E-book
20.48
drukowana A5
37.71
Rolf Brougle — Fragmenty

Bezpłatny fragment - Rolf Brougle — Fragmenty


4
Objętość:
98 str.
ISBN:
978-83-8126-273-6
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 37.71

Przedmowa

Oddaje w Państwa ręce niewielki tomik opowiadań. Są mi one bardzo bliskie z kilku powodów. Ich bohater, pojawił się w mojej głowie ponad dwadzieścia lat temu. Zarówno ja, jak i on byliśmy młodymi ludźmi. Razem dorastaliśmy i przeżywaliśmy wzloty i upadki. To w tych opowiadaniach widać. Te wcześniejsze, charakteryzują się wręcz szczeniacką pewnością siebie, zachwytem światem przedstawionym i odkrywanym. Oczywiście, także stylem pisarskim. Te późniejsze… sami Państwo ocenicie. Oto dwadzieścia lat z życia Rolfa Brougle. Tak w skrócie.

Fragmenty

Listopad to nie jest dobry czas na narodziny. Skorpion przechodzi w strzelca, zły układ. Wtedy rodzą się najwięksi popaprańcy i świrusy. Czasem psychopaci. Ja urodziłem się w listopadzie. Przyszedłem na świat razem z deszczem i piorunem, i tak już na nim pozostałem. Urodziłem się w domu. Ojciec był zbyt pijany, by zawieźć matkę do szpitala. Spał na kanapie przed telewizorem. Spojrzałem na świat punkt trzecia…

Ijoon Brougle był oficerem wojsk NATO stacjonujących w Berlinie. Tam też poznał moją matkę — Hildę. Hilda Rozencranz była Niemką żydowskiego pochodzenia, która uniknęła Holocaustu. Pracowała w Grosse Rosen przy sortowaniu trupów. Przeżyła. Ojciec przygarnął ją i dość szybko się pobrali. W 68, Ijoona odwołali ze służby i do kraju. Zamieszkał wraz z żoną w małym służbowym mieszkaniu, w swoim rodzinnym Amsterdamie. Po przejściu na emeryturę ojciec zaczął pić. Tak mu już zostało. Ja urodziłem się w 72.

*

W przerwach między piciem, mój stary bił matkę. Zresztą nie tylko fizycznie się nad nią znęcał. Przyjmowała to z całą pokorą zapisaną w genach swojego narodu. Przynajmniej miała za co żyć…

*

Gdy miałem sześć lat, Ojciec złamał mi rękę. Po pijaku. Przy pomocy krzesła. Ręka goiła się długo i boleśnie. Od tamtej pory właściwie przestałem bywać w domu. Wracałem jeszcze na noc (w końcu byłem dzieckiem), lecz i tego wkrótce zaniechałem. Szwendałem się po ulicach z bandami starszych od siebie wyrostków, paliłem papierosy i trawę, piłem. Nie było źle… Trochę kradłem, trochę oszukiwałem. Jakoś się żyło. Dwa lata później Ojciec zabił matkę i poszedł siedzieć. Odetchnąłem z ulgą…

*

W połowie lat osiemdziesiątych miałem własne dzwony, całkiem długie włosy i żyłem w komunie. Było nas trzydzieści parę osób. Mieszkaliśmy w starej kamienicy na przedmieściu. Totalna ruina, lecz nam to nie przeszkadzało. Dla nas była piękna. Byliśmy ciągle na haju. Nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, co w tym czasie było prawdą, a co jedynie narkotycznym snem. Zbyt ostro dawaliśmy. Na pewno wiem tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, chodziłem do jednego starego murzyna, który grał na fortepianie. Był to poczciwy staruszek, genialny jazzman, który postanowił zrobić ze mnie Paganiniego jazzowego fortepianu. Nie stworzył wirtuoza, lecz dzięki niemu żyję po dziś dzień grywając w knajpach. Dziś już, na szczęście, głównie dla przyjemności…

Druga sprawa, co do której jestem pewien, to mój związek z Kasandrą. Nie jakaś tam przelotna przygoda, ale związek. Jak to się wtedy mówiło „kosmiczna harmonia ciał i dusz”. Byliśmy razem właściwie od początku organizowania się komuny. Razem ją tworzyliśmy. Kasandra też była oficerskim dzieckiem. Tyle, że amerykańskim. Mieszkała z rodzicami w Berlinie i uciekła. Też miała nielekko. Była mulatką i to dodawało jej tajemniczości. Wysoka, szczupła, z ogromnymi puklami kruczoczarnych włosów, wyglądała jak posąg jakiejś staroegipskiej bogini. I była tylko ze mną. O co, jak powszechnie wiadomo, w hipisowskiej komunie nie łatwo… Przebywaliśmy ze sobą bez przerwy, poznając się wzajemnie zarówno po tej, jak i po drugiej stronie rzeczywistości. Kasandra miała wielkie zielone oczy, które czasami stawały się bardzo wyraziste. Wtedy zaczynała mówić. Mówić dużo i dziwnie. Głównie o mnie. Gadała o kosmicznej potencji drzemiącej we mnie, o mocy, o bramie, która się kiedyś otworzy i wówczas ujrzę któryś tam wymiar rzeczywistości. Traktowaliśmy Ją wtedy z pobłażaniem, uważając Jej paplaninę za zwykłe narkotyczne zjazdy, a ja zarzucałem większą ilość kwasa, by spowodować szybsze otwarcie się tej bramy. I tak to było. Kochałem Kasandrę, a Ona kochała mnie. Chcieliśmy się nawet pobrać. Na znak narzeczeństwa podarowała mi pukiel swoich włosów. Ja dałem Jej medalik Matki. To było w listopadzie. W dzień moich urodzin.

Wieczorem była balanga. Trochę przesadziliśmy z ilością i mocą. Na zewnątrz lało (odkąd pamiętam w moje urodziny, zawsze lało), wiało i w ogóle było paskudnie. W środku, to znaczy w naszej kamienicy, ciepło, kwasowo i przytulnie. Nie wiem jak długo się bawiliśmy. Nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudził mnie ogień. Na początku myślałem, że mam zjazd, że to tylko wizje. Lecz po chwili zacząłem się bać. To było zbyt rzeczywiste. Panicznie rozejrzałem się wokół. Kasandry nigdzie nie było. Ogień coraz większy. LSD trzymało mnie jeszcze zbyt mocno, bym mógł szybko i racjonalnie reagować. Zacząłem płynąć przez to morze gorąca w poszukiwaniu kogokolwiek. Jeszcze uspokajałem się, że to tylko zjazd, że się wreszcie obudzę i będę mógł opowiedzieć wszystkim, jaki miałem fajny odlot. Dopiero, gdy ujrzałem pierwsze ciała, w większości spalone, gdy poczułem ten swąd, ten odór, dotarło do mnie, że to nie jest odlot. Że to się dzieje naprawdę. Byłem przerażony. Zacząłem przebijać się do drzwi. Coś uderzyło mnie w ramię. Upadłem. Paliła mi się kurtka. Bólu nie czułem. Jeszcze nie wtedy. Gdy wreszcie stanąłem w wyjściu, zobaczyłem bandę ogolonych na łyso wyrostków z pochodniami. Coś krzyknęli, śmiali się. Tędy nie wyjdę… Odwróciłem się i ruszyłem do tylnego wyjścia. Znowu przez to piekło. I wtedy stało się. Poczułem mrowienie w całym ciele, silny ból głowy. Ujrzałem korytarz wśród ognia. Korytarz, na którego końcu były drzwi. Nie wiele myśląc dopadłem do nich, otworzyłem. Nie wiem, co było po drugiej stronie. Pamiętam jedynie smród spalenizny i zapach miodu. Oba jednakowo intensywne. Dalej nie wiem. Listopad to nie jest dobry miesiąc na urodziny…

*

Następne, co pamiętam, to mokra brudna ulica i śmieci. Siedziałem zagrzebany w górze śmieci. Bolało mnie ramię. Musiało być nieźle poparzone. Kurtka nadawała się do wyrzucenia. Jeszcze byłem naćpany. Wszystko mi wirowało. Nie mogłem się podnieść. Wygrzebałem się dopiero po paru godzinach. Ciężko powlokłem się w poszukiwaniu czegoś znajomego. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem. W końcu znalazłem. Pogorzelisko. Całość otoczona była policyjną taśmą, wewnątrz kręcili się mundurowi. Nie podszedłem. Patrzyłem z daleka, jak starają się umieszczać na noszach zwęglone zwłoki. Z szyi trupa zwisał medalik mojej Matki…

*

Przez następne dni włóczyłem się bez celu po mieście. Chciałem pozbyć się działania tego cholernego LSD. Bezskutecznie. Myślałem, że już do końca życia będę naćpany. Wszędzie widziałem płomienie. Gdzie bym nie spojrzał. W moich oczach wszystko stało w ogniu. Po jakimś czasie nawet się do tego przyzwyczaiłem, lecz nie to było najgorsze. Co jakiś czas, wśród tych płomieni, widziałem postać. Kobietę. Miała zieloną suknię i rudą szopę na głowie. Poza tym była piegowata. Wyraźnie się do mnie przyczepiła i widywałem ją przynajmniej pięć razy na dzień. Ale tak naprawdę przestraszyłem się dopiero wtedy, gdy obudziłem się w nocy, w piwnicy jakiegoś domu, a ONA stała nade mną. Cofnąłem się odruchowo, a Ta uśmiechnęła się, machnęła ręką i po prostu zniknęła. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że nie boli mnie już ramię. Rana zaczynała już ropieć, a teraz nic. Ostrożnie ściągnąłem popaloną kurtkę. Blizna była, owszem, lecz po żywym mięsie ani śladu. Do rana już nie zasnąłem…

*

Przez kilka dni nie widziałem Jej. Wizje ognia jednak pozostały. Ukradłem jakieś ciuchy. Doprowadziłem się do porządku. Zacząłem grywać po knajpach. Musiałem z czegoś żyć. Z mojej grupy nie przeżył nikt; nie miałem, dokąd wracać. Zresztą, mnie także pogrzebano wśród tych dymiących szczątków. Żyłem od wieczora do wieczora. Od knajpy do knajpy. Dragów nie brałem, ale wciąż widziałem ogień. Rudej już nie. Kasandrę bardzo często. Tak do wiosny.

*

To było w maju albo w czerwcu. Po jakiejś chałturze siedziałem nad kuflem piwa w małej knajpce w centrum. Nagle wyrósł przede mną ten facet. Wyglądał jak z tandetnego amerykańskiego filmu o Heals Angeles. Grube bydlę w niedopiętej skórzanej katanie, z ryżą postrzępioną brodą. Na łbie miał niemiecki „garnek” z rogami, a na łapach naćwiekowane rękawice. Już myślałem, że szuka dymu i dni moje dobiegły końca, gdy ten grzecznie spytał, czy może się dosiąść. Zgłupiałem, ale pozwoliłem. Gość postawił kolejne piwo, zaczęliśmy rozmawiać. O muzyce, filmie, takie tam. I wtedy zadał pytanie o ogień. O to, co widzę. Musiałem być zdrowo wystraszony, bo długo mnie uspokajał. Zaczął opowiadać. Z początku wziąłem go za świra, za przedstawiciela jakiejś sekty. Ale im dłużej go słuchałem, im więcej szczegółów z tego co mówił dostrzegałem w swoim życiu, tym bardziej byłem zafascynowany. Pytał o „Przebudzenie”, o „Bramę”. Na tyle, na ile potrafiłem, starałem się odpowiadać. Przesiedzieliśmy do nocy.

Rano zabrał mnie do swojego gangu. Kilkadziesiąt osób na motocyklach. Trochę, jak nasza komuna, ale ciekawiej. Na początku byłem zwykłym ciurą. Czyściłem maszyny, pomagałem w kuchni. A Mike (bo tak się mój mentor nazywał) mnie uczył. Kiedy pierwszy raz opowiedział o Magii, wyśmiałem go. Ale to było na początku. Potem sam już próbowałem. Uczyłem się czerpać Moc ze „Źródeł”, zaplatać zaklęcia, używać Słowa, a także „nakręcać” totalizatora, żeby zawsze było na drobne wydatki. Ta ostatnia umiejętność wydawała się najbardziej na tamte czasy przydatna. To były fascynujące, ale też trudne miesiące. Moją domeną stał się ogień i błyskawice. Mike tłumaczył, że ma to związek z moim urodzeniem i „Przebudzeniem”. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem…

*

Po pół roku stałem się pełnoprawnym członkiem gangu. Przeszedłem inicjację, zreperowałem własny motocykl. Mój Triumph stał się częścią mnie. Tak jak długi czarny płaszcz. Zaczynałem nowe życie. Życie przepełnione Mocą.

Jeździłem z Mikem prawie rok. To były szczęśliwe czasy. Uczyłem się i poznawałem. Również samego siebie. Rozstaliśmy się w 89. Wtedy postanowiłem pojechać na wschód. Reszta bandy została w Holandii. Wylądowałem w Polsce, w Łodzi. Klimat tego miasta bardzo mi przypadł do gustu. Na początku trochę grałem po knajpach, patrzyłem, jak Polacy zachłystują się wolnością po upadku Żelaznej Kurtyny. Poznawałem ludzi. Za zarobione, ale też „nakręcone” na totalizatorze pieniądze, (niby to ze spadku), kupiłem stary lombard na Gdańskiej. Nic nadzwyczajnego, ale zawsze jakiś swój kąt. Zamieszkałem nad sklepem i zacząłem skupować stare książki. Z czasem, stałem się w tym ekspertem.

*

Mimo wielu znajomych (w tym Magów) czułem się samotny. Wciąż pamiętałem, a pamięć bywa gorsza od koszmaru. Któregoś dnia coś we mnie pękło. Z pukla czarnych włosów, które wciąż nosiłem na sercu, stworzyłem „chowańca”. Piękny czarny kruk miał mi od tej pory dotrzymywać towarzystwa. Kasandra była więc ze mną. Choć w tej formie. Miałem dopiero dziewiętnaście lat. To dobry czas na nowe życie. Zwłaszcza takie, jakie sam sobie stworzyłem.

Fragment II

Chyba wolę już jak pada. Ten kubeł wrzątku wylewający się ze środka bezchmurnego nieba jest nie do wytrzymania. A ja umówiłem się na placu. Południe, żadnego cienia, szlag by trafił. I jeszcze ten mój idiotyczny zwyczaj przychodzenia wcześniej, żeby się broń boże nie spóźnić. Kiedyś dostanę przez to udaru słonecznego. Gdybym, chociaż wiedział jak on wygląda. Zadzwonił wczoraj, przedstawił się, jako Marek, błagał o spotkanie w „bardzo ważnej sprawie”. Skąd mnie zna? Diabli go wiedzą… Nie bardzo umiem odmówić i teraz pocę się jak świnia. Wreszcie jest. Chudy, niepozorny, w wymiętej koszulce z kretyńskim napisem „I love Algida”. Na oko — dwudziestolatek z kompleksami. Wzrok mu lata na wszystkie strony.

— Pan Brougle — bardziej stwierdzenie niż pytanie.

— No…

— To dla pana — podaje paczkę wielkości encyklopedii (skąd on ją wyciągnął?!) zawiniętą w szare płótno. Biorę, ciężkie… Podnoszę wzrok chcąc zapytać. Nie ma gówniarza. Po prostu zniknął! Szybko rozglądam się na wszystkie strony. Jasny gwint…

Uchylam brzeg płótna, książka. Zielona oprawa ze srebrnymi okuciami. Chyba bardzo stara. Co to może być? Ładuję pod płaszcz, idę w kierunku sklepu. Ręce same wślizgują się pod opakowanie, ale jeszcze nie teraz, przecież nie na środku ulicy…

*

Zawiniątko położyłem na biurku. Wywiesiłem tabliczkę „urlop” i odwróciłem się. Jeszcze chwila. Najpierw szklanka „jack’a”. Teraz niespiesznie nabijam fajkę. Tak bardzo chcę zajrzeć, ale… boję się. To głupie. Wodzę palcami po fakturze płótna, wreszcie odwijam. No tak, można się było tego spodziewać — w okuciach tkwi zamek, a klucza w zestawie nie ma. Widać, że stara, może XV lub XVI wiek. Tak przynajmniej bym ją datował. Drewniane okładki, grube płachty pergaminu. Na wierzchu jakiś tłoczony symbol. Za cholerę nie wiem, co to jest. Półksiężyc i geometryczna figura. Póki, co, szukam symboli w odpowiedniej literaturze. Przekopałem się przez sterty traktatów alchemicznych i kabalistycznych, (co do charakteru znaku — to nie mam wątpliwości). I nic, nie znalazłem czegoś choćby odrobinę podobnego… Przecież nie rozwalę tej cholernej księgi łomem! Po diabła on mi ją dał? Czego oczekiwał? Musiałbym zerwać zasuwę, a jeśli się nie mylę, to doprowadziłoby do zniszczenia zawartości.

Wstaję, chodzę po antykwariacie, zatrzymuję się przy jednej z półek. Znów ruszam w powolny, miarowy marsz. Rzut oka na biurko. Dziwne...to, co ukryte pod okuciami kusi mnie, jakby wzywało. Otrząsam się. Wiele dziwnych rzeczy już w życiu widziałem, wiele ksiąg. Ta nie jest pierwsza. Ale jednak ciągnie.

Kasandra siedzi wysoko na półce, nastroszyła się, przekrzywia główkę to w tę, to w drugą stronę. Boi się czegoś? A może ostrzega? Chrzanić! Zawijam traktat niewiadomej treści w płótno, niosę do siebie na górę. Nie będzie mi teraz krwi psuł.

Jestem już z powrotem w sklepie. Wypijam resztę whisky. Nie mogę jednak przestać myśleć o tym, co się stało. Skąd ten chłopak się wziął? I co dziwniejsze — gdzie się podział? Nie wyczułem żadnej aury, żadnej mocy… Zniknął i pozostawił TO.

*

Pukanie do drzwi. No tak, nie zdjąłem tabliczki. Otwieram. Przede mną facet, może sześćdziesięcioletni, nie starszy. Wygląda jak z filmu z lat dwudziestych. Cylinder, czarny frak, laska ze srebrną gałką. Wchodzi, uśmiecha się. Próbuję spojrzeć mu w oczy, a tu… pustka. Dwie czarne otchłanie.

— Ma pan coś, co należy do mnie — głos cichy, ale mocny, trochę szeleszczący.

— Czyżby?! — staram się zachować spokój, patrzeć na niego, patrzeć prosto w te jego puste, zimne oczy.

— Pewien traktat, dość stary. Ukradziono mi go… Wiem, że aktualnie pan go posiada.

— Mam wiele książek, to antykwariat.

— Ta była szczególna — nie daje się wyprowadzić z równowagi — zamknięta na klucz — wyciąga z kieszeni kluczyk na srebrnym łańcuszku. Mam wielką ochotę wyrwać mu go i pobiec na górę. Z trudem się powstrzymuję.

— Jeżeli nawet mam taką księgę — przełknąłem ślinę — to należy aktualnie do mnie i będzie wyceniona… drogo wyceniona — dodaję z naciskiem.

— Nie zdaje pan sobie sprawy z tego, co czyni — uśmiech nie znika przybyszowi z twarzy — może pan wiele stracić… — zawiesza głos w niemej groźbie.

— Wprost przeciwnie… — moduluję mój głos na w miarę obojętny — raczej sporo zarobię sprzedając ją do któregoś z zagranicznych muzeów.

Podziałało! Maska zaczęła spadać. Gość poruszył się, cofnął o krok. Jednak po chwili uśmiech powrócił na jego twarz.

— To się jeszcze okaże… — lekko się skłonił, odwzajemniłem ukłon. — Do zobaczenia, panie Brougle!

Gdy wyszedł (nie usłyszałem dzwoneczka, drzwi musiały pozostać cały czas zamknięte), usiadłem. Facet wyglądał na potężnego. Jeżeli jest Magiem, to musi mieć sporą moc. Chociaż bardziej wyglądał na… nie, to niemożliwe, wampir w dzień? Chyba, że bardzo stary i doświadczony. No ładnie, wdepnąłem w niezłe gówno!


*

Z księgą trzeba coś zrobić. Trzymać jej tu nie mogłem, a ukryć nie bardzo mam gdzie. Może u kogoś? Telefon do Profesora, ten świr powinien się zgodzić…

— Tak, słucham? — zazgrzytało w słuchawce.

— Cześć Profesor — mówiłem szybko — mogę do ciebie wpaść?

— Drogi chłopcze — głos był jak zwykle mentorski — jeżeli chcesz mnie odwiedzić, to proszę bardzo, ale…

— Dobrze, zaraz będę.

— Ale… — dokończył zdanie -… Dopiero po osiemnastej. Jestem zajęty — słuchawka szczęknęła o widełki.

Zajęty. Cholera, ciekawe, czym. Pewnie znów bajeruje jakąś swoją studentkę, albo łazi po sieci. Do osiemnastej zostały trzy godziny. Piekielnie dużo czasu, zbyt dużo. Jeżeli ten pajac w cylindrze był tym, kim myślę, że był, to nawet piętnaście minut zwłoki może oznaczać „zbyt dużo”. Nic to. Przeczekam…

*

Zamykam sklep jak w jakimś transie. Pędzę na górę, łapię zawiniątko. Kasandra nie chce iść, kuli się na półce. Coś z tą księgą jest nie tak. Zamykam drzwi, wychodzę na ulicę. Wrzucam paczkę do torby przy motorze. Odpalam. O tej porze w centrum miasta jest tłok, korek za korkiem. Powoli posuwam się do przodu, właściwie nie wiedząc, dokąd zmierzam. Byle dalej od domu. Dobra! Mickiewicza, Piłsudskiego, trochę niżej. Po lewej stadion, po prawej bloki, przede mną wyjazd z miasta. Mały barek przy drodze. Tu przeczekam…

Wolno popijam kawę z plastikowego kubka. Co powiem Profesorowi? Będzie chciał wiedzieć więcej. Sam nie wiem wiele, ale on w to nie uwierzy. Muszę mu opowiedzieć wszystko ze szczegółami, może na coś wpadnie. To w końcu mądry facet, tyle, że dziwak (tak, jak ja bym nie był!). Byle wyczekać do osiemnastej. Co z Kasandrą? Dlaczego, u diabła, nie chciała się ruszyć?

Na parking przy barze zajeżdża czarny Lincoln. Coś mi nie gra, co by tu robił taki wóz?! Leniwie opada przyciemniana szyba. W środku… Cylinder! Jasny gwint, znalazł mnie! Kubek wypada mi z ręki, kawa zalewa buty. Przerzucam nogę przez siodło, kopię starter. Jak mogę najszybciej opuszczam parking. Nie jedzie za mną. Widocznie nie musi. To miał być jakiś pokaz mocy, czy co?!

Nie mogę zostawić księgi u Profesora, znalazłby ją tam. Właściwie, czy gdzieś by jej nie znalazł?! Ale może ten świr przynajmniej coś doradzi. Dochodzi piąta. Czas wracać, najwyżej pokręcę się trochę po mieście. Po prawej stadion, po lewej bloki…, dalej opuszczona fabryka. Wjeżdżam do Łodzi.

*

Do szóstej kręcę się po mieście. Profesor mieszka tam, gdzie ja — na Gdańskiej, tylko trochę dalej. Parkuję przed domem. Wbiegam po schodach starej kamienicy. Przycisk dzwonka… Pukam. Jeszcze raz dzwonek Słyszę człapanie. Drzwi niemiłosiernie wolno uchylają się.

— A to ty, drogi chłopcze… Proszę, wejdź. Właśnie zaparzyłem herbatę — wpuszcza mnie do środka.

Profesor właściwie nie jest profesorem. Kiedyś faktycznie pracował na uniwerku, teraz jedynie udziela korepetycji. Jest fizykiem, fanatykiem komputerów. Może mieć z czterdzieści pięć lat, nie więcej. Wygląda jednak i zachowuje się jak akademik z czasów socrealizmu. Szary, wytarty garnitur. Wiecznie zatłuszczony krawat. Siwe kępki włosów okalające potężną łysinę. Zegarek na dewizce. I jeszcze to jego: „Czy napiłbyś się herbaty, drogi chłopcze?”. Taa… cały Profesorek.

— Czy napiłbyś się herbaty, drogi chłopcze? — szura kapciami idąc do kuchni swojego niewielkiego mieszkanka.

— Tak, chętnie… Profesor! Musimy pogadać…

— Oczywiście, oczywiście — czajnik zaczyna gwizdać na gazie — usiądź i rozgość się, zaraz do ciebie dołączę.

Siadam w fotelu pamiętającym „wczesnego Gierka”. W pokoju, oprócz ogromnego komputera, dwóch foteli i małego stolika, całą przestrzeń zajmują zapakowane do maksimum półki z książkami. Sama literatura fachowa. Fizyka, matma, informatyka. Nic ciekawego. Jak można nie mieć choć jednej pozycji z historii czy teorii literatury?! Wolę nie pytać…

— Jest herbata! — Profesor wnosi na tacy dwie szklanki z wirującymi we wrzątku fusami — No, to, co cię do mnie sprowadza?

Jak tu zacząć? Mówię, po prostu, po kolei — od telefonu do limuzyny na parkingu. Profesor słucha, przymyka oczy, popija wrzątek ze szklanki. Kończę, pytam, co on na to.

— Sprawa podejrzana — nie wygląda na zbytnio przejętego — czemu przyszedłeś z tym do mnie?

Co mam mu powiedzieć? Że, po prostu, jako pierwszy przyszedł mi do głowy? Obrazi się… Trzeba inaczej. Trochę lizusostwa w takiej chwili nie będzie ujmą na moim honorze.

— Pomyślałem, że ty mi możesz pomóc. Z twoim doświadczeniem… — lekko się uśmiechnął.

— Dobra, dobra… Nie opowiadaj, tylko pokaż to to.

Odwijam pakunek. Wolno podaję. Profesor ogląda okładkę, kilka razy obraca książkę dookoła. W końcu kładzie ją na stole. Podchodzi do komputera, przystaje. Obserwuję jego ruchy, wydają się jakieś nieskoordynowane, jak u źrebaka. Jest długi i chudy. Przebiera palcami po klawiaturze.

— Chyba mam, drogi chłopcze… — podrywam się z fotela — sam zobacz!


Na ekranie świeci symbol. Bardzo zbliżony do tego z księgi, tylko jakby odwrócony.

Obok widnieje informacja: „Symbol oznaczający niebezpieczeństwo w świątynnych skarbcach Mezopotamii. W średniowieczu wykorzystywany do okultystycznych obrzędów odłamów pewnej sekty używającej staro babilońskich rytuałów do celów satanistycznych. Po zlikwidowaniu sekty przez Inkwizycję, symbol pojawia się tylko raz — w czasie Rewolucji Francuskiej. Pieczętuje się nim radykalna grupa rewolucyjna znana pod nazwą „Babilończycy”. Od tamtej pory nieużywany. Jedyne udostępnione przedstawienie — pieczęć „Babilończyków”, 1798, Luwr, Paryż”.

— Niewiele tego… — głos mi uwiązł w gardle.

— Raczej sporo. — Profesor uruchamia drukarkę — Z tych informacji da się wyciągnąć więcej. Na przykład coś o tej średniowiecznej sekcie. Z tego, co mówisz, księga jest właśnie z tego okresu.

— Prawdopodobnie, ale pewności nie mam. Musiałbym ją otworzyć, zobaczyć krój liter, fakturę pergaminu…

— Tak, tak, wiem — Profesor wyraźnie nie jest zainteresowany — sprawdźmy tę sektę.

Wprowadza dane. Maszyna w niewiarygodnym czasie przerzuca tysiące informacji. Jednak końcowa odpowiedź brzmi: „efekt wyszukiwania — 0”. Profesor zacisnął zęby, żyłka na skroni zaczęła mu drgać. Zaczął uderzać w klawiaturę jak pianista na konkursie chopinowskim. Stanąłem przy oknie. Pomimo późnego popołudnia, dalej jest gorąco. Żar leje się z nieba. Czarnej limuzyny na razie nie widać… Profesor dalej walczy z bitami. Usiadłem na poręczy fotela, ogarnąłem wzrokiem księgę. Czym ty jesteś? Co w sobie kryjesz?

Profesor ze zrezygnowaną miną odwraca się od ekranu. Bez słowa idzie do kuchni nastawić wodę na kolejną herbatę.

— Żeby się czegoś dowiedzieć — słyszę z kuchni — musiałbym sam wejść do sieci. To trochę potrwa.

— Nie spiesz się, Profesor! — odkrzykuję — póki tamtego nie ma w okolicy, mamy czas. Na razie… — dodaję cicho.

*

Profesorek się podłącza. Zakłada hełm i rękawice. Plątanina kabli wygląda jak układ krwionośny jakiegoś wypatroszonego zwierzaka. Siedzi w fotelu, uruchamia wejścia interfejsów. Teraz mogę tylko czekać. Wszedł do swojej Umbry. Zupełnie odmiennej niż ta, jaką ja znam. Pełnej światłowodowych widm i połączeń. Przez jakiś czas mam go z głowy, więc spokojnie nabijam fajkę. Nie lubi palenia. Gdyby obecnie nie był wyłączony z tej rzeczywistości, już by mnie pogonił. Obserwuję go przez kilka minut. Porusza rękami, rozgląda się w jakimś tylko sobie znanym świecie.

Podchodzę do okna. Siadam na parapecie. Powoli zmierzcha. Czerwcowy wieczór pełen jest jeszcze śpiewu ptaków i warkotu samochodów. W dali słychać karetkę pogotowia. Musiało minąć sporo czasu, bo latarnie rozjarzyły się mlecznym blaskiem. Profesor nadal wędruje po sieci. Włączam telewizor, akurat wiadomości lokalne. Jakiś zwariowany kaznodzieja zapowiada koniec świata, mający swój początek właśnie w Łodzi. Mówią, że ma coraz liczniejsze grono słuchaczy. Reporterka zastanawia się nad niebezpieczeństwem takich przesłań. Pokazują dużą halę fabryczną gdzie gość w szarym garniturze przemawia do zgromadzonych. Sporo ich. Facet opowiada brednie o demonach zstępujących na ziemię i podążającym za nimi antychryście. Typowe. Wtem coś mi mignęło między słuchaczami. Nachylam się w stronę ekranu. Cholera, to cylinder. Tak, wśród tłumu jest mężczyzna z mojego antykwariatu, z czarnego Lincolna. Stoi, słucha. Kamera zmienia plan. Już go nie widzę. Co on tam robił? Ma coś wspólnego z tym nawiedzonym szajbusem?! Może tylko przyszedł posłuchać kolejnego szaleńca. Dzwonek do drzwi…


Ostrożnie wyglądam przez wizjer. No tak, pizza. Otwieram, płacę. Biorę gorące pudełko i wracam do pokoju. Profesor wciąż wędruje. I tak nie lubi peperoni. Przełykałem przedostatni kawałek, kiedy zaczyna wracać. Najpierw naprężył się jak struna, potem jego ciało zabawnie zwiotczało. Zaczął coś majstrować przy złączach interfejsów. Ruszyłem w jego stronę, ale nagle usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Profesor dziwnie osowiały stoi przy swoi sprzęcie, więc sam idę do przedpokoju.

Przez wizjer nikogo nie widzę; uchylam drzwi. Na wycieraczce leży szczur, dogorywa, z podciętego gardła sączy się ciemna posoka. Z ogona żałobnie zwisa karteczka przywiązana czarną tasiemką. Biorę truchło, wracam do pokoju. Profesor zdążył uporać się z kablami i hełmem.

— Mamy wiadomość — mówię zanim on zdąży rozpocząć swoje wywody. Odczepiam kartkę; kilka cyfr i jakieś litery. Chyba to oznaczenia z Nowego Testamentu. Profesor, bez słowa komentarza, rzuca symbole na ekran. Pojawia się autor ewangelii, numer wiersza i tekst… „Oddajcie Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie”. Profesor patrzy na mnie. Stoję ze zwłokami szczura w ręku, jego krew kapie na dywan.

— Ma nas — wargi mam spierzchnięte, zaczynam się nieźle bać.

— Widziałem go w sieci — mówi profesor — ten człowiek ma niewyobrażalną moc. Jeszcze takiej nie spotkałem.

— Co widziałeś?

— Otchłań, a właściwie nicość — słowa Profesora są nieostre, nigdy go takim nie widziałem. Też musi mieć pietra. — Coś w rodzaju korytarza luster gdzie odbijają się światy, wymiary, czasy. Przechodził przez nie, czegoś szukał. Z każdego wracał jeszcze potężniejszy, jeszcze bardziej przerażający. Wychodząc, tłukł lustra…

— Bał się pogoni?

— Nie sądzę. Ktoś, kto chciałby go gonić, musiałby być szaleńcem.. To chyba Mag, ale jakiś dziwnie wypaczony…

— Myślisz, że ta księga jest tym, czego szuka w naszym świecie?

— Może… Nie, raczej sądzę, że to klucz do tego, czego tutaj szuka. Taki kod dostępu.

— Czekaj! — dociera to do mnie dopiero teraz (dlaczego nie dostrzegłem tego wcześniej) — ten symbol, który znalazłeś w komputerze był odwrócony, tak?

— Taaak… — wolno odpowiada Profesor. Czyżby też zaczynał łapać?

— A może to nasz, to znaczy ten w księdze jest odwrócony? Czekaj! — Chwytam dzieło, dotykam okładki. Znak jest wytłoczony na skórze, wypukły. Biorę ostatni kawałek pizzy, (wybaczcie mi duchy wszystkich badaczy druku i rękopisów!) przykładam do niego księgę symbolem do dołu, a potem przyciskam ją do kartki papieru. Pojawia się ociekający sosem pomidorowym znak — dokładnie taki sam, jak ten na ekranie.

— To pieczęć?! — Profesor patrzy na odbitkę z niedowierzaniem.

— Karta dostępu! Tak jak mówiłeś. To się w coś wkłada… Jak w bankomacie!

— Racja, czyli co? Treść nie ważna?!

— Tego nie wiem… pewnie ważna. Nie wystarczy wejść, trzeba jeszcze wiedzieć, co dalej. To pewnie jest rodzaj instrukcji obsługi.

— Cholera! Zrywajmy się stąd! — Profesor nagle się ożywia — On może tu być w każdej chwili.

— Mam tylko motor…

Wzdryga się, ale wstaje. Cóż, nie ma innego wyjścia. Zbiegamy na dół. Księga do juku, my na siodło.

— Dokąd?

— Pojęcia nie mam — Profesor mocuje się z zapięciem kasku — na razie jedź, byle jak najdalej…

Nie mówię mu, że już przecież tego próbowałem. No, ale dobra, i tak nie mamy lepszego pomysłu. Kopię starter, ruszamy. Jest już ciemno. Jedziemy w dół Gdańską. Jakoś pusto. Żadnych samochodów, ludzi, latarnie też dziwnie świecą. Tak chłodno. Przyspieszam, ale prędkościomierz staje na czterdziestce. Co, do cholery?! Coś nierealnego dzieje się z perspektywą, ulica się wydłuża, nie ma końca. Przecznice oddalają się. Czuję, jak Profesor wpija mi się palcami w plecy, też to widzi. Domy pochylają się nad nami, gną się jakby były z wosku, sklepiają się nad nami w mroczny korytarz. Światła w oknach drgają jak świeczki, jak znicze. Coś nadciąga. Coś mocnego, wielkiego i… pustego. Mrok wlewa się w latarnie, tłumi światła, nawet reflektor motocykla. Gęsty, żałobny mrok. Szum. Słyszę monotonny szum głosów. Z góry. Wolno podnoszę głowę. Tam gdzie powinno być niebo, widzę setki głów przytroczonych do firmamentu jak gwiazdy. Rozmawiają w nieznanym mi języku, jedynie chichoty są zrozumiałe. Czuję, że zbliżamy się do tego czegoś, powietrze robi się gęste jak smoła. Otumanienie, wirowanie, jakbym napierał na membranę. I nagle stało się! Ogłuszający, wibrujący w uszach pisk, jakieś przekraczanie granicy dźwięku. Coś pękło, coś się rozerwało. Oślepiające światło uderzyło nas całą swoją mocą. Koła motocykla zapadają się w czymś grząskim, lepkim. Tracę panowanie nad maszyną, lecimy w dół.

*

Upadek nie był bolesny, tyle, że wciąż nic nie widzę. Wzrok wraca dopiero po pewnym czasie. Wokół piasek, morze piasku. Słońce dosłownie wypala piętno w głowie. Rozglądamy się bezradnie.

— Pustynia — słyszę nutę zdumienia w głosie Profesora — jesteśmy na pustyni…

— Co to jest?! — zza wydmy wyłaniają się jakieś kształty. Słońce nie pozwala dostrzec szczegółów. Zbliżają się; zawinięci w burnusy, czy jak to się tam nazywa, smagli, z czymś dziwnym na głowach. Podchodzą. W ich dłoniach błyszczą włócznie i kindżały. Jeden z nich wysuwa się do przodu. Cicho szeptam słowa, wykonuję gest. Pole ochronne jednak się nie pojawia. Profesor widzi moje próby, też coś kombinuje i też nic z tego.

Tubylcy patrzą na nas z rosnącym zainteresowaniem. W końcu ten z przodu odwraca głowę pokazując gdzie mamy iść. Czterech innych podnosi motocykl. Brniemy w piasku, przesuwając się zboczem wydmy. Chyba kierujemy się na zachód — tak by wynikało z pozycji słońca. Trwa to długo. Nie dali nam nic do picia. Ja się trzymam, gorzej z Profesorem. Podpieram go ramieniem. Tamci nawet nie patrzą. Tylko idą z postawionymi na sztorc włóczniami.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 37.71