasu minęło? Ktoś coś mówił. Czy pomóc? Machnęłam głową. Godzina? Toast?
Przecież właśnie dziś miało się wszystko zacząć. Znowu mnie zostawiło. Życie. Wstałam, zachwiałam się. Czyjeś ręce mnie złapały.
— Proszę ze mną pójść… — Uniosłam wzrok. Mężczyzna? Kobieta? Nie widziałam wyraźnie.
Tylko ciemność. Może właśnie tam powinnam pójść.
Do niej.
Piekło nie ma ognia. Ma ciszę. I pustkę.
Dni przestały mieć znaczenie.
Noc? Dzień?
Który miesiąc?
Jaka pora roku?
Nie wiem.
Nie chcę wiedzieć.
Zresztą…
Kogo to obchodzi?
Po pogrzebie spakowałam się w jedną noc.
Rzuciłam wszystko. Miasto. Pracę. Mieszkanie.
Wszystko, co jeszcze pachniało nim. I jego śmiercią.
Wsiadłam w pierwszy lepszy pociąg. Albo autobus. Może nawet jechałam stopem? Nie pamiętam.
Wiem tylko, że uciekłam. Daleko. Od wspomnień.
Od samej siebie. Po miesiącu… Może dwóch?
Nie mam pojęcia. Dni po prostu mijały. Ludzie wokół żyli, spieszyli się do pracy, wracali do swoich rodzin. A ja?
Siedziałam w obskurnym pokoju, lekko pijana.
Mój wzrok padł na stolik. Leżały na nim rozsypane tabletki, przewrócona butelka po winie, niedopałki papierosów — nigdy nie potrafiłam palić. Gorzki uśmiech uniósł mi kąciki ust. Nawet teraz nie potrafię się porządnie nauczyć. Nawet w tym jestem beznadziejna.
Zaśmiałam się — sucho, bez życia — odrzuciłam głowę do tyłu, wpatrując się w obskurny sufit.
Trwałam.
W zawieszeniu.
Czasem się zastanawiam… Tak bardzo chciałam porzucić ten ból. Zasnąć. I się nie obudzić. Ale wtedy zawsze pojawiał się on. Ivar. Patrzył na mnie tymi oczami. Tymi samymi, które widziały świeże cięcie na mojej nodze, pierwszy raz. Pamiętam ten ból w jego spojrzeniu. Tamten dzień…
— Kurwa! — Wykrzyczałam z nagłym wybuchem, zrywając się do siadu. Sięgnęłam po skręta leżącego na stole. Musiałam się uspokoić. Musiałam.
Jeśli miałam żyć — a musiałam — a to tylko dlatego, że za każdym razem, gdy próbowałam odejść, widziałam jego twarz. Tę cholernie zatroskaną minę, która rozrywała mnie od środka i budziła wstyd.
Musiałam dziś być trzeźwa. Choć trochę. Na tyle,
by wyglądać i mówić normalnie. Dziś miałam sprzedać nasze mieszkanie. Nasze wspomnienia. Nie byłam tam od tamtego poranka. Nie potrafiłam.
Zapach uderzył mnie pierwszy. Nie było tu stęchlizny, wilgoci ani kurzu — nie. Był zapach nas. Ten sam, który zawsze czułam, gdy wracaliśmy razem — po pracy,
po imprezie, po zwykłym spacerze. Zapach jego perfum, mojego kremu do rąk, kawy, którą zapomniałam sprzątać z blatu. Zrobiło mi się niedobrze.
Zsunęłam buty, jak zawsze. Automatyzm. Sztywnym krokiem przeszłam przez przedpokój. Zegar wisiał tam, gdzie zawsze, wskazówki pokazywały godzinie 9:17.
W salonie wszystko było dokładnie tak, jak zostawiliśmy. Pled zarzucony na oparcie. Nasze dwa kubki na stoliku — jego z logo zespołu, mój z kotami. Zamarłam. Moje gardło ścięło się jak sznur. Podniosłam wzrok.
Na kanapie leżała jego bluza. Ta czarna, z miękkiego materiału, którą nosił, gdy było mu zimno. Podniosłam ją. Przytuliłam do twarzy. Zamknęłam oczy. Poczułam wszystko naraz. Ciepło jego ciała. Jego głos. Śmiech. Wspomnienie poranka, gdy wyciągał mnie z łóżka na spacer, bo „życie nie będzie czekać”.
Minuty, może godziny stałam z jego bluzą w objęciach. Chciałam odpłynąć. Choćby na chwilę. W końcu się ruszyłam. Przeszłam przez mieszkanie jak duch. Zatrzymałam się przy drzwiach łazienki. Zlustrowałam swoje odbicie w lustrze. Nie poznałam się.
Podkrążone oczy, wychudzona twarz, poszarzała skóra. Zaciśnięte usta. Podniosłam dłoń, dotknęłam szkła. Chwilę wpatrywałam się w te puste oczy. Prawie czarne, martwe. Zniżyłam dłoń i otworzyłam szafkę. Leżały tam wszystkie nasze kosmetyki. Jego szczoteczka. Moja pasta. Wyrzuciłam wszystko do śmieci. Wracając do salonu, zatrzymałam się przy stole. Oparłam dłonie
o blat. Spojrzałam na dokumenty przygotowane do podpisania. Umowa sprzedaży. Kończyłam ten rozdział.
Wyrwałam go z siebie jak rozdarte serce.
Usiadłam i podpisałam. Każdą kartkę. Każdą linijkę, która krzyczała koniec. Kiedy wstałam, poczułam coś dziwnego. Nie ulgę. Nie smutek. Pustkę. Wyszłam, trzaskając drzwiami. Za mną zostało wszystko.
Ivar. Nasza historia.
Tego wieczoru, wsiadłam do pociągu. Przysypiałam stacje, budziłam się tylko po to, by zapalić skręta i popić tanim piwem. Patrzyłam w szybę, ale nic nie widziałam. Nic nie czułam.
Trzeciego dnia zdecydowałam — zostaję tu.
Nie wiem, co to za miasto. Nie interesowało mnie. Weszłam do pierwszego lepszego motelu
i zarezerwowałam pokój. Śmierdziało wilgocią
i przeterminowanymi marzeniami. Ale miał łóżko i drzwi, które można zamknąć. Tyle wystarczyło.
Usiadłam na krześle i spojrzałam na walizkę. Jedyna rzecz, jaką zabrałam z domu. Nie zdjęcia, nie pamiątki. Nawet ubrania kupiłam w pierwszym lepszym sklepie. Ale tę walizkę zostawiłam. Była symbolem.
Pamiętałam, jak kupiliśmy ją z Ivarem na lotnisku, tuż przed wakacjami. Była nowa, wtedy.
Teraz była jak ja — zniszczona, poobijana, zmęczona.
Odchyliłam głowę, dotykając zawieszki na szyi.
Jedyna rzecz, która przypominała mi o miłości.
Prezent od Ivara — dostałam ją dzień przed ślubem.
Miałam ją oddać, ale nie potrafiłam. Może to było moje przeklęte kotwiczysko. Rozejrzałam się po pokoju. Standard jak z horroru klasy B.
Łóżko, szafa, mała łazienka, aneks kuchenny z zepsutą mikrofalówką. Ale to było moje.
Mój nowy scenariusz. Mój pieprzony teatr.
Zawiesiłam wzrok na łóżku. Znienawidziłam sen. Zasnęłam tylko wtedy, gdy byłam zbyt naćpana,
by walczyć z myślami. Puściłam muzykę z telefonu, żeby zabić ciszę. Ta cholera koiła i raniła jednocześnie.
Wyciągnęłam z walizki butelkę taniego wina i paczkę skrętów. Odpaliłam jednego, podchodząc do okna.
Zaciągnęłam się głęboko, licząc do dziesięciu.
Wydech. Wdech.
Patrzyłam na ulice, ale nie widziałam ludzi. Widziałam tylko siebie — rozbitą, pijaną, zagubioną.
— Co mam robić? — Zapytałam pusto pokój.
— Żyć? Pracować? Umrzeć ze starości i cieszyć się, że w końcu koniec?
Zgasiłam skręta w popielniczce i sięgnęłam po łyk wina. Jego kwaśny smak przypominał mi życie — tanie, nieprzyjemne, a jednak nieuniknione. Czułam się, jakby ktoś mnie wcisnął w ciało, którego nie chciałam.
Niszczyłam się, imprezowałam, ćpałam tylko po to,
by móc zasnąć sama w łóżku bez myśli o nim. Chciałam umrzeć. A on mi na to nie pozwalał.
Wciąż go widziałam jego oczy, jego twarz, jego troskę. Nawet teraz, gdy był martwy, kontrolował moje pieprzone decyzje.
Przewijałam beznamiętnie ogłoszenia o pracę.
— I co? Mam zostać kelnerką? — Wyplułam z pogardą. Uśmiechać się sztucznie, znosić ludzi, chodzić czysta
i schludna, jakby to coś znaczyło?
Roześmiałam się, pusta w środku, jakby śmiech mógł przykryć ciszę. Spojrzałam jeszcze raz na ogłoszenia
o pracę. Cokolwiek… Muszę coś znaleźć, czy mi się to podoba, czy nie. Nie przełknę myśli o spaniu na ulicy, nie teraz. Przymknęłam oczy.
— Jutro. Jutro to ogarnę. — Rzuciłam cicho.
Ostatnio coraz częściej mówiłam do siebie. Może to był znak, że już naprawdę odpływam. Przeniosłam wzrok na kieliszek z winem. Jak ja mam to wszystko ogarnąć?
Jestem na dnie. Głębiej się nie da. Westchnęłam ciężko i odstawiłam kieliszek na blat. Wstałam, chwiejnym krokiem podeszłam do walizki — tej samej, której uparcie nie wypakowywałam. Wyciągnęłam z bocznej kieszeni zamykaną saszetkę z białym proszkiem.
Chwilę grzebałam jeszcze dalej, aż natrafiłam na kolejną — z tabletkami. Zacisnęłam dłoń. Stałam tak chwilę, w milczeniu, prowadząc w głowie zażartą dyskusję. Z jednej strony głos Ivara. Z drugiej — cisza, ta bezlitosna, która kusiła końcem. Zamknęłam oczy. Odetchnęłam. Potem otworzyłam je znowu, mocno
i pewnie, jakby właśnie podjęłam decyzję. Podeszłam do łazienki, uklękłam przy sedesie. Spojrzałam jeszcze raz na saszetki.
Muszę skończyć z tym.
Naprawdę muszę.
Ale zanim spuściłam zawartość do muszli, zastygłam.
Jeszcze dziś. Tylko dziś. Ostatni raz wezmę kokainę.
Popiję winem. I wytańczę całą tę złość, ból i rozpacz.
W klubie. W rytmie muzyki. W ciemności, gdzie nikt
nie widzi, jak bardzo krzyczę w środku.
Kochałam tańczyć. Uwielbiałam chodzić z Ivarem do klubów. Zabawa była naszą wspólną religią. Potrafiliśmy tańczyć tak, że ludzie robili nam miejsce na parkiecie.
Byliśmy jak jedno ciało, jeden oddech, jedno tempo.
Czasem piliśmy, czasem paliliśmy. Ale zawsze tańczyliśmy z pasją.
Wyjęłam tabletkę i bez zawahania włożyłam ją do ust. Przełknęłam. Resztę — bez wahania — spuściłam
w sedesie. Pociągnęłam za spłuczkę. Dźwięk jak rytualne pożegnanie. Odwróciłam się, prostując ramiona. Podeszłam do walizki i sięgnęłam po kosmetyczkę, której nie otwierałam od dnia wyjazdu.
Z nadzieją, że znajdę tam cokolwiek — coś, co pozwoli mi znowu wyglądać jak kobieta. Musiałam wyglądać dobrze. Skoro miałam żyć dla niego — przez niego.
Ale dziś… Dziś pozwolę sobie na ostatnie zatracenie.
Ostatni raz pozwolę ciału mówić zamiast mnie. Po godzinie przygotowań, malowania, próby ogarnięcia tego, czym się stałam — czułam się gotowa.
Patrząc w lustro, dalej widziałam niedosyt. Skóra wciąż miała ten szarawy odcień zmęczenia. Nie miałam przy sobie zbyt wielu kosmetyków — tylko szminka, tusz — ale wystarczyło, by zakryć to, co bolało najbardziej.
Założyłam sukienkę, którą kupiłam pod wpływem impulsu. Zobaczyłam ją wczoraj na wystawie w galerii.
Coś mnie do niej przyciągnęło. Czerwona, zwiewna, dopasowana w talii, z luźnymi rękawami i rozciętymi plecami. Na cienkich ramiączkach, które zdobiły delikatne, złote kuleczki. Była elegancka i seksowna jednocześnie — idealna na noc, której jeszcze nie rozumiałam. Spojrzałam za okno. Zaczęło się ściemniać. Pora się zbierać.
Zeszłam na dół i zamówiłam Ubera. Gdy wsiadłam do samochodu, kierowca — młody mężczyzna — przyjrzał mi się w lusterku, po czym odwrócił i uśmiechnął szeroko.
— Czemu taka ładna pani ma taką posępna minę?
Jego uśmiech tylko mnie zirytował. Uniosłam wzrok, lodowaty.
— Zabierz mnie do najbliższego klubu. I już się więcej do mnie nie odzywaj.
Po chwili rzucił cicho.
— To osiem minut drogi. — Zignorowałam go, odwracając głowę w stronę szyby. Zawsze lubiłam ten stan, który dawały narkotyki. Nawet nie chodziło tylko
o ekstazę. Chodziło o to, co zrobiły z moim umysłem. Byłam cicha, ostrożna. Zawsze flirtowałam myśli, zanim wypowiedziałam słowo.
Ale z nimi… Miałam w sobie wersję siebie, której nikt wcześniej nie znał. Pewną. Ostrą. Wyzwoloną.
Miałam wtedy wyjebane — na wszystko i wszystkich.
W klubie było tłoczno i głośno. Ciała mieszały się
w pulsującym świetle jak bezkształtna masa. Nie zatrzymałam się. Ruszyłam prosto w stronę baru.
— Co podać?! — Wykrzyczała w moją stronę młoda barmanka.
— Coś mocnego i słodkiego! — Wykrzyczałam zachrypniętym głosem. Głosem który nie należał do mnie, a do tej przepitej dziewczyny za którą osłoną się schowałam. Dziewczyna zaczęła szukać likierów, wymijała sprawnie resztę obsługi które jak mrówki pracowali przy oblężonym barze. Odwróciłam się
w stronę parkietu, patrząc od niechcenia na ludzi ocierających się o siebie. Mimowolnie ściągnęłam brwi — uwielbiałam tańczyć w klubach, jednak będąc tu sama już na sama myśl odrzucania tych końskich zalotów pijanych mężczyzn — chciało mi się rzygać.
Barmanka krzyknęła coś w moją stronę — kątem oka zauważyłam że położyła drinka na szklanym blacie.
Odwróciłam się przodem do niej by móc zapłacić, po czym szybko złapałam kieliszek. Przystawiając go do ust. Drink był mocny, było czuć wódkę jak i słodycz poziomki. Nagle ktoś dotknął moją dłoń która spoczywała na barze, podskoczyłam nie spodziewając się tego. Spojrzałam na mężczyznę który stał blisko mnie z dumnym uśmiechem.
— Pomogę ci zapomnieć. — Ale co? Okrzyki, pijackie awantury odbijające się wieczorem po domu, śmierć rodziców?
A może pomoże zapomnieć mi o depresji, napadach lękowych o nim?…
Jego usta się poruszały, coś jeszcze do mnie mówił, jego dłoń powędrowała na moje przedramię.
— Spierdalaj. — Powiedziałam głośno, wyraźnie tak żeby dobrze zrozumiał. Jego dłoń znieruchomiała na mnie, chciał coś jeszcze powiedzieć.
— Spierdalaj, nie rozumiesz?! — Wykrzyczałam z całym jadem. Zabrał swoją dłoń, przyglądał mi się jeszcze chwilę, jednak ja już go nie wiedziałam. Wypiłam kolejny łyk drinka skupiając swój wzrok z powrotem na parkiecie. Gdy go wypiłam, lekko chwiejnym krokiem ruszyłam ku parkiecie.
Było duszno, migające światła rozcinały ciemność, mieszając się z potem i zapachem alkoholu. Ludzie na parkiecie poruszali się jak jedna bezkształtna masa — wirujący, ocierający się o siebie chaos. Kolorowe światła przebiegały po mojej czerwonej sukience, oplatały ciało, maskując prawdę.
Tutaj mogłam nie trzeźwieć. Nie myśleć. Nie czuć.
W tym przyciemnionym świetle nikt nie widział łez, które spływały mi po policzku. Po jakimś czasie poczułam, że muszę iść do toalety. Zeszłam z parkietu, zahaczając wzrokiem o bar — teraz już mniej oblężony.
Zgarnęłam największego drinka z karty. Nie miałam ochoty znowu stać w kolejce. Z półlitrowym, kolorowym koktajlem ruszyłam do łazienki. Ku mojemu zaskoczeniu, kolejka była krótka. Kilka dziewczyn stało przed kabinami, inne poprawiały makijaż przy lustrze.
W rogu wypatrzyłam dwie roześmiane dziewczyny.
Co chwile pochylały się ku sobie i wybuchały śmiechem. Jedna z nich coś wkładała do ust.
Podeszłam z uśmiechem, starając się, by mój ton zabrzmiał przyjaźnie.
— Cześć. Za tego drinka i prawie pełną paczkę papierosów — poczęstujecie mnie?
Nie obchodziło mnie, co mają.
Chciałam tylko dalej płynąć z tą nocą.
Spojrzały po sobie. Jedna z nich pokiwała głową, uśmiechając się lekko. Dyskretnie położyła mi na dłoni różową tabletkę.
— Ekstazy. — Powiedziała wysokim głosem, pochylając się bliżej.
Dotyk ciemności
Livlia
Tańczyłam. Godziny mijały, ale dla mnie czas się zatrzymał. Byłam jednocześnie sobą i nikim. Chciałam, by to trwało. A potem… Przyszło zmęczenie. Nie nagle. Cicho, jak chłód na karku. Drżenie rąk, cięższy oddech. Światło stało się zbyt ostre, a muzyka wbijała się
w czaszkę. Zaczęłam się wycofywać — krok po kroku, między tańczącymi ciałami.
Znalazłam się przy wyjściu. Powietrze było chłodniejsze, brudniejsze. Śmierdziało asfaltem
i papierosami. Oparłam się o zimną ścianę przy drzwiach, czując jak serce nadal tańczy w mojej klatce piersiowej. Zsunęłam ramiączko sukienki, jakby to ono było winne mojemu przyspieszonemu oddechowi. Spuściłam głowę. Byłam zmęczona.
Ale przynajmniej przez chwilę… Nie czułam nic. Odbiłam się od zimnej ściany budynku. Trzeba było wrócić. Nie tylko do mieszkania, które wynajęłam na kilka dni. Trzeba było wrócić do życia. Do trwania.
Nie znałam tego miasta. Nie zapamiętałam nawet jego nazwy. Ale pamiętałam trasę taksówki — skręt w boczną uliczkę za klubem, prosta droga między kamienicami,
w stronę wynajętego pokoju.
Szłam powoli, niemal włócząc nogami. Wzrok miałam utkwiony gdzieś daleko przed sobą, a jednak niczego nie widziałam. Pustka zasnuła moje oczy.
Próbowałam wyobrazić sobie ciąg dalszy, przyszłość… Ale im dalej sięgam myślami, tym większy ból rozlewał się w mojej piersi.
— Heej! Mała, pamiętasz moją propozycję?!
Usłyszałam donośny, zbyt pewny siebie głos za plecami. Nie odwróciłam się. Szłam dalej, w równym, niemym rytmie. Aż poczułam gwałtowne szarpnięcie do tyłu. Zatoczyłam się, ręka, która mnie złapała, równie nagle zniknęła, przez co zachwiałam się na nogach.
Zatrzymałam się. Wzrok padł na czubki sportowych butów, a potem powoli podniósł się wyżej — na twarz mężczyzny. Obca. Natarczywa. A jednak… Znajoma?
— No hej, mała. Nie mów, że mnie nie pamiętasz?
Powiedział teatralnie, łapiąc się za serce w przesadnym geście.
— Ohh, wybaczę ci. — Dodał już cieplejszym, niemal miękkim tonem.
— Tańczyłaś tak pięknie tej nocy… Wołałaś o męską dłoń. — Uniósł palce i dotknął mojego podbródka, jego wzrok był lepki, głodny. Wbił się we mnie bez zgody, bez litości. Odepchnęłam go z całej siły.
Nie czekałam, aż zrozumie. Nie czekałam, aż powie coś więcej. Trzeźwość przyszła w ułamku sekundy — nie w głowie, ale w ciele. Odwróciłam się na pięcie
i rzuciłam do biegu, pędząc przed siebie, napędzana czystym instynktem.
Hipokryzja — ciało wiedziało, że trzeba uciekać, zanim umysł pojął, jak bardzo jestem w niebezpieczeństwie.
Ziemia pachnie spokojem
ale daje wojnę
Vincenzo
Ziemia była mokra od deszczu. Uginała się pod ciężarem butów i obietnic. Przykucnąłem przy rowie, zaciskając dłoń na źdźble trawy i spojrzałem przed siebie. Łąka była pusta, ale w mojej głowie już rosła farma. Nie taka zwyczajna — nie z paroma kurami
i psem szczekającym na koguta.
Prawdziwa. Pracująca. Zarabiająca.
Wracałem wieczorem z miasta. Autobus trząsł się jakby miał się zaraz rozpaść, ale siedziałem wyprostowany,
z kieszeniami wypchanymi notatkami i oczami pełnymi cyfr. Kiedy inni pili po robocie, ja w pieprzonym barze przy dworcu czytałem o inwestycjach, słuchałem rozmów maklerów, którzy nie wiedzieli, że ich słowa mogą być złotem w moich uszach.
W dzień nosiłem worki z nawozem, a wieczorami sortowałem ryzyko. Kiedy oddawałem ręce ziemi, umysł karmiłem miastem. Między spalinami a neonami, zrozumiałem — ziemia nie traci. Nie kłamie. Ziemia zawsze będzie potrzebna.
Wieś śmiała się, że zbieram kartki i mapy.
Ale ja widziałem więcej.
Patrzyłem na granice działek jak na pola bitwy. Miałem plan. Najpierw kupić od tych, co przegrają z czasem.
Od pijaków, wdów, tych co się wyprowadzają.
Krok po kroku, jak szachy. Zanim się zorientują, wszystko będzie moje. A potem — farma nowoczesna, samowystarczalna.
Wstałem i otrzepałem dłonie. Wiatr pachniał gnijącym sianem i deszczem. Jeszcze nie wiedziałem, że to nie ziemia, a krew, która stanie się fundamentem rodziny. Ale już wtedy czułem, że ten spokój, który ziemia obiecuje — trzeba będzie kiedyś obronić.
Matteo
Kończyliśmy, pora wracać do domu. Byłem zmęczony kolejnym dniem. To nie tak że był ciężki. Ciężki to złe słowo, za mocno nacechowane złymi emocjami. Przymknąłem oczy stojąc pod ścianą.
— Kuuurwa co za nuda. — Powiedział Victor, wychodząc z pokoju. Kopnął powietrze, z znudzonym wyrazem twarzy.
— Potrzebuje zapalić. — Spojrzał na mnie ukradkiem po czym ruszył do drzwi. Tym swoim niechlujny chodem. Odbiłem się od ściany, wyciągając z kieszeni paczkę fajek.
— Trzeba być pojebanym żeby jebać się w takich miejscach. — Usłyszałem jak tylko przekroczyłem próg dyskoteki.
Przystanąłem i spojrzałem chłodnie na Victora, jego wulgarność była czymś czego nienawidziłem, rozumiałem przeklinać ale on kurwa przesadzał. Wsadzając papierosa do ust spojrzałem w prawo skąd słyszałem dźwięki. Niewyraźnie szamotanie się — obrzydlistwo. Spojrzałem z powrotem na Victora który palił już papierosa i zapalniczką stał skierowany w moją strony. To w nim podziwiałem, ta szybkość, elegancja. Zwierzę w ciele człowieka. Odpaliłem.
— To co na dziś koniec? Wracam po tą blondyneczkę, zgarniam tequilę i mogę wracać. — Zaciągnął się głęboko papierosem patrząc w drzwi klubu. I wtedy to usłyszałem, dźwięk — krótki. Nóż? Nie ta tonacja. Butelka?
— Kuuurwa! Ty jebaaana suuko!! — Viktor leniwie przeniósł na mnie wzrok, wypuszczając dym tytoniowy. Takich ścierw nienawidziłem. Wiedzieli na czyim są terenie a jednak gwałcili tutejsze kobiety.
Victor odpychając się od barierki, zaciągnął się mocniej z dzikim uśmiechem i poszedł szybkim krokiem za róg naszej dyskoteki. Zaciągnąłem się jeszcze raz, patrząc na śmietniki po drugiej stronie. Za drzwi wyszedł pracownik baru, spoglądając na mnie zastygł.
Spuszczając wzrok nieznacznie cofnął się w stronę drzwi. Obniżyłem rękę zakręcając nadgarstkiem
w prawą stronę. Pracownik przystanął, podniósł wzrok na mnie, odwróciłem nieznacznie głową, po czym okręcając się na pięcie ruszyłem w stronę Victora.
Coś cicho tam było — za cicho.
Dochodząc do zakrętu wyciągnąłem broń z kabury, nieznacznie podnosząc broń, wychyliłem się za róg. Nic. Odbijając się od ściany stanąłem prosto. I wtedy to zobaczyłem. Obraz który prószył coś we mnie. Tylko co, co to dokładnie było? Ból istnienia?
Ta niesprawiedliwość świata? Co to do cholery mogło być. Stałem tak jak wryty nie rozumiejąc własnych uczuć. Dobrze że Victor stał tyłem, skubany nie dałby mi żyć. Podszedłem po chwili do niego, przystając spojrzałem w jego profil. Stał tam i cieszył ta swoją paskudna mordę. Spojrzałem z powrotem przed siebie
i po prostu patrzyłem. Bez oceny, bez myśli, podziwiałem widowisko, jak spektakl który właśnie się uruchomił.
Krew zdobiła, malowała swoim piórem. W tej brudnej, obskurnej uliczce życie naznaczyło swoją brutalnością.
I nagle się zatrzymała — koniec widowiska.
Spojrzałem na Viktora, kiwnął głową. Wtedy znów zarejestrowałem ten dźwięk, odwróciłem się z powrotem
w stronę dziewczyny. Spoglądając w jej twarz — była piękna. Delikatna, krucha. Przeszył mnie dreszcz.
Kark napiął się jak struna, a ja odruchowo się wyprostowałem. Dziewczyna raz za razem uderzała
w zmasakrowaną twarz a raczej już miazgę po tylu zderzeniach z rozciętą butelka. Krew jak kwiaty zdobiła jej czerwoną sukienkę.
— Faaajna jest. — Powiedział zaciekawionym głosem Victor. I wtedy w tej chwili się zatrzymała, podniosła nas wzrok. W oczach była furia, chaos, śmierć — zapragnąłem ją posiąść brutalnie, namiętnie.
Trzymała tak tą butelkę nad miazgą tego gówna
i patrzyła. Lub nie patrzyła? Niezwykle rzadko widziałem ten rodzaj spojrzenia, lecz żadna z tych osób nie była kruchą, młodą brunetką.
Opuściła dłoń, puściła butelkę która lekko poturlała się. Wstała powoli, niczym zjawa obchodząc ciało podeszła do nas — przystanęła.
— Strzelaj. — Powiedziała w stronę Victora który był naprzeciwko niej, po czym jej kąciki ust nieznacznie podnosiły się ku górze. Victor podnosząc broń wycelował w jej twarz. Nadeszła mnie ta myśl — impuls.
— Zabieram ją. — Powiedziałem. Czułem na sobie wzrok Victora, lecz nie oderwałem spojrzenia od dziewczyny.
Tylko załamanie? Czy może coś więcej?
Odwróciłem się i ruszyłem w stronę auta, nie do końca pewien, co właśnie mną kierowało. Za plecami rozbrzmiał stłumiony dźwięk. Krótki, pozbawiony echa. Nie uliczny — ten ton znałem z sali treningowej. Uderzenie kolbą. Precyzyjne, zaplanowane tak, by wyłączyć, nie zniszczyć. Zawahałem się. W jednej sekundzie powietrze zgęstniało. Stało się ciężkie.
Oparłem się o maskę patrząc jak Viktor niesie nieprzytomną dziewczynę. Podszedł do auta otwierając lewą ręką drzwi, wrzucił ją na tył kanapy jakby była tylko kukłą. Spojrzałem na niego, widziałem — jak jego kącik ust lekko drgały. Uśmiech. Ten jego pieprzony półuśmiech. Wiedział. Oczywiście, że wiedział.
To spojrzenie mówiło wszystko — jakby siedział w kinie
i właśnie przewidział zwrot akcji, zanim nastąpił.
Livlia
Coś chrzęściło pod stopami.
Szkło?
Zgubiłam buty?
Rozejrzałam się za nimi.
Krew. Była wszędzie.
Na ścianach. Na mnie.
Cieknąca z sufitu jak deszcz.
Ktoś się śmiał. Blisko. Zbyt blisko.
Zamrugałam. Nie, to ja ruszyłam.
Trzymałam coś w rękach. Ciężkie.
Twarz. Rozcięta. Oczy jak rybie. Puste.
— Faaajna jest. — Coś zamruczało za plecami.
Głos, który znałam.
Ciało się ruszało, ale nie czułam go.
Jak lalka, co sama ciągnie za swoje sznurki.
Patrzyli.
Oni. Z mroku.
Jak wilki.
Śmiali się…
Zerwałam się do siadu. Byłam mokra, dygocząca — jakby sam koszmar dotykał mnie od środka.
Intymność tego snu była obrzydzająca, jakby ktoś zajrzał mi w najciemniejszy kąt.
— Cholera… — Wyszeptałam.
— Przestaję ćpać. Przysięgam. — Oddychałam ciężko, każda część ciała pulsowała bólem. Co się do jasnej cholery, stało? Znieruchomiałam. Powoli rozejrzałam się dookoła.
— Co… Co jest? — Wymamrotałam, zbyt przerażona, by mówić głośniej. Chciałam się zerwać na nogi, lecz krzyk utknął mi w gardle, a z ust wyrwał się pisk bólu.
Paliło. Cięło.
Bolało cholernie.
Spojrzałam w dół. Kołdra była ciężka, szara, obca. Zrzuciłam ją z siebie i zamarłam. Bandaże. Na kolanach. Wpatrywałam się w nie tępo, a potem przeniosłam wzrok na dłonie — również owinięte w biały materiał.
Pobili mnie? Coś się stało?
Zaczęłam nerwowo się rozglądać. To nie był szpital.
Nie pachniało sterylnością. Nie było monitora ani pikania. To na pewno nie był szpital. Zacisnęłam powieki, jakby odcięcie wzroku miało mi przywrócić pamięć. Gdzie ja byłam wczoraj? Na pewno piłam. Potem… Coś? Dziewczyny w toalecie. Coś mi dały. Co ona mówiła? Kwas?
Jakieś gówno, po którym miałam „zjechać miękko”?
Ale przecież… Nie leżałabym tu, gdyby mnie tylko odcięło. Nie na łóżku. Nie w obcym miejscu. Ból głowy narastał jak burza. Czoło miałam spocone, serce łomotało. Jeszcze raz rozejrzałam się po pokoju.
Każdy szczegół był analizowany, przesiewany przez panikę. Nic. Żadnej wskazówki. Wciągnęłam głęboko powietrze.
— Kurwa. — Wysyczałam do siebie, jakby to miało cokolwiek naprawić. I wtedy się poddałam.
Opadłam z powrotem na poduszkę, wbijając wzrok
w sufit, który nie miał odpowiedzi. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Nie wiedziałam, kto mnie tu przywiózł. Ale jedno było pewne. Ktoś się mną opiekuje więc w końcu tu przyjdzie.
Matteo
Wjeżdżając przez bramę rezydencji, dusiłem się we własnych myślach. Co mnie do cholery podkusiło? Nieznośnie świadomy. Analizowałem każdy gest, każde spojrzenie, każde pojebane uczucie, które zaczęło gdzieś się tlić, jak zaraza.
Dlaczego to zrobiłem?
Dlaczego ją zabrałem?
Pamiętałem rysy jej twarzy.
To była najgorsza część.
Twarz. Dziewczyna jakich pierdoliłem dziesiątki, setki — nie miały twarzy, miały ciała. Były dla mnie tłem, narzędziem do spuszczenia napięcia. Ale jej twarz została. Wypalona gdzieś między zwojami. To było chore. Uderzyłem otwartą dłonią w kierownicę, głośny głuchy stuk. Wkurwienie.
Nie miałem prawa o niej pamiętać.
A jednak. Spojrzałem w lusterko. Była tam. Leżała na tylnym siedzeniu, jak trup zawinięty w czerwoną jedwabną tkaninę. Arcydzieło we krwi.
Czy teraz miałem ją karmić? Pieprzyć? Leczyć?
Co to za rola? Kim, do cholery, ja byłem?
Zaciągnąłem się papierosem, głęboko, niemal brutalnie. Dym przecinał gardło jak brzytwa. Znowu spojrzałem
w lusterko. Najpierw siedzenie — do prania. Potem tkanina. Krew. Cisza. Tylko moje własne myśli wrzeszczały wewnątrz. Poparzyłem się. Żar upadł na spodnie, starłem go odruchowo dłonią. Spojrzałem na zegarek. 6:48. Siedziałem tu ponad godzinę? Umarłem? To było bardziej prawdopodobne niż cokolwiek innego.
Bo to nie byłem ja. Patrzyłem przed siebie. Jasno już było. Poranek cuchnął rzeczywistością. Wszystko było nie tak. Straciłem kontrolę. Poczułem, jak we mnie rośnie fala. Niepokój? Nie. Gniew. Tłusty, gęsty gniew, który pragnął krwi. Otworzyłem drzwi gwałtownie, wychodząc z auta jak ogień, gotów spalić wszystko.
Wciągnąłem powietrze. Zatrzymałem się. Musiałem coś z nią zrobić. Spojrzałem na kałużę krwi. Trzeba ją opatrzyć. Nie wiedziałem, ile straciła. Nie mogłem na nią patrzeć z obojętnością. I wtedy… Ruch.
Natychmiast sięgnąłem po pistolet, przywarłem do samochodu. Odruch. Instynkt. Ale to nie był wróg.
To był Dante. Stał, patrzył, analizował — dokładnie jak ja. Zaraz po tym zrozumiałem.
Kolejny błąd.
Znowu straciłem kontrolę. Znowu. Wziąłem spokojny wdech, chowając broń do kabury. Kiwnąłem głową,
żeby odszedł. Oczywiście nie posłuchał.
— Co jest?! — Zapytał z irytującą ciekawością.
Widziałem, jak go skręca, jak się w nim gotuje. Nigdy nie siedziałem w aucie pod drzwiami dłużej niż pięć minut. Co miałem mu powiedzieć?
Że rozmyślałem?
Że trzymałem się na krawędzi rzeczywistości?
Spojrzałem wymownie na samochód. Nie odpowiedziałem. Bo nie miałem odpowiedzi. On też spojrzał. Zobaczył. Jego źrenice się rozszerzyły. Spojrzał na mnie. Prześwietlał mnie.
— Opatrz ją. — Rzuciłem sucho. Odwróciłem się
i ruszyłem w stronę drzwi. Co teraz? Co dalej? Dotknąłem klamki. Zawahałem się. Zacisnąłem dłoń.
— Zamknij w pokoju dla gości specjalnych. I dowiedz się kim jest. — Dodałem. Otworzyłem drzwi i wszedłem.
Musiałem się napić. Albo zniknąć. Jeszcze nie wiedziałem co bardziej. Stanąłem przed lustrem. Obcy facet patrzył na mnie z drugiej strony. W jego oczach było coś, czego nie znałem. Zmęczenie? Wina? Nie.
To był niepokój. Pierdolony niepokój.
Jakby coś mi się wymknęło. A ja całe życie trzymałem wszystko za jaja. Położyłem się na łóżku. Tylko na chwilę. Nie miałem zamiaru spać. Zamknąłem oczy. Obraz jej twarzy… Wrócił. Wkradł się bez pozwolenia.
Dlaczego pamiętam jej oczy?
Dlaczego słyszę jej oddech?
Zacisnąłem zęby. To nie było to. Nigdy nie kochałem. Nie potrafiłbym. Ale coś mnie rozjebało od środka. Coś pierwotnego, czego nie da się nazwać.
Może ciekawość. Może chęć sprawdzenia, co się stanie, jeśli tego nie zatrzymam. Jeśli ją zostawię przy życiu, a może chce tylko ją poobserwować?
Livila
Która była godzina? Jak długo spałam? Usiadłam powoli spoglądaj na drzwi które jak by miały pokazać mi prawdę. Głową pulsowała, czułam głód.
Wstać i otworzyć te drzwi? Co tam znajdę? Kiedy ktoś przyjdzie? Ułożyłam się plecami do drzwi, na co czekałam? Może to ktoś na mnie czekał, tam, po drugiej stronie? A może, nie? Niemożliwe. Usiadłam, rozejrzałam się uważnie po pokoju, raz i nic.
Drugi raz uważnej nie, nie widziałam żadnej kamery. Zatem o co chodzi? Za oknem zaczęło się ściemniać, nikt nie przychodził. Nie. Nikogo tu nie było? Nasłuchiwałam z łóżka.
Światła samochodów mijały nas… Do tyłu.
Cofaliśmy się?
Droga była jak taśma filmowa, która nagle się zacina.
Skok, skok, skok.
Mama odwróciła głowę. Jej oczy były czarne jak smoła.
Płynęły z nich łzy, które były krwią. Tata otworzył usta. Ale to nie był krzyk. To był charkot.
Jakby coś wyrywało mu płuca od środka. Widziałam siebie w lustrze bocznym. Ale to nie byłam ja. Dziewczynka miała zęby z metalu krzyczała bezgłośnie.
— Mamooo! — Krzyk.
Ostry, rwący gardło.
Gdzie…
Jestem?
Wdech.
Kolejny koszmar.
Jeden z wielu.
Pokój tonął w półmroku.
Która była godzina? Rozejrzałam się powoli.
Nic. Wszystko tak samo jak wcześniej.
Te same ściany, to samo łóżko, te same drzwi — zamknięte. Coś było nie tak.
Coś było cholernie nie tak.
Zrzuciłam z siebie kołdrę i podniosłam się
z determinacją. Bosymi stopami stanęłam na chłodnych, drewnianych panelach. Każdy krok wydawał się zbyt głośny, choć starałam się być cicho.
Podeszłam do drzwi i przyłożyłam do nich ucho. Cisza. Ale nie taka zwykła. To była cisza, która dudniła
w uszach jak echo po eksplozji. Stałam tak. Wsłuchiwałam się. Ile minut? Sekund? Nie wiem. Spojrzałam na klamkę. Zawahałam się. Ponad dobę nikt tu nie przyszedł. Nikt się nie odezwał. Nikt nic nie wyjaśnił. To nie było normalne. To nie mogło być normalne.
— Jebać to. — Szepnęłam. Sama do siebie, jakbym próbowała zaczarować własny strach. Ścisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi. Zamknięte. Zamarłam. Nie… Nie, to niemożliwe. Jeszcze raz. Szarpnęłam. Nic.
Drzwi były zamknięte. Cofnęłam się o krok, patrząc na nie z niedowierzaniem.
Ktoś mnie tu zamknął? Na jak długo? Po co?
Ciało spięło się do granic. Kolana już nie drżały.
Byłam czujna. Przebudzona. Co się stało na tej imprezie? Co wydarzyło się po? Dotknęłam klatki piersiowej. Serce waliło jak oszalałe. Nie mogłam złapać oddechu. Trzęsłam się. Bałam się. Bałam się o własne życie. Muszę się uspokoić. Muszę… Się bronić.
Otworzyłam oczy. Spojrzałam w stronę drugich drzwi — prostych, białych, bez ozdób. Jak do łazienki. Wcześniej je zignorowałam. Podeszłam do nich szybko. Złapałam za klamkę. Otwarte. Wpadłam do środka.
Łazienka. Ładna, nowoczesna, ale… Coś było nie tak. Żadnych szczoteczek, ręczników, mydła. Pusta. Jakby nikt tu nigdy nie mieszkał. Albo właśnie się wyprowadził.
Wtedy to poczułam. Potrzeba. Fizjologia. Wstyd. Przerażenie. Przełknęłam nerwowo ślinę. Rozejrzałam się po ścianach. Szukałam… Czegoś. Kamery? Ukrytego oka? Bo przecież to było chore. Nic. Podeszłam do toalety. Spojrzałam na blat — pusty. Otworzyłam szufladę. Na końcu — papier. Zacisnęłam pięści i uniosłam je w górę jak dziecko, które właśnie wygrało wojnę. Wojna. Tak to właśnie wyglądało.
Po wszystkim umyłam ręce, wzięłam kilka łyków chłodnej wody z kranu. Dotarło do mnie, jak bardzo chce mi się pić. Jak bardzo jestem głodna. Wyszłam. Wróciłam na łóżko, ale nie położyłam się. Usiadłam sztywno. Ręce na krzyż. Wzrok wbity w zamknięte drzwi.
Czułam w sobie furię.
Narastającą, kipiącą, dziką.
Zamierzałam tu siedzieć.
Czekać. Patrzeć.
Aż ktoś się pojawi.
Albo aż zemdleję.
Bracia bez krwi
Matteo
Otworzyłem oczy. Jasne światło przeciskało się przez zasłony, drażniąc powieki. Sięgnąłem po telefon. 7:17. Zdecydowanie za późno. Otworzyłem wiadomości, chcąc napisać do Enzo, ale palce zawisły nad klawiaturą. Co miałem mu napisać?
Że muszę się zająć gościem? Nadzorować sytuację? Przesunąłem telefon na bok. Nie było sensu tłumaczyć się z czegoś, co sam jeszcze do końca nie rozumiałem. Nie potrzebowałem jego komentarzy ani głupich żartów. Ani teraz, ani nigdy. Przetarłem twarz dłonią i spojrzałem w sufit. Umysł pusty. Chociaż nie — nie pusty. Zbyt pełny, ale nieskładnie. Usiadłem. Czułem się zmęczony, spałem tylko dwie godziny.
Od kiedy ojciec zniknął z gry, wszystko nabrało rozpędu. Telefon znów w dłoń. Napisałem krótko.
„Dwa dni bez kontaktu.”
Enzo zrozumie. Albo nie.
Nie obchodziło mnie to teraz. Obok na stoliku stała niedopita whisky. Sięgnąłem po nią i wziąłem łyk, spojrzałem przez okno. Pochmurnieje. Cisza w domu była przytłaczająca, ale przynajmniej nie męcząca.
Dziewczyna. Nadal tu była.
Nie czułem nic — może odrobinę irytacji bo dlaczego ja tu ją zabrałem? Trzeba będzie to jakoś rozwiązać. Metodycznie, spokojnie, bez niepotrzebnych komplikacji.
Wpadłem do stróżówki i natychmiast napotkałem Dantego. Zerwał się na równe nogi, ściskając teczkę, jakby trzymał w niej dowody zbrodni.
— To wszystko! — Zawołał z podekscytowaniem,
po chwili ściszając głos, jakby mówił do siebie.
— A może raczej… Nic? — Moje spojrzenie, zimne, wyprane z emocji wystarczyło, by jego twarz przybrała poważny wyraz. Wziął głęboki oddech i wyrzucił
z siebie, niemal na jednym wdechu.
— Szara myszka.
— I tyle? — Zapytałem neutralnym tonem. Nie miałem ochoty na zbędne pytania. Przynajmniej nie teraz.
— Tyle. — Patrzył na mnie uważnie. Widziałem, że chciał jeszcze coś powiedzieć, ale uprzedziłem go, odwracając się ku drzwiom. Przystanąłem w progu.
— Kto ostatnio… Wyjątkowo naprzykrza się nam na trasach? — Zapadła chwila ciszy. Dante znał mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że pytanie nie padło przypadkiem.
— Mówi się, że Francuzi pojawiają się w niektórych punktach. Sprawdzają nasze dostawy. — Skinąłem głową. Dokładnie tego potrzebowałem.
— Czas wysłać im wiadomość. Granic się nie przekracza. Wyszedłem bez słowa.
To były dwa piękne dni.
Krzyki, błagania, smród potu i krwi. Pamiętam jak pierwszy z nich — ten z tatuażem na szyi — próbował udawać odważnego. Powiedział „nie powiem” tylko raz. Potem był już tylko dźwięk łamanych palców i odgłos mokrej skóry odrywającej się od policzka.
Krew pryskała na ściany, a on charczał, gdy wpychałem mu głowę do wiadra z lodem, znów i znów, aż jego ciało przestało się szarpać. Drugi płakał jeszcze zanim zdjąłem rękawiczki. Próbował mówić za dużo, za szybko. Bełkot, plątanina nazwisk. Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno ściśnięcie szczypców, by zaczął śpiewać jak kanarek.
Trzeci… Trzeci był cichy. Zbyt cichy. Dopiero, gdy zacząłem wbijać mu szpilki w przestrzenie między zębami, coś w nim pękło. Zaczął krzyczeć imiona. Hasła. Miejsca. Nie musiałem go kończyć. Umarł, dławiąc się własnym językiem. Ręce trzęsły mi się
z podniecenia.
Uwielbiałem to — ból, który wbija się w ciało tak głęboko, że zostaje już na zawsze. Krzyki odbijały się od ścian jak symfonia bólu. Żywa, drapieżna. Francuz wył, gdy go kończyłem.
Skierowałem się do łazienki przy celi. Nie jestem pedantem, ale nie zamierzałem roznosić krwi po schodach — a tym bardziej do salonu, gdzie czekała kanapa. Wytarłem dłonie w ręcznik i opadłem ciężko na obicie. Zaciągnąłem się papierosem, zamykając oczy. Spokój. Cisza.
I wtedy to się stało.
Otworzyłem oczy gwałtownie.
Jej twarz.
Co do cholery?
Jeśli ją zostawię, będę miał problem?…
Zaciągnąłem się mocniej. Gardło piekło od dymu.
Umysł szalał między scenariuszami. Ile razy nie potrafiłem podjąć decyzji? Żadnej. Zawsze byłem pewny. A teraz? Spojrzałem na papierosa. Jak szybko żar obejmuje wszystko. Jak dym wędruje ku górze…
Pamiętam, jak uderzała — rytmicznie, z przemyślaną siłą. Przerywała tylko na oddech. Potem znów.
I ten głos — Strzelaj. — Bez emocji. Delikatny. Ale bezlitosny. Zarys uśmiechu, który nie powinien podniecać, ale właśnie to robił. Ta żądza, ta siła. Wstałem. Wracam. Pieprzyć rozsądek. Muszę ją mieć.
Wypadłem z pomieszczenia, trzaskając drzwiami samochodu. Czułem rzeczy, których nie znałem.
Nienawidziłem ich. Odpaliłem silnik mojego Audi A8.
W połowie drogi zjechałem na pobocze. Przez chwilę rozważałem, czy nie pojechać do Enzo. Znał mnie lepiej niż ktokolwiek. Czytał mnie, zanim otworzyłem usta.
Był też Viktor — brutalny, ale bezbłędny w ocenie sytuacji. Rzuciłem niedopałek na asfalt i przydeptałem go. Nie.
Nikogo nie dopuszczę.
To mój problem.
I ja go rozwiąże.
Wjeżdżając na teren rezydencji, napiąłem mięśnie twarzy. Cholerny wrzód na dupie. Nieraz się zastanawiałem, czy Viktor dorównuje mi wiedzą, ale teraz już wiem — ten skurwiel albo się przekona, albo właśnie coś knuje. Wysiadłem z auta i ruszyłem
w stronę wejścia.
W korytarzu ściągnąłem buty, odwiesiłem płaszcz. Przez moment pomyślałem, czy nie zyskać kilku minut, korzystając z prysznica. Ale on pewnie na to liczył. Jeszcze bardziej rozciągnął się ten jego parszywy ryj. Zaciętą miną ruszyłem do drugich drzwi po lewej. Pokój kontrolny. Miejsce, gdzie rodziły się intrygi, zakłady, przepychanki. Tam znajdowały się monitory
z podglądem pokoju „gościa specjalnego”.
Byłem ciekaw, co robiła. Co mówiła. Cholera… Znowu ona. Zaczęło się od pragnienia, żeby ją przelecieć. Potem chciałem tylko patrzeć. Słuchać. Teraz — mnie inspirowała. Chciałem widzieć, jak zabija, jak kąpie się w cudzej krwi, jak patrzy na mnie z tym cynicznym uśmiechem.
Te puste, martwe oczy. Ich głębia. Zatrzymałem się przed drzwiami. Pierwszy raz żałowałem, że wszystkie w rezydencji były wygłuszone.
Chciałem ją zobaczyć.
Mogłem się założyć, kurwa, nawet o odcięcie ręki,
że ten jebany Viktor tam siedzi. Z tym swoim obleśnym spojrzeniem. Założył się o coś z Dante albo z Cristiano?
Napiąłem wszystkie mięśnie. Zacisnąłem pięści. Wdech. Rozluźniłem palce. Wydech. Otworzyłem drzwi.
— Mieszam się w… — Urwał Dante. Spojrzał na mnie
z przerażeniem. Viktor tylko uśmiechnął się złośliwie.
— On tak zarządził! Ja mówiłem, że to głupi pomysł!
Wykrzyknął Dante, czerwony jak dojrzały pomidor. Spuścił wzrok. Gdybym go nie znał, pogardziłbym nim. Gardzę tchórzami. Ale stał obok mnie, a o mnie krążyły legendy. Jedne prawdziwe, inne podkolorowane. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie — dawało dumę. Byłem ich koszmarem.
Psem Enzo.
Rozszarpywałem. Torturowałem. Prawie umarłem dla Familii. Ten bez głosu — którego okrzyknięto bohaterem.
Wbiłem morderczy wzrok w Viktora. Jedyny, który nie ugiął się przede mną. Żył po to, żeby zabijać. Obłąkany.
A jednak… Przerażająco skuteczny. Patrzył teraz na monitory. Oblizał wargę. I wtedy powiedział to,
co zapaliło we mnie czerwone światło.
— Jest wyjątkowa. — Spojrzał mi w oczy. Liczył.
Układa równania. Obliczał procenty.
— Szefie… — Powiedział cicho Dante. Oderwałem wzrok od Viktora. Nie dam mu satysfakcji. Skupiłem się na dziewczynie na monitorze. Siedziała z głową opuszczoną w stronę drzwi. Samotna. Milcząca.
— Nie… Nie jadła od dwóch dni. — Odezwał się Dante. Przełknąłem ślinę. Spojrzał z niepokojem na Viktora. Bał się go. Słusznie. Nasze duo było znane z brutalności. Mało kto dorównywał nam wyrafinowaniem.
Może Viktor by zaszedł dalej — ale nie przy mnie. Miałem swoje granice. Nie tykałem kobiet ani dzieci, jeśli były niewinne. A on nie miał żadnych granic.
— Viktor chciał ją przetestować. — Dodał jeszcze ciszej. Viktor się wyprostował. Dante natychmiast przyjął pozycję obronną. Viktor się zaśmiał. A ona dalej tam siedziała. Bez jedzenia. Bez wody.
— Nie przesadziłeś? — Zapytałem chłodno.
— A przesadziłem? — Odpowiedział tym samym tonem, zbliżając twarz do mojej. Wpatrywał się tym swoim szaleńczym wzrokiem. Miał mnie. Nie wiedział wszystkiego — ale wiedział wystarczająco.
— To była twoja ostatnia decyzja dotycząca jej. To moje zwierzątko. — Odparłem chłodno. Jeśli teraz mnie przejrzał, to wygrał. Jest lepszy ode mnie. Przez chwilę jeszcze analizował. A potem klepnął Dantego w plecy.
— Kurwa, stary, musisz być mniej pizdowaty. Prawie się zesrałeś ze strachu. — Rzucił tym swoim wyuczonym, radosno-cynicznym tonem.
— Idę zapalić. — Mruknąłem, niespiesznie kierując się do drzwi. Zawsze byłem niepewny?
Wiedział czy nie?
A może to ja już sam nie wiedziałem, czego chcę.
Tylko jej ciała? Czy czegoś więcej?
Oczywiście, Viktor zaczął dreptać za moim cieniem. Szliśmy korytarzem w ciszy, którą chciałem rozszarpać gołymi rękami. Jego też. Jego najbardziej. Skurwiel.
Milczy, ale jego obecność krzyczy. Wtedy przystanąłem. Spojrzałem w dal. On też się zatrzymał. Odwróciłem się powoli, niemal teatralnie. Stał tam z tym jebanym uśmieszkiem. Oczy? Co tam, kurwa, myślał? Powinienem go zabić.
— Zgubiłeś się? — Zapytałem sucho.
— Nie, idę za zapachem twojej frustracji. — Odparł
z tym swoim tonem, jakby miał mnie głęboko w dupie,
a jednocześnie świetnie się bawił.
Pierwsze co przeczytałem w papierach od ojca: „Zaburzenie osobowości dyssocjalnej (antyspołecznej), z cechami narcystycznymi i sadystycznymi.”
Nastolatek tak wyrafinowanie okrutny, że ojciec wykradł go ze zamkniętego szpitala psychiatrycznego. Zafascynowany jak dzieciak rozpakowujący prezent na święta.
Pamiętam, jak wtedy spojrzałem na niego pytająco.
A on? Dumny jak cholera. To był jego pies. Wychowanek. Zniszczone psychicznie dziecko, bite, tresowane, wyryte przez ból jak litery na kamieniu.
Wyciągnąłem papierosa. Milcząca rozmowa
z psychopatą. Facet miał chorą obsesję zabijania.
A jednak… Z nim łączyło mnie więcej niż z bratem. Wychowani w cieniu, by zabijać z milimetrową precyzją. Mieliśmy wszystko. A wystarczało nam tak niewiele.
— Odpalisz mi, czy dalej będziesz stał z tą pierdoloną zapalniczką jak błazen w teatrzyku dla upośledzonych? — Rzuciłem, nieco znudzony.
— A co, sam nie potrafisz? — Uśmiechnął się, z tym swoim grymasem, który mógłby śnić się dzieciom po nocach. — Odpalił mi. Zaciągnąłem się głęboko.
— Zaglądniesz mi też do dupy, czy to zostawisz medykom?
— Nie, wolę nie. Z tej strony nie chcę cię znać.
Rzucił, zaciągając się powoli
— Mam swoje granice.
— W to akurat nie wierzę.
— A jednak. Nie całuje po rękach, nie torturuję zwierząt i nie wchodzę Ci do dupy. Trzy zasady, Matteo.
Zaśmiał się cicho, ten jego mroczny śmiech — jakby ktoś ciął materiał nożem. To z nim tworzyłem duet. Ludzie nazywali nas dzikimi psami Włoch. Masakry. Krwawe, brutalne, z odrobiną chorego żartu.
W tej krwawej miazdze gówna tworzyliśmy arcydzieła. Szeptali. Kobiety uciekały z chodników. A mimo to
w jednym się mylili — te pojedyncze, pokręcone zabójstwa… To był tylko Viktor.
Tylko on mógł torturować kobiety i dzieci. Dla niego to była sztuka. Tak się uspokajał. Ja? Ja niszczyłem psychicznie. Naturalnie byłem okrutny. Ojciec zadbał, żebym był najlepszy. Tresował mnie, żebym potrafił ujarzmić Viktora. A Viktor? Po prostu mnie polubił.
Jego popierdolony sposób na przyjaźń. Żyliśmy z dnia na dzień. Jak bracia. Tylko inaczej. A plotki? Byliśmy czymś więcej. Nie do podrobienia — Viktora „dostałem”
w prezencie.
— To takie… Niespodziewane. — Powiedział przeciągle, każde słowo akcentując, jakby je smakował. Znowu patrzył mi w oczy. Zastanawiałem się, ilu jeszcze takich ludzi chodzi po tej planecie. Przy nim reszta mafii to zwykłe pizdy.
— To co, zaciekawisz mnie tą historią?
— Nie wiem. — Rzuciłem.
— Może najpierw zapytam, czy dziś znowu planujesz komuś wypatroszyć córkę.
— Zależy od humoru. — Odpowiedział bez mrugnięcia okiem.
— Ona wszystko spierdoliła. — Powiedziałem cicho, bardziej do siebie.
— Kto?
— Dziewczyna.
— Aaa, ta. No to może ją zabij. Albo pokochaj. Co za różnica.
Był luty. Chociaż nikt nam tego nie powiedział,
to czułem. Skóra bolała od powietrza. Oddech dusił. Viktor wtedy miał czternaście lat. Ja — piętnaście.
Pierwszy raz zobaczyłem go, gdy prowadzili go
z workiem na głowie. Złamał nos człowiekowi, który próbował założyć mu kajdanki. Zęby? Wyleciały razem
z pianą. Nie używał pięści. Ugryzł.
— Co to za popapraniec? — Spytałem ojca, który przyglądał się całej scenie z rękami splecionymi za plecami.
— Prezent. Dla ciebie. — Uśmiechnął się.
— Nauczy cię cierpliwości.
To była jego wersja „kocham cię”.
Dwa dni później, Viktor rzucił się na mnie podczas treningu. Bez ostrzeżenia. Dostałem w krtań, upadłem. A potem poczułem zęby na moim uchu. Kurwa, ugryzł mnie.
— Ty pizdo! — Złapałem go za włosy i przywaliłem łbem o podłogę. Raz. Drugi. Trzeci.
Dopiero za piątym razem puścił. Leżał, krwawił z ucha, brwi — śmiał się. Nienormalnie.
Śmiech dziecka, które znalazło nową zabawkę. Mnie.
— Pamiętasz? — Rzuciłem, zerkając na Viktora teraz, przy ścianie. — Jak prawie odgryzłeś mi ucho?
— Tęsknisz? — Odpowiedział z tym swoim pieprzonym półuśmiechem.
— Możemy spróbować jeszcze raz.
Witamy w królestwie
Livlia
Drzwi się uchyliły. Otworzyłam oczy, ale nie miałam siły podnieść głowy. Byłam zmęczona. Cholernie zmęczona. Usłyszałam szybkie kroki. Ktoś klęknął przede mną.
To ten cały pojeb? W teorii powinnam błagać o litość.
A w praktyce? Miałam ochotę wydrzeć się na cały głos
i wyrwać mu te jego włosy z cebulkami — bez względu na to, kim był. Miałam ich wszystkich serdecznie dość.
Podniosłam głowę na tyle, na ile pozwalała mi osłabione ciało. Patrzyłam z zacięciem, pogardliwie,
z miną godną samobójcy na przesłuchaniu. Trzymałam się tej maski, jakbym miała umrzeć, jeśli choć na sekundę ją zdejmę… Wtedy go zobaczyłam. Co…? Zdębiałam? Zdecydowanie nie tak, wyobrażałam sobie mojego porywacza. Mężczyzna — raczej chudy, ale zbudowany — patrzył na mnie brązowymi oczami zza okularów. Chyba sam się zdziwił.
Sobą? Mną?
Tym, że jeszcze mam siłę patrzeć?
Nie wiem. I szczerze? Nie obchodziło mnie to.
Odezwał się. Głos przyjął nową maskę — powagę.
— Wybacz. Niektórzy tutaj są… Pojebani. Ale nie zrobimy ci krzywdy. — Urwał. Chwila zawahania.
— Cóż… Miałem przynieść ci jedzenie i zapytać, jak się czujesz. Potrzebujesz lekarza?
Czekaj… CO?! Lekarz? Czy to ma być jakiś żart?!
Jeśli to szpital, to chyba z piekła rodem.
— Chcę się wypisać na żądanie. — Wypaliłam, nim emocje przestawiły się na tor „logika”. Wyraz jego twarzy mówił tylko jedno: „Ona nie ogarnia, co się dzieje”.
— Przepraszam, no tak. Jestem Dante. I… Jestem…
Zawiesił głos. Spojrzał mi prosto w oczy. Zrobiło się dziwnie poważnie.
— Cóż… Sprawa wygląda tak, że obecnie przebywasz
w domu szefa. I póki on tego chce — jesteś tu. Nie wiem, co planuje. Dopiero wrócił. A ten pojebany Viktor chciał zrobić profil twojego stanu psychicznego. Albo coś równie chorego. On ma nierówno pod sufitem.
Zerknął na jedzenie.
— Zjedz. Potem przyniosę ci wszystko, co trzeba.
Wstał, jakby miał zamiar po prostu sobie pójść.
— Czekaj, CO?! — Wybuchłam. Mówił tak szybko i tak absurdalne rzeczy, że mózg odmówił współpracy.
— Porwaliście mnie?! — Chciałam wstać. Ruszyć do ucieczki. Instynkt? Nie — czysta panika.
Zanim się porządnie ruszyłam, Dante położył mi dłoń
na ramieniu i jednym, szybkim ruchem pchnął mnie
w dół. Kucnął przy mnie.
— Nie wstawaj. — Powiedział cicho. Spokojnie.
— Jesteś osłabiona. Przewrócisz się. — Nie wierzyłam. To chyba ukryta kamera.
Jakiś pieprzony reality show, w którym zamienili lekarzy na psycholi, w ładnych ubraniach. Facet zgrabnie się podniósł i — niemal tanecznym krokiem — wyszedł za drzwi. Po chwili usłyszałam charakterystyczny klik.
Zamknięte.
Matteo
— Jak twoje przekonanie, że analogowy zegarek jest niezawodniejszy niż GPS. — Powiedział z przekąsem Dante.
— Znowu się spóźnił o cztery minuty. Typ nie przetrwa tygodnia. — Cristiano dodał spokojnie, jakby komentował pogodę.
— Zakładam, że Matteo już to wie. — Zrobił pauzę.
— A ty się zakładałeś?
— Oczywiście. Z Enzo. Postawiłem, że nowy pęknie po pierwszym spojrzeniu Viktora.
— Chcesz się dołączyć? Można jeszcze zmienić kurs zakładów, jak w UFC.
Wszedłem do pokoju, słysząc końcówkę tej absurdalnej licytacji.
— Cieszę się, że mogę na was liczyć.
Prychnąłem chłodno. Dante oczywiście próbował znowu nakłonić swojego ojca do nowej technologii. Jakby istniała siła, która zmusi Cristiano do porzucenia lunety na rzecz satelity.
— Coś ciekawego? — Zapytałem, patrząc po nich.
— Ee, nic ciekawego. — Odburknął Dante.
Cristiano znowu wyjrzał przez okno.
— Brakuje mi tej młodzieńczej krwi. Wojna
w Afganistanie, to było życie. — Powiedział. Nie do nas. Do siebie. A może do wspomnienia, które tylko jemu przysługuje.
— Weźcie tydzień urlopu. — Rzuciłem spokojnie. Dante spojrzał zaciekawiony. Za szybko. Skarciłem go wzrokiem — wyłapał to. Cristiano… Tylko drgnął kącikami ust. Jego wersja śmiechu.
— Młody chłopcze… Szalej, strzelaj, krwaw, pieprz się, kochaj, zabijaj. — Powiedział powoli, podchodząc do mnie. Zatrzymał się blisko. Za blisko, jak na większość. Ale nie dla mnie. Patrzył mi głęboko w oczy.
— Jadę na Majorkę. Będę pieprzył ładne dziwki, jarał skręty i strzelał do delfinów. — Odwrócił się do Dantego.
— A ty, młody, matkę odwiedź. Pytała o Ciebie.
Kiwnął głową na pożegnanie. I wyszedł. Zastygłem.
Czy oni wszyscy wiedzieli, tylko ja nie? Dante westchnął ciężko. Spojrzał na mnie.
— Jak mi się tam nie chce jechać. — Mruknął, wstając leniwie. Spojrzał mi prosto w oczy. Kiwnął głową.
I wyszedł. Zostałem sam. Tylko światło monitorów
i nieme pytanie wewnątrz mnie. Podszedłem do biurka. Włączyłem laptopa.
Jej ostatnie dwa dni.
Oglądałem. Notowałem.
Odkrywałem. Pragnąłem.
Mieć ją tu.
Ale co dalej? To nie tak miało wyglądać.
Zapisany film się skończył. Włączyłem go jeszcze raz.
Z nowej perspektywy. Analizując. Piękno w swej kruchej formie. Tak niewinne. Tak niebezpieczne.
Tak nie dla mnie.
Przewinąłem. Zatrzymałem. Uśmiech, do nikogo. Nie do mnie. Sama do siebie. Coś przypomniała? Coś zobaczyła? Czy kadr się rozmył?
Podskoczyła, uderzyła pięścią w materac. Wstała. Zakręciła się w kółko jak dzikie zwierzę w klatce. Zatrzymałem. Zbliżenie. Żyły na szyi napięte. W oczach błysk — coś pomiędzy paniką a gniewem. Znałem to.
Wcześniej widziałem coś podobnego tylko w oczach ludzi, którzy tracili grunt pod nogami tuż przed strzałem. Ale ona była piękniejsza. Nie w typowy sposób. Nie klasycznie. W jej uldze, gdy siadała. W niepewności, gdy rozglądała się w pustym pokoju. W tym, jak się zapadła w sobie, gdy została sama. Wcisnąłem pauzę. Zamrugałem.
Co ja, do cholery, robię?
Przeniosłem rękę na myszkę. Przewinąłem znów. Sekwencja, w której płakała, odwrócona do ściany.
Nie z bólu. Z frustracji. Z milczącej furii. Znałem to lepiej niż ktokolwiek. Zatrzymałem znowu. Jej sylwetka. Ramię. Te drobne drgania mięśni karku. Po plecach przeszedł mi dreszcz. To nie był strach. To nie była kontrola. To była… Ciekawość? Potrzeba. Chęć sprawdzenia, co jeszcze jest w środku tej małej furii.
Ile warstw. Ile bólu. Ile jadu.
Zamknąłem laptopa z siłą większą, niż trzeba było. Wstałem. Uspokoiłem oddech.
Nie miałem prawa jej analizować.
Nie miałem prawa o niej myśleć.
A mimo to… Już wiedziałem,
że to zrobię jeszcze raz.
Livlia
Otworzyłam oczy. Leżałam w łóżku, przykryta kołdrą. Zamknęłam je z powrotem, czując, jak napięcie powoli odpływa z ciała, wtedy to uderzyło. Porwali mnie. Chyba? Czekaj… Usiadłam gwałtownie. Przecież ostatnio siedziałam na podłodze.
Wstawałam?
Nie pamiętam.
Rozejrzałam się po pokoju, a wzrok zatrzymał się na tacy. Tacy pełnej jedzenia. Z daleka dostrzegłam sałatkę, tosty, ananasa, jakieś ciasto pośrodku. Dalej karafka. Sok? Wino? Zamrugałam, zdezorientowana. Może mnie z kimś pomylili?
Na pewno! Zaśmiałam się nerwowo. Ulżyło mi.
Tak, to jedyne wytłumaczenie. — Jestem do kogoś podobna. Jak im to powiem, na pewno mnie wypuszczą.
Ściągnęłam ramiona w bezpiecznym geście. A jeśli… Nie wypuszczą? Mój wzrok padł na coś za stołkiem. Pufa. Leżał na niej materiał. Sukienka? Przeszły mnie ciarki. To jakiś psychopata? Zabije mnie? Kurwa.
Serce przyspieszyło. Oddech zgęstniał. Zaczęłam panikować. Muszę uciekać. Wstałam zbyt gwałtownie, prawie się potykając, i zaczęłam przeszukiwać przestrzeń. Nic. Przełknęłam głośno ślinę.
Znowu to uczucie — wewnętrzny alarm, jak mrowienie. Instynkt. Gotowość do ataku. Podeszłam do drzwi. Nacisnęłam klamkę z impetem. Zamknięte. Cholera.
Zirytowana, uderzyłam pięścią w drzwi. Syknęłam
z bólu, krzywiąc się. Patrzyłam na nie przez chwilę, ciężko oddychając. Zgwałci mnie? Zabije mnie? Co tamten facet mówił?
Wróciłam do łóżka, opadłam na nie jak worek mięsa. Wzrok wbiłam w sufit. Zamknęłam oczy. Próbuję sobie przypomnieć twarz. Usta. Co mówiły? Coś ważnego? Kurwa. Za szybko mówił. Zaburczało mi w brzuchu. Otworzyłam oczy. Przez chwilę tylko leżałam, wsłuchując się w to absurdalne, bardzo ludzkie przypomnienie, że nadal żyję. Ironiczne — pomyślałam.
W świecie, w którym wszystko się sypie, ciało nadal domaga się śniadania. Usiadłam powoli, z rezygnacją, jakby ten ruch wymagał ode mnie więcej siły, niż miałam. Spojrzałam na tacę. Jeśli zatrute, to cóż… Lepsze to niż dryfowanie w tej niepewności.
— Wybieram truciznę. — Szepnęłam półgłosem, bardziej do pustki niż do siebie. Zsunęłam się z łóżka
i podeszłam do szafki nocnej, zerkając na zawartość tacy.
Wzrok powędrował na drzwi, a potem znowu na jedzenie.
— Coś za dobrze tu karmią. — Prychnęłam z pogardą, choć cicho, zbyt zmęczona, by złościć się na głos. Wzięłam głęboki oddech. Dumę przełknęłam razem
z pierwszym kęsem tosta. Popiłam czymś, co chyba było sokiem z winogron. Nie miało to większego znaczenia. Najważniejsze, że głód przestał wykręcać wnętrzności. Wtedy pojawiła się myśl — niepokojąca, kłująca — na co ja tu właściwie czekam?
Frustracja wdarła się do mojego ciała jak trucizna. Zimna, spokojna. Oblepiła myśli. Czy to właśnie nowa forma bólu psychicznego? Nie krzyk. Cisza.