Wstęp
Bytom, jak wiele innych miast, ma swoją wielowiekową historię. Możemy o niej przeczytać czy też jej wysłuchać. Dowiemy się wtedy faktów z przeszłości, które mogą nas w mniejszym lub większym stopniu zainteresować. Mogą, ale nie muszą. Problem polega na tym, że są to tylko suche fakty, obdarte z całej ówczesnej rzeczywistości. Tak naprawdę nie rozumiemy ludzi, którzy wtedy żyli, nie znamy ich myśli, nie wiemy, co wtedy zaprzątało ich umysły, nie staramy się zrozumieć ich osobowości i cech charakteru. Słyszymy tylko o konkretnych wydarzeniach. To powoduje, że poznana historia wydaje nam się często nieco abstrakcyjna, oderwana od ówczesnej rzeczywistości. Przecież wcale tak nie jest.
Kiedyś przypadkowo usłyszałem, że 1932 r. był wyjątkowy. Dlaczego? Aż dziewięć komet miało przelecieć w pobliżu naszej planety. Tajemniczych ciał niebieskich zapowiadających nieszczęście. Przynajmniej tak uważa większość ludzi od czasów pierwszych, zamierzchłych cywilizacji. Później skojarzyłem wiele historycznych wydarzeń, które faktycznie rozegrały się w Bytomiu 1932 r., w ówczesnym niemieckim mieście noszącym nazwę Beuthen O/S. Okazało się, że pod tym względem był to również wyjątkowy rok. Stary system wartości zaczął się kruszyć jak spróchniałe drewno. Wydawał się już nie pasować do nowej rzeczywistości. Świat opanowały nowe idee, niebezpieczne i złowróżbne, jak pędzące po nieboskłonie komety. Ludzie żyjący w okresie 20-lecia międzywojennego musieli się z tym wszystkim zmierzyć, odnaleźć w tym świecie swoje własne miejsce. Zapewne nie było to łatwe, a dla niektórych niemożliwe. Odwieczna ludzka tęsknota za przeszłością, znaną i rozumianą i dlatego też bezpieczną, toczyła swoją walkę z brutalną rzeczywistością, często z niezrozumiałymi symptomami nowych czasów.
Pomyślałem sobie, że spróbuję napisać opowieść, której akcja będzie się rozgrywała w Bytomiu w 1932 r. Chciałem jednak, aby poza fikcyjną fabułą kryminalną cała reszta była prawdziwa, realna, w pewnym sensie namacalna. Dlatego wszystkie postacie występujące w tej powieści to osoby autentycznie żyjące w Bytomiu w 1932 r., pełniące funkcje, które naprawdę pełnili. Chciałem, aby bytomski świat z tego dziwnego roku ożył, a postacie nabrały prawdziwych barw. Kwerenda gazet z tego okresu okazała się fascynującym, jak również niezwykle twórczym materiałem, który zaadoptowałem na potrzeby owej powieści. Każde przytoczone wydarzenie (poza fikcyjną kryminalną fabułą) jest prawdziwe. Analiza różnego typu źródeł historycznych pomogła w zrozumieniu ówczesnego świata i żyjących w nim ludzi. Niebagatelną rolę odegrały również opracowania historyczne, które można by wymieniać bardzo długo, a które w ciągu wielu lat zbudowały moją wiedzę na temat tamtych czasów. W ten sposób powstała realna rzeczywistość, w której żyli bytomianie w 1932 r. Postacie historyczne przestały być jedynie imieniem, nazwiskiem i funkcją, ale stały się takimi samymi ludźmi, jak my. Pełni zalet i wad, zwykłych ludzkich przywar, ze swoimi zainteresowaniami, poglądami politycznymi i religijnymi, codziennymi troskami czy chorobami. Starałem się, aby w mojej powieści z 1932 r. Bytom ożył w pełnym tego słowa znaczeniu. Dlatego w tekście podaję opis miejsc, jak i krótkie biogramy postaci. Czy to się udało, musicie ocenić już sami.
W pierwszej scenie dotyczącej fabularnego wątku kryminalnego użyłem autentycznego języka, który funkcjonował w tamtych czasach. Część osób używała języka śląskiego (tu wielkie podziękowania dla Heleny Leśniowskiej za pomoc), a spora część mieszkańców Bytomia mówiła po niemiecku. Chciałem, aby ta scena wprowadzająca w dalszą treść opowieści była jak najbardziej autentyczna. Później, na potrzeby opowieści i z myślą o jej czytelnikach, używam jedynie jezyka polskiego. Tak jest prościej.
Chciałem bardzo podziękować mojej kochanej Żonie Justynie za cierpliwość i wsparcie. Ona była pierwszym surowym recenzentem tej powieści. Dziękuję Helenie Leśniowskiej i Andrzejowi Fischerowi za pomysły i pomoc. Serdeczne podziękowania składam również wszystkim osobom, które miałem szczęście spotkać w swoim życiu, a które spowodowały, że historia stała się moją wielką pasją. Ogromnie boleję nad śmiercią Czesława Czerwińskiego, z którym nie raz długo rozmawiałem na różne bytomskie tematy. Część jego wiedzy i materiałów wykorzystałem w tej powieści. Starałem się również zilustrować treść tego opowiadania widokami miejsc, w których się rozgrywa. Mam nadzieję, że w ten sposób czytelnicy będą w stanie lepiej poznać owe bytomskie miejsca i nie traktować je jedynie jako pomniki historii, tylko zapamiętać jako prawdziwe, realne, tętniące życiem i rytmem codziennego dnia. Bytom. 1932. Rok dziewięciu komet. Zapraszam Was, czytelnicy, do tego dziwnego i w ogromnej mierze prawdziwego świata.
Prolog
Dziewczyny z warkoczem
W dawnych czasach, gdy ludzie z podziwem i bojaźnią spoglądali na otaczający ich świat, pojawienie się komet kojarzono z rodzajem kary. Wierzono, że nadnaturalne byty zamieszkujące niebiosa w ten właśnie sposób chcą ukarać i upokorzyć ludzi za ich niecne czyny. Obawiano się złowieszczych komet. Kojarzono je z nadciągającym nieszczęściem, jak chociażby ze śmiercią Juliusza Cezara w 44 r. p.n.e. Apokalipsę również kojarzono z ich pojawieniem się. Wierzono także, że są to małe planety, które nagle pojawiają się w naszym sąsiedztwie. Dopiero Arystoteles odrzucił owe opinie, choć w sferze rozumienia komet popełnił wiele błędów. Początkowo uważano, że komety są jedynie zjawiskiem meteorologicznym. Później okazało się to nieprawdą. Nazywano je „gwiazdami z warkoczem”, gdyż te niewielkie ciała niebieskie zbliżając się do powierzchni jakieś gwiazdy uwalniają ze swojej powierzchni gaz i pył tworząc tzw. komę, która pod wpływem promieniowania słonecznego i wiatru słonecznego tworzy ciągnący się za kometą jonowy i pyłowy warkocz. Tak to widać z powierzchni Ziemi. Zawsze budziły respekt, choć tak naprawdę nie rozumiano ich natury.
W 1680 r. pochodzący z Gubina niemiecki astronom Gottfried Kirsch (1639—1710) odkrył jasną kometę, której ruch przez wiele kolejnych miesięcy śledziło wielu innych europejskich astronomów. Na podstawie ich obserwacji i obliczeń (kontynuowanych później przez samego Isaaca Newtona) ustalono, że są to ciała niebieskie poruszające się poza atmosferą ziemską. Idąc tym tokiem myślenia w 1705 r. Anglik Edmond Halley (1656—1742) zastosował newtonowską metodę obliczeń dla 24 komet. Okazało się, że jedna z nich odwiedza Układ Słoneczny co 75 lat. Halley twierdził, że kometa pojawi się ponownie w 1759 r. Miał rację. W 1932 r. Ziemia znalazła się w tzw. perihelium, czyli w punkcie swej eliptycznej orbity, który leży najbliżej Słońca. Z kolei Księżyc wykazywał największe nachylenie do płaszczyzny równika, jaki w ogóle może mieć miejsce. W tym roku widoczne również były dwa zaćmienia Słońca i dwa Księżyca. Tylko jedno z nich, zaćmienie Księżyca w dniu 14 września, było widoczne nad Śląskiem. Był to jednak niezwykły rok pod względem przemieszczających się w pobliżu naszej planety komet, w tym wielu tzw. periodycznych, czyli pojawiających się co jakiś okres. W styczniu 1932 r. miała być widoczna kometa Schorra (widoczna w 1918 r.), która przeszła przez perihelium, ale niestety nie udało się jej dostrzec. Około 18 maja była widoczna odkryta w 1902 r. kometa Grigg-Skjellerupa, którą wcześniej obserwowano w 1927 r. W połowie czerwca miała być widoczna odkryta w 1916 r. kometa Neujmina II, która się nie pojawiła. Ostatni raz widziano ją w 1927 r. Od tego czasu uważa się ją za zaginioną. W lipcu miała być widoczna kometa Wolfa II, która nie została zaobserwowana. W drugiej połowie sierpnia miała być widoczna odkryta w 1906 r. kometa Kopffa. Pojawiła się w przewidywanym czasie. Koniec sierpnia to czas odkrytej w 1904 r. komety Borelly’ego, jednej z najciemniejszych komet w Układzie Słonecznym. Zjawiła się w oczekiwanym czasie. W pierwszej połowie października przez perihelium przeszła odkryta w 1889 r. kometa Brooksa II. Wielkie nadzieje wiązano z odkrytą w 1866 r. kometą Tempela (pojawiająca się średnio co 33 lata), która miała być widoczna na niebie w listopadzie i powiązana z rojem meteorytów zwanym „Leonid”. Niestety nie udało się jej zaobserwować. Na początku grudnia widoczna była odkryta w 1843 r. kometa Faye’a. W sumie to dziewięć komet, z których czterech nie udało się zaobserwować, a jedną z nich uważa się za zaginioną. To jednak nie wszystko. W 1932 r. odkryto osiem nowych komet. Były to: obiekt kometarny van Biesbroecka, komety Houghtona-Ensora, Carrasco, Newmana, Geddesa, Schmitta, Peltier-Whipple i Dodwell-Forbes. Pod względem astronomicznym był to wyjątkowy i niezwykły rok. Takie nagromadzenie komet dla wielu osób oznaczało zapowiedź wielkich nieszczęść. Bano się ich złowieszczych warkoczy. Przypominały wściekłe Walkirie nadciągające na spokojny i cichy świat…
Na sklepieniu starej żydowskiej synagogi w Bytomiu znajdował się wizerunek komety, która pojawiła się nad miastem w 1811 r. To tylko dowód na to, jak wielką uwagę przywiązywali do komet ówcześni mieszkańcy Bytomia.
Primum clamor
To była szczególnie mroźna i ciemna styczniowa noc 1932 r., krótko po Nowym Roku. W pobliżu bytomskiego przejścia granicznego Stare Góreczko, w mrokach nocy ukrywało się dwóch mężczyzn. Różniła ich wyraźna różnica we wzroście. Byli już po polskiej stronie.
— Verdammt, es ist kalt — wyszeptał przez zaciśnięte zęby jeden z nich sięgając do kieszeni po paczkę papierosów.
— Du hast keine Lust zu rauchen, oder? Sie werden uns bemerken! — odpowiedział nieco głośniej wyższy patrząc wrogim wzrokiem na gesty tamtego.
— Ja, du hast recht — odpowiedział niższy chowając z niechęcią papierosy w głąb swojej kieszeni — Wo sind sie?
Zapadła niezręczna cisza.
— Sie werden kommen. Sie kommen immer — odparł wyższy.
Po chwili gdzieś w nieprzejednanych mrokach nocy dało się słyszeć kroki, spotęgowane przez zmrożony, skrzypiący pod butami śnieg.
— Czemu tak późno? — powiedział wyższy używając mało zgrabnie języka polskiego.
— Co sie ciepies? Niy mogli my pryndzy. Wszyndzie nałobkoło pełno policje. Musieli my cekać…
Z mroku wyłoniło się dwóch mężczyzn ubranych w ubrania cywilne. Pomiędzy nimi szła dziewczyna, którą jeden z nich prowadził pod rękę. Po jej krokach było widać, że jest odurzona jakimś narkotykiem, bezwiedna i całkowicie uległa. Miała ciemną przepaskę na oczach. Gdy podeszli bliżej, jeden z nich wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek i zapalił jedną z nich, by nieco oświetlić jej twarz. Zrobił to tak umiejętnie, że płomień zamknął się w jego dłoni. Nie dało się go zauważyć.
— Pasuje wom? — spytał.
— Ja. Wie alt? — odparł wyższy.
— Vierzehn — odpowiedział — Ja. Tak miało być — dodał cicho.
— Wo werden sie nach ihr suchen? Wo ist in der Nähe?
— Niy, ty szwabski ciulu. Naszych niy ruszomy. Łona jest z Polski.
— Jüdisch? –spytał wyższy z wyraźnym zaniepokojeniem.
— Niy, Polka z Byndzina. Wiym, jak przajecie Żydom. Bierecie jom cy niy?
Wyższy szepnął coś do swojego niższego towarzysza, a tamten z wyraźnym ociąganiem skinął przytakująco głową. W ciemnościach było to ledwie zauważalne.
— Bierom cy niy? Bo mnie nerwujom te szwabskie gupieloki — odezwał się nagle drugi z mężczyzn, który ciągle trzymał dziewczynę mocno pod ramię.
— Ja, bierom — odpowiedział mu towarzysz i zwrócił się do Niemców — Płacicie i biercie.
— Ja. Wie lange waren wir uns einig? — spytał niższy.
Zapadła krótka cisza. Po chwili dało się usłyszeć cichy szept, a także krótki metaliczny dźwięk. Ktoś odbezpieczył pistolet.
— Powiydz swojymu ułomnymu kamratowi, że jak mo dziurawo pamiyńć, to niych się weźnie za śmiatanie drogi — wycedził przez zęby pierwszy z polskich przemytników.
— Leicht leicht. Alles ist gut — wyższemu wyraźnie zależało na uspokojeniu sytuacji. Powoli sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej kurtki, skąd wyciągnął gruby zwitek banknotów. Podał go stojącemu naprzeciw niego mężczyźnie.
— Wirst du zählen? — spytał.
— Jak, ciulu? Po ćmoku? Ty wiys, że jak mnie łocyganis, to cie znojda.
— Ja, ich weiß — Niemiec sięgnął ręką w stronę dziewczyny.
Drugi z polskich przemytników nieco się zbliżył, ale zanim przekazał ją Niemcowi, spytał:
— Ty, a tak po prowdzie po co łona wom? Do burdelu?
— Es geht dich nichts an, Idiot — odparł nerwowo niższy z Niemców ruszając w stronę dziewczyny.
Przemytnik zasłonił dziewczynę swoim ciałem, przyjął postawę bojową i zwrócił się do swojego towarzysza:
— Prziwala Szwabowi w tyn jego łoszkliwy ryj!
— Dej pokoj, po co nom jakeś starości — odparł tamten.
— Klaus, komm schon. Die Zeit wird knapp. Wir müssen es noch ins Ausland bringen. Beruhige dich.
Cisza tym razem wydawała się szczególnie długa i niewygodna.
— Lassen Sie uns den Deal abschließen — zwrócił się do polskiego przemytnika.
— Ja. Dej jym ta dziołcha — szepnął do swojego towarzysza, a ten z ociąganiem przekazał ją niższemu z Niemców. Ten chwycił ją mocno pod ramię, odwrócił się i ruszył w stronę granicy. Wyższy z Niemców szepnął: „Wir sehen uns” i odwracając się na pięcie ruszył w ciemność.
— Szwabske ciule — powiedział jeden z nich.
Dwaj polscy przemytnicy jeszcze przez chwilę stali wpatrując się w mrok. Ciemna styczniowa noc wkrótce pochłonęła wszystkie dźwięki. Dwóch Niemców dotarło z dziewczyną do granicy. Zanim ją przekroczyli, nałożyli na ramię opaski ze swastyką. Nieopodal stał niemiecki celnik, który udawał, że nikogo nie widzi. Spokojnie ruszyli w stronę ul. Witczaka, gdzie blisko przejścia granicznego stał cywilny samochód. Wysiadł z niego zwalisty mężczyzna w długim, skórzanym płaszczu. Gdy prowadzący dziewczynę zbliżyli się do niego, zapalił latarkę i oświetlił jej twarz.
— Hübsch und jung. Setz sie ins Auto — ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że nie znosi sprzeciwów. Mężczyźni posłusznie wykonali jego życzenie. Dziewczyna bezwładnie opadła na tylne siedzenie. Z delikatnym trzaskiem zamknęli drzwi samochodu.
— Ein gut gemachter Job. Ihr seid gute SA-Männer — powiedział mężczyzna wsiadając do auta. Na przednim siedzeniu pasażera siedział ktoś jeszcze, ale ci z opaskami na ramieniu woleli się w niego nie wpatrywać. Nie odezwał się ani słowem. Kierowca zapalił silnik, lecz reflektory pozostały ciemne. Latarnie na tyle oświetlały ulicę, że było w miarę widno. Samochód powoli zawrócił i spokojnie odjechał w głąb ulicy. SA-mani chwilę wpatrywali się w znikający kształt, a później ruszyli w kierunku jednej z bocznych ulic. Nie odzywali się do siebie. Obydwaj doskonale wiedzieli, że to zdarzenie trzeba trzymać w ścisłej tajemnicy. Dla własnego bezpieczeństwa.
Makabryczne odkrycie
Tego styczniowego dnia grupa miejscowych chłopców umówiła się na wycieczkę do Dąbrowy Miejskiej. To miała być pełna wrażeń wyprawa do zimowego lasu. Na miejsce udali się tramwajem, który tego dnia był szczególnie pusty. Wysiedli na odpowiednim przystanku. Pięciu chłopaków i pies — radosny owczarek niemiecki, dla którego śnieg był największą zabawą. Wabił się Franz. W plecakach mieli kanapki i herbatę w butelkach. Tyle wystarczyło, aby wyprawa była udana, a dzień niezapomniany. Po chwili ruszyli w głąb lasu, wesoło rozmawiając o rożnych rzeczach. Mówili po śląsku, ale czasami przechodzili na język niemiecki. Było ich słychać z daleka. Las prezentował sięcudownie. Piękna, biała powłoka śniegu rozświetlona była promieniami zmrożonego słońca. Pomiędzy drzewami wypatrywali zwierząt, a Franz biegał wesoło wokół nich, czekając na zabawę. Od czasu do czasu któryś z chłopaków rzucił kulkę śniegu, a Franz pędził za nią jak pociąg ekspresowy, radośnie podskakując i szczekając. Zmierzali w stronę leśnego zameczku, który tętnił życiem każdego lata, ale zimą też przyjmował gości. Nagle Franz rzucił się gdzieś w głąb lasu, głośno szczekając.
— Franz! Franz! — wołał za nim chłopak o imieniu Peter, dla którego owczarek był najlepszym przyjacielem. Pies nie reagował, tylko pędził przed siebie.
— Co mu się stało? — spytał drugi z chłopaków o imieniu Klaus.
— Nie wiem — odpowiedział Peter i ruszył biegiem za znikającym pomiędzy drzewami psem. Pozostali chłopcy rzucili się za Peterem. W oddali było słychać szczekanie Franza. Biegli po śladach psa, które na świeżym śniegu były doskonale widoczne. Tak było przez dłuższą chwilę. Tylko coraz głośniejsze oddechy chłopaków były oznaką ich zmęczenia. Franz zaczął szczekać jeszcze wścieklej. Peter zauważył, że pies stanął w miejscu, ale jego szczekanie było dziwne. Nienaturalne. Chłopak zaniepokojony biegł dalej, a za nim jego koledzy. W końcu Peter dogonił swojego psa.
— Franz, co ty… — nagle zaniemówił. Zauważył coś, co stało się powodem niecodziennego zachowania owczarka. Za chwilę do Petera dopadli zdyszani koledzy. Od razu zauważyli to, co Peter.
— O Boże… — szepnął jeden z nich. Pozostali nie mogli wydusić z siebie słowa. Na ziemi leżała naga dziewczyna. Całkowicie naga. Na jej ciele było widać wiele siniaków i zadrapań. Najstraszniej wyglądał jej brzuch, na którym dało się zauważyć kilka głębokich cięć, układających się jakby we wzór. To tak, jakby ktoś usiłował rozpłatać ją i wyciągnąć wnętrzności. Dziewczyna miała szeroko otwarte oczy. Chłopakom wydawało się, że widać w nich było ogromny strach i przerażenie. Przez chwilę stali bez słowa wpatrując się w zwłoki. Pies biegał wokół nich ciągle szczekając, ale już znacznie mniej natarczywie, niż robił to chwilę wcześniej.
— Co jej się stało? — wyszeptał Klaus.
Nikt mu nie odpowiedział. Wszystkich sparaliżował strach. Żaden z nich nie widział jeszcze ludzkich zwłok, szczególnie w takich okolicznościach i w takim stanie. Do tego ta nagość, z jednej strony straszliwa, a z drugiej nienaturalna, niezwykła i zawstydzająca. Dziewczyna miała długie jasne włosy, które zima zdążyła już mocno zmrozić. Jej ciało było mocno sine i miało nienaturalny kolor. Pomiędzy drzewami było słychać jedynie ostry, zimowy wiatr. Zaczął też padać śnieg, którego płatki lądowały również na ciele dziewczyny. Chłopcy stali sparaliżowani strachem.
— Franz, chodź do mnie! — krzyknął Peter. Pozostali chłopcy podskoczyli, jak rażeni piorunem. Słowa chłopaka wytrąciły ich z transu. Pies posłusznie wykonał rozkaz właściciela i usiadł u nogi Petera.
— Trzeba zawiadomić policję — powiedział Klaus.
— Może najpierw powiemy rodzicom? — wyszeptał z wyraźnym strachem w głosie Johann — Niech oni zawiadomią policję.
— Klaus ma rację — odpowiedział Peter wpatrując się rozszerzonymi oczami w zwłoki dziewczyny — Musimy zawiadomić policję. To my ją znaleźliśmy.
— Mamy ją tak zostawić? — wycedził przez zęby Günther, którego koledzy nazywali Chudym.
— Chudy, przecież ona nie żyje! — odparł głośno Klaus.
— Skąd wiesz? — nie dawał za wygraną Chudy — Może tylko nam się wydaje?
— Przecież się nie rusza!
— Może straciła przytomność, może tylko zmarzła!
— Chudy, spójrz na jej brzuch. Flaki prawie wychodzą jej na zewnątrz!
Wszyscy zatrzymali wzrok na jej brzuchu, zakrwawionym i pociętym, nienaturalnie zniekształconym.
— Skąd się tu wzięła? — spytał cicho Chudy, do którego w końcu dotarło, że dziewczyna nie żyje.
— Nie wiem — odparł Peter wyciągając z kieszeni sznurek i obwiązując nim kark psa.
Stali jeszcze przez chwilę patrząc na nagie i zmasakrowane zwłoki dziewczyny.
— Idziemy — powiedział Klaus — W Leśnym Zamku na pewno mają telefon. Niech zadzwonią na policję.
— Będzie na nas! Jeszcze pomyślą, że to my! — wykrzyczał nagle najmłodszy Otto, który dotąd nie odezwał się ani słowem. Po policzkach płynęły mu łzy, a jego pięści były kurczowo zaciśnięte. Przerażone oczy wpatrywały się w zwłoki dziewczyny.
— Nie gadaj głupot — odparł Klaus.
Chłopcy nadal stali bez ruchu. Nagle zrobiło im się bardzo zimno. Trudno powiedzieć, czy z powodu temperatury, czy ze strachu zaczęli drżeć. Chudy gwałtownym ruchem ściągnął plecak z ramion i zaczął w nim grzebać. W końcu wyciągnął sweter, który zapakował na wszelki wypadek. Właściwie nie on, tylko jego matka. Chwycił go w dłonie i bardzo powoli zbliżył się do martwej dziewczyny, coraz bardziej krzywiąc głowę. Bał się niemiłosiernie. Jego koledzy nie odezwali się ani słowem. W skupieniu obserwowali jego ruchy. Chudy będąc dostatecznie blisko rzucił na zwłoki sweter, który opadając zakrył tylko niewielką część jej ciała.
— Nie możemy jej tak zostawić — powiedział cicho.
Nikt mu nie odpowiedział.
— Idziemy — równie cicho powiedział Klaus, ale wszyscy doskonale to słyszeli. Zaczęli niezdarnie cofać się tyłem, coraz dalej od przerażającego widoku, który miał pozostać w ich głowach na całe życie. Po chwili rzucili się biegiem przez las. Prosto w stronę Leśnego Zamku. Byle dalej…
Radca rządowy, a jednocześnie dyrektor bytomskiej głównej placówki policji Arthur Süssenbach siedział przy swoim biurku, popijając z dużego kubka ciepłą herbatę. Był ponad 50-letnim, niewysokim i dość korpulentnym mężczyzną, z bujną gęstwiną mocno siwych włosów, z wielkim sumiastym wąsem. Zawsze nienagannie ubrany, choć policyjny mundur przywdziewał już bardzo rzadko. Właściwie okazjonalnie. Mroczny styczniowy dzień dał się odczuć niską temperaturą, gdy przed pracą wyszedł na krótki, codzienny spacer. W biurze było ciepło i przyjemnie, a poranna herbata to stały element każdego dnia służby. Rozjaśniała umysł i pozwalała wejść w sferę służbowych obowiązków. Była swego rodzaju codziennym rytuałem. Duży budynek bytomskiej policji przy Reichs-Präsidenten-Platz 17 tętnił już swoim życiem, choć o poranku jeszcze niezbyt intensywnym. Na biurku leżała sterta dokumentów. Normalny element każdego dnia pracy. Doniesienia z ostatnich godzin, a także toczące się sprawy. Każda strona wymagała uwagi, a herbata pozwalała się skupić. Arthur szczególnie wnikliwie analizował dokument dotyczący wydarzeń, jakie rozegrały się w Bytomiu w Noc Sylwestrową — kilka dni temu. Nagle odezwał się masywny, czarny telefon, który stał ma rogu biurka. Süssenbach spokojnym ruchem sięgnął po słuchawkę.
— Słucham?
— Panie radco, tu Schilowsky. Mamy problem. Dzwonili z Leśnego Zameczku w Dąbrowie Miejskiej. Jacyś gówniarze znaleźli zwłoki dziewczyny.
Arthur mocniej ścisnął słuchawkę.
— W Dąbrowie Miejskiej?
— Tak. Panie dyrektorze, podobno zwłoki są nieźle zmasakrowane.
— Skąd wiesz?
— Tak twierdzą gówniarze.
Süssenbach odsunął od siebie kubek z herbatą.
— Mam nadzieję, że oni tam jeszcze są?
— Tak, oczywiście. Kazałem tym z zameczku zatrzymać ich do czasu naszego przyjazdu.
— Dobrze, Schilowsky. Przyjąłem.
Odłożył słuchawkę i na chwilę pogrążył się we własnych myślach. Wstał z krzesła i podszedł do okna. Na placu przez budynkiem policji trwał leniwy ruch, normalny dla styczniowego poranka. Ludzie spacerowali z psami, bądź szli w sobie znanym kierunku. Normalny, bytomski dzień. Do tej chwili. Süssenbach podszedł do swojego biurka, chwycił słuchawkę telefonu i wykręcił krótki numer wewnętrzny. Po chwili usłyszał trzask podnoszonej słuchawki. Po drugiej stronie odezwał się inspektor Otto Schulz, naczelnik wydziału kryminalnego rezydujący w pokoju nr 56.
— Tu Süssenbach. Mamy zwłoki w Dąbrowie Miejskiej. Schulz, wyślij pilnie ludzi do Leśnego Zameczku. Weź techników. Niech zabezpieczą miejsce i rozejrzą się wokół. Nie wiem, co tam się stało.
— Tak jest!
— Aha, zwłoki znaleźli jacyś gówniarze. Chcę mieć ich imiona, nazwiska i adresy. Czekają na was w Leśnym Zameczku.
— Tak jest, panie radco!
Süssenbach odłożył słuchawkę. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w okno, za którym roztaczał się zimowy widok. Dąbrowa Miejska, takie spokojne miejsce — pomyślał. Nie ma spokojnych miejsc na tym świecie. Owładnięty taką myślą ponownie zasiadł za swoim biurkiem, do czekającej na niego sterty dokumentów.
Dąbrowa Miejska (niem. Stadtwald) to od początków XX w. miejsce wypoczynkowe, z którego chętnie korzystali ówcześni mieszkańcy Bytomia. Niewielki kompleks leśny, bardzo ciekawy pod względem krajobrazowym, miał też inne wykorzystanie. Dopóki w Bytomiu (niem. Beuthen O.S.) stacjonowała regularna niemiecka armia (do 1918 r.), a konkretnie 156 Pułk Piechoty ulokowany w koszarach na ul. Smolenia, w Dąbrowie wybudowano strzelnicę, na której żołnierze szlifowali swoje umiejętności strzeleckie. Jej relikty istnieją do dzisiaj. W późniejszym okresie zapewne korzystali z niej funkcjonariusze bytomskiej policji. Największą atrakcją tego miejsca był jednak tzw. Leśny Zameczek, czyli rodzaj leśnego zajazdu o bardzo ciekawej architekturze, który stał się głównym weekendowym celem spacerowiczów i szukających spokoju mieszkańców miasta. Mocno przebudowany istnieje do dzisiaj. W opisanym okresie do Dąbrowy pociągnięto asfaltową drogę, która powstała dzięki burmistrzowi Knakrickowi. Dąbrowa Miejska rozłożona jest pomiędzy obecną ul. Strzelców Bytomskich a Stolarzowicami. W tamtych czasach można tam było bez problemu dojechać tramwajem lub kolejką wąskotorową. Leśne ścieżki spacerowe, doskonałe widoki, dość czyste powietrze, a także zaplecze gastronomiczne i rozrywkowe w postaci Leśnego Zameczku (niem. Wald Schloss) zapewniały doskonałą całodniową atrakcję. Koło Leśnego Zameczku zasadzonono dwa dęby — jeden ku pamięci nadburmistrza Bytomia dr-a Georga Brüninga, a drugi ku pamięci dr-a Mannheimera, członka bytomskiej rady miejskiej. Kompleks leśny, nieco uszczuplony nadal istnieje, choć prezentuje się o wiele gorzej, niż w tamtych czasach. Nadal pozostaje jednak miejscem, gdzie część mieszkańców Bytomia chętnie spędza wolny czas.
Süssenbacha pochłonęły dokumenty. Każdy z nich czytał bardzo uważnie, a tam, gdzie było to potrzebne, składał swój podpis. Spokojnie i bez pośpiechu. Był doświadczonym policjantem. Pośpiech już dawno wyrzucił ze swojego charakteru. Kubek z herbatą był już z pusty i całkowicie zimny, ale pomimo tego czasami obejmował go ręką, jakby chciał się przekonać, czy herbata została już wypita. Nikt mu nie przeszkadzał. Jego podwładni wiedzieli, że każdego poranka trzeba dać szefowi całkowity spokój do momentu, gdy sam pojawi się w drzwiach swojego gabinetu i słownie wyda pierwsze dyspozycje bądź zarządzi natychmiastową naradę. Przyzwyczajony do porannego spokoju Süssenbach aż podskoczył, gdy głośno odezwał się telefon. Podniósł słuchawkę.
— Słucham?
— Panie dyrektorze, tu Schilowsky. Dzwonię z Leśnego Zameczku.
— Ach tak… no i co tam?
— Jesteśmy już od prawie dwóch godzin na miejscu. Spisaliśmy i przesłuchaliśmy tych chłopaków. Byliśmy też na miejscu, gdzie leżą zwłoki tej dziewczyny.
— Kto jest z tobą?
— Kraus i Stephainski. No i technicy…
— To dobrze. Co ustaliliście?
— Panie dyrektorze… — głos Schilowsky’ego nie brzmiał niepewnie, co wydało się Süssenbachowi nieco dziwne.
— Tak?
— Musi pan tutaj przyjechać. Kraus został tam na miejscu, ale prosił, żebym pana wezwał.
— Czemu?
Schilowsky przez chwilę nie odzywał się.
— Musi pan to zobaczyć. To nie jest zwykła sprawa…
— O co chodzi?
Schilowsky znowu na chwilę zamarł.
— To bez wątpienia morderstwo, ale…
— Schilowsky, mów jaśniej!
— Tak jest, panie radco. Proszę przyjechać tu na miejsce. Musi pan sam zobaczyć zwłoki. Ja różne rzeczy już widziałem, ale czegoś takiego jeszcze nie…
Süssenbach znał Schilowsky’ego od lat. Wiedział, że rozmawia z niezwykle doświadczonym policjantem, który miał na swoim koncie wiele zawodowych sukcesów. Ton głosu współpracownika wskazywał, że to coś faktycznie niezwykłego.
— Dobrze. Schodzę na dół. Przyjadę tam służbowym samochodem. Niedługo będę.
— Tak jest, panie dyrektorze — odparł żwawo Schilowsky — Czekamy na pana.
Arthur odłożył słuchawkę. Co się dzieje, do cholery? — pomyślał. Wstał z krzesła, podszedł do niewielkiej szafy, otworzył drzwi i wyciągnął z niej swoje zimowe palto. Süssenbach sięgnął jeszcze po ciepły szalik, czapkę i rękawiczki. Narzucił wszystko na siebie i otworzył drzwi gabinetu.
— Proszę dzwonić do dyżurnego — rzucił do siedzącego za biurkiem umundurowanego policjanta — Niech samochód czeka na mnie na dole. Zaraz tam zejdę.
— Tak jest, panie dyrektorze — odpowiedział policjant łapiąc za słuchawkę telefonu.
Süssenbach powoli wyszedł ze swojego gabinetu i mijając biurko, przy którym siedział rozmawiający przez telefon policjant ruszył w stronę drzwi. Otworzył je szeroko, rzucił jeszcze spojrzenie przez ramię i wyszedł na korytarz, na którym kręciło się kilku innych policjantów. Na widok szefa stanęli i skinęli głowami.
— Kominek! — krzyknął Süssenbach w stronę jednego z nich — Wyjeżdżam teraz do Dąbrowy Miejskiej. Nie wiem, ile mnie nie będzie.
— Tak jest, panie dyrektorze! — wykrzyknął Kominek trzaskając obcasami.
Arthur spojrzał na niego zakładając czapkę na głowę.
— Jakby coś, to wiesz, gdzie mnie szukać.
— Tak jest! — obcasy Kominka ponownie z gracją stuknęły o siebie.
Zapowiada się długi dzień — pomyślał Süssenbach ruszając korytarzem w stronę schodów. Na dole czekał już na niego kierowca i samochód. Po chwili ruszyli spod budynku komendy bytomskiej policji przy Reichs-Präsident-Platz. Na rogu placu Süssenbachowi rzucił się w oczy ogromny plakat reklamowy. Nowy film w kinach. „Błękitne światło” utalentowanej Leni Riefenstahl. Arthur lubił kino i jego magię. Pomyślał, że jak znajdzie trochę czasu, to może się wybierze. Samochód ruszył z Reichs-Präsident-Platz w stronę Dąbrowy Miejskiej.
Błękitne światło
W 1932 r. na ekrany niemieckich kin wszedł film pod tytułem „Błękitne światło”. Jego reżyserką była Leni Riefenstahl (1902—2003), która odegrała w tej produkcji główną rolę. To opowieść o młodej kobiecie o imieniu Junta, która mieszka na uboczu niewielkiej wsi w górach. Mieszkańcy bali się jej, bo zachowywała się dziwnie. Samotnie wędrowała, kontemplowała naturę, unikała ludzkich siedzib. Pewnie dlatego uważano ją za czarownicę. Obarczano ją nawet winą za tajemniczą śmierć kilku młodych mieszkańców tej wsi. Tymczasem kobieta miała inną tajemnicę. Każdej nocy przez wyłom w górskiej skale do wnętrza jaskini, która była wypełniona mnóstwem górskich kryształów, wpadały promienie Księżyca. Miejsce było magiczne. Junta udawała się tam, by cieszyć się widokiem tego miejsca, jak również czerpać z niego swoją siłę. Jednakże mieszkańcy wsi wyśledzili sekret Junty, a pod jej nieobecność rozszabrowali wnętrze jaskini. Co ciekawe, człowiekiem, którym zdradził wieśniakom tajemnicę Junty był wiedeński malarz szukający inspiracji, który nieco wcześniej trafił do wsi. Hitler też był wiedeńskim malarzem. Film odniósł niewielki sukces komercyjny. Sama Riefenstahl twierdziła, że ten film w pewnym sensie odzwierciedla jej własne życie, gdyż podobnie, jak Junta żyła w świecie marzeń, ignorując otaczającą ją rzeczywistość do czasu, gdy jej ideały zostały zniszczone. Trudno powiedzieć, jak rozumieć jej słowa, gdyż Leni właśnie w 1932 r. usłyszała na wiecu przemowę Adolfa Hitlera i zafascynowana jego zdolnościami oratorskimi zaoferowała mu swoje usługi jako reżyser. Tak stała się czołową „propagandzistką III Rzeszy”. Film jest w pewnym sensie wskazaniem, że wybrane osoby mogą posiadać nadnaturalne zdolności, ale inni są zbyt ograniczeni, by to zauważyć.
Süssenbach w zamyśleniu spoglądał przez szybę samochodu na zaśnieżone drzewa i ulice.
— Panie dyrektorze, mogę o coś spytać? — zapytał umundurowany policjant, który służył jako szofer.
Arthur nie odpowiadał. Był pochłonięty swoimi myślami. Nagle drgnął, jakby obudził się z głębokiego letargu.
— Tak.
— Czy to prawda z tą dziewczyną? Zaszlachtowana?
Süssenbach westchnął głęboko.
— Widzę, że wieści się szybko roznoszą…
Kierowca uśmiechnął się szeroko odwracając głowę nieco do tyłu.
— Panie dyrektorze, niech mówią.
— Taaaak, nie mówią…
— Jakieś bydlę — kontynuował kierowca — Pewnie zwyrodnialec.
Arthur nie odpowiedział.
— Najgorsze, że napadało tyle śniegu. Pewnie zatarło wszystkie ślady — mówił spokojnie kierowca — To chyba morderstwo.
— Horst, nie wiem. Przecież dopiero tam jedziemy — odparł Süssenbach dość zniecierpliwionym tonem.
— Tak jest, panie dyrektorze! — rzucił przez ramię kierowca.
Reszta drogi upłynęła w ciszy. Kierowca skręcił w zaśnieżoną drogę prowadzącą wprost do Leśnego Zameczku. Samochód zwolnił i ostrożnie poruszał się po zaśnieżonej nawierzchni. Po krótkiej chwili zauważyli stojącego na drodze inspektora Schilowsky’ego, który energicznie machał ręką. Samochód wolno zbliżył się do niego i stanął. Süssenbach otworzył drzwiczki i dość nieporadnie wysiadł z samochodu. Było ślisko, a stopy ślizgały się po ukrytym pod śniegiem lodzie.
— Ostrożnie, panie radco. Ślisko jak cholera — Schilowsky podał mu rękę — To tam — wskazał palcem w stronę lasu — Musimy tam podejść. To niedaleko.
Spacer przez pokryty śniegiem las nie należał do najłatwiejszych. Już po chwili Arthur zauważył pomiędzy drzewami grupkę osób, z których część pochylała się — najprawdopodobniej nad zwłokami.
— Dzieciaki puściłem już do domu, panie dyrektorze. Oni nic nie wiedzą. Oczywiście mamy ich adresy.
— Dobrze, Schilowsky.
Byli coraz bliżej. Süssenbach zauważył techników, którzy nadal wykonywali zdjęcia, a także komisarza Hansa Krausa. Arthur najpierw podszedł do niego.
— Witaj, Hans — powiedział podając mu rękę.
— Witam, panie radco. Proszę na to spojrzeć — Kraus wskazał ręką na ciało.
Arthur spojrzał na leżące na ziemi zwłoki.
— Chryste Panie, przecież to jeszcze dziecko — powiedział.
— Tak — odparł Schilowsky — proszę popatrzeć na jej brzuch.
Süssenbach spojrzał na szerokie i głębokie nacięcia na brzuchu ofiary.
— Według wstępnych ustaleń — powiedział Kraus — dziewczynka około 14—15 lat, najprawdopodobniej wykorzystana seksualnie, z wieloma urazami na ciele. Przyczyna śmierci chyba jasna. Żadnych ubrań, żadnych dokumentów, żadnej biżuterii. Nic.
— A ten sweter? — Arthur wskazał na leżący obok ciała sweterek.
— Ach, nie — odparł Kraus — To jeden z chłopaków przykrył swoim swetrem ciało, zanim nas zawiadomili.
— Rozumiem. Jakieś ślady?
— Nic, panie radco — odpowiedział Schilowsky — Po pierwsze mnóstwo śniegu, który padał przez całą noc, a po drugie dzieciaki zadeptały.
Arthur wpatrywał się w zwłoki dziewczyny.
— Boże, przecież ktoś prawie ją wypatroszył — powiedział tonem głosu dalekim od tego, który na co dzień znali jego podwładni.
— Zgadza się — odparł Kraus — Wydaje mi się jednak, że zamordowano ją gdzie indziej, a jedynie zwłoki porzucono w tym miejscu.
— Macie wszystko, co trzeba? — zapytał Süssenbach.
— Tak — odpowiedział Schilowsky — Technicy już kończą pracę.
Przez chwilę stali w milczeniu patrząc na zwłoki. Jedynie technicy kręcili się wokół ciała wykonując ostatnie zdjęcia.
— Może to dziwka? Nie sugerowałbym się wiekiem… — rzucił nagle Kraus.
Süssenbach odwrócił się w jego stronę.
— Być może. Tego jeszcze nie wiemy — powiedział rozglądając się wokół — Żadnych innych świadków, Schilowsky?
— Nikogo, panie dyrektorze. To całkowite odludzie.
— No tak — westchnął Arthur — Kraus, sprawdź rejestr zaginionych. Może coś w nim znajdziesz. Schilowsky, rozpytaj miejscowych alfonsów. Może ktoś coś wie. Przyciśnij ich. Wiem, że nie lubią mówić. Musimy ustalić, kto to jest. Gdzie Stephainski?
— W Leśnym Zameczku — odpowiedział Kraus — Przesłuchuje jeszcze pracowników.
— Jak skończy, to przekażcie mu, że jest odpowiedzialny za informacje z sekcji zwłok. Chcę znać dokładną przyczynę i czas śmierci.
— Tak jest, panie dyrektorze! — prawie chórem odpowiedzieli wskazani funkcjonariusze.
Süssenbach jeszcze przez dłuższą chwilę patrzył na ciało dziewczyny. Dziecko, jeszcze dziecko.. — pomyślał — Ile jeszcze takich widoków?
— Wracam do biura. Jak tylko coś będziecie wiedzieć, od razu meldujcie.
Arthur wracał przez las do samochodu. Czasami łapał się ręką zmarzniętych pni drzew, by nie upaść. Szedł bardzo ostrożnie, a w oczach miał ciągle obraz rozpłatanego brzucha dziewczyny.
— Panie dyrektorze, a co z prasą? — krzyknął Kaus — Jeden już tu się kręcił, ale go pogoniliśmy!
— Oficjalny komunikat. Nic więcej. Żadnych zdjęć! — odkrzyknął Arthur przytrzymując się pnia drzewa.
W końcu dotarł do drogi i oczekującego na niego samochodu. Kierowca wyskoczył z niego i szeroko otworzył drzwi na tylną kanapę. Pomógł Arthurowi wejść do środka. Trzymając się samochodu ruszył w stronę fotela kierowcy, na który w końcu opadł z głośnym westchnieniem.
— Do biura — krótko warknął Süssenbach.
— Tak jest, do biura, panie dyrektorze — odparł kierowca zapalając silnik.
Zaśnieżone drzewa i dachy domów, chodniki, z których ludzie samodzielnie odgarniali śnieg, dymiące kominy budynków, w których lokatorzy ogrzewali swoje mieszkania i gotowali posiłki, wszystko wyglądało tak spokojnie i sielankowo, jak z innego świata. Süssenbach pochłaniał ten widok w całkowitym milczeniu. Ulice w centrum miasta były porządnie odśnieżone, ale i tak trzeba było bardzo uważać, bo piesi potrafili nagle, prawie bez żadnej przyczyny, wtargnąć na ulicę, a nagłe hamowanie było bardzo trudne. Jednakże doświadczony kierowca radził sobie z tym bez problemu. W końcu dotarli do budynku policji, a kierowca zatrzymał samochód przed głównym wejściem. Szybko wyskoczył z auta, by otworzyć drzwi Süssenbachowi, ale ten gramolił się już ze środka.
— Dziękuję, Horst — powiedział i ruszył w stronę wejścia.
Na niebie, gdzieś w pobliżu Ziemi, przemieszczała się kometa Schorra…
Reichs-Präsident-Platz
Główna komenda bytomskiej policji ulokowana przy Reichs-Präsidenten-Platz 17 została wybudowana w latach 1925—1926, a oddana do użytku w 1929 r. Poprzednia główna siedziba bytomskiej policji znajdowała się przy obecnej ul. Rostka. Projekt nowego budynku opracował bytomski urzędnik państwowy nadzoru budowlanego Wilhelm Bahlsen. Jego rzut ma kształt prostokąta z portykiem podpartym na sześciu filarach, które pierwotnie zwieńczone były rzeźbami orłów (pewnie w okresie powojennym uznano je za zbytnio „niemieckie” i dlatego zostały usunięte). Całość budynku ma charakter stylu art deco. W tylnej fasadzie budynku znajduje się trójboczny ryzalit, który kryje w sobie klatkę schodową. W przyziemiu nowej siedziby znajdowała się kotłownia, gabinet lekarski, cele dla aresztantów, odwach, biura komisariatu policji oraz biura policji obyczajowej. Na kondygnacji wysokiego parteru znajdował się obszerny hall, a także biura urzędu meldunkowego i kasa. Tam też znajdowały się biura policji kryminalnej. Na pierwszym piętrze rezydował kierownik urzędu, a także centralne biuro policyjne oraz biura służb zajmujących się cudzoziemcami i pomieszczenia policji politycznej. Na drugim piętrze ulokowano mieszkania służbowe, biura wydziału zajmującego się przestępstwami gospodarczymi, a także biura wydziału do spraw komunikacji i ruchu drogowego. Obiekt najprawdopodobniej posiada również swój schron przeciwlotniczy. Od strony zachodniej na budynku umieszczono płaskorzeźbę w formie medalionu przedstawiającą głowę nadstawiającą ucho i napisem „Niech mówią” (niem. „Reden Lassen”). Być może te słowa stały się swojego rodzaju mottem bytomskiej policji — przynajmniej do 1933 r. Później przez jakiś czas w budynku znajdowała się również placówka bytomskiego Gestapo. W 1932 r. (od 1922 r.) bytomską policję stanowiła formacja Schutzpolizei popularnie nazywana „SchuPo”. Jej funkcjonariusze nosili mundury wzorowane na wojskowych w kolorze feldgrau. Podczas służby wkładali na głowę wojskowe hełmy. Ich podstawowym uzbrojeniem były pistolety, ale w razie konieczności stosowano również długą broń (karabiny typu Mauser). Obecnie, gdy w budynku ulokowała się Akademia Medyczna (Akademickie Centrum Stomatologii) i znajdują się tam głównie gabinety dentystyczne, mieszkańcom Bytomia kojarzy się jedynie ze strachem przed wizytą u dentysty. W tamtych czasach budynek był postrachem dla wszystkich przestępców. Właściwie znali go wszyscy mieszkańcy Bytomia, bo załatwiano w nim wiele bieżących spraw. Trudnych spraw, bo Bytom w okresie 20-lecia międzywojennego był w kłopotliwym położeniu. To właśnie w tym budynku prowadzono śledztwo w sprawie zamordowanej dziewczyny.
Bytomskie realia
Süssenbachowi trudno było się odnaleźć w nowej, bytomskiej rzeczywistości. Zresztą, nie tylko jemu. W efekcie powstań śląskich i przeprowadzonego w marcu 1921 r. plebiscytu miasto Bytom pozostało w granicach państwa niemieckiego. Taka decyzja została podjęta przez Radę Ambasadorów w październiku 1921 r. Süssenbach był z tego faktu niezmiernie zadowolony. Począwszy od 1919 r. istniała niemiecka Prowincja Górny Śląsk. Władzę ustawodawczą sprawował w niej liczący nieco ponad 50 posłów sejmik prowincjonalny (niem. Provinzial-landtag), którego obrady odbywały się w Raciborzu. Władzę wykonawczą sprawował wydział prowincjonalny (niem. Provinzial-Ausschuss), którego przewodniczącym był prałat Carl Ulitzka, a od 1933 r. członek NSDAP Joseph Adamczyk. Jednakże Bytom stał się miastem nadgranicznym, co zapewne dla jego mieszkańców było sporym zaskoczeniem i jednocześnie faktem, z którym musieli nauczyć się żyć. Wystarczy spojrzeć na ówczesną mapę i przebieg polsko-niemieckiej granicy, by zauważyć, że niemiecki Bytom „wżynał” się w terytorium państwa polskiego, co miało dla miasta i jego mieszkańców niebagatelne znaczenie. Nowa sytuacja była powodem znacznego wzrostu działaności przestępczej. To właśnie budziło niepokój Süssenbacha.
Kiedyś perspektywy były zupełnie inne. Arthur doskonale to pamiętał. Od momentu rewolucji przemysłowej, która miała miejsce w drugiej połowie XIX w. Bytom, Zabrze i Gliwice nabrały charakteru silnych ośrodków przemysłowych, w których dominowała ludność pochodzenia robotniczego. W latach 20-tych najsilniejsze wpływy polityczne posiadała katolicka partia Centrum, której członkowie obsadzali większość ważnych stanowisk w prowincji górnośląskiej. Tak było również w Bytomiu. Coraz bardziej rosło jednak znaczenie Komunistycznej Partii Niemiec (KPD), która stała się drugą siłą polityczną w prowincji. Co prawda ruch nazistowski miał też swoich zwolenników, ale o wiele więcej w bytomskich realiach politycznych stanowiły faszystowskie bojówki SA (niem. Sturmabteilung), które miały silny charakter robotniczy, ale jednocześnie stały w całkowitej opozycji wobec ruchu komunistycznego. W 1932 r. górnośląska prowincja NSDAP liczyła już blisko 4 tys. członków, na czele których stał Joseph Adamczyk. Kiedy w 1929 r. na świecie wybuchł Wielki Kryzys, który dla milionów ludzi stał się powodem do osobistych tragedii, w Niemczech dodatkowo nałożył się na to kryzys polityczny. Bez wątpienia ludzie oczekiwali politycznej zmiany, gdyż w związku z objawami Wielkiego Kryzysu rosło bezrobocie, pogarszały się warunki pracy, rozwijała się przestępczość i narastał ruch strajkowy. Dlatego coraz chętniej spoglądano na prawą stronę sceny politycznej. Szczerze mówiąc nie ma się co dziwić — niepewność jutra i utrata zaufania do katolickiego Centrum zrobiły swoje.
„Zamieszkały przy ulicy Gräupnera w Bytomiu bezrobotny Lubos popełnił samobójstwo przez zastrzelenie. Nieszczęśliwy strzelił sobie do piersi z teszyngu. Kula przebiła serce na wylot, przeto śmierć nastąpiła natychmiast. Przyczyny popełnienia rozpaczliwego czynu na razie nie stwierdzono”
„Katolik Polski” z dnia 2 stycznia 1932
Dla bytomskiej policji, na czele której stał Arthur Süssenbach, oznaczało to mnóstwo roboty. Fala samobójstw, kradzieże, rozboje…
„W dniu 9 bm. W ręce policji gliwickiej wpadł Izydor Borys z Zabrza i Jan Sosna z Pawłowa (pow. katowicki). Jak ustalono, stali oni na czele szajki świętokradców, którzy ograbiali kościoły wiejskie. Terenem działania świętokradców były powiaty gliwicki i opolski. Między innymi splądrowali oni kościoły w Kamieńcu, Koźlu, Czarnowąsach, Dobrzyniu Wielkim, Popielowie i wielu innych miejscowościach. Jak się okazuje, Sosna ma ponadto do odsiedzenia 7 lat więzienia za napad rabunkowy. Pozostałych dwóch członków bandy świętokradców policja w dalszym ciągu poszukuje”
„Katolik Polski” z dnia 20—21 lutego 1932 r.
Do tego zwiększał się chaos wywołany przez propagandowo demonizowanych komunistów. W styczniu 1931 r. górnośląscy działacze komunistyczni doprowadzili do największego w historii Śląska strajku robotniczego. Tak było również w następnych miesiącach. Dopiero w drugiej połowie 1932 r. nastroje strajkowe nieco uległy uspokojeniu.
„W ostatnich dniach policja dokonała rewizji u komunistów w powiecie bytomskim. Znaleziono wielką ilość broni, a u jednego z komunistów nawet 200 kg materiałów wybuchowych. Pozatem znaleziono wielką ilość literatury komunistycznej skierowanej przeciwko Hitlerowi i Brüningowi”
„Katolik Polski” z dnia 2 stycznia 1932
Po polskiej stronie granicy też nie działo się dobrze. Co prawda od 1920 r. województwo śląskie miało status autonomiczny, ale z roku na rok sytuacja wyglądała tam coraz gorzej. Süssenbach widział mnóstwo problemów związanych z dynamicznie rozwijającą się sytuacją polityczną. Przerażała go radykalizacja komunistów, jak i hitlerowców. Co więcej, przeczuwał, że przyjdą następne problemy…
„La Belle Epoque”
Po powrocie do budynku komendy policji Süssenbach powoli wchodził schodami na kondygnację, gdzie znajdowało się jego biuro. Po drodze minął wielu policjantów, którzy natychmiast mu salutowali, urzędników policyjnych, którzy pozdrawiali go niemym skinieniem głowy czy też petentów, którzy nie mieli zielonego pojęcia, kim jest. Budynek tętnił swoim codziennym życiem. Niby wszystko po staremu. Jednakże już od dłuższego czasu Süssenbach, który urodził się czasach, gdy ledwie tworzyła się II Rzesza, kaiserowskie Niemcy, miał wrażenie, że coś się zmienia, coś ucieka mu pomiędzy palcami. Wiadomo, każde pokolenie ma takie odczucie, ale Arthur coraz częściej o tym myślał. Pewnie dlatego, że wrażenie było coraz silniejsze. Od czasów, gdy się urodził w Europie panował względny spokój. Dopiero I wojna światowa zniszczyła pokłady ludzkiej nadziei i wiary w spokojną przyszłość. Arthur brał w niej udział. Miał szczęście. Przeżył. Jednakże dorastał w świecie, który nazywano „Piękną epoką” (franc. „La belle epoque”). To czas ludzkich nadziei na poznanie świata i wszystkich jego tajemnic, tajemniczość wielu wydarzeń, niesamowita ludzka odwaga i rozwój techniczny, który potrafił przewrócić świat do góry nogami, to wszystko razem układało się w niepowtarzalny charakter tej epoki. On sam wychował się na twórczości pisarskiej Herberta Georga Wellsa (1866—1946), która była wyrazem strachu przed przyszłością i tym, co może się wydarzyć, a jednocześnie nadzieją na potęgę ludzkiego umysłu. Wielkie wrażenie odcisnęła na nim niesamowicie mroczna twórczość pisarska Howarda Phillipsa Lovecrafta (1890—1937) i jego mitologia mroczna i pełna strachu Cthulhu — to wszystko było symbolem odchodzącej epoki. Poza tym Scherlock Holmes, literackie dziecko Arthura Conana Doyle (1859—1930), który stał się symbolem potężnego, analitycznego ludzkiego umysłu dążącego do poznania świata i jego tajemnic czy nieco wcześniejsza gotycka literatura Edgara Allana Poe (1809—1849) pełna obaw przed tajemnicami, których zgłębić nie potrafimy — to obraz tamtego świata, który wytyczył kierunek życia samego Arthura. Po I wojnie światowej nadchodziła nowa faza rozwoju cywilizacji. Przestawały liczyć się dawne zasady moralne i normy wartości, upadały uznane autorytety, a świat pogrążał się w mrokach kultu pieniądza, wiary w fizyczną siłę i nienawiści wobec wszelkich wrogów — prawdziwych i wyimaginowanych. Religia ustępowała miejsca brutalnej sile. Szacunek do drugiego człowieka zamieniał się w pogardę. Liczył się najsilniejszy…
Süssenbach od długiego czasu mieszkał w Bytomiu. Tu również zmiany zachodzące na świecie były doskonale widoczne. Ich symbolem była postać genialnego nadburmistrza Georga Brüninga, którego Arthur doskonale znał. Człowiek, który w okresie „La belle epoque” uczynił z Bytomia prawdziwie europejskie miasto, urodził się w dniu 12 sierpnia 1851 r. w majątku Botzlar koło Selm. Z wykształcenia był prawnikiem. Burmistrzem Bytomia został w 1882 r. dzięki ogłoszeniu prasowemu. Gdy obejmował urząd, Bytom liczył 26 tys. mieszkańców i odstraszał przybyszów fatalnymi drogami i wiejską atmosferą. To wszystko wkrótce za sprawą Georga miało się zmienić. Doprowadził do elektryfikacji miasta (1899), a jednocześnie stworzył działającą do dzisiaj sieć wodociągową, a także sieć sanitarnej kanalizacji. W 1903 r. w Bytomiu wybudowano pierwszą w Europie biologiczną oczyszczalnię ścieków. Była wówczas najnowocześniejszą i najdoskonalszą technicznie w skali całych Niemiec. Jednocześnie powstała pierwsza miejsca linia tramwajowa (1904), której relikty możemy jeszcze dzisiaj zobaczyć na ul. Dworcowej czy też Krakowskiej. Większość ulic w mieście została wybrukowana. Jednocześnie w mieście zaczęto wznosić różne reprezentacyjne budowle, jak gmach teatru (obecnie siedziba Opery Śląskiej przy ul Moniuszki), siedzibę Królewskiego Instytutu Higieny (budynek na rogu ul. Rostka i Moniuszki, będący siedzibą Sanepidu — architekt Carl Brugger), koszary 156 Pułku Piechoty (obecnie budynek przy ul. Smolenia, gdzie przeniosła się część wydziałów Urzędu Miejskiego), a także piękny budynek szkoły realnej (obecnie IV LO na pl. Sikorskiego — architekt Carl Brugger). Powstała nowoczesna rzeźnia miejska, równie nowoczesny zakład rehabilitacyjno-leczniczy dla młodzieży, obszerny i piękny budynek poczty przy ul. Piekarskiej i wiele innych obiektów, jak również eleganckie kamienice miejskie — głównie w modnym wtedy stylu secesyjnym. Jego współpracownikami byli wybitni mistrzowie budownictwa Paul Jackisch i Carl Brugger, a także radca miejski Siegfried Schaal. Miasto zaczęło się pięknie rozwijać. Georg dbał o każdy jego zakątek. Brüning był nieprzekupny i jednocześnie bardzo skromny. Arthur Süssenbach miał o nim doskonałe zdanie. Nie słyszało się o żadnych aferach korupcyjnych w jego urzędzie. W dniu 21 marca 1892 r. został mianowany nadburmistrzem, co oznaczało, że jako burmistrz został wyłączony spod jurysdykcji władz powiatu bytomskiego. W 1919 r. Georg zrezygnował z funkcji nadburmistrza (rada miejska nadała mu dożywotni tytuł burmistrza Bytomia). Tłumaczył się podeszłym wiekiem (miał wtedy 68 lat). Süssenbach podejrzewał jednak, że przytłoczyła go śmierć dwóch jego synów (obydwaj zginęli na wojnie), jak i trudne wydarzenia związane z zakończeniem wojny i okresem plebiscytowym. W dniu 12 sierpnia 1926 r. uczczono go tytułem Honorowego Obywatela Miasta Bytom. Brüning obserwował to, co działo się w mieście i widział, jak „brunatni” są coraz silniejsi. Najprawdopodobniej nigdy się z nimi nie związał. Był znany z dobrego serca — uznał, że w mieście nikt nie może być głodny. Dlatego był dożywotnim prezesem Towarzystwa Wspierania Ubogich, które prowadziło kuchnię ludową, wydawało posiłki i opiekowało się bezrobotnymi (niezależnie od narodowości). Nigdy nie był żadnym „polakożercą”. Był jednak niemieckim patriotą i w okresie plebiscytowym jego kandydatura była rozpatrywana jako ewentualnego szefa Niemieckiego Komisariatu Plebiscytowego. Człowiek z „La Belle Epoque”, nie pasujący do brutalnego politycznego świata, jaki ukształtował się w latach 20-tych i 30-tych. Arthur miał wrażenie, że ten nowy świat do niego nie pasuje. Ideały jego młodości prysnęły już w okopach I wojny światowej, a powojenny świat brutalnie je deptał. Praktycznie każdego dnia. Trudno, rzeki nie zawróci się kijem. Arthur zdawał sobie z tego sprawę. Myśląc o wydarzeniach w Dąbrowie Miejskiej wziął do ręki dzisiejszą gazetę i zaczął bezwiednie przerzucać jej strony. Jego wzrok padł na artykuł poświęcony nowej produkcji filmowej, podobno rewolucyjnej i skandalicznej, jak cały otaczający ich świat. „Kuhle Wampe”…
Kuhle Wampe
W 1932 r. na ekrany niemieckich kin wszedł film pod tytułem „Kuhle Wampe oder Wem gehört die Welt” w reżyserii Złatana Dudowa (1903—1963). Dudow przybył do Berlina w 1922 r., a w 1925 r. został asystentem Fritza Langa przy filmie „Metropolis” w wytwórni filmowej w Babelsbergu. Miał wyraźne przekonania komunistyczne. W 1929 r. przebywał w Moskwie, gdzie spotykał się z sowieckim reżyserami filmowymi. Tam nauczył się również sposobów ukazania klasy proletariackiej. Produkcja filmowa „Kuhle Wampe” Dudowa jest uważana za największe osiągnięcie filmowe proletariackiego filmu niemieckiego z okresu Wielkiego Kryzysu. Film został dopuszczony do wyświetlania przez cenzurę dopiero za trzecim razem. Poruszał temat bezrobocia i lewego skrzydła politycznego w Republice Weimarskiej. Doskonale operował muzyką i obrazem. W treści filmu była widoczna rywalizacja pomiędzy ruchem komunistycznym a nazistowskim. Gdy w 1933 r. Hitler doszedł do władzy, Złatan Dudow wyjechał z Niemiec. Najpierw przebywał we Francji, ale później ukrył się w Szwajcarii. Główną rolę w tym filmie odegrała pochodząca z Lipska młodziutka aktorka Hertha Thiele (1908—1984), która już w następnym roku odmówiła współpracy z przemysłem filmowym III Rzeszy. Ona również na czas wojny ukryła się w Szwajcarii. Taki był los wielu niemieckich komunistów…
Sprawa Lindberghów
Komisarz Hans Kraus siedział w swoim gabinecie przy Reichs-Präsident-Platz. Ciągle jeszcze miał przed oczami makabryczne widoki z Dąbrowy Miejskiej. Nagie ciało dziewczyny, zamrożona głęboka rana na brzuchu, przerażone twarze dzieciaków, dwuznaczne i niepewne miny policjantów i pracowników technicznych. Wszechobecny śnieg i mróz. Zimno, bardzo zimno. Zmarzł tam jak jasna cholera. Teraz już zdążył rozgrzać się gorącą herbatą i nieregulaminowym kieliszkiem, a właściwie dwoma, koniaku, którego butelkę zawsze miał w biurku. Tak na wszelki wypadek. W kąciku jego ust sterczał zapalony papieros. Kraus nie oddychał samodzielnie. Wciągane przez niego do płuc powietrze zawsze miało zawartość papierosowego dymu. Trzymał w ręku gazetę. Jako policjanta kryminalnego ta sprawa interesowała go od samego początku, dlatego śledził kolejne nowinki prasowe. Sprawa Lindberghów, a właściwie ich dziecka.
Na początku 1932 r. cały świat żył tragicznym losem znanego amerykańskiego pilota Charlesa Lindbergha (1902—1974), a właściwie jego rodzinną tragedią. Człowiek, który w 1927 r. jako pierwszy przeleciał dystans pomiędzy Ameryką Północną a Europą, jeden z pionierów tzw. archeologii lotniczej, prawdziwy ówczesny celebryta, którego od 1929 r. małżonką była Anna Spencer (z domu Morrow), w styczniu 1932 r. wraz z żoną przeprowadził się do stanu New Jersey w pobliżu miejscowości Highfields (Hopewell). To miała być szczęśliwa i spokojna rodzinna posiadłość. Wraz z nimi znalazł się tam urodzony w dniu 22 czerwca 1930 r. pierworodny syn Lindberghów, Charles Augustus Junior, który w dniu 1 marca zniknął ze swojego pokoju dziecinnego. Ku przerażeniu rodziców niańka odkryła tam tylko puste łóżeczko. Na miejscu znaleziono list, w którym porywacz zażądał 50 tys. dolarów okupu. Okazało się, że dostał się do dziecinnego pokoju po drabinie. Lindbergh natychmiast zawiadomił o porwaniu miejscową policję, która zablokowała wszystkie drogi i mosty w stanie New Jersey. Nie dało to jednak żadnych rezultatów.
Kraus dokładnie śledził każdą informację. Uważnie przypatrywał się wszystkim fotografiom. Starał się wczuć w tamtejsze realia, a także w sposób myślenia amerykańskich śledczych. Był fachowcem. Miał ogromne doświadczenie w pracy śledczej. Szczerze współczuł Lindberghom, bo sam był ojcem. Po chwili odłożył gazetę i zagłębił się we własnych myślach. Przerażające obrazy z Dąbrowy Miejskiej utkwiły w jego głowie. Na zawsze.
Dwie piramidy
Radca policyjny Arthur Süssenbach często oddawał się rozmyślaniom o współczesnym świecie. Tego dnia było podobnie. Zimowa aura panoszyła się za oknem jego gabinetu. W sprawie zamordowanej dziewczyny jeszcze nic nie ruszyło z miejsca. To nie była pozytywna informacja. Arthur był pewien wiary w możliwości swoich podwładnych. Wiedział, że kieruje dobrym i fachowym zespołem policjantów. Kosztowało go to wiele energii i pracy, ale w końcu udało się dobrać odpowiedni skład. Zdawał sobie sprawę z faktu, że jego ludzie robią, co mogą. Jednakże ciągle pulsowała w nim myśl o nieuchronności zachodzących przemian. Czasami miał wrażenie, że przestaje rozumieć otaczający go świat.
Doskonale pamiętał dzień 17 września 1928 r., gdy do Bytomia przyjechał prezydent Republiki Weimarskiej Paul von Hindenburg. Nie była to jego pierwsza wizyta, gdyż w dniach 21—28 września 1914 r., po rozgromieniu sił rosyjskich w Prusach Wschodnich, w budynku bytomskiego gimnazjum ulokował się jego sztab. Süssenbach kiedyś widział zdjęcie, gdy marszałek zadumany wychodzi z bramy gimnazjum, przy której wartownicy pełnią wartę. Razem z Hindenburgiem w Bytomiu przebywał również szef sztabu gen. Erich Ludendorff, późniejszy bliski współpracownik Hitlera (we wczesnym okresie działalności NSDAP). Na pamiątkę tego wydarzenia w dniu 17 lutego 1915 r. bytomskiej szkole nadano imię Hindenburga. Kawiarnia na Placu Kościuszki (wówczas Kaiser Franz-Josef-Platz) została przemianowana na „Cafe Hindenburg”. Hindenburg został również Honorowym Obywatelem Miasta Bytom. Bytomski stadion (późniejszy stadion Polonii Bytom) nazwano Hindeburg Kampfbahn Beuthen. Miasto Zabrze przemianowano również na Hindenburg O/S. W ten sposób mieszkańcy Śląska starali się oddać hołd wielkiemu feldmarszałkowi. Dla Arthura Hindenburg był symbolem starego porządku, godnym szacunku i poważania. Doceniał owe zaszczyty, które na Górnym Śląsku spotkały wielkiego feldmarszałka i prezydenta.
Wizyta Hindenburga w Bytomiu w 1928 r. była elementem jego kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 1929 r., które NSDAP przegrało jeszcze z kretesem. Nie była to więc sentymentalna wyprawa do miejsca, gdzie znalazł się podczas wojny (choć tak to próbowano propagandowo przedstawić), ale element ostrej kampanii wyborczej, czyli działań stricte politycznych. Hindenburg spotkał się wtedy z władzami miasta, z hrabią Guido Henckel von Donnersmarck (w Domu Strzelca), a na ulicach miasta był entuzjastycznie witany przez mieszkańców. Przejechał wtedy przez Zabrze, Bytom, Gliwice i przez Racibórz dotarł do Łubowic. Süssenbach doskonale pamiętał owe pełne uniesienia chwile. Ówczesna prasa pisała:
„Przed budynkiem władz miejskich usypano na cześć dostojnego 80-letniego już gościa dwie piramidy, jedną z węgla, a drugą z galwanu. Tak oto podkreślono, że siła ekonomiczna Bytomia wspiera się na tych dwóch, jakże ważnych w przemyśle surowcach. Zanim przekroczył progi ratusza i wszedł przez kutą bramę, przywitany został przed drzwiami przez ówczesnego nadburmistrza dr-a Adolfa Knaricka, który podał mu w geście powitania stary puchar napełniony trunkiem”.
Arthur był wtedy w gronie osób witających marszałka w bytomskim ratuszu. Doskonale pamiętał dwie piramidy usypane przez mieszkańców miasta na bytomskim rynku. Węgiel i galwan — symbole Bytomia. Süssenbach wiedział, że 1929 r. Hindenburgowi udało się jeszcze powstrzymać polityczne szaleństwo, ale za jego plecami potwór się rozrastał, oplatał swoimi mackami coraz szersze masy społeczeństwa, żywił się nienawiścią, zazdrością, wszelkimi złymi emocjami. Hindenburg bez wątpienia to widział. Zdawał sobie sprawę z faktu, że parweniusz w osobie Hitlera zmierza do steru państwa. Wiedział, że Hitler jest sprytnym politykiem, ale nie trzymającym się żadnych zasad. Podobnie, jak Süssenbach, Hindenburg w wielu prominentnych działaczach NSDAP widział pospolitych przestępców. Zapewne z przerażeniem patrzył, co dzieje się z jego ojczyzną. Lata upływały, on był coraz starszy, a życie uciekało pomiędzy palcami. Polityczny walec nienawiści nabierał szybkości, a feldmarszałek miał coraz mniej sił, żeby próbować go zatrzymać.
Süssenbach wnikliwie śledził sytuację polityczną. Obserwował również, co działo się po polskiej stronie granicy. Z zażenowaniem zauważył, że tam zupełnie nie rozumiano tego, co naprawdę w tym okresie działo się w Niemczech. Nie dostrzegano przełomu politycznego i społecznego, jaki miał nastąpić. Nie dostrzegano również prawdziwej natury politycznej Hitlera. „Polska Zachodnia” z dnia 16 maja 1931 r. donosiła:
„(…) Trzeba wreszcie nie zapominać, że Brüning (mowa o kanclerzu Niemiec — przyp. autora) duchowo bliższy jest „obozowi narodowemu”, niż prawicy i że obdarzony jest pełnem zaufaniem prezydenta Hindenburga i jego otoczenia. Trzeba również pamiętać, że Hitler, po secesji Strassera (…) ostatnio oczyszcza się z elementów rewolucyjnych i że czyni to z takim pośpiechem, jak gdyby wiedział, że od tego tylko zależy dogadanie się z Centrum i udział w rządach państwem”
Nie zauważano, że „brunatni” twardo i ślepo zmierzają w stronę przejęcia władzy. Samodzielnie. Bez żadnych kompromisów i tym bardziej bez skrupułów. Süssenbach widział to bardzo wyraźnie. Dla niego zachodzące zmiany były zapowiedzią nowego świata, którego on, radca policyjny, po prostu nie chciał. Jednakże, skoro Hindenburg nie mógł temu zapobiec, tym bardziej Arthur nie mógł nic zrobić. Z wielkim niepokojem obserwował, jak w Bytomiu „brunatni” rosną w siłę. Zresztą, „czerwoni” też…
Kolebka bytomskich faszystów
Bytom był specyficznym, silnie przemysłowym miastem. W 1932 r. liczył ponad 100 tys. mieszkańców, z których 85% deklarowało się jako katolicy, 11% jako ewangelicy i ok. 4% jako wyznawcy religii hebrajskiej. W tak dużym mieście bytomska policja, na czele której stał Arthur Süssenbach, miała co robić. Tym bardziej, że gwałtowny rozwój miasta, a także skutki I wojny światowej dramatycznie odbiły się na sytuacji jego mieszkańców. W tym samym czasie w południowych Niemczech rozwijała się partia NSDAP. Süssenbach wnikliwie śledził te informacje, ale jak na razie wydawało mu się, że zagrożenie jest dalekie, choć w skali państwa całkowicie realne. Ideologia NSDAP bardzo szybko dotarła do Bytomia. Bytomscy SA-mani nie zawsze darzyli sympatią miejscowych działaczy NSDAP. Łączył ich antykomunizm. Bytomskie bojówki SA rosły w siłę, bazując na rzeszach rozgoryczonych bytomskich robotników i drobnomieszczaństwa. Süssenbach doskonale widział, że w szeregach bytomskiego SA jest bardzo dużo osób, które policja od dawna miała na oku. Nie brakowało tam nawet pospolitych przestępców. Dlatego od 1925 r. śledził ich poczynania. Znał miejsca, gdzie się spotykali. Starał się również wiedzieć, co dzieje się na tych spotkaniach. Istniejący do dzisiaj dom przy obecnej ulicy Żołnierza Polskiego nr 9 (parcela Vorstadt 317, dawniej Feldstrasse 1b, potem Feldstrasse 3/4, a potem Strasse der SA 9) stał się główną bytomską siedzibą tej bojówki. W budynku już w 1921 r. spotykali się członkowie niemieckich organizacji („Schwarze Schar” i „Landesschützen”), a potem był tutaj pierwszy lokal zebrań członków partii nazistowskiej NSDAP i SA (tzw. Sturmlocal). Dlatego też w późniejszym okresie ulicę przemianowano na Strasse der SA. Obiekt był pod stałą obserwacją bytomskiej policji.
W styczniu 1925 r. w Bytomiu, ale i także w wielu okolicznych miastach odbyły się manifestacje i wiece zwolenników NSDAP. Inicjatorem tych działań był Helmuth Brückner, późniejszy śląski gauleiter NSDAP. Na początek września 1925 r. zaplanowano w Bytomiu potężną manifestację, która miała się stać demonstracją siły śląskich nazistów. Jej częścią miało być uroczyste odsłonięcie pomnika poległych w 1921 r. bytomskich członków Selbschutzu (niem. Beuthen Oberschlesischer Selbstschutz), które zaplanowano na dzień 6 września 1925 r. Pomnik został wzniesiony na obecnym Placu Słowiańskim za pieniądze pochodzące ze składek bytomskich nazistów i nacjonalistów. Władze próbowały nie dopuścić do tej manifestacji, ale niewiele to dało. Nastroje wśród manifestantów stały się bardzo gorące, co stało się powodem siłowej interwencji policji. Wielu uczestników manifestacji zostało rannych, a starcia bojówkarzy z policją trwały w całym mieście do późnego wieczora. Süssenbach już wtedy zauważył, jakim niebezpieczni potrafią być „brunatni”.
Arthur był jednak świadom faktu, że bytomskim „brunatnym” nie do końca było po drodze z Hitlerem. Bytomskie SA prezentowało raczej nurt lewicujący, przeciwny kapitalizmowi, co nie podobało się władzom NSDAP. Wśród bytomskich działaczy partyjnych też nie było zgody. Süssenbach wiedział, że bytomskie SA czasami było w otwartym konflikcie z miejscowymi działaczami NSDAP. Donosiła o tym sieć lokalnych policyjnych informatorów. Niektórych nietrudno było zwerbować, bo ich grube policyjne kartoteki były dobrym argumentem w rozmowach dotyczących ich współpracy z bytomską policją. Jednakże w tym samym roku w maju odbyły się w Niemczech wybory parlamentarne. NSDAP w Bytomiu zdobyła w nich tylko 1,7% głosów, co z jednej strony trudno nazwać sukcesem, ale z drugiej było i tak najlepszym wynikiem NSDAP w porównaniu z Zabrzem czy też z Gliwicami. To dawało Süssenbachowi wiele do myślenia. Przez kolejne miesiące i lata bytomski ruch nazistowski rósł w siłę, co przyniosło konkretne efekty w wyborach parlamentarnych w 1932 r. Nie słabła również fala politycznego terroru, która odbijała się na pracy bytomskiej policji. Już od 1929 r. NSDAP zaczęło prowadzić na Śląsku silną akcję propagandową, która przynosiła partii coraz więcej zwolenników. Do NSDAP zaczęło wstępować coraz więcej urzędników państwowych i komunalnych. To wywołało zrozumiały niepokój Süssenbacha.
Wszystko mogło się inaczej potoczyć, gdyby nie Wielki Kryzys. Arthur doskonale pamiętał, jakim szokiem na całym świecie były jego początki. Fala bezrobocia i towarzysząca jej plaga beznadziei rozlewała się coraz szerzej. Do NSDAP wstępowało coraz więcej ludzi nieposiadających pracy i źródeł utrzymania, często ludzi młodych, przed którymi nie było żadnych perspektyw, coraz więcej sfrustrowanych i niezadowolonych. Młode pokolenie szło na lep radykalnych idei głoszonych przez działaczy NSDAP czy też SA. W tym czasie SS wyraźnie ustępowało siłą, zasięgiem i znaczeniem SA, które na Górnym Śląsku było o wiele silniejsze i posiadało ogromne wpływy. Süssenbach obserwował to z prawdziwym przerażeniem. Rozumiał, że młodzi ludzie szukali dla siebie jakieś alternatywy, ale jednocześnie widział, jak radykalni politycy bezlitośnie wykorzystują ową sytuację. Na ogólnoniemieckiej liście „męczenników ruchu nazistowskiego” znalazł się Günther Wolf, który zginął w Bytomiu w dniu 3 sierpnia 1930 r. Jego śmierć jest najlepszym dowodem, że twarda polityczna walka nie osłabła ani na chwilę. W 1931 r. bytomskim kreisleiterem NSDAP został Walther Schmieding. Süssenbach go uważnie obserwował. Wiedział, że Schmieding był zagorzałym nazistą i antykomunistą. Jego antysemityzm był chyba nieco na pokaz. Tak naprawdę miał wielu żydowskich znajomych. Był typowym, pełnym głębokiej hipokryzji politykiem, który robił karierę w tych trudnych czasach. Arthur był doświadczonym policjantem. Wiedział, co robić. Należy czekać i wnikliwie obserwować. W odpowiednim momencie interweniować. Na razie niech mówią…
Witelsohn
Komisarz Hans Kraus pochylił się nad biurkiem, przed którym siedział dość mocno pobity mężczyzna. Kraus był wysokim mężczyzną w wieku około 40 lat, dość chudym jak na swoją posturę. Miał wysokie czoło i gładko zaczesane do tyłu jasne włosy. Jego niszczącym nałogiem były papierosy. Właściwie stale palił. Mało kto kojarzył go inaczej, jak z papierosem w ustach. Teraz też palił, a kłęby jasnego dymu płynęły w powietrzu, jak poranna morska mgła.
— Jeszcze raz — nazwisko! — krzyknął łamaną polszczyzną.
— Witelsohn…
— Imię?
— Zygmunt…
— Skąd?
— Z Łodzi…
Kraus chwycił ręką klosz lampy i odwrócił go W takim kierunku, żeby żarówka dokładnie oświetliła twarz przesłuchiwanego.
— Żyd???
Tamten głośno przełknął ślinę…
— Ojciec był Żydem…
Zapadła cisza.
— Po jaką cholerę przyjechałeś do Bytomia? Zachciało ci się dziewczynki???
Witelsohn z przerażeniem spojrzał na twarz Krausa.
— Nie!
— To po co?
— Ja…. Nie wiem…
Kraus zgasił papierosa w dużej, szklanej popielniczce w kolorze bursztynu. Następnie wyjął z kieszeni paczkę. Wyciągnął kolejnego i wsadził do ust. Potarł zapałkę o biurko i zapalił. Bez słowa wypuścił obłok dymu w stronę Witelsohna.
— Chcesz? — powiedział wyciągając rękę z paczką w stronę aresztanta.
Tamten drżącą i skrwawioną dłonią sięgnął po papierosa. Po chwili zaciągnął się głęboko dymem.
— Powiem ci, co będzie — powiedział spokojnie Kraus — Posądzimy cię o zamordowanie tej dziewczyny. Nie masz alibi. Znalazłeś się w Bytomiu bez żadnego powodu. Sam nie potrafisz wytłumaczyć, dlaczego. Poszukują cię po polskiej stronie, bo uciekłeś z koszar. Dorobimy bajeczkę, że powodem ucieczki był gwałt na innej dziewczynie i oszustwa finansowe. Nikt ci nie uwierzy, że było inaczej. Polacy na pewno nie będą cię bronić. Dostaniesz karę śmierci. Nic i nikt cię nie uratuje. Po prostu się przyznaj, wtedy będę mógł ci nieco pomóc. Może dożywocie…
Witelsohn po raz kolejny głęboko zaciągnął się papierosowym dymem. Jakby nieco się uspokoił. Jego ręka nieco przestała drżeć.
— Pomyśl, zastanów się… Chcesz wisieć? — dokończył Kraus będąc przekonanym, że jego taktyka przyniesie efekt.
Przesłuchiwany wydmuchał w górę, pod sufit, szeroką strużkę dymu.
— To nie ja…
Kraus nie krył gniewu.
— A kogo to interesuje?
— Pana — wyszeptał uwięziony — Nic mi nie udowodnicie.
— Jesteś taki pewny?
— Tak.
— Skąd ta pewność?
Witelsohn wydmuchał w stronę Krausa kolejną strużkę dymu, ale tamten z zaciekawienia powstrzymał się przed ostrą reakcją.
— Wtedy, kiedy to się stało, siedziałem w policyjnym więzieniu. Sami dzwoniliście z niego na polską stronę, by uzyskać informacje na mój temat. Teraz już tego nie cofniecie. Aresztowany nie mogłem nikogo zabić…
Kraus spojrzał na niego gniewnym wzrokiem. Wiedział, że Witelsohn miał rację.
— Zabierzcie tego śmiecia do celi — krzyknął w stronę drzwi! — Mam dość tego Polaczka!
Do pokoju wkroczył funkcjonariusz, który chwycił więźnia za ramiona.
— Idziemy! — powiedział władczym tonem.
Witelsohn posłusznie wstał z krzesła, choć zbite ciało na pewno mu w tym nie pomagało. „Śledczy” całą noc pracowali nad wymuszeniem z niego zeznań, ale nic się nie dowiedzieli. Kraus też był przekonany, że ten człowiek nie ma nic wspólnego z morderstwem dziewczyny. Więzień, zanim zniknął w drzwiach gabinetu, odwrócił się i szepnął w stronę Krausa:
— Dziękuję za papierosa…
— A idź w cholerę! — krzyknął policjant.
— Co z nim, panie komisarzu? — spytał funkcjonariusz odprowadzający Witelsohna do celi.
— Przekażcie go Polakom. Niech oni się nim zajmą.
— Tak jest!
Kraus zgasił w popielniczce niedopałek papierosa i bez słowa opuścił gabinet przesłuchań.
W dniu 2 stycznia 1932 r. „Katolik Polski” donosił, że na bytomskim dworcu funkcjonariusze policji granicznej dokonali zatrzymania mężczyzny. Był nim Polak, Zygmunt Witelsohn z Łodzi. Zatrzymany w cywilu był pracownikiem biurowym, ale obecnie służył w Wojsku Polskim w Grudziądzu. Bez zezwolenia opuścił swoją jednostkę, więc był dezerterem. Podobno przez dłuższy czas bez wyraźnego powodu kręcił się po Śląsku. Kiedy go zatrzymano, nie potrafił podać powodów swojej ucieczki z wojska, jak również włóczęgi po śląskiej ziemi. Po jakimś czasie uznano go za niepoczytalnego i przekazano władzom polskim.
Radca Arthur Süssenbach siedział w swoim gabinecie. Minęło dokładnie trzy dni od dnia, kiedy w Dąbrowie Miejskiej znaleziono zmasakrowane zwłoki dziewczyny. Dyrektor bytomskiej placówki policji nadal nie słyszał, aby coś nowego pojawiło się w sprawie. Pochylony nad dokumentami zagłębił się w ich treść, gdy rozległo się głośne pukanie do drzwi.
— Wejść! — krzyknął.
W drzwiach stanął Theodor Schilowsky.
— Jest raport koronera z sekcji zwłok tej dziewczyny — powiedział.
— Pokaż go — odparł Süssenbach wyciągając rękę w stronę swojego podwładnego.
Schilowsky podał mu papierową teczkę wypełnioną dokumentami. Arthur otworzył ją i powoli, z wielkim skupieniem czytał strona po stronie. Schilowsky cały czas stał przed biurkiem. Wszyscy wiedzieli, że w gabinecie szefa można usiąść tylko za specjalnym przyzwoleniem, a takiego nie usłyszał.
— Ciekawe… wiek 14—16 lat… brutalny gwałt… liczne obrażenia…. przyczyna śmierci uduszenie… rana na brzuchu zadana już po śmierci… — odezwał się Süssenbach, ale właściwie mówił sam do siebie.
— Wyrwane serce!? — krzyknął nagle spoglądając na Schilowsky’ego.
— Tak, panie dyrektorze.
Arthur jeszcze przez chwilę zgłębiał treść dokumentów. Czasami z niedowierzaniem kręcił głową. Gdy skończył, podniósł wzrok na podwładnego.
— Zamordowana w innym miejscu. Ciało przywiezione na miejsce i porzucone. Żadnych dokumentów. Nie wiemy, kto to jest — powiedział Schilowsky.
— Sprawdzaliście w rejestrach zaginionych? — spytał Süssenbach.
— Oczywiście, panie radco. Mamy tam dwie dziewczyny, ale to na pewno żadna z nich.
Arthur odłożył teczkę na biurko.
— Czyli niewiele wiemy — powiedział.
— Tak, panie dyrektorze. Jest jeszcze coś…
— Tak?
— Złapaliśmy pewnego Polaczka. Zygmunt Witelsohn. Kręcił się ostatnio po naszym rejonie bez wyraźnego powodu. To jakiś polski dezerter.
— Przesłuchaliście go?
— Tak.
— Kto go przesłuchiwał?
— Kraus.
— No i co?
— Nic. To na pewno nie on.
— Skąd ta pewność?
— W noc morderstwa, czyli z 5 na 6 stycznia siedział w policyjnej celi.
— Kraus jest pewny?
— Tak.
Süssenbach spojrzał w kierunku okna, za którym gęsto sypał śnieg.
— Jakieś inne tropy, Schilowsky? — spytał.
— Na razie nic, panie dyrektorze.
— Prasa już o tym pisała. Sam czytałem — stwierdził Arthur.
— Tak. Napisali tyle, ile im daliśmy. Zgodnie z pana rozkazem.
Süssenbach wstał zza biurka i podszedł do okna. Lubił zimę i śnieg, więc z podziwem patrzył na Reichs-Präsidenten-Platz, który natura otuliła grubym, białym płaszczem. Spadające płatki śniegu z więlką gracją tańczyły w powietrzu.
— Sprawdzaliście sutenerów? — spytał.
— Jeszcze nie. Stephainski nad tym pracuje.
Arthur odwrócił się w stronę podwładnego.
— Schilowsky, musimy ruszyć z miejsca. Musicie coś znaleźć. W przeciwnym wypadku prasa nas zeżre. Wiesz, że i tak wieszają na nas psy.
— Zdaję sobie z tego sprawę, panie dyrektorze.
— Przesłuchajcie wszystkich sutenerów. Wszystkich. Ktoś musi coś wiedzieć. Potrzebny nam przełom — powiedział Süssenbach.
— Tak jest! — odparł Schilowsky — Czy coś jeszcze?
— Nie. Czekam na dalsze informacje. Pilnie! Zabierz teczkę do akt.
— Tak jest! — odpowiedział Schilowsky sięgając ręką po leżącą na biurku teczkę i szybko wychodząc z gabinetu. Süssenbach jeszcze przez chwilę podziwiał zimowy krajobraz miasta, jaki roztaczał się za oknem. Polak — pomyślał — w sumie byłoby dobrze, gdy się okazało, że sprawca to polski dezerter. Jednakże skoro Kraus twierdzi, że to nie on, to na pewno ma rację. Ma doświadczenie i policyjny nos. Arthur odwrócił się od okna i ruszył w kierunku biurka, gdzie czekało na niego jeszcze wiele dokumentów i kilka innych spraw. Nie darzył sympatią Polaków, co wynikało z czasów powstań śląskich, w których Arthur o mało co nie pożegnał się z tym światem. Nadzieje nadziejami, a policyjna rzeczywistość to co innego. Sprawcą może być ktokolwiek. Wyrwane serce!?
Antypolskość
Już w okresie plebiscytowym rozpoczęły się ostrzejsze prześladowania ruchu polskiego w niemieckiej części Śląska, a także samego języka polskiego. W 1920 r. w Bytomiu zatrudnionych było tylko 11 wykwalifikowanych nauczycieli polskiego. W 1922 r. wprowadzono kursy języka polskiego w szkołach powszechnych oraz kursy religii w języku polskim. Mieszkająca w Niemczech ludność pochodzenia polskiego starała się zapobiec działaniom Niemców tworząc polskie przedszkola, powszechne szkoły prywatne, szkoły zawodowe, gimnazja męskie i żeńskie, własne kursy językowe oraz Uniwersytet Ludowy w Bytomiu. Gdy nadciągnęły czasy Wielkiego Kryzysu (1929—1932), z górnośląskich kopalni i zakładów przemysłowych chętniej zwalniano robotników i pracowników, którzy przyznawali się do swojego polskiego pochodzenia. Dopiero w drugiej kolejności zwalniano Niemców. Dokładnie tak samo było na terenie powiatu bytomskiego. To również było przejawem stosunku przemysłowców do Ślązaków, którzy uważali się za Polaków lub po prostu posługiwali się językiem śląskim, a nie niemieckim. Wielu Ślązaków okropnie kaleczyło język niemiecki i znacznie chętniej posługiwało się własnym językiem. Niektórzy mówili po niemiecku bardzo niechętnie. Byli też tacy, którzy jedynie posługiwali się niemieckim, a język śląski niesłusznie uważali ze formę zdegenerowanego języka polskiego. W Bytomiu, w centrum miasta, zazwyczaj słyszało się jezyk niemiecki, ale już na peryferiach dominował język sląski, jak i polski.
Śledztwo trwa
Przez kilka następnych dni trwały przesłuchania środowiska bytomskich sutenerów. Było ich sporo, bo w czasach Wielkiego Kryzysu wiele osób trudniło się nierządem. Obleśne typy korzystające, a właściwie pasożytujące na nierządzie innych, były dokładnie znane bytomskiej policji. Stephainski dwoił się i troił, by wydobyć z nich jakiekolwiek informacje na temat zamordowanej dziewczyny. Jednak nic z tego nie wyszło. Żaden z nich nic nie wiedział. Policjant znał sposoby, jak na nich nacisnąć, jak ich zastraszyć, by zdecydowali się puścić parę z ust. Wszyscy zgodnie twierdzili, że zamordowana dziewczyna nie należała do bytomskiego półświatka kobiet zajmujących się nierządem. Stephainski szantażował, groził, zastraszał, ale nic to nie dało. Brano również pod uwagę możliwość pojawienia się kogoś nowego w tej „branży”, ale sutenerzy stanowczo to wykluczyli. Przesłuchania nic nie dały, a bytomska policja nadal znajdowała się w martwym punkcie. Do tego w styczniu 1932 r. w bytomskiej kopalni „Karsten-Centrum” doszło do straszliwego wypadku, w efekcie którego zostało zasypanych siedmiu górników. Do akcji wkroczyły służby ratownicze, ale niestety okazało się, że górnicy nie żyją. Bytomska opinia publiczna była bardzo zainteresowana sprawą wypadku, a szczególnie losem przysypanych górników. W obliczu tej tragedii sprawa zamordowanej dziewczyny zeszła nieco na dalszy plan.
Süssenbach wpatrywał się w gazetę, czytając obszerny artykuł o naukowej Nagrodzie Nobla z dziedziny chemii. Ciekawiły go osiągnięcia naukowe, szczególnie takie, które mogły pomóc w pracy policji. Chwilę później zatrzymał wzrok na sensacyjnych wieściach z Bytomia. Nagle w otwartych drzwiach jego gabinetu stanął Kraus.
— Czytałeś? Ktoś miał niezłego farta — powiedział Arthur z wyczuwalną wesołością w głosie — Tyle pieniędzy…
— Tak, czytałem, panie radco. Faktycznie, szczęśliwy los… i to u nas…
Gazeta „Katolik Polski” z dnia 23 marca 1932 r. donosiła, że główna wygrana w pruskiej loterii państwowej padła na los nr 201 785, który został zakupiony w jednej z bytomskich kolektur. Kto był szczęśliwym zwycięzcą, tego nie wiadomo. Kwota wygranej (po przeliczeniu na polską walutę) wynosiła ok. 500 tys. złotych.
— Taaakkk, tyle pieniędzy… Dobra, Kraus, co tam? Masz mi coś konkretnego do powiedzenia?
Komisarz zbliżył się do biurka swojego szefa, na którym położył teczkę sprawy zamordowanej dziewczyny. Süssenbach sięgnął po nią, ale nie spieszył się z otwarciem. Chciał najpierw wysłuchać Krausa. Każdego dnia w teczce przybywało dokumentów. Była już naprawdę sporej grubości.
— Przełomu nie ma, panie dyrektorze, ale coś mamy…
— Tak, słucham?
— Otóż na ciele dziewczyny było sporo zaschniętej krwi. Sam pan widział…
— Tak, zgadza się.
Kraus wskazał palcem na teczkę.
— Oczywiście słyszał pan o systemie Korna? — zwrócił się do Süssenbacha.
Arthur nigdy nie udawał wszechwiedzącego przed swoimi podwładnymi. Uważał, że taka postawa to nic dobrego.
— Słyszałem na jakimś szkoleniu nazwę, ale nie kojarzę, o co chodzi. Możesz mi przybliżyć?
— Oczywiście. Ogólnie rzecz biorąc jest szansa, że sprawca pozostawił na jej ciele ślady swoich palców utrwalone w zaschniętej krwi.
— O… to ciekawe, Kraus… ktoś się u nas tym zajmuje?
— Tak, inspektor Hausfelder.
— Co ma z tym wspólnego system Korna?
— Jeśli uda nam się zdjąć odciski palców, prześlemy je błyskawicznie do innych biur policyjnych. Może ktoś coś ma w kartotece.
Süssenbach otworzył teczkę i na chwilę zatrzymał wzrok na pierwszym dokumencie.
— Czekaj, Kraus… ale sekcja zwłok… transport zwłok… przecież te ślady mogły zostać zatarte…
Komisarz Kraus przez chwilę nie odzywał się, dziwnie wpatrzony w blat biurka. Chyba uciekł myślami daleko z gabinetu.
— Tak, panie radco, wiem… ale może coś ocalało… może będziemy mieli szczęście.
Süssenbach zamknął teczkę i oddał ją Krausemu.
— Tak, kto wie. Proszę mnie informować!
— Tak jest! — odparł Kraus wychodząc z gabinetu.
Süssenbach przez dłuższą chwilę wpatrywał się w drzwi, które przed momentem zamknął za sobą Kraus. Miał wrażenie, że z każdym dniem 1932 r. sytuacja w mieście pogarszała się. Manifestacje komunistów, manifestacje „brunatnych” i ich rosnąca bezczelność, uliczne starcia komunistów z „brunatnymi”, tragiczny wypadek na kopalni i jeszcze ta dziewczyna. Bytomska policja miała pełne ręce roboty. Nie tego jednak się obawiał. Gdzieś w głębi ducha coraz mocniej czuł, że świat, który znał, odchodzi w mroki przeszłości. W Bytomiu nigdy nie było spokojnie, ale robiło się coraz gorzej. Arthur nie był zwolennikiem rosnącej fali nacjonalizmu. Hitlera uważał za politycznego szkodnika i krzykacza. Za komunistami i mniejszością polską też nie przepadał. Cóż z tego, skoro „brunatni” byli w mieście coraz silniejsi, co każdego dnia dało się zauważyć na ulicach. Nowe czasy, niestety coraz bardziej wypełnione polityczną agresją i nienawiścią.
System Korna
Arthur Korn był niemieckim fizykiem, matematykiem, a jednocześnie wynalazcą. Był też Ślązakiem. Urodził się w dniu 20 maja 1870 r. we Wrocławiu. Gdy przyszedł na świat, w Europie zbliżała się wojna francusko-pruska (1870—1871), która miała doprowadzić do powstania Cesarstwa Niemieckiego. Korn miał jednak żydowskie pochodzenie, co przekreśliło go w „brunatnych” czasach. W 1935 r. został zwolniony z pracy, a w 1939 r. wyjechał do USA, gdzie zmarł już w 1945 r. Miał genialny i wybitnie ścisły umysł, czego naziści w swoim politycznym fanatyzmie i głupocie nie byli w stanie dostrzec. Gdy miał 15 lat, już był na studiach. W 1895 r. został wykładowcą prawa na uniwersytecie w Monachium, w 1903 r. został mianowany profesorem, a w 1914 r. objął katedrę fizyki w Berlińskim Instytucie Technologicznym. Pracował nad wieloma genialnymi wynalazkami. On pierwszy zdołał przesłać fotografię (transmisja telegraficzna) na daleką odległość. Stało się to już w 1906 r., gdy przesłał fotografię księcia koronnego Williama na niebagatelną odległość 1800 km. W 1913 r. na konferencji naukowej w Wiedniu zademonstrował pierwszą udaną wizualną transmisję telegraficzną nagrania filmowego, a w 1923 r. udało mu się przesłać obraz papieża Piusa XI przez Ocean Atlantycki, z Rzymu do USA. Nazwano to wtedy „cudem współczesnej nauki”. Dlatego Korna uważa się za jednego z pionierów współczesnej telewizji. Jego dokonania okazały się użyteczne w różnych dziedzinach życia. Od 1928 r. niemiecka policja korzystała z opracowanego przez niego tzw. „systemu Korna” do przesyłania zdjęć i odcisków palców na duże odległości, co znacznie poprawiło wymianę informacji, współdziałanie całej formacji policyjnej, jak również skuteczność wykrywania sprawców przestępstw i zbrodni. Już w 1907 r. jego „fototelegraf” przydał się, gdy w Londynie zatrzymano złodzieja, który wcześniej okradł bank w Stuttgarcie. Policja otrzymała do ręki nowe narzędzie, coraz bardziej skuteczne w walce z przestępczością.
Hans Kraus wpadł jak bomba do pokoju, w którym przy biurku siedział Paul Hausfelder.
— Paul, masz to przepuścić przez system Korna — powiedział kładąc kartę na biurku Paula — Polecenie szefa.
— Hans, niech on sobie za dużo nie obiecuje… — ton głos Paula wydawał się być bardzo powściągliwy. Jednocześnie sięgnął ręką po kartkę, którą uważnie przeczytał.
— Wiem, Paul, ale może będziemy mieli szczęście? — odparł Hans — Może ktoś już się spotkał z takim przypadkiem, a my o tym nie wiemy?
— Ja mówię o szefie…
— Wiem, Paul, kogo masz na myśli. Ale nie pomijaj mnie…
— Przepraszam, Hans. Nie to miałem na myśli. Zrobię, co się da…
— Wiem, Paul, wiem… — Kraus odwrócił się w stronę drzwi. Nagle stanął i sięgnął ręką w stronę małego stoliczka, na którym leżała gazeta — Telewizja? — spytał.
— O tak… — odparł Hausfelder wypełniając odpowiedni druk do policyjnego systemu Korna. — Gazetę dostałem od szefa — dodał — Ty wiesz, jak on się tym interesuje?
— Tak? — odparł z zaciekawieniem Kraus — Mogę pożyczyć?
— Weź sobie — powiedział cicho Paul zanużając się już w głębię swoich służbowych obowiązków — Już przeczytałem…
Kraus zwinął gazetę w rulonik i dziarskim krokiem wyszedł z pokoju Hausfeldera, prosto w stronę swojego gabinetu.
Telewizja
Radca policyjny Arthur Süssenbach uważnie śledził prace nad powstaniem niemieckiej telewizji. Zdawał sobie sprawę, jak wiekopomny może być to wynalazek. Rozmyślał również, jak można by ją wykorzystać w pracach policji. Śledził wszelkie informacje prasowe na jej temat. Czytał nawet artykuły w różnych specjalistycznych pismach. Wiedział, że Niemcy mieli ogromne dokonania w jej powstaniu. Co prawda za głównego ojca telewizji uważa się Szkota Johna Logie Baird’a (1888—1946), który już w październiku 1925 r. skonstruował pierwszy telewizor, ale to właśnie Arthur Korn opracował system przesyłania obrazów na odległość. Opracowany przez Baird’a system telewizyjny pracował „na żywo”. Dokładnie tak samo, jak dzisiaj. W 1928 r. firma „Baird Television Development Company” dokonała pierwszej transatlantyckiej transmisji telewizyjnej. Co ciekawe, w swoim wynalazku Baird wykorzystał tzw. „dysk Nipkowa” czyli wynalazek kolejnego niemieckiego wynalazcy, urodzonego w dzisiejszym Lęborku Paula Nipkowa (1860—1940). Do tego wybitnego grona możemy również zaliczyć niemieckiego fizyka, matematyka i wynalazcę, urodzonego w Fuldzie Karla Ferdinanda Brauna (1850—1918), pioniera technologii radiowo-telewizyjnej, twórcy pierwszego półprzewodnika i założyciela firmy „Telefunken”. Wspomnianych niemieckich naukowców uważa się za niemieckich „ojców telewizji”. Süssenbach był dumny z tego faktu. Zawsze uważał, że niemieccy naukowcy należą do światowej czołówki. Wiedział również, że rozwojem telewizji bardzo interesują się „brunatni”. Rozumiał to. Telewizja mogła się stać gigantyczną tubą propagandową dla tych, którzy byli w stanie ją odpowiednio wykorzystać. Tak Süssenbach poznał postać Josepha Goebbelsa. Hitler wraz z Josephem Goebbelsem, przewidując bujny rozwój tego pionierskiego środka audiowizualnego, planowali przyśpieszenie prac w tym zakresie. Ich celem miało być utworzenie lokalnych sieci telewizji kablowych powiązanych ściśle z aparatem radiowym i nadających tylko programy propagandowe. Goebbels wszystkie kwestie organizacyjno-emisyjne i programowe powstającej telewizji przekazał do Izby Radiofonii (niem. Reichsrundfunkkammer, RRK) oraz do Towarzystwa Radiowego Rzeszy (niem. Reichsrundfunkgesellschaft, RRG). Z polecenia Goebbelsa człowiekiem bezpośrednio odpowiedzialnym za sprawy rozwoju telewizji w III Rzeszy został pochodzący z Berlina Eugen Hadamovsky. W 1933 r. został mianowany szefem Towarzystwa Radiowego Rzeszy, choć nie miał do tego stanowiska nawet najmniejszych kompetencji. Został również mianowany Reichssendeleiterem, czyli kierownikiem centrali polityczno-programowej radia. Był bardzo energiczny, a jednocześnie niebezpiecznie fanatyczny. Cieszył się pełnym zaufaniem i poparciem Goebbelsa. Był autorem szeregu książeczek propagandowych, a także kierownikiem sztabu propagandy NSDAP. W dniu 22 grudnia 1935 r. oficjalnie i uroczyście rozpoczęto nadawanie z wieży gliwickiej radiostacji. W tym samym dniu na uroczystości otwarcia nowej gliwickiej radiostacji pojawiło się wielu notabli, a także sam dr Joseph Goebbels. Nowym kierownikiem artystycznym gliwickiej stacji radiowej został Eugen Hadamowsky. Zastąpił na tym stanowisku urodzonego w 1892 r. w Chorzowie SS-Obersturmführera Emanuela Kotziasa, wybitnego przyrodnika i nauczyciela z Łagiewnik, Bytomia i Mikulczyc, dotychczasowego organizatora i kustosza Oddziału Przyrodniczego Muzeum Krajowego w Bytomiu. Hadamovsky miał również wiele wspólnego z działalnością bytomskiego Oberschlesisches Landesmuseum, głównie w sferze propagandowej. Cóż z tego, skoro Braun pod koniec I wojny światowej został internowany w USA, gdzie zmarł, a Nipkow odszedł z tego świata już w 1940 r. Co prawda naziści urządzili mu wielki pogrzeb, ale genialny wynalazca odszedł bezpowrotnie. Korna pozbyli się sami — ze względu na jego żydowskie pochodzenie.
Süssenbach zauważył, że Goebbels za wszelką cenę chciał przedstawić telewizję jako wynalazek czysto niemiecki i triumf aryjskiego intelektu, choć przy uruchomieniu procesu nadawczego w latach trzydziestych wykorzystano inne technologie, niż te opracowane przez Nipkowa. Niestety Arthur nie doczekał momentu, gdy naukowe wizje i marzenia stały się rzeczywistością. W początkach 1934 r. w Towarzystwie Radiowym Rzeszy w Berlinie rozpoczęły się pierwsze prace nad uruchomieniem telewizji i tworzeniem jej programu, w które zaangażowani byli również pracownicy niemieckiej poczty, odpowiadający za techniczną stronę projektu. Hitler był sceptyczny. Uważał, że radio ma większą siłę. Fakt, pod względem radiofonizacji Niemcy prześcignęły wszystkie inne kraje. Większą wagę przykładano również do rozwoju kina i puszczanych tam kronik filmowych, które oferowały znacznie bardziej efektowne możliwości propagandowej inscenizacji władzy nazistowskiej. W dniu 22 marca 1935 r. Hadamovsky dokonał uroczystego otwarcia studia telewizyjnego im. Paula Nipkowa (niem. Fernsehsender Paul Nipkow) w berlińskiej dzielnicy Witzleben, które odbyło się pod patronatem Centralnego Urzędu Pocztowego i Towarzystwa Radiowego Rzeszy. Sygnał telewizyjny emitowano z berlińskiej Wieży Radiowej znajdującej się tuż obok gmachu Haus des Rundfunks. W swoich ambitnych planach Hadamovsky zamierzał transmitować w telewizji każde publiczne wystąpienie Hitlera i nadawać cykliczne audycje z Kancelarii Rzeszy. Z kolei Goebbels cały czas stał na stanowisku, że telewizję czeka wspaniała przyszłość jako środka masowej indoktrynacji. Naziści rozpoczęli nadawanie stałego programu telewizyjnego. Były to trzy dni w tygodniu, a od maja 1935 r. już prawie codziennie (z wyjątkiem niedziel) w godzinach 20:00—22:00. Na pierwszą spikerkę telewizyjną na świecie wybrano urodzoną w 1911 r. blondynkę Ursulę Patzschkę, aryjski ideał piękna, pozdrawiającą widzów z wzniesioną prawą rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Siedzibę telewizji urządzono w gmachu Haus des Rundfunks przy berlińskim Adolf-Hitler-Platz (obecnie Theodor-Heuss-Platz). Powiększono tam studio nagraniowe, do którego zapraszano też licznych gości. Przekazywany obraz był bardzo migotliwy i zamazany. Utworzono specjalne kompanie filmowe (niem. Filmtruppen), które jeździły po kraju filmując ciekawe wydarzenia. Powstała również audycja „Policja kryminalna ostrzega!” (niem. „Die Kriminalpolizei warnt!”), w której proszono telewidzów o udzielenie informacji mogących pomóc w schwytaniu groźnych przestępców. Pomysł, o którym już jakiś czas temu marzył Süssenbach. Poziom techniczny transmisji, a przede wszystkim propagandowa skuteczność jej oddziaływania nie zadowoliły Goebbelsa. Jeszcze przed wybuchem wojny stracił swój entuzjazm dla telewizji. Podobnie było z Hitlerem. Pewnie dlatego podczas wojny fundusze dla Fernsehsender Paul Nipkow był stale obcinane. W maju 1942 r. zamierzano nawet zamknąć studio filmowe, do czego nie dopuścił Goebbels. Jednak w 1944 r. zaprzestano działalności. Tak upadł „niemiecki program telewizyjny”, który mógł stać się wielką i niesamowicie skuteczną tubą propagandową hitlerowskiego systemu na cały świat. Tymczasem do pomysłu wrócono w USA po zakończenia II wojny światowej — dopiero w latach 50-tych.
W lutym 1932 r. bytomska policja prowadziła wytężone śledztwo w sprawie zabójstwa dziewczyny. Przesłuchano dziesiątki świadków, szczególnie tych z Langestrasse. Hans Kraus i Stephainski nie zdobyli żadnych cennych informacji. Co prawda ze zwłok dziewczyny udało się zdjąć kilka odcisków palców, ale pomimo użycia systemu Korna nie udało się nic ustalić. Lokalna prasa, która najpierw dość chętnie pisała o brutalnym morderstwie, teraz skupiła się na innych rzeczach. Luty, obfitujący w opady śniegu i niskie temperatury, przeminął bardzo szybko. Arthur Süssenbach co kilka dni dopytywał się swoich podwładnych o efekty pracy śledczej, ale za każdym razem słyszał taką samą odpowiedź — nic nowego. To właśnie nazywa się martwym punktem. Arthur był z tego faktu bardzo niezadowolony, co często dawał odczuć prowadzącym śledztwo policjantom. Do tego w dniu 27 stycznia 1932 r. zmarł Paul Pietzka, właściciel jednego z bytomskich hoteli, z którym Süssenbach znał się od wielu lat. Przyjaźnili się.
W pierwszych dniach marca nieco się ociepliło. Śnieżna pokrywa zniknęła jak za dotknięciem magicznej różdżki. Osoby zajmujące się sprzątaniem bytomskich ulic miały co robić, bo wraz ze zniknięciem białego puchu pojawiły się różnego rodzaju zanieczyszczenia, które trzeba było pilnie usunąć. Miasto szykowało się do wiosny. Süssenbach obawiał się, że w tym roku zarówno wiosna, jak i lato będą okresem niezmiernie wytężonej pracy policyjnej. Zbliżały się wybory parlamentarne. Należało się spodziewać sporych rozruchów w mieście. Polityka brutalnie wkraczała w życie mieszkańców. „Brunatni” szaleli po najnowszych doniesieniach z Moskwy. Śledztwo w sprawie zamordowanej dziewczyny nie posunęło się ani o krok do przodu. Arthur spodziewał się, że wkrótce sprawa zostanie odłożona do akt jako nierozwiązana, choć miał przeczucie, że nastąpi jakiś przełom. Nie mylił się. Stało się jednak coś, czego się nie spodziewał.
Gazeta „Katolik Polski” z dnia 7 marca 1932 r. donosiła, że w dniu 5 marca w Moskwie doszło do zamachu na niemieckiego radcę ambasady niemieckiej Fritza von Twardowskiego (1890—1970). Samochód, którym ambasador przemieszczał się po mieście stanął na skrzyżowaniu, by ustąpić pierwszeństwa innemu pojazdowi. Wtedy do samochodu podleciał młody mężczyzna, który oddał cztery strzały w stronę ambasadora. Dwa dosięgły celu. Jeden trafił go w rękę, ale drugi w szyję. Ta druga rana była poważniejsza. Stan zdrowia ambasadora był bardzo ciężki. Sprawcę zamachu szybko aresztowano. Okazał się nim 28-letni student uniwersytetu moskiewskiego Juda Mironowicz Stern. Zamachowiec był żydowskiego pochodzenia, o czym szeroko pisały niemieckie gazety. Nie wiadomo, dlaczego próbował zabić ambasadora. Sowiecki komisarz spraw zagranicznych Litwinow oficjalnie przeprosił stronę niemiecką i poprosił o czas, aby wyjaśnić motywy zamachu. To wydarzenie zostało doskonale wykorzystane przez nazistowską propagandę. Całkiem możliwe, że na bazie tego wydarzenia Goebbels nauczył się, jak wykorzystać takie zdarzenie dla własnych celów, czego przykładem był atak na niemiecką ambasadę w Paryżu (1938) i późniejsza „Kryształowa Noc”.
Przedsionek piekła
Pokój był duży. Bardzo duży. Jego ściany były pokryte starą farbą, która całymi płatami odchodziła od podłoża. Kiedyś miała chyba jasnożółty kolor, ale teraz przypominała brudną i wysuszoną powierzchnię pustyni. Dwa duże okna były szczelnie wyklejone gazetami, choć niesamowicie brudne szyby jeszcze trzymały się w całości. Światło słoneczne nie miało żadnych szans, by przedrzeć się do środka. W ciągu dnia we wnętrzu pokoju było nieco jaśniej, ale i tak panował spory półmrok. W nocy było tak ciemno, jak w najbardziej zapomnianym zaułku piekieł. Pokój nie był pusty. Pod jedną ze ścian stało duże łóżko. Nadnaturalnie duże. Jego ciężka drewniana konstrukcja wyglądała bardzo solidnie. Pod przeciwległą ścianą stał niewielki stolik, obok niego stare, zniszczone krzesło, a także rodzaj drewnianej, na oko bardzo starej, ciężkiej i bogato zdobionej komody. Wszystkie meble stojące na brudnej, dawno niezamiatanej drewnianej podłodze nosiły na sobie wiele śladów użytkowania. Zdobienia komody były w dużej części niekompletne. Na jednej ze ścian wisiał duży obraz przedstawiający jakiś sielski, wiejski krajobraz. Właściwie trudno było dopatrzeć się szczegółów, bo był niesamowicie brudny i zaniedbany. Ze środka sufitu zwisała zanieczyszczona, obrośnięta pajęczynami lampa z pięcioma żarówkami, z których tylko dwie były jeszcze sprawne. Całość pokoju sprawiała niezwykle przygnębiające wrażenie. Wyglądało to tak, jakby pomieszczenie już dawno temu umarło. Stęchłe, ciężkie powietrze dopełniało tego obrazu.
Na łóżku, na brudnej i splamionej krwią pościeli leżała młoda dziewczyna. Bardzo młoda. Była całkowicie naga. Leżała na brzuchu z szeroko rozpostartymi ramionami. Jej długie, jasne włosy spływały na poduszkę. Praktycznie się nie ruszała. Od czasu do czasu przez jej ciało przebiegał dreszcz. W pokoju było zimno. Na jej ciele było widać wiele siniaków, zadrapań, a nawet krwawiących, powierzchownych ran. Tak naprawdę nie spała. Była w stanie skrajnego wyczerpania fizycznego. Przez ostatnie dwie noce były wielokrotnie brutalnie gwałcona, a jej oprawca wyżywał się na jej ciele. Wcześniej miała skrepowane ręce, ale teraz pozostały tylko zaczerwienione ślady na nadgarstkach. Ktoś, kto ją uwięził, kto zadał jej tyle bólu, cierpienia i upokorzenia, już się nie obawiał, że dziewczyna ucieknie. Nie była w stanie tego zrobić. Przez wiele ostatnich godzin podawano jej tylko wodę. Przez prawie dwie doby nic nie jadła. Nawet tak młody organizm nie był w stanie tego wszystkiego wytrzymać. Poza tym w jej krwi nadal krążył silny narkotyk, który jej kilkakrotnie podano. W ten sposób ktoś zapewnił sobie jej obojętność i bierność podczas tortur, które jej zadawano. Dziewczyna w samotności i upokorzeniu umierała.
Jej oprawca w ciszy siedział w pokoju i palił papierosa. Miał na sobie jasną koszulę i ciemne spodnie. Nie interesował go jej los. Już zaspokoił się jej ciałem, strachem i posłuszeństwem. Stracił dla niej zainteresowanie. Co prawda widok jej cierpienia i powolnej agonii sprawiał mu przyjemność, ale jej los był już postanowiony. Patrząc na nią wypuszczał z ust kłęby ciężkiego, szarego dymu. Obok niego na stoliku stała popielniczka, która po brzegi była wypełniona niedopałkami. Trudno powiedzieć, ile papierosów już wypalił, ale pod sufitem unosiła się szara mgiełka, a cały pokój był wypełniony ciężkim zapachem papierosowego dymu. Mężczyzna dwukrotnie, głęboko zaciągnął się dymem i zgasił niedopałek w popielniczce. Powoli wstał w krzesła. Spojrzał w stronę łóżka, z którego zaczął dobiegać niezrozumiały szept. Umierająca dziewczyna wydawała z siebie ostatnie dźwięki.
— Jeszcze chwila. Za moment będzie po wszystkim — powiedział mężczyzna, a jego głos odbił się echem w pokoju. Sięgnął w stronę poręczy krzesła, na której wisiał brudny, ciemnego koloru męski krawat. Chwycił go do ręki i ruszył w stronę łóżka. Jeszcze chwilę patrzył na nagą dziewczynę, a następnie usiadł na jej plecach, przyciskając kolanami rozłożone ręce dziewczyny. Przełożył krawat pod jej szyją i chwytając go obydwoma rękoma zaczął zaciskać. Coraz mocniej i mocniej. Ciało dziewczyny zaczęło drgać. Pomimo skrajnego wyczerpania i fizycznego upodlenia zaczęła walczyć o życie. Nie miała najmniejszych szans. Pętla wokół jej szyi zaciskała się coraz mocniej. Dramatycznie próbowała łapać powietrze, ale mężczyzna był silny. Po chwili jej ciało znieruchomiało. Młode życie uleciało gdzieś w mroki strasznego miejsca, w którym przebywała przez ostatnie dwie doby. Mężczyzna upewnił się, że nie oddycha. Ściągnął krawat z jej szyi i ciężko usiadł na łóżku, obok jej ciała. W całkowitej ciszy spojrzał na nią.
— Mówiłem ci, już po wszystkim — szepnął.
Po chwili wstał i podszedł do drzwi. Nacisnął klamkę i otworzył je szeroko.
— Jesteś tam? — powiedział głośno.
W sąsiednim pokoju rozległo się szuranie butów. Za chwilę w ciemnym przedpokoju stanął wysoki, zwalisty mężczyzna i pytającym wzrokiem spojrzał na oprawcę.
— Chodź tutaj — powiedział ten cofając się do wnętrza pokoju. Mężczyzna wszedł do pomieszczenia i od razu spojrzał na łóżko, na zwłoki młodziutkiej dziewczyny. Nie odezwał się ani słowem, a makabryczny widok chyba nie zrobił na nim większego wrażenia.
— Zaczekamy, aż się ściemni. Trzeba się jej pozbyć — powiedział oprawca sięgając w stronę stolika, na którym leżała paczka papierosów. Wyciągnął jednego, wsadził do ust, a następnie sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął sporych rozmiarów metalową zapalniczkę. Błysk płomienia nieco rozświetlił panujący w pokoju mrok. Oprawca głęboko zaciągnął się dymem. Odwrócił się w stronę zniszczonej komody, na której leżał sporych rozmiarów nóż.
— Jeszcze tylko… wiesz… później posprzątasz.
Mężczyzna w ciszy przytaknął głową i bez żadnego słowa wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Oprawca został sam na sam ze zwłokami swojej ofiary. Trzymając w ręku nóż, z rozżarzonym papierosem w ustach zbliżał się w stronę łóżka.
— Dam ci szczęście — powiedział przewracając ciało dziewczyny na plecy. Jej nagi brzuch był cały posiniaczony i zakrwawiony
— Prawdziwe życie wieczne… — szepnął pochylając się z nożem w ręku nad jej ciałem.
Wizyta Hitlera
Była połowa marca. Arthur Süssenbach siedział w swoim gabinecie i rozmawiał przez telefon. Dzwonili z samego Berlina z informacją, że gdzieś w połowie kwietnia w Bytomiu pojawi się Adolf Hitler. „Brunatni” przyciskali polityczną śrubę i w ramach kampanii wyborczej rozjechali się po całym kraju. Arthur nie był zadowolony. Wiedział, że przyjazd do miasta szefa NSDAP oznacza kłopoty. Duże kłopoty. Nie przepadał za Hitlerem. Całe NSDAP było dla niego politycznym zagrożeniem. Obawiał się ich brutalności i bezczelności. Nie mógł zrozumieć, jakim cudem tak wielu rodaków widziało w Hitlerze nadzieję na przyszłość. Dla Süssenbacha ten człowiek oznaczał problemy. Arthur nie miał jednak wpływu na przebieg kampanii wyborczej, a także na harmonogram wizyt niemieckich polityków w mieście. Mógł to tylko przyjąć do informacji. Jako policjant musiał zachować bezstronność, choć jego polityczne poglądy oscylowały gdzieś w okolicach katolickiego Centrum.
— Tak, rozumiem. Dziękuję za informację. Do usłyszenia — powiedział kończąc rozmowę i odkładając słuchawkę na widełki.
— Tego jeszcze było trzeba… — szepnął sam do siebie.
Tego samego dnia w gabinecie Süssenbacha w gmachu bytomskiej policji została zwołana pilna narada. Nie chodziło jednak o sprawy kryminalne. Powodem była nadchodząca wizyta Hitlera w Bytomiu. Na umówioną godzinę zeszli się wszyscy zaproszeni funkcjonariusze. Gdy gabinet był już pełny, a uczestnicy zasiedli na krzesłach, których kilka trzeba było wnieść do gabinetu, zamknięto drzwi.
— Panowie — odezwał się Süssenbach siedząc za swoim biurkiem — Dziękuję za przybycie. Musimy pilnie ustalić kilka spraw. Wiecie już wszyscy, kto do nas przyjeżdża.
Policjanci popatrzyli po sobie. Nikt nie skomentował tych słów.
— Spodziewamy się prawdziwych tłumów — kontynuował Arthur — Obawiam się również, że może dojść do rozruchów. „Czerwoni” będą wściekli. Musimy się odpowiednio przygotować.
— Potrzebujemy wsparcia — powiedział jeden z policjantów.
— Tak wiem. Poprosiłem już prezydenta policji z Gliwic o dodatkowe oddziały. Mam jego obietnicę, że takie dostaniemy. Powiadomiłem też Opole. Panowie, mam taki plan. Oczywiście większość naszych sił będzie zaangażowana w ochronę samego stadionu. Musimy tam zadbać o spokojny przebieg całej imprezy. Dla tych oddziałów pełna mobilizacja. Będziemy uzbrojeni w długą broń. Niech widzą, że traktujemy sprawę bardzo poważnie. Jednakże nie możemy dać się zaskoczyć. Część naszych sił pozostanie w odwodzie. Nie będziemy się oficjalnie chwalić tym, ilu nas będzie i jakie otrzymamy wsparcie. Odwody, w pełni uzbrojone i przygotowane do akcji będą rozmieszczone w kilku punktach w mieście. Gdyby doszło do jakiś rozruchów, od razu zostaną rzucone do działania. Musimy w zarodku zdusić wszystko, co szykują „czerwoni” czy „brunatni”. Nie możemy pozwolić na eskalację wydarzeń. Władze miasta udzielą nam pełnego wsparcia. Nadburmistrz Knakrick też stara się o dodatkowe wsparcie, szczególnie w postaci funkcjonariuszy policji miejskiej. Mam zamiar ich wykorzystać dla lepszego zabezpieczenia nie tylko stadionu, ale również naszego dworca kolejowego.
Policjanci w skupieniu słuchali słów swojego szefa.
— Panowie, musimy podzielić się zadaniami. Kominek, jesteś odpowiedzialny za zabezpieczenie stadionu.
— Tak jest, panie dyrektorze!
— W razie jakichkolwiek problemów kontaktuj się bezpośrednio ze mną. Gdyby coś się działo, nie czekaj na rozwój sytuacji. Daj mi od razu znać. Musisz też odpowiednio określić skalę ryzyka. W przypadku rozruchów nie czekaj na rozwój sytuacji, ale od razu daj znać, bo będziemy ściągać dodatkowe siły.
Kominek w milczeniu skinął głową.
— Rothe, jesteś odpowiedzialny za rozmieszczenie naszego wsparcia w mieście i za ewentualną dyslokację oddziałów.
Oficer policji ze skupieniem spojrzał na Süsenbacha.
— Komu mam meldować w razie problemów? — spytał.
— O wszelkiej dyslokacji czy użyciu naszych oddziałów decyduję ja — odparł władczo Arthur — Jednakże, gdyby sytuacja tego wymagała i nie było czasu na przepływ informacji, masz moją zgodę na samodzielną decyzję.
— Rozumiem, panie radco.
— Pamiętaj, wchodzisz do akcji dopiero w momencie, gdy dojdziesz do wniosku, że nie ma innego wyjścia. Nie czekaj jednak na wzrost napięcia. Działaj od razu. Nie daj się tylko sprowokować…
Major policji Rothe skinął ze zrozumieniem głową.
— Schiller, ty jesteś odpowiedzialny za patrole w mieście. Rzuć do tego naszych najlepszych i najbardziej doświadczonych ludzi. Niech dokładnie obserwują.
— Niech mówią — powiedział z uśmiechem Schiller.
— Tak, niech mówią… Gdy patrolujący ulice zauważą coś niepokojącego, niech błyskawicznie dają znać. Musimy być szybsi.
— Tak jest!
— Hahn, ty będziesz dyżurował na dworcu. Co pół godziny oczekuję meldunku z podaniem liczby osób, które przyjechały pociągami. Nie chce mi się wierzyć, ale „brunatni” trąbią, że może się u nas pojawić nawet 100 tys. osób. Oby tak się nie stało, ale musimy to mieć pod pełną kontrolą.
— Tak jest! — odparł Hahn.
— Dostaniesz tam kilku funkcjonariuszy dla wsparcia. Niech kręcą się po peronach z długą bronią i w pełnym ekwipunku. Mają robić wrażenie, że całe miasto jest doskonale pilnowane i zabezpieczone. W razie problemów od razu ich wycofaj i daj mi znać.
Hahn ze zrozumieniem skinął głową.
— Ja będę tu na miejscu. Zabezpieczymy nasz budynek. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć.
— Panie dyrektorze… — odezwał się nagle Bukowietz.
— Tak, słucham?
— SA twierdzi, że sami zabezpieczą stadion. Pewnie będą starali się to zrobić. Słyszałem również, że mobilizują bardzo duże siły. Jak mamy ich traktować? Mamy z nimi współpracować?
— W żadnym razie, Bukowietz. My mamy swoje zadania. Wykonamy je najlepiej, jak potrafimy. Niech ci bojówkarze zajmą się sami sobą. Żadnej współpracy.
— A gdyby zabrakło nam ludzi? — nie dawał za wygraną Bukowietz.
— Powtarzam — w żadnym razie. Ci krzykacze to dla nas żadni partnerzy. Co więcej, to ich trzeba pilnować…
Bukowietz, chyba nie do końca przekonany odpowiedzią swojego szefa, skinął głową.
— Panowie, czeka nas wielkie wyzwanie — powiedział Süssenbach — Nie ma jednak zadań, z którymi nie bylibyśmy w stanie sobie poradzić. Musimy tylko zachować spokój, unikać prowokacji i utrzymać szybki przepływ informacji. No i błyskawicznie i stanowczo reagować… w razie problemów — dokończył — Czy macie jakieś pytania?
Policjanci zgodnie pokręcili przecząco głowami.
— Wiem, komu zlecam zadania — powiedział Arthur — Jestem pewien, że sobie poradzicie. To wszystko. Dziękuję.
Uczestnicy narady wstali z krzeseł i zaczęli pospiesznie opuszczać gabinet szefa. Niektórzy z nich wzięli do rąk krzesła, które wynieśli do sąsiedniego pokoju. Rozmawiali ze sobą ściszonymi głosami. W końcu zapadła cisza. Arthur w milczeniu siedział za biurkiem. Miał wrażenie, że są odpowiednio przygotowani, ale coś było nie tak. Instynktownie czuł, że nadciąga coś złego.
Do gabinetu Süssenbacha wszedł Hans Kraus. Jako jeden z nielicznych wysoko postawionych funkcjonariuszy bytomskiej policji miał ten przywilej. Nie musiał czekać przed drzwiami swojego szefa. Trzymał w ręku gazetę. Arthur spojrzał na niego.
— Panie radco, niech pan przeczyta — powiedział kładąc gazetę na biurku Arthura. Ten wziął ją do ręki i zagłębił się w lekturze. Hans stał przed biurkiem. W gabinecie szefa nie siadało się bez jego zaproszenia. Süssenbach bardzo uważnie przeczytał wskazany artykuł. Gdy skończył, odłożył gazetę na bok.
— Myślisz, Hans, że to nasz sprawca?
— Tego nie wiem, panie radco, ale jest to możliwe.
— Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się. To zupełnie inaczej wygląda. Nie uważasz? — odparł Arthur.
— Tak.
— Co nam pozostaje… czekamy na wyniki ich śledztwa i nadal prowadzimy swoje.
— Tak jest!
— Dziękuję za informację, Hans. Weź mi tego zwyrodnialca… — powiedział wskazując na gazetę.
Kraus sięgnął po gazetę leżącą na biurku szefa i szybko wyszedł z gabinetu. On też miał wrażenie, że to dwie zupełnie inne sprawy. Wiktor Ceglarek nie był poszukiwanym przez nich sprawcą.
Polska prasa donosiła, że w dniu 8 marca 1932 r. pochodzący z Radzionkowa, ale zamieszkały w Świętochłowicach (przy ul. Czarnoleśnej 30 — obecnie 1 Maja) na terenie ówczesnej Polski 27-letni ślusarz Wiktor Ceglarek wyszedł z domu. Od roku był żonaty, ale nie czuł się szczęśliwy. Poza tym lubił dobrą zabawę i alkohol, a więzy małżeńskie mu w tym przeszkadzały. Zabrał z domu wszystkie oszczędności w kwocie 34 zł. Ruszył w kierunku centrum Królewskiej Huty (obecnie Chorzów). Około godz. 11.00 na drodze spotkał dwie małe dziewczynki, 7-letnią Ernę Pasiekównę i 8-letnią Magdę Klimowiczównę. Obydwie pochodziły z Chorzowa i wracały do domu ze szkoły. Ceglarek podszedł do nich i kusząc je cukierkami poprowadził w stronę Wielkich Hajduk (obecnie Chorzów Batory). Po drodze próbował się pozbyć jednej z nich, wysyłając ją po papierosy, ale ta nie posłuchała. Gdy doszli do Wielkich Hajduk, Ceglarek kazał dziewczynkom czekać przy tunelu prowadzącym do dworca kolejowego. Sam poszedł do sklepu po obiecane łakocie. Dziewczynki poczuły się nieco uspokojone i pewnie dlatego zgodziły się na dalszy spacer w stronę kochłowickich pól, gdzie znajdowały się liczne ogródki działkowe. Ceglarek wybrał jeden z nich, którego użytkownikiem był Wilhelm Prawda z Kochłowic. Na ogródku była niewielka drewniana altanka. Była pusta. Ceglarek wprowadził do niej dziewczynki. Następnie zmusił 8-letnią Magdę do rozebrania się. Dokonał na niej brutalnego gwałtu. Widząc to 7-letnia Erna zaczęła głośno płakać, więc Ceglarek dwukrotnie uderzył ja ciężkim kijem w głowę, łamiąc dziewczynce czaszkę. Ta nieprzytomna upadła na ziemię. Ceglarek szybko wybiegł z altanki i uciekł. Naga Magda zaczęła wzywać pomocy. Jej krzyki usłyszał Augustyn Lasota, który miał niedaleko swój ogródek. Zauważył nagą dziewczynkę. Ta opowiedziała mu o wszystkim, więc Augustyn szybko zawiadomił policję. Erna trafiła do szpitala, a Magda do swojego domu. U Erny stwierdzono częściowy paraliż i utratę pełnej świadomości.
Policja rozpoczęła szeroko zakrojone śledztwo. Niestety, padający śnieg zatarł ślady gwałciciela. Wystraszona Magda nie potrafiła podać dokładnego rysopisu sprawcy. Wyznaczono nawet nagrodę w wysokości 400 zł za jakiekolwiek informacje dotyczące przestępcy. Śledztwem kierował naczelnik wydziału śledczego w Katowicach podinspektor Marian Chomrański i komisarz Brodniewicz. Dość szybko ustalono, że w 1929 r. Ceglarek dopuścił się podobnej zbrodni na osobie 8-letniej Edyty Augustynowej ze Świętochłowic, za co został skazany na 6 miesięcy więzienia z zawieszeniem kary na 3 lata. Policjanci zjawili się u niego w domu, ale nie zastali go w mieszkaniu. W dniu 11 marca patrol policyjny spotkał go na jednej z ulic Świętochłowic, ale Ceglarek próbował uciec. Po długim pościgu został ujęty. Podczas przesłuchania w Katowicach przyznał się do winy. Mała Magda rozpoznała w nim napastnika. W dniu 16 marca z powodu obrażeń zmarła mała Erna. Ceglarka skierowano na obserwację psychiatryczną do szpitala w Lublińcu. Został uznany za w pełni poczytalnego.
W dniu 23 września 1932 r. w sądzie w Katowicach rozpoczął się jego proces sądowy prowadzony za zamkniętymi drzwiami. Sprawie przewodniczył sędzia dr Radłowski w asyście sędziów dr Karola Strzelczyka i dr Wanieka. Prokuratorem był dr Nowotny, a rolę obrońcy z urzędu pełnił aplikant sądowy Piecha. Na sali sądowej Ceglarek nie przyznał się do popełnienia przestępstwa. Tłumaczył, że wcześniej policja zmusiła go do przyznania się do winy. Sąd wydał wyrok 15 lat więzienia. Podczas wyprowadzania oskarżonego z sali musiała interweniować policja, bo zgromadzony tłum chciał go zlinczować. Ceglarek był postawnym mężczyzną o bardzo pospolitym wyglądzie. Nikt by nie pomyślał, co drzemie w jego chorej głowie…
Secundo clamore
Otto Schulz siedział w swoim gabinecie na Reichs-Präsidenten-Platz. Był dość kurpulentnym mężczyzną o średnim wzroście. Kiedyś jego chlubą była grzywa bujnych, ciemnych włosów, po której pozostało już tylko wspomnienie i zdjęcia. Praktycznie całkowicie wyłysiał, a skóra głowy świeciła się. Jego biurko było zawalone papierami. Wydział kryminalny policji, którym kierował, miał co robić. Prawdziwa plaga samobójstw, co zapewne był efektem ciężkich czasów i bezrobocia. Każde trzeba było sprawdzić, by wykluczyć ewentualny udział osób trzecich. Do tego brutalne napaści, jedne na tle rabunkowym, a inne na tle politycznym, a jeszcze inne na tle seksualnym. Policyjna codzienność. Sprawa za sprawą, teczka za teczką… Schulz, który dawno temu miał problemy z alkoholem, łapał się na tym, że zaczynał marzyć o kieliszku czegoś mocniejszego. Bał się, że przyjdzie taki moment, kiedy ulegnie. Nagle zadzwonił telefon. Policjant szybko podniósł słuchawkę.
— Słucham?
— Witam. Tu Kraus. Zła wiadomość, Otto.
— Tak?
— No niestety. Mamy kolejną dziewczynę.
Schulz nagle zesztywniał.
— Gdzie? — spytał.
— W lesie koło Miechowic.
— Co z nią?
— Wszystko dokładnie tak samo, jak z poprzednią. Naga, te same obrażenia, rozpłatany brzuch, zwłoki porzucone w lesie. Na moje oko nawet wiek ten sam. Dziecko, Schulz. To jak deja vu…
— Kto ją znalazł?
— Rowerzysta. Starszy facet. Wracał z pracy z Bytomia do Stolarzowic i zauważył ciało w lesie. Jeszcze nie ma liści…
Schulz oparł czoło na wolnej ręce i trzymając nadal słuchawkę przy uchu zamarł w milczeniu.
— Słuchaj, wygląda na to, że mamy seryjnego mordercę — powiedział Kraus.
— Tak… Na to wygląda. Süssenbach już wie?
— Właśnie teraz rozmawia z nim Schilowsky.
Gdyby ktoś teraz postawił przed Schulzem butelkę, ten bez wątpienia poczęstowałby się jej zawartością.
— Chryste, przecież za cztery dni przyjeżdża Hitler — powiedział.
— Wiem — odparł ciężko Kraus.
— To nam nie pomoże…
— Masz rację, Schulz.
— Nasi już są na miejscu?
— Tak.
— Wszystko zabezpieczone?
— Oczywiście. Przecież sam tam byłem.
— Prasy nie było?
— Nie. Jeszcze nie wiedzą.
Schulz westchnął głęboko. Tylko jeden kieliszek — pomyślał — Tylko jeden…
— Dobrze, Kraus — powiedział — Dziękuję za informację, choć wolałbym tego nie słyszeć.
— Uwierz mi, Otto, że ja też. Nie tylko nie słyszeć, ale nie widzieć. Przecież mamy córki w ich wieku…
Na czole Schulza pojawiły się kropelki potu.
— Tak, wiem — powiedział — Czekamy na reakcję szefa.
Po drugiej stronie usłyszał trzask odkładanej słuchawki. Teraz Otto słyszał tylko lekki szum. Właściwie nie był pewny, czy to dźwięk dobiegający z telefonu, czy też z wnętrza jego głowy. Powoli odłożył słuchawkę na aparat. Seryjny morderca — pomyślał — seksualny zboczeniec panoszący się w mieście. Teraz, na kilka dni przed wizytą Hitlera. Helga… — pomyślał o swoje córce — Muszę zadzwonić do domu i zakazać jej gdziekolwiek wychodzić. Tylko szkoła… Powoli wstał z fotela i ruszył w stronę wielkiej szafy, która zabierała sporą część miejsca w jego gabinecie. Otworzył lewe drzwi i spojrzał w miejsce, gdzie kiedyś zawsze stała dyżurna butelka. Teraz było tam pusto. Kurwa mać, dam radę — pomyślał i z głośnym trzaskiem zatrzasnął drzwi szafy. Wrócił do biurka i sięgnął po słuchawkę telefonu.
— Panowie, sytuacja jest nad wyraz poważna — powiedział Arthur Süssenbach. Jego policzki były zaczerwienione. Oczy zdradzały stan emocjonalnego napięcia. Przed nim na krzesłach siedzieli Kraus, Schulz, Schilowsky, Rothe, Stephainski i Hausfelder.
— Zdajecie sobie z tego sprawę. Wiemy, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą. Prawdopodobnie psychopatą. To co najmniej jego druga ofiara. Zamordowana dokładnie w taki sam sposób, jak poprzednia. Taka sama rana na brzuchu. Brak serca. Wszystko to samo… Nie znamy tożsamości tych dziewczyn. Wiemy również, co nas czeka za cztery dni. Podjąłem decyzję, że nie przekażemy prasie żadnych wiadomości o drugim morderstwie. Zrobimy to dopiero po wizycie Hitlera. Nie chcę teraz wywołać paniki, bo to w połączeniu z napięciem dotyczącym przyjazdu Hitlera może być mieszanką wybuchową. Może mieć dramatyczne skutki…
Policjanci słuchali go w całkowitym milczeniu i ciszy.
— Znaleźliście odciski palców? — spytał Arthur.
— Tak — odparł Kraus — Takie same, jak na ciele pierwszej ofiary.
— Czyli bez żadnej wątpliwości ten sam sprawca — powiedział Süssenbach — Śledztwo oczywiście prowadzimy. Nic nie odkładamy na bok. Sprawa ma dla nas status priorytetowej. Hitler przyjeżdża we wtorek, a my powiadomimy prasę dopiero w środę. Do tego momentu żadnych przecieków…
Kraus popatrzył na Schulza, ale ten nie odwzajemnił jego spojrzenia. Będzie ciężko — pomyślał — Trochę ludzi już wie…
— Uprzedzić wszystkich, którzy byli tam na miejscu lub wiedzą o sprawie, że nadaję jej klauzulę ścisłej tajności pod rygorem surowej odpowiedzialności służbowej i osobistej — powiedział Süssenbach jakby wyczuwając obawy Krausa.
— Hausfelder — kontynuował Arthur — sprawdź systemem Korna, czy gdzieś w kraju miały miejsce podobne zdarzenia. Tylko sprawdź — nie przekazuj informacji, że mamy u siebie drugi taki przypadek.
Policjant skinął głową.
— Schulz, ty nadzorujesz całe śledztwo. Masz Krausa do pomocy.
— Tak jest!
— Panowie, wiem, że macie teraz mnóstwo innych obowiązków. Jednakże nie pozwalam odłożyć sprawy na bok. Schulz ustali pełny plan działania. Ponownie ruszamy od zera. Przesłuchania podejrzanych środowisk. Przyciśnijcie te męty do ściany. Żadnej litości. Powtarzam, żadnej. Macie dotrzeć do każdego, który może coś wiedzieć. Każdy alfons, dziwka, przemytnik i złodziej mają zostać przesłuchani.
Süssenbach sprawiał wrażenie bardzo zdeterminowanego.
— Czy wszystko jasne? — spytał.
Policjanci skinęli głowami.
— No to do roboty — zakończył naradę Arthur i w milczeniu patrzył, jak jego podwładni opuszczają gabinet. Musi im się udać… musi — pomyślał.
W 1932 r. zbliżały się w Niemczech kolejne wybory parlamentarne, które, w odróżnieniu od tych z 1929 r., NSDAP miało zamiar wygrać. Aby tego dokonać, była konieczna szeroka kampania polityczna, która między innymi polegała na częstych wizytach nazistowskich polityków w różnych rejonach Niemiec. Na Górnym Śląsku też. Wiece polityczne, manifestacje, powiewające na wietrze sztandary ze swastyką — to wszystko miało utorować drogę do politycznego zwycięstwa. Czołowi politycy NSDAP rozjechali się po kraju, po wszystkich jego zakątkach. Hitler jeszcze nigdy nie prowadził tak intensywnej kampanii politycznej. W kwietniu 1932 r. odbyły się w Niemczech wybory prezydenckie, w których przegrał z Hindenburgiem. To uderzyło w jego ambicję. Najważniejszą próbą sił stały się wybory do Reichstagu w 1932 r. W ramach kampanii wyborczej w dniu 18 kwietnia 1932 r. Hitler pojawił się w Bytomiu i przemawiał na bytomskim stadionie sportowym (niem. Hindenburg Kampfbahn) przy obecnej ulicy Olimpijskiej.
18 kwietnia 1932 r. w Bytomiu zjawił się Adolf Hitler. Już na bytomskim dworcu witały go rozentuzjazmowane tłumy ludzi. Miejscowi zwolennicy NSDAP oszaleli. Szacowano, że na bytomskim stadionie zjawi się ok 80 tys. ludzi, ale sprzedano jedynie 15 tys. biletów. Nie dlatego, że tylko tyle osób chciało zobaczyć wodza NSDAP. Po prostu bilety były drogie (10 RM). Spora część ludzi stała poza stadionem. Redakcja śląskiej gazety „Polonia”, której redaktorem był doskonale znający Bytom Wojciech Korfanty wysłała na bytomski stadion reportera w osobie Stanisława Nogaja. Co prawda redaktor naiwnie liczył na wywiad z Hitlerem, ale dowiedział się, że przeprowadzenie takiego z wodzem NSDAP kosztuje 2 tys. RM, które należy wpłacić do kasy NSDAP. Nogaj nie miał zamiaru płacić. Wokół stadionu ustawiono stoiska, na których sprzedawano jedzenie. Nie było jednak żadnego alkoholu. Obowiązywał oficjalny nakaz. Gdy Hitler pojawił się na stadionie, Nogaj poczuł się nieco rozczarowany. Spodziewał się zobaczyć jakąś wojowniczą i niezwykle krzykliwą postać. Tymczasem führer wydał się Nogajowi podobny do zwykłego urzędnika, poważnego i skromnego, zatroskanego losami swojego kraju i narodu. Podobno miał na sobie płaszcz w jasnym kolorze, na szyi czarny krawat, a na głowie kapelusz, który podczas przemówienia ściągnął. Towarzyszył mu pochodzący z Opolszczyzny Josef Adamczyk, jedna ze wchodzących gwiazd w górnośląskiej NSDAP.
Tłum oszalał. Krzyczano: „Deutschland erwache” i „Heil Hitler”, a wyrwany z wielu tysięcy gardeł krzyk wysoko wznosił się ku niebu. Stadion był obstawiony przez najlepszych bojówkarzy z bytomskiego SA. Podobno było ich ok. 600 (ok. 200 na rowerach i ok. 400 na stadionie). SA-mani zapewne obawiali się reakcji ze strony silnego w Bytomiu ruchu komunistycznego. Bytomscy policjanci obstawili szatnię na stadionie, gdzie Hitler przygotowywał się do wystąpienia. Na ulicach prowadzących w stronę stadionu w równych odległościach stał kolejny policjant. Na stadionie w wyprężonych szeregach stanęło ok 1,5 tys. członków bytomskich organizacji młodzieżowych. Z wypiekami na twarzy czekali na pierwsze słowa „boga”, którym dla nich był wtedy Hitler. Przed samym stadionem stała spora grupa ludzi, która już się na nim nie zmieściła. Podobno na spotkanie z Hitlerem zjawiło się ok 60 tys. osób.
„Chodziłyśmy z koleżanką wypatrując po ulicy Strzelców Bytomskich. On jechał od strony dworca, na stadion przy Olimpijskiej. Przejechał samochodem, bardzo szybko, ale udało nam się go zobaczyć”.
fragment wspomnień Adelajdy Klonek z Bytomia
Hitler zaczął przemawiać. Początkowo jego ton głosu był bardzo spokojny. Nogaj podkreślał to w swojej relacji. Hitler doskonale wiedział, jak przypodobać się swoim słuchaczom. Chwalił bytomian za entuzjastyczne i spontaniczne przyjęcie. Jednocześnie wspomniał swoich przeciwników, którym marzył się upadek NSDAP. Zapewniał, że on, Hitler, do tego nie dopuści. W tym momencie stadion ogarnęła fanatyczna reakcja. Wrzaski, krzyki i wiwaty. Hitler stwierdził, że według wrogów NSDAP nigdy nie uzyska parlamentarnej większości. Wrogowie jednak są w błędzie. Nastąpiły kolejne owacje i okrzyki. Jego przemówienie było krótkie — trwało tylko 23 minuty. Zakończył je wspomnieniem 1914 r. i ówczesnej siły niemieckiego narodu, która była wtedy bardzo zauważalna. Stwierdził, że ten moment w historii Niemiec jeszcze powróci. Odszedł od mównicy, a Adamczyk usprawiedliwił go, że przemówienie musiało być tak krótkie, gdyż Hitler jeszcze tego samego dnia miał przemawiać we Wrocławiu (o 19.30 na wrocławskim stadionie kolarskim Grüneicher Radrennbahn, a oczekiwany jest także w Zgorzelcu (niem Görlitz). Rozentuzjazmowany tłum nie chciał go wypuścić. Owa wizyta była jedyną, z jaką przyszły führer III Rzeszy zawitał w tym regionie. Tak naprawdę Hitler nie interesował się zbytnio sprawami Górnego Śląska. Można podejrzewać, że Hitler zupełnie nie rozumiał specyfiki tego regionu.
„Już na kilka godzin przed rozpoczęciem się zebrania, na którem przemawiać miał Hitler zebrało się kilkanaście tysięcy osób. Również poza stadionem, zgromadziło się kilka tysięcy ludzi. Wstęp na stadion był stosunkowo dosyć drogi: bilety wstępu kosztowały od 1 do 10-ciu marek. Dla przywozu zwolenników Hitlera uruchomiono cały szereg pociągów nadzwyczajnych oraz liczne autobusy. Hitler przyleciał samolotem do Gliwic a stamtąd samochodem na stadion w towarzystwie całego sztabu”
„Polska Zachodnia” z dnia 19.04.1932
W Bytomiu zapamiętano wizytę führera. W późniejszym okresie obecny plac Tadeusza Kościuszki w Bytomiu nosił nazwę Adolf-Hitler-Platz. Na środku tego placu stanął pomnik poświęcony Hitlerowi i NSDAP. Szkołę IV LO na placu Sikorskiego przemianowano na Adolf-Hitler-Schule, a plac W. Sikorskiego na Braunauer Platz. Co więcej, Adolf Hitler został honorowym obywatelem miasta Bytom. Właściwie jest nim do dzisiaj.
Zamach
18 kwietnia 1932 r. Hitler przemawiał na bytomskim stadionie. Grupa miejscowych komunistów też tam była. Kupili nawet drogie bilety, by wtopić się w tłum. Na stadionie i wokół niego, Hitlera słuchało ok. 60 tys. ludzi, choć spodziewano się o wiele więcej. Ochraniało go kilkuset bojówkarzy z SA. Tam nie można było nic mu zrobić. Komuniści z prawdziwą polityczną nienawiścią obserwowali Hitlera i słuchali jego słów. Gdy ten zaczął mówić o „niemieckim przebudzeniu”, a tłum zaczął opętańczo wrzeszczeć, Paul Becker nie wytrzymał.
— Świnia! On będzie mówił o przebudzeniu! Kryminalista i morderca! — wrzasnął.
Na szczęście stojący obok niego zwolennicy Hitlera w całym zgiełku chyba nie zrozumieli jego słów. Gdyby było inaczej, pewnie miałby problem.
— Zamknij się, Paul! — wrzasnął mu do ucha Paweł Scheideman — Chcesz, żeby nic z tego nie wyszło?
Paul spojrzał na niego z wyrazem przeprosin w oczach. Nie odezwał się już słowem aż do końca przemówienia, choć zaciśnięte pięści były dowodem tego, jak wiele emocji to go kosztowało. Przemówienie Hitlera dobiegło końca. Wiadomo było, że trochę czasu poświęci na autografy, na rozmowy z miejscowymi przywódcami NSDAP. Ile to zajmie, tego nie wiedział nikt.
— Paul, szybko, do samochodu! — wrzasnął Scheideman, gdy wychodzili ze stadionu — Szybko, szybko!
Becker podbiegł do drzwiczek i szybko wskoczył na tylne siedzenie, a samochód z piskiem opon ruszył z miejsca. Kilku policjantów, a także SA-manów czujnie spojrzało w ich kierunku, ale pasażerowie, a już szczególnie kierowca nie przejęli się tym. Pojechali w stronę Bobrka — prosto przez Karb. Tam czekali już na nich następni. Becker szybko wyskoczył z samochodu i zwrócił się do zebranych:
— Panowie, za chwilę ta świnia będzie tędy jechała w stronę Zabrza! Wiemy to na pewno — mówił o tym Adamczyk. Na 19.30 musi już być we Wrocławiu. Poleci z Gliwic samolotem.
Kilku mężczyzn spojrzało na siebie.
— Czy blokada jest gotowa? — spytał Becker.
Mężczyźni skinęli głową.
— Dobrze. Możecie ją ustawiać. Szybko! Nie wiemy, kiedy tu się zjawi. To może być lada moment! Będziemy wiedzieć, że jedzie…
W pobliżu drogi już wcześniej zgromadzono podkłady kolejowe i duże kamienie. Było to niewielkie wzniesienie na drodze prowadzącej z Bobrka do Zabrza. Nieco wcześniej po jednej i drugiej stronie ulicy stały typowo górnośląskie familoki. Był tam też budynek szkolny. Później był ostry zakręt, na którym kolumna samochodów z Hitlerem musiała zwolnić. Za zakrętem znajdowało się wspomniane wzniesienie. Partyjniacy z NSDAP i osobista ochrona Hitlera nie wzięli pod uwagę faktu, że na Bobrku funkcjonowała była komórka Związku Walki z Faszyzmem (niem. Kampfbund gegen Faschismus), która liczyła od 50 do 80 osób. Cała akcja miała być przeprowadzona bardzo szybko, bo w bliskiej odległości znajdowała się polsko-niemiecka granica. Miejscowi komuniści nie chcieli interwencji polskich pograniczników.
— Ustawcie samochód na miejscu! — krzyknął Becker. Odpowiedział mu głos zapuszczanego silnika. Po chwili wszystko było już gotowe.
— Emil, broń gotowa?
— Tak!
— Rozmieść strzelców na stanowiskach! — krzyknął do niego Paul. Czekamy… — szepnął do siebie Paul. Wyciągnął z kieszeni płaszcza lornetkę i przyłożył ją do oczu. Miał kilku obserwatorów rozmieszczonych na drodze ze stadionu do Bobrka, którzy mieli dać od razu znać, gdy zauważą kolumnę samochodów z Hitlerem. Nie trwało to długo.
— Jadą! — wrzasnął Paul — Jadą! Na stanowiska!
Na drogę błyskawicznie wyniesiono podkłady kolejowe i wytoczono duże kamienie. Powstała w ten sposób zapora, która miała zatrzymać pierwszy pojazd z kolumny Hitlera. Wiadomo było, że pozostałe pojazdy od razu będą próbowały się wycofać. Wtedy oczekujący na stanowisku samochód miał sprowokować wypadek — najlepiej z autem, w którym jechał sam Hitler. Wtedy ukryci strzelcy mieli otworzyć ogień do samochodu. Prosty plan, w którym wszystko powinno się udać.
— Gwizdek… — szepnął Paul. To obserwator dawał znać, że kolumna samochodów już nadciąga — Jadą! — krzyknął na całe gardło i sięgnął do kieszeni płaszcza, gdzie miał ukryty rewolwer. Po chwili pojawiły się samochody (prawdopodobnie co najmniej pięć), ale było ich o wiele więcej, niż się spodziewano. Jadący na przedzie kolumny kierowca zauważył blokadę i zgodnie z oczekiwaniem stanął. Podobno jego samochód został uszkodzony, gdyż nie udało mu się uniknąć zderzenia z kamieniami. Cała kolumna na chwilę zatrzymała się w miejscu. Wtedy w jej kierunku poleciał grad cegieł. Rzucali je członkowie Związku Walki z Faszyzmem. Jednakże ochrona Hitlera z SS od razu wyczuła niebezpieczeństwo. Zaczęli zasłaniać samochód z Hitlerem. W kolumnie jechała również ciężarówka wyładowana miejscowymi SA-manami. Ci natychmiast zeskoczyli, trzymając w ręku broń. Ich ciężarówka zablokowała miejsce, z którego miał wyjechać samochód, którego zadaniem było sprowokowanie wypadku. Któryś z ukrytych strzelców nie wytrzymał. Padł strzał. Błyskawicznie odpowiedzieli na niego SA-mani. Szaleńczo strzelali celując w kępy trawy, w drzewa, za którymi mogli ukryć się zamachowcy. Nie żałowali amunicji.
— Nie strzelać! Wycofać się! Jest ich za dużo! — wrzasnął Becker.
Pomimo tego wybuchła krótka, intensywna strzelanina, która dość szybko ucichła. Zamachowcy pospiesznie wycofali się ze swoich stanowisk. Nie zdołano się nawet zorientować, w którym samochodzie faktycznie siedział Hitler, bo ten na rozkaz ochrony położył się płasko na tylnym siedzeniu, a jego ochrona dla niepoznaki zasłaniała kilka różnych samochodów. Ostatni samochód zdołał zawrócić w stronę miasta. Popędził, by ściągnąć policyjne posiłki. Te przybyły bardzo szybko (być może słyszano strzały), ale po zamachowcach nie było już śladu. Szybko sprawdzono teren, usunięto blokadę, a kolumna ruszyła w stronę Zabrza.
Hitler podobno był bardzo zdenerwowany. Po pierwsze spieszył się do Wrocławia, a po drugie nie spodziewał się takiego przyjęcia w Bytomiu, w mieście, które przedstawiano mu jako mocno nazistowskie. Zamach utkwił mu w pamięci. Być może dlatego już nigdy nie pojawił się w Bytomiu. Można się jednak spotkać z informacją, że Hitlera w ogóle nie było w tej kolumnie. Jego samochód miał rzekomo pojechać inną drogą. SA-mani nie ścigali zamachowców. Szybko usunięto blokadę, doprowadzono samochody do ładu i ruszono w dalszą drogę. Policjanci z Bytomia zaczęli przetrząsać teren, a nawet budynki znajdujące się w pobliżu tego zakrętu. Oberwało się nawet przypadkowym gapiom. Zapanowała bardzo nerwowa atmosfera. Policji nigdy nie udało im się dojść do informacji, kto był organizatorem i wykonawcą tego zamachu.
Arthur Süssenbach siedział w swoim gabinecie. Dyżurował przy telefonie, który co jakiś czas, w miarę regularnie się odzywał. Przyjmował kolejne meldunki od swoich podwładnych — najpierw z bytomskiego dworca, a później z okolic stadionu. Na szczęście było tam w miarę spokojnie. Oprócz drobnych incydentów wiec polityczny Hitlera odbył się bez większych zakłóceń. Gdy zadzwonił telefon z informacją, że kolumna samochodów Hitlera ruszyła w stronę Zabrza, Süssenbach odetchnął z wyraźną ulgą. Udało się — pomyślał — Można wracać do domu. Wstał z krzesła i ruszył w stronę drzwi. Gdy już miał gasić światło w gabinecie, ponownie zadzwonił telefon. Arthur ruszył w stronę biurka i podniósł słuchawkę.
— Słucham?
— Panie radco, tu Rothe.
Arthur od razu wyczuł napięcie w jego głosie.
— Co się stało? — spytał.
— Dostaliśmy właśnie informację o ataku na kolumnę samochodów z Hitlerem.
— Gdzie?
— Na drodze z Bobrka do Zabrza.
Süssenbach zamilkł. Starał się przypomnieć sobie, jak wygląda tam ukształtowanie terenu.
— Kto dał znać?
— Ochrona Hitlera. Poprosili o wsparcie. Wysłałem już tam ludzi. Ja też jadę.
Arthur ciężko opadł na krzesło.
— Rothe, do jasnej cholery! Dlaczego nie eskortowaliście ich do granicy powiatu?
— Proponowałem. Odmówili. Mam na to świadków — odparł Rothe — Pojechała z nimi ciężarówka wypełniona miejscowymi SA-manami. Uzbrojonymi. Nie chcieli naszej ochrony.
— Idioci! — krzyknął Süssenbach — Czy są jakieś ofiary?
— Tego jeszcze nie wiem. Dam znać, jak będę na miejscu. Musiało być tam gorąco. Słyszeliśmy wiele strzałów. Aha, panie radco, powiadomiłem już pozostałych…
Süssenbach poczuł, jak krople zimnego potu występują mu na czoło.
— Jedź, Rothe. Daj mi znać, co tam się stało. Pilnie. Czekam pod telefonem.
— Tak jest!
Arthur odłożył słuchawkę. Dłonią otarł spocone czoło. Spokojnie — pomyślał — Spróbuj zebrać myśli. Rothe chciał ich eskortować, ale odmówili. Sami są sobie winni. Nadęci partyjniacy. Kto to mógł zrobić? Prawdopodobnie komuniści. Być może dlatego na wiecu było tak spokojnie z ich strony. Szykowali swoją niespodziankę na później. Skoro Rothe słyszał strzały, zapewne od razu był gotowy do reakcji. Co prawda nie dał mi znać, ale przecież sam mu mówiłem, że w razie nagłych sytuacji może podejmować decyzje szybko i samodzielnie. Strzały… Ranni? Zabici? Może Hitler nie żyje? To wszystko u nas, na naszym terenie. Będzie gorąco…
Następne minuty dłużyły się niemiłosiernie. Süssenbach siedział za biurkiem pogrążony we własnych myślach. Co chwilę spoglądał na telefon, który pozostawał głuchy. Na dworze było już ciemno. Lampa w jego gabinecie świeciła mocno, oświetlając każdy zakątek pomieszczenia. Arthur w milczeniu omiatał wzrokiem szafę, regał i inne meble. Nie był w stanie nic innego zrobić. Czekał. Telefon milczał przez prawie pół godziny. W końcu rozległ się jego głośny dzwonek. Arthur chwycił za słuchawkę.
— No i co? — spytał.
— Już po wszystkim, panie radco — odezwał się Rothe.
— Ktoś zginął?
— Nie. Nie ma nawet rannych.
— Co tam się stało, do cholery? — powiedział zdenerwowany Süssenbach.
— Ktoś zablokował im drogę — odparł Rothe — i obrzucił samochody kamieniami. Strzelała ochrona z SS i miejscowi SA-mani. Strzelali na oślep. Nikogo nie trafili.
— Kim byli zamachowcy? Wiadomo coś?
— Nic, panie radco. Podejrzewam komunistów, ale pewności nie mam…
— Co z Hitlerem?
— Usunęliśmy blokadę. Pojechali w stronę Zabrza. Jeden samochód mieli uszkodzony, ale nadawał się do jazdy. Mieli dużo szczęścia…
— Jakie wydałeś rozkazy, Rothe?
— Przeszukujemy teren. Marne szanse. Jest już ciemno, a zamachowcy uciekli z miejsca zamachu. Sprawdzamy też okoliczne domy. Może będziemy mieli fart i na kogoś trafimy.
Süssenbach westchnął głęboko.
— Słuchaj, Rothe — powiedział po chwili — Niech nasi sprawdzą tyle, ile się da. Najważniejsze, że nie ma ofiar. Jutro od rana wyślę tam ludzi. Niech przeszukają cały teren. Może ktoś pozostawił jakieś ślady.
— Tak jest, panie radco! — odezwał się Rothe — Czy to wszystko? — spytał.
— Tak, to wszystko — odparł Süssenbach i odłożył słuchawkę na aparat.
Bogu dzięki, że to się tak skończyło — pomyślał. Przez dłuższy czas zastanawiał się, co powiedzieć prasie. Przecież jutro będą pytać. Po długiej chwili namysłu doszedł do wniosku, że policja nie powie nic. Po pierwsze nie było ich tam w czasie zamachu, a po drugie przecież nie do końca wiadomo, co tam się stało. Po trzecie, jutro ma być wydany komunikat w sprawie zamordowanej dziewczyny. To bez wątpienia wywoła panikę. Jeśli do tego zostałaby ujawniona informacja o rzekomym zamachu na Hitlera, reakcja opinii publicznej jest trudna do oszacowania. Nie ma sensu ryzykować. Na informacje o wydarzeniach na Bobrku zostaje nałożona blokada informacyjna, a pytania dziennikarzy należy zbywać. Zresztą, będę pytać o co innego… Süssenbach wstał z krzesła i ruszył w stronę drzwi gabinetu. Zgasił światło i zamknął je za sobą. Jutro będzie ciężki dzień — pomyślał — Trudno będzie zasnąć.
W dniu 19 kwietnia 1932 r. bytomska policja ogłosiła krótki, lakoniczny komunikat o morderstwie drugiej dziewczyny. Podobnie, jak w przypadku pierwszej, nie wspomniano o ranie na brzuchu i braku serca. Tak, jak się spodziewano, i tak wywołało to w mieście sporą panikę. Dziennikarze domagali się większej ilości szczegółów, ale policja niczego nie ujawniała. Süssenbach był atakowany telefonami. Na wszystkie pytania odpowiadał tak samo — Nie mogę ujawniać szczegółów śledztwa. Zgodnie z jego poleceniem nie wydano żadnego komunikatu o wydarzeniach na Bobrku. Faktem jest, że w mieście huczało od sensacyjnych plotek, ale te dość szybko umilkły. Komuniści, o ile byli sprawcami zamachu, woleli nie chwalić się swoją porażką. „Brunatni” też nie chcieli o tym za dużo mówić. Nieoficjalnie byli niesamowicie wkurzeni, ale oficjalnie nie chcieli ujawniać informacji o rzekomym zamachu na Hitlera. To stawiało lokalne struktury partyjne w bardzo złym świetle. Woleli tego uniknąć. Policja wspomniała tylko o niezbyt poważnym wypadku samochodowym. Tylko tyle.
Ten dzień przypominał kilka poprzednich. Wiosenny, kwietniowy, dość słoneczny, ale dla bytomskiej policji szalony. Od rana dzwoniły telefony, a do budynku na Reichs-Präsident-Platz usiłowali się dostać dziennikarze. Szukali różnych sposobów. Jedni udawali zwykłych petentów, inni próbowali wejść „na bezczelnego”, podając się za kogoś innego lub całkowicie ignorując uwagi funkcjonariuszy. Jeden już prawie dostał się do gabinetu Süssenbacha, podając się za kuriera. Oczywiście interesowały ich szczegóły dotyczące śledztwa w sprawie dwóch zamordowanych dziewczyn. O sprawie samochodowego wypadku na Bobrku szybko zapomniano. Arthur nie chciał już samodzielnie odbierać telefonów, bo zazwyczaj musiał się od razu rozłączyć. Kolejne dziennikarskie próby zdobycia informacji. W końcu zlecił jednemu ze swoich podwładnych dokładne sprawdzenie rozmówcy, zanim zostanie z nim połączony. Tak też od kilku dni robiono. Gdy Arthur zajęty był przeglądaniem codziennej prasy, nagle odezwał się telefon. Süssenbach z lekką obawą podniósł słuchawkę.
— Słucham?
— Tu Schiller — odpowiedział dyżurny funkcjonariusz — Panie radco, dzwoni do pana nadburmistrz Knakrick. Łączyć? — spytał.
— Tak, oczywiście. Natychmiast — odparł Arthur i pewniej ścisnął słuchawkę. Znali się od dawna z nadburmistrzem. Co prawda nigdy nie była to zażyła znajomość, ale Süssenbach lubił Knakricka i cenił go za jego uczciwość i profesjonalizm, a Knakrick szanował Arthura za dokładnie te same cechy.
— Słucham? — odezwał się Süssenbach.
— Witam, panie radco — odpowiedział głos po drugiej stronie –Tu Knakrick.
— Witam, panie nadburmistrzu.
— Proszę to potraktować jako nieoficjalną rozmowę, dobrze?
— Tak, oczywiście.
— Panie radco, jestem bardzo zaniepokojony sprawą tych dziewczyn — powiedział Knakrick.
— Rozumiem.
Na chwilę zapadła cisza.
— Nie chcę, żeby odebrał to pan jako próbę ingerencji w wasze śledztwo — powiedział nadburmistrz.
Süssenbach oparł się wygodnie w fotelu. Nie skomentował tych słów Knakricka.
— Wie pan doskonale, że ludzie czują się zagrożeni. Wszyscy mówią o seryjnym mordercy… — kontynuował nadburmistrz.
— To zrozumiałe — odparł Arthur.
— Panie radco, niech mi pan powie… To dla spokoju mojego sumienia… Macie coś? Jakiś trop?
— Wie pan, że nie mogę ujawniać informacji ze śledztwa.
— Tak, wiem. Dlatego pytam nieoficjalnie. Zna mnie pan. Nie ujawnię treści naszej rozmowy.
Süssenbach chwycił do ręki ołówek, który leżał na biurku. Miał taki zwyczaj, że w dokumentach zaznaczał nim ważniejsze fragmenty. Zawsze miał go pod ręką. Tym razem zaczął nim stukać o biurko, jakby chciał wybić tempo swojej odpowiedzi.
— Panie nadburmistrzu, mam do pana pełne zaufanie — odpowiedział — Nie mam również zamiaru pana oszukiwać. Nie jest dobrze…
— Dlaczego?
— Po pierwsze nie znamy tożsamości tych dziewczyn. Nie mamy pojęcia, kim one są.
Knakrick westchnął głęboko. Nie odzywał się.
— Po drugie nie znamy dokładnego motywu zbrodni — mówił Arthur.
— No a tło seksualne? — spytał Knakrick.
— Tak, to wiemy. Jednakże niekoniecznie musi być to główny motyw — odpowiedział Arthur, w równym tempie stukając ołówkiem w blat biurka.
— Żadnych podejrzanych? — pytał nadburmistrz.
— Żadnych. Dotychczasowe tropy okazały się błędne. Oczywiście proszę pana o dyskrecję.
— Boże, stoicie w martwym puncie…
Süssenbach mocniej uderzył ołówkiem, jakby chciał zakończyć rytmiczne stukanie.
— Tak — powiedział.
Zapadła cisza. Jedynie na dworze było słychać głośny warkot silnika jakiegoś samochodu i stłumione odgłosy bytomskiego dnia.
— Panie radco, co będzie, jak to się znowu stanie? — powiedział cicho nadburmistrz.
— Wolę o tym nie myśleć.
Knakrick nabrał głębokiego wdechu. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę.
— Panie nadburmistrzu — powiedział Arthur — Pan również mnie zna. Wie pan, że zrobię wszystko, aby sprawę wyjaśnić. Z mojego policyjnego doświadczenia wynika, że prędzej czy później na coś trafimy. Nie ma zbrodni doskonałych. Tylko nie jestem panu w stanie powiedzieć, kiedy.
— Bardzo się tym wszystkim martwię — odparł Knakrick z wyraźną troską w głosie — Niech mi pan jeszcze powie… Czy macie jakieś podejrzenia co do tożsamości sprawcy?
— Jak na razie żadnych — odpowiedź Süssenbacha była natychmiastowa i brutalnie szczera.
— To niedobrze, to bardzo niedobrze… Wiem, że da pan z siebie wszystko. Bardzo pana proszę… Gdybyście tylko coś wiedzieli, da mi pan znać?
— Jeśli tylko nie zaszkodzi to śledztwu, to tak. Obiecuję.
— Dziękuję. To czyste szaleństwo…
— Czy to wszystko, panie nadburmistrzu?
— Tak — odparł Knakrick — Bardzo dziękuję za szczerą rozmowę. Nieoficjalną, jak mówiłem.
— Tak. Nieoficjalną — powtórzył Süssenbach.
— Aha, jeszcze jedno — powiedział nadburmistrza — O to pytam z czystej ciekawości, bo miasto huczy od plotek. Co tam się stało na Bobrku? Wypadek, ustawka czy jeszcze coś innego?
Süssenbach spokojnym ruchem odłożył ołówek na jego miejsce.
— Tego nie mogę panu powiedzieć — odparł Arthur — Informacja ściśle tajna. Niech pan sam z tego wyciągnie wnioski…
— Rozumiem, panie radco — powiedział Knakrick — Bardzo dziękuję za szczerość i rozmowę. Do zobaczenia.
— Do zobaczenia, panie nadburmistrzu — odparł Arthur i odłożył słuchawkę. Było mu przykro, a nawet czuł się zażenowany, że sprawy wyglądały tak źle. Przez ostatnie dni jego ludzie pracowali na wytężonych obrotach, przesłuchując osoby z bytomskiego półświatka. Stosowano różne metody — dla tych bezczelnych i nieskorych do współpracy bardziej brutalne. Dziesiątki godzin przesłuchań i nic. Zupełnie nic. Żadnego tropu. Żadnej informacji, która mogła mieć znaczenie dla sprawy. Nic. Niektórzy z wezwanych na przesłuchanie złożyli skargę na działania policji, które Süssenbach oczywiście musiał rozpatrzyć. Wiedział jednak, że sam nakazał swoim ludziom szczególne traktowanie tych, którzy sprawiali problemy. Był w stałym kontakcie z Schulzem, który stale i regularnie zdawał mu raporty ze swoich działań. Nie krył, gdy kogoś trzeba było przycisnąć bardziej brutalnie. Sytuacja nie wyglądała dobrze. Szczerze mówiąc było bardzo źle.
To był poniedziałek — 25 kwietnia 1932 r. Pod dom przy Kurfürsten Strasse 4 podjechał elegancki, czarny samochód. Zatrzymał się blisko krawężnika. Kierowca nie gasząc silnika wyskoczył ze swojego siedzenia i pospiesznie podbiegł do tylnych drzwi, które szeroko otworzył. Z samochodu wysiadł mężczyzna w długim, ciemnym płaszczu, o dość przeciętnej posturze. Na nosie miał założone okulary o grubych szkłach. Widać wada wzroku była dość poważna. Mężczyzna nałożył na głowę rodzaj eleganckiego kapelusza, o dość staroświeckim kroju i wyglądzie. W ostatnim czasie mocno wyłysiał, więc w kapeluszu czuł się o wiele lepiej. Dochodziła godzina dziewiąta rano. Na dworze już rozgościła się wiosna, którą wyraźnie było czuć w powietrzu. Było chłodno, ale słońce już miało swoją moc i przygrzewało coraz silniej. Zapowiadał się piękny dzień.
— Zaparkuj na podwórku — powiedział mężczyzna do swojego kierowcy i ruszył w stronę metalowej furtki, a kierowca skinąwszy głową wszedł do samochodu, by zaparkować go na obszernym podwórku dużej, okazałej willi.
Od 1919 r. bytomską radę miejską tworzyło 42 rajców, których liczbę w 1927 r. powiększono do 47 osób (po włączeniu do Bytomia Rozbarku). W owym okresie w radzie miejskiej dominowali członkowie katolickiej partii Centrum, co było standardem w tej części Śląska. Na czele miasta stał nadburmistrz (niem. Oberbürgermeister), który wszystkie swoje decyzje konsultował z radą miejską. Miasto było wydzielone ze struktur powiatu. W 1924 r. nowym nadburmistrzem Bytomia został 38-letni doktor prawa Adolf Knakrick, który rządził Bytomiem do 1933 r. Był porządnym człowiekiem, ale jego system wartości nie pasował do nowych czasów. Funkcję pomocniczą wobec nadburmistrza pełnił magistrat, w skład którego wchodził zastępca nadburmistrza nazywany burmistrzem (niem. Bürgermeister), 2—3 członków etatowych (niem. Stadtrat) i 10 członków nieetatowych. Taka struktura władz miasta zachowała się do 1945 r. W 1932 r. bytomski magistrat rezydował w budynku przy obecnej ul. Katowickiej. W 1933 r., gdy władze w mieście przejęło NSDAP, zmieniła się także struktura władz miasta. Rada miejska spadła do rangi organu doradczego, a cała władza spoczywała w rękach nadburmistrza, którym był miejscowy kreisleiter NSDAP. To on samodzielnie podejmował wszystkie decyzje w mieście, a za swoją działalność był odpowiedzialny jedynie przed gauleiterem NSDAP.
Mężczyzna nacisnął niewielki, okrągły dzwonek znajdujący się przy ozdobnych drzwiach. Jego dźwięk było słychać gdzieś w głębi willi. Po chwili dało się słyszeć odgłos otwieranego zamka. Drzwi nieznacznie się uchyliły i pojawiła się w niej głowa kobiety w średnim wieku.
— Knakrick. Byłem umówiony z nadburmistrzem.
— Tak jest, panie nadburmistrzu. Zapraszam do środka — odpowiedziała szeroko uchylając drzwi i usuwając się nieco w bok.
Adolf wszedł do środka, a kobieta zatrzasnęła za nim drzwi.
— Proszę — wskazała ręką wnętrze willi — Wie pan, gdzie. Nadburmistrz zaraz przyjdzie.
— Jak się dzisiaj czuje?
— Całkiem dobrze. Przynajmniej sam tak twierdzi. Wie pan, panie nadburmistrzu, że on zawsze czuje się dobrze — powiedziała z uśmiechem.
— Tak — roześmiał się Knakrick ruszając w stronę pomieszczenia, gdzie zazwyczaj rozmawiał z Brüningiem. Dość dobrze znał układ pomieszczeń w willi. Bywał tam już wiele razy. Zdarzało się tak, gdy miał potrzebę posłuchania rad starego nadburmistrza lub gdy nadburmistrz chciał z nim porozmawiać w jakiejś sprawie. Dzisiaj było podobnie. To Brüning poprosił o spotkanie. Knakrick wszedł do obszernego pokoju, w którego wyposażeniu dominował sporych rozmiarów stół i ciężkie krzesła. Ściągnął z głowy kapelusz, który zawiesił na krześle i zaczął ściągać z siebie płaszcz.
— Nadburmistrz zaraz przyjedzie — powiedziała kobieta — Bardzo się ucieszył, że pan już jest. Proszę mi podać płaszcz, powieszę go w korytarz.
Knakrick podał jej swoje okrycie, wełniany szal i kapelusz. Gdy wyszła, odsunął nieco jedno z krzeseł przy stole i usiadł na nim. Oparł ręce o stół i zaczął rozglądać się wokół. Dużo fotografii i obrazów Bytomia ozdabiało ściany pokoju. W centralnym miejscu wisiał drewniany krzyż. Adolf na dłuższą chwilę zatrzymał na nim wzrok.
— Witaj, Adolfie — powiedział głośno wchodząc do pokoju podeszły już wiekiem nadburmistrz Bytomia i honorowy obywatel tego miasta Georg Brüning. Faktycznie, wyglądał całkiem nieźle. Skończył już 80 lat, więc jego kondycja fizyczna nie była najlepsza, ale był w pełni władz umysłowych. Wysoki, ciągle postawny mężczyzna. Myślał, analizował i planował szybciej, niż nie jeden młody człowiek. Wielki i światły umysł. To zawsze cenił w nim Knakrick. Szybko podniósł się z krzesła i ścisnął dłoń, którą w jego kierunku wysunął Georg.
— Usiądźmy — powiedział Brüning kierując się w stronę jednego z krzeseł — Napijesz się ze mną kawy, Adolfie?
— Bardzo chętnie.
— Emma, pozwól tu do nas — powiedział głośniej Brüning. Poczekał, aż kobieta zjawi się w drzwiach.
— Moja droga, przygotuj nam dwie kawy. Nie zapomnij o mleku — powiedział.
Kobieta lekko skinęła głową i zniknęła w korytarzu. Od ostatniego spotkania siwe włosy Brüninga nieco się przerzedziły, ale dumny wąs nie zmieniał swojego kształtu.
— Piękny dzień, prawda? — stwierdził Georg.
— O tak… wiosna już puka do drzwi.
— Cóż tam u ciebie, mój drogi Adolfie. Jak twoje zdrowie?
— Dziękuję. Nie mam większych powodów do narzekania.
— A rodzina?
— Wszystko dobrze. Dzieci rosną, my się starzejemy, a czas pędzi nieubłaganie.
— Tak, masz rację — powiedział nieco ciszej Georg — Dożyjesz mojego wieku, to sam się przekonasz, jak szybko potrafią mijać dni. Czasami mam wrażenie, że ledwo co wstałem, a już zapada wieczór.
Adolf uśmiechnął się szeroko. Nie zapytał słowem o dzieci starego nadburmistrza, bo wiedział, jak drażliwy to temat. Wolał przemilczeć…
— Jak ty się czujesz, Georgu?
Brüning spojrzał na niego, a w jego oczach pojawiła się wyraźna wesołość.
— Jak młody bóg. Tylko tej młodości brakuje…
Obydwaj zaśmiali się.
— Wiesz, że urodził mi się drugi wnuk? — powiedział Georg.
— Tak, słyszałem. Moje gratulacje.
— Dziękuję, Adolf. Obydwaj są wielką radością mojego życia.
— Jak twoja Dorota?
— No cóż, znasz ją, Adolfie. Ona ma niespożyte siły. Ciągle gdzieś jest, coś organizuje, czegoś dopilnowuje…
— Pewnie dlatego ludzie ją kochają.
— Tak mówisz? — z rozbawieniem spytał Georg — Ja się starzeję, a ona w ogóle…
Ponownie wybuchli śmiechem, który w przypadku Brüninga przeszedł w lekki kaszel. Do pokoju weszła Emma, niosąc na tacy filiżanki z kawą, piękne srebrne łyżeczki, dzbanek z mlekiem, cukierniczkę i dwa talerzyki z niewielkimi, ciemnego koloru ciasteczkami. Położyła tacę na stole i z gracją rozłożyła jej zawartość.
— Dziękuję — szepnął Knakrick.
— Dziękujemy — powiedział głośniej Georg — Cóż ja bym bez ciebie zrobił, moja droga?
Emma uśmiechnęła się nieznacznie i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
— Częstuj się, Adolfie. Odrobina porannej rozkoszy.
Obydwaj na chwilę skupili się na filiżankach z kawą, wlewając do niej odrobinę mleka, słodząc ją i mieszając. Pomimo różnicy wieku robili to w bardzo podobnym tempie.
— Słyszałem, że cały rynek jest rozkopany. Przenosicie pomnik z lwem Kalidego? — spytał wyraźnie zaciekawiony Brüning.
— Tak. Budujemy stację benzynową… — odparł Adolf.
— Czy to konieczne? — nie dawał za wygraną Georg — Koniecznie trzeba przenosić lwa? Wiesz, jak ja nie lubię przenosić pomników…
Knakrick uśmiechnął się do starca.
— Mój drogi Georgu, powiew nowych czasów…
Brüning spojrzał na niego z lekką nutą zniecierpliwienia we wzroku.
— Nie podobają mi się nowe czasy, skoro usuwają nasze na dalszy plan — odpowiedział nad wyraz jasno i stanowczo.
— To nie jedyna inwestycja — powiedział Knakrick — Po likwidacji ROUE przybyło nam w mieście sporych nowych terenów do zabudowy. Trzeba zlikwidować torowisko, wiadukty i na nowo zagospodarować teren.
— Szkoda tej linii kolejowej. Przyzwyczaiłem się do dźwięku jądących pociągów — odparł Georg.
— Będziemy też burzyć budynek dawnego konwiktu męskiego na Moltkeplatz — mówił dalej Knakrick.
— Oooo… — zaciekawił się Georg — Czemu?
— Nie opłaca się go remontować, by nadać mu nową funkcję. Ten, który jest obok pana w zupełności wystarczy.
— No to sporo wyzwań, Adolfie — powiedział Georg — Chciałem z tobą porozmawiać o czymś innym — głos Brüninga nagle stał się bardzo poważny — Czuję się poważnie zaniepokojony, Adolfie.
— Dlaczego?
— Słyszałem o tych przerażających morderstwach.
Knakrick patrzył na starego nadburmistrza popijając drobnymi łyczkami kawę z filiżanki.
— Chodzi ci o te dziewczyny?
— Tak. Prasa sporo o tym pisała.
— Śledztwo prowadzi Süssenbach?
— Nadzoruje — odparł Adolf.
— No tak, nadzoruje. To bardzo dobry policjant.
— Mam o nim podobne zdanie, Georgu.
— Te morderstwa są tak przerażające, Adolfie… Jakieś zwierzę… Czy coś ci wiadomo? Czy policja coś już wie?
— Z tego, co wiem od Süssenbacha, niewiele — odparł Knakrick.
— To niedobrze. Ludzie czują się mocno zaniepokojeni. Boją się o własne dzieci.
— To zrozumiałe, Georgu. To prawdopodobnie seryjny morderca.
Brüning spojrzał na Adolfa. W jego oczach dało się zauważyć wyraźne zaniepokojenie, a może nawet i strach.
— Co ty o tym wszystkim myślisz? — spytał.
— Mam zaufanie do Süssenbacha. Wiem, że zrobi wszystko, co tylko jest możliwe. Te dziewczyny najprawdopodobniej nie są z naszego miasta. Tak twierdzi policja. Brutalnie gwałcone, uduszone, a następnie straszliwie okaleczone. To przerażające…
— Mam nadzieję, że skończy się na tych dwóch biedaczkach. Adolfie. To przecież jeszcze dzieci…
— Wiem… Policja wykluczyła, że to panienki lekkich obyczajów.
Brüning w milczeniu wypił duży łyk kawy, który głośno przełknął.
— Ktoś je tak straszliwie krzywdzi, morduje i okalecza — powiedział. — Co się dzieje z tym światem, Adolfie?
Knakrick spojrzał na Georga z głębokim współczuciem. Wiedział, że starzec nie może się pogodzić z brutalnością, która pomału stawała się przerażającą codziennością. Dość dobrze znał starego nadburmistrza. Każda ludzka krzywda spotykała się z jego potępieniem.
— Zobacz — powiedział Georg — Ktoś podrzuca ich zwłoki w te miejsca. Prawdopodobnie swobodnie porusza się samochodem. Nie próbuje ukryć ciał, tylko chce, by zostały odnalezione. To tak, jakby się chciał pochwalić swoją zbrodnią. Myślę, że to nie byle kto… Wiesz, o co mi chodzi.
— Wiem, Georgu. Policja też to wie. Rozmawiałem niedawno z Süssenbachem.
— Co ci powiedział?
— To porządny człowiek. Wiem, że bardzo źle się z tym czuje, że tak niewiele wiedzą. Myślę, że postawił to sobie za punkt honoru. Mam na myśli wykrycie sprawcy.
— To dobrze.
— Martwi mnie jednak fakt, że śledztwo właściwie nie posuwa się do przodu. Przyznał to szczerze sam Süssenbach prosząc o dyskrecję.
— Boże — szepnął Georg — Co będzie, jeśli im się nie uda?
— Nawet nie chcę o tym myśleć — odparł Adolf.
Zapadła cisza. Gdzieś zza okna dobiegł głośny gwar dziecięcych głosów. Obok willi nadburmistrza znajdował się duży budynek szkoły. Dzieci, korzystając z wiosennego słońca i z przerwy w lekcjach, zapewne gromadnie wybiegły na szkolne podwórko. Szkoła, która dopiero od 1931 r. na cześć Georga nosiła oficjalną nazwę Georg-Brüning-Schule, tętniła życiem. Dzieciaki wiedziały, kto mieszka za jej ogrodzeniem. Nauczyciele wielokrotnie wspominali o zasługach wielkiego nadburmistrza. Czasami nawet z grupą dzieci odwiedzali go w willi. Brüning zawsze chętnie przyjmował takich gości. Cieszył się widząc ich nieśmiałe uśmiechy i gesty, odpowiadał na dziecięce pytania, a swoich małych przyjaciół częstował słodyczami. Nie reagował, gdy bardziej śmiałe dzieciaki kradły mu jabłka z ogrodu, który rozpościerał się za budynkiem willi. Zawsze powtarzał, że dzieci mają swoje małe niewinne grzeszki, z których będą się spowiadać w niebie. Często stał w oknie i z uśmiechem na twarzy patrzył, jak starszy wiekiem dozorca o imieniu Peter próbował przegonić je z ogrodu, a one uciekały gubiąc po drodze część swojego łupu. Georg nie lubił jednak sięgać wzrokiem dalej, za północny mur swojego ogrodu. Położony był tam cmentarz. Wzdłuż jego krawędzi pochowanych było ponad 300 żołnierzy różnych narodowości, ofiar I wojny światowej. Ten widok przypominał Georgowi o jego dwóch synach, którzy stracili swoje życie na tej wojnie.
— Żyję nadzieją, Adolfie — powiedział cicho Brüning.
— Ja również.
Zapadła chwila ciszy, w której obydwaj raczyli się małymi łyczkami kawy.
— No i jeszcze ten… Potworny krzykacz… Przecież on nawet nie jest Niemcem! Co tam się stało na Bobrku? — spytał Georg.
— Nie wiem. Süssenbach nie chciał mi powiedzieć.
— Czyli coś poważnego. Tego jeszcze nam trzeba…
— Nic na to nie poradzimy, drogi Georgu.
— Wiem.
— Obawiam się wielu problemów. Boję się, co zrobią „brunatni” i reakcji „czerwonych”.
— Najgorsze jest to, Adolfie, że policja ma to też na głowie. Właśnie teraz. Właśnie w tym momencie, gdy szukają tego zwierzęcia.
— Wydaje mi się, że Süssenbach ma złe przeczucia. Zresztą ja też…
— Nie dziwię się — odparł Georg — Współczuję ci, drogi Adolfie. Masz coraz więcej problemów…
— Ty narzekałeś na ich brak, Georgu?
Brüning popatrzył na niego spokojnym wzrokiem.
— Zgadza się, miałem. Tylko to był inny świat. Mam takie nieodparte wrażenie. To nie był czas takich krzykaczy i takiej nienawiści. Gdzie ci ludzie mają rozum? Dlaczego tak mu wierzą?
— Bo mówi im to, co chcą usłyszeć. To perfidny polityczny gracz.
— Mein Kampf — Georg mówił cicho, jakby sam do siebie — Jego walka… z bezbronnymi i słabymi. Pałkami i kastetami. „Brunatna” dzicz. Dziwne, że jeszcze nie obciążyli winą bytomskich masonów.
Adolf w milczeniu obserwował twarz swojego wiekowego przyjaciela. Było mu go żal. Świat Georga odchodził, powoli znikał pomiędzy pięknymi i eleganckimi bytomskimi budynkami, które wzniesiono w czasach Brüninga. Finezja secesji ustępowała nazistowskiemu funkcjonalizmowi i krwawym sztandarom ze swastyką. Piękno ustępowało brutalnej sile. Georg spojrzał na Adolfa. W jego oczach widać było ból. Autentyczny, szczery ból.
— Powiedz mi, co mam powiedzieć Dorocie? Jak mam jej wytłumaczyć, że biedne dzieci, którymi ciągle się opiekuje, za niedługo trzeba będzie dzielić na żydowskie i aryjskie? Przecież ona jest zupełnie oderwana od tego świata… Jak mam wytłumaczyć ludziom, z którymi współpracowałem, którzy razem ze mną tworzyli to miasto, że teraz są ludźmi gorszej kategorii? Nie jestem w stanie tego zrobić. Nie chcę takiego świata, Adolf.
— Może nie będzie tak źle, Georg. Może jeszcze wróci normalność? — powiedział Adolf.
Brüning z niedowierzaniem pokręcił głową.
— Podobno Trybunał Rozjemczy dla Górnego Śląska wraca do Bytomia? — spytał.
— Tak.
— To dobrze czy źle, Adolf?
— Nie wiem…
Brüning skulił się w sobie. Knakrick popatrzył na niego z wielkim współczuciem. Swoją dłonią przykrył bladą i nieco chłodną dłoń starego nadburmistrza. Ścisnął ją nieco. Nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Nie mógł przecież okłamać starca lub zbyć pustymi frazesami… że będzie lepiej… że to przeminie… Wiedział i czuł, że wszystko się zmieni. Na gorsze. Instynktownie wyczuwał ogromne niebezpieczeństwo. To go przerażało. Nie wydusił z siebie ani słowa.
— Muszę już iść, drogi Georgu — powiedział.
Starzec popatrzył na niego smutnymi oczami. Knakrick miał wrażenie, że zobaczył w nich łzy. Jeszcze nigdy nie widział Brüninga w takim stanie. Georg przytaknął głową.
— Tak, Adolfie. Dziękuję za twoją wizytę.
Knakrick dość szybko wyszedł z willi nadburmistrza i skinął ręką na swojego kierowcę, by ten szybko podjechał. Tak naprawdę wcale się nie spieszył. Miał tego dnia wiele obowiązków, ale nie było żadnego napiętego harmonogramu. Uciekł od Brüninga. Uciekł, bo nie wiedział, co odpowiedzieć starcowi, którego tak głęboko szanował. Nie chciał go oszukiwać. On też czuł, że świat zmierza w stronę przepaści. Knakrick nie miał jeszcze zielonego pojęcia, że było to ostatnie spotkanie w ich życiu…
Nadburmistrz Bytomia Georg Brüning na początku mieszkał w budynku bytomskiego ratusza (na Rynku), po którym już dzisiaj nie ma śladu. Tam urodził się jego najstarszy syn. Później zamieszkał przy ul. Piekarskiej 61 (prawie na rogu Alei Legionów i Piekarskiej). Na tym budynku znajduje się pamiątkowa tablica informująca, że w 1894 r. był tam kardynał biskup wrocławski Georg Kopp, który odwiedził Brüninga w jego prywatnym mieszkaniu, co dla burmistrza było wielkim zaszczytem. Następnie Georg zamieszkał na ulicy Strzelców Bytomskich. Mieszkańcy Bytomia w podziękowaniu za to, co zrobił dla miasta w 1901 r. wybudowali i podarowali mu willę przy obecnej Alei Legionów 4 (ówczesne Kurfürstenstrasse 4), bardzo prostą i surową w swoim wyglądzie, zaprojektowaną przez Carla Bruggera. Na fasadzie budynku, pokrytej piękną klinkierówką, do dzisiaj widnieje data zapisana cyframi rzymskimi oraz piękny herb Bytomia, unoszący się w koronie wielkiego dębu. Jeszcze w 1902 r. podjęto decyzję, aby obecna ul. Drzymała nosiła jego imię (niem. Brüningstrasse). W 1931 r. podobnie stało się z sąsiednią Szkołą Podstawową nr 5 (niem. Georg-Brüning-Schule). W 2014 r. plac przez Urzędem Miejskim został ochrzczony jego imieniem. W okresie PRL-u w budynku jego willi siedzibę miała Wojskowa Komenda Uzupełnień. Obecnie, znacząco odrestaurowana, znajduje się w rękach prywatnych.
„Katolik Polski” z dnia 5 lutego 1932 r. donosił, że rząd Turyngii przesłał do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Niemiec dokumenty potwierdzające fakt, że Hitler od lipca 1931 r. posiada obywatelstwo niemieckie. Wcześniej, pomimo swojej służby w niemieckim wojsku, jak również działalności politycznej w NSDAP, nie posiadał oficjalnie przyznanego obywatelstwa. Można było się spodziewać, że niejeden niemiecki polityk zrobiłby wszystko, aby Hitler tego obywatelstwa nie dostał, więc zastosowano pewien wybieg prawny. Pomógł w tym dr Wilhelm Frick (1877—1946), bliski współpracownik polityczny Hitlera, który od 1930 r. był ministrem spraw wewnętrznych i oświaty w Turyngii. Frick specjalnym dekretem mianował Hitlera wachmistrzem i dowódcą maleńkiego oddziału żandarmerii w mikroskopowym miasteczku Wildburghausen, dzięki czemu ten właściwie automatycznie uzyskał niemieckie obywatelstwo. Gdy w 1932 r. przyjechał do Bytomia, był już oficjalnie obywatelem Niemiec.