E-book
26.3
drukowana A5
58.89
Romeo i Julia współcześnie czyli odwrócona Werona

Bezpłatny fragment - Romeo i Julia współcześnie czyli odwrócona Werona


Objętość:
198 str.
ISBN:
978-83-8467-872-5
E-book
za 26.3
drukowana A5
za 58.89

Rozdział 1

Powrót do domu (Pericles)

Był ciepły, letni poranek. Słońce muskało delikatnie każdy zakątek naszej pięknej okolicy. Dla mnie był to jednak również dzień wielkiej radości.

Moja jedyna córka, Juliette miała dziś, po sześciu długich latach najpierw nauki w szkole średniej a potem studiowania za granicą, wrócić w końcu do domu. Cieszyłem się z tego, ponieważ miałem ze swoją córką bardzo silną więź, tym silniejszą, że wychowywałem ją samotnie, byłem wdowcem. Matka Juliette zmarła w wypadku komunikacyjnym, gdy nasza córka miała osiem lat… Dalej nosiłem obrączki, na palcu swoją zaś na szyi na łańcuszku tę należącą do niej… A potem, w wieku piętnastu lat Juliette wyjechała do Werony do szkoły z internatem a potem została tam również na studiach.

Przez te sześć lat zdążyłem się więc za nią stęsknić przeokropnie.

Czym prędzej więc udałem się na peron, aby oczekiwać pociągu, którym moja córka miała wrócić do domu. Kiedy już tam byłem moje oczekiwanie dłużyło mi się strasznie. Zastanawiałem się też jak bardzo moja kochana dziewczynka zmieniła się przez tak długi czas naszej rozłąki.

W końcu pociąg raczył pojawić się na peronie. Teraz czekałem już tylko na to, aż zobaczę w końcu znajomą twarz. Stało się to kilka minut później. Nagle bowiem usłyszałem nawoływanie

— Tato!

Obróciłem się w tamtą stronę i dostrzegłem...szczupłą, wysoką, piękną, atrakcyjną, dwudziestojednoletnią kobietę o długich do połowy pleców blond włosach zaplecionych w piękny warkocz oraz szarych oczach...To właśnie była moja Juliette, jednak wyglądała tak bardzo inaczej niż te sześć lat wcześniej…

Czym prędzej podbiegłem przytulić córkę. Kiedy już miałem ją w swoich ramionach to powiedziałem do niej

— Juliette, kochanie! W końcu jesteś w domu. Wyglądasz tak bardzo inaczej! Tak bardzo mi wypiękniałaś przez te sześć lat… Tak się cieszę, że wróciłaś.

— Ja też! Tak bardzo za tobą tęskniłam, tato.‒ powiedziała do mnie córka.

— Nie mogę uwierzyć, że minęło sześć lat, odkąd się widzieliśmy.

— Tak, wiem, tatusiu. Też mam wrażenie, jakbyś ledwo co wczoraj odprowadzał mnie na ten peron.

— Nawet nie wiesz, jak bardzo Jestem bardzo dumny ze wszystkiego, co osiągnęłaś.

— Dziękuję, tatusiu. Nie było łatwo. Jak dobrze być znowu w domu.

— Chodźmy do domu, dobrze? Mamy dużo do nadrobienia. Musisz opowiedzieć mi o wszystkim, co się u Ciebie działo przez te sześć lat.

— Oczywiście. nie mogę się doczekać!

Wyruszyliśmy więc z peronu do naszego domu, w międzyczasie rozmawiając. Zagadnąłem córkę z uśmiechem

— Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt zmęczona po podróży, kochanie. Mam dla ciebie mały prezent z okazji twojego powrotu.

— Och, Wiesz, że nie musiałeś...Ale teraz wzbudziłeś moją ciekawość...Co to za prezent?

— Pozwoliłem sobie zorganizować dla ciebie małe przyjęcie powitalne dziś wieczorem.

— Przyjęcie? Kto tam będzie?

— Głównie najbliższa rodzina i kilku przyjaciół. Między innymi Mélissa, i jej syn Laurent.

— Tak bardzo za nimi tęskniłam. Tak się cieszę, że będę mogła odbudować naszą więź teraz, kiedy wróciłam. A powiedz mi, proszę, co nowego u nich słychać?

— Cóż, odkąd wyjechałaś niewiele się u nich zmieniło. Mélissa dalej prowadzi swoją małą cukiernię a Laurent skończył studia i w ciągu tygodnia pracuje jako grafik komputerowy a w weekendy pomaga w cukierni.

W końcu udało nam się dojść do domu. Juliette niemal natychmiast weszła, przebiegła przez chyba wszystkie pomieszczenia i… zagadnęła mnie

— Ale chyba jakiś remont tu był pod moją nieobecność, co, tato? Meble stoją inaczej niż to sobie zapamiętałam a i ściany wydają się być dopiero co odmalowane.

— Tak, kwiatuszku. Szczerze mówiąc podczas tych sześciu lat w pewnym momencie pozwoliłem sobie na małą rearanżację naszych wnętrz. Ale jedno pomieszczenie zostawiłem nietknięte.

— Które?

— Twój pokój oczywiście. Nie odważyłem się zmieniać w nim czegokolwiek bez twojej zgody.

Córka natychmiast pognała do swojego pokoju aby sprawdzić, czy aby na serio mówię. I…

— WOW. Nic a nic się nie zmieniło.

Usiedliśmy oboje na łóżku mojej córki i kontynuowaliśmy rozmowę.

— Nie mogę się doczekać ponownego spotkania wszystkich moich bliskich.

— Ja też, moja droga. Mélissa będzie prawdopodobnie zaskoczona, widząc, jak bardzo urosłaś i zmieniłaś się w ciągu sześciu lat.

— Myślisz, że Laurent będzie w stanie mnie rozpoznać?

— Myślę, że może mieć z tym pewne trudności. Ale z drugiej strony ty też możesz go z początku nie rozpoznać, ponieważ też dorósł i się zmienił.

— I pewnie nieźle wyprzystojniał… — dorzuciła moja córka szeptem.

— Hej… Słyszałem to.‒ powiedziałem, po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Następnie wróciliśmy do tematu pomieszkiwania mojej córki w Weronie, jej wrażeń z pobytu tam i tym podobnych. Juliette miała naprawdę wiele ciekawych historii do opowiedzenia.

Powiedziała, iż chętnie podzieli się większą ilością szczegółów ze mną i naszymi gośćmi podczas wieczornego przyjęcia. Po chwili spytała mnie

— A u ciebie w życiu coś się zmieniło podczas tych sześciu lat, tato? Zawodowo? Uczuciowo?

— Nie bardzo. Zawodowo cały czas radziłem i radzę sobie bardzo dobrze. Przez te sześć lat miałem całkiem dużo klientów i całkiem dużo nieźle płatnych zleceń.

— Nie dziwi mnie to absolutnie, bo przecież mój kochany tatuś jest absolutnie najlepszym architektem w całym naszym mieście! — powiedziała wesoło moja córka. Uśmiechnąłem się na te słowa. Po chwili córka spojrzała na mnie zaciekawiona i ponowiła drugą część swojego pytania

— A uczuciowo? Coś się zmieniło?

— Eh...Nie. Nie zmieniło i dobrze wiesz, że się nie zmieni. Kiedy zostałem wdowcem po śmierci twojej mamy trzynaście lat temu obiecałem sobie, że już nigdy z nikim się nie zwiążę, i zamierzam się tego trzymać do końca swoich dni.

— A nie czujesz się przez to samotny? Znaczy oczywiście wiem, że masz mnie, ale...Kiedy wyjechałam sześć lat temu do szkoły… zostałeś prawie sam...Nie czułeś się osamotniony?

— Nie… Miałem towarzystwo Melissy i Laurenta, a poza tym miałem dużo pracy.

Podczas naszej rozmowy nadeszła już taka godzina, że postanowiliśmy zacząć się szykować na wieczorne przyjęcie. Podczas owych przygotowań dalej gawędziliśmy. Nagle córka zapytała mnie

— Tato, a powiedz, bo może wiesz coś na ten temat...Czy Laurek ma może dziewczynę?

— Cóż, przez krótki czas miał kogoś. Ale jak się okazało, chyba nie byli sobie przeznaczeni. Zakończyli swój związek kilka tygodni po jego rozpoczęciu.

— Ach..przykro mi to słyszeć.

— Nie martw się, kochanie. Ale wiesz...Laurent też często pytał mnie, czy znalazłaś kogoś w Weronie, czy masz chłopaka.

— Cóż, tato, jeśli sobie kogoś znajdę to na pewno dowiesz się pierwszy.

Na tę uwagę zaśmialiśmy się oboje po czym kontynuowaliśmy przygotowania do wieczornego świętowania. I kiedy tylko skończyliśmy, około godziny szóstej wieczorem, rozległo się pukanie do drzwi, co oznaczało, że właśnie przybyli pierwsi goście.

Rozdział 2

Spotkanie po latach(Juliette)

Przyjęcie powitalne, które urządził dla mnie Tata właśnie się zaczynało. Choć co do jednego to mnie ojczulek okłamał. To miało być „małe” przyjęcie… A tatulek jak się okazało sprosił na nie pół miasta.

Nie miałam mu tego jednak za złe. Wiem, że wiedział jak bardzo stęskniłam się za rodzinnymi stronami, a z całkiem dużą ilością ludzi byłam zaprzyjaźniona. Chodziłam więc od jednego do drugiego zakątka salonu, aby ze wszystkimi się powitać jak należy i zamienić chociaż parę zdań po sześciu długich latach rozłąki.

Nie ukrywam, szczególnie cieszyła mnie obecność dwójki gości, których szczególnie wypatrywałam w tłumie. Nagle… udało mi się to! Wypatrzyłam w tym wielkim tłumie stłoczonym w naszym salonie znajome zielone tęczówki. Podeszłam więc.

I, tak jak liczyłam, stała tam kobieta. Nieco starsza od taty wysoka kobieta o przeciętnej sylwetce, czarnych włosach i zielonych oczach. Ciocia Mélissa.

Ona chyba też mnie zauważyła, bo szybko podeszła do mnie wołając

— Juliette, to naprawdę ty? No choć uściskaj no mnie. Na jaką śliczną młoda kobietę wyrosłaś! Tak się cieszę, że cię widzę!

Podeszłam więc do starszej kobiety, uściskałam serdecznie i powiedziałam

— Ciociu! Też cieszę się ogromnie, że Cię widzę… W ogóle cieszę się, że znowu jestem tutaj z Wami w domu. Porozmawiałyśmy chwilę, aż w końcu spytałam

— Ciociu kochana, a jest z tobą może Laurent?

— O jejku, jasne. Stoi tam. — To powiedziawszy kobieta wskazała na miejsce w salonie nieco dalej. Naprawdę stał tam wysoki, wysportowany, przystojny brunet o zielonych oczach. Ale...Czy to był naprawdę on? Czy to był naprawdę Laurek?

Zaryzykowałam. Podeszłam, dotknęłam bruneta po ramieniu i odezwałam się

— Laurent?

Spojrzał na mnie tymi swoimi głęboko zielonymi tęczówkami. Po chwili ciszy powiedział niepewnie

— Juliette...To...to naprawdę ty?

— No a kto, głuptasie?! — spytałam trącając starego kumpla w ramię.

Na to oboje się zaśmialiśmy. Mój kumpel stwierdził tylko

— Oj, wiesz, sześć lat się nie widzieliśmy… zmieniłaś się przez ten czas, gdyby nie twój głos to bym cię nie poznał.

— Dobra, dobra...Gadaj lepiej co tam u ciebie? Co się zmieniło przez te sześć lat?

— Pfff...Niewiele jak mam być szczery. Skończyłem studia, w tygodniu jestem grafikiem komputerowym w lokalnej firmie, wiesz, której. A w weekendy mamie w cukierni pomagam.

— Tak, tata mi już wspominał. A powiedz mi...Masz kogoś?

— O tym pewnie też wujek Pericles Ci wspominał. Przez jakiś czas kogoś miałem, ale to się szybko skończyło. Po prostu to nie było to… A ty?

— Nie...Moje życie uczuciowe też po staremu, nikogo nie mam, w Weronie nie miałam. — odparłam. Po chwili otworzyłam buzię w celu zadania kolejnego pytania, jednak zawahałam się lekko, zanim faktycznie je zadałam. Lekko drżącym głosem spytałam — a jak tam twoja mama? Ma kogoś?

— A gdzie tam. Odkąd mój tata zmarł dwadzieścia lat temu z powodu udaru to mama cały czas albo siedzi w cukierni albo ze mną...No albo z twoim tatą. Chociaż głównie w cukierni bo jakoś koniec z końcem trzeba wiązać co nie jest dla niej łatwe. — odpowiedział mi przyjaciel. Po chwili odpłacił mi się podobnym pytaniem — a jak tam twój tata? Ma kogoś?

— Eh, nie. Też, od kiedy mama zginęła w tym tragicznym wypadku trzynaście lat temu to też albo pracował albo siedział ze mną a o nowym związku ani nie myśli. Kiedy wyjechałam to bardzo się bałam, że będzie czuł się bardzo samotny przez te sześć lat. Ale powiedział mi, że wy, to znaczy ty i twoja mama, dotrzymaliście mu towarzystwa. Dzięki wielkie za to…

— Pfff...Nie ma za co. Słuchaj...Może wyjdziemy do ogrodu. Przewietrzymy się i pogadamy w cztery oczy.

— Jasne, z chęcią.

Tak też więc się stało. Zmyliśmy się dyskretnie z całego towarzystwa i udaliśmy się do ogrodu. Noc była ładna, ciepła i pogodna. Chodziliśmy tak jakiś dłuższy czas rozmawiając na różne tematy i przypominając sobie wspólnie spędzone dzieciństwo. W końcu, sami nie do końca wiedzieliśmy kiedy, zawędrowaliśmy do najodleglejszego, najbardziej zacienionego przez drzewa kąta ogrodu. Spacerowaliśmy tak w cieniu cyprysów i innych roślin, gawędząc.

W końcu jednak stanęliśmy pod jednym z bardziej rozłożystych drzew w ogrodzie i...sami nawet nie wiedząc, dlaczego, pocałowaliśmy się. Trwało to dosłownie chwilę i zaraz potem oboje zawstydzeni odsunęliśmy się od siebie. Spojrzeliśmy na siebie jakby chyba jeszcze nie do końca świadomi, co się właśnie stało. Między nami trwała cisza. Jednak Laurent szybko przerwał ją mówiąc

— Ech...Chyba oboje wiemy, co to znaczy, prawda?

Przytaknęłam. Po chwili dodałam

— Ale dla całej naszej czwórki najlepiej będzie jak nikt się nigdy o tym nie dowie.

— Też jestem tego zdania. — rzucił szybko zielonooki.

Wróciliśmy do reszty towarzystwa w salonie i staraliśmy się zachowywać względnie normalnie. W końcu przyjęcie zakończyło się.

Kolejne dni mijały względnie spokojnym, stałym, dobrze mi znanym rytmem. Do czasu.

— Wszystko w porządku, księżniczko? Jak po przyjęciu?

— Hm? A...Dobrze, tato. Wszystko w najlepszym porządku, to przyjęcie powitalne było po prostu fenomenalne. — powiedziałam do taty wyrwana z rozmyślań,

— A po rozmowie z Laurentem wszystko okej? Bo wydajesz się jakaś taka nieobecna. Coś poszło inaczej, niż chciałaś?

— Nie, nie. Oczywiście, że nie. Po rozmowie z Laurentem też wszystko okej. Pogadaliśmy, powspominaliśmy, pośmialiśmy się. Wszystko super. Jestem jeszcze tylko trochę zmęczona i oszołomiona powrotem tutaj po tak długim czasie. Muszę się na nowo przyzwyczaić, pewnie za kilka dni mi minie. — powiedziałam szybko, bez ładu i składu, ale tata chyba uwierzył. Po chwili powiedział

— W porządku, moja gwiazdko. Ale pamiętaj, że gdybyś chciała o czymś pogadać to jestem tu dla ciebie, zresztą jak zwykle.

— Wiem tato. Pamiętam. Dziękuję. Jeśli będę potrzebować to na pewno przyjdę… — odpowiedziałam uśmiechając się mimo wszystko szczerze po czym powiedziałam — Wiesz, te kilka dni temu zupełnie z głowy mi to wypadło, poza tym po tym twoim wybitnym powitaniu nie miałam ani czasu ani energii, ale dziś wieczorem muszę iść na cmentarz…

— Na grób mamy?

Przytaknęłam, bo taki właśnie był mój plan.

— W porządku. W sumie masz rację, że chcesz iść.

Czas do wieczora zleciał bardzo szybko. Tak jak powiedziałam tacie, poszłam na grób mamy. Była to niewielka, kamienna mogiłka, na której wyryte było jedynie imię- Arabella.

Położyłam przed grobem wiązankę ulubionych kwiatów mamy- niebieskich frezji. Już miałam odejść w swoją stronę i zająć się innymi swoimi sprawami, gdy nagle niedaleko grobu przeleciał...motyl. Dokładnie był to Latolistek cytrynek.

Poznałam to po tym, że skrzydło przednie było z charakterystycznym, zaostrzonym wierzchołkiem, skrzydło tylne z niewielkim ząbkiem. Był to samiec, bo miał cytrynowożółte skrzydła a właśnie takie miały samce tego gatunku, natomiast skrzydła samic zawsze są zielonkawobiałe. Na skrzydłach stworzenia znajdowały się charakterystyczne pomarańczowe punkty.

I nie było by może nic dziwnego w tym, że ów motyl przeleciał nad grobem...Ale było to o tyle ciekawe, że był to ulubiony motyl mamy i tata zawsze powtarzał, że było to jej „Zwierzę duchowe”. A więc to, że tu przyleciał to nie mógł być przypadek.

Po wyjściu z cmentarza nie zamierzałam jednak wracać od razu do domu. Zamierzałam spotkać się z Laurentem. Spotkaliśmy się w parku niedaleko cmentarza. To właśnie na tym spotkaniu oficjalnie wyznaliśmy sobie miłość. Jednak ustaliliśmy też, że dla dobra przyjaźni naszych rodziców to wszystko nigdy nie wyjdzie na jaw.

Rozdział 3

Rozdzieleni?(Laurent)

Mój związek z Juliette rozwijał się w największej tajemnicy już od miesiąca. Oboje bardzo się pilnowaliśmy, aby to wszystko się nie wydało. Jednocześnie oboje bardzo baliśmy się tego, że w końcu popełnimy tragiczny w skutkach błąd.

Pewnego dnia, na kilka dni przed naszą kolejną tajemną schadzką, postanowiłem nieco wykazać się talentem literackim oraz romantycznością i napisać dla Juliette list miłosny, w którym zawarłbym to jak bardzo ważna dla mnie jest. W końcu zacząłem pisać. Po kolejnych kilku godzinach trzymałem w rękach list idealny, który brzmiał

„Juliette,

Nie ma słów, które mogłyby opisać, jak bardzo jesteś mi bliska.

Kiedy patrzę w twoje oczy, czuję, że cały świat staje się bezpiecznym i ciepłym miejscem.

Wszystko, co widzę, słyszę i czuję, jest dla mnie bezcennym darem.

Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

Jak mogę się pocieszyć, kiedy jesteś tak daleko?

Kocham cię, Juliette.”

Kiedy już skończyłem pisać ów list to włożyłem go do koperty w kolorze fioletowym, był to ulubiony kolor Juliette, i przywiązałem do koperty fioletową magnolię, kwiat którego zapach kojarzył mi się z ukochaną. Juliette kochała Magnolię i jej ulubione perfumy pachniały właśnie jak te kwiaty. Po chwili uświadomiłem sobie, że muszę coś załatwić w mieście.

Wyszedłem więc z domu z lekkim sercem, czułem się lepiej niż od dłuższego czasu. Krótki spacer po miasteczku miał mi również pomóc zrelaksować się i oderwać od codziennego stresu. Ale gdy wróciłem do domu, moja mama starała się utrzymać opanowanie, jednak było widać, że jest wściekła. W ręku trzymała mój list miłosny…

„OŻESZ… STARY, ŻEŚ SE BIEDY NAPYTAŁ…” Pomyślałem sobie. I tak właśnie było, bo mama już od progu odezwała się niezbyt sympatycznym tonem

— Kawalerze! Musimy porozmawiać. Masz problemy!

Już doskonale wiedziałem, co to zwiastuje, czekałem jednak pokornie na dalszy rozwój sytuacji… Mama po chwili pokazała mi mój list i spytała

— Kawalerze, co to za list? Znalazłam go na twoim łóżku, gdy wyszedłeś z domu…

Pomiędzy nami zaległa cisza, nieprzyjemna cisza. Trwała kilkanaście minut, aż w końcu mama zniknęła gdzieś w innym pomieszczeniu. Wiedziałem, że to jeszcze nie koniec moich problemów na dzień dzisiejszy ale postanowiłem wykorzystać ten moment i jeszcze na chwilę się zmyć.

Chciałem pójść na cmentarz, na grób ojca, aby znaleźć rozwiązanie tej patowej sytuacji. Tak też zrobiłem.

Kiedy się tam znalazłem to natychmiast poszedłem w odpowiednią alejkę. Był tam mały, stary choć bardzo zadbany grób. Widniało na nim tylko imię-Eleazar. Patrzyłem chwilę na ową mogiłkę. Nie pamiętałem ojca. Zmarł, gdy miałem trzy lata. Nie wiedziałem więc, czy byłby dumny z tego, kim się stałem… z mojego związku z Juliette. Chciałem w to wierzyć, ale pewności mieć nie mogłem.

Już miałem opuszczać Nekropolię, gdy nagle, niedaleko grobu mojego ojca, pojawił się… królik. Przebiegł dosłownie kilka kroków, ale spostrzegłem go kątem oka. Było to ciekawe, bo według mamy duchowym zwierzęciem taty był właśnie królik...Czyżbym więc właśnie dostawał znak z zaświatów?

Jakkolwiek by nie było to wiedziałem, że nadszedł czas aby wrócić do domu… i skonfrontować się z mamą… i nie tylko z nią. Wróciłem tam jednak nad wyraz spokojny. Kiedy to zrobiłem to mama, dalej wybitnie niezadowolona, powiedziała

— Idziemy.

Nie dyskutowałem. Co więcej, doskonale wiedziałem, gdzie ona teraz chce iść… i jak to się skończy. Nawet nie tyle „jak to się może skończyć” bo wiedziałem na sto procent, jak się skończy…

W końcu...Doszliśmy. Pod dom Juliette i jej taty. Stali tam oboje.

Pericles wyraźnie poddenerwowany, Juliette wyraźnie zasmucona. Pericles bez słowa wskazał mnie i mamie abyśmy weszli...To nie zwiastowało niczego dobrego. Nie mogło…

Jedyną nieobecną podczas tego spotkania osobą była Juliette, która zaraz po naszym wejściu momentalnie zniknęła, zresztą byłem pewien, że to jej ojciec kazał jej wracać do swojego pokoju… Zresztą niedługo później również i ja zostałem wygoniony do innego pokoju. Ale to nie miało znaczenia, bo wiedziałem dokładnie, o czym moja mama będzie rozmawiać z Periclesem. Chcieli rozdzielić mnie i Juliette, byłem tego więcej niż pewien.

Okazało się, że miałem siedzieć zamknięty na klucz w pokoju, który był tuż naprzeciw pokoju Juliette. Siedziałem tak kilka godzin. W końcu jednak do pomieszczenia weszła moja mama, która stwierdziła chłodno, że idziemy do domu.

Nie dyskutowałem...Ale to nie oznaczało, że się na to zgadzałem. Po prostu miałem już w głowie pewien plan.

Wróciliśmy więc do domu.

Ja posłusznie słuchałem tyrady mamy. Zgadywałem, że Juliette musi teraz wysłuchiwać podobnej tyrady z ust Periclesa. Jednak mnie to nie zniechęciło.

Czekałem cierpliwie, aż nadejdzie noc. Kiedy ta w końcu nadeszła, a moja mama poszła spać, mogłem się wymknąć. Wyskoczyłem więc przez okno swojego pokoju w pobliskie krzaki i pognałem… w kierunku cmentarza.

Kiedy już się tam znalazłem to okazało się, że Juliette też już tam była.

— Juliette, najdroższa! Tobie też się udało?

— Tak. Na szczęście, ale...bardzo boję się o to, co się stanie, jeśli jutro nas znajdą.

— Nie znajdą… Słuchaj… Wiem, że to szalony pomysł, ale jeśli chcemy być szczęśliwi nie możemy tutaj zostać… Ucieknijmy razem.

— Gdzie? Przecież wszędzie nas będą szukać i w końcu na pewno znajdą…

— Na pewno nie wszędzie… Ucieknijmy do Werony… Zanim się zorientują my już się ukryjemy, nigdy nas nie znajdą.

Juliette wahała się chwilę, jednak kiedy zapewniłem ją, iż ja mam pieniądze aby zacząć w Weronie całkiem nowe życie, zgodziła się. Pod osłoną nocy pognaliśmy więc na dworzec.

Ja kupiłem bilety. Nasza podróż ku nowemu życiu miała trwać prawie siedemnaście godzin. Do tego czasu nasi rodzice na pewno już zdążą się zorientować co do naszej ucieczki...Ale będzie już zbyt późno.

W końcu nadjechał nasz pociąg mający nas zawieźć do upragnionej wolności. Wsiedliśmy czym prędzej i… Odjechaliśmy. Zostawiając za sobą całe poprzednie życie.

Podróż pociągiem z naszego miasteczka do Werony minęła w miarę bezproblemowo. Kiedy w końcu tam dotarliśmy to Juliette przejęła pałeczkę. Chwyciła mnie za rękę i gdzieś prowadząc powiedziała

— Ok...Skoro mamy tu zostać na zawsze, a póki co nie mamy domu, to chodźmy. Wiem, gdzie możemy się zatrzymać. Moja przyjaciółka Francesca na pewno nas przyjmie. Poznałyśmy się, gdy zaczęłam naukę tutaj sześć lat temu.

Postąpiłem więc zgodnie z prośbą ukochanej. W końcu udało nam się dojść pod jakąś starą kamieniczkę.

Juliette zapukała do drzwi, a już po chwili na przywitanie wyszła nam dziewczyna, rówieśniczka Juliette, zapewne wspomniana przez moją ukochaną Francesca. Miała ciemne brązowe włosy i oczy, opaloną karnację i mocne rysy twarzy. Była też wysoka i szczupła. Nosiła stylowe włoskie ubrania: eleganckie suknie, płaszcze, szale i akcesoria.

Dziewczęta przywitały się, Juliette przedstawiła nas sobie z Francescą. Następnie moja ukochana streściła swojej przyjaciółce powód naszej nagłej wizyty. O dziwo druga młoda kobieta zgodziła się od razu przyjąć nas pod swój dach póki nie znajdziemy tutaj czegoś swojego.

Zarówno ja i Juliette byliśmy Francesce niezmiernie za to wszystko wdzięczni. Jednak oczywiście nie zamierzaliśmy być na jej garnuszku do końca życia. Ja planowałem znaleźć sobie pracę w zawodzie tutaj w Weronie najszybciej jak to byłoby tylko możliwe.

Juliette zresztą jak ją znałem to na pewno też nie planowała próżnować i też szybko chciała znaleźć sobie jakieś źródło zarobku.

Jednak chwilowo Francesca odesłała nas na odpoczynek do pokojów w swoim domu. My chętnie z tego skorzystaliśmy, bowiem byliśmy absolutnie wykończeni po podróży, którą odbyliśmy. Mnie zastanawiało tylko, jak zareagują nasi rodzice, kiedy zorientują się, że nas nie ma…

Tymczasem nasz pierwszy dzień w Weronie przebiegał bez większych zakłóceń.

Oczywiście aby zatrzeć za sobą wszystkie ślady zarówno Ja jak i Juliette wyjęliśmy ze swoich telefonów karty Sim, aby nie można było ich zlokalizować.

Od teraz byliśmy zdani oprócz Francesci, już tylko na siebie nawzajem. Byliśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. I to nam odpowiadało.

Rozdział 4

Jak naprawić błąd?(Melissa)

Nazajutrz rano, gdy wstałam i poszłam sprawdzić, jak miewa się Laurent, porozmawiać z nim o tym, co się wczoraj stało oraz dlaczego ja i Pericles podjęliśmy taką a nie inną decyzję, zdziwiłam się bardzo, bo...mojego syna nigdzie nie było! W jego pokoju było za to otwarte okno, co mogło oznaczać tylko jedno...postanowił uciec. A to również oznaczało jedno...Jeśli moje własne dziecko ode mnie uciekło to mimo najlepszych chęci wcale nie spisałam się dobrze jako samotna matka, ani w ogóle jako matka.

Niedługo później zadzwonił do mnie Pericles. Okazało się, że Juliette również nie ma w domu, najprawdopodobniej też uciekła. Musieli więc uciec razem.

Pericles nie był absolutnie zadowolony z tego powodu. Ja zaś byłam smutna i… zła. Już nie na Laurenta. Na siebie, że w ogóle nie brałam pod uwagę jego potrzeb. Może coś przeoczyłam?

Zaczęłam się również bać, że przez to, co się stało mogę stracić na zawszę więź łącząca mnie z moim jedynym dzieckiem...Nie chciałam tego. Nie mogłam więc tak tego zostawić, ale...nie wiedziałam też, co robić, gdzie szukać. Nie miałam pojęcia, dokąd Laurent i Juliette mogli się udać.

Tak mijały godziny które zamieniały się w dni, dni, które z kolei zamieniały się w tygodnie.

Pericles nie szukał swojej córki. Dalej wydawał się być na nią wściekły. Ja zaś powoli zapominałam o wściekłości, po prostu zaczynałam się martwić, zarówno o swoje jedyne dziecko jak i o córkę przyjaciela. Teraz chciałam po prostu tego, aby oboje znaleźli się i wrócili do nas cali i zdrowi.

Nawet nie spodziewałam się, że nam wybaczą, chciałam po prostu, aby przy nas byli.

(Laurent)

Od kilku tygodni razem z Juliette żyliśmy w Weronie, póki co dalej jako goście u Francesci, ale nasze życie jednak jakoś płynęło. Z rodzicami nawet nie chcieliśmy się kontaktować, nie było nam to potrzebne do szczęścia, a w zasadzie oni tylko stali na drodze do tego właśnie szczęścia. A skoro nie potrafili zaakceptować tego, że ja i Juliette byliśmy razem szczęśliwi to my się o kontakt z nimi nie zamierzaliśmy upraszać.

Ten stan rzeczy nie zmienił się również po kolejnych kilku tygodniach, choć zmieniło się wtedy coś innego. Okazało się bowiem, że ja i Juliette oczekujemy dziecka! Z jednej strony cieszyło nas to bardzo, jednak teraz byliśmy już niemal pewni, że nigdy nie będziemy mogli wrócić do domu, bo jeśli rodzice dowiedzą się o ciąży Juliette, to to będzie już definitywny koniec.

(Mélissa)

Minęło kolejne kilka dni, Pericles dalej wyglądał, jakby nie interesowały go losy jego jedynego dziecka. Ja jednak w końcu wpadłam na trop, że skoro Juliette przez sześć ostatnich lat uczyła się w Weronie to właśnie tam mogła uciec z Laurentem. Planowałam więc właśnie tam się udać. Próbowałam namówić Periclesa, aby jechał ze mną, on jednak nie chciał w ogóle o żadnym wyjeździe słyszeć. Zostałam więc zmuszona do tego, aby jechać w pojedynkę i próbować pogodzić się z synem a także z Juliette.

Podróż miała zająć mi kilkanaście godzin. Jednak jeśli w jej wyniku miałam pogodzić się z synem to była tego absolutnie warta. W końcu udało mi się znaleźć w słynnym włoskim miasteczku.

Teraz więc pozostawało mi znaleźć miejsce, w którym mogli zatrzymać się Juliette i Laurent. To mogło być trudne, Werona bowiem była miastem o powierzchni liczącej sobie aż 140,8 km². W końcu jednak uświadomiłam sobie, że nawet jeśli Laurent zdołał wziąć ze sobą jakieś pieniądze z domu to z pewnością starczyło im zaledwie na bilety, większych sum bowiem Laurent ani ja w portfelach nigdy nie nosiliśmy.

Musieli się więc zatrzymać gdzieś, gdzie nie musieliby płacić za nocleg, najprędzej u jakiegoś znajomego Juliette, którego poznała przez sześć lat nauki tutaj. To jednak dalej dawało dwie szkoły, zarówno szkołę średnią jak i uniwersytet, do których uczęszczała tutaj Juliette… A w dwóch szkołach mogły się przecież uczyć setki jak nie tysiące uczniów! Bałam się, że nigdy nie wpadnę na trop.

Nie pozostawało mi więc nic innego, jak tylko pukać od drzwi do drzwi i szukać w zasadzie po omacku. Telefon ani mojego syna ani Juliette nie odpowiadały ani na próbę połączenia ani na wiadomości tekstowe, nie mogłam też ich zlokalizować… Jakby w ogóle utraciły połączenie z siecią komórkową, dokładnie tak jakby zostały z nich wyjęte karty SIM.

To nie był dobry znak. Zakładałam, że Juliette i Laurent sami wyjęli karty ze swoich telefonów, bo chcieli się od nas odciąć na dobre, co jeszcze dobitniej uświadamiało mi, jak wielki błąd popełniłam jako matka...Byłam zawiedziona sama sobą. Laurent na pewno też był mną bardzo zawiedziony.

Podejrzewałam, że kiedy już w końcu ich znajdę to zwykłe „przepraszam” się nie obroni. Będę musiała bardzo się postarać, aby odzyskać ich zaufanie. No właśnie…”Kiedy już ich znajdę”, a póki co wcale mi się to nie udawało.

W końcu w efekcie pukania od drzwi do drzwi na kilku najpopularniejszych ulicach miasta natrafiłam na kilkudziesięciu uczniów szkoły, w której uczyła się także Juliette. U nich akurat jej nie było, ale jeden z nich powiedział mi, abym sprawdziła u niejakiej Francesci, nawet dał mi adres.

Pojawiłam się więc pod wskazanym adresem. Zapukałam do drzwi i...czekałam.

W końcu otworzyła mi pewna dziewczyna. Na tyle na ile mogłam z moją znajomością włoskiego wyjaśniłam jej, dlaczego tu jestem. Nie wyglądała na zadowoloną, więc paradoksalnie to musiał być dobry trop!

Próbowałam nalegać, aby mnie wpuściła i…W końcu tak się stało. Ale chwilę później ona… Zniknęła. To już nie był dobry znak.

Trochę bałam się tego, co może nastąpić dalej. Laurent i Juliette patrzyli na mnie nienawistnym wzrokiem, zresztą to rozumiałam. Westchnęłam więc ciężko i powiedziałam

— Eh… Słuchajcie. Wiem, jesteście na mnie wściekli, wiem. Sama na siebie jestem wściekła, wiem, popełniłam ogromny błąd, naprawdę go żałuję i chcę was za to wszystko bardzo, bardzo serdecznie przeprosić. Byłam zaślepiona...sama dokładnie nie wiem, czym, ale...to było złe. Wiem, że pewnie mi tego nie wybaczycie, sama sobie tego chyba nigdy nie wybaczę…

Laurent i Juliette słuchali mnie, dalej z niechęcią ale jednocześnie z jakąś taką uwagą. Kiedy skończyłam swoją wypowiedź to oboje tylko spojrzeli na siebie nawzajem a chwilę potem na mnie. Zastanawiałam się, czy jest to dobry znak czy wręcz przeciwnie…

Po chwili odezwał się do mnie mój syn

— Mamo, słychaj, okej, popełniłaś błąd, ale teraz umiałaś się do niego przyznać i za niego przeprosić, także zarówno Ja i Juliette Ci wybaczamy. Widzę, że jesteś bardzo zestresowana, nie jestem pewny, co dokładnie doprowadziło do twojej błędnej decyzji, ale nie chcę tego roztrząsać; to w tej chwili nie jest najważniejsze.

— Tak? Co takiego masz na myśli, synku? — spytałam zaciekawiona i jakaś dziwnie… spokojna. Myślałam, że cokolwiek by mi syn teraz nie powiedział to przyjmę to na siebie. W końcu więc Laurent spojrzał na Juliette, potem znów na mnie i rzekł

— No bo… Tak się dość ciekawie złożyło, że… Będziesz babcią.

Juliette na te słowa pokiwała tylko nieśmiało głową. A ja… Ucieszyłam się, nawet chyba bardziej niż myślałam. Podeszłam do nich, aby uściskać oboje. W moich oczach natychmiast pojawiły się łzy wzruszenia.

— Naprawdę? To...Wspaniale! I ja obiecuję, że pomimo...dość okropnego początku, postaram się być najlepszą babcią, jaką tylko mogę być.

— Wiemy. — powiedziała Juliette śmiejąc się radośnie.

Rozdział 5

Szczęśliwa rodzina?(Pericles)

Minęło kilka tygodni, odkąd nie widziałem córki. Mélissa pojechała do Werony, gdyż wydawało jej się, iż właśnie tam są Laurent i Juliette. Ja nie chciałem jechać, dalej targała mną wściekłość.

Bardzo byłem ciekaw, jakie wieści usłyszę od Melissy po jej powrocie. W końcu moja przyjaciółka wróciła z Werony. O dziwo Laurent i Juliette nie wrócili z nią.

— I jak? Dowiedziałaś się czegoś? — spytałem zaciekawiony.

— Cóż...Owszem...Ale nie wiem, czy będziesz zadowolony z zaistniałych okoliczności…

— Mówże!

— No cóż...Laurent i Juliette rzeczywiście są w Weronie… Zamieszkali tam u przyjaciółki Juliette a potem chcą tam na miejscu znaleźć coś swojego, nie chcą wracać tutaj. A…A my tak się złożyło, że zostaniemy dziadkami.

Ta ostatnia informacja całkiem wybiła mnie z rytmu, czułem jak krew zaczyna buzować w moich żyłach. Czym prędzej wróciłem do domu, zostawiając osłupiałą Melissę na peronie.

Kiedy już znalazłem się u siebie to chwyciłem za telefon w celu zadzwonienia do córki, bowiem Mélissa jakoś namówiła ich na to, aby ponownie włożyli w telefony karty SIM aby można było się z nimi skontaktować…

(Juliette)

Minęło kilka tygodni, moja ciąża nie była jeszcze jakoś mocno widoczna dla otoczenia, ale mnie zaczynała doskwierać coraz bardziej. Tego konkretnego dnia czułam się naprawdę okropnie. Na tyle okropnie, że kiedy rozdzwonił się mój telefon to z wielkim trudem wzięłam go do ręki i podniosłam, aby sprawdzić, kto dzwoni.

Okazało się, że to tata dzwonił… Ja nie miałam jednak siły odebrać.

(Pericles)

Juliette nie odebrała ode mnie telefonu. Zmartwiło mnie to bardzo. W mojej głowie zaczęły krążyć same czarne scenariusze.

Bałem się na przykład tego, że mojej córce coś się stało, że miała jakiś wypadek komunikacyjny… taki sam, w jakim lata temu umarła jej matka...Gdybym w ten sam sposób stracił także córkę to nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Próbowałem się do niej dobić jeszcze kilkukrotnie, ale bezskutecznie, co tylko pogłębiało moją frustrację. W końcu zapadła noc.

Córka dalej nie obierała, choć ja bardzo starałem się do niej dodzwonić. Choć sprawy dalej nie ułatwiał fakt, że… dalej byłem targany różnymi emocjami. Z jednej strony martwiłem się o córkę, a z drugiej strony jej ciąża… ja w ogóle nie byłem z jej powodu szczęśliwy.

Nie chciałem być dziadkiem, nie teraz… i nie w takich okolicznościach. Toteż myślałem, że kiedy wreszcie dodzwonię się do córki to spróbuję jej wyperswadować szybkie rozwiązanie całej tej sytuacji. Ona jednak dalej nie odbierała.

Tak minęło kilka kolejnych dni, podczas których nie rozmawiałem nawet z Melissą, bo nie rozumiałem jak ona mogła się cieszyć z tego, co się stało. Ona chciała być babcią… Ja jednak dalej nie myślałem o wnuku lub wnuczce w pozytywny sposób. Nawet nie wiem, czy chciałem o tym myśleć o tym w pozytywny sposób...albo w jakikolwiek sposób tak na dobrą sprawę.

Chciałem aby to wszystko okazało się po prostu snem, z którego zaraz się obudzę i wszystko wróci do starego porządku. Jednak z każdym kolejnym dniem przekonywałem się, że to jednak nie sen. Jednak byłem przekonany co do tego, że to co chcę zrobić, robię dla dobra Juliette.

W końcu po kilku kolejnych dniach udało mi się dodzwonić do córki. Jednak...nie dałem się jej odezwać, od razu ja zacząłem mówić

— Słuchaj, nie mogłem dłużej milczeć. Muszę ci coś powiedzieć, co jest naprawdę ważne. Chcę Ci pomóc… Wiesz, twoja ciąża jest dla mnie bardzo trudna… Nie chciałem być dziadkiem, nie teraz i nie w takich okolicznościach. Nie wiem, co mogę dla Ciebie zrobić, ale chcę Ci pomóc. Mam dla Ciebie propozycję…

Jednak nawet nie dokończyłem mówić, a Juliette, chyba domyślając się treści mojej propozycji, po prostu rozłączyła się. Spróbowałem połączyć się z nią jeszcze raz, ale bezskutecznie. Tego dnia próbowałem się do niej dodzwonić ponownie jeszcze kilka razy, ale bezskutecznie. Zresztą córka znowu przestała odbierać ode mnie telefony na kolejne kilkanaście dni.

Nic nie dawały moje próby kontaktu. Juliette była na nie jakby całkowicie głucha. A co więcej, Laurent i Mélissa dowiedzieli się o mojej propozycji… I byli na mnie wściekli. A ja kompletnie tej wściekłości nie rozumiałem. Przecież ja tylko chciałem jak najlepiej dla swojej córki. Ani ona ani Laurent nie byli absolutnie gotowi na dziecko!

Obawiałem się, że absolutnie nic nie polepszy sytuacji, w której wszyscy się znaleźliśmy. Z tej całej bezsilności postanowiłem wybrać się do jedynego miejsca, w którym czułem się dobrze, na grób swojej żony. Kiedy w końcu znalazłem się na cmentarzu na grobie żony mogłem oddać się w pełni przemyśleniom.

Myślałem o tej całej sytuacji, próbowałem spojrzeć na nią z wielu zupełnie różnych perspektyw, jakoś zrozumieć...Jednak nie mogłem. Miałem przeświadczenie, że mój punkt widzenia na to wszystko jest jedynym właściwym. I zastanawiałem się, czemu inni też nie chcą tak uznać.

Myślałem, że jeszcze jakoś ich przekonam...do czasu.

Rozdział 6

Co dalej? (Laurent)

Mijało kolejne kilka tygodni ciąży Juliette. W zasadzie był to już drugi trymestr. Osiemnasty tydzień.

Od kilku dni znaliśmy już płeć naszego dzieciątka. Miała być to dziewczynka. Ja, Juliette i moja mama długo zastanawialiśmy się nad imieniem dla małej, ale w końcu stanęło na Gracieli.

Pericles również został poinformowany o tym, że będzie miał wnuczkę oraz o tym, jakie imię dla niej wybraliśmy...Ale patrząc na to, jaką propozycję próbował złożyć Juliette kilka tygodni wcześniej, przekazaliśmy mu tę informację z wielką niechęcią. W zasadzie gdyby nie moja mama i jej nalegania to pewnie nie zrobilibyśmy tego w ogóle. A i on szczególnie zachwycony tym wszystkim nie był.

Liczyłem na to, że teraz już będziemy prowadzić spokojne życie. Być może Pericles postanowi się nawet od nas odciąć… W sumie jeśli tak będzie to tym lepiej dla nas. Na tę chwilę, ani ja, ani moja mama, ani tym bardziej Juliette nie chcieliśmy mieć z Periclesem nic wspólnego.

Moja mama powoli pomagała nam przygotowywać się na przywitanie na świecie maleństwa. Razem z Juliette kompletowały wyprawkę, a mnie mama pomogła urządzić pokój dla naszego maleństwa, bo to zdecydowanie była robota wymagająca kobiecej ręki. A i to była istotna zmiana, ów pokój był już bowiem w naszym własnym domu, który kupiliśmy sobie w Weronie niedaleko Francesci.

Moja mama chciała się chociaż trochę zrehabilitować po początkowych błędach, więc dołożyła się do naszych funduszy na ów domek. My tę pomoc przyjęliśmy. Wiedzieliśmy, że przynajmniej moja mama będzie chciała być zaangażowana w życie swojej pierworodnej wnuczki.

Żadne z nas nie spodziewało się, że cokolwiek może zakłócić ten sielankowy tryb życia. Minęło kilka dni. Tego konkretnego dnia Juliette miała jechać na badania aby sprawdzić, czy z nią i dzieckiem wszystko jest w porządku. Choć tego dnia zaniepokoiliśmy się, bo czuła się słabo, ona uparła się że chce jechać sama.

Pojechała, my zaś siedzieliśmy w domu jak na szpilkach. Bardzo długo nie wracała, zaczynałem się niepokoić.

— Eh...Czemu tak długo jej nie ma? — spytałem niby to mamy a niby to sam siebie, po chwili dodałem — A może z nią i dzieckiem jest coś nie w porządku?

— Uspokój się, synku. Gdyby okazało się, że dzieje się coś złego to Juliette na pewno by cię poinformowała.

— A jeśli nie? A jeśli stało się coś naprawdę bardzo złego?

— Nie sądzę, naprawdę. Bądźmy dobrej myśli.

Ciężko mi było być dobrej myśli, zwłaszcza, kiedy zadzwonił telefon. Nie był to jednak numer Juliette. Był to numer inny...dziwny. Mianowicie numer 118.

Po chwili zorientowałem się, że właśnie pod tym numerem we Włoszech funkcjonuje… pogotowie ratunkowe. Drżącą ręką odebrałem ten telefon. Wyszedłem z pomieszczenia, w którym siedziała moja mama, aby odbyć tę rozmowę w spokoju.

Po chwili wróciłem do mamy. Ona spojrzała na mnie zmartwionym wzrokiem. Nie zdążyła jednak zapytać, bo sam otworzyłem się przed nią

— Juliette miała wypadek komunikacyjny. Podobno jest w śpiączce, przetransportowali ją do szpitala. Nie wiadomo, co z dzieckiem… Podobno najbliższe kilka dni ma być decydujących.

Moja mama na tę wiadomość zalała się łzami. Ja zresztą też. Ale było w tym wszystkim coś jeszcze.

Niezależnie od wszystkiego również i Periclesowi było trzeba powiedzieć, co się wydarzyło. Mimo wszystkich ostatnich zdarzeń jednak był on ojcem Juliette, bardzo ją kochał i na pewno się o nią martwił. Ja i mama zastanawialiśmy się, które z nas ma to wziąć na siebie.

Stanęło na mnie. Wziąłem więc telefon do ręki i wybrałem numer do mężczyzny. Czekałem chwilę. W końcu odebrał dobrze mi znany męski głos

— Halo? Laurent? Co się stało, dlaczego dzwonisz?

— Eh… Mógłbym Ci powiedzieć, co się stało...Ale to absolutnie nie jest rozmowa na telefon...Proszę Cię, jeśli możesz to przyjedź proszę jak najszybciej do Werony. To jest naprawdę bardzo, bardzo ważne…

— No...Dobrze. Zgoda.

I tak, jak powiedział, tak też zrobił. Pojawił się w Weronie następnego dnia. Wyglądał na wyjątkowo zaniepokojonego.

— Gdzie Juliette? — spytał zaniepokojony, gdy tylko wszedł do naszego domu.

Ja więc, z dosyć ciężkim sercem, wyjaśniłem mu wszystko. Na jego reakcję nie musiałem wcale długo czekać. Po wysłuchaniu tego, co stało się z Juliette po prostu usiadł, schował twarz w dłoniach i...rozpłakał się.

W tej właśnie chwili dotarło do mnie, że znałem Periclesa odkąd byłem dzieckiem… A po raz pierwszy widziałem go płaczącego. Nie ukrywam, bolało mnie to. I pomimo tego, co kilka miesięcy temu próbował wyperswadować Juliette i mojej początkowej wściekłości na niego, gdy się o tym dowiedziałem to teraz zacząłem mu...współczuć.

Tak zwyczajnie, po ludzku. W końcu był tylko człowiekiem, miał różne swoje emocje… A Juliette była jego jedynym dzieckiem, które na pewno bał się stracić. Zostałby wtedy całkiem sam na świecie, owdowiały i bez jedynej córki.

W końcu przestał płakać. Jednak dalej był w dość nieciekawym stanie. Jednak to, co stało się później zaskoczyło mnie chyba mnie mniej.

Pericles bowiem wstał, podszedł do mnie i...przytulił mnie. Bez słowa. Od tak po prostu.

Miałem wrażenie, że w ten sposób próbuje mnie przeprosić, choć chyba to słowo nie mogło mu jeszcze przejść przez gardło.

Nie przeszkadzało mi to jednak wcale. Nie chciałem go pospieszać. Teraz i tak najważniejsza była Juliette.

Kolejnego dnia chciałem jechać do szpitala, bo być może byłoby już cokolwiek wiadomo o stanie jej i dziecka. I tak właśnie się stało. Nazajutrz z samego rana pojechałem, zaś moja mama i Pericles zostali we dwójkę w naszym domu w Weronie.

I kiedy dotarłem do szpitala to faktycznie osiągnąłem to, czego chciałem. Dowiedziałem się czegoś o stanie Juliette i naszej nienarodzonej jeszcze córeczki. Postanowiłem więc wrócić natychmiast do domu i podzielić się tymi informacjami z mamą i Periclesem.

Kiedy wróciłem to wspomniana dwójka już na mnie czekała.

— No i jak? Coś...coś już wiadomo? — spytał niemal od progu zmartwiony Pericles.

— Cóż… i tak i nie. Lekarze generalnie mają siedem scenariuszy odnośnie tego, co może się stać. Ale żaden z nich nie jest jeszcze tym ostatecznym.

— No więc opowiedz nam chociaż o tym, jakie są przewidywania! — pospieszyła mnie mama. Zacząłem więc mówić

— Ech, generalnie lekarze są dobrej myśli, że Juliette wybudzi się ze śpiączki ale nie są w stanie przewidzieć, kiedy to nastąpi. Co zaś do dziecka to widzą siedem opcji. Albo w wyniku wypadku, będąc jeszcze w śpiączce Juliette, niestety, po prostu poroni, albo Juliette przeżyje poród ale dziecko niestety nie; niezależnie od tego, czy Juliette się to tego czasu wybudzi ze śpiączki czy nie, albo to Juliette umrze przy porodzie, dziecko zaś przyjdzie na świat żywe; Kolejna opcja komplikacji przy porodzie jest taka, że oboje, zarówno Juliette jak i jej dziecko, przeżyją poród ale dziecko urodzi się niepełnosprawne..Kolejna opcja może być podobna, z tym, że w niej to Juliette w wyniku porodu stanie się niepełnosprawna. Kolejna opcja jest taka, że Lekarze przez jakiś czas będą zmuszeni walczyć o życie Juliette i dziecka ale ostatecznie oboje przeżyją, będą cali i zdrowi...Ale jest też opcja tragiczna, to znaczy taka, że zarówno Juliette jak i dziecko umrą przy porodzie.

Z każdym wypowiedzianym przeze mnie słowem Pericles stawał się coraz smutniejszy. A gdy mówiłem o ostatnim, najgorszym możliwym scenariuszu… Po prostu wyszedł do innego pomieszczenia. I znowu zaczął płakać, rzewnie, jak dziecko.

Zastanawiałem się, co teraz dzieje się w jego psychice. Pamiętałem bowiem słowa Juliette o tym, że jej matka zginęła w podobnym wypadku. Na Periclesie na pewno to zdarzenie mocno się odbiło. Być może nawet jako trwała trauma.

Kilka kolejnych dni mijało nam pod znakiem ciągłego, dość nerwowego oczekiwania na wieści o Juliette i o małej. O dziwo Pericles wydawał się myśleć o nich najintensywniej. Na tyle intensywnie, że pewnego wieczoru, gdy przebudziłem się ze snu, udało mi się usłyszeć jak… mówi do siebie.

Znaczy… Z początku wydawało mi się, że mówił do siebie, potem jednak uświadomiłem sobie, że było inaczej. On mówił...Do Gracieli.

— Graciela… rybko maleńka...Bardzo cię kocham… Tak bardzo… chciałbym cię zobaczyć...Mam nadzieję… że jesteś zdrowa i silna….Jestem z tobą cały czas… mimo że ty jeszcze mnie nie widzisz a ja ciebie… Nie mogę się już doczekać, aż będę mógł cię objąć….Dziadek już tak bardzo cię kocha...Na zawsze.

Zauważyłem coś jeszcze. Pericles mówiąc przez sen do Gracieli… uronił łzę. Z resztą nie było to nic dziwnego.

Te słowa sprawiły, że aż sam się wzruszyłem. I nie tylko ja, bowiem okazało się, że moja mama również przyszła sprawdzić, jak Pericles się trzyma. I tak siedzieliśmy we dwoje wzruszeni patrząc na śpiącego Periclesa, który jeszcze nie raz tej nocy przez sen mówił do Gracielki.

Z jednej strony bardzo mnie to cieszyło, bo to prawdopodobnie oznaczało, że kiedy malutka przyjdzie na świat to on będzie chciał nawiązać z nią więź i się nią zaopiekować...Ale z drugiej strony również możliwy był scenariusz, że cały czas będzie miał w pamięci to, do czego próbował namówić Juliette kilka tygodni temu, za co pewnie strasznie się teraz obwinia, a dodatkowo teraz pewnie zacznie obwiniać się o ten wypadek, więc równie dobrze może uznać, że „dla ich dobra” całkowicie zerwie kontakty zarówno z Juliette jak i Gracielą...Ale ja jednak chciałem, aby miał możliwość poznania swojej wnuczki i uczestniczenia w jej życiu. Zresztą wiedziałem, że Juliette nawet pomimo ostatnich kłótni z ojcem też na pewno bardzo by tego chciała.

Nazajutrz całą trójką wstaliśmy w stosunkowo dobrych humorach, oczywiście dalej bojąc się o Juliette, jednak próbowaliśmy nastawić się pozytywnie. Snucie czarnych wizji było naprawdę ostatnim, czego w tym momencie potrzebowaliśmy. A szczególnie Pericles, który to miałem wrażenie z dnia na dzień popadał w coraz silniejszą depresję.

W końcu minął tydzień od wypadku Juliette. Postanowiłem jechać do szpitala i zobaczyć, czy może coś się zmieniło jeśli chodzi o jej stan. Mama i Pericles znowu zostali w domu.

Zresztą może to i lepiej, bo miałem wrażenie, że wizyta w szpitalu, niezależnie od stanu Juliette mogłaby źle odbić się na Periclesie. Kiedy dojechałem do szpitala okazało się, że rzeczywiście czekały na mnie nowe wieści o stanie mojej ukochanej. Wybudziła się ze śpiączki...Jednak dalej nie było pewne, czy uda się uratować nasze jeszcze nienarodzone dziecko, choć lekarze robili, co mogli.

Kiedy tylko dostałem „Zielone światło” to wszedłem do sali, w której leżała Juliette. Choć poważnie zastanawiałem się, czy powinienem mówić jej o tym, że jej Ojciec jest w mieście. Bałem się, że dalej jest na niego wściekła.

Rozdział 7

Zapomnieć (Melissa)

Laurent wrócił ze szpitala po kilkunastu minutach. Dowiedziałam się, że Juliette wybudziła się ze śpiączki, ale losy mojej nienarodzonej wnuczki jeszcze się nie rozstrzygnęły. A dowiedziałam się tego tylko ja, bo Laurent nie był pewien, czy powinien mówić Periclesowi.

Zresztą mój syn zdecydował się nie informować swojej ukochanej, że jej tata jest w mieście. Zważywszy na to, że Juliette była dalej pokłócona z ojcem to rozumiałam, że Laurent po prostu bał się o to, że ta wiedza ją zdenerwuje. A stres i nerwy to było ostatnie czego teraz potrzebowała.

Stres mógł wywołać przedwczesny poród i wcześniactwo co wiązałoby się z wieloma różnymi konsekwencjami, a i tak i bez tego nie było pewne czy maleńka Graciela w ogóle będzie miała szansę przyjść na ten świat.

Ja jednak byłam pewna, że Pericles powinien wiedzieć. Poszłam więc do syna, aby porozmawiać z nim na ten temat.

— Laurent….

— Tak, mamo?

— Słuchaj… Ja wiem, że Juliette i Pericles są pokłóceni i że najlepiej byłoby nie mówić jej o tym, że on jest w mieście...Ale uważam z kolei, że Pericles powinien wiedzieć, że Juliette wybudziła się ze śpiączki… i że losy waszej nienarodzonej córeczki są jeszcze niepewne. W końcu to też jego wnuczka.

— Eh, tak…Może….Ale z kolei chyba boje się jak on to zniesie, że będzie się obwiniał, no pamiętasz...Nie chcę, aby się obwiniał i w oparciu o swoje wyrzuty sumienia podjął jakieś pochopne decyzje, których będzie później żałował...No rozumiesz…

— Tak, jasne, rozumiem… I dlatego, jeśli zechcesz, to ja wezmę na siebie przekazanie mu tych wieści.

(Laurent)

Zgodziłem się, bo co miałem robić. Miałem nadzieję, że mama jakoś łagodnie mu to wszystko przedstawi. Kobieta więc poszła do pokoju, w którym Pericles siedział niemal cały czas.

Zamknęła za sobą drzwi, więc nie dane mi było słyszeć, jak dokładnie przebiegała ta rozmowa. Miałem tylko nadzieję, że Pericles jakoś to wszystko przyjmie. I że nie wykończą go wyrzuty sumienia.

Mijały kolejne godziny, a oni dalej nie wychodzili z pokoju. Dalej słyszałem szepty. Aż w końcu usłyszałem coś jeszcze… płacz. Głośny, donośny płacz.

To oznaczało jedno. Pomimo, jak się domyślałem, najlepszych starań mamy, ta rozmowa nie poszła dobrze. Jeszcze bardziej utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy moja mama wyszła z pomieszczenia. Jej smętna mina powiedziała mi wszystko.

Po chwili mama usiadła przy stole w kuchni. Postanowiłem też tam iść i usiąść, bo liczyłem na to, że dowiem się czegoś więcej o przebiegu jej rozmowy z Periclesem.

— Mamo, jak Pericles zareagował na wieści o tym, że Juliette wybudziła się ze śpiączki i na to, że jeszcze nie wiadomo, co będzie z Gracielką? Bo słyszałem, że płacze… 
— Pericles nie przyjął tych wieści dobrze, płacze i obwinia się za to, co się stało. Myślę, że się bardzo przejmuje tym wszystkim, że Juliette była w tak ciężkim stanie i dlatego martwi go też los małej Gracielki.

To nie brzmiało dobrze. Ostatnie, czego chciałem to to, aby Pericles miał wyrzuty sumienia. A zwłaszcza, że podejrzewałem iż te wyrzuty sumienia mogą być bardzo daleko idące...Mogły go nawet doprowadzić do depresji.

Zacząłem się więc zastanawiać, co robić. Doszedłem do wniosku, że choć jest to ryzykowne rozwiązanie to przy okazji chyba jedyne, które nam zostało...musieliśmy powiedzieć Juliette o tym, że jej tata jest w mieście. Dalej co prawda byli pokłóceni, ale święcie wierzyłem w to, że jeśli ktokolwiek jest w stanie uspokoić jego sumienie to jest to właśnie ona.

Jednak zanim przyszło co do czego to...Pericles poprosił mnie o rozmowę w cztery oczy. Nie ukrywam, trochę się bałem tej rozmowy, jednak z drugiej strony ufałem, że to będzie spokojna rozmowa. I pewnie sporo też zmieni. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Pericles wziął głęboki oddech i zaczął mówić

— Laurent, słuchaj… Ja… Uh, nie wiem, jak się do tego zabrać, ale...Chciałem...Chciałem cię przeprosić.

— Przeprosić? Za co?

— Eh...Sam przecież wiesz, za to, że tak się wściekłem, gdy dowiedziałem się o twoim związku z Juliette, za to że chciałem was rozdzielić… za to, że złożyłem Juliette „tę” propozycję...Jestem wściekły sam na siebie za to wszystko, i za ten wypadek też, bo założę się, że to była moja wina...Gdyby nie moja kłótnia z Juliette to na pewno by się nie stało… a tak...moja jedyna córka… i nienarodzona wnuczka… walczyły o życie...nie ma co się oszukiwać… ja po prostu jestem niedoszłym mordercą… a przynajmniej tak właśnie się czuję… Ja… Zdecydowałem się jutro stąd wyjechać… A Juliette...proszę, nie mów jej, że tu byłem...nie chcę, żeby wiedziała….w zasadzie...Jeśli dzięki temu wasze życie będzie spokojne to jestem gotów dobrowolnie zrezygnować z kontaktów z córką i z wnuczką, do końca swoich dni...Choć tak bardzo chciałbym chociaż raz zobaczyć maleńką Gracielę...ale z tego nie wyniknie nic dobrego, więc… wrócę do naszego miasta...Przestanę się kontaktować z Juliette… A mała Graciela nawet nie musi wiedzieć o moim istnieniu…

Okej...To nie brzmiało dobrze. Wyrzuty sumienia u Periclesa zaczęły się pojawiać wcześniej niż myślałem… o wiele zbyt wcześnie. Musiałem jakoś zareagować i powstrzymać go przed podjęciem bardzo złej decyzji.

Problem w tym, że...nie wiedziałem zupełnie, jak. Zanim jednak zdążyłem cokolwiek powiedzieć to...Pericles mówił dalej

— Słuchaj, absolutnie nie chcę aby to, co teraz powiem brzmiało jakbym usprawiedliwiał swoje głupie decyzje, bo wiem, podjąłem ich wiele… Po prostu czuję potrzebę się przed kimś uzewnętrznić… a w zasadzie to szczególnie przed tobą… okej?

Przytaknąłem, bo tylko taka reakcja na tę chwilę wydała mi się najwłaściwsza. Pericles więc mówił

— Wypadek, w którym straciłem żonę, zburzył wszystko. Nie potrafiłem sobie poradzić z emocjami. Zostałem jedynym żywicielem rodziny z ośmioletnią wtedy córką...Chciałem zapewnić jej godne życie, musiałem związać koniec z końcem… Zacząłem uciekać w pracę. Nie mogłem spędzać z Juliette tyle czasu, ile chciałem. Zacząłem się od niej oddalać. Bałem się o nią. W końcu podjąłem decyzję, aby ją zamknąć w „złotej klatce”, bo chciałem dla niej dobrze, oczywiście, z perspektywy czasu widzę, że nie było to dobre pomysł. Poczułem się przez to strasznie winny. A potem… Potem Juliette pokochała Cię… a ty pokochałeś ją, pokazałeś to, bo wiem jak wiele razy przez te kilka ostatnich miesięcy ona mogła na ciebie liczyć, zawsze, bez względu na wszystko. I… Słuchaj, może to strasznie głupie...Ale… Poczułem się trochę zazdrosny… O ciebie. Bo ty jej dałeś to, czego ja przez te wszystkie lata dać jej nie potrafiłem. Nie sprawdziłem się jako ojciec, więc...myślałem, że już nie będę jej potrzebny… W końcu ma ciebie, mężczyznę, na którym zawsze może polegać…

Zastanawiałem się chwilę, co powinienem odpowiedzieć, jakie słowa znaleźć aby go pocieszyć… W końcu westchnąłem i powiedziałem całkiem szczerze

— Pericles, ja...nie wiem, co powiedzieć...Jeszcze chwilę temu sam czułem na ciebie wściekłość za pewne rzeczy, o których mówisz...Ale teraz cię rozumiem. To znaczy… Okej, niektóre z tych rzeczy wcale nie były dobre...Ale ty nie chciałeś dla Juliette źle, chciałeś dla niej jak najlepiej. A że musiałeś przez to podejmować wiele trudnych decyzji to już nie twoja wina. I okej, Juliette ma mnie..ale...Nie jestem idealny. Ja też popełniam błędy. Nie jestem idealnym partnerem… I przede wszystkim nie wiem jak niby miałbym zastąpić ciebie w jej życiu, bo okej… Ona mnie kocha...Ale miłość do partnera a miłość do Ojca to jest zupełnie inny rodzaj miłości. Okej...Może zajmuję ważne miejsce w jej sercu...Ale ty też. Ona cię bardzo kocha...Nigdy nie powiedziała, że byłeś dla niej złym ojcem… Byłeś, jesteś I zawsze będziesz jej potrzebny...szczególnie teraz. Ona cię naprawdę potrzebuje… I Graciela też...Nie musisz się od nich odcinać. Twoja wnuczka ma pełne prawo, abyś był w jej życiu.

— Wiem, że masz rację, i że Juliette oraz Graciela mnie potrzebują. Ale ja już nie potrafię myśleć o sobie jako o dobrym ojcu dla Juliette, ani tym bardziej jako o dobrym dziadku dla Gracielki. Zbyt dużo popełniłem błędów. Z pewnością nie zasługuję na to, aby być blisko nich...choć tak bardzo je obie kocham… — po tych słowach Pericles… popłakał się.

To był naprawdę twardy orzech do zgryzienia. W tym momencie naprawdę bardzo przydałaby się Juliette. Wiedziałem więc, co muszę zrobić.

Wcześniej się przed tym wzbraniałem, ale teraz już nie miałem wyboru. Jednak musiałem zaczekać na moment, kiedy na chwilę uśpię czujność Periclesa, gdyż on prosił mnie, abym nie robił tego, co zrobić zamierzałem.

W końcu, kiedy Pericles pogrążył się z powrotem w swoich myślach, mogłem pojechać do szpitala, do Juliette. Kiedy tam dotarłem i wszedłem do sali ona spojrzała na mnie, jakby już wiedziała po co tu jestem. Wyjaśniłem więc jej całą sytuację, powiedziałem o wszystkim, co powiedział mi jej ojciec, o jego szczerych łzach i szczerym żalu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 26.3
drukowana A5
za 58.89