Rozdział 1
Jedynowładztwo
Juliusz Cezar wrócił z Egiptu, po pokonaniu ostatniego pretendenta miał niczym nieograniczoną władzę.
Tłum wiwatował na jego cześć okrzyk,,Rex” niósł się echem po Wiecznym Mieście.
Spojrzawszy na jednego z plebejuszy rzekł.
— Cezarem jestem nie królem.
Podczas luperkaliów Marek Antoniusz przyniósł mu królewski diadem i zwrócił się do niego tymi słowami.
— Przepowiednia głosi, że tylko król może zawojować Partów a ty chcesz z nimi walczyć.
Cezar patrzył przez chwilę w milczeniu na swojego przyjaciela.
— Antoniuszu… Rzym nie zaakceptuje króla. — powiedział w końcu.
— Mimo wszystko jesteś równy królom.
— W zasadzie jestem władcą z urzędu. — na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. — Dyktator już za Sulli oznaczał władcę.
— Ale ty masz dyktaturę bezterminową. — zauważył Antoniusz.
Cezar spojrzał na niego spokojnie.
— Sulla też ją miał i ją oddał. — odpowiedział. — Skąd pewność, że nie uczynię tego samego?
Antoniusz westchnął ciężko.
— Republika jest już trupem. — powiedział gorzko. — Stary ustrój się nie sprawdza potrzebujemy czegoś nowego.
— Mimo tego nie mogę od tak zostać królem. — Cezar odwrócił się. — Ale władzy się nie zrzeknę.
— Lucjusz Kotta postawił wniosek o nadanie tobie godności królewskiej. — rzekł Antoniusz.
— A jeśli to podstęp? — spytał nagle Cezar. — Jeśli chcą mnie zamordować?
— Lud cię uwielbia. — Antoniusz spojrzał dyktatorowi prosto w oczy.
Cezar rozejrzał się po tłumie.
— Rex! — krzyczeli ludzie zgromadzeni na Forum Romanum.
— Jeśli mam już być tym królem. — Cezar spojrzał na Antoniusza. — To niech wszystko odbędzie się jak każe obyczaj.
…
W Senacie panowało poruszenie.
— To naruszenie wartości Republiki! — krzyczał Brutus.
— Lud go uwielbia. — odparł Kotta. — Chce go wynieść do godności królewskiej.
— Przypominam ci, że to był twój pomysł. — zripostował Longinus.
— Prawda jest taka… — Cezar wstał z tronu.
Senatorowie zamilkli.
— Prawda jest taka, że wy Optymaci panicznie boicie się mojej osoby, bo jestem Popularem. Boicie się mojej władzy nie ze względu na Rzeczpospolitą, lecz na własną pozycje i zaszczyty. Mówicie, że nie Rzym nie może mieć władcy… niech Senat, bogowie i lud zadecydują.
— To sprzeczne z…
— Brutusie ty nie boisz się króla, tylko mnie. — przerwał mu spokojnie Cezar.
— Zostaniesz tym królem i co wtedy? — spytał Longinus. — Będziesz tyranem? Wodzem? Bogiem?
Po ostatnim słowie zapadła cisza.
— Będę Cezarem. — odparł Cezar.
Po tych słowach ponownie usiadł na tronie.
— Możecie mnie nazywać tyranem, ale ja mam coś czego wy nie macie.
— Co takiego? — spytał Brutus.
— Wybrał mnie lud.
— Grakchów też wybrał lud i gdzie są teraz?
— Oni nie byli konsulami a nawet dyktatorami.
Po tych słowach opozycja zamilkła, rozpoczęto głosowanie.
Przebiegało w milczeniu i napięciu.
Longinus zawahał się przed oddaniem głosu.
Następnie policzono głosy.
— Wniosek o nadanie Gajuszowi Juliuszowi Cezarowi godności królewskiej… zostaje przyjęty. — odczytał Marek Antoniusz.
Popularzy wznieśli okrzyk triumfu, Optymaci milczeli, choć od niektórych aż biła pogarda.
Cezar patrzył na to wszystko chłodnym wzrokiem.
Jego poplecznicy dominowali w Senacie.
,,Teraz tylko ostatnia formalność” pomyślał.
Następnego dnia jeszcze przed świtem na Forum Romanum zaczęły gromadzić się tłumy.
Wieść o decyzji Senatu rozeszła się po całym mieście szybciej niż poranny dźwięk trąb.
Jedni przybyli z ciekawości.
Inni z zachwytu.
Nie brakowało też takich, którzy przyszli zobaczyć koniec Republiki.
Przed świątyniami palono kadzidła. Liktorzy torowali drogę senatorom, którzy w milczeniu kierowali się ku mównicy. Nad Forum powiewały purpurowe sztandary zdobyte podczas wojen domowych.
Juliusz Cezar stał nieruchomo u stóp schodów prowadzących do Kurii. Miał na sobie purpurową togę haftowaną złotą nicią. Przy jego boku znajdował się Marek Antoniusz.
— Lud już czeka — powiedział cicho Antoniusz. — Jeszcze możesz się wycofać.
Cezar uśmiechnął się blado.
— Za późno na to. Rubikon przekroczyłem dawno temu.
Na szczycie schodów pojawili się augurzy. Najstarszy z nich uniósł ręce ku niebu.
Forum ucichło.
Przez chwilę słychać było jedynie trzepot skrzydeł krążących nad Kapitolem ptaków.
Kapłan spojrzał w niebo, po czym zwrócił się do tłumu.
— Bogowie okazali łaskę Rzymowi! Znaki są pomyślne!
Po Forum przetoczył się huk okrzyków.
— Rex Caesar!
— Rex!
— Ave Caesar!
Optymaci stali nieruchomo. Marek Juniusz Brutus patrzył na tłum z wyraźnym przerażeniem.
— Oni naprawdę tego chcą… — wyszeptał.
Obok niego Gajusz Kasjusz Longinus zacisnął szczękę.
— Nie. — odparł chłodno. — Chcą chleba i zwycięzców. Lud zawsze ich chce.
Tymczasem Antoniusz wszedł po stopniach niosąc złoty diadem.
Zatrzymał się przed Cezarem.
Przez krótką chwilę dyktator patrzył na koronę bez słowa.
Potem powoli odwrócił się ku tłumowi.
— Rzymianie! — zawołał donośnie. — Nie przyjmuję tej godności dla własnej chwały. Przyjmuję ją dla pokoju, dla porządku i dla wielkości naszego państwa!
Tłum odpowiedział rykiem aprobaty.
Antoniusz uniósł diadem i nałożył go na głowę Cezara.
W tej samej chwili część senatorów opuściła wzrok.
Inni uklękli.
A niektórzy po raz pierwszy pomyśleli o morderstwie.
…
Gdy wszyscy się rozeszli Cezar został sam przed posągiem Romulusa.
— A więc jesteś królem. — usłyszał głos Kleopatry, która przybyła do Rzymu wraz z nim.
Oficjalnie jako gość.
Nieoficjalnie sprawa była bardziej skomplikowana.
— To Egipt mnie nauczył, że ustrój Republiki był w agonii. — odpowiedział Cezar.
— Pamiętaj o naszym synu. — odparła jakby od niechcenia.
— Dla Rzymian będzie tylko królem Egiptu.
— Co sugerujesz? — spytała.
— Jesteś Macedonką, a mimo to Rzymianie traktują twoje królestwo jako kolejną potencjalną prowincję.
Kleopatra spojrzała na niego uważnie. W świetle pochodni jej twarz wydawała się niemal wykuta z marmuru.
— A ty? — spytała cicho. — Kim jesteś teraz? Rzymianinem… czy monarchą Wschodu?
Juliusz Cezar przez chwilę milczał.
Za jego plecami górował posąg Romulusa — pierwszego króla i pierwszego zabójcy w dziejach Rzymu.
— Jedno i drugie. — odpowiedział w końcu. — Republika stworzyła imperium, którego nie potrafi już utrzymać. Senatorowie nadal żyją w czasach miasta nad Tybrem, ale Rzym dawno stał się panem świata.
— A światem nie da się rządzić jak republiką kupców i rolników — dodała Kleopatra z cieniem uśmiechu.
— Właśnie.
Królowa Egiptu powoli podeszła do posągu Romulusa.
— Wiesz, co widzą w tobie mieszkańcy Aleksandrii? — spytała. — Następcę Aleksandra.
Cezar uniósł lekko brew.
— Nie przesadzaj.
— Nie. — Pokręciła głową. — Grecy podziwiają zdobywców. Persowie wielkich królów. Egipcjanie boskich monarchów. Tylko Rzymianie udają, że nienawidzą królów, choć od lat służą jednemu człowiekowi po drugim.
Na twarzy Cezara pojawił się chłodny uśmiech.
— Dlatego nigdy nie nazwę siebie bogiem.
— Ale pozwolisz, by inni tak mówili.
Nie odpowiedział.
W oddali dało się słyszeć śpiew tłumu opuszczającego Forum.
„Ave Caesar”.
„Rex Caesar”.
Kleopatra spojrzała na niego badawczo.
— A jeśli senatorowie się zbuntują?
— Nie mają już armii.
— To nie armii powinieneś się obawiać.
Cezar zmarszczył lekko brwi.
— Więc czego?
Królowa Egiptu spojrzała na sztylet przy jego pasie.
— Republikanie zawsze zabijają w imię wolności.
— Oni nie przejmują się Republiką tylko własną rzycią. — syknął Juliusz.
Królowa Egiptu zaśmiała się cicho.
— W Egipcie jest podobnie. — powiedziała. — Lud mnie uwielbia, ale nie wszystkim to odpowiada.
Przez chwilę żadne się nie odzywało.
— Mówiłaś o dynastii… z tym może być problem.
— To znaczy?
— Nikt w Rzymie nie uzna za władcę nie-Rzymianina. — powiedział.
— Cezarion jest twoim synem. — rzekła. — Ma rzymską krew.
— Ale jest również w połowie Macedończykiem. — zauważył.
Kleopatra VII spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem.
— A od kiedy Rzymianie tak bardzo przejmują się czystością krwi? — spytała. — Wasze rody od pokoleń mieszają się z Sabinami, Latynami i Etruskami.
— To co innego.
— Nie. — Pokręciła głową. — Po prostu wasi senatorowie wmówili sobie, że Rzym jest całym światem.
Juliusz Cezar odwrócił wzrok ku posągowi Romulusa.
— Dla nich jest. I właśnie dlatego nigdy nie zaakceptują chłopca wychowanego w Aleksandrii.
— Więc wychowaj go tutaj.
Cezar uśmiechnął się gorzko.
— W senacie pełnym ludzi, którzy jeszcze rano chcieli nazywać mnie tyranem?
— Masz lud i armię.
— Miał je także Pompejusz.
Po tych słowach znów zapadła cisza.
Kleopatra przyglądała mu się przez dłuższą chwilę.
— Boisz się.
Cezar spojrzał na nią gwałtownie.
— Nie śmierci.
— W takim razie czego?
Dyktator przez moment milczał.
— Chaosu. — westchnął w końcu. — Jeśli zginę teraz, wszystko rozpadnie się ponownie. Senatorowie rzucą się sobie do gardeł. Legiony wybiorą nowych wodzów. Republika utopi się we własnej krwi.
Królowa Egiptu podeszła bliżej.
— Dlatego potrzebujesz następcy.
— Potrzebuję Rzymianina.
— Cezarion nim jest.
— Dla ciebie. — odparł chłodno. — Dla nich będzie Egipcjaninem. Synem królowej. Obcym.
Kleopatra zmrużyła oczy.
— A może problem polega na tym, że Rzym boi się Wschodu?
Cezar spojrzał na nią uważnie.
— Nie. Rzym boi się monarchii. A ty jesteś żywym przypomnieniem, że monarchia może być potężniejsza od republiki.
W oddali rozległ się dźwięk rogów straży miejskiej.
Noc nad Rzymem była dziwnie spokojna.
Jakby miasto jeszcze nie rozumiało, że tego dnia umarło coś starszego niż sam Senat.
Rozdział 2
Idy marcowe
Były Idy marcowe blade światło dnia przebijało się przez zasłony pałacu na Palatynie.
Cezar wstał wcześnie jak na niego.
Dziś był dla niego ważny dzień 18 marca bowiem wybierał się przeciwko Partom a także chciał wydać edykt o ustanowieniu Cezariona następcą.
— Juliuszu nie idź dziś do Senatu. — powiedziała Kalpuria.
— Czemuż to? — spytał żonę.
— Miałam koszmary, że zostajesz zabity przez Senatorów.
Juliusz Cezar spojrzał na żonę z wyraźnym znużeniem.
— Kalpurnio, od chwili gdy przekroczyłem Rubikon, połowa Rzymu życzy mi śmierci.
Kalpurnia podeszła bliżej.
— Nigdy wcześniej nie błagałam cię o nic podobnego.
Cezar westchnął ciężko i odsunął zasłonę. Nad Rzym unosiła się chłodna mgła, a ulice dopiero budziły się do życia.
— Ludzie zawsze boją się zmian. — powiedział spokojnie. — Gdy wrócę z Partii, ucichnie nawet Senat.
— A jeśli nie wrócisz?
Nie odpowiedział od razu.
Przez chwilę patrzył na Kapitol majaczący w oddali.
— W takim razie inni dokończą to, co zacząłem.
Kalpurnia chwyciła go za rękę.
— Nie rozumiesz. To nie był zwykły sen. Widziałam twoją statuę oblaną krwią. Widziałam senatorów uciekających z Kurii.
Na twarzy Cezara pojawił się lekki cień niepokoju.
Był człowiekiem rozsądnym, ale jak każdy Rzymianin wierzył w znaki.
— Augurzy nie widzieli nic złego — powiedział bardziej do siebie niż do niej.
— Bogowie ostrzegają ludzi na różne sposoby.
Do komnaty wszedł niewolnik.
— Panie, Marek Antoniusz czeka przed pałacem.
Cezar skinął głową.
Kalpurnia nie puszczała jego dłoni.
— Zostań dziś tutaj.
Dyktator spojrzał na nią długo.
— Gdybym zaczął bać się własnego senatu, nie byłbym godzien tej korony.
Po tych słowach narzucił purpurową togę i ruszył ku wyjściu.
Kalpurnia została sama pośród milczących kolumn pałacu.
A gdy drzwi zamknęły się za Cezarem, poczuła nagle, że widzi go po raz ostatni.
…
— Wszystko w porządku? — spytał Antoniusz widząc, że Cezar wkłada pod togę zbroję.
— Kalpurnia miała koszmar. — wyjaśnił.
— Przed czym bogowie ją ostrzegli?
— Ponoć niektórzy senatorowie chcą mnie zabić. — rzekł po chwili.
Po założeniu zbroi i purpury poszedł z Antoniuszem do Senatu.
Wkroczywszy do sali zgromadzenia natychmiast usiadł na złotym tronie.