Na początku było słowo…
Gdzieś pomiędzy jednym a drugim kryzysem twórczym związanym z moim rysowaniem i malowaniem, pojawiło się słowo pisane w moich powieściach. Potem nagle objawiły się echa przeszłości w postaci wystawy moich prac, które wykonałam w latach 2021—2023 Ale najpierw w mojej rodzinie pojawiły się kredki, a dokładnie dwa razy po 250 sztuk — tak piękne, że zapragnęłam mieć takie same.
Tylko co rysować po tak długim czasie nieobecności twórczej?
To było jak cichy szept prosto do serca, który wzywał mnie coraz częściej. Natura. Zwierzęta. Kamienie. Chmury. Rośliny…
Namalowałam więc na wystawkę kilka mandal roślinnych. Ale jeśli sądziłam, że to wystarczy Temu, który wezwał mnie do działania, to grubo się myliłam. Prowadzona za rękę, rysunek po rysunku, akwarele, sztuka chińska, organiczne formy, rośliny rysowane z natury… Stop! „Nie umiem, boję się!”
„Maluj to, co sobie wyobrazisz. Nie musisz trzymać się kurczowo oryginału.”
Szybkie szkice cienkopisami, wymyślone pod wpływem inspiracji. Powstawały obrazy, malutkie szkice, bawiłam się technikami…
Gdzie jest koniec tej drogi?
(Może to droga jest sensem?)
Skoro początkiem było słowo, to trzeba pozwolić mu płynąć dalej, ale z najlepszym przyjacielem słowa, czyli z obrazem.
Historia, którą przedstawię, to nie tylko obrazy, techniki i dążenie do prawdy o sobie, ale także próba pokazania innym twórcom, że sztuka nie musi być natarczywie i boleśnie perfekcyjna. Sztuka wypływa z prawdziwych nas, nie ze schematów, które powielamy.
Prawdziwa historia utkana na kanwie reportaży i obrazów zgodnych z moją duchową drogą przemiany. Drogą, którą nadal podążam z moim Mistrzem i Stworzycielem wszystkich artystów — z Bogiem.
Ewelina Capanda-Lisowska
1. Kryzysy czy kolejne etapy?
Rysowałam od dziecka, właściwie to zaczęłam od „muralu” namalowanego dziecięcą rączką na ścianie. „Obraz” ten nadal skrywa się pod boazerię w salonie w domu rodzinnym. Kiedy spodobały mi się konie, zaczęłam je rysować. Potem były inne jeszcze natury martwe i ożywione, aż w gimnazjum postanowiłam zdawać do szkoły artystycznej. Dostałam się do Szkoły Plastycznej w Bielsku-Białej, którą skończyłam z dyplomem i tytułem Plastyk-technik spec. reklama wizualna. Na dyplomie wykonałam plakaty i foldery dedykowane Fundacji Pegasus, zajmującej się ratowaniem koni. Zresztą od dawna współpracowałam z tą fundacją — wysyłałam im moje szkice koni, które potem szły na charytatywne aukcje. Ale w pewnym momencie musiałam powiedzieć sobie: stop!
Co takiego się stało? Być może krakania innych sprawiły, że przestałam w siebie wierzyć i uciekłam z drogi sztuki. Bo przecież na tym nie da się zarobić (taki wszechpanujący stereotyp głodującego artysty). Co było po drodze do powrotu do sztuki? Kilkanaście lat poszukiwań innej drogi. Architektura krajobrazu, fotografia, rękodzieło, copywriting, pisanie artykułów, powieści. W powieściach rozwinęłam skrzydła — wydałam 17 romansów w różnych podgatunkach. Stałam się mało znaczącą autorką romansów. Życie self-publishera nie jest łatwe, o czym przekonałam się, pracując w branży wydawniczej przez 9 lat (od 2018 roku).
Po drodze zdarzyło się rysowanie zentagle z masą szczegółów, które sprawiały, że bardzo mnie to męczyło. I owszem, robiło wrażenie, ale porzuciłam to. Za dużo zachodu i w dodatku nie dało się tego sprzedać.
Kiedy patrzę wstecz, wiem, że te przerwy były mi do czegoś potrzebne. To wszystko były lekcje. Musiałam dojrzeć do sztuki i przekonać się, jak wiele ona dla mnie znaczy i jak ciężko mi będzie bez niej „oddychać.”
W 2026 roku przyszedł wielki przełom, który można nazwać uzdrowieniem duchowym. Co się wówczas stało? Prowadzona przez Boga w zadziwiający sposób zostałam uzdrowiona z endometriozy. Ale to nie było takie pstryk i już. Przeszłam półroczną duchową przemianę, która nadal trwa.
Jak to się stało, że wróciłam do sztuki?
Moja siostra zaczęła się interesować rysowaniem i kupiła kredki. Myślę sobie: Fajnie! Potem mama chciała rysować w kolorowankach i kupiła ten sam zestaw kredek. Zaczęło się od próbnika, w którym mogłam po raz pierwszy od dawna coś pokolorować. Czułam się, jak dziecko, które od lat nie jadło słodyczy i nagle mogło je zjeść. Przepadłam. Tak bardzo mi się spodobały te kolory, że nie wytrzymałam i też kupiłam ten sam zestaw kredek. Miałam też zaoszczędzoną pewną sumkę, którą niebawem zaczęłam wydawać na inne przybory plastyczne. Bloki i kartki, pędzle, ołówki, kredki akwarelowe, akwarele, cienkopisy… Poczułam, że teraz jest ten czas, żeby do tego wrócić. Zanim jednak doszłam do wniosku, co naprawdę chcę robić, przeszłam przez drogę, którą chciałabym tutaj opisać i pokazać.
Prowadzona za rękę przez mojego Mistrza, który szeptał mi do serca, co mam robić krok po kroku, wydeptałam pewną ścieżkę, która zaczęła przeobrażać nie tylko moje malarstwo, ale także i mnie samą. „Rośliny to życie” nie jest tylko albumem z obrazkami, jest także prawdziwą historią przemiany duchowej, zmiany patrzenia na świat, na sztukę, na sedno tego, kim jestem w oczach Stwórcy.
Zapraszam do przeczytania reportaży i obejrzenia moich prac z Drogi Światła, na którą weszłam dzięki łasce Bożej oraz prowadzeniu duchowemu.
2. Gdzie zentagle, a gdzie rośliny?
Czym właściwie jest „zentagle”. Słowo to oznacza w swoich członach: „zen” i „tagle” czyli „spokój, równowagę, medytację” i „plątaninę”. Innymi słowy jest to próba odnalezienia w chaosie wzorów tego upragnionego spokoju, który daje sztuka plastyczna wszelkiego rodzaju. Wymyślane wzorki pokrywają większe przestrzenie, które tworzą znajome kontury obrazków. Można zakupić gotową kolorowankę i zabawić się kredkami, ale dla bardziej ambitnych osób droga wiedzie wprost do wymyślania własnych wzorów.
Ja zaczęłam swoją przygodę z tym rodzajem sztuki w roku 2021. Powstało kilkanaście różnych prac, w tym takie związane z roślinami. Na przykład: „Drzewo miast”, „Hipnotyczna trawa” czy „Koń natury”. Wymagające sporego nakładu pracy rysunki A3 powstawały w ciągu wielu godzin. Do wykonania ich użyłam czarnych i kolorowych cienkopisów. Skupiałam się głównie na wzorkach, co można zauważyć, patrząc na poniższy rysunek.
Co dało mi zentagle? Wrażenie, że panuję nad sytuacją.
W pewnym momencie to się urwało. Może było zbyt pracochłonne? Nie żebym nie miała pomysłów. Ale próba sprzedawania takich dzieł kończy się zazwyczaj fiaskiem. Trzeba mieć specyficzny gust, żeby to się komuś podobało. Była to inspirująca przygoda tuż przed następną przerwą w rysowaniu.
3. Rośliny były ze mną od zawsze
Dorastałam w otoczeniu pięknych krajobrazów gór Beskidów, otoczona pejzażami, szumem rzeki, w bliskim sąsiedztwie lasu. Dookoła domu rósł, i do dziś rośnie, ogródek mojej mamy. Z przodu jest nieduży sad z jabłonką, krzaczkami jeżyn i aronii, z krzewami derenia. Wszędzie rosną kwiaty: róże, tawuły, krzewy ozdobne: kalina koralowa, trzmielina, wiciokrzew… Zapachy, barwy, sezonowość zmian w ogrodzie — to mnie zawsze inspirowało do pisania, a teraz inspiruje mnie do malowania.
Nie żebym była zapaloną miłośniczką kwiatów, która uprawia z zachwytem poszczególne okazy i cieszy się ich wzrostem. Chyba do tego zawsze brak mi było cierpliwości. Rośliny są spokojne, poruszają się bardzo powoli, a rosną jeszcze wolniej. Przy roślinach czas zwalnia. Przekształcają się w swoim tempie, tak że przechadzając się codziennie po ogrodzie, można dostrzec wyraźne zmiany dzień po dniu. Wzrost, kwiaty, owoce, obumieranie. Wszystko to inspiruje mnie swoją formą, kształtem, kolorem, swoją organiczną niepowtarzalnością. To właśnie ta niepowtarzalność zmusza mnie do rozmyślania o Bogu.
W jednej z moich książek pt. „Natura Derwana” napisałam, że „Dzieło stworzenia nie stało się raz, ono nadal się dzieje.” I kiedy tak spaceruję po ogrodzie, to widzę codziennie małe cuda stworzenia, bo tu każdy kwiat jest inny, każda roślina, każdy liść ma swój własny kształt, podobny do innych, lecz swój własny. Raz wprawiona w ruch boska machina życia, trwa nadal i rozwija się w nieskończoność.
A co z otaczającą mnie dziką roślinnością?
Tu także znajduję inspirację. Krótkie momenty, w których zatrzymuję się i przyglądam się korze drzew, dzikim roślinom, kamieniom… Jakie to wszystko jest różnorodne! A gdyby tak samodzielnie wymyślać takie „organiczno-botaniczne” twory?
4. Wystawa nieidealna
Jest rok 2026. Rozpoczynam moją „Drogę Krzyżową Miłosierdzia”. Ta półroczna modlitwa kontemplacyjna zmieni mnie tak, że sama siebie nie poznam za te pół roku. Pod koniec kwietnia zgłasza się do mnie pewna Pani z biblioteki miejscowej i mówi, że chce mi zrobić wystawę prac. W międzyczasie kupuję kredki. Przynoszę prace, umawiam się na rysowanie następnych, żeby wystawa miała więcej do pokazania. Z nowymi przyborami biorę się do rysowania i malowania roślinnych mandal…
Co zadziwiające, po drodze do wystawy, jakiś czas przed przedstawieniem mi tej propozycji, zaczynam robić pierwsze eksperymenty starymi kredkami. Kredki te noszą jeszcze ślady przeszłych rozczarowań, więc ciężko mi nimi stworzyć coś nowego i pięknego. Mają zbyt blady odcień. W ciągu tygodnia tworzę blisko 10 prac, które pokazuję na wystawie.
Mandale roślinne — bliżej im do tego, czym mam zamiar się zająć. Ale wtedy jeszcze wówczas nie wiedziałam, co mnie czeka i gdzie poprowadzi mnie moja droga rozwoju. Zaczynam znów poważną obserwację natury, bo szukam inspiracji…
Powstaje kilka ładnych prac, wykonanych różnymi technikami: akwarela (na poziomie podstawowym), praca wykonana na szarym papierze pisakami akrylowymi i cienkopisami, kredki, czarny pisak… Skromnie, nie tak hojnie, jak przy moich dużych zentaglach. Wystawa wygląda ładnie, podoba się wielu osobom. Chyba jest dobrze. Ale czegoś nadal brak.
5. Szukając naturalności
Rysowałam co popadnie: jelenie, ważki, chmurki… Powstał nawet mały abstrakcyjny krajobrazik. Szukałam nowych kolorów, barw, czegoś co zacznie mówić swoim własnym językiem. Po pierwszych próbach rysownia z natury (całkiem dobrych) stwierdziłam jednak, że to za mało i że chcę czegoś więcej, niż tylko odwzorowywania natury. Chciałam mówić swoim własnym językiem plastycznym. Ale przede wszystkim nie bać się tego porównywania przez innych do oryginału, z którego brałam wzór.
Zrobiłam kilka niedużych szkiców cienkopisami, wzorując się na zdjęciach kwiatów z ogrodu mamy. Wyszło dobrze. Ale nadal czegoś było mi brak. Wróciłam do rysowania koni i wykonałam parę małych szkiców. Potem zdecydowałam się na duży szkic konia na A3. Był to przełom, bo ostatni rysunek konia robiłam parę lat temu i mi nie wyszedł. Żeby wrócić do poziomu sprzed kilkunastu lat, musiałam się do tego lepiej przygotować. Wyszedł koń, ale nadal nieidealny, choć jestem z niego zadowolona. Spotkałam się z krytyką. Nie chciałam rysować z natury. Chciałam stworzyć coś całkiem nowego. Coś, co tylko ja wiem, jak wygląda.
6. Wzory roślinne
W międzyczasie tworzyłam sobie kopie motywów roślinnych z moich starych zentagli. Założyłam szkicownik na te pomysły i kopiowałam je z nadzieją, że przyda mi się to kiedyś do pracy. Bo właśnie: jaką miałam motywację, powracając do tej pasji? Właśnie: pracę. Bo pomyślałam sobie, że skoro kiedyś umiałam to robić, to może wrócę do tego i znajdę pracę? W finansach od zawsze szło mi jak po grudzie. Może więc to była jakaś szansa na zmianę? Nie mniej jednak sądzę, że powrót ten był uwarunkowany głównie przemianą duchową. Wszystko co porzuciłam kiedyś, moja pasja, ona zaczęła powracać — nawet mimo strachu, że to się nie uda. Że i tak nie zarobię — nigdy.
I tak w pewnym momencie sztuka stała się moją drogą poszukiwań do harmonii z sobą. Sztuką powracania do pasji, która uschła we mnie jak roślina, o którą się nie dba. W jej korzeniach jeszcze płynie życiodajna energia, lecz czeka ona na lepszy czas, aby znów wypuścić pędy i liście, a potem zakwitnąć i dać owoce.
Musiał nadejść jakiś przełom, żebym mogła ruszyć z miejsca. Od pewnego czasu podobało mi się malarstwo chińskie: proste, niewymuszone, pełne przestrzeni, minimalistyczne. Podobała mi się technika kładzenia farb i to, że właściwie można się było tego malarstwa nauczyć z filmików instruktażowych. W szkołach chińskich jednym z przedmiotów jest kaligrafia. I to pod tym kątem dzieci uczą się pięknego pisma, ale i malowania, które można krok po kroku wykonać samodzielnie, wzorując się na nauczycielu. Zapragnęłam tego spróbować…
7. LOOSING SKETCHING
Od pewnego czasu zaczęłam przeszukiwać YouTube w poszukiwaniu ciekawych inspiracji. Znalazłam wiele filmików z malarstwem chińskim, ale także inne ciekawe techniki. Moją uwagę przykuło łączenie farb akwarelowych z czarnymi cienkopisami, które nadawały tym malunkom wyrazistego charakteru. Chciałam spróbować, ale bałam się. Wtedy trafiłam na jednego artystę, który malował techniką zwaną w języku angielskim „loosing sketchnig” — co tłumaczę sobie jako „luźne szkicowanie”. Wykonywał najpierw podkład akwarelą, a potem pod wpływem wrażeń szkicował czarnym cienkopisem przestrzeń. Bazował na zdjęciach architektury.
Czy podobało mi się to, co malował? Bardzo spodobała mi się ta technika chwilowych wrażeń. Luźne, swobodne i wrażeniowe podejście do sztuki, jako do sposobu wyrażania samego siebie. To jak widzę świat, do czego przykuwam uwagę, co mi się podoba, jak chcę oddać daną formę… Świat to nie jest prosto od linijki wyrysowana kratownica w oknie, czy równo narysowane prostokąciki tworzące murek ze zdjęcia. Sztuka nie może być sztywna i natarczywie perfekcyjna. Od takiej sztuki mnie mdli. A kiedy patrzę na zimne, suche kolory, którymi niektórzy malują, wyciskając te płaskie kolory z tubki prosto na pędzel… Aż chce się powiedzieć: Och! Proszę, nie róbcie tego!
Sztuka to chwila, wrażenie, sztuka to indywidualne postrzeganie rzeczywistości. I to tak bardzo, że nikt nie będzie w stanie wykonać danej pracy tak, jak ty. Choćby się wzorował na twojej technice i starał ci się dorównać. Stworzysz następne dzieła, które będą kolejnym, nowym sposobem wyrazu twoich emocji, charakteru, przeżyć, twojej wrażliwości. To będziesz ty, a nie zimne, sztywno wymalowane obrazki, które może skopiować każdy.
8. Szkoła plastyczna
Cofnijmy się na chwilę do czasów mojej nastoletniej młodości, kiedy chodziłam do liceum plastycznego. Czy jakieś prace zachowały się z tego czasu? Gdzieś mam kilka dużych malunków z martwą naturą. Nigdy nie lubiłam farb. Wolałam czarno-białe szkice. Dlaczego więc nagle zachciało mi się malować akwarelą? Może Bóg to wie?
Nie mniej jednak to z tego okresu wyniosłam ważną naukę: że kolory przed położeniem na kartkę należy wymieszać na palecie. Jeśli zmiksujesz choćby dwa kolory z tubki, na przykład dwa zielone, gwarantuję, że twój zielony nabierze żywego odcienia, który zmieni cały obraz. Pamiętam, że malowałam mając do dyspozycji tylko podstawowe kolory: czarny, biały, żółty, niebieski i czerwony. Z tych barw dało się zrobić każdy kolor. Znając zasady mieszania kolorów, mogłam zrobić dowolny kolor, jaki chciałam.
Dziś stosuję tą technikę, mając do dyspozycji trochę więcej kolorowych tubek gwaszy i kostek akwareli. Ale lekcja z przeszłości wpłynęła na to, co robię teraz. Miksuję kolory, skaczę po technikach, formatach. Skakałam też po tematach, ale to pewnego dnia skończyło się. Boska ręka poprowadziła mnie na drogę, której początkowo się opierałam.