E-book
10.92
drukowana A5
53.04
Równoległa linia czasu: Strange Blood

Bezpłatny fragment - Równoległa linia czasu: Strange Blood


Objętość:
307 str.
ISBN:
978-83-8245-986-9
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 53.04

Od Autora

Opowieść ta dzieje się gdzieś tuż obok w innej jakby alternatywnej rze­czywistości. Ta jest plastyczna i momentami do złudzenia przypomina naszą.

Historie ludzi i pogromców oraz istot zwanych potocznie wampirami przenikają się wzajemnie…

Tu Światło zmaga się z Cieniem, a Dobro walczy ze Złem. Walka toczy się różnych poziomach, jest zarówno wewnętrzna, jak i zewnętrzna.

To nie tylko horror, przygoda czy sensacja, ale przede wszystkim opowieść o emo­cjach, uczu­ciach i na­miętnościach, które wykraczają poza ogólnie przy­jęte zachowania i normy spo­łeczne.

Losy bohaterów splatają się ze sobą. Każdy z nich przeżywa jakieś wewnętrzne rozterki, a także osobiste dramaty i reaguje na rozgrywające się wydarzenia na swój własny, niepowtarzalny sposób.

A opowieść się stopniowo rozrasta…



Może z czasem zobaczymy rzeczy, których

jak dotąd nie potrafimy sobie wyobrazić”.


Galileo Galilei (1564—1642)

Prolog


Wszystkosen — po co się budzić?


Poczekaj. To wszystko kiedyś minie.

Plącze się, rwie życia nić… Będzie to, co ma być.


Czy coś od nas zależy? Czy mamy na cokolwiek wpływ?

Ekrany migoczą, podprogowy szlam znajdziesz tam.


Pandemonium. Tasmański mówi:

"Will be okay", przywołując piskiem czarne łabędzie.


Rybitwy jazgoczą natrętnie. Pikują w dół, rozwalając życie na pół.

Niech no tylko gołąb łepek wychyli, nie będzie go w jednej chwili.


Nieme łabędzie są wszędzie. Wrony w czarne grają kolory.

Wampiry, strzygi, upiory mizdrzą się. Będzie to, w co sam uwierzysz.


Wiedz, że wszystko jest możliwe. Co wybierzesz, staje się…

Zarówno dobre, jak i złe.


Przegoń kreatury, te wstrętne potwory: Lenistwo, chciwość, pychę…

I gniew! Niech wszystkie czmychną daleko. Hen!

Noc kiedyś minie. Wstanie świt, a wraz z nim całkiem nowy dzień.

Do tego czasu, ty śnij swój własny sen.


Lutana L. B.

Część I: Port Adelaide A.D. 1858

(Portowy bar jakich wiele rozsianych po całym zachodnim wy­brzeżu)

Rozdział 1

Pośród przesiadujących w karczmie marynarzy i robotników portowych, trudniących się rybo­łówstwem oraz miejscowych pracowników sezonowych krzątał się żwawo młody chłopak z gęstą czu­pryną czar­nych, rozwichrzonych włosów z zawadiackim uśmiechem na śniadej, pucołowatej twa­rzy. Podawał im kubki z tanim alkoholem i jakieś proste jedzenie.

— Dario!

Rozległo się naraz wołanie z głębi lokalu.

— Dario!!

— Co jest wuju?

— Podejdź tu, szybko! Ogarnij się, jak ty wyglądasz?!

Ramon stale się go czepiał. Przestał już na to zwracać uwagę, choć na początku wzdra­gał się przed zrobieniem czegokolwiek, gdy tylko podnosił na niego głos. Szybko jednak doszedł do wnio­sku, że daleko tak nie zajedzie i że lepiej się go słuchać niż wracać do domu. Tam nie miał czego szukać. Bieda, aż piszczało.

— Trzymaj się prosto!

— Przecież się nie garbię… Co tu tak ciemno? — zdziwił się, dopiero po chwili dostrzegając jego­mościa.

— To jest właśnie mój siostrzeniec.

Słusznej tuszy wuj Ramon przedstawił go naraz mężczyźnie, siedzącemu przy jednym ze stoli­ków w głę­bi baru. Tu było znacznie chłodniej niż na zewnątrz i światło słoneczne prawie nie docie­rało do środka. Mimo to na wyraźne życzenie gościa gospodarz zamknął okiennice. Podkręcił za to stoją­cą w rogu lampę naftową.

— Przyjechał z Neapolu — ciągnął, patrząc na zacnego jegomościa. — Uczy się u mnie na karczma­rza. Jest trochę krnąbrny i pyskaty, ale dość bystry. Wyrobi się. Już ja go nauczę szacunku do pracy. Po to mi go tu przysłali. Ladaco, tylko by zbijał bąki.

Mężczyzna obrzucił Daria szybkim spojrzeniem i zerknął na zegarek, pod­nosząc się z miejsca.

— Z pewnością… Jestem trochę zmęczony. Pójdę odpocząć. Nie chcę, by mi ktokolwiek przeszka­dzał.

— Oczywiście. Może być pan spokojny i wypoczywać do woli, jak długo tylko chce.

Szybkim gestem pokazał Dario, żeby mu pomógł.

— Chłopak zaprowadzi pana na górę.

Jegomość ski­nął głową, ruszając w stronę schodów, jakby dobrze wiedział, którędy ma iść. Dario chwycił walizkę. Była ciężka. Zasapany minął go, zatrzymując się dopie­ro przed drzwia­mi.

— To tutaj — wyrzucił, szybkim ruchem podając mężczyźnie klucz.

Uważne spojrzenie utkwiło w oczach chłopaka. Ten drgnął, zatrzymując się w półkroku, widząc, jak wyciąga do niego bladą rękę z niezwykle długimi, kościstymi palcami. Trzymał w nich banknot. Bez zastanowienia zgarnął go szybkim ruchem.

— Dziękuję szanownemu panu.

— To ja dziękuję.

Posępna twarz rozjaśniła się w niewymuszonym uśmiechu. Dario odwrócił się na pię­cie i czym prędzej odszedł.


Ramon dbał o swój interes. Jego oberża była jedną z najlepszych w Adelajdzie i znajdo­wała się naj­bliżej portu. Dzięki temu miał dość liczną i bardzo zróżnicowaną klientelę. Od robotni­ków por­towych i sezonowych poszukiwaczy złota i innych szlachetnych kruszców do przyjezdnych ze sta­rego lądu i obu Ameryk bogatych kupców, bankowców i różnego rodzaju przedsiębiorców goto­wych za­inwestować swoje majątki w Australii, kupić tu ziemię i się osiedlić.

Ekspansja na Antypo­dy trwa­ła w najlepsze, a początkowo dziki kraj zamieniał się w prawdziwe Eldorado dla przyby­łych, liczących na łut szczęścia, ludzi często z dobrym pomysłem na życie i bo­gatą wyobraźn­ią. Karczmarz miał się całkiem nieźle. Wraz z drugą żoną Eleną prowadzili tu własny interes. Kobieta jednak ostatnio nie czuła się najlepiej i dużo chorowała. Potrzebował więc jakiegoś pomocnik­a. Do­brze się złożyło, bo jego siostra Gianna napisała mu w liście, że ma kłopoty z synem i nie daje sobie już z nim rady. Chęt­nie więc przysłała mu Daria na naukę.

Chłopak miał piętna­ście lat i potrze­bował silnej mę­skiej ręki. Jego ojciec zostawił go i odszedł do innej kobiety. Ciężko im się żyło w Italii.


Na górze znajdowały się wolne pokoje dla majętnych gości, tańsze były bliżej sali z barem, gdzie zawsze pa­nował gwar. Przyjezdnych wciąż przybywało. Większość klienteli sta­nowili jednak ryba­cy, maryna­rze i robotnicy sezonowi, racząc się prostym jadłem i trunkiem. Ci mieli zdecydowa­nie mniejsze wymagania i nie zostawali tu dłużej niż do zachodu słońca. Nie stać ich było na noc­leg.

Pokoje były dla bardziej majętnej, przyjezdnej klienteli dla takich ludzi jak ich ostatni gość, któ­ry za­witał tu bladym świtem, chowając się w oberży przed ostrym słońcem. Siedział tu pół dnia, pi­jąc wino i prawie nic nie jadł.

Ramon uznał to za dziwactwo wytwornego jegomościa. Podejrze­wał na­wet, że może być jednym z tych zabłąkanych szlachciców, które­mu powinęła się noga na jakimś in­teresie. Szybko jednak od­krył, że ma pieniądze i to nie mało. Wtedy zaproponował mu jeden z naj­lepszych pokoi i swoje usługi, chcąc go tu zatrzymać tak długo, jak się tylko da. Starał się zabawiać gościa miłą pogawęd­ką, za­chwalając uroki portowego miasta i odkry­wając przed nim tajemnice nocnego życia.

Jegomość słu­chał go z uwagą, niewiele jednak mówiąc na swój temat, a na ciekaw­skie pytania Ra­mona, udzielał raczej oględnych, wymijających odpowie­dzi.

— Kto to? — zapytał Dario.

Gestem oczu wskazał w stronę schodów. Podarowany mu banknot już dawno schował ani myślał dzielić się nim z wujem. Dużo rzeczy mu nie mówił.

— Nazywa się Abelard Sagen. To bardzo ważny gość — podkreślił Ramon.

Mimika jego twarzy nabrała szczególnego wyrazu. Wyprostował się, wciągając gruby brzuch, pa­trząc na siostrzeńca spod wysoko uniesionych brwi.

— Dopilnuj, by mu niczego nie brakowało. Zrozumiano?

Ten skinął głową, robiąc równie poważną minę co wuj.

— Wprawdzie mówił, by mu nie przeszkadzać, ale zajrzyj do niego później, gdy już ob­służysz tych wszystkich chlejusów i nicponi. A teraz śmigaj, bo zaczynają barachła szumieć.

W barze zrobiło się bardzo głośno. Dużo nie brakowało, by doszło do ja­kiejś bijaty­ki.

— Te chlejusy zostawiają u nas prawie całą swoją dniówkę. Gdyby nie to, byłoby marnie — odparł.

— Nie mądrzyj się tak. Lepiej słuchaj, co do ciebie mówię. Ruszaj się. Do roboty!

Dario chciał jeszcze dodać, że przydałby mu się ktoś do pomocy, ale natychmiast zrezygno­wał, gryząc się w język. Carla wprawdzie obsługiwała gości, ale była powolna i leniwa, za to czę­ściej znikała z którymś z nich w jednym z pokoi. Ramon przymykał na to oko, bo zwietrzył w tym do­datkowy interes.

— Uważaj na bar. Pójdę na chwilę do Eleny — powiedział nagle Ramon. — Wiesz, co masz robić?

— Wiem, wiem.

Chłopak zaciął zęby, ruszając w pokrzykujący tłum. Dziwił się, skąd ci wszyscy ludzie mają tyle siły po całym dniu ciężkiej pracy. Liczył, że Carla jednak się zjawi i będzie mógł, choć na moment odetchnąć.

— Już idę… Zaraz. Pali się, czy co?!


Wieczorem, kiedy bar już trochę opustoszał, zajrzał na górę do gościa tak, jak mu kaza­no. Zapu­kał, ale nikt nie odpowiedział. Pchnął lekko drzwi, widząc, że są otwarte i wkroczył raźno dalej.

— Pukałem, ale pan nie… O matko! Aleś mnie pan przestraszył.

Odskoczył przerażony, widząc przed sobą niezwykle bladą twarz mężczyzny. Patrzył na niego ostrym wzrokiem, a oczy błyszczały mu jakimś dziwnym blaskiem. Kiedyś już widział po­dobne ślepia, wlepiające się w niego złowrogo. Należały do wilka. Jegomość stał tuż przy drzwiach.

— Przecież prosiłem, żeby mi nie przeszkadzać.

— Wiem, ale wujek pyta, czy czegoś panu nie trzeba — wyjaśnił szybko.

— Właściwie mógłbyś tu trochę posprzątać. Pełno tu kurzu — zawahał się, świdrując go wzrokiem.

— Skoro pan tak mówi. Strasznie tu duszno i ciemno — odparł Dario, podchodząc szybko do okna.

— Nie!! Zostaw!

Zaprotestował gwałtownie jegomość, widząc, jak odsłania rolety.

— Tak jest dobrze.

— Nie lubi pan słońca? — zdziwił się.

— Nie lubię.

— Nic dziwnego, że taki pan blady.

— Ile masz lat?

— Kończę siedemnaście, a co?

Nie odpowiedział. Czuł, że chłopak kłamie. Mógł mieć najwyżej szesnaście. Widział, jak ukrad­kiem popija piwo, gdy Ramon nie widzi. Dario zaczął sprzątać, już nie zwracając na niego uwagi. Męż­czyzna usiadł w fotelu i uważnie śledził go wzrokiem. Przyglądał się jego szybkim, zwinnym ru­chom. Były płynne, wręcz tanecznie, niezwykle sprawnie mu to szło. Już dawno to zauważył. Wcześniej, idąc za nim ciemną ulicą, dotarł aż do tej karczmy przy porcie. A potem przez pół dnia, walcząc z narasta­jącym zmęczeniem, obserwował go, siedząc w ciemnym kącie.

Dario był młody, zbyt młody na to, by go uczył. By mógł się z nim podzielić tym darem, który posiadał. Zastanawiał się co zrobić, by mu się nie wymknął. Za cztery, pięć lat zrobi z niego swoje­go adepta, a na razie będzie musiało, zo­stać tak jak jest. Za wszelką cenę utrzyma go przy życiu. Złamie zasadę ośmiu kręgów, dla niego, bo jest tego wart. Istny samorodek. Oszlifuje ten diament.


Dario pochłonięty swoją pracą, wytężał wzrok, pomagając sobie lampą. Gdyby się tylko czymś zajął albo sobie stąd poszedł. Myślał. Miał­by to już dawno za sobą. Odwracając się, nagle odsko­czył. Jegomość był tuż za jego plecami.

— Myślałem, że pan już dawno wyszedł — wykrztusił.

— Jeszcze tu trochę posiedzę i popatrzę.

— Na co?

— Na ciebie.

W mgnieniu oka wrócił na fotel. Dario nie wiedział jak, ale zrobił to bardzo szybko.

— Jest tyle ciekawszych rzeczy do oglądania — odpalił.

— Jak dla kogo — uśmiechnął się dziwnie.

Dario nie zrozumiał, ale wolał nie pytać, co ma na myśli. Wrócił do przerwanych czynności.

— Jestem przekonany, że twoje kocie ruchy wyglądałyby znacznie lepiej bez ubrania.

Udał, że tego nie słyszy. Odchrząknął. Pokręcił się jeszcze chwilę, po czym śmiało wyciągnął rękę po napiwek.

— Zrobiłem, co trzeba. Dostanę coś za to?

— Tak, ale najpierw zatańcz dla mnie.

O mało nie wybuchnął śmiechem, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.

— Carla świetnie tańczy. Mogę ją zawołać, jak pan chce.

— Wolę patrzeć na ciebie — powiedział stanowczo Sagen. — Nie wstydź się. Wiem, że potrafisz.

— Niby skąd? — wyrwało mu się.

— Widziałem.

Akurat. Łże jak z nut… — Wzdrygnął się, patrząc mu kpiąco w oczy.

— I co potem?

— Zobaczysz.

Jegomość mrugnął do niego lubieżnie okiem.

— Nie ma mowy. Nie robię takich rzeczy.

Chłopak odwrócił się i chciał odejść. Zrobił krok, ale znów jakimś niepojętym sposobem opuścił fotel i błyskawicznie znalazł się tuż przy nim. Zupełnie zaskoczonego złapał za rękę, silnie przy­trzymując. Dario zdrętwiał. Zobaczył, jak szybkim ruchem unosi ją do swoich ust. Polizał.

— Co pan robi??!

Próbował mu się wyrwać, ale nie mógł.

— Proszę mnie puścić! Puszczaj!!

Krzyknął, wyrywając mu się, aż w końcu go puścił, gdy tylko uderzył zbereźnika boleśnie w goleń. Czym prędzej wypadł z pokoju i nie oglądając się za siebie, zbiegł po schodach na dół. Zatrzy­mał się dopiero przy barze. Musiał ochłonąć.

Korzystając z okazji, że wuj jest zajęty przy stolikach i go nie widzi, nalał sobie pół szklanki rumu. Po czym popił szybko wodą, zagryzając wszystko gru­bą skibą chleba i kiszonym ogórkiem. W międzyczasie okazało się, że jegomość zostanie w karczmie na dłużej.


Mijały kolejne dni. Dario jak co dzień krzątał się przy barze i bez mrugnięcia okiem wykonywał swoje codzienne obowiązki. Nie wdawał się też niepotrzebnie w po­gawędki, robiąc to, co do niego należy. Nie szukał kłopotów. Mężczyzna znów chciał, by u niego posprzątał. Tym razem nie dał mu się sprowokować i poczekał, aż wyjdzie.

— Byłeś u pana Sagena? — dopytywał się wuj.

— Tak. Wysprzątałem pokój. Jakby tam było brudno.

— Widać lubi porządek. Nie widziałem, żeby wychodził. Chyba nie śpi?

— Nie, ale przeszkadza mu światło. Siedzi po ciemku. Wiesz wuju, on jest jakiś dziwny…

— Bo nie lubi słońca? Wcale mu się nie dziwię. Ja też mam czasami go serdecznie dosyć.

— Śpi w dzień, a wychodzi pewnie w nocy — zakpił Dario.

— Tak. Słyszałem, jak wracał nad ranem. Tacy bogaci ludzie jak on często prowadzą nocne życie. Stać ich na różne zbytki. Mają też swoje dziwactwa, to całkiem zrozumiałe — ciągnął.

— Chodzi mi o coś innego. — Dario zastanawiał się, czy ma mu o tym powiedzieć, czy nie. — Wuju on tak dziwnie na mnie patrzy. Wyślij do nie­go Carlę, to może się ode mnie odczepi.

— Co ci się uroiło? Carla ma co robić — warknął, marszcząc brwi.

— Mówił mi takie rzeczy, że aż niedobrze się robi

— Zrobił ci coś? — Karczmarz dopiero po chwili zorientował się, o co mu chodzi.

— Nie, ale mnie nagabuje. Obraca wszystko w żart.

— Nie zwracaj na to uwagi. — Podrapał się po głowie, zastanawiając nad czymś.

— Nie daje mi napiwków — żalił się dalej chłopak. — Postanowił się na nim jakoś odegrać. Jego­mość sam sobie na to zasłużył. — To nie w porządku, a tyle się znów namachałem po ciemku.

— Dołączę to do jego rachunku. Nie kłopocz się.

— Idę dziś na tańce, przydałoby mi się coś… — Spojrzał na wuja prosząco.

— No, dobra. Masz. — Ramon wyciągnął z kasy kilka miedziaków. Podał mu je, żartując. — Tylko wszystkiego od razu nie przehulaj.

— Tylko tyle?? To nie wystarczy na dobrą zabawę.

— I tak przepuścisz na głupoty. Tylko trzymaj się z dala od panienek, by cię jakaś nie zbałamuciła, bo tylko kłopot będzie — dodał.

— Nie jestem już dzieckiem — Dario się oburzył.

— Ale nie znasz życia. Śmigaj mi stąd, bo się rozmyślę.

— Dzięki.

Dobre i to — pomyślał, uśmiechając się sam do siebie.

W razie czego miał jeszcze banknot od Sa­gena. Wolał go na razie nie ruszać, tak na wszelki wy­padek. Schował go sobie dobrze.


Dziesięć funt­ów pie­chotą nie chodzi! A nuż się rozmnoży? — gdybał.


Raźnym krokiem szedł do tancbu­dy, bawiąc tam aż do rana.

Uwielbiał tańce. Miał do tego dryg. Muzyka to był zdecydowanie jego żywioł.

Rozdział 2

Bladym, pochmurnym świtem wracał do karczmy. Od frontu lokal był zamknięty, musiał więc wejść od zaplecza. Wspinając się po schodach, naraz usłyszał za sobą jakiś szmer. Coś zaszumiało.

— Kto tu jest??!

Tknięty dziwnym przeczuciem odwrócił się, ale nikogo tam nie było. Odpowiedziało mu tylko głu­che milczenie.

„Pewnie mi się wydawało” — pomyślał, biorąc to na karb zmęczenia i ilości wypitego w tancbu­dzie trunku.

Głowę miał bardzo ciężką, a krok niepewny i chwiejny. Wtoczył się do swoje­go pokoju i od razu zwalił na łóżko, z miejsca zasypiając. Wtem tuż pod jego drzwiami zamaja­czył jakiś cień.

Po chwili klamka od drzwi poruszyła się i ktoś wszedł do środka…


Dario przewracał się niespokojnie na łóżku. Pierwsze promienie słońca wpadały przez uchylone okno na podda­szu, wprost na jego twarz. Odwrócił oczy od atakującego jego źrenice światła. Było upo­rczywe i nie do zniesienia jak nigdy dotąd. Dźwignął się ciężko, podchodząc do miski. Nalał wody z dzbanka, opłukując nią twarz. To go trochę otrzeźwiło. Spojrzał do lustra, przejeżdża­jąc ręką po brodzie. Była szorstka. Wypadałoby się ogolić. Pomyślał.

Wujek Ramon często go upominał, by wyglądał czysto i schludnie. „Jak cię widzą, tak cię piszą”, zwykł mawiać. „Nigdy nie wiadomo, kto zajrzy do naszej karczmy, może jakaś bogata dama zwróci na ciebie uwagę, albo majętny szlachcic przyj­mie na służbę. Odmienisz swój los. U mnie masz, co masz. Kiedy Franko wróci z wojny i przejmie interes, będziesz mu tylko, pomagał tak jak mi”. Chwytając za brzytwę, uniósł gło­wę do góry, zerka­jąc jednym okiem w lustro.

Wtem jego uwagę przyciągnęły dwa czerwone punkty z boku szyi. Do­tknął ranek, ale nie bolały. Były tylko lekko obrzmiałe.

Dziwne, ale nie było ich tam wcześniej. Skąd u licha się tam wzięły? Czyżby uczulenie? A może któraś z dziewczyn go zadrapała, gdy zabawiał się z nimi w tancbudzie. Na pewno ta Mary…

Pa­miętał, jak się do niego kleiła, całowała go po szyi. Wtedy musiała go zdrowo ukąsić. Nie my­śląc już o tym dłużej, ogolił się i nakleił na ranki dwa małe plastry. Najwyższy czas było zejść na dół do baru. Nie chciało mu się jak diabli, ale co było robić?

Już i tak przeholował, wracając nad ranem. Wolał z nim teraz nie zadzierać. To mogło mu tylko zaszkodzić. Ciągle mu powtarzał, że jak się nie sprawdzi i będzie obijał, odprawi go z po­wrotem do domu. Tu było o wiele ciekawiej i uczył się od ludzi angielskie­go. Wiedział, że może mu się to kie­dyś przydać. Przysłuchiwał się z uwagą, o czym się mówi w ba­rze.

Ledwo postawił nogę na dole, a wuj od razu zagonił go do mycia szklanek i talerzy.

— Byłeś u Eleny?

— Nie, ledwo co wstałem — odrzucił.

— No jasne. Zawsze myślisz tylko o sobie. Jak to skończysz, zaniesiesz jej śniadanie.

— Dobrze wuju.

Zajrzał do ciotki i zaraz wrócił na dół. Wiedział, że była bardzo chora. Lekarze nie wiedzieli, co jej jest. Przez cały czas leżała, w gorączce. Dobrze, że chociaż nie musi jej karmić. Przychodziła do niej jakaś jej krewna i pomagała w codziennych czynnościach, odciążając tym Ramona i jego.

Da­rio ustawiał stoliki przed lokalem, przecierając je mokrą szmatką. Tak jak zwykł to robić co dzień. Przed dziesiątą pojawili się pierwsi klienci. Starał się jak mógł, obsługując ich, ale nie szło mu to, tak jak trzeba. Snuł się osowiały, chodząc z kąta w kąt, jakiś nieswój.

Nie wiedział, co mu jest, ale nie czuł się najlepiej. Wpadające do środka promienie słońca zdawa­ły się odbierać mu siły. Starał się więc trzymać blisko baru. Niechętnie wychodził do stolików na zewnątrz, gdzie w upale uwijała się Carla. Parasolki słabo chroniły od słońca, przynosząc tylko nie­wielką ulgę.

— Kto w nocy dokazuje, ten rano choruje — zrymowała dziewczyna, uśmiechając się wyraźnie.

— I kto to mówi? Porządna się znalazła — odpalił.

W odpowiedzi Carla rzuciła w niego ścierką.

— Co ci? Jesteś jakiś blady. Ruszasz się dziś jak mucha w smole.

Ramon też to zauważył, zagadując go w pewnej chwili.

— Źle się czuję, muszę odpocząć — przyznał, walcząc z ogarniającym go, coraz większym znuże­niem. Nagle zakręciło mu się w głowie i oparł się o stolik, chwiejąc wyraźnie na nogach.

Po drugiej stronie baru, w kącie gdzie było najciemniej siedział Sagen i badawczo się chłopakowi przyglądał. Dario robił swoje i nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, ale gdy znalazł się w po­bliżu stolika, przy którym siedział, nie wiedząc czemu, potknął się o własne nogi. Mężczyzna dys­kretnie rzucał mięso wałęsającemu się po barze psu i tylko udawał, że je. Moczył usta w winie.

Pa­trzył, jak roz­mawia z Ramonem.

— Nie wiem, co jest. Kręci mi się w głowie. Nie dam rady wuju.

— Wiedziałem, że tak będzie. Jeszcze coś tu przywleczesz. Tylko utra­pienie z tobą, szczeniaku. Napiszę do twojej matki, co tu wyprawiasz. Zobaczysz. Żeby mi to było ostatni raz!

Ramon był wyraźnie zły, że zostawia go samego z robotą. Oberża powoli zapełniała się robotni­kami. Pracy było w bród. Carla zrobi swoje i zniknie mu z oczu. Musi nająć jeszcze jedną dziew­czynę do pomocy. Dario nie miał siły, by z nim rozmawiać, a co dopiero kłócić.

— Przepraszam — wybąkał.

— Prześpij się i za dwie, góra trzy godziny masz tu być z powrotem. Zrozumiałeś?!

— Tak. — Skinął głową i wolnym krokiem ruszył w stronę schodów.


Ledwo znalazł się w pokoju, z miejsca spuścił rolety, by świecące słońce nie zakłóciło mu snu. Po czym jak długi runął na łóżko. Sen jednak nie chciał przyjść. Na śniadanie zjadł bardzo mało, mimo to coś mu zaszkodziło i zwijał się teraz z bólu. Nagle zaczęło mu wykręcać wszystkie wnętrzności. Zwró­cił, upadając na kolana.

— Co pan tu robi?? — wykrztusił, widząc nagle przed sobą wysokie buty Sagena.

— Było otwarte. Zresztą i tak nie zamykasz drzwi na klucz. — Pomógł mu podnieść się z podłogi. Dario, siadając na łóżku, patrzył na niego z niepoko­jem w oczach.

— Chcę być sam. Proszę stąd iść, bo zawołam wuja.

— A po co go niepokoić? Ma dość własnych zmartwień. — Przeciągłe spojrzenie utkwiło w orze­chowych oczach Daria.

Jasna skóra mężczyzny kontrastowała z ciemnym odcieniem włosów. Była niemal przezroczysta. Dopiero teraz to zauważył. Czarne jak heban oczy przeszywały go na wskroś. Dygotał.

— Niech pan tak na mnie nie patrzy — wykrztusił, widząc, jak siada obok. — To nie w porządku.

Sagen pochylił się nad nim jeszcze bardziej.

— Jesteś mi potrzebny. Twoja młodość… Ze mną nie zginiesz.

Lekko pchnął go, przewracając na plecy. Przerażony odkrył, że nie ma siły, by się pod­nieść.

— Nie! Proszę… — wyrzucił. — Niech chcę…

Był zbyt słaby, by się przed nim bronić. Jakby go nagle opuściły wszystkie siły, zeszło z niego całe powietrze. Mężczyzna położył na nim swoją rękę i mocno przycisnął do łóżka. Czując, jak pró­buje mu się wyrwać, powtórzył dziwnie modulowanym głosem.

— Już się stało, mój Dario…

— Niech pan sobie idzie, niech pan idzie… — mamrotał, widząc nad sobą jego twarz.

— Pójdziemy razem. Zaopiekuję się tobą.

Hipnotyzował go wzrokiem, dotykając głowy. Gładził ręką po włosach.

— Nie chcę. — Oczy kleiły mu się coraz bardziej. Zdrętwiały poczuł chłodny oddech na swojej szyi. Sagen zry­wając mu plastry, przytrzymał go mocno za brodę.

— Nieee.

Zdławił przeraźliwy krzyk, kneblując mu ręką usta. Po czym dopadł gwałtownie do pulsującej krwią tętnicy. Dario jęczał, czując, jak coraz mocniej go kąsa. Długie, kościste palce nie po­zwoliły mu się oswobodzić z miażdżącego uścisku. Ostatkiem sił szarpał się z nim jeszcze. Niespodziewa­nie runęli na podłogę, kotłując się. Kiedy całkiem osłabł, zimnokrwisty wziął go bezwolne­go na ręce. Położył z powrotem na łóżku i okrył cienkim kocem. Chłopak odpływał, zapadając w bardzo głębo­ki, twardy sen.


Dzień wstał ponury i wietrzny. Ciemne chmury zawisły nad karczmą jak kat nad żywą duszą.

— Wychodzi pan?

Ramon zatrzymał się przy stoliku Sagena, widząc, jak ten wstaje. Nałożył na nos duże, ciemne oku­lary, które zakrywały bez mała pół jego twarzy.

— Mam zamiar.

— Będzie padać. Zachmurzyło się, że ho ho. Dario śpi sobie w najlepsze, a ja mam tu urwa­nie głowy. Przepraszam pana za moją gadaninę, zdaje się, że pan czegoś chciał…

— Zapomniałem mu dać napiwek. Stara się chłopak. — Wyciągnął banknot, podając go zaraz karczmarzowi. — Zasłużył sobie. Skoro jest zmęczony, niech sobie odpocznie — dodał.

— Oczywiście. Ma pan zupełną rację. — Z błyskiem w oku obracał w ręku banknot. — Zaraz lunie… O już pada.

Z chmur posypały się pierwsze krople deszczu. Niebo przeszyła błyskawica i uderzył grzmot.

Część klienteli opuściła barowy ogródek, szukając schronienia w środku. Zrobiło się gwarno.

— Mam co do niego pewne plany — ciągnął jegomość — porozmawiamy o tym, jak wrócę.

Postawił wysoko kołnierz płaszcza i nałożył kapelusz.

— Wedle życzenia szanownego pana. Może parasol? To teraz modne.

— Nie dziękuję. Poradzę sobie.

— Przemoknie pan do suchej nitki…

— I jeszcze jedno. Jutro wyjeżdżam. Jak Dario wstanie, niech spakuje wszystkie moje rzeczy.

Wcisnął mu do ręki kolejne dwa banknoty. Ramon patrzył na niego zdumiony i jednocześnie urzeczony. Już dawno się nie spotkał z taką hojnością.

— Jest pan bardzo łaskawy, ale jeśli można spytać, dlaczego już nas pan opuszcza?

— Mam interesy w Sydney — powiedział krótko.

— Rozumiem, ale zajrzy pan tu jeszcze — domyślił się, że chodzi o złoto. Teraz wszyscy inwesto­wali w złoto. Nie było nic cenniejszego od złota. — Tylko proszę o nas nie zapominać. Nasza oberża zawsze stoi dla pana otworem.

— Oczywiście. Będę pamiętał.

Wykrzywił usta w zdawkowym uśmiechu, wychodząc w gęsto padający deszcz.


Ramon, patrząc za nim, pokiwał głową, przeciągle wzdychając. Wiedział, że jegomość zaintere­sował się chłopakiem, nie był głupi. Postanowił to teraz wykorzystać, póki jeszcze mógł.

Wszystko wszak kosztuje — rozważał. Siostra była daleko. Nie chciało mu się go dłużej niańczyć. Sam miał się o kogo troszczyć. Elena wymagała stałej, całodobowej opieki. I o nią powinien przede wszystkim dbać.

Los Daria przynajmniej się odmieni. W końcu i tak nie mam tu z niego zbyt wielkiego pożytku. Chłopak więcej się obija, niż mi pomaga. W dodatku się mą­drzy i oszu­kuje mnie na napiwkach. Po­winien być mi za to wdzięczny, że o nim myślę. Z całą pew­nością będzie miał lepiej. Poradzi sobie w życiu, jest prawie dorosły. On w jego wieku już daw­no pracował na plantacji oliwek. Szybko znaj­dę sobie kogoś na jego miejsce… — tłumaczył to sobie, aż nabrał całkowitej pewności.

Tak będzie najlepiej dla wszystkich… To jedyne rozsądne wyjście…

Gdy tylko Abelard Sagen wrócił, dobili targu.

Część II: Queensland A. D. 1974

(Gregory Range. Jedna z wielu farm gdzieś w północno-wschodniej części stanu)

Rozdział 1

Gorące, parne powietrze paliło ziemię i wszystko, co na niej rosło i po niej chodziło. A ta aż pro­siła się o wodę. Australijski klimat nie rozpieszczał nikogo. Pracującym ciężko na farmie ludziom solidnie da­wał się we znaki. Najęci do zaganiania bydła i pracy w polu, przy zbiorze plonów robot­nicy uwijali się w pocie czoła od wczesnego ranka aż do późnego wieczora, by zarobić na chleb. Mieli nierzad­ko do utrzymana całe, często wielodzietne rodziny, zamieszkujące te tereny, jedni bli­żej, a inni kil­kanaście czy nawet kilkaset mil stąd.

Parobkowie zbierali z mozołem owoce, plony z łąk i pól, pa­miętające jeszcze niedawne, obfite deszcze i sprzyjającą aurę. Składowali je teraz w bezpiecznym, nieco chłodniejszym miejscu, z dala od wszędobylskiego, zabójczego słońca i panującego niepodzielnie skwaru. Jednak owoce cytruso­we tak jak szybko rosły, błyskawicznie dojrzewały i równie szybko marniały. Ten morderczy wy­ścig z czasem wykańczał i dawał po­rządnie w kość. Ci słabsi fizycz­nie prawie od razu rezygno­wali z pozornie łatwej pracy, nie wytrzymując takiego obciążenia. Leniwi też nie mieli tu czego szukać. Praca w tak niesprzyjających warunkach wymagała bowiem odpowiedniego nasta­wienia i dość sil­nej psy­chiki. Panował skwar i piekło niemiłosiernie.

— Mam tego dość — sapnął ciężko Neil, rzucając skrzynkę pełną owoców mango na wyschniętą, popęka­ną skwarem zie­mię. Był wykończony.

Uchylając rondel kowbojskiego kapelusza, przetarł ręką so­lidnie zroszone potem czoło. Koszulka przewiązana w pasie była cała mokra, a skóra lśniła w słoń­cu, spływając per­listym potem. Smagana gorącym powietrzem ciemnooliwkowa skóra odbijała się od jasnej blond czupry­ny, roz­wichrzonych włosów. Tylko niebieskie oczy zdradzały jego anglosa­skie pocho­dzenie. Jego kompan miał o wiele łatwiej. Był rodowitym autochtonem. Aborygenem.

— To czysta harówka w taką pogodę. Żar leje się z nieba.

Tubylec pokiwał tylko głową, uśmiechając się. Dla niego nie było to nic nadzwyczajnego. Neil nie wytrzymywał w takim upale, pracując przy zbiorach trzeci dzień. Tracił siły i silną wolę.

— Co chcesz, to nie Melbourne — zauważył głośno, przechodzący obok mężczyzna. — Dźwigał wypchaną po brzegi skrzynkę z owocem. — Tu trzeba porządnie zakasać rękawy. To nie robota dla maminsynków.

— Nie mówisz chyba do mnie kolego — żachnął się wyraźnie, patrząc na niego spod byka.

— Nie wyrabiasz się, to wylatujesz. Pięciu innych już czeka na twoje miejsce — dorzucił drugi, na­wet się nie zatrzymując.


Neil nie należał do maminsynków, bynajmniej bardzo wcześnie się usamodzielnił. Przerwał stu­dia na uniwersytecie w Luizjanie, by posmakować prawdziwego życia. Popracował trochę w Sta­nach, a potem wyruszył w szeroki świat w poszukiwaniu przygód. Był już na Kubie, w Chile, In­diach i na wyspach Goa. Smakując wolności, bawił się tam wraz z hipisami. Odpowiadała mu ich ideologia. Już z natury był pacyfistą. Nie godząc się z polityką Johnsona, a później jego następcy Nixona, uciekł w ten sposób przed wojną w Wietnamie. Aż dotarł tutaj. Tułając się po świecie, stra­cił wszyst­kie swoje oszczędności. Musiał więc zarobić tyle, by wrócić do kraju i na uniwersytet, ale dopie­ro wtedy jak skończy się konflikt zbrojny w Wietnamie. Nie mógł ryzykować, by po po­wrocie za odmowę walki wsadzili go do więzienia, jak większość jego znajomych i braci z komuny.

Tu w pustynnych rejonach Queensland był bardziej bezpieczny niż w szybko rozwijających się aglomeracjach miejskich. Au­stralia też przecież brała czynny udział w tej bezsensownej, rujnującej wszystkich wojnie. Ostatnie dużo mówiło się o zakończeniu walk, ale one ciągle trwały. Neil nie był mięczakiem. Co to, to nie. Wyso­ki, dobrze zbudowany, wysportowany. Dysponował siłą i umie­jętnościami, których można mu było tylko pozazdrościć. W szkole chodził na siłownię i grał w ko­sza. Przepływał też basen w rekordowo szybkim tempie. Niejednego mógłby wprawić w komplek­sy. Był gotów stawać do walki o swoje ra­cje, ale nie tutaj z takimi pyskaczami. Szkoda mu było na nich siły. Nie musiał nikomu niczego udowadniać. Poprawiając kapelusz, nacisnął go sobie mocno na głowę. Podniósł skrzynkę z ziemi i ruszył dalej, kierując się w stronę szopy. Zrobił jeszcze kilka kursów, całkiem opa­dając z sił. To zdecydowanie nie był jego dzień. Sięgnął po bidon z wodą, bio­rąc kilka głębszych ły­ków, a resztą polał głowę i kark. Woda spłynęła mu po plecach. Odsapnął. Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, ale skwar ani myślał odpuszczać. Na karoserii samocho­dów można było z powo­dzeniem smażyć jajka jak na patelni. W niektórych zagotowała się chłodni­ca. A owoce trzeba było jak najszybciej zwieźć z pola do specjalnych magazynów, w ciągu jednego, góra dwóch dni, bo składowanie ich na polu w takich warunkach groziło zepsuciem.


Przystanął na chwilę, chowając się w cieniu wielkiego, grubego drzewa, jednego z nielicznych, które moż­na było tu spotkać. Większość farmy porastała wysuszo­na trawa, a wśród niej pięły się krzewy papai, mango i orzeszków ziemnych oraz karłowate drzew­ka mandarynek i brzoskwiń. Oparty o szeroki pień drzewa wyciągnął paczkę fajek i zapalił. Tego mu było trzeba. Zaciąga­jąc się dymem, relaksował się. My­ślami odpłynął bardzo daleko…

Naraz poczuł, jak coś prześlizgnęło się koło jego nóg. Spojrzał w dół i zamarł w bezru­chu. Wiel­ka żmija owijała się wokół nogawki jego spodni, peł­znąc po niej jak po gałęzi drzewa. Instynktow­nie wstrzymał od­dech, uświadamiając sobie bezna­dziejność sytuacji. Wystarczył zaled­wie ułamek sekundy, by śmiertelny jad znalazł się w jego ciele, za­trzymując wszystko na zawsze. Małe ukąsze­nie, a tak brze­mienne w skutkach mogło go pozba­wić życia, tak po prostu. Z lękiem w oczach pró­bował jeszcze zachować zimną krew, lecz serce trzepo­tało w nim jak spłoszony w klatce ptak.

Co robić?? Co??… — Sparaliżowany strachem próbował zebrać myśli, ale nic sensownego nie przychodziło mu do gło­wy. Przeraźliwa pustka.

Papieros! To mogłoby spłoszyć gada… — zaświtało mu nagle. Trzymał go drętwo jak su­chy pa­tyk, puszczając nagle, ale ten się nie zapalił.

Wszystko na nic. Zaraz mnie zaatakuje. Jestem zgubiony…

— Spokojnie. Nie ruszaj się. Mam ją na oku…

Głos dochodził jak ze studni. Modulowany, niski tembr z półgłosu przechodzący w szept.

Był całkiem blisko. Nie mógł poruszyć głową, by się obejrzeć. Najmniejszy ruch groził ukąsze­niem. Po chwi­li coś zadźwięczało, skutecznie odwracając uwagę od zesztywniałego ze strachu Ne­ila. Nie mi­nęło nawet sekundy, a obślizgły gad leżał na wyschniętej ziemi jak kłoda drewna.

Tuż za nim stał mężczyzna w indiańskiej kurtce i spodniach, z szerokim kapeluszem, osłaniają­cym mu całą twarz. Pochylając się nad wężem, wydobył z niego nóż i obciął mu nim łeb. Zdejmu­jąc nogę z wielkie­go, bezwładnego cielska podszedł do zdrętwiałego wciąż Neila. Ten wypuścił głośno powietrze, od­dychając z ogromną ulgą.

— Myślałem, że już po mnie. Wielkie dzięki.

— Drobnostka. Mów mi Chennon. — Przedstawił się, wyciągając do niego rękę.

— Neil. — Odwzajemnił mu szybki, mocny uścisk.

Nie widział twarzy ani oczu mężczyzny. Wiel­ki kape­lusz zasłaniał mu niemal wszystko. Zdumiał się, widząc na jego rękach rękawiczki. W taki upał to było dość osobliwe. Nic jednak nie powie­dział. Poczęstował go w podzięce papierosem, ale odmó­wił zdecydowanym ruchem.

— Też tu pracu­jesz? — domyślił się.

— Przy koniach, w stajni. — Mężczyzna spojrzał wymownie na kosz z owocami. — Nie widziałem cię tu wcześniej. Zdaje się, że jesteś tu od niedawna.

— Zgadza się. Pracuję od trzech dni w polu. — Zapalił, zaciągając się wolno dymem.

Milczeli dłuższą chwilę…

— Wiem, że to nie moja sprawa — zaczął naraz Neil — ale nie jest ci przypadkiem za ciepło w tym ubraniu? — Musiał go o to spytać, był wyraźnie ciekawy.

— Słońce mi szkodzi na skórę — wyjaśnił.

— Ja też mam już go powoli dosyć. Mogłoby, choć na chwilę zniknąć.

— Mogłoby.

— W nocy też niewiele chłodniej, ale po tej robocie padam na pysk.

Promienie przedzierały się przez rozłożyste, pełne liści gałęzie docierając aż do ziemi. Chennon stał w cieniu, oparty o stertę kamieni i sprawiał wrażenie, jakby ubranie wcale mu nie przeszkadza­ło. Neilowi od samego patrzenia na niego robiło się gorąco. Nagle zorientował się, że jego odpoczy­nek znacznie się przeciągnął.

Spojrzał w stronę pola na krzątających się tam ludzi. Jakoś nikt z nich nie zauważył, że się obija. Płacono im od skrzynek. Tracił tylko on, nikt więcej, ale nie dbał o to. Jutro sobie to odbije z na­wiązką. Jakoś to załatwi. Dziś nie jest w formie i jeszcze ta przygoda z wężem. Miał dość.

Rozmowa z Chennonem utkwiła w martwym punkcie. Nie chciał dłużej rozmawiać z kimś, kogo nawet dobrze nie widzi. Dziwnie się z tym czuł. Coś mu mówiło, że gość przez cały czas go obser­wuje. Stał nieruchomo i nie odzywał się, jakby się nagle zawiesił.

— Dobrze się z tobą gada, ale muszę wracać do roboty — odezwał się nagle. — Porozmawiamy so­bie innym razem, jak tylko cię rozpoznam — dorzucił jeszcze z lekką ironią.

— Płacą ci za dniówkę?

— Nie, od skrzynek. Trzeba się wyrabiać i zebrać ile się da do końca dnia. Nie ma lekko.

Rzucił niedopałek papierosa na ziemię, gasząc butem. I dźwignął skrzynkę oburącz, w muskular­ne, silne dłonie. — Spotkamy się później. Postawię ci piwo.

— Nie piję piwa.

— To coś innego, co będziesz chciał — dodał, ruszając raźnym krokiem przed siebie.

Czuł, że jest mu coś winny, w końcu uratował mu życie.

— Głupi jesteś.

Neil myślał, że się przesłyszał, zatrzymując nagle w półkroku.

— Co powiedziałeś??

— Po jakie licho się tak męczysz? W stajni miałbyś lżejszą robotę. Zostaw to i chodź ze mną…

Mężczyzna ruszył przed siebie. Neil zawahał się, patrząc za nim. Ten odszedł już spory kawałek. W pewnej chwili od­wrócił się, kiwając w jego stronę.

— No chodź, to ci pokażę…


Po­stawił skrzynkę w cieniu drzewa, ruszając w ślad za nim. W stajni pa­nował miły chłód. Dziw­ne. Po­myślał. Jakby znalazł się w zupełnie innym miejscu, a prze­cież tuż obok paliło bezlitośnie słońce. Stojące w boksach konie wychylały łby przez otwory w drzwiach, przeżuwając coś w py­skach. Powitało ich wesołe rżenie i stukot kopyt. Skrobały nimi za­dowolone po drewnianych de­skach. Na glinianym klepisku leżały zwały słomy, a pod ścianą było pełno owsa i beczki z wodą.

Neil roz­glądał się ciekawie. Jego nowy znajomy zniknął mu na chwilę z oczu. Nie musiał go jed­nak długo szukać. Stał przy jednym z boksów. Neil podszedł do niego bliżej, gdy ten niespodziewa­nie zdjął z głowy ka­pelusz, odkładając na bok.

— To Soledo. Czystej krwi arab.

Ogier czarnej maści biegał po boksie, strzygąc uszami, ale to nie na niego patrzył Neil. Przyglą­dał się teraz Chennonowi. Mężczyzna frapował go. Teraz mógł widzieć dokładnie jego twarz. Ostre rysy i duży nos zdradzały indiańskie pochodzenie. Tak jak przypuszczał od samego początku.

Czerwonoskóry. Jaki ten świat mały! A może to jednak Maorys?…

— Chcesz mu się lepiej przyjrzeć?

Lekki uśmiech błąkał się na bladych, wąskich ustach stajennego. Otworzył furtkę, wchodząc do środka boksu. Ogier, unosząc kopyta do góry, stanął na dwóch nogach i zarżał ostrzegawczo. Poka­zał im wielkie, białe zęby.

— Zostanę tutaj. Jest trochę zbyt narowisty. — Nie uważał, żeby to był dobry pomysł.

Mężczyźnie jakimś sposobem udało się go okiełznać. Klepiąc konia po karku, głaskał po długiej, imponu­jącej grzy­wie.

— Podoba ci się? — zapytał.

— Piękny okaz.

— Lubisz konie?

Neil skinął machinalnie głową, widząc, jak mu się przygląda.

— Ja też. Dosiadałeś już jakiegoś?

— Nie raz. Pochodzę z Luizjany.

— I boisz się koni? — dziwił się Chennon. — Co cię przygnało aż tutaj?

— To nie tak. Dużo by o tym mówić.

O to samo mógłby spytać jego, choć nie miał pewności co do pochodzenia mężczyzny. To, że wy­glądał na Indianina, jeszcze o niczym nie świadczyło. To były tylko jego domysły. Nic prze­cież o nim nie wiedział.

— Ja mam czas. Mów śmiało.

— Nie wiem… Chęć przeżycia czegoś — zaczął po chwili Amerykanin — może pewnej przygody. Niestety bardzo szyb­ko skoń­czyły mi się pieniądze, a za coś trzeba żyć. Jak tylko mi się tu znudzi, zarobię trochę dolców i wracam do domu. A ty?

Udał, że nie usłyszał jego pytania.

— A tak naprawdę Neil?

— Nie chciałem iść na wojnę w Wietnamie — przyznał po dłuższym wahaniu. — A ty skąd jesteś?

— Z Alaski.

— Przyjechałeś tu dla kasy, czy też przed czymś uciekasz?

— Wolałbym o tym nie mówić. Może później, jak się lepiej poznamy.


Neil domyślił się, że chodzi o życie w rezerwacie. Los wielu Indian był nie do pozazdroszczenia. Odkąd zabrano im ich ziemię i zamknięto na całkiem obcych im terenach, izolując od reszty amery­kańskiego społeczeństwa jak trędowatych. Byli zepchnięci poza margines i napiętnowani, ilekroć domagali się swoich praw. Znał dobrze ich historię. Chennon zdjął rękawiczki, chowając je za pa­zuchę. Najwyraźniej nie chciał nic więcej o sobie powiedzieć, a Neil nie miał zamiaru go naciskać.

Umilkli na dłuższą chwilę. Każdy pogrążony we własnych myślach…

— Chyba nie masz do mnie żalu o to, że nazwałem cię głupcem? Jak tylko widzę, że ktoś tak bez­myślnie trwoni energię, to zapominam o dobrym wychowaniu.

— Nie ma o czym mówić — skwitował. — Zresztą nikt tu się specjalnie nie bawi w grzeczności. — Przypomniał sobie o pozostawionych pod drzewem owocach. Najwyższy czas było wracać do swo­ich obowiązków. — Chyba już pójdę…

— Poczekaj. Chcę ci jeszcze coś pokazać. To jest w drugiej części stajni.

— Może innym razem. — Patrzył na niego lekko zniecierpliwiony.

— Zobaczysz, to ci się spodoba. No chodź. — Mrugnął do niego okiem.

Po krótkim wahaniu Neil poszedł.


Miejsce było jeszcze bardziej ciemne, a w powietrzu panowała jakaś wyraźnie odczuwalna wil­goć, mieszając się z zapachem butwiejącego siana. Ciałem mężczyzny wstrząsnęły dreszcze. Zbyt późno zrozumiał, że popełnił błąd. Nie powinien tu przychodzić.

— Co to za miejsce? — skrzywił się, łapiąc za nos. — To chyba nie dla mnie…

— Fiołkami tu nie pachnie, ale jest zdecydowanie chłodniej — odparł Chennon.

Neil pokiwał głową. Tu ubranie mężczyzny zdecydowanie pasowało. Można było się pobrudzić.

— Co chciałeś mi poka­zać?

— Właśnie to…

Czerwonoskóry tuż obok. Bił od niego jakiś dziwny blask. Oczy błyszczały nienaturalnie.

— Twoje oczy… są fioletowe — wykrztusił, opanowując z trudem drżenie. — Brałeś coś?

Nie odpowiedział, popychając go do środka boksu.

— Co ty robisz?! — zaprotestował Neil, czując na sobie jego palący oddech.

Przyssał się do jego szyi.

— Zwariowałeś?!

Wkurzony odepchnął go z całej siły, salwując się ucieczką, ale nie pozwolił mu na to, podci­nając nogi. Neil upadł. Nic nie widział w ciemności. Naraz zorientował się, że zatrzasnął drzwi. Miał przed sobą jego niesamowicie dzikie oczy. Takie gadzie, jakie widział u jaszczurów z Komodo.

— W co ty się grasz?! Wypuść mnie stąd! — wyrzucił gwałtownie. — Zdezorientowany odwracał się na wszystkie strony. Nie wiedział gdzie się podział. Jego oczy były wszędzie, gdziekolwiek spojrzał. Czuł się osaczony.

— Boisz się, kowboju?

Znów poczuł go za sobą. Znienacka szturchnął go i odskoczył.

— Chyba nie będziesz krzyczał?

— Kim ty do cholery jesteś??!

— Nie wiesz?

— Chodź tu i walcz, a nie chowasz się jak tchórz!!

Głuchy śmiech zadudnił mu w uszach. Nim się spostrzegł, pochwycił go za ręce i przycisnął z ca­łej siły do ścianki boksu. Szamotali się przez dłuższą chwilę, walcząc ze sobą. Neil, oswobodziwszy się z mocnego uchwytu, wymierzał mu ciosy na oślep. Trafiały w pustkę. Jego przeciwnik był od niego o wiele szybszy i sil­niejszy, niż na to wyglądał.

— Dobry jesteś, ale nie dość. To ci nie pomoże.

Usłyszał tuż przy swoim uchu. Chociaż nie dał tego po sobie poznać, był przerażony.

— No, dobra. Zbawiłeś się, a teraz zostaw mnie w spokoju.

Pomimo tego, że jego wzrok przyzwyczaił się już trochę do ciemności, nigdzie go nie widział, ani jego oczu. Wokół było pusto, jakby się zapadł pod ziemię.

Odpuścił? Co on kombinuje?? — pytał sam sie­bie.

Wtem coś ciężkiego spadło na niego z góry, powalając zdezorientowanego na klepisko.

Nie mógł się nawet ruszyć. Obcy znienacka zatopił w nim ostre jak brzytwa kły. Zdławione krzy­ki i po­jękiwania przeszyły powietrze stajni, mieszając się z rżeniem koni. Te bardzo niespokojne biega­ły we wszystkie strony, waląc kopytami o drzwi. Z oddali dało się słyszeć ujadanie psów. Przyplątały się też jakieś dingo i szczekały jedne do drugich… Po czym wszystko raptem ucichło.

Rozdział 2

Wstał świt. W stajni zrobiło się rojno i gwarno…

— Neil! Ty nierobie wstawaj, natychmiast!

Poszturchiwania i krzyki zbudziły chłopaka z długiego letargu.

— Schlał się po robocie i leży.

— Zlał się jak świnia.

Pokpiwali sobie z niego mężczyźni, zatykając nosy.

— Ale tu śmierdzi.

Neil otworzył oczy, przecierając powieki. Przeciągle ziewnął.

— Wstawaj! Ile razy mam powtarzać?! — Grzmiał mu nad uchem, pilnujący porządku nadzorca.

— Ciszej. Boli mnie głowa. Co tu tak jasno? — wymamrotał.

Stojący naokoło parobcy wybuchnęli gromkim śmiechem.

— Co jest?! Co tak stoicie?! Wracać mi zaraz do roboty! A ty Neil już tu nie pracujesz!

— Miałem dziwny sen…

— Gówno mnie to obchodzi. Zbieraj swoje manatki i jazda mi stąd. No już! — rzucił stanowczo.

— Pan nie rozumie. To było takie… takie prawdziwe.

— Słyszałeś?! Za pięć minut ma cię tu nie być!

Zezłoszczony trzasnął za sobą drzwiami stajni. Wszyscy inni też wyszli.


Neil dźwignął się ciężko, stając na równe nogi.

Co tu się do diaska stało? Co oni ode mnie chcą??…

To dziwne, ale niczego nie pamiętał. Tylko ten koszmarny sen. Niewiarygodny.

To nie mogła być przecież prawda… Zaatakował mnie jakiś przerażają­cy stwór. Taki jakiego można spotkać w tanich filmach, w horrorze…

Zawsze bawiły go te wyssa­ne z palca, niesamowite historie.

Co tu tak strasznie śmierdzi?…

Dopiero po chwili zorientował się, że ma zmoczone spodnie.

Kurwa! Co ja narobiłem? Jaki wstyd…

Dzień już dawno wstał. W stajni panował półmrok, a w miejscu, gdzie leżał, było wilgotno i wy­jątkowo nieprzyjemnie. Poczuł się okropnie, gdy nagle zdał sobie sprawę, że przez głupi wybryk stracił pracę, ale czy pił? Nie pamiętał, by poprzedniego dnia wziął choćby łyk alkoholu do ust. Jed­nak ubranie miał całe popla­mione nalewką z eukaliptusa. Teraz wszystko rozumiał. Tylko kto wpadł na taki głu­pi ka­wał? Niech tylko go dostanie w swoje ręce. Porachuje mu wszystkie kości i wypruje flaki. Wściekał się.

 Fuck! — zaklął siarczyście. — Fuck!!

Nagle w ciemnym kącie zamajaczyła jakaś postać.

— To nie był sen Neil.

Niski, modulowany głos dobiegał jak ze studni.

— Kto tu jest?? — Zdumiony przetarł oczy, patrząc w tamtą stronę.

— To ja. Wróciłem po ciebie.

Indianin stanął naprzeciw niego, obrzucając pobladłą twarz przeciągłym spojrzeniem.

— A więc to ty mnie tak schlałeś?!

— Wiedziałem, że się dogadamy. Masz bardzo dobry smak. — Wykrzywił usta w przerażającym uśmiechu. — Ła­two ich było nabrać, co?

— Nie, nie podchodź! To wszystko jest popieprzone. — Wymachując rękami, wycofał w bezpiecz­niejsze miejsce. — Daj mi kurwa spokój!

— Nie mogę głuptasie. Jeśli cię teraz zostawię, umrzesz.

— Co to znów za brednie? — wykrztusił, cofając się coraz bardziej, aż poczuł za sobą chłód ściany.

— Mówię prawdę. Przecież wiesz już, kim jestem.

— Popapranym czymś, czego nie rozumiem — przełknął nerwowo ślinę, patrząc w jego błyszczące w oczy z wyraźnym lękiem.

— Masz już w sobie niewiele życia. Uwierz mi Neil. Wypiłem ci prawie wszystką krew, niewiele już zo­stało. Teraz wszystko zależy od ciebie.

— Ode mnie? Jak to?? — spytał zgłuszonym głosem. — Czuł, jak opuszczają go siły, jak szybko słabnie z każdą chwi­lą.

— Jeśli pójdziesz ze mną i będziesz posłuszny mojej woli dam ci to, o czym nawet nie śniłeś, co przerasta twoje najśmielsze wyobrażenia. Nie wiem tylko, czy zasługujesz na ten wyjątkowy dar.

Podszedł bliżej, przytrzymując go, by nie upadł. Neil słaniał się na nogach.

— Jaki dar??

— Nieśmiertelność.

— Być takim samym potworem jak ty?! To nie może się tak skończyć, nie może… — wyrzucił ostatkiem sił, gryząc wargi z bezsilności.

Chennon uniósł go jedną ręką, trzymając wysoko w powietrzu.

— Wiem, jak bardzo przeraża cię myśl, że mógłbyś zabijać. To z tego powodu nie poszedłeś na woj­nę. Mam rację? Jednak wszystko się zmieni, bo ty już nie będziesz taki sam.

Usłyszał, jak cicho łka. Puścił go na klepisko.

— Niczego od ciebie nie chcę — powiedział słabym głosem Neil. Jego ciałem wstrząsnęły konwul­sje. Charczał.

— Więc wolisz umrzeć niż żyć? Dzięki mnie pozostaniesz już na zawsze piękny i młody. Czy to nie­kusząca perspektywa? Właściwie jesteś mi to winny, gdyby nie ja już by cię nie było.

Patrzył na jego twarz wykrzywioną bólem, pełną rozpaczy. Mężczyzna tracił świadomość.

Nie­wiele już do niego docierało. Nie myślał logicznie. Jego ciało zaczęło się poddawać. Konał.

— To jak będzie Neil?

Zbolały i wycieńczony poruszał bezwiednie ustami, próbował coś powiedzieć. Pokazał mu jesz­cze wyprosto­wany środkowy palec. Nim gasnące spojrzenie zamarło na oczach Chennona, łapiąc się ostatka nadziei. Zrozu­miał, jak bardzo chce żyć, ale duma nie pozwalała mu go o to prosić.

Nie zastanawiając się długo, dobył noża i utoczył sobie z nad­garstka kilka kropel krwi, podsuwa­jąc pod siniejące usta. Neil ocknął się na chwilę. Charczał, przewracając oczami. By po chwili krztusząc się łapczywie pić. Potem padł jak porażony i już nie wstał, zapadając w dziwny letarg.

Zbudził się dopiero w nocy. Uj­rzał wtedy świat zupełnie innymi oczyma. I poczuł ogromny, roz­dzierający wnętrzności głód.


Na farmie wybuchła wielka panika. Jakaś dziwna zaraza dziesiątkowała bydło w okrutny sposób. W niewyjaśnionych okolicznościach zaczęli ginąć też ludzie. Ktoś lub coś bezlitośnie i bez emocji za­bijało. Nie mogło być to zwierzę, jak na początku przypuszczano. Było szalenie inteligentne, nie po­zwalając się złapać. Swoje ofiary traktowało z przerażającą bezwzględnością.

Ciała nienaturalnie powykręcane, twarze, łby zwierząt znajdowano oddzielnie z grymasem cier­pienia, z zadanego im bólu. Wyglądały jak pergamin. Były całkiem pozbawione krwi, a przebiegły morderca lub mordercy pozostawili na nich charakterystyczny, cięty głęboko czymś niezwykle ostrym znak. Najczęściej dwa niewielkie, ale głębokie ukąszenia na szyi, nadgarstkach dłoni, pod pachami, bądź pod kolana­mi.

Coś chowało się w mroku i wychodziło głęboką nocą. Przedstawiciele władz byli bezsilni i za­biegi felczerów na niewiele się zdały. Niejeden z pracujących tu przyjezdnych podzielił los licznych ofiar. Wystarczyło podejrzenie, by delikwent znalazł się za kratami, karano na oślep. Inne środki przymusu też zawiodły, nie udało się ująć winowajców. Modły kaznodziei również nic nie dały.

Na okolice Gregory Range padł blady strach. Ci, co mogli opuszczali osady, uciekając w popło­chu. Właściciele okolicznych plantacji i farm jedna po drugiej bankrutowali. Pracownicy najemni przenosili się ma­sowo do miast, gdzie coraz łatwiej było znaleźć pracę. A te rozwijały się i zalud­niały w coraz więk­szym tempie.

Kwitła nowa cywilizacja, przedsiębiorczość i demokracja. Domów i fabryk wciąż przybywało, budynki rosły w oczach, sięgając chmur. Powstawały coraz liczniejsze ośrodki kultury i handlu. Najlepiej żyło się jednak na wybrzeżach, w sąsiedztwie oceanu. Pustynne tereny pozostały nato­miast wolne od osad. Cywilizacja tu nie dotarła, bo warunki do życia były bardzo trudne. Każdy dzień był walką o życie. Tubylcze plemiona Aborygenów znalazły tu jednak swoje schronienie.

Ci rdzenni mieszkańcy Australii, zostali zepchnięci na margines współczesnego życia, wyparci ze swoich naturalnych, żyznych ziem, na któ­rych egzystowali od sa­mego począt­ku, przekazując sobie ustnie wiedzę z mitycznego „Czasu Snu”. Historię o świętym, tęczowym wężu, stwórcy świata sprzed 50.000 lat. Dumnie i niestrudzenie kultywowali swoją tradycję. I nie narzekali na swój los.


Zarówno im, jak i przybyłym na Antypody, cudzoziemcom i osadnikom wciąż gro­ziła inna, cał­kiem obca rasa. Rasa o dziwnej krwi. Jedni ich nazywali nieumarłymi czy zimnokrwi­stymi. Inni zaś wampirami. Prawdopodobnie przypłynęli tu z Europy, gdzie zwano ich upiorami, bądź wąmpierza­mi. Dla starożytnych ple­mion byli kimś na kształt potężnych i okrutnych bogów. Skąd się wzięli? Skąd przyszli? Nikt nie wie­dział. Byli natomiast wszędzie tam, gdzie ludzie. W każdym nie­mal za­kątku Ziemi, od setek tysięcy lat, a może znacznie dłużej.

Nikt nie po­trafił odkryć odwiecznej tajem­nicy Nos­feratu i jego nadnatu­ralnej, zło­wrogiej mocy. Ludzka świado­mość ich nie rejestrowała, wchodziły przez tajemne portale i centra energe­tyczne. Oni i istoty im po­dobne pozostają­ce w głębokim ukryciu…

Część III: Melbourne A. D. 2009

Rozdział 1

Wieści z północno-wschodniego Queensland obiegły niemal całą Australię. Nagłówki gazet wręcz krzy­czały, pęczniejąc od coraz to nowych, przerażających wieści. Wokół niewyjaśnionych podob­nych morderstw krążyły rozmaite plotki. Zaczęto wiązać podobne przypadki z całego wy­spiarskiego kon­tynentu. Gusła i opowieści o ludziach nocy, zjawach i marach na nowo ożyły.

De­monizowano mor­dercę i jego zbrodnie, upatrując w nim jakiegoś szaleńca. Wielu detektywów gło­wiło się nad tą sprawą od wielu lat, łamiąc sobie na niej często zęby. Nikt nie wierzył legendom o wampirach, wy­sysającym z ludzi krew. Na pewno nie w czasach po­stępującej techniki. Na jakiś czas o tym za­pomniano, gdyby nie fakt, że ktoś zaczął nagle mordować w podobny sposób. Sprawa sprzed ponad trzydziestu pięciu lat ożyła, powracając niczym rzucony w powietrze bumerang.


Donovan siedział nad nią od ponad miesiąca, ślęcząc całymi dniami w Bibliotece Kongresu. Z uporem maniaka grzebał w zakamarkach historii. Przeglądając archiwa i stare gazety, szukał ja­kiegoś tropu, czegoś, na czym mógłby wzorować się wcześniej inny morderca. Przeczesywał też wzmianki ze szpitali dla umysłowo chorych. Być może, któryś z dawniejszych pacjentów stał się seryjnym mordercą. Znano już podobne przypadki. Czasy były niespo­kojne i wielu świ­rów i różne­go rodzaju psycholi włóczyło się teraz po mieście. I nikt tego nie kon­trolował. Lekarze zapisywali za to bez końca cudowne pigułki. Istniały też bardziej wyszukane terapie, ośrodki wypoczynkowe dla nieco bo­gatszej klien­teli, ale te jak się później okazało, były mało sku­teczne. System zawodził.

Każdy z chodzących po ulicy zwyczajnych, szarych obywateli w sprzyjających warunkach mógł się stać mordercą. Potencjalnie nim był. Taką teorię miał Lex Donovan: były stróż prawa, a obecnie prywatny detektyw, obrońca uciśnionych. Człowiek czynu, walczący z niesprawiedliwym syste­mem, z które­go się wyłamał. Niezależny, brzydzący się wszelką nieuczci­wością, z jaką kiedykol­wiek przyszło mu się zetknąć. Niepoprawny idealista. Na­prawiacz zepsutego świata. Outsider.


Pochylony nad ekranem laptopa, przeczesywał zasoby biblioteczne. I notował coś pieczołowicie w swoim małym notatniku. Siedzący opodal mężczyzna zerkał na niego ukradkiem. Lex widział go już tu kilka razy. Jednak ten nie kwapił się jakoś, by do niego zagadać. On sam też nie czuł takiej potrzeby. Skupił się na swoim zadaniu i wytrwale nad nim pracował. Nie tylko on interesował się starymi zbiorami i zaglądał do książek. Kręciło się tu też kilku federalnych i przewijała cała masa studentów. Federalni wpadali okazjonalnie i można ich było rozpoznać na pierwszy rzut oka. Dono­van miał do tego nosa. Tych drugich można tu było spotkać na każdym kroku. Buszowali pomię­dzy regałami, zakopując się w stercie książek…

— Proszę pana, zaraz zamykamy.

Głos kustosza nagle wyrwał go z toku daleko idących rozważań i dedukcji.

— Już? — zdziwiony zerknął na zegarek. — Jak ten czas leci.

— Prawda?

Detektyw podniósł się, zabierając ze sobą notatki i opuścił bibliotekę.


Ledwo minął główną bramę, a uderzył go potworny hałas. Po wyjściu z biblioteki, tej swoistej enklawy ciszy i spokoju poczuł się jak na lotnisku przy starcie odrzutowca. Na ulicy panował zgieł­ki i miejski gwar. Ludzie krę­cili się w te i we wte, zajęci każdy swoimi sprawami. Nie zwracali spe­cjalnie uwagi na to, co się wokół nich dzieje. Pogrążeni we wła­snych myślach, byli jakby nieobec­ni, działając ściśle według jakichś programów, jak te mrówki biegające pomiędzy łąką a kopcem. Nie wiedzące tak naprawdę, dlaczego i po co.

Ostatnio zmienił samochód i od razu oddał go do przeglądu, by sprawdzić, czy wszystko w nim działa jak należy. Starego forda całkiem zjechał i nadawał się tylko na złom. Udało mu się w końcu zatrzymać przejeżdżającą tak­sówkę. Już miał wsiąść, gdy wtem dostrzegł znajomą postać.

— Chris? Co ty tu robisz??

Przechodzący mężczyzna spojrzał na niego pytająco.

— O, przepraszam. Pomyliłem pana z moim znajomym — zreflektował się Donovan.

— Nic się nie stało.

Zaczynam wariować… Chyba za długo przesiaduję w tej biblio­tece…

Czym prędzej wsiadł do taksówki, która zawiozła go do jego mieszkania.


Lokal, który zajmował z żoną od lat, nie był zbyt duży, ale bardzo przytulny. Mieścił się niedale­ko śródmieścia. Nie planowali dzieci, ale wszyst­ko się przecież mogło zdarzyć. Zdarzyło się. Viki po­szła z innym. Czyja to była wina, nie wiedział. Grunt, że teraz był sam jak palec. A może na szczę­ście, bo przynaj­mniej nie miał żadnych zobowiązań. Poza wspólnym mieszkaniem.

Średniego wzrostu, korpulentna blondynka stylizująca się na Marylin Monroe zawsze lubiła się ba­wić, on nie. Drobna różnica charakte­rów, która z czasem tak bardzo ich poróżniła. W dodatku za­jęty był pracą, to jej po­święcał najwię­cej czasu, dlatego też częściej byli osobno niż razem. Z cza­sem doszedł do wniosku, że się w ogóle nie rozu­mieją.

Nie była zbyt czuła ani troskliwa i przepija­ła jego ciężko zarobione w policji pieniądze. Sama pracowała dorywczo jako maszy­nistka w podrzędnym biurze. Wstyd mu było, że pije, że znika wie­czorami pod pretekstem zabawy w klubie z koleżankami, dlatego które­goś dnia po­wiedział pas. Nie miał pojęcia dokąd odeszła, pewnie do kochasia, bo często w kłótniach chwali­ła się, że go ma, że Lex nie dorasta mu nawet do pięt, bo taki niby jest dobry.

Jak było na­prawdę, tego nie wie­dział. Nie interesowało go to zbytnio. Od jakiegoś czasu za to żyli w se­paracji. I choć dobrze wiedział, jak się to skończy, nie zrobił nic, by raz na zawsze się z nią rozstać. Może łudził się, że do niego wróci? Kto wie. Tak naprawdę nie miał nawet czasu, by o tym myśleć. Ani ochoty na żadne inne romanse.

Snuł się po pokoju, gdy zadzwonił telefon. Stanley znów zapraszał go na bilard. Odmówił mu, tłu­macząc się jak zwykle nawałem pracy. Chciał chwilę odpocząć i ogarnąć w spokoju poczynione za­piski. Jednak coś mu mówiło, że nic z tego nie będzie. Bo tak naprawdę niczego konkretnego nie miał. Opierając się na domniemaniach i poszlakach ciągle „był w głębokim lesie”.

Po krótkim namyśle zdecydował się wyjść miasto… Tak po prostu, bez konkretnego powodu. Spontanicznie. Przewietrzyć umysł. A miał go ostatnio bardzo przeciążony. Lubił tak sobie pospa­cerować w ciszy po pobliskim parku. Zaglądał tam, by złapać większy oddech, oderwać się od co­dziennych obowiązków, zwłaszcza po burzliwych kłótniach z Viki. Potrzebował od czasu do czasu po­być trochę sam ze sobą, w zupełnej samotności.

Rozdział 2

Głośną, rytmiczną muzykę dało się słyszeć już z ulicy. Rozbrzmiewała rytmicznie i melodyjnie. W sobotni wieczór, w klu­bie Cockatoos na obrzeżach miasta bawiło się wielu stałych gości, ale też całkiem liczna grupa tych, któ­rzy po­jawili się tu przypadkiem, zwabieni miłą atmosferą i skoczny­mi, przyjemnymi dla ucha dźwięka­mi. W centrum sali kiwało się kilku zago­rzałych miłośników tańca, podrygu­jąc w rytmie klubowej muzyki. Większość gości siedziała przy stolikach, racząc się alkoholem i jakimiś przekąskami.

Naraz za deckami pojawił się jakiś pozamiejscowy DJ. Włączył wzmacniacz i zaczęło się nie­zwykłe przedstawienie. Kiedy tylko MC skończył zabawiać publicz­ność kolejną rymowaną impro­wizacją, żonglował płytami, dając popis swoich manualnych i melo­dyjnych umiejętności, łącząc ze sobą płynnie utwory jeden po drugim. Manipulował coś przy po­krętłach, zapętlał utwory i serwo­wał niczym kucharz znakomite groove, okraszając wszystko zmyślnymi skreczami. Goście byli za­chwyceni. Coraz więcej osób wyszło na parkiet. Wywijali kó­łeczka i skakali do upadłego, klaszcząc w dłonie, dziękowali za popis, domagając się kolejnych bi­sów.

Rem polerował szklanki, obserwując uważnie gości zza baru. Rozpoznawał prawie wszyst­kich klientów, z uwagi na bardzo dobrą pamięć, jakiej mógłby mu pozazdrościć niejeden aktor czy księ­gowy. Biegle też operował cyframi, w ogóle był szybki. Sprawnie obsługiwał niemal każdego, kto tylko podszedł do baru, chcąc się napić lub prze­kąsić małe co nieco. Zajmowało mu to zaledwie kil­kanaście sekund. Wszystko, czego potrzebował miał w zasięgu ręki i nikt mu nie pomagał.

Obserwując gości z boku, zastanawiał się, kim są, po co tu przyszli i czego szukają. Najczęściej przychodzili tyl­ko po to, by się pobawić przy energetycznej muzyce, bądź wypić coś przy barze, albo też zwyczajnie porozmawiać. Przeważnie jednak wypijali szybko kilka kole­jek i zaraz wycho­dzili. Byli też i tacy, którzy przy jed­nej zaledwie lampce drinka mogli przesiedzieć aż do rana. Byli różni. Rem odgadywał ich pragnie­nia, bawiąc się tym w najlepsze, dla zabicia czasu. I najczęściej się nie mylił. Miał w tym wprawę i dobrego nosa, szósty zmysł. Snuł przypuszczenia i prowadził wewnętrzny dialog, sam ze sobą. Bar­dzo rzadko popełniał błąd w ocenie sytuacji.

Tylko co do nie­których miał pewne wątpliwości. Nie potrafił ich nijak rozgryźć. Przeważnie sia­dali w miejscach najmniej rzucających się w oczy, gdzieś na uboczu i z dala od migających świateł, i innych klubo­wiczów, jakby celowo nie szukali żadnego towarzystwa. I co najdziwniejsze prawie nic nie zama­wiali, udając tylko, że piją. Wielokrotnie do­stawał sygnały od chłopaków pracujących na sali, odpo­wiadających za porządek, że zostają pełne szklanki napojów i nietknięte drinki. Raz ich nawet przy­łapał, jak opróżniają takowe. Wtedy się wy­gadali.

Zaczął zwracać coraz większą uwagę na nietypowych gości, wyławiając ich z tłu­mu. Zastanawia­ło go to i intrygowało zarazem, że potrafią tak szybko znikać, w jakiś niepojęty dla niego sposób. Wystarczyło, że na moment odwrócił wzrok w drugą stronę, a już ich nie było. Nikt tak, jak oni nie potrafił tak umiejętnie wmieszać się w tłum. Byli niczym zjawy rozpływające się w powie­trzu, zu­pełnie jak duchy. Czasem zastanawiał się, czy w ogóle tu byli.

Stanowili dla nie­go pewnego rodzaju zagadkę, taki rebus do rozwiązania, a on lubił takie przy­padki. Sam był dość skryty i nietypowy, ale nie każdy o tym wiedział. On sam to czuł najlepiej. Żył z tym od lat. Jednak praca pochłaniała go na tyle, że teraz nie miał zbyt wiele czasu na to, by się nad tym zastanawiać. Dwoił się i troił, by jak najszybciej i jak najsprawniej ob­służyć jak najwięk­szą liczbę gości, sprostać swo­im obowiązkom.


Podał jeden z energetyzujących drinków siedzącemu przy barze mężczyźnie, ka­sując zaraz należ­ność. Taką miał zasadę. Często zdarzało się, że klienci zapominali zapłacić, dając się porwać muzy­ce i był stratny. Tak było na po­czątku, odkąd zaczął tu pracować. Dwa lata temu. Teraz nie był już taki naiwny. Mężczyzna uiścił zapłatę, przenosząc się w głąb dość przestrzennej jak na bar, sali.

— Reszty nie trzeba.

— Dziękuję — odparł z uśmiechem Rem, rzucając szybkie spojrzenie na gościa i schował pienią­dze do kiesze­ni.

Wyso­ki blondyn o germańskim typie urody, ostrych rysach twarzy i wyraźnie zarysowanej szczę­ce przy­sunął się bliżej, zajmując właśnie zwolnione miejsce. Też zamówił kolorowego drinka…

— Obserwuję cię od dawna. Dobrze sobie radzisz.

Nie spuszczał oka z krzątającego się barmana. Ten już go tu widział wcze­śniej. Mężczyzna nie należał do młodzików. Miał coś około czterdziestki, ale mimo to był szczupły i za­wsze nienagannie ubrany. Widać było, że dba o siebie. Podpadał pod grupę typów, których nie potrafił rozszyfrować.

— Robię to, co do mnie należy. To moja praca — odpalił Rem.

— I w dodatku jesteś skromny. Kto by pomyślał.

— Podać coś jeszcze? — spytał, obrzucając gościa szybkim spojrzeniem.

— Na razie nie, dziękuję. Chciałem tylko trochę pogadać. Jestem Nithael.

— Rem. Miło mi poznać.

— Mnie również. — Uśmiechnął się. — Mogę ci coś postawić? Nie lubię pić sam.

— Przykro mi. Szef by mnie wyrzucił — wyjaśnił, natychmiast dodając — Tu są kamerki.

— Nawet wodę? — Lustrował go uważnie spojrzeniem.

— To co innego.

Miał chwilę przerwy. Co mu szkodziło porozmawiać. W końcu niektórzy przychodzili tu tylko po to. Nalał sobie do szklanki mineralnej. I stuknął w wyciągniętą w swoim kierunku lampkę.

— Na zdrowie!

Rem wziął łyk wody. Kątem oka śledził jak tamten, bierze lampkę do ust. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że udaje tylko, że pije. Tymczasem gość wypił wszystko, stawiając pustą lampkę na bla­cie baru.

— Jeszcze raz to samo.

Barman nalał mu kolejnego drinka, widząc, jak wyciąga banknot i kładzie go przed nim.

— Za ciebie i za mnie. Nie szukaj reszty. Nie trzeba.

Skinął głową i podziękował uśmiechem, zdając sobie sprawę, że znów się pomylił w zbyt szyb­kiej ocenie. Widać wiele się jeszcze musiał nauczyć. Odwrócił się w stronę kolejnego klienta, który kiwając w jego stronę, już składał gestem zamówienie. Minęło zaledwie kilka sekund.

— Ostatnio… — zaczął, patrząc na swego niedawnego rozmówcę i nagle urwał.

Już go tam nie było. Rozejrzał się uważnie po sali, nic z tego nie rozumiejąc. Lampka z drinkiem stała na swoim miejscu. Przetarł oczy.

Gdzie w takim razie on się podział??…

— Mówiłeś coś? — Nithael wyskoczył spod baru, siadając z powrotem na obrotowym stołku. Pa­trzył uważnie na jego pełną zdumienia, zmieszaną minę. — Przepraszam, ale coś mi upadło. Niezda­ra ze mnie. Znalazłem na podłodze. — Szybkim ruchem schował coś do kieszeni.

— Aha…

— Wystraszyłem cię?

— Skąd. Nie tak łatwo mnie wystraszyć.

— No jasne. Pewnie myślałeś, że zniknąłem, co? — dopytywał się, ściągając go wzrokiem.

— Nic nie myślałem.

Skłamał, całkiem zbity z tropu, przechwytując uważne spojrzenie mężczyzny. Nie mógł przecież wiedzieć, że też go obserwował. Jego i kilku innych na tej sali. Wydawało mu się, że wszyscy oni mają ze sobą coś wspólnego. Nie wiedział tylko co.

— Możesz to też potraktować jako trik. Taką małą sztuczkę. A tu liczy się precyzja i refleks.

— Ciekawe.

— Prawda? Dajmy na to, że ktoś przyszedł do lokalu, a ty nie chcesz się z nim spotkać. Możesz się w ten sposób ukryć albo zabłysnąć, gdy przyjdzie ci ochota zrobić na nim wrażenie — tłumaczył Ni­thael, dodając. — To całkiem proste. Powinieneś kiedyś spróbować.

Stuknął lampką w jego szklan­kę, biorąc alkohol do ust. Rem był prawie pewien, że tym razem wca­le nie pije. Mężczy­zna sączył wolno drinka, obserwu­jąc go znad wpółprzymkniętych powiek.

— Obserwowany jest obserwowanym.

— Słucham?

Zmarszczył brwi.

— To był żart. Nigdy nie chowałeś się pod stół, będąc dzieckiem?

Jasnowłosy wodził za nim spojrzeniem.

— Nie przypominam sobie.

Zrozumiał, że się z nim bawi. Nie wiedział tylko po co.

— Ciekawię cię, co?

— Bynajmniej.

— Sam przed chwilą powiedziałeś.

— Przepraszam, ale jestem zajęty.

Odwrócił się na pięcie, odchodząc kilka metrów dalej. Przyjął zamówienie i skasował należność. Po chwili wrócił, nalewając do kufla piwo z dyspozytora, w którego pobliżu siedział. Nithael nie ru­szał się z miejsca, przyglądając mu się w milczeniu. Dyskretne śledził niemal każdy jego ruch.

— Masz kogoś? — zagadnął.

Barman robił swoje, ignorując jego kolejne pytanie. Udawał, że go nie słyszy, nawet nie spojrzał.

— Dziewczynę? A może chłopaka? Hmm… Nie powiesz mi, że nie masz czasem chęci kogoś po­derwać. Jesteś przecież zdrowym, cał­kiem dorodnym mężczyzną. Jest w czym wybierać, przy­znasz mi chyba rację? Mam rację Rem?…


Zachować spokój. To był jedyny sposób, by pozbyć się natręta. Nie odzywał się i poskutkowało. Za­milkł. Każdego, kto mu się narzucał, traktował tak samo. Nie pierwszy raz był w ten sposób na­gabywany. Nic sobie jednak z tego nie robił. Mimo że na gościa nie patrzył, miał wrażenie, że ten przez cały czas mu się przygląda. Czuł na sobie jego wzrok. Denerwowało go to, ale nie mógł nic zrobić. Czekał, aż sobie pójdzie. Zapłacił w końcu, to niech sobie patrzy, jak chce. Ma to w nosie.

Nithael jednak nie dał się tak łatwo zbyć. Wciąż tam siedział. Jego przeciągłe spojrzenia dopada­ły go, ile­kroć nieopatrznie spojrzał w jego stronę, badając czy wciąż tam jest. Był tam i nie znikał. Znów po­czuł na sobie ten uporczywy wzrok, jakby świadomie go prowokował. Nie wytrzymując, odwrócił się w stronę mężczyzny, napotykając utkwione w swoich oczach spojrzenie.

— Podać coś jeszcze? — spytał odruchowo, przecierając blat lekko wilgotną szmatką.

— Wiesz, na co mam ochotę? Chciałbym się dobrze zabawić, poszaleć z kimś… ale jakoś nie mogę się zdecydować. Mógłbyś mi pomóc, polecić mi kogoś — zawiesił głos. — W końcu jako bar­man znasz tu wszystkich naj­lepiej. — Puścił do niego oko. — Byłbym ci za to ogromnie wdzięczny.

— Nie znam tu takich, a poza tym nie świadczę pewnych usług — powiedział zasadniczym tonem.

— Rozumiem, a teraz? — Podsunął mu pod rękę banknot stu dolarowy.

Rem pokręcił głową, zastanawiając się nad czymś. Fa­cet posuwał się zdecydowanie za daleko. Dostawał co prawda napiwki, czasem nawet dość spore, ale nie za stręczycielstwo.

— Za mało? Mogę dać ci więcej. Powiedz tylko, ile chcesz? — Mężczyzna dołożył drugie tyle.

— Musiałeś mnie z kimś pomylić. Nie jestem naganiaczem ani nikim podobnym. — Oburzył się wyraźnie. — Zgłoś się z tym do kogoś innego.

— A do kogo, wiesz? — Prześledził go uważnie wzrokiem, widząc, jak wzrusza ramionami.

Rem odwrócił się, udając, że jest bardzo zajęty. Polerował czyste szklanki, przestawiał z miejsca na miejsce kufle. Jasnowłosego to jednak nie zraziło.

— Zaproponuj mi coś. Pomysłów ci chyba nie brakuje. Jesteś przecież taki bystry.

— Nie jestem tu od dotrzymywania ci towarzystwa i nie muszę tego słuchać — powiedział twardo.

— A od czego jesteś?

— Od nalewania drinków — odparował.

Chciał odejść, ale pochwycił go znienacka, łapiąc za ramię. Przytrzymał, widząc na so­bie jego zaognione spojrzenie.

— Puszczaj, bo zawołam ochronę — zagroził.

— Chyba źle mnie zrozumiałeś. — Natychmiast go puścił. — Nie chodzi mi o zwykłe pieprzenie. Byle kto mnie nie interesuje. Chcę spędzić noc z kimś mi­łym i nie głupim, z kimś z kim się nie można nudzić.

— Jasne. Wiesz co, taki kit możesz wstawiać małolatowi, a nie mnie.

Skrzyżowali niebezpiecznie spojrzenia.

— Wiem dobrze, o co ci chodzi!

— Skoro wiesz, to nad czym się jeszcze zastanawiasz?

— Źle trafiłeś.

— Czyżby? — Nithael uśmiechnął się jakoś dziwnie, niespodziewanie podnosząc z miejsca.

Na blacie pozostały dwa banknoty. Nim się zreflektował, już go nie było.

— A niech to! Andy!

Przywołał gestem stojącego niedaleko ochroniarza.

— Co jest?

— Muszę natychmiast wyjść. Możesz mnie na chwilę zastąpić?

— Dobra, byle szybko — odpalił.

— Popilnuj tylko baru. Muszę coś załatwić. To ważne.

Rem wyskoczył zza lady, szukając mężczyzny w gęstym tłumie. Znalazł go stojącego przy toale­tach. Wyglądało, jakby tam na niego czekał. Dopadł do gościa zdyszany, widząc, jak się uśmiecha.

— No popatrz, znalazłeś mnie. Kto by pomyślał?

— Zapomniałeś czegoś. — Podał mu banknoty.

— Nie zapomniałem. To dla ciebie. Schowaj to. — Cofnął jego rękę.

— Za co?!

— Powiedzmy, że za miłą obsługę. Sam wiesz najlepiej.

— Kpisz sobie ze mnie?! Nie mogę ich przyjąć — dodał z naciskiem Rem.

— Dlaczego? To przecież tylko pieniądze. Chyba że zmieniłeś zdanie

— Zabierz, mówię…

— A wyjdziesz ze mną? — Nithael zawiesił na nim przenikliwe spojrzenie. — Wiem, że kończysz po drugiej.

— Nie jestem zainteresowany. Odwal się ode mnie!! — wyrzucił ostro. — Zmiótł banknoty i cisnął nimi prosto w kamienną twarz. Po czym odszedł szybko w stronę sali.

Mężczyz­na podniósł pienią­dze z podłogi i odprowadził go twardym, posępnym spojrze­niem.


— No jesteś wreszcie. — Ochroniarz odetchnął z ulgą. — Tamci dwaj zamawiali firmowy, a ten tu „wście­kłego psa” i dla pani obok, cockta­il z wisienką…

— Dzięki, Andy. — Poklepał go po plecach.

— Wisisz mi piwo.

— Nie ma sprawy.

Czym prędzej wrócił za bar i do swoich obowiązków. W mig poradził sobie ze wszystkim, reali­zując ko­lejne zamówienia. Już po kilku minutach zapomniał o całym zdarzeniu, nie zaprzątając so­bie już dłużej tym głowy. Nie po raz pierwszy i ostatni miał takie starcia z klientami. Zwykła rzecz.

Rozdział 3

Rem skończył swoją zmianę, wychodząc około trzeciej. Kolega trochę się spóźnił, a nie mógł zo­stawić swojego stanowiska bez nadzoru. Wyręczać się ochroną też nie chciał. Ci mogli coś namie­szać i miałby później kłopoty. Czuł się odpowiedzialny za swoją pracę i lubił to zajęcie. Sta­rał się wykonywać je dokładnie i rzetelnie, jak mógł najlepiej. Uważał, że jest punktualny i obowiązkowy.

Jego samochód znów wysiadł i to już trzeci raz w tym miesiącu. Musiał go w końcu oddać do mechanika. Póki, co był skazany na niewygody komunikacyjnych dojazdów. Szedł pewnym kro­kiem, nie oglądając się za siebie. Od przystanku autobusowego dzieliło go zaledwie kilkaset me­trów. Mijając jedną z okolicznych bram, natknął się na kota. Spłoszony zwierzak czmychnął, nim zdołał mu się lepiej przyjrzeć. Naraz jego uszu dobiegł jakiś inny, dziwny odgłos, jakby przeciągły świst. Przyśpie­szył. Ulica była głucha i pusta ani żywego ducha.

Szedł dobrze sobie znanym skrótem. Tędy było o wiele bliżej i szybciej. Na małej uliczce, którą wła­śnie mijał, ruch kołowy był minimalny. Dopiero przy głównej trakcji gwarno i głośno jak w ulu. Słysząc za sobą stukot czyiś kroków na ka­miennym bruku, obejrzał się. Nikogo jednak nie udało mu się do­strzec w bla­dym świetle ulicznych lamp. Kilka z nich było zbitych, reszta ledwo co świe­ciła. Ru­szył dalej, sta­jąc nagle jak wryty.

Dwaj podejrzanie wyglądający osobnicy o posępnym wy­razie twarzy poja­wili się znikąd, zastę­pując mu nagle drogę. W jednej, krótkiej chwili pożałował, że wybrał właśnie tę trasę. Wyglądali na jakichś chuliganów. Ich ponure twarze i zacięte usta nie wróżyły niczego dobrego. Instynktownie cofnął się, ale ujrzał jeszcze trzech za sobą. Wtedy zrozumiał, że znalazł się w pułapce. Było jed­nak już za późno na odwrót. Pozostały tylko negocjacje:

— Co słychać, chłopaki?

— Kogo my tu mamy?…

— Czy to nie nasz słodziutki barman?

Prowadzili między sobą dialog, mierząc go wzrokiem.

— Słuchajcie, trochę się śpieszę…

— Skąd wiesz, że jest słodki? Próbowałeś go?

— Jeszcze nie, ale zaraz się przekonam.

— Dasz mi go spróbować?

— Ja go pierwszy zobaczyłem…

— Może porozmawiamy o tym kiedy indziej — wtrącił Rem, przełykając nerwowo ślinę.

Zauważył, jak patrzą na niego łakomym wzrokiem, jakby był jakimś posiłkiem. Nic nie rozumiał z tego, co mówią. Posługiwali się jakimś dziwnym dialektem. Wyglądali jakby byli czymś naćpani. Nie słuchali tego, co do nich mówi, jakby byli głusi. Patrzył na nich zdrętwiały ze stra­chu, sięgając po pojemnik z gazem, który miał zawsze pod ręką. Już nie raz uratował go z opre­sji. Jednak nie tym razem. Zareagowali błyskawicznie, wytrącając mu go z ręki, zanim zdążył go użyć.

— Bez takich numerów!

— Że też wreszcie wpadł w nasze ręce.

— Chciałeś chyba powiedzieć zęby.

— Stul pysk szczurzy jadzie!

— To ty się zamknij. Pytał cię kto o zdanie? Będzie mi się tu mądrzył. Padlina jedna.

— Sam jesteś padliną i do tego cuchniesz jak ona.

— A kto ostatnio…

Niespodziewanie zaczęli się kłócić.

— Weźcie, mam tylko to — zreflektował się nagle, pokazując im swój zegarek.

Szwajcarski swatch miał złotą bransoletę. Zdjął go i zaraz im go podał. Mocno liczył, że się na to skuszą. Zare­chotali głośno.


Wtem nie wiadomo skąd pojawił się jeszcze jeden, wpadając pomiędzy nich, aż gwałtownie od­skoczyli na boki.

— Zostawcie go! On jest mój!! Jazda mi stąd!!

W groźnym pomruku wyartykułował słowa zrozumiałe jedynie dla pozostałych pięciu. Widać było, że się dobrze znają, bo jakoś żaden z nich nie nastawał na niego. Zobaczył, jak zgodnie ustę­pują mu miejsca, prócz jednego. Ten najbardziej agresywny z całej piątki próbował mu się przeciw­stawić, ale po kilku zmyślnych manewrach potraktował go tak mocnym ciosem, że wpadł z całej siły na ścianę, aż posypał się z niej tynk. Ogłuszony leżał teraz jak długi, nie dając znaku życia.

— Któryś jeszcze ma ochotę?!

Rem struchlały nie ruszał się z miejsca. Przyglądał się ich walce z wyraźnym zdumieniem, ale też z podziwem w niebieskich oczach. Nie mógł uwierzyć jaką nieprawdopodobną siłą dysponują. Jesz­cze dźwięczały mu w uszach ich groźne pomruki. Nie wiedział, kim są, ale z całą pewnością nie byli zwykłymi ludźmi, o ile w ogóle nimi byli. Wysoki blondyn o wyraźnie zaznaczonych ko­ściach policzkowych, germańskich, ostrych rysach. O niepokojącym obliczu czarnego anioła, zbli­żył się na­gle do sparaliżowanego ze strachu Rema. Dopiero teraz go roz­poznał w bladym świe­tle lamp. Wyglądał zupełnie inaczej niż w klubie. Był znacznie wyż­szy i poruszał nie­zwykle sprężyście i lekko tak jakby unosił się nad ziemią.

— Ja nie mam z tym nic wspólnego, napadli na mnie — wymamrotał. — Nogi trzęsły mu się, jakby były z galarety. Wycofał się, trafiając na ścianę. — Proszę. Zostaw mnie w spokoju.

Stwór patrzył mu prosto w oczy. Jego spojrzenie porażało. Osunął się na chodnik.

— Błagam… Nie zabijaj mnie…

Poczuł, jak go hipnotyzuje. Powieki ciążyły mu niemiłosiernie. Obcy przesunął ręką przed jego oczyma, zmuszając, by je zamknął.

— Wszystko w swoim czasie Rem. Wszystko w swoim czasie… — usłyszał jeszcze uspokajający, łagodny tembr jego głosu tuż przy swoim uchu. — A teraz śpij…

Nagle wszystko znikło, jakby ktoś wyłączył światło. Odpłynął, zapadając się w otchłań nocy.


Ocknął się dopiero po kilku godzinach w swoim mieszkaniu. Leżąc na posłaniu, nijak nie mógł sobie przypomnieć, w jaki sposób się tu znalazł. W głowie miał całkowitą pustkę. Jedyne co wie­dział, to tylko to, że coś mu się śniło. Coś bardzo dziwnego. Tak dziwnego, że nie był w stanie so­bie tego ponownie odtworzyć w pamięci. Za to twarz faceta z baru powracała do niego co rusz i nie chciała mu wyjść z głowy. Nie rozumiał dla­czego. Wszystko wydawało mu się pogma­twane i po­zbawione jakiegokolwiek sensu, wręcz nielogiczne.

Przez kil­ka kolejnych dni nic się istotnego nie wydarzyło. Poza tym, że dziwny sen powracał do niego z za­dziwiającą wprost regular­nością. Co noc odsłaniał coraz więcej szczegółów, dokładniej­szy prze­bieg zda­rzeń. Potem urywał się równie niespodziewanie i wszystko znika­ło. I tak bez koń­ca. Nithael był obecny w jego my­ślach i w jego snach. Niepokoiło go to coraz bar­dziej.

Rozdział 4

Któregoś wieczoru spotkał go znów przy swoim barze. Robił to, co należało do jego codzien­nych obowiązków. Obsługiwał gości. Nalewał drinki, przygotowywał cocktaile i podawał krakersy. Aku­rat mieszał coś w shakerze, gdy do niego podszedł, zamawiając to, co zwykle.

— Widzę, że pamiętasz, co piję — powiedział z uśmiechem Nithael. — Patrzył, jak bez zastanowie­nia sięga po właściwą butelkę, przygotowując drinka. Jego ruchy były pewne i szybkie.

Bar­man z góry miał przygotowaną odpowiedź:

— Od tego tu jestem.

— Więc jesteś tu dla mnie.

— Być może — przyznał, nawet na niego nie patrząc.

— Zatrzymaj resztę. — Mężczyzna znów zostawił mu większy napiwek. — Kiedyś zrujnuję się przez ciebie — dodał.

— Nikt pana o to nie prosi.

Machinalnie schował banknot do szuflady, notując sobie w myślach, ile z tego będzie miał.

— Pana?? Myślałem, że jesteśmy na ty.

Rem bez słowa przeszedł na drugi koniec baru. Gorączkowo stamtąd nawoływany, przyjął kolej­ne zamó­wienie.

— Nadal ci to przeszkadza? — zagadnął znów gość, gdy tylko znalazł się w zasięgu jego wzroku.

Udał, że nie rozumie, o co mu chodzi, wzruszając ramionami.

— To, że tu przychodzę i cię zaczepiam? Drażni cię to? Powiedz.

Rem odwracając się do niego bokiem, wykonywał mnóstwo wyuczonych, mechanicznych ru­chów, w zasadzie bez głębszego zastanowienia. Zachowywał się tak, jakby go tu wcale nie było. Choć sta­rał się nie zwracać na niego uwagi, dobrze słyszał to, co mówi.

— Nie musisz ze mną rozmawiać, jeśli nie chcesz. Jestem już duży i jakoś to zniosę.

— Doprawdy? Co ty nie powiesz?

Podniósł na niego wzrok

— No wreszcie, zwróciłeś na mnie uwagę — odparł z uśmiechem Jasnowłosy, przechwytując pełne poli­towania spojrzenie.

Barman ostentacyjnie wzruszył ramionami. Pró­bował go zbyć na wszelkie możliwe sposoby.

— Wiesz, myślałem, że jesteś w tych sprawach bardziej oblatany, ale ty wcale nie znasz się na rze­czy. Nie uprawiasz nawet seksu. I to w twoim wieku? — wytknął mu nagle. — Jak to w ogóle możli­we Rem? Powiedz mi jak, to właściwie z tobą jest? Zadowalasz się sam czy może złożyłeś jakieś śluby czystości? — zastanawiał się głośno. — A może masz jakiś ukryty feler? Nic dziwnego, że się zraziłeś, rozu­miem twój ból…

— Co ty możesz o mnie wiedzieć? Gadaj sobie zdrów.


Nie miał z nim ochoty gadać, ale też nie mógł pozwolić, by mu grał na nosie, psując dobrą opi­nię, jaką się tu cieszył. Czuł się bardzo niezręcznie. Niedaleko nich usiadły dwie dziewczyny, zer­kając zalotnie w jego stronę. Szeptały coś między sobą, głośno chichocząc. Był zażenowany tym, że mogą usłyszeć, o czym rozmawiają.

— Wiem więcej, niż ci się zdaje.

Ściągnął go szerokim spojrzeniem, zaglądając prosto w oczy.

— Bzdura.

— Zabawnie marszczysz nos, jak się denerwujesz, ale nie to pociąga mnie w tobie najbardziej.

Nie był wcale ciekaw co i wolał tego nie wiedzieć. Żałował tylko, że znów wdał się z nim w roz­mowę. Nie tak to miało wyglądać. Sprawy znów zaczęły mu się wymykać spod kontroli.

— Skończyłeś już?! — wyrzucił Rem.

Nerwowo rozglądał się na boki. Co z tego, że starał się go ignorować, jak tylko mógł, skoro wciąż tu sie­dział i mówił do niego. Nie mógł go, przecież wypro­sić. Zamawiał drinki.

Wydawało mu się, że wszyscy się na nich patrzą i komentują to, co słyszą. Tymczasem było na odwrót. Nikt nie zwracał na nich większej uwagi, poza kilkoma osobami na sali i tymi dwiema wy­raźnie rozba­wionymi czymś dziewczy­nami. Tylko czym? Nim? Dlaczego miał wraże­nie, że to wła­śnie się z niego śmieją??

— Zawstydzam cię? Przykro mi Rem, ale nie pozostawiasz mi wyboru. Nie chcesz się ze mną spo­tkać, a przecież mamy ze sobą tyle wspólnego.

— Wrzuć na luz, dobrze?

— Ale to nie ja jestem spięty. — Nie spuszczał go z oka. — To jak będzie?

— Nie jesteś w moim typie. — Przełknął nerwowo ślinę, widząc, jak się uśmiecha.

— Nie szkodzi… A co to ma za znaczenie?

— Dla mnie ma. Nie napalaj się tak. Ostatecznie… — zawahał się, urywając — mogę ci dać kilka sprawdzo­nych adresów. Tam na pewno znajdziesz to, czego szukasz.

Szybko skreślił coś na kartce, odrywając ją od reszty przylepek i podsunął mu pod rękę.

— Sprawdzonych? A widzisz. I tu cię mam.

— Tak mi się tylko powiedziało — odpowiedział szorstko.

— Jasne. Nie jestem zainteresowany.

Nawet nie spojrzał na to, co napisał, zatapiając w jego oczach twarde, niepokojące spojrzenie.

— To masz problem, bo więcej ci nie pomogę.

— Nie musisz. Znalazłem już to, czego szukam.

— Gratuluję.

— Sobie pogratuluj, bo obaj śnimy ten sam sen. S…e…n… — powtórzył kilkakrotnie, cedząc słowa.

Rem wzdrygnął się, przypominając sobie nagle coś dziwnego, a jednocześnie przerażającego.

— O czym ty mówisz??

— To tylko taka metafora.

Spojrzenie jasnowłosego mężczyzny wyraźnie złagodniało. Rem poczuł się bardzo dziwnie.

Śnił mi się zeszłej nocy… dwa dni temu też… Co tu jest grane??

— Sny są jak wrota do innych światów, do przeszłości i przyszłości. Są odbiciem naszych najgłęb­szych tęsknot i namiętności, naszych tak dobrze skrywanych sekretów. Ty wiesz i ja wiem… — cią­gnął Nithael. Na jego ustach błąkał się uśmiech.

— Co?? — wyrwało się nagle Remowi.

— Że są magiczne. Pochodzą ze świata, który jest obok nas, z równoległej przestrzeni. Czasem są bardziej realne od rzeczywistości i trudno jest odróżnić jawę od snu… od marzeń. Próbują nam coś ważnego powiedzieć. Tylko że my nie potrafimy słuchać. Pamięć ludzka bywa zawodna. Szybko zapominamy, a one są jak mgła…

Głos mężczyzny cichł coraz bardziej, przechodząc w szept. Rem coraz gorzej go słyszał. Nachy­lił się w jego stronę, słuchając tego, co mówi z zapartym tchem. W ułamku sekundy luki w jego pa­mięci wypełniły się jasnym obrazem. Przypomniał sobie wszystko.

— Pamiętasz, Rem?

— Śniłeś mi się. A więc to byłeś ty. Nie wierzę… — wykrztusił oszołomiony nagłym odkryciem.

— Chciałbym się wykąpać w zwierciadle twojej duszy. Dotknąć tak, jak jeszcze nikt nigdy cię nie dotykał. Zaspokoić twój głód istnienia… Twoje najskrytsze pragnienie i stopić się z tobą w jedno.

Nithael miał ten sam wyraz twarzy jak z jego snu. Poczuł, jak robi mu się słabo, a nogi miękną mu w kolanach. Nie znalazł jednak w sobie dość siły, by odsunąć się od niego i przestać go słuchać.

Nagle poczuł się całkowicie bezwolny. Mężczyzna miał nad nim władzę. Zdrętwiał, bezradnie patrząc w jego oczy, a te pochłaniały go coraz to bardziej i bardziej…

— Barman!!

Wtem czyjś podniesiony głos wyrwał go z dziwnego odrętwienia, przechodząc w krzyk.

— To skandal. Chciałem drinka. Co się dzieje z tym facetem do jasnej anielki?! Śpi czy co??

— Barman! Barman!! — zawtórowali mu inni zniecierpliwieni goście.

— Przepraszam. — Odchrząknął. — Już idę.

Jak w amoku nalewał kolejnego drinka, wykonując machinalnie wszystkie ruchy, jak automat.


My­ślami był jednak zupełnie gdzie indziej. Nie mógł się jeszcze otrząsnąć z tego, co się przed chwilą stało. Oderwać od głębokiego, hipnotycznego spojrzenia mężczyzny. Ten, mimo że był kilka do­brych metrów dalej, wciąż patrzył w jego stronę. Rem czuł jakby był bardzo blisko, jakby się do niego przylepił. Nie rozumiał co się z nim dzieje i był przerażony. Coś bardzo niepokojącego i nie­nazwanego wisiało w powietrzu. Coś, nad czym nie mógł w żaden sposób zapanować.

Zimny pot zrosił mu skronie, spływając strużkami po szczupłej, owalnej twarzy, po kasztano­wych włosach. Zrobiło mu się gorąco, walcząc z tym, aż się cały spocił. Najchętniej zrzuciłby z sie­bie podkoszu­lek, gdyby nie ten cholerny monitoring. Szef nie byłby jednak tym zachwycony. Na pewno potrącił­by mu z pensji, a może nawet zwolnił. Taki był wymóg, reprezentował przecież fir­mę i był jej żywą re­klamą. Teraz ubranie lepiło mu się do ciała, odkrywając jego ładnie rzeźbione mięśnie. Niewielki ta­tuaż na jego le­wym ramieniu stał się jeszcze bardziej wyrazisty, cały aż się świecił od potu. Napis po hebrajsku zna­czył wol­ność.

— Co to jest? Chciałem limonkę bez lodu — pieklił się jakiś klient. — Nie zamierzam za to płacić!

— Na koszt firmy — próbował ratować sytuację. — Zaraz przygotuję drugi.

— Już nie trzeba. Może być. — Zdegustowany klient czym prędzej odszedł.

— Ja też dostałam co innego.

— Najmocniej przepraszam…

Rem zbladł, opierając się o blat baru. Zrobiło mu się słabo. Jego uszu dobiegł śmiech dziewcząt. Stały obok, patrząc jedna na drugą. Po chwili dołączył do nich jakiś chłopak, mrugając do barma­na.

— Co jest? — Stojący w pobliżu Denis, odpowiedział na jego kiwnięcie, natychmiast podchodząc.

— Niedobrze mi. Muszę wyjść na świeże powietrze. Zastąpisz mnie?

— Faktycznie nie wyglądasz najlepiej — stwierdził, obrzucając go szybkim spojrzeniem. — Zawo­łam Tonny’ego, zna się lepiej ode mnie, a ty idź do domu i się prześpij. Powiadomię Zacka, że wy­szedłeś trochę wcześniej.

— Dobra. Rób, jak chcesz.

Nie czekając już dłużej, ruszył przed siebie. Ochroniarz zawołał chłopaka sprzątającego toalety:

— Tony! Chodź, pomożesz…

Ten ucieszył się z nowego wyzwania. Często przyglądał się pracy kolegów za barem, a Rem uczył go tego i owego, jak miał czas. Tony garnął się do nauki i często zostawał po godzinach.

— Ty się lepiej na tym znasz.

— Zastąpić Rema? Świetnie. Wiem co i jak.


Rem musiał złapać większy oddech. Stał przed lokalem, starając się ochłonąć. Już nie kręciło mu się tak w głowie, jak jeszcze przed chwilą. Jednak za nic nie chciał wracać do środka. Nithael wy­prowadził go z równowagi, wzbudzając w nim wielki niepokój. Zdenerwowany, trzęsącymi się rę­koma sięgnął po papierosa, szukał zapalniczki. Nagle spostrzegł, jak czyjaś ręka podaje mu ogień. Mężczyzna wyłonił się z mroku…

— Dzięki.

— To ty jesteś tym słynnym barmanem. Ariel. — Przedstawił się natychmiast.

— Pracuję tu. Rem. Miło mi poznać.

Szybko uścisnęli sobie ręce.

— Podobno robisz najlepsze drinki w mieście. Głośno o tobie w klubowym światku.

— Nic o tym nie wiem.

Puścił tę uwagę mimo uszu, próbując zapanować nad niepokojem.

— Masz bardzo dobrą markę. Nie każdy potrafi mieszać równocześnie dwoma shakerami i poda­wać w międzyczasie piwo. Zdolna z ciebie bestia — zażartował.

— Widać, że się na tym znasz. To raczej niemożliwe — odpalił, mierząc go uważnym wzrokiem.

Jego rozmówca był wysoki, a długie, kruczoczarne włosy, zagarnięte niedbale za uszy opadały mu miękko na smukłe ramiona. Oczy miał przepastne i ciemne. Tylko raz, bardzo szybko w nie spojrzał: Prze­ciwieństwo Nithaela…

Znów złapał się na tym, że o nim myśli. Natrętny klient z baru nie mógł mu wyjść z głowy.

— Sprawdzałem tylko twoje poczucie humoru.

— Nie mam go dziś zbyt wiele.

— Jakieś kłopoty? — domyślił się.

— Nic takiego. Mała różnica zdań.

Co mam teraz z tym zrobić? Cholera! Że też musiało mi się to przytrafić…

Nie chciał o tym z kimkolwiek mówić. I tak nikt by mu nie uwierzył. Musi to sobie jakoś sam po­układać, na spokojnie. Pomóc sobie. Tylko jak? Nie miał bladego pojęcia, co mam z tym zrobić.

— Chyba coś więcej — zauważył głośno Ariel, przyglądając mu się badawczo. — Zamyśliłeś się.

Nie odpowiedział, zaciągając się mocno dymem.

— Znasz Nithaela?

— Kogo? — Wyraźnie drgnął, marszcząc brwi.

— Nithaela. To taki wysoki blondyn. Ubiera się u Cardina i szasta pieniędzmi na prawo i lewo.

Rem przełknął nerwowo ślinę.

— Owszem. Przesiaduje w barze od czasu do czasu. — Patrzył pytająco na Ariela, uświadamiając sobie, że jakoś nie widział go tu wcześniej, a do twa­rzy miał przecież doskonałą pamięć.

Na pewno by go nie przeoczył w tłumie. Jego wyrazista oprawa oczu i tajemniczy uśmiech przy­kuwały wzrok. Teoretycznie mógł być jednym z tych gości, którzy zawsze wzbudzali jego zaintere­sowanie, albo tych, których obserwował przez cały czas, ale czy był? Praktycznie mógł być każ­dym. Nie znał go. Wdział pierwszy raz w życiu. Zjawił się przecież tak niespodziewanie. Podświa­domie czuł, że jest jakiś inny. Miał już obsesję na tym punkcie.

— Pytam, bo to mój przyjaciel — wyjaśnił, spoglądając na niego zastanawiająco. — Mówił, że tu dziś będzie. Czekam na niego. Widziałeś go tu może?

— Tak, jest w środku — rzucił. — Z petował papierosa, rozdeptując na chodniku.

— Wracasz?

— Nie, ja w drugą stronę — zawahał się.

Ponowne spotkanie z Nithaelem nie uśmiechało mu się ani trochę. Nie miał tu już dziś czego szu­kać i chciał jak najszybciej stąd odejść. Coś go jednak powstrzymywało, by jeszcze chwilę zostać.

— Nie jesteś jednym z nas — stwierdził Kruczowłosy.

— Jestem zwykłym barmanem, który nie szuka kłopotów.

— Nikt z nas ich nie chce, ale czasem same do nas przychodzą. — Ściągnął go wzrokiem Ariel.

— Samo życie — skwitował Rem. — Miło było poznać.

— Wzajemnie. Podobno w mieście grasuje morderca — dorzucił jeszcze Kruczowłosy. — Lepiej nie chodzić sa­memu po nocy.

— Słyszałem. Dzięki za ostrzeżenie.

— Nie ma za co. Do zobaczenia.

— Cześć! — Mówiąc to, odwrócił się i odszedł.


Unikał podobnych przygód z nieznajomymi jak ognia. Jed­nak rozmawiając z Arielem, w jednej chwili zapomniał, co go tak przeraziło i wytrąciło z równowa­gi, dopóki o nim nie wspomniał.

Niepokój znów powrócił ze zdwojoną siłą. Musiał się przespać. Idąc, wydłużył krok, wyraźnie przyśpieszając. Na strzeżonym parkingu, kilkanaście metrów od lo­kalu stał jego samochód. Tym ra­zem udało mu się go uruchomić. Musi go w końcu oddać do me­chanika. Ciągle to odwlekał, bo brakowało mu czasu. Zawsze zdarzyło się coś pilniejszego, do tego in­tensywnie pracował.

Może rzeczywiście jest przemęczony… Może te jego dziwne przypadki są tyl­ko wynikiem prze­pracowania? Musi trochę zwolnić. Wyko­rzystać zaległy urlop i trochę odpocząć. Wziąć się za sie­bie. Nie może wciąż uciekać od przeszło­ści. Przecież tak naprawdę nig­dy od tego nie uciek­nie, nig­dy nie za­pomni. Ta trauma będzie go prześladować przez całe życie.

Rozdział 5

Po kilkunastu minutach znalazł się w swoim mieszkaniu. Wynajmował małą, przytulną kawaler­kę w zachodniej części mia­sta, w porządnej, cichej dzielnicy. Zbierał jednak na własne, w aparta­mentowcu. Był rad z tego, że pozwolono mu tu w ogóle zamieszkać. To w pracy ktoś mu po­lecił to miejsce. Cenił sobie takie kontakty, mimo że miał liczne znajomości, to nigdy ich nie nadużywał. Jako bar­man dużo słyszał, dzieląc się z innymi informacjami, choć wiele z nich zachowywał tylko dla siebie. Nie był pleciugą. Z charakteru raczej spokojny i małomówny, a w pracy za to dobry słu­chacz i gawędziarz w jednym.

Długo przewracał się na z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Był środek lata. Duszne, ciężkie powietrze, mimo szeroko otwartego okna męczyło nawet nocą. Deszcz nie padał już od dłuższego czasu, a upał stawał się już trudny do zniesienia. Natłok piętrzących się myśli wzmagał jedynie jego niepo­kój, potęgując rozbicie. Męczył się. Kilka razy wstawał, wyciągając coś zimnego z lodówki, gasząc pragnienie. Wciąż chciało mu się pić, jakby miał gorączkę.

Godziny mijały jedna za drugą, a on nie mógł zasnąć. Na domiar tego księżyc świecił mu prosto w okna. Odwracając głowę, zobaczył na jego jasnym tle jakąś niewyraźną postać. Przemknęła, zni­kając mu szybko z oczu, jakby spłoszona, przesuwając się po ścianach niczym cień. Usiadł na łóż­ku, niedowierzająco przecierając powieki. Rozejrzał się wokół siebie. Ogarnęło go dziwne wraże­nie, że nie jest sam. Dojmujący chłód, bijący z jednej ze ścian pokoju orzeźwił go nieco, ale też zje­żył włosy na całym ciele. Przy meblościance ktoś stał. Przyłapana postać znierucho­miała.

— Kto tu jest?! — krzyknął zaskoczony nieproszonym gościem.

Czyżby złodziej? Tylko jakim cudem się tu dostał??…

To było irracjonalne. Mieszkał przecież na czwartym piętrze.

Odpowiedziało mu głuche milczenie. Gorączkowo rozglądał się po wszystkich kątach w poszuki­waniu czegoś do obrony. Paralizator leżał za daleko. Wyciągnął rękę, by zapalić światło. Nacisnął kontakt, gdy nagle postać wyłoniła się z półmroku, ukazując mu swoją twarz.

— To ty??! Co ty tu robisz??!

— Szedłem za tobą — wyjaśnił spokojnie Nithael.

— Śledziłeś mnie? Jak tu w ogóle wszedłeś??!

Rem poderwał się na równe nogi, widząc, jak zatrzymuje się tuż przed nim. Jak to możliwe, że zmylił stró­ża? Ten nikogo nie wpuszczał do budynku o tak późnej porze. Nie krył zdumienia.

— Mam swoje sposoby.

— Chyba nie potrafisz latać — wyrzucił.

— Wyobraź sobie… — Jego uważne spojrzenie utkwiło w oczach Rema.

— To jakaś twoja kolejna sztuczka? Tak? Wyjdź stąd!

— Nie jesteś zbyt gościnny.

— Powiedziałem chyba wyraźnie. Wynoś się!!

Nithael ruszył wprost na niego, widząc, jak robi szybki unik, potykając o własne nogi.

— Nic ci nie zrobię. Chciałem się tylko z tobą zobaczyć. Porozmawiajmy…

— Po co? Zostaw mnie w spokoju!

— Nie potrafię.

— Co to za pieprzenie?! — wybuchnął.

— A więc znów zapomniałeś? — Pokręcił niedowierzająco głową. Nie odrywał od nie­go wzroku.

— Co?!

— To, co się dziś stało w klubie… To, co między nami jest to nie sen, lecz rzeczywistość. Nie je­stem wytworem twojej wyobraźni, mój niespełniony przyjacielu. Nie znasz mnie, ale to się wkrótce zmieni, a wtedy twój lęk minie. Obiecuję ci to.

— Nie jestem żadnym twoim przyjacielem.

Denerwował się, czując jak ściąga go obezwładniającym, gorącym spojrzeniem.

— Nie?…

— Ale wrogiem też nie, po prostu wyjdź stąd, tak jak wszedłeś. Jestem zmęczony i nie mam ocho­ty teraz z tobą gadać, to wszystko — wyjaśnił, sam nie wiedząc, dlaczego to mówi. Grał na zwłokę.

— Rozumiem. Ja też nie chcę dla ciebie źle.

— To przestań mnie nachodzić we własnym domu i mącić mi w głowie! — wyperswadował mu.

Irytowało go, że nie może przestać o nim myśleć, na dodatek w ten sposób, a teraz jeszcze tu był.

— To się zdarzyło naprawdę — odparł z uśmiechem przybysz, czytając w jego my­ślach.

— Nie, to tylko głupi sen. Niczego między nami nie ma i nie będzie.

— Mylisz się. Nie jesteś w stanie niczego przede mną ukryć… — Posuwał się bardzo wolno w jego stronę, stopniowo zmniejszając dzielący ich dystans. — Wiem o rzeczach, o których ty sam boisz się nawet pomyśleć, o czym wciąż skrycie marzysz. Ja ci to wszystko mogę dać, a nawet więcej. Pole­cimy wysoko aż do gwiazd. Tylko ty i ja. A cały wszechświat będzie się nam przyglądał.

Chłopak, cofając się przed nim, znalazł się przy stoliku, łapiąc naraz za lampkę nocną. Wyrwał ją gwał­townie z kontaktu i uniósł do góry.

— Nie podchodź do mnie!!

— Bo mnie tym uderzysz? Nie sądzę, żebyś to zrobił. Lepiej to odłóż.

— Jeszcze nie wiesz, do czego jestem zdolny — wyrzucił ostro. — Przyjął bojową postawę, gotowy, by odeprzeć jego nagły atak. Czuł, że to nastąpi.

— Chętnie się o tym przekonam, w swoim czasie. Och Rem… Jesteś naprawdę rozbrajający.

— Opuść moje mieszkanie, bo zadzwonię na policję!

Wyciągnął z szuflady telefon komórkowy i nie spuszczając go z oka, wystukał na klawiaturze nu­mer na komisariat. Nie zdążył się jednak z nikim połączyć. Napastnik całkiem niespodziewanie wy­trącił mu go z ręki, przejmując błyskawicznie i wyłączył. Wydawało mu się, że w ogóle nie ruszył się z miejsca. Osłupiał.

— Niepotrzebnie wszystko komplikujesz, zupełnie niepotrzebnie.

Jasnowłosy patrzył na niego z zawadiac­kim uśmiechem. Lampka wypadła mu z ręki. Nie zasta­nawiając się długo, uderzył w stronę drzwi, moc­no szarpiąc za klamkę. Te ani drgnęły. Zziajany od­wrócił się w jego stronę, widząc jak stoi tuż przy nim. W ręku trzymał klucz.

— Dość już tej zabawy.

— Dlaczego mi to robisz?! — wrzasnął. — Dlaczego??!!

— Naprawdę nie wiesz?

Zatrzymał się tuż przed nim, widząc przerażenie w błękitnych oczach. Rem był u kresu wytrzy­małości. Konfrontacja siłowa była nieunikniona, choć wolałby jej unik­nąć. Nigdy nie zaczynał pierwszy, chyba że sprowokowany. Znowu przyjął pozycję obronną tak, jak go uczono za zajęciach z sa­moobrony i w napięciu czekał, aż go zaatakuje.

— To nie ja cię szukałem, ale ty mnie. Twoja dusza jest równie mroczna, jak moja. Czekałeś na mnie. Jestem odpowiedzią na wszystkie twoje pytania… i tęsknoty. Twoim przeznaczeniem. Jeste­śmy tacy sami Rem — przekonywał go, goniąc swoimi oczyma. — Spójrz na mnie… Popatrz!!

Błyskawicznie znalazł się blisko niego, widząc, jak się cały trzęsie. Nie pozwolił się ode­pchnąć.

— Nie! Zostaw mnie!!

Zaprotestował gwałtownie, gdy niespodziewanie złapał go za podbródek, blokując mu palcami gar­dło. Rem spasował, nie mogąc wykrztusić słowa. Spojrzał w jego oczy i zamarł. Gorące, łakome spoj­rzenie ogarniało go coraz bardziej. Blokady pamięci ustępowały pod jego przejmującym napo­rem, co­raz bardziej rozjaśniając mu w głowie, aż przypomniał sobie wszystko. Nithael znów tak na niego działał, wprawiając w konsternację. Rozpalał wygłodniałe zmysły. Roztrzęsiony opuścił ręce.

Kim ty jesteś???…

Próbował przekonać sam siebie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że zaraz się obudzi, tak jak to było za każdym razem. Czując jego oddech na swojej twarzy, resztkami świadomości go ode­pchnął i rzucił się pędem w stronę łazienki. Dogonił go błyskawicznie, powalając na podłogę.

Rem uderzając na oślep, bronił się zaciekle, gdy znienacka zatopił kły w jego szyi. I trzymając mocno w żelaznym uścisku, już nie pozwolił mu się wyrwać. Osłabł, czując, jak coraz mocniej go kąsa. Obcy dotknął jego zaciśniętych sztywno ust, ogarniając je swoim krwiożerczym oddechem. Ogarnęła go pulsująca, aksamitną ciemność. Aż całkiem stracił świadomość.

Rozdział 6

Detektyw Donovan stał nad zwłokami młodego mężczyzny.

— Kolejna ofiara. Zginął w taki sam sposób co tamci…

Koroner wskazał ręką, uzbrojoną w cienką, gumową rękawiczkę w stronę szyi denata.

— Tylko spójrz na te głębokie nacięcie, to ślady po zębach.

— Zaatakowało go jakieś zwierzę? — Czuł się zawiedziony. A więc to miał być ów przestępca, któ­rego szukał od kilku miesięcy?

— Zwierzę albo człowiek. Ślady kłów i rozstaw szczęki wskazują bardziej na homo sapiens, choć niewykluczone, że mogło to być zbliżone do człowieka zwierzę. Denat nie ma kropli krwi.

— Sugerujesz, że coś lub ktoś mu ją wyssał? — zmarszczył brwi.

— Nie inaczej. To niezbity przykład wampiryzmu. Często spotykanego w naturze — wyjaśnił.

— Nie wierzysz chyba w te opowieści o wampirach? — Pokręcił głową z pobłażliwym uśmiechem. Donovan naczytał się o tym tyle, że miał już dosyć. — To czysty absurd.

— Stwierdzam tylko fakty. Wampiryzm to także choroba genetyczna zwana porfirią. Rzadka u lu­dzi, ale najczęściej o bardzo skomplikowanym przebiegu. Zaburzenia stężenia enzymów odpowie­dzialnych za metabolizm…

— Dziękuję, to mi w zupełności wystarczy, chyba że masz dla mnie coś jeszcze.

— Były już wcześniej takie przypadki. Twój kolega, McCarthy zajmował się sprawą tego wampira z Alice Springs, na pewno udostępnił ci swoje materiały, a jeśli nie to koniecznie je przej­rzyj. Są na­prawdę bardzo ciekawe. — Patrzył na niego pytająco.

— Niestety nie — zasępił się Lex. — Prowadzę prywatne dochodzenie w tej sprawie.

— Rozumiem, że ich uprzedziłeś, ale w takim razie jak cię tu wpuścili? — zdziwił się Ted.

— Wszedłem na gębę. Nie wszyscy wiedzą, że nie pracuję już w policji — odparował.


Nie lubił, jak przywoływano pamięć dawnego komisarza i jego niewątpliwych zasług. Odkąd pa­miętał, zawsze miał z nim na pieńku. Odkąd został inspektorem, jego dni w policji były policzone. Był pierwszy przy sekcji zwłok, ciesząc się w du­chu, że go ubiegł. Tylko w ten sposób mógł się czegoś więcej dowiedzieć, o od dawna zajmującej go sprawie bezwzględnego mordercy. Musi roz­wikłać tę zagadkę, choćby tylko po to, by utrzeć im nosa. Od kiedy pracował na swoje konto, miał większe pole do popisu, ale też i spore ograniczenia.

Współpraca z policją nastręczała mu pewne trudności, ale okazała się niezbędna, toteż lawirował, jak tylko mógł, by zdobyć potrzebne mu informacje. Wymieniali między sobą pewne materiały, ale nie do wszystkiego miał dostęp. Kontrolowali go, by nie wiedział za dużo, a on i tak wiedział sporo.

Był im nie na rękę, ale nie mogli mu odebrać licencji. Musiałby bardzo nabroić, by mu zamknęli agencję. Też działał po stronie prawa tak jak i oni, w jakiś sposób byli sobie potrzebni. W sprawie domniemanego wampira, krążącego po Melbourne istniało zbyt wiele poszlak. Donovan stąpał po bardzo śliskim, niepewnym gruncie. Niby miał jakiś świadków i motywy, ale bardzo słabe.

A te hi­storie o wampirach, to był dla niego czysty folklor, zabobon. Coś, co nie mieściło mu się w głowie. Że też ludzie wierzą jeszcze w takie rzeczy i to w dzisiejszych czasach? Dziwił się. Mu­siało być inne wytłu­maczenie. Wciąż mu czegoś brakowało, by ta cała układanka nabrała sensu. Po­trzebował małej wskazówki, jakiegoś szczegółu, czegoś bardziej istotnego co popchnęłoby sprawy naprzód. Dryfo­wał na wielkiej fali, osiadając na mieliźnie. Wampiry, też mi coś. Brednie. Nawet wizyta w Biblio­tece Kongresu na niewiele mu się zdała.

— Nic więcej dla mnie nie masz? — Niecierpliwił się wyraźnie, widząc, jak wraca do przerwanej pracy. Denerwowały go wolne ru­chy koronera. Właściwie wszedł tu w czasie rutynowych oględzin. I tylko dlatego, że się z Tedem znali. Nie miał zamiaru uczestniczyć w sekcji do końca. Mimo że nie był tu po raz pierwszy, za każdym razem czuł się tak samo. Nie dość, że ogarnęły go mdłości, to jeszcze w każdej chwili mo­gła się zjawić policja. A wolał ich teraz nie spotkać na swojej drodze, zwłaszcza Mc Carthy’ego.

— Daj mi chwilę. To nie bar szybkiej obsługi — odrzucił Ted.

— Robi się późno. Dawaj, co masz.

— Czekaj Lex, zdaje się, że ofiara współżyła seksualnie.

— To już coś. Przed czy po śmierci?

— Tego nie mogę na razie ustalić. To tylko wstępne oględziny.

— Są ślady gwałtu?

— Jest tylko kilka otarć i niewielkie siniaki. Nie bronił się zbytnio. Atak nastąpił prawdopodobnie znienacka, gdy najmniej się tego spodziewał, zapewne tuż po zaspokojeniu.

— A więc nasz sprawca lubi też chłopców, ciekawe… Coś jeszcze?

— Niepowiedziane. Równie dobrze mogła to być kobieta.

— No tak, w takim momencie każdy z nas jest bezbronny. Modliszka? Czy raczej czarna wdowa?

— Na razie nie mogę ci nic więcej powiedzieć, ale przyślę ci raport, po starej znajomości.

— Dzięki, Ted. Jakby co to dzwoń. O każdej porze. Lecę.

Koroner kiwnął do niego głową, widząc, jak w pośpiechu opuszcza salę. Z oddali słychać było wy­cie syreny radiowozu.


Donovan przemknął chyłkiem, unikając niemiłego spotkania i pomyślał, że dobrze by było wstą­pić do klubu, niedaleko miejsca, gdzie znaleziono ostatnią ofiarę. To tu prawdo­podobnie ostatnio się bawiła. On sam też musiał jakoś odreagować po wizycie w kostnicy. Dobra muzyka była do tego idealna, przy okazji mógł się dowiedzieć czegoś o ostatnich wydarze­niach.

Od morderstwa minęło zaledwie kilka godzin. Jakoś nikomu nie przeszkadzało to, że na tej samej ulicy zabito chłopaka. Zabawa trwała w najlepsze, jakby nic się nie wydarzyło. Policja we­szła po cichu, zabierając ofiarę do kostnicy. Nie nadała sprawie rozgłosu. Sierżant Stevenson często praco­wał po godzinach, by się wykazać. Postarał się. Zadzwonił pierwszy do Lexa, li­cząc na to, że go tym zainteresuje. Nie mylił się. Detektyw był mu za to wdzięczny.

— Mineralną z sokiem porzeczkowym — rzucił od niechcenia, siadając przy barze.

Chłopak z miejsca podał mu szklankę, posyłając krót­kie zdawkowe spojrzenie. Nalał wody z bą­belkami i soku.

— Spory tu dzisiaj ruch — zagadnął detektyw, wyraźnie się rozglądając. — Zawsze tu tak gwarno?

— Tak jak co wieczór.

Wtem zauważył siedzącego opodal blondyna o wyrazistych rysach i germańskim typie urody. Ten przyglądał się im z boku. Nim przyszedł, przez chwilę rozmawiał o czymś z tym barmanem.

— Podać coś jeszcze?

— Na razie nie. Dziękuję. Trochę tu posiedzę — odparł, płacąc za napój.

— Proszę bardzo.


Rem poruszał się dziś wolniej niż zwykle ale jego umysł nadążał za wszystkim. Zadziwiająco sprawny, ani razu się nie pomylił, przyjmując zamówienie. Tylko z lekka wydawał się otumaniony.

— O której dziś kończysz?

Nithael ściągnął go wzrokiem, patrząc na niego uważnie.

— O siódmej.

— To niedobrze.

— Jak chcesz sobie pogadać, to znajdź sobie innego słuchacza. Jestem zmęczony.

— Ale zawsze masz siłę, by się ze mną spierać — powiedział z uśmiechem.

— Prześladujesz mnie nawet we śnie. Odpuść sobie.

Machnął szmatką i energicznym ruchem przetarł blat stołu.

— Śniłem ci się?

Podchwycił naraz blondyn, topiąc w nim spojrzenie zielonych bezkresnych oczu.

— To był bardzo przykry sen — odpalił.

Nie pamiętał go dokładnie, ale przeczucia go nie myliły. Wolnym, ale płynnym krokiem odszedł w stronę kolejnej fali napływającej do baru gości. Mimo natłoku zajęć ani razu nie popełnił błędu.

— Zajmij się kimś innym, dobrze? — Poradził mu jeszcze, widząc, jak nie spuszcza z niego oka, jak rozbiera go wzrokiem. Głupio się czuł, zdając sobie sprawę, że ktoś inny mógłby to zauważyć. Wy­starczy, że on wiedział, że facet jest na niego napalony. Kombinował jakby go do siebie zniechę­cić i się od niego uwolnić.

— Kim? Może nim?

Niedbałym gestem wskazał w stronę siedzącego kilka metrów dalej Donovana.

— Dlaczego nie?

— Przecież od razu widać, że to tajniak. — Patrzył mu prosto w oczy.

— Wiem, co z tego?

— Wiesz?

— Już go tu widziałem z kilka razy. Lubi się przebierać, tak jak ty — zakpił.

Jasnowłosy tylko się uśmiechnął.

— Czego od ciebie chciał?

— Nic, zamówił tylko coś do picia. Pewno o coś mu chodzi, ale nie wie jak zagadać — napomknął.

— Może mu się spodobałeś.

— Powiem mu, żeby cię stąd zabrał i zakuł w kajdanki, jak będziesz mi się dłużej narzucał.

Rem w przeciwieństwie do niego był poważny.

A niech sobie gada, zdrów! Jak mu się znudzi, to się odczepi…

Bylebym się znów nie wkręcił w te jego gierki…

— Naprawdę?

— Tak zrobię.

— Dowcipny jesteś Rem.

— Nie mniej niż ty.

— On będzie chciał wiedzieć… — zaczął po krótkim namyśle, odwracając na chwilę wzrok od bar­mana. Po czym nachylił się lekko w jego stronę, ściszając głos. — Czy widziałeś tu dziś wieczór ko­goś podejrzanego, czy w barze miała miejsce bijatyka, czy ktoś twoim zdaniem zachowywał się nienaturalnie…

— Bardzo ciekawe…

— Przekonasz się.

Jasnowłosy patrzył, jak przywoływany gestem odchodzi w stronę Donovana.


— Podać coś jeszcze?

Odchrząknął:

— Nie, dziękuję. Chciałem tylko o coś zapytać.

— Tak?

— Widziałeś tu dziś wieczór kogoś, kto… Nie wiem, wypił trochę za dużo, albo był pod wpływem środków odurzających. Kogoś, kto się jakoś nienaturalnie zachowywał?

— Tylko policji mogę udzielać podobnych informacji. Możesz porozmawiać z szefem.

Lex chciał zapalić, ale wskazał mu ręką odpowiednią tabliczkę.

— Tu nie można palić, na zewnątrz jest odpowiednie miejsce — powiedział, marszcząc brwi.

— Rozumiem… Detektyw Donovan. Wolałbym porozmawiać z tobą. — Szybkim ruchem pokazał mu odznakę, uchylając poły kurtki. Miał ją w wewnętrznej kieszeni. — Jestem na służbie… Miała tu dziś miejsce jakaś bijatyka? Działo się coś podejrzanego?

Rem zdumiał się, słysząc niemal słowo w słowo to, co przed chwilą powiedział Nithael. Ukrad­kiem zerknął w jego stronę, dostrzegając wyraźny uśmiech.

— Nie. Nie było. — Przełknął nerwowo ślinę. — Przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

— A widziałeś tego mężczyznę? — Detektyw położył przed nim zdjęcie. — Był tu dziś wieczór?

— Nie przypominam sobie. Być może. — Rzucił okiem na fotografię, zastanawiając się nad czymś. Mężczyzna na zdjęciu miał zamknięte oczy. Nie wyglądał dobrze. — Wielu tu przychodzi ludzi.

— Nazywa się Terrence Gibson. Niedaleko stąd znaleziono jego ciało — wyjaśnił natychmiast.

— Paskudna sprawa.

— Właśnie. Ten gość wygląda znacznie gorzej niż na tym zdjęciu. Ktoś, kto to zrobił, musiał być jakimś szaleńcem. To prawdopodobnie seryjny morderca. Bestia, a nie człowiek. Chyba śledzisz na bieżąco wiadomo­ści?

— Coś tam słyszałem — uciął.

— Może to ci rozjaśni w głowie. — Detektyw położył obok zdjęcia banknot stu dolarowy.

— Sam nie wiem…

Udał, że się zawaha.

— Widziałeś tu kogoś podejrzanego, coś dziwnego? — powtórzył detektyw.

— Mówiłem już, że nie.

— Barman! Chcę coś zamówić… — Rozległo się naraz wołanie.

— Przepraszam, ale jestem zajęty.

Rem z miejsca zajął się gościem. Przyrządzając cocktail nagle poczuł jak Nithael ściąga go upo­rczywym wzrokiem. Przez chwilę miał dziwne wrażenie, jakby ten coś do niego mówił. Odwrócił się w jego stronę. Mimo że nie otwierał ust i dzieliła ich znaczna odległość, wyraźnie słyszał jego głos: Nie rozmawiaj dłużej z tym gliną. Zostaw go!…

Wzrok Nithaela mówił to samo. Poczuł, jak przekazuje mu swoją energię, jak dzięki niej staje się silniejszy i pewniejszy. Jego ruchy znów nabrały tempa, a umysł stał się jasny i świeży jak jeszcze nigdy przedtem. Wzrosła jego zdolność percepcji, jakby dostał od niego „niewidzialnego kopa”.

Detektyw sączył wolno napój porzeczkowy, przeczesując wzrokiem całą salę, w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby odpowiadać jego podejrze­niom, udzielić mu jakichkolwiek informacji, by mógł złapać trop mordercy. Po chwili odwrócił wzrok w stronę barmana, patrząc, jak szybkim ruchem wrzuca owoce do shakera i wlewa mleko, jak gwał­townie nim potrząsa w górę, w dół i na boki. Zniecierpliwiony zbyt długim czekaniem, wi­dząc, że nie reaguje na jego nawoływanie, sam w koń­cu do niego podszedł.

— Mógłbyś mi poświęcić jeszcze jedną chwilkę?

— Mam dużo pracy — tłumaczył Rem, marszcząc brwi. Robił teraz wszystko, by sobie ją znaleźć. Improwizował.

— Rozumiem, ale jeszcze tylko jedno pytanie… Czy w tym lokalu spotykają się geje?

— Pewnie tak jak w każdym innym. Może tu przyjść każdy, kto chce — odpalił.

— Mógłbyś mi któregoś wskazać. Chciałbym z nim zamienić kilka słów.

— Niestety. Nie mają tego wypisanego na czole — uciął.

— W porządku. Poradzę sobie. Gdybyś jednak coś sobie przypomniał, to zadzwoń. — Zniecierpli­wiony podał mu swoją wizytówkę, podnosząc się z miejsca. I schował pieniądze z powrotem do kieszeni, zostawiając mu zdjęcie i należny napiwek. — Możliwe, że jeszcze tu dziś zajrzę. Dziękuję.

Barman odprowadził go zastanawiającym wzrokiem, podchodząc do Nithaela.

— Miałeś rację. Skąd wiedziałeś, o co zapyta?

— Łatwo było się domyślić. Oni zawsze pytają o to samo.

Rem nie mógł się z nim nie zgodzić.

— Mogłeś mu o mnie powiedzieć. Nie wydałeś mnie. — Lustrował go uważnie wzrokiem.

— Jesteś seryjnym mordercą?

— Tego nie wiesz.

— Słyszałem, co mówiłeś. Nie podejrzewałem cię o takie zdolności.

— Jakie?

— To się nazywa telepatia. Przekaz energetyczny. Czytałem gdzieś o tym.

— Każdy ma jakieś uzdolnienia, o których nawet nie wie — stwierdził. — Ty też nie jesteś w tym odosobniony. Gdybyś ich nie posiadał, nie usłyszałbyś niczego. Mówiłbym tylko do siebie.

— Jak ty to robisz? — Rem patrzył na niego z błyskiem w oczach. Najwyraźniej mu zaimponował.

— Co?

— Masz takie dziwne, niesamowite oczy. Nigdy przedtem takich nie widziałem.

Podzielił się z nim swoim nagłym odkryciem. Coś dziwnego było w spojrzeniu Nithaela.

— W końcu to zauważyłeś. — Jasnowłosy przechwycił jego zaciekawione spojrzenie.

— Ale ja mówię poważnie.

Nie wiedział kiedy, dał mu się wciągnąć w tę grę. Flirtowali ze sobą.

— Ja też Rem.

Wyraźnie zaintrygowany znów dał się ponieść temu dziwnemu wrażeniu. Czuł, jak go do siebie przyciąga. Opierał się jak mógł, z trudem odwracając wzrok. Zrobiło mu się gorąco.

— Musisz wyjść przed piątą — usłyszał nagle tuż przy swoim uchu.

— Dlaczego? — wykrztusił zmieszany.

— To dla twojego dobra. Przekonasz się. — Nithael podniósł się z miejsca.

— Już idziesz??

— Będę na ciebie czekał — dorzucił jeszcze.

Rem patrzył, jak odchodzi, szybko przemykając pomiędzy bawiącymi się na parkiecie ludźmi. Zagadkowe, ale wiele mówiące spojrzenie długo zostało w jego pamięci. Wiedział, że mężczyzna nie kłamie, że nadal go chce i że nic go nie powstrzyma, by z nim być. To odczucie towarzyszyło mu prawie do samego rana. Przed piątą dopadło go takie znużenie, że nie potrafił już dłużej praco­wać, jakby wszystkie siły go opuściły, momentalnie osłabł. Nie potrafił sobie wytłumaczyć czemu.

— Muszę wyjść. — Powiadomił ochroniarza, prosząc, by ktoś go zastąpił.

— Znowu??

Rosły i szeroki w barach mężczyzna patrzył jak ściąga z szyi smycz z kluczami. Rem już trzeci raz tej nocy wychodził do łazienki, by się trochę otrzeźwić. Powieki miał ciężkie niczym ołów. Te­raz marzył tylko o tym, żeby się położyć i zasnąć.

— Przecież zastępujesz Zacka. Co jest grane?

— Nie wiem, co mi jest, ale dłużej już nie dam rady. Odwdzięczę się.

— Ja myślę. Spadaj.

— Dzięki Rodney.


To było silniejsze od niego. Czuł, że jak zostanie tu choćby chwilę dłużej to stanie się z nim coś strasznego, że grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. Ogarnął go wręcz paniczny lęk. Nie zastanawia­jąc się ani chwili dłużej, narzucił na plecy kurtkę i wybiegł z klubu. Zza horyzontu z wolna wyła­niało się słońce. Patrząc w tamtą stronę, przystanął. I zrobiło mu się niedobrze. Zwymiotował.

Wtem drogę zajechał mu duży, terenowy wóz o przyciemnionych szybach. Odskoczył na bok, widząc przed sobą uchylo­ne drzwi. Zawahał się wyraźnie, dostrzegając w głębi sylwetkę Nithaela.

— Wsiadaj Rem. Na co czekasz?!

— Skąd wiedziałeś?

— Pośpiesz się!

Kula Słońca stawała się coraz większa, rosła w oczach, a jej blask stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Wskoczył do środka. Samochód natychmiast ruszył, kierując się wolno na południe.

— Okropnie się czuję.

— Wiem. To minie.

— Odwieziesz mnie do domu?

— Odwiozę. Nie martw się.

Znużenie ogarniało go coraz bardziej. Głowa kiwała mu się na wszystkie strony, opadając nagle na ramię Nithaela.

— Tak bardzo chce mi się spać…

— Wszystko będzie dobrze. Zajmę się tobą.

Gładząc go po głowie, patrzył, jak zamyka oczy.

Rem odpłynął. Śniło mu się, że szybuje nad mia­stem, a jakiś wielki, czarny ptak niesie go na swoim grzbiecie. Lecieli w bezkres nieskończonej nocy coraz to wyżej i wyżej… aż Ziemia pod nimi stała się małym punkcikiem. Oddalając się, aż zupełnie znikła.

Rozdział 7

Ocknął się, przewracając na posłaniu. Gdy nagle zorientował się, że nie wie, gdzie się znajduje. Pokój, w którym leżał, w niczym nie przypominał jego małego i przytulnego apartamentu. Był zu­pełnie inny. Przestronny salon przypominał bardziej loft niż zwykłe mieszkanie. A wielkie, szero­kie łoże zostało wyjęte jakby z zamierzchłej epoki. Misternie rzeźbione jawiło się niczym dzieło sztuki. Brakowało jedynie nad nim baldachimu i otulających wszystko tkanin z grubego jedwabiu.

Co to za dziwne miejsce? Co ja tu robię??… Jak się tu znalazłem??…

Rem wsparł się na łokciach i uniósł głowę, rozglądając się wokół, ale zaraz opadł z powrotem na plecy. Ogarnęło go wielkie zmęczenie. Czuł się całkiem pozbawiony sił. I nie wiedział dlaczego. Z reguły z rana, gdy miał wolne, wstawał wypoczęty i rześki niczym skowronek. Teraz było zupeł­nie inaczej. Musiał użyć wystarczająco dużo silnej woli i samo­zaparcia, by móc się w ogóle pod­nieść. Po raz wtóry wsparł się na łokciach, opadając ciężko na wznak. Nagle zoba­czył, jak ktoś do niego podchodzi.

Co to za jeden i dlaczego tak się na mnie gapi?? Czy to jego dom??…

Nithael stał przy łóżku, mierząc go niepokojącym wzro­kiem. Bez słowa pomógł mu się podnieść. Łapiąc go wpół, oparł o po­duszki.

— Gdzie ja jestem? Co się stało?

Rem całkowicie stracił poczucie czasu. Za oknami panowała ciemność.

— W bezpiecznym miejscu. Wypij, to cię postawi na nogi.

Jasnowłosy podał mu kubek z jakimś napojem. Ledwo umoczył usta, a zakrztusił się nim gwał­townie. Poczuł znajomy, metaliczny smak.

— Co to?? Krew??!

— To lekarstwo. Zaufaj mi.

— Nie mogę. — Wstrząsnęły nim torsje. Zbladł. — Co ty ze mną robisz??

— Jeśli tego nie wypijesz, będzie znacznie gorzej. Uwierz mi.

— To jakiś koszmar. Chcę się natychmiast obudzić.

Zaprotestował gwałtownie, gdy nagle przy­tknął mu kubek do ust.

— Pij! — rzucił stanowczo Nithael.

Zachłystując się, wziął kilka łyków. Z oczu ciekły mu łzy. Nagle wszystko stało się dla niego ja­sne. Zrozumiał, że jego sytuacja jest beznadziejna. Czuł się osaczony i całkiem bezradny.

— Nie chcę umierać, proszę…

Krztusząc się, łykał kolejne porcje krwi. W jego głowie trwała gonitwa myśli. Nithael mógł być tym seryjnym mordercą, o którym trąbiono ostatnio w mediach, którego szukał Donovan. Musiał mu podać jakiś narkotyk, dlatego czuł się tak dziwnie, a potem urwał mu się film. Teraz na pewno zgwałci go i zabije.

O Boże, zabije mnie!!! Skończę marnie… I będą o tym trąbić we wszystkich gazetach!!…

— Nie umrzesz. Nie bój się. Gdybym chciał cię zabić, już dawno bym to zrobił — potwierdził jego najgorsze obawy. — Musisz to tylko wszystko wypić duszkiem. To antidotum.

— Nie, proszę…

Bronił się rozpaczliwie, ale siłą wlał mu do gardła całą zawartość kubka.

— Dobry chłopiec.

Pogładził oszołomionego po głowie, kładąc go z powrotem na łóżku. Rem patrzył przed siebie wzro­kiem zawieszonym gdzieś w próżni. Nie ruszał się, lecz dobrze słyszał to, co do niego mówi, wyraź­niej i ostrzej niż kiedykolwiek przedtem. Nie wiedział, jak długo to trwało i czy śni, czy też nie. Komplet­nie stracił poczucie czasu.

— Nie chcę ci odbierać życia, ale dać ci nowe. To nas ze sobą połączy na zawsze. Podaruję ci coś wyjątkowego, tak jak kiedyś ktoś podarował mi — ciągnął. — Wybrałem cię spośród wielu, Rem. To nie przypadek. Na początku nie będzie ci łatwo, ale z czasem zrozumiesz, że tak właśnie miało być.

— O czym ty mówisz? — wykrztusił.

— O przemianie.

Strapił się jeszcze bardziej, nic z tego nie rozumiał. Patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.

— Chciałbym ci oszczędzić bólu, ale wiem, że to niemożliwe. Musisz być świadomy przejścia na drugą stronę — tłumaczył mu zimnokrwisty.

Rem czuł, jak z każdą chwilą staje się silniejszy. Antidotum koiło ból, działając wzmacniająco. Usiadł na łóżku, wpatrując się w niego zdumionym wzrokiem. Próbował zrozumieć, o czym mówi. Blokady w jego pamięci powoli zaczęły puszczać. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą.

To ty byłeś w moim śnie… Jak to możliwe??… A więc to wszystko prawda!…

— To ty mnie wtedy obroniłeś. Biliście się… Nie mogłem spać. Byłeś w moim domu… Całowali­śmy się… — wyrzucał z siebie, urywając.

Był coraz bardziej poruszony. Jasnowłosy lustrował go błyszczącym, pełnym napięcia wzrokiem.

— Ugryzłeś mnie tak głęboko… Przychodziłeś co noc, a ja myślałem, że to tylko sen.

Pokiwał głową i wyciągnął do niego rękę.

— Już czas. Chodź ze mną…

— Nie!! Nie pozwolę ci tego zrobić!! Nie chcę być potworem!!!

Zerwał się nagle, uderzając w niego mocno w przypływie siły, aż odskoczył na bok.

— Za późno. Nie uciekaj Rem. Wiesz, że nie masz wyboru. Zrobiłem to już za ciebie. Bardzo dłu­go czekałem na kogoś takiego jak ty… Nie obawiaj się, będzie bolało tylko chwilę.

Chłopak nie pozwolił mu się do siebie zbliżyć. Bronił się z wszystkich sił, umykając przed nim nie­mal w ułamku sekundy. Był naprawdę szybki, zadziwiająco jak na swoje możliwości.

— A może wolisz, żeby to zrobił Ariel? — spytał naraz wampir.

Ariel?… Ariel??…

Usilnie wertował w pamięci, skądś znał to imię… Nagle znieruchomiał.

— Rozmawialiście tej nocy, zanim do ciebie przyszedłem. Powiedz, chciałbyś, żeby to on cię prze­mienił? Wolisz jego ode mnie?

Nie odpowiedział, ratując się ucieczką przed jego kolejnymi zakusami, przed podstępnym ata­kiem. Nie mógł pozwolić na to, by się do niego zbliżył. Oznaczało to dla niego tylko jedno. Śmierć.

— Chodź do mnie. Nie bądź niemądry. I tak cię złapię… Tracisz siły. Beze mnie zginiesz. Tylko ja mogę ci pomóc — tłumaczył mu. — Wiesz o tym.

Nithael miał rację, z każdą chwilą kolejną chwilą słabł coraz bardziej. Był przerażony, a jego nie­równy oddech dało się słyszeć już z daleka. Odbijał się w panującej wokół dojmującej nocnej ciszy. Chłopak znów się cofnął, gotów zerwać do ucieczki, gdy wtem monstrum unoszące się wysoko nad podłogą spadło na niego z niewyobrażalną siłą.

Szamotali się, kotłując, aż całkiem opadł z sił. Wtedy zimnokrwisty zatopił w jego szyi bardzo ostre kły. Rem leżał skulony, przeraźliwie jęcząc. Bezradnie patrzył, jak przecina sobie czymś ostrym nadgar­stek. Wampir utoczył kilka kropli krwi, obficie rosząc przegub ręki.

— Pij!! — rozkazał, przytykając mu go do ust. — W przeciwnym razie umrzesz!!

Rem ogarnął ustami jego broczący krwią nadgarstek i od razu zaczął łapczywie pić.

— Tak już lepiej…

Pogładził go po głowie, trzymając w mocnym uścisku, by mu się nie wyrwał. Nagle wolno, ale zde­cydowanie odsunął go od siebie.


Rem upadł na dywan. Wszystko wirowało mu przed oczami. Ca­łym jego ciałem wstrząsały gwał­towne konwulsje i mdłości. Tarzał się po podłodze niczym rozju­szony, ranny zwierz. Opanowały go torsje i obrzydzenie do wszystkiego, co dotychczas łączyło go ze światem. Chciał, żeby to się jak najszybciej skończyło, pragnął śmierci… Charczał ciężko, dygo­cąc w agonii, aż w jednej krótkiej chwili jego ciało stężało, zamierając w nienaturalnej pozycji. Le­żał zmoczony pośród cuchnących wymiocin i ekskrementów. A czas nagle jakby się zatrzymał.

Nagle białka jego oczu ukazały błyskawicznie rosnącą czarną źrenicę otoczoną zielonkawo nie­bieskim światłem, tęczówki przeszyła jakaś iskra. Rem znów zaczął widzieć, jednak w całkiem inny sposób. Szeroko otwarte oczy postrzegały wszystko o wiele dokładniej i ostrzej. Uszy słyszały każ­dy najmniejszy nawet szmer. Odgłos mysich łapek za ścianą brzmiał jak bieg stada rozpędzonych koni. Pająk w kącie pokoju, chodzący po pajęczynie coś natrętnie piłował. Słyszał niemal każde jego stąpnię­cie. Trzepot przelatujących za oknem ptaków był jak przelot eskadry odrzutowców. Za­huczało mu w głowie od nadmiaru wrażeń.

Notował w pamięci masę spostrzeżeń, na które wcześniej nie zwró­ciłby najmniejszej nawet uwa­gi, bo zwyczajnie ich nie dostrzegał. Nie docierały do niego takie od­głosy ani obrazy. Nie słyszał ich. Jego percepcja wzrosła i pracowała teraz na najwyższych obro­tach.


Odwrócił wzrok na Nitha­ela, który przyglądał mu się z boku, w głębokim milczeniu. Dopiero wi­dząc na sobie jego pełne zdumienia, pytające spojrzenie zdecydował się podejść bliżej.

— Już po wszystkim mój przyjacielu. Obiecuję ci, że takich wrażeń będziesz miał znacznie wię­cej. Chodź ze mną…

Podał mu rękę, pomagając stanąć już pewniej na nogach. Rem wciąż był jak w jakimś w głębo­kim amoku, oszołomiony tym, co słyszy i co widzi, podkręcony jak po narkotykach. Jego świado­mość pracowała teraz ze zdwojoną siłą, rejestrując wszystko, co się działo dookoła. Był zakłopota­ny bała­ganem, jaki po sobie zostawił. Ostry odór drażnił mu teraz wyostrzone nozdrza.

— Nie przejmuj się, ktoś się tym zajmie — uspokoił go łagodnym spojrzeniem. — Chodźmy…

Skłonił go, by zdjął ubranie, okrywając jakimś kocem niczym peleryną. Rem pozwolił mu się po­prowadzić. Szedł za nim pokornie, jakby był w transie.

— Pomogę ci odnaleźć się w tym nowym świecie, Brązowowłosy… Nie wiesz nawet, ile niebez­pieczeństw czyha na przeobrażonego. Sam sobie nie poradzisz — mówił dalej. — Muszę cię jeszcze wiele nauczyć, po­znać cię…

Pokazując mu swój dom, przez cały czas rozprawiał o blaskach i cieniach nowego życia, malo­wał słowami cudowny obraz, widząc, jak uważnie go słucha.

Czy to sen, czy to dzieje się naprawdę???…

— Naprawdę. To świat, w którym żyję. A teraz, to też twój świat… Jestem ci potrzebny, a ty mi. Będziesz ze mną Rem? — spytał nagle, patrząc mu głębo­ko w oczy.

Ich spojrzenia stopiły się ze sobą. Dotykał wnętrza mrocznej, zagubionej duszy. Brązowowłosy ski­nął twierdząco głową, wciąż będąc pod wrażeniem tego, co zarejestrowały jego nowe zmysły.

Ależ byłem ślepy… Ślepy i głuchy!!

— Nie mówiłeś, że to takie ekscytujące — powiedział na głos.

— Słowa, to tylko słowa. Pod nim kryje się o wiele wię­cej — wyjaśnił. — Na pewno jesteś głodny. Czas się trochę posilić. Nakarmię cię — dodał z uśmie­chem.

Położył mu rękę na ramie­niu, po­ciągając za sobą. Rem idąc obok niego, już nie czuł trwogi. Czuł zu­pełnie coś innego. Był jak nowo narodzony.

— Przedtem jednak weźmiesz porządną kąpiel. Dam ci też nowe rzeczy. Proś, o co tylko chcesz.

— Pokaż mi jak być jednym z was. Naucz mnie tego! — zapalił się.

— Powoli… Wszystko w swoim czasie.

Rozdział 8

Donovan wrócił wreszcie do domu. To była dla niego niezwykle długa i ciężka noc. Blady świt już zaglądał w okna, a zza horyzontu jaśniało słońce. Zastanawiał się, czy w ogóle powinien się kłaść. Biorąc butelkę piwa do ręki, rozsiadł się wygodnie w fotelu. Pora była odpocząć. Odruchowo włą­czył starą automatyczną sekretarkę, naciskając na odpowiedni klawisz i odsłuchał wiadomości:

„Pi… Cześć Lex. Co u ciebie słychać? Trudno cię zastać w domu. Wpadnij do klubu na bilard. Cią­gle wisisz mi rewanż. Daj znać, to rozegramy partyjkę”…

„Pi… Tu Charles Doyle. Chciałbym, by zajął się pan moją sprawą. Podejrzewam, że mój wspól­nik mnie okrada. Mógłby pan to udowodnić?”…

„Pi… Tu Viki, dzwonię już czwarty raz. Odezwij się do mnie”…

„Pi…”…

„Pi… To znowu ja, Viki. Nie chcesz ze mną rozmawiać, to nie. Złożyłam już pozew do sądu. Spo­tkamy się na sprawie rozwodowej. Zmarnowałam przez ciebie najlepsze lata mojego życia. Sły­szysz?! Ty draniu!!”…

Po drugiej stronie aparatu telefonicznego dało się słyszeć histeryczny krzyk po­mieszany ze szlo­chem…

— Histeryczka! — wyrzucił w ciszę pokoju, żałując, że ona tego nie słyszy. — Żałosna histeryczka!

Więcej wiadomości nie było.

Też miał już jej dość. Ostatnie dwa lata były dla niego prawdziwą udręką. Męczyła go ta gra. Wziął głębszy łyk ciemnego, wiśniowego radlera i cofnął taśmę. Wysłuchał jej monologu jeszcze raz od samego początku. Teraz sły­szał już dokładnie łkanie Viki jakby zgłuszone. Urwało się tak nagle, jak urwało połącze­nie.

Kome­diantka! Chyba nikt tak jak ona nie potrafił go zwo­dzić i oszukiwać. Już więcej nie da się jej nabrać. Nawet w łóżku uda­wała or­gazm. Nędzna aktorka! — wyrzucał sobie dalej w myślach.


Skowronki zaczęły swoje poranne trele. A sowy i puchacze już dawno poszły spać. Wstał nowy dzień. Do­novan zastanawiał się, co też mu przyniesie. Wziął do ręki pilota.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 53.04